Lawina i kamienie. Pisarze w drodze do i od komunizmu - Anna Bikont, Joanna Szczęsna

Kup ebooka

54.90 zł
42.27 zł (30,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy

10 Towarzysze nieudanej podróży (1)czyli wykonanie planu produkcji literackiej

[1] Krystyna Kersten, zwracając uwagę, że w czasach stalinowskich nagrody państwowe przyjmowali również pisarze z pewną renomą, wcale niepodporządkowujący się narzuconym przez socrealizm regułom, pisze: "Środowisko intelektualne nie wytworzyło kodeksu normującego: co się robi, a czego się nie robi pod karą wzgardy, potępienia, ostracyzmu. Intelektualiści, którzy przed wojną podpisywali protesty, teraz odbierali nagrody państwowe. Dąbrowska pisze o szatańskich torturach, jakim zapewne poddawano sądzonych w procesie Tatara, by wymusić zeznania, a kilka dni wcześniej odnotowuje, że jej przyjaciółka Anna Kowalska dostała nagrodę państwową. Jak gdyby sprawca nie był ten sam".

Z kolei Michał Głowiński zwrócił nam uwagę, że nagrody państwowe jako jedyne nagrody artystyczne w Polsce były wówczas traktowane poważnie przez sporą część publiczności literackiej, niekoniecznie zwolenników socrealizmu:

- Traktowano je w pewnej mierze jako znak tego, w jakim kierunku zmierza polityka kulturalna i jak się kształtują oficjalne hierarchie. Można też stwierdzić, że przyznawano je dość perfidnie, bodaj za każdym razem nagradzano kogoś, kto nie był propagandzistą, a zatem był twórcą z prawdziwego zdarzenia.

[2] Wydanie Antologii poezji realizmu socjalistycznego zaplanowało w latach dziewięćdziesiątych Ossolineum (w cieszącej się od kilkudziesięciu lat zasłużoną renomą serii Biblioteki Narodowej, publikującej klasykę polską i obcą w krytycznych opracowaniach specjalistów).

- Nie zgodzili się Andrzej Mandalian i wdowa po Wiktorze Woroszylskim - mówił nam Wojciech Tomasik, któremu wraz z Jerzym Smulskim wydawnictwo zleciło wybranie podstawowego korpusu tekstów, to jest dwustu-trzystu wierszy, wstęp edytorski, omówienie cech poetyki, bez ferowania oskarżeń czy ocen. - Maria Iwaszkiewiczówna uzależniła zgodę od zgody Kiry Gałczyńskiej, córki Konstantego, a ta odmówiła. Jedynie Tadeusz Różewicz po początkowym "nie" zgodził się, pod warunkiem że doda swoje niesocrealistyczne wiersze pisane w tamtym czasie.

Kolejne osoby rezygnowały, aż autorzy antologii pogodzili się z tym, że książka nie powstanie (wcześniej podobna próba nie powiodła się Janowi Błońskiemu, który też się poddał po żmudnych negocjacjach z autorami i spadkobiercami).

5 Przez Auschwitz, Dachau i Monachiumczyli Tadeusz Borowski wraca do Polski

Tadeusz Borowski wkrótce po opuszczeniu obozu i ­powrocie do Polski

? Alamy / Indigo Images

Ostatnie miesiące wojny dwudziestotrzyletni Tadeusz Borowski spędził w obozie koncentracyjnym w Dachau w Bawarii. Tam 1 maja 1945 roku stał w tłumie więźniów wiwatujących na cześć żołnierzy armii amerykańskiej w poczuciu, że uratowali go od niechybnej śmierci. Ważył wtedy trzydzieści pięć kilogramów i z trudem utrzymywał się na nogach. Nim zdobył jakieś cywilne ubranie, długo jeszcze chodził w pasiaku, a potem w wojskowym poniemieckim mundurze.

Jednak wyzwolenie nie przyniosło oczekiwanej wolności. Na następnych kilka miesięcy razem z innymi więźniami Dachau Borowski umieszczony został w byłych koszarach SS we Freimannie na przedmieściach Monachium, gdzie Amerykanie urządzili jeden z wielu obozów dla dipisów - displaced persons, jak określano ludzi, których wojna rzuciła daleko od miejsc zamieszkania i których dziesiątki tysięcy przemieszczało się wówczas po Europie. "Wyzwolili nas od Niemców ci tędzy, dobroduszni chłopcy - pisał w prowadzonym tam dzienniku. - Ale któż nas wyzwoli od tych tęgich dobrodusznych chłopców? [...] Byli dla nas bardzo uprzejmi, jak przystało na oswobodzicieli insaneness of the concentration camp. Ale i oni, widać, mają swoje tradycje bliźniaczo podobne do niemieckich: bunkry, posty, racje omal nie głodowe".

Z pisanych wtedy listów do przyjaciół i opowiadania Bitwa pod Grunwaldem, którego akcja rozgrywa się we Freimannie, wyłania się przerażający obraz panujących w obozie stosunków i demoralizacji "człowieka zlagrowanego": zobojętnienie wobec cierpienia i śmierci, pijaństwo, złodziejstwo, przekupstwo, szemrane interesy, brutalna walka o przetrwanie, przywileje - lepsze jedzenie i kobiety. A przy tym wszystkim życie zbiorowe składające się z mszy, ognisk, patriotycznych imprez, no i bogo­ojczyźniana retoryka - to jeszcze bardziej rozwścieczało Borowskiego.

Czas zabijał lekturą (to wtedy przeczytał wydaną przez Niemców w czasie wojny książkę o zbrodni katyńskiej) i nauką greki oraz angielskiego. A kiedy udało mu się wreszcie wydostać z obozu, współ­organizował Biuro Poszukiwania Rodzin Polskiego Czerwonego Krzyża w Monachium, redagował jego biuletyn. Opublikował tomik poezji Imiona nurtu. Z dwoma kolegami przygotował zbiór Byliśmy w Oświęcimiu, w którym zamieścił oparte na swoich obozowych doświadczeniach opowiadania. Ten pierwszy powojenny rok był dla niego okresem gorączkowej pracy. Tłumaczył, pisał wiersze, satyry, reportaże, opowiadania. I przede wszystkim rozsyłał dziesiątki listów w poszukiwaniu rodziny, bliższych i dalszych przyjaciół.

"Powstanie tak Was wszystkich rozrzuciło po świecie, po tylu obozach i krajach, że już nie wiem, kto z moich przyjaciół żyje, a kto z nich jest już po tamtej stronie" - pisał 6 października 1945 roku do koleżanki z tajnych kompletów na polonistyce UW, Zofii Świdwińskiej. I wymieniał wśród przyjaciół, o których już wie, że zginęli: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Wacława Bojarskiego, Tadeusza Gajcego, Andrzeja Trzebińskiego.

"Moje dzieje więzienne są krótkie: głód, wilgoć i pluskwy podziemi Pawiaka" - pisał w liście do przyjaciela z Warszawy, Stanisława Marczaka­-Oborskiego. I dalej: "Wreszcie Oświęcim: praca, deszcz, wyczerpanie, choroby [...]. Nieustanna troska o Tuśkę na granicy życia i śmierci. [...] I wszystkie choroby Tuśki: angina, grypa, płuca, malaria, tyfus... I najdotkliwsze: świerzb, nieustanny świerzb. Taka była zima '43-'44. [...] Zima '45 była straszna. Nikt nie wydobędzie całej jej grozy. Zresztą - po co? Powstanie, śmierć przyjaciół, śnieg, wyczerpanie, głód... Potem przyszło wyzwolenie. [...] Długi czas jeszcze byłem głodny. Zacząłem uczyć się na nowo poezji. I coraz tęskniej mi za Tuśką. I za krajem" (7 listopada 1945).

Narzeczoną Marię Rundo, zwaną Tuśką, stracił z oczu 12 sierpnia 1944 roku, kiedy to Niemcy w obawie przed nadciągającą Armią Czerwoną zaczęli ewakuować obóz w Auschwitz. Poszukiwał jej przez placówki Czerwonego Krzyża w całej Europie. 8 grudnia 1945 roku otrzymał wiadomość, że Maria przebywa w Szwecji, gdzie pod koniec wojny znalazła się wraz z innymi więźniarkami obozu w Ravensbrück, wywiezionymi stamtąd transportem zorganizowanym przez szwedzkiego arystokratę, działacza Czerwonego Krzyża, hrabiego Bernadottego. W połowie stycznia 1946 roku po dwumiesięcznej wędrówce przyszedł od niej pierwszy list. "Przez dwa dni chodziłem nieprzytomny, oszalałem najkompletniej, list Twój umiem już na pamięć" - odpisywał (21 stycznia 1946).

Mogli korespondować, ale nie mogli się spotkać. On nie mógł otrzymać wizy do Szwecji, ona nie mogła stamtąd wyjechać. Jego rodzina i przyjaciele namawiali do powrotu do Polski, ona wracać nie chciała. On nie żywił żadnych złudzeń co do zachodniej cywilizacji, uważał, że nazizm jest jej zwieńczeniem, i powtarzał w listach, że jeżeli zostanie na Zachodzie, nic dobrego już więcej nie będzie w stanie napisać. Z drugiej strony marzyła mu się emigracja do Ameryki, albo jeszcze lepiej - Kanady; pisał, że założy tam z przyjaciółmi farmę kur lub zakład poligraficzny.

"Szkic autobiograficzny? - odpowiadał Halinie Laskowskiej, która zwróciła się do niego o zgodę na wydanie w emigracyjnej oficynie jego wierszy i prosiła o napisanie kilku słów o sobie. - Cóż bym w nim napisał [...]? Czy to, że moi bliscy na piętnaście lat przed wojną zwiedzili gruntownie wszystkie więzienia i obozy północy i Azji? Że początek mego wychowania - to była szkoła sowiecka? Czy że na dobry ład nie miałem nigdy życia rodzinnego, bo albo Ojciec siedział pod Murmańskiem, albo Matka była na Syberii, albo ja byłem w internacie, na prywatce czy w obozie? Czy że podczas wojny miałem przyjaciół z Konfederacji [Narodu] i z Gwardii [Ludowej], z Uniwersytetu i z lasu? Że zostałem aresztowany... i że widziałem śmierć miliona ludzi, dosłownie, a nie metaforycznie? Że nie chcę wracać, że walczę z sobą i że poświęcę poezję dla miłości?" (22 lutego 1946).

O tym, że nie żywił żadnych złudzeń co do losów Polski pod sowiecką dominacją, świadczą jego ówczesne wiersze, Dwie Ojczyzny:

Tobie Ojczyzną - spokojny kąt

i kark, który posłusznie się gnie,

a mnie Ojczyzną - spalony dom

i rejestracja w NKWD.

czy Powroty:

A my - pojedynczo po kryjomu

przez zieloną granicę zakazaną drogą

do ojczyzny we snach

do domu do mogił...

Poszukamy nie znajdziemy nikogo

popatrzymy popatrzymy w obce twarze

pomilczymy no cóż: każdy wie...

tak...

cicho szepnie ktoś: NKWD

strach...

Nie opublikowano ich wtedy, choć wysłał je do Gustawa Herlinga­-Grudzińskiego, redagującego pismo II Korpusu "Orzeł Biały"[1].

Od dziecka wiedział, co to system sowiecki. Gdy w 1932 roku rozpoczynał w rodzinnym Żytomierzu swą repatriacyjną podróż do Polski, miał lat dziesięć i za sobą aresztowanie rodziców. Miał cztery lata, gdy ojca zesłali do łagru w Karelii, by budował tam Kanał Białomorski, osiem lat, gdy matkę zesłali na Syberię, nad Jenisej. Jemu samemu, urodzonemu na terenach, które po rewolucji przypadły Sowietom, udało się przeżyć lata kolektywizacji i głodu pod opieką ciotki. W latach trzydziestych, gdy rodzina wróciła do Polski, Borowski poszedł do dobrego warszawskiego gimnazjum imienia Tadeusza Czackiego. Później napisał, że miał szczęście uczyć się w szkole radzieckiej, docenić bohaterstwo Dzierżyńskiego i działalność Marchlewskiego. A potem "w sanacyjnej "ojczyźnie" poznałem polski kryzys, karykaturę kryzysu imperializmu".

W czasie wojny zdał maturę na tajnych kompletach, studiował polonistykę na tajnym uniwersytecie w Warszawie. Zakochał się w koleżance ze studiów Marii Rundo. Zadebiutował jako poeta. Tomik Gdziekolwiek ziemia - ze słynną frazą: "Zostanie po nas złom żelazny/ i głuchy, drwiący śmiech pokoleń" - odbił w grudniu 1942 roku własnoręcznie na powielaczu w 165 egzemplarzach[2].

- Technika była prymitywna, wieszałem mokre wydrukowane płachty na sznurze jak bieliznę - opowiadał nam zaprzyjaźniony z Borowskim w czasie okupacji przyszły sławny profesor genetyki Piotr Słonimski, który pomagał mu w pracy drukarskiej. - Łączyły nas wódka, budka przy budowie, gdzie Tadzik był dozorcą, wspólny wróg - Niemcy, a także spory z naszymi przyjaciółmi wydającymi "Sztukę i Naród". Z innymi kolegami stworzyliśmy na przekór im wesoły klub esencjastów i spłodziliśmy na tę okazję wierszyk, który Borowski odtworzył po latach trochę inaczej, niż ja go zapamiętałem. Zaczynał się tak: "My jesteśmy esencjaści, dadaiści, pederaści...".

"Beta żył - pisał Czesław Miłosz o Borowskim w Zniewolonym ­umyśle, w rozdziale pod tytułem Beta, czyli zawiedziony kochanek - bujnym życiem konspiracyjnej młodzieży, na której zebraniach pito wódkę, dyskutowano zaciekle na literackie i polityczne tematy i czytano nielegalne pisma. Przyglądając się swoim kolegom, Beta był skłonny uśmiechać się sarkastycznie. Widział sprawy lepiej i jaśniej niż oni. Ich patriotyczny zapał do walki z Niemcami wydawał mu się czysto irracjonalnym odruchem [...], próbował przyciskać ich do muru, pytając, jakich wartości chcą bronić i na jakich zasadach ma być oparta przyszła Europa. Nie dostawał na to zadowalającej odpowiedzi. Oto jądro ciemności: nie tylko żadnej nadziei wyzwolenia, ale żadnej wizji jutra".

Szukając Marii w konspiracyjnym mieszkaniu, Borowski wpadł w kocioł. Był kwiecień 1943 roku. Na Pawiaku, gdzie go początkowo przetrzymywano, z okien celi widział płonące getto. I on, i Maria zostali wywiezieni do Auschwitz.

Arkusz poetycki z jego wierszami miłosnymi został wydany w konspiracyjnym zbiorku już po jego aresztowaniu.

A przecież tylko to ocali

nasz czas od zguby i od zemsty

przyszłych dni grozy i rachunku

i tylko to na brzeg wyrzuci,

jak szczep brzemienną winną gałąź,

morze dni naszych: proste słowa,

że odnalazłem ciebie.

W obozie pełnił Borowski funkcje dekarza, brygadzisty, sanitariusza. Nawiązał kontakt z przebywającą w żeńskiej zonie Marią, wycieńczoną chorobami muzułmanką. Pomagał jej na różne sposoby, wspierał listami. Kiedy odnalazł ją po wojnie, obiecał jej, że zostanie dla niej na Zachodzie, ale 31 maja 1946 roku nieoczekiwanie wsiadł w Monachium do repatriacyjnego pociągu do Warszawy.

Jeszcze nim wrócił do Polski, w "Tygodniku Powszechnym" ukazało się kilka jego wierszy, a "Twórczość" opublikowała opowiadania Dzień na Harmenzach i Proszę państwa do gazu ze zbioru Byliśmy w Oświęcimiu (później weszły do tomu Pożegnanie z Marią). Ich przesłanie, że każdy, kto przeżył obóz koncentracyjny, jest współwinny śmierci tych, którzy go nie przeżyli, wywołało głosy oburzenia, zwłaszcza ze strony prasy katolickiej. Oskarżano go o cynizm, nihilizm i amoralność. Na łamach "Kuźnicy" brał go za to w obronę Jan Kott.

"Nie wierz temu, co piszą o Polsce - przestrzegał Borowski Marię - jest w tym dużo histerii i niezdrowego niepokoju, zupełnie niepotrzebnego. W każdym razie frazes o odbudowie nie jest tylko frazesem. [...] Pisałem Ci, dlaczego wróciłem. Powtórzę Ci raz jeszcze: uważam, że dobrze uczyniłem. Ten kraj trzeba zobaczyć, żeby weń uwierzyć. I żeby wróciła miłość do czegoś, co ogólnikowo nazywamy Polską" (12 ­lipca 1946).

Po monachijskim wygnaniu Borowski rzucił się w wir życia. Wrócił na studia, zaczął pracować (między innymi w miesięczniku "Świat Młodych"), zaangażował się w przygotowywane przez młodzież poakowską pismo "Pokolenie". Jednocześnie przeżywał kolejne załamanie nerwowe. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpiał na syndrom posttraumatyczny.

Maria, przerażona jego stanem psychicznym, po wahaniach zdecydowała się wrócić do Polski, by zostać jego żoną. "Wyjeżdżam, bo zdaję sobie sprawę, że nie ma nadziei na zmianę sytuacji. Jestem ogromnie wyczerpana fizycznie i wiem, że rozchoruję się, jeżeli będę w ten sposób pracowała jeszcze parę tygodni" - pisała, zatrudniona wówczas w Lund jako salowa, do swego wujka w Londynie, Mieczysława Grydzewskiego, redaktora naczelnego "Wiadomości". I kończyła: "Bardzo ten powrót jest upokarzający dla mnie" (18 października 1946).

W listopadzie 1946 roku Borowski wziął udział w odbywającej się w sali Sejmu naradzie młodych pisarzy i naukowców. To był jego pierwszy, głośny występ publiczny. To tam starł się z Wiktorem Woroszylskim, który - co już opisywałyśmy - zacytował Andrzeja Trzebińskiego: "Imperium, gdy powstanie, to tylko z naszej krwi", i krzyknął:

- Jakie imperium?

Borowski wskoczył na podium.

- Kto dał wam prawo szydzić z ludzi, którzy nie mogą się bronić? - zawołał. - Może się mylili, może pisali niemądre wiersze, ale oni nie żyją!

I dalej mówił namiętnie, a jak na czasy, kiedy słowo "demokracja" zaanektowała dla siebie rządząca Polską partia - wręcz zuchwale:

- Demokracji też trzeba patrzeć na ręce. Pod jej przykrywką zrobiono niejedno świństwo.

- Jest różnica między demokracją burżuazyjną a wyższą formą demo­kracji, którą gwarantuje władza robotników - próbował mitygować go jakiś zasiadający w prezydium działacz partyjny.

- A jak ją mierzyć? - nie odpuścił Borowski. - Liczbą ludzi trzymanych w więzieniach?

Potem, kiedy w kuluarach usłyszał działacza partyjnego mówiącego, że trzeba skupić siły, stworzyć wspólny klub młodych twórców, ze śmiechem wszedł mu w słowo: "Może bar Pod Marksem albo tawernę Pod Czerwonym Sztandarem?". Tak to zapamiętał Woroszylski.

Wtedy nic jeszcze nie świadczyło o tym, że wkrótce się zaprzyjaźnią, że drwiący, ironiczny, pełen dystansu wobec nowej rzeczywistości Borowski będzie zdolny zbliżyć się do człowieka, dla którego życiowym drogowskazem były wytyczne partii.

"Bliskość nasza oznaczała podsycanie wzajemne żaru, podsycanie żarłoczności i zażartości, i zżerało nas coś. I myśmy wżerali się czemuś w boki. Staremu Światu?" - pisał Woroszylski po latach w "Literaturze". Gdzie indziej wspominał, jak zdumiało go w pewnym momencie to, że również ci, których postrzegał jeszcze niedawno jako wrogów z AK (w tym Roman Bratny, w czasie okupacji członek prawicowych organizacji Sztuka i Naród oraz Miecz i Pług), znaleźli się po tej samej stronie politycznej co on.

Wcześnie dał o sobie znać publicystyczny temperament Borowskiego. W grudniu 1946 roku zadebiutował w "Kuźnicy" miażdżącą recenzją powieści o powstaniu warszawskim W rozwalonym domu Jana Dobraczyńskiego, któremu zarzucił, że miast gorzką prawdą uraczył czytelnika podniosłymi na przemian z sentymentalnymi kawałkami rodem z trzeciorzędnych czytadeł.

"Niewąski opierdol [sic], jaki Pan dostał od całej prasy katolickiej za Dobraczyńsia, dowodzi niezbicie, że to było trafione, że recenzja Pana była doskonała, że kładzie ten filar "katolickiego" grafomaństwa - zachęcał go do dalszego pisania Żółkiewski. - Uważam, że odpowiedzią jedyną na te napaści może być tylko jedno: dalsze konsekwentne wykańczanie grafomanów katolickich. Proszę więc o recenzję do "Kuźnicy". Coś mocnego. [...] Może Pan zerżnąć Malewską, jeśli się Panu jako młodemu mężowi zechce zajmować taką babą" (18 stycznia 1947).

Prawdziwy kij w mrowisko wsadził jednak Borowski w styczniu 1947 roku, kiedy to w "Pokoleniu" w szkicu Alicja z krainy czarów przypuścił ostry atak na oświęcimskie wspomnienia Zofii Kossak­-Szczuckiej Z otchłani:

"Pierwszym obowiązkiem oświęcimiaków jest zdać sprawę z tego, co to obóz - pisał tam - tak, ale niech nie zapominają, że czytelnik, który czyta ich relacje i przebrnie wreszcie przez wszystkie okropności, nieodmiennie zapyta: no dobrze, a jak to się stało, że właśnie pan(i) przeżył(a)? Nie ma co staczać z sobą polemiki, dowodzić, że rozsądnie było udzielać z paczek w miarę lub spełniać jakieś tam, rzekomo chrześcijańskie posługi. Nie ma co - opowiedzcie wreszcie, jak kupowaliście miejsca w szpitalu, na dobrych komandach, jak spychaliście do komina muzułmanów, jak kupowaliście kobiety i mężczyzn, co robiliście w unterkunftach, Kanadach, krankenbaumach, na obozie cygańskim, opowiedzcie to i jeszcze wiele drobnych rzeczy, o dniu codziennym obozu, o organizacji, o hierarchii strachu, o samotności każdego człowieka. Ale piszcie, że właśnie wyście to robili. Że cząstka ponurej sławy Oświęcimia i wam się należy. Może nie, co?"

W wersji poprawionej szkicu, która ukazała się w 1949 roku w "Rzeczpospolitej", wprost zarzucił pisarce, że upiększała obozową rzeczywistość, należała bowiem "do uprzywilejowanej kasty Polek, które dzięki paczkom, stosunkom i opiece funkcyjnych wiodły w szpitalach i na wypoczynkowych blokach żywot stosunkowo wygodny i bezpieczny".

Środowiska związane z pismem "Dziś i Jutro" wystosowały list protestacyjny do władz Związku Literatów z żądaniem postawienia Borowskiego przed sądem koleżeńskim i wyciągnięcia zawodowych konsekwencji. Paweł Jasienica uznał w "Tygodniku Powszechnym" tekst Borowskiego za "szczyt nieprzyzwoitości" i znieważenie zasłużonej pisarki. Borowski przysłał mu wtedy Byliśmy w Oświęcimiu z dedykacją, że daje mu ten "pamiętnik z podróży do kresu pewnej moralności". Jasienica przeczytał i wycofał się ze swej negatywnej oceny. "Nie znam wspomnień - pisał w "Tygodniku Powszechnym" - które równie ostro ukazywałyby straszliwą rzeczywistość. I niewiele znam dzieł równej odwagi cywilnej"[3]. A w prywatnym liście dodał: "Zrozumiałem, że czarna krew Pana zalała od tej natrętnej dydaktyki. Szkoda, że nie przeczytałem obu tych relacji o Oświęcimiu w odwrotnej kolejności. Może wtedy moja recenzja byłaby mądrzejsza".

Zanim Borowski włączył się w główny nurt życia polityczno­-literackiego, próbował płynąć własnym. Po zamknięciu przez władze "Pokolenia" wydawało się przez chwilę, że miejsce jego może zająć miesięcznik "Nurt", w którego powstanie i redagowanie bardzo się zaangażował. ""Nurt" - o ile będzie płynął, będzie miał dla wielu wodę gorzką i gryzącą" - pisał do pracującego w "Twórczości" Wilhelma Macha (8 sierpnia 1947). Ukazały się tylko dwa numery i pismo szybko podzieliło los "Pokolenia".

Na tle ówczesnej prasy "Nurt" jawi się jako pismo świetne, żywe, na europejskim poziomie. Szczególnie gdy chodzi o stronę graficzną (reprodukcje obrazów polskich twórców: Tadeusza Kantora, Władysława Strzemińskiego i Henryka Stażewskiego, grafiki Picassa, rysunki Jana Lenicy).

Pierwszy numer otwierał Portret przyjaciela Borowskiego. W tym czułym wspomnieniu Borowski dowodził, że urzeczenie Andrzeja Trzebińskiego ideą polskiego faszyzmu i jego działalność w Konfederacji Narodu wynikały z czystych, ideowych pobudek. Wspomniał przy tym, że to właśnie Trzebiński, choć kłócili się politycznie, pierwszy wystąpił do Delegatury Rządu o przysyłanie Borowskiemu paczek do Auschwitz.

Oprócz wykładu, czym jest teoria marksistowska, tekstów Aragona i Sartre'a (byli oni wtedy idolami nie tylko w państwach pod sowiecką dominacją), znajdowało się tam też sporo materiałów apolitycznych: wiersze Tadeusza Różewicza, debiutanckie opowiadanie wojenne Tadeusza Konwickiego czy sprawozdanie ze zjazdu fizyków. A dział Varia był już żywą kpiną z tego, co za chwilę miało być jedyną obowiązującą doktryną. Borowski w felietonie Hemingway jako grafoman naigrawał się z miesięcznika "Nasza Myśl" za dramatycznie źle przetłumaczony fragment Komu bije dzwon, imputując jego redaktorom, że świadomie przerobili wielkiego pisarza na grafomana (warto przypomnieć, że Hemingway miał szansę wyjść w Polsce dopiero po 1956 roku). Wiktor K. Ostrowski zwracał uwagę autorom nowych adaptacji teatralnych Shakespeare'a, że nie był on, wbrew temu, co im się zdaje, pisarzem stricte marksistowskim ("Bałbym się nieco zestawiać Szekspira z Adamem Ważykiem i Konstantym Simonowem").

"Rzućcie te koncepcje gettowych pisemek młodych i normalnie pracujcie z "Kuźnicą" - namawiał Borowskiego jej naczelny, Stefan Żółkiewski. - Inaczej zjedzą Was chamy z "Po Prostu". Bo to pismo jest żywe i dobrze rozwija się. Musicie także i w nim być, pisać, nadawać ton. [...] Gorycz po zdławieniu "Nurtu" powinna was pouczyć, że sytuacja jest trudna i wymaga rozsądku. Dlatego też proponuję porozumienie. Piszcie wszyscy do "Kuźnicy"" (22 września 1947). Nie był to pierwszy raz, kiedy Żółkiewski apelował do Borowskiego o współpracę. Utalentowany poeta, prozaik, publicysta, zapalczywy i impulsywny, nieliczący się z autorytetami, o niewyparzonym języku zarówno w mowie, jak i w piśmie, był łakomym kąskiem dla redaktorów, którzy wciąż mieli nadzieję na ożywienie swoich wpychanych w gorset doktryny pism. Szybko wszedł w rolę komunistycznego enfant terrible.

Propozycje współpracy składali mu też Kazimierz Wyka, naczelny "Twórczości", Jarosław Iwaszkiewicz, naczelny "Nowin Literackich", Karol Kuryluk, naczelny "Odrodzenia", Tadeusz Mikulski z kwartalnika "Zeszyty Wrocławskie". Borowski propozycje pisania przyjmował, choć nie zawsze dotrzymywał obietnic, ale z nikim nie wiązał się na stałe. Specjalnie dla "Kuźnicy" napisał Pamflet na starszych braci. W listach wyzłośliwiał się na Kazimierza Brandysa i na Czesława Miłosza za jego tom Ocalenie i za "parnasizm".

Bardziej niż racjonalne argumenty starszych Borowskiemu przemawiała do przekonania żarliwość młodych "apostołów nowej wiary", którzy - wedle określenia Woroszylskiego - chcieli "brać w jasyr oporne dusze".

"Liznęli Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, niewątpliwie czytali Brechta - napisał lata później o Woroszylskim i Borowskim Jacek Bocheński. - Zyskali pewność, że świat urządzony jest mniej więcej jak obóz oświęcimski: większość ludzi cierpi męki, nieliczni korzystają z przywilejów i dzieje się tak od czasów starożytnego Egiptu. Z tą wyzywającą niesprawiedliwością, okrucieństwem i zbrodnią należało radykalnie skończyć. Najlepiej, w odczuciu młodych pisarzy, nadawał się do tego celu bolszewizm".

Generalne starcie dwóch pokoleń powojennej literatury odbyło się w styczniu 1948 roku na seminarium dla młodych literatów w pałacu w Nieborowie, które zostało zorganizowane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Młodym pisarzom nie spodobały się wykłady prowadzone przez starszych kolegów po piórze - Jarosława Iwaszkiewicza, Mieczysława Jastruna, Jana Kotta, Wacława Kubackiego, Aleksandra Wata, Kazimierza Wykę, Stefana Żółkiewskiego.

Wiktor Woroszylski relacjonował w "Odrodzeniu": "Mnie osobiście ogromna większość prelekcji nie dała nic". Tadeusz Borowski pisał tamże: "Nie był słuszny błyskotliwy, ale zbyt pospiesznie negujący wartość realizmu referat Aleksandra Wata, nie był słuszny odczyt Kazimierza Wyki o recenzji literackiej jako dialogu między krytykiem a pisarzem, nie były słuszne "postulaty nowej poezji" sformułowane apodyktycznie przez Mieczysława Jastruna" (Wacław Kubacki zanotował w dzienniku, że po prelekcji Kotta o ewolucji w powieści mieszczańskiej podszedł do niego wzburzony Borowski, któremu nie podobało się "bajdurzenie prelegenta").

Młodzi pisarze, którzy za chwilę nazwani zostaną "pryszczatymi", przede wszystkim kontestowali poezję prezentowaną w "Kuźnicy", nazywając ją okopami świętego klasycyzmu, i szydzili z niej bezlitośnie[4].

Borowski miał wtedy ze sobą gotowy już rękopis Kamiennego świata. Polemizował w nim z "mieszczańską wizją świata i literatury" prezentowaną w "Kuźnicy", opatrując swoje opowiadania ironicznymi dedykacjami dla starszych kolegów pisarzy (na przykład Jarosława Iwaszkiewicza), przede wszystkim jednak "kuźniczan" (Pawła Hertza, Adolfa Rudnickiego, Stefana Żółkiewskiego).

Wkrótce po Nieborowie Borowski zapisał się do partii, a jego przewodnikiem stał się młodszy o pięć lat Woroszylski.

Z zachowanej korespondencji wynika, że różne osoby, zaniepokojone gwałtowną metamorfozą Borowskiego, próbowały go przestrzec, zwrócić mu uwagę, że gna w przepaść. Były to jednak głosy wołających na puszczy. Pisał do niego ojciec: "Masz, Tadziu, iskrę Bożą, ale [...] idziesz nie swoją drogą [...]. Nosisz się ze swoim "ateizmem" jak kura z jajem, a ty wiesz, że jesteś marnym robakiem i za jednym skinieniem nie mówię Boga, bo Bóg takimi gówniarzami się nie zajmuje, ale Jego Mocy, a z ciebie dymek tylko pójdzie. [...] Mnie śmieszy, że byle chłystek powąchał trochę szkoły i myśli, że już świat opanował, a ja Wam wszystkim mówię, że Wy jesteście głupi. Co z tego, że trochę bazgrasz! Ale tracisz grunt pod nogami i pamiętaj, że wszyscy ci, co się starają Ciebie zepchnąć na bezdroża, będą się cieszyć, kiedy już zatracisz swoje "ja"" (20 maja 1948).

Paweł Jasienica z kolei informował Borowskiego, że otrzymał z urzędu cenzury zwrot maszynopisu zbioru reportaży i oficjalne pismo z zakazem druku. "Tak więc nie każdemu, jak Pan widzi, wolno uczestniczyć w budowie kultury, do czego Pan tak jednoznacznie wzywał" (19 grudnia 1948).

Czesław Miłosz, który poznał Borowskiego w czasie wojny jako dobrze zapowiadającego się poetę, a po przeczytaniu jego opowiadań z obozu koncentracyjnego uznał go za prawdziwego pisarza, był zdumiony jego błyskawicznym przekształceniem się w partyjnego propagandzistę. Z czystej ciekawości zwrócił się do kilku - jak wspominał - "oficjałów literatury, od których decyzji zależało umieszczanie literatów w hierarchii wyżej lub niżej". Spytał, dlaczego zmuszają Borowskiego do pisania artykułów, marnując jego talent. Przecież - tłumaczył - interesy partii nie wymagają, by "robić z niego szmatę", z punktu widzenia partii byłby bardziej użyteczny, pisząc opowiadania i powieści. I usłyszał, że to sam Borowski obstaje przy swoich propagandowych tekstach, uważając, że "nie czas dzisiaj na sztukę, że trzeba działać na masy bardziej bezpośrednimi, prymitywnymi środkami".

"Był jedną rozjątrzoną raną, bezlitosny i nietolerancyjny - opisywał Borowskiego, a właściwie próbował go zrozumieć Miłosz. - Świat taki, jaki był, był dla niego nie do zniesienia. Nihilizm Bety wynikał z pasji etycznej, z zawiedzionej miłości do ludzi. Partia odkryła, że jest w nim rzadki i cenny skarb: prawdziwa nienawiść. Beta był pojętny. W miarę jak zapoznawał się z dziełami teoretyków leninizmu­-stalinizmu, przekonywał się, że to było właśnie to, czego szukał. Nienawiść, jaka w nim istniała, można porównać do burzliwej rzeki, niszczącej wszystko po drodze. Gnała naprzód bezużytecznie: cóż prostszego, jak skierować jej bieg w pożądanym kierunku, a nawet ustawić nad nią wielkie młyny, które będzie obracać? Cóż za ulga: nienawiść użyteczna, nienawiść w służbie społeczeństwa. Jego talent, jego inteligencja i zapał pchały go do czynu - podczas gdy ludzie mierni i ani zimni, ani gorący lawirowali, próbując oddawać niemiłemu Cesarzowi tylko tyle, ile koniecznie potrzeba".

Sam Miłosz wciąż pisał wiersze (i publikowano je!), w których nie przyjmował do wiadomości, że głównym celem literatury jest służba jakiemukolwiek władcy. Jak choćby Do Jonathana Swifta:

Niepojętego zaślepienia

Na oczach nie nosiłem wstążki.

I szczera wściekłość opromienia

Moje rozliczne obowiązki.

[...]

Daj mi sekrety swego wieku

Abym nie krzywił się obleśnie

Jak ci, co prawią o człowieku

I tylko cicho skomlą we śnie.

Kiedy nadszedł kongres zjednoczeniowy PPR-u i PPS-u, Borowski był już przekonanym komunistą. W "Odrodzeniu" zamieścił opowiadanie Zabawa z wódką, które później określił jako "pierwszy, dziecinny, nieporadny krok w stronę literatury partyjnej". Szczecin, wieczór autorski w domu kultury, uczestnicy są zainteresowani jedynie bufetem z tanią wódką. Pisarz wygłasza do nich mowę: "My jeszcze teraz uprawiamy słabą partyzantkę kulturalną, ale po nas przyjdą inni. [...] Oni was zmuszą do kultury!".

Borowski - wraz z Woroszylskim - należał do tych, którzy otrzymali zaproszenie na obradujący w auli Politechniki Warszawskiej w grudniu 1948 roku kongres. Z galerii dla publiczności obserwowali wytupywanie ze zjazdowej trybuny Władysława Gomułki, zaatakowanego za "odchylenie prawicowo­-nacjonalistyczne", przez górników w galowych mundurach, zagłuszających kocią muzyką jego słowa.

"Wyszliśmy na ulicę pod deprymującym wrażeniem tej sceny - wspominał później Woroszylski - ale Tadeusz zaraz zaczął ją racjonalizować, traktując okrutne widowisko, którego byliśmy świadkami, jako autentyczne, nie zmanipulowane, a tych nieszczęsnych górników nie jako marionetki, lecz rzeczywistych entuzjastów ówczesnej linii partii, którymi zresztą może i byli, wniosek natomiast, że wobec tego trzeba stłumić swój wewnętrzny niepokój i bez zastrzeżeń zaakceptować ich ryki i gwizdy... No cóż, przyjąłem wówczas tę argumentację".

Wyglądało na to, że uczeń prześcignął mistrza.

Przypisy

9 Długi pogrzeb literaturyczyli wyłącznie socrealizm

[1] Wśród dokumentów zjazdu znajdzie się apel do literatów polskich o osiedlanie się na Wybrzeżu: "Szczupła ilość pisarzy mieszkających obecnie na terenie województwa szczecińskiego i gdańskiego nie jest w stanie wypełnić zadania, które ciąży na literaturze polskiej stojącej wobec dziejowego faktu odzyskania przez Polskę 500­-kilometrowego Wybrzeża, wspaniałego rozkwitu polskich portów, przemysłu stoczniowego i rybołówstwa dalekomorskiego".

[2] Miesiąc wcześniej Nałkowska, po przeczytaniu krytycznej recenzji z jej Węzłów życia, napisanej przez Artura Sandauera, z którym czuła się zaprzyjaźniona, zapisała w dzienniku: "Wszystko na to wskazuje, że "musiał" tak napisać. [...] Jeżeli napisał to z potrzeby serca, w poczuciu słuszności, to błąd w diagnozie człowieka popełniłam niepojęty. Ale jeżeli, jak telefonowała W., kazano mu - to jest oznaka, że znalazłam się na marginesie życia, wyobcowana, odarta z wartości. No cóż, nie będę pisała, ale mogę tłomaczyć" (20 grudnia 1948).

[3] Nawet jednak oni czynili to w sposób wyważony i niekonfrontacyjny. Maria Borowska, która była tam obecna jako żona Tadeusza, zapamiętała ze zjazdu właśnie wystąpienie Zawieyskiego. Opowiadała nam:

- Tupecik miał zaczesany aż spod pachy, złożył ręce jak do modlitwy, spuścił oczy i zaczął bardzo czule: "Bracia marksiści". To była najśmieszniejsza scena na całym zjeździe.

[4] W protokołach ze zjazdu przemówienie Anisimowa się nie zachowało. Wystąpienia pozostałych członków delegacji radzieckiej - podobnie jak członków delegacji z innych demoludów - są tylko streszczone.

Wat pisał dalej, że Jerzy Borejsza, odnosząc się do tego wystąpienia i reakcji sali, powiedział mu na stronie: "Meta jest wiadoma i socrealizm - nieunikniony. Ale my, bolszewicy, jesteśmy taktykami tempa i etapy dostosowujemy do stopnia napotykanego oporu. Pan widzi: oni sami domagają się socrealizmu".

W tym miejscu pamięć zawodzi Wata. Borejsza nie mógł mu tego powiedzieć na zjeździe, bo go tam nie było. W styczniu 1949 roku, jeszcze przed zjazdem, miał wypadek samochodowy, po którym już nie wrócił do zdrowia. To był początek końca jego kariery. Był jeszcze tylko redaktorem naczelnym "Odrodzenia" do czasu jego zamknięcia w kwietniu 1950 roku. Zaraz potem napisał list do Bolesława Bieruta: "Proszę o polecenie odpowiednim instancjom partyjnym ujawnienie i zbadanie wszelkich zarzutów, które są wobec mnie, aby umożliwić mi obronę. [...] Proszę o umożliwienie mi wyjazdu do Moskwy. Jeżeli prawdą jest, że stamtąd, gdzie jest stolica każdego komunisty, przychodzą jakieś sugestie przeciwko mnie - mam prawo stawić się i obronić się, raz na zawsze, przeciwko denuncjacjom czy intrygom ludzi, którymi widocznie zupełnie inne względy kierują niż dobro partii" (4 kwietnia 1950).

Aż do śmierci w 1952 roku Borejsza pozostał w odstawce.

[5] "Zjazd w Szczecinie dał mi smutny obraz naszej literatury - pisał zaraz potem Paweł Hertz do Jana Kotta. Przyznaję, że wolę polityków od pisarzy. Pisarzom brak dwóch rzeczy, bez których, jak myślę, nie bywa literatury: intelektu i sumienia, zwłaszcza sumienia. Widok tych ludzi, którzy siedzieli jak słupy, był przeraźliwy. Tylko Wat, Kubacki, Ważyk, Zawieyski, Jastrun mówili z przekonaniem" (5 lutego 1949). Kott odpisywał: "Przewidywałem, jak będzie wyglądał Zjazd Szczeciński, i dlatego nie miałem ochoty pojechać. Zrobił się za duży odstęp pomiędzy literaturą a tym, co o niej wypisujemy. To jest życie w sferze ideologii nad stan" (10 lutego 1949).

[6] W Notatkach Andrzejewski bił się głównie we własne piersi. W artykule dla moskiewskiej "Prawdy" pisał już o grzechach głównych całej powojennej literatury polskiej. Zaliczył do nich: liberalizm, inteligencką apolityczność, drobnomieszczaństwo, moralizatorstwo, pociąg do opisywania konfliktów patologicznych, zwyrodniały psychologizm i formalizm.

[7] Niechęć do starszych, klasycyzujących poetów i ich poetyckiego języka ujawniła się już na opisywanym wcześniej seminarium w Nieborowie w styczniu 1948 roku. W tym samym czasie żartowano sobie z nich w "Po Prostu", którego redaktorem był wtedy Woroszylski. I tak w rubryce satyrycznej Antykwariat anonimowy autor opisuje, jak to pewien dwudziestoletni poeta warszawski (domyślać się w nim możemy samego Woroszylskiego) usłyszał od pewnego trzydziestoletniego poety łódzkiego (Hertz), że poetą nie jest, bo "poezja bez mitów nie jest poezją. Wiersz, którego się nie da przetłumaczyć na francuski, nie jest wierszem. "Pepesza" w żadnym wypadku nie jest słowem poetyckim". I dalej czytamy wierszowaną parafrazę Dziadów (części III), sporu klasyków z romantykami w sprawie języka poetyckiego, najwidoczniej dla młodych ich spór z "kuźniczanami" to powtórka tamtego sporu ("LITERAT I: I proszę, jak opisać dzisiejsze wypadki?/ Zamiast mitologii są naoczne świadki./ JEDEN Z MŁODZIEŻY: Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży,/ jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?/ LITERAT I: Spodziewam się, że panu przez myśl nie przejedzie./ Aby napisać wierszem, że ktoś jadał śledzie./ Ja mówię, że poezji nie ma bez poloru").

Czy taka rozmowa między Hertzem a Woroszylskim rzeczywiście się odbyła - nie wiadomo. W każdym razie dwa lata później Woroszylski napisał artykuł, w którym bronił "pepeszy" i odżegnywał się od mitologii.

[8] Borowski, atakując "Kuźnicę", pisał: "Trzeba rozpiłować tę wytuptaną platformę, na której się całował Żółkiewski z Zawieyskim". Nawiązywał w ten sposób do zjazdu Związku Literatów we Wrocławiu w 1947 roku. Przebiegał on jeszcze w aurze "szerokofrontowej", czego skutkiem był wybór bezpartyjnego Jarosława Iwaszkiewicza na prezesa, a na dwóch wiceprezesów Stefana Żółkiewskiego i Jerzego Zawieyskiego. Po wyborze obaj nowo wybrani wice weszli na podium i publicznie się wyściskali.

[9] Do tego - jak Woroszylski dowiedział się z zakulisowych plotek - w fakcie, że artykuły opublikowało "Odrodzenie", dopatrywano się "reżyserowanej przez Borejszę kampanii", która na powrót miała go wprowadzić do gry. Nagonka na Woroszylskiego służyć więc miała, jego zdaniem, do rozprawienia się z Borejszą.

[10] Oto styl, w jakim Borowski atakował na przykład powieść Tadeusza Brezy Mury Jerycha: "Z ogromnym znawstwem pokazano wszystkie etapiki przekomarzania się miłosnego między rojącym wielkie plany arystokratą a rozwydrzoną półdziewicą. Konszachty sanacji z polskim faszyzmem widziane w restauracjach i panieńskich pokojach, podane w sosie gwary kadenowskiej, to kompromitowanie klasy społecznej za pomocą rzygania w klozetach i cierpień erotycznych - wyglądało jak kabaret, który jak studenta przyciągał i odpychał autora".

[11] Berman nie tylko literatów namawiał do samokrytyki, ale i samego Gomułkę. To po jego wystąpieniu na plenum sierpniowym w 1948 roku, gdzie apelował: "Niech tow. Wiesław plunie w twarz tym wszystkim gadzinom, które wyciągają w jego stronę swe macki, żeby go jak płachtę wciągnąć na swój maszt. Niech się całkowicie rozbroi przed Partią", Gomułka złożył samokrytykę.

[12] W teren wysyłano też po linii partyjnej pisarzy w sprawach niezwiązanych z ich twórczością. I tak zachowała się sporządzona dla KC PZPR notatka Jana Kotta, który miał zbadać na miejscu zasadność zarzutów zawartych w donosie na wiejskiego pisarza, członka partii. Kott po przesłuchaniu delikwenta w obecności kierownika wydziału personalnego Komitetu Powiatowego partii stwierdził, że pisarz jest "ideologicznie niedojrzały i obciążony lumpenproletariackimi nawarstwieniami", ale "zarzut sprzedaży nielegalnej bydła pociągowego nie został potwierdzony".

[13] Lata później wyzwolony już od doktryny Ważyk pisał w "Nowej Kulturze": ""Kuźnica" robiła wiele hałasu o realizm, z którego nic nie wyszło. Wybitniejsze pozycje, jak Popiół i diament, Medaliony, nowele Adolfa Rudnickiego, nie powstawały w kręgu postulatów przez nią wysuwanych. Ale "Kuźnica" była tylko grupą działającą na własną odpowiedzialność, a w okresie poszczecińskim mieliśmy oficjalną, biurokratycznie strzeżoną estetykę. Obowiązywały mity polityczne, mity czasów stalinowskich, których w "Kuźnicy" nie było. Mit grozy, mówiący o wszechobecnych szpiegach, sabotażystach i dywersantach, mit sentymentalny, sugerujący, że w czasie sześciolatki człowiek zmieni się na lepsze, że przodownik pracy jest nosicielem nowej moralności. "Kuźniczanie" gromili mięczakowatość i estetyzm, i za te właśnie cechy sami zostali później napiętnowani".

[14] Gałczyński już wcześniej, na początku 1950 roku, od razu po pierwszych atakach na jego poezję, złożył na łamach "Odrodzenia" samokrytykę. Zaczął od tego, że wstydzi się swej przedwojennej biografii, tego, że nie łamał się z Władysławem Broniewskim więziennym chlebem w "faszystowskiej Polsce", i tego, że pracował w ONR-owskim tygodniku "Prosto z Mostu". Przyznał, że jest politycznie niedojrzały, i zakończył: "My, poeci, robimy publicznie łącznie ze społeczeństwem obrachunek naszego wkładu do socjalizmu i to nie może się obejść bez prania naszej brudnej bielizny. [...] My, pracownicy pióra, poeci Polski Ludowej, w trudnej walce o proletariackie piękno naszej poezji, w trudnej walce o zlikwidowanie w nas samych wszelkich obciążeń przeszłości pójdziemy nieustępliwie naprzód. Ku nowemu człowiekowi w nas".

Wiktor Woroszylski opisywał w "Pokoleniu" spotkanie Gałczyńskiego z kwietnia 1950 roku w świetlicy fabryki Era we Włochach pod Warszawą. Robotnicy krytykowali tam Teatrzyk "Zielona Gęś" za "treść obcą masom pracującym". Mówili: "chcemy, żebyście mocno piętnowali podżegaczy wojennych, wyszydzali bumelantów". Gałczyński przyznał, że Zielona Gęś reprezentuje "przyszłościowy żart abstrakcyjny", i przyrzekł, że podejmie wysiłki, by sprostać ich oczekiwaniom.

