Rozdział 3
Jeśli podasz piłkę
Zaskoczony LeBron słuchał, jak mama informuje go, że musi uporządkować swoje życie. Na ten czas miał się przeprowadzić do Walkerów. Nie było jasne, gdzie ona zamieszka, najistotniejsze było to, że mieli się rozdzielić.
LeBron nie wiedział, co o tym myśleć. Zawsze byli we dwójkę przeciwko światu. Glo i Bron. I nagle Bron miał zostać sam.
- Tak będzie lepiej - próbowała mu to wytłumaczyć.
Lepiej? Dla niego brzmiało to niemożliwie i przerażająco.
Próbując złagodzić cios, przekonywała go, że sytuacja jest tylko chwilowa.
Czy będzie mógł się z nią widzieć?
Zapewniła, że będzie się starać go odwiedzać, kiedy tylko się da. Obiecała też, że gdy tylko jej sytuacja się ustabilizuje, znów będą razem.
Dziewięciolatka to przytłoczyło.
LeBron nie wiedział, czego oczekiwać po przybyciu do domu Walkerów na Hillwood Drive. Poznał ich dwie córki, a rzeczy zostawił w pokoju Frankiego juniora, gdzie miał spać. James był dużo lepszym sportowcem od młodszego o 18 miesięcy Frankiego i zastanawiał się, czy pani Walker nie będzie to przeszkadzało. A co z siostrami? Czy go zaakceptują? Głowę chłopaka wypełniała cała masa niewypowiedzianych pytań.
Najpierw musiał się jednak zmierzyć z długą listą zasad. LeBron miał wstawać codziennie o 6.00, kąpać się i szykować do szkoły. Musiał być punktualny. A po szkole najważniejsza była praca domowa. Rodzina codziennie wspólnie zasiadała do obiadu, po którym należało wypełnić swoje obowiązki: wynoszenie śmieci, zmywanie naczyń i zamiatanie. A jeśli wykąpał się przed snem, mógł spać do 6.45.
Wszystko to było LeBronowi obce. Harmonogram. Rutyna. Obowiązki. Nigdy nie opróżniał kosza, nie zmywał naczyń ani nie używał miotły czy odkurzacza. Nawet poczucie bycia częścią rodziny było dla niego czymś nowym. Starsza córka Walkerów nie chciała mieć z nim nic wspólnego, ale LeBron wkrótce przekonał się, że nie można tego samego powiedzieć o jej młodszym bracie. On i Frankie junior od razu się polubili. Dla młodszej z sióstr stał się zaś wzorem do naśladowania, dzięki czemu poczuł się tak, jakby faktycznie miał młodszą siostrę.
Nawet szkoła była dla LeBrona czymś nowym. Walkerowie zapisali go do piątej klasy szkoły podstawowej Portage Path, jednej z najstarszych placówek w Akron, gdzie ponad 90 procent uczniów było Afroamerykanami, jedzącymi darmowe obiady w stołówce. Zainteresowała się nim jedna z jego nauczycielek, Karen Grindall. Lata wcześniej uczyła Glorię i znała niektóre szczegóły z jej historii. Początkowo Grindall obawiała się, że LeBron będzie kroczył tą samą ścieżką, on tymczasem okazał się jednym z najbardziej zdyscyplinowanych uczniów. Chodził na wszystkie lekcje, nigdy się nie spóźniał i nie sprawiał problemów. Najbardziej lubił muzykę, plastykę i WF.
LeBron czuł się w szkole coraz lepiej, a jednocześnie zyskiwał reputację obiecującego futbolisty. Udało mu się nawet trafić do lokalnej gazety "Akron Beacon Journal": "Drużyna East B1 wykonała jedynie 11 ofensywnych zagrywek, ale aż pięć z nich zamieniła na punkty i pokonała w zeszłym tygodniu w meczu młodzieżowego futbolu amerykańskiego Patterson Park 34:8. LeBron James zaliczył trzy przyłożenia, dwa po 50- i 18-jardowych biegach, a trzecie po złapaniu 28-jardowego podania od Michaela Smitha".
Pewnego jesiennego dnia Frank senior zabrał swojego syna i LeBrona, żeby porzucać do kosza za domem. Widząc, jak świetnie radzi sobie jako futbolista, Walker postanowił pokazać chłopakowi koszykówkę i nauczyć go podstaw - kozłowania, rzutu z wyskoku i layupów.
LeBronowi podobały się te lekcje i od razu polubił rzucanie piłki do zawieszonego na wysokości trzech metrów i pięciu centymetrów kosza. Uczucie towarzyszące oddaniu celnego rzutu było zbliżone do tego, co przeżywał, kiedy zdobył przyłożenie.
Walker zauważył, że chociaż LeBron nie radził sobie z kozłowaniem, miał zapał, żeby próbować odbijać piłkę obiema dłońmi, czego większość dzieci nie chciała się uczyć. Na Walkerze zrobiły też wrażenie długie ręce i wyskok LeBrona. Zachęcał jego i swojego syna, żeby grali przeciwko sobie.
LeBron nigdy nie grał jeden na jednego, ale chętnie przyjął wyzwanie. Frankie junior kochał za to koszykówkę i od kilku lat grał z ojcem. Pokonał LeBrona, jednak fakt, że dziewięciolatek, który nigdy nie grał w kosza, z taką łatwością przyswajał reguły tej gry, tylko potwierdzał pierwotne przeczucie Walkera - musiał zacząć zabierać Jamesa na halę.
