Lawless - T.M. Frazier

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

BEAR

Uro­dzi­łem się jako czło­nek gangu.

Żoł­nierz wy­ję­tej spod prawa ar­mii klubu mo­to­cy­klo­wego Be­ach Ba­stards. Moim prze­zna­cze­niem było prze­ję­cie pa­łeczki od sta­rego.

Obo­wią­zek był waż­niej­szy od mo­jego su­mie­nia, ro­dziny, waż­niej­szy od wszyst­kiego.

Nie wy­bra­łem so­bie ta­kiego ży­cia, lecz ono wy­brało mnie, a wią­zało się ono z wie­dzą i ak­cep­ta­cją tego, że gdy każ­dego ranka wsta­wa­łem się od­lać, mógł to być mój ostatni dzień na ziemi.

Albo - w za­leż­no­ści od mo­ich roz­ka­zów - czyjś ostatni dzień.

By­cie mo­to­cy­kli­stą, Ba­star­dem, nie było tylko kwe­stią ge­nów. Nie cho­dziło o to, że ja w ten spo­sób ży­łem.

Ja tym od­dy­cha­łem.

Spi­ja­łem to.

Ja to, kurwa, ko­cha­łem.

To zna­czyło dla mnie wszystko.

Do mo­mentu, aż prze­stało.

Nie pa­mię­tam, kiedy do­kła­da­nie na­stał ten mo­ment -może po pierw­szym za­bój­stwie, może w dniu, gdy do­sta­łem swoją na­szywkę? - ale to się stało. Olej mo­to­cy­klowy, skóra, prze­moc i za­mi­ło­wa­nie do nisz­cze­nia wro­gów klubu za­częły pły­nąć w mo­ich ży­łach za­miast krwi.

Przede wszyst­kim by­łem mo­to­cy­kli­stą, a do­piero po­tem czło­wie­kiem.

I na­peł­niało mnie to dumą.

Ni­gdy nie uwa­ża­łem tego za pro­blem, ale też nie są­dzi­łem, że na­dej­dzie taki dzień, gdy prze­stanę być człon­kiem Be­ach Ba­stards.

A jed­nak tak się stało.

Prze­sta­łem nim być.

W dniu, gdy od­da­łem ka­mi­zelkę i wy­sze­dłem z sie­dziby klubu, od­wró­ci­łem wła­sną klep­sy­drę i przy­pi­sa­łem swo­jemu ży­ciu datę za­koń­cze­nia.

Bo gdy czło­wiek zo­staje człon­kiem klubu Be­ach Ba­stards, jest nim na za­wsze.

Chyba że umrze.

Przyjdą po mnie. Ale bar­dziej po­pie­przone było coś in­nego - nie prze­szka­dzała mi myśl, że za­biją mnie moi bra­cia. Cho­dziło o nie­pew­ność.

Wie­dzia­łem wszystko o by­ciu mo­to­cy­kli­stą.

Ale nic na te­mat by­cia czło­wie­kiem.

Tor­tu­ro­wano mnie, gwał­cono ku ucie­sze mo­ich po­ry­wa­czy, zna­la­złem się na gra­nicy ży­cia i śmierci. Ale mimo tego, przez co prze­sze­dłem, ni­gdy nie stra­ci­łem chęci do ży­cia. Tej woli walki. Tego cze­goś w środku, co spra­wiało, że moje serce biło tak szybko, jakby miało wy­rwać się z piersi, i mó­wiło, że wyj­dziesz z każ­dej sy­tu­acji cało, a po­nadto spa­lisz żyw­cem każ­dego skur­wiela, który spró­buje cię znisz­czyć.

Bito mnie, ale ni­gdy nie zła­mano.

Do­póki nie po­ja­wiła się Thia...

ROZ­DZIAŁ 1

THIA

W wieku dzie­się­ciu lat...

Nie wiem, co po­szło nie tak.

Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam tego po­wie­dze­nia. Bo gdy ja pa­trzy­łam w prze­szłość, po­tra­fi­łam wska­zać do­kład­nie dzień i go­dzinę, kiedy wszystko się zmie­niło i ob­rało kie­ru­nek, któ­rego nikt nie mógł prze­wi­dzieć.

A już na pewno nie ja.

Trzy ty­go­dnie przed mo­imi je­de­na­stymi uro­dzi­nami po­je­cha­łam ma­łym czer­wo­nym ro­we­rem do Stop-N-Go, sta­cji od­da­lo­nej o pięć ki­lo­me­trów od mo­jego domu. Tata chciał, że­bym za­wio­zła tam skrzynkę po­ma­rań­czy, więc przy­wią­za­łam ją do de­sko­rolki, a de­sko­rolkę przy­mo­co­wa­łam do sio­dełka ro­weru liną, którą zna­la­złam w sta­rej ło­dzi mo­jego taty.

- Po­pil­nu­jesz kasy, Cindy? - za­py­tała Emma May, idąc w stronę wyj­ścia i bu­ja­jąc bio­drami. W ręce trzy­mała swoją małą kwa­dra­tową to­rebkę. - Wpadnę tylko na chwilę do sa­lonu na­prze­ciwko. Pew­nie i tak nikt nie przyj­dzie do sklepu - do­dała i po­chy­liła się nad ladą. Otwo­rzyła starą kasę, na­ci­ska­jąc kilka przy­ci­sków i ude­rza­jąc w nią pię­ścią. Wy­jęła tro­chę go­tówki i uśmiech­nęła się do mnie. Roz­su­nęła szklane drzwi, które skrzyp­nęły przy otwie­ra­niu, tak samo jak przy za­my­ka­niu.

Emma May miała ra­cję. Już wcze­śniej pro­siła mnie, bym po­pil­no­wała sklepu i nikt na­wet nie przy­szedł.

Aż do dzi­siaj.

Nie cho­dziło o to, że chcia­łam ko­niecz­nie wró­cić do domu. Mama za­częła się dziw­nie za­cho­wy­wać. Po­tra­fiła czy­ścić pod­łogi go­dzi­nami, do­póki nie za­częły błysz­czeć. Mó­wiła do sie­bie w kuchni. A za każ­dym ra­zem, gdy ją o to py­ta­łam, za­cho­wy­wała się tak, jakby nie wie­działa, o czym mó­wię. Tata po­wie­dział mi, że wszystko bę­dzie do­brze, po­ra­dził, że­bym nie wcho­dziła jej w drogę i dała jej tro­chę prze­strzeni.

Ro­bi­łam to, co ka­zał, i uni­ka­łam mamy. Za­zwy­czaj nie wra­ca­łam do domu przed za­cho­dem słońca.

Pil­no­wa­nie sklepu było do­brą wy­mówką - jak każda inna - by nie wró­cić do domu za szybko.

Po go­dzi­nie za­czę­łam się nu­dzić. Wy­pro­sto­wa­łam półkę z pa­pie­ro­sami wi­szącą za kasą, prze­wró­ci­łam hot dogi na blaszce, która nie ob­ra­cała się sama, pró­bo­wa­łam czy­tać ma­ga­zyny, ale nie ro­zu­mia­łam, co zna­czy: "Sie­dem­na­ście po­zy­cji, dzięki któ­rym fa­cet straci zmy­sły".

Dla­czego ktoś miałby tra­cić zmy­sły z po­wodu ja­kichś po­zy­cji? Gdy­bym ja stra­ciła któ­ryś ze zmy­słów, po­szła­bym do le­ka­rza.

Da­łam so­bie spo­kój z ma­ga­zy­nami i od­chy­li­łam się na sta­rym stołku ba­ro­wym, który skrzy­piał za każ­dym ra­zem, gdy się ob­ra­ca­łam. Po­ło­ży­łam stopy na blat i włą­czy­łam czarno-biały te­le­wi­zor sto­jący w ką­cie na książce te­le­fo­nicz­nej. Te­le­wi­zor miał tylko dwa ka­nały - ja­kiś z we­ster­nami i ka­nał z po­godą. Ekran śnie­żył, a dźwięk do­cho­dzący z gło­śni­ków za­kłó­cały szumy. Pró­bo­wa­łam to wy­łą­czyć, ale nic się nie dzia­łało - zdo­ła­łam tylko jesz­cze bar­dziej go pod­gło­śnić. Szum za­głu­szał mo­to­cy­kle par­ku­jące przed skle­pem i dźwięk dzwon­ków za­wie­szo­nych nad drzwiami.

Wy­ję­łam wtyczkę z gniazdka. Wciąż trzy­ma­łam ka­bel, gdy unio­słam głowę i na­po­tka­łam spoj­rze­nie ciem­no­wło­sego ob­cego męż­czy­zny.

Miał broń.

- Da­waj wszystko, co masz - na­ka­zał, wska­zu­jąc pi­sto­le­tem na kasę. Ki­wał się na boki, a jego oczy wy­glą­dały na prze­krwione.

- Nie wiem, jak... - za­czę­łam, ale on mi prze­rwał.

- Po pro­stu to, kurwa, zrób! - na­ka­zał, od­bez­pie­cza­jąc broń z klik­nię­ciem. Po­chy­lił się nad ladą tak, że jego pierś opie­rała się na bla­cie, a broń zna­la­zła się za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od mo­jej głowy. Ze­śli­zgnę­łam się ze stołka, po­pchnę­łam go w stronę kasy i znowu na nim usia­dłam. Pró­bo­wa­łam na­ci­snąć przy­ci­ski, któ­rych użyła Emma, gdy wcze­śniej otwie­rała kasę.

Ale to nie po­dzia­łało.

- No da­lej! Już, młoda! - krzyk­nął męż­czy­zna co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiony.

- Sta­ram się, ale chyba coś źle na­ci­skam. - Spró­bo­wa­łam znowu, ale tym ra­zem ude­rzy­łam w dół kasy, za­miast w jej górną cześć. Męż­czy­zna pod­szedł do mnie. Pach­niał tak, jak mój mały bra­ci­szek, gdy się roz­cho­ro­wał, kiedy je­cha­li­śmy cię­ża­rówką do Sa­van­nah.

- Po­słu­chaj mnie, ty mała suko - po­wie­dział, uno­sząc broń w po­wie­trze, jakby chciał mnie nią ude­rzyć. Ze­sko­czy­łam ze stołka i wci­snę­łam się pod ladę.

Dzwonki nad drzwiami za­dzwo­niły i ktoś wszedł do środka, krzy­cząc gło­śno:

- Co ty, kurwa, wy­pra­wiasz? - za­py­tał. Szklana ga­blotka, w któ­rej znaj­do­wała się do­mowa su­szona wo­ło­wina, za­drżała. Męż­czy­zna z bro­nią w ręce za­marł.

- Biorę kasę, skur­wielu - wy­beł­ko­tał.

Za­uwa­ży­łam barwne ra­mię czło­wieka, który zła­pał męż­czy­znę z bro­nią za kark i przy­szpi­lił go do blatu, jakby był ja­kimś ro­ba­kiem. Zro­biło się za­mie­sza­nie, a po chwili dzwonki nad drzwiami znowu się ode­zwały i ktoś wy­szedł.

Po kilku mi­nu­tach opu­ści­łam swoją kry­jówkę pod ladą i usia­dłam na stołku ba­ro­wym. Męż­czy­zna, który się po­ja­wił, miał blond włosy i taką samą skó­rzaną ka­mi­zelkę jak fa­cet z bro­nią, jed­nak on nie wło­żył pod spód ko­szuli. Jego mię­śnie wy­glą­dały jak te u za­wod­ni­ków wre­stlingu, któ­rych wi­dzia­łam w te­le­wi­zji, cho­ciaż ten czło­wiek nie był aż tak po­tężny, a jego skórę po­kry­wały ko­lo­rowe ta­tu­aże - je­den z nich za­czy­nał się na ra­mie­niu, a koń­czył na nad­garstku.

Jego ja­sno­nie­bie­skie oczy miały ko­lor wody w nowo otwar­tym ba­se­nie - głę­boki, po­ły­sku­jący błę­kit. Blond włosy dłuż­sze na gó­rze ster­czały do tyłu, a boki zo­stały ogo­lone. W fil­mach chyba na­zy­wali to iro­ke­zem.

- Je­steś tu sama? - za­py­tał, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu, za­glą­da­jąc do każ­dej z trzech ale­jek.

Ski­nę­łam głową.

- To to­bie Skid wła­śnie... - urwał w po­ło­wie zda­nia. Po­chy­lił się nad ladą, złą­czył ręce i ode­tchnął głę­boko. Jego ko­lo­rowe ta­tu­aże się­gały grzbietu dłoni i pal­ców. Na każ­dej dłoni no­sił trzy duże, srebrne pier­ście­nie. Miał też włosy na twa­rzy. Wcze­śniej za­rost ko­ja­rzył mi się z dłu­gimi bia­łymi bro­dami wy­ra­sta­ją­cymi z pod­bród­ków sta­rych, brzyd­kich cza­ro­dzie­jów no­szą­cych dłu­gie szaty i nie­bie­skie, szpi­cza­ste czapki. Jed­nak broda tego czło­wieka była nieco ciem­niej­sza od jego wło­sów i miała może trzy cen­ty­me­try dłu­go­ści.

Nie był cza­ro­dzie­jem. Nie był stary.

Ani brzydki.

- Masz fajne włosy - po­wie­dzia­łam. Wła­ści­wie wszystko miał fajne. Bar­dziej niż fajne, on był... ładny. Czy można okre­ślić fa­ceta jako ład­nego?

Nie. Nie był ładny, lecz piękny.

- Dzię­kuję, ko­cha­nie - po­wie­dział, po­chy­la­jąc się nad bla­tem. Pach­niał jak fur­go­netka mo­jego ojca, gdy zmie­niał w niej olej, i li­liowe my­dło, które pani Kit­che­ner każ­dego lata ro­biła sama w domu. - Ty też masz fajne włosy. -Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu się za­ru­mie­ni­łam. Moje po­liczki za­czer­wie­niły się, a gdy ten męż­czy­zna to za­uwa­żył, uśmiech­nął się sze­rzej i zbli­żył do mnie jesz­cze bar­dziej.

- Dla­czego je­steś tu sama? W Jes­sep nie wie­dzą, że nie można wy­ko­rzy­sty­wać dzieci do pracy?

- Nie wiem, o czym mó­wisz, ale nikt tu już nie przy­cho­dzi, od­kąd otwo­rzyli nową au­to­stradę. Ja tylko pil­nuję sklepu, bo Emma May po­szła do sa­lonu pięk­no­ści. Po­wie­działa, że nie­długo wróci, ale je­śli mają zmie­nić Emmę May w pięk­ność, to chyba tro­chę im to zaj­mie.

Męż­czy­zna za­śmiał się i oparł łok­ciami o blat.

- Po­słu­chaj, sło­dziaku. Prze­pra­szam za mo­jego ko­legę. - Uśmiech­nął się lekko. - Po­cho­ro­wał się po dłu­giej tra­sie i za­cho­wał na­prawdę głu­pio.

- Jak dla mnie wy­gląda na pi­ja­nego. A może ma kaca. Po­wiedz mu le­piej, żeby nie kie­ro­wał pi­jany.