[15] W 1955 roku wspominał Kott na łamach "Nowej Kultury": "Po warszawskim zjeździe przez trzy lata zbierałem uparcie i kolekcjonowałem cierpliwie wszystkie odmiany tekstów Trembeckiego. Nie miałem ani talentów filologa, ani filologicznego przygotowania. Przez wiele lat wszystkie teksty cytowałem z pamięci i gafy moje obiegały całą prasę. Musiałem się wiele nauczyć i wiele nałamać, aby cztery tomy Trembeckiego doprowadzić do końca. Była w tym nie tylko rezygnacja. Kiedy czytałem nasze czasopisma literackie, praca moja wydawała mi się bardzo pożyteczna i słodka".

Kott rzeczywiście na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych został "odstawiony na boczny tor". Jednak gdy już raz było się prominentem, pójście w odstawkę najczęściej oznaczało miękkie lądowanie. Stworzono dla niego we Wrocławiu katedrę romanistyki, gdzie szybko dostał profesurę. We współpracy z tamtejszą polonistyką zajął się poezją polskiego oświecenia, w tym edycją dzieł Trembeckiego.

Zbuntowany już przeciw doktrynie, dołączył się jednak do żałobnego chóru po śmierci Stalina. Jego nekrolog pełen jest sztampowych fraz typu: "Mówimy: Lenin i Stalin. Myślimy: Wielka Rewolucja Październikowa"; "Umarł człowiek, który uczył nas wszystkich żyć"; "Człowiek jest śmiertelny, nieśmiertelny jest ustrój". Zamieścił go w... kwartalniku "Teatr Lalek". Był to zapewne pomysł, żeby zarazem wyłgać się z obowiązku zabrania głosu na przykład w "Trybunie Ludu", a jednocześnie nie narazić się władzy. Co zresztą mu się udało: jeszcze w tym samym 1953 roku wrócił z Wrocławia do Warszawy - zaoferowano mu piękne mieszkanie przy alei Róż, w domu, gdzie mieszkali już Adam Ważyk i Stefan Żółkiewski.

[16] Poddany leczeniu w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, wykluczony z ZLP, ostatnie lata życia Bąk spędził w biedzie i osamotnieniu.

7 W pogoni za wiatrem historiiczyli intelektualiści wobec dziejowych konieczności

Nawet w Warszawie, gdzie gorycz klęski musiała być silniejsza niż gdziekolwiek indziej w Polsce, wiosną 1945 roku w gruzach na Marszałkowskiej w zaimprowizowanych knajpkach bawiono się do białego rana. Wiadomo było o wywózkach na Wschód, o aresztowaniach AK-owców, ale też trudno było negować olbrzymi wkład, jaki wniosła w zwycięstwo nad faszyzmem podążająca na Zachód Armia Czerwona.

W programowym tekście Wola Polski, napisanym w 1941 roku i wielokrotnie powielanym w kraju w czasie okupacji, Ignacy Matuszewski, polityk związany z sanacją, od 1939 roku na emigracji, przedstawiał, "co czuje, co myśli, czego chce i o co walczyć będzie każdy Polak": "Nie ma ani płachetka ziemi polskiej do odstąpienia. Polski jest Lwów, za który - od strzał tatarskich, od kul austriackich, od bagnetów rosyjskich - oddało życie wielu Polaków. Polskie jest Wilno z Matką Bożą w Ostrej Bramie, z sercem Piłsudskiego. Na wschodzie przez wieki trwał najdalszy nasz szaniec, strażnica naszej wiary, nie do pomyślenia jest, by w przyszłości mogli tam panować obcy albo wrogowie. Wolności trzeba bronić do końca. Polska należy do wspólnoty zachodnioeuropejskiej i nie może mieć żadnej łączności duchowej z krajem, którego średniowiecze jest tatarskie".

Tak czuła i myślała większość Polaków w czasie okupacji. Koniec wojny radykalnie zmienił tę perspektywę. Krystyna Kersten w eseju Społeczeństwo polskie wobec komunizmu, pisząc o kurczeniu się zaplecza orientacji "niezłomnych", to jest tych, którzy uważali, że nie ma żadnych szans na partnerski kompromis z komunistami, i jednocześnie wierzyli w nieuchronność konfliktu między ZSRR a światem zachodnim, przypominała: "Ludzie nie chcieli brać do ręki gazetek nie tylko ze strachu. Język prasy podziemnej, jej ton kłócił się z nastawieniami określonymi przez poprzednią egzystencję. Takie słowa jak "okupacja", "kolaboracja" nie mogły trafiać do czytelników, zaangażowanych w pozytywną działalność, choćby tylko zawodową, zmuszonych, chcąc nie chcąc, do współpracy z owymi "zdrajcami", "obcymi agentami", którym w gazetkach nie szczędzono epitetów mniej lub bardziej prymitywnych, nieraz wręcz wulgarnych. Istniało, więcej, rozszerzało się pole wspólne, na którym zbiegały się interesy "prawdziwych Polaków" - określenie częste w prasie podziemnej i ulotkach - z interesami piętnowanych przez podziemie komunistów".

Z jednej strony bano się "sowieckiej zarazy", ale z drugiej strony program nacjonalizacji fabryk, oddania ziemi chłopom, powszechnej oświaty miał swoją siłę przyciągania. Pułkownik Jan Rzepecki, szef Biura Informacji i Propagandy AK, jeszcze w marcu 1944 roku, w raporcie do generała Tadeusza Bora­-Komorowskiego, zwracał mu uwagę: "Nastąpiła niewątpliwie daleko idąca radykalizacja warstw dotychczas upośledzonych i ogólne przesunięcie się światopoglądów na lewo. Niemal powszechne stało się żądanie likwidacji wszelkiego skupienia dóbr w ręku prywatnego człowieka lub grupy ludzi i wszelkiego uprzywilejowania materialnego, kulturalnego i politycznego jednostek lub grup społecznych. Wszelkie próby cofnięcia tego procesu lub choćby zahamowania go są beznadziejne, a zatem szkodliwe. To namiętne dążenie mas, którego nic zdusić nie zdoła, znajdzie swój pełny wyraz dopiero po odzyskaniu wolności. Obecnie hamowane jest zmęczeniem wojennym i okupacyjnym terrorem". I dodawał: "Gotów jestem umrzeć na barykadzie lub na Łubiance, ale nie w "okopach św. Trójcy" lub na latarni z rąk zawiedzionych rodaków".

Stefan Kisielewski od razu po wojnie opisywał w "Tygodniku Powszechnym", jak to Jerzy Borejsza w pogadance dla pracowników Czytelnika, mówiąc o rządzie londyńskim, posługiwał się następującą logiką: "nie chodzi o to, że ten rząd nie ma racji, chodzi o to, że nie ma żadnych szans". Kisielewski przyrównał sytuację polskich intelektualistów pod sowiecką władzą do sytuacji tych, którzy zdecydowali się służyć hitlerowskiemu okupantowi. Posłużył się przykładem krytyka i publicysty kolaborującego z III Rzeszą, Jana Emila Skiwskiego, który tłumaczył, że jeżeli Polska nie chce się znaleźć w skazanym na zagładę świecie, musi stworzyć swój własny faszyzm i przyłączyć się do "jedności europejskiej" pod egidą Niemiec.

U intelektualistów, zdaniem Kisielewskiego, zawsze występowała "chorobliwa obawa przed straceniem kontaktu z "duchem czasu", przed znalezieniem się w obozie "ginącego świata"". Kiedy więc przez Polskę "przewiał wiatr dziejowy w postaci przekraczającej Wisłę Armii Czerwonej", nastał ciekawy moment "próby charakterów, światopoglądów, wierności sobie".

Już za chwilę snucie tego rodzaju refleksji na łamach cenzurowanej prasy stanie się nie do pomyślenia. Ale problem pozostał. Gdy stało się oczywiste, że wielkie mocarstwa przesądziły o losie Polski w Jałcie i Pocz­damie, intelektualiści, nawet nie do końca przekonani, lecz szukający formuły związania się z nowym ładem, musieli zadać sobie pytanie: na jak długo się zaciągnęło? Na kilka lat? Na stulecie?[1]

Powtarzano sobie w kręgach dalekich od komunizmu czterowiersz z Odpowiedzi na "Psalmy przyszłości" Słowackiego: "Bo ty nie myśl, że z anioły/ Tylko boża myśl nadchodzi;/ Czasem Bóg ją we krwi rodzi,/ Czasem rzuca przez Mongoły!...".

Adam Michnik w napisanym w więzieniu zbiorze esejów Z dziejów honoru w Polsce przywoływał postać francuskiego intelektualisty ­Jeana Paulhana, któremu w czasie wojny zdeklarowany faszysta Drieu la ­Rochelle złożył propozycję stworzenia w Paryżu kolaboracyjnego pisma. Paulhan pisał w liście do przyjaciela: "Każdy sąd jest teraz obciążony prognozą. Jeśli zwycięstwo i ucisk niemiecki ma trwać sześć miesięcy, próba podjęta przez Drieu jest obrzydliwa. Jeśli jednak ma trwać sto lat, próba ta jest genialna, odważna, niezbędna".

Jeżeli nie wierzyło się głosowi ulicy, że za chwilę wybuchnie III wojna światowa, nie sposób było sobie tych pytań nie zadawać. A diagnoza, że oto mamy do czynienia z końcem świata, końcem pewnej cywilizacji, musiała narzucać pytanie, czy jest jakieś inne wyjście niż pogodzenie się z koniecznością dziejową.

Dla niektórych zresztą koniec epoki nastąpił wcześniej, nie wios­ną 1945 roku, kiedy Armia Czerwona zajęła całą Polskę, ale we wrześ­niu 1939, kiedy wkroczyła na jej Kresy Wschodnie. Bohater napisanego w 1946 roku przez Pawła Hertza opowiadania Ucieczka z krainy Lambertów trafia do majątku pod Brześciem, gdzie w przeddzień wkroczenia Rosjan zjechali się jego rodzina i przyjaciele. Widzi ich miałkość i miałkość świata, który jeszcze nie wie, że skazany jest na zagładę. Nie czując z nimi żadnej wspólnoty, ucieka skradzionym samochodem, pozostawiając ich własnemu losowi.

"Żegnać, opuszczać skazanych przez historię, opuszczać ich w chwili decydującej, w chwili, gdy los ich jest przesądzony, a nasz wybór może być jeszcze dokonany - monologuje bohater książki - to nie zawsze jest tchórzostwo lub zdrada. Tym razem zwyciężyło we mnie przekonanie o niesłuszności sprawy Lambertów, o bezcelowości dalszej ich gry na scenie świata, choć sam w tej grze brałem przecież udział. [...] Czy miałem tu pozostać, potwierdzać, że muszę tu trwać? Nikt nie ma obowiązku wierności dla rzeczy i spraw umarłych, gdy wie, że jak z wyjałowionej ziemi nic już z nich nie wyrośnie. Miałem prawo wyboru, miałem prawo zdrady".

"Mam prawo zdrady" - czy to nie było motto wielu dramatycznych wyborów tamtych czasów?

Dziś, kiedy patrzy się na tamte dylematy z odległej perspektywy, zbyt łatwo pokusę zaakceptowania nowych porządków sprowadza się do strachu i przywilejów, oportunizmu i karierowiczostwa. To też oczywiście odegrało swoją rolę. Warto pamiętać, że w grę wchodziły również motywacje intelektualne, a "rwący prąd historii" miał wielką siłę przyciągania, zagarniał nie tylko wątpiących, ale i przeciwników, którzy też starali się dostrzec jakieś walory nowego ustroju[2].

Był to zresztą czas, kiedy mogło się jeszcze wydawać, że w Polsce znajdzie się miejsce nie tylko dla wyznawców nowej wiary. Komunistycznej władzy - przynajmniej na początku - zależało na każdym, kto był w stanie pogodzić się z koniecznością dziejową. Przyciągała i wabiła pisarzy, używając raczej marchewki niż kija, i kto chciał, mógł się czuć zaproszonym do stołu. Nie gardziła młodymi, aspirującymi dopiero do zawodu pisarza. Jacek Bocheński, który latem 1944 roku w Lublinie w gronie innych debiutantów miał swój pierwszy wieczór poetycki, opowiadał po latach Jackowi Trznadlowi w wywiadzie umieszczonym w Hańbie domowej: "To był znak, iż komunizm to jest ideologia, która nie niszczy, nie otacza [spraw kultury] obojętnością na rzecz zysku, handlu i pieniądza".

Władzy zależało na pisarzach starszego pokolenia, już z dorobkiem. Kokietowała Marię Dąbrowską, Zofię Nałkowską, Jarosława Iwaszkiewicza, a nawet, kiedy już wrócił z oflagu, znanego z ostrego flirtu ze skrajną prawicą spod znaku ONR-u Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Po latach wojennej poniewierki i pauperyzacji wielu pisarzy przyjmowało awanse władzy z wdzięcznym sercem. Wieczory autorskie, czasopisma, masowe wydania książek - te argumenty przekonywały wielu wątpiących. Wielu pisarzom, starszym i bardziej rozważnym, fakt, że władza od razu ich przygarnęła i zabiega o ich względy, ułatwiał akceptację pojałtańskiej rzeczywistości.

Krystyna Kersten pisała, że powrót z Londynu jednego z przywódców rządu emigracyjnego, Stanisława Mikołajczyka, który dopuszczał polityczny kompromis i objął tekę wicepremiera w Rządzie Jedności Narodowej, gdzie przewagę mieli komuniści, wywołał taką żywiołową radość zmęczonego wojną społeczeństwa dlatego, że stwarzał "nadzieję na rozwiązanie polskich problemów w zgodzie z powstałymi realiami, na położenie kresu represjom i trwającemu rozlewowi krwi, na normalizację umożliwiającą odbudowę życia".

Jedni mówili "tak", bo wojnę spędzili pod niemiecką okupacją i niewielkie mieli pojęcie o tym, co działo się na Wschodzie. Drudzy, bo wojnę spędzili w łagrze i wiedzieli aż za dobrze, co znaczy sowiecka okupacja. Jedni, bo rozczarowali się do aliantów i czuli, że Polska porzucona została przez sojuszników. Drudzy, bo nie chcieli powrotu do przedwojennych porządków. Jedni, bo byli młodzi i rwali się do życia. Drudzy, bo byli nie pierwszej młodości i nie chcieli trwonić kapitału, który już zgromadzili. Powody czy - jak kto woli - usprawiedliwienia można by mnożyć.

Władze Polski Podziemnej miały świadomość, że Polakom na nic zda się niezłomność rządu londyńskiego, że trzeba próbować żyć w takim kraju, jaki jest. Rada Jedności Narodowej - konspiracyjna reprezentacja polityczna partii i ugrupowań związanych z rządem emigracyjnym - w maju 1945 roku apelowała do społeczeństwa: "Wzywamy was do powszechnej społecznej inicjatywy przy dziele odbudowy kraju. Stańcie samorzutnie do pracy konstruktywnej na wszystkich odcinkach odbudowy, w przemyśle, handlu, rolnictwie, komunikacji, oświacie itp. Słowem wszędzie, gdzie możecie pracować bez naginania swoich poglądów". I dalej: "Nie dajcie się sprowokować do zbrojnej walki".

Miesiąc później w Moskwie skończył się proces aresztowanych podstępem szesnastu przywódców Polski Podziemnej[3]. Wysokość wyroków, jakie otrzymali - do dziesięciu lat więzienia - Jan Rzepecki przywitał z nadzieją. Skoro nie było ani jednej kary śmierci - wspominał później - to znaczy, że wszystko może się jeszcze odwrócić. Zwłaszcza że równolegle dojrzewał kompromis: powstawał Rząd Jedności Narodowej, w którym przewagę co prawda mieli mieć komuniści, ale jednak dopuszczono obecność w nim ludowców, a do powrotu do kraju zbierał się Mikołajczyk.

Dopiero po wyborach w styczniu 1947 roku i ucieczce Mikołajczyka na Zachód orientacja opozycyjna (jej fundament stanowił obok ­PSL-u Kościół katolicki), gotowa w ramach istniejących realiów do różnych politycznych kompromisów, przestała mieć jakiekolwiek pole manewru. Pozostawało już tylko niezłomne trwanie albo kapitulacja. "Wbrew upowszechnionym dzisiaj sądom skutki niezłomnego trwania dla moralnej kondycji społeczeństwa - przekonuje Kersten - byłyby również fatalne, nie mówiąc o kondycji materialnej i kulturowej".

Orientację "kapitulantów" Kersten opisuje tak: "Były to środowiska, które choć niechętne komunistom, pełne urazów i obaw w stosunku do ZSRR, uznały już w latach 1944-46, iż zależność Polski jest faktem dokonanym, że zatem tylko wola Stalina wyznacza margines możliwej do osiągnięcia wolności i suwerenności, a także, że próba pozbawienia komunistów dominacji w sferze władzy, co nastąpiłoby niechybnie w wyniku wolnych i nieskrępowanych wyborów, grozi utratą państwowości. Było to stanowisko dużej części socjalistów, wielu intelektualistów, niektórych działaczy katolickich. Ludzie o tej orientacji również pragnęli ocalić wartości uznawane za nadrzędne. Tyle że poziom ich oporu był niski. Wypełniali pole dane im przez komunistów. Ci zaś, którzy mieli rodowody lewicowe, łudzili się, że u kresu drogi przez mękę znajdzie się socjalistyczna Polska ich marzeń".

Dla wielu atrakcyjna okazała się marksistowska wizja historii. Socjo­log Jerzy Szacki w rozmowie z Magdaleną Bajer tłumaczył, jak wiara w to, iż historią rządzą jakieś obiektywne prawa i po jednym ustroju musi koniecznie nadejść drugi, łączyła się z tęsknotą, żeby w historii zobaczyć coś więcej niż "opowieść idioty".

Niemałe znaczenie dla akceptacji komunizmu miało też przekonanie, że Polska - w odróżnieniu od ZSRR - jest krajem europejskim i cywilizowanym. Zygmunt Zaremba, jeden z najwybitniejszych PPS-owców, działacz podziemia w czasie wojny, gdy zimą 1945 roku w Krakowie zobaczył rozklejony na murach i płotach afisz, na którym robotnik i żołnierz z armii Berlinga, uzbrojeni w miotły, wymiatali faszyzm, hitleryzm i AK, uznał optymistycznie, że to bezmyślny wybryk sowieckiego rysownika, nierozumiejącego nic z polskiej specyfiki.

Do roku 1948, kiedy we wszystkich demoludach zaprowadzono tę samą urawniłowkę, można było żywić nadzieję, że polski model socjalizmu będzie różny od sowieckiego. Czesław Miłosz mówił nam, że on sam aż do 1949 roku był przekonany, iż w Polsce nie będzie komunizmu typu sowieckiego, że to będzie okno wystawowe na Europę.

Julian Tuwim, informując swego przyjaciela, pisarza Józefa Wittlina, o planowanym powrocie do kraju, zapewniał, że gdyby i on się na to zdecydował, nikt do niego nie będzie miał o nic pretensji, nawet o jego wystąpienia przeciwko rządowi lubelskiemu: "Możesz być w Polsce tym, czym jesteś, nikt Ci w "światopogląd" nie będzie zaglądał. Oczywiście, jeżeli zaczniesz działać przeciw rządowi, jego zarządzeniom politycznym itd. albo jeżeli się spikniesz z faszystowskimi skurwysynami, którzy ciągle jeszcze prowadzą tzw. krecią robotę - pójdziesz do więzienia. Ale przecie Ty nie jesteś polityk, ale Józio Wittlin, pisarz. Możesz być redaktorem, komentatorem innych pisarzy, wydawcą jakiejś biblioteki popularyzującej literaturę - polską, grecką, francuską, włoską - [...] roboty na każdym polu będzie po uszy. I nie myśl, jak myślą durnie, że Cię ktoś będzie "zmuszał" do pisania tych, a nie innych utworów. To tylko zrozpaczeni durnie i bankruci rozsiewają te plotki" (31 lipca 1945)[4].

Tuwim uważany był za człowieka naiwnego politycznie, a Wittlin nie uległ jego namowom. Nie wrócili też inni skamandryci - Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński.

Antoni Słonimski się wahał. Przyjechał do Polski z wycieczką i po krótkiej rekonesansowej wizycie wrócił do Londynu, ale już jako przedstawiciel nowej władzy: najpierw na stanowisko szefa sekcji literatury UNESCO, później dyrektora Instytutu Kultury Polskiej (na stałe z londyńskiej placówki wrócił w samym apogeum stalinizmu, w roku 1951).

Z tą samą wycieczką co Słonimski przyjechał z Londynu do Polski Ksawery Pruszyński. On też zaraz - jako polski dyplomata - wyjedzie na Zachód. Ten bohater bitwy pod Narwikiem w latach 1941-1942 był attaché prasowym ambasady polskiej w Moskwie, a później w Kujbyszewie, gdzie spotykał się z polskimi komunistami - tymi, którzy przeszli przez "lwowskie poletko doświadczalne".

Dobrze znał gehennę Polaków deportowanych do ZSRR i wiedział, co znaczy sowietyzacja, a bodaj nawet jako pierwszy użył tego słowa w artykule, który wysłał w maju 1941 roku do "Wiadomości Polskich" w Londynie: "Sowietyzacja narodu polskiego, zrobienie z niego integralnej części społeczeństwa sowieckiego, upodobnienie go strukturalnie, psychicznie, ideowo do społeczeństwa żyjącego nad Oką, Kamą, Leną i Donem, oto zadanie, jakie postawiła sobie polityka [Stalina] wobec narodu polskiego żyjącego na ziemiach polskich pod zaborem sowieckim. Potem zlanie się pójdzie łatwo"[5]. Ale jeszcze w Londynie w roku 1942 przewidywał, że losy II wojny światowej, a więc i Polski, rozstrzygać się będą nie na Zachodzie, lecz "gdzieś w bagiennych lasach Karelii, na pylnych drogach Smoleńska". I w tych samych "Wiadomościach" stwierdził, że co prawda "można myśleć kategoriami doznanych krzywd", dając "dowód czułego serca", ale nie jest to myślenie polityczne. A potem jeszcze postawił kropkę nad "i" - Polska musi się dogadać z taką Rosją, jaka jest, bo innej na razie nie ma i nieprędko będzie. I starać się jak najlepiej urządzić w tej przymusowej sytuacji, w jaką wtrącił Polaków finał II wojny. Bo takie są realia geopolityki. Przed powrotem do kraju napisał Margrabiego Wielopolskiego, rodzaj deklaracji politycznej w szacie historycznego eseju. Chciał w tym symbolu kolaboranta, który poszedł na ugodę z zaborcą, wbrew odsądzającej go od czci i wiary patriotycznej legendzie, dostrzec polityka kierującego się narodową racją stanu.

Borejsza i Putrament, rozjeżdżając się po świecie, kusili emigrantów publikacjami, honorariami, perspektywą pracy. Mimo to nie zdecydował się na powrót do kraju Melchior Wańkowicz. "I strach (przede wszystkim wyjścia na durnia, jeśli zatrzymają) ma swój głos - tłumaczył się z tej decyzji Jerzemu Giedroyciowi. - Ale przeważyło aresztowanie 36 socjalistów[6]. Będę musiał ściskać ręce, które w zakamarkach biją patriotów. Tego nie okupi zapach polskiej łąki ani polskiego potu" (8 lipca 1947). Adam Ważyk i Aleksander Wat namawiali w Paryżu Andrzeja Bobkowskiego, żeby przynajmniej pisał do "Odrodzenia". "Powiedziałem im, że nie wiem - opisywał to Giedroyciowi - bo nie lubię być komandosem myśli i czołgać się w kamuflażu do zdań" (1 lipca 1947).

Wrócili Władysław Broniewski, Konstanty Ildefons Gałczyński, no i Tuwim. Jednak nawet posmakowanie życia w normalnym, zachodnim świecie, podobnie jak doświadczenie sowieckie i łagierne, nie stanowiło żadnej szczepionki przeciwko ukąszeniu nowej wiary[7].

"Tuwim powrócił do Polski entuzjastycznie, pochwalając nowy ustrój, który był w jego wyobrażeniu wynikiem zwycięstwa dobra nad złem, czyli demokracji (łącznie z sowiecką) nad faszyzmem - pisał później Czesław Miłosz. - Polska, jaką pamiętał sprzed wojny, była rasistowska i mentalnie faszystowska, toteż jedynie ustrój posługujący się przemocą i cenzurą był zdolny ją zmienić".

Rozczarowanie II Rzecząpospolitą pomagało pogodzić się z faktem, że oto wraz z wkroczeniem do Polski Armii Czerwonej bezpowrotnie kończy się stary świat.

Nieliczni spośród późniejszych orędowników nowego ustroju komunizowali przed wojną, jednak zdecydowana większość wcale nie tęskniła do minionych czasów i zapewne podpisałaby się pod tym, co o II RP pisał Tuwim w Kwiatach polskich:

Gdy panowali na ulicy

Drobnomieszczańscy drobni dranie,

Już znakomici "katolicy",

Tylko że jeszcze nie chrześcijanie;

Gdy się szczycili krzepą pustą,

A we łbie grochem i kapustą,

Gdy bili Żydów z tej tężyzny,

Tak bili, rozjuszeni chwaci,

Że większy wstyd był za ojczyznę

Niż litość dla mych bitych braci.

Przedwojenna Polska kojarzyła się liberalnej i lewicującej inteligencji z demokracją bezradną wobec postępującej faszyzacji życia, z narastającymi, nierozwiązanymi problemami społecznymi, ale też z bogoojczyźnianą tromtadracją przypieczętowaną wrześniową klęską, z gorączką patriotycznych emocji, które miały swój udział w decyzji o wybuchu powstania i w efekcie przyniosły dziesiątki tysięcy ofiar i zagładę Warszawy.

Trudno także mieć wątpliwości, że koszmar wojny i nazizmu torował drogę do akceptacji komunizmu i jego metod. To zapewne przypadek Tadeusza Borowskiego. Kazimierz Dejmek w wywiadzie przeprowadzonym pod koniec lat siedemdziesiątych dla drugoobiegowego "Zapisu" opisywał swoje uczucie nienawiści do Niemców po tym, co zrobili: "Przysięgłem sobie na wszystko, że jak wygramy tę wojnę, to ja, w takim gumowym płaszczu, będę chodził po niemieckich mieszkaniach i będę wyciągał niemieckich gimnazjalistów i wysyłał ich do obozu. [...] Ta łatwość przystania na faszyzm stalinowski, ta groźna naiwność, która wielu z nas cechowała, kto wie, czy nie była w jakimś stopniu uwarunkowana tego rodzaju doznaniami i przeżyciami". Podobnie mówił Jacek Bocheński w latach osiemdziesiątych w wywiadzie dla emigracyjnego "Kontaktu": "Moją reakcją na hitleryzm było przeświadczenie, że dla zapobieżenia takim kataklizmom konieczna jest brutalna opozycja. Ta reakcja młodego człowieka, ta podatność na prostą koncepcję - jeżeli jest gwałt, to można go uśmierzyć tylko gwałtem - okazała się główną pomyłką, jaką zrobiłem w życiu".

W tamtym czasie nierzadkie było przekonanie, że klęska demokracji jest ostateczna, choć nie formułowano sobie tak jasno alternatywy, która była konsekwencją takiego stawiania sprawy: że pozostaje wybór między dwoma totalitaryzmami, faszystowskim i komunistycznym.

A pętla zaciskała się stopniowo. Ci intelektualiści, którzy pogodzili się z dziejową koniecznością, najpierw przystali na warunki władzy, że jest miejsce dla wszystkich poza tymi, którzy nie zdecydują się wyjść z podziemia. Potem - że trzeba wykluczyć PSL, Mikołajczyka i ich zwolenników. Wprowadzenie systemu monopartyjnego i ustanowienie socrealizmu jako jedynie obowiązującego stylu w literaturze i sztuce były kolejnymi krokami na drodze do zniewolenia.

Maria Dąbrowska nie odczuwała zapewne specjalnej pokusy, by włączyć się w "rwący prąd historii", ale niewątpliwie odczuwała potrzebę "powrotu do normalności". Kiedy brutalnie zmieciono z politycznej sceny PSL i Mikołajczyka, zanotowała w dzienniku: "Myślę, że koniec końców nie stało się źle. [...] W dzisiejszych okolicznościach nie możemy sobie pozwolić na chwilę nawet zamętu i chaosu, a ten by nastał niewątpliwie po objęciu rządów przez Mikołajczyka. [...] W złej sytuacji trzeba umieć wykorzystywać jej wszystkie dobre strony. Musimy tworzyć siłę duchową i gospodarczą. Na polityczną i "mocarstwową" w tej chwili nie ma szans" (23 stycznia 1947).

I chociaż Dąbrowska wciąż dawała w dzienniku upust paroksyzmom niechęci do nowego ustroju ("W nocy nie śpię do czwartej - pisała 27 listopada 1949 roku - histeryzuję na temat Polski. Niemcy walili obuchem w łeb, lecz o ile obuch nie trafił, człowiek żył, choć pod ziemią, wolny i piękny. Rosja działa jak żrący kwas przetrawiający duszę narodu i zmieniający jej organiczny skład w amalgamat nie do poznania i w dodatku cuchnący"), to jednak włączyła się do życia publicznego i dokonywała kompromisowych wyborów[8].

Literacką scenę szybko zdominowali entuzjaści, poputczycy, oportuniści, ale utrzymywali się na niej też ci, którym z logiki dziejów wynikało, że lepiej można służyć Polsce, nie pozostając na uboczu.

Strategię biernego oporu i niewłączania się w jedynie obowiązujący nurt życia literackiego wybierali nieliczni. Właśnie tym nielicznym - Hannie Malewskiej, Henrykowi Elzenbergowi, Zbigniewowi Herbertowi i Janowi Józefowi Szczepańskiemu - Adam Michnik poświęcił książkę Z dziejów honoru w Polsce. Michał Głowiński w rozmowie z nami podawał jeszcze inne przykłady niezłomnych, którzy nie chcieli służyć piórem nowej epoce: Mirona Białoszewskiego, Leopolda Buczkowskiego i Kazimierza Truchanowskiego, którzy przeżyli stalinizm o głodzie i chłodzie. Debiutujący przed wojną Buczkowski i Truchanowski w najgorszych czasach stalinizmu kontynuowali swoją własną pisarską drogę, nie bacząc, że stawiają się na pozycji outsiderów, a ich książki nie mają szans publikacji. Czarny potok Buczkowskiego ukazał się w roku 1954. Tetralogia Truchanowskiego Młyny Boże, rzecz o samotności człowieka wobec instytucji władzy i o jego heroicznej walce o zachowanie duchowej niezależności, ujrzały światło dzienne dopiero po Październiku '56.

Swój dystans do dziejowych konieczności próbował zaznaczyć Witold Kula w głośnym eseju Gusła, pisanym w roku 1951 i opublikowanym w czasie odwilży. W celu przedstawienia ówczesnych dylematów moralnych posłużył się czytelnym kostiumem historycznym - dialogiem dwóch Rzymian, którzy w obliczu najazdu barbarzyńców stają wobec zasadniczych życiowych wyborów: dołączyć się do zwycięzców, by łagodzić opresję i wpływać na sytuację, czy usunąć w cień i skazać na nieistnienie?

Budowanie nowego porządku na gruzach upadającego pod naporem zwycięskich hord barbarzyńców cesarstwa rzymskiego stało się tematem powieści Przemija postać świata autorstwa Hanny Malewskiej. Wybór historycznego kostiumu nie był tu jednak ucieczką w alegorie czy ­aluzje. Malewska w temacie przełomu, końca starego świata i początku nowego widziała nawracające wyzwanie, przed jakim staje człowiek na dziejowych zakrętach historii. Pytania, które musieli zadawać sobie Rzymianie, były wszak tymi samymi pytaniami, które zadawano sobie w tużpo­wojennej Polsce: czy pod naporem barbarzyństwa da się ochronić wartości, jak żyć godnie, w jaki sposób zmierzyć się z własnym strachem, jak uniknąć pokus konformizmu?[9]

Malewska związana była z "Tygodnikiem Powszechnym", a gdy po śmierci Stalina władze rozpędziły redakcję, bo nie chciała uczcić pamięci generalissimusa, została bibliotekarką. Uprawianie literatury i publikowanie to były dla niej dwie odrębne sprawy i nie przyjmowała do wiadomości nacisku konieczności zewnętrznych. "Zaczerpnięcie oddechu i ugorowanie, rekapitulacja i zbieranie materiału, wreszcie pisanie do szuflady, to wszystko jest pisarstwo - tłumaczyła w okresie październikowej odwilży - do praktykowania w bardzo trudnych nawet warunkach". W myśleniu takim była jednak odosobniona.

Skazani na milczenie nie mieli szans, by wyłożyć swoje racje. I przedstawić swoją analizę tego, co rozgrywało się na politycznej i literackiej scenie. Spóźniony głos niezłomnych usłyszymy w opublikowanym w 1963 roku zbiorze zapisków, aforyzmów i myśli Kłopot z istnieniem. Ich autor, profesor etyki na toruńskim uniwersytecie Henryk Elzenberg, dał tam rzadkie świadectwo intelektualnej przenikliwości, niezależności i męstwa w czasie masowej abdykacji z rozumu i przyzwoitości. "Umieć wypowiedzieć słowo "nie" i umieć żyć samemu - pisał - to dwa jedyne sposoby zachowania swej wolności i odrębności".

3 Ocalony przez Armię Czerwonączyli Kazimierz Brandys jest za

Kazimierz Brandys, 1949

? Benedykt Dorys / oprac. Czesław Czapliński / FOTONOVA

Zimę z 1944 na 1945 rok Kazimierz Brandys spędził w podgrójeckiej wsi Emilin, w której znalazł się po upadku powstania warszawskiego. Tam doczekał wkroczenia Armii Czerwonej. Po zamarzniętej Wiśle przeszedł na drugi brzeg. Wojskową ciężarówką zabrał się do Lublina, gdzie zgłosił się do redakcji "Odrodzenia".

"Pod koniec wojny żyłem w ukryciu - pisał czterdzieści lat później w Miesiącach. - Wyszedłem na wierzch zimą, gdy dobijano Ludojada, i pamiętam, że zacząłem biec przed siebie, krzycząc, potykając się w śniegu i wskazując ręką samolociki lśniące wysoko w zamarzniętym niebie. Zdawało mi się, że jestem bezpieczny i wolny. [...] Po diabła tak biegłem? Zamiast wyłazić na wierzch, może trzeba było poszukać lepszej kryjówki. Przecież szło inne. W innej postaci, ale to, przed czym się ukrywałem. Biegłem, krzycząc ze szczęścia, że Historia okazała się sprawiedliwa, i wpadłem w nią jak królik".

Jednak wtedy nie czuł się wcale królikiem złapanym w sidła. Jak tysiące ludzi na wschodzie i zachodzie Europy odczuwał radość z powodu kończącej się wojny, a zwycięski marsz armii radzieckiej był dla niego dowodem, że racja jest po stronie Stalina i że tylko on może odwrócić groźbę faszyzmu. "Jedynym oparciem dla mnie, w złych myś­lach, w grozie - wspominał Brandys tamte dni - były miliony żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach. Pierwsza armia, której udało się powstrzymać napór hitlerowski".

Wdzięczność przemieniła się w wiarę. Uczucie wdzięczności i wiarę dzielił Brandys z ludźmi o podobnych doświadczeniach okupacyjnych. I o podobnym stosunku do przedwojennej Polski. "Dla mnie osobiście jedynym ocaleniem przed poddaniem się grozie, jedyną możliwością oparcia się koszmarowi było przeświadczenie, że historia ma rację, że ma zawsze rację, że faszyzm zostanie zdruzgotany i że zdruzgocze go Czerwona Armia - wspominał w 1955 roku w "Nowej Kulturze" Jan Kott. - Marksizm uczył mnie praw historii, pozwalał jej zawierzyć".

Brandysowi, pochodzącemu z inteligenckiej, zasymilowanej rodziny żydowskiej, II Rzeczpospolita kojarzyła się z rządami prawicy i gettem ławkowym - w proteście stał na wykładach pod ścianą, a razem z nim, solidarnie, Maria Zenowicz, jego przyszła żona. A także z wysłaniem ojca do Berezy Kartuskiej pod fałszywym zarzutem "szerzenia paniki na giełdzie warszawskiej". W latach trzydziestych przeniósł się z Łodzi do Warszawy, wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Jeszcze w gimnazjum publikował recenzje teatralne w lewicującej "Kuźni Młodych", na studiach dołączył do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, przybudówki PPS-u.

- Wbrew pozorom mam konsekwentny życiorys - opowiadał nam. - Bardzo źle się czułem w Polsce przedwojennej. Najgorzej wspominam lata studiów na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wszechwładnie panował ONR. Napadały na nas jego bojówki. Oni mieli laski, pałki, i to my na ogół przegrywaliśmy. Ale biłem się, choć to nie mój temperament. Swój pierwszy tekst wydrukowałem w lwowskich "Sygnałach". To był list otwarty do dziekana Wydziału Prawa, działacza Stronnictwa Narodowego, po tym jak ten odmówił podpisu w indeksach zarówno studentom żydowskim, którzy nie chcieli siedzieć w wyznaczonych im ławkach, jak i protestującym przeciwko gettu ławkowemu Polakom.

W czasie okupacji Brandys nie włożył na rękaw opaski z gwiazdą Dawida, nie przeniósł się do getta. Chodził po ulicach z papierami na nazwisko Borowiecki. Kilka razy szantażowany przez szmalcowników, w tym znajomych sprzed wojny, cudem przeżył.

Czesław Miłosz opowiadał nam, że Brandys już w czasie wojny uchodził za nadzieję polskiej prozy. Uczestniczył w podziemnym życiu kulturalnym Warszawy, chodził na wieczory literackie, bywał w kawiarniach, jadał w stołówce literackiej na Foksal. Sam Brandys wspominał, że nie jest pewien, czy wiedziano tam, kim jest; przedstawiając się, wymieniał okupacyjne nazwisko. Obracał się w wąskim kręgu kilku zaprzyjaźnionych osób, byli wśród nich Andrzejewski, Tadeusz Breza, Stanisław Dygat.

Spotkał ich po wojnie w Krakowie. Wszyscy współpracowali z "Odrodzeniem". Na rozpisaną w 1945 roku ankietę "W oczach pisarzy" Brandys odpowiadał: "Wojna ukazała mi obraz sprzeczności i mroków, wobec których poczułem się bezsilny. [...] Widziałem ludzi, którzy poświęcali cudze życie, żeby mieć spokojną noc, i innych, którzy narażali własne, żeby zachować spokojne sumienie. [...] Za najcenniejszy owoc wojennych przemyśleń uważam przekonanie, że Adolf Hitler wyrósł z bez­ideowości mego pokolenia". Pisarz pracował wtedy nad dwoma naraz powieściami z czasu wojny. Zaraz w następnym numerze ukazał się rozdział Miasta niepokonanego (W łunach patosu), dwa miesiące później - rozdział Drewnianego konia. Obie książki wyszły w 1946 roku.

"Często zmieniałem tonację. Od retorycznego patosu do ironii i paradoksu - pisał o początkach swej twórczości w Miesiącach. - W moim podwójnym debiucie ukazałem wojnę z tych dwóch pozornie sprzecznych punktów widzenia. Mówię o podwójnym debiucie, bo moje dwie pierwsze książki wyszły po wojnie niemal równocześnie: najpierw patetyczna [Miasto niepokonane], potem ironiczna [Drewniany koń], choć napisane zostały w odwrotnym porządku".

W łunach patosu to pean na cześć bohaterstwa powstańców, wykorzystanych przez sanacyjnych przywódców. "Lud warszawski pchnięty do walki o prestiż sztabowców ufał, że o Polskę" - pisał Brandys. I dalej: "Kochałem bohaterstwo żołnierzy, zasłaniałem oczy przed głupotą wodzów". Nie ma powodu sądzić, że naginał swoje poglądy do wymagań nowej epoki, wszak jeszcze w czasie powstania toczyły się zażarte spory o jego sens i wielu ten sens podważało.

Z kolei Drewniany koń to historia inteligenta, którego bezużyteczna edukacja i burżuazyjne pochodzenie nie przystosowały do stawienia czoła okupacyjnej grozie. Ogłaszając upadek starego świata, odrzucając własną biografię, pokazując bezradność człowieka zaskoczonego przez historię, łatwiej było zgłaszać po wojnie akces do nowej rzeczywistości.

Powieść ganił w "Kuźnicy" Adam Ważyk, zarzucając jej, że "tkwi całkowicie w gustach literackich, które straciły u nas rację historyczną", a chwalił w emigracyjnych "Wiadomościach" Gustaw Herling­-Grudziński, który wyrażał nadzieję, że "Brandysi pisarze nie usłuchają naiwnych rad Brandysów felietonistów".

Brandys jednak równolegle z powieściopisarstwem od początku chciał uprawiać i uprawiał publicystykę. Swój artykuł Dwie poezje. O emigracyjnych poetach, drukowany w "Odrodzeniu" w grudniu 1945 roku, puentował: "Tylko ci, którzy powrócą, potrafią z czasem nas zrozumieć. Tamci nie zrozumieją nas nigdy. Ani nas, ani Ojczyzny".

Cytował tam wiersz Kazimierza Wierzyńskiego o AK-owcach: "Za wyroki na katów, za celny strzał Krysta -/ Jeden wyrok: do tiurmy. Dla wszystkich. Do czysta./ Za Warszawę, Warszawę, powstańcze zach­cianki -/ Specjalny oddział śledczy: "Przyłożyć do ścianki""[1]. W tym czasie pełną parą szły już aresztowania AK-owców, ale Brandys nie chciał tego wiedzieć. "Słowa te - komentował - przeczyta zapewne z uśmiechem Wojciech Żukrowski, który niedawno, po ujawnieniu się w stopniu porucznika Armii Krajowej, otrzymał awans na kapitana Wojska Polskiego".

"Z tradycją sanacyjnych łgarstw i wzorów goebbelsowskiej propagandy - ciągnął - podjęto hasło Katynia i kto wie, czy ta nazwa geograficzna nie rozbrzmiewała w wierszach polskich w Londynie częściej niż Majdanek, Oświęcim lub aleja Szucha. Przywódcy emigracji umieli nawet z Niemiec chwytać pomyślne fale".

Nam opowiedział, że od razu w Krakowie spytał Ważyka, po kilku kieliszkach wódki, jak to było z Katyniem. Ten odpowiedział wymijająco: "To są wojenne sprawy, a podczas wojny zawsze się dzieją straszne rzeczy". I tłumaczył mu z usprawiedliwiającą życzliwością, że stalinizm to taka chłopska odmiana bonapartyzmu, a towarzysz Stalin marzy, żeby w ZSRR chleb był dla wszystkich za darmo.

Sprawa Katynia dość wcześnie poruszona została również na łamach "Kuźnicy", piórem Adolfa Rudnickiego, który drukował tam w odcinkach swoje Dzienniki, przejmujące świadectwo człowieka ukrywającego się po aryjskiej stronie i wsłuchanego w odgłosy życia za murem getta. W opowiadaniu zatytułowanym Major Hubert z armii Andersa sportretował Rudnicki swego przyjaciela Józefa Czapskiego jako wzór bezinteresowności i szlachetności, jako człowieka, który sam - choć pochodził z zamożnej ziemiańskiej rodziny - żył ubogo, wspomagając malarzy wywodzących się z biednych polskich domów czy ze środowiska małomiasteczkowych Żydów. Rudnicki spotkał go po wojnie w Paryżu i dowiedział się, że Czapski, który z armią Andersa opuścił ZSRR, cudem tylko nie znalazł się wśród katyńskich ofiar. W tym nakreślonym z prawdziwą czułością portrecie niemiło zgrzyta wątek katyński. Otóż major Hubert - tłumaczył Rudnicki - ogłosił, że za Katyń odpowiadają Rosjanie, a kiedy zdał sobie sprawę, że służył kłamliwej niemieckiej propagandzie, nie był w stanie tego odwołać i wrócić do kraju, bo jego wyobrażenia o szlachetności nie pozwalały mu przejść na stronę silniejszych.

Kiedy rozległy się głosy krytyki atakujące Rudnickiego za "zbytnią pobłażliwość dla zdrajcy", bronił go Ważyk, tłumacząc, że wyrażając się z serdecznym żalem o majorze Hubercie, autor "dał zbłąkanemu człowiekowi szansę powrotu ze świata urojeń w świat rzeczywistości".

Andrzej Braun opowiadał nam, że trudno było uwierzyć w winę Rosjan, skoro w czasie okupacji o zbrodnię katyńską oskarżały ich niemieckie gadzinówki, i że głosów z emigracji też nie brano poważnie, bo niby dlaczego słuchać pouczeń od tych, których "ominęło życie narodu w czasie wojny".

Z kolei Kazimierz Brandys przekonywał nas, że w zespole "Kuźnicy" wcale nie było jasności, kto odpowiada za Katyń, i że nawet ludzie, którzy byli we Lwowie w czasie okupacji, zapewniali go: to nie jest robota sowiecka.

W maju 1946 roku Brandys otrzymał od Stefana Żółkiewskiego propozycję, żeby przejść do redakcji "Kuźnicy" i przenieść się do Łodzi.

"Kraków literacki, wystaw sobie, pustoszeje - pisał Tadeusz Breza do Czesława Miłosza. - Na rzecz Łodzi. Środowisko "Kuźnicy" okazało się nie tylko bardzo aktywne, ale i ambitne. Wszyscy oni są namiętnie do swej "Kuźnicy" przywiązani [...]. Powoli zaczynają kaperować ludzi do siebie. Podjazdując z lekka z "Odrodzeniem". Wierszowe dają wyższe o 25%. Ceregieli z artykułami (pamiętasz!!!) takimi jak u Kuryluka nie znają. Biorą, co dajesz" (1946 rok).

Łódź była kolejną - po Lublinie i Krakowie, a przed Warszawą - przystanią dla pisarzy. Teatr Wojska Polskiego (później imienia Jaracza) Leona Schillera i Teatr Kameralny Erwina Axera, szkoła teatralna organizowana przez Aleksandra Zelwerowicza, wydawnictwa, w tym Czytelnik, redakcje "Głosu Ludu" (późniejszej "Trybuny Ludu"), "Rzeczpospolitej", "Kuźnicy", "Wsi", "Szpilek" - wszystko to zaimplantowano w Łodzi. Dlaczego tam?

"Miasto N. nie leżało w gruzach i znajdowało się blisko Warszawy - tłumaczył Rudnicki w opowiadaniu Ojczyzna. - Nieskanalizowane, z rynsztokami na wierzchu, z tysiącem kominów, zadymione, ciasne, drewniane, brzydkie, posiadało jednak wolne mieszkania po Niemcach, którzy uciekli. I mieszkania przeważyły. Miasto, które nigdy nie miało uniwersytetu, otrzymało uniwersytet. Miasto, którego teatry nigdy nie miały się czym pochwalić, otrzymało teatry - pierwsze w kraju. Miasto, które nigdy nie posiadało środowiska artystycznego, otrzymało największe i najruchliwsze środowisko artystyczne w kraju".

Zmiana Krakowa na Łódź nie była przypadkowym posunięciem władz. Kraków, miasto o żywych przedwojennych tradycjach inteligenckich, stawiał opór nowej władzy, robotnicza Łódź wydawała się komunistyczną ziemią obiecaną.

W odróżnieniu od "Odrodzenia" "Kuźnica", której pierwszy numer nosi datę 1 czerwca 1945, od początku pomyślana była jako bojowy organ myśli marksistowskiej, skupiający żarliwych entuzjastów nowego ładu (pomysł na tytuł i pismo powstały już w Lublinie). W zespole znaleźli się między innymi: Kazimierz Brandys, Mieczysław Jastrun, Jan Kott, Zofia Nałkowska, Adolf Rudnicki, Adam Ważyk, Stefan Żółkiewski.

Żółkiewskiego, redaktora naczelnego i wielką osobowość "Kuźnicy", zwanego przez przyjaciół Hetmanem, Grubym albo Lwem, poznał Brandys przed wojną, gdy ten był prezesem studenckiego koła polonistów na UW. "Odbywaliśmy wtedy podobną drogę, od liberalnego demokratyzmu do lewicy" - wspominał po latach. W rozmowie z nami dodał, że dla uczciwego komunisty kapitalną rolę odgrywała postać guru. Dla niego taką osobą był pełen osobistej dobroci "święty człowiek" Stefan Żółkiewski. Spytał go kiedyś, co sprawiło, że w czasie okupacji wstąpił do PPR-u. "Bo była to jedyna partia w polskim podziemiu, której program zapowiadał wywłaszczenie majątków obszarniczych bez odszkodowania" - odparł Żółkiewski.

W zespole "Kuźnicy" był też Paweł Hertz, pochodzący z zamożnej zasymilowanej rodziny żydowskiej, przed wojną młodzieniec prowadzący wygodne życie rentiera, koneser sztuki, podróżujący po Europie, by zwiedzać zabytki i muzea, obracający się w literackich kręgach Warszawy, którego Sowieci aresztowali we Lwowie i wysłali wycinać drzewa na Syberii[2].

"Część przedwojennej elity, agnostycznej, liberalnej, postępowej - tłumaczył Hertz akces intelektualistów do komunizmu Barbarze Łopieńskiej w latach dziewięćdziesiątych w wywiadzie rzece Sposób życia - była mile zdziwiona, że nowy system gotów ją akceptować, że ceni jej członków, zna ich z nazwiska, nie przychodzi do nich z nożem w zębach. W istocie w dziedzinie kultury nowa władza starała się wtedy zachować pewną wielowątkowość".

O Rosji wiedział Hertz wszystko, ale chciał - jak wielu innych - uwierzyć, że polski wariant komunizmu będzie inny, lepszy.

"Przyłączyłem się do kilku ludzi, znanych mi z lat dawnych - pisał w 1956 roku w eseju Wspomnienia z domu umarłych. - Ożywieni najlepszą wolą, ciężko wypróbowani przez historię, bogatsi o doświadczenie, które dostało się nam z trudem, jednym - w konspiracji, innym - w obozach, w więzieniach, w płonącym kraju, w syberyjskiej tundrze, związani byliśmy w istocie tylko jednym wspólnym przekonaniem o powinnoś­ciach pisarza wobec kraju i narodu".

Kazimierz Brandys zamieszkał w łódzkim domu Związku Literatów na Bandurskiego 8, odpowiedniku krakowskiego kołchozu literackiego na Krupniczej. Za sąsiadów miał kolegów z "Kuźnicy".

- Kiedy na Bandurskiego pojawił się Ważyk - opowiadał nam mieszkający tam też wtedy Ryszard Matuszewski - zrobił Stanisławowi Jerzemu Lecowi karczemną awanturę o to, że tamten zajął większe mieszkanie. Lec nie chciał się dać wyrzucić, krzyczał: "Byłem w partyzantce, spałem na ściółce i pod mostem!". A Ważyk głośniej: "Mnie nie było lepiej. Przyszedłem tu z armią radziecką. Dlaczego ja mam mieć kawalerkę, a ty trzy pokoje?!". Ktoś próbował tłumaczyć, że Lec jest z rodziną, ale Ważyk odpowiedział, że on też zaraz założy rodzinę. Przejrzał listę lokatorów i zauważył, że Marian Piechal ma przyznane trzy pokoje, a jeszcze tam nie mieszka. Stała tam tylko jego walizeczka. Ważyk wyrzucił ją na korytarz i wprowadził się.

Życie Brandysa, podobnie jak innych "kuźniczan", koncentrowało się między domem literatów na Bandurskiego, redakcją pisma na Piotrkowskiej 96, w budynku zajętym przez Jerzego Borejszę na potrzeby Czytelnika (gdzie w podziemiach mieściła się słynna kawiarnia Fraszka), i Klubem Pickwicka na Traugutta[3].

Do środowiska "Kuźnicy" - opisywał Brandys klimat i atmosferę pierwszych powojennych lat w Miesiącach - nie docierały informacje o donosach, UB, więźniach z AK. "Żyło się ideami i żyło się nieźle. Co wieczór spotykaliśmy się w klubie "Pickwick". Odległość od Moskwy wydawała się ogromna. Bliskość Warszawy nie budziła niepokoju. Oko partii obserwowało nas uważnie, ale z dystansu. Zapewne też dbano o to, aby łódzkie środowisko kulturalne oddzielić od życia kraju szczególnym uprzywilejowaniem: pierwsze paszporty na Zachód, przydziały mieszkań w willach po fabrykantach niemieckich i miękka śruba cenzury. Nie postulowano jeszcze socjalizmu w sztuce. Dla ludzi z pieniędzmi było w sklepach wszystko, od bielskiego kamgarnu do wędzonego łososia. W kraju więziono akowców, łódzcy robotnicy jedli ziemniaki i kluski. Artyści wiedli życie białych w kolonialnym mieście".

Ci, którzy pamiętają tamte czasy, twierdzą, że mówiąc o przepychu "życia białych w kolonialnym mieście", Brandys poświęcił rzeczywistość na ołtarzu zgrabnej frazy. Większość z zaangażowanych w nowy ustrój twórców długo jeszcze będzie miała po jednej parze spodni i jednej koszuli, a posiłek ograniczający się do kupionego na spółkę bochenka chleba był czymś normalnym. Brandys upierał się jednak w rozmowie z nami, że łódzcy literaci, aktorzy i filmowcy już wtedy wiedli życie komfortowe.

Na pewno stosunkowo syte, jeśli uświadomimy sobie, że w różnych miejscach kraju wybuchały wtedy głodowe rozruchy. A też bezpieczne, jeśli zważymy, że w pierwszym powojennym roku przez więzienia i areszty UB oraz NKWD przeszło kilkaset tysięcy osób.

Jeszcze wtedy nawet "kuźniczanom" mogło się wydawać, że nikt od nich nie będzie wymagał wdrażania socrealizmu a la russe. W 1946 roku we wstępniaku Do pisarzy Brandys rozprawiał się z obawami, że "działalność kulturalna lewicy prowadzi do narzucenia literaturze polskiej obcych wzorów". "Literatura sowiecka powstała w swoistych warunkach, wśród dalekich nam trudów i burz; nadal kształtują ją konieczności, które nam są obce - tłumaczył. - Być może wiersze i powieści wyrosłe w kraju kołchozów muszą być inne niż tam, gdzie kołchozów nie ma"[4].

W tym samym roku na zjeździe pisarzy w Łodzi Stefan Żółkiewski dał wykładnię nowego myślenia o historii jako o walce klasowej. Atakował kapitalizm i moralność mieszczańską. Mówił, że etyka pisarza wymaga jasnego opowiedzenia się za lub przeciw, a "literatura ma wprowadzić jasność do spraw ludzkich". Wtedy wciąż jeszcze poglądy "kuźniczan" były tylko jednymi z obowiązujących na rynku.

W grudniu 1946 roku, tuż przed wyborami do Sejmu, Brandys wstąpił razem z resztą zespołu "Kuźnicy" do PPR-u i zaangażował się ostro w zwalczanie Polskiego Stronnictwa Ludowego, jedynej wówczas realnej opozycji wobec władzy. "Faszystowskie podziemie tworzy dziś ideologię PSL-u - pisał w styczniu 1947 roku w artykule Faszyści. - PSL, nieosłonięte od strony faszystowskiego podziemia, przenikalne dla wszelkiej dywersji antydemokratycznej, stęsknione Londynu z jego centrum wojskowej emigracji sanacyjno­-endeckiej, stanowi groźny, choć może nieświadomy przewód dla faszyzmu w Polsce".

"Kuźnica", z zewnątrz ideologiczny monolit, od wewnątrz targana była sporami. "Miała swoją wewnętrzną dramaturgię, którą oparłbym na dwu skontrastowanych postaciach, Żółkiewskiego i Ważyka - wspominał Brandys. - W gruncie rzeczy od początku sprawa rozgrywała się między nimi. [...] Radykał­-pozytywista zagubiony w korytarzach polityki i poeta­-mózgowiec opętany doktryną ideologiczną".

Sam Ważyk w stałej rubryce Rozmaitości odnotował, że do redakcji nie należy i występuje tu "na prawach sublokatora". Ale w towarzystwie "kuźniczan" to on reprezentował frakcję najbardziej bezkompromisową. I to on zażądał, aby protokołować na wpół towarzyskie dyskusje na zebraniach partyjnych "Kuźnicy", odbywających się w mieszkaniach na Bandurskiego. Od początku z zapałem wszedł w rolę strażnika "jedynie słusznej" linii partii, zaganiał kolegów do jednego szeregu i publicznie piętnował każdego, kto się wychylił. W tekście Grzechy "Kuźnicy" zarzucił redakcji, że publikuje artykuły o faszyzmie, w których nie pisze się o jego źródłach. I dodawał, że faszyzm zrodził się ze "zdegenerowania i rozbrojenia niemieckiej klasy robotniczej i dopuszczenia do głosu jedynie wielkiego kapitału". Żółkiewski w następnym numerze dziękował mu za te uwagi. Prywatnie mawiał o Ważyku, przywołując postać głównego sowieckiego ideologa od kultury, "nasz mały Żdanow".

Bo też Ważyk w swojej publicystyce czujnie śledził, co dzieje się u wschodniego sąsiada. Trzeba mu jednak przyznać, że to on w styczniu 1946 roku na łamach "Kuźnicy" upomniał się o przebywającego wciąż na zesłaniu w ZSRR Aleksandra Wata i apelował do Ministerstwa Kultury, by zajęło się tą sprawą. Jednocześnie interweniował w ambasadzie polskiej w Moskwie i u Wandy Wasilewskiej.

Obaj z Żółkiewskim byli blisko władzy. Żółkiewskiego, jako naczelnego "Kuźnicy", często wzywano do Komitetu Centralnego PPR. Wracał zgnębiony; kiedyś poskarżył się Brandysowi: "oni chcieliby robić socjalizm bez kultury". Sam Żółkiewski pragnął przeobrażać kulturę zgodnie z ideą sprawiedliwości społecznej.

Paweł Hertz zapamiętał, że Ważyk tworzył wspólny front z Janem Kottem:

- Nie byłem za ich polityką spalonej ziemi: "Nic nie było, a teraz jesteśmy my" - mówił nam. - Pracowaliśmy nad tym z Kaziem Brandysem, żeby przekonywać Żółkiewskiego, że powinniśmy uznawać hierarchie przedwojenne, szanować starszych pisarzy, nie pokazywać się jako dzikusy.

"Kuźnicę" stworzyli intelektualiści z dobrym przedwojennym wykształceniem, często, choć niekoniecznie, lewicujący, subtelni znawcy zachodniej poezji. I to oni właśnie stanęli na czele akcji glajchszaltowania polskiej kultury[5].

"W systemie stalinowskim przypadała im [intelektualistom] ważna rola strażników słowa, kreatorów fikcji przesłaniającej świat realny - pisała Krystyna Kersten w eseju Powojenne wybory intelektualistów, który opatrzyła mottem z Hanny Malewskiej: "Jeżeli się nie żyje tak, jak się myśli, zaczyna się myśleć tak, jak się żyje". - Bez nich sakralizacja fałszu, terror duchowy nie byłyby możliwe. Dlatego, gdy Żółkiewski łajał i "ustawiał", Borejsza wabił, przyciągał, schlebiał, kreślił szerokie perspektywy działania, odwoływał się do poczucia szczególnej odpowiedzialności moralnej przypisanej do roli intelektualisty".

"Najbardziej w powojennej rzeczywistości - dowodziła - zagubili się intelektualiści o rodowodach umiarkowanie lewicowych, ci z "Wiadomości Literackich" i "Skamandra", ci, co podpisywali odezwy w sprawie więźniów politycznych, pisali krytycznie o Brześciu, potępiali Zaolzie, walczyli z gettem ławkowym i oburzali się na ekscesy antysemickie. To właśnie oni okazali się intelektualnie bezsilni wobec tego, co ich otaczało".

Co nimi kierowało? Co sprawiło, że stali się narzędziem totalitarnej dyktatury? Według Kersten komunizm wydawał się im zagrożeniem bardziej odległym niż polski Ciemnogród.

Rzeczywiście, dla redaktorów "Kuźnicy" słowo "Ciemnogród" brzmiało jak najgorsza obelga. Oni sami czuli się spadkobiercami wszystkiego, co postępowe w polskiej tradycji.

"Środowisko "Kuźnicy" dobrze znało obłudę mieszczańską lat trzydziestych, chcieli ją zdemistyfikować, zedrzeć z niej maski, obnażyć, natomiast komunizmu nie chcieli rozumieć - pisał Adam Michnik w poświęconym Janowi Kottowi eseju Ukąszenie Gogola albo o straconych złudzeniach. - Ten uparty wolterianin nie chciał się przyznać przed sobą samym, że w epoce entuzjazmu dla Postępu, Rozumu i Rewolucji wierzył w rządy oświeconej elity nad bezrozumnym, ciemnym i reakcyjnym społeczeństwem polskim. W tym tkwił największy grzech tej formacji: chcieli oświecać przez przemoc, pod osłoną dyktatury i Czerwonej Armii. Ci ludzie rozumieli wszystkie pułapki mistyki nacjonalistycznej, ale nie rozumieli intymnej więzi łączącej wolteriański rozum i jakobińską gilotynę".

"Kuźnica", uważana powszechnie za "żelazną pałkę reżymu", z czasem przytępiła swoje ostrze, czy może raczej nie nadążała za coraz surowszym kursem oficjalnej polityki kulturalnej. Adam Ważyk składał później w tej sprawie samokrytykę w imieniu zespołu: "Działalność "Kuźnicy" nie pokrywała się z zadaniami czołowego pisma marksistowskiego na odcinku literackim. Nie oczyszczała dostatecznie z balastu ciążących na pisarzach pozostałości dawnych orientacji artystycznych, wytwarzanych pod presją ideologiczną burżuazji w okresie imperializmu".

Stefan Żółkiewski w liście do Jana Kotta bił się w piersi, że "Kuźnica" stała się pismem eklektycznym, "bez jaj", ponieważ impet stracili najbardziej bojowi publicyści, jak on sam, Kott i Ważyk. I dodawał, że na Kazimierza Brandysa nie ma co liczyć, bo ten "nadaje się tylko jako pomagier" (7 lipca 1948)[6].

Brandys rzeczywiście uważał się przede wszystkim za powieściopisarza. Za Miasto niepokonane dostał w 1948 roku nagrodę miasta Warszawy. Między 1946 a 1949 rokiem napisał wielki cykl epicki, na który złożyły się powieści Samson, Antygona oraz Troja miasto otwarte. W rozmowie z nami przyznał, że ojcem chrzestnym tych powieści był Adam Ważyk, autor teorii powieści jako socjologicznej koncepcji losu ludzkiego.

Bohaterem Samsona Kazimierza Brandysa jest Jakub Gold, chłopak z biednej żydowskiej rodziny z Łodzi, który zostaje skazany za zabójstwo w obronie własnej w czasie antyżydowskich zamieszek na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiuje medycynę, i w więzieniu styka się z komunistami. Po wybuchu wojny bierze udział w obronie Warszawy, potem idzie do getta, skąd ucieka i ukrywa się po aryjskiej stronie, a przyłączywszy się przypadkowo do PPR-owskich konspiratorów, przyjmuje pseudonim "Samson". Nie chce ginąć jako Żyd, chce umrzeć w walce, dlatego gdy Niemcy wkraczają do ich lokalu, nie poddaje się, tylko w akcie desperackiej odwagi rzuca w nich wiązką granatów i skacze z okna.

Bohater drugiego tomu, marzący o karierze właściciela ziemskiego Ksawery Szarlej, to zwykły aferzysta, zarabiający krocie na dostawach dla armii i przekrętach z papierami wartościowymi, który w końcu wchodzi w posiadanie majątku i dworu w Kaleniu, a w czasie wojny bez skrupułów kolaboruje z Niemcami. Balzakowska z ducha Antygona w słowach pełnych pasji demaskuje "zdegenerowanych przedstawicieli klas posiadających" w przedwojennej Polsce. W recenzji przysłanej z cenzury do KC chwalono Brandysa zwłaszcza za "portrety sanacyjnych przywódców, jak generał Orsza, który ma wrócić do Polski na białym koniu, a w latach młodzieńczych po aresztowaniu przez władze carskie zdradził towarzyszy, wydając ich na śmierć lub katorgę".

Trzeci tom, Troja miasto otwarte, to już tylko propagandowa opowieść o emigracyjnych losach syna Ksawerego Szarleja, trzymającego się z dala od jakichkolwiek politycznych zaangażowań Juliana. Ten przegrany i zbłąkany klerk jeszcze w latach trzydziestych wybrał wygodne życie w Paryżu. Zaraz po wojnie padł tam ofiarą prowokacji amerykańskiego wywiadu, który wrobił go w sprawę morderstwa delegata na kongres UNESCO. A stało się to w momencie, kiedy pozbawiony środków do życia i rozczarowany emigracją zdecydował się na powrót do ojczyzny.

Sam Brandys do trzeciej części swej epopei miał chyba stosunek niechętny, a w każdym razie nie wznowił jej, kiedy w 1956 roku przygotowywał nowe wydanie Między wojnami. Poprzestał na przerobionych wersjach Samsona i Antygony (wyrzucił z nich publicystyczne wtręty i wmontował dziennik Juliana z Troi). Obie powieści jednak nawet w swej wersji pierwotnej i dziś wychodzą z lektury obronną ręką. Czego nie da się powiedzieć o ówczesnej publicystyce Brandysa.

W sierpniu 1949 roku Brandys opublikował w "Kuźnicy" programowy socrealistyczny manifest Pomyślny wiatr[7]. Zapowiadał tam nowe wyzwania dla pisarzy, którzy porzucić powinni jałowe spory o warsztat literacki, a przybliżyć się raczej do warsztatu pracy swoich bohaterów, przedstawić ich w ich codziennej walce o lepsze jutro socjalistycznej ojczyzny.

1 Przed Lublinem był Lwówczyli Adama Ważyka marsz do komunizmu

Adam Ważyk, 1949

? PAP / Archiwum

W pierwszych dniach sierpnia 1944 roku Adam Ważyk, przed wojną lewicujący poeta Awangardy, świetny tłumacz Apollinaire'a, uzdolniony matematyk i szachista, z komunistami związany towarzysko, nie organizacyjnie, pojawił się w świeżo zajętym przez Armię Czerwoną Lublinie w całkiem nowej roli - jako oficer polityczny utworzonej przez generała Zygmunta Berlinga I Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki.

Drobny, w mundurze, w wysokich butach z cholewami i z wielkim naganem u boku sprawiał karykaturalne wrażenie. Taki właśnie obraz Ważyka powraca natrętnie jako stały motyw wspomnień z tamtych lat. Zapamiętano go, jak przy byle okazji wymachiwał tym naganem. Zapamiętano go, jak brał udział w rozlepianiu po wsiach, na budynkach szkolnych i parkanach, plakatów z napisanym w Moskwie i ogłoszonym w Chełmie Manifestem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, pierwszej polskiej władzy z sowieckiego nadania.

Co znaczy władza sowiecka, Ważyk miał okazję przekonać się od razu we wrześniu 1939 roku, kiedy znalazł się we Lwowie. Od czasu, gdy w 1924 roku jako dziewiętnastoletni maturzysta wydał tomik awangardowych wierszy Semafory, a rok później kolejny - Oczy i usta, milczał jako poeta, pisywał recenzje, opowiadania, powieści. We Lwowie wróciła mu poetycka wena.

To stało się tak nagle: rozbite pociągi,

zdarte druty, na torach wydrążone leje,

zamiast wodzów półgłówki, zamiast armii - włóczęgi,

widma nocą ciągnące, by skryć się, gdy zadnieje.

Gdziekolwiek szedłeś, miasta waliły się w gruzy,

pryskał pług w rękach chłopa, nim skibę doorał...

to po latach dwudziestu wyklarował się w burzy

ukrywany przed tobą tych lat posępny morał.

Ten wiersz, w którym dystansował się od przeszłości i pokonanej właśnie Rzeczypospolitej, zatytułował Ważyk Do inteligenta uchodźcy.

Do Lwowa od pierwszych dni wojny ściągały tłumy uchodźców uciekających przed niemiecką armią. Tydzień po kapitulacji miasta - 28 września - na mocy podpisanego w Moskwie układu o granicy i przyjaźni między ZSRR a III Rzeszą dokonał się kolejny rozbiór Polski. We Lwowie zapanowała sowiecka okupacja i rozszalał się terror NKWD. Jego ostrze w dużej mierze skierowane było przeciwko polskim elitom intelektualnym.

Ważyk swój wiersz wydrukował w "Czerwonym Sztandarze", wychodzącej po polsku sowieckiej gadzinówce. Nie ograniczył się do rozliczania międzywojennego dwudziestolecia. Stawiał na przyszłość i wykuwanie "nowego człowieka".

Spóźniony o lat dwadzieścia, towarzyszu, powstań,

czarny tych lat rachunek zgnieć w zaciśniętej pięści.

Zbudzona Ukraina, twoja piękna siostra,

podpowie ci melodię i słowa naszej pieśni.

To nic, że jeszcze ziębniesz w gnijącym łachmanie,

że ciało jeszcze znojem wędrówki ocieka.

Opadnie z ciebie przeszłość, a to, co pozostanie,

będzie kształtem pierwotnym nowego człowieka!

Tymczasem działa się teraźniejszość. Sowietom zależało na tym, by fakt zbrojnej agresji na Polskę przedstawić jako rodzaj "dyplomatycznej interwencji" w obronie ukraińskiej i białoruskiej mniejszości narodowej. Stąd pomysł zorganizowania "wyborów", w których nie tylko zamieszkujące te tereny mniejszości, ale również Polacy w akcie "spontanicznego samostanowienia" mieli wybrać swoich przedstawicieli do Zgroma­dzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy. Już na swoim pierwszym posiedzeniu - 26 października 1939 roku - Zgromadzenie wystąpiło z inicjatywą połączenia się z Ukrainą sowiecką.

W tym wspartym terrorem spektaklu swoje role do odegrania mieli też pisarze.

Na pierwszym zebraniu środowiska pisarskiego, w październiku 1939 roku, przedstawiciel literatów radzieckich Aleksander Kornijczuk zapowiedział, że po "zjednoczeniu Ukrainy" powstanie nowy związek pisarzy. Tymczasem wciąż istniał stary Związek Zawodowy Literatów Polskich i ani prezes jego lwowskiej sekcji, krytyk literacki Ostap Ortwin, ani sekretarz, Teodor Parnicki, do nowego, organizowanego przez Sowietów związku nie mieli zamiaru przystąpić[1]. Ortwin godził się jedynie złożyć deklarację "lojalności wobec wojskowych władz sowieckich, okupujących wschodnie ziemie Rzeczypospolitej Polskiej - aż do ukończenia wojny i rozstrzygnięcia sporów terytorialnych polsko­-sowieckich na kongresie pokojowym".

Sowieci oczekiwali jednak od polskich pisarzy czegoś więcej: uznania wyników pseudowyborów, a tym samym zaakceptowania aneksji Kresów Wschodnich RP. I doczekali się. 19 listopada "Czerwony Sztandar" opublikował oświadczenie Pisarze polscy witają zjednoczenie Ukrainy. Przy okazji w tekście - podpisanym między innymi przez Tadeusza Boya­-Żeleńskiego, Władysława Broniewskiego, Karola Kuryluka, Stanisława Jerzego Leca, Leona Pasternaka, Adama Polewkę, Aleksandra Wata, Adama Ważyka - znalazło się stwierdzenie, że oto otworzyły się dla pisarzy "podwoje wielkiej sztuki socjalistycznej, sztuki szczerze służącej kulturalnym i moralnym ideałom ludzkości".

Nowy związek, działający początkowo pod nazwą Komitet Organizacyjny Pisarzy Miasta Lwowa, był wierną kopią swego sowieckiego odpowiednika. Podzielony na sekcje prozy, poezji, krytyki i tłumaczeń, organizował zbiorowe wyjazdy pisarzy do fabryk i kołchozów, by tam zapoznawali się z "realiami prawdziwego życia w socjalizmie".

Plon takich właśnie wypraw odnaleźć można w reportażach Ważyka, publikowanych w "Czerwonym Sztandarze". Pojechał do odebranego jakimś hrabiom pałacu, gdzie teraz zamieszkały "uskrzydlone życiem dzieci proletariuszy" (W pałacu pionierów), i do należącej wcześniej do Lubomirskich cukrowni, gdzie przed wojną "wyciskano złoto z robotników" (Cukrownia w Chodorowie). Pisywał też wiersze, które recytował w zakładach pracy (jak ten Do robotnicy, ongiś "niewolnicy fabrykanta", dziś "współwłaścicielki fabryki"). Wykonywał na zamówienie tłumaczenia z rosyjskiego, a jego przekład wiersza o radzieckim paszporcie Władimira Majakowskiego nieprzypadkowo ukazał się akurat w czasie akcji "paszportyzacji" - przymusowego nadawania obywatelom polskim obywatelstwa sowieckiego.

Co skłoniło go do takiej uległości? Julian Stryjkowski, który podobnie jak Ważyk pracował wtedy w "Czerwonym Sztandarze", swoją wydaną w latach siedemdziesiątych w niezależnym obiegu powieść z czasów lwowskich zatytułował Wielki strach. Strach przed donosem, przed aresztowaniem, przed wywózką, przed fizycznym unicestwieniem wyłania się ze wszystkich wspomnień z tamtych czasów. Aleksander Wat w Moim wieku - rozmowie rzece przeprowadzonej w 1965 roku przez Czesława Miłosza - mówił, że sam trząsł się z przerażenia o los swojej żony Oli, syna Andrzeja i własny. I opowiadał, jak to zimą, na przełomie 1939 i 1940 roku, do redakcji "Czerwonego Sztandaru", gdzie pracował, wkroczyli NKWD-ziści "badać personalia".

"Wszyscy są obecni, zadają pytania, każdy musi mówić o sobie, musi powiedzieć swoją biografię. Wszyscy siedzą, pełno inkwizytorów, oczu, i właśnie to była ta jedyna moja rozmowa, jedyna samokrytyka, gdzie zagrałem jak aktor, wiedziałem, że gram o swoje życie i życie Oli" - relacjonował Miłoszowi. To na tym zebraniu złożył samokrytykę: wyznał, że co prawda mówił przed wojną o dyktaturze, terrorze oraz strachu panującym w ZSRR, ale teraz osobiście przekonał się, że był w błędzie. I dalej tłumaczył Miłoszowi, że to był rodzaj schizofrenicznego rozdwojenia osobowości: "Jesteś, masz jeszcze pięć minut i w ciągu tych pięciu minut musisz w sobie dokonać wyraźnego rozszczepienia. Jak gilotyna, musisz odciąć jedną połowę od drugiej. I musisz czuć w sobie, żeś odciął, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie, zaplączesz się. Inkwizytorzy mają wspaniałe oczy i świetnie wyostrzony słuch".

Watowi wydawało się, że w ten sposób odwrócił od siebie przeznaczenie. Nie na długo jednak.

W nocy z 23 na 24 stycznia 1940 roku we Lwowie doszło do głoś­nej i nie do końca wyjaśnionej w szczegółach prowokacji NKWD. Pod pretekstem spotkania z jakimś przybyłym z Moskwy literatem czy też filmowcem grupę polskich pisarzy ściągnięto - niektórych podstępem - do restauracji Aronsona na Jagiellońskiej, gdzie mieścił się "Klub Inteligencji". W czasie kolacji sprowokowano bójkę, a chwilę później wpadło NKWD i aresztowało Aleksandra Wata, a także Władysława Broniewskiego, Tadeusza Peipera, Anatola Sterna. W tym samym czasie innych pisarzy, wśród nich Parnickiego, aresztowano w ich domach[2].

"Widziałem, jak oni ich wyprowadzają - opowiadał Ważyk w nagranej w 1976 roku relacji ze swoich lwowskich doświadczeń. - Bałem się wyjść, że i mnie zatrzymają. Wreszcie już oni wyszli, ja wyszedłem ostatni. Niezależnie od świadomości, takiej czy innej, pozostało mi wrażenie na całe życie"[3].

Ważyk znalazł się w grupie osób, którym NKWD pozwoliło wrócić do domu. Kilka dni później Jerzy Putrament, przed wojną związany w Wilnie z lewicującą grupą skupioną wokół miesięcznika "Żagary", zaczął organizować podpisy pod listem potępiającym aresztowanych jako zdrajców i prowokatorów[4]. Wezwał kolejno do siedziby Związku Pisarzy Stanisława Jerzego Leca, Elżbietę Szemplińską, Ważyka. Wszyscy odmówili odcięcia się od kolegów.

"Putrament rozmawiał ze mną oddzielnie, że trzeba się "odgrodzić" od aresztowanych - wspominał Ważyk tę scenę. - Mówię: "Dlaczego ty się tym zajmujesz, kiedy nie ma Wandy Wasilewskiej? Czy Wanda to aprobuje?". On mówi: "Z Wandą to nie ma nic wspólnego". "Zaniechaj tego". Więc on się bardzo rozzłościł i powiada: "Podpiszesz czy nie podpiszesz?". Ja mówię: "No, oczywiście, że nie, i spakuję walizkę"".

To, że Ważyk spodziewał się aresztowania, potwierdził po latach Julian Stryjkowski[5]. W wywiadzie rzece, który przeprowadził z nim w latach osiemdziesiątych Piotr Szewc, opowiadał: "Ważyk siedział w tym samym pokoju [w redakcji "Czerwonego Sztandaru"] z Watem, swoim długoletnim przyjacielem. Po zniknięciu Wata czekał na swoją kolej. Zagłębiał się w materiał, sterty maszynopisów przeznaczonych do druku. Skrupulatnie poprawiał błędy stylistyczne i rusycyzmy z tłumaczeń artykułów centralnych gazet rosyjskich. Nie słyszał, co się dzieje wokół. Pokonywał obróbką polszczyzny strach. [...] Każdy przeżyty dzień Ważyka to był wygrany los".

Stryjkowski spytał go wtedy, czy napisze dalszy ciąg swojej przedwojennej powieści Mity rodzinne. Ważyk odpowiedział, że zna nawet jego początek. Miał się zaczynać tak: "Jacyś dwaj panowie przyszli do ciebie - powiedział ojciec".

Lecz "panowie" jakoś nie przychodzili po Ważyka.

"Ważyk sam opowiadał, że się trząsł, pocił się ze strachu, ale powiedział: Nie! Wtedy Putrament najprościej w świecie krzyknął, że Ważyk pójdzie w ślad za nami. I to samo powiedział Szemplińskiej, która się też oparła. Ważyk z Szemplińską pobiegli do Wandy Wasilewskiej i dopiero ona skręciła to w zarodku, nie dopuściła do tego" - tak relacjonował Wat Miłoszowi wydarzenia, które rozgrywały się we Lwowie już po jego aresztowaniu, powołując się przy tym na rozmowę, jaką odbył z Ważykiem w 1949 roku - nie w Polsce, kiedy się już spotkali, bo w Polsce strach było prowadzić takie rozmowy, ale w Wenecji na kongresie PEN Clubu, gdzie obaj byli polskimi delegatami. Od siebie Wat dodał: "Ważyk [...] to jest człowiek tchórzliwy, który gdy wpada w złość, potrafi być szaleńczo odważny. [...] Ale wtedy tchórzył, naprawdę się bał".

Przeczytawszy Mój wiek, Ważyk wysłał do Miłosza nagraną na taśmę polemikę z przedstawioną przez Wata wersją wydarzeń. Nie negował faktu rozmowy z Watem, ale prostował szczegóły. "Chcąc storpedować tę akcję, zapytałem Putramenta, dlaczego działa poza plecami Wandy. To go zgniewało i skróciło rozmowę. Po tym zdarzeniu przez kilka nocy nie rozbierałem się do snu i miałem rzeczy przygotowane na wypadek zsyłki. Były to jedyne kilka dni we Lwowie, kiedy bałem się represji. Ale bać się a tchórzyć to są dwie różne rzeczy, których Wat nie rozróżnia. Wat [...] zmyślił pogróżki Putramenta pod moim adresem, zmyślił moje pocenie się ze strachu i bieganie do nieobecnej [wtedy we Lwowie] Wandy Wasilewskiej". I dalej dodał Ważyk, że gdy tylko skończyła się bójka, wziął z szatni płaszcz, żeby jak najszybciej opuścić lokal. Natychmiast oddał go z powrotem, gdy Ola Watowa wybiegła za nim i powiedziała, że poturbowany Aleksander źle się czuje. Cofnął się od wejścia, wrócił na salę. "[Wat] wymienia wszystkich obecnych w tym piekielnym pokoju, ale ja z jego wspomnienia wyparowałem, mimo że sam mnie sprowadził [na kolację do restauracji Aronsona] i że to ja go cuciłem z jego żoną Olą".

Od prowokacji nie minął nawet rok, gdy Sowieci zrezygnowali nawet z pozorów organizacyjnej odrębności związku polskich pisarzy. 17 wrześ­nia 1940 roku kilkudziesięciu literatów przyjęto do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy (zebrania, na których odbywał się rytuał przyjęcia, nazywano złośliwie "sekcją kajakową", bo wszyscy tam się kajali i bili w piersi za prawdziwe i wyimaginowane grzechy). Byli wśród nich: Jerzy Borejsza, Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Jerzy Putrament, Adolf Rudnicki, Adam Ważyk.

Jerzy Borejsza, przedwojenny komunista, który od razu jesienią 1939 roku dał się poznać jako człowiek absolutnie wobec nowych władców uległy, a zarazem typ wizjonera o niespożytej energii, rzutki i pełen pomysłów, mianowany został dyrektorem Zakładu Naukowego imienia Ossolińskich i przez cały czas sowieckiej okupacji odgrywał znaczącą rolę w lwowskim życiu naukowym i literackim, którego reguły ustalono na obraz i podobieństwo tych panujących w ZSRR. A tam nie wystarczało nie być przeciw, należało być za.

W swoim gabinecie po poprzednim dyrektorze Ossolineum Antonim Lewaku (którego aresztowało NKWD i wszelki ślad po nim zaginął) Borej­sza obok portretów Mickiewicza, Kościuszki i Szopena zawiesił portret Stalina. Przeprowadził w bibliotece Ossolineum czystkę, usuwając nie tylko książki niewłaściwych autorów, ale nawet ich karty katalogowe (dawał tam jednak zatrudnienie bezrobotnym pisarzom i uczonym). Rozwinął niezwykłą aktywność, współpracował z kolaboranckim "Czerwonym Sztandarem", był dyżurnym mówcą, wygłaszał odczyty i pogadanki na zadany temat (już to o wielkości Lenina, już to o wątkach rewolucyjnych w poezji Mickiewicza). Kierował zespołem przygotowującym nowe programy szkolne i podręczniki, których zadaniem było sowietyzowanie polskiej młodzieży. Występował na wiecach politycznych, gdzie agitował za przyłączeniem zachodniej Ukrainy do ZSRR.

Aleksander Wat w Moim wieku powtarzał, co się wtedy mówiło we Lwowie: że Borejsza był agentem NKWD, zwerbowanym jeszcze przed wojną[6]. Sam Borejsza wiedział o tych pogłoskach, a Wat był na początku lat pięćdziesiątych świadkiem jego wybuchu: "Mówią o mnie, że jestem agentem Moskwy - wściekał się Borejsza. - Durnie, durnie, durnie. Oni nie wiedzą, że ci właściwi, ci prawdziwi agenci to są ci, których nigdy się nie domyślają".

Gdy pod koniec czerwca 1941 roku do Lwowa zbliżali się Niemcy, Ważyk - podobnie jak Borejsza i Putrament - ewakuował się dalej na wschód i wylądował w Kujbyszewie. Wszyscy trzej całą wojnę spędzili po sowieckiej stronie, byli działaczami Związku Patriotów Polskich, powołanego w marcu 1943 roku przez Wandę Wasilewską. I wszyscy trzej wstąpili do armii generała Berlinga, gdzie pełnili funkcję oficerów politycznych.

W czasach lwowskich - zdaniem Miłosza - na przeszkodzie całkowitemu "przekształceniu się Ważyka w człowieka sowieckiego stały jego nałogi wyniesione z przedwojennej Warszawy, gdzie obowiązywało pewne minimum dobrego smaku [...]. Niektórzy poeci we Lwowie posunęli się w swoim strachu i służalstwie do pisania utworów śmiesznych w swojej obrzydliwości, inni, a do nich należał Ważyk, szukali sposobu, jak schlebiać, zachowując pewną miarę".

Ślady tego procesu przekształcania się na miarę oczekiwań nadchodzących czasów odnajdujemy w wierszu Szkic pamiętnika pisanym jeszcze w ZSRR:

W tych latach mówiłem do siebie głosem starszego brata:

ileż razy trzeba cię budzić, abyś zbudził się w swojej epoce?

Ważyk chciał zaakceptować "epokę, w której się zbudził". Stał się "człowiekiem przemienionym" - jak pisał w Odzie dialektycznej. Tyle że jeszcze pamiętał siebie dawnego.

Ja, przemieniony, nie zapomniałem

ani listeczka zetlałej treści

i wiem, że piękno, stając się ciałem,

ból doświadczenia w rysach pomieści.

Czy miał na myśli "ból doświadczenia lwowskiego", który tak dramatycznie zaciążył na wyborach wielu polskich pisarzy, że od razu w Lubli­nie włączyli się w budowę komunizmu?

Lublin, pierwsze po przekroczeniu Bugu duże miasto na drodze zwycięskiego marszu żołnierzy radzieckich, miał się stać na kilka miesięcy nie tylko siedzibą nowych władz, ale też głównym ośrodkiem odradzającego się po pięciu latach okupacji życia społecznego i kulturalnego. Kierowani nadzieją, że można będzie wreszcie opublikować artykuł czy wiersz, wystąpić w radio, zorganizować koncert, wystawić sztukę, ściągali do Lublina pisarze, dziennikarze, aktorzy, reżyserzy, niekoniecznie entuzjaści wprowadzanych przez Sowietów porządków. Nowo powstające instytucje życia kulturalnego otwarte były wtedy dla wszystkich gotowych do współpracy. Wciąż jeszcze trwała wojna, a na zapleczu frontu już tętniło życie: odczyty, poranki poetyckie, wieczory autorskie, spektakle teatralne przyciągały zgłodniałe wydarzeń kulturalnych tłumy. W samym Lublinie wychodziły wtedy dwadzieścia cztery gazety i czasopisma. Jednocześnie od pierwszych dni zaczęło się zastraszanie i terroryzowanie społeczeństwa. Na zajmowanych przez sowieckie wojska terenach panoszyło się NKWD, rozbijając struktury podziemnego państwa polskiego, aresztując i wywożąc na Wschód tysiące polskich obywateli.

Wtedy, w sierpniu 1944 roku w Lublinie, Ważyk znany był przede wszystkim jako autor słów do Marszu I Korpusu, który towarzyszył kościu­szkowcom w ich drodze z Sielc nad Oką aż po Berlin; później stał się sztandarową pieśnią Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Spoza gór i rzek

Wyszliśmy na brzeg.

Czy stąd niedaleko już

Do grających wierzb, malowanych zbóż?

Wczoraj łach, mundur dziś!

Sciśnij pas, pora iść.

Ruszaj, Pierwszy Korpus nasz -

Spoza gór i rzek - na Zachód marsz[7].

Specjalnie dla Teatru I Dywizji napisał sztukę Ławka w Łazienkach, pomyślaną jako wielki spektakl historyczny, w którym przy tytułowej ławce pojawiają się kolejno spiskowcy z powstania listopadowego, polscy oraz rosyjscy rewolucjoniści, Niemcy okupujący Warszawę, wreszcie żołnierze Wojska Polskiego. Aktorzy w mundurach, którym autor kazał strzelać do kukiełek symbolizujących - jak zaznaczył w didaskaliach - "faszystowsko­-sanacyjnych winowajców wrześniowej klęski", zwracali się ze sceny z patriotycznymi apelami wprost do żołnierzy na widowni, zagrzewając ich do boju. Historia zatoczyła koło - tłumaczył Ważyk: od Mazurka Dąbrowskiego do Marszu I Korpusu (na początku szwoleżer, który u boku Napoleona wyganiał w 1807 roku Prusaków, uczy małą dziewczynkę śpiewać: "Marsz, marsz Dąbrowski...", w finale pieśń kościusz­kowców wykonuje chór Wojska Polskiego, walczącego z Niemcami u boku Armii Czerwonej).

Opowiadał nam krytyk literacki Ryszard Matuszewski, który ściągnął do Lublina we wrześniu 1944 roku, że Ważyk w mundurze i z bronią u boku czuł się panem sytuacji:

- Gdy w Krakowie chciał go wylegitymować patrol sowiecki, spytał: "Wy znajetie, kto eto Koscjuszko?". Oni pokiwali głową, a on wtedy: "Koscjuszko eto tiepier? ja"[8].

Szybko oddelegowany z wojska na front ideologiczny, Ważyk wszedł do redakcji utworzonego jako organ PKWN-u pisma "Rzeczpospolita", którego redaktorem naczelnym został Jerzy Borejsza, wyznaczony przez Sowietów na namiestnika polskiej kultury.

Pierwsza reakcja pisma na wieść o wybuchu powstania w Warszawie była jeszcze entuzjastyczna: "Z miliona serc polskich wyrywa się jeden okrzyk: "Warszawo, wytrwaj w walce, śpieszymy z pomocą"". Dwa tygodnie później we wstępniaku Tragedia Warszawy ton był już inny: "Historia nigdy nie wybaczy tym, co dwukrotnie [we wrześniu 1939 roku i w sierpniu 1944] wskutek haniebnej polityki prywaty narazili naszą stolicę na tragiczną walkę, co dwukrotnie apelowali do bohaterstwa warszawiaków, nie szczędząc dla dyktatury sanacji krwi polskiej". Kiedy powstanie dogorywało, "Rzeczpospolita" pisała już o nim jako o "próbie powtórzenia pod okupacją sanacyjnego przewrotu majowego".

Dziennik nie zaspokajał jednak ambicji Borejszy. Z rozmachem zabrał się do budowania całego koncernu z siecią własnych księgarń i bibliotek, wydającego pisma codzienne, periodyki i książki, organizującego druk i kolportaż, propagującego czytelnictwo i samokształcenie. Gdy tylko dowiedział się, że w Lublinie zakwaterowano grupę więźniów, uciekinierów z ostatniego transportu z Majdanka do Auschwitz, zaproponował im spotkanie.

- Wybraliśmy się w sześciu, każdy podoficer bądź oficer Armii Krajowej, a nikt przed wojną nie komunizował - opowiadał nam Czesław Kulesza, związany z utworzoną przez Borejszę Spółdzielnią Wydawniczą "Czytelnik". - Rozmowa trwała całą noc. Borejsza mówił o nadchodzącej ze Wschodu armii: "Jeśli wejdą inaczej niż jako sprzymierzeńcy, nie zostanie tu kamień na kamieniu". I opowiadał o swoim marzeniu - polskich książkach w wielkich nakładach[9].

Marzenie to szybko urzeczywistnił: jeszcze w 1944 roku Czytelnik wydrukował półtora miliona egzemplarzy książek, głównie czytanek szkolnych, AK-owcy z Majdanka zaś, których Borejsza przekonał, przez długie lata stanowili trzon pionów organizacyjnych, drukarni, kolportażu i finansów wydawnictwa.

W ten sposób budował organizacyjne i kulturalne zaplecze nowej władzy, zapewniając jej poparcie środowisk intelektualnych. Działalność przyszłego imperium wydawniczego zainaugurowało wydanie tomików poetyckich Jastruna, Przybosia, Putramenta. I wierszy Adama Ważyka, które złożyły się na tomik Serce granatu. Pisał je na szlaku, jaki I Dywizja imienia Tadeusza Kościuszki przemierzała wraz z Armią Czerwoną w drodze do Polski, a przecież niemal całkowicie wyzbyte są propagandowych akcentów. Są wśród nich wiersze odwołujące się wprost do tradycji horacjańskiej (Gdzie sosna wielka), są nostalgiczne liryki, jak Trzecia jesień:

Jedynym Twoim domem jest ta jesień rdzawa,

zamieć liści po trzykroć nad Tobą zawisła,

to szumi popiołami zdmuchnięta Warszawa,

to dopływa do stóp Twych nie zniemczona Wisła.

Wojna rozrzuciła polskich pisarzy po miasteczkach, wsiach, dworach i tam odnajdywał ich, osobiście albo przez posłańców, Borejsza. Proponował dach nad głową, wikt, druk, wieczory autorskie[10]. Przybyszów lokowano w zarekwirowanym pałacyku, wkrótce nazwanym Borejszówką, przy ulicy Radziwiłłowskiej 9, gdzie w zaimprowizowanej stołówce wydawano obiady i racje wódki. Zamieszkali tam Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Artur Sandauer, Adam Ważyk. I Stefan Żółkiewski, w latach okupacji redaktor pism komunistycznego podziemia.

"Wtedy z perspektywy Krakowa jeszcze pod okupacją - Polska lubelska to był Czytelnik - pisał w Przyczynku do autobiografii Jan Kott, który popłakał się na widok pierwszych numerów "Odrodzenia". - Państwo w państwie. Zwłaszcza dla pisarzy".

Ważyk został sekretarzem pierwszego literackiego przyczółka nowej władzy - Związku Zawodowego Literatów Polskich (od razu w jego imieniu wystąpił do lubelskiego rządu o pomoc w ściągnięciu do kraju swego przyjaciela, Aleksandra Wata, który tymczasem przeszedł przez gehennę sowieckich więzień i wylądował na zesłaniu w Kazachstanie). Zaczął pracę w redakcji "Odrodzenia", pisma literackiego w zamierzeniu skupiającego autorów różnych światopoglądów (na naczelnego Borejsza desygnował Karola Kuryluka, przed wojną twórcę lewicowego pisma "Sygnały", po którego wysłał specjalnie samochód do Lwowa).

Jacek Bocheński przyniósł wtedy do redakcji "Odrodzenia" swoje debiutanckie wiersze (w pierwszym numerze opublikowano mu poemat) i zapamiętał dobrze Ważyka, którego wiersze znał sprzed wojny:

- Mówił piskliwym głosem, bardzo się mądrzył, zimny besserwisser, guru, rezoner, w związku z głosem i wzrostem sprawiał trochę śmieszne wrażenie.

Pierwszy numer pisma - z 3 września 1944 roku - otwierały Mod­litwa Juliana Tuwima z Kwiatów polskich, która przesłana z Nowego Jorku krążyła po kraju w odpisach ("Chmury nad nami rozpal w łunę,/ Uderz nam w serca złotym dzwonem,/ Otwórz nam Polskę jak piorunem/ Otwierasz niebo zachmurzone"), oraz zbiorowy nekrolog kilkudziesięciu polskich pisarzy, artystów i uczonych, którzy zginęli bądź zostali zamordowani w czasie okupacji. Raczej symboliczny, bo lista była niekompletna, a w pojedynczych przypadkach informacje o śmierci okazały się nieprawdziwe.

W drugim numerze to Ważyk jako jeden z pierwszych przypisał zbrodnię katyńską Niemcom: "Obok garsteczki dawnych oficerów polskich i oficerów Polaków z Armii Czerwonej, którzy przybyli do nas, aby zapełnić tę straszliwą lukę, jaką Niemcy wyrąbali w naszych kadrach swoim mordem w Katyniu, wyrosła nowa kadra oficerska, do której dostęp ma każdy bez względu na pochodzenie społeczne czy cenzus naukowy".

Jako jeden z pierwszych przekładać zaczął sowiecką nowomowę na polski, a w tym, co mówił i pisał, trudno rozpoznać głos dobrego poety i świetnego tłumacza. "Z pojęć i myśli błąkających się przed laty wśród gości Wesela wyrosła oficjalna, sanacyjna frazeologia państwowotwórcza" - recenzował pierwszą lubelską premierę Teatru Wojska Polskiego. I dalej pisał o "patosie karłowatego imperializmu", "apetytach żarłocznej kliki", "rojeniach głupca obszarniczego o podbojach na wschodzie i zachodzie" oraz "niewidzialnym dla publiczności prześwietnym duchu finansjery". Pisząc o Cyprianie Kamilu Norwidzie, wystawiał cenzurkę jego niesłusznemu światopoglądowi: "Drobnomieszczańska utopijna formuła społeczna Norwida, którą w dalekiej konsekwencji historycznej faszyzm zużył i wyszargał w swojej maskaradzie - została ostatecznie skompromitowana".

Przywieziony ze Wschodu przez Ważyka język jeszcze wtedy nie był językiem obowiązującym. Przeciwnie, "Odrodzenie" długo trzymało się linii wyznaczonej przez Borejszę, który we wstępniaku Rewolucja łagodna podkreślał, że miejsce Polski jest w Europie, i ganił przerażonego zmianami "kawiarnianego bęcwała". "To jest rewolucja. I jesteśmy jakobinami - pisał - ale spadkobiercami polskich jakobinów: Jakuba Jasińskiego, Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica [...]. Ziemię obiecaną chłop otrzymał nie za cenę morza czerwonej krwi, ale praworządnym aktem legalnej, łagodnej rewolucji"[11].

Taka była - przynajmniej na tamtą chwilę - wykładnia zamierzeń nowej władzy. Przed pisarzami roztaczano perspektywy wielkich nakładów i tłumaczeń na obce języki; raczej uwodzono ich, niż straszono. Na wydany w lubelskiej filharmonii 7 listopada 1944 roku przez generała Bułganina, pełnomocnika Związku Sowieckiego przy PKWN-ie, wielki bankiet z okazji rocznicy rewolucji październikowej - serwowano kawior, łososia, pieczone kaczki i prosięta, koniak, wódka i szampan lały się strumieniami, a zespół pieśni i tańca NKWD śpiewał: "Jeszcze Polska nie zginęła..." - sproszono całą ówczesną elitę. We wspomnieniach z tamtych czasów bankiet ten jednak pojawia się rzadko, jego uczestnicy jakoś się swoją tam obecnością nie chwalili[12].

"Łagodnej rewolucji" miała towarzyszyć rewolucja edukacyjna. Stworzony przez Borejszę Czytelnik wydawał klasyków, tworzył w miastach i miasteczkach biblioteki, szkolił "przodowników bibliotecznych", organizował koła głośnego czytania, w których wielu niepiśmiennych dorosłych - analfabetyzm był poważnym problemem przedwojennej Polski - miało pierwszy raz kontakt z książką. Czy wierzył, że rewolucja rzeczywiście będzie łagodna? Zdaniem historyczki Krystyny Kersten był na to zbyt inteligentny.

- Borejsza był przecież komunistą - mówiła nam. - A komuniści dążyli do wprowadzenia systemu sowieckiego, różnili się tylko przekonaniem, jak szybko i jak bardzo przeciwko społeczeństwu.

Ci, którzy spędzili wojnę w ZSRR, i ci, którzy po przejściu przez lwowskie poletko doświadczalne poznali okupację niemiecką, tamtego lata w Lublinie dawali się przekonać, przyjmując obietnice wszechwładnego wówczas Borejszy i wierząc, że polska wersja komunizmu będzie jednak łagodniejsza niż to, co przeżyli we Lwowie[13].

Ważyk należał wtedy już do "przekonanych". Rozpoznajemy go - choć nie pada tam jego nazwisko - w napisanym czterdzieści lat później wierszu Czesława Miłosza Rok 1945.

- Ty, ostatni poeto polski!: pijany, ściskał mnie

Kolega z Awangardy, w długim wojskowym szynelu,

Który wojnę przeżył na wschodzie i tam zrozumiał.

Nie mógł go tego nauczyć Guillaume Apollinaire

Ani programy kubistów i jarmark paryskich ulic.

Na iluzje najlepszy jest głód, cierpliwość i posłuszeństwo.

Wyobrażali sobie. A szedł dwudziesty wiek.

Słowa w ich pięknych stolicach te same od Wiosny Ludów.

Ale nie oni odgadli, co będą odtąd znaczyły[14].

Wiara i strach. O tym splocie wspominał Kazimierz Brandys - który też się nie oprze pokusom nowej wiary - w dzienniku­-eseju Miesiące, pisanym w latach 1978-1987: "Ważyk spędził wojnę w ZSRR. Tam się przeraził i uwierzył. Czy wiara może się łączyć ze strachem? Myślę, że tak. Niegdyś o dobrym, wierzącym chrześcijaninie mówiło się: "bogobojny człowiek"".

6 Na lewo to był szpanczyli Tadeusza Konwickiego droga do partii

Tadeusz Konwicki, 1950

? Benedykt Dorys / oprac. Czesław Czapliński / FOTONOVA

3 maja 1945 roku dziewiętnastolatek z Nowej Wilejki, Tadeusz Konwicki, wsiadł w Wilnie do pociągu repatriacyjnego. Miał fałszywe papiery, tak jak inni chłopcy z jego oddziału partyzanckiego. Rozdzielili się i zajęli miejsca w różnych wagonach, udając, że się nie znają. Ale już wkrótce byli w tym samym przedziale i śpiewali patriotyczne piosenki.

Konwicki brał udział w akcji AK "Burza", której celem była walka z Niemcami na tyłach frontu wschodniego i przygotowanie terenu dla polskich władz, tak by wobec wkraczających wojsk sowieckich mogły występować jako gospodarze. Prawdziwa przygoda, której Konwicki nie mógł się doczekać, gdy uczestniczył w tajnych kompletach i konspiracyjnym harcerstwie, przygoda z bronią w ręku, rozpoczęła się 6 lipca 1944 roku, kiedy wraz z kolegami przyłączył się do Brygady Oszmiańskiej AK idącej do powstania.

Natarcie oddziałów AK na Wilno nie powiodło się; powstanie wileńskie zgasło, nim się na dobre rozpaliło. Nie tylko nie zdobyto Wilna, ale nawet żaden oddział nie przedarł się do miasta. Oddział Konwickiego próbował wykoleić niemiecki pociąg pancerny w pobliżu Nowej Wilejki, zdążyli oddać zaledwie kilka strzałów. A zaraz potem Wilno zajęli ­Sowieci i od razu zaczęli rozbrajać AK-owców, wywozić ludzi na Wschód.

Brygada Oszmiańska wymknęła się jednak Sowietom, zdemobilizowała się sama, a Konwicki na fałszywych papierach zaczął ukrywać się w jakimś majątku pod Wilnem. W listopadzie 1944 roku znów znalazł się w partyzantce, tym razem antysowieckiej. Jego pluton uformowany był z niedobitków dawnych brygad wileńskich i młodych ludzi, którzy zaciągnęli się do wojska, by uniknąć sowieckich aresztowań. W styczniu 1945 roku dostali za zadanie przedostać się za niedawną jeszcze granicę z Generalną Gubernią (nikomu z nich nawet nie przychodziła do głowy myśl, że przekraczają przyszłą wschodnią granicę Polski), rozpoznać, czy mogłaby to być droga odwrotu i jakie są tam możliwości działań partyzanckich. Ruszyli zza Wilna, przez Puszczę Rudnicką i Ruską, przekroczyli saniami zamarznięty Niemen, dotarli w okolice Suwałk i Augustowa. A po powrocie okazało się, że nie mają już komu złożyć meldunku z odbytej wyprawy. Kilkusetosobowy oddział "Tura", do którego należeli, rozbili Sowieci. Zostali sami, dwadzieścia kilka osób, siedmioro sań, trochę zdobycznej broni. Bez dowódców, ale też bez świadomości, że Armia Krajowa została rozwiązana i tym samym zostali zwolnieni ze złożonej przysięgi.

Konwicki wielokrotnie później rekonstruował tamten czas, przetwarzając go w literacką fikcję, to oddalając się od swych partyzanckich przeżyć, to znów zbliżając się do nich. Po latach relację z działalności w oddziale "Wrzosa", do którego w połowie lutego 1945 roku dołączył Konwicki, złożył historyk, Ryszard Kiersnowski, w książce Tam i wtedy. Opowiadał o ich dowódcy "Wrzosie", o jego dziewczynie "Mewie", o "Pigułce", "Zemście", "Sokole". Opisywał inicjację "Bobra" - to pseudonim Konwickiego - przy rozbijaniu posterunku w miasteczku Worniany i niszczenie dokumentów nowej władzy w stojącym obok sielsowiecie. To tam Konwicki - tak przynajmniej zapamiętał Kiersnowski - puścił serię z karabinu w kierunku sowieckiego żołnierza, prawdopodobnie ratując Kiersnowskiemu życie.

Rozstrzeliwali schwytanych jeńców sowieckich. Żyli z rabowania okolicznych gospodarstw. Raz ograbili przez pomyłkę dom, gdzie schronił się ostatni szef Okręgu Wileńskiego AK. Nakazał rozwiązanie oddziału i rozstrzelanie sprawcy napadu. Ale ani poleceń, ani wyroków nie miał już kto przekazywać w dół. Włóczyli się po lasach z coraz bardziej topniejącym oddziałem. Pod koniec było ich już tylko siedmiu.

Na przełomie kwietnia i maja odnalazły ich w puszczy wileńskiej harcerki, łączniczki AK; miały dla nich fałszywe dowody osobiste i karty repatriacyjne. Przekonały ich, że ponieważ te strony są już opanowane przez Sowietów, walczyć trzeba w miejscu, gdzie to jeszcze możliwe.

Dojechali do Białegostoku i tam ich zastał, po kilku dniach koczowania w mieście, koniec wojny. Żołnierze sowieccy strzelali na ulicach na wiwat, śpiewali, całowali się. "My przegraliśmy swoją wojnę" - odtwarzał później swój stan umysłu w Kalendarzu i klepsydrze Konwicki. Nadzieję widzieli w tym, że panowanie sowieckie musi potrwać krótko, bo alianci szybko zwrócą się przeciw Rosji.

Przystanki Konwickiego to Warszawa, potem Kraków, gdzie usiedział ledwie chwilę i zabrał się dalej, na Ziemie Zachodnie. Przez krótki czas, jeszcze w 1945 roku, pracował w Gliwicach w urzędzie zajmującym się przejmowaniem mienia poniemieckiego. Być może jego losy potoczyłyby się inaczej, gdyby - jak nam mówił - potrafił szabrować. Ale nie potrafił, więc przymierał głodem. Wrócił do Krakowa, gdzie zapisał się na architekturę. Rysował dobrze, lecz przeraziła go ilość matematyki, przeniósł się więc na polonistykę. Przeżył krótki okres zanurzenia się w religię. W 1946 roku wahał się, czy nie jechać do Gdyni, skąd zblatowany statek miał wywieźć resztki jego oddziału na Zachód. Ale został.

Tyle razy o tym pisał i mówił, na tyle sposobów przetwarzał tamto doświadczenie, że można jego drogę z wileńskich lasów do warszawskich salonów komunistycznych opisać jego własnymi słowami. Powrócił do Polski rozwścieczony, rozgoryczony. I wyposzczony po sześciu latach ascezy, wyrzeczeń fizycznych, materialnych, duchowych, intelektualnych. Wyszedł ze światka o powierzchni jednego powiatu, zabitego deskami. Zobaczył miasto, kawiarnie, teatry, gazety, stowarzyszenia. Przyłączył się, a wraz z nim setki tysięcy, zarówno w krajach pod sowiecką dominacją, jak i w krajach Zachodu. "To było w klimacie, w powietrzu. Na lewo - to był wtedy szpan" - mówił Stanisławowi Beresiowi.

- Kiedy jechałem z Wilna do Polski, miałem adresy, kontakty do partyzantki - opowiadał nam. - Tymczasem zobaczyłem zupełnie inny świat. Wśród młodych ludzi był wtedy straszliwy głód życia. Odtworzenie tego czasu, tuż po wojnie, kiedy mojemu pokoleniu zawalił się cały świat, ze wszystkim, z moralnością, filozofią, etyką, kiedy zawaliło się człowieczeństwo, kiedy wyszliśmy z krwawej łaźni i trzeba było świat budować na nowo - nie, tego wszystkiego nie da się przekazać. Mnie się wydawało, że receptą na wydobycie się z tej całej katastrofy, również moralnej, jest utopia socjalistyczna.

- Nie mam żadnej pamięci do szczegółu - mówił innym razem - ale mam pamięć do klimatu emocjonalnego, moralnego. I muszę zdradzić tajemnicę, która nie przyniesie paniom żadnego pożytku. Nie było tak, jak to opisał Andrzejewski w Popiele i diamencie, że tu odchodząca klasa, pokonana, pijani nad ranem, upadający Rzym, a tu zwycięzcy; wszyscy wyszli zmiażdżeni, bo każdy albo siedział, albo kogoś mu wymordowali. Był wtedy wyż moralny, nastrój, że można świat odmienić[1].

- Jak miałem siedemnaście-osiemnaście lat - ciągnął dalej Konwicki - koło mnie odbywało się mordowanie narodu. Koło mnie byli chłopcy z automatami, dla których zabicie człowieka nie było przeżyciem. Nie należałem do pokolenia biznesmenów robiących przekręty, ale do pokolenia ludzi zmęczonych straszną wojną. Wtedy ludzie się wznosili na apogeum człowieczeństwa. Żyłem w ekosferze moralnej, w atmosferze napięć. Dlatego łatwo mi było przyjąć taką propozycję lepszego urządzenia świata. Jeszcze przy przekonaniu, że głupi świat doprowadził do tej hekatomby. Gdybym ja dziś powiedział polskiemu biznesmenowi, że trzeba poprawić świat, on by mnie wyśmiał, a wtedy to nie było śmieszne.

Po strasznej wojennej katastrofie, kiedy dawny świat zawalił się ze wszystkim, z moralnością, filozofią, etyką - podkreślił raz jeszcze - nam się wydawało, że my potrafimy ten świat odbudować na zupełnie innych zasadach. No, ale zetknęliśmy się z życiem takim, jakie ono jest.

Powtarzał to, na różne sposoby, w każdej kolejnej z nami rozmowie:

- Przyznam się, że jestem całkowicie bezradny w obliczu prób przedstawienia wam - i wszystkim tym, którzy tego nie przeżyli - czasu końca wojny, tego momentu, kiedy wchodziliśmy w nowe życie. Słońce, rozkwitłe sady, nadzieje, że coś się zbuduje, coś się zrobi, że będzie inaczej, lepiej. Oczywiście, można powiedzieć: "Byliście, panowie, strasznie naiwni". No tak, byliśmy naiwni, było to związane z naszym wiekiem, z naszym bardzo dotkliwym wojennym doświadczeniem, nie tak długim, ale intensywnym, i z naszym wychowaniem obywatelskim w konwencji polskiego romantyzmu. Moje pokolenie żyło na zupełnie innym piętrze niż wy. Myśmy żyli w świecie konieczności moralnych, sytuacji dramatycznych, inaczej byliśmy przygotowani do uprawiania tego życia, na inne rzeczy zwracaliśmy uwagę. Dlatego trudno się było przestawić, mając już kupę lat na karku, na zupełnie inny sposób życia, myślenia, wartościowania, zachowywania się.

W 1946 roku był naocznym świadkiem, jak krakowskie obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja przekształciły się w wielką, patriotyczną manifestację przeciwko nowym porządkom i na cześć Mikołajczyka. Zaatakowali ją żołnierze i UB, a po niej rozpoczęły się masowe aresztowania studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego.

- Oczywiście nie popierałem przemocy - opowiadał nam - ale niewiele z tej demonstracji pamiętam. Zachowywałem się tak jak tłum, to znaczy, kiedy zaczęto strzelać, uciekałem wraz z innymi.

Nie zapamiętał też, jak ją opisał w socrealistycznej powieści z 1954 roku Z oblężonego miasta: "Demonstrantom brakowało już miejsca na jezdni. Miotali się po chodniku, biegli gdzieś w przód, nie mogąc znaleźć ujścia dla nerwowego szoku. Była to prawdziwa orgia patriotyczna, którą kierowało prawo tłuszczy. Z Karmelickiej, zza rogu, wypadło półpancerne otwarte auto, na którego platformie stały sprężone karabiny maszynowe. Huknęły ciężkie serie nad głowami tłumu. Zaśmiałem się, sam nie wiem czemu. Ci nienawistni ludzie z auta pancernego wydali mi się sympatyczni"[2].

Gdy w 1947 roku "Odrodzenie" przeniosło się z Krakowa do Warszawy, przeniósł się też i Konwicki. Naczelnym "Odrodzenia" był jeszcze wtedy Karol Kuryluk, od którego - jak z wdzięcznością przyznaje - nauczył się, jak robić pismo[3].

Wkrótce miejsce Kuryluka zajął Jerzy Borejsza i przejął Konwickiego. "Dlaczego ten masywny, tęgi człowiek z zapieczoną pianą w kątach ust, grasejujący w tak charakterystyczny sposób, z manierami zaściankowego szlagona, z gestem wszechwładnego bossa koncernu z początków naszego wieku, dlaczego ten człowiek upatrzył sobie skromny tygodnik literacki, dlaczego całą ambicję włożył w odebranie tej zabawki Karolowi Kurylukowi, założycielowi i twórcy "Odrodzenia", dlaczego mając kilkadziesiąt gazet, tygodników, miesięczników, chciał koniecznie redagować ten niewielki periodyk?" - pytał Konwicki po latach w Nowym Świecie i okolicach.

I odpowiadał, że jedynym pragnieniem, jedyną żądzą Borejszy było redagowanie "Odrodzenia".

Tymczasem nadchodził etap, kiedy władza potrzebować będzie nie wizjonerów, ale posłusznych wykonawców odgórnych dyrektyw. "Demo­kracja ludowa", "łagodna rewolucja", "polityka otwartych drzwi" - to były hasła dobre na pierwszy etap. Uchwała Sekretariatu KC PPR z października 1947 roku stwierdzała, że prasa czytelnikowska "w poprzednim okresie odgrywała rolę neutralizacji środowisk wrogich", ale ostatnio "stała się łożyskiem ideologicznego oddziaływania ośrodków reakcyjnych na bezpartyjne masy", wypominała, że należący do koncernu "Przekrój" stał się "terenem wzmożonej infiltracji propagandy anglo­-amerykańskiej", polecała "oczyszczenie aparatu kolportażowego z elementów obcych i wrogich". Borejsza chciał mieć w "Odrodzeniu" głos decydujący, osobiście pilnować "słusznej linii".

Konwickiego, który nie miał mieszkania w Warszawie, ulokował Borejsza w hotelu Bristol. "I ja, dwudziestoletni, jeszcze wileński - pisał Konwicki w Kalendarzu i klepsydrze - jeszcze wiejski i przaśny, zamieszkałem w wytwornym apartamencie obok dyplomatów, ministrów, generałów".

Wtedy właśnie nastąpił jego literacki debiut. Opowiadał o tym reżyserowi Andrzejowi Titkowowi w filmie Przechodzień: "Powstawał wtedy "Nurt", który miał być redagowany przez Borowskiego i Bratnego. Zwrócili się do mnie: "Kolego, przydałaby się nam jakaś proza, a wy, zdaje się, jesteście prozaikiem?". Nie wypadało zaprzeczyć, więc przymuszony, siadłem w hotelu, gdzie wciąż mieszkałem, i w trakcie jednego weekendu, nie jedząc, nie pijąc, spocony ze strachu napisałem to opowiadanie". Opowiadanie Kapral Koziołek i ja miało być w zamierzeniu polemiką z twórczością Borowskiego, pokazaniem, że wcale nie tak łatwo zabijać.

Bohaterem Kaprala jest, jak można się domyślać, alter ego Konwickiego, młody chłopak z inteligenckiego domu, który trafia do oddziału partyzanckiego (tyle że oddział walczy nie przeciw Sowietom, ale przeciw Niemcom) i dostaje pseudonim "Ćwok" ("Uchodziłem w oddziale za łajzę. Ot, taki inteligent, który nie potrafi dobrze przeprowadzić patrolu żywnościowego, bo "przykro jakoś zabierać ostatnią kurę" - jak tłumaczyłem się raz kapralowi"). Ma wykonać wyrok na dwóch jeńcach niemieckich, których wcześniej cichcem zapewniał, że zostaną puszczeni wolno. I zadanie to, wbrew sobie, wykonuje.

"Opowiadanie było sceptyczno­-ironiczne, zjadliwe, odbierające naszym działaniom nie tylko sens, ale i walory ideowe" - pisał z goryczą Ryszard Kiersnowski i dodawał, że całkowitym przypadkiem tuż po jego przeczytaniu spotkał Konwickiego na ulicy w Warszawie. A ten mu miał powiedzieć: "A co do tego opowiadania, to wiesz, już mnie pewien ksiądz za nie ochrzanił tak, że byłem długi czas struty, ale jak to sobie dobrze przemyślałem, to uważam, że mam rację".

W tym czasie Konwickiego pochłaniała przede wszystkim praca w "Odrodzeniu" Borejszy - jak to określił po latach - polskiego Hearsta. Był niezwykle zdolny i rwał się, żeby coś robić. To był czas szybkich awansów. Jeszcze niedawno dorabiał jako korektor w "Odrodzeniu", szybko został redaktorem technicznym, wreszcie sekretarzem redakcji.

"Stałem się jego pupilem, totumfackim, prawą ręką, niewidzialną prawą ręką. Zaledwie pełnoletni, mało co obyty z literaturą, przy pomocy Borejszy redagowałem "Odrodzenie" - wspominał w Nowym Świecie i okolicach. I dalej, z właściwą sobie ironiczną przesadą: - Kiedy szedłem do sekretariatu Borejszy z mokrymi od farby odbitkami kolumn, rozstępowały się przede mną kordony sekretarek, sekretarzy, kierowników, dyrektorów. Wchodziłem chłodny i wyniosły do szefa gabinetu cesarza imperium, gdzie pokornie siedzieli na krzesełkach ministrowie czekający na posłuchanie, a ja wchodziłem do tego cichego pokoju i bez słowa, nie obdarzywszy ani jednym spojrzeniem zazdrosnych ministrów, szedłem autorytatywnym krokiem do drzwi cesarskiego gabinetu, otwierałem je niedbale i zanurzałem się w niedostępne wnętrze".

Już wtedy jednocześnie pisał Rojsty, gorzką powieść, w której przetworzył swoje doświadczenia z wileńskiej partyzantki. Pokazywał tam, jak patriotycznie wychowana młodzież, która przystępowała do walki z przyczyn ideowych, przekształcała się w bandę zajmującą się rabunkami, gwałtami i krwawymi wewnętrznymi porachunkami[4].

"Degenerujące się oddziały nie mogły być apetyczne ani podniosłe - mówił później, tłumacząc Stanisławowi Beresiowi, że nie poczuwał się do żadnej lojalności, bo i wobec niego nikt nie był lojalny, żaden z dowódców o nich nie pomyślał. - Przecież myśmy zostali złomotani! Mój oddział naprawdę ścigał Żydów. [...] Odczuwałem wstyd wobec Żydów, którzy byli moimi przyjaciółmi! Byłem zawstydzony i to nakładało się na przyjmowany światopogląd. Był to nowy światopogląd, który nie odróżniał ras; który miał nie odróżniać lepszych od gorszych".

Już w tej powieści pojawia się Nowa Wilejka, w której urodził się w 1926 roku i spędził dzieciństwo pełne obaw, duchów i lęków. Kolonia Wileńska, w pół drogi między Nową Wilejką a Wilnem, gdzie przeżył jako uczeń pierwsze uniesienia i pierwsze porażki, lasy wileńskie, gdzie włóczył się ze swoim partyzanckim oddziałem - te miejsca będą wciąż powracać w jego książkach.

Jest w Rojstach taki dialog między matką a synem:

- Idę w tych dniach do oddziału - powiedziałem prowokacyjnie.

- Nie będę ci broniła. Twój ojciec oddał życie za ojczyznę. Musisz tylko uważać na siebie, wiesz, że masz wątłe zdrowie.

Ten spór z romantycznym dziedzictwem i martyrologiczną wersją narodowej historii będzie Konwicki toczyć przez następne kilkadziesiąt lat[5].

Atakowany wielokrotnie, również w wolnej Polsce, za tę książkę, bronił się, twierdząc, że oparł ją na faktach. I tak scena, kiedy zastępca dowódcy oddziału gwałci za przepierzeniem córeczkę gospodarzy, którzy ich przyjęli na nocleg, rozegrała się naprawdę.

- Napisałem kiedyś gdzieś mądrą rzecz, za którą można mnie powiesić, a ja się jej nie wyprę - mówił nam. - Otóż partyzantka jest najbardziej ryzykowną i dwuznaczną formą walki zbrojnej. A to dlatego, że każdy dowódca, nawet najmniejszego oddziału, sam jest i sędzią, i katem, podczas gdy w normalnej armii są różne instytucje, prokuratura wojskowa, sądy wojskowe, jakiś aparat lepiej czy gorzej przestrzegający jakichś reguł. Z tego, co mówię, nie wynika, że uważam tę formę walki zbrojnej za niedobrą, uczulam tylko na to, że niesie ona najwięcej ryzyka dla naszego zachowania. Zresztą ja nie jestem agresywny, nie chcę za wszelką cenę bronić swoich racji. Moje rozczarowania są konsekwencją tego, że należałem do pokolenia, które wchodziło w wojnę pełne najszlachetniejszych porywów i które przegrało.

Konwicki złożył Rojsty w Czytelniku w 1948 roku. Borejsza już nie był w stanie mu pomóc w ich przepchnięciu przez sito cenzury (przeleżały aż do roku 1956)[6]. Jego gwiazda już od jakiegoś czasu zaczęła przygasać. Nie pomogły złożona na sierpniowym plenum samokrytyka ani pisane w "Odrodzeniu" wstępniaki o tym, że "pękł worek ideologicznego mętniactwa prawicowego", albo o potrzebie "demaskowania band Titów, Lechowiczów, Rajków". Zdjęto go ze stanowiska prezesa Czytelnika. Został co prawda zastępcą kierownika Wydziału Kultury KC PPR (po kongresie zjednoczeniowym - PZPR), ale na krótko. Kop w górę był w rzeczywistości odstawieniem na boczny tor.

We Wschodach i zachodach księżyca Konwicki opisywał, jak odwiedził Borejszę już w okresie jego upadku, w gmachu KC, gdzie wybrał się wraz z koleżanką z "Odrodzenia": "[Borejsza] wziął po pudełku papierosów dla nas i chciał odejść od szafy, ale się rozmyślił i jedno pudełko odłożył z powrotem. Zrobił krok w naszą stronę, ale zatrzymał się jednak, rozpieczętował niezręcznie pudełko i wziął ze sobą przygarść tych wspaniałych papierosów. Sypnął nam do dłoni po kilka, jak to dawniej się robiło z fornalami ze swego majątku. A przecież ten człowiek kilka lat temu rozdawał redakcje gazet, dyrekcje drukarń, mianował ambasadorów".

Konwicki przetrwał upadek swego protektora. Ustrój wciągał go dalej i dalej. Piórem zmazywał dawne grzechy. Chciał wierzyć. "Marksizm - mówił w filmie Titkowa - w przeciwieństwie do naszych polskich skłonności metafizycznych i maniactw, a także niesprawdzalnych intelektualnie kategorii, oferował empiryczne, racjonalne sposoby interpretowania świata i rozwiązywania trudności". W Kalendarzu i klepsydrze pisał: "Nagle rozwścieczył mnie conocny sen o Polsce - Chrystusie Narodów, rozwścieczyła ewangelia narodowa wieloksiągu romantycznego. Chciałem natychmiast i demonstracyjnie zamazać szybę w oknie, które pokazywało całą moją przeszłość i skomplikowany mój rodowód".

W styczniu 1948 roku Konwicki był jednym z uczestników opisywanego już tu seminarium młodych literatów w Nieborowie. Brał tam udział w warsztatach pisania scenariuszy filmowych i obejrzał niewyświetlanego jeszcze w kinach Obywatela Kane'a Orsona Wellesa. Już wtedy ciągnęło go do filmu, w "Odrodzeniu" pisywał recenzje filmowe. Nie angażował się w potyczki, jakie wschodzące pokolenie pisarzy toczyło tam ze swoimi starszymi kolegami. Nie zaznaczył też swojej obecności w gorących dyskusjach, jakie nocami prowadzili w tumanach papierosowego dymu jego obdarzeni większym temperamentem politycznym koledzy, z którymi dzielił pokój: Roman Bratny, Tadeusz Borowski, Wiktor Woroszylski. Ale relacjonując "studium nieborowskie" dla "Twórczości", pisał: "W prywatnych rozmowach literackiej grupy warszawskiej dojrzewał projekt upartyjnienia literatury, naturalnie w znaczeniu politycznego zdeterminowania swojej postawy ideologicznej. [...] Cierpiętnicze przesiadywanie okrakiem na barykadzie wielu młodym już dokuczyło. Ciężka sytuacja literatury nie pozwala pisarzowi zasłaniać się apolitycznością, która w dzisiejszych warunkach jest dość wyraźnie polityczna".

Wygląda na to, że on sam dojrzał już wtedy do pisania politycznego. Wraz z Woroszylskim zasiadł do scenariusza filmowego Na dzień zjednoczenia klasy robotniczej, którego fragmenty opublikowało "Po Prostu".

Czy już wtedy wiedział, że jego przyjaciel z lat szkolnych, z tajnych kompletów, z Brygady Oszmiańskiej, jako były AK-owiec został aresztowany, postawiony przed sądem pod zarzutem kolaboracji z Niemcami i skazany na kilkanaście lat obozu pracy, które spędzi w Workucie? Czy myślał, że mógłby to być również jego los?

W każdym razie minie jeszcze parę lat, nim Konwicki zdecyduje się wstąpić do partii. Z przechowywanych w archiwum miasta stołecznego w Otwocku materiałów Komitetu Warszawskiego, w tym zebrań ­POP-u Związku Literatów Polskich, można się dowiedzieć, że jego prośba o przyjęcie w poczet kandydatów na członka partii została wniesiona na zebraniu POP-u 19 października 1951 roku. Rekomendacji udzielali mu jego "pryszczaci" przyjaciele, między innymi Woroszylski. Opowiadał on o swojej przyjaźni z Konwickim. Jak go poznał w 1947 roku ("był już człowiekiem naszym, chociaż wielu rzeczy jeszcze głęboko nie przemyś­lał"). Jak razem jeździli w teren na zlecenie redakcji "Świata Młodych" ("wiedziałem, jak na niego działa zetknięcie z terenowym aktywem partyjnym i władzami bezpieczeństwa"). Jak od 1949 roku przebąkiwał o tym, że chce wstąpić do partii ("wtedy jednak doszedł do wniosku, że nie jest godzien"). Dodał, że widzi jedną ujemną cechę charakteru Konwickiego - pewne lenistwo, które jako pisarz partyjny będzie musiał w sobie zwalczyć.

Jednak wszystkim obecnym na sali wiadomo było, że nie o powojenne osiągnięcia kandydata tu chodzi ani o jego cechy charakteru.

Konwicki nie był pierwszym, którego przeszłość starannie roztrząsano przed powzięciem decyzji o zaszczytnym wyróżnieniu. Wielu wstępujących do partii pisarzy miało "skazy w życiorysie" i musiało się od nich odciąć. Jak choćby Witold Zalewski z batalionu AK "Kiliński", który przy przyjmowaniu do partii oświadczył, że udział w powstaniu warszawskim był kulminacją jego "postawy reakcyjnej", czy Roman Bratny, który tłumaczył, że w czasie powstania zrozumiał, iż "w AK kryła się zdrada najistotniejszych interesów narodu i wrogość wobec ideałów klasy robotniczej"[7]. Ale żaden inny przypadek przyjmowania do partii nie miał aż takiej dramaturgii. Nieprzypadkowo. Doświadczenie AK miał za sobą niejeden późniejszy apologeta systemu, jak właśnie Roman Bratny, Andrzej Braun, Stanisław Ryszard Dobrowolski, Aleksander Ścibor­-Rylski, Henryk Gaworski. Tyle że dla tamtych wrogami byli Niemcy, a dla Konwickiego - również Sowieci.

Z protokołu zebrania:

"Tow. Broniewska:

- Czy braliście udział w akcji zbrojnej wileńskiej AK?

Kol. Konwicki:

- Od 1944 roku do końca kwietnia 1945 roku byłem w antyradzieckim AK-owskim oddziale. Oddział ten miał na celu mordowanie działaczy demokratycznych, członków Partii i pracowników Bezpieczeństwa. [...] Nasz pluton dokonał napadu na gminę białoruską w Wornianach, gdzie rozbito Sielsowiet, pocztę itd. [...]

Tow. Boruński:

- Czy braliście osobiście udział w napadach i czy strzelaliście?

Kol. Konwicki:

- Tak. [...]

Tow. Żywulska:

- Czy wy, kolego Konwicki, mieliście jakieś wątpliwości, będąc w bandzie? [...]

Kol. Konwicki:

- Po przyjeździe do Polski było ujawnianie. Obejmowało ono cały teren kraju, lecz nie obejmowało tych osób, które działały przeciwko władzy radzieckiej. Byłem sam. Bałem się. Żyłem dotychczas w ­śro­dowisku bandytów, które odpowiednio urabiało obraz władzy ludowej. Proces przemian pogłębiał się jednak we mnie. Wyraźnie zaczynałem rozumieć, jak mnie ohydnie tumaniono, jak zostałem oszukany. ­P­ostanowiłem ujawnić się. Poszedłem do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i zgłosiłem na piśmie oświadczenie o przeszłości. [...]

Tow. Przemski:

- W jaki sposób przyłączyliście się do bandy?

Kol. Konwicki:

- Mieszkałem w Kolonii Wileńskiej w środowisku ludzi bogatych. Ich wpływ popchnął mnie na drogę zbrodni.

Tow. Przemski:

- Ilu żołnierzy radzieckich macie na sumieniu?

Kol. Konwicki:

- Żołnierzy radzieckich zabijały najbardziej zwyrodniałe elementy, zgłaszając się ochotniczo. Ja nie brałem udziału w egzekucjach. Podczas rozmaitych potyczek, walk, strzelałem jednak. Raz widziałem z daleka, że zraniłem radzieckiego żołnierza.

Tow. Przemski:

- Dlaczego zdecydowaliście się wstąpić do partii?

Kol. Konwicki:

- [...] Zrozumiałem, że zostałem oszukany. Miałem przeszło trzy lata, gdy umarł mój ojciec. Ojca pamiętam z jednej sceny: leżał na podłodze, miał pod głową wanienkę blaszaną. Z ust ciekła krew, która krzepła na twarzy. Ojciec był robotnikiem. Matka - służącą. Ojciec ciężko harował od 12. roku życia na siebie. Gdy się znalazłem w Polsce, to dopiero zrozumiałem, że występowałem w bandzie przeciwko moim rodzicom.

Tow. Przemski:

- Czy nie wystarczy być lojalnym synem Polski Ludowej, czy koniecznie w Partii chcecie odrobić przeszłość?

Kol. Konwicki:

- Chcę walczyć i żyć w oddziale zorganizowanym, jak żołnierz".

Dwudziestu partyjnych kolegów opowiedziało się za przyjęciem Konwickiego (Krystyna Żywulska "ze względu na tę długą, straszną drogę Konwickiego do partii", Leon Kruczkowski, bo gdyby na sali byli żołnierze radzieccy, to jego zdaniem głosowaliby za); dwóch było przeciw: Marian Bielicki ("Kol. Konwicki przedstawia proletariat wileński jako proletariat niedojrzały ideologicznie, jest to stanowisko niesłuszne, partyjnie fałszywe" i "czujność partyjna nie pozwala mu głosować za") oraz Bogdan Hamera ("Kol. Konwicki nie zasługuje jeszcze na przyjęcie do partii, w tej chwili chce za dużo"). Ale po przywołaniu ich do porządku przez Kruczkowskiego i pełniącą funkcję sekretarza POP-u Janinę Broniewską wycofali się, stwierdzając, że sumienie partyjne podpowiada im, by zmienić zdanie. Konwicki został przyjęty w poczet kandydatów na członka PZPR-u jednogłośnie.

Opisując później w różnych miejscach i na różne sposoby swoje zaangażowanie w komunizm, Konwicki bił się w piersi, rozpaczał, prześmiewał, to znów odgryzał, broniąc prawdy tamtych przeżyć. Swoje doświadczenie tak przetworzył w literaturę, że do własnych wspomnień ma trudny dostęp. Gdy przeczytałyśmy mu, co mówił na tym zebraniu POP-u, słuchał tego z prawdziwym zdumieniem.

- To była histeryczna noc - próbował sobie przypominać - która trwała do trzeciej nad ranem. Sabat czarownic, gdzie bezwzględnie rozdawano ciosy. Takie spotkania, seanse neurotyczno­-histeryczne, zastępowały wówczas spowiedź powszechną. Brałem w tym udział lekko stropiony.

- A potem kolegował się pan dalej z tymi, którzy przeciwko panu występowali?

- Tak, Hamerę nadal lubiłem, chodziłem z nim na wódkę. To było jakoś wyabstrahowane od normalnego życia.

Legenda głosi, że Konwicki zgłosił swój akces do partii, bo chodziło mu o uzupełnienie kruszących się szeregów i zapełnianie miejsca po wyrwie, jaką uczyniła śmierć Tadeusza Borowskiego. Kiedy jednak zapytałyśmy go o to, zaprzeczył.

- Słyszałem i czytałem, że to na cześć Borowskiego poszedłem do partii, że zadeklarowałem, iż w pierwszym szeregu bojowników zastąpię zmarłego. Czytałem i nie mogłem się nadziwić. Każdy, kto zna moje książki, wie, że ja się nie nadaję na energicznego aktywistę. Zacząłem się więc zastanawiać, skąd się to wzięło. W tamtych czasach był taki styl, że młodzi zdolni muszą być w partii. Ja nie miałem nic przeciwko temu, bo idee socjalistyczne były mi bliskie. Ale partia była czujna. "Z taką przeszłością... AK-owiec... reakcyjny... był w partyzantce antyradzieckiej..." - jednym słowem Komitet Dzielnicowy powiedział "nie". Normalnie było się kandydatem sześć miesięcy, a ja terminowałem kilka lat. Niestety, miałem życzliwych i wpływowych protektorów, którzy wszelkimi siłami starali się utorować mi drogę do partii. Może to oni właśnie wyciągnęli tę kartę, powiedzieli, że chcę zastąpić zmarłego, skorzystali z tej żałoby, żeby mnie wciągnąć? W każdym razie rzeczywiście zostałem kandydatem na członka partii w drugiej połowie 1951 roku. A ta legenda najwidoczniej wydała się możliwa i musiała się spodobać.

Chyba było jednak w niej coś z prawdy, bo na zebraniu POP-u, na którym dyskutowano kandydaturę Konwickiego, Janina Broniewska powiedziała, że zwrócił się on do egzekutywy o przyjęcie do partii na pogrzebie Borowskiego.

Przeczytałyśmy Konwickiemu i ten fragment protokołu.

- To nie ja powiedziałem, tylko Broniewska. Ale dobrze, jestem mężczyzną i całą winę biorę na siebie, nikogo nie oskarżam. Każdy buduje sobie własną legendę. Ale biografia to łańcuch rozczarowań przeplecionych gustownie omyłkami. Partyzantka, partia - trudno, żebym był szczęśliwy.

Przypisy

8 Wojowniczy głos w obronie pokojuczyli Europejczycy we Wrocławiu

[1] Po Pabla Picassa wysłano z Polski specjalny samolot rządowy. Picasso miał sześćdziesiąt sześć lat i był to jego pierwszy w życiu lot. "Francja tak się zmienia - zwykł mówić. - Po co się przemieszczać, gdy świat jest w ciągłym ruchu?" Albo: "Czy może istnieć bardziej niespodziewany krajobraz niż karafka wody, mieniąca się światłem?". Gdy jednak samolot wystartował i zatoczył koło nad polami okalającymi Paryż, Picasso zawołał z przejęciem: "Boże, przecież to kubizm, czysty kubizm!". Konwicki też wtedy, z okazji kongresu, pierwszy raz w życiu leciał samolotem, z Warszawy do Wrocławia.

[2] W jej skład wchodzili między innymi: Maria Dąbrowska, Zofia Nałkowska, Jarosław Iwaszkiewicz, kompozytor Andrzej Panufnik, profesorowie Józef Chałasiński, Lud­wik Hirszfeld, Tadeusz Kotarbiński, Kazimierz Wyka, Stanisław Lorentz, Stanisław Ossowski.

[3] Francja stanowiła dla Związku Radzieckiego miękkie podbrzusze Europy. To poprzez Francuską Partię Komunistyczną - w 1948 roku liczyła ona milion członków - i polityczny establishment francuski, infiltrowany przez agentów Kominformu, Związek Radziecki skutecznie oddziaływał i na resztę kontynentu. Ówczesne sondaże opinii publicznej podawały, że trzydzieści pięć procent mieszkańców Francji jest przekonanych, iż poziom życia w ZSRR jest wyższy niż we Francji. Być intelektualistą i nie należeć do partii komunistycznej, a przynajmniej nie być jej towarzyszem drogi, wymagało odwagi. Francuscy działacze komunistyczni różnych szczebli jeździli do Moskwy po instrukcje, nie widząc w tym nic niestosownego. W Paryżu wypadało być po stronie ZSRR, zwycięzcy spod Stalingradu, po stronie francuskich komunistów, którzy walczyli w ruchu oporu.

[4] Fadiejewowi, autorowi słynnej ongiś Klęski, a później gorliwemu aparatczykowi, rozgłos przyniosła napisana w czasie wojny Młoda Gwardia - powieść o działal­noś­ci podziemnej grupy młodzieży w Krasnodonie pod okupacją niemiecką. Na jej podstawie nakręcono film. Obejrzał go Stalin. Co to za opowieść o wyrostkach pozostawionych na łaskę losu w mieście opanowanym przez faszystów? A gdzie tu Komsomoł, gdzie kierownictwo partyjne? Fadiejew zaraz publicznie począł się kajać i oświadczył, że zabiera się do przerabiania książki. Wplótł wiele dodatkowych rozdziałów o starych bolszewikach i roli partii. Mówił: "Czasy są trudne i Stalin wie więcej niż ja". Wykazywał zawsze czujność. I tak jak opisuje to w swoich wspomnieniach Nadieżda Mandelsztam, w kwietniu 1948 roku zawiadomił najwyższe władze, że to z jego inicjatywy wstrzymano wydanie już wydrukowanego zbioru Borysa Pasternaka, ponieważ "jego niskiego lotu erotyczne wiersze podobne są do tego, co pisze Achmatowa".

[5] Borowski napisał to przy okazji omawiania wiersza Mieczysława Jastruna Odpowiedź T. S. Eliotowi. Przyznał, że poeta trafnie określa Eliota jako "zaślepionego proroka, który jak ślepy Terezjasz rozmawia z bogiem wojny atomowej", oraz "ideologa gnijącego imperializmu". Nie powinien jednak zwracać się do prowokatora, żeby przejrzał na oczy, bo "z wściekłym psem nie należy bawić się w pogawędki". (Już samo czytanie wierszy Eliota było w tamtych czasach ciężkim grzechem. Kiedy w 1951 roku Andrzej Braun zaatakował na łamach "Nowej Kultury" Tadeusza Różewicza, to przede wszystkim miał mu za złe, że ulega wpływom Eliota).

Sartre'a z kolei wziął pod but Witold Wirpsza: "Sartre, półfaszystowski geniusz,/ dowodził mroczną pisaniną,/ że ludzie w samotności giną [...]/ Chcesz znać diagnozę? Oto ona:/ W jądrze ciemności mieszczuch kona".

Kazimierz Brandys na jednym z zebrań organizacji partyjnej Związku Literatów (w grudniu 1950 roku) wyznał, że co prawda wykazał czujność w sprawie literatury amerykańskiego imperializmu, ale zawinił drobnomieszczańskim liberalizmem i obiektywizmem, puszczając w "Kuźnicy" opowiadania Sartre'a.

[6] W książce Życie, sprawy, ludzie, którą pisał już w bardziej liberalnych latach sześćdziesiątych, Erenburg tak wspominał wrocławski zjazd: "Spotkałem bardzo niewielu uczestników kongresu paryskiego: Andersena Nex?, Bendę, Marchwitzę, Stojanowa, Kornijczuka, chyba już wszystko". Erenburg musiał wiedzieć, czemu nie ma większości jego przyjaciół, którzy razem z nim organizowali antyfaszystowski kongres pisarzy w Paryżu w 1935 roku. Jedni - jak Izaak Babel czy Michaił Kolcow - zginęli podczas czystek, inni - jak francuski pisarz André Gide - odeszli od komunizmu. Wtajemniczonym dawał do zrozumienia, że wie, przytaczając swoją rozmowę z wiekowym już wtedy francuskim intelektualistą Julienem Bendą, autorem głośnej książki Zdrada klerków: "Eseista Benda, zapamiętały racjonalista, powiedział mi raz: "Widzi pan, przyjechałem mimo wszystko. Ale nic już nie rozumiem... Niech mi pan powie, co się stało z Bablem, z Kolcowem? I dlaczego mamy klaskać za każdym razem, kiedy ktoś wymieni nazwisko Stalina?"".

[7] W raporcie komisji senatora McCarthy'ego przy Kongresie USA stwierdzono: "Ruch na rzecz pokoju, który rodzi się we Wrocławiu, zorganizowany przez Kominform, to najniebezpieczniejszy zamiar realizowany przez międzynarodowy spisek komunistyczny".

[8] W Polsce akcja zbierania podpisów pod apelem sztokholmskim rozpoczęła się 10 maja 1950 roku, a jako pierwszy podpisał się pod nim Bolesław Bierut (w oficjal­nych enuncjacjach podawano, że podpisało go piętnaście, a nawet osiemnaście milionów Polaków).

Akcja monitorowana była przez Urząd Bezpieczeństwa. I tak w książce Dariusza Jarosza i Marii Pasztor W krzywym zwierciadle. Polityka władz komunistycznych w Polsce w świetle plotek i pogłosek z lat 1949-1956 możemy przeczytać raport UB: "na terenie gminy Dębica w powiecie Nowograd ludność opowiada, iż pojawił się list boży, w którym Chrystus wzywa do bojkotu akcji zbierania podpisów, tłumacząc, że wojna i tak będzie".

[9] W 1949 roku Związek Literatów Polskich włączył się instytucjonalnie w ruch obrońców pokoju; wkrótce prezes ZLP Leon Kruczkowski został członkiem Komitetu Wykonawczego Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju, a sekretarz generalny ZLP Jerzy Putrament - wiceprezesem KW PKOP.

Maria Dąbrowska opisała w dzienniku jedną z akcji Putramenta, który zwołał literatów z całej Polski i wygłosił mowę: "Zebraliśmy się tu w sprawie niezwykle ważnej, mianowicie w sprawie zagrożenia pokoju świata. Wszyscy możemy sobie powiedzieć, że my, pisarze, nie zrobiliśmy wszystkiego, co leży w naszej mocy, dla walki o pokój. [...] W tej sytuacji zwracamy się do pisarzy, aby wykorzystali swoje stosunki z zagranicą i napisali do swoich znajomych i przyjaciół na Zachodzie listy, w których wyrażają swoje pragnienie pokoju i swój stosunek do mogącej nastąpić i niosącej zagładę cywilizacji - nowej wojny".

Po tej propozycji "zaczęły odzywać się głosy równie dziwne i nieoczekiwane jak sama propozycja. Ktoś zapytał, czy te listy mają być pisane do wrogów, czy do wahających się, czy do przyjaciół. Putrament na to, że oczywiście nade wszystko do wrogów". I dalej Dąbrowska relacjonowała przebieg dyskusji. Ktoś zauważył, że pisarze mający znajomych za granicą od dawna zrezygnowali z pisania do nich, ponieważ uznali, że to niebezpieczne, należy więc teraz pisarzy "uodważnić". Ktoś zaproponował, aby ta korespondencja szła nie pocztą zwykłą, tylko dyplomatyczną albo oficjalnie przez Związek, ktoś inny - aby Związek prowadził kartotekę tych listów i zaangażował tłumaczy do przekładania ich na obce języki. Na koniec Putrament przynaglił, że listy mają być wysłane w ciągu tygodnia. "Na tym skończyło się najdziwniejsze w świecie wezwanie do zażegnania wojny atomowej za pomocą listów" - zanotowała Dąbrowska (27 października 1950).

4 Porwany przez rewolucyjny patosczyli Wiktor Woroszylski zgłasza się do PPR-u

Wiktor Woroszylski, 1950

? Muzeum Literatury / EastNews

W marcu 1945 roku Wiktor Woroszylski wsiadł w rodzinnym Grodnie wraz z rodzicami i rodzeństwem do zatłoczonej repatriacyjnej tiepłuszki z dymiącą pośrodku kozą, by tydzień później wysiąść na dworcu Łódź Kaliska. Pierwsze transporty ze Wschodu ruszyły już w styczniu, rozpoczynając wielką powojenną migrację. Ale liczący niespełna osiemnaście lat Woroszylski nie myślał o sobie w kategoriach miotanej przez wiatr historii ludzkiej drobiny. Czuł się komunistą, chciał zmieniać świat i szybko zgłosił się do miejscowej komórki PPR-u.

Komunizm kojarzył mu się z romantyzmem rewolucyjnych filmów My z Kronsztadu oraz Czapajew, które trafiły do Grodna w ślad za Armią Czerwoną zajmującą we wrześniu 1939 roku Kresy Wschodnie Rzeczypospolitej. A także z porywającym patosem poematu Aleksandra Błoka Dwunastu. I przede wszystkim z żarliwą i buntowniczą poezją Majakowskiego, którego portret młody Wiktor zawiesił nad łóżkiem, o co ojciec, lekarz, robił mu awantury. Wkrótce zaczęły się represje i wywózki, ale to tylko trochę ostudziło jego entuzjazm.

- Nie łączyłem tego w żadną całość - opowiadał przed śmiercią, tłumacząc, że różne okrucieństwa sowieckiej władzy okupacyjnej, których był świadkiem, kładł na karb wojny. - Przy mnie w domu nie rozmawiano o polityce. Dziś z przykrością myślę, że może rodzice bali się mnie, kilkunastoletniego komunisty[1].

O Katyniu, łagrach, wysłaniu walczących w I Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki Polaków na pewną śmierć w bitwie pod Lenino usłyszał jeszcze za niemieckiej okupacji z ust polskich jeńców. Wzięci do niewoli żołnierze mówili o tym na organizowanych przez Niemców wiecach. Sam był tego świadkiem w Grodnie, ale nie przyjął do wiadomości, że to może być coś innego niż perfidny niemiecki chwyt propagandowy.

W Komitecie Dzielnicowym PPR na ulicy Gdańskiej w Łodzi przyjęto Woroszylskiego z otwartymi ramionami. Wręczając młodemu entuzjaście nowego ustroju legitymację partyjną, sekretarz komitetu spytał: "Dokąd chcecie iść? Do młodzieży, UB, Polwychu?".

Zapewne poszedłby pracować na którymś z tych "odcinków", gdyby nie fakt, że w redakcji "Głosu Ludu", gdzie przyniósł swój debiutancki, pisany schodkami Majakowskiego wiersz Przed Berlinem, zaproponowano mu pracę reportera działu miejskiego.

Po paru miesiącach pisania wciąż tych samych produkcyjnych kawałków (wizyta w radzie zakładowej kolejnej uruchamianej fabryki, rozmowa o surowcach, wydajności, przekraczaniu norm) odszedł z redakcji, by zdać maturę i studiować medycynę, którą szybko zresztą porzucił dla polonistyki.

Pierwsze kroki jako "fanatyczny aktywista" (tak po latach sam siebie nazywał) stawiał razem z Andrzejem Braunem (polonistyka), Ryszardem Fenigsenem (medycyna), Ryszardem Herczyńskim (matematyka) i Leszkiem Kołakowskim (filozofia) w komunistycznej organizacji uczelnianej Akademicki Związek Walki Młodych "Życie". W spisie członków AZWM-u - uczestników walk zbrojnych - przy nazwisku Braun figuruje zapis "AK", przy nazwisku Fenigsen - "I Armia WP", przy nazwisku Woroszylski - "partyzantka radziecka".

W rzeczywistości Woroszylski żadnych związków z partyzantką nie miał (ale łatwo sobie wyobrazić, że taki epizod w biografii pasował do ducha tamtych czasów). Przyjście Armii Czerwonej witał jednak z nadzieją. "Moje życie zaczęło się 23 lipca 1944 roku, w chwili gdy na piaszczystym trakcie przecinającym nadniemeńską wieś Nowosiółki ukazała się krępa postać pierwszego radzieckiego zwiadowcy" - powiedział w wywiadzie sześć lat później.

Jakiś czerwonoarmista wyciągnął z chlebaka i podarował mu Krótką historię WKP(b) oraz Jak hartowała się stal Nikołaja Ostrowskiego. Te dwie książki plus jeszcze Palę Paryż Brunona Jasieńskiego stały się fundamentem jego rewolucyjnego zapału. O bohaterze socrealistycznej powieści Ostrowskiego, Pawce Korczaginie, pisał z niesłabnącym, młodzieńczym zachwytem jeszcze w 1953 roku. O powieści Jasieńskiego mówił po latach, że utożsamiał się z autorem i w jego nienawiści, i w jego wierze. Nienawiści do starego świata, który powinien spłonąć, i wierze, że na jego zgliszczach oni, młode pokolenie, wybudują nowy wspaniały świat - komunizm.

Uważali, że są w mniejszości, że toczą bohaterską, nierówną walkę ze złem. Woroszylski zżymał się, gdy nazywano go później człowiekiem władzy. Tymczasem, jak nam opowiadał Andrzej Braun, na zebrania w łódzkim klubie AZWM-u wpadali Kazimierz Mijal, prezydent miasta, i Mieczysław Moczar, szef łódzkiego UB.

"Nienawidziliśmy porządku świata, w którym przeżywaliśmy ten zły okres między dzieciństwem a młodością - wspominał po latach - gardziliśmy starszym pokoleniem, które nie zdołało światu temu zapobiec, i tęskniliśmy za wielkim zadośćuczynieniem, za nowym światem, budowanym na gruzach, światem nie tylko dobrym i sprawiedliwym, ale silnym, atakującym, dławiącym zło, bezlitosnym. Łaknęliśmy wielkiego podziału, w którym moglibyśmy stanąć po dobrej stronie".

Wroga mieli zdefiniowanego: byli nim fabrykant, burżuj, kułak, spekulant, szabrownik i rodzima reakcja, której marzy się III wojna światowa. W jednym z najwcześniejszych wierszy Woroszylski pisał:

Gdy wielkomiejska noc nadchodzi

W przyćmionym świetle białych tang -

Pan A., fabrykant były z Łodzi,

Pan B., szabrownik, czyli złodziej,

Pan C., pan D. - endecy młodzi

Modlą się tak:

"Odmień, Boże, nasze losy niespokojne,

Ześlij, Boże, na ten padół

Trzecią wojnę!".

AZWM-owcom nie przychodziło do głowy, że w oczekiwaniu na III wojnę mogą kryć się rozpaczliwa nadzieja na wyrwanie Polski z sowieckiej orbity wpływów i protest przeciw pojałtańskiemu porządkowi. Świat jawił im się w czarno­-białych barwach: albo zwycięstwo komunizmu, albo powrót do Polski przedwojennej, Polski panów i niesprawiedliwości społecznej, endecji i jej bojówek. Pisał o tym Woroszylski w wierszu Sen o kastecie:

We śnie tym przyszła do mnie Ojczyzna,

Chora na trąd. Na endecki trąd.

Fetor ozonu aż kręcił w nosie.

(Kastet i brzytwa! Nożem w brzuch!)

A nad obrazkiem tym się unosił

Romana Dmowskiego duch.

Białe miał skrzydła i szeptał "racja!..."

I szeptał jeszcze "Boże im szczęść!"

W zwartych szeregach szła korporacja.

Granda. Falanga. Pięść.

Zresztą to sen tylko. Sen - i basta!

Moja to sprawa, co mi się śni.

Śnił mi się kastet. Zwyczajny kastet.

Kastet,

żyletka,

kij...

Aby "zmienić dominanty klasowe w strukturze Uniwersytetu Łódzkiego", organizowali kursy przygotowawcze na studia dla dzieci robotników i chłopów. Łapczywie czytali klasyków marksizmu i pierwsze numery "Kuźnicy".

Jemu samemu nie wystarczało czytanie, ani nawet pisanie propagandowych agitek czy smaganie wroga ostrzem satyry ("Lubię czasami zakpić./ Wtedy o litość nie proście!/ W wolnych chwilach - reakcji/ Wbijam do trumny gwoździe"). Chciał służyć rewolucji nie tylko piórem, rwał się do działania, do walki, a linia frontu była dla niego oczywista: po jednej stronie stały siły postępu i sprawiedliwości (PPR), po drugiej - siły reakcji (PSL z Mikołajczykiem na czele).

Stanisław Mikołajczyk - symbol sprzeciwu wobec zaprowadzanych przez Sowietów porządków, były premier rządu na uchodźstwie, który zdecydował się wrócić do kraju i zostać wicepremierem Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej - w czasie tryumfalnego tournée jesienią 1945 roku zawitał i do Łodzi (w manifestacji na jego cześć udział wziął członek AZWM "Życie", którego wydalono za to z organizacji z piętnem "dwulicowca"). Czy to wtedy Woroszylski po raz pierwszy zetknął się z rozentuzjazmowanymi tłumami zwolenników Mikołajczyka? Sądząc po napisanym rok później, tuż przed wyborami, wierszu Wódz, musiał to chyba widzieć na własne oczy.

Witali. Wołali. Wołali. Witali.

Kwiaty. Krawaty. Pompa i puc.

Lakierki. Szpalerki. Do góry! Dalej!

Wrzaski. Oklaski. Pan prezes. Wódz.

Kwiaty dla niego. Przemowy - dla czerni.

Wódz, a za wodzem - wierni.

[...]

Ojczyzna. Ojczyźnie. Ojczyzną. Ojczyznę.

Reklama i patos. Patriotyzm i byznes.

Krawaty i kwiaty. Targ o mandaty.

Armaty (w marzeniu). Armaty. Armaty.

Mandaty - dla niego. Armaty - dla czerni.

Wódz, a za wodzem - wierni.

Co jeszcze? Co jeszcze? Co jeszcze?

Zza węgła.

Kula zdradziecka nie jego dosięga.

Handel i bandy. Broń bratobójcza.

Prezencik na Gwiazdkę. Od wujcia. Od wujcia.

Jęk mordowanych. Płacz matek i żon.

Kto winien? On milczy. Kto winien? Nie on?

On - wzrusza ramieniem. Pogarda dla czerni.

Wódz, a za wodzem - wierni[2].

Gdy PSL ogłosiło, że może iść do wyborów we wspólnym bloku z PPR-em i PPS-em, pod warunkiem że stronnictwa chłopskie dostaną w nowym Sejmie siedemdziesiąt pięć procent mandatów poselskich, Woroszylski napisał Baśń o żabie, która żąda od wołu, by odstąpił jej trzy czwarte powierzchni stajni, a kiedy ten wątpi, czy da ona radę zająć tyle miejsca, odpowiada zadufana:

Kiedy zechcę,

od ciebie

będę grubsza i większa!

Tu żaba

nadyma się

z całej swej mocy,

Oczy wyłupia

i mięśnie natęża...

Z wielkiego wysiłku

biedna żaba

już stęka,

Ale do wołu

jeszcze

daleko jej.

Nadęła się

po raz ostatni

i...

pękła!

W maju 1946 roku obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja w wielu miastach - również w Łodzi - przekształciły się w manifestacje poparcia dla Mikołajczyka i PSL-u, a władza odpowiedziała aresztowaniami. Aktywiści AZWM "Życie" usiłowali zapobiec strajkom solidarnoś­ciowym z aresztowanymi w Krakowie i Łodzi studentami.

Według Tadeusza Drewnowskiego, wówczas również w AZWM-ie, aktyw jego organizacji zachowywał się dużo bardziej radykalnie: żądał od władz uniwersyteckich "oficjalnych potępień wobec ludzi legalnie sądzonych" oraz "relegowania z uczelni demonstrantów i oponentów". W sprawozdaniu AZWM-u z 30 maja czytamy: "Wpłynęliśmy na Zarząd Bratniaka i Kół Naukowych, by nawoływali do chodzenia na zajęcia", i jeszcze: "do pomocy zmobilizowaliśmy Miejskie Koła TUR i ZWM, które likwidowały pikiecierzy". Sam Woroszylski wspominał tylko, że aby ukryć rozmiary strajku, na ich wydział - lekarski - sprowadzono grupę młodych robotników, którym rozdano białe studenckie czapki, by pozorować normalną frekwencję.

Im bliżej 30 czerwca 1946 roku - daty referendum - tym dłużej ciągnęły się zebrania i narady. Warty nocne w ciemnym od dymu papierosów lokalu AZWM-u w oficynie na Piotrkowskiej (wcześniej gnieździli się w małym pokoju na Roosevelta). Wyjazdy w teren, żeby agitować na wiecach. Rozlepianie plakatów za "3 × tak" (tak - za zniesieniem Senatu, tak - za reformą rolną i nacjonalizacją przemysłu, tak - za granicą Polski na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej). Zrywanie plakatów ­PSL-u z wezwaniem do odpowiedzi "nie" na pierwsze pytanie[3]. Mieczysław Moczar oświadczył wprost prezesowi miejscowego PSL-u, że aresztuje każdego, kto ośmieli się agitować za "1 × nie"[4]. Agresywne przemówienia, w których na okrągło powtarza się hasła: "walka", "wróg", "front", "natarcie", "odwrót", "zwycięstwo". Poczucie wspólnoty i siły jednakowo myślących. Nie mogli nie wiedzieć, że stoi za nimi potężny aparat represji. Ale oni chcieli widzieć siebie inaczej.

"Zatnij zęby, mów: - Trzy razy "tak"!" - zwracał się do młodego agitatora ze Związku Walki Młodych Andrzej Braun. Bohater jego wiersza wlecze się śmiertelnie zmęczony po jakichś wertepach, od wsi do wsi, nogi grzęzną mu w błocie, gardło chrypnie od agitacji, a on, żeby dodać sobie sił, przywołuje świetlany przykład Feliksa Dzierżyńskiego ("Wtedy Jego wzrok z wiecznym ogniem,/ Serca praca ponad śmierć mocna.../ Pomógł. Znowu ja mówić mogłem,/ Wiersz mój znów był jak dłoń pomocna").

"Dzierżyńszczacy" - tak nazywano nieformalną grupę kilkunastu najaktywniejszych liderów łódzkiego AZWM-u. Do dobrego tonu wśród nich należało śpiewać rewolucyjne pieśni, zwłaszcza tę z refrenem o Polskiej Republice Rad, a za paskiem spodni nosić pistolet.

Czuli się ludźmi walki na najbardziej niebezpiecznym ­odcinku ideo­logicznego frontu, ludźmi, którzy codziennie ryzykują życie. ­ZWM-owcom "zamordowanym przez bandytów NSZ w Zakopanem" Woroszylski poświęcił wiersz:

Krew

i śnieg,

i morderczy metal:

znowu

trzej

wypadli z szeregu.

Może czekać

daleka meta -

ci

nie dobiegną...

Cóż, nie pierwszych naszych

zagarnia śmierć -

tracić głowy nie warto.

Mocniej

wpiąć do serc

legitymacji karton.

Odtwarzając dziesięć lat później w Materiałach do życiorysu swoje ówczesne emocje, pisał, że to na nich - "pepeerowców, zetwuemowców, bezpieczniaków" - czyhała śmierć "zza węgła, na drodze, na skraju wsi".

Z kolei wracając do tamtych czasów we wspomnieniu Nasza łódzka młodość, czyli złudzenia młodego W., pisał: "Noce polskie rozbrzmiewają odgłosem strzałów - a choć wojna skończyła się - nie są to strzały na wiwat - ranią i zabijają - giną tysiące ludzi - jeśli nawet w samej Łodzi rzadsza jest ta muzyka - jeździ się przecież agitować w teren, na wsi - i o śmierć ociera się całkiem realnie".

W listopadzie 1946 roku jechał z kolegami ciężarówką Komitetu Wojewódzkiego PPR całą grupą z Łodzi do Warszawy, do Sejmu, na naradę młodych pisarzy i naukowców. Zapamiętał słowa kierowcy: "Byle minąć Łowicz, tam już nie wyskoczą zza krzaka". I jeszcze, że boleśnie uwierał go zatknięty za pasek spodni pistolet.

"Wydano nam broń niedawno, kiedy zaczęła się akcja przedwyborcza - pisał w rozrachunkowej powieści Literatura, opublikowanej w paryskiej "Kulturze". - Wkroczyliśmy na amfiteatralnie sklepioną salę, zasiedliśmy na lewicy, nieubłagani i czujni, zerkający z ukosa na przeciwległą stronę, gdzie siedzieli nasi wrogowie w battle dressach i oficerkach".

Ci wrogowie to członkowie powołanego niedawno zespołu "Pokolenia" - pisma, które powstało, by przełamywać niechętne nowej władzy nastroje wśród poakowskiej młodzieży. Jego naczelnym był Roman Bratny, w skład redakcji wchodził Witold Zalewski (przyszły autor sztandarowego produkcyjniaka Traktory zdobędą wiosnę), obaj z AK. Na sali był również Tadeusz Borowski, który do redakcji "Pokolenia" wejść nie chciał, bo chodził własnymi drogami, ale z pismem współpracował.

To na tej naradzie zdarzył się głośny, przywoływany we wszystkich wspomnieniach z epoki incydent. Woroszylski wszedł na trybunę. Spojrzał na twarze "obcych", którzy nie czekając na wyzwolicielską Armię Czerwoną, podjęli walkę na wezwanie rządu w Londynie, a którym teraz powierzono redagowanie młodzieżowego pisma, czego im, "swoim", odmówiono. I wypalił, że nie można im ufać, bo "jeszcze wczoraj składali hołd ideom najbardziej nienawistnym, a dziś nie potrafią spojrzeć krytycznie na swoją przeszłość".

Na sali ucichły szmery. "Imperium, gdy powstanie, to tylko z naszej krwi" - zacytował Woroszylski rozstrzelanego przez hitlerowców Andrzeja Trzebińskiego, poetę z narodoworadykalnej grupy Sztuka i Naród. "Jakie imperium?" - krzyknął i wychylił się do przodu. W tym momencie odpadł mu guzik od marynarki, rozsunęły się poły i zgromadzeni mogli zobaczyć tkwiący za paskiem jego spodni potężny bębenkowiec. "Jakbym tym groźnym widokiem zamierzał wzmóc siłę przekonywającą przemówienia" - pisał później.

W akcję wyborczą włączył się Woroszylski nie tylko wierszem. Wcześ­niej - jak czytamy w archiwum AZWM-u - jako szef sekcji kulturalno­-oświatowej zajmował się "ujmowaniem w karby przy pomocy środków dyscyplinarnych niesubordynowanych chórzystów i recytatorów", którzy wymigiwali się od udziału w imprezach, a teraz partia zrobiła go przewodniczącym jednej z tak zwanych obwodowych trójek partyjnych i stanął na czele kilkudziesięciu starszych od siebie towarzyszy. "Przy ich pomocy poprowadzi działalność apostolską wśród paru tysięcy ludzi - dotychczasowe misjonarstwo na uniwersytecie wydaje mu się raptem dziecięcą igraszką - we wspomnieniu Nasza łódzka młodość... opisywał sam siebie w trzeciej osobie. - Teraz dopiero zmierzy się z opornym światem - przekona, skłoni, urobi tych ludzi - dorosłych, twardych, zasklepionych w przesądach - i wywalczy zwycięstwo". I dodawał, przyglądając się sobie sprzed lat: "Z euforią wyznawcy miesza się pasja wodza - stratega, rozstawiającego żołnierzy, wymagającego posłuchu, wpatrzonego w cel, co majaczy na horyzoncie".

Kolejnym celem było wygranie ogłoszonych na 19 stycznia 1947 roku wyborów. Wierzył zapewne, że cel uświęca środki. Czy wiedział, że wybory były na wszystkich szczeblach fałszowane? Musiał wiedzieć. Czy sam brał w tym udział? Choć pisał o akcji wyborczej, odpowiedzi na to narzucające się pytanie w swoim wspomnieniu nie udzielił.

Był uważnym czytelnikiem każdego numeru "Kuźnicy", ale w życiu środowiska literackiego, które w Łodzi skupiało się wokół jej redakcji, Klubu Pickwicka i domu literatów na Bandurskiego, nie uczestniczył[5]. Na seminarium "Kuźnicy", pomyślanym jako marksistowskie przedszkole dla literackiej młodzieży, pojawił się raz tylko, jesienią 1946 roku. Akurat Jan Kott, otoczony wianuszkiem chłonących każde jego słowo studentek polonistyki, miał błyskotliwy wykład o Lalce Prusa. Woroszylski, pryncypialny i potwornie serio, poczuł się zawiedziony. Jako rodzaj zniewagi odczuł fakt, że - jak wspominał po latach - "marksizm mógł być narzędziem kokieterii", służącym do czarowania panienek. Czego innego oczekiwał od tych, których uważał za swoich mistrzów. Zrozumiał, że dzieli ich przepaść: on chce robić historię, a oni zachowują się tak, jakby zbliżające się wybory wcale nie były sensem ich życia.

Kiedy po sfałszowanych wyborach Mikołajczyk, w obawie przed aresztowaniem, przy pomocy Amerykanów potajemnie opuścił kraj, dla Woroszylskiego stał się od razu sprzedawczykiem, zdrajcą, agentem. "Kochał Polskę Mikołajczyk?! Nie, on kochał obcy wywiad,/ Zważył piwa, potem wywiał" - pisał. I jeszcze: "Kiedy wiał niejaki Mikołajczyk,/ Uniósł w tyłku szpil moich kilka". Jego zniknięcie z politycznej sceny skwitował fraszką: "Mikołajczyk?/ Znikołajczyk".

Latem 1947 roku Woroszylski przeniósł się do Warszawy, żeby organizować ogólnopolskie studenckie pismo ZWM-u "Po Prostu" (to samo, które później przeżyje swoje dni chwały w Październiku '56). Tam, mimo młodego wieku, szybko stał się osobą, wokół której ogniskowało się życie partyjno­-towarzyskie.

To on był tym, który z dumą wprowadzał do partii kolejne owieczki, Leszka Kołakowskiego i Andrzeja Brauna.

- Zaraził nas swoją żarliwością - opowiadał nam Braun. - Wiktor wzbudzał zaufanie, urabiał mnie krok po kroku. Najpierw mówił: "Przecież nie jesteś parszywą reakcją, jesteś z nami, powinieneś się bardziej związać". Później: "Chcesz tak siedzieć bezczynnie? Wstąp do partii".

Również Jerzy Andrzejewski i Tadeusz Konwicki dzięki Woroszylskiemu "wpięli do serc legitymacji karton". Konwicki mówił później na jednym z zebrań partyjnych: "Przyjaźń z Woroszylskim dużo mi pomogła do zrozumienia niejednej rzeczy i umocniła moje postanowienie wstąpienia do partii", a po latach wspominał w wywiadzie rzece Pół wieku czyśćca, przeprowadzonym przez Stanisława Beresia: "Woroszylski, ten stary misjonarz, dostrzegł we mnie jakiś materiał, no i zassał mnie, wciągnął".

Przyjaciele zapamiętali Woroszylskiego jako człowieka, który chciał własnym życiem zaświadczać o komunistycznych ideałach. Ascetyczny, atakujący drobnomieszczańskie nawyki, gdy się ożenił, nie pozwolił żonie - jak głosi legenda - zawiesić żyrandola ani firanek w oknach. To samo zresztą deklarował w wierszach. Na przykład w tym zadedykowanym Tadeuszowi Konwickiemu, który był zresztą świadkiem na ich ślubie:

Bywa źle: obrastać mieszkaniem,

trzecią skórą, światem drobiazgów

[...]

umiej oczu dwukropka nie cofnąć

przed kieszonkowym plakatem partyjnej legitymacji.

On sam zresztą też tak siebie zapamiętał: jako osobę, która nie czyni rozdziału między oddaniem partii a życiem rodzinnym.

Latem 1948 roku Woroszylski żył zbliżającym się zjednoczeniem PPR-u i PPS-u, wsłuchując się w relacje z kolejnych plenów KC, na których potępiano marszałka Titę, atakowano kułaka, odcinano się od oskarżanego o "odchylenie prawicowo­-nacjonalistyczne" Gomułki. Napisał wtedy wiersz Sierpień - wykładnię ogłoszonej na sierpniowym plenum linii partii:

Tego lata, gdy zdrada skuła

nieszczęśliwy lud Jugosławii,

kiedy u nas łeb podniósł kułak,

więc zadrżeli mali i słabi,

kiedy kłamstwa misterna pętla

giętkim wężem oplotła karki,

kiedy chciano nam dłonie spętać

i krew wyssać z żył naszej Partii,

kiedy władzy ludowej radą

szpieg w mundurze łaskawie służył

i głosiło zamorskie radio,

że "są dobrzy komuniści... niektórzy...".

Tego lata Woroszylski myślał o Partii, która "oczyszczała się i hartowała w płomieniu Plenum".

Ona była głosem, co wołał,

"Czujny, czujny bądź, towarzyszu!"

[...]

To w jej bitwach, zmaganiach, trudach

rosła kadra - mądra i mężna.

Ona powołała Bieruta

by pod jego wodzą zwyciężać.

Na tym samym plenum KC PPR Borejsza kajał się za błędy "Odrodzenia", które dogadza kulturze typu drobnomieszczańskiego, jest nadto liberalne dla snobujących się inteligentów i dopuszcza na łamy głosy pseudomarksistowskie. Wtórował mu Żółkiewski, który z kolei samooskarżał się, że "Kuźnica" próbowała "przerzucać mosty między stanowiskiem marksistowskim a pozytywistycznym", nie doceniała tego, co w dziedzinie kultury dzieje się w ZSRR, przeceniała to, co pochodzi z Zachodu[6].

Woroszylski zaostrzanie kursu przyjmował bez cienia wątpliwości. Pisał w wierszu Do wrogów politycznych:

Jak gdyby kundli wściekłych skretyniała sfora,

Jeszcze gryźć próbujecie i straszyć szczekaniem...

Głupcy!

Przecież to wasza

Kończy się historia -

I na nic wasze zęby, i ślina też na nic!

Politycy, kupczący krajami, ludami...

Niby wprawne kokoty - ulegli faszystom!

Wołaliście: - Guzika nawet nie oddamy!

Nim kur zapiał trzy razy, oddaliście wszystko.

Na liście wrogów umieścił pospołu "poprawiaczy rewolucji" i zachodnich polityków, bogaczy i sabotażystów, liberałów i spekulantów ("Spekulanci. Krwiopijcy. Miast i wsi bogacze.../ Głupcy!"). Jeszcze niedawno traktował ich satyrą, teraz żądał "najsurowszego wymiaru kary".

I na nic wasze prośby na nic łzy obłudne.

Proletariat jest twardy i starczy mu siły:

Wasza ręka zbyt długa - więc prawo ją utnie!

Poproszony przez "Odrodzenie" o wypowiedź na temat kongresu zjednoczeniowego PPR-u i PPS-u, na którym w grudniu 1948 roku miała powstać Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, Woroszylski mówił: "Kiedy życie z każdym dniem jest lepsze, pełniejsze, bogatsze - rozumiem: Partia. Kiedy żelazna miotła wymiata z urzędów i stanowisk biurokrację, korupcję, oschłość wobec prostego człowieka, wiem: Partia. Kiedy po wieczorze autorskim w Olsztynie robotniczy słuchacz dyskutuje ze mną o poezji i wysuwa postulaty - napiszcie poemat o spółdzielni produkcyjnej, napiszcie wiersz piętnujący sabotażystów - czuję: Partia. Czuję, rozumiem, wiem i jestem dumny. [...] Kongres jest olbrzymim krokiem, ważkim krokiem naszego kraju ku socjalizmowi - a uświadomienie sobie sensu tego zdania również zapiera dech, jest jakby błyskawica oświetlająca drogę".

* * *

Dlaczego właściwie Jerzy Andrzejewski nie miałby, tak jak Jerzy Turowicz, z którym przyjaźnił się od lat - przed wojną wspólnie jeździli na medytacje do podwarszawskich Lasek do księdza Władysława Korniłowicza, opiekuna duchowego tamtejszego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża - trafić do redakcji "Tygodnika Powszechnego"?

Tadeusz Borowski nie od razu zdecydował się na powrót do kraju. Przeciwnie - w liście wysłanym z Monachium do Gustawa Herlinga­-Grudzińskiego, redaktora naczelnego "Orła Białego", pisma armii Andersa, zapowiadał, że przyśle mu wiersze. Dziś wiemy, że były tam gorzkie słowa o ojczyźnie w szponach NKWD[1]. Czemu więc nie wyobrazić sobie Borowskiego na emigracji jako współpracownika paryskiej "Kultury"?

A Tadeusz Konwicki? Przecież równie dobrze mógł jeszcze trochę dłużej włóczyć się ze swoim oddziałem po lasach Wileńszczyzny, aż aresztowałoby go i wywiozło w głąb Rosji NKWD. Mógł zresztą jako były AK-owiec trafić do więzienia i w Polsce. Albo wyemigrować. Razem z kolegami z partyzantki miał już przecież nawet zblatowaną załogę statku, który odpływał do Anglii.

Wiktor Woroszylski uważał się już wtedy za ideowego komunistę. Ale gdyby jego rodzice nie postanowili wyjechać z zajętego przez Sowietów Grodna, czy nie pisałby swoich rewolucyjnych wierszy w języku Majakowskiego? A może później jako rosyjski dysydent znalazłby się w łagrze?

Tamtej pamiętnej wiosny 1945 roku, kiedy przez kraj przetaczała się radziecka ofensywa, a widok uciekających wojsk niemieckich przynosił nadzieję na zakończenie wojennego koszmaru, nie musiał niczego rozstrzygać Adam Ważyk. Wyboru dokonał już wcześniej, w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Do Polski wracał z I Armią Wojska Polskiego jako zdeklarowany komunista.

I jeszcze Kazimierz Brandys, ukrywający się w czasie wojny, gdyż podpadał pod ustawy norymberskie, uważał, że wiosną 1945 roku jego droga jest przesądzona - nie miał wątpliwości, że życie zawdzięcza wkraczającej do Polski Armii Czerwonej.

W przedwojennych życiorysach bohaterów tej książki niewiele można znaleźć punktów stycznych, różnie potoczyły się ich wojenne losy. A jednak wszyscy oni wstąpili w szeregi zwolenników nowego systemu, by stać się jego żarliwymi wyznawcami i służyć mu piórem.

2 Zaraz po wojnieczyli nawrócenie Jerzego Andrzejewskiego

Jerzy Andrzejewski, lata 40.

? BJD / EastNews

Zimę z 1944 na 1945 rok Jerzy Andrzejewski spędził w Zakopanem, gdzie schronił się wkrótce po upadku powstania warszawskiego. Tam 16 lutego odnaleźli go wysłannicy rządu lubelskiego i zabrali rządowym samochodem do wyzwolonego miesiąc wcześniej Krakowa, w którym organizował się już lokalny oddział Związku Literatów.

W mieście urzędowały już przeniesione z Lublina instytucje kulturalne - Czytelnik z Jerzym Borejszą i redakcja "Odrodzenia" z Karolem Kurylukiem. Kolejni pisarze, rozrzuceni przez wojnę po różnych częś­ciach kraju i niemający domu, do którego mogliby wrócić, próbowali tam odnaleźć swoje miejsce. Na ich potrzeby Adam Ważyk osobiście przejął z rąk stacjonujących w Krakowie żołnierzy radzieckich, którzy za chwilę mieli ruszyć na Berlin, kamienicę przy ulicy Krupniczej 22, gdzie zamieszkali między innymi: Jerzy Andrzejewski, Kazimierz Brandys, Stanisław Dygat, Jan Kott.

Sława Ważyka jako tego, który załatwił Krupniczą, szybko rozniosła się po Krakowie. Gdy Czesław Miłosz spotkał go na ulicy, natychmiast zaczął mu opowiadać, że znalazł wolne poniemieckie mieszkanie przy ulicy Świętego Tomasza 26 i że chciałby załatwić sobie przydział. "Ruszyliśmy w stronę Urzędu Kwaterunkowego, który łatwo było rozpoznać, bo na budynek napierał gęsty tłum - opisywał po latach to spotkanie Miłosz. - Cywil w biało­-czerwonej opasce, żeby wprowadzić trochę porządku, strzelał od czasu do czasu w powietrze. Ważyk szedł przodem i rozganiał tłum: "My z Lublina"".

Wyzwolony przez armię Koniewa Kraków, praktycznie niezniszczony wojną, stał się celem dla tysięcy ludzi, którzy na skutek wojennej zawieruchy stracili dach nad głową. Piechotą, chłopskimi furmankami, na odkrytych platformach zatłoczonych pociągów towarowych ciągnęli do Krakowa, w którym wszędzie, na Plantach, wokół kościoła Mariackiego, stacjonowało sowieckie wojsko i na każdym kroku można było spotkać żołnierzy oraz NKWD-zistów. Aparat propagandowy nowej władzy pracował pełną parą, z murów Sukiennic spoglądali na przechodniów z gigantycznych portretów sowieccy generałowie: Rokossowski, Koniew i Żukow. Konferencja wielkich mocarstw w Jałcie przesądziła właśnie o kształcie polskich granic, pozostawiając Polskę w sferze wpływów sowieckich. Na ulicach wisiały plakaty "AK - zapluty karzeł reakcji".

W Krakowie wznowiły działalność Polska Akademia Umiejętności i Akademia Sztuk Pięknych, Teatr imienia Słowackiego wystawił pierwszy spektakl - Uciekła mi przepióreczka Stefana Żeromskiego, otworzył swe podwoje Stary Teatr, rozpoczął jawną działalność podziemny Teatr Rapsodyczny, powstały "Dziennik Polski", "Przekrój" i katolicki, pozostający w opozycji do ideologii marksistowskiej, "Tygodnik Powszechny".

Już 31 stycznia 1945 roku odbył się w Krakowie pierwszy poranek poetycki (występowali tam Miłosz i Ważyk). Zbity tłum wypełnił nieogrzewaną widownię teatru przy placu Szczepańskim. Zajęte były wszystkie krzesła, publiczność - nie zdejmując płaszczy, futer, czapek, szalików, chuchając w zziębnięte dłonie - tłoczyła się w przejściach, we foyer, na schodach. Sala była nienagłośniona, więc niewiele było słychać, ale i tak po każdym wystąpieniu rozlegała się burza oklasków, a na koniec ludzie wtargnęli na scenę ściskać pisarzy.

Większość środowiska pisarskiego garnęła się do spotkań, publicznego czytania napisanych w czasie wojny utworów, organizowania samopomocy, ale niewielu jeszcze opowiedziało się za nową władzą. Miłosz wspominał nam o jednym z pierwszych zebrań Związku Literatów w Krakowie:

- Głosowano jakieś wnioski stawiane przez komunistów. Większość trzymała się na dystans, jedynie Kazimierz Brandys i Jan Kott pierwsi podnosili rękę na tak.

W kwietniu 1945 roku Andrzejewski wraz z Miłoszem wybrał się do Warszawy (samochodem znajomego krakowianina, przechowanym przez całą wojnę na strychu w częściach i właśnie świeżo złożonym). Przemierzali zgliszcza wymarłego Starego Miasta, szukając śladów po zaginionych przyjaciołach.

"Alfa, chodząc tak ze mną po ruinach Warszawy, czuł, jak wszyscy, co ocaleli, gniew" - pisał Miłosz w wydanym w 1953 roku na emigracji Zniewolonym umyśle. Opisując mechanizmy akcesu do nowej rzeczywistości pod łatwymi do rozszyfrowania kryptonimami (Andrzejewski występuje tam jako "Alfa, czyli moralista"), nakreślił portrety pisarzy, którzy poszli na służbę nowej władzy. "Gniew Alfy był skierowany przeciwko tym, którzy spowodowali klęskę: oto przykład, do czego prowadzi wierność nielicząca się z nikim i niczym, kiedy spotyka się z koniecznościami historii. Zaiste, on był jednym z odpowiedzialnych za to, co się stało. Czyż nie widział wpatrzonych w siebie oczu młodzieży, kiedy czytał swoje opowiadania na potajemnych wieczorach autorskich?"

Ślady tych uczuć odnajdziemy w artykule napisanym przez Andrzejewskiego dla "Przekroju" w pierwszą rocznicę upadku powstania: "Niepodobna nie nienawidzić ludzi, którzy spowodowali zniszczenie Warszawy. Żadne intencje nie mogą ich usprawiedliwić. Historia nie jest dziejami intencji, lecz czynów, i nawet ich tragizm nie zmazuje winy"[1].

Po powrocie do Krakowa Andrzejewski i Miłosz zaczęli pisać scenariusz Robinsona warszawskiego, filmu o współczesnym Robinsonie, inteligencie warszawskim, zmuszonym przetrwać w ruinach zniszczonego miasta. Spotkali się z Władysławem Szpilmanem, pianistą, który ukrywał się w opustoszałym po klęsce powstania mieście aż do wkroczenia Rosjan. Jego losy wydały im się godne upamiętnienia[2].

Pracowali w biurze Filmu Polskiego na ulicy Lea 5. Gdy podchodzili do okna od strony podwórza, widzieli ponure gmaszysko, zamienione niedawno na więzienie. Obserwowali młodych mężczyzn, którzy próbowali się opalać i za pomocą nitki oraz drutu wymieniali listy z sąsiednimi celami. Wiedzieli, że to więźniowie polityczni, przede wszystkim AK-owcy, którzy - gdyby historia potoczyła się inaczej - byliby teraz bohaterami narodowymi. Miłosz, który opisał tę scenę w Zniewolonym umyśle, uważał, że właśnie wtedy Andrzejewskiemu przemknęła po raz pierwszy myśl o napisaniu Popiołu i diamentu.

"Byli to odważni i dzielni chłopcy - pisał Jan Kott o pokoleniu młodzieży AK-owskiej w "Odrodzeniu". - Ale kiedy biorę do ręki Kamienie na szaniec [Aleksandra Kamińskiego], odrzuca mnie od tej książki. To jest groźna książka. Tak wychowywano pokolenie kondotierów, a nie żołnierzy i działaczy, świadomych celów i sensu walki. Ci chłopcy gotowi byli zginąć za wszystko. Nie pytali o sens. Pytali o rozkaz. Byli apolityczni. I właśnie dlatego ginęli w imię ordynarnej gry politycznej".

Tuż przed wybuchem powstania, na konspiracyjnym wieczorze autorskim w mieszkaniu Ryszarda Matuszewskiego, odbyła się namiętna dyskusja o zdradzie i wierności w obliczu klęski. Brali w niej udział Andrzejewski i Kott, który miał już wtedy ukończony esej o Conradzie. Rozprawiał się tam z mitologią honoru i wierności "aż do końca kapitanów tonących okrętów", z "heroizmem głupoty", który jest "heroizmem osła, ciągnącego wóz po zaminowanym moście": "Conradowska wierność samemu sobie jest w rzeczywistości, w konkretnej rzeczywistości społecznej, posłuszeństwem prawom życia, którymi się wewnętrznie gardzi, odrzuceniem prawa do buntu. Conradowska wierność samemu sobie jest wiernością niewolników, niewolnikiem bowiem jest ten, kto słucha pana, którym pogardza, i troszczy się jedynie o swą wewnętrzną prawość".

Tekstu O laickim tragizmie Conrada, opublikowanego we wrześniu 1945 roku w "Twórczości" i odebranego jako atak na młodzież poakowską, dla której Conrad był wciąż idolem, długo nie mogli Kottowi darować nie tylko wrogowie, ale i przyjaciele. Odpowiedziała mu w piśmie "Warszawa" Maria Dąbrowska: "Ani żołnierze AK, ani wszyscy Polacy, którzy z bezprzykładnym męstwem narażali się i ginęli, a w końcu rzucili na szalę nawet los najukochańszej stolicy, nie byli głupcami, którzy ślepo słuchali takich czy innych rozkazów. Ci wielotysięczni żołnierze i cywile walczyli o Polskę rzeczywiście wolną i rzeczywiście demokratyczną"[3].

Na naradzie literatów, członków Polskiej Partii Robotniczej, z władzami partyjnymi Jerzy Borejsza relacjonował, że pisarze stronią od polityki, nie angażują się w procesy zachodzące w kraju, nie popierają entuzjastycznie nowej władzy, a Jakub Berman, który już niedługo osobiście będzie decydował o tym, jakie należy pisać książki, zatroskał się: "O czym pisarze myślą? Trzeba się dowiedzieć i wyciągnąć odpowiednie wnioski". W naradzie tej brał udział również Jan Kott, który za jakiś czas apelować będzie o literaturę na miarę nowych czasów, choćby miała "wyolbrzymiać i upraszczać". "Realistyczne - pisał - jest wszystko, co odzwierciedla w sposób ideologicznie prawdziwy procesy historyczne epoki".

Do rzeczywistości roku 1945 Andrzejewski odnosił się początkowo z rezerwą. Co nie znaczy, że nie był kuszony i pokusom nie ulegał. I tak wtedy właśnie przerobił na "bardziej słuszne" swoje okupacyjne opowiadanie Wielki Tydzień. Napisane w czerwcu 1943 roku, kiedy od strony warszawskiego getta dochodziły jeszcze ostatnie odgłosy strzelaniny i unosiły się dymy pożarów, było wtedy dramatem psychologicznym rozgrywającym się w kameralnym wnętrzu jednego pokoju, w którym Polak Jan Malecki przechowywał swoją dawną kochankę, Żydówkę Irenę Lilien. Nie mając ochoty na kontynuowanie romansu, szarpał się między poczuciem powinności a chęcią pozbycia się drażniącej go kobiety. W wersji z lata 1945 roku pojawiło się już "tło społeczne". I tak Irena obserwowała z jednej strony jednostkowe i heroiczne gesty solidarności, z drugiej - obojętność, jeśli nie wrogość większości Polaków. Uczucia te rozparcelowano według klucza pochodzeniowego: komunizujący brat Maleckiego szmuglował do getta broń, a właściciel kamienicy, czyli przedstawiciel klasy odchodzącej, obojętny był na los ginącego narodu.

Przeróbkę tę jako "pierwsze świadectwo nowego realizmu polskiej prozy" chwalił w artykule Droga do realizmu, opublikowanym w tygodniku "Kuźnica", Jan Kott. Inna rzecz, że istnieje uzasadnione podejrzenie, iż to on właśnie nakłonił Andrzejewskiego do usłusznienia Wielkiego Tygodnia[4].

Jan Kott, przyjaciel Andrzejewskiego jeszcze z czasów okupacji, kusił go nadal, jak wynika z zachowanych listów, gdy przeniósł się do Łodzi, gdzie partia oddelegowała go do organizowania "Kuźnicy" właśnie, pisma z założenia marksistowskiego, w odróżnieniu od "Odrodzenia" pomyślanego jako "szerokofrontowe".

"Czy mógłbyś postarać się o artykuł ostry, zasadniczy i serio o reakcji panoszącej się na Uniwersytecie Jagiellońskim? - pytał Andrzejewskiego. - Wyślij koniecznie po 2 egz. tego katolickiego pisma, tygodnika, wychodzącego w Krakowie. To niezmiernie ważne. Bo my na niego napadniemy!" (list bez daty).

I jeszcze: "To już było ułożone, że będziesz w redakcji "Kuźnicy", i nawet do prasy to przeszło, ale niestety nie można podpisywać dwóch pism jednocześnie. Byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś coś napisał do nr 2, tylko prędko. Koniecznie" (16 maja 1945).

Andrzejewski wszedł akurat wtedy do redakcji miesięcznika "Twórczość". No i pisywał do "Odrodzenia". To tam, w październiku 1945 roku, ukazał się jego artykuł Propozycje teraźniejszości, w którym deklarując akceptację systemu, apelował o pluralizm.

Odpowiedział mu Stefan Żółkiewski, podówczas już naczelny "Kuźnicy": "Artykuł Andrzejewskiego jest ciekawym objawem procesów dokonujących się w naszym środowisku inteligenckim. Podkreślanie moralnych wartości marksistowskiego poglądu na świat należy powitać z całym uznaniem. Jedno jest tylko w stanowisku Andrzejewskiego niebezpieczne. Stawianie katolicyzmu i marksizmu na jednej płaszczyźnie. [...] Nie ma na to rady. Kto wybrał marksizm - katolicyzm musi odrzucić".

Andrzejewski jednak długo jeszcze odzywał się własnym głosem. "Niestety, w ciągu ubiegłego roku pojęcie reakcji stało się workiem, w który [...] wrzuca się wszystkie braki i bolączki naszej rzeczywistości - pisał w "Odrodzeniu" w lipcu 1946 roku, zaraz po pogromie kieleckim, w gorzkim i pełnym bólu artykule o antysemityzmie Polaków. - Worek jest ogromny i pakowny, coś w rodzaju unowocześnionego piekła dantejskiego. Anders sąsiaduje w nim z metafizyką, a szabrownik wraz z NSZ-owcem obijają się w jego czeluściach o psychologizm powieściowy". I dalej: "Nie wolno było [...] nalepiać na murach zrujnowanej Warszawy sąsiadujących ze sobą plakatów propagandowych, z których jeden głosił "Chwała bohaterskim obrońcom ghetta", a drugi nawoływał "Hańba faszystowskim pachołkom AK". Podobne i inne fakty są zbrodniami zarówno wobec Polaków, jak i Żydów".

Pierwszy ślad pomysłu, który zaowocował powstaniem Popiołu i diamentu, zapisał w dzienniku pod datą 13 czerwca 1946 roku. Miało to być opowiadanie o Antonim Kosseckim, z gruntu uczciwym, przedwojennym adwokacie, wywiezionym do Auschwitz, gdzie stał się gorliwym, wysługującym się Niemcom i dręczącym współwięźniów kapo.

Pół roku później pierwotne trzy stroniczki maszynopisu o człowieku, który próbował wrócić do dawnego życia, dźwigając w sobie ciężar mrocznej tajemnicy, zaczęły rozrastać się Andrzejewskiemu w bardziej epicką historię. Główne role przypadły w niej już komu innemu: z jednej strony młodym konspiratorom z antykomunistycznego podziemia (Maciejowi Chełmickiemu, synom Kosseckiego), z drugiej - ideowym wyznawcom nowego ustroju (komuniście Szczuce, socjaliście Podgórskiemu), z trzeciej wreszcie - garnącym się do władzy karierowiczom (prezydentowi miasta Święcickiemu, dziennikarzowi Pieniążkowi). Akcję powieści umieścił Andrzejewski w Ostrowcu, gdzie w miejscowym hotelu spotkały się główne osoby dramatu: Szczuka, przebywający tam służbowo sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PPR, i Chełmicki, który przyjechał, aby na rozkaz AK wykonać na nim wyrok[5].

W grudniu 1946 roku pierwsze, gotowe już rozdziały pokazał Andrzejewski naczelnemu "Odrodzenia", Karolowi Kurylukowi, a ten uznał, że to materiał na wielowątkową powieść, i namówił pisarza na druk w odcinkach.

Początkowo powieść nosiła tytuł Zaraz po wojnie. Kiedy 17 stycznia 1947 roku - niejako symbolicznie, w przeddzień wyborów do Sejmu - ukazał się w "Odrodzeniu" pierwszy odcinek, sam Andrzejewski jeszcze nie wiedział, że będzie to dzieło, które wyznaczy jego losy na najbliższe dziesięciolecia.

Pisał w pośpiechu, z numeru na numer, nie bacząc na nieprzychylne reakcje przyjaciół: Stefana Kisielewskiego, publicysty "Tygodnika Powszechnego", czy Adama Ronikiera, twórcy działającej w czasie wojny Rady Głównej Opiekuńczej. "Stefan K. - notował w dzienniku - twierdzi, że całe Zaraz po wojnie jest nieprawdziwe. Adam R. ma mi za złe, że przedstawiam członka PPR jako postać dodatnią. A znów druga strona ma mi za złe Święcickiego i że Szczuka nie dość silny i aktywny. Ci zaś ze środka zwyczajnie pokpiwają, że moi bohaterowie wciąż palą papierosy". W Krakowie - jak czytamy w liście Kazimierza Wyki do Miłosza - złoś­liwie przekręcano tytuł na Zaraza po wojnie.

Z tytułu od początku Andrzejewski był niezadowolony. W wydaniu książkowym zmienił go na Popiół i diament. Autora recenzji wewnętrznej dla Komitetu Centralnego PZPR zaniepokoiło, że ""Popiół", odłam społeczeństwa małowartościowy, jest wyraźniej nakreślony niż pozytywny "Diament"".

"Od pierwszej do ostatniej stronicy książka Andrzejewskiego zbudowana jest na nieuczciwych przesłankach ideologicznych i tendencyjnie zniekształca rzeczywistość" - recenzował na emigracji Gustaw Herling­-Grudziński. "Paszkwil na młodzież polską, na Polskę w ogóle, nazywany powszechnie Gówno i zamęt" - komentowała w dzienniku Maria Dąbrowska (22 lipca 1948).

Andrzejewskiego atakowano też na łamach "Kuźnicy" za nadmierne eksponowanie dramatu polskiego podziemia i niedostrzeganie rozmachu rewolucyjnych przemian społecznych. Zarzucano mu, że kazał Chełmickiemu zamordować Szczukę, zamiast pozwolić mu rzucić konspirację i zacząć nowe życie z ukochaną kobietą, co byłoby zakończeniem "postępowym i optymistycznym" (Jan Kott). Narzekano, że w postaciach PPR-owców nie czuje się "duchowych synów partii ożywionej duchem ofensywy, partii zwycięskiej" (Melania Kierczyńska, pierwsze skrzypce marksistowskiej krytyki).

Władza uznała jednak, że w Andrzejewskiego warto inwestować. Stutysięczny nakład i nagroda literacka redakcji "Odrodzenia" za rok 1948 wysunęły go na czoło pisarskiej stawki. Propozycja zorganizowania oddziału Związku Literatów w Szczecinie, gdzie odremontowano dla pisarza poniemiecką willę z ogrodem nad otoczonym starodrzewem jeziorem Głębokie, przyszła wcześniej, w ramach polityki władz dotyczącej zasiedlania tak zwanych Ziem Odzyskanych.

Zaprzyjaźniony z Andrzejewskim kompozytor i krytyk muzyczny Zygmunt Mycielski, który nigdy nie uległ zaczadzeniu komunizmem, przeczytał Popiół i diament - jak wynika z ich korespondencji przechowywanej w warszawskim Muzeum Literatury - w jedną noc.

"Byłem prawie bez przerwy wzruszony - relacjonował mu w liście swoje wrażenia z lektury. - Czuję się też bliżej nas, naszego czasu. [...] Czekasz na: "wielki pisarz"? Myślę, że tak" (16 marca 1948). Pod wrażeniem był również Czesław Miłosz: "Odcinki w "Odrodzeniu" mi się nie podobały, więc byłem z góry uprzedzony, ale w książce wrażenie potężne. [...] Najciekawsze, że ulega się sile tej książki, wiedząc zarazem, iż nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością 1945 roku. [...] Twoja powieść jest utworem hagiograficznym, przy czym jest dość bogata, gdyż proces usztywnienia nie zaszedł jeszcze daleko. [...] Myślę, że książka jest tak dobrze napisana, że przymnoży niemało konwertytów" (19 kwietnia 1948).

"Proces usztywnienia" rzeczywiście nie zaszedł daleko, skoro w tym samym czasie w "Twórczości" mógł się ukazać Traktat moralny Miłosza. Aż trudno uwierzyć, że utwór ten, mówiący językiem czytelnych metafor o zniewoleniu narodu i okrucieństwie nowej władzy, który sam Miłosz uzna później za rodzaj poetyckiego pendant do Zniewolonego umysłu, mógł się ukazać w Polsce Anno Domini 1948.

Nie jesteś jednak tak bezwolny,

A choćbyś był jak kamień polny,

Lawina bieg od tego zmienia,

Po jakich toczy się kamieniach[6].

I, jak zwykł mawiać już ktoś inny,

Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny.

Łagodź jej dzikość, okrucieństwo,

Do tego też potrzebne męstwo, [...]

Zbyt wieleśmy widzieli zbrodni,

Byśmy się dobra wyrzec mogli

I mówiąc: krew jest dzisiaj tania -

Zasiąść spokojnie do śniadania,

Albo konieczność widząc bredni,

Uznawać je za chleb powszedni.

Pisząc te słowa, Miłosz był dyplomatą na stanowisku attaché kulturalnego w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie. Sam był uwikłany, lecz miał tego świadomość i gratulując przyjacielowi nagrody "Odrodzenia", przestrzegał go w liście: "Strzeż się tych, którzy podbijają Ci bębenka i niszczą w Tobie samokrytycyzm. Każdy z nas lubi komplementy [...], ale to bardzo złe, jeżeli mniemanie o sobie nie jest kontrolowane. Sam dobrze wiesz, że bardziej od wielu innych jesteś wystawiony na to niebezpieczeństwo, że lubisz polegać na szmerku i że głos tych, którzy chwalą Ciebie, bo jesteś im użyteczny, bierzesz często za wypowiedź obiektywną, dającą niejaką pewność sławy" (18 sierpnia 1948)[7].

Podczas urlopu w kraju latem 1949 roku Miłosz odwiedził Andrzejewskiego w Szczecinie (miał tam wieczór autorski w Klubie 13 Muz).

- Pamiętam tę willę w lasach z widokiem na jezioro - opowiadał nam. - Niedaleko mieszkał Wiktor Woroszylski, gorliwy komunista, z którym Andrzejewski dużo przebywał. A także Witold Wirpsza. Miejscowy sekretarz partyjny obwoził nas samochodem. Oni osiedli w najlepszym z możliwych światów. Wrażenie jak u Pana Boga za piecem. Świat Polski Ludowej wydawał się ustabilizowany. To był świetny pomysł ze strony partii, żeby ich tam umieścić. Aresztowania słabo docierały do willi w Szczecinie. Uświadomiłem sobie, jaką rolę odgrywają w każdym społeczeństwie strefy, w których ludzie żyją. Myślałem potem często o chorobie niewinności. Była udziałem wielu Niemców w czasie wojny, widzimy ją teraz u Serbów[8].

Ale wtedy z Andrzejewskim nie podejmowali żadnych politycznych tematów.

- Sam się zresztą do takich rozmów nie paliłem - przyznał Miłosz.

Wówczas już rozchodziły się ich drogi, choć Andrzejewski nie przyjmował tego do wiadomości. On zresztą nie bał się tej pokusy, o której pisał Miłosz w Traktacie moralnym ("Wiem, jaka czeka nas pokusa:/ Już nowy pochód żwawo rusza"), przeciwnie, wygląda na to, że chciał jej ulec, że chciał iść w pochodzie. I nie brał do siebie kierowanych pod jego adresem ostrzeżeń przyjaciół. "Dla doktryny traci [się] człowieka z oczu - przestrzegał go w liście Zygmunt Mycielski. - A ja ci mówię, że nigdy nie podpiszę tego, co uważać będę za bzdurę, i rzecz niegodną człowieka, artysty. I jeżeli mam zgnić w polskim więzieniu za to, że bluźnię, nie wierzę czy powątpiewam, to zgniję" (11-12 grudnia 1948).

W tym czasie Andrzejewski coraz bardziej zbliżał się do komunistycznej wiary i coraz bardziej oddalał od swojej przedwojennej, a także wojennej biografii.

Urodził się w Warszawie, w drobnomieszczańskiej rodzinie, która po krótkim okresie prosperity systematycznie biedniała. Kiedy jego gimnazjalni koledzy, ulegając wpływom endecji, obrzucali powóz nowo wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza zgniłymi jajami, a po jego zamordowaniu wiwatowali na cześć zamachowca, Eligiusza Niewiadomskiego - trzymał się z daleka. Miał naturę prymusa, uczył się pilnie, wcześnie zaczął marzyć o karierze pisarza.

Po debiucie w "Wiadomościach Literackich" - opublikowaniu podpisanego inicjałami streszczenia wywiadu z francuskiego pisma - pękał z dumy. Ta pisarska próżność nie odstępowała go do końca życia. Lubił obracać się w literackich kręgach Warszawy. Witold Gombrowicz, z którym łączyła go przelotna znajomość, już wtedy dostrzegł w nim zadatki na przyszłego moralistę: "Piekielnie drażliwy na punkcie swej indywidualności, opatrzony wyraźnym kośćcem moralnym. [...] Wyznawał zasadę postępowania moralnego, mówienia zwykłego, odnoszenia się naturalnego i rzetelnego".

Do "Prosto z Mostu", trybuny skrajnej prawicy spod znaku Obozu Narodowo­-Radykalnego, zaprowadził Andrzejewskiego z jednej strony przypadek, z drugiej - potrzeba stałych dochodów. Odpowiadał tam za dział recenzji książkowych, a choć był w przyjaźni z naczelnym pisma Stanisławem Piaseckim, odżegnywał się od uprawiania jakiejkolwiek polityki. Literatura, według niego, nie powinna służyć żadnemu panu, a wszelkie "społeczne obowiązki" prowadzą tylko do jej skarlenia i zwyrodnienia. W swoich duchowych poszukiwaniach związał się z księdzem Władysławem Korniłowiczem, opiekunem Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach, który reprezentował katolicyzm otwarty, daleki od wszelkiego nacjonalizmu. Andrzejewski w okresie żarliwego praktykowania wiary jeździł często do Lasek, niekiedy w towarzystwie Miłosza, który wiele lat później wspominał: "Pragnęliśmy uduchowienia, ale świątobliwość tamtejszego regulaminu rodziła w nas dziką tęsknotę do wódki i befsztyków".

Na literacki parnas wdarł się Andrzejewski w wieku lat dwudziestu ośmiu, powieścią Ład serca, której bohaterem uczynił księdza z zapadłej poleskiej wsi, targanego tragicznymi konfliktami moralnymi. Od razu wyrobił sobie pozycję autorytetu i uznanego pisarza katolickiego. Ale, jak komentował po latach w dzienniku, który włączył do powieści Miazga, wiarę przeżywał "namiętnie, lecz krótko": "Poczęła bowiem wygasać, gdy książkę ukończyłem".

Zdaniem Miłosza żarliwość religijna księdza Siechenia i żarliwość komunisty Szczuki miały swe źródło w tej samej potrzebie wiary, wrodzone bowiem Andrzejewskiemu "wyczucie tragizmu życia wciąż szukało nowych szat, w których mogłoby wystąpić". To dlatego swego noszącego sutannę bohatera dziesięć lat później przebrał w kurtkę komunisty.

"Prosto z Mostu" drukowało Ład serca w odcinkach w tym samym czasie, kiedy na jego łamach nasilały się antysemickie ataki i peany na cześć faszyzmu. Zerwanie nastąpiło dopiero w 1938 roku, kiedy pisarz dołączył do zbiórki pieniędzy na rzecz kilkunastu tysięcy Żydów z polskim obywatelstwem, których władze hitlerowskie odstawiły na granicę, do Zbąszynia, a rząd polski przetrzymywał w przygranicznych stajniach. W piśmie, które żądało pozbycia się z kraju żydowskiego "robactwa", a uczestniczących w akcji pomocy Polaków obrzucało inwektywami "żydoluby, żydochwalcy i żydolizy", dla Andrzejewskiego nie było dłużej miejsca.

W początkach września 1939 roku Andrzejewski opuścił Warszawę wraz z pierwszą falą uchodźców. Gdy zbliżał się do przeprawy na Bugu, dowiedział się, że Sowieci zajęli Lwów. Cofnął się więc i wrócił do stolicy, pod okupację niemiecką. W Warszawie zacieśniła się jego przyjaźń z Miłoszem. Obaj uczestniczyli w konspiracyjnych wieczorach autorskich, wydawali wspólnie pismo literackie (wyszło kilka numerów), wydrukowali własnoręcznie tomik Miłosza, a w 1941 roku wstąpili razem do jednej z grup Polskiej Partii Socjalistycznej - "Wolność".

We wspomnieniach Miłosza jawi się Andrzejewski jako człowiek odważny i prawy, traktujący serio społeczne powinności pisarza. To on zwrócił się ze słowami publicznego potępienia do Jana Emila Skiwskiego, krytyka i publicysty kolaborującego z Niemcami i niekryjącego swych antysemickich poglądów (mawiał, że "na widok żydowskiej twarzy na ulicy musi się hamować, by nie wezwać policji"). Kazimierz Brandys, jeden ze świadków tej sceny, która rozegrała się w warszawskiej jadłodajni dla pisarzy na Foksal, wspominał, że Andrzejewski odwołał tam Skiwskiego na stronę i nie przywitawszy się z nim, coś mu powiedział. Już następnego dnia wśród bywalców stołówki rozeszło się, że Andrzejewski zerwał znajomość ze Skiwskim[9].

"Od 1941 z inicjatywy Rządu Londyńskiego powstawały we wszystkich dziedzinach sztuki tzw. trójki - wspominał wiele lat później Andrzejewski. - Jeśli chodzi o literaturę, to tworzyli je: Maria Dąbrowska, Jarosław Iwaszkiewicz i ja. Jako najmłodszy spełniałem rolę Hermesa. W pewnym określonym punkcie, w nieistniejącym obecnie przy placu Teatralnym Ratuszu, odbierałem co miesiąc znaczną sumę pieniędzy i w charakterze świętego Mikołaja rozwoziłem je kolegom. Jeździłem parokrotnie do Krakowa, a nawet i do Lwowa. Byłem całkowicie pozbawiony poczucia niebezpieczeństwa".

Jak człowiek z takim życiorysem mógł się związać z komunistami? Sam Andrzejewski tak to tłumaczył w wywiadzie udzielonym w czasach pierwszej Solidarności Teresie Krzemień: "Okres wojny wymagał takiego napięcia energii, takiego zasobu sprawności, sprytu wręcz - nie wyjść za ten róg, bo mogą strzelić. A po wojnie nastąpiło to wielkie odprężenie. Może dlatego ja i wielu przyjaciół tak łatwo weszliśmy w epokę '49-'56".

W kształtowaniu się poglądów Andrzejewskiego i w jego przejściu na nową wiarę niemałą rolę odegrały żarliwość i zaangażowanie młodszego odeń o lat kilkanaście Wiktora Woroszylskiego.

"Było trochę tak - pisał Wiktor Woroszylski we wspomnieniu pośmiertnym o początkach swojej przyjaźni ze starszym o blisko dwadzieścia lat Andrzejewskim - jakby chciał się w nas wcielić, patrzeć na świat naszymi oczyma, w naszej skórze, z naszym zapałem i naiwnością przeżywać to, co nam przypadło w udziale".

Woroszylski zresztą sam przyznał, że Andrzejewski wstąpił do partii pod jego wpływem. Stało się to w kwietniu 1950 roku[10].

Lokalny sekretarz PZPR-u oświadczył, że to zaszczyt dla szczecińskich komunistów mieć w swoich szeregach pisarza tej rangi, a Woroszylski zareplikował: "To zaszczyt dla Andrzejewskiego, że go chcemy do partii przyjąć".

"Jerzy był uszczęśliwiony tym, że ja się tak odezwałem - wspominał Woroszylski w rozmowie z autorką biografii Andrzejewskiego, Anną Synoradzką. - On łaknął właśnie tego rodzaju poniżenia. W każdym razie nie bycia kimś, kto jest uprzywilejowany, ale bycia potraktowanym jako proletariusz przyjęty do jakiejś osobliwej zmowy rewolucjonistów, którzy będą zbawiali świat. I myślę, że po tej właśnie mojej odzywce on mnie polubił i uznał za prawdziwego przyjaciela".

Przypisy

2 Zaraz po wojnieczyli nawrócenie Jerzego Andrzejewskiego

[1] Krytyczną ocenę powstania sformułował już wcześniej na łamach katolickiego "Tygodnika Powszechnego" Stefan Kisielewski. Przyniosło ono - pisał - "szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest istnienie narodu ponad wszystko", zniszczony został polski potencjał kulturalny oraz gospodarczy, a "młodzież warszawska zapłaciła hekatombą krwi". "Wielkie mocarstwa, jak Anglia czy Francja, wielokrotnie nie wahały się rezygnować ze względów tzw. honoru dla prowadzenia realistycznej i trzeźwej polityki" - stwierdzał. I dalej: "Zważmy, że nawet tak przysłowiowo już indywidualnym honorem kierujący się naród, jak japoński, nie zawahał się zrezygnować z nakazów owego honoru i skapitulować, gdy stanął przed alternatywą zniszczenia kraju".

[2] Genezę pomysłu i okoliczności napisania scenariusza Robinsona warszawskiego omówiła wyczerpująco, wykorzystując między innymi niepublikowane listy Andrzejewskiego do żony, Anna Synoradzka­-Demadre w rozdziale Zanim powstał "Pianista" Romana Polańskiego, znajdującym się w jej książce Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej. Późniejsze perypetie ze scenariuszem Robinsona warszawskiego dobrze obrazują proces przykręcania śruby i stawiania pisarzom coraz bardziej ideologicznych zadań. Ale tego wiosennego dnia Andrzejewski jeszcze nie miał powodu przypuszczać, że po interwencjach władz i cenzury główną postacią filmu stanie się z czasem radziecki spadochroniarz, a Miłosz zdejmie swoje nazwisko z czołówki. Robinson wszedł na ekrany w roku 1952. Kilka lat trwało dopisywanie kolejnych wątków (Miłosz wyłączył się z tego jeszcze przed podjęciem decyzji o emigracji), wciąż powtarzały się próby odrzucenia za mało nasiąkniętego ideologią pomysłu wyjściowego. Co z niego w końcu zostało, można przeczytać w recenzji zamieszczonej w "Nowej Kulturze". Film poświęcony jest, jak się okazuje, "walce narodowowyzwoleńczej prowadzonej przez Gwardię i Armię Ludową". Głównym bohaterem jest spadochroniarz radiotelegrafista "Fiałka", ginący w zgliszczach Warszawy. Zdaniem recenzenta jedna postać wydaje się niepotrzebna: "ów Robinson warszawski, szwendający się bez celu wśród min, mieszczuch, bezradnie i z osłupieniem patrzący na zbrodnie faszyzmu". Andrzejewski, niczym pilny uczeń, zaraz w odpowiedzi złożył samokrytykę w imieniu środowiska, które powinno lepiej wdrażać partyjne dyrektywy.

[3] Polemizując z Kottem, Dąbrowska pisała: "Conrad usiłuje wydobyć i wydobywa ze swych bohaterów wierność czemuś istotnie wartościowemu i moralnemu. Że to coś wartościowego i moralnego nie jest doktryną marksistowską i wiernością dla partii marksistowskiej, nie deprecjonuje moralnej postawy Conrada". I dalej: "A choć to zakrawa na paradoks, Kott właśnie dlatego zwalcza "niebuntowniczość" postawy conradycznej, że zawiera ona w sobie coś, co dla wyznawców świętości danej władzy jest bardziej denerwujące od buntu, zawiera niezależność duchową. Ale - wygodna czy nie - autonomia wewnętrzna człowieka bywa w mniejszym albo większym zakresie potrzebna w każdym ustroju".

[4] "Znam obie wersje tego opowiadania - pisał Jan Kott w "Kuźnicy". - Pozwalają one jasno wytyczyć drogę, jaką przebył Andrzejewski". W pierwszej wersji Malecki przeżywał "poniżającą świadomość mglistej i nieokreślonej współodpowiedzialności za bezmiar okrucieństwa i zbrodni" wobec Żydów, ale jednocześnie "zdawał sobie jednak sprawę, że było w nim więcej niepokoju i przerażenia niż prawdziwej miłości do tych ludzi". "To jest trzon dramatu - pisał dalej Kott - a w drugiej wersji to jest środek kompromitacji postawy Maleckiego. Przybyły nagle fundamenty: Malecki został zakwalifikowany: a) przez wychowanie (korporanckie sympatie); b) przez postawę polityczną (unikanie zaangażowania się w jakiejkolwiek organizacji walczącej)". Pierwsza wersja Wielkiego Tygodnia nie zachowała się (Andrzejewski czytał ją na jednym z konspiracyjnych spotkań literackich, w którym uczestniczyli między innymi Maria Dąbrowska, Jarosław Iwaszkiewicz, Zofia Nałkowska).

[5] Jak pisze Anna Synoradzka w biografii Andrzejewskiego, pisarz zapytany w 1947 roku przez redaktora "Dziennika Literackiego", dlaczego jego powieściowy Ostrowiec przypomina rzeczywisty Ostrowiec Świętokrzyski, odpowiedział: "Miasteczko jest wymyślone, Ostrowiec, a mógłby być Radom". Dwanaście lat później w wypowiedzi dla "Życia Warszawy" stwierdził: "W lecie 1945 roku w Poznaniu zdarzyła się taka smutna historia - jeden z młodych uczestników konspiracji zamordował działacza partyjnego. Życie narzuciło wątek powieści".

Po latach kwestia, skąd wziął się pomysł napisania Popiołu i diamentu - czy to była czysta literacka fikcja, czy też kryła się za nią jakaś historia prawdziwa - nieoczekiwanie odżyła. Zaczęło się od kilku zdań, które w wywiadzie do Hańby domowej powiedział Jackowi Trznadlowi w latach osiemdziesiątych Zbigniew Herbert: "Andrzejewski mi opowiadał, że zaprosił go Berman i chodził nerwowo po pokoju, stawał przed oknem i mówił: - "Temu krajowi grozi wojna domowa". - Czyli podał mu temat Popiołu i diamentu. - "Tylko pisarz tego talentu, tej miary, jak pan może..."".

Dziesięć lat później Krzysztof Kąkolewski na tej rzuconej od niechcenia i luźnej hipotezie Herberta (nie wiadomo, czy nie wysnutej z wyobraźni) zbudował całą karkołomną konstrukcję domysłów, przypuszczeń, insynuacji i oskarżeń, która złożyła się na książkę Diament znaleziony w popiele. Jak twierdzi Kąkolewski, jedyny przypadek zamordowania komunisty tak wysokiej rangi zdarzył się właś­nie w Ostrowcu, gdzie w pierwszych dniach po wyzwoleniu przez Rosjan z rąk członka AK-owskiego podziemia, Stanisława Kosickiego, zginął Jan Foremniak. Skąd Andrzejewski mógł znać tę historię? - pyta Kąkolewski. Odpowiadając, daje poszaleć wyobraźni. Otóż Berman miał wysłać Andrzejewskiego do Różańskiego (skądinąd - podkreśla - brata Borejszy, który jako prezes Czytelnika był zainteresowany wydaniem takiej książki), ten zaś skierował go niżej - do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, którzy przygotowali dla niego ubeckie akta sprawy ostrowieckiej (spreparowawszy je uprzednio - zaznacza Kąkolewski, a zastrzeżenie to jest mu niezbędne, bo zbyt wiele okoliczności i detali w powieści Andrzejewskiego nie pasuje do rzeczywistej historii Kosickiego i Foremniaka, który zdaniem Kąkolewskiego jest prototypem Stefana Szczuki). Popiół i diament - stwierdza autorytatywnie Kąkolewski - powstał na zamówienie i pod dyktando UB: "Przypuszczam, że już na pierwszym etapie oficerowie referujący sprawę oczyścili ją z niewłaściwych - z punktu realizmu socjalistycznego i historii walk o utrwalanie władzy - elementów. Interesujące jest, czy powiedzieli Andrzejewskiemu, że jego negatywny bohater, którego nazwie Maćkiem Chełmickim, żyje, czy nie?". W rzeczywistości bowiem Kosicki po aresztowaniu uciekł z więzienia i ukrywał się latami pod fałszywym nazwiskiem, a rozpoznanie siebie w Popiele i ­diamencie - uważa Kąkolewski - miało być dla niego znakiem i pogróżką: że o nim pamiętają, że jest dalej ścigany. Tyle że Kosicki nie rozpoznał się w postaci Maćka Chełmickiego i dopiero Kąkolewski uświadomił mu ten związek.

Dywagacje te są czystym wytworem wyobraźni autora i nie mają żadnego oparcia w faktach. Warto tu przypomnieć, że do Popiołu i diamentu władza miała szereg zastrzeżeń i w 1954 roku Andrzejewski przerobił i usłusznił swoją powieść. Czy w czasie pisania pierwszej wersji w ogóle ją z kimś konsultował? W dzienniku Wacława Kubackiego znalazłyśmy następujący zapis: "Marian Toporowski opowiadał mi przy obiedzie w Astorii, jak będąc redaktorem Popiołu i diamentu, ukształtował w rozmowach z Andrzejewskim postać Szczuki. Fragmenty tej dyskusji włożył potem Andrzejewski w usta sekretarza partii. Kiedy otrzymał nagrodę, powiedział do Toporowskiego: "Nasza powieść dostała nagrodę"" (25 czerwca 1965). Co jest o tyle prawdopodobne, że Toporowski, rusycysta, bibliograf, popularyzator Puszkina, był wtedy, w 1948 roku, lektorem ideologicznym Czytelnika.

[6] Ten cytat z Traktatu moralnego osoby redagujące rozliczne gazetki zakładowe Solidarności wybierały w latach 1980-1981 i w czasie stanu wojennego na swoje motto.

[7] Andrzejewski na to odpowiadał: "Czyż Ty naprawdę myślisz, że dlatego, że jestem ciągle w kraju - nie mam właściwego dystansu i do tego, co się tu dzieje, i do siebie samego? [...] Od pewnego czasu żyję prawie samymi wątpliwościami i chwilami jest mi ciężko, jak chyba jeszcze nigdy ciężko mi w życiu nie było" (6 września 1948). Przywołując swoją korespondencję z Andrzejewskim, Czesław Miłosz mówił Stanisławowi Beresiowi (w wywiadzie dla "Telewizyjnych Wiadomości Literackich"): "List Andrzejewskiego, napisany tuż przed zjazdem szczecińskim, był wyrazem buntu i gniewu, a zatem pozwalał oczekiwać czegoś dokładnie odwrotnego, niż on zrobił. Czyli przemiana nastąpiła w ciągu jednej nocy". Jednak czytając ten list (opublikowany przez Miłosza w tomie korespondencji Zaraz po wojnie), ma się wrażenie nie tyle buntu i gniewu, ile dusznych rozterek, które nie wiadomo do jakich rozstrzygnięć doprowadzą.

[8] W Szczecinie rzeczywiście powstała cała kolonia pisarzy. Woroszylskiego, który w miejscowym organie partii został szefem działu literackiego, odwiedzać tam będą Tadeusz Borowski i Andrzej Braun. We wspomnieniu pośmiertnym o Witoldzie Wirpszy Woroszylski nazwie szczecińską kolonię pisarzy "Disneylandem", "idyllą, którą w swoich włościach próbował stworzyć literatom snobistyczny wojewoda szczeciński Borkowicz".

Takie grupowanie pisarzy w jednym miejscu to pomysł sowiecki. Pisarskie komunałki istniały w Krakowie (na Krupniczej), w Łodzi (na Bandurskiego), w Warszawie (na Iwickiej), w Poznaniu (na Noskowskiego).

Krakowski dom pisarzy na Krupniczej doczekał się kilku książek i po wielokroć występował we wspomnieniach różnych swoich lokatorów. Natomiast warszawską kamienicę na Dolnym Mokotowie, w której po wojnie osiedlono pisarzy, opisano dopiero w 2020 roku. Autorem tej na poły wspomnieniowej, na poły reporterskiej książki (Dom pisarzy w czasach zarazy) jest Tomasz Jastrun, który całe dzieciństwo oraz młodość spędził w przyznanym jego rodzicom mieszkaniu na Iwickiej i znakomicie udokumentował (wykorzystując listy, dzienniki, rozmowy), a też interesująco opisał wszelkie aspekty życia w pisarskiej komunałce.

Przydział mieszkań był bardzo poważnym argumentem na rzecz nieuchylania się od udziału w życiu literackim. W dzienniku Wacława Kubackiego znajdujemy taki zapis: "Przyszło do mnie dwu moich studentów: początkujący prozaik i młody dziennikarz. Zapytali, czybym nie zechciał objąć prezesury w Poznańskim Oddziale Związku Literatów. [...] - Tylko mi tego brakowało. - Stanowisko to wszakże posiada poważną atrakcję... - Jaką? - Mieszkanie dla Prezesa w nowym domu Związku Literatów! - To czemu nie zaczynacie od tego?!" (5 czerwca 1946).

[9] Maria Dąbrowska w dzienniku wspomina, że to ona w czasie okupacji w stołówce na Foksal publicznie nie podała ręki Skiwskiemu i że "wzbudziło to konsternację i niemal zgorszenie, gdyż wszyscy literaci [...] nie tylko podawali mu rękę, ale z nim rozmawiali. Ile razy widziałam w tej sytuacji dzisiejszych koryfeuszy reżymu [...], Andrzejewskiego i innych" (21 listopada 1946).

[10] W tym samym dokładnie czasie Zygmunt Mycielski, z którym Andrzejewski wciąż utrzymywał bliski, przyjacielski kontakt, przesyłając mu odpis listu, w którym odrzucał propozycję kandydowania na prezesa Związku Kompozytorów, pisał: "Wtedy już będę wolny od pewnej roboty, a nade wszystko odpowiedzialności i firmowania rzeczy w sztuce, które mi są wstrętne. [...] Ja zabójstwa (i samobójstwa) pewnych wartości nie potrafię i nie chcę przeprowadzać. Konieczności historyczne niech wykonują inni". Mycielski opisywał, że był na marksistowskim seminarium muzycznym w Nieborowie: "Niełatwo będzie tak świadomą sztukę spłodzić, przynajmniej ludziom, których poezja chodzi na wagary, ze szczyptą nieskodyfikowanej wolności mówi "nie wiem", gdy nie wie, wątpi w nieomylność ludzką, nawet ex cathedra proklamowaną, ze szczytów tiar, koron, komitetów, soborów. A któż to widział kiedy nieomylnego człowieka, system, wiarę, filozofię, naukę bez szczelin, wiedzę bez twórczego "czemu"? Nie, mój drogi. [...] Człowiek, który myśli, że dobił do portu, że znalazł formułę szczęśliwości - choćby i dla dalekich pokoleń, i w imię tego druzgoce wszystko dookoła, już się grzebie, już kapituluje, umiera. Kapituluje z niezawisłości, której pojęcie jest nie od dziś motorem, dla którego warto i umrzeć. Niezawisłość, wolność myśli, to nie szmatka, nie popsuj­-wiaterek, któremu się pysk zamyka" (21 marca 1950).

8 Wojowniczy głos w obronie pokojuczyli Europejczycy we Wrocławiu

Gdy 25 sierpnia 1948 roku przybył do Wrocławia, na Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, Pablo Picasso (ulokowano go w hotelu Metropol, w najlepszym apartamencie, w którym ongiś noc spędził Hitler), od razu udał się na politechnikę. W auli kłębiło się kilkaset osób, w tym delegaci z Afryki, Indii, Cejlonu, Ameryki Południowej (w sumie przybyło kilkuset pisarzy, malarzy, filozofów, kompozytorów i naukowców z czterdziestu sześciu krajów). Wszyscy skierowali wzrok na wchodzącego do sali w kolorowej, rozpiętej koszuli wielkiego hiszpańskiego malarza.

Pomysł, by zorganizować kongres pokoju, i to we Wrocławiu, niedawnym Breslau, i jeszcze połączyć go w czasie z przygotowaną z wielkim rozmachem Wystawą Ziem Odzyskanych, był prawdziwym majstersztykiem propagandowym. Julian Tuwim w numerze "Odrodzenia" poświęconym kongresowi pisał: "Intelektualiści z całego świata na własne oczy zobaczą kraj, który bez pomocy judaszowych dolarów, płynących z kieszeni bankierów, nafciarzy i innych zbójów, odbudowuje się szybko i sprawnie, nie bacząc na ogrom zniszczeń i grabieży dokonanych u nas przez niemieckich faszystów. Może, będąc naszymi gośćmi, dowiedzą się, że niedaleko od Wrocławia położona jest część Europy zwana do niedawna Trzecią Rzeszą i że pod okupacją Anglosasów rośnie zbrojone i szkolone odpowiednio pokolenie Niemców dyszące żądzą wojny odwetowej. [...] Wróg jest wyraźny. [...] Niech nasz głos w sprawie pokoju zabrzmi wojowniczo". No więc goście oglądali wystawę dokumentującą "osiągnięcia ludowej Polski" i na własne oczy widzieli entuzjazm, jaki wzbudzają one w ludziach. Tylko że zapewne nie przyszło im do głowy, że główną atrakcją dla ciągnących na wystawę tłumów jest możliwość obejrzenia niedostępnego na rynku ciągnika czy kupienia nieosiągalnej na co dzień szynki.

Jako autora pomysłu zwołania kongresu w Polsce, we Wrocławiu, polskie źródła podają Jerzego Borejszę. Według partyjnej historiografki Barbary Fijałkowskiej, autorki książki Borejsza i Różański, musiał się on narodzić którejś nocy w biurze Borejszy w Czytelniku, a brat Borejszy, Jacek Różański, osławiony dyrektor departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, miał zasugerować, że dobrze będzie rozpowszechnić drogą szeptaną, iż jest radzieckie poparcie dla tej imprezy. Koncepcję podchwycił radziecki minister spraw zagranicznych Mołotow i umiejętnie przedstawił Stalinowi.

Sam Borejsza opowiadał francuskiej dziennikarce komunistycznej Dominique Desanti, że kiedy wystąpił z tą inicjatywą, Andriej Żdanow, wyrocznia w sprawach ideologii i kultury, z początku się zawahał, ale potem uznał, że to dobry pomysł, a Wrocław świetnie się do tego nadaje. "Robiono wszystko, by stworzyć pozory, że kongres jest polską inicjatywą" - napisał z kolei w swej autobiografii Pierre Daix, w tamtych latach działacz Francuskiej Partii Komunistycznej. On jednak wiedział, jak było naprawdę. Pełnił funkcję sekretarza Louisa Aragona, francuskiego poety i redaktora naczelnego gazety komunistycznej "Ce Soir", i był obecny któregoś wieczoru w redakcji, kiedy odwiedził ją, by porozmawiać o kongresie, Aleksandr Fadiejew, przewodniczący Związku Pisarzy Radzieckich, w towarzystwie zięcia Marii Curie­-Skłodowskiej, komunizującego Frédérica Joliot­-Curie.

- Mogę się podzielić tylko swoimi przypuszczeniami - mówiła nam Krystyna Kersten. - Wydaje się mało prawdopodobne, by pomysł wyszedł od Borejszy, a jeśli nawet, to w ramach sowieckiego zamysłu przygotowania ruchu obrońców pokoju. Z archiwów Kominformu [biura stworzonego przez Stalina w 1947 roku do kontrolowania satelickich partii komunistycznych] wiadomo, że to na jego trzecim posiedzeniu, w styczniu 1949 roku, zadekretowano, że walka o pokój jest nowym priorytetem międzynarodówki komunistycznej, ale przecież wcześniej też na pewno prowadzono jakieś tajne działania w tej sprawie. Kominform był tylko wykonawcą, czyli decyzje musiały zapaść w wydziale międzynarodowym KC KPZR.

Tadeusz Konwicki, który przyjechał na kongres jako sekretarz Borejszy, opowiadał nam:

- Dziś powiedzą, że to było ukartowane przez KGB. Ja nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Nie uważam, by Borejsza przystępował do organizowania kongresu z jakimś perfidnym pomysłem. To była okazja do pokazania innej Polski, nie kraju trupów, ale kraju wstającego do życia. Podniecała go ranga tej imprezy. W tamtym czasie nie było jeszcze widać, że to jego koniec, że za chwilę zostanie odstawiony na boczny tor. A ja miałem dwadzieścia jeden lat i byłem jego podręcznym chłopcem na posyłki. Dla mnie pobyt na kongresie to była premia - warunki doskonałe, przesuwające się znakomitości.

Dalej, jak to on, mówił półsłówkami, że niewiele sobie przypomina, że za bardzo się politycznie nie orientował, że najbardziej utkwiła mu w pamięci scena, kiedy Picasso rozebrał się do pasa, bo on akurat siedział dwa stoliki dalej[1]. I jeszcze dodał:

- Mówienie tego nie jest dziś poprawne politycznie, ale na kongresie zebrała się intelektualna czołówka świata. Pamiętam tę atmosferę święta.

Dyrygujący przygotowaniami do kongresu Borejsza pojechał do Rzymu, Londynu i Paryża, by osobiście zaprosić ważnych uczestników. Gdy Dominique Desanti wyraziła nadzieję, że uda się do Wrocławia ściągnąć "wielkich" - Sartre'a, Camusa, Malraux - Borejsza tego nie podchwycił. On już wiedział, że tego towarzysze radzieccy nie zniosą. Granicą było zaproszenie Picassa i Éluarda, którzy co prawda należeli do partii komunistycznej, ale jeden malował w sposób jaskrawie odbiegający od zasad realizmu socjalistycznego, drugi zaś był kiedyś surrealistą. Sartre z kolei znajdował się na indeksie, po tym jak powiedział publicznie: "Jeżeli ktoś pyta mnie, czy pisarz powinien oddać się w służbę partii komunistycznej, odpowiadam: "nie". Polityka komunizmu stalinowskiego nie przystaje do uczciwego wykonywania zawodu pisarza", i współzakładał alternatywną do komunistycznej partię francuskiej lewicy. Czas polityki "szerokofrontowej", kiedy każdy, komu kapitalizm był nie w smak, stawał się potencjalnym sojusznikiem ZSRR, już minął. Teraz, na długie lata, miał zapanować rygor: "Kto nie z nami, ten przeciw nam". Kongres miał odsiać niepewnych.

Oficjalnie przygotowywał go polsko­-francuski komitet organizacyjny. Irena Szymańska, wówczas redaktorka Czytelnika, tak jak Konwicki towarzyszyła we Wrocławiu swemu szefowi Borejszy. W rozmowie z nami wspominała, że był to zapewne ostatni zjazd światowy, na którym podstawowym językiem obrad był francuski. Za chwilę po jednej stronie żelaznej kurtyny zapanował rosyjski, po drugiej - angielski.

Dąbrowska, delegatka na kongres, zapisała w dzienniku - po zebraniu komitetu organizacyjnego - zdumiewająco, jak na tamte czasy, przenikliwe uwagi: "Borejsza cedził nudne sprawozdanie i czytał zgłoszone listy cudzoziemców - po czym od czasu do czasu [Jan] Parandowski i [Zygmunt] Szweykowski poprawiali mu wymowę nazwisk. Poza tym - zupełny marazm. Widziało się po prostu wielki splot zębów z trzymanymi za nimi językami. [...] Czy zastanawia się kto albo czy może kto zadać pytanie: co ci wszyscy "intelektualiści" zrobią w razie, nie daj Boże, wybuchu wojny? Czy można wyobrazić sobie, żeby jakiekolwiek państwo pozwoliło im wtedy zachować postawę antywojenną? Pisarze, poeci, artyści, o ile młodzi, będą musieli iść do wojska, inni będą zmuszeni do robienia propagandy wojennej. Uczonych zapędzi się do pracy nad wynalazkami śmiercionośnymi i skończy się cała zabawa w "obronę pokoju"" (14 sierpnia 1948).

Jednak niemal wszyscy zgromadzeni we Wrocławiu intelektualiści mieli poczucie misji. Jeszcze nie ostygły zgliszcza po II wojnie światowej, a już mówiło się o następnej, tym razem atomowej. Byli przekonani, że ich głos może przeważyć szalę. Już wykazali, że to oni są sumieniem narodów. Choćby Paul Éluard, którego wiersz Wolność, drukowany jako ulotka, zrzucano z samolotów alianckich, by podtrzymać ducha francuskiego ruchu oporu. Idea komunistyczna porywała intelektualistów we wszystkich częściach świata (poza oczywiście ZSRR, gdzie większość niegdyś porwanych ideą zamordowano lub zesłano do łagrów). Teraz zebrali się razem, by apelować o pokój.

Polska delegacja, poza jednym Borejszą, który dwoił się i troił, nie odegrała żadnej znaczącej roli[2]. Ważni byli Francuzi i Rosjanie. Francuzi, najbardziej fetowani ze wszystkich zagranicznych gości, przyjechali w imponującym składzie: Picasso (od lat mieszkający we Francji), Fernand Léger, Frédéric Joliot­-Curie, laureat Nagrody Nobla z chemii, i jego żona Ir?ne Joliot­-Curie oraz - w glorii zasłużonych dla ruchu oporu - Paul Éluard, Roger Vailland i Vercors[3].

Kongres rozpoczął się w miłej atmosferze spotkań starych przyjaciół. Picasso radośnie witał się z Ilią Erenburgiem, z którym w Paryżu lat dwudziestych przegadał dziesiątki godzin w kawiarniach na Montparnassie. I poznał wreszcie Manuela Sáncheza Arcasa, w czasie wojny domowej ministra w rządzie republikańskim, teraz ambasadora Republiki Hiszpańskiej w nieuznającej władzy generała Franco Polsce. Gdy w 1936 roku nowo utworzony rząd mianował Picassa dyrektorem muzeum Prado w Madrycie, to właśnie Sánchez Arcas podpisał ów dekret nominacyjny (malarz nie zdążył dojechać do Madrytu przed wkroczeniem tam wojsk Franco).

W delegacji radzieckiej prym wiódł Aleksandr Fadiejew, który zabrał głos jako pierwszy[4]. Wcześniej gładkie powitalne przemówienie wygłosił przewodniczący polskiej delegacji Jarosław Iwaszkiewicz. Odczytano też krótki, grzecznościowy list Alberta Einsteina do kongresu, pomijając dołączony do niego apel (słynny fizyk proponował w nim utworzenie rządu światowego kontrolującego energię atomową, co oczywiście nie mogło podobać się Rosjanom).

Fadiejew najpierw pouczył zebranych o zasługach ZSRR ("Nie jesteście pod jarzmem niemieckim tylko dlatego, że miliony żołnierzy radzieckich przelało za was krew"), by przejść do gromienia cudzych grzechów. Mówił o obozie imperialistycznym, który dąży do ustanowienia reakcyjnych reżymów na wzór hitleryzmu i przygotowuje nową wojnę. O imperialistach amerykańskich i ich sługusach, którzy chcą zakuć ludzkość w kajdany i przeobrazić kulę ziemską w ogromny rewir policyjny, o reakcyjnych pisarzach, psach łańcuchowych imperializmu. Od ogółu przeszedł do szczegółu. Zaatakował Thomasa S. Eliota, w którego twórczości "nikczemne splugawienie bytu człowieczego łączy się z mistycyzmem, złośliwą walką z rozumem i propagandą irracjonalizmu". Wygłosił zdanie, które przeszło do historii: "Gdyby szakale mogły nauczyć się pisać na maszynie, gdyby hieny umiały władać piórem, to, co by tworzyły, przypominałoby z pewnością książki Millerów, Eliotów, Malraux i innych Sartre'ów".

Odtąd Eliot stał się jednym z głównych szwarccharakterów polskiej publicystyki i krytyki literackiej. Pisał Tadeusz Borowski: "Wściekłego psa poezji kapitalistycznej trzeba izolować; sam zdechnie w konwulsjach, wyprzedzając swoją klasę. Eliot jest świadomym prowokatorem, piewcą obskurnego średniowiecza, heroldem imperializmu i - chwalcą faszyzmu". Dalej oskarżał go o to, że religijność łączy się u niego z rasizmem, a freudyzm - z pochwałą monopoli. I puentował w stylu charakterystycznym dla nagonkowych tekstów, w których nazwiska przeciwników politycznych zapisuje się małą literą: "Jego miejsce nie jest obok Shawa czy Manna. Jego miejsce jest obok koestlerów i sartre'ów, huxleyów i silonów"[5].

Gdy Fadiejew wygłaszał swoją mowę, delegaci rozglądali się niepewnie po sobie. Desanti opisywała potem reakcję gości francuskich, kiedy usłyszeli o Sartrze, niekwestionowanym we Francji autorytecie moralnym, że jest hieną piszącą na maszynie: "Picasso zrywa słuchawki. Éluard zdejmuje je powoli i zaczyna sobie coś bazgrać. Vercors i Léger zamierają w bezruchu. Na trybunie Ir?ne Joliot­-Curie i Julian Huxley wymieniają karteczki. Borejsza wygląda jak akrobata zasztyletowany w czasie odstawiania popisu".

Najostrzejszą replikę wygłosił historyk z Oksfordu, profesor A.J.P. Taylor: "Zadaniem intelektualistów jest głoszenie tolerancji i zgody, a nie nienawiści. A tu się głosi wojnę, a nie pokój. Porównywanie demokracji amerykańskiej z faszyzmem jest niedopuszczalne". I przypomniał, że "to Francuzi i Anglicy wypowiedzieli wojnę Niemcom, kiedy napadły one na Polskę". Nikt z obecnych na sali, nawet oksfordzki profesor, nie ośmieliłby się powiedzieć wprost, że wtedy właśnie Sowieci, na spółkę z faszystami, podzielili Polskę między siebie. Taylor stanął też w obronie Jugosławii, która znalazła się na indeksie: "Wczoraj pan Fadiejew wyliczał kraje, które oparły się Hitlerowi. Jeden kraj został pominięty, Jugosławia, gdzie poległy prawie dwa miliony ludzi. Nie jestem w stanie przyjąć spokojnie do wiadomości tego rodzaju nieuczciwości".

Kolejny delegat angielski, filozof i pisarz Olaf Stapledon, stanął w obronie Eliota i wygłosił zdanie, które na tym forum było już szczytem bezkompromisowości: "Czuję się związany z Rosją Sowiecką, ale też mam dużo sympatii do Ameryki". W podobnym duchu wypowiadał się Julian Huxley, biolog i filozof, wielka osobistość kongresu, pierwszy szef UNESCO.

Na kongresie przestało być swojsko i miło.

- Fadiejew, kiedy mówił ktoś z Zachodu, demonstracyjnie zdejmował słuchawki - opowiadał nam François Bondy, dziennikarz, wieloletni redaktor naczelny "Preuves" (antykomunistycznego, ale nie prawicowego pisma, które współpracowało z paryską "Kulturą"). - Erenburg był wyraźnie niesympatyczny. Trudno było udawać, że kongres przebiega w serdecznej atmosferze. Dla Polaków ton nadany przez Rosjan to była klęska. Dla nich kongres jawił się jako szansa na podtrzymanie więzi ze światem zachodnim. A Rosjanie obecni na kongresie swymi wystąpieniami potęgowali wszystkie rozbieżności między wypowiedziami intelektualistów z obu stron żelaznej kurtyny.

Na sali był Michaił Szołochow, ale się nie odzywał. Jedyny ślad jego obecności na kongresie to króciutki wywiad, który przeprowadził z nim dla "Przekroju" Leopold Tyrmand. Autor Cichego Donu opowiadał tam o kozackich koniach nad Donem, o ich cienkich pęcinach i długich szyjach. Pozostali radzieccy delegaci tańczyli, jak im Fadiejew zagrał. Szczególnym zapałem wykazywał się Aleksander Kornijczuk, mąż Wandy Wasilewskiej. Fadiejew do jugosłowiańskich intelektualistów nie odzywał się ani słowem, traktował ich jak zadżumionych, co w lot podchwycili Rosjanie i inni przybysze z krajów bloku.

Dlaczego najpierw zaproszono gości, a potem ich obrażano? Przypomnijmy, że w 1948 roku przypieczętowany został rozłam między Josipem Titą a kierownictwem radzieckim (Komunistyczna Partia Jugosławii nie została zaproszona na posiedzenie Kominformu), Związek Radziecki odciął dopływ prądu do Berlina i zablokował jego połączenia drogowe z zachodnimi strefami Niemiec, rozpoczęła się fala aresztowań wewnątrz partii komunistycznych we wszystkich demoludach (jej szczyt przypadł na rok 1949), a na sierpniowym plenum KC PPR zaczęła się nagonka na odchylenie prawicowo­-nacjonalistyczne w partii.

Przemówienie Erenburga na kongresie było takie samo w treści jak Fadiejewa, choć łagodniejsze w formie. To zapewne ta umiejętność sprawiła, że Erenburg, autor kilku zachwycających książek (jak Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca czy Niezwykłe przygody Julia Jurenity i jego uczniów) oraz kilku powieści socrealistycznych, był od lat głównym towarem eksportowym ZSRR na Zachód. Propagował komunizm w formie lekkiej, łatwej i przyjemnej. Jego dowcipy bardziej przekonywały niż niejedno oficjalne dementi. "Co za fatalna orkiestra - wzdychał na przykład, patrząc na występy moskiewskiej filharmonii podczas towarzyszących kongresowi imprez. - Gdyby komunizm był taki, jak go u was opisują, wysłano by ich już dawno na Sybir"[6].

Maria Dąbrowska głosu nie zabrała. Co myślała, możemy przeczytać w jej dzienniku: "Nie ulega wątpliwości, że kongres nie był skierowany przeciw wojnie w ogóle, ale przeciwko ewentualnemu wybuchowi wojny amerykańsko­-rosyjskiej teraz, w tej chwili, kiedy wojna jest dla Rosji niedogodna. [...] Kongres ten jest tylko dowodem, że Rosja nie ma jeszcze bomby atomowej (choć nie wątpię, że ją przygotowuje), i dlatego dąży do zmobilizowania wszystkich sił dostępnych w jakikolwiek sposób jej zasięgowi lub jej wpływom, by rozkładać gotowość wojenną we wszystkich krajach prócz własnego. [...] Fadiejew mówił półtorej godziny, jak komiwojażer przedsiębiorstwa zachwalający swój towar i obrzucający obelgami sklep konkurencyjny. Treść nie zawierała nic poza wyświechtanymi sloganami każdej codziennej gazety reżymu - ton i forma były poniżej poziomu nie tylko intelektualistów, ale poniżej poziomu przyzwoitości. [...] Talentem oracyjnym zabłysnął tylko Erenburg, który mówił to samo co Fadiejew (niechby spróbował co innego), ale w bardziej strawnej i eleganckiej formie. Był to lepszy komiwojażer" (29 sierpnia 1948).

Borejsza mówił Desanti: "Rozwalili mi kongres. Więc po to przyjechali? Uprzedzali mnie. Mówili: "Mamy tu do przeprowadzenia kroki trudne i niezbędne. To bagno, musimy je oczyścić. Nie przyjechaliśmy tu z misją rozjemczą". Cały czas się denerwowałem, co się może stać. Ale to? Nikt się tego nie mógł spodziewać". Desanti opisała scenę, jak Borejsza wygłosił te słowa żalu, oddalił się, po czym nagle zawrócił: "Ale odwaga komunisty polega na przyznaniu racji Fadiejewowi. Opuścić szeregi to łatwe, szczególnie na Zachodzie. Jeżeli czujesz się prawdziwą działaczką, powstrzymaj Ir?ne, która chce odlecieć następnym samolotem z Huxleyem. Jeżeli ona odjedzie, stracimy naukowców".

Huxley po wygłoszeniu antyfadiejewowskiego przemówienia wsiadł do najbliższego samolotu i wrócił do Anglii, razem z nim profesor Taylor. Ir?ne Joliot­-Curie natomiast wahała się: pozwolić Rosjanom, by utwierdzali się w swoich głupstwach? Czy może raczej poprzez demonstracyjny wyjazd dać im sygnał, że nie mogą przekraczać pewnych granic? Borejsza załatwił jej natychmiastowe połączenie telefoniczne z Frédérikiem Joliot­-Curie, który jeszcze nie przyjechał z Francji. "Zostaję - powiedziała mu po rozmowie z mężem. - Trzeba, żeby końcowa rezolucja była wyważona, żeby w niej było, że ten pisarz Fadiejew wyraził tylko swoją osobistą opinię".

Fernand Léger, który, już jako znany malarz, po zakończeniu wojny przysłał ze Stanów Zjednoczonych telegram do Francuskiej Partii Komunistycznej, żeby go zapisać na jej członka, wyjechał z Wrocławia niemal zaraz po przyjeździe. Już pierwszego dnia poprosił, by kupić mu bilet na najbliższy samolot, mówiąc: "Mam kryzys wiary".

Pablo Picasso, znudzony kongresem, ale zachwycony Polską, odczytał rezolucję w obronie chilijskiego poety Pabla Nerudy. Był tam osobisty akcent, rzadkość na tej sali: "Mam przyjaciela, który miał tu być, to jeden z najlepszych ludzi, jakich poznałem. Jest teraz ścigany jak pies i nikt nawet nie wie, gdzie się znajduje".

Któregoś wieczoru, gdy Erenburg zabawiał dykteryjkami zgromadzonych na kolacji, Picasso zwrócił się do niego: "Ale przyznaj otwarcie. Nudzisz się tu jak mops. Zupełnie jak ja". Erenburg zaczął tłumaczyć, że jest do tego rodzaju imprez przyzwyczajony. Picasso mu przerwał: "Malarze są po to, żeby malować, a pisarze po to, by pisać". Gdy kolacja miała się ku końcowi i nastał czas przemówień, jeden z Rosjan wyraził ubolewanie, że Picasso dalej maluje w sposób dekadencki, reprezentatywny dla najgorszej kultury zachodniej, w stylu impresjonistyczno­-surrealistycznym. Picasso odparował, że nie pozwoli się tak traktować przez jakiegoś urzędniczynę i że już był przez nazistów wyzywany od malarzy judeomarksistowskich.

Część delegacji amerykańskiej i brytyjskiej głosowała przeciw pisanej obowiązującą nowomową rezolucji kongresu (była tam mowa o "­garst­ce żądnych zysku ludzi w Ameryce i Europie, którzy zapożyczyli od faszyzmu tendencję do rozstrzygania wszystkich spraw siłą oręża i znów przygotowują zamach").

Niektórzy goście zostali w Polsce, by zażywać wakacji na koszt polskiego państwa. Ir?ne Joliot­-Curie spędziła urlop w domu wczasowym w Zakopanem, podobnie jak Pierre Daix. Był już wrzesień i Bolesław Bierut został właśnie I sekretarzem KC PPR. "Usłyszałem, że Bierut zastępuje Gomułkę, który przyznaje się do swoich błędów i do tendencji nacjonalistycznych - po latach odtwarzał swoje myśli Daix. - Odetchnąłem z ulgą. Tylko w łonie partii komunistycznej było możliwe tak szczere przyznanie się do błędów".

Zachodni intelektualiści lgnęli do komunistycznej utopii niczym ćmy lecące do światła. Jak możliwe było aż takie - używając neologizmu Aleksandra Wata - ubezwłasnomyślenie ludzi żyjących w wolnym świecie?

Odpowiedzi należałoby szukać w sile ideologii komunistycznej, systemu, który "wciągał najlepszych i wyciągał z nich to, co najgorsze" - pisał intelektualista francuski Edgar Morin, autor głośnej we Francji rozliczeniowej książki Autocritique [Samokrytyka].

Morin w czasie zaczadzenia komunizmem uważał się za człowieka aparatu oddelegowanego na front kultury. Jak dziesiątki przyszłych luminarzy francuskiej kultury tworzył zastępy lumpeninteligencji, siły roboczej wykonującej proste zadania partyjne. On sam dostawał z ambasady radzieckiej zeznania chłopów, naocznych świadków, którzy twierdzili, że za Katyń odpowiadają Niemcy, i przerabiał je na artykuły do komunistycznej prasy. W Autocritique opisuje zwodniczą siłę filozofii marksistowskiej, własne zauroczenia, olśnienie i euforyczne poczucie, że świat jest objaśnialny (ten wątek powtarza się w wielu relacjach z obu stron żelaznej kurtyny). Analizując samozakłamanie, śledzi, jak powstawał system immunologiczny, który niszczył wszystkie zarazki zwątpienia. Na partyjnych mityngach, gdy padały pytania o represje w krajach bloku sowieckiego, odpowiadał: owszem, stalinizm posługuje się metodami właściwymi dla świata imperialistycznego, ale nie może ignorować tego, co zastał w tym świecie pełnym zła i przemocy, musi się weń wgryźć, by się odbić od niego i go przetworzyć.

Gdy czyta się wspomnienia Morina, najbardziej wstrząsa nawet nie to, że żyjąc w wolnych krajach, z pełnym dostępem do informacji, intelektualiści byli gotowi wierzyć w każde kłamstwo i brednię, ale to, że z własnej nieprzymuszonej woli odgrywali upokarzające sceny z życia społecznego zniewolonych krajów, jak te niekończące się zebrania partyjne, na których szczuli jednych na drugich i prześcigali się w składaniu samokrytyk.

A dla polskich intelektualistów, poszukujących swego miejsca w nowej rzeczywistości, to, że wielu ich europejskich kolegów wierzyło w komunizm i w Stalina, miało swoją siłę perswazji. Jacek Bocheński wspominał nam, jak ważne dla niego było to, że opowiadając się za ­komunizmem, mógł poczuć się częścią europejskiej elity intelektualnej.

Marian Brandys, który po wojnie pojechał do Włoch jako wysłannik Czytelnika i "Przekroju", opowiadał nam, jak bardzo ten wyjazd przekonał go do idei komunistycznej:

- Widziałem się z senatorami komunistycznymi, wspaniałymi ludźmi, oglądałem Annę Magnani i Vittoria De Sicę przemawiających w Rzymie na Piazza del Popolo, i wszyscy oni opowiadali, jak Ameryka chce ich uzależnić. Jedyny, który twierdził inaczej, to był radca handlowy naszej ambasady. Mówił: "Panie, oni tu walą wielkie pieniądze, sam pan zobaczy, jak to będzie wyglądało za dziesięć lat". Ale potem uciekł, defraudując pieniądze ambasady. I komu miałem wierzyć? Upewniłem się, że jestem na właściwej drodze.

Postawienie na ruch pokojowy okazało się jednym z najbardziej trafionych pomysłów generalissimusa Józefa Stalina[7]. Stany Zjednoczone dysponowały bronią jądrową, Stalin zarządził więc, by zatrudnić najlepszych fizyków przy jej produkcji i robić wszystko, by opóźniać badania jądrowe we wrogim obozie. Wiedział, jak bardzo w zachodnich demokracjach liczy się opinia publiczna. Kongres w deklaracji końcowej umieś­cił zdanie o wolnej wymianie idei i odkryć naukowych - w praktyce chodziło o to, by zachodnie społeczeństwa były informowane o pracach swoich rządów nad bombą atomową.

W swojej autobiografii Arthur Koestler, jeden z tych zarażonych komunizmem, którzy najwcześniej przejrzeli na oczy, tak opisywał przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych: "To był czas światowego ruchu w obronie pokoju, któremu udało się - pod sztandarem Picassowskiego gołębia - przekonać miliony ludzi, że pokój na świecie może być zaprowadzony tylko za pomocą żelaznej kurtyny, pól minowych i drutów kolczastych". Wrocławski kongres uczynił z tematyki pokojowej główną linię frontu, a setki znanych osobistości i miliony zwykłych ludzi na całym świecie podpisywały tak zwany apel sztokholmski o zaprzestanie badań jądrowych[8].

Na kongresie był również Tadeusz Borowski. Pełnił tam funkcję zastępcy szefa biura prasowego i redaktora gazety kongresowej (wydawanej w czterech językach, składanej w czterech różnych drukarniach, w wersji rosyjskiej - w Legnicy). Tak naprawdę - pisał we wspomnieniu pośmiertnym Witold Wirpsza, który razem z nim robił tę gazetkę - był tam nie tylko redaktorem, ale też tłumaczem, korektorem, metrampażem, chłopcem na posyłki. I tragarzem. Jeździł po nocach od drukarni do drukarni, zdarzało się, że samochód nie był w stanie przejechać wśród ruin, wtedy dźwigał na własnych barkach ciężkie, odlane w ołowiu matryce.

Od tego czasu "walka o pokój" stała się jednym z głównych lejt­motywów publicystyki Borowskiego. Wzywał do podpisywania apelu sztokholmskiego, wzywał młodzież do współzawodnictwa o tytuł najlepszego młodego agitatora pokoju (apel ten wydano jako oddzielną broszurę w masowym nakładzie), sławił Stalina, "pierwszego chorążego pokoju". W artykule Pierwszy dzień wojny w Korei informował czytelników, że "niedawno samoloty amerykańskie zrzuciły stonkę ziemniaczaną na pola niemieckie", a lotnicy podczas tej operacji zajadali czekoladę i żuli gumę. "O czym myśli Truman, kierując na miasta Korei bombowce, popełniając agresję na Tajwan, suwerenne terytorium Chin? - pytał. - Może o groźbie inflacji? Może o rosnącym deficycie budżetu swego rządu [...]? Może nie chce mu się wracać do sklepiku z szelkami, skąd dzięki pomocy gangstera wydrapał się na krzesło senatora i prezydenta? Może rozumie, że słońce imperializmu zachodzi i rzuca swe ostatnie promienie na ziemię, która jutro będzie wolna?" Po śmierci Borowskiego w jego papierach odnaleziono plan ledwo napoczętego poematu poświęconego walce o pokój.

W tę walkę włączyli się wszyscy główni bohaterowie naszej książki[9].

Jerzy Andrzejewski został przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Obrońców Pokoju w Szczecinie, uczestniczył w kolejnych kongresach pokoju, a artykuły i przemówienia będące owocem tej działalności wydał w tomie Aby pokój zwyciężył. O ich stylistyce można wyrobić sobie zdanie na podstawie pierwszego z brzegu cytatu: "Jeżeli legendarny potwór zmienił swe imię i dzisiaj nazywa się imperializmem i posiada sto głów bankierskich i tyleż samo głów fabrykantów broni, jeżeli starodawny labirynt stał się terenem przygotowań do nowej wojny, terenem tysięcy kłamstw, prowokacji, szantażów i zbrodni popełnianych i zamierzonych, to my drogi prowadzące poprzez ten zdradziecki labirynt musimy nie tylko dobrze poznać, lecz rozświetlić je w taki sposób, aby żadna z komnat współczesnego potwora nie pozostała w zamaskowanym mroku lub w fałszywym półcieniu [...]. Pozwólcie, że ja przeprowadzę was przez jedną z komnat, być może ze wszystkich sal waszyngtońskiego labiryntu przystrojoną w największą ilość wzniosłych uczuć i pojęć, uświęconą wiekami tradycji i otaczaną szacunkiem wielu ludzi różnych narodów, niemniej jednak służącą, niestety, tym samym celom wojennym, co i inne pomieszczenia tej ponurej budowli kryjącej w swych ścianach całą obłudę i brzydotę świata opartego o potęgę dolara. Sala, o której myślę, nazywa się Watykan".

Apogeum "walki o pokój" przypadło na rok 1950, kiedy to rozpoczęła się wojna w Korei. To wtedy Wiktor Woroszylski napisał wiersz Przyjacielowi z Korei, a Adam Ważyk - słynną, po wielekroć recytowaną przy wszystkich możliwych okazjach Piosenkę o Coca­-Cola.

Dobrze wam było pić Coca­-Cola.

Ssaliście naszą cukrową trzcinę,

zjadali nasze ryżowe pola,

żuliście kauczuk, złoto, platynę,

dobrze wam było pić Coca­-Cola [...].

My, co pijemy wodę nadziei,

wiemy, gdzie sięga dziś wasza wola:

wyszliście z Chin, wyjdziecie z Korei,

my wam przerwiemy sen Coca­-Cola,

my, co pijemy wodę nadziei.

Latem 1951 roku Tadeusza Konwickiego i Wiktora Woroszylskiego - wraz z Andrzejem Braunem i Andrzejem Mandalianem - wydelegowano na Światowy Zlot Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie. Napisali wspólnie reportaż do "Nowej Kultury": "Setki tysięcy młodych gardeł skanduje: "Pokój Stalin, Pokój Stalin". [...] Pokój to najbardziej nośne hasło, jakie wymyślono. Z pozoru hasło pozytywne, radosne, jednoczące, ale podszyte nienawiścią do imperialistów".

Maria Janion, w wywiadzie, jakiego udzieliła Jackowi Trznadlowi do Hańby domowej, opowiadała, że dla niej i jej pokolenia skażonego wojenną traumą słowo "pokój" było - podobnie jak "socjalizm" - słowem magicznym: "W aurze klęski poszukiwaliśmy jednak tych ideałów czy słów, które by potwierdziły sens naszego istnienia, udzieliły sposobu na życie. I myśmy znaleźli te słowa. [...] Po prostu byłam zupełnie bezbronna wobec tych dwóch słów, którym podstępnie zmieniono znaczenia".

Przypisy

4 Porwany przez rewolucyjny patosczyli Wiktor Woroszylski zgłasza się do PPR-u

[1] Obszerne fragmenty tej rozmowy, którą przeprowadziła Joanna Szczęsna, opublikowane zostały w "Gazecie Wyborczej" na Wielkanoc 1996 roku pod tytułem Ja w Rosji, Rosja we mnie.

[2] Ten wiersz został zaśpiewany w 1981 roku na festiwalu piosenki niezależnej w Gdańsku­-Oliwie przez zespół Trzeci Oddech Kaczuchy. Utwór uznano za piosenkę o Edwardzie Gierku, który do września poprzedniego roku był I sekretarzem KC PZPR.

[3] Oprócz plakatów działacze PSL-u kolportowali łatwo wpadający w ucho wierszyk: "Tylko kaczka, głupi ptak,/ Mówi ciągle: Tak, tak, tak./ Mądry człowiek wie, co chce,/ I na pierwsze mówi: Nie".

[4] PSL, mając świadomość, że odpowiedź pozytywna na wszystkie pytania referendalne odbierana będzie przez komunistyczne władze nie tylko jako poparcie trzech konkretnych propozycji, ale - przede wszystkim - jako akceptacja wprowadzanych przy pomocy Sowietów porządków, zaapelowało, by na pytanie o zniesienie izby wyższej parlamentu odpowiedzieć "nie". "Przez odpowiedź "nie" na pytanie pierwsze nie chcemy zatrzymania na przyszłość Senatu, lecz stworzenia przewidzianej przez program PSL Naczelnej Izby Gospodarczej" - wyjaśniały w odezwie do ludności władze Stronnictwa. I dalej tłumaczyły, że odpowiedź "tak" na drugie pytanie oznacza poparcie dla uspołecznienia, a nie upaństwowienia środków produkcji.

[5] Woroszylski opublikował w "Kuźnicy" jeden wiersz - Warszawie (w tak zwanym numerze młodych z 1946 roku), jedną recenzję oraz fragment noweli filmowej Mazur kajdaniarski (w numerze z grudnia 1948, poświęconym "zjednoczeniu ruchu robotniczego w Polsce"). W dziale Poczta redakcyjna znalazłyśmy odpowiedź skierowaną do poety W.W.: "Nie skorzystamy. Wiersze bardzo nierówne. Obok strof wytrzymanych - słabsze, mało zwarte. Obrazy często wytarte, mało przekonywające. Razi brak zwięzłości". Kilkanaście jego wierszy zamieściła "Kuźnica" dopiero w latach 1949-1950.

[6] Te właśnie wystąpienia Jerzego Borejszy i Stefana Żółkiewskiego - Marta Fik okreś­liła je mianem "aktów pokory" - dały początek fali "samokrytyki", która stała się jednym z symptomów stalinizacji życia literackiego w Polsce.

Przypisy

6 Na lewo to był szpanczyli Tadeusza Konwickiego droga do partii

[1] Popiół i diament - pisał we Wschodach i zachodach księżyca Konwicki - to książka z gatunku politycznego science fiction: "Przedstawia ona rzeczywistość nie taką, jaką widać za oknem, ale taką, jaką skreował autor życzliwy dla nowo przybyłych doktryn politycznych i przyjezdnego reżymu. Mogę o tym mówić bez skrępowania, bo sam się imałem tego procederu. Więc już sama powieść przedstawiała Polskę trochę zmyśloną, społeczeństwo rozkapryszone, rozwydrzone politycznie, rozpasane w swoim reakcjonizmie, niestroniące od uczt i hulanek, zupełnie jak obywatele imperium rzymskiego tuż przed ostatecznym upadkiem. A to była przecież naprawdę Polska grobów, Oświęcimia, wywózek na Sybir, wyrzynanych partyzantek, Polska głodu i sieroctwa, Polska tortur i więzień, Polska przegranej wojny i przegranej nadziei".

[2] Krążyły wtedy po kraju pogłoski o ofiarach śmiertelnych, których w krakowskich wydarzeniach na szczęście nie było.

[3] Również Tadeusz Różewicz pisał, że zachowuje we wdzięcznej pamięci współpracę z Karolem Kurylukiem, u którego drukował większość swoich wierszy i opowiadań w pierwszych latach powojennych. Natomiast kiedy tylko zmienił się naczelny, przestano go tam drukować, bo Borejsza określił jego wiersze jako "głupstwa".

[4] Ryszard Kiersnowski w swojej książce wyraża żal, jak Konwicki mógł tak opisać ich oddział ("Wydawało mi się - podsumowywał swoje dwa i pół miesiąca wspólnej wojaczki z Konwickim - że "Bóbr" ma podobne jak i ja spojrzenie na otaczający nas świat. Może był nieco oględniejszy w sądach, może nieco sceptyczny, czasem w tym, co mówił, brzmiał humor zaprawiony ironią, nie odbiegał przecież od wspólnych nam zasadniczych poglądów"). Ale obraz, który wyłania się z książki Kiersnowskiego, nie różni się zbytnio od opisów Konwickiego; gdy mowa jest o faktach, różni się tylko w tonie, w rozłożeniu akcentów, w dopowiedzeniu pewnych rzeczy do końca. Gdy spytałyśmy Konwickiego (w rozmowie dla "Gazety Wyborczej", 14-15 maja 2005), czy czytał książkę swego dowódcy, odpowiedział: "Nie czytałem. To, że on o mnie napisał, to szczegół z jego biografii, nie mojej".

[5] Maria Janion pisała w "Twórczości" w 1983 roku, że Rojsty to jedna z najwybitniejszych powieści Konwickiego. Teatrem wojny jest w tej książce romantyzm - stwierdzała. Konwicki zmaga się z romantyzmem, jego imperatywem moralnym i jego fałszem. Jest tam "jadowita ironia boleśnie rozczarowanego wielbiciela wzniosłych nauk płynących z wieszczych książek i głoszonych przez natchnionych nauczycieli". Wściekłość młodzieńczą głównego bohatera Janion porównuje do wściekłości Gustawa z IV części Dziadów. Adam Michnik pisał, też w latach osiemdziesiątych, że Rojsty to "najuczciwsza relacja z dziejów absurdu polskiego honoru i z dziejów honoru polskiego absurdu".

[6] Rojsty nie ukazały się wtedy, gdy teoretycznie ukazać się mogły - tłumaczył wiele lat później Roman Zimand w "Nowej Kulturze" - bo sam pomysł, że w partyzantce antyradzieckiej brali udział młodzi chłopcy z inteligenckich i z chłopskich rodzin, a nie wyłącznie obszarnicy, hitlerowcy i płatni agenci imperialistów, był nie do przełknięcia, a tematami tabu były też Wileńszczyna i dramat repatriacji. "W idealnym wariancie propagandowym wszyscy Polacy zamieszkali na Litwie - pisał - uważali zjednoczenie tych ziem z republikami radzieckimi za osobiste szczęście i jadąc do Polski, porzucali swoje domostwa z niedającą się opisać radością".

[7] Bratny, przyjmowany do partii zresztą też za rekomendacją Woroszylskiego (29 czerwca 1951), opowiadał dalej, że w czasie wojny z grupą kolegów wydawał podziemne pismo organizacji Miecz i Pług, "ideologicznie faszystowskiej", któremu chciał nadać lewicowy charakter, ale "w praktyce pismo szło po faszystowskich manowcach". Pisarz przyznał: "w okresie spraw Katynia sam pisałem jakiś artykuł idący po antyradzieckiej linii ówczesnej propagandy londyńskiej".

Przypisy

1 Przed Lublinem był Lwówczyli Adama Ważyka marsz do komunizmu

[1] Wielu pisarzy, którzy nie chcieli mieć do czynienia z Sowietami, zdecydowało się po prostu uciec wtedy ze Lwowa, niektórzy, jak Maria Dąbrowska, z powrotem pod okupację niemiecką. Ostap Ortwin równie niezłomnie zachował się, gdy Lwów zajęli Niemcy. Nie podporządkował się ich zarządzeniom, nie założył żółtej opaski, nie przeniósł się do getta. Zginął rozstrzelany przez Niemców. Jego okupacyjne losy opisał Adolf Rudnicki w opowiadaniu Wielki Stefan Konecki.

[2] Skazanego na osiem lat Parnickiego zwolniono po wybuchu wojny sowiecko­-niemieckiej. Został wtedy przedstawicielem polskiego rządu emigracyjnego. W polskiej ambasadzie w Kujbyszewie pełnił funkcję attaché kulturalnego. Tę samą funkcję pełnił od 1944 roku w Meksyku. Po uznaniu przez państwa zachodnie rządu komunistycznego w Polsce stracił posadę i przez wiele lat klepał biedę w Meksyku. Jego powieść Srebrne orły o czasach Bolesława Chrobrego zdążyła ukazać się jeszcze w Polsce w 1949 roku - zanim zacisnęły się kleszcze socrealizmu. Następną opublikował już w Instytucie Literackim paryskiej "Kultury". Do Polski wrócił w 1967 roku. W jego twórczości powieściopisarskiej wielokrotnie pojawiają się motywy uwięzienia, śledztwa, przesłuchań - ślad sowieckich doświadczeń.

[3] Taśmę z tym nagraniem, zrobionym na prośbę Krzysztofa Bobińskiego, korespondenta "The Financial Times" w Warszawie, Ważyk chętnie udostępniał i zapraszał do siebie znajomych na jej przesłuchanie. Jednak na druk swojej relacji w niezależnym obiegu nie wyraził zgody i ukazała się ona dopiero po jego śmierci, w 1987 roku, w londyńskim "Pulsie".

[4] We wspomnieniu ze Lwowa Inżynierowie dusz, opublikowanym w "Zeszytach Historycznych" paryskiej "Kultury", jej współpracownik, Michał Borwicz, który pierwsze miesiące wojny spędził we Lwowie, opisuje, jak na jego oczach w ciągu niespełna dwu tygodni dokonała się metamorfoza Putramenta, z którym kolegował się jeszcze przed wojną.

Przez pierwsze trzy dni po aresztowaniach Putrament myślał o ucieczce ze Lwowa, bo bał się, że i jego mogą zamknąć. Ale już 27 stycznia w "Czerwonym Sztandarze" ukazał się paszkwil na Broniewskiego, Pasternaka, Peipera i Wata ("Grupa zdeprawowanych osobników urządziła pijatykę i pijacką burdę. [...] Cała przeszłość tych ludzi wskazuje, że nie przybyli oni na ziemie radzieckie, by wespół z robotnikami, chłopami i inteligencją uczciwie i rzetelnie pracować dla sprawy komunizmu"). Wtedy natychmiast zaczął organizować list, którego sygnatariusze mieli się odciąć od aresztowanych. Z czystej życzliwości zaproponował również Borwiczowi, by dla własnego bezpieczeństwa go podpisał. Borwicz odmówił, a że inni również nie kwapili się do podpisywania, sprawa listu przycichła. Ostatecznie utrąciła ją Wanda Wasilewska, oświadczając - jak powtarzano sobie we Lwowie: "Nie przesadzajmy, żeby z powodu pijaństwa od razu rzucać oskarżenia o reakcyjność". Kilka dni później Putrament znów pojawił się u Borwicza, by poradzić mu, żeby nie zostawał dłużej we Lwowie, tylko zapisał się "dobrowolnie" na wyjazd do którejś z republik radzieckich w Azji. Dał mu przy tym do zrozumienia, że on sam jest już bezpieczny. Ze wspomnień Borwicza można wnioskować, że właś­nie wtedy Putrament wkradł się w łaski Sowietów i najprawdopodobniej został zwerbowany do NKWD.

"Nie było w tym - komentował jego postawę Borwicz - żadnego zaprzedania się, zdrady albo innego rodzaju kapitulacji. Psychologicznie rzecz biorąc, było to raczej - jak sądzę - przełamanie się w kierunku pijaństwa trzeźwości: zimna euforia zrozumienia "wielkiej historii", gotowość poświęcenia - w jej imię - reszty "mieszczańskich przesądów" oraz gotowość uznania, in blanco, wszystkich ofiar, jakich ona wymaga. To tak "hartowała się stal"".

[5] Po pierwszym wydaniu Lawiny i kamieni napisał do nas profesor Zbigniew R. Grabowski, który przebywał z rodzicami we Lwowie za pierwszej sowieckiej okupacji. Jego ojciec został uprzedzony przez swego ukraińskiego przełożonego, żeby nie spał w domu, bo zaczynają się wywózki: "Matka była artystką rzeźbiarką i jadaliśmy czasem w stołówce Związku Plastyków. Postanowiliśmy tam się ukryć, żeby nie narażać nikogo z przyjaciół. Po późnym obiedzie schowaliśmy się we trójkę pod stołem, zakryci długim obrusem. Zapadał wieczór. Usłyszeliśmy zgrzyt kluczy. Stołówkę zamknięto. Zdumienie ogarnęło mnie, gdy zobaczyłem, że spod sąsiedniego stołu wysunął się Adam Ważyk - ówczesny czołowy politruk, postrach i pośmiewisko Lwowa. Ta scena stała się dla mnie niejako symbolem tego czasu".

[6] O tym, że Borejszę zwerbowano do NKWD przed 1939 rokiem, mówił Teresie Torańskiej w wywiadzie, który ukazał się w książce Oni, Jakub Berman, odpowiedzialny w czasach stalinowskich w Biurze Politycznym KC PZPR za sprawy kultury.

[7] "Po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Ważyka, wcale o tym nie wiedząc - pisał w latach pięćdziesiątych Jacek Trznadel, późniejszy autor Hańby domowej, serii wywiadów z pisarzami zaangażowanymi w komunizm. - Było to podczas pamiętnych dni wyzwalania Polski przez Armię Czerwoną i Wojsko Polskie w ofensywie styczniowej 1945 roku. Po raz pierwszy od lat wolne polskie wojsko! Szli żołnierze, śpiewając Marsz I Korpusu".

[8] Tę samą anegdotę - acz w nieco innej wersji - odnalazłyśmy w książce Andrzeja Wróblewskiego Być Żydem. Ważyk miał według niego frazę "Koscjuszko eto tiepier? ja" wygłosić na krakowskim rynku, gdy sowieccy żołnierze próbowali Jerzemu Andrzejewskiemu ukraść zegarek.

[9] "Lubił przygarnąć tych niepewnych, z obcych pozycji, z obciążeniami, nieprzejednanych - wspominał Borejszę Wojciech Żukrowski, w czasie okupacji w AK, później oficer Ludowego Wojska Polskiego. - Umiał ich spożytkować od razu, jeszcze nastroszonych obarczał odpowiedzialnymi zadaniami. Mówił: "Później będziemy uzgadniać nasze stanowisko ideowe, na razie zróbcie to, co wam proponuję, tu macie auto, tu pieniądze, tu pełnomocnictwo"".

[10] Tak odnaleziono i przywieziono do Lublina Jana Parandowskiego z żoną i dziećmi, koczujących w jakimś spalonym dworku. Borejsza jeździł też po świecie, próbując ściągać pisarzy (nie udało mu się w Londynie namówić do powrotu Marii Kuncewiczowej, która jednak również, choć lata później, wróciła do kraju) oraz reżyserów, aktorów, znanych przedwojennych profesorów. W czerwcu 1945 roku wybrał się na przykład do Rumunii, gdzie w mieście Craiova odnalazł Eugeniusza Kwiatkowskiego, przedwojennego ministra skarbu i wicepremiera, budowniczego portu w Gdyni, i zaproponował mu powrót do Polski. Kwiatkowski wrócił, przez dwa lata kierował odbudową Wybrzeża, po czym przestał pasować do obowiązującej linii i został zwolniony z wszystkich funkcji.

[11] Dworując sobie później z tego sformułowania, redaktor działu satyrycznego "Odrodzenia" na stronie z "michałkami" napisze: "Dowiadujemy się, że słynna Etiuda Rewolucyjna Szopena ma być przemianowana na "łagodnie rewolucyjną"".

[12] Relację z bankietu znalazłyśmy jedynie w książce Z pamiętników bywalca pióra karykaturzysty Jerzego Zaruby, a zbeletryzowany opis przyjęcia - w powieści Czesława Miłosza Zdobycie władzy, w której Borejsza występuje jako Baruga.

[13] W czerwcu 1994 roku "Moskowskije Nowosti" opublikowały wydobyte z archiwów radzieckich raporty funkcjonariuszy Gławlitu (urzędu cenzury) z przełomu roku 1944 i 1945. Skarżyli się oni przełożonym w Moskwie, że Borejsza zamieszcza w "Rzeczpospolitej" przedruki z prasy angielskiej, a gdy pracownik Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) zwrócił mu na to uwagę - usłyszał, że "naród polski dobrze te wiadomości przyjmuje". Dalej relacjonowali, że Borejsza usiłował wprowadzić - zamiast kopii radzieckiej ustawy o cenzurze - projekt własny. "Gdybyśmy nie przyjechali do Lublina - pisali radzieccy cenzorzy oddelegowani do zorganizowania cenzury polskiej prasy - dekret ten byłby już zatwierdzony". I wreszcie donosili, że Borejsza "upiera się, że sam będzie kontrolował swoją gazetę albo w ostateczności może wziąć drugi etat cenzora".

[14] Tę scenę, która rozegrała się już w Krakowie, kiedy to Ważyk rzucił się Miłoszowi na szyję z okrzykiem "Ty, ostatni poeto polski", wspomniał Miłosz po latach jako jawny dowód, że Ważyk od początku niezbyt optymistycznie oceniał szanse Polski pod władzą Stalina.

Przypisy

3 Ocalony przez Armię Czerwonączyli Kazimierz Brandys jest za

[1] Już niedługo nie będzie można cytować tekstów, z którymi się polemizuje. W czasach stalinizmu i późniejszych latach PRL-u stanie się to regułą i tylko wtajemniczeni będą wiedzieli, czego dotyczy atak.

[2] Kazimierz Brandys wspominał w Miesiącach, że spytał kiedyś Pawła Hertza o jego sowieckie doświadczenia, o to, jak było na Syberii. Hertz zamyślił się i odpowiedział: "Syberia to kraj mało nasycony przedmiotami".

[3] "Współpracownicy "Odrodzenia" to pisarze, którzy drukują w "Odrodzeniu". Często znają się tylko ze swych artykułów - pisał w dzienniku Wacław Kubacki. - Ludzie "Kuźnicy" to ścisła konfraternia. Zwarta falanga piór. Kohorta długopisów (przywiezionych z Anglii). Łączą ich liczne związki. Mieszkają w jednym domu. Jedzą w jednej restauracji, piją w jednej knajpie. Tańczą na jednym dansingu. Zbierają się na rozmowy w jednej kawiarni. Planują wspólnie swoje kampanie. Szukają sprzymierzeńców i zawierają sojusze. [...] Mają swój styl polemiki. Własny typ dyskusji i wykładu. Lubią porównania. Zofia Nałkowska to pani de Staël i George Sand, Jan Kott - Diderot i Sainte­-Beuve, Paweł Hertz - Marcel Proust i André Gide, Kazimierz Brandys - Balzac i Victor Hugo, Adolf Rudnicki - Musset i Camus, Stanisław Ryszard Dobrowolski - Béranger, Adam Ważyk - Bernard Shaw. W ten sposób - dodawał Kubacki z widoczną ironią - współczesna literatura polska nabiera europejskiego blasku" (3 lutego 1948).

[4] Podobnie mówił w grudniu 1947 roku Jerzy Andrzejewski w wywiadzie dla "Dziennika Pomorskiego". On, który już niedługo zacznie realizować dokładne partyjne wytyczne, twierdził, że pisarzowi nie można nic narzucać z zewnątrz, że literatura powstaje wtedy, gdy opis rzeczywistości wynika z wewnętrznego przekonania, a nie z odgórnych nakazów. Również główny ideolog marksizmu Stefan Żółkiewski jesienią 1948 roku, na chwilę przed zjazdem szczecińskim, w programowym artykule Agitur de re vestra [To w waszej sprawie rzecz się toczy] pisał, że nie można mechanicznie przenosić do Polski radzieckiego realizmu socjalistycznego, bo każda kultura ma swoje cechy indywidualne.

[5] Choć nie byli w tym tak radykalni jak ich następcy. Czesław Miłosz kilkakrotnie bronił formacji "Kuźnicy", pisząc między innymi, że próbowała ona "podpierać komunizm oświecony cytatami z Lukácsa, wysławiając racjonalizm osiemnastego wieku, a nawet drukując przekłady poetów w najwyższym stopniu podejrzanych: Achmatowej, Mandelsztama, Pasternaka".

[6] Korespondencję Jana Kotta ze Stefanem Żółkiewskim, a także Pawłem Hertzem, udostępnił nam jego syn Michał Kott.

[7] Wcześniej jeszcze, po powrocie z tygodniowego pobytu w Moskwie, gdzie jesienią 1948 roku znalazł się w polskiej delegacji na obchody rocznicowe rewolucji październikowej, Brandys pisał: "Słyszałem wesoły śmiech młodych, zdrowych ludzi, skoczne piosenki i powłóczyste tanga nadawane przez megafony i przyglądałem się komunistycznym dzieciom liżącym z wielką satysfakcją lody i obrzucającym się skórkami mandarynek. Pomyślałem sobie: Biedni obłąkańcy z zachodnich stolic, którzy odpychają od siebie prawdę moskiewskiej ulicy; taką ludzką i prostą". I dodawał, że mandarynki to "owoc doświadczeń uczonych radzieckich, bo w carskiej Rosji ich nie było". Czy Brandys mógł widzieć dzieci obrzucające się skórkami mandarynek? Również Konstanty Ildefons Gałczyński pisał wtedy do swojej żony Natalii, że cała Moskwa jest zasypana mandarynkami. Może opowiadali o sklepach na zamkniętym osiedlu prominentów komunistycznych? Próbowałyśmy Brandysa o to dopytać, uchwycić ten moment świadomego czy nieświadomego kłamstwa, ale nie chciał podjąć tego tematu i stwierdził tylko, że była to informacja, jakiej udzielił mu przewodnik z radzieckiego biura współpracy z zagranicą.

Brandys zapamiętał z tego wyjazdu skądinąd niezłą anegdotę z Ważykiem w roli głównej, którą opisał w Miesiącach. Otóż uczestnicząc razem z nim - i Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim - w akademii na cześć rewolucji, w pierwszym rzędzie na trybunie rozpoznał komunistycznych dostojników: Malenkowa, Mikojana i Woroszyłowa, w drugim marszałka Budionnego, w trzecim i czwartym jeszcze innych. Następnego dnia w "Prawdzie" ukazała się fotografia przedstawiająca otwarcie akademii, ale za stołem siedział tylko pierwszy i drugi rząd, trzeci i czwarty znikły. "To proste - miał stwierdzić Ważyk - ci z trzeciego i czwartego rzędu jeszcze nie zasłużyli na to, żeby ich rozpowszechniać w kilkumilionowym nakładzie!" Brandys próbował przekonać go, że zdjęcie jest nieprawdziwe. "Politycznie jest prawdziwe" - uciął sucho Ważyk.

Przypisy

7 W pogoni za wiatrem historiiczyli intelektualiści wobec dziejowych konieczności

[1] Przekonanie o nieuchronności i długotrwałości dyktatu Związku Radzieckiego było też rozpowszechnione w wolnym świecie. Jerzy Giedroyc w Autobiografii na cztery ręce opowiada Krzysztofowi Pomianowi o intelektualistach emigrujących po wojnie do Ameryki - jak Andrzej Bobkowski, który wyjechał do Gwatemali - w przekonaniu, że komunizm zwycięży w Europie, że to już koniec dla Starego Kontynentu.

[2] Leszek Prorok, człowiek, który miał w życiorysie udział nie tylko w powstaniu warszawskim, ale i w powojennym NSZ-owskim podziemiu, między jedną a drugą odsiadką, zwiedzając wystawę przodowników pracy w Muzeum Wielkopolski, odnotował w dzienniku: "Wspaniały pomysł i wyraz rehabilitacji pracy, za którą obóz marksistowski ponosi wielką zasługę. Wyobrażam sobie, jak dużą satysfakcję czuje robotnik, widząc, jak setki ludzi oglądają jego portret na wystawie. Kto dawniej figurował na wystawach malarskich? Arystokraci rodu czy pieniądza" (23 stycznia 1949).

[3] Julian Stryjkowski, który przeszedł później drogę od komunizmu do opozycji, siedział podczas procesu na sali sądowej jako sprawozdawca "Wolnej Polski", wychodzącego w Moskwie pisma Związku Patriotów Polskich. Przeglądając stare roczniki pisma, zobaczyłyśmy, że to spod jego pióra wychodziły wówczas najbardziej zajad­łe teksty.

"Walka trwa - deklarował. - Jest to walka oczyszczająca. W Polsce działał nie tylko okupant. Pomagała agentura z zagranicy, mieniąca się do niedawna "rządem polskim". Okupant budował obozy śmierci, rząd kazał na to patrzeć bezczynnie, a nawoływał do walki bratobójczej".

Rząd w Londynie to dla Stryjkowskiego "wilkołaczy pomiot, który trzeba wytępić", "sanacyjni spadkobiercy propagandy Goebbelsa, którzy przyszli w sukurs Hitlerowi w prowokacji katyńskiej", "polskie marionetki, protestujące przeciwko reformie rolnej, gdy za sznurki pociągają przemysłowi magnaci i ziemscy właściciele". Pisał, że generał Anders stworzył w Palestynie i we Włoszech obozy koncentracyjne dla polskich żołnierzy, by uniemożliwić im powrót do ojczyzny.

[4] W tym samym liście Tuwim pytał Wittlina: "Poza tym, z czego Ty będziesz żył? Nasz rząd otoczy pisarzy najczulszą opieką - ale w kraju". Antoni Słonimski w Alfabecie wspomnień opowiadał, jak w czasie wojny, w Paryżu, jechał z Tuwimem taksówką. Jej szofer, biały Rosjanin, słysząc, że mówią po polsku, ostrzegł ich: "Ja by sowietował tiepier? pokupit? taksi, potom budiet tiażeło" (Radziłbym szybko kupić taksówkę, potem może być trudno).

[5] Pisał tam też o Jerzym Borejszy, który w zajętym przez Sowietów Lwowie wprowadzał za pomocą nowych podręczników szkolnych "sztuczną i perfidną [...] kulturę sowiecko­-polską". Ostrzegał przed lekceważeniem siły procesu sowietyzacji, stoi bowiem za nią potężna machina państwowa, która powoduje, że literatura, gotowa oddać jej się na służbę, będzie wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy.

[6] Uwięzienie w maju 1947 roku wybitnego działacza PPS-u Kazimierza Pużaka (jednego ze skazanych w Moskwie w "procesie szesnastu"; świeżo wypuszczony z sowieckiego więzienia wrócił do kraju) zapoczątkowało całą serię aresztowań wśród polskich socjalistów.

[7] Spytałyśmy Andrzeja Mandaliana, jak to możliwe, że on, który wcześnie zetknął się z niszczącą siłą sowieckiego systemu i o wszelkich jego nieprawościach wiedział z pierwszej ręki, uwierzył w komunizm i został sztandarowym poetą socrealizmu. Jako nastolatek wystawał przecież godzinami w poczekalniach moskiewskich więzień: Butyrek, Lefortowa, Łubianki, usiłując przekazać pieniądze lub dowiedzieć się czegokolwiek o losie rodziców, komunistów, którzy z ramienia Kominternu przeprowadzali rewolucję w Chinach, Hiszpanii, Armenii, a w czasie Wielkiej Czystki zostali aresztowani; ojca później rozstrzelało NKWD, matkę wypuszczono dopiero po wojnie.

- To proste - odpowiedział nam. - Uważałem, że tu, w Polsce, jest i będzie inaczej, że wszystkie błędy systemu właśnie tu będą naprawione, że Wielka Utopia tu zostanie zrealizowana. Niemal wszyscy, którzy wraz ze mną repatriowali się do Polski i aktywnie włączyli w budowanie nowego systemu, przeszli przez więzienia lub łagier. Dla mnie to była rękojmia, że nie dopuszczą, by w Polsce stało się to samo co w ZSRR. Zresztą proszę pamiętać, że z mojego punktu widzenia przeniosłem się z kraju wielkiej niewoli do kraju dzikiej wolności.

[8] Maria Dąbrowska odnotowywała w dzienniku: "Skończyłam artykuł o literaturze dla "Problemów" (na zamówienie redakcji). Artykuł bardzo już "przystosowany" i w bardzo słabym stopniu odpowiadający istocie tego, co myślę i wiem" (30 marca 1949).

[9] Jacek Bocheński wspominał nam, że zimą 1944/1945 roku w Lublinie miał okazję w domu swojej ciotki, śpiewaczki Janiny Kelles­-Krauz, przysłuchiwać się ironicznym rozważaniom pianisty Stanisława Szpinalskiego: "Cesarstwo rzymskie upadło, czy mamy zatem żyć na dworze Teodoryka?".

Przypisy

5 Przez Auschwitz, Dachau i Monachiumczyli Tadeusz Borowski wraca do Polski

[1] To paradoks historii, że trzydzieści lat później to właśnie Wiktor Woroszylski, który wprowadzał Borowskiego do partii, a po jego śmierci przygotowywał pięciotomowe wydanie jego dzieł, zdecydował się wysłać te wiersze do paryskiej "Kultury". Ukazały się one w numerze 7/8 z 1976 roku.

[2] Gdy 28 kwietnia 1950 roku Borowski odczytywał swoje podanie o przyjęcie do partii na zebraniu podstawowej organizacji partyjnej warszawskiego ZLP, spytano go, czy należał do jakieś organizacji politycznej w czasie okupacji. Odpowiedział: "Nie należałem, hołdując wówczas mieszczańskim zasadom rozdziału między sztuką a polityką". Przyjęto go jednogłośnie.

[3] Kazimierz Brandys, broniąc Borowskiego przed atakami prasy katolickiej, pisał: "Istotą jego talentu jest fanatyzm widzenia życia bez upiększeń, brutalność, wstręt do kompromisu, moralna odraza do zakłamania". Stanowczo po stronie Borowskiego opowiedział się Woroszylski i nazwał książkę Kossak­-Szczuckiej "stekiem mistycznych bredni w rodzaju "siłą, która utrzymywała Polki w należytej postawie, była modlitwa przyjaciół"". Ale też Stefan Kisielewski na łamach "Tygodnika Powszechnego" wziął Borowskiego w obronę.

[4] Forum przyszłych "pryszczatych" stała się robiona przez nich podczas seminarium gazetka ścienna "Tygodnik Powszechny Głosu Nieborowa", w której publikowali sztubackie żarty. Najbardziej dostało się Mieczysławowi Jastrunowi. O jego referacie nie mówili inaczej jak "Kazanie przez ks. Mieczysława Jastruna" i parodiowali je: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niźli Wasze wiersze wejdą do "Kuźnicy". Matko Boska Marksistowska, wspomagaj Twe niegodne sługi. Amen". W dziale "Ogłoszenia drobne" można też przeczytać: "Poszukujemy dojrzałego pseudoklasycznego poety nadającego się na postument do parku. Wymiary ni w pięć, ni w dziewięć".

Innym obiektem ataku był Jan Kott, który irytował "pryszczatych" wiecznym odwoływaniem się do klasyków i strojeniem w szaty zwanego "księciem krytyków francuskich" Charles'a Sainte­-Beuve'a. "Kierownik archeologiczny naszego pisma znalazł postrzępioną kartkę papieru o zżółkłym i zbrązowiałym boku - czytamy na czołówce jednego z numerów "Głosu Nieborowa". - Był to list Sainte­-Beuve'a do Jana Kotta: "Drogi Jean, czy pamiętasz, Drogi, nasze spotkanie w Szklarskiej Porębie, gdyś z tomem św. Tomasza z Akwinu mierzył bystrym wzrokiem krajobraz. Mówiłeś, że naszym ideałem jest przemienić wszelkie domy w domy publiczne. Było to w okresie, kiedy mieszczanki chętnie spały z arystokratami. Tu zapiałeś przeciągle na widok byka, który jurnie podążał za przewodniczką...". W tym miejscu list się urywał".

Ogłosili konkurs na wiersz o Ziemiach Zachodnich i opublikowali tam pastisze wierszy Broniewskiego ("Nasze granice, nasze granice,/ na Odrze i Nysie, na Odrze i Nysie,/ idzie Dywizja Tadka Kościuszki,/ idą Pickwicki i idą Kopciuszki./ Rozmowa będzie zwięzła i krótka,/ sztandar czerwony, bagnet i wódka,/ nie damy Gdańska, Gdyni, Szczecina,/ idąc dojdziemy aż do Berlina,/ byle karabin w garści poety,/ byle w Lewancie piękne kobiety"), Gałczyńskiego ("Księżyc nad Odrą,/ jak srebrna balia./ Uśmiecha się modro/ żona Natalia./ Euterpe, Alleluja./ Chrystus się rodzi,/ węglem obrodzi"), Pawła Hertza ("Niby ta, ale nie ta,/ Płynie Odra jak Leta,/ Charon siwy straż dzierży/ nad rubieżą Macierzy./ Zefir owiewa porty,/ słychać kroki kohorty./ Męski profil Ikara/ drży w delfickich oparach./ Szyszak skrwawiony pada,/ Nike chyli się blada./ Podróży mi, podróży,/ pleda ciepłego, róży,/ mgły Acherontu i słońce,/ i wiersze gładzić jak końce").

"Jesteście okrutni jak dzieci" - powiedział po przeczytaniu "Głosu Nieborowa" Jarosław Iwaszkiewicz.

9 Długi pogrzeb literaturyczyli wyłącznie socrealizm

Drętwy język przemówień, niemal powszechna zgodność poglądów - czytane po ponad pół wieku w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie z lekka pożółkłe kartki z protokołami ze zjazdu literatów w Szczecinie - nie oddają klimatu tamtych czasów. A przecież to właśnie wtedy i właśnie tam zapoczątkowany został proces glajchszaltowania polskiej literatury.

Dla władz partyjnych ten zjazd miał znaczenie szczególne. ­Planowany początkowo na jesień 1948 roku, przełożony został na początek roku następnego, bo - jak pisał Stefan Żółkiewski do Jana Kotta - "wszedł nam w paradę kongres zjednoczeniowy partii". To przesunięcie terminu nie było oczywiście przypadkowe.

Na trwającym cały tydzień - od 15 do 21 grudnia 1948 roku - Kongresie Zjednoczeniowym Partii Robotniczych licznie zaproszeni twórcy mieli okazję obejrzeć widowisko w stylu znanym z nazistowskich Niemiec czy stalinowskiej Rosji. Przemówienie Bieruta o "odchyleniu prawicowym i nacjonalistycznym" przerywały co chwilę oklaski, uniesione w górę pięści i skandowanie haseł. "Największym entuzjazmem odznaczały się krzyki na cześć Rosji i Stalina - notowała w dzienniku zniesmaczona Maria Dąbrowska - tak że ani na chwilę nie można było stracić uczucia, że jest się w głębi Rosji [...]. Pisarze siedzący przede mną zachowywali się manifestacyjnie aż do histerii" (19 grudnia 1948).

Kiedy półtora tysiąca delegatów z PPR-u i PPS-u jednogłośnie przyjęło uchwałę o połączeniu ich partii i powstaniu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - zgromadzona w auli Politechniki Warszawskiej publiczność (pospołu intelektualiści, robotnicy, górnicy w mundurach galowych, chłopki w łowickich strojach) zareagowała owacją na stojąco. Nie ulegało wątpliwości, że idzie nowe, a czas "łagodnej rewolucji" ostatecznie dobiegł końca.

Adam Ważyk przywitał to z entuzjazmem: "Kiedy myślę o sprawach kultury w związku ze zjednoczeniem partyj na zasadach marksizmu­-leninizmu o każdej sprawie z oddzielna i o wszystkich razem - zwierzał się czytelnikom "Kuźnicy" - ciśnie mi się na język słowo podobne do westchnienia ulgi: nareszcie. Powstają nareszcie przesłanki do ra­cjonalnego zorganizowania spraw kultury i nadania im jasnego kierunku".

Już następnego dnia po zakończeniu kongresu zwołano zebranie koła literatów PPR-u i koła literatów PPS-u, by dokonać aktu zjednoczenia. Tak narodziła się podstawowa organizacja partyjna PZPR-u przy związku pisarzy - ciało, które przez najbliższe lata zajmie się ideologicznym wychowywaniem kolegów­-literatów, pilnowaniem, by ani w swojej twórczości, ani w życiu nie zbaczali ze "słusznej linii", jaką obrała partia.

Na kolejnym zebraniu POP-u - 5 stycznia 1949 roku - Stefan Żółkiewski przedstawił, kogo partia życzy sobie w nowych władzach Związku Literatów (na prezesa wytypowano Leona Kruczkowskiego, który przetrwał na tym stanowisku trzy kadencje). Sam Żółkiewski, skądinąd ostry ideolog marksistowski, zaraz po kongresie pod zarzutem "tolerowania zamętu ideologicznego wśród inteligencji partyjnej" oraz "zaniedbywania marksistowskiego oświetlenia zagadnień literatury" odwołany został z funkcji naczelnego "Kuźnicy". Zastąpił go dotychczasowy naczelny dziennika "Rzeczpospolita" Paweł Hoffman, przedwojenny komunista, były oficer polityczny I Dywizji imienia Tadeusza Kościuszki.

Tydzień przed zjazdem w Szczecinie partyjni literaci wezwani zostali na naradę do KC. Jakub Berman, odpowiedzialny w Biurze Politycznym za kulturę, wyjaśnił im, jakie konkretnie są oczekiwania partii wobec literatury. Otóż ma ona "odzwierciedlać dążenia mas ludowych" w duchu realizmu socjalistycznego. Rzucił hasła: prymat treści nad ambicjami warsztatowymi, walka z kosmopolityzmem i czołobitnością wobec Zachodu. Jednym słowem, literatura ma się włączyć w budowę socjalizmu. Była to pierwsza z całej serii narad na tak wysokim szczeblu, które w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych staną się ośrodkiem centralnym ręcznego sterowania polską literaturą.

Szczecin na miejsce zjazdu pisarzy wybrano nieprzypadkowo.

"Prastary słowiański port Szczecin wywalczony krwią żołnierza polskiego i radzieckiego niech będzie bodźcem w waszej twórczości literackiej. Stop. Niech praca bezimiennych bohaterów, marynarzy, rybaków, robotników portowych i stoczniowych, budowniczych naszych osiągnięć na morzu i wybrzeżu, znajdzie wyraz w waszej twórczości. Stop. Prezydium Zarządu Głównego Ligi Morskiej"[1]. Depesze podobnej treści płynęły do zjazdu z całej Polski. Odczytywano je ze śmiertelną powagą przy stole prezydialnym.

Epoka zresztą była serio. Kiedy okazało się, że delegaci zaproszeni są na premierę komedii Shakespeare'a Wiele hałasu o nic, na jednego z organizatorów zjazdu padł blady strach, czy nie zostanie to odebrane jako jakaś aluzja, i zastanawiał się, czy nie zażądać zmiany repertuaru. Wtedy ktoś zaproponował, że może prościej byłoby zmienić tytuł Shakespeare'owi. I wcale nie jest jasne, czy to był żart, bo dla żartów nadchodziły złe czasy.

Pierwszego dnia zjazdu, 20 stycznia, po rytualnych obrzędach przyszła kolej na zasadnicze referaty, których wygłoszenie powierzono wciąż walczącemu o utrzymanie się na politycznej scenie Stefanowi Żółkiewskiemu i Włodzimierzowi Sokorskiemu, wiceministrowi kultury. Mickiewiczolog Wacław Kubacki, występujący jako trzeci, mówił - w ramach obchodów sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin Adama Mickiewicza - o "postępowych ideach" zawartych w dziele poety.

Żółkiewski zaczął od stwierdzenia, że kongres zjednoczeniowy jasno sformułował zbiorowe zadania, jakie stoją przed społeczeństwem, i że dotyczy to również pisarzy. Oświadczył co prawda, że obok literatury respektującej normy realizmu socjalistycznego istnieć będą także inne nurty artystyczne, zaraz jednak poddał surowej krytyce dotychczasową twórczość, w której przejawia się "obca marksizmowi ideologia". Ganił naturalizm (Jerzy Andrzejewski, Ksawery Pruszyński), sentymentalizm (Kazimierz Brandys), estetyzm (Jarosław Iwaszkiewicz), antyestetyzm (Tadeusz Borowski, Adolf Rudnicki), fideizm (Jerzy Zawieyski) i psychologizm (Stanisław Dygat, Zofia Nałkowska[2]). Mówił o niebezpieczeństwie przenikania do literatury jawnie wrogich treści oraz o obowiązku przezwyciężania obcych wpływów. I podsumował, że kierunek rozwoju prozy współczesnej jest co prawda właściwy, ale tempo za wolne.

Sokorski z kolei uświadomił zebranych, że "proces walki klasowej w twórczości artystycznej nie kończy się wraz z przejściem pisarza do obozu klasy robotniczej", że narodowej kultury nie reprezentują dziś "nędzni kapitulanci i epigoni emigracyjni mieniący się ostatnimi obrońcami kultury łacińskiej". On też zaznaczył, że realizm socjalistyczny nie jest dogmatem, ale w sumie jego wystąpienie odebrano jako bardziej ortodoksyjne niż wywody Żółkiewskiego.

W dyskusji nikt - poza reprezentującymi środowisko katolickie Jerzym Zawieyskim i Jerzym Turowiczem - nie ośmielił się zaoponować[3].

Niemal wszyscy strzelali do jednej bramki. Kiedy Aleksander Wat odezwał się nieśmiało w obronie Węzłów życia Nałkowskiej, zaraz odparował mu Żółkiewski, że płytkość życia katolickiego w Polsce jest niewspółmierna do wielkiej i głębokiej moralnej problematyki marksizmu. W podobnym duchu wypowiedzieli się Adam Ważyk oraz prozaik i poseł Adam Polewka ("to nasze "kochajmy się" z katolikami musi ulec rewizji").

W przerwie obrad Tadeusz Borowski - najmłodszy delegat na zjeździe - wywołał skandal. Jadł akurat obiad z Andrzejewskim (który nie był delegatem), kiedy do jego stolika podszedł Sokorski (według innych przekazów Żółkiewski):

- Nic się nie przejmujcie tym, co mówię oficjalnie, i tak lubię was czytać.

- Odpierdolcie się, towarzyszu - huknął na niego Borowski, który znany był z tego, że nie przebierał w słowach.

W ostatnim, czwartym dniu zjazdu stawiła się w Szczecinie delegacja radziecka. "Sowiecki emisariusz prof. Anisimow - wspominał w eseju Klucz i hak Aleksander Wat - po obleśnej obietnicy milionowych nakładów, "dacz" i zisów [luksusowych samochodów] ostrzegł: "A kto nie pójdzie z nami, będzie unicestwiony, a imię jego zostanie wykreślone z książek i z pamięci na zawsze", a polscy literaci oklaskiwali go do paroksyzmu, przy zsiniałych twarzach"[4].

Wybrany na prezesa Leon Kruczkowski nie zamierzał zawieść pokładanych w nim nadziei. W swoim wystąpieniu powtórzył za Bermanem, że literatura powinna odtąd spełniać wymogi "realizmu socjalistycznego" (ale - podobnie zresztą jak Sokorski i Żółkiewski - nie wyjaśnił, co by to miało znaczyć w praktyce). I jeszcze oświadczył optymistycznie, że w takich historycznych czasach pisarze "powinni się czuć jak ryby w wodzie".

Jedyna sceptyczna relacja ze zjazdu ukazała się w "Tygodniku Powszechnym". Żółkiewskiemu wolno uważać, iż tylko realizm socjalistyczny da nam wielką literaturę - pisał tam Jerzy Turowicz - ale nie powinien narzucać tego innym.

Wiktor Woroszylski, którego na zjazd wydelegowała redakcja dwutygodnika ZMP "Pokolenie", relacjonował, że pisarze wreszcie "mocniej niż dotąd zwiążą się z chłopem i robotnikiem, prawdziwie odzwierciedlą ideologię proletariatu, jednym słowem, lepiej i trafniej niż dotąd będą spełniali swoją rolę inżynierów dusz ludzkich". I podsumował: "Dla pisarzy lewicy przyszedł czas czyszczenia, zwierania szeregów, wytyczania dróg". A na pierwszym po zjeździe posiedzeniu POP-u ZLP powie, że w Szczecinie za mały odpór dano katolikom.

Tymczasem opary nudy unoszące się nad salą obrad wróżyły literaturze jak najgorzej.

W kuluarach między Arturem Maryą Swinarskim a Pawłem Hertzem miał się odbyć następujący dialog:

- A czemu to pan w ciemnym ubraniu, panie Pawle?

- Bo jestem na pogrzebie literatury polskiej.

- Nie wiedziałem, że jest pan tak bliskim jej krewnym, by nosić po niej żałobę.

Ten dialog, który usłyszałyśmy od paru osób, musiał być w tamtych czasach ulubioną anegdotą. Powtarzano ją z przyjemnością, ale odmówić udziału w tym pogrzebie jakoś nikt się nie kwapił. Akurat dla Pawła Hertza zjazd szczeciński stał się czytelną zapowiedzią sowietyzacji polskiej literatury. Do następnego, socrealistycznego etapu przejść nie miał ochoty, usunął się w cień, przeszedł do prac redakcyjnych i tłumaczeń[5].

Inaczej Kazimierz Brandys. On to, co się działo na zjeździe, przyjął w najlepszej wierze. Pół roku później w programowym artykule w "Kuźnicy" pisał: "Wieje dziś pomyślny wiatr dla człowieka i ludzkości. Zadaniem nowej literatury, jej ambicją i godnością jest chwycić ten wiatr w żagle".

W archiwum KC PZPR zachowały się produkowane po zjeździe szczecińskim na użytek najwyższych władz partyjnych dokumenty. I tak w opinii o miesięczniku "Twórczość" czytamy: "Trzeba przytrzeć nosa inteligencji, wzmocnić pozycje marksistowskie w piśmie" (wkrótce redakcję przeniesiono z Krakowa do Warszawy, a Adam Ważyk zastąpił na stanowisku redaktora naczelnego Kazimierza Wykę). W omówieniu tygodnika "Odrodzenie" wytknięto braki: święto 1 Maja i Komuny Paryskiej - nieodnotowane; rocznica śmierci Lenina - nie dość poważnie potraktowana; dekadenckie ruchy kultury Zachodu - zbyt mocno lansowane (na wyciągnięcie wniosków z tej krytyki nie trzeba będzie długo czekać).

Rok po zjeździe, niczym trzy donośne salwy, zabrzmiały głosy Jerzego Andrzejewskiego, Wiktora Woroszylskiego i Tadeusza Borowskiego, opublikowane w "Odrodzeniu". Zaczęło się od - zamieszczonych w tym samym numerze z 29 stycznia 1950 roku - Notatek Andrzejewskiego i Batalii o Majakowskiego autorstwa Woroszylskiego.

"Andrzejewski - komentowała Maria Dąbrowska w dzienniku - cynicznie kaja się z powodu Popiołu i diamentu, że nie był w tej książce dość marksistowski, skoro "wrogowie chwalili go za uczciwość i obiektywizm". W czym się myli, gdyż ani wrogowie, ani nawet przyjaciele go nie chwalili. [...] W tymże numerze jakiś Woroszylski "demaskuje" Jastruna, [Leopolda] Lewina i [Stanisława] Wygodzkiego, że nie są marksistami, bo nie naśladują Majakowskiego, "klasyka epoki radzieckiej"" (2 lutego 1950).

Notatki - wyznanie wiary nawróconego na komunizm pisarza - zaczął Andrzejewski od krytyki własnej postawy: "Dorastaliśmy zatem do marksizmu nie w więziennych celach i nie w walce, która wymaga największych wyrzeczeń i kształtuje charakter socjalistyczny, lecz kupując antyki i jedwabne krawaty, płacąc za kolacje rachunki niewiele częstokroć niższe od miesięcznej pensji nauczyciela, nie najrzadziej również zbierając za swoją pracę nagrody i zaszczyty".

Następnie przeszedł do własnej twórczości. Tę przedwojenną nazwał "moralnym bełkotem" i odciął się od niej: "Nie umiałem zrozumieć, że moralista musi być człowiekiem walki. Więcej: moralistą może być tylko człowiek czynnie zaangażowany po stronie postępowych wartości historii". Nie oszczędził Popiołu i diamentu: "Pisałem tę powieść jak mańkut, jeszcze nienawykły do posługiwania się prawą ręką: w zasadzie pisałem ręką prawą, lecz stare nawyki raz po raz zmuszały mnie do przerzucenia pióra. Stąd w tej powieści obok trafnych ocen poszczególnych zjawisk czy wydarzeń - błędny w całości obraz ówczesnej rzeczywistości, stąd [...] niezdolność do ukazania przemian historycznych w ich zasadniczych, z walki klasowej wynikających elementach. Prawą ręką nie dość pewną i precyzyjną opisywałem "diament"; lewą, wyćwiczoną w uprawianiu mrocznych guseł nocy, zamętu i niepokoju - "popiół""[6].

Potępił "siedzenie okrakiem na barykadzie" i zadeklarował, że prag­nie zostać pisarzem w pełni socjalistycznym. Porzuca więc "cały śmietnik inteligencko­-mieszczańskiej rekwizytorni" oraz złudzenia, że "bez solidarnego związania się z pracującymi masami można dogonić historię". Wybiera "prawdę, której podjęcie zobowiązuje do niełatwego wprawdzie życia, lecz przywraca człowiekowi godność, ponieważ zdejmuje z jego ramion ciężar samotności i wskazuje ten sam kierunek walki, który jest wspólnym celem ludzi postępu".

I zakończył apelem do władzy: "Nie bądźcie dla inteligenckich artystów i intelektualistów zbyt pobłażliwi. Oni sami skłonni są okazywać sobie tyle pobłażliwości, iż wy nie wspierajcie ich w tych doświadczeniach. Natomiast demaskujcie ich, jeśli sami się nie potrafią demaskować. Popędzajcie ich, jeśli nie chcą lub nie potrafią kroku przyśpieszyć".

Batalia o Majakowskiego z kolei była ostrą napaścią na ludzi "Kuźnicy". Oni uważają, że trzeba bronić - szydził Woroszylski - ""doskonałej formy klasycznej" przed brutalami rozbijającymi zwrotkę" oraz "języka "poetyckiego", misternie utkanego z Led, Endymionów i Persefon, przed wtargnięciem "żywiołu niepoetyckiego", jak pepesza, współzawodnictwo, Pstrowski, ZWM"[7]. Jako jawnych przeciwników Majakowskiego napiętnował Pawła Hertza oraz Mieczysława Jastruna. I skarżył się na wrogość wobec "młodych, rewolucyjnych poetów, którzy podjęli tradycję Majakowskiego".

Podpisując się pod leninowską zasadą partyjności literatury, chwalił Woroszylski wiersze Romana Bratnego Po chińsku słów parę na Marszałkowskiej ("Dla was "ból" i "trud",/ dla was, panowie, "praca" to chińszczyzna!/ Wam poświęcę wiersz - jak but/ wymierzony, by kopać po tyłkach") oraz Andrzeja Brauna Człowiek ("Józefie Wissarionowiczu - pozwól - to jest nasze/ nie tylko Twoje święto").

I jeszcze, zgodnie z duchem nadchodzących czasów, złożył samokrytykę: "Szczególnie Woroszylskiemu [tak, w trzeciej osobie, pisał o sobie samym] zdarzało się ulegać pociągowi do formalistycznych eksperymentów - i wtedy powstawały [...] nieudałe, skrzywione ideologicznie i artystycznie utwory".

Dziś już nie sposób odtworzyć, kto pierwszy ochrzcił młodych, gniewnych orędowników poezji Majakowskiego mianem "pryszczatych". Jedni uważają, że nazwę tę rzucił Tadeusz Różewicz na seminarium młodych pisarzy w Nieborowie. Inni przypominają sobie, jak to Julian Przyboś w czasie jakiejś narady na temat literatury na widok Wiktora Woroszylskiego miał wykrzyknąć: "Co tu porabiają jacyś pryszczaci?". Jeszcze inni twierdzą, że wymyśliła to rozżalona na młodych kolegów po piórze Nałkowska. Według Kazimierza Brandysa określenie to ukuł satyryk i bon vivant Janusz Minkiewicz. Inna wersja mówi, że autorem jest Jan Kott, i podaje nawet miejsce i datę narodzin: narada literatów w Radzie Państwa w lutym 1950 roku. Sam Kott z kolei w Przyczynku do autobiografii autorstwo przypisuje Marynie Zagórskiej, żonie poety Jerzego. I tak wspomina ofensywę "pryszczatych": "Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak szybko w tym wyścigu do żdanowszczyzny zmieniali się wartownicy i jak szybko nowa ekipa przejmuje pałeczkę czy raczej pałkę".

Tak czy inaczej, faktem jest, że określenie natychmiast się przyjęło, a do "pryszczatych" doszlusowali młodzi pisarze z AK-owskim rodowodem: Andrzej Braun, Roman Bratny, Tadeusz Konwicki, Witold Zalewski.

Otóż "Kuźnica" wydawała się "pryszczatym" zbyt mieszczańska, liberalna, oportunistyczna i ugodowa[8]. "Kuźniczanie" irytowali ich swoim dobrym przedwojennym wykształceniem i rozeznaniem w światowej literaturze, a także wysoką pozycją w literackiej hierarchii.

Środowisko "Kuźnicy" postanowiło bronić się poprzez atak. Woroszylskiego, który mieszkał jeszcze w Szczecinie, wezwano depeszą do Warszawy na nadzwyczajne zebranie podstawowej organizacji partyjnej, które odbyło się w klubie partyjnych literatów na Pankiewicza i przeciąg­nęło długo w noc. Prócz pisarzy przybyli też dygnitarze z KC i redaktorzy partyjnych gazet.

Woroszylski - jak wynika z protokołów zebrań POP-u - tłumaczył się z tego, że oddał do redakcji tekst przeciwko zbyt mało rewolucyjnym wierszom zasłużonych towarzyszy. Myślał, że to rzecz redakcji konsultowanie artykułów w KC, więc był pewien, że jeśli napisze tekst błędny, to nie zostanie on puszczony do druku. A ponieważ towarzysz Borejsza codziennie chodzi do KC - kontynuował - miał prawo sądzić, że jego artykuł został uzgodniony. I zakończył, że teraz sam będzie tam nosił swoje teksty, żeby nie było nieporozumień.

Przywoływali go do porządku Sokorski i Żółkiewski, Hoffman i ­Ważyk.

"Zebranie zamieniło się w sąd nade mną" - wspominał Woroszylski po latach. Skąd ten atak? - pytał. Po prostu "zwierzchność partyjna nie przepada za wyskakiwaniem ochotników przed szereg. Andrzejewskiemu dano spokój, ale moją "walkę pokoleń" potępiono na łamach "Kuźnicy" i "Trybuny Ludu""[9].

Przebywający na placówce w Berlinie, ponaglany listami z Warszawy Tadeusz Borowski pisał w tym czasie swój zadedykowany Andrzejewskiemu i Woroszylskiemu artykuł Rozmowy, deklarując, że ma dość siły, aby "wszystkimi sposobami przykładać się do walki z imperializmem: pamfletem i paszkwilem, reportażem i wywiadem, felietonem i esejem. Nie chcę zrezygnować z żadnego ciosu, który można zadać".

Z tą samą siłą, z jaką kiedyś atakował Zofię Kossak­-Szczucką, teraz w pełnych pasji słowach potępiał całą swoją dotychczasową twórczość: "Dużo pisano o moim kompleksie obozowym. [...] To był tylko "anty­faszyzm" bez pozytywnych rozwiązań. Kiedy się ukazuje upodlenie człowieka w warunkach faszyzmu, trzeba pokazać jednocześnie jego bohaterstwo; nie wolno z udziału w walce klasowej wymigiwać się "okrutnym oburzeniem moralnym". [...] Nie umiałem klasowo podzielić obozu [...]. Zabawiłem się w ciasny empiryzm, behawioryzm i jak to tam się nazywa. Miałem ambicję pokazania "prawdy", a skończyłem na obiektywnym przymierzu z ideologią faszystowską".

Bez pardonu rozprawiał się z pisarzami starszego pokolenia, z Zofią Nałkowską i Jarosławem Iwaszkiewiczem na czele, których twórczość określił mianem "zdegenerowanego realizmu mieszczańskiego". "Nasi nauczyciele, starsi pisarze przedwojenni, wytykali nam stale nieuctwo; z wtajemniczonymi minami mówili o tradycji europejskiej i narodowej, udzielali porad, wskazówek i przestróg" - wspominał seminarium w Nieborowie. I pastwił się nad Iwaszkiewiczem, który podczas warsztatów rzemiosła pisarskiego na przykładzie jednego ze swych opowiadań "wskazywał, jak rzeczywistość przetapia się w materiał literacki, a ten ulega dalszej obróbce w myśl praw kompozycji". Borowski ciągnął dalej: "Oto dwoje nieszczęśliwych kochanków spotyka się po latach, wspominają dawne lata na Ukrainie, potem kochanka topi się w kanale weneckim. W rzeczywistości jednak kochanka nie pochodziła z Ukrainy, tylko z Warszawy, i wcale nie była kochanką, tylko szoferem". I podsumował: "O, nędzo tego warsztatu pisarskiego! [...] O naiwności młodych adeptów literatury! Braliśmy te "wtajemniczenia" za dobrą monetę. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że podobne seminaria urządzał Gorki. Ale Gorki nie opowiadał o przeróbkach doświadczeń homoseksualnych na "kompozycje"".

W równie koszarowym stylu zaatakował pisarzy związanych z "Kuźnicą": "Nie mając ani hartu, ani doświadczenia socjalnego szeregowego członka partii, robotnika czy chłopa, pisarz [...] po dawnemu barłożył się na Bandurskiego w Łodzi i przyjeżdżał na kochanki do Warszawy albo urządzał pogadanki z mandolinistkami łódzkimi".

Gromił też "antysanacyjność" współczesnej prozy jako sposób na "bezczynne przyglądanie się praktykom imperializmu". Do tego, żeby być pisarzem realistycznym i postępowym - dowodził - nie wystarczy drukować w "Odrodzeniu" i osobiście nie lubić sanacji oraz rządu pułkowników[10]. Krytykować ustrój burżuazyjny można tylko z pozycji marksistowskich. Wszystko inne jest jego zakamuflowaną obroną, rzewnym "kochajmy się".

Andrzejewskiego chwalił za to, jak wiele się nauczył i jak wspaniałą przebył drogę od zbioru debiutanckich opowiadań Drogi nieuniknione. Woroszylskiego zapewniał: "Mylicie się, towarzyszu Woroszylski, przyjdzie czas, że robotnik po pracy, mówca na trybunie, chłopiec z ZMP będą powtarzali wasze wiersze".

Tymczasem najwyższe władze partyjno­-państwowe niepokoił fakt, że wciąż jakoś nie widać było na horyzoncie pisanych w duchu realizmu socjalistycznego arcydzieł. Na 18 lutego 1950 roku zwołano pisarzy na konferencję z udziałem przedstawicieli rządu oraz dyrektorów przemysłu ciężkiego i lekkiego, by uświadomić literatom "oderwanie od społeczeństwa" oraz "nienadążanie za duchem czasu" i zaproponować antidotum: wyjazdy na wieś i do ośrodków przemysłowych. Kiedy zaproszeni goście weszli do sali obrad Rady Państwa, czekało już na nich, rozłożone na krzesłach i pulpitach, "Odrodzenie" z artykułem Borowskiego.

Dąbrowska sama na konferencję nie poszła, ale przytoczyła w dzienniku opowiedzianą jej scenę: Adolf Rudnicki biegał po sali obrad, zbierał egzemplarze "Odrodzenia", a nawet wyrywał je z rąk czytających, i wyrzucał przez okno. A to dlatego, że poczuł się osobiście dotknięty z powodu tego, co Borowski napisał o nim: "Czyż nie jest obroną połowicznej dzisiejszej postawy kajanie się Brandysa w Drewnianym koniu, że nie uczestniczył w ruchu oporu, Sandauera, że przeżył getto, moje, że przeżyłem obóz, Adolfa Rudnickiego, że nie upiekli go w piecu?".

Referat programowy wygłosił Jakub Berman. Pisarze muszą sobie przyswoić podstawy marksizmu i leninizmu - mówił ogólnie. Gdy przeszedł do szczegółów, zaproponował zebranym, by zwrócili swoją uwagę na przykład na pracę POM-ów - państwowych ośrodków maszynowych przy wiejskich spółdzielniach. Zwracał się do tych, którzy "nie chcą stać się narcyzami, zapatrzonymi w swoją samotność i przeszłość, którzy nie chcą, ażeby wartki prąd nowego życia przepłynął obok nich": "Miliony ludzi pracy wyciągają do was rękę - mówił. - Kraj wzmaga wysiłek i może wzmożonego wysiłku wymagać od swoich pisarzy".

Przy okazji wygłosił pean na cześć samokrytyki: "Zrozumienie tej broni jest bodaj najmniejsze, tymczasem jest to coś niesłychanie pięknego, wyzwolenie najlepszych cech, niszczenie złych cech, zawiści, zarozumialstwa, samouwielbienia"[11].

Andrzejewski natychmiast złożył samokrytykę i powtórzył, co mu leży na sercu: "Bez odnalezienia w sobie partyjnego stosunku do ludzi i konfliktów naszych czasów nie będę potrafił przetworzyć artystycznie naszej rzeczywistości".

Nałkowska po powrocie z konferencji zanotowała w dzienniku, że pisarze "pomiatani, iż dotąd nie napisali nic albo źle", na zarzuty Bermana odpowiadali "słabo lub dziwnie", a Jerzy Andrzejewski wręcz pokornie, dziękując za nagany, które pomagają mu pisać. Zastanawiała się, dlaczego wzywanie do zbliżenia się z masami i głoszenie socrealizmu muszą się odbywać za pomocą fraz typu: "płynie wśród nas wielką falą fluid i stuka do naszych sumień"; "najwęższym gardłem planu sześcioletniego jest człowiek"; "pierwsze ogniwo scementowania".

Pisarze dowiedzieli się jeszcze, że partia ma im do zaoferowania stypendia na wyjazdy w teren, na wieś i do wielkich zakładów przemysłowych, żeby zbierali tam materiały do przyszłych socrealistycznych dzieł[12]. Ta akcja miała uporządkować literacką twórczość według zapotrzebowań partii. I zaraz ruszyła cała partyjno­-biurokratyczna machina. Wydział Kultury KC wystosował poufny list do wojewódzkich pierwszych sekretarzy, aby pomagali literatom w ich pracy, składając jednocześnie "górze" sprawozdania, informując o wszystkich problemach (zwłaszcza natury politycznej), jakie w związku z ich przyjazdem mogą się pojawić. Stosowne ministerstwa zaczęły zgłaszać do KC listę zakładów typowanych do akcji wyjazdowej (czasem ze szczegółowym wyliczeniem tematów czy wręcz nazwiskami przodowników pracy, o których należałoby pisać). Ministerstwo Kultury z kolei informowało KC, dokąd poszczególni literaci chcieliby pojechać i jakie są ich twórcze zamiary. Między urzędami centralnymi a lokalną władzą krążyły w tej sprawie dziesiątki okólników, listów i sprawozdań.

Z oferty skorzystało osiemdziesięciu pisarzy (choć zgłosiło się blis­ko 200). Wśród nich Maria Dąbrowska, która - jak odnotowała w dzienniku - uznała, że to szansa, aby przyjrzeć się pracy jakiejś fabryki, co ze względu na kreowaną przez propagandę atmosferę powszechnego zagrożenia szpiegostwem i sabotażem było jak dotąd niemożliwe. "Sądzę, że każdy z nas ma dosyć własnych oczu i własnego rozumu - tłumaczyła sobie - aby zobaczyć w zwiedzanych obiektach nie tylko to, co "nam do widzenia podają". Dlatego, o ile tylko da się to pogodzić z moją pracą i z moimi bardzo zmurszałymi siłami, mam zamiar wziąć w tym bynajmniej nie pozorny (choć nie w celu stania się apologetą ustroju) udział. [...] Interesuje mnie wszystko, oprócz kołchozacji, którą ­uważam w tej formie za piramidalny błąd systemu" (3 marca 1950). I przez wiele dni pilnie jeździła do warszawskich Zakładów Urządzeń Przemysłowych (dawny Parowóz), ale żaden utwór na tej podstawie nie powstał.

Adam Ważyk po powrocie z konferencji zasiadł do pisania referatu, który przed opublikowaniem w "Kuźnicy" złożył do zaakceptowania (w Archiwum Akt Nowych w teczce Wydziału Kultury KC PZPR widnieją na nim drobne tylko korekty dwóch towarzyszy, jedna ołówkiem zwykłym, druga kopiowym). Tytuł O właściwe stanowisko odpowiadał treści. To był czas, kiedy twórcy o tym, co myśleć i jak pisać, dowiadywali się ze stosownych referatów przygotowywanych przez Jakuba Bermana, Pawła Hoffmana, Włodzimierza Sokorskiego, Leona Kruczkowskiego, Jerzego Putramenta czy Ważyka właśnie.

Ważyk zaczął od samokrytycznej oceny roli "Kuźnicy", która nie pomagała odnaleźć się zagubionym w nowej rzeczywistości pisarzom, chwaliła ich miast zagrzewać do walki, nie przyśpieszała ich dojrzewania, a tym samym niedostatecznie wywiązywała się z zadań czołowego pisma marksistowskiego. Na pisarzach zaś "ciążyły pozostałości dawnych orientacji artystycznych wytwarzanych pod presją ideologiczną burżuazji w okresie imperializmu; przenikały do nich wpływy antyhumanistyczne prądów dzisiejszej literatury amerykańskiej albo kosmopolitycznych wasali USA we Francji".

"Kuźnica" popełniła jeszcze jeden grzech - pisał Ważyk. W swoim "elitarnym zasklepieniu" i "wyniosłym mentorstwie" odepchnęła od siebie grupę młodych, rewolucyjnych poetów. Tu przeszedł do Woroszylskiego, którego artykuł "zawierał co prawda zdrowe ziarno protestu przeciwko estetyzmowi", ale zepchnął dyskusję na błędny tor, ujawnił "niebezpieczeństwo grupowości w łonie jednego obozu walczącego o jedną sprawę, o rozwój kultury socjalistycznej". "Młody poeta, partyjny, pozostawiony bez opieki i umacniany w nieprzemyślanych poglądach - wyjaśniał - wpadł w błędne rozumowanie. Szafował przy tym nieuzasadnionymi oskarżeniami politycznymi bez argumentów". I dowodził, że szczególne upodobania poetyckie zaślepiły Woro­szylskiego tak dalece, że odebrały mu jasność sądu ideowo­-politycznego.

Pochwalił postawę Jerzego Andrzejewskiego, który "przeszedł długą i żmudną drogę, by w końcu okazać się najlepszym krytykiem swojej powieści". Od dawna był w obozie postępu, ale nie był marksistą, zaledwie sprzymierzeńcem. Jednak w zetknięciu z teorią i praktyką marksistowską odnalazł właściwy system moralny dla swego pisarstwa.

Wreszcie zajął się artykułem Borowskiego, któremu "maniera lekko­myślnego szafowania ocenami zeszpeciła słuszną w wielu miejscach wypowiedź". Zarzucił mu, że wydając wyrok na pisarstwo Iwaszkiewicza i Nałkowskiej, nie wykazał się "dojrzałą rewolucyjną wiarą w człowieka, która przewiduje przecież możliwość przekształcania się i rozwoju pisarzy".

I zakończył: "Nowa sytuacja wymaga zmiany przestarzałego układu czasopism literackich".

Pod koniec marca 1950 roku rozwiązano zarówno redakcję "Kuźnicy", jak i "Odrodzenia". Na ich miejsce powołano tygodnik "Nowa Kultura", którego naczelnym został Paweł Hoffman.

Pierwszy numer otwierał wstępniak Tadeusza Borowskiego, który będzie miał w piśmie stały felieton Mała kronika.

Wiktor Woroszylski tak rok później oceniał powstanie nowego pis­ma: ""Nowa Kultura" uwolniła siły literackie obozu lewicy od spadku kuźnicowo­-odrodzeniowego eklektyzmu i zamętu ideowego". W świetle reflektorów na główną scenę literacką wkraczali "pryszczaci" (z dawnej redakcji "Kuźnicy" ostał się w "Nowej Kulturze" jedynie Kazimierz Brandys; jego dawni koledzy redakcyjni publikować tam będą z rzadka, a jeżeli, to głównie drobiazgi). "Kuźniczanie", którzy w swojej publicystyce od samego początku przygotowywali grunt pod realizm socjalistyczny - jako formacja schodzili ze sceny[13].

W takiej atmosferze toczyły się przygotowania do kolejnego zjazdu literatów, który przypieczętować miał to, o czym zaczęło się mówić już w Szczecinie: monopol realizmu socjalistycznego.

24 czerwca 1950 roku zjazd warszawski otworzył premier Józef Cyrankiewicz, pierwsze przemówienie wygłosił sekretarz Związku Pisarzy Radzieckich Aleksiej Surkow. Przerywały mu okrzyki na cześć Stalina. Nad stołem prezydialnym wisiał transparent: "Pisarze - inżynierowie dusz ludzkich". I podpis: "Stalin".

Referat Perspektywy rozwojowe literatury polskiej Adam Ważyk zaczął od tradycyjnych już ataków na "ciemne siły imperializmu", dla których dobre jest wszystko, "co odwraca człowieka od perspektyw rozwojowych, co wtrąca go w mrok samotnictwa i niewiedzy, co gasi wiarę w człowieka". Wszystkie koncepcje literackie, które nie podporządkowują się realizmowi, uznał za służące owym ciemnym siłom akty dywersji. Wymienił je po kolei: formalizm ("bo odbiera sztuce zdolność do walki o wartości życia"), ekspresjonizm, płaski empiryzm, a także "oderwane, izolowane od dramatu życia dramaty zasad moralnych, które dzieją się nigdy i nigdzie", jakby moralność można było traktować w oderwaniu od tego, "w jakim świecie będziemy żyli, czy w świecie sponiewieranym przez bankierów amerykańskich, czy w tym świecie postępu, który w fazie komunizmu chce dać ludziom chleb bezpłatny i na pewno da go - na pozgonne bankierom".

Następnie omówił "poszczeciński dorobek literacki". Ciosy rozdawał na oślep, bił po równi w poezję, prozę, krytykę literacką. Nic nie znalazło jego uznania poza Opowieściami z książek i gazet Tadeusza Borowskiego, szkicami literackimi Przy budowie Tadeusza Konwickiego oraz powieścią Traktory zdobędą wiosnę Witolda Zalewskiego.

Najbardziej jednak zapamiętano mu brutalny atak na Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którego poetyki nie cierpiał zresztą już przed wojną i którego twórczość uznał za szkodzącą sprawie socjalizmu w Polsce: "Poeta opowiada się po stronie demokracji ludowej, po stronie socjalizmu, ale na dowód rozkłada nam przed oczami zdemolowany kramik mieszczańskiego inteligenta. Czego tam nie ma? Jest lamus szlacheckiego baroku z antycznymi bogami, pstrokacizna cudzoziemskich słówek, wyprzedaż całej neoromantycznej starzyzny poetyckiej, cygańskie antyfilisterskie facecje, a spoza tych facecji wyłania się z wierszy Gałczyńskiego filisterski kącik z koteczkiem i firankami. Wszystko to prosi się o zestawienie ze znakomitym wierszem Majakowskiego: "Czerwona ramka/ Marks na ścianie./ Kot się ociera o "Izwiestia" stare./ A pod sufitem/ piszczy nieustannie/ rozwydrzony kanarek". Słuszniej by było, gdyby Gałczyński ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach". I dalej apelował o "oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu, ze skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku". Gałczyński miał na to odpowiedzieć w kuluarach: "Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić, ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?"[14].

Żółkiewski, choć odmieniał przez wszystkie przypadki "marksistowską etykę" i "naukę radziecką", był dużo łagodniejszy od Ważyka. On z kolei pochwalił Jerzego Andrzejewskiego i Kazimierza Brandysa za to, że ich książki "przechodzą na przodujący bastion walki o nową literaturę". Opowiedział się - jak jego przedmówca - za realizmem socjalistycznym.

Zadanie wytłumaczenia pisarzom, czym tak naprawdę jest realizm z przymiotnikiem "socjalistyczny", powierzono Melanii Kierczyńskiej, wykładowczyni szkoły partyjnej przy KC, gwieździe krytyki marksistowskiej. Zaczęła od wyjaśnienia, że idealiści "przyjmują zasadę prymatu idei", a materialiści zasadę "prymatu bytu", że "idealizm spełnia klasową funkcję narzędzia ideologicznego klasy wyzyskującej", realizm zaś "jest zgodny z naturą ludzkiego poznania". Realizm socjalistyczny to nic innego jak twórcze przezwyciężanie dziewiętnastowiecznego realizmu w duchu epoki, a więc - czego nie powiedziała wprost - tendencyjne i w dydaktycznym sosie. "Realizm socjalistyczny tworzy typowe postacie, w typowych warunkach, to znaczy postacie żyjące w rzeczywistości mocno odtworzonej w jej konkretności". Wymieniła jego cechy: optymizm, humanizm, ostrą aktualność, pokazanie nowego człowieka, budowniczego socjalizmu, i - przede wszystkim - postawę partyjną, która ma obowiązywać również bezpartyjnych.

Z jej wystąpienia Dąbrowska odnotowała taki passus: "Na pierwszych zjazdach pisarze reakcyjni, mający jeszcze nadzieję tymczasowości obecnego stanu rzeczy, występowali jawnie. Dziś zamknęli się w okopach milczenia. Ale my ich wyciągniemy z tych okopów". A całość obrad tak skomentowała: "Martwota i służalczość duchowa, faszerowana górnymi frazesami. Wściekła postna nuda kiepskiego przedstawienia teatralnego, które, zdaje się, przeraziło i zasmuciło nawet komunistów, reżyserów widowiska. Sala składała się zresztą przeważnie z młodych grafomanów partyjnych, różnych "pryszczatych" liczących na koniunkturę dla krzyk­liwej miernoty" (27 czerwca 1950).

Po Kierczyńskiej przemówił Borowski. Zaczął od bicia się w piersi: "Kiedy my błądziliśmy w formalizmie, nasze pokolenie walczyło z bandami. Jeden ze znajomych opowiadał mi o tym". Gdy wymawiał słowa: "klasa robotnicza", "imperializm", "burżuazja", "prowokacja" - jego głos podnosił się do krzyku. Nie ma walki pokoleń. Jest tylko walka klas - oświadczył. Zażądał od pisarzy, by stawili czoło nowym czasom. I zapowiedział: "Będziemy bronić Dąbrowskiej z Nocy i dni przeciwko dzisiejszej Dąbrowskiej".

Woroszylski natomiast zaczął od skargi na starszych kolegów po piórze, którzy lekceważą młodzież i ich pisma "Pokolenie" oraz "Sztandar Młodych". Podał przykład Jana Kotta, który na propozycję, by napisał artykuł o Dickensie, przesłał list podpisany przez sekretarkę, że jest zajęty (głos z sali: "Kott to niebezpieczny bumelant"). I Jarosława Iwaszkiewicza, który odmówił napisania artykułu z wrażeniami z zagranicznej podróży (wywołany do tablicy Iwaszkiewicz odkrzyknął: "Ale zrobiłem to osobiś­cie"). Następnie złożył samokrytykę: zbyt formalistycznie podszedł do tradycji Majakowskiego. Po czym zaatakował wiersz Tadeusza Różewicza Chmury mosiężne i czarne za uleganie katastrofizmowi i nastrojom literatury zachodniej, burżuazyjnej - "tej literatury, o której Tadeusz Borowski słusznie powiedział, że jest jedną wielką prowokacją". I zakończył, że dla takiej liryki nie ma miejsca w kraju budującym socjalizm.

Jan Kott, odnosząc się do przemówienia Borowskiego, zauważył, że trzeba nie mieć za grosz skromności, aby na otwarcie zjazdu literatów z całej Polski opowiadać głównie o sobie i na koniec oznajmić, że posiad­ło się wiedzę, co i jak mówić robotnikom. Prawda, przyznał, "Kuźnica" popełniała błędy, ale była pismem ciekawym, podczas gdy "Nowa Kultura", "bardziej martwa niż oba pisma, na których grobie powstała", pełna jest "oficjalszczyzny". Mówiąc o potrzebie szacunku dla Dąbrowskiej, przestrzegał, że przełomu w literaturze nie dokonają studenci wysłani w teren w celu zrobienia reportaży z zakładu pracy.

Stefan Żółkiewski (odesłany już na inny front: do organizowania Instytutu Badań Literackich) miał mu na to odpowiedzieć, że jest największą przeszkodą na drodze do socrealizmu.

Tak jak dla Pawła Hertza zjazd szczeciński, tak dla Jana Kotta zjazd warszawski stał się sygnałem, że nadchodzą ciężkie czasy dla literatury i krytyki literackiej. I na dobrą sprawę przestał je uprawiać, przeszedł do pracy uniwersyteckiej, najpierw na romanistyce we Wrocławiu, później na polonistyce na UW[15]. Wciąż jednak uczestniczył w różnych partyjnych gremiach dyrygujących kulturą, zaczął też pisać recenzje teatralne, stawiając w ten sposób pierwsze kroki jako przyszły szekspirolog.

Aleksander Wat, zabierając głos w dyskusji, zwyczajowo już zganił schematyzm nowej literatury.

Głos chciał zabrać również poeta Wojciech Bąk, przed wojną laureat nagrody "Wiadomości Literackich" i wawrzynu Polskiej Akademii Literatury. Wcześniej oznajmił paru osobom (między innymi Jerzemu Putramentowi), że wygarnie z trybuny, jak niszczona i sowietyzowana jest polska kultura. Jarosław Iwaszkiewicz, któremu zwierzył się, że po swoim wystąpieniu ma zamiar zażyć cyjanek, wziął go na stronę i próbował wyperswadować mu ten zamiar. Bąk się zaparł, jednak w drodze na mównicę został zatrzymany przez ubeków, którzy odstawili go do miejsca zamieszkania w Poznaniu[16].

Incydent ten przeszedł jednak niemal niezauważony. Generalnie zjazd upłynął na ubolewaniach nad współczesną literaturą, krytykowaniu pisarzy za to, że nie dość energicznie zabrali się do pracy po zjeździe szczecińskim, i gromkich zachętach do tworzenia dzieł na miarę epoki.

Jerzy Andrzejewski, który w sporach między "kuźniczanami" a "pryszczatymi" nie uczestniczył, wyznał, że gdy zbliżał się do ideologii marksistowskiej, raził go frazes, przeszkadzało mu, że będzie musiał używać sformułowań, których przed nim używano już wielokrotnie. Te zahamowania - zapewnił - będą znikać wraz z krzepnięciem nowej świadomości pisarskiej.

"Mit oryginalności i strach przed partyjnym językiem rozwiał się całkowicie z chwilą, gdy zetknąłem się z konkretnym obowiązkiem, gdy rok temu miałem wygłosić mowę o uchwałach watykańskich - oświadczył. - Otóż stwierdziłem wtedy, że nie mogę pisać i mówić o tym inaczej, jak tylko tak, jak mówi się w języku marksistowskim". Apelował, by nie uciekać przed językiem, którym posługuje się partia. Przyczyn "niedowładu obecnej literatury" upatrywał też w niedojrzałości ideologicznej pisarzy i płynącej stąd obawie przed polityczną oceną ich dzieł. To dlatego procesowi twórczemu towarzyszy strach: "Co powie towarzysz Sokorski? Co powie towarzysz Berman?". Proponował, by przystępując do pisania, "zrzucić z siebie gorset" i wyzwolić się z tych lęków.

Kazimierz Brandys oświadczył, że młodzi czytelnicy oczekują takich bohaterów literackich jak Pawka Korczagin z powieści Jak hartowała się stal, i podzielił się smutną rewelacją, że na zakończenie roku szkolnego uczennica jednej z warszawskich szkół dostała w nagrodę książkę amerykańskiego autora, wydaną przez jezuitów. Zakończył cytatem z Fadiejewa: "Tylko w świecie socjalizmu literatura może prawdziwie stać się piękna".

Leon Kruczkowski ogłosił, że realizm socjalistyczny jest odtąd jedyną doktryną obowiązującą Związek Literatów Polskich, i wezwał: "Pisarze - do twórczości!", przestrzegając przy tym, że "wróg klasowy czai się w mózgu każdego z nas". Do statutu ZLP wpisano, że jego członkowie stanowić powinni "czołowy oddział pracowników kultury państwa budującego socjalizm".

Dąbrowska w dzienniku podsumowała, że zjazd "był czymś w rodzaju uroczystego pogrzebu literatury i pisarzy na rzecz pismaków­-pomagierów rządu w akcji "umacniania ustroju". Nie był to nawet zjazd polityczny, lecz zjazd posłuszeństwa i liturgiczno­-kanoniczny, jeśli można użyć tych pięknych, starych słów do określenia szmiry. [...] Jedynymi względnie przyzwoitymi i starającymi się zachować ślad polskiego stanowiska i jakiś poziom intelektualny były referat Żółkiewskiego i przemówienie Kotta (mówili tylko komuniści). Obie te mowy były bardzo skąpo oklaskiwane przez współwyznawców. Szczególnie odrażające były przemówienia T. Borowskiego i W. Woroszylskiego" (27 czerwca 1950).

Jerzy Andrzejewski wybrany został na wiceprezesa ZLP, a do prezydium zarządu weszli Tadeusz Borowski i Kazimierz Brandys.

Jednak faktyczną władzę w ZLP przez najbliższe lata sprawować będzie jego sekretarz generalny Jerzy Putrament, ściągnięty specjalnie z Paryża, gdzie był ambasadorem. Objął on osobisty nadzór nad stworzonymi decyzją zjazdu sekcjami prozy, poezji, dramatu, tłumaczeń, satyry, literatury dla dzieci i młodzieży. To one miały teraz administracyjnie zarządzać pisarskim natchnieniem.