Laurka - Alicja Sinicka

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Niedziela, 19 maja 2024

W maju nasz ogród zawsze wygląda, jakby został stworzony na nowo. Pełno w nim kolorów, światła i zapachu kwitnącego kasztanowca, który rośnie przy domu. Chłonę to wszystko, sadząc bratki w okrągłej kamiennej donicy na werandzie. Zanurzam palce w miękkiej, chłodnej ziemi i wypatruję samochodu Sławka. Dochodzi trzynasta trzydzieści, powinien już wrócić z kortów. Jest trenerem tenisa. Kiedyś prowadził zajęcia kilka godzin dziennie z różnymi osobami, ale od roku ma tylko jedną, dobrze rokującą podopieczną - młodą i utalentowaną Olgę Kołecką. Robi się o niej coraz głośniej w środowisku tenisowym. Jest wysoka, ma smukłe, twarde ramiona i kwadratowy podbródek z małym dołkiem pośrodku. Zawsze, gdy widzę ją na korcie, myślę, że jest jak maszyna: precyzyjna i niezawodna.

Ja jestem z innej gliny. Uczę angielskiego online. Dni wypełniają mi rozmowy na różne tematy z ludźmi w każdym wieku. Co prawda to ja występuję tam w roli nauczycielki, ale każdego dnia uczę się czegoś nowego. Rozmawiając z kilkunastoma osobami tygodniowo, można dowiedzieć się wielu rzeczy, od tego, co Shakespeare miał na myśli, pisząc: "Życie jest tylko przechodnim półcieniem"1, przez sposoby na skuteczną naukę medytacji, aż po to, gdzie zjeść najsmaczniejszy makaron we Wrocławiu. Najlepiej rozmawia mi się z dziećmi. Nie nauczyły się jeszcze od dorosłych narzekania. Przyjmują świat taki, jaki jest, dzięki czemu widzą w nim więcej dobra. Sama jeszcze nie mam dzieci, ale coraz częściej myślimy o tym ze Sławkiem. Mam trzydzieści osiem lat i czuję, że to ten moment, mimo że Sławek ostatnio sporo wyjeżdża. Jako członek kadry trenerskiej Olgi towarzyszy jej na zagranicznych zgrupowaniach i turniejach, coraz częściej też latają za ocean. Czasem nie ma go w domu przez tydzień lub dwa. Rozmawiamy wtedy online - zamykam się w gabinecie na piętrze ze słuchawkami na uszach i słucham, jak opowiada mi o swoim dniu. Potem ja mówię, co u mnie.

Teraz korzystamy z tego, że jest na miejscu, i będzie jeszcze cztery tygodnie, zanim znowu wyfrunie, tym razem do Australii. Rodzice Olgi są zamożni i inwestują krocie w karierę córki, więc Sławek nie narzeka na zarobki.

Właśnie parkuje pod domem swoje lśniące Volvo. Wysiada, a potem jak zawsze idzie wyjąć z bagażnika torbę tenisową. Tak wyposażony podchodzi do furtki.

- Już sadzisz? - woła do mnie, jeszcze zanim ją otworzy.

- Jak widać - odpowiadam.

- Miałaś poczekać na mnie.

- Zaraz obiad, a ty się włóczysz - rzucam żartobliwie.

- No, włóczę się.

Policzki ma zarumienione od słońca, miodowe oczy błyszczą jak dwa bursztyny. Mija pięć lat, odkąd jesteśmy razem, trzy po ślubie, a mnie wciąż na jego widok miękną kolana.

Sadzonki bratków kupiliśmy wczoraj w Castoramie. Sławek sam wybrał kolory i umówiliśmy się, że dziś posadzimy je na werandzie. Choć dużo podróżuje, dba też o dom, który odziedziczył po rodzicach. Kiedy go poznałam, oboje już nie żyli, a on mieszkał tu sam. Wprowadziłam się do niego po trzech miesiącach znajomości i szybko pokochałam to miejsce. Chociaż to Wrocław, dzięki lokalizacji na skraju dzielnicy Maślice mamy zapewnione ciszę i spokój. Z jednej strony sąsiadujemy ze starszą panią, której właściwie nie widujemy, z drugiej rozciąga się łąka porośnięta krzewami i dębami. Nasz dom z zewnątrz wygląda efektownie: dwie kondygnacje, długi balkon z ozdobną poręczą, wielkie wykuszowe okno w kuchni z dobrym widokiem na podwórko.

Wewnątrz ma jednak stary i niepraktyczny układ - mnóstwo dziwnych przejść i małych schodków między pomieszczeniami, które sprawiają, że każde piętro ma dwa poziomy. Na dole jest kuchnia i pralnia, salon i łazienka na pierwszym piętrze, nasza sypialnia i gabinet na drugim. Na początku mnie to denerwowało, ale potem dostrzegłam w tym pewien urok. W domu jest mnóstwo ciemnego dębowego drewna, starych obrazów w ozdobnych ramach. Każdy pokój ma swoją historię, jest jak odrębny świat, który na swój sposób potrafi człowieka otulić.

Sławek wchodzi po schodach na werandę i całuje mnie w policzek na powitanie. Wyjechał z domu przed dziewiątą, kiedy jeszcze spałam.

- Do twarzy ci w tym wdzianku - mówi, zerkając na mój błękitny fartuch w białe róże.

- Nie zaczynaj, bo jestem piekielnie głodna.

- Ja niczego nie zaczynam. - Unosi dłonie i patrzy na mnie z niewinną miną.

Potem wchodzi do domu, ale drzwi zostawia otwarte.

- Wyciągnęłaś już gulasz z lodówki? - pyta, ściągając buty.

- Tak, ale nie wstawiałam go na kuchenkę.

- Okej, zaraz to zrobię, tylko wezmę prysznic.

Wczoraj wieczorem ugotował swoje popisowe danie: gulasz wołowy po węgiersku. W domu wciąż unosi się lekka woń smażonej papryki. Niebawem planujemy zamontować rekuperację, która bez trudu poradzi sobie z takimi zapachami, ale na razie wszystko wsiąka w ściany, przypominając o tym, co działo się w kuchni.

Wsadziłam już bratki do jednej donicy. Drugą zostawiam Sławkowi, pewnie zajmie się nią po obiedzie. Teraz już żołądek ściska mi się z głodu. Gdy wchodzę do domu, do moich uszu dolatuje szum wody z łazienki na pierwszym piętrze. Ściągam fartuch i kładę go na krześle w kuchni, gdy dociera do mnie głos Sławka:

- Asia!

- Tak?! - Podchodzę do schodów.

- Dasz mi czysty ręcznik?!

Kręcę głową z lekkim uśmiechem i odwracam się do komody w niewielkim holu. Wyciągam świeży ręcznik, przerzucam go sobie przez ramię i wędruję na piętro. Sławek czeka za uchylonymi drzwiami łazienki, rękę trzyma na klamce. Jego włosy są mokre i rozwichrzone, po szyi ścieka kilka kropel wody. Biodra ma przepasane ręcznikiem. Zanim zdążę zrozumieć, co się dzieje, z figlarnym błyskiem w oczach wciąga mnie do łazienki i tam pośród śmiechów i westchnień wspólnie bierzemy prysznic.

Potem jemy gulasz w jadalni, rozmawiając o planach na najbliższy tydzień.

- Może jutro skończę trochę szybciej trening. Olga pójdzie na ściankę, a my podjedziemy zamówić tę rekuperację.

- W porządku, o której możesz być?

- Około czternastej? Jak masz lekcje?

- Od czternastej do szesnastej mam okienko.

- Idealnie. - Dopija swoje wino, a potem odgarnia mi pasmo włosów z policzka. - Tak lepiej - szepcze.

- Może powinnam chodzić w ciasnym kucyku, jak Olga.

- Nie ma mowy - śmieje się. - Ty trenujesz dla siebie, a ona dla taty.

Teraz ja chichoczę, opróżniając swój kieliszek.

- Już dawno nie było mnie na kortach - mówię.