- Skąd ty się wzię­łaś? - Wy­glą­dał na roz­ba­wio­nego. Chcia­łam zro­bić wszystko, co tylko się dało, by ta mina po­zo­stała na jego twa­rzy. - Tak, dłu­gie po­dróże wła­śnie tak dzia­łają na lu­dzi. A z tobą wszystko okej? Nie skrzyw­dził cię, co?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie. Nic mi nie jest, nie martw się. Wła­śnie się­ga­łam po strzelbę Emmy May, gdy wsze­dłeś. - Unio­słam strzelbę, która wi­siała pod ladą, by mógł ją zo­ba­czyć. Prze­ła­do­wa­łam ją. Męż­czy­zna ob­rzu­cił broń szyb­kim spoj­rze­niem i zgiął się wpół ze śmie­chu. Odło­ży­łam ją pod ladę i za­py­ta­łam: - Co cię tak bawi?

- Och, nie mogę się do­cze­kać, aż po­wiem Ski­dowi, że nie­mal po­strze­liła go mała dziew­czynka. - Jego oczy za­szły łzami. Śmiał się gło­śno i głę­boko.

- Nie je­stem małą dziew­czynką - opo­no­wa­łam. - Za mie­siąc skoń­czę je­de­na­ście lat. A ty ile masz lat?

- Dwa­dzie­ścia je­den. - Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i do­tarło do mnie, że już nie je­stem na niego zła za to, że na­zwał mnie małą dziew­czynką. Kiedy uśmie­chał się do mnie w ten spo­sób, mógł mnie na­zy­wać, jak tylko chciał.

- Jak masz na imię, ko­cha­nie? - za­py­tał.

- Je­stem Thia An­drews - po­wie­dzia­łam z dumą i wy­cią­gnę­łam rękę. Tata na­uczył mnie tak się przed­sta­wiać.

- Thia? - za­py­tał i spoj­rzał na mnie dziw­nie. Tak samo pa­trzyli wszy­scy, któ­rzy po raz pierw­szy sły­szeli moje imię.

- To zdrob­nie­nie od Cyn­thii. Nie lu­bię, gdy lu­dzie mó­wią na mnie Cindy. W mo­jej kla­sie jest dwa­na­ście dziew­czy­nek i trzy mają na imię Cindy. Cie­szę się, że je­stem Thia, a nie Cindy. - Wy­tknę­łam ję­zyk i wło­ży­łam dwa palce do ust, uda­jąc od­ruch wy­miotny. Nie­na­wi­dzi­łam imie­nia Cindy, lecz gdy mój tata za­pro­po­no­wał formę Thia jako al­ter­na­tywę, mama nie chciała uznać tego no­wego zdrob­nie­nia i da­lej na­zy­wała mnie Cindy. - A jak ty masz na imię?

Ujął moją dłoń.

- Mó­wią na mnie Bear, ko­cha­nie. - Jego skóra była cie­pła, w prze­ci­wień­stwie do chłod­nych me­ta­lo­wych pier­ścieni. W po­rów­na­niu do Be­ara wy­glą­da­łam na małą i bladą, a moja ręka przy­po­mi­nała rączkę lalki. - Mam kum­pla, który jako dziecko też ści­skał in­nym dło­nie na po­wi­ta­nie.

- Ta­tuś mówi, że to uprzejme.

- Twój ta­tuś ma ra­cję.

- A ten twój przy­ja­ciel, który ści­ska in­nym dło­nie, też jest taki miły jak ty? - za­py­ta­łam.

- Nie po­wie­dział­bym, że je­stem miły. Ale mój przy­ja­ciel... po­wiedzmy, że jest inny - wy­ja­śnił Bear ze śmie­chem.

- By­cie in­nym jest do­bre. Moi na­uczy­ciele mó­wią, że je­stem inna, bo mam ró­żowe włosy, cho­ciaż wspo­mi­nają też, że od­zy­wam się nie­pro­szona - od­par­łam tak prze­mą­drzale, jak tylko mo­gła to zro­bić dzie­się­cio­latka.

- Cza­sami by­cie in­nym na­prawdę jest do­bre, młoda - zgo­dził się Bear.

- Czy Bear to twoje praw­dziwe imię? - za­py­ta­łam. -A na na­zwi­sko masz Griz­zli czy coś ta­kiego?

- Nie - od­parł. - Bear to tylko prze­zwi­sko, które do­sta­łem w klu­bie. Wszy­scy w klu­bie mają mo­to­cy­klowe ksywy.

- Na­le­żysz do klubu? - za­py­ta­łam pod­eks­cy­to­wana. -Ale su­per! Jak brzmi twoje praw­dziwe imię?

- A po­tra­fisz do­cho­wać ta­jem­nicy? - wy­szep­tał, roz­glą­da­jąc się, jakby spraw­dzał, czy nikt nie słu­cha. - Od lat ni­komu o tym nie mó­wi­łem. Na­wet mój stary na­zywa mnie Bear. Ale na­prawdę mam na imię Abel. Je­steś te­raz jedną z nie­wielu osób, które o tym wie­dzą.

Abel.

- To świetne imię. - Cho­ciaż Bear też do niego pa­so­wało. Był wyż­szy niż mój tata, na­pa­ko­wany, a jego ręce wiel­ko­ścią przy­po­mi­nały łapy niedź­wie­dzia.

Się­gnął do tyl­nej kie­szeni i wy­cią­gnął z niej plik zwi­nię­tych bank­no­tów. Ni­gdy nie wi­dzia­łam aż tyle pie­nię­dzy.

Było ich wię­cej niż w mo­jej skar­bonce z Buz­zem Astra­lem, którą trzy­ma­łam w swoim po­koju.

Wię­cej niż w ka­sie Emmy May. Bear wy­cią­gnął z ru­lonu trzy bank­noty i po­ło­żył je na la­dzie.

- Co to? - za­py­ta­łam, pa­trząc na jego rękę, którą prze­su­wał te­raz pie­nią­dze w moją stronę.

- Trzy­sta do­la­rów.

- Chcesz coś ku­pić? Mogę po­biec do sa­lonu pięk­no­ści i za­wo­łać Emmę, bo ta głu­pia kasa...

- Nie chcę nic ku­pić. To dla cie­bie. Za po­moc dzi­siaj. Za to, że nie...

- Trzy­sta do­la­rów za to, że nie za­dzwo­ni­łam po sze­ryfa? - za­py­ta­łam, bo do­my­śli­łam się, o co mu cho­dziło.

Trzy­sta do­la­rów dla dzie­się­cio­latki to jak mi­lion.

- Niech to bę­dzie po­dzię­ko­wa­nie za to, że go nie po­strze­li­łaś - po­pra­wił mnie Bear.

- W po­rządku. Emma May pew­nie by się wku­rzyła, gdyby zo­ba­czyła tu krew. - Emma May nie zno­siła ba­ła­ganu.

Bear za­śmiał się, a ja się uśmiech­nę­łam.

- Je­steś za­bawna, młoda. Wiesz o tym?

- Na­prawdę? - Mó­wiono, że je­stem zwa­rio­wana, dziwna, nie­ba­nalna, roz­mowna, ale nie za­bawna. Stwier­dzi­łam, że po­doba mi się to okre­śle­nie.

- Tak - po­wie­dział, przy­su­wa­jąc pie­nią­dze bli­żej w moją stronę. Uniósł głowę i ro­zej­rzał się po skle­pie. -Nie ma tu ka­mer?

- Ni­gdy żad­nej nie wi­dzia­łam. Emma jest skąpa, a przy­naj­mniej tak twier­dzi mama, od kiedy użyła na swoim ślu­bie sztucz­nych kwia­tów. Więc pew­nie nie ma żad­nych ka­mer. - Wy­pa­li­łam. Chcia­łam po­wie­dzieć co­kol­wiek, by znowu wy­wo­łać na jego twa­rzy uśmiech.

- Do­brze scho­waj te pie­nią­dze. Nie mów o nich ni­komu. Niech to bę­dzie nasz se­kret - po­wie­dział, pusz­cza­jąc do mnie oko. Pró­bo­wa­łam od­wza­jem­nić to mru­gnie­cie, ale za­miast tego mru­gnę­łam obiema po­wie­kami, jak dżin w po­wtór­kach I Dream of Je­an­nie. Bear wy­cią­gnął rękę i od­gar­nął mi z twa­rzy moje nie­sforne włosy, za­kła­da­jąc je za ucho. Miał szorst­kie palce, lecz de­li­katny do­tyk. Gdy cof­nął rękę, pra­gnę­łam, by moje włosy znowu opa­dły na twarz, żeby mógł zro­bić to ko­lejny raz.

- Nie chcę two­ich pie­nię­dzy - wy­pa­li­łam. W ze­szłym ty­go­dniu po­szłam do sklepu, gdzie wszystko kosz­tuje je­den do­lar, i nie mo­głam zna­leźć ani jed­nej rze­czy, którą chcia­ła­bym ku­pić. A trzy­sta ta­kich rze­czy to zde­cy­do­wa­nie wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek mo­gła­bym chcieć.

- Cóż, w moim świe­cie, gdy ktoś wy­świad­cza ko­muś przy­sługę, trzeba się od­wdzię­czyć - po­wie­dział Bear i oparł pod­bró­dek o rękę. Sku­pi­łam wzrok na pier­ście­niu na jego środ­ko­wym palcu. To była czaszka z błysz­czą­cym ka­mie­niem w oczo­dole. Bear po­dą­żył za moim spoj­rze­niem. -Po­doba ci się? - za­py­tał, ścią­ga­jąc pier­ścień z palca.

- Tak. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam.

Bear trzy­mał go mię­dzy dwoma pal­cami i pa­trzył na niego, jakby wi­dział go po raz pierw­szy w ży­ciu. Mil­czał i marsz­czył czoło tak, jakby w tej chwili my­ślał o czymś zu­peł­nie in­nym - sama tak marsz­czy­łam czoło, gdy od­ra­bia­łam pracę do­mową z ma­te­ma­tyki.

- Mam po­mysł - po­wie­dział, kła­dąc pier­ścień na bla­cie. - Ten pier­ścień to obiet­nica. Tak się robi w moim klu­bie. Kiedy da­jesz ko­muś pier­ścień, to skła­dasz obiet­nicę.

- Obiet­nica czego? - za­py­ta­łam, pa­trząc na pier­ścień zdu­miona, jakby wła­śnie uniósł się w po­wie­trze.

- Przy­sługi. Je­śli kie­dyś bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wać. Je­stem ci to winny.

- Mnie?

- Tak - po­wie­dział, cho­wa­jąc bank­noty do kie­szeni. Wsu­nął mi pier­ścień na kciuk, ale i tak był za duży, więc mu­sia­łam za­ci­snąć pięść, by nie spadł.

- Wow, su­per! - Spoj­rza­łam mu w oczy i uśmiech­nę­łam się. - Dzię­kuję. Będę o niego dbać, obie­cuję. I nie wy­ko­rzy­stam go, chyba że bę­dzie cho­dzić o coś waż­nego.

- Wiem o tym - po­wie­dział Bear. Ktoś od­chrząk­nął i oboje spoj­rze­li­śmy w stronę źró­dła dźwięku. W wej­ściu stał męż­czy­zna odziany w taką samą ka­mi­zelkę, jaką miał na so­bie Bear.

- Mu­simy iść, stary. Chop dzwo­nił. Mamy być w sie­dzi­bie za dwa­dzie­ścia mi­nut.

- Po­wi­nie­nem już iść, ko­cha­nie. Dbaj o to, okej? - Bear po­stu­kał pal­cem w moją za­mkniętą pięść.

- Ni­komu nie po­wiem, obie­cuję - oznaj­mi­łam i zro­bi­łam znak krzyża na piersi. Tak się ro­biło, gdy mó­wiło się o czymś na po­waż­nie, a ja chcia­łam dać Be­arowi znać, że zło­żona obiet­nica zna­czy dla mnie bar­dzo wiele.

A po­tem Bear pu­ścił do mnie oko i znik­nął przy dźwięku dzwon­ków wi­szą­cych nad drzwiami.

Pa­trzy­łam, jak ude­rza w tył głowy męż­czy­znę, który pró­bo­wał okraść sklep. Wy­mie­nili kilka gniew­nych zdań, a po­tem za­ło­żyli ka­ski i ru­szyli przed sie­bie. Trzeci męż­czy­zna po­dą­żał tuż za nimi.

Nie­całe trzy­dzie­ści se­kund po tym, jak mo­to­cy­kli­ści znik­nęli, Emma May we­szła do sklepu.

- Działo się coś cie­ka­wego, gdy mnie nie było? - za­wo­łała, idąc na za­ple­cze.

Wło­ży­łam pier­ścień do kie­szeni szor­tów.

- Nie, pro­szę pani. Zu­peł­nie nic - od­par­łam, krzy­żu­jąc za ple­cami dwa palce.

***

BEAR

Po­po­łu­dniowe słońce mnie ośle­piało. Nie tylko Skid miał kaca. Do rana ba­lo­wa­li­śmy w Co­ral Pi­nes z ja­ki­miś la­skami spę­dza­ją­cymi tam fe­rie wio­senne. Skid jesz­cze nie po­znał ma­gii kro­pli do oczu i moc­nej kawy.

Ten skur­wiel miał szczę­ście, że nie po­wa­li­łem go na zie­mię na par­kingu tej pie­przo­nej sta­cji ben­zy­no­wej.

- Czy cie­bie, kurwa, po­wa­liło? Wy­cią­gną­łeś broń na sta­cji? I to na sta­cji w tym sa­mym hrab­stwie, co nasz klub. Nie wiem, co ci po­wie­dzieli, gdy zo­sta­łeś człon­kiem tego klubu, ale nie je­ste­śmy bandą mło­do­cia­nych chu­li­ga­nów. Nie na­pa­damy na sta­cje ben­zy­nowe i nie ro­bimy ni­czego, co mo­głoby ścią­gnąć na nas uwagę. Mamy te­raz po­waż­niej­sze pro­blemy, a ta­kie głu­poty mogą nam nie­źle dać w dupę. A w ogóle kto, kurwa, wy­ciąga broń przy ma­łych dziew­czyn­kach? Po­wi­nie­nem cię za­strze­lić... Gdzie ty masz mózg, stary? - Ude­rzy­łem Skida w głowę, zrzu­ca­jąc jego oku­lary prze­ciw­sło­neczne na zie­mię. - Ej, ty, pro­spect! - za­wo­ła­łem do Gusa, kan­dy­data na członka gangu mo­to­cy­klo­wego. Na­zy­wa­li­śmy ta­kich pro­spec­tami. - Dla­czego nie ro­bimy te­raz ma­łych wy­sko­ków? Dla­czego nie ce­lu­jemy z broni do ma­łych dziew­czy­nek?

- Bo dzieje się coś waż­nego. Nie mo­żemy zwra­cać na sie­bie uwagi - od­po­wie­dział Gus bez­na­mięt­nym to­nem. - I dla­tego, że to ogól­nie jest cho­ler­nie głu­pie.

- Stary - ode­zwał się Skid, po­cie­ra­jąc oczy. - Wciąż je­stem na­rą­bany po wczo­raj­szej nocy albo ra­czej po dzi­siej­szym po­ranku. Wszystko jedno. Prze­pra­szam, to było cho­ler­nie głu­pie. Nie mów Cho­powi, okej? - Po­chy­lił się, by pod­nieść oku­lary, a ja na po­waż­nie za­czą­łem roz­wa­żać kop­nię­cie go w gło­wię. Po chwili się uspo­ko­iłem, gdy przy­po­mnia­łem so­bie o wszyst­kich głu­pich rze­czach, które ja zro­bi­łem, kiedy w końcu otrzy­ma­łem ka­mi­zelkę. Gdyby mój stary o tym wie­dział, urzą­dziłby mi pie­kło.

- To twój pierw­szy i ostatni raz. Dru­giej szansy nie do­sta­niesz. Ta jest twoją je­dyną. Je­śli jesz­cze raz od­wa­lisz coś ta­kiego, to sam bę­dziesz się tłu­ma­czyć Cho­powi, ja cię nie ura­tuję - oznaj­mi­łem i wsia­dłem na mo­to­cykl.

- O co cho­dziło z tym pier­ście­niem? - za­py­tał Gus. -Pierw­szy raz o tym sły­sza­łem. Omi­nęło mnie coś, o czym po­wi­nie­nem wie­dzieć? Ja też mam od­dać pier­ścień? Tylko że ja nie mam ta­kiego faj­nego jak ten twój z czaszką, który jej da­łeś. - Gus za­wsze był skory do na­uki, a na myśl, że mo­gło mu umknąć coś waż­nego, ro­bił się ner­wowy.

- Nie, stary. To był stek bzdur. Da­łem jej pier­ścień w za­mian za to, by nie za­dzwo­niła po je­bane gliny albo do ma­musi i ta­tu­sia, bo ina­czej po­wie­dzia­łaby wszyst­kim, co zro­bili duzi, źli mo­to­cy­kli­ści - po­wie­dzia­łem.

- Nie­zły po­mysł - stwier­dził Gus, za­kła­da­jąc rę­ka­wice mo­to­cy­klowe.

- Da­łeś tej dziew­czynce pier­ścień z czaszką? A czy przy­pad­kiem w środku nie było dia­mentu?

- Pew­nie, że był, a ty zwró­cisz mi co do centa jego war­tość. - Uru­cho­mi­łem sil­nik i usły­sza­łem ryk mo­to­cy­kla, który ożył mię­dzy mo­imi udami.

Całą drogę do domu śmia­łem się z miny Skida, którą zro­bił, gdy po­wie­dzia­łem mu, że jest mi winny hajs.

Ni­gdy wię­cej nie my­śla­łem o tym dniu ani o tej dziew­czynce.

Wró­ciło to do mnie do­piero sie­dem lat póź­niej - i się ze­mściło.

ROZ­DZIAŁ 2

THIA

Sie­dem lat póź­niej...

Ci­sza. Strasz­niej­sza niż ja­ki­kol­wiek wy­strzał z broni czy ar­maty. Gło­śniej­sza niż grzmot i dzie­sięć razy bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

Nio­sąc słynną szar­lotkę pani Kit­che­ner w jed­nej ręce i pro­wa­dząc mój ro­wer drugą, omi­ja­łam ka­mie­nie i dziury w wą­skiej żwi­ro­wej ścieżce, która pro­wa­dziła do ma­łego domku na far­mie, gdzie miesz­ka­łam z ro­dzi­cami.

Każ­dego dnia, gdy wra­ca­łam z mo­jej pracy na pół etatu w Stop-N-Go, wi­tały mnie kłót­nie ro­dzi­ców. Bli­sko nas nie stał ani je­den dom, więc ich głosy nio­sły się bez prze­szkód. Za­zwy­czaj sły­sza­łam ich, jesz­cze za­nim do­strze­głam świa­tło w oknie.

Przed śmier­cią mo­jego bra­ciszka ro­dzice ni­gdy się nie kłó­cili. A kiedy firma Sun­n­lan­dio Co­ope­ra­tion po­sta­no­wiła im­por­to­wać po­ma­rań­cze i unie­waż­niła kon­trakt z moją ro­dziną, kłót­nie ro­dzi­ców zmie­niły się w krzyki pełne nie­na­wi­ści.

Po­sta­wi­łam ro­wer na pia­sku i ostroż­nie prze­ło­ży­łam cia­sto do dru­giej ręki. Nie mo­głam się po­chy­lić, żeby za­wią­zać sznu­ro­wa­dło, które roz­wią­zało mi się w trak­cie jazdy, więc szłam, trzę­sąc stopą, by nie po­tknąć się przez cią­gnące się po ziemi sznu­rówki.

Na moim wil­got­nym ciele po­ja­wiła się gę­sia skórka, a wło­ski sta­nęły dęba na karku i ra­mio­nach. Czu­łam się tak, jakby za­raz miał mnie po­ra­zić pio­run.

I wtedy to za­uwa­ży­łam.

Tę ci­szę.

- Mamo? - za­wo­ła­łam, ale nikt mi nie od­po­wie­dział. -Tato? - za­py­ta­łam, otwie­ra­jąc prze­szklone drzwi. Lampka sto­jąca na stole była za­pa­lona, a klosz prze­chy­lił się, jakby też się py­tał, co tu się, u dia­bła, działo.

Z głębi domu do­biegł mnie ja­kieś ha­łasy.

- Je­ste­ście tam? - za­wo­ła­łam, od­kła­da­jąc cia­sto na blat w kuchni. Ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem, otwo­rzy­łam drzwi do po­koju ro­dzi­ców, ale ich tam nie za­sta­łam. Tak samo jak w ła­zience i moim po­koju.

Na końcu ko­ry­ta­rza znaj­do­wał się stary po­kój mo­jego brata. Drzwi były uchy­lone. Moja matka, która za­cho­wała w nim wszyst­kie rze­czy Jes­sego, za­wsze za­my­kała drzwi i szep­tała, gdy mi­jała jego po­kój, jakby on tam wciąż był i spał, a ona nie chciała go obu­dzić.

- Mamo? - za­py­ta­łam znowu, po­py­cha­jąc drzwi.

- Wejdź, Cindy. Tu je­ste­śmy - ode­zwała się mama we­soło. To pierw­szy raz od wielu lat, kiedy usły­sza­łam ra­dość w jej gło­sie, cho­ciaż nie zno­si­łam, gdy na­zy­wała mnie Cindy.

Skrę­cało mnie w żo­łądku. Coś było nie tak, nie chcia­łam wie­dzieć, co czeka mnie po dru­giej stro­nie tych drzwi. I mia­łam ra­cję. Nie chcia­łam wie­dzieć.

Moja matka sie­działa w sta­rym bu­ja­nym fo­telu - kie­dyś sie­działa w nim i czy­tała Jes­semu bajki - i trzy­mała jego ulu­bio­nego di­no­zaura, bu­jała się w przód i w tył, tu­ląc się do plu­szo­wej za­bawki.

Miała za­czer­wie­nione oczy i sińce pod nimi, a mimo to się uśmie­chała.

- Tak się cie­szę, że wró­ci­łaś, Cin­dy­lo­ohoo - po­wie­działa, uży­wa­jąc ksywki po­cho­dzą­cej z pro­gramu Dr. Seussa. Od lat mnie tak nie na­zy­wała. - Je­steś go­towa do drogi? - za­py­tała.

- Do­kąd idziemy, mamo? Gdzie jest tata?

- Twój tata nie chciał cze­kać, więc już po­szedł, ale ja chcia­łam, że­byś wy­brała się tam z nami, więc na cie­bie za­cze­ka­łam. - Uśmiech­nęła się sze­roko, ale jej oczy błysz­czały od łez i były zu­peł­nie po­zba­wione emo­cji.

- Ale do­kąd on po­szedł? - za­py­ta­łam znowu, wcho­dząc głę­biej do po­koju.

- Nie martw się, nie­długo do niego do­łą­czymy. Ale naj­pierw chcia­łam po­roz­ma­wiać z Jes­sem - po­wie­działa, głasz­cząc di­no­zaura.

- Mamo, Jesse nie żyje - przy­po­mnia­łam jej. - Umarł wiele lat temu.

Mama po­ki­wała głową. Spoj­rzała na ta­petę na ścia­nie z mo­ty­wem z Gwiezd­nych wo­jen, a po­tem na stos kloc­ków lego le­żą­cych w ką­cie po­koju.

- Wiem o tym, głup­ta­sie.

- Okej, bo przez chwilę my­śla­łam, że chcia­łaś...

- Chcia­łam dać mu znać, że nie­długo do niego do­łą­czymy - po­wie­działa mama. Wtedy prze­ło­żyła wy­pchaną za­bawkę z jed­nej ręki do dru­giej, a ja za­uwa­ży­łam broń, którą miała na ko­la­nach.

- Mamo? - za­py­ta­łam, a moje ciało za­częło się trząść, gdy do­tarło do mnie, co ona tak na­prawdę mó­wiła. - Po­wiedz mi, gdzie jest tata - wy­szep­ta­łam.

- Mó­wi­łam ci. Już po­szedł. Od­szedł bez nas, bo nie mógł już dłu­żej cze­kać. Na­prawdę się nie­cier­pli­wił. - Po­krę­ciła głową i prze­wró­ciła oczami. - Pod wie­loma wzglę­dami je­steś taka jak on - do­dała śpiew­nym gło­sem.

- Dla­czego trzy­masz broń, mamo?

- Głup­ta­sku, jak ina­czej mamy się spo­tkać z Jes­sem i twoim tatą? To zna­czy wiem, że są inne spo­soby, ale ten we­dług mnie jest naj­szyb­szy i naj­bar­dziej sku­teczny. Poza tym nie chcemy, żeby za długo na nas cze­kali - po­wie­działa, kle­piąc di­no­zaura po ple­cach, jakby chciała, żeby mu się od­biło. Cały czas ko­ły­sała się w przód i w tył, ani na chwilę nie wy­pa­da­jąc z rytmu. Krze­sło skrzy­piało z każ­dym ru­chem.

Zro­bi­łam ko­lejny krok w jej stronę, ma­jąc na­dzieję, że zdo­łam ode­brać jej broń, ale ona za­uwa­żyła, gdzie pa­trzę, i unio­sła pi­sto­let, ma­cha­jąc nim w po­wie­trzu.

- Niee. Twój tata też chciał po­trzy­mać broń, ale ja na­le­ga­łam: to ro­bota dla ma­musi i ni­kogo in­nego. Czas naj­wyż­szy, bym od­zy­skała kon­trolę i za­jęła się tą ro­dziną. A pierw­szym kro­kiem bę­dzie wy­sła­nie nas do tego sa­mego miej­sca.

Moje kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze były gło­śne jak ude­rze­nia w bębny.

- Pro­szę, pro­szę, Cindy. Ni­gdy nie by­łaś na tyle cier­pliwa, by po­cze­kać na swoją ko­lej. Ale do­bra wia­do­mość jest taka, że bę­dziesz pierw­sza.

- Do­kąd wy­sła­łaś tatę? Gdzie ma się spo­tkać z Jes­sem? - za­py­ta­łam. Pod po­wie­kami po­czu­łam pie­kące łzy, ale ad­re­na­lina w mo­ich ży­łach po­wstrzy­my­wała je od spły­nię­cia mi po twa­rzy.

- Nie ro­zu­miem, ja­kie to ma zna­cze­nie - po­wie­działa mama, dmu­cha­jąc na ciemne, krę­cone pa­smo wło­sów, które opa­dło na jej czoło. - Ale skoro już mu­sisz wie­dzieć, od­szedł w na­szym po­koju. Na­ro­biło się wię­cej ba­ła­ganu, niż się spo­dzie­wa­łam. Ty po­win­naś odejść w wan­nie, a po­tem ja tam wejdę tuż po to­bie. Może zo­sta­wię wy­bie­lacz dla sze­ryfa, bo czer­wone plamy są naj­gor­sze, szcze­gól­nie na bia­łych fu­gach - po­wie­działa tym sa­mym, dziw­nie ra­do­snym gło­sem, któ­rym po­wi­tała mnie wcze­śniej.

Cof­nę­łam się, a mama da­lej na mnie pa­trzyła, uśmie­cha­jąc się sze­roko od ucha do ucha. Nie po­szła za mną, gdy od­wró­ci­łam się i zaj­rza­łam do ich sy­pialni. Była pu­sta.

Mama zwa­rio­wała. Ale to nie zna­czyło, że tata nie żyje. Mo­gła kła­mać. Mo­gła to zmy­ślić.

Obe­szłam łóżko.

Pro­szę, oby żył. Pro­szę, oby żył.

Na pod­ło­dze pod ścianą le­żało jego sztywne ciało. Oczy i usta miał otwarte, jakby w zdzi­wie­niu.

Sap­nę­łam i za­kry­łam rę­kami usta.

- Nie, nie, nie, nie, nie, nie! - krzyk­nę­łam.

Od­su­nę­łam się od taty w stronę ko­ry­ta­rza, a gdy zer­k­nę­łam w stronę po­koju Jes­sego, mo­jej mamy już tam nie było. Od­wró­ci­łam się, by po­biec pro­sto do drzwi wyj­ścio­wych, lecz na­tknę­łam się na matkę w mięk­kiej, sa­ty­no­wej, ró­żo­wej ko­szuli noc­nej.

- Je­steś go­towa, ko­cha­nie? - za­py­tała, prze­chy­la­jąc głowę na bok. Miała broń w dłoni, ale nie unio­sła jej.

- Ja... ja... ja... też mu­szę po­wie­dzieć coś Jes­semu -po­wie­dzia­łam i ru­szy­łam w stronę jego po­koju.

Ude­rzyła się w czoło lufą broni.

- Ale ja je­stem głu­pia. Oczy­wi­ście, że tak. Będę na cie­bie cze­kać, a po­tem, gdy się z nim spo­tkamy, zjemy lody.

- Juhu, ta­aak, lody brzmią świet­nie, mamo - po­wie­dzia­łam, po­cią­ga­jąc no­sem. Chcia­łam ją omi­nąć i uda­łam, że mam za­miar ru­szyć ko­ry­ta­rzem do po­koju Jes­sego. Ob­ró­ciła się bo­kiem, bym mo­gła przejść, a ja sko­rzy­sta­łam z oka­zji i rzu­ci­łam się sprin­tem w prze­ciw­nym kie­runku, do drzwi, mi­ja­jąc ją.

Ściana obok drzwi eks­plo­do­wała, gdy kula prze­biła stu­letni tynk. Moja matka się śmiała, kiedy zbie­ga­łam po scho­dach na ganku. Roz­wią­zane sznu­ro­wa­dło za­cze­piło się o ba­rierkę i po­szy­bo­wa­łam w dół. Wy­lą­do­wa­łam na piersi, ule­ciało ze mnie po­wie­trze. Od­wró­ci­łam się na plecy, łap­czy­wie od­dy­cha­jąc.

- Rok temu wy­krę­ci­łaś się od wy­cieczki do babci, ale te­raz ci się nie uda - po­wie­działa matka, pa­trząc na mnie z ganku. Ką­tem oka do­strze­głam starą strzelbę ojca opartą o ścianę domu. Uży­wał jej, by wy­stra­szyć różne zwie­rzęta, które zja­dały na­sze po­ma­rań­cze. Chyba nie była uży­wana od czasu ostat­nich zbio­rów. Stała tu wy­sta­wiona na wa­runki at­mos­fe­ryczne od mie­sięcy.

Bar­dzo moż­liwe, że strzelba nie dzia­łała.

- Nie pró­buję się od tego wy­krę­cić, mamo - po­wie­dzia­łam, gdy w końcu mo­głam zła­pać od­dech. Po­woli ru­szy­łam na czwo­ra­kach w stronę domu.

W stronę je­dy­nej rze­czy, która mo­gła po­móc mi prze­żyć.

- Po pro­stu po­my­śla­łam, że mo­żemy to zro­bić ra­zem, no wiesz, iść w tym sa­mym cza­sie - po­wie­dzia­łam, na­śla­du­jąc jej ra­do­sny głos naj­le­piej, jak po­tra­fi­łam.

- Och, Cindy, to cu­downy po­mysł. Za­wsze by­łaś moim cu­kie­recz­kiem, wiesz? Cóż, cza­sami by­łaś uparta i iry­tu­jąca, ale po­tra­fi­łaś być rów­nież bar­dzo słodka. Uwiel­bia­łam, gdy jako dziecko ba­wi­łaś się mo­imi kol­czy­kami i na­szyj­ni­kami. - Mama przy­ło­żyła broń do piersi i wes­tchnęła.

- Mo­żesz mi wy­świad­czyć przy­sługę, mamo? Uży­jesz sta­rej strzelby taty? Dzięki temu będę miała o czym z nim po­roz­ma­wiać, gdy już tam do­trzemy. A ja będę mo­gła wziąć broń, któ­rej uży­łaś, by wy­słać go do Jes­sego. Bę­dzie nie­zła za­bawa. Poza tym, jak wiesz, cza­sem trudno mi było zna­leźć wspólne te­maty do roz­mowy z tatą.

- Wiesz - po­wie­działa, bio­rąc strzelbę opartą o ścianę. Wsta­łam i za­chwia­łam się, przy­trzy­mu­jąc się wy­szczer­bio­nej ściany, żeby nie upaść. - Szkoda, że twój tata nie wpadł na po­dobny po­mysł, by­łoby tak miło... By­łoby znacz­nie ła­twiej. Ża­łuj, że nie sły­sza­łaś jego krzy­ków i wrza­sków. - Wy­buch­nęła krót­kim śmie­chem. - Bła­gań. - Przyj­rzała się broni, by spraw­dzić, czy jest na­ła­do­wana, a po­tem rzu­ciła ją w moją stronę. Zła­pa­łam ją i spraw­dzi­łam, czy rze­czy­wi­ście są w niej na­boje. - Dasz wiarę? Twój oj­ciec... bła­gał. To było cał­kiem za­bawne.

Skóra mo­jej matki mie­niła się w księ­ży­co­wej po­świa­cie. Za­wsze za­zdro­ści­łam jej tych ciem­nych lo­ków i na­tu­ral­nie czer­wo­nych ust. Przy­po­mi­nała mi Kró­lewnę Śnieżkę. Kie­dyś pa­trzy­łam, jak zbiera po­ma­rań­cze w sa­dzie, by zro­bić swoją słynną po­ma­rań­czową mar­mo­ladę, i za­sta­na­wia­łam się, dla­czego moje włosy mu­siały być ró­żo­wawe, a oczy zie­lone. Do tego piegi zdo­biły mi nos. Ona wy­glą­dała o wiele le­piej.

Te­raz Kró­lewna Śnieżka stała w swo­jej sa­ty­no­wej ko­szuli noc­nej zbry­zga­nej krwią i ce­lo­wała we mnie ze strzelby. Serce wa­liło mi w piersi, ale unio­słam pi­sto­let w jej stronę.

- Ko­cham cię, skar­bie, do zo­ba­cze­nia po dru­giej stro­nie - po­wie­działa. Moje oczy wy­peł­niły się łzami. Mia­łam tylko uła­mek se­kundy. Na­wet gdyby broń za­cięła się przy pierw­szym strzale, tak jak za­wsze, to i tak po se­kun­dzie by za­dzia­łała.

Moja mama uśmiech­nęła się ni­czym wa­riatka, sze­roko otwo­rzyw­szy oczy.

A po­tem Śnieżka po­cią­gnęła za spust.

Wstrzy­ma­łam od­dech - nic się nie stało. Po­stu­kała ręką w bok broni, tak jak ro­bił to oj­ciec. Za­nim znowu zna­la­zła spust, wy­strze­li­łam.

Krew bry­znęła na ścianę domu, bar­wiąc łusz­czącą się białą farbę na czer­wono.

Mama miała ra­cję w jed­nej kwe­stii.

Szybko po­szło.

Upa­dłam na ko­lana i zła­pa­łam się za serce. W gło­wie mia­łam pustkę. Nie po­tra­fi­łam skleić jed­nej skład­nej my­śli. Ro­dzice nie żyli i nie wie­dzia­łam, co po­win­nam zro­bić. Do kogo za­dzwo­nić.

Moi ro­dzice nie żyli.

Za­bi­łaś swoją matkę.

Za­wy­łam w ciemną noc, za­gu­biona, prze­stra­szona i zu­peł­nie sama.

Wło­ży­łam rękę pod bluzkę, by po­szu­kać po­cie­sze­nia, bo czę­sto tak ro­bi­łam, gdy ro­dzice się kłó­cili - zła­pa­łam za pier­ścień, który no­si­łam na łań­cuszku pod ubra­niem.

Po­tar­łam pal­cami chłodny me­tal. Pio­run ude­rzył w wie­rzę ci­śnień. Wtedy do­sta­łam swoją od­po­wiedź. Wie­dzia­łam, co mu­szę zro­bić.

Do kogo się udać.

ROZ­DZIAŁ 3

THIA

Pa­dało.

W końcu to lato na Flo­ry­dzie.

Tu za­wsze pada.

W któ­rymś mo­men­cie pod­czas czter­dzie­sto­mi­nu­to­wej jazdy ro­we­rem z farmy w Jes­sep do Lo­gan's Be­ach stra­ci­łam czu­cie w sto­pach. Pe­da­ło­wa­łam sza­leń­czo w ule­wie.

Pró­bo­wa­łam użyć sta­rego forda mo­jego ojca. Sta­cyjka była pu­sta, klu­czyki mo­gły się znaj­do­wać tylko w jed­nym miej­scu... Zmu­si­łam nogi, by po­nio­sły mnie do po­koju, w któ­rym le­żało mar­twe ciało mo­jego taty. To, że wi­dzia­łam go wcze­śniej, nie zmniej­szyło bólu, który po­czu­łam, gdy po raz ko­lejny zo­ba­czy­łam go le­żą­cego przy ścia­nie pod dziw­nym ką­tem, z wło­sami wciąż mo­krymi od krwi.

- Ta­tu­siu - za­pła­ka­łam, omi­ja­jąc rzekę krwi, która roz­lała się ka­łużą pod jego głową, a po­tem pły­nęła da­lej i da­lej, aż w końcu wy­lała się z po­koju ro­dzi­ców i wsiąk­nęła w miej­sce mię­dzy ścianą a pod­łogą, roz­le­wa­jąc się na prawo i lewo, zna­cząc świeżą czer­wie­nią białe li­stwy.

Cała moja ro­dzina nie żyła, ale ja nie mia­łam czasu, by o tym my­śleć. Cie­szyło mnie to, bo w prze­ciw­nym wy­padku cię­żar tego wy­da­rze­nia na­tych­miast by mnie zmiaż­dżył.

Po­czu­łam ja­kiś pro­myk na­dziei, który mó­wił mi, że je­śli tylko od­najdę Be­ara, to wszystko bę­dzie do­brze. On nie sprawi, że to znik­nie, ale na pewno dzięki niemu zrobi mi się le­piej.

Zło­żył ci obiet­nicę. Po­może ci. Znaj­dzie roz­wią­za­nie. Po pro­stu mu­sisz go zna­leźć.

Nie mo­głam się zmu­sić, by zaj­rzeć ta­cie do kie­szeni. Gdy­bym go do­tknęła, to wszystko sta­łoby się jesz­cze bar­dziej re­alne.

Nie mia­łam in­nego wy­boru, więc pod­nio­słam ro­wer z pia­chu i po­je­cha­łam.

Każdy ob­rót pe­da­łów spra­wiał, że mię­śnie mo­ich ud wy­da­wały się cięż­sze i cięż­sze. Je­dyną rze­czą, jaka pchała mnie na przód, było zba­wie­nie, na które li­czy­łam, gdy już do­trę do sie­dziby klubu mo­to­cy­klo­wego Be­ach Ba­stards.

Gdy do­trę do Be­ara.

ROZ­DZIAŁ 4

THIA

Gdy do­je­chała m do bramy klubu, wciąż pa­dało. Na straży stał chudy dzie­ciak. Przez fo­liowe pon­cho wi­dzia­łam jego ka­mi­zelkę z na­pi­sem "pro­spect". Pa­trzył, jak od­kła­dam ro­wer i kuś­ty­kam w jego stronę, bo mię­śnie mo­ich nóg jesz­cze nie otrzy­mały wia­do­mo­ści o tym, że skoń­czy­łam pe­da­ło­wać.

- Mu­szę zo­ba­czyć się z Be­arem - po­wie­dzia­łam. - Pro­szę. Czy mo­żesz mu po­wie­dzieć, że przy­szła Thia? Thia ze sta­cji ben­zy­no­wej. Mu­szę z nim po­roz­ma­wiać. To bar­dzo ważne.

- Jak bar­dzo ważne? - za­py­tał pro­spect, prze­su­wa­jąc ję­zy­kiem wy­ka­łaczkę z jed­nego ką­cika ust do dru­giego.

Wy­ję­łam łań­cu­szek zza bluzki, by mógł zo­ba­czyć pier­ścień z czaszką, który na­le­żał wcze­śniej do Be­ara.

- Tak ważne.

Pro­spect przyj­rzał się pier­ście­niowi scep­tycz­nie, a po­tem zszedł ze swo­jego stołka. Wziął łań­cu­szek z mo­jej ręki i znik­nął za skrzy­piącą me­ta­lową bramą. Gdy wró­cił dzie­sięć mi­nut póź­niej, mia­łam wra­że­nie, jakby był zu­peł­nie inną osobą.

- Je­stem Pe­cker - po­wie­dział i od­su­nął się na bok, bym mo­gła przejść. - Przy­po­mnij mi swoje imię. - Jego kwa­śną do­tąd minę za­stą­pił uśmiech.

- Thia - po­wie­dzia­łam i we­szłam do klubu Be­ach Ba­stards, cho­ciaż na­zwa­ła­bym go ra­czej kom­plek­sem miesz­kal­nym. To miej­sce przy­po­mi­nało stary mo­tel lub apar­ta­men­to­wiec. Trzy­kon­dy­gna­cyjny bu­dy­nek o drzwiach otwar­tych po­mimo złych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych ota­czał otwarte po­dwórko z pu­stym ba­se­nem po­środku. Z boku za­uwa­ży­łam szklane drzwi, które mu­siały pro­wa­dzić do daw­nego baru lub re­stau­ra­cji. Wy­glą­dało na to, że mo­to­cy­kli­ści wciąż ko­rzy­stali z niego zgod­nie z prze­zna­cze­niem. Bar był do­brze za­opa­trzony, a kilku męż­czyzn, wszy­scy w ka­mi­zel­kach, grało w bi­lard przy jed­nym z trzech sto­łów.

- Gdzie jest Bear? - za­py­ta­łam znowu. Gdy zna­la­złam się pod da­chem, zęby za­częły mi dzwo­nić. Prze­mok­nięty top i szorty przy­kle­iły mi się do ciała. Włosy okla­pły, oka­la­jąc czoło i po­liczki, a woda spły­wała mi do oczu.

- Bear jest te­raz za­jęty, ale po­wie­dział, że masz na niego po­cze­kać w po­koju - od­parł Pe­cker, gdy po­dą­ży­łam za nim na pierw­sze pię­tro po scho­dach, przy­trzy­mu­jąc się znisz­czo­nej ba­rierki. Ska­le­czy­łam pa­lec o wy­sta­jący frag­ment me­talu. Przez chwilę ssa­łam ranę, bo po­ja­wiła się na niej kro­pla krwi.

- Prze­pra­szam, po­wi­nie­nem był cię ostrzec.

Deszcz pa­dał z taką za­cię­to­ścią, że mo­to­cy­kli­ści już nie po­trze­bo­wali węża, by na­peł­nić pu­sty ba­sen. Krót­kie za­da­sze­nia nie chro­niły przed wodą le­jącą się z każ­dej strony.

Pe­cker za­trzy­mał się przed zie­lo­nymi drzwiami i otwo­rzył je, wska­zu­jąc ge­stem, bym we­szła.

- Tu się z tobą spo­tka - po­wie­dział ze śmie­chem. We­szłam do ciem­nego po­koju, ale od­wró­ci­łam się na­tych­miast, gdy usły­sza­łam za­trza­sku­jące się za mną drzwi.

- Skąd to masz? - za­py­tał groźny głos. Ści­snęło mnie w gar­dle i po­woli od­wró­ci­łam się w stronę jego wła­ści­ciela. W no­gach łóżka stał męż­czy­zna po­dobny do Be­ara, ja­kiego za­pa­mię­ta­łam, tylko że ten miał siwe włosy i zmarszczki.

Uniósł pier­ścień.

- Gdzie jest Bear? Jest pan jego tatą? - za­py­ta­łam, krzy­żu­jąc ra­miona na wy­so­ko­ści ta­lii. Męż­czy­zna wstał i za­śmiał się, zmniej­sza­jąc dy­stans mię­dzy nami. Od­su­nę­łam się, by unik­nąć kon­taktu, ale opar­łam się ple­cami o drzwi.

- Nie je­stem pewny, czy mnie sły­sza­łaś, złotko - po­wie­dział z uda­waną szcze­ro­ścią - ale za­da­łem ci pie­przone py­ta­nie. I nie wiem, za kogo ty się masz albo gdzie we­dług cie­bie je­ste­śmy, ale wy­ja­śnię ci to... - Po­chy­lił się nade mną i utkwił we mnie wzrok. Te zna­jome, pło­nące nie­bie­skie oczy... - Na­zy­wam się Chop. Co po­winno ci pod­po­wie­dzieć, że słynę z sie­ka­nia swo­ich wro­gów... - Za­śmiał się i prze­su­nął pal­cem po moim po­liczku. Od­su­nę­łam się, a on zła­pał moją twarz tak mocno, że mu­sia­łam otwo­rzyć usta. Ści­snął moje po­liczki, aż ze­tknęły się w buzi. - Cóż, nie mu­sisz znać prze­cież ca­łej hi­sto­rii, prawda? To ja tu rzą­dzę. Tak mówi na­szywka na mo­jej ka­mi­zelce. Je­steś w moim domu, więc masz mi, kurwa, po­wie­dzieć, skąd to wzię­łaś, za­nim włożę ci to do gar­dła i udu­szę. - Chop znowu uniósł na­szyj­nik, a w dia­men­to­wym oku czaszki bły­snęło świa­tło lampy.

Może i Chop miał taki sam ko­lor oczu, jak Bear, ale jego spoj­rze­nie nie do­rów­ny­wało mu pięk­nem. W oczach Chopa wi­dzia­łam sza­leń­stwo, gniew i prze­moc.

To był błąd.

Przy­je­cha­łam do tej sie­dziby, szu­ka­jąc... Czego ja wła­ści­wie szu­ka­łam? Po­mocy? Ochrony? Bez­pie­czeń­stwa? Wie­dzia­łam tylko, że w tym po­koju, gdy oj­ciec Be­ara stał tuż przed moją twa­rzą, w ogóle nie czu­łam się bez­pieczna.

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Chop wzru­szył ra­mio­nami.

- Okej, jak chcesz. - Gdy przy­ci­snął pier­ścień do mo­ich ust, od­na­la­złam swój głos.

- Bear mi go dał - wy­pa­li­łam.

- Gówno prawda! Skąd to masz? - wrza­snął, pró­bu­jąc wci­snąć mi pier­ścień mię­dzy usta.

- Mia­łam dzie­sięć lat! - krzyk­nę­łam, a gdy otwo­rzy­łam usta, Chop wsu­nął mi pier­ścień aż do gar­dła. Za­krztu­si­łam się, a on zro­bił krok do tyłu, wy­cią­gnął ob­rączkę i przyj­rzał jej się w świe­tle lampy. Nie wie­dzia­łam, czy chciał, bym kon­ty­nu­owała, ale i tak to zro­bi­łam. - Dał mi go w Jes­sep, kiedy mia­łam dzie­sięć lat i wy­świad­czy­łam mu przy­sługę. - Oba­wia­łam się, że Bear bę­dzie miał przeze mnie kło­poty, gdy­bym wy­ja­wiła ten se­kret, więc wo­la­łam nie wda­wać się w szcze­góły. - Po­wie­dział, że je­śli kie­dy­kol­wiek będę w ta­ra­pa­tach, to mam po­ka­zać ten pier­ścień, a on mi po­może.

Chop mach­nął ręką.

- Za­mknij się - na­ka­zał, wciąż ob­ra­ca­jąc pier­ścień w dłoni, jakby nie mógł uwie­rzyć, że go miał. Na jego twa­rzy po­ja­wił się nie­po­ko­jący uśmiech, a po­tem wy­buch­nął śmie­chem. - To cho­dzący trup, ale dzie­ciak za­wsze był śmieszny.

- Co to zna­czy? - za­py­ta­łam nie­pewna, czy zęby znowu dzwo­nią mi z po­wodu zimna, czy ra­czej ze stra­chu.

- To zna­czy, że mój chło­pak dał ci to, bo nie spo­dzie­wał się, że kie­dy­kol­wiek się tu po­ja­wisz - po­wie­dział Chop, wkła­da­jąc pier­ścień do kie­szeni we­wnątrz ma­ry­narki. -Nic by dla cie­bie nie zro­bił. No, może po­ka­załby ci swo­jego fiuta.

- Nie! Po­wie­dział, że to obiet­nica mo­to­cy­kli­stów. Że to wasz spo­sób, żeby...

- Złotko, nie mamy żad­nego ta­kiego prawa. Wszyst­kie na­sze za­sady do­ty­czą za­bi­ja­nia. Co, gdzie, kogo i kiedy.

Bear mnie okła­mał?

Tak, oszu­kał mnie, a ja by­łam głu­pią dziew­czynką, która się na to na­brała. Ni­gdy nie pla­no­wał mi po­móc. Po pro­stu nie chciał, że­bym na niego na­ka­po­wała.

- Czy mogę z nim przy­naj­mniej po­roz­ma­wiać? - za­py­ta­łam z cie­niem na­dziei. Już nie li­czyło się to, że pier­ścień, któ­rego tak kur­czowo się trzy­ma­łam przez sie­dem ostat­nich lat, oka­zał się tylko żar­tem. Wciąż po­trze­bo­wa­łam po­mocy. - Po pro­stu mu­szę...

- Bear już nie na­leży do gangu Be­ach Ba­stards. Zdjął swoja ka­mi­zelkę jak cipa, którą zresztą jest, i od­szedł, bo to zwy­kły tchórz. On już nie jest mo­to­cy­kli­stą. Nie jest przy­ja­cie­lem. Nie jest na­wet pie­przo­nym męż­czy­zną. Wiesz, kim on jest? - za­py­tał Chop, znowu sta­jąc przede mną. Po­krę­ci­łam głową i za­mar­łam pod jego spoj­rze­niem. - Jest tru­pem. Pie­przo­nym tru­pem, który wciąż jesz­cze od­dy­cha. - Przy­ci­snął nos do za­głę­bie­nia mię­dzy moją szyją a ra­mie­niem i wcią­gnął po­wie­trze. Skrzy­wi­łam się i spró­bo­wa­łam od­su­nąć, lecz jego duże, mu­sku­larne ciało mnie wię­ziło. - Ale na­pra­wię to bar­dzo szybko - wy­szep­tał, a jego go­rący od­dech, który po­czu­łam przy uchu, spra­wił, że po­czu­łam mdło­ści.

- Skoro go tu nie ma, to po­win­nam już iść - po­wie­dzia­łam. W moim ciele ode­zwał się sy­gnał alar­mowy, tak gło­śny, że mnie ogłu­szał.

Bie­gnij. Bie­gnij. Bie­gnij.

Wy­cią­gnę­łam rękę za sie­bie, by wy­ma­cać klamkę, ale gdy ją na­ci­snę­łam, drzwi nie chciały się otwo­rzyć.

- Są za­mknięte od ze­wnątrz - po­wie­dział Chop zło­wiesz­czo, su­ge­styw­nie uno­sząc brwi.

Zła­pał mnie za ra­miona i rzu­cił na pod­łogę. Wy­lą­do­wa­łam na boku, a ból prze­szył moje że­bra. Przy­klęk­nął i usiadł na mnie okra­kiem, trzy­ma­jąc mnie udami nie­ru­chomo na brud­nym dy­wa­nie.

- Wy­brał tego pie­przo­nego Kinga za­miast swo­ich braci. I za­płaci mi za to.

- Pusz­czaj mnie! - krzyk­nę­łam, wier­cąc się pod nimi, pró­bu­jąc się uwol­nić, lecz on ani drgnął, po­dob­nie jak tamta klamka. Pró­bo­wa­łam ude­rzać go w pierś pię­ściami, ale on zła­pał mnie za nad­garstki i wy­krę­cił je bo­le­śnie. -Pro­szę, puść mnie! - za­wy­łam.

- Nie martw się, ma­leńka. Nie za­biję cię. A na­wet za­dbam o to, by któ­ryś z mo­ich chło­pa­ków ju­tro cię od­wiózł.

- Na­prawdę? - za­py­ta­łam, cho­ciaż wie­dzia­łam, że nie sie­działby te­raz na mnie, od­ci­na­jąc mi do­pływ po­wie­trza, gdyby pla­no­wał tylko mnie stąd wy­wieźć.

- Tak. Chłopcy od­wiozą cię z sa­mego rana.

- Z rana? - za­py­ta­łam le­dwo sły­szal­nym gło­sem.

- Tak, z rana. Mu­simy za­dbać o to, by Bear zro­zu­miał, że jest tru­pem, kiedy cię zo­ba­czy. I że je­śli chce ra­to­wać czy­jeś ży­cie, to le­piej nie za­pę­dzać się w te strony.

- Okej, puść mnie. Je­śli go zo­ba­czę, to prze­każę mu wia­do­mość - obie­ca­łam.

- Nie, głup­ta­sie. To ty je­steś tą wia­do­mo­ścią. - Chop unie­ru­cho­mił mi ra­miona nad głową jedną ręką i po­chy­lił się, by ugryźć mnie mocno w su­tek przez ko­szulkę.

Za­pła­ka­łam, a Chop wy­pro­sto­wał się i za­śmiał, po­dzi­wia­jąc świeżą plamę krwi na mo­jej ko­szulce w miej­scu, gdzie wła­śnie mnie ugryzł.

- Bra­cia i ja nie­źle się z tobą za­ba­wimy, suko.

- Bra­cia? - za­py­ta­łam, a przy­naj­mniej my­śla­łam, że to zro­bi­łam, bo w tej chwili Chop za­ci­snął rękę w pięść i ude­rzył mnie w szczękę. Zo­ba­czy­łam gwiazdy. Nad sobą wi­dzia­łam jego uśmiech­niętą twarz, która mi­gała, jakby ktoś na zmianę włą­czał i wy­łą­czał świa­tło. W jed­nej chwili tam był, a w dru­giej wi­dzia­łam ciem­ność, cho­ciaż wciąż czu­łam na so­bie jego miaż­dżący cię­żar. - On mnie nie zna. Nie ob­cho­dzę go. Nie rób tego. Pro­szę cię, nie rób tego!

Chop mnie zi­gno­ro­wał.

- Po­cze­kaj, aż Mur­phy się do cie­bie do­bie­rze. Lubi znę­cać się nad ta­kimi ma­łymi dziew­czyn­kami jak ty. - Chop wes­tchnął. - Kiedy tu wcho­dzi­łaś, zdą­ży­łem mu obie­cać, że zo­sta­wię dla niego twoją cipkę, cho­ciaż chyba nie za­szko­dzi, je­śli sam naj­pierw spró­buję. - Usiadł na pię­tach i gdy już my­śla­łam, że ze mnie zej­dzie, prze­wró­cił mnie na brzuch jedną ręką. Ude­rzy­łam głową o szafę. Ścią­gnął moje mo­kre spodenki i bie­li­znę jed­nym bru­tal­nym szarp­nię­ciem.

- Nie! - krzyk­nę­łam, ko­piąc no­gami.

Chop ko­la­nem roz­su­nął mi nogi i wci­snął we mnie je­den pa­lec. Po­czu­łam jego dłu­gie pa­znok­cie dra­piące we­wnętrzne ścianki mo­jej po­chwy. Czu­łam każde zgru­bie­nie na jego palcu. Pier­ścień nie po­zwo­lił mu jed­nak wejść głę­biej.

- Je­steś taka cho­ler­nie cia­sna. Na­prawdę szkoda, że je­stem Ba­star­dem, który do­trzy­muje obiet­nic zło­żo­nych swoim bra­ciom. Bę­dziesz mu­siała przy­po­mnieć o tym Be­arowi, gdy już go zo­ba­czysz. - Wy­jął ze mnie pa­lec. Po­czu­łam, jak moje wnę­trze pul­suje, po­draż­nione. Od­kle­iłam po­li­czek od dy­wanu i od­wró­ci­łam się, by spoj­rzeć na Chopa, który pu­ścił do mnie oko i ob­li­zał pa­lec. - Sma­ku­jesz tak do­brze, złotko. Wielka szkoda, że mu­simy zruj­no­wać to twoje drobne ciałko, bo przy­da­łaby nam się tu­taj nowa cipka.

Chop od­piął pa­sek i opu­ścił spodnie jedną ręką, wciąż gó­ru­jąc nade mną i trzy­ma­jąc mnie drugą. Jego ogromna erek­cja wy­sko­czyła ze spodni, a ja od­wró­ci­łam głowę i wbi­łam spoj­rze­nie w pod­łogę, bo nie chcia­łam pa­trzeć na to, co za­raz po­czuję. Za­ci­snę­łam uda, by nie dać się do­tknąć, ale gdy Chop ude­rzył mnie znowu w twarz, po­zba­wiło mnie to woli walki. Za­krę­ciło mi się w gło­wie, którą mu­sia­łam po­ło­żyć na dy­wa­nie. Pró­bo­wa­łam znowu ją pod­nieść, ale szyja nie mo­gła jej utrzy­mać. Głowa była za ciężka. To było dla mnie za wiele.

Chop pu­ścił moje ra­miona, gdy po­czuł, że się pod­da­łam, a po­tem ko­la­nem roz­su­nął mi sze­rzej nogi. Po­czu­łam na ple­cach jego go­rącą i ciężką erek­cję. Wy­szep­tał mi do ucha lo­do­wate, bez­li­to­sne słowa.

- Roz­cią­gnę ci tę małą dziurkę w du­pie. Wejdę na su­cho, więc bę­dzie ku­rew­sko bo­lało. - Prze­su­nął zę­bami po moim uchu i ugryzł mnie. - Ale naj­pierw chcę spraw­dzić, czy ta dupka jest na­prawdę cia­sna.

Wci­snął we mnie kciuk. Ogar­nął mnie ból tak po­tężny, jakby ktoś mnie dźgał. Im głę­biej wbi­jał pa­lec, tym ból był więk­szy. A szty­lety bar­dziej wy­szczer­bione.

Wy­ko­rzy­sta­łam resztki sił, by się ode­zwać.

- A ty mó­wisz, że to Bear nie jest już męż­czy­zną.

- Co po­wie­dzia­łaś, ma­leńka? - za­py­tał Chop, wbi­ja­jąc głę­biej pa­lec, aż opa­dłam na ra­mię, które mnie trzy­mało.

- Po­wie­dzia­łeś, że Bear nie jest męż­czy­zną. To ty nim nie je­steś. Je­steś ni­czym. Zwy­kłym, kurwa, śmie­ciem! -za­wy­łam gło­śno, gdy ból się na­si­lił.

- A ja chcia­łem być na tyle miły, by cię roz­grzać. -Chop wy­jął ze mnie kciuk, lecz ulga, którą po­czu­łam, była tylko tym­cza­sowa, bo po chwili zła­pał się za swoją la­skę i przy­ci­snął ją mocno do cia­snej dziury, którą przed chwilą skoń­czył ra­nić. - Ale z tym ko­niec. - Pró­bo­wa­łam przy­go­to­wać się men­tal­nie na ból, ale nic nie przy­go­to­wa­łoby mnie na to, co miało na­dejść.

Wie­dzia­łam, że ro­ze­rwie mnie na pół.

Po­czu­łam, jak za­czyna się we mnie wpy­chać. Ogar­nął mnie ostry ból.

A po­tem to wszystko znik­nęło.

Chop też znik­nął.

Okna eks­plo­do­wały, mi­lion ka­wał­ków szkła roz­sy­pało się po po­koju. Wbiły mi się w skórę ni­czym ostre gwiazdki ninja do rzu­ca­nia.

Po­kój wi­ro­wał. Wszystko wi­ro­wało.

Sły­sza­łam krzyki, szu­ra­nie i ude­rze­nia do­bie­ga­jące z ko­ry­ta­rza. Na­gle drzwi otwo­rzyły się i trza­snęły kilka razy.

Twarda pod­łoga pode mną znik­nęła, za­stą­piona ko­ły­sa­niem, pod­rzu­ca­niem i ci­chym po­mru­kiem ja­kie­goś po­jazdu.

Z tru­dem otwo­rzy­łam za­puch­nięte oczy.

- Kim je­steś? - za­py­ta­łam. Kie­rowcę spo­wi­jały cie­nie. Wy­cie­raczki nie na­dą­żały oczysz­czać szyby, deszcz pa­dał tak in­ten­syw­nie.

- Je­stem Gus - po­wie­dział spo­koj­nie, bez cie­nia emo­cji w gło­sie.

- Hej, Gus - wy­mru­cza­łam pół­przy­tom­nie, gdy świat wciąż krę­cił się wo­kół. Opar­łam głowę o okno pa­sa­żera.

Gus, deszcz, sie­dziba gangu, Chop, ro­dzice, to wszystko za­częło za­ni­kać co­raz bar­dziej, aż oto­czyła mnie ni­cość. Cu­downa ni­cość. Chcia­łam trwać w niej tak długo, jak długo mo­gła mnie ogar­niać.

Ży­cie w per­ma­nent­nym sta­nie ni­co­ści wy­da­wało się świet­nym po­my­słem.

Może tak wła­śnie wy­gląda śmierć?

Czy ja umie­ra­łam?

Nie wie­dzia­łam, ale szcze­rze po­wie­dziaw­szy, w tym mo­men­cie...

Mia­łam to w du­pie.

Czerń po mnie przy­szła. Nie wal­czy­łam z nią. Za­mknę­łam oczy i po­zwo­li­łam, by po­chło­nęła mnie całą. Przy­ję­łam ją z ra­do­ścią. Część mnie miała na­dzieję, że tak już bę­dzie za­wsze. Nie chcia­łam się obu­dzić i zmie­rzyć z rze­czy­wi­sto­ścią, z tym, czym stało się moje ży­cie w tak krót­kim cza­sie.

To w ogóle nie było ży­cie.

To był kosz­mar.

ROZ­DZIAŁ 5

BEAR

Nie by­łem pi­jany.

By­łem, kurwa, na­rą­bany w trzy dupy.

Trzeba wy­my­ślić nowe słowo na ten stan odu­rze­nia, w ja­kim się znaj­do­wa­łem.

Ści­sną­łem w dłoni ciemne włosy i po­cią­gną­łem mocno, a bez­i­mienna ko­bieta, która li­zała mi jaja, jęk­nęła. Jej przy­ja­ciółka, rów­nież bru­netka, lecz z krót­szymi wło­sami, za­ło­żyła kon­dom na mo­jego fiuta i usia­dła na nim.

W po­koju mo­te­lo­wym było ciemno. Grube za­słony zo­stały za­cią­gnięte i mo­gło być po­łu­dnie, a ja na­wet bym o tym nie wie­dział.

Dzień, noc... Wszystko się ze sobą mie­szało.

Śmier­działo spermą, po­tem i trawką. Nie było wąt­pli­wo­ści, co się tu działo, od­kąd się tu zja­wi­łem. Cho­ciaż nie wie­dzia­łem, ile do­kład­nie dni mi­nęło.

Sen nie miał sensu, bo na­wet, gdy za­sy­pia­łem, nie po­tra­fi­łem od­po­cząć. A to dla­tego, że mę­czyły mnie kosz­mary, któ­rych chcia­łem unik­nąć, a także z po­wodu spo­rej ilo­ści wcią­ga­nej ko­ka­iny.

Czy w ogóle do­sze­dłem? Ja­kie to było ża­ło­sne.

A jesz­cze gor­sze było to, że mia­łem to gdzieś.

Na­wet nie ob­cho­dziło mnie to, że sie­dzia­łem tu z dwiema dziew­czy­nami - mo­gło ich być dwa ty­siące, wszyst­kie go­towe i mo­kre, po­chy­lone i cze­ka­jące na mnie, a i tak ni­czego by to nie zmie­niło.

Co­kol­wiek się stało, przy­naj­mniej już się skoń­czyło.

Na­wet nie pa­mię­ta­łem, gdzie po­zna­łem te dziew­czyny, a tym bar­dziej kiedy. Nie zna­lem ich imion, bo ni­gdy o to nie za­py­ta­łem. Jed­nak są­dząc po ich wy­glą­dzie, to nie było ich pierw­sze ro­deo. Może nie były klu­bo­wymi dziw­kami, ale roz­po­znał­bym ten ga­tu­nek z naj­wyż­szego szczytu. Wy­glą­dały jak ty­powe suki gangu Be­ach Ba­stards.

Po­czu­łem na­głe i silne pra­gnie­nie, by zo­stać sam.

W tej chwili.

Za­pa­li­łem pa­pie­rosa i rzu­ci­łem za­pal­niczkę na szafkę nocną. Pa­trzy­łem, jak kręci się wo­kół wła­snej osi, a po­tem spada z brzegu szafki.

- Wy­no­ście się, kurwa! - wark­ną­łem, ma­cha­jąc ręką w stronę drzwi. Mu­sia­łem zmru­żyć oczy, by spraw­dzić, czy nie wska­zuję na drzwi do ła­zienki.

Nie, jed­nak po­ka­za­łem na wyj­ściowe. Udało mi się.

Ru­szyły się, by opu­ścić po­kój ni­czym ka­ra­lu­chy, gdy za­pala się świa­tło. Krót­ko­włosa la­ska za­częła szu­kać swo­ich ubrań i bu­tów. Gdy je zna­la­zła, po­trzą­snęła drugą dziew­czyną, która wciąż le­żała na łóżku na brzu­chu, naga.

- Cla­rissa, mu­simy, kurwa, iść. - Spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem, a po­tem do­dała: - Te­raz, Cla­rissa, w tej chwili!

Cla­rissa jęk­nęła i od­wró­ciła się na bok, przy­ci­ska­jąc koł­drę do ob­fi­tych piersi.

- Ja tu, kurwa, śpię, Ju­lie. Daj mi spo­kój. Bab­cia przy­je­dzie po nas póź­niej, do ko­ścioła do­piero na dwu­na­stą. Dzi­siaj mogę się wy­spać.

Ju­lie da­lej pró­bo­wała do­bu­dzić przy­ja­ciółkę, ale bez skutku.

Z każ­dym tyk­nię­ciem ze­gara na ścia­nie czu­łem co­raz wy­raź­niej, jak krew się we mnie go­tuje. Druga wska­zówka zbli­żyła się do dzie­siątki i dźwięk, który wy­dał wtedy z sie­bie ze­gar, za­brzmiał w mo­ich uszach jak grzmot.

Pod­nio­słem ze stołu ciężką szklaną po­piel­nicę i rzu­ci­łem nią o ścianę, wy­bi­ja­jąc w niej dziurę wiel­ko­ści piłki do bejs­bola. Od­głos, który roz­legł się na­gle w tej ci­szy, był jak tor­nado ude­rza­jące w okno. Po­piół wy­le­ciał z dziury w ścia­nie, a w po­miesz­cze­niu uniósł się smród sta­rych pa­pie­ro­sów.

Cla­rissa ze­rwała się z łóżka, za­alar­mo­wana i roz­bu­dzona, jakby wcale nie spała przez kilka ostat­nich go­dzin. Po dro­dze do drzwi wzięła to­rebkę i tę ża­ło­sną, skąpą kieckę. Zo­sta­wiła w po­koju swoje buty i nie za­mknęła drzwi. Ju­lie dep­tała jej po pię­tach. Obie wy­bie­gły na­gie. Na ze­wnątrz było tak ja­sno, że przed oczami zro­biło mi się biało.

Naj­wy­raź­niej to miała być od­po­wiedź na moje py­ta­nie, czy był dzień, czy noc.

Wsta­łem z łóżka i chwie­jąc się, ru­szy­łem do drzwi, osła­nia­jąc oczy. Za­trza­sną­łem je, a po­tem się od­wró­ci­łem i opa­dłem na twardy ma­te­rac.

Strze­pa­łem po­piół z pa­pie­rosa na pod­łogę. Są­dząc po dziu­rach w dy­wa­nie, nie ja pierw­szy tak ro­bi­łem. Po dru­giej stro­nie łóżka stała do po­łowy pu­sta bu­telka jacka da­nielsa, która mnie do sie­bie wzy­wała. Zła­pa­łem ją za szyjkę i od­chy­li­łem głowę, by wlać so­bie bursz­ty­nowy płyn pro­sto do ust. Na­wet nie do­tkną­łem war­gami gwintu, wo­la­łem, by al­ko­hol szyb­ciej spły­nął mi do gar­dła. Pi­łem du­żymi ły­kami, aż prze­łyk za­czął mi pło­nąć, a bu­telka opu­sto­szała. Po­zwo­li­łem gło­wie opaść na po­duszkę, która pach­niała jak cipka. Rzu­ci­łem ją na pod­łogę i po­ło­ży­łem głowę na ma­te­racu.

Cóż, na­prawdę za­je­bi­ście so­bie z tym wszyst­kim ra­dzisz, Tro­skliwy Mi­siu - w mo­jej gło­wie roz­legł się głos zmar­łego przy­ja­ciela. Preppy był te­raz tak re­alny, jak gdyby sie­dział na skraju łóżka obok mnie. Za­wsze je­stem chętny na im­prezę, ale to nie jest żadna, kurwa, im­preza. W ta­kim miej­scu im­prezy się koń­czą. Ten skur­wiel po­trze­buje jed­nego za­strzyku pro­sto w serce, jak w "Pulp Fic­tion".

- Kurwa, za­mknij się, Preppy. Czy mar­twi nie po­winni mil­czeć? Bo je­śli tak, mój nie­żywy przy­ja­cielu, to kiep­sko ci idzie by­cie mar­twym - po­wie­dzia­łem na głos.

Och, my­śla­łeś, że śmierć mnie uci­szy? To słod­kie. Ale ja jesz­cze, kurwa, nie skoń­czy­łem, Tro­skliwy Mi­siu. By­łeś na­prawdę nie­uprzejmy dla tych dzi­wek, a prze­cież dziwki to mój ulu­biony ga­tu­nek czło­wieka. Nie­faj­nie, stary. Nie­faj­nie.

- Za­pa­mię­tam to so­bie - oznaj­mi­łem, a po­kój za­czął wi­ro­wać. Za­mkną­łem oczy, by po­wtrzy­mać tę ka­ru­zelę, ale to nie po­dzia­łało. Zrzu­ci­łem jedną nogę z łóżka i przy­ci­sną­łem ją do pod­łogi, ale by­łem zbyt pi­jany, by ta sztuczka za­dzia­łała.

Kiedy znowu otwo­rzy­łem oczy, po­kój krę­cił się szyb­ciej i mógł­bym przy­siąc, że Preppy stoi nade mną i pa­trzy na mnie z mar­sową miną, cho­ciaż jego twarz za­wsze wy­glą­dała na we­sołą. Jego muszka tro­iła mi się w oczach, aż w końcu stała się jedną ciemną plamą unie­moż­li­wia­jącą mi wi­dze­nie.

Wi­dzia­łem mo­jego mar­twego przy­ja­ciela.

Mia­łem ra­cję.

Jesz­cze ni­gdy nie by­łem tak pi­jany.

To twoje uża­la­nie się nad sobą za­czyna przy­pra­wiać mnie o de­pre­sję, a je­stem prze­cież, kurwa, mar­twy!

To była ostat­nia rzecz, którą usły­sza­łem lub po­my­śla­łem czy jak­kol­wiek można okre­ślić tę dziwną ko­mu­ni­ka­cję, która miała miej­sce w moim po­pie­przo­nym mó­zgu, a po­tem wzrok cał­ko­wi­cie za­szedł mi czer­nią.

Jed­nak na­wet ogromne ilo­ści whi­sky nie mo­gły mnie uchro­nić przed kosz­ma­rami.

Czuję żar tuż przy boku, jest tak silny, że mnie pali. Sły­szę trza­ska­nie ognia, a gdy otwie­ram oczy, wi­dzę iskry uno­szące się w po­wie­trzu. Skóra mi się pali, kiedy jedna z tych iskier opada na moją szyję.

Pró­buję wstać, ale nie mogę. Nie je­stem w sta­nie na­wet ru­szyć ręką.

Leżę na brzu­chu, na kilku usta­wio­nych obok sie­bie pla­sti­ko­wych krze­słach.

Je­stem zwią­zany.

Wo­kół mnie stoi kilku męż­czyzn. Śmieją się. Dźgają. Ude­rzają po twa­rzy. Ko­pią po bo­kach. W któ­rymś mo­men­cie jedno z krze­seł się prze­wraca, a ja upa­dam na zie­mię. Je­stem pewny, że zła­ma­łem so­bie że­bro, ude­rzyw­szy o ce­głę oka­la­jącą pa­le­ni­sko. Sły­szę, że ktoś każe mnie na­tych­miast pod­nieść, i wła­śnie tak się dzieje.

Kiedy po­now­nie usta­wiają krze­sła, uno­szę głowę i wi­dzę Elego - czło­wieka od­po­wie­dzial­nego za mój obecny stan. Sie­dzi ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami i pali pa­pie­rosa. Kiedy dym ula­tuje w po­wie­trze, a ja mogę zo­ba­czyć w końcu jego twarz, za­uwa­żam, że się uśmie­cha. Wła­śnie ten uśmiech chcia­łem wy­ciąć z jego twa­rzy.

Ścią­gnięto mi spodnie. Pró­buję krzy­czeć, pro­te­sto­wać, ale mam kne­bel w ustach. Je­den z męż­czyzn kła­dzie ręce na mo­ich po­ślad­kach i roz­suwa je. Wkła­dają mi do dupy ja­kiś przed­miot, a ja krzy­czę z bólu, gdy oni ro­bią to raz po raz. Sku­piam się na tym, co z nimi zro­bię, kiedy już będę wolny i nie będę mdlał z bólu.

Bo będę wolny.

Nie taka śmierć jest mi pi­sana.

My­ślę o ze­mście. Będę szczyp­cami usu­wał im je­den ząb po dru­gim. Je­den fa­cet z klubu wie, jak to ro­bić tak, by bo­lało naj­bar­dziej. Ofiara umiera po­wolną śmier­cią z po­wodu wy­rwa­nych zę­bów. Oczy­wi­ście naj­pierw usunę im je­lita przez dziurę w du­pie, uży­wa­jąc do tego klu­cza fran­cu­skiego.

My­ślą, że to, co mi ro­bią, to tor­tury.

Ci skur­wiele nie mają bla­dego po­ję­cia, czym są tor­tury.

Za­mar­łem do tego stop­nia, że je­den z nich pyta dru­giego, czy ze­mdla­łem. Mam za­mknięte oczy, gdy na­gle czuję ko­goś przed sobą. Wbija mi pa­lec w oko, ale ja nie re­aguję. Ni­gdy nie za­zna­łem tak okrop­nego bólu, jak w ciągu ostat­nich mi­nut, ale od­na­la­złem w so­bie oazę spo­koju i nie opusz­czę jej, do­póki nie za­biję każ­dego z tych po­pier­do­leń­ców. Oszczę­dzam ener­gię na póź­niej, gdy bę­dzie mi po­trzebna.

Je­stem człon­kiem gangu Be­ach Ba­stards.

Suki ce­lo­wały we mnie z broni, od­kąd moje imię po­ja­wiło się na ak­cie uro­dze­nia.

Nie pierw­szy raz zo­sta­łem zwią­zany, nie pierw­szy raz mnie tor­tu­rują.

I pew­nie nie ostatni.

Ale je­stem prze­ko­nany, że tu­taj nie umrę.

Nie ma mowy.

Usu­wają mi kne­bel, a ja sły­szę nie­da­jący się pod­ro­bić dźwięk roz­pi­na­nego roz­porka. Nie­mal uśmie­cham się sam do sie­bie, bo wiem, co się za­raz sta­nie.

Ale on tego nie wie.

Śmieje się do swo­ich przy­ja­ciół, wpy­cha­jąc mi w usta swo­jego ma­łego ku­tasa. Wal­czę z gulą ro­snącą w moim gar­dle. To od­ruch wy­miotny. Ale nie mogę się ru­szyć jesz­cze przez kilka se­kund.

To naj­dłuż­sze trzy se­kundy mo­jego ży­cia.

Za­ci­skam zęby na jego fiu­cie, aż spo­ty­kają się po­środku. Kiedy za­czyna krzy­czeć i pró­buje się wy­rwać, szarp­nię­ciem od­chy­lam głowę na bok i za­ci­skam zęby moc­niej.

Cie­pła krew o mie­dzia­nym smaku wy­peł­nia moje usta. Śmieję się, gdy on za­czyna pod­ska­ki­wać z bólu do­okoła.

Śmieję się nie­kon­tro­lo­wa­nie, a krew wy­pływa mi z ust. Wy­plu­wam na zie­mię to, co zo­stało z jego ma­łego fiuta.

Roz­lega się dźwięk wy­strzału, ciała za­czy­nają pa­dać wo­kół mnie. Sły­szę eks­plo­zję w oko­licy ogni­ska i na­gle wy­la­tuję w po­wie­trze. Lą­duję z głu­chym hu­kiem na tra­wie i cze­kam. Aż zo­stanę roz­wią­zany.

Wiem, że to King.

Wiem, że po mnie przy­szedł.

I wiem, że nad­szedł czas na za­bi­ja­nie.

W se­kun­dzie King za­ciąga zwią­za­nego i na wpół przy­tom­nego Elego do swo­jej cię­ża­rówki, a ja wpa­ko­wuję kulkę w jed­nego z lu­dzi Elego sto­ją­cego na po­mo­ście. Wtedy sły­szę głos. Na­gle już nie je­stem po­kryty krwią i nie za­bi­jam. Sie­dzę obok naj­pięk­niej­szej dziew­czyny, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem.

Dziew­czyny mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Dziew­czyny Kinga.

- By­ła­bym dla cie­bie do­brą mo­to­cy­klową dziwką - mówi, a fiut nie­mal staje mi w spodniach. Jej duże nie­bie­skie oczy są roz­bie­gane, a źre­nice przy­po­mi­nają wiel­ko­ścią za­srany księ­życ, jed­nak pa­trzy na mnie w taki spo­sób, że od­no­szę wra­że­nie, jakby prze­szy­wała mnie tym wzro­kiem na wskroś. Jakby po­tra­fiła przej­rzeć na wy­lot moje kłam­stwa, prze­bić fa­sadę mo­to­cy­kli­sty i do­strzec męż­czy­znę w środku. W tej chwili ona jest je­dyną osobą, która nie zwraca uwagi na tę ka­mi­zelkę, ale chyba mam za­pędy ma­so­chi­styczne, bo je­stem skłonny cier­pieć z po­wodu gniewu Kinga, byle tylko z nią być.

Na­wet nie ob­cho­dzi mnie to, że jest pi­jana - dzięki temu ła­twiej bę­dzie mi po­wie­dzieć jej to, co mam za­miar wy­znać. Jed­nak te­raz chcę tylko po­czuć na so­bie jej usta. Ró­żowe, pełne, piękne. Wy­obra­żam so­bie, jak obej­mują mo­jego fiuta. Robi mi się cia­sno w spodniach, gdy pe­nis stwier­dza, że ten po­mysł po­doba mu się tak bar­dzo, jak mnie. Gdy sły­szę za sobą dźwięk od­bez­pie­cza­nego pi­sto­letu, wiem, że stoi tam King. To klik­nię­cie ozna­cza ła­skę, bo je­stem jego przy­ja­cie­lem. Wiem z pierw­szej ręki, że ci, który znaj­dują się na końcu lufy jego pi­sto­letu, nie do­stają żad­nego ostrze­że­nia. Znowu pa­trzę na dziew­czynę, którą na­zy­wają Doe. Pra­gnę jej tak bar­dzo, że nie­mal czuję na ję­zyku jej smak.

Roz­wa­żam zi­gno­ro­wa­nie przy­ja­ciela i przy­ję­cie kulki.

My­ślę, że ona by­łaby tego warta.

Jest zła na Kinga i ma do tego prawo. Wła­śnie na­kryła go z ja­kąś suką. Nie­mal chcę przy­ło­żyć temu skur­wie­lowi za to, że ją za­smu­cił. Ale cóż...

Po­wiem Kin­gowi, by się od­pie­przył. Po­wiem, by mnie za­strze­lił, je­śli na­prawdę tego chce. Bo ja uwa­żam, że w tej chwili pró­buję na­pra­wić to, co po­szło nie tak. Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był jej wy­sy­łać do Kinga na tam­tym przy­ję­ciu. Po­wi­nie­nem był za­brać ją do swo­jego łóżka, gdy tylko ją uj­rza­łem, i tam ją za­trzy­mać.

Za­miast tego wy­ka­za­łem się głu­potą i od­pra­wi­łem ją do Kinga. I dzięki niej na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

A prze­cież ten skur­wiel ni­gdy się nie uśmie­chał.

Doe od­wraca się i pa­trzy na Kinga. Te­raz za­uwa­żam, co do niego czuje po­mimo gniewu i zra­nie­nia. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem praw­dzi­wej mi­ło­ści, lecz w tej chwili wiem, że to jest to, i skręca mnie od tego w żo­łądku. To, co wi­dzę, jest praw­dzi­wym uczu­ciem. Cho­lera, nie­mal czuję to na wła­snej skó­rze. To jak na­pię­cie elek­tryczne, które prze­biega mię­dzy nimi.

Z nie­mal fi­zycz­nym bó­lem od­su­wam od niej ra­miona, któ­rymi ją obej­mo­wa­łem, bo wiem, że to ostatni raz, gdy jej do­tkną­łem. Ona nie na­leży do mnie. Ni­gdy nie na­le­żała.

I ni­gdy nie bę­dzie na­le­żeć.

Prze­cho­dzę obok Kinga i sztur­cham go ra­mie­niem, mó­wiąc w ten spo­sób uprzej­mie, by się pie­przył. Kiedy wra­cam do domu, klę­kam na pod­ło­dze, bo czuję kłu­cie w piersi. To tak okropny ból, że przez chwilę są­dzę, że skur­wiel zmie­nił zda­nie i jed­nak mnie po­strze­lił. Albo to, albo mam za­wał serca.

Lecz po­tem mru­gam i wi­dzę mo­jego przy­ja­ciela Preppy'ego. Krew są­czy się z dziury w jego piersi. On znowu umiera na mo­ich oczach. Ży­cie ga­śnie w jego źre­ni­cach, a ból w mo­jej piersi się na­sila. Pa­trzę w dół i wi­dzę w swo­jej piersi dziurę, do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, co u Preppy'ego. Ból staje się nie­zno­śny.

Ten ból nie jest skut­kiem żad­nej kuli.

Czuję ból, bo go nie ura­to­wa­łem.

A po­tem zo­staję za­ata­ko­wany przez rój psz­czół.

BZZZZZ. BZZZZZ. BZZZZZ.

Psz­czoły?

BZZZZZ. BZZZZZ. BZZZZZ.

Moja ko­mórka leży na stole i wi­bruje, pod­ska­ku­jąc w rytm tej sa­mej ki­czo­wa­tej me­lo­dii, jaką miały wszyst­kie moje ko­mórki. To ja­kaś pie­przona ra­do­sna me­lo­dyjka, która ni­gdy nie pa­so­wała do mo­jego na­stroju.

Ode­tchną­łem z ulgą, gdy prze­stała wi­bro­wać i mo­głem znowu wtu­lić twarz w ma­te­rac.

Trzy se­kundy póź­niej znowu za­dzwo­niła, a ja zi­gno­ro­wa­łem ją po raz ko­lejny.

Po trzech se­kun­dach znowu się ode­zwała.

Tylko jedna osoba miała mój nu­mer, a gdy opu­ści­łem Lo­gan's Be­ach, dzwo­niła do mnie każ­dego dnia.

Ni­gdy nie od­bie­ra­łem.

Po­tem dzwo­niła co ty­dzień.

Wciąż nie od­bie­ra­łem.

Kiedy te­le­fony cał­ko­wi­cie ustały, po­czu­łem ulgę, ale jed­no­cze­śnie mnie to za­bo­lało.

Te­le­fon za­dzwo­nił po raz czwarty i tym ra­zem już nie mo­głem tego wy­trzy­mać. Wy­cią­gną­łem rękę i na­ci­sną­łem zie­lony przy­cisk, przy­kła­da­jąc apa­rat bez słowa do ucha.

- Bear? Bear, czy to ty? - za­py­tał ko­biecy głos.

Doe.

- Tak się cie­szę, że ode­bra­łeś. Nie mu­sisz nic mó­wić, ale ko­niecz­nie wróć do domu. Coś się stało - po­wie­działa gło­sem pod­szy­tym zmar­twie­niem. Sły­sza­łem to wy­raź­nie, mimo mgły ota­cza­ją­cej mój umysł.

Szybko usia­dłem na łóżku. Zbyt szybko, bo zo­ba­czy­łem gwiazdki przed oczami.

- Nie wiem na­wet, jak za­cząć. Cho­dzi po pro­stu o to, że... - za­mil­kła i od­nio­słem wra­że­nie, że za­kryła słu­chawkę ręką. - Ale ty je­steś upier­dliwy. - Usły­sza­łem ja­kieś za­mie­sza­nie, jakby te­le­fon zo­stał po­dany ko­muś in­nemu. Do­kład­nie wie­dzia­łem komu, cho­ciaż do­piero po chwili usły­sza­łem: - Po­ża­łu­jesz tego nie­wy­pa­rzo­nego ję­zyka, gdy dzieci pójdą spać.

Nie mu­sia­łem tego wy­słu­chi­wać. Wy­star­czyło, że mę­czy­łem się z pul­su­ją­cym bó­lem głowy i mu­sia­łem sku­pić się na tym, by go ja­koś zła­go­dzić.

- Je­steś tam? - za­py­tał King.

Od­po­wie­dzia­łem ję­kiem przy dźwięku za­pal­niczki, którą od­pa­li­łem pa­pie­ros. Dym otwo­rzył mi płuca, a w mó­zgu po­ja­wiło się na tyle dużo ni­ko­tyny, by moja głowa znów za­częła dzia­łać. - Je­stem - po­wie­dzia­łem za­chryp­nię­tym gło­sem, w ra­zie gdyby nie sły­szał mo­jego stęk­nię­cia. Się­gną­łem po bu­telkę jacka da­nielsa, ale oka­zała się pu­sta.

Prze­chy­li­łem ją i otwo­rzy­łem usta, by resztki skap­nęły mi na ję­zyk. Jedna kro­pla, druga, trze­cia, ko­niec.

- Brzmisz, kurwa, okrop­nie - oce­nił King.

- Cie­bie też miło sły­szeć - od­par­łem śpiew­nym gło­sem.

- Mamy tu ciężki przy­pa­dek i to jest waż­niej­sze niż dźwięk two­jego cho­ler­nego głosu. Bar­dzo chciał­bym się tym za cie­bie za­jąć, ale nie wiem na­wet, od czego za­cząć.

- Co?

- Gus tu przy­je­chał...

Ja­sna cho­lera.

Ze­sko­czy­łem z łóżka, ale stało się to zbyt szybko, bo upa­dłem na pod­łogę z hu­kiem. Te­le­fon prze­śli­zgnął się po pod­ło­dze. Ob­ró­ci­łem się na plecy i pod­nio­słem apa­rat, po czym przy­ło­ży­łem go do ucha.

"Przy­naj­mniej nie upu­ści­łem pa­pie­rosa", po­my­śla­łem, ro­biąc zeza, by spoj­rzeć na fajkę wciąż tkwiącą mię­dzy mo­imi ustami.

- Co tam się, kurwa, dzieje? - za­py­tał King.

Spoj­rza­łem na ze­gar sto­jący na szafce noc­nej.

- Nie martw się tym. Po­wi­nie­neś się mar­twić tym, dla­czego brat z gangu przy­je­chał do cie­bie o trze­ciej w nocy. - Gang mnie szu­kał. Bar­dzo by chcieli znisz­czyć Kinga, jed­nak za­bi­ja­nie cy­wi­lów spro­wa­dzi­łoby na nich zbyt dużo uwagi. Nie przy­cho­dził mi do głowy ani je­den po­wód, dla któ­rego Gus się tam zna­lazł, poza tym, że chcieli po­rwać mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, by do­brać się do mnie.

- Już go tu nie ma. Przy­wiózł ze sobą dziew­czynę.

- Gus ma dziew­czynę? To dziwny skur­wiel, ale to chyba do­brze - od­par­łem.

- Nie. Za­mknij się, kurwa, i słu­chaj...

- Mam ból głowy roz­le­gły jak Wielki Ka­nion, więc prze­stań owi­jać w ba­wełnę i po­wiedz mi, co jest ta­kiego waż­nego, że dzwo­nisz do mnie w nocy, za­miast na­pi­sać ese­mes - po­wie­dzia­łem. Po­pę­kany żółty su­fit nade mną po­kry­wały w ro­gach czarne plamy ple­śni, a gdy­bym za­mknął oczy, mógł­bym nie­mal zo­ba­czyć małe za­rod­niki po­woli prze­kształ­ca­jące się w trwa­jące długi czas cho­roby płuc.

- Jest pierw­sza po po­łu­dniu - po­pra­wił mnie King. -Wła­śnie wy­sła­łem ci zdję­cie. Sprawdź je - do­dał.

Klik­ną­łem wia­do­mość, która po­ja­wiła się na ekra­nie. Gdy zo­ba­czy­łem zdję­cie, wcią­gną­łem głę­boko po­wie­trze do płuc. To była dziew­czyna. Naga, po­si­nia­czona, za­krwa­wiona. Jej włosy miały dziwny od­cień, coś po­mię­dzy czer­wie­nią a blon­dem.

Może to był ró­żowy? A może po pro­stu miała krew we wło­sach.

- Do­sta­łeś? - za­py­tał King.

- Pa­trzę na to w tej chwili, ale dla­czego, do cho­lery, wy­sy­łasz mi zdję­cie mar­twej dziew­czyny? - Klik­ną­łem przy­cisk włą­cza­jący gło­śnik, że­bym mógł pa­trzeć na zdję­cie i jed­no­cze­śnie roz­ma­wiać z Kin­giem. Wy­glą­dała zna­jomo. Miała za­mknięte oczy, a te dziwne włosy za­kry­wały jej pół twa­rzy. - Nie je­stem Prep­pym, żeby fiut mi tward­niał na taki wi­dok.

- To nie jest trup, dupku. Ona żyje, jest tu­taj i wy­gląda na mocno po­tur­bo­waną.

- No to za­wieź ją do szpi­tala... - za­czą­łem, go­towy za­koń­czyć tę roz­mowę i prze­ku­pić jedną z po­ko­jó­wek, by po­szła do sklepu i ku­piła mi al­ko­hol.

- Bear! - wark­nął King. - Ona tu jest, w miesz­ka­niu, w ga­rażu. Gus ura­to­wał ją, za­nim człon­ko­wie gangu zro­bi­liby jej jesz­cze więk­szą krzywdę, ale pod­słu­chał, jak twój stary mó­wił, że miał za­miar ci ją tu pod­rzu­cić.

Po co gang miałby ro­bić coś ta­kiego?

Nie mu­sia­łem wy­si­lać głowy zbyt długo. Zna­łem mo­jego sta­rego i wie­dzia­łem, jak dzia­łał. Ist­niał tylko je­den po­wód, dla któ­rego po­tra­fił po­bić bez­bronną dziew­czynę. Cóż, wła­ści­wie było kilka po­wo­dów. Ale tylko z jed­nego po­biłby ją i wy­rzu­cił w miej­scu, w któ­rym we­dług niego mo­głem się znaj­do­wać.

Chciał mi w ten spo­sób prze­słać wia­do­mość.

King mó­wił, ale nie słu­cha­łem go, bo na­gle coś do mnie do­tarło. Te ró­żowe włosy. Nie wi­dzia­łem ich od dawna. A przy­naj­mniej od­kąd...

- Spójrz na jej rękę, do cho­lery - wark­nął King, spro­wa­dza­jąc mnie na zie­mię. Oczami wy­obraźni nie­mal wi­dzia­łem, jak żyła na jego szyi pul­suje. Za­wsze się tak działo, gdy się wku­rzał.

Po­więk­szy­łem zdję­cie i od­dech ugrzązł mi w gar­dle, gdy za­uwa­ży­łem, co dziew­czyna trzy­mała w dłoni.

To był pier­ścień. Pier­ścień gangu, z czaszką.

Na­le­żał do mnie.

- Już jadę.

ROZ­DZIAŁ 6

BEAR

Otę­pie­nie, które czu­łem od wielu mie­sięcy, a które do­brze na mnie dzia­łało, zo­stało za­stą­pione zna­jo­mym gnie­wem na­pę­dza­ją­cym mnie przez całe lata. Ten gniew po­zwa­lał mi od­bie­rać in­nym ży­cie. Nie­na­wi­dzić wro­gów, któ­rych ni­gdy nie spo­tka­łem. Jed­nak nowy gniew go­to­wał się we mnie i był na­kie­ro­wany tylko i wy­łącz­nie na jedną osobę.

Na Chopa.

Wciąż by­łem lekko pi­jany. Nic dziw­nego. Gdy­bym chciał cał­ko­wi­cie wy­trzeź­wieć, to mu­siał­bym oczysz­czać or­ga­nizm mie­sią­cami. Może la­tami.

Prze­ry­wane li­nie na au­to­stra­dzie zle­wały się w jedną długą smugę żółci i bieli, gdy do­da­wa­łem gazu, a sil­nik ję­czał i war­czał w pro­te­ście. Czer­wona li­nia szyb­ko­ścio­mie­rza drgała z wa­ha­niem, wspi­na­jąc się wy­żej i wy­żej, bo za­czy­na­łem prze­kra­czać gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści tej sta­rej fur­go­netki.

Kie­dyś w ra­mach żartu da­łem pew­nej dziew­czynce pier­ścień. Chcia­łem ją w ten spo­sób udo­bru­chać, żeby nie za­dzwo­niła po gliny. Ni­gdy bym się nie spo­dzie­wał, że po­jawi się w sie­dzi­bie tego cho­ler­nego gangu. A tak w ogóle - dla­czego po­trze­bo­wała mo­jej po­mocy? Na­prawdę my­śla­łem, że cał­ko­wi­cie za­po­mniała o tym pier­ścionku i nie­praw­dzi­wej hi­sto­rii, z którą się wią­zał.

Jak bar­dzo się my­li­łem...

To, że na zdję­ciu zo­ba­czy­łem tę samą dziew­czynę, nie ozna­czało, że to nie była ja­kaś wy­myślna pu­łapka za­sta­wiona przez Chopa, żeby spro­wa­dzić mnie do Lo­gan's Be­ach.

Mój stary był fiu­tem, ale mą­drym fiu­tem. Nie przy­szedłby po mnie w miej­scu pu­blicz­nym, a dom Kinga był pil­no­wany i ob­ser­wo­wany, więc na pewno trzy­małby się od niego z da­leka.

Ale ta dziew­czyna?

Rów­nie do­brze mo­gła być na usłu­gach gangu. Wy­star­czyło, że za­cią­gnę­łaby mnie do ci­chego miej­sca, któ­rego nikt nie ob­ser­wo­wał, tak by człon­ko­wie klubu mo­gli mnie po­rwać i za­wieźć do swo­jej sie­dziby, a po­tem po­wie­sić mnie na środku po­dwórka, by móc rzu­cać w moje ciało pusz­kami po pi­wie, aż za­czę­łoby śmier­dzieć.

Ale co, je­śli ona zna­la­zła się w tym klu­bie, bo na­prawdę po­trze­bo­wała mo­jej po­mocy? Chciała, bym speł­nił daną jej obiet­nicę, któ­rej wcale nie mia­łem za­miaru do­trzy­my­wać?

Na zdję­ciu trzy­mała ten pier­ścień tak, jakby to była naj­cen­niej­sza rzecz na świe­cie. Po­czu­łem ucisk w głębi serca, ale po­zby­łem się go, tak samo jak każ­dej nie­chcia­nej emo­cji i uczu­cia.

Mój głupi żart za­koń­czył się przed drzwiami pro­wa­dzą­cymi do domu Kinga. Plan był taki, aby do­trzeć do Lo­gan's Be­ach i po ci­chu po­sprzą­tać ba­ła­gan, do któ­rego do­pro­wa­dzi­łem. Po­tem wy­słał­bym tę dziew­czynę w drogę i wró­cił tam, skąd przy­je­cha­łem.

Sa­mo­chód pod­ska­ki­wał na każ­dej dziu­rze w as­fal­cie, a ja za każ­dym ra­zem pa­trzy­łem we wsteczne lu­sterko. Tylne okna zo­stały przy­ciem­nione i były rów­nie bez­u­ży­teczne co dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­ty­me­trowy fiut za­kon­nika. Mój mo­to­cykl zo­stał przy­mo­co­wany na ty­łach fur­go­netki moc­nymi ny­lo­no­wymi ta­śmami przy­cze­pio­nymi do pod­łogi.

Zwią­zana me­cha­niczna be­stia, któ­rej prze­zna­cze­niem było su­nąć uli­cami.

Be­stia - tak jak ja.

Wy­po­ży­czy­łem tę fur­go­netkę pod fał­szy­wym na­zwi­skiem ze zło­mo­wi­ska, które przyj­mo­wało tylko go­tówkę i nie miało żad­nego sys­temu kom­pu­te­ro­wego. Nie ukry­wa­łem się przed człon­kami klubu. Nie by­łem cho­ler­nym tchó­rzem, ale nie mia­łem za­miaru ogła­szać im swo­jego przy­jazdu i na­ra­żać ro­dziny Kinga na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Nie ukry­wa­łem się, po pro­stu po­trze­bo­wa­łem czasu.

Ale wie­dzia­łem, co ro­bić.

Przez kilka ostat­nich mie­sięcy ży­łem w kra­inie pły­ną­cej al­ko­ho­lem, koką i cip­kami i pla­no­wa­łem do niej wró­cić, gdy tylko skoń­czę to, co za­mie­rza­łem.

Sta­ru­szek nie był na tyle głupi, by prze­nieść na­sze walki na ulicę, ale wy­star­cza­jąco nie­mą­dry, by wy­słać mi wia­do­mość w po­staci po­bi­tej dziew­czyny, którą zna­łem tylko dla­tego, że kie­dyś zło­ży­łem jej fał­szywą obiet­nicę.

Ile lat mi­nęło? Sześć, sie­dem?

Wy­da­wało mi się, że to całe ży­cie.

Ży­cie, w któ­rym bra­łem za pew­nik moją po­zy­cję w klu­bie. Gdzie cie­szyło mnie by­cie na­iw­nym żoł­nie­rzem, któ­rego głów­nym zmar­twie­niem było, skąd wziąć cipki i al­ko­hol.

Cipki.

Od­kąd skoń­czy­łem dwa­na­ście lat, nie­mal z nich nie wy­cho­dzi­łem.

Stra­ci­łem dzie­wic­two tak samo, jak wszy­scy młodsi na­sto­lat­ko­wie, któ­rzy do­ra­stali w gru­pie. Do­świad­czony czło­nek klubu, w moim przy­padku był to oj­ciec, po­sa­dził mnie na środku po­koju peł­nego braci, pi­ja­nych lub na­ćpa­nych, a pół­naga dziwka, dwa razy star­sza ode mnie, wy­ko­nała dla mnie ża­ło­sny strip­tiz przy pio­sence Bon Jovi. Wszy­scy bra­cia się na to ga­pili. Po­tem dziew­czyna opa­dła na ko­lana, za­częła mi ssać, do­póki mi nie sta­nął, a na­stęp­nie od­wró­ciła się do mnie ple­cami. Przy­trzy­mu­jąc się pod­ło­kiet­ni­ków fo­tela, usia­dła na mnie i wsa­dziła so­bie mo­jego fiuta do cipki.

Tłum krzy­czał ra­do­śnie, a prawa ręka mo­jego ojca, czyli Tank, po­trzą­snął bu­telką piwa i otwo­rzył ją no­żem, roz­le­wa­jąc piwo na mnie i dziwkę, tuż po tym, jak do­sze­dłem w niej po dwu­dzie­stu se­kun­dach.

To był naj­lep­szy dzień mo­jego ży­cia.

Od­dał­bym wszystko, by wró­cić do tych dni. By być błogo nie­świa­do­mym ca­łego po­pie­przo­nego gówna, które ko­niec koń­ców do­pro­wa­dziło do tego, że od­wró­ci­łem się od mo­ich braci i zdją­łem ka­mi­zelkę.

By­łem szczę­śliwy jako ko­lejna mrówka w mro­wi­sku, gdy wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia bez zbęd­nych py­tań.

Moje ży­cie poza klu­bem za­wsze dzia­łało Cho­powi na nerwy. Ni­gdy nie po­do­bało mu się to, że spę­dza­łem czas z cy­wi­lami, czyli z Kin­giem i Prep­pym. Gdy tylko miał oka­zję, prze­strze­gał mnie przed nimi i przy­po­mi­nał mi, do kogo na­le­żała moja lo­jal­ność i że lu­dzie z ze­wnątrz tylko przy­spa­rzali nam pro­ble­mów.

Ni­gdy tak na to nie pa­trzy­łem. King i Preppy za­wsze dzia­łali na ko­rzyść klubu. Człon­ko­wie po­le­gali na nich, gdy trzeba było zro­bić coś, co mo­gło ścią­gnąć na nas czy­jąś uwagę, a oni po­le­gali na nas, gdy trzeba było po czymś po­sprzą­tać. Przy­jęli mo­ich braci z otwar­tymi ra­mio­nami, po­zwo­lili im wejść do swo­jego domu i wy­pra­wiać dzi­kie im­prezy.

Po ja­kimś cza­sie Chop na­wet za­ofe­ro­wał im ka­mi­zelki. Chciał, by zo­stali człon­kami klubu. My­ślę, że zro­bił to, bo nie miał nad nimi żad­nej wła­dzy i to do­pro­wa­dzało go do szału.

Oni oczy­wi­ście od­mó­wili. King był jak byk, który biegł przed sie­bie bez opa­mię­ta­nia, a Preppy przy­po­mi­nał dziką małpę, która bie­gała wśród by­ków bez żad­nego celu.

Ja wy­ko­rzy­sty­wa­łem każdą oka­zję, by po­ka­zać Cho­powi, że je­stem wo­bec niego lo­jalny. Wierny klu­bowi. Na roz­kaz po­cią­ga­łem za spust. Bez wa­ha­nia za­ko­py­wa­łem jego pro­blemy głę­boko w le­sie. Pro­wa­dzi­łem ży­cie zgodne z na­szymi za­sa­dami i nie słu­cha­łem ni­kogo in­nego.

Ale to ni­gdy nie wy­star­czyło.

Im bar­dziej na­ci­skał, bym prze­jął jego mło­tek sym­bo­li­zu­jący wła­dzę w klu­bie i od­ciął się od przy­ja­ciół, tym mniej tego chcia­łem. Za­czą­łem spę­dzać co­raz mniej nocy w na­szej sie­dzi­bie, a wię­cej w pro­wi­zo­rycz­nym miesz­ka­niu w ga­rażu Kinga. Wy­pra­wia­li­śmy im­prezy na jego po­dwórku dla mo­ich braci, któ­rzy nie mieli nic prze­ciwko Kin­gowi i Preppy'emu i lu­bili ich nie tylko dla­tego, że byli mo­imi przy­ja­ciółmi, ale też dla­tego, że byli przy­ja­ciółmi gangu.

Kilka mie­sięcy temu Preppy zo­stał za­bity w na­szej sie­dzi­bie, bo wśród mo­ich braci zna­lazł się zdrajca.

Kret.

Chop prze­jął się bar­dziej krwią na be­to­nie niż śmier­cią Preppy'ego czy tym, że w jego sze­re­gach czaił się ju­dasz. I wtedy to do mnie do­tarło. Chop mar­twił się o moją lo­jal­ność, bo miał ku temu po­wody.

Gdyby przy­szło co do czego, gdyby trzeba było wy­brać śmierć lub ży­cie, gdyby na muszce zna­lazł się Chop i moi przy­ja­ciele, a ja mu­siał­bym się za­ba­wić w Boga i wy­brać, czyje ży­cie bym oca­lił, to wy­brał­bym przy­ja­ciół, je­dyną ro­dzinę, jaką mia­łem. A nie Chopa.

I on o tym wie­dział, jesz­cze za­nim to do­tarło do mnie.

Kiedy za­ka­zał mi ra­to­wać Doe, tylko uła­twił mi de­cy­zję. Mu­sia­łem wy­brać mię­dzy Kin­giem a ka­mi­zelką.

To wcale nie była naj­trud­niej­sza de­cy­zja, jaką mu­sia­łem pod­jąć. King ura­to­wał mi ży­cie, w chwili gdy ża­den czło­nek klubu nie przy­szedł mi na ra­tu­nek, gdy te cipy z gangu Elego zwią­zały mnie i tor­tu­ro­wały.

Chop cią­gle mó­wił o zna­cze­niu lo­jal­no­ści, ale ni­gdy nie zro­bił ani jed­nej pie­przo­nej rze­czy, by so­bie na nią za­słu­żyć.

Bez mięk­kiej skóry ka­mi­zelki na moim ciele czu­łem się nagi. I to nie nagi w do­brym zna­cze­niu tego słowa. To ra­czej była na­gość, któ­rej się wsty­dzi­łem.

Tę­sk­ni­łem za ka­mi­zelką.

Za klu­bem. Za braćmi.

Za tym, że zna­łem swoje miej­sce na tym świe­cie i wie­dzia­łem, kim by­łem, bo gdy pro­wa­dzi­łem fur­go­netkę w stronę bram pie­kieł, nie mia­łem, kurwa, po­ję­cia.

Wie­dzia­łem tylko, że nie tę­sk­ni­łem za Cho­pem.

Rze­czy­wi­ście da­łem wtedy tej ma­łej dziew­czynce pier­ścień w ra­mach żartu, ale te­raz żarty się skoń­czyły.

To była pie­przona wojna.