Lauren z ubiegłej nocy - Heather Grace Stewart

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Śnie­żynki w iden­tycz­nych bluz­kach

Pa­mięt­nik Lau­ren - nie czy­tać!

Chwila. Jak zna­la­złeś klucz do mo­jego pa­mięt­nika? Ukryłam go za bia­łym wi­nem Brit­tany w ma­łej lo­dówce! Cóż, je­śli już tu je­steś, mo­żesz prze­czy­tać je­den, do­słow­nie je­den wpis, nim przej­dziemy do na­prawdę do­brych rze­czy. Nie chcia­ła­bym rzu­cać spo­ile­rami. Wszy­scy po­trze­bu­jemy w ży­ciu faj­nych nie­spo­dzia­nek, prawda?

Nie­gdyś uważa­łam się za wy­jąt­kową osobę. W głębi du­szy wszy­scy chcemy w to wie­rzyć, czyż nie? Wy­star­cza­jąco trudno wstać z łóżka i spra­wić, by nie wy­glą­dać jak po­stać z se­rialu Wal­king Dead, gdy idzie się rano na zajęcia, ale prze­czy­ta­łam kie­dyś, że wszy­scy na Ziemi skła­dają się w dzie­więć­dzie­się­ciu dziewięciu pro­cen­tach z tego sa­mego ma­te­riału ge­ne­tycz­nego. Wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie.

Ar­ty­kuł z "Da­ily Ga­zette" - nie­stety moja ga­zeta z Co­ven­try w Ang­lii rów­nież nie jest wy­jąt­kowa. Jest jak każda inna na świe­cie.

"We­dług koń­czą­cych się dziś ba­dań bez względu na to, czy po­cho­dzisz z So­ma­lii, San­tiago, czy z Sud­bury, twoje geny są ude­rza­jąco po­dobne do ge­nów każ­dej in­nej osoby na tej pla­ne­cie.

Ana­liza wy­ka­zała, że wszy­scy lu­dzie są w dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu i dzie­wię­ciu dzie­sią­tych pro­cent iden­tyczni, a z po­zo­sta­łej jed­nej dzie­sią­tej pro­cent róż­nią­cych się aż dzie­więć­dzie­siąt cztery pro­cent osob­ni­ków za­li­cza się do tej sa­mej po­pu­la­cji, a je­dy­nie sześć pro­cent do róż­nych".

Prze­czy­ta­łam te na­ukowe wie­ści la­tem, przed pierw­szym ro­kiem na Uni­wer­sy­te­cie War­wick, za­nim moja rze­czy­wi­stość le­gła w gru­zach, za­nim za­czę­łam się czuć, jak­bym pierw­sze dwa­dzie­ścia lat mo­jego ży­cia spę­dziła na prze­rzu­ca­niu stert gówna.

Ze­szłej je­sieni nie­wielki ar­ty­kuł w ga­ze­cie nie wy­da­wał się zbyt wstrzą­sa­jący. Mimo to go wy­cię­łam - mam na imię Lau­ren i mam pro­blem z wy­ci­na­niem. Wy­ci­nam i ar­chi­wi­zuję cie­kawe ar­ty­kuły szyb­ciej, niż osiem­dzie­się­cio­la­tek po­wie "Bingo!". Przy­pię­łam go do ta­blicy kor­ko­wej obok mo­jego ulu­bio­nego zdję­cia, na któ­rym przy­tu­la­łam się z moim ów­cze­snym chło­pa­kiem Ale­xem. Dwa ty­go­dnie póź­niej Alex stał się Lexy, a moi ro­dzice oświad­czyli, że się roz­wo­dzą.

Może ar­ty­kuł był bar­dziej zna­czący, niż są­dzi­łam. Po­my­śla­łam, że zmiana w Lexy oraz wy­pro­wa­dze­nie się taty z domu, w któ­rym do­ra­sta­łam, skło­niło mnie do prze­nie­sie­nia się z An­glii do Edwin Cove w On­ta­rio na dwu­se­me­stralną wy­mianę na Terry Fox Uni­ver­sity. Chcia­łam roz­po­cząć wszystko od nowa na dru­gim roku.

Zna­la­złam ar­ty­kuł obok kilku ma­łych zdjęć z po­la­ro­idu w pu­dełku, które wciąż mu­szę roz­pa­ko­wać, a te­raz zdaję so­bie sprawę, że to coś wię­cej. Chcia­łam coś zna­czyć. Wy­róż­niać się po­śród in­nych dziew­czyn na uczelni ze zła­ma­nymi ser­cami. Pra­gnę­łam udo­wod­nić, że je­stem wy­jąt­kowa jak błysz­cząca śnie­żynka, jak mó­wił tata, gdy by­łam w przed­szkolu. Pa­mię­tam, że po­wie­dział to, gdy po­da­wał mi czer­wone no­życzki dla le­wo­ręcz­nych, że­bym mo­gła zro­bić świą­teczną ka­ru­zelę dla mamy. Pa­mię­tam rów­nież, że po­my­śla­łam, iż moja ka­ru­zela wy­gląda jak wszyst­kich in­nych w kla­sie, i na­wet w tak mło­dym wieku za­sta­na­wia­łam się, dla­czego ro­dzice na­zy­wali mnie wy­jąt­kową i zdolną, choć słowa ta­kie jak "śmiała" i "uni­ka­towa" wy­po­wia­dali ści­szo­nymi gło­sami.

Tata nie spę­dził ze mną ani chwili od pół roku, mimo to był za­do­wo­lony, gdy usły­szał, że trzeci se­mestr stu­diów roz­pocznę w Ka­na­dzie. Je­stem pewna, że za­dzwoni lada dzień, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem błysz­czę w nie­zbyt wy­jąt­ko­wej bluzce Ame­ri­can Eagle po­mię­dzy dwu­stu czter­dzie­stoma pię­cioma in­nymi dziew­czy­nami o imie­niu Lau­ren.