- No właśnie. - Grozi mi palcem. - Rozleniwiłaś się, koleżanko.

- A propos leniuchowania, na werandzie czekają na ciebie bratki. - Skinieniem głowy wskazuję drzwi.

- Spokojnie, będzie pani zadowolona.

Po obiedzie wychodzimy przed dom. Sławek zabiera swój smartfon i nagrywa nim nasz duży, barwny ogród, w którym pysznią się mlecze, stokrotki i rumianki. Prowadzi na YouTubie kanał o tematyce tenisowej, na który dodaje też czasem filmy związane z lifestyle'em, jak na przykład teraz. Nagrywając, mówi:

- A w niedzielne popołudnie trochę odpoczynku w otoczeniu przyrody. Pamiętajcie: równowaga przede wszystkim.

Wieczorem idziemy na spacer, ale nie oddalamy się zbytnio od domu. Mamy niecałe dwieście metrów do okolonego bujnymi krzewami stawu po drugiej stronie ulicy, który przypomina mi teraz kawałek lustra o nieregularnych brzegach.

- Za dzieciaka przychodziłem tu na ryby - mówi Sławek. - Stawałem w tym miejscu i zarzucałem wędkę. - Wskazuje mi krótki pomost schowany między drzewami rosnącymi nad samą wodą.

- Brało coś?

- Głównie karasie. - Macha ręką. - Wypuszczałem je z powrotem do wody.

- Nie chciałeś pochwalić się rodzicom?

- Ja tu z reguły przychodziłem w ramach wagarów. Wolałem więc uniknąć niewygodnych pytań.

Kręcę już tylko głową z uśmiechem. W drodze powrotnej natykamy się na starą, ciemną furgonetkę, która stoi na łące obok naszego domu. W środku siedzi dwóch mężczyzn. Ten za kierownicą dopala papierosa, a potem wyrzuca peta przez okno i włącza silnik. Wyjeżdża na główną drogę, zanim dochodzimy do domu.

- Kretyn - mówię do Sławka. - Przez takich typów dochodzi do pożarów.

Idę w miejsce, w którym stała furgonetka, i choć nie robię sobie większych nadziei, bez trudu odnajduję niedopałek, z którego wciąż leci dym. Przydeptuję go butem, a potem podnoszę i w domu wyrzucam do śmieci.

Później zamawiamy sushi i siadamy na kanapie w salonie z zamiarem pooglądania czegoś na Netfliksie. Przez kolejną godzinę przeskakujemy między okienkami wyświetlającymi zwiastuny filmów, szukając czegoś odpowiedniego. Najpierw rozważamy dokument true crime, potem thriller, by finalnie włączyć amerykańską komedię z Adamem Sandlerem, którą najprawdopodobniej już kiedyś widzieliśmy. Pod koniec zasypiam. Kiedy Sławek mnie budzi, ekran jest już czarny i płyną po nim napisy.

- Chodź do łóżka - szepcze. - No chyba że mam cię zanieść.

- Zanieś mnie - żartuję, ale on robi to naprawdę.

Wspina się ze mną po schodach, a ja udaję, że jestem zaspana, ale w rzeczywistości jego gest całkowicie mnie rozbudził. Czuję się jednocześnie rozczulona i skrępowana. W końcu docieramy do sypialni. Sławek chce mnie ułożyć na łóżku, ale w ostatniej chwili wyślizguję mu się z rąk i ląduję na materacu, parskając śmiechem.

- Ty oszustko - wyrzuca mi, kładąc się obok.

Z reguły zaśnięcie zajmuje mi dużo czasu, bo kiedy leżę w łóżku, atakują mnie setki mniejszych i większych myśli, są jak światła, które rozbłyskają w mojej głowie, zmuszając mnie do krótkich, bezużytecznych analiz. Dziś jednak nie ma ich aż tak wiele. Może dlatego, że jestem już trochę rozespana. Kiedy ponownie odpływam pod cienką kołdrą, czuję spokój, który otula mnie tak jak ten piękny, stary dom.