Rozdział 3
Martwi filozofowie mogą mi skoczyć
Sam
Ożenię się z tą dziewczyną.
Wiem, wiem. Mam świadomość tego, co sobie myślisz. Brzmię jak tandetny aktor z Hollywood w klasycznym filmie romantycznym, może nawet czarno-białym, z Bingiem Crosbym w roli głównej. Czy to on tańczył na suficie? Nieważne, wiem, co chcesz powiedzieć.
Ja, Sam Sanchez, jestem beznadziejnym romantykiem. Zawsze byłem, zawsze będę. Jednak w tym nie ma nic romantycznego. Podchodzę praktycznie do swoich uczuć i opieram je na tym, czego dowiedziałem się o Lauren w ciągu ostatnich godzin podczas rozmowy z nią. A sytuacja? Jest najprawdopodobniej beznadziejna. Dawajcie kąpielówki i koło ratunkowe, zaraz utonę w morzu beznadziei.
Lauren jest piękna, bystra, niezależna, zabawna. Całkowicie spoza mojej ligi, mimo to nadal siedzi tu ze mną. To mój szczęśliwy wieczór. Znając siebie, spieprzę wszystko i poniosę porażkę. ?Me resbala! Mam to gdzieś. Muszę zdobyć jej numer telefonu. Nie każdego dnia spotyka się taką kobietę.
Zespół ma przerwę, więc to idealna chwila, by porozmawiać z nią swobodnie. Lauren obróciła krzesło, by siedzieć twarzą do stołu, więc idę w jej ślady. Zadowolony, że została, podnoszę czarny plecak z podłogi, kładę go na trzecim krześle i pytam, czy napije się kolejnego piwa.
- Boże, nie, dzięki. To moje drugie. Jeśli nie będę uważać, wyląduję na parkiecie.
- Jak twoja przyjaciółka?
Ruchem głowy wskazuję na dziewczynę, która nadal flirtuje z barmanem. Lauren przewraca oczami i wzdycha.
- Ściśle rzecz biorąc, Brittany nie jest moją przyjaciółką. Koleżanką z przymusu. Jesteśmy współlokatorkami. Myślałam, że idziemy do biblioteki, pamiętasz? Podeszła mnie.
Śmieję się mimowolnie.
- A po czym się zorientowałaś? Po tym, że na każdym stole są dzbanki z piwem zamiast książek? A może dlatego, że w kącie stoi stół do bilardu, a powinien siedzieć bibliotekarz?
- Oczywiście zorientowałam się, że to nie jest biblioteka, jeszcze gdy byłyśmy na zewnątrz. - Śmieje się. - Opieszale tu weszłam, mając nadzieję, że rozmowa z Jasonem nie potrwa za długo.
Opieszale. Uwielbiam jej dobór słów. Najwyraźniej jest oczytana. Jestem zahipnotyzowany jej ustami, tym, jak poruszają się różowe wargi, gdy mówi. Muszę dyskretnie poprawić dżinsy. Wszystko w niej mnie podnieca. Lauren musiała wziąć moje milczenie za obrazę, ponieważ dodaje:
- Oczywiście dostąpiłam zaszczytu poznania ciebie, ale naprawdę chciałam poczytać dziś Nietzschego.
Kręcę głową, przesuwając palcami po zaroście, próbując zwerbalizować myśli.
- Dzięki, ale jestem zdezorientowany. Myślałem, że ocaliłem cię od niechybnej śmierci.
- Tak! - Dopija piwo i stawia szklankę na stole tak mocno, że niemal ją rozbija. - Jest wielkim nudziarzem, ale i tak muszę do poniedziałku przeczytać tę książkę. Dlaczego musimy studiować dawno zmarłych filozofów? No dlaczego?
Jest urocza, gdy się wkurza.
- Ponieważ mówią nam, jak żyć - stwierdzam.
- Jak żyć? Jak żyć?! Przecież on nie żyje! Martwi faceci nie mogą mówić, jak żyć! - Zaczyna lekko bełkotać.
Przygryzam dolną wargę, by się nie roześmiać.
- W dodatku chcę, żebyś wiedział, Samie Sanchezie - tracę nieco oddech, gdy przeciąga nieco M w moim imieniu - że mam na pieńku ze wszystkim, co Nietzsche mówi o zindywidualizowanej wielkości. Twierdzi, że aby stać się kimś wielkim, musimy przezwyciężyć siebie i oddzielić się od tłumu.
- A co w tym złego? - Przysuwam się. - Według mnie indywidualność jest wspaniała.
- Cóż, po pierwsze, Nietzsche nie miał internetu. Wszyscy próbują osiągnąć teraz wielkość w sieci i nic im z tego nie wychodzi.
- Wolne żarty. - Śmieję się, starając się zaimponować jej moją ograniczoną wiedzą na temat brytyjskich powiedzonek.
- Prawda? - Przechyla nieco głowę. - Hej. Znasz brytyjski. - Przysuwa się z radością w oczach.
- Bardzo słabo. Wiem, że jecie bangers and mush, czyli kiełbaski z ziemniakami.
- Do licha, nie! To rzeczy dla seniorów. Cóż, moja siostra Natalie to lubi, ale jest mężatką i ma dzieci, więc moim zdaniem jest stara.
Cieszę się, że mogę odkryć tę paskudną stronę słodkiej Lauren. Jest zabawna.
- Moim ulubionym daniem jest pizza. Na grubym cieście. Żadnego gównianego cienkiego ciasta. Pizza na grubym jest odlotowa.
Nawija końcówkę długiego warkocza na dwa palce i patrzy na mnie przy ostatnich słowach. Coś przemyka w jej spojrzeniu. Wydaje się, jakby nagle przypomniała sobie, że nie jestem z jej rodziny. Przyglądając się temu, myślę, że zamilknie, ale ku mojemu zdziwieniu mówi dalej:
- Chodzi mi o to, że jeśli zostaliśmy tak bardzo oświeceni przez martwych filozofów, okropnie spieprzyliśmy sprawę, nie wykorzystując ich wiedzy do zadbania o dobrobyt i pokój na tej planecie.
Zaczynam z rozbawieniem kiwać głową, ale w połowie jej zdania rozlega się trzask. Wydaje się, że za nami otwarto sporą butelkę szampana. Chwila... teraz brzmi to tak, jakby do baru wpadli strażacy i zaczęli polewać nasz stolik.
- Rany boskie i wszyscy święci! - krzyczy zaskoczona Lauren, krzywiąc się z obrzydzenia, gdy podrywa się z krzesła, które z hukiem ląduje na podłodze.
Jest mokra od piany - jak kociak po burzy, który otrzepuje futro, poruszając wibrysami. Niemal wyobrażam sobie, że chowa się pod stołem, liżąc łapkę, próbując odzyskać godność. Kaszlę, by ukryć rozbawienie z powodu jej uroku, i przypominam sobie, aby po powrocie do siebie przeczytać cały słownik brytyjskiego slangu.
Czuję, że piana leci i na moją głowę, ale w tej chwili żadne przygryzanie wargi czy kaszel nie zamaskują mojej wesołości. Wstaję, biorę z blatu książkę Lauren i wrzucam ją do swojego plecaka. Dziewczyna stoi nieruchomo jak posąg, patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Pół sekundy później wyrzuca mokre od piwa ręce w górę i kręci się, dołączając do mnie w głośnym śmiechu. Ludzie krzyczą i próbują bezskutecznej ucieczki - no chyba że popędzą do drzwi, ale zdaje się, że nie mogą tego zrobić. Podłoga pokryta jest śliską pianą, a sprawca - błyszczący keg, który pękł - spryskuje wszystkich w odległości dwóch metrów.
- Co za marnotrawstwo dobrego piwa! - krzyczę, przyglądając się, jak klienci ocierają koszulkami twarze.
Barman dzielnie rzucił się do zbiornika, aby plastikowym koszem zatamować wypływ, ale jego wysiłki są daremne. Cały już przemókł. Brittany wciąż siedzi przy kontuarze i cała mokra śmieje się z Jasona.
- Piątkowa impreza w pianie! Planowaliśmy to! Naprawdę! - krzyczy Jason do wszystkich, machając szaleńczo rękami, gdy grupa studentów zaczyna ślizgać się w pianie. Kilku z nich zdaje się zmierzać do wyjścia. - Wracajcie! Zlizujcie z podłogi, jest za darmo! - Śmieje się.
Ze złotego baniaka piwo tryska w zastraszającym tempie. Stoimy z Lauren pod piwnym prysznicem, gapiąc się na całą scenę, aż przypominam sobie o swoim niebieskim parasolu. Biorę go z krzesła, otwieram i trzymam nad Lauren, która patrzy na mnie i posyła mi słodki uśmiech. Przysuwa się, abyśmy oboje znaleźli się pod parasolem.
Zatem w taki sposób spędzam swój pierwszy piątkowy wieczór na trzecim roku medycyny na FTU. Pod niebieskim parasolem, w strumieniach piwnego prysznica z piękną dziewczyną.
3
- Na pewno zdołasz sama wnieść ją po schodach?
- Tak, dam radę.
Patrzę na siedzącą obok mnie na miejscu pasażera Lauren, po czym na Brittany, która półprzytomna znajduje się na tylnym siedzeniu mojego starego pikapa i mamrocze jakieś bzdury. Z lewej strony ust cieknie jej ślina, jedna noga zwisa z otwartego okna.
- Justin to moje kochanie. Jest mój, więc ona nie może mieć jego ani jego dziecka, skoro on jest mój... - bredzi, mlaskając.
- Wszystko z nią dobrze?
Nie czekając na odpowiedź Lauren, odpinam pas, obiegam auto, wkładam jej nogę do środka i otwieram drzwi. Zaparkowałem bezpośrednio przed Viola Desmond Hall i wiem, że muszę się spieszyć, aby nie dostać mandatu za zatrzymanie się na zakazie.
- Dam radę, dam radę - powtarza stanowczo Lauren, próbując podnieść głowę Brittany, pociągając ją na bok.
Mamy tu niezłe przedstawienie, skoro ma na sobie mini i najwyraźniej jest tą słynną Brittany, która nie uznaje bielizny. To zdecydowanie nie jest stylowe, a poza tym jej skóra, włosy... wszystko śmierdzi browarem.
Jestem pewien, że sam tak pachnę, choć zapewne przyzwyczaiłem się do tej woni. Personel baru dał Lauren koszulkę uniwersyteckiej drużyny rugby, ponieważ jej bluzka i dżinsy całkowicie przemokły. Teraz ma na sobie tylko ją - jest jak sukienka, sięga jej do połowy uda - i buty do kostek. Równie dobrze mógłbym się przyznać do picia, ponieważ, gdy patrzę na nią w tym stroju, lekko kręci mi się w głowie.
- Jestem fanką Biebera! - skrzeczy Brittany, kopiąc tak wysoko, że niemal trafia mnie w twarz.
Lauren przewraca oczami i wzdycha.
- Rany boskie, Sam, nie poradzę sobie. Możesz pociągnąć ją za nogi, a ja spróbuję ją stąd wypchnąć?
- Chodź tu do mnie. - Stękam, wyciągając Brittany z samochodu. - Pomóż mi złapać jej... eee... dolną część ciała, gdy wyjdzie.
Chyba straciła przytomność, co pomoże przy niesieniu jej po schodach.
Kiedy Lauren trzyma jej łydki, a ja podtrzymuję plecy i głowę, udaje nam się wnieść ją ze dwadzieścia stopni pod drzwi, ale teraz dziwnie oddycha. Mam nadzieję, że to nie zatrucie alkoholowe. Może powinienem zadzwonić...
- Bleee...
Okej. Już nie muszę martwić się zatruciem alkoholowym. Kiedy wymiotuje, oboje jesteśmy zaskoczeni, więc upuszczamy ją na beton. Nawet nie jęczy. Zwija się w kłębek, jakby zamierzała się zdrzemnąć. Odsuwam się o krok. Es una porquería. Teraz śmierdzi tu piwem i chlewem.
- Wiesz co? Ona jest okropna, ale ty jesteś świetną przyjaciółką - stwierdzam.
- Współlokatorką - poprawia mnie. - Eee, Sam! Twoje buty!
Wygląda na zmartwioną, a jednocześnie śmieje się głośno, gdy wykonuję niezręczny taniec na rzygach. Jej policzki są czerwone, zakrywa usta, żebym nie widział jej wesołości, ale na pewno się śmieje.
- W porządku, i tak są stare - mówię, unosząc górną wargę, aby nie atakował mnie smród.
- Proszę! - Otwiera zielony plecak z mokrymi ciuchami, wyjmuje mały biały ręcznik. - Z siłowni. Możesz wytrzeć nim buty.
- Dzięki.
Ściągam tyle wymiocin, ile mogę dosięgnąć, następnie zauważam śmietnik przy drzwiach, więc podchodzę do niego, aby wyrzucić ręcznik. Kiedy wracam, Lauren udaje się postawić Brittany. Dziewczyna trzyma ją teraz mocno w talii. Stopą udało się jej nawet otworzyć przeszklone drzwi.
- Radzisz sobie. - Uśmiecham się.
- Teraz tak, dzięki tobie - odpowiada z uśmiechem.
- Zatem prysznice z piwa i rzygowin to dobra zabawa, co?
- Raczej tego nie zapomnę.
- Mógłbym dostać twój numer? Chciałbym się spotkać gdzieś... gdzie będzie mniejszy bałagan.
- Moglibyśmy spróbować... Tylko... nie za bardzo lubię pisać... i... - Patrzy pod nogi, następnie za drzwi. Myślę o tym samym: uczelniany system ochrony. - Chyba w każdej chwili zacznie wyć alarm.
- Naprawdę szybko - mówię. - I będziemy mogli pogadać. Jak starzy ludzie.
Lauren ma zajęte ręce, więc wyjmuję komórkę i otwieram listę kontaktów.
- Chciałabym. Okej. Chyba to pięć, cztery, osiem... cztery, zero, zero, dwa.
Powtarzam cyfry.
- Mam. Dzięki, Lauren, miło było cię poznać. Mam wielką nadzieję, że Brittany przeżyje jutrzejszy poranek.
- Ja również. Nie mogę się doczekać, aby wrócić do lektury...
Puszcza do mnie oko, ale to wystarczy, by rozbudzić ekscytację na kilka dni. Zaraz jednak wchodzi za szklane drzwi, a ochroniarz pomaga jej wnieść koleżankę po schodach i wszyscy znikają mi z oczu.
Nigdy wcześniej się tak nie czułem. Schodzę do auta, jakbym bujał w obłokach, dziś z pewnością nie zasnę. Będę odtwarzał w myślach wszystko, co powiedziała, jakbym puszczał film. Może ze dwa, trzy razy. Będę się zastanawiał, czy powiedziałem właściwe rzeczy. Muszę wiedzieć, że poszło tak, jak powinno. Wiedzieć, że to amor a primera vista - miłość od pierwszego wejrzenia.