Jak w ogóle za­cząć wy­ja­śniać, w jaki spo­sób moje ży­cie mi­łos­ne - lub jego brak - zna­la­zło się w in­ter­ne­cie, te­le­wi­zji i YouTube?

Ja­kim cu­dem moje ży­cie stało się hi­sto­rią, z któ­rej na­śmiewa się cały pie­przony świat?

Rozdział 2

Nie­tz­sche był szur­nięty

Lau­ren

Ty­dzień wcze­śniej...

- Frie­drich Nie­tz­sche. Fa­scy­nu­jący ma­te­riał.

- O Boże, nie. To przy­gnę­bia­jące - mó­wię, wciąż pa­trząc w dół. - Mam ochotę się po­wie­sić!

Za­trza­skuję Poza do­brem i złem. Od­czu­wam wielką ulgę, gdy do­staję wy­mówkę, by prze­stać czy­tać wy­zna­czoną książkę. Po­winna być za­ty­tu­ło­wana: "Poza nudą". Na osiem­na­stej stro­nie mia­łam ochotę wy­dłu­bać so­bie oczy wi­del­cem. Ale te­raz wszystko za­czyna do­brze wy­glą­dać. Su­per.

Sto­jąca przede mną osoba to wy­soki przy­stoj­niak w nie­bie­skich dżin­sach, ob­ci­słej czar­nej ko­szulce i ja­sno­brą­zo­wej za­mszo­wej kurtce. Skóra męż­czy­zny ma piękny od­cień złota, syl­wetka jest mu­sku­larna, a w do­datku wi­dzę cze­ko­la­dowe włosy i po­ra­ża­jące piwne oczy. A kiedy się do mnie uśmie­cha i z roz­tar­gnie­niem dra­pie za­rost na pod­bródku, uświa­da­miam so­bie, że przy­po­mina mi Shawna Men­desa. Hisz­pań­ski wo­ka­li­sta był roz­koszny, ale ten tu to po pro­stu cia­cho. Je­śli Shawn Men­des jest lo­do­wym de­se­rem, to ten to bita śmie­tana na tym de­se­rze.

- Pro­szę, nie wie­szaj swo­jej ślicz­nej osoby. By­łaby wielka szkoda. A przy­naj­mniej daj się naj­pierw po­znać. - Uśmie­cha się. - Mogę się do­siąść?

Lekki hisz­pań­ski ak­cent to naj­pięk­niej­sza me­lo­dia, jaką sły­sza­łam od wielu dni. Umysł każe od­mó­wić, ale sek­sowny uśmiech spra­wia, że mam ochotę wstać i krzyk­nąć: "Tak, tak, tak!".

Zer­kam przez ra­mię. Moja współ­lo­ka­torka Brit­tany mó­wiła, że wstą­pimy tylko na pięć mi­nut, ale wciąż flir­tuje z bar­ma­nem. Nie dziwi mnie to, wcze­śniej za­przy­jaź­niła się z kie­rowcą au­to­busu. Na­szym kie­rowcą! Jak ona to robi?

Sta­ram się być to­wa­rzy­ska. Pró­buję po­zna­wać lu­dzi. Po­zwo­li­łam na­wet Brit­tany za­cią­gnąć się do baru poza kam­pu­sem, miesz­czą­cego się w piw­nicy z drew­nianą pod­łogą, z pa­ne­lami na ścia­nach i sta­rymi ka­wał­kami pły­ną­cymi z szafy gra­ją­cej. Po­tra­fię być to­wa­rzy­ska. Po pro­stu wolę sie­dzieć w aka­de­miku w pi­ża­mie i oglą­dać filmy z Net­flixa.

- Cóż, je­stem tu z przy­ja­ciółką - mó­wię, ner­wowo ba­wiąc się brą­zo­wym war­ko­czem. - Po­wie­działa, że pój­dziemy do bi­blio­teki, ale naj­wy­raź­niej ma inne plany...

Ru­chem głowy wska­zuję to­wa­rzyszkę. Czy wła­śnie wy­zna­łam przy­stoj­nemu chło­pa­kowi, że wy­bie­ram się do bi­blio­teki w pierw­szy pią­tek roku aka­de­mic­kiego? Lexy mi za to przy­wali.

- Spoko, chcia­łem tylko po­ga­dać. Nie za­mie­rza­łem sta­wiać ci drinka czy coś.

- Nie? Ską­piec.

Uśmie­cham się do niego, dumna z nowo od­kry­tej za­dzior­no­ści. Piwo, które wła­śnie koń­czę, mu­siało ude­rzyć mi wprost do głowy.

- Eee, nie, to zna­czy, je­śli chcesz drinka albo wodę... Mógł­bym ku­pić to­bie i two­jej przy­ja­ciółce... Je­śli je­steś w od­po­wied­nim wieku...

Wkłada ręce do kie­szeni, nie wie­dząc, co da­lej po­cząć. Wska­zuję, by usiadł przy moim sto­liku. Wy­ciąga więc krze­sło, od­wraca je i siada tak, aby po­ło­żyć ręce na drew­nia­nym opar­ciu. Hmm. Nie jest jak inni. Lu­bię wy­jąt­ko­wych lu­dzi. Na­gle czuję się skrę­po­wana, wy­gła­dzam fałdkę ja­sno­nie­bie­skiej bluzki, która nie za­sła­nia mi ra­mion. Ża­łuję, że się nie prze­bra­łam, gdy Brit­tany po­sta­no­wiła mnie tu przy­cią­gnąć. Cał­kiem moż­liwe, że na le­wym cycku mam plamę po bu­dy­niu cze­ko­la­do­wym, ale nie mam za­miaru te­raz tego spraw­dzać, gdy on wpa­truje się we mnie tak in­ten­syw­nie.