W tym samym roku, w którym LeBron wprowadził się do Walkerów, Walt Disney wypuścił Króla Lwa, a ten szybko stał się najbardziej kasowym filmem animowanym wszech czasów. Kiedy LeBron pierwszy raz oglądał ten film, nie mógł uwierzyć, że Skaza zabił Mufasę. Ta zdrada poruszyła go i doprowadziła do łez. James kochał Króla Lwa i oglądał go wielokrotnie, ale za każdym razem ta scena wywierała na nim równie wielkie wrażenie.
Tej sentymentalnej strony LeBrona nie znał prawie nikt. Jedną z konsekwencji wiecznych przeprowadzek było ukrywanie emocji i mówienie tak mało, jak to możliwe. Nie potrafił zaufać dorosłym. Z trudem przychodziło mu zawieranie przyjaźni z dziećmi, ponieważ bał się, że te się skończą, kiedy tylko znów będą musieli się przenieść. Mieszkanie z Walkerami to zmieniło. Ich dom był bezpiecznym miejscem, dzięki któremu zobaczył, jak wiele go omijało. Oglądając Family Matters i Bill Cosby Show, zastanawiał się, jak czułby się jako członek afroamerykańskiej rodziny z klasy średniej, jak Winslowowie, albo klasy wyższej, jak Huxtable'owie. Walkerowie byli najbliższym tych fikcyjnych rodzin doświadczeniem LeBrona. Pan i pani Walker byli wierni sobie, a ponad wszystko stawiali dobro dzieci. Ich dom był azylem, oferującym domowe posiłki i poskładane pranie, imprezy urodzinowe i świąteczne, a także miejscem, w którym stawiano oczekiwania wobec dzieci i informowano je o konsekwencjach ich czynów.
Dla LeBrona życie w domu Walkerów stanowiło także okazję do zobaczenia prawdziwego ojca i zastanowienia się nad uczuciami, które pozostawały stłumione. Uszanował życzenie matki i nigdy nie pytał o tatę. Jednak dorastanie bez jednego z rodziców nieuchronnie rodziło pytanie: "Dlaczego mnie nie chciał?". Kiedy Wielki Frank brał LeBrona pod swoje skrzydła, premierę miał odcinek serialu Bajer z Bel-Air, w którym nieobecny ojciec Willa Smitha, Lou, pojawia się po 14 latach. Willowi bardzo podobało się mieszkanie z rodziną wujka Phila, a LeBron uwielbiał życie z rodziną Wielkiego Franka. Jednak kiedy tylko pojawił się ojciec Willa i dał do zrozumienia, że chce zabrać chłopaka ze sobą, Will spakował torbę i był gotowy do drogi. W dniu, w którym mieli wyruszyć, okazało się, że ojciec znów go porzucił. Widząc smutek Willa, wujek Phil powiedział chłopakowi, że jego złość jest zrozumiała. Ten zaś próbował udawać, że nie jest mu przykro.
"Nie będę siedział w domu i ciągle pytał, kiedy tata wróci. Kto go potrzebuje? Nie uczył mnie grać w kosza, więc nauczyłem się sam. I to całkiem nieźle"5.
Fabuła odcinka była aż nazbyt znajoma. LeBron czuł, jakby Will Smith mówił bezpośrednio do niego. Po raz pierwszy usłyszał słowa opisujące ból, który czuł. Nawet złość była autentyczna.
"Wiesz co? - grzmiał Smith. - Skończę studia bez niego, dostanę świetną pracę bez niego, ożenię się z piękną dziewczyną i będę miał mnóstwo dzieciaków, i będę lepszym ojcem niż on! [...] Bo nie może mnie nauczyć, jak kochać swoje dzieci!"
Kiedy Smith się rozpłakał, James zrobił to samo.
"Dlaczego on mnie nie chce?" - zapytał Smith wujka Phila, a ten go przytulił.
Odcinek miał swoją premierę podczas przełomowego momentu w życiu LeBrona, a Wielki Frank w wielu aspektach codzienności stał się dla LeBrona wujkiem Philem. Zwykle to on odbierał chłopaka ze szkoły i zawoził do domu. Nauczył go grać w koszykówkę. I konsekwentnie komplementował, co dodało LeBronowi pewności siebie.
"Ten młody człowiek może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, jeśli tylko tego zechce" - mówił Walker, wskazując na Jamesa. Takie słowa wypowiadają zwykle dumni ojcowie.
"Nie docenia się go tak, jak na to zasługuje - powiedział lata później o Walkerze LeBron. - Ale to on jako pierwszy dał mi piłkę do kosza i się mną zainteresował".
Poza nauczeniem chłopaka podstaw sportu chyba największą zasługą Walkera było wprowadzenie LeBrona do środowiska, w którym mógł poznać innych ciężko pracujących ojców młodych chłopaków z Akron. Jednym z takich mężczyzn był Dru Joyce II, który okazał się najbardziej wpływowym trenerem, jakiego LeBron spotkał na swojej drodze koszykarskiego rozwoju.
Będąc młodym człowiekiem, Joyce chciał zostać trenerem futbolu amerykańskiego, jednak po ukończeniu Uniwersytetu Ohio w 1978 roku jego priorytetem było utrzymanie żony i rodziny. Odłożył na bok swoje marzenie o byciu zawodowym trenerem, przyjął posadę w Hunt-Wesson i awansował na pozycję starszego przedstawiciela handlowego. Kiedy został regionalnym menedżerem, Joyce przeniósł rodzinę do Akron, gdzie on i jego żona powitali na świecie dwoje dzieci. A w styczniu 1985 roku - miesiąc po narodzinach LeBrona - urodził się im syn. Dali mu na imię Dru Joyce III, a niedługo później dostał przydomek "Mały Dru". Kiedy dla Joyce'a stało się jasne, że jego syn woli koszykówkę od futbolu, zaczął trenować drużynę syna grającą w towarzyskiej lidze Akron. To wtedy Joyce spotkał dziewięcioletniego LeBrona Jamesa.
Zaznajomiony z reputacją LeBrona jako świetnego futbolisty, Joyce przyglądał się z zaciekawieniem, jak chłopak prowadzi piłkę jako rozgrywający. Pomyślał wówczas, że przed nim jeszcze dużo pracy, ale też, że jest wyższy od innych o dziesięć centymetrów, i wykorzystywał tę przewagę, żeby przepchnąć obrońcę i wypracować sobie lepszą pozycję rzutową. Jego umiejętności były surowe, ale instynktownie wiedział, jak się zachowywać na boisku.
Wkrótce LeBron i Mały Dru zaczęli grać ze sobą. LeBron od razu polubił chłopca. Poza boiskiem młody Dru nie mówił zbyt wiele, ale gdy grali w kosza, nigdy nie bał się powiedzieć LeBronowi, co ten ma zrobić. Chociaż był najniższy na boisku, zachowywał się jak trener. W rezultacie LeBron zaczął go nazywać "Generałem". Mały Dru trenował koszykówkę od czwartego-piątego roku życia, ale LeBron był od niego o tyle większy i silniejszy, że pokonywał go w grze jeden na jednego. Po każdej porażce Dru junior domagał się rewanżu. I kolejnego. I kolejnego. Miał coś, co LeBron określał "kompleksem Napoleona". Dzieci śmiały się z Dru i nazywały go "Smerfem", ale to wszystko inspirowało go do jeszcze cięższej pracy. LeBronowi imponował charakter chłopaka, to, że nie bał się walki niezależnie od tego, jak wysoki był przeciwnik. Po raz pierwszy James miał też znajomego w swoim wieku, którego zniknięcia się nie obawiał.
W piątej klasie LeBron polubił szkołę. Przez cały rok nie miał ani jednej nieobecności i był z tego naprawdę dumny. Szczególnie miła była akceptacja w oczach Pam Walker. Bardzo często powtarzała mu, żeby skupił się na ocenach i mierzył wysoko, podkreślała, że ze swoim atletyzmem może zdobyć stypendium i iść na studia. Po raz pierwszy ktoś wspomniał mu o studiach. Przecież on nawet nie wiedział, co znaczy słowo "stypendium". Pani Walker zapewniała go, że dostanie się na każdą uczelnię w kraju. Musiał tylko zadbać o oceny, a o całą resztę zatroszczy się jego talent.
LeBron uświadomił sobie, że jego pierwotne obawy o to, że pani Walker może odtrącić go ze względu na jego predyspozycje sportowe, okazały się bezpodstawne. Nie było w niej zawiści związanej z tym, że był lepszym sportowcem od jej syna; wręcz przeciwnie, traktowała go jak swoje czwarte dziecko. W ciągu ostatniego roku robiła wszystko: od mycia go za uszami przez wycieranie łez po doglądanie go, kiedy chorował na ospę. Pam Walker chciała, żeby osiągał swoje cele, tak jak jej własne dzieci. Dlatego miała mieszane uczucia, kiedy Gloria powiedziała, że chce zabrać LeBrona do siebie na koniec roku szkolnego.
LeBron też był rozdarty. Walkerowie byli dla niego jak rodzina, a ich dom był teraz jego domem. Tu czuł się bezpiecznie. Tu czuł się chciany.
"To, co dla ciebie zrobiliśmy, zrobiliśmy, bo cię kochamy" - powiedział mu Wielki Frank.
LeBron wiedział, jakie miał szczęście, że mógł z nimi mieszkać. "Bez czasu spędzonego z Walkerami nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy" - przyznawał.
Ból i rozdarcie, które czuł, kiedy jego mama po raz pierwszy wysłała go do Walkerów, już ustąpiły. Lata później, kiedy sam został rodzicem, James zaczął postrzegać gest matki jako "ogromne poświęcenie", przedłożenie jego interesu nad jej własny. "Wiem, że było to dla niej bardzo trudne" - powiedział.
Chociaż matka strasznie chciała mieć LeBrona znów pod swoim dachem, powrót okazał się bardzo trudny. Na początku szóstej klasy Gloria straciła mieszkanie, do którego planowała się wprowadzić, i na czas, kiedy zastanawiała się, co dalej, LeBron musiał wrócić do Walkerów. Kobieta zaczęła wówczas rozważać nawet przeprowadzkę do Nowego Jorku.
LeBron był na tyle dojrzały, żeby rozumieć, jak trudno jego matce utrzymać ich obydwoje. Nie wiedział, jak to robiła, ale zawsze mieli co jeść. Wiele rzeczy pozostawało poza jego kontrolą, wiedział jednak, że życie jego matki nie jest łatwe, i bardzo chciał, żeby była dumna z syna.
"Były rzeczy, które widziałem, i te, których widzieć nie mogłem - wspominał później James. - Ale nigdy nie zadawałem jej pytań. Po prostu nie chciałem wiedzieć".
Niepewność narastała, aż wreszcie postanowiła wkroczyć Pam Walker.
"Były momenty, kiedy chciałam znów go wziąć w ramiona" - wspominała Pam.
Sytuacja była jednak skomplikowana, więc rozumiejąc, jak ważne jest zatrzymanie Glorii i LeBrona w Akron, Pam skontaktowała się z przyjacielem, który był kierownikiem w Spring Hill Apartments. Budynki wyglądały ponuro, a sąsiedztwo nie należało do najlepszych, ale Gloria kwalifikowała się na zapomogę finansową. Z pomocą Walkerów udało jej się dostać dwupokojowe mieszkanie. Po raz pierwszy w życiu LeBron miał własną sypialnię. Spring Hill było miejscem, które mogło stać się ich domem.
Będąc w szóstej klasie, LeBron nadal widywał się z Walkerami, ale zaczął też spędzać czas u Joyce'ów. Ich dom przypominał dom Walkerów: obydwoje rodziców pracowało, w domu były trzy sypialnie. W piwnicy domu mieścił się dodatkowo pokój zabaw. To było świetne miejsce dla chłopaków, w którym mogli spędzać czas i grać w gry wideo, np. NBA Live i Madden NFL. Pani Joyce lubiła dyscyplinę. Pracowała dla organizacji non profit skupiającej się na edukowaniu młodzieży o zagrożeniach związanych z seksem i narkotykami. Jej wartości przenikały gospodarstwo domowe Joyce'ów. Co niedzielę całą rodziną jeździli do kościoła.
Dru Joyce uczył w szkółce niedzielnej z innym parafianinem, Lee Cottonem - kierowcą firmy FedEx, żyjącym z żoną i dziećmi w dzielnicy nazywanej Goodyear Heights. Cotton miał syna, Siana, który był w tym samym wieku co Dru junior i LeBron. Sian przewyższał wzrostem nawet LeBrona; był tak duży, że przekroczył limit wagi dla swojej grupy wiekowej w młodzieżowym futbolu. Nie był jednak dobrym koszykarzem. Joyce wiedział jednak, że jego ojciec i tak już pomyślał, że nie zaszkodzi dodać do składu dużego, silnego dzieciaka. Przekonał Lee Cottona, żeby pomógł mu trenować drużynę koszykówki młodzików, i namówił LeBrona, by ten połączył siły z Dru juniorem i Sianem. Drużynę nazwali Shooting Stars.
LeBron był chętny, ale Gloria miała swoje obawy. Chociaż syn powiedział jej, że z trenerem Dru łączy go silniejsza więź niż z jakimkolwiek innym mężczyzną w jego życiu, Gloria oświadczyła, że chce przyjść na trening przed podjęciem decyzji. Trener Dru nie miał z tym problemu. Zajęcia organizował w budynku Armii Zbawienia na Maple Street. Boisko, na którym grali, było sporo mniejsze niż przepisowe, a parkiet pokrywało linoleum, lecz dla Glorii nie miało to znaczenia; ją interesowali tylko ludzie mający trenować jej syna.
Lee Cotton i trener Dru przeprowadzili kilka ćwiczeń. Było dużo pozytywnej motywacji, widać było też, że chłopcy dobrze się dogadują. Dru junior był naturalnym liderem, którego nic nie było w stanie rozproszyć. Sian Cotton odstraszał rywali atakujących kosz. LeBron był wszechstronnym atletą i z pewnością najlepszym koszykarzem w zespole. Trzej chłopcy poruszali się po parkiecie w pełnej symbiozie, a inne dzieciaki karmiły się ich energią.
Gloria pozwoliła LeBronowi dołączyć do drużyny.
Dru Joyce wiedział, że James jest urodzonym sportowcem. Poza byciem wyższym od większości rówieśników wyróżniał się też skocznością i szybkością. Nikt w jego grupie wiekowej nie mógł pokonać go w grze jeden na jednego. Nawet zdobywanie punktów przeciwko starszym chłopakom przychodziło mu z łatwością. Dru junior był bardziej zdyscyplinowanym i konwencjonalnym graczem, jednak LeBron mógł dominować nawet bez znajomości podstaw koszykarskiego rzemiosła. Małego Dru to irytowało, przez co czasem czepiał się LeBrona.
Dru senior nie był szczególnie wymagający wobec Jamesa. Niedoświadczony jako trener, był przede wszystkim oddanym ojcem, który kochał sport i któremu zależało na LeBronie i innych chłopakach do tego stopnia, że poświęcał weekendy, by dawać im cenne, życiowe lekcje, na przykład jak istotna jest współpraca. Gdyby Joyce miał doświadczenie zawodowego skauta oraz trenera prowadzącego drużyny w ważnych turniejach, może dostrzegłby w LeBronie potencjalnego zawodowca, któremu niczego nie brakowało, by odnieść sukces: dysponował sprawnością obydwu rąk, tak powszechną u profesjonalnych pianistów, wrodzoną pewnością siebie, niespożytymi pokładami energii, które sprawiały, że nigdy nie wydawał się zmęczony. Jednak nawet gdyby Joyce był pełnoetatowym trenerem, wydaje się wątpliwe, żeby marzył, a tym bardziej spodziewał się, że dziesięciolatek z jego drużyny, wolne chwile spędzający u niego w piwnicy na graniu z jego synem, jest prawdziwym talentem.
Pewnego dnia, podczas powrotu z zajęć z trenerem Dru, LeBron uważnie słuchał rad dotyczących tego, jak może stać się lepszym zawodnikiem. Bez ojca, z którym mógłby porozmawiać o swojej grze, zawsze wsłuchiwał się w słowa trenera, gdy ten postanowił szczerze pogadać o koszykówce. Podczas tej konkretnej rozmowy trener Dru zachęcał go do włączenia kolegów z drużyny do gry ofensywnej.
- Bron, jeśli będziesz podawać, wszyscy będą chcieli z tobą grać - powiedział.
Uwagę LeBrona przykuła ostatnia część tego zdania - wszyscy będą chcieli z tobą grać. Tych sześć słów wywarło na niego taki wpływ, że równie dobrze mogło wypowiedzieć je jakieś bóstwo. Próbując nauczyć LeBrona fundamentalnej prawdy o sportach drużynowych - że kiedy najlepszy gracz nie jest samolubny, koledzy z drużyny ciężej pracują i grają lepiej - trener Dru trafił w jego głód przyjaźni i akceptacji. Jako dzieciak, który tyle czasu spędził w samotności, LeBron najbardziej pragnął być chciany.
Nigdy nie trzeba było go zachęcać do dzielenia się piłką. Gdy dojrzewał jako zawodnik, przestał koncentrować się na rzucaniu i skupił się na podawaniu. Podpatrywał takich graczy jak Magic Johnson i z dumą demonstrował no-look passy, i wkrótce stał się najlepszym podającym w lidze młodzieżowej koszykówki w Akron. Czasem LeBron był tak skoncentrowany na szukaniu możliwości zagrania do kolegów, że trener Dru musiał zachęcać go do rzutów. Stąd wziął się nawyk dzielenia się piłką, który towarzyszy mu także w NBA, gdzie czasem krytykowano go za oddawanie piłki w kluczowych momentach meczów. Kiedy był chłopcem, jego podania podbudowywały kolegów z zespołu, a drużyna trenera Dru stała się złotym standardem młodzieżowej ligi Akron.
"Moi trenerzy z lig młodzieżowych zawsze uczyli nas, jak należy grać w koszykówkę - wspominał LeBron. - Określenie "ball hog"6 było czymś, czego nikt z nas nie chciał usłyszeć".
LeBron nie wiedział, czego oczekiwać, kiedy jego drużyna zakwalifikowała się na krajowy turniej Amateur Athletic Union (AAU) w Cocoa Beach na Florydzie. Miał 11 lat i nigdy nie wyjeżdżał na wakacje z rodziną, ale Shooting Stars byli dla niego niemal jak rodzina. Okazja, żeby gdzieś z nimi pojechać, brzmiała jak zapowiedź świetnej przygody. Pewnego popołudnia latem 1996 roku LeBron zajął miejsce w minivanie trenera Dru obok Dru juniora, Siana Cottona i kilku innych graczy Shooting Stars. Pani Joyce i jej dwie córki jechały za nimi samochodem wypełnionym jedzeniem i sprzętem. Wspólnie wybrali się w liczącą niemal 1400 kilometrów trasę z Akron do hotelu położonego nieopodal bazy lotniczej na przylądku Canaveral.
LeBron i przyjaciele dobrze się bawili w czasie tej kilkugodzinnej podróży autem, wciąż rozmawiając i marząc. Siedemnastoletni dzieciak z liceum Lower Merion w Filadelfii, niejaki Kobe Bryant, został niedawno w pierwszej rundzie draftu wybrany przez Charlotte Hornets i od razu sprzedany do Los Angeles Lakers. A 26-letni raper Jay-Z wypuścił właśnie swój debiutancki album Reasonable Doubt. LeBron, Dru junior i Sian chcieli być profesjonalnymi sportowcami, a takie kawałki jak Dead Presidents II i Can't Knock the Hustle nakręcały ich przed graniem.
Ceremonia otwarcia odbyła się w Centrum Kosmicznym im. Johna F. Kennedy'ego. LeBron, widząc drużyny z całego kraju, czuł się jak na igrzyskach olimpijskich, jednak rozgrywki były tylko małą częścią większej całości. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ocean, był pod wrażeniem jego ogromu. Nigdy dotąd nie był na plaży, nigdy nie czuł piasku pod stopami ani nie pluskał się w słonej wodzie. Było gorąco i słonecznie, wokół przechadzały się dziewczyny w bikini. W porównaniu z Akron Cocoa Beach było egzotycznym miejscem.
Shooting Stars zakończyli turniej na 9. miejscu na 64 drużyny, z których wiele spędziło dużo więcej czasu na wspólnej grze i treningach. Trener Dru był dumny ze swoich podopiecznych. Po turnieju powiedział im: "W przyszłości dokonacie czegoś wielkiego".
LeBron nie wiedział, co trener miał na myśli. Wyjazd na Florydę utwierdził go jednak w przekonaniu, że Dru junior i Sian Cotton byli kimś więcej niż kolegami z drużyny - byli jego braćmi. Wspólnie zobaczyli, jak to jest opuścić Akron i zagrać przeciwko najlepszym zawodnikom z ich kategorii wiekowej w kraju. Skoro już przekonali się, że mogą rywalizować w krajowym turnieju AAU, chcieli znów tu zagrać i zobaczyć, jak to jest wygrać cały turniej.
W kolejnym roku LeBron spędzał coraz więcej czasu w domu trenera Dru; to miejsce stało się dla niego wręcz drugim domem. Zauważył, że trener zaczął czytać książki autorstwa podziwianych przez siebie szkoleniowców, na przykład Johna Woodena z uczelni UCLA. Jednocześnie dowiedział się, że Lee Cotton z niemal religijnym namaszczeniem co weekend zabiera syna na halę, gdzie wspólnie ćwiczą, pracują nad techniką i uczą się wykorzystywania tak wielkiego ciała na boisku.
Dzięki ojcu Sian stał się równie pewnym siebie zawodnikiem co LeBron i Dru junior. Tego lata 12-latkowie wystąpili wspólnie w 60 meczach ligi letniej. Ich ciężka praca przyniosła efekt w postaci awansu Shooting Stars na turniej U12 AAU w Salt Lake City.
Wycieczka do Utah była zupełnie inna niż ta na Florydę: drużyna znalazła sponsorów, którzy opłacili lot z Cleveland do Salt Lake City. LeBron nigdy w życiu nie siedział w samolocie. Coś, co miało być ekscytującą przygodą, zmieniło się jednak w źródło łez.
"Ponieważ był to mój pierwszy lot, mogę wyznać, że ryczałem, jakby miało nie być jutra, odchodząc od zmysłów, a w moich uszach dudniło od ciśnienia" - napisał lata później w pamiętniku.
LeBron mógł być przestraszony, ale za łzami stało coś więcej niż strach przed lataniem.
"Kochał swoją matkę na zabój - podkreślał trener Dru. - Cierpiał, kiedy nie było jej przy nim. Pamiętam jego pierwszy lot, przez cały czas płakał. Chciał do mamy. Na zawsze zapamiętam tamtą chwilę".
Chociaż LeBron nie lubił rozmawiać o tej sytuacji, to Dru junior i Sian wykazali się wówczas empatią. Ich rodzice byli stale przy nich, a w czasie podróży i podczas turniejów na trenerze Dru i Lee Cottonie zawsze można było polegać, do tego stopnia, że wręcz nie doceniało się ich obecności. Ale LeBron nigdy o tym nie zapominał. W jego życiu były wyrwy i zawsze dostrzegał tych, którzy mogli je wypełnić.
Chociaż w samolocie był niesamowicie niespokojny, po dotarciu na salę LeBron czuł się już dobrze. Nieważne, dokąd jechali, parkiet zawsze był jego królestwem.
Gracze na turnieju U12 AAU byli wyraźnie więksi i lepsi od tych, z którymi Shooting Stars rywalizowało do tej pory. Ich najwyższy zawodnik, Sian, mierzył 188 centymetrów, tymczasem jedna z drużyn, z którymi grali, miała w składzie trzech graczy o wzroście 195 centymetrów. Nie miało to znaczenia. Dru junior był nieustraszonym rozgrywającym, Sian przepychał wyższych od siebie chłopaków, a LeBron był nie do zatrzymania w grze jeden na jednego. Inni zawodnicy też wywiązali się ze swoich zadań. Drużyna wygrała większość spotkań i zakończyła turniej na 10. miejscu wśród 72 ekip. Ku zadowoleniu trenera Dru jego zespół stawał się coraz lepszy.
Te doświadczenia odmieniły życie tych chłopaków, a w szczególności LeBrona. Odkrył, że latanie nie jest takie złe. A powracające napięcie przed grą na oczach tłumów gromadzących się na krajowych turniejach sprawiało, że łatwiej było wyobrazić sobie, jak to będzie być zawodowym koszykarzem. Sport stał się dla niego biletem do życia, którego inaczej nigdy by nie doświadczył. Inni goście z osiedla Spring Hill nie wiedzieli, jak to jest być odprawianym na lotnisku albo zastać miniaturowe mydełka w hotelowym pokoju, albo siedzieć w podgrzewanym basenie, w odległym mieście. Koszykówka dała mu też rodzinę, którą stała się dla niego drużyna. Pragnienia LeBrona były napędzane przez rzeczy, których nigdy nie zaznał.
"Ogromna wartość historii bierze się z tego, że nosimy ją w sobie, na wiele sposobów jesteśmy przez nią nieświadomie sterowani, historia jest obecna dosłownie we wszystkim, co robimy - zauważył afroamerykański pisarz James Baldwin. - Historii zawdzięczamy nasze punkty widzenia, tożsamość i aspiracje".
Te słowa odnoszą się także do historii każdego z nas.
Przeszłość LeBrona niezaprzeczalnie wpływała na jego wyobrażenia o przyszłości. W szkole, kiedy na początku roku szkolnego nauczyciel podał klasie białą kartkę i poinstruował uczniów, żeby zapisali na niej trzy zawody, które chcieliby wykonywać, gdy dorosną, LeBron napisał:
Zawodnik NBA
Zawodnik NBA
Zawodnik NBA
Po zebraniu kartek nauczyciel zwrócił uwagę LeBronowi, że ten nie zrozumiał zadania - miał wypisać trzy zawody, nie jeden.
LeBron dobrze zrozumiał polecenie, po prostu nie chciał być nikim innym.
Trener Dru był przekonany, że aby jego zespół zdobył krajowe mistrzostwo, niezbędny jest kolejny gracz, który podniesie poziom sportowy. Drugi po LeBronie najlepszy 13-latek w mieście nazywał się Willie McGee i grał w drużynie Akron Elite. Po tym, jak Shooting Stars wyeliminowali Akron Elite w eliminacjach do krajowego turnieju AAU U13, trener Dru postanowił zrekrutować McGeego. Willie mieszkał ze starszym bratem, Ilyą McGeem, który miał stypendium koszykarskie Uniwersytetu w Akron. Trener Dru odnalazł Ilyę i zapytał, czy Willie mógłby dołączyć do jego drużyny. Ilya zaakceptował tę propozycję. Jego młodszy brat wiele przeszedł i szansa gry w barwach dobrej drużyny dla trenera, który byłby pozytywnym wzorcem męskości, dobrze by mu zrobiła.
Willie McGee pochodził z Chicago i na własne oczy widział, jak jego rodzice walczyli z uzależnieniem od narkotyków. Kiedy obydwoje trafili do więzienia, McGee zamieszkał ze starszą siostrą, która już i tak nie radziła sobie z wykarmieniem dwojga swoich własnych dzieci, nadal będących w pieluchach, i opieką nad nimi. Obawiając się, że jej młodszy brat padnie ofiarą narkotyków i ulicznej przemocy, a także widząc potrzebę silnego, męskiego wzorca, wrzuciła jego ubrania do plastikowego worka na śmieci i wysłała go do Akron, gdzie mieszkał starszy brat Williego. Ilya zapewniał Williemu jedzenie i ubranie, dobrze się uczył, odnosił się do innych z szacunkiem. Nauczył go także grać w koszykówkę. Ilya zapewnił trenera Dru, że Willie jest naprawdę dobrym graczem i jeszcze lepszym dzieciakiem. Nigdy nie sprawiał kłopotów, po prostu był cichy. Naprawdę cichy.
Trener Dru zabrał Williego na jego pierwszy trening z zespołem.
Po szkole LeBron czekał w domu Dru, aż przyjdzie czas na trening. Willie McGee miał lada moment przyjechać do domu i LeBron oraz Dru junior zastanawiali się, czy chłopakowi uda się wpasować w ich zażyłą grupę. Żadnemu z nich nie chciało się gadać, kiedy Willie wszedł do domu. Mierzył 188 centymetrów, o dziesięć więcej od LeBrona.
Dru junior nawet nie podniósł wzroku znad pracy domowej, którą właśnie odrabiał.
- Siemasz - wymamrotał LeBron.
Zapanowała niezręczna cisza. Willie wiedział, jakim zawodnikiem jest LeBron, ale nie wiedział nic o tym, jakimi on czy Dru junior są ludźmi. Młody Dru przedstawił się Williemu, dopiero kiedy wsiadali do auta jego ojca.
LeBron i Willie nie odzywali się podczas drogi na trening, a trener Dru ochrzaniał Dru juniora za coś, co stało się w szkole. Ale gdy tylko dojechali na halę, rozbrzmiała muzyka i zaczęli ćwiczyć dwutakt, lody zostały przełamane. LeBron, Dru junior i Sian Cotton kochali koszykówkę i trzymali się tak blisko, że Willie od razu ich polubił. Nie musiał nic mówić, wystarczył sam jego entuzjazm do gry. Był typem zawodnika od brudnej roboty: rzucał się po piłki, dobrze kozłował, walczył o zbiórki, potrafił bronić i zdobywać punkty.
LeBronowi podobało się to, co zobaczył. Po kilku treningach zaprosił Williego na noc do swojego mieszkania w Spring Hill. Sian też wówczas u niego nocował. Gloria przygotowała dla nich obiad, a popołudnie spędzili przy grach wideo. W pewnym momencie LeBron zwrócił się do Williego:
- Jesteś spoko.
Willie nie odpowiedział, ale polubił LeBrona. Dru junior i Sian pochodzili z typowych rodzin, z pracującymi ojcami, którzy po pracy zajmowali się wychowywaniem dzieci. LeBron zaś był bardziej jak on. Obaj nie mieli ojców i żyli na krawędzi.
LeBron przekonał Williego, że trener Dru i pan Cotton mogą być dla niego jak rodzina. Co niedzielę zabierali obu chłopców do kościoła i pilnowali, żeby odrabiali pracę domową. Tradycją stały się wspólne piątkowe noclegi. Dla Jamesa te wszystkie dodatkowe sprawy były najfajniejszym elementem bycia częścią drużyny.
"LeBron nigdy nie lubił być sam - powiedział trener Dru. - Kiedy nas spotkał, znalazł domy. Znalazł ojców. Znalazł najwspanialszą rzecz, jaka go kiedykolwiek spotkała: przyjaźnie".
Gdy te przyjaźnie stały się bardziej zażyłe, LeBron zaczął pewniej wyrażać własne myśli. Pewnej nocy spojrzał na Williego i powiedział mu, że są dobrymi przyjaciółmi. Willie nie wiedział, jak zareagować. Nie był przyzwyczajony do tego typu słów, zwłaszcza słyszanych od innego chłopaka. Ale nie tylko LeBron tak mówił, Sian i Dru junior również otwarcie wyrażali swoje uczucia.
"Dawali dużo z siebie i mnie akceptowali. Dzięki temu poczułem się bardziej komfortowo" - wyjaśnił Willie.
Willie rzadko się odzywał, ale był lojalny wobec nowych przyjaciół. Kiedy zobaczył, jak większy zawodnik odpycha po meczu Dru juniora, ruszył, by go bronić, i popchnął rywala. Trener Dru wierzył w sportową postawę, ale podobało mu się to, jak Willie zerwał się, by bronić kolegi z zespołu. LeBronowi też się to podobało, bo zobaczył, że Willie jest lojalny. Po tym wydarzeniu on, Willie, Sian i Dru junior zaczęli określać siebie mianem Fantastycznej Czwórki.
W ósmej klasie LeBron urósł do 188 centymetrów, dzięki czemu więcej widział na boisku i tym samym stał się jeszcze lepszym podającym. Regularnie pakował też piłkę do kosza. Pierwszy raz udało mu się to na hali w gimnazjum. Był wówczas w siódmej klasie i od tego momentu przyjaciele nalegali, żeby powtórzył to podczas meczu. Chociaż dunkował z łatwością, nie chciał robić tego w trakcie gier. Wolał layupy. Aż pewnego dnia, w czasie turnieju AAU w Cleveland, wzniósł się nad obręcz i wepchnął przez nią piłkę. Wsad z rozbiegu na podwórku, bez obrońców to jedno, ale niewielu gimnazjalistów potrafi powtórzyć taki wyczyn podczas meczu.
Nowe umiejętności LeBrona: dryblowanie, bieganie z piłką i wsadzanie jej do kosza ponad obrońcami sprawiły, że Shooting Stars stali się niemal niemożliwi do pokonania. Bardziej doświadczone drużyny AAU zaczęły delegować dwóch, a nawet trzech obrońców do krycia LeBrona, kiedy tylko ten dostawał piłkę. Tyle że wówczas podawał do niekrytych kolegów, którzy kończyli akcje łatwymi layupami lub rzutami. Jak na 14-latków byli nadzwyczaj dobrze naoliwioną maszyną.
W tamtym roku Shooting Stars zdominowali krajowy turniej AAU. W pewnym momencie ćwierćfinału LeBron dostał piłkę i widząc otwartą drogę na kosz, popędził prosto w kierunku obręczy. Będąc już w pomalowanym, chwycił piłkę w dłonie, wykonał dodatkowy krok, wyskoczył i zapakował dwiema rękami tak, że tablica aż się rozbujała. Shooting Stars awansowali do finału kategorii U14, a LeBron był najlepszym graczem najważniejszego turnieju koszykówki w kraju. Cel, który wyznaczyli sobie trzy lata wcześniej, był teraz w zasięgu ręki. Mieli zmierzyć się z faworyzowanymi Southern California All-Stars, grupą chłopaków, która wygrała trzy krajowe mistrzostwa z rzędu. W swoim zespole mieli elitarnych sportowców, którzy potrafili robić wsady, a o jednym z nich pisał nawet magazyn "Sports Illustrated Kids".
Trener Dru zauważył, że kilku z jego zawodników czuło ogromną presję. California All-Stars byli pewni siebie, niemal aroganccy. Podczas rozgrzewki weszli na parkiet z torbami Nike, w butach Nike i dopasowanych, czerwono-białych strojach Nike. Shooting Stars nie mieli sponsora i musieli sięgać po różne sposoby - myć auta, organizować grille i chodzić od drzwi do drzwi w Akron, prosząc o datki - żeby opłacić stroje. Przy All-Stars wyglądali biednie. Przed samym meczem Dru zebrał drużynę w szatni. Zapewnił zawodników, że tak jak oni chce wygrać turniej, ale już teraz jest z nich dumny jako trener i nie oczekuje od nich zwycięstwa. Mieli po prostu rozegrać dobry mecz.
Jego przemowa miała uspokoić chłopaków, ale kiedy 8 lipca 1999 roku LeBron i jego koledzy wyszli na parkiet hali Disneya w Orlando, ich serca biły jak szalone.
- Jesteście z Akron? - zapytał z wyższością jeden z graczy All-Stars, a inni prychnęli.
- Jesteście ze wsi? - odezwał się inny.
Słowa te zabolały LeBrona. Resztę chłopaków też. Akron istotnie było niemal nieobecne na mapie koszykarskiej AAU, jednakże Shooting Stars wyrobili sobie renomę jako ekipa grająca zespołowo i twardo, co rokrocznie zapewniało im grę w dalszych fazach turnieju. A LeBrona kojarzyli wszyscy trenerzy i zawodnicy AAU. Wkurzyło go, że goście z Północnej Kalifornii patrzyli na niego i jego kolegów jak na drugorzędnych graczy z jakiejś zapadłej dziury.
Na początku meczu Shooting Stars nie dawali sobie rady z rywalami i pod koniec pierwszej połowy przegrywali 30:45. W drugiej połowie jednak LeBron poprowadził ich do zwycięstwa: wpadał na kosz, notował kolejne no-look passy i blokował rzuty przeciwników. Na minutę przed końcem meczu biegł po lewej stronie boiska, kozłując lewą ręką, po chwili przeniósł piłkę do prawej, zwodem uniknął obrońcy, przecisnął się przez kolejnych dwóch rywali i zdobył dwa punkty layupem od tablicy, na co komentator zakrzyknął: "Niesamowite zagranie Jamesa!".
Akrobatyczny rzut zmniejszył przewagę All-Stars do trzech punktów. Potem, na cztery sekundy przed końcem meczu, kiedy jego drużyna przegrywała dwoma punktami, trener Dru poprosił o czas. Shooting Stars zaplanowali akcję, której celem było wyrobienie się z decydującym rzutem. Miał go wykonać LeBron.
James niemal od zawsze marzył o oddaniu zwycięskiego rzutu wraz z końcową syreną. Nie pamiętał, ile razy wyobrażał sobie taki scenariusz, trafiając nad wyimaginowanymi obrońcami. W głowie już widział, co zrobi. Chwilę później obrócił się i spojrzał na parkiet w momencie, kiedy Sian przerzucał nad nim piłkę. Złapał ją, kozłując, minął dwóch obrońców i przekroczył linię środkową boiska. Za nią jeszcze raz odbił piłkę od parkietu i wybił się w górę, gdy trzeci obrońca wyskoczył przed nim ze wzniesioną ręką. Wyciągnięty w stronę kosza, LeBron rzucił z dystansu typowego dla zawodników NBA, jakichś 10 metrów. Kibice zamarli, patrząc, jak piłka leci idealną trajektorią w kierunku kosza, ląduje w obręczy i wypada z niej wraz z końcową syreną. LeBron schował twarz w dłoniach. Przegrali 66:68.
Powrót do Akron był długi i towarzyszyła mu wymowna cisza. Trener Dru myślał, że już więcej nie będzie trenować chłopaków - w końcu po tym roku szkolnym wszyscy mieli iść do liceum. Spodziewał się, że to koniec tej wspaniałej przygody. Chłopcy mieli jednak inne plany. Już wcześniej poważnie dyskutowali o pójściu do tej samej placówki, żeby móc dalej ze sobą grać. Mieszkali w różnych częściach miasta, ale Akron miało wiele liceów i mogli wybrać, które tylko chcieli. Porażka z Southern California All-Stars była gorzkim doświadczeniem, ale utwierdziła ich w przekonaniu, że chcą wspólnie grać w liceum.
Mieli wszak niedokończone sprawy.
5 Cytat pochodzi z serialu Bajer z Bel-Air, sezon 4, odcinek 24, Nowa wymówka taty. Wersja polska: HBO Start International Polska, tłumaczenie: Andrzej Pieszak.
6 Dosłownie "świnia piłkowa", określenie używane do nazywania zawodnika samolubnego, niedzielącego się piłką, który nie pomaga drużynie.