Lawa, owce i lodowce. Zadziwiająca Islandia - Agnieszka Rezler

-
Proszę czekać
Zamienię działkę na wyspę
 

Gdyby sołtys nie wystawił działki pod młotek, pewnie nie byłoby całej sprawy. Ale wystawił. I wcelował jak w złote jabłko - trafił na moment, w którym my właśnie zaczęliśmy się rozglądać. Bo przychodzi taka chwila w życiu każdego człowieka, kiedy strasznie ciągnie go w dół, do ziemi, kiedy myśli: wyniosę krzesła na MÓJ taras, do kieliszeczków rozleję nalewkę Z MOICH WŁASNYCH jeżyn i razem powdychamy MOJE świeże powietrze. A może do MOJEGO płotu podejdzie jeszcze sarna - MOJA sarna - i wtedy to już będę w środku świata!

Nas też jakoś tak naszło. A cena zaostrzała apetyt. Przemyśleliśmy sprawę przy herbacie i słonych paluszkach, ja i mąż, i wyszło nam, że jeśli poksięgujemy wystarczająco przebiegle, tak jak uczyli w Lehman Brothers, to będzie nas na tę działkę stać. To znaczy, nie będzie, ale przynajmniej będzie tak wyglądało. I od wakacji pochyły garb zarośniętej zielskiem ziemi podnosił nam ciśnienie, prowokując najdziksze fantazje. Miał to robić jeszcze przez miesiąc, aż do Nowego Roku: wtedy właściciel obiecał podać nam ostateczną cenę.

Mąż miał do sprawy dystans. Owszem, działka piękna, dookoła hektary lasów poprzetykane soczewkami jezior, tyle że dla rodziny, w której nawet wymiana przepalonej żarówki potrafi na miesiące utknąć w organizacyjnym bezwładzie, budowa domu na odległość to wyzwanie. Ale mnie już ogarnęła gorączka. W tydzień zaprojektowałam trzy warianty letniego domu, wybrałam kamień na obudowę kominka, stół do jadalni i leżaki na taras, choć przez pół roku nie mogę dotrzeć z zasłonami do magla. Upojona wyobraźnia podsuwała mi obrazy ciężkiej pracy w hamaku z laptopem na kolanach, pieczenia ciast z leśnych malin i wieczorów spędzanych przy grach planszowych w akompaniamencie pohukiwań sowy. Wobec takich rojeń bladła nawet konieczność podciągnięcia prądu, montażu hydrauliki i wykonania izolacji przeciwwodnej poziomej.

Wszystko to działo się dobre kilka lat temu, kiedy znaliśmy jeszcze pojęcie zimy, a najstarsi pamiętali, jak wygląda śnieg. Tamtego roku mróz chwycił kraj w diamentowe kleszcze; umierały akumulatory, a w hipermarketach nie domykały się automatyczne drzwi. Zimno usposobiło męża bardziej entuzjastycznie. Między Gwiazdką a sylwestrem, kiedy każdą wolną chwilę spędza się pod kocem na rojeniach o ciepłych wyspach, my zaczęliśmy wyobrażać sobie kolejne święta celebrowane w chacie z bali, w towarzystwie podchodzących do płotu serdecznych dzików i jeleni.

Parę dni później przyszła wiadomość: sołtys się rozmyślił i działki nie sprzeda. Wiadomość ścięła nas z nóg; poczuliśmy się jak bokser po nokaucie. Potrzeba nam było szybkiego pocieszenia. Wino jest dobre na krótko, a zresztą za bardzo kojarzy się z tarasem, hamakiem i grami planszowymi... Wczasy w Turcji? Nic rozsądnego i pocieszającego nie przychodziło mi do głowy. Tymczasem w głowie mojego męża wykiełkował pomysł. Do dziś nie wiem, skąd mu się to wzięło. Lubi tak jak ja wygrzewać się na plaży i mieć dwa kroki do baru. Nie znosi marznąć i moknąć, a nieprzerwane wichury wprawiają go w stan nerwowego niepokoju. Dlatego nie rozumiem, czemu tamtego zimnego styczniowego dnia wrócił z biura, odłożył teczkę, zjadł zupę i powiedział: jedziemy na Islandię.

 
Na Islandię?

Wtedy zapytał go Kerthjalfad, dlaczego nie ucieka.

- Dlatego - odpowiedział Thorsteinn - że i tak nie zdążyłbym

przed wieczorem do domu, bo mój dom jest w Islandii.

Kerthjalfad darował mu życie.

 

Saga o Njalu

 
 
 

- Tam premierem jest lesbijka[1] - stwierdził politycznie wyrobiony znajomy. - Ale dajcie spokój, przecież nawet w lipcu będzie śnieg!

Znajomy jest lepszym politykiem niż meteorologiem, dlatego zignorowaliśmy jego radę. Owszem, właśnie tam się wybieramy. Czyli dokąd? O Islandii nikt nie wie niczego na pewno. Nie jeździ się tam na długi weekend, nie można też wiele przeczytać, bo nie da się przecież czytać w takim dziwnym języku. Wyspa leży poza marginesem zainteresowania kolorowej prasy; musi zaczadzić pół świata, żeby w ogóle przypomnieć o swoim istnieniu. Ale znamy przecież słowo, i już samo słowo - powtarzane, gorliwie odmieniane, wymawiane z zachwytem jak imię noworodka - sprawia, że coś za nim słyszymy, spoza liter wyłania się kształt. ISLANDIA. Brzmi metalicznie, jak odgłos rysującego po szybie ołówka HB. Szklisty lód i zalatujący siarką dym. Niewyraźne sylwetki ludzi (ludzi?) wyłaniające się bez uprzedzenia z mlecznej mgły. Bezkresne połacie - czego?

Co tu dużo gadać, dziwny kraj z dziwną aurą. Ziemia, od której dmucha tajemnicą. Wiatr, a na śniegu ślady Lisbeth Salander, zagłodzonej i samotnej Dziewczyny z Tatuażem. Ale ona była tylko wymyśloną Szwedką, złudzeniem doprawionym zimnym sosem przez kilku spryciarzy od marketingu. Islandia jest lepsza, bo jest prawdziwa! To ląd, żywe miejsce na globie. Lecisz między niebem a oceanem, przez korytarze wyznaczone siatką kartograficzną i nagle - jest. Widać ją z daleka: postrzępioną, rozlaną jak kleks, który wypłynął na powierzchnię Atlantyku z pęknięcia w skorupie litosfery. I tyle na razie udaje nam się dowiedzieć: że wyspa jest kawałkiem morskiego dna w stanie zapalnym, że właśnie tak się narodziła - wypluwając samą siebie spod ziemi. Gdyby tego nie zrobiła, nie byłoby dziś Björk, Nagrody Nobla dla Halldóra Laxnessa ani małych koników z dużą grzywką, czyli wszystkich powodów do islandzkiej patriotycznej dumy. Na szczęście są i jest też ona, razem z zaskakującą obfitością dymiących szpar i dziur, niezagojonych do dzisiaj szram, przez które sama kiedyś się wydostała, budując paleogeński most między Europą a Ameryką. Jakoś trochę później, już po paleogenie, most się zawalił, ale wyspa - jego środkowy przystanek - pozostała. Postawić w takim miejscu nogę to dla kogoś, kto zwykle siedzi na zmianę przed komputerem albo telewizorem, poważne wyzwanie. To nic, że przed nami tę samą ścieżkę przedeptały miliony owiec, a może nawet jacyś ludzie. Już sam fakt, że nie chodzi o Turcję czy Egipt, pozwala poczuć się odkrywcą.

Heroizm przedsięwzięcia też się liczy: pojechać w środku lata tam, gdzie wiatr odrywa uszy i gdzie nie zdejmuje się wodoodpornych butów, a najgłupszym pomysłem jest spakowanie szortów i kremu z filtrem, to co najmniej interesujące dziwactwo - rzecz nie do pogardzenia w czasach, kiedy nawet wybierając biurowy kubek do kawy, trzeba wykazać się oryginalnością.

I jest coś jeszcze: zdobędziemy pamiątki, a dla mnie pamiątki to zdjęcia. Potrafię przywieźć pięćset odbitek z wycieczki po nieoświetlonym lochu, po którym przeciągnie mnie nudny przewodnik jąkała. Świat w kartonikach, kolorowy, podpisany moim autografem. Na darmo krzyczą do mnie pocztówki i kalendarze: już tu jesteśmy, kup nas, powieś, wspominaj! Ja po prostu muszę sama spojrzeć przez szklane oko, nawet jeśli wynikiem tego spojrzenia będzie tylko kolejna kopia przemysłowej widokówki. W dodatku czy znacie lepsze lekarstwo na doła? Patrzcie: tu przytulam małą kózkę; czy nie jesteśmy słodkie? I jaka byłam wtedy szczupła!

Tym razem czułam, że naszego kolejnego albumu nie wypełnią małe kózki. Wiedziałam, że kadry będą malarskie i epickie jednocześnie. Skąd? Bo zanim postawiłam stopę na płycie lotniska, byłam już cała na lodowcach i przy gejzerach. Ślizgałam się po zbitym firnie i deptałam dziewicze pagórki tropem owczych bobków. Weszłam w Islandię jak w nowe ubranie, nosząc je nieprzerwanie od stycznia, kiedy wycieczka po raz pierwszy zaświtała nam w głowach, do dnia wyjazdu w środku lipca. A właściwie do dziś.

 
Mapa, i co z nią zrobić

I tak dowiedziałem się, że Islandia jest

ogromna - dużo większa, niż

kiedykolwiek sobie to wyobrażałem.

 

Andrew Evans, Islandia.

Przewodnik turystyczny National Geographic

 
 
 

To zabawne, ale okazało się, że nasze wydawnictwa kartograficzne nie słyszały o Islandii, jakby świat kończył się płotem na północnym wybrzeżu Szkocji. Jej mapa była nie do zdobycia. Kiedy trafialiśmy na jakiś ślad w internetowej księgarni, obrazek był niewyraźny - równie dobrze mógłby przedstawiać puszkę karmy dla kotów - a obok wyświetlał się napis: "produkt niedostępny". Nie szkodzi. Od dziecka mam zacięcie do prac ręcznych; żmudna dłubanina z użyciem kleju, śrubokrętu i wrzątku to dla mnie ideał aktywności. Korzystam z każdej okazji, żeby w świecie silikonu i seryjnych morderstw chwycić się takiej kojącej roboty. I jest jeszcze serwis Google Maps - cudowne narzędzie, które pozwala odnaleźć Świętego Graala na leżąco. To właśnie na mapach Google'a przeżyłam swoją pierwszą ekscytację Islandią - jej kształtem wynurzonej z oceanu rozczapierzonej łapki, bielą jej lodowców i pustką kamienistego interioru. A to, co można zobaczyć w Google'u, można przecież wydrukować!

Po trzech nocach nierównej walki z problematyką skali, kilku awariach drukarki i zużyciu wiadra tuszu udało mi się stworzyć kartograficzny unikat: mapę wyspy złożoną z dwunastu sklejonych zdjęć lotniczych A4. Kiedy ceremonialnie rozłożyłam ją na podłodze naszego największego pokoju, gdzie wyglądała jak geomorfologiczny dywan, mąż wrócił z pracy i rzucił na stół trzy mapy Islandii zamówione za moimi plecami w Amazonie.

Przez pierwsze dni spędzone z mapą - czy raczej z mapami - planowaliśmy być wszędzie i spróbować wszystkiego. Przecież to mała wyspa; ledwie mieści się na niej wodzący po globusie palec i trzysta tysięcy Islandczyków. Przez kolejne tygodnie heblowaliśmy ambitne plany. Z kilku użytych wtedy narzędzi najskuteczniejszy okazał się hebel finansowy. Każdy dodatek ekstra - nocleg, wycieczka superjeepem, nadprogramowa bułka - powodował natychmiast eksplozję w kosztorysie i zawieszenie Excela. W drugą stronę mechanizm nie działał; redukowanie kosztów jest na wyspie pojęciem kompletnie niezrozumiałym. Możesz rozważać wariant przelotu w luku bagażowym albo spanie w zagrodzie z kozami - wszystko na nic. Część zniewalającego uroku Islandii polega na tym, że po prostu musi być droga. Pozostawało nam cieszyć się cudzym nieszczęściem: kilka lat wcześniej wyspiarska gospodarka zbankrutowała, dzięki czemu trafiliśmy na okres nieznanej na przestrzeni dziejów taniochy.

 

[...]

Projekt okładki
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
 
Fotografia na okładce:
? Ivan Skvortsov / Shutterstock.com
 
Zdjęcia wewnątrz książki
? AGNIESZKA REZLER i MARTYNA CICHOCKA
 
Redakcja
ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
 
Korekta
URSZULA WŁODARSKA
 
Redakcja techniczna
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
 
Polish edition ? Publicat S.A., Agnieszka Rezler MMXVII (wydanie elektroniczne)
 
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
 
Wydanie elektroniczne 2017
 
ISBN 978-83-271-5657-0

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

 

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

 

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej