Początek
Laura -?wiele lat wcześniej
Miasto w połowie lutego śmierdziało
wilgocią i zgnilizną.
Wysiadła z autobusu miejskiego, naciągnęła kaptur bluzy mocniej na głowę, zapięła suwak skórzanej kurtki i wcisnęła zmarznięte dłonie do kieszeni. Pewnie, że się bała, ale nie było odwrotu, musiała działać, bo stawka zrobiła się za wysoka. Nie mogła stracić jedynej osoby na świecie, która została jej po śmierci rodziców. Jedynej osoby, dla dobra której zapukałaby do bram piekieł i zatłukła każdego diabła stojącego na drodze do szczęścia jej młodszej siostry, Alicji. Tak, to było dobre porównanie. Właśnie wybierała się do takiego piekła w pojedynkę, a jedyną jej bronią
były ukryty pod kurtką kij bejsbolowy i kastet na prawej dłoni.
Sprawdziła, czy tam jest. Był, i teraz emanował chłodem na jej całą
rękę, tak że prawie straciła czucie w palcach. Czy się bała? Bała się
jak jasna cholera, ale przecież ona jest teraz nieważna, nie o jej życie
toczy się ta gra. Mogli ją zatłuc, trudno, ale i tak spróbuje. Przecież
obiecała nad grobem rodziców, że zajmie się młodszą siostrą, pomoże jej
wyjść na ludzi, znaleźć szczęście, nawet kosztem własnego. Nie po to w wieku osiemnastu lat poszła do pracy. Imała się każdego zajęcia, tyrała
po szesnaście godzin na dobę, żeby udowodnić temu nieprzychylnie do niej
nastawionemu sukinsynowi, sędziemu w sądzie rodzinnym, że może przejąć
opiekę nad dziesięcioletnią siostrą. Dlatego teraz nie mogła odpuścić.
Spojrzała w niebo zasnute żałobnym całunem chmur, z których na przemian
padał deszcz, śnieg albo oba te gówna naraz. Jakie teraz były zimy?
Wilgoć, wiatr, błoto i wszechogarniająca zgnilizna. Drażniła nozdrza,
drapała w gardle, powodowała odruch wymiotny. Ale to nic, dla nich
jeszcze zaświeci słońce, Laura musi tylko zejść do piekła i wyrwać z diabelskich sideł swoją kochaną młodszą siostrzyczkę. Zadanie
niewykonalne? Nie dla niej. Ona przecież jest twarda i silna. Nie ugnie
się przed niczym, nie ma takiej opcji.
Ruszyła chodnikiem wzdłuż ulicy w kierunku stacji kolejowej Wrocław
Brochów i kilku budynków z czerwonej cegły, które kiedyś zamieszkiwali
pracownicy kolei, a teraz ćpuny, menele i zwykli bandyci. Dasz radę -
pomyślała -?nie ma odwrotu, wszystko skończy się właśnie tu, a potem
zacznie się od nowa. Dużo lepiej.
Odkąd ten sukinsyn sędzia nie miał już żadnych argumentów przeciw i w końcu przyznał jej opiekę nad młodszą siostrą, minęło całe sześć lat. A od kiedy stosunki między nimi zaczęły się psuć? Niezbyt dawno -?dwa,
trzy lata wcześniej. Alicja dorastała i zaczęły się problemy
wychowawcze. Laura już studiowała, musiała dzielić czas między pracę
zarobkową i naukę, nie mogła poświęcić Alicji tyle czasu, ile powinna.
To dlatego przegapiła ten moment, kiedy zaczęła ją tracić. Uznała, że
siostra wchodzi w okres buntu nastolatki i niedługo jej przejdzie.
Pewnie tak by było, gdyby Alicja nie wpadła w złe towarzystwo. Zaczęły
się imprezy, alkohol, ucieczki z domu, pierwsze skręty, a potem twarde
narkotyki. I było już za późno. Jej kochana nastoletnia siostrzyczka
była na drodze do piekła. Highway to Hell. Może to jeszcze nie było
piekło, tylko jego przedsionek, ale diabeł już przejął nad nią kontrolę.
Nie dało się jej przemówić do rozsądku, była w jakimś pieprzonym amoku i nic do niej nie trafiało. Trauma po stracie rodziców w dzieciństwie
eksplodowała, niszcząc młode, dobrze zapowiadające się życie. Nie
pomogły rozmowy, groźby, zamykanie w domu i straszenie. Przecież ona
musiała w końcu iść do pracy i na zajęcia, a wtedy Alicja uciekała. Może
sama, może ktoś jej pomagał. Podczas każdej takiej awantury nastolatka
oskarżała ją o swoje problemy, obarczając winą za wszystko, łącznie ze
śmiercią rodziców. Wczoraj wykrzyczała jej to w twarz, a potem wybiegła
z domu, trzaskając drzwiami i krzycząc, że nienawidzi siostry i już
nigdy nie chce jej widzieć.
To było dla Laury jak grom z jasnego nieba, który pieprznął
niespodziewanie w jej głowę i zatrzymał się gdzieś w środku mózgu, paląc
wszystko, co do tej pory uważała za swoje życie. Zniszczył wiele,
przewartościował myślenie, ale też naładował energią. Lecz zanim ta
energia dała o sobie znać, Laura siedziała na krześle w kuchni, pośród
porozrzucanych sztućców i potłuczonych naczyń, i miała tylko pustkę w głowie. Potem położyła się do łóżka i zapadła w jakiś obłędny letarg, a kiedy się obudziła, już nie była tą samą osobą. Wiedziała, że musi
stanąć do ostatecznego starcia, przecież ona nie odpuszcza, jest twarda
i nie cofnie się przed niczym.
Plan powstał bardzo szybko. Zadzwoniła w kilka miejsc, dowiedziała się,
gdzie kręcą się szemrani koledzy jej siostry, potem załatwiła sobie kij
bejsbolowy i kastet. Była gotowa na wojnę totalną. Tylko trzeba było
jeszcze zdobyć się na odwagę. Nie, nie była słaba; wśród tysiąca
obowiązków znajdowała czas, żeby biegać, chodzić na siłownię i ćwiczyć
sztuki walki. Tak przygotowywała się do wymarzonej pracy po studiach.
Żeby dostać się do akademii, wymagane były testy sprawnościowe, dlatego
ćwiczyła. Zanim wyszła z domu, postanowiła się zmienić, odciąć się od
dotychczasowego życia, od przeszłości. Musiała stać się kimś innym,
twardym, nieugiętym, wyposażonym w gruby pancerz, który będzie ją
chronił przed złym światem.
Poszła do łazienki, stanęła przed lustrem i spojrzała sobie w oczy.
Alicja była od niej ładniejsza. Miała urodę matki i w dzieciństwie
wyglądała jak aniołek z obrazów starych mistrzów. Ona miała urodę ojca,
nieco grubsze rysy twarzy i jego kolor włosów -?jasny blond. Była na
swój sposób ładna, faceci się za nią oglądali i niczego jej nie
brakowało. Tylko jej brakowało czasu na facetów. Spotykała się z kilkoma, wyłącznie dla seksu. Odkąd na własnych zasadach straciła
dziewictwo w wieku szesnastu lat, kręcił ją seks. Nigdy jednak nie
spotkała faceta, na widok którego mocniej zabiłoby jej serce. Nosiła
długie włosy, zazwyczaj rozpuszczone lub spięte w koński ogon, zawsze
mocniej się malowała, jakby dzięki temu jej uroda mogła być porównywalna
z urodą jej siostry.
Teraz sięgnęła po płyn do demakijażu i płatki kosmetyczne, po czym
szybko i zdecydowanie starła z twarzy makijaż. Następnie chwyciła
nożyczki i bez wahania obcięła włosy. Krótko, przy samej skórze.
Wyrównała cięcia maszynką, przejechała dłonią po nowej fryzurze i ponownie spojrzała sobie w oczy w lustrze. Z głębi zwierciadła patrzyła
na nią inna osoba. Odważna, zdeterminowana i przygotowana do walki na
śmierć i życie.
To jej nowe "ja" skręciło teraz do bramy numer trzy domu z czerwonej
cegły. Drzwi były uchylone, w nozdrza uderzyła ją ostra woń moczu i stęchlizny. Nawet się nie skrzywiła.
-?Kolego, poratuj groszem!
Wzdrygnęła się. Kilkunastoletni ćpun, któremu narkotyki dołożyły do
wyglądu co najmniej dwie dekady, wyciągał w jej kierunku brudną,
pokrwawioną i czerwoną z zimna dłoń w błagalnym geście.
-?Spierdalaj! -?warknęła i poszła brudnymi drewnianymi schodami na
drugie piętro.
Stanęła przed odrapanymi i pokrytymi podejrzanymi plamami drzwiami i zaczęła walić w nie pięścią. Wewnątrz rozległy się przekleństwa, potem
usłyszała szuranie, ciężkie kroki i nagle drzwi otworzyły się gwałtownie
na całą szerokość.
-?Czego, kurwa, chcesz? Kim jesteś?!
Niewiele starszy od niej chłopak, tak jak ona ogolony na łyso, ze skórą
czaszki pokrytą łojotokowymi plamami, spojrzał na nią ze złością. Nie
znała go nawet z widzenia, chociaż wydawało jej się, że towarzystwo
siostry miała rozpracowane.
-?Gówno cię to obchodzi! -?warknęła. -?Otwieraj!
-?Spierdalaj i nie zawracaj dupy!
Chłopak chciał szybko zamknąć drzwi, ale nie zdążył. Z całej siły
kopnęła go w krocze. Ciężki, wojskowy, podbity blachą but trafił
idealnie. Gnojek nawet nie zdążył pisnąć, a już składał się jak scyzoryk
z oczami zamglonymi od bólu i ustami rozchylonymi od niemego krzyku. Nie
liczyła specjalnie na takie szczęście, żeby tym jednym kopnięciem potłuc
mu jaja, ale na pewno przez najbliższe tygodnie będzie chodził z pięć
razy większym, fioletowym fiutem w gaciach i będzie płakał z bólu przy
każdej próbie oddania moczu. Czy taka perspektywa ją satysfakcjonowała?
Nie. Kopnięciem w twarz posłała go do innego świata. Przez chwilę nie
będzie czuł bólu, za to potem przebudzenie będzie miał gorsze, niż mógł
sobie to wyobrazić.
-?Co tam się, kurwa, dzieje? -?rozległ się okrzyk z głębi mieszkania.
Krótkim korytarzykiem poszła do dużego pokoju. Po drodze zerknęła do
pustej kuchni. Prawdziwa melina. Wszędzie walały się opakowania po
podłym żarciu, puste butelki, a na gazie stały czarne od sadzy wielkie
garnki do gotowania maku, żeby uzyskać polską heroinę. To był
nadspodziewanie udany wynalazek jakiegoś zapomnianego domorosłego
ćpuna-zielarza, który pewnie już dawno smaży się w piekle. Wynalazek,
przez który poszła tam razem z nim cała rzesza innych poszukiwaczy
odmiennych stanów świadomości. Stanęła na progu pokoju i omiotła go
szybkim spojrzeniem.
Burdel był jeszcze większy niż w kuchni. Dwóch łysoli piło wino na
podartych skórzanych fotelach, które teraz wyglądały bardziej jak
pozbawione kształtu kawałki żółtej gąbki niż szlachetne kiedyś meble. Na
tak samo brudnej i zniszczonej wersalce siedział chłopak Alicji, Daro.
Jak znała życie, miał na imię Darek, a Darem ochrzcili go kumple, przy
których Forrest Gump był przedstawicielem Mensy. Alicja też tam była.
Paliła skręta, oparta o jego ramię. Na początku jej nie zauważyła.
-?Kim ty, kurwa, jesteś?! -?zapytał Daro ostro i poderwał się na równe
nogi.
Na ten okrzyk wszyscy w pomieszczeniu zamarli i patrzyli teraz na nią
zdziwieni, zaskoczeni, może przestraszeni. Trudno było cokolwiek ocenić
po szklanych oczach odzwierciedlających różne fazy odurzenia środkami
zażytymi w trudnej do określenia ilości.
-?Przyszłam po siostrę -?powiedziała twardo i głośno.
Jednym ruchem ściągnęła z głowy kaptur, ukazując w pełnej krasie ogoloną
na jeża głowę.
-?Laura!
Alicja nagle zesztywniała, jej zamglone dotąd oczy zalśniły i pojawiło
się w nich przerażenie. Ona już wiedziała i z każdą sekundą jej strach
rósł. Daro zbliżył się do Laury i zajrzał jej w oczy. Biła od niego woń
tytoniu i alkoholu.
-?Przyszłaś prosić siostrzyczkę, żeby wróciła do domu? -?zakpił. -
Proszę bardzo, nie wiem tylko, czy będzie chciała z tobą iść.
-?Nie -?rzuciła krótko.
-?Co: nie? -?zdziwił się.
-?Laura, proszę! -?zapłakała z tyłu Alicja. -?Pójdę z tobą!
Daro rzucił na nią zdziwione spojrzenie. Był pewien, że skończy się jak
zawsze. Alicja wyśmieje siostrę i każe jej się wynosić. Co się zmieniło?
Z korytarzyka dobiegło ich nagle rozpaczliwe jęczenie tego, który na
swoje nieszczęście otworzył Laurze drzwi. Dwaj łysole odstawili wino i też poderwali się na równe nogi.
-?Nie przyszłam prosić -?powiedziała twardo. -?Przyszłam zabrać ją siłą.
Daro zarechotał chrapliwie, lecz w jego głosie nie było cienia
wesołości.
Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, Laura wyciągnęła ręce z kieszeni,
podskoczyła do niego i zadała mu cios pięścią uzbrojoną w kastet. Alicja
pisnęła, jeszcze bardziej przerażona, rozległy się przekleństwa dwóch
kolegów Dara, a on sam poleciał do tyłu i upadł na dywan, zalewając się
krwią z pokiereszowanych warg.
-?Ty pierdolona dziwko! -?wrzasnął jego kolega i zaatakował.
Laura odskoczyła, jednym ruchem wyciągnęła kij bejsbolowy spod kurtki i uderzyła gościa od spodu w bok. Uderzenie zatrzymało go w miejscu. Pod
wpływem bólu wybałuszył oczy i otworzył usta do krzyku. Nie zdążył,
ponieważ spadło na niego uderzenie z drugiej strony, a kiedy się
pochylił, dostał w plecy cios powalający. Upadł, trącając stół, stojące
na nim butelki przewróciły się i całą baterią sturlały na podłogę. Te
upadające na brudny i zdeptany dywan przetrwały, jednak te upadające na
deski podłogowe roztłukły się z trzaskiem.
Drugi napastnik już na nią szarżował z tulipanem z butelki. Wytrąciła mu
go celnym uderzeniem kija, a kiedy wyhamował, krzycząc z bólu, ścięła go
z nóg, uderzając z całej siły w kolano. Trzask gruchotanej rzepki i pękających więzadeł został zagłuszony przez wrzaski osiłka. Upadł, nie
przestając krzyczeć, i stracił zainteresowanie Laurą.
Odwróciła się gwałtownie, kiedy Daro wreszcie pozbierał się z podłogi i ruszył na nią jak wściekły nosorożec. Zrobiła unik i gdy przelatywał
obok niej, przywaliła mu kijem w nerki. Upadł na podłogę, lecz tym razem
zlitowała się nad nim. Podskoczyła i zgasiła mu światło kopnięciem w głowę.
Starcie trwało nie dłużej niż kilka sekund, jednak Laura czuła się
wyczerpana jak po przebiegnięciu maratonu. Dysząc ciężko, spojrzała
kontrolnie na leżące na podłodze ciała i słusznie oceniła, że potyczkę z tymi troglodytami wygrała do zera. Odwróciła się do wciąż przerażonej
Alicji i wtedy nagle coś eksplodowało jej pod czaszką. Jej siostra
krzyknęła przerażona, a równocześnie za jej plecami rozległ się
nienawistny głos:
-?Ty pierdolona suko! Zajebię cię! Będziesz błagać o litość!
Laura poczuła, jak wraz ze słabością ogarnia ją obojętność. Z rozbitej
głowy po policzku spłynął strumyczek krwi i ona sama zaczęła odpływać.
Źle zrobiła rozpoznanie. Albo w kuchni był jeszcze ktoś, kogo nie
zauważyła, albo był w łazience, do której nie zaglądała. Tylko że teraz
już było za późno. Napastnik atakował. Kopnął ją w bok, przygięła się,
odwrócił ją szarpnięciem i uderzył pięścią. Nie była w stanie utrzymać
się na nogach po takim ciosie, przecież była kobietą. Głowa jej
odskoczyła i obraz rozmył się, jak świat oglądany przez szybę auta
podczas deszczu. Upadła. Facet podszedł do niej czerwony z wściekłości i kopnął ją w bok. Nawet nie zabolało. Czuła tylko, jak jej ciało
podskoczyło. W sumie szkoda, że się nie udało. Było blisko, mogła ocalić
siostrę, ale przegrała. Nie okazała się dobrą opiekunką, nie poradziła
sobie, nie miała w sobie tyle ciepła i miłości, żeby zastąpić Alicji
rodziców. Skupiła się na pracy i wykształceniu, żeby zapewnić im
bezpieczną przyszłość. Tylko jaką przyszłość? Teraz nie będzie żadnej.
Czekała na kolejne kopnięcia, ale te nie nastąpiły. Nagle rozległo się
głuche uderzenie kija bejsbolowego o łysą pałę i facet przewrócił się z łoskotem na podłogę. Odsłonił stojącą za nim wątłą postać uzbrojoną w kij. To była Alicja, uratowała ją.
Alicja rzuciła kij, przypadła do Laury i zaczęła ją szarpać z oczami
pełnymi łez.
-?Przepraszam cię, Lauro -?chlipała. -?Naprawdę cię przepraszam. Kocham
cię. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Już nigdy tu nie przyjdę, pójdę do
szkoły, będę się dobrze uczyć, nie będę robić ci przykrości, tylko nie
umieraj.
Laura się poruszyła, a na jej zakrwawionej twarzy pojawił się lekki
uśmieszek.
-?Obiecujesz? -?zapytała cicho.
-?Tak.
-?To zabierajmy się stąd.
Niezdarnie zaczęła podnosić się z podłogi. Alicja jej pomagała, ale i tak wstała z trudem. Była oszołomiona, dzwoniło jej w uszach, a słabość
ciągle nie odpuszczała. Nogi się pod nią uginały. Postała chwilę i zrobiło jej się lepiej. Już chciała ruszyć do wyjścia, gdy nagle
zobaczyła jeszcze jedną osobę w pokoju. Wcześniej nie dostrzegła
chłopaka, ponieważ siedział w kącie po jej prawej stronie, lekko z tyłu,
a ona skupiła się na tych trzech palantach. Dopiero teraz go zauważyła.
-?Ty też chcesz wpierdol? -?zapytała.
Był wysoki i szczupły, mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia kilka lat,
miał czarne jak smoła włosy, bardzo ładne czarne brwi, ciemniejszą
karnację i niesamowite oczy. Hipnotyczne, prawie podniecające, patrzące
z niezwykłym blaskiem, sięgające dna duszy i czytające w niej jak w otwartej księdze.
Na jej propozycję chłopak wyszczerzył w uśmiechu białe zęby.
-?To było fantastyczne -?powiedział. -?Fantastyczne i cholernie
seksowne.
-?O czym ty mówisz?
-?Zdradzę ci coś: przypominasz mi moją mamę. Ona też była silna,
zdecydowana i kiedy zachodziła taka konieczność, potrafiła postawić na
swoim.
-?Co ty pieprzysz?
-?Naprawdę jesteś jak ona, nawet włosy masz takie jak ona. -?Patrzył na
nią niemal z rozmarzeniem.
-?Naćpany jesteś czy co?
Alicja szarpała Laurę za ramię.
-?Chodź już -?prosiła błagalnym tonem. -?Oni zaraz wstaną...
Laura jeszcze się zawahała, patrząc chłopakowi w oczy i oceniając, czy
jest dla nich zagrożeniem. Uznała, że nie, i ruszyła do wyjścia.
On tymczasem oblizał wargi długim językiem, jakby naprawdę niezdrowo się
podniecił.
-?Jesteś niesamowita, skarbie -?wyszeptał. -?Chyba się w tobie
zakochałem od pierwszego wejrzenia.
Teraz
Poruszyła się z jękiem, a potem
oblizała wargi. Poczuła bliżej niezidentyfikowany gorzki smak pomieszany
z czymś jeszcze. Jakaś mdła słodycz, kojarząca się tylko z krwią. Na
razie jeszcze się nie zaniepokoiła. Być może była to tylko część
jakiegoś sennego koszmaru, z którego jej umysł wciąż nie zdołał się
wydobyć. Jeszcze chwila, moment, kilka sekund świadomych myśli i wszystko zniknie. A jednak nie zniknęło.
Miarowe łupanie w skroniach omal nie rozsadziło jej czaszki na setki
kawałków. To nie był koszmar senny, to była pieprzona rzeczywistość,
trzeba było stawić jej czoła, pokonać ból głowy i przebić się do
realnego świata. Tylko jak to zrobić, kiedy duża część mózgu wciąż jest
połączona z innym światem i śni sen na jawie. Cholerny koszmar o bólu,
krwi i umieraniu. Czy ona umierała? Najpierw chciała zaprzeczyć, jednak
się zawahała. Co się tak naprawdę stało? Gdzie jest? Co się z nią teraz
dzieje? A jeśli tak właśnie wygląda umieranie?
Jęcząc, przewróciła prawie bezwładne ciało na bok i ból znowu uderzył
znienacka, pogrążając ją w ciemnościach i odcinając od zdolności
myślenia. Dopiero kiedy trochę zelżał, myśli wróciły. Tylko było ich za
dużo, a one same zbyt ruchliwe, zbyt rozmyte, nic z nich nie rozumiała.
Skojarzyły jej się ze stadem padlinożerców krążących nad ciałem, z którego właśnie ulatuje życie. Niektóreptaki jeszcze czekają, ale kilka
odważniejszych nie wytrzymuje, ląduje na żerowisku i zaczyna łapczywie
wydziobywać oczy i rytmicznie stukać w czaszkę, żeby dostać się do
gorącego jeszcze mózgu. Znowu jęknęła i nagle wizja padlinożerców
zniknęła. Jeśli jest ból, to ciało jeszcze żyje, nie wolno się poddawać
ani myśleć o śmierci. Jeszcze nie umiera. Im bardziej przytomniała, tym
większej pewności nabierała, że tak właśnie jest. Tylko co się stało, do
jasnej cholery? Potrąciła ją ciężarówka, wpadła pod pędzący pociąg? Nie,
bzdura. Ale coś pamiętała.
Wypadek. To jednak był wypadek. Pamiętała pisk opon na asfalcie i... co
dalej? Myślała gorączkowo. Następnym obrazem, który zapamiętała, był
widok mężczyzny przelatującego nad maską hamującego auta, a potem huk,
kiedy przód uderzał w ogrodzenie. W jej uszach wciąż wybrzmiewał krzyk.
Kto krzyczał? Może to po prostu był jej krzyk? Pełna bezsilności reakcja
na straszny obraz, który właśnie przemknął jej przed oczami. Tak,
właśnie tak mogło być. Kim był mężczyzna potrącony przez samochód? Ariel
Lesiecki! To było pierwsze nazwisko i pierwsza osoba przychodzące jej na
myśl. Czy to mógł być on? Tak, to na pewno był on, tylko dlaczego ten
samochód w niego wjechał? I co tak naprawdę zdarzyło się potem? Miała
czarną dziurę w głowie, którą wypełniał po brzegi ból, i nie mogła
zobaczyć, co skrywa się w samym jej środku. Może gdy ból minie, z tej
czarnej dziury wyłonią się jakieś inne obrazy.
Zmusiła się do działania i usiadła, spuszczając stopy na podłogę.
Podeszwy chlupnęły w kałużę wody. Skąd tu woda, do jasnej cholery? Gdzie
ona się znajduje, dlaczego tu jest tak ciemno i zimno? Spojrzała na
swoje dłonie leżące na kolanach. Były brudne, paznokcie wytarte i połamane, jakby drapała nimi o beton. Starte do krwi opuszki palców też
bolały. Dlaczego jej dłonie tak wyglądają? A może ten widok ciała
przelatującego nad maską czerwonego samochodu był tylko jej
wyobrażeniem? W rzeczywistości to ona padła ofiarą wypadku. Mogło tak
być, skoro wszystko ją boli, a dłonie wyglądają, jakby tarła nimi o asfalt.
Przestraszyła się, bo to rozwiązanie sporo tłumaczyło i wydało jej się
całkiem rozsądne. Tylko co dokładnie tłumaczyło? Dlaczego miałoby być
takie rozsądne? Dlaczego niczego nie pamięta? Nawet tego, co zdarzyło
się wczoraj, dwa dni temu, tydzień, miesiąc. Wszystko było rozmyte,
pogrążone w chaosie i nie potrafiła nad tym żywiołem złożonym ze
wspomnień zapanować.
Nagle zrobiło jej się niedobrze, pochyliła się i zwymiotowała z jękiem.
Żołądek kurczył się boleśnie, nawet kiedy był już pusty, i z ust kapała
jej tylko lepka ślina. Splunęła i wyprostowała się, a wtedy ból znowu
uderzył ją brutalnie w środek mózgu.
Kurwa, niech to się już wreszcie skończy.
Siedziała na zardzewiałej pryczy ze starym, wybitym materacem, stojącej
przy ścianie jakiejś piwnicy. Podejrzewała, że to może być piwnica,
ponieważ czuła zapach stęchlizny i wilgoci, a na podłodze w bladym
świetle księżyca, wpadającym przez okno zamontowane przy samym suficie,
połyskiwała kałuża wody. Nie kojarzyła tego miejsca, zresztą teraz
pewnie nie potrafiłaby przeliterować własnego imienia i nazwiska. Co
gorsza, nie pamiętała ani imienia, ani nazwiska. Ból głowy, wymioty,
zawroty, ogólne rozbicie -?to musiało być wstrząśnienie mózgu. Ten
wypadek, samochód, ciało przelatujące przez maskę, to jednak chyba
naprawdę była ona. Bo jak inaczej to wytłumaczyć?
Tylko że skoro to była ona, dlaczego teraz czuje taki strach o kogoś
innego? To był zwierzęcy, pierwotny lęk. Wiedziała, że jeśli tej drugiej
osobie coś się stało, jeśli już nie żyje, to nigdy sobie tego nie
daruje. Nie będzie w stanie dalej funkcjonować samotnie, nie chce być
już sama. I wiedziała jeszcze jedno. Nie odpuści, jej zemsta będzie
nieunikniona, brutalna i bezwzględna. Nic jej nie powstrzyma, znajdzie
sprawcę, znajdzie tego skurwysyna, który przejechał bliską jej osobę, i go zabije. A znajdzie go na pewno. Przecież ona nigdy nie odpuszcza,
nigdy nie zbacza z raz obranej drogi, jest dzika i niebezpieczna.
Nie bez powodu nazywają ją Wilczycą.
1
Cztery tygodnie wcześniej
Dominik Bielczyk obudził się z bólem głowy. Z jękiem podniósł się na łokciach, rozejrzał po pokoju i zaraz zwalił się znowu na łóżko. Przetarł oczy, ścisnął pulsujące
nieprzyjemnie skronie i spróbował myśleć. Na początku nie szło mu
najlepiej. Zerknął na okno. Zasłony były rozsunięte, do środka wpadały
promienie słońca, stojącego już dość wysoko na niebie. Sobota
zapowiadała się całkiem przyjemnie. Ciekawe, która była godzina.
Myśli zaczynały krążyć żwawiej i wpadały we właściwe ścieżki wydeptane w mózgu. Już sobie przypomniał. Piątkowa wizyta w klubie, jeden drink za
dużo, kobieta i seks. Nagle szerzej otworzył oczy. W łóżku leżał sam,
kołdra obok była zwinięta w kłąb, w nozdrzach poczuł zapach jej perfum.
Po chwili na ten zapach nałożył się inny -?cudowny aromat kawy,
rozchodzący się po całym mieszkaniu.
Dominik poderwał się nagle, szybko włożył spodnie i koszulkę i poszedł
do kuchni. Przystanął na progu.
Stała odwrócona do niego tyłem. Była już ubrana. Wypatrywała czegoś za
oknem i piła kawę z jego kubka. Była wysoka, miała według niego idealne
kształty i przepiękne oczy. Mógłby wpatrywać się w nie godzinami,
próbując odkryć, skąd bierze się ten smutek na ich dnie. Jeszcze żadna
kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Podobały mu się nawet jej
krótko ścięte blond włosy, chociaż jego ideał kobiety miał długie,
ciemne i proste.
-?Nalej sobie kawy -?rzuciła, nie odwracając się.
Bez słowa wyciągnął drugi kubek z szafki nad zlewem i sięgnął po dzbanek
przelewowego ekspresu. Odwróciła się do niego, oparła pośladkami o parapet i patrzyła, uśmiechając się enigmatycznie.
-?Obudziłam cię?
-?Obudziła mnie kawa -?odparł niewyraźnie.
Pod wpływem jej spojrzenia stracił trochę zwykłej pewności siebie.
Gorączkowo się zastanawiał, o czym ma z nią rozmawiać. Jak ją zatrzymać
jeszcze trochę u siebie? Najchętniej przekręciłby klucz w zamku i wyrzucił go przez okno. Niech się dzieje, co chce. Nie, to był chyba
głupi pomysł. Z nią trzeba postępować inaczej.
-?Wypiję i muszę iść.
-?Zostań jeszcze -?powiedział niemal błagalnie, łowiąc jej spojrzenie, i dodał zachęcająco: -?Zrobię dobre śniadanie.
Zaśmiała się. Podobała mu się taka. Uśmiechnięta, pewna siebie,
zaczepna. To dlatego przysiadł się do niej poprzedniego wieczoru.
-?Może jeszcze chwilę zostanę... -?Wzruszyła ramionami.
Nie był pewien, jak ma naprawdę na imię. Przedstawiła się jako Klaudia,
ale kiedy po kilku drinkach zaczął do niej mówić Kamila, nie poprawiła
go.
-?Klaudia czy Kamila? -?zapytał teraz.
Znowu się roześmiała.
-?A czy to ma jakieś znaczenie?
-?Dla mnie ma.
-?A które wolisz?
-?Wolałbym poznać prawdziwe imię.
-?Może kiedyś. -?W jej oczach nieoczekiwanie znowu pojawił się ten
przejmujący smutek.
Usiadła przy kuchennym stole, postawiła przed sobą kubek z resztką kawy
i zapytała:
-?Co z tym śniadaniem?
Zrobił jajka sadzone na bekonie. Przez ten czas żadne z nich się nie
odezwało. Dominik bał się, że jeśli będzie zbyt dociekliwy, ona po
prostu wyjdzie i ślad po niej zaginie. A tego nie chciał. Zerkał na nią,
kiedy jedli, i myślał o ostatniej nocy. Przyjechali tu taksówką około
pierwszej. Na dole zapytał, czy wstąpi do niego na jeszcze jednego
drinka. Trochę się wahała, ale poszła za nim po schodach. Nie wypili już
niczego więcej. Kiedy tylko przekroczyli próg mieszkania, przekręciła za
nimi zamek, zbliżyła się i znalazła swoimi ustami jego usta. Mimo
wszystko był trochę zaskoczony, lecz dał się ponieść chwili i emocjom.
Była zaskakująco delikatna, kiedy go całowała. Ta delikatność sprawiła,
że Dominikowi zakręciło się w głowie, i nie był to skutek wypitego
alkoholu. Pragnął jej, jak jeszcze nigdy nie pragnął żadnej kobiety. A równocześnie obleciał go strach -?może to tylko sen, a ona zniknie,
kiedy tylko ją puści. Więc trzymał ją długo w ramionach, a ona nie
zniknęła. W łóżku chwilę walczyli o to, kto ma przejąć inicjatywę. Na
początku pozwolił się zdominować i czekał na rozwój wypadków. Była
dziwnie nieporadna, jakby i ją zżerał stres, wreszcie stanowczo
zareagował, a ona się poddała. Tylko że on do samego końca nie był
pewien, czy jej się podoba. Jakby była myślami gdzieś obok i nawet nie
próbowała walczyć o osiągnięcie pełnej satysfakcji.
-?Czym się zajmujesz? -?zapytał i zaraz pożałował.
Pytanie było banalne, a do niej trzeba było przemawiać zupełnie inaczej.
Przynajmniej on odnosił takie wrażenie. Niestety, jej obecność i spojrzenia, które mu od czasu do czasu rzucała znad talerza,
paraliżowały go.
-?Posłuchaj, Dominiku. -?Posłała mu drwiące spojrzenie. -?Jesteś miłym
facetem. Wierz mi, lepiej, żebyś o mnie wiedział jak najmniej. Tak
będzie lepiej dla nas obojga. Zaraz sobie pójdę i proszę, nie szukaj
mnie.
-?Myślałem, że zostaniesz na dłużej -?wyznał wyraźnie zawiedziony. -
Szczerze mówiąc, myślałem, że zostaniesz u mnie na zawsze.
Czy on zawsze musi mieć takiego pecha? W życiu już co najmniej kilka
kobiet próbowało go usidlić, tylko że żadna z nich mu się nie podobała.
Za to teraz, gdy spotyka niesamowitą kobietę, ona nie jest nim
zainteresowana. Czy mogło być jeszcze gorzej?
Przełknęła ostatni kęs, odsunęła talerz i spojrzała mu w oczy. Znowu
dostrzegł ten przejmujący smutek gdzieś w głębi.
-?Przepraszam cię za wczorajszy wieczór -?powiedziała nieoczekiwanie. -
Nie powinnam była...
-?Co ty mówisz, było fantastycznie -?przerwał jej szybko.
-?Nie było. -?Pokręciła głową. -?Ale to nie z twojej winy, tylko z mojej. Nie mogłam się wyluzować. Może nie zrozumiesz tego, co powiem,
ale wszystko, co dobre, szybko odchodzi, a to złe zostaje już z nami na
długo.
Zdziwiony otworzył usta i zaraz je zamknął. Przez głowę przeleciało mu
sto myśli. Ta jej delikatność, potem ta rozbrajająca nieporadność...
-?Czy ja muszę mieć takiego pecha? -?jęknął po chwili, drapiąc się po
głowie. -?Spotykam najfajniejszą kobietę na świecie, a ona chce mi
uciec.
-?Przepraszam, nie rób sobie nadziei. -?Uśmiechnęła się smutno. -?Co
najwyżej możemy zostać przyjaciółmi, ale jaki to ma sens?
-?Nie wiem, co powiedzieć.
-?Nic nie mów. Pójdę już.
Wstała i skierowała się do drzwi. Poszedł za nią. Patrzył, jak wkłada
kurtkę, spogląda w lustro w korytarzyku i przygładza brwi.
-?Nie zobaczymy się więcej? -?zapytał.
-?Nie, to nie ma sensu. -?Pokręciła głową.
Podeszła do niego, pocałowała delikatnie w usta i zmierzwiła mu włosy
jak małemu chłopcu.
-?Jesteś miłym facetem, zasługujesz na coś lepszego.
Trzasnęły drzwi i już jej nie było. Dominik przekręcił zamek i poszedł
do kuchennego okna, skąd najlepiej było widać wyjście z bloku. Po chwili
ją zobaczył. Odeszła szybkim krokiem i zniknęła za rogiem. Jeszcze raz
pokręcił głową z niedowierzaniem.
-?Człowieku, ty to masz pecha -?powtórzył pod nosem. -?Takie rzeczy się
nie zdarzają.
Włożył talerze i sztućce do zmywarki, nastawił sobie jeszcze jedną kawę,
a w międzyczasie łyknął tabletkę na ból głowy. Potem poszedł pościelić
łóżko. Miał wrażenie, że w powietrzu ciągle unosi się delikatny zapach
jej perfum.
Jeszcze raz pokręcił głową i nagle zaczął rozsądniej myśleć. Miała
rację. Najlepiej, jakby zapomniał o niej jak najszybciej. To była jedna
z najdziwniejszych przygód w jego życiu i niech tak zostanie. Będzie
miał co wspominać na stare lata. Teraz musi skupić się na czymś innym. W poniedziałek szedł do nowej pracy i powinien myśleć tylko o tym.
2
Poniedziałek nie był dobrym dniem
na początek nowej pracy w nowym miejscu. Dominik Bielczyk zaspał, potem
stał w korku przed zamkniętymi rogatkami na przejeździe kolejowym na
Kuźnikach i oczywiście spóźnił się kilkanaście minut. Niezłe wejście jak
na początek -?myślał, siedząc na krześle przed biurkiem nowego szefa. Na
szczęście inspektor Frąszyk nie był drobiazgowy. Przywitał go
sympatycznie, wypytał o dotychczasowy przebieg służby, na koniec powitał
w Wydziale Kryminalnym Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
-?Zaraz zawołam Wilczycę.
-?Wilczycę? -?powtórzył machinalnie Dominik.
-?Tak nazywamy komisarz Laurę Wilk, która przewodzi grupie śledczej. -
Komisarz uśmiechnął się dziwnie pod nosem, czego Dominik nie
zarejestrował. -?To twarda babka, nie próbuj się jej stawiać, bo zje cię
na śniadanie. Ona cię wprowadzi. Myślę, że będziecie do siebie pasować.
Nie czekając na reakcję Dominka, sięgnął po telefon i wybrał numer
wewnętrzny.
-?Podejdź do mnie na chwilę -?rzucił do słuchawki i znowu skupił wzrok
na swoim nowym podwładnym. -?Dlaczego się zdecydowałeś?
-?Nie po to szkoliłem się w FBI, żeby teraz siedzieć za biurkiem.
Seryjni nie zdarzają się zbyt często. -?Bielczyk wzruszył ramionami.
Wiedział, o co szef pyta, i miał nadzieję, że takie wyjaśnienie zabrzmi
prawdopodobnie i nie wzbudzi wątpliwości. Bo takie nagłe przeniesienie w policji mogło sugerować, że ciągnie się za nim jakiś smród, którego ktoś
chciał się szybko pozbyć ze swojego podwórka. To dlatego Frąszyk z taką
ciekawością oglądał jego akta, które sugerowały nienaganny przebieg
dotychczasowej służby. Dominik postanowił mu niczego nie ułatwiać. W aktach było czysto, nie narobił sobie nigdy kłopotów w pracy, niczego
nie trzeba było zamiatać pod dywan, zawsze był porządnym i uczciwym
gliną.
-?Tak. -?Inspektor pokiwał głową. -?Mam nadzieję, że będzie nam się
dobrze współpracować.
W tej chwili otworzyły się drzwi i w progu stanęła ona. Kobieta z piątkowej nocy.
Decyzja o tym, żeby pomóc kryminalnym z Wrocławia w sprawie zabójcy
nazywanego Poltergeistem, zapadła nagle na szczeblu komendantów
wojewódzkich, a że nikt nie palił się do przenosin ze stolicy na
prowincję, propozycję dostał Bielczyk. Był jedynym, który się z niej
szczerze ucieszył. Zanim jednak złożył oficjalną prośbę o przeniesienie,
zapoznał się z aktami sprawy w policyjnej bazie danych. Wiedział, że
szefową grupy śledczej jest komisarz Laura Wilk, ale nigdy jej nie
widział.
Dominik otworzył usta ze zdziwienia i tak już został, nie wiedząc, jak
zareagować. Ona była równie zaskoczona. Zobaczył, że jej twarz blednie,
rysy się ściągają, usta zamieniają w poziomą kreskę. Była wściekła. Szef
nie zauważył albo nie chciał widzieć jej reakcji na Bielczyka.
-?To są te długo zapowiadane posiłki ze stolicy -?powiedział. -?Młodszy
aspirant Dominik Bielczyk będzie twoim nowym partnerem. Z papierów
wynika, że jest specjalistą od ścigania seryjniaków, szkolonym w Stanach
Zjednoczonych. Masz w pokoju wolne miejsce, wprowadź go w obowiązki.
Przez najbliższy kwartał odpowiadasz za wszystkie głupoty, które zrobi.
Odpowiedziała mu cisza. Dopiero teraz się zorientował, że ich zachowanie
nie jest standardowe dla takich sytuacji. Spojrzał na jedno i na drugie.
-?Coś z wami nie tak? -?rzucił.
-?Wszystko w porządku. -?Bielczyk ochłonął pierwszy.
-?To co tu jeszcze robicie?
Komisarz wyszła pierwsza, Dominik ruszył za nią. Drzwi zatrzasnęły się
trochę za głośno. Echo poniosło się po korytarzu, ściągając na nich
zaciekawione spojrzenia kilku osób.
Próbował ją dogonić.
-?Wilczyca, zaczekaj!
Zatrzymała się i odwróciła. Tym razem na jej twarzy malowała się furia.
-?Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a połamię ci obie ręce -?wycedziła
przez zęby. -?Masz to jak w banku.
Bielczyk dopiero teraz zrozumiał uśmieszek szefa, kiedy wypowiadał jej
ksywkę. Czyżby wystawił go z premedytacją?
-?Nie wiedziałem... -?wycofał się szybko.
Znowu ruszyła korytarzem i znowu z trudem za nią nadążał.
Cholera, jak ja nie lubię poniedziałków -?jęknął w duchu. Nie dość, że
się spóźnił, to teraz jego praca w najbliższym czasie nie zapowiadała
się na łatwą i przyjemną. Jeśli czegoś nie uda mu się zrobić dla
polepszenia ich relacji, nie popracują długo razem. Przez pozostałą
część dnia w sobotę i przez całą niedzielę miał czas, żeby sobie pewne
tematy przemyśleć. Pogodził się z tym, że już nigdy jej nie spotka, i nawet od rana udało mu się przestać o niej myśleć. Najważniejsza była
praca. No i wszystko w sekundę runęło jak domek z kart. Znowu była ona,
a jej obecność wpływała też na tę drugą ważną dla niego sferę życia -
pracę. Los czasem potrafi być wyjątkowo złośliwy.
Kiedy przechodzili obok drzwi do toalety, nagle się odwróciła i pociągnęła go za ramię do damskiej. Zanim zdążył zaprotestować, sprawnie
wykręciła mu rękę z tyłu i przycisnęła go do ściany. Próbował się
wyrwać, lecz była silna, a jej uchwyt profesjonalny, i tylko obtłukł
sobie kość policzkową o zimne kafelki na ścianie.
-?Zwariowałaś?! -?krzyknął.
-?Nie szarp się. -?Jej głos był zimny i stanowczy. -?Musimy ustalić
pewne zasady. Jeśli komuś piśniesz choć słowo o tym, co zaszło między
nami, wybiję ci wszystkie zęby i nie będziesz się miał czym uśmiechać do
dziewczyn w barze. Zrozumiałeś?
Groźby wydały mu się tak absurdalne, że mimo bólu wykręconego ramienia
omal się nie roześmiał.
-?Zrozumiałem -?potwierdził.
Puściła go gwałtownie, aż się zatoczył. Patrzyli chwilę na siebie jak
bokserzy po pierwszej rundzie pojedynku o mistrzostwo świata,
zakończonej remisem. Dominik masował sobie obolałe ramię, a potem
sprawdził, co z kością policzkową.
-?Nie lepiej zakopać topór wojenny i współpracować jak ludzie? -
zapytał.
-?Nie -?warknęła.
Złość jej trochę przeszła. W jej emocje wkradła się bezsilność.
Zrozumiała, że nie może na niego wpłynąć.
-?Dobrze -?sapnęła. -?W takim razie ja zrezygnuję. Dość już mam tego
gówna.
-?Poczekaj. -?Rozłożył ręce w pojednawczym geście. -?Po co ta wojna?
Będę trzymał gębę na kłódkę, nie puszczę nawet pary. Daj nam chociaż
szansę. -?Wciąż patrzyła na niego wrogo. -?W pracy jestem po prostu
psem, jak ty.
-?Tydzień -?rzuciła. -?Potem zobaczę.
Wyszła na korytarz, zamykając mu drzwi przed nosem. Z trudem ją dogonił
przed drzwiami do ich pokoju.
-?Nie wiedziałem, że nie lubisz, jak się ciebie nazywa Wilczycą -
powiedział.
-?Generalnie lubię, ale na ten przywilej trzeba sobie zasłużyć.
Ariel -?wiele lat wcześniej
Deszcz się wzmagał. Wydawało mu
się, że z każdą sekundą pada coraz mocniej, nieubłaganie gęstnieje przed
nim ściana deszczu, przez którą przebijał się z coraz większym trudem. W pewnym momencie poczuł się tak, jakby biegł pod wodą. W każdy krok
wkładał gigantyczny wysiłek, lecz poruszał się coraz wolniej i wolniej.
Płuca paliły żywym ogniem, miał wrażenie, że za sekundę utoną zalane
wodą, a on się udusi z braku tlenu. Tracił oddech.
Wtedy zdrowy rozsądek przebił się wreszcie przez stalową powierzchnię
śmiertelnego przerażenia, która go pokryła kilka minut temu. Zatoczył
się i zatrzymał na drewnianym słupie energetycznym, stojącym na granicy
ścieżki i rowu ciągnącego się wzdłuż ulicy. Padało już od kilku godzin i na dnie rowu kłębiła się brązowa woda ściekająca tu kanałami
melioracyjnymi z okolicznych pól. Pochylił się mocno i oddychał szybko,
walcząc z narastającym uczuciem mdłości. To było za szybko, za daleko,
bał się, że nie zdąży. Może gdyby od początku biegł wolniej, teraz nie
musiałby tu odpoczywać na nogach jak z waty, walcząc rozpaczliwie o każdy oddech. Mijały długie sekundy, wreszcie uspokoił się na tyle, żeby
się rozejrzeć. Był już blisko.
Od głównej drogi odchodziła boczna, kończąca się dwieście metrów dalej
zawaloną bramą w murze okalającym stary kościół. To był jego cel
gonitwy.
-?Już blisko, Ariel -?powiedział do siebie cicho. -?Dasz radę, musi się
udać.
Ruszył. Najpierw szedł wolno, potem przyspieszył, a gdy po kolejnych
kilkunastu krokach strach powrócił, puścił się truchtem, trzymając się
jedną ręką za bok, gdzie czuł bolesne kłucie.
Ruiny kościoła się przybliżały i w szarości dnia, rozmytej dodatkowo
przez padający deszcz, przypominały teraz pałac, w którym rezyduje sam
szatan. Bo gdzie diabłu byłoby najlepiej? W dawnym domu Bożym,
zdesakralizowanym zaraz po drugiej wojnie światowej i od tego czasu
popadającym w coraz większą ruinę. Z każdym krokiem był coraz bliżej
frontu wielkiego budynku i widział coraz więcej przerażających
szczegółów. Szerokie wejście do kościoła, pozbawione teraz drzwi,
wyglądało jak rozdziawiona paszcza potwora. Powyżej wejścia patrzyły na
niego dwa kwadratowe czarne otwory, które kiedyś były oknami, lecz
również im wandale wiele lat temu wydarli okiennice i pozostawili je
wiecznie wytrzeszczone i martwe. Teraz tworzyły głowę diabła zwieńczoną
zrujnowaną wieżą, na której kiedyś znajdował się dzwon. Miejscowa
legenda mówiła, że jeszcze tego samego dnia, kiedy biskup zdecydował, że
to już nie będzie dom Boży i w tym miejscu może zamieszkać szatan,
rozpętała się burza i w pozbawiony krzyża szczyt wieży uderzył piorun,
niszcząc dzwon. Od tego czasu oficjalnie omijano to miejsce. W ostatnich
latach jednak legenda mocno wyblakła, ponieważ dawny kościół został
ograbiony ze wszystkiego, co dało się wynieść. Zostały tylko ściany i kawałek zrujnowanego dachu z czarnymi krokwiami sterczącymi żałośnie ku
niebu, po każdej ze stron. Z daleka mogły skojarzyć się z koroną
cierniową, ale taką szyderczą. Tkwiła wszak na głowie mieszkającego tu
diabła.
Przy zniszczonej bramie znowu zatrzymał się na moment i popatrzył na
front dawnego kościoła. Na chwilę strach przed tym miejscem przysłonił
strach o nią. W końcu ruszył dalej. Tym razem już tylko szedł,
rozchlapując kałuże i brodząc w błocie. Nie zwracał na to uwagi, był
przemoknięty, zmarznięty, strąki włosów lepiły mu się do czoła i spadały
na oczy. Poprawił je nerwowym ruchem i zanim przekroczył próg domu zła,
rozejrzał się jeszcze raz.
Nikogo nie dostrzegł. Były tylko chmury, wiszące nisko na niebie,
zmoknięty las z trzech stron i wszechobecna szarość. Smutek tego miejsca
wwiercał się bezwzględnie w mózg lodowatym ostrzem.
Nabrał powietrza w płuca i po przekroczeniu progu zrujnowanego budynku
zaraz je wypuścił. Rozejrzał się szybko. Tu też padał deszcz, a tam,
gdzie kawałek dachu jeszcze nie zdążył się zawalić, woda lała się
strumieniami z dziur w dachówkach. Wnętrze wypełniały rozchodzące się
szerokim echem odgłosy kropel deszczu, strug wody, a gdzieś w tym
wszystkim słyszał szyderczy śmiech. Pewnie diabeł się z niego teraz
śmiał, jednak on nie mógł się wycofać, musiał być silny.
Przymknął oczy i zaczął szeptać głośno pod nosem swoją mantrę:
-?Nie błagaj o litość, ponieważ nie ma żadnego Boga. Nie okazuj
słabości, bo stracisz szacunek u innych. Pomóc możesz sobie tylko sam.
Śmiech znowu zabrzmiał w jego uszach, wreszcie zamilkł pośród szumu wody
i kropel deszczu. Cała posadzka wyglądała jak wielkie górskie jezioro
pośrodku strzelistych skał przypominających dłonie wycelowane
oskarżycielsko w niebo.
-?Nie rozmawiaj z nieznajomymi, tylko oni mogą cię zasmucić.
Celowo pominął środkowy wers swoich życiowych zasad, wykutych w ogniach
dziecinnych traum i upokorzeń. "Nie zwracaj uwagi na innych, nikt nie
jest ważniejszy od ciebie". To nie była teraz prawda. Przyszedł tutaj,
żeby kogoś uratować. Kogoś, kto był dla niego bardzo ważny, przez kogo w ostatnich miesiącach ten wers stał się nieaktualny, i kiedy go
wypowiadał, czuł brzmiący w nim fałsz.
-?Gosia! -?krzyknął najpierw niepewnie, ale zaraz rozdarł się na całe
gardło: -?Gosia!!!
Echo poniosło jego krzyk, który mimo wilgoci kilkukrotnie odbił się od
ścian z poobijanym tynkiem odsłaniającym czerwone cegły, kojarzące się z otwartymi ranami zadanymi budowli przez bezlitosny czas. Krzyk trwał i trwał, jakby mieszkający tu diabeł specjalnie bawił się jego strachem i rozpaczą. A potem nastała cisza. Odpowiedź nie nadeszła, co spowodowało
u niego napad frustracji.
-?Gosia! -?krzyknął raz jeszcze, podniósł wzrok i nagle zastygł, zdjęty
grozą.
Zobaczył ją. Drobną postać swojej jedynej prawdziwej przyjaciółki
wyglądającej jak posąg anioła albo jak wyblakły fresk na resztce tynku.
Z oczu pociekły mu łzy i zaraz zmieszały się z padającym deszczem, jakby
były czymś nieistotnym i niewartym uwagi na tym okrutnym świecie. Bo
kogo tak naprawdę obchodzą łzy? Tylko tych, którzy płaczą.
Gosia stała na poziomej belce kilkanaście metrów nad miejscem, gdzie
kiedyś znajdował się ołtarz. Wiedział, jak tam weszła. Po szczątkach
zniszczonych schodów trzeba było dostać się na boczny chór, potem wejść
na barierkę, chwycić się wystających ze ściany kabli i wskoczyć na belkę
usytuowaną przy samej ścianie. Potem przesunąć się po niej. Ściana się
zaraz kończyła i belka biegła nad ołtarzem do ściany po drugiej stronie.
Wiedział, że tak można zrobić. Ten idiota, jego kolega z klasy, Romek
Książyk i jego banda troglodytów kiedyś tak zrobili. Założyli się, który
z nich przejdzie po tej belce na drugą stronę. Tylko dwóch przeszło,
Romek i jeszcze jeden mięśniak. Dwóch pozostałych popuściło w majtki ze
strachu i zrezygnowali, zanim chwycili się kabli. No dobrze, oni byli
idiotami, ale po co weszła tam Gosia?
Na sztywnych nogach ruszył przed siebie. Szedł jak na szczudłach, kolana
prawie mu się nie zginały z przerażenia, jakby naprawdę stały się tylko
drewnianymi kołkami. Szkoda, że naprawdę nie były szczudłami, bo wtedy
może by jej dosięgnął. Teraz nie miał szans.
Co ona robi na tej belce? W głowie ciągle kołatało mu się to pytanie,
chociaż znał odpowiedź, jeszcze zanim się sformułowało. To była jej
ucieczka. Naiwna, ale szczera i brutalna ucieczka od świata i ludzi,
którzy ją skrzywdzili.
Głos nie zdołał wyrwać mu się z gardła. Kiedy był już blisko, zobaczyła
go. Nie mógł dojrzeć wyrazu jej twarzy, ale poznała go, bo podniosła
rękę w pożegnalnym geście.
A może nawet na jego widok przyspieszyła swoją decyzję?
Nie minęła chwila, gdy biały anioł spłynął z belki nad ołtarzem. Tylko
że nie wylądował z gracją, jak to anioły mają w zwyczaju. Temu aniołowi
zabrakło skrzydeł i uległ prawu grawitacji.
Odgłos uderzenia drobnego ciała o posadzkę na zawsze zmienił życie
Ariela Lesieckiego.
Tak samo jak widok wody zabarwiającej się szybko na czerwony kolor,
bardziej intensywny od otwartych ran z cegieł na ścianach dawnej
świątyni.
Nagle wokół Ariela rozległ się przeraźliwy krzyk. Krzyczały ściany,
krzyczała podłoga, krzyczały resztki dachu, krzyk piął się po
zrujnowanej wieży, żeby uciec w zasnute deszczem niebo. Dopiero po
chwili dotarło do niego, że to on krzyczy, a echo zwielokrotnia moc jego
głosu.
Tylko że w jego krzyku była bezbrzeżna rozpacz, a w tych innych brzmiało
coś na kształt szyderstwa.
3
Zdjęcie roześmianej szesnastolatki
na płycie nagrobkowej powodowało, że ból był kilka razy większy, niż
gdyby tego zdjęcia tam nie było. On postawiłby nagrobek bez zdjęcia.
Była piękną dziewczyną, miała długie czarne, proste włosy, jej uśmiech
zachwycał, gdy szła ulicą, szczupła i wysoka, przyciągała spojrzenia
wszystkich.
Maciej Lesiecki wolałby przywoływać jej postać w swojej pamięci, bo
przecież często jej się przyglądał, ukryty w samochodzie. I być może
przez to zwrócił na nią uwagę zabójcy, pieprzonego Poltergeista, złego
ducha, i teraz już jej nie ma. Zostały tylko zdjęcia i żywe obrazy w pamięci.
Pokręcił głową. On by tego zdjęcia tu nie umieścił, ale mimo że była
jego córką, jego opinia się nie liczyła. Decydowała matka, a ona miała
na ten temat inne zdanie. On nic nie mógł, ponieważ tak naprawdę nigdy
nie poznał Kamili Kawęckiej osobiście. Bał się, jak zareaguje, kiedy się
dowie, że jest jej ojcem, obawiał się, czy go nie odtrąci, znienawidzi
za to, że nie było go, kiedy dorastała. A on przecież nie wiedział, że
ma córkę, dowiedział się przypadkiem, odnalazł ją, zachwycał się nią,
bał się jej przedstawić, a teraz już nic nie miało znaczenia.
Jeszcze raz prześledził wzrokiem złote litery na czarnej płycie
nagrobkowej: Kamila Kawęcka, dwie daty, jakiś dopisek o wiecznej
pamięci, którego nie mógł zapamiętać, i to niechciane zdjęcie. Jego
twarz pozostała niewzruszona, chociaż dusza wciąż płonęła ogniem
rozpaczy. Swój zapas łez już wypłakał, teraz jego oczy pozostawały
suche.
Spojrzał na zegarek. Była jedenasta pięćdziesiąt dwie. Według planu
ułożonego poprzedniego wieczora zostało mu jeszcze osiem minut. Nie może
zostać tu dłużej, bo złapie opóźnienie i cały plan znowu szlag trafi,
doprowadzając go do frustracji i ataku paniki. Myślał nawet, czy nie
odejść stąd wcześniej, wtedy będzie miał kilka minut zapasu i jeśli
nawet trafi na nieoczekiwane korki, nic się nie stanie. Po chwili jednak
postanowił zostać tu na te ostatnie minuty. Nie poświęcił córce zbyt
wiele czasu za jej życia, właściwie nie poświęcił jej ani chwili, więc
przynajmniej teraz jej to w jakiś sposób wynagrodzi. To było głupie,
jako psycholog doskonale rozumiał ten mechanizm. Miał on na celu
uspokoić jego sumienie, tłumaczyć przed samym sobą tak długo, aż urośnie
w nim przekonanie, że jednak chociaż w pewnej części odkupił swoje winy
wobec córki. Takie to były prymitywne mechanizmy obronne, wykształcone
przez tysiąclecia ewolucji. Znane, już dawno opisane, a jednak cięgle
skuteczne. Nawet doświadczony terapeuta, jakim był Lesiecki, dawał się
na nie złapać. Prawie słyszał śmiech, jakim skomentowałby te jego myśli
Ariel. I to raczej byłby szyderczy rechot, bo on nigdy nie gryzł się w język, a Maciej mu na to pozwalał.
Pierwsze dni października przyniosły falę nienormalnie wysokich
temperatur, już nikt nie pamiętał, kiedy padał deszcz, więc natura
zamiast cieszyć oko ostatnimi chwilami zieleni, wzbudzała niepokój
wyschniętymi trawnikami i drzewami z uschniętymi przedwcześnie liśćmi.
Tak jak wysoki żywopłot, odgradzający poszczególne sektory cmentarza,
przy którym znajdował się grób Kamili Kawęckiej. Tak naprawdę trudno
było stwierdzić, czy usechł, czy przedwcześnie zaczął zrzucać liście.
Kiedy Maciej Lesiecki miał jeszcze pięć minut, nagle usłyszał kroki,
które zatrzymały się tuż za jego plecami.
-?Przepraszam, kim pan jest? -?dobiegł go zaniepokojony głos kobiety. -
Już wcześniej widziałam, że odwiedza pan grób mojej córki.
Lesiecki zdrętwiał. Znał ten głos, należał do matki Kamili. Kiedyś była
piękną kobietą, robiła karierę modelki, potem została prezenterką pogody
w telewizji, a jeszcze później dała o sobie znać jej słabość do łatwego
życia i związała się z synem milionera, który ostatecznie ją porzucił
dla młodszych. Krótkie pocieszenie znalazła w ramionach Lesieckiego, ale
potem nagle zniknęła i nawet nie wiedział, że jest ojcem.
Nie chciał jej spotkać i już praktycznie nie miał dla niej czasu.
Cholerny pech. Ona nie wiedziała o jego wyrzutach sumienia, nie miała
pojęcia, że ta tragedia wydarzyła się przez niego. Nie mogła wiedzieć,
bo w przeciwnym razie takie spotkanie mogło się źle skończyć. Na
szczęście nie wiedziała, a on nie miał zamiaru jej o tym powiedzieć.
Teraz był silniejszy. Odwrócił się i spojrzał w twarz Oliwii. Nadal była
piękna, lecz czas zrobił swoje. Może dołożyły się do tego papierosy,
trochę za dużo alkoholu, a ostatnio stres. W podkrążonych oczach czaił
się bezmierny smutek, który na moment rozwiało zaskoczenie.
-?Ariel? -?zapytała cicho.
-?Teraz mam na imię Maciej.
-?Jak to? -?Zrobiła wielkie oczy.
-?Długo by opowiadać -?rzucił trochę na odczepnego i nerwowo spojrzał na
zegarek.
Miał niecałe trzy minuty. Chciał odejść, ale nie mógł oderwać od niej
wzroku. Oliwia otwierała i zamykała usta, nie wiedząc, co ma powiedzieć.
Wreszcie jej oczy zalśniły łzami.
-?Jak się dowiedziałeś? -?Głos jej drżał.
-?Od policji. Byłem przesłuchiwany. Nawet mnie przymknęli na kilka
godzin. -?Pierwsze dwa słowa były kłamstwem, następne były prawdziwe.
Może dlatego Kawęcka niczego złego nie wyczytała z jego twarzy i głosu.
-?Przepraszam. -?Po jej policzkach potoczyły się łzy.
Półtorej minuty. Zaczął się denerwować.
-?Za co przepraszasz? -?zabrzmiał opryskliwie.
-?Że ci nie powiedziałam. Teraz żałuję, naprawdę. Może gdyby Kamila cię
znała, życie potoczyłoby się inaczej i wciąż by żyła... -?Głos jej się
załamał i przeszedł w szloch.
Minuta. Maciej Lesiecki zaczął panikować. Chciał ją ominąć, ale ona
zastąpiła mu drogę.
-?Muszę już iść. -?Próbował ją odsunąć.
-?Arielu... -?zaczęła.
-?Nie mam teraz czasu! -?przerwał jej, wreszcie ją wyminął i ruszył
szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.
Po chwili zaczął biec. To była paniczna ucieczka. Czas mu się kończył,
lecz to był tylko pretekst.
Nie mógł jej powiedzieć prawdy.
Laura -?wiele lat wcześniej
Laura zatoczyła się na schodach i omal nie poleciała w dół. Siostra ją przytrzymała, szarpiąc
rozpaczliwie.
-?Laura, musimy stąd iść -?szeptała jej przerażona do ucha. -?Oni zaraz
się ockną. Przyjedzie policja, aresztują nas.
-?Nikt nas nie aresztuje -?wybełkotała, ciągle otumaniona ciosem
butelką.
-?Boże, ja chyba go zabiłam!
Laura pokręciła głową, krzywiąc się z bólu.
-?Nie zabiłaś go -?zapewniła. -?Takie sukinsyny mają twardą czaszkę
pozbawioną mózgu, dlatego pewnie nic mu nie jest.
Uspokajała Alicję, ale sama była przestraszona. Widziała wyraz twarzy
gościa, którego Alicja zdzieliła bejsbolem po łbie, i ten obraz wcale
jej się nie spodobał. Naprawdę musiały szybko się stąd oddalić, nie
tylko ze względu na możliwość zemsty kolegów Alicji.
Zatrzymała siostrę stanowczym ruchem.
-?Daj mi minutę -?powiedziała słabo.
Alicja pokiwała tylko głową, a jej twarz aniołka z obrazów była teraz
wykrzywiona strachem. Highway to Hell. Nawet anioły bały się tej drogi
na samo dno, na wieczne potępienie.
Laura oparła się o ścianę na półpiętrze i starała się zatrzymać wzrokiem
deski podłogi, tańczące jej pod nogami. Nagle poczuła mdłości i zwymiotowała na ścianę. Niedobrze, zostawiała po sobie za dużo śladów,
lecz niestety było już za późno. Wytarła załzawione oczy rękawem bluzy,
na głowę naciągnęła kaptur, drugim rękawem wytarła krew z policzka i naprawdę poczuła się lepiej.
-?Idziemy!
Tym razem o wiele szybciej ruszyły w dół schodów. Nasłuchiwały, lecz na
górze nic się nie działo. Ten dziwny chłopak o czarnych włosach i hipnotyzującym spojrzeniu, gdyby był trzeźwy i chociaż odrobinę
odpowiedzialny, nie wyznawałby Laurze miłości, tylko jak najszybciej
zatelefonował po pogotowie i gliny. No chyba że był tak naćpany, iż nie
dostrzegł czołgających się po podłodze zakrwawionych kolegów.
-?Wzięłaś kij? -?zapytała Laura.
-?Tak.
Sama sprawdziła kastet na palcach. Wciąż tam był i przydał się bardzo.
Miała nadzieję, że ten przeklęty Daro stracił co najmniej dwa zęby i jeszcze długo będzie ją wspominał.
-?Kolego, poratuj groszem!
Ten sam ćpun wyciągał do nich tę samą brudną łapę.
-?Spierdalaj! -?Tym razem pogoniła go Alicja.
Kiedy wyszły na chodnik, już się ściemniło, tym razem z nieba obficie
padało to białe gówno, zamieniając się zaraz w wodnistą breję,
rozchlapującą się przy każdym kroku.
-?Co dalej? -?zapytała bezradnie młodsza z sióstr.
Laura dopiero teraz dostrzegła poważną lukę w swoim doskonałym planie.
Nie zabezpieczyła odwrotu. Obiecała sobie już nigdy tak nie pokpić
sprawy.
-?Niedaleko jest pętla autobusowa.
Powlokły się noga za nogą w kierunku pętli i wsiadły do jedynego
stojącego tam autobusu. Numer był nieważny, po prostu musiały się stąd
jak najszybciej wydostać. Na szczęście nie minęły trzy minuty, kiedy
kierowca uruchomił silnik, drzwi zamknęły się z sykiem i stary autobus
ruszył w swoją mozolną podróż po mieście, cierpliwie walcząc z zapadającym zmrokiem i padającym śniegiem. Jak co dzień, nie wiadomo już
od kiedy. To było smutne życie. Co dzień po kilka razy ta sama trasa, te
same przystanki, korki na tych samych ulicach.
Laura nieoczekiwanie dla samej siebie właśnie wtedy postanowiła, że jej
życie nie będzie tak wyglądać. Nie da się wcisnąć w ten sam schemat.
Zrozumiała też, co chce robić w życiu. Jak to możliwe, że miała dotąd
jeszcze jakieś wątpliwości? Przecież ona była stworzona do tej roboty.
Pewnie nadawała się do tego o wiele bardziej niż faceci, którzy
zawłaszczyli sobie ten zawód i niechętnie wpuszczali do swojego
towarzystwa kobiety. To nic. Jeszcze zasłuży sobie na ich szacunek,
wywalczy go, choćby miała szarpać zębami. Po dzisiejszym dniu wiedziała,
że sobie poradzi.
Wysiadły przy dworcu głównym PKP, przesiadły się na właściwy autobus i w milczeniu pojechały do domu. Alicja opatrzyła Laurze ranę, a potem
siedziały obok siebie na kanapie w szlafrokach z podkulonymi nogami.
Laura walczyła z bólem głowy, na który nie pomagały żadne lekarstwa.
Wreszcie nalała sobie duży kieliszek wina i sączyła, krzywiąc się. Żebra
też ją bolały przy każdym głębszym oddechu.
-?A dla mnie? -?zapytała Alicja z pretensją w głosie.
-?Ty jesteś, gówniaro, nieletnia! -?Laura nie utrzymała już nerwów na
wodzy i wybuchnęła.
-?Ale tylko na spróbowanie -?zaprotestowała jej młodsza siostra.
Westchnęła i podała jej kieliszek. Młoda pociągnęła dwa łyki i skrzywiła
się jeszcze bardziej niż Laura przed chwilą.
-?Widzisz, to nie dla ciebie.
Potem milczały długo. Alicja zerkała na nią nieśmiało, wreszcie cicho
zapytała:
-?Dlaczego obcięłaś włosy?
Laura odruchowo przejechała dłonią po głowie i zasyczała z bólu.
-?Posłuchaj, młoda -?rzuciła ostrzejszym tonem. -?Musimy chyba coś sobie
wyjaśnić, prawda?
Oczy jej siostry nagle się zaszkliły, warga zaczęła drżeć, wolno
przysunęła się do niej, nieśmiało przytuliła i dopiero teraz wstrząsnął
nią niepowstrzymany szloch. Płakała z twarzą wtuloną w jej ramię, a Laura wolną ręką głaskała ją po plecach. Ale nic nie mówiła, czekała na
to, co usłyszy.
-?Przepraszam.
Chwila przerwy i popłynęła reszta słów. Dzisiejsze zdarzenia sprawiły,
że nastolatka musiała bardzo szybko dorosnąć i zmienić perspektywę, z jakiej patrzyła na życie.
-?Przepraszam cię, Laura. Kocham cię. To wszystko moja wina... bo ja... bo
tak mocno mi brakowało rodziców, że sobie z tym nie poradziłam.
Obwiniałam niesprawiedliwie wszystkich, łącznie z tobą. A przecież
dzięki tobie nie poszłam do domu dziecka. Poświęciłaś się dla mnie.
Przepraszam. Oni już nie będą moimi kolegami, nie będę uciekać z domu,
pomogę ci.
Znowu z oczu Alicji popłynęły łzy. Laura mocniej ją przytuliła.
-?Nie musisz mi pomagać. Jeśli tylko pójdziesz do szkoły, będziesz się
uczyć i zerwiesz stare znajomości, poradzimy sobie.
-?Przepraszam...
Laura odsunęła ją od siebie, popatrzyła na zaczerwienione i mokre od łez
oczy, a potem zmierzwiła jej ciemne włosy.
-?Nie przepraszaj, tylko obiecaj.
-?Obiecuję.
-?I dotrzymaj słowa.
-?Dotrzymam. Dlaczego ścięłaś włosy?
Laura długo nie odpowiadała, wreszcie spojrzała siostrze w oczy.
-?Ja też dzisiaj podjęłam ważną decyzję -?powiedziała. -?Muszę się
zmienić. Nie mogę myśleć tylko o tobie i o innych. Bo widzisz, takie
myślenie omal nie skończyło się katastrofą. Muszę myśleć o sobie, a ja...
jestem inna. Nie jestem typem blondynki z długimi włosami. Ścięłam je,
żeby być silniejszą i robić w życiu to, co chcę.
-?To znaczy co? -?Alicja wpatrywała się w nią wielkimi oczami, jakby
spodziewała się od siostry deklaracji odmienności seksualnej.
-?Postanowiłam zostać policjantką -?oznajmiła Laura, czym trochę ją
uspokoiła. -?Marzyłam o tym od dziecka, potem chciałam zostać
prawnikiem, bo z tego jest więcej pieniędzy. Wiesz, myślałam głównie o tym, żeby tobie było dobrze, a to nie tak. Muszę robić w życiu to, co ja
chcę. Pomożesz mi w tym?
Alicja gorliwie pokiwała głową. Tym razem na jej twarzy malował się
zachwyt. Pewnie już sobie ją wyobrażała w mundurze na paradzie. Tylko że
przecież praca w policji wcale tak nie wygląda. Tak jest tylko na pokaz,
codzienność to zło, brud i zgnilizna. Jak ten cholerny luty w tym roku.
-?I wiesz co? -?Laura uśmiechnęła się gorzko. -?Ja chyba się nie nadaję,
żeby mieć męża i dzieci. To jak dla mnie za dużo.
Nie mogły zasnąć do późna w nocy. Alicja się bała, że zaraz ktoś zapuka
do ich drzwi. I chyba bardziej bała się zemsty kolegów niż policji.
Wreszcie zasnęła. Laurze udało się to dopiero, kiedy świt liznął zasłony
w oknach. Walczyła z bólem głowy, żeber, a potem ze wspomnieniem
czarnowłosego chłopaka o niepokojącym spojrzeniu nienaturalnie lśniących
oczu. Kim był? Kiedy zamykała oczy, słyszała w głowie jego wyznanie
miłości. Postanowiła zapytać o niego Alicję następnego dnia. Tylko że
nie zapytała.
Zapomniała o nim na długo. Prawie na zawsze.
4
Przez kilka pierwszych dni komisarz
Laura Wilk omijała aspiranta Bielczyka szerokim łukiem. Zarzuciła go
stosem papierów, zdjęć, protokołów z przesłuchań świadków i zakomunikowała, że będzie mógł z nią porozmawiać dopiero, gdy się z tym
wszystkim zapozna.
-?Podobno morderca zawsze znajduje się w pierwszym tomie akt -?zakpiła
złośliwie.
Bielczyk spojrzał na biurko zawalone segregatorami. Kilka dodatkowych
teczek leżało też na podłodze.
-?To stwierdzenie nie zawsze się sprawdza -?burknął niezadowolony.
Laura nachyliła się do niego nad biurkiem, oparła dłonie na tej górze
papierów i zajrzała mu w oczy. Nie spodobało mu się jej spojrzenie, było
zimne i wrogie. Wolał to z piątkowej