- Mam dwa­dzie­ścia je­den lat. Masz mnie za młod­szą, prawda?

- Wy­glą­dasz na ja­kieś dzie­więt­na­ście, ale to kie­dyś bę­dzie ko­rzystne - od­po­wiada.

- Mó­wiono mi, że młodo wy­glą­dam, ale ni­gdy nie wy­ro­bi­łam so­bie fał­szy­wego do­wodu. W wieku dzie­więt­na­stu lat mo­głam le­gal­nie pić al­ko­hol w An­glii, bo stam­tąd po­cho­dzę, ale piwo po­sma­ko­wało mi do­piero tego roku.

- To tak jak u mnie. Zjeł­czałe do­mowe wy­wary ojca zro­biły na mnie nie­ko­rzystne pierw­sze wra­że­nie. My­śla­łem, że wszyst­kie piwa sma­kują jak stopy.

Jego nos i usta wy­krzy­wione są jak u dzie­więć­dzie­się­cio­latka, co mnie roz­śmie­sza.

- Lau­ren - mó­wię, wy­cią­ga­jąc rękę.

Nie­mal do­daję na­zwi­sko Green, ale przy­po­mi­nam so­bie o ostrze­że­niach mamy, że nie­zna­jomy równa się nie­bez­pie­czeń­stwo, i tłu­mię to słowo, przez co wy­cho­dzi, jak­bym się krztu­siła. Cho­lera ja­sna. Musi my­śleć, że je­stem szur­nięta.

- Cześć.

Ści­ska moją dłoń, a ja czuję, jak prąd prze­szywa moją rękę do ra­mie­nia, prze­pływa na szyję i de­kolt. Za­bie­ram dłoń szyb­ciej, niż­bym chciała.

- Sa­muel San­chez, w skró­cie Sam. Mia­łem się tu z kimś spo­tkać, ale wy­gląda na to, że mnie wy­sta­wiła.

Zerka na te­le­fon i dąsa się, a moje serce nieco przy­spie­sza. Co za pełne usta!

- O nie, to nie­zbyt miłe. Długo ją znasz?

- Po­zna­łem w ze­szłym ty­go­dniu. Przez Tin­dera. Wy­gląda na to, że prze­su­nię­cie pal­cem w prawo było naj­gor­szym po­my­słem w tym se­me­strze.

- Nie chcę psuć ci na­stroju, ale do tej pory mi­nął do­piero pierw­szy ty­dzień se­me­stru - przy­po­mi­nam.

Śmieje się i roz­luź­nia po­ło­żone na opar­ciu krze­sła ręce.

- Za­tem sy­tu­acja może się je­dy­nie po­pra­wić - mówi. - Po­doba ci się tu­taj do tej pory? Uro­dzi­łem się na Ku­bie, ale wy­je­cha­li­śmy stam­tąd, gdy mia­łem cztery lata. Dawno tam nie by­łem. Od de­kady nie ru­sza­łem się poza Ka­nadę. Ro­dzice prze­pro­wa­dzili się tu z To­ronto, bo wy­da­wało im się, że Edwin Cove to mniej­sze i bez­piecz­niej­sze mia­sto. Za bar­dzo boją się już po­dró­żo­wać.

- Po­waż­nie? Mia­łam szczę­ście zwie­dzić sporo świata, po­nie­waż ro­dzice za­bie­rali mnie, gdy wy­jeż­dżali w ra­mach pro­gramu Le­ka­rze bez Gra­nic... To było, za­nim... tata od­szedł... - Ury­wam i pró­buję wy­my­ślić coś po­zy­tyw­nego. - Uwa­żam, że Ka­nada to naj­ład­niej­szy kraj na świe­cie. Wciąż za­chwy­cam się bla­skiem je­zior.

- A wi­dzia­łaś już Sand­banks?

Po­doba mi się, że jest wy­star­cza­jąco spo­strze­gaw­czy i ro­zu­mie, by nie py­tać o ojca. Przy­suwa się, gdy mówi, czuję za­pach jego wody ko­loń­skiej, a może to żel pod prysz­nic. Jest dys­kretny - pi­kantny, no­wo­cze­sny, nie przy­tła­cza.

- Nie­stety nie, bo je­stem tu od trzy­na­stu dni.

Przy­glą­dam mu się uważ­nie. Szkoda, że nikt nie wy­na­lazł jesz­cze apli­ka­cji na te­le­fon wy­kry­wa­ją­cej bzdury. Chło­pak wy­daje się słodki. Godny za­ufa­nia. Ale na­prawdę nie po­win­nam zdra­dzać zbyt wielu in­for­ma­cji o so­bie ko­muś, kogo wła­śnie po­zna­łam w ba­rze.

- Wow. Je­steś tu nowa. Nie wie­dzia­łem. Po­sta­wię ci drinka. Pro­szę. Pro­wa­dzę, ale to­bie coś przy­niosę. - Wstaje, ru­sza do baru i woła przez ra­mię: - Po­wi­talny drink od stu­denta, który zbyt długo prze­mie­rza tu­tej­sze ko­ry­ta­rze! - Śmieje się. - Co ma być?

- Cóż, je­śli nie mają nic na cie­pło, spró­buję ku­fel ja­kie­go­kol­wiek piwa - od­po­wia­dam na tyle gło­śno, by usły­szała mnie Brit­tany.

Pa­trzy na mnie i bez­gło­śnie wy­po­wiada: "Wszystko w po­rządku?". Wy­raź­nie chce, bym od­parła twier­dząco, więc mimo że wy­gląda na pi­janą, lekko ki­wam głową. Sie­dzi na wy­so­kim stołku ba­ro­wym przed ogrom­nym mar­tini, jakby to było jej zwy­cza­jowe miej­sce. Co trzy se­kundy ob­ciąga bluzkę i małą czarną skó­rzaną spód­niczkę, ob­ser­wu­jąc, jak bar­man na­lewa piwa dla mnie i coli dla Sama. Chyba ma tro­chę śliny w le­wym ką­ciku ust.

Wstaję, kładę piątkę na kon­tu­arze, biorę piwo i uno­szę je w to­a­ście.

- To było miłe, ale po­tra­fię o sie­bie za­dbać - mó­wię.

Lu­bię go i wiem, że chciał do­brze, ale wolę przy­zwo­itość od ry­cer­sko­ści. Chcia­ła­bym my­śleć, że ko­bieta może otwo­rzyć drzwi męż­czyź­nie, który ma za­jęte ręce. Na­dal za­uwa­żam, że fa­ceci pa­trzą na mnie krzywo, gdy to ro­bię.

Mu­zyka się zmie­nia, zer­kam po­nad ra­mie­niem Sama, by spraw­dzić dla­czego. Na ma­łej słabo oświe­tlo­nej sce­nie znaj­dują się dwaj gi­ta­rzy­ści i per­ku­si­sta, któ­rzy grają co­ver bal­lady Dana i Shay. Nie znam mu­zyki co­un­try tak do­brze jak bry­tyj­skiego popu, ale sły­sza­łam ten ze­spół, po­nie­waż Brit­tany ka­to­wała ich nie­ustan­nie przez cały ty­dzień, a miesz­kamy ra­zem w aka­de­miku Viola De­smond (De­sie) Hall. Będę ża­ło­wać, że nie do­pła­ci­łam za jed­no­oso­bowy po­kój.

Dziś w ba­rze za­jęte są tylko cztery sto­liki, nie wy­gląda, żeby kto­kol­wiek wy­bie­rał się na par­kiet, cho­ciaż mu­zyka na żywo bije na głowę to, co le­ciało tu wcze­śniej.

Sam trzyma ku­fel i się nie ru­sza. Pa­trzy na mnie.

- Spra­wi­łem, że po­czu­łaś się nie­zręcz­nie?! - pyta, prze­krzy­ku­jąc ze­spół.

- Nie. Po pro­stu lu­bię dbać o sie­bie, to wszystko - rów­nież pod­no­szę głos.

Nie pla­no­wa­łam spo­ty­kać się z ni­kim w tym roku, a już zwłasz­cza po lipcu, gdy Alex... To zna­czy Lexy... za­brała moje serce i zro­biła z niego prze­cier po­mi­do­rowy. Oczy­wi­ście nie­ce­lowo i cier­piała przy tym bar­dziej, niż ja kie­dy­kol­wiek będę. Cho­ciaż nie mam za­miaru umniej­szać swo­jego bólu. Na­dal się za­sta­na­wiam, czy by­łam czę­ścią pro­blemu. Wiem, że nie po­win­nam tak tego na­zy­wać. Rety. Dla­czego mi­łość musi być taka skom­pli­ko­wana? Dla­czego nie może być pro­sta?

Mimo to z ja­kie­goś po­wodu chcę do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o tym chło­paku. In­try­guje mnie. Poza tym ze­spół jest do­bry, a Brit­tany nie za­mie­rza stąd wy­cho­dzić.

- Usiądź ze mną. Chcę usły­szeć, dla­czego Nie­tz­sche cię nie usy­pia.

Sam się śmieje, upija łyk coli i po­now­nie siada na od­wró­co­nym krze­śle.

- Rzu­ci­łem kiep­skim tek­stem. Po­doba mi się część jego fi­lo­zo­fii, ale szcze­rze mó­wiąc, chcia­łem po­znać dziew­czynę czy­ta­jącą Nie­tz­schego w ba­rze co­un­try.

W ką­ci­kach oczu two­rzą mu się ku­rze łapki, a moje po­liczki ob­lewa ru­mie­niec.

- Też go stu­dio­wa­łeś?

W ma­łej sali jest duszno, ale piwo jest zimne i orzeź­wia­jące, dla­tego po­cią­gam spory łyk. Ze­spół gra żywą me­lo­dię, więc zbli­żamy się do sie­bie. Sam ob­ró­cił krze­sło, że­by­śmy sie­dzieli ra­mię w ra­mię, twa­rzą do ze­społu. Na­chy­lam się, by sły­szeć go le­wym uchem. Kiedy od­po­wiada, jego wargi nie­chcący mu­skają mój po­li­czek i czuję, że stają mi wło­ski na rę­kach.

- Tro­chę na pierw­szym roku, ale zmie­ni­łem zda­nie. - Od­dy­cha i pa­trzy w dół, jakby się za­sta­na­wiał, czy coś do­dać, coś bar­dziej oso­bi­stego, lecz mówi je­dy­nie: - Te­raz je­stem na trze­cim roku me­dy­cyny. Prak­ty­kuję na od­dziale ra­tun­ko­wym.

- O, świet­nie. Nie mo­głam za­pi­sać się na kie­ru­nek me­dyczny. Mam ogra­ni­czone za­ję­cia, na które mogę uczęsz­czać jako stu­dentka z wy­miany, więc po pro­stu cie­szę się swoim dru­gim ro­kiem stu­diów. Cho­dzę na fi­lo­zo­fię, a na­wet na hisz­pań­ski.

Uśmie­cha się. Wa­ham się przez chwilę, po czym do­daję:

- Pró­buję żyć tu­taj poza swoją strefą kom­fortu.

- Tu­taj, w Ka­na­dzie, czy w ba­rze?

- I to, i to. - Chi­cho­czę. - Nie je­stem fanką ba­rów.

- Za­uwa­ży­łem, skoro go­dzinę temu lu­dzie tań­czyli do pły­ną­cej z gło­śni­ków mu­zyki, a ty sie­dzia­łaś z no­sem w Nie­tz­schem. - Śmieje się.

- Tak? Ja­kim cu­dem tego nie za­uwa­ży­łam?

Cza­sami mocno po­chła­niają mnie wy­ko­ny­wane czyn­no­ści.

- Ach, wi­dzisz, Nie­tz­sche cię oszo­ło­mił.

- Bar­dziej ochota na po­peł­nie­nie sa­mo­bój­stwa - ję­czę.

Naj­gor­sze jest to, że mu­szę prze­czy­tać tę książkę poza za­ję­ciami, a omó­wi­li­śmy już dwie­ście stron Nie­wcze­snych roz­wa­żań.

- Nie żar­tuj z sa­mo­bój­stwa, re­li­gii, po­li­tyki czy rów­no­ści płci. - Po jego to­nie po­znaję, że da­leki jest od po­wagi. - Stu­diu­jemy na du­żym uni­wer­sy­te­cie. Po­win­ni­śmy być sza­no­wa­nymi, po­rząd­nymi, wy­kształ­co­nymi ludźmi. Nic z tych rze­czy nie jest śmieszne.

- Sza­no­wa­nymi? Żar­tu­jesz, prawda? Chyba nie wi­dzia­łeś dziś dziew­czyn w sa­lo­nie na­szego aka­de­mika, gdy le­żały pół­na­gie na ple­cach i po­le­wały się pi­wem.

Sam się krzywi.

- Ach, piwne gierki. To dziew­czyny z klasą, śli­zga­jące się na wła­snych wy­mio­ci­nach... Było dziko, nie? A cie­bie to nie kręci?

- Umiem się ba­wić - mó­wię de­fen­syw­nie. - To zna­czy, kiedy chcę. Po pro­stu nie tracę w ten spo­sób kon­troli. W aka­de­miku było tak gło­śno, że po­sta­no­wi­łam pójść do bi­blio­teki. Brit­tany stwier­dziła, że mnie od­pro­wa­dzi, ale naj­pierw za­cią­gnęła mnie tu­taj... - Znów za­czy­nam ga­dać jak za­in­te­re­so­wana wy­łącz­nie na­uką ku­jonka.

- Za­tem mam się nie spo­dzie­wać, że za­tań­czysz dziś do pio­senki tego ze­społu - mówi, przy­su­wa­jąc się.

- Ni­gdy nie mów ni­gdy - rzu­cam mu do ucha, po­now­nie za­ska­ku­jąc samą sie­bie.

Rozdział 3

Mar­twi fi­lo­zo­fo­wie mogą mi sko­czyć

Sam

Oże­nię się z tą dziew­czyną.

Wiem, wiem. Mam świa­do­mość tego, co so­bie my­ślisz. Brzmię jak tan­detny ak­tor z Hol­ly­wood w kla­sycz­nym fil­mie ro­man­tycz­nym, może na­wet czarno-bia­łym, z Bin­giem Cros­bym w roli głów­nej. Czy to on tań­czył na su­fi­cie? Nie­ważne, wiem, co chcesz po­wie­dzieć.

Ja, Sam San­chez, je­stem bez­na­dziej­nym ro­man­ty­kiem. Za­wsze by­łem, za­wsze będę. Jed­nak w tym nie ma nic ro­man­tycz­nego. Pod­cho­dzę prak­tycz­nie do swo­ich uczuć i opie­ram je na tym, czego do­wie­dzia­łem się o Lau­ren w ciągu ostat­nich go­dzin pod­czas roz­mowy z nią. A sy­tu­acja? Jest naj­praw­do­po­dob­niej bez­na­dziejna. Da­waj­cie ką­pie­lówki i koło ra­tun­kowe, za­raz utonę w mo­rzu bez­na­dziei.

Lau­ren jest piękna, by­stra, nie­za­leżna, za­bawna. Cał­ko­wi­cie spoza mo­jej ligi, mimo to na­dal sie­dzi tu ze mną. To mój szczęś­liwy wie­czór. Zna­jąc sie­bie, spie­przę wszystko i po­niosę po­rażkę. ?Me res­bala! Mam to gdzieś. Mu­szę zdo­być jej nu­mer te­le­fonu. Nie każ­dego dnia spo­tyka się taką ko­bietę.

Ze­spół ma prze­rwę, więc to ide­alna chwila, by po­roz­ma­wiać z nią swo­bod­nie. Lau­ren ob­ró­ciła krze­sło, by sie­dzieć twa­rzą do stołu, więc idę w jej ślady. Za­do­wo­lony, że zo­stała, pod­no­szę czarny ple­cak z pod­łogi, kładę go na trze­cim krze­śle i py­tam, czy na­pije się ko­lej­nego piwa.

- Boże, nie, dzięki. To moje dru­gie. Je­śli nie będę uwa­żać, wy­lą­duję na par­kie­cie.

- Jak twoja przy­ja­ciółka?

Ru­chem głowy wska­zuję na dziew­czynę, która na­dal flir­tuje z bar­ma­nem. Lau­ren prze­wraca oczami i wzdy­cha.

- Ści­śle rzecz bio­rąc, Brit­tany nie jest moją przy­ja­ciółką. Ko­le­żanką z przy­musu. Je­ste­śmy współ­lo­ka­tor­kami. My­śla­łam, że idziemy do bi­blio­teki, pa­mię­tasz? Po­de­szła mnie.

Śmieję się mi­mo­wol­nie.

- A po czym się zo­rien­to­wa­łaś? Po tym, że na każ­dym stole są dzbanki z pi­wem za­miast ksią­żek? A może dla­tego, że w ką­cie stoi stół do bi­lardu, a po­wi­nien sie­dzieć bi­blio­te­karz?

- Oczy­wi­ście zo­rien­to­wa­łam się, że to nie jest bi­blio­teka, jesz­cze gdy by­ły­śmy na ze­wnątrz. - Śmieje się. - Opie­szale tu we­szłam, ma­jąc na­dzieję, że roz­mowa z Ja­so­nem nie po­trwa za długo.

Opie­szale. Uwiel­biam jej do­bór słów. Naj­wy­raź­niej jest oczy­tana. Je­stem za­hip­no­ty­zo­wany jej ustami, tym, jak po­ru­szają się ró­żowe wargi, gdy mówi. Mu­szę dys­kret­nie po­pra­wić dżinsy. Wszystko w niej mnie pod­nieca. Lau­ren mu­siała wziąć moje mil­cze­nie za ob­razę, po­nie­waż do­daje:

- Oczy­wi­ście do­stą­pi­łam za­szczytu po­zna­nia cie­bie, ale na­prawdę chcia­łam po­czy­tać dziś Nie­tz­schego.

Kręcę głową, prze­su­wa­jąc pal­cami po za­ro­ście, pró­bu­jąc zwer­ba­li­zo­wać my­śli.

- Dzięki, ale je­stem zdez­o­rien­to­wany. My­śla­łem, że oca­li­łem cię od nie­chyb­nej śmierci.

- Tak! - Do­pija piwo i sta­wia szklankę na stole tak mocno, że nie­mal ją roz­bija. - Jest wiel­kim nu­dzia­rzem, ale i tak mu­szę do po­nie­działku prze­czy­tać tę książkę. Dla­czego mu­simy stu­dio­wać dawno zmar­łych fi­lo­zo­fów? No dla­czego?

Jest uro­cza, gdy się wku­rza.

- Po­nie­waż mó­wią nam, jak żyć - stwier­dzam.

- Jak żyć? Jak żyć?! Prze­cież on nie żyje! Mar­twi fa­ceci nie mogą mó­wić, jak żyć! - Za­czyna lekko beł­ko­tać.

Przy­gry­zam dolną wargę, by się nie ro­ze­śmiać.

- W do­datku chcę, że­byś wie­dział, Sa­mie San­che­zie - tracę nieco od­dech, gdy prze­ciąga nieco M w moim imie­niu - że mam na pieńku ze wszyst­kim, co Nie­tz­sche mówi o zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­nej wiel­ko­ści. Twier­dzi, że aby stać się kimś wiel­kim, mu­simy prze­zwy­cię­żyć sie­bie i od­dzie­lić się od tłumu.

- A co w tym złego? - Przy­su­wam się. - We­dług mnie in­dy­wi­du­al­ność jest wspa­niała.

- Cóż, po pierw­sze, Nie­tz­sche nie miał in­ter­netu. Wszy­scy pró­bują osią­gnąć te­raz wiel­kość w sieci i nic im z tego nie wy­cho­dzi.

- Wolne żarty. - Śmieję się, sta­ra­jąc się za­im­po­no­wać jej moją ogra­ni­czoną wie­dzą na te­mat bry­tyj­skich po­wie­dzo­nek.

- Prawda? - Prze­chyla nieco głowę. - Hej. Znasz bry­tyj­ski. - Przy­suwa się z ra­do­ścią w oczach.

- Bar­dzo słabo. Wiem, że je­cie ban­gers and mush, czyli kieł­ba­ski z ziem­nia­kami.

- Do li­cha, nie! To rze­czy dla se­nio­rów. Cóż, moja sio­stra Na­ta­lie to lubi, ale jest mę­żatką i ma dzieci, więc moim zda­niem jest stara.

Cie­szę się, że mogę od­kryć tę pa­skudną stronę słod­kiej Lau­ren. Jest za­bawna.

- Moim ulu­bio­nym da­niem jest pizza. Na gru­bym cie­ście. Żad­nego gów­nia­nego cien­kiego cia­sta. Pizza na gru­bym jest od­lo­towa.

Na­wija koń­cówkę dłu­giego war­ko­cza na dwa palce i pa­trzy na mnie przy ostat­nich sło­wach. Coś prze­myka w jej spoj­rze­niu. Wy­daje się, jakby na­gle przy­po­mniała so­bie, że nie je­stem z jej ro­dziny. Przy­glą­da­jąc się temu, my­ślę, że za­milk­nie, ale ku mo­jemu zdzi­wie­niu mówi da­lej:

- Cho­dzi mi o to, że je­śli zo­sta­li­śmy tak bar­dzo oświe­ceni przez mar­twych fi­lo­zo­fów, okrop­nie spie­przy­li­śmy sprawę, nie wy­ko­rzy­stu­jąc ich wie­dzy do za­dba­nia o do­bro­byt i po­kój na tej pla­ne­cie.

Za­czy­nam z roz­ba­wie­niem ki­wać głową, ale w po­ło­wie jej zda­nia roz­lega się trzask. Wy­daje się, że za nami otwarto sporą bu­telkę szam­pana. Chwila... te­raz brzmi to tak, jakby do baru wpa­dli stra­żacy i za­częli po­le­wać nasz sto­lik.

- Rany bo­skie i wszy­scy święci! - krzy­czy za­sko­czona Lau­ren, krzy­wiąc się z obrzy­dze­nia, gdy pod­rywa się z krze­sła, które z hu­kiem lą­duje na pod­ło­dze.

Jest mo­kra od piany - jak ko­ciak po bu­rzy, który otrze­puje fu­tro, po­ru­sza­jąc wi­bry­sami. Nie­mal wy­obra­żam so­bie, że chowa się pod sto­łem, li­żąc łapkę, pró­bu­jąc od­zy­skać god­ność. Kaszlę, by ukryć roz­ba­wie­nie z po­wodu jej uroku, i przy­po­mi­nam so­bie, aby po po­wro­cie do sie­bie prze­czy­tać cały słow­nik bry­tyj­skiego slangu.

Czuję, że piana leci i na moją głowę, ale w tej chwili żadne przy­gry­za­nie wargi czy ka­szel nie za­ma­skują mo­jej we­so­ło­ści. Wstaję, biorę z blatu książkę Lau­ren i wrzu­cam ją do swo­jego ple­caka. Dziew­czyna stoi nie­ru­chomo jak po­sąg, pa­trzy na mnie sze­roko otwar­tymi oczami. Pół se­kundy póź­niej wy­rzuca mo­kre od piwa ręce w górę i kręci się, do­łą­cza­jąc do mnie w gło­śnym śmie­chu. Lu­dzie krzy­czą i pró­bują bez­sku­tecz­nej ucieczki - no chyba że po­pę­dzą do drzwi, ale zdaje się, że nie mogą tego zro­bić. Pod­łoga po­kryta jest śli­ską pianą, a sprawca - błysz­czący keg, który pękł - spry­skuje wszyst­kich w od­le­gło­ści dwóch me­trów.

- Co za mar­no­traw­stwo do­brego piwa! - krzy­czę, przy­glą­da­jąc się, jak klienci ocie­rają ko­szul­kami twa­rze.

Bar­man dziel­nie rzu­cił się do zbior­nika, aby pla­sti­ko­wym ko­szem za­ta­mo­wać wy­pływ, ale jego wy­siłki są da­remne. Cały już prze­mókł. Brit­tany wciąż sie­dzi przy kon­tu­arze i cała mo­kra śmieje się z Ja­sona.

- Piąt­kowa im­preza w pia­nie! Pla­no­wa­li­śmy to! Na­prawdę! - krzy­czy Ja­son do wszyst­kich, ma­cha­jąc sza­leń­czo rę­kami, gdy grupa stu­den­tów za­czyna śli­zgać się w pia­nie. Kilku z nich zdaje się zmie­rzać do wyj­ścia. - Wra­caj­cie! Zli­zuj­cie z pod­łogi, jest za darmo! - Śmieje się.

Ze zło­tego ba­niaka piwo try­ska w za­stra­sza­ją­cym tem­pie. Sto­imy z Lau­ren pod piw­nym prysz­ni­cem, ga­piąc się na całą scenę, aż przy­po­mi­nam so­bie o swoim nie­bie­skim pa­ra­solu. Biorę go z krze­sła, otwie­ram i trzy­mam nad Lau­ren, która pa­trzy na mnie i po­syła mi słodki uśmiech. Przy­suwa się, aby­śmy oboje zna­leźli się pod pa­ra­so­lem.

Za­tem w taki spo­sób spę­dzam swój pierw­szy piąt­kowy wie­czór na trze­cim roku me­dy­cyny na FTU. Pod nie­bie­skim pa­ra­so­lem, w stru­mie­niach piw­nego prysz­nica z piękną dziew­czyną.

3

- Na pewno zdo­łasz sama wnieść ją po scho­dach?

- Tak, dam radę.

Pa­trzę na sie­dzącą obok mnie na miej­scu pa­sa­żera Lau­ren, po czym na Brit­tany, która pół­przy­tomna znaj­duje się na tyl­nym sie­dze­niu mo­jego sta­rego pi­kapa i mam­ro­cze ja­kieś bzdury. Z le­wej strony ust ciek­nie jej ślina, jedna noga zwisa z otwar­tego okna.

- Ju­stin to moje ko­cha­nie. Jest mój, więc ona nie może mieć jego ani jego dziecka, skoro on jest mój... - bre­dzi, mla­ska­jąc.

- Wszystko z nią do­brze?

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź Lau­ren, od­pi­nam pas, obie­gam auto, wkła­dam jej nogę do środka i otwie­ram drzwi. Za­par­ko­wa­łem bez­po­śred­nio przed Viola De­smond Hall i wiem, że mu­szę się spie­szyć, aby nie do­stać man­datu za za­trzy­ma­nie się na za­ka­zie.

- Dam radę, dam radę - po­wta­rza sta­now­czo Lau­ren, pró­bu­jąc pod­nieść głowę Brit­tany, po­cią­ga­jąc ją na bok.

Mamy tu nie­złe przed­sta­wie­nie, skoro ma na so­bie mini i naj­wy­raź­niej jest tą słynną Brit­tany, która nie uznaje bie­li­zny. To zde­cy­do­wa­nie nie jest sty­lowe, a poza tym jej skóra, włosy... wszystko śmier­dzi bro­wa­rem.

Je­stem pe­wien, że sam tak pachnę, choć za­pewne przy­zwy­cza­iłem się do tej woni. Per­so­nel baru dał Lau­ren ko­szulkę uni­wer­sy­tec­kiej dru­żyny rugby, po­nie­waż jej bluzka i dżinsy cał­ko­wi­cie prze­mo­kły. Te­raz ma na so­bie tylko ją - jest jak su­kienka, sięga jej do po­łowy uda - i buty do ko­stek. Rów­nie do­brze mógł­bym się przy­znać do pi­cia, po­nie­waż, gdy pa­trzę na nią w tym stroju, lekko kręci mi się w gło­wie.

- Je­stem fanką Bie­bera! - skrze­czy Brit­tany, ko­piąc tak wy­soko, że nie­mal tra­fia mnie w twarz.

Lau­ren prze­wraca oczami i wzdy­cha.

- Rany bo­skie, Sam, nie po­ra­dzę so­bie. Mo­żesz po­cią­gnąć ją za nogi, a ja spró­buję ją stąd wy­pchnąć?

- Chodź tu do mnie. - Stę­kam, wy­cią­ga­jąc Brit­tany z sa­mo­chodu. - Po­móż mi zła­pać jej... eee... dolną część ciała, gdy wyj­dzie.

Chyba stra­ciła przy­tom­ność, co po­może przy nie­sie­niu jej po scho­dach.

Kiedy Lau­ren trzyma jej łydki, a ja pod­trzy­muję plecy i głowę, udaje nam się wnieść ją ze dwa­dzie­ścia stopni pod drzwi, ale te­raz dziw­nie od­dy­cha. Mam na­dzieję, że to nie za­tru­cie al­ko­ho­lowe. Może po­wi­nie­nem za­dzwo­nić...

- Bleee...

Okej. Już nie mu­szę mar­twić się za­tru­ciem al­ko­ho­lo­wym. Kiedy wy­mio­tuje, oboje je­ste­śmy za­sko­czeni, więc upusz­czamy ją na be­ton. Na­wet nie ję­czy. Zwija się w kłę­bek, jakby za­mie­rzała się zdrzem­nąć. Od­su­wam się o krok. Es una po­rqu­ería. Te­raz śmier­dzi tu pi­wem i chle­wem.

- Wiesz co? Ona jest okropna, ale ty je­steś świetną przy­ja­ciółką - stwier­dzam.

- Współ­lo­ka­torką - po­pra­wia mnie. - Eee, Sam! Twoje buty!

Wy­gląda na zmar­twioną, a jed­no­cze­śnie śmieje się gło­śno, gdy wy­ko­nuję nie­zręczny ta­niec na rzy­gach. Jej po­liczki są czer­wone, za­krywa usta, że­bym nie wi­dział jej we­so­ło­ści, ale na pewno się śmieje.

- W po­rządku, i tak są stare - mó­wię, uno­sząc górną wargę, aby nie ata­ko­wał mnie smród.

- Pro­szę! - Otwiera zie­lony ple­cak z mo­krymi ciu­chami, wyj­muje mały biały ręcz­nik. - Z si­łowni. Mo­żesz wy­trzeć nim buty.

- Dzięki.

Ścią­gam tyle wy­mio­cin, ile mogę do­się­gnąć, na­stęp­nie za­uwa­żam śmiet­nik przy drzwiach, więc pod­cho­dzę do niego, aby wy­rzu­cić ręcz­nik. Kiedy wra­cam, Lau­ren udaje się po­sta­wić Brit­tany. Dziew­czyna trzyma ją te­raz mocno w ta­lii. Stopą udało się jej na­wet otwo­rzyć prze­szklone drzwi.

- Ra­dzisz so­bie. - Uśmie­cham się.

- Te­raz tak, dzięki to­bie - od­po­wiada z uśmie­chem.

- Za­tem prysz­nice z piwa i rzy­go­win to do­bra za­bawa, co?

- Ra­czej tego nie za­po­mnę.

- Mógł­bym do­stać twój nu­mer? Chciał­bym się spo­tkać gdzieś... gdzie bę­dzie mniej­szy ba­ła­gan.

- Mo­gli­by­śmy spró­bo­wać... Tylko... nie za bar­dzo lu­bię pi­sać... i... - Pa­trzy pod nogi, na­stęp­nie za drzwi. My­ślę o tym sa­mym: uczel­niany sys­tem ochrony. - Chyba w każ­dej chwili za­cznie wyć alarm.

- Na­prawdę szybko - mó­wię. - I bę­dziemy mo­gli po­ga­dać. Jak sta­rzy lu­dzie.

Lau­ren ma za­jęte ręce, więc wyj­muję ko­mórkę i otwie­ram li­stę kon­tak­tów.

- Chcia­ła­bym. Okej. Chyba to pięć, cztery, osiem... cztery, zero, zero, dwa.

Po­wta­rzam cy­fry.

- Mam. Dzięki, Lau­ren, miło było cię po­znać. Mam wielką na­dzieję, że Brit­tany prze­żyje ju­trzej­szy po­ra­nek.

- Ja rów­nież. Nie mogę się do­cze­kać, aby wró­cić do lek­tury...

Pusz­cza do mnie oko, ale to wy­star­czy, by roz­bu­dzić eks­cy­ta­cję na kilka dni. Za­raz jed­nak wcho­dzi za szklane drzwi, a ochro­niarz po­maga jej wnieść ko­le­żankę po scho­dach i wszy­scy zni­kają mi z oczu.

Ni­gdy wcze­śniej się tak nie czu­łem. Scho­dzę do auta, jak­bym bu­jał w ob­ło­kach, dziś z pew­no­ścią nie za­snę. Będę od­twa­rzał w my­ślach wszystko, co po­wie­działa, jak­bym pusz­czał film. Może ze dwa, trzy razy. Będę się za­sta­na­wiał, czy po­wie­dzia­łem wła­ściwe rze­czy. Mu­szę wie­dzieć, że po­szło tak, jak po­winno. Wie­dzieć, że to amor a pri­mera vi­sta - mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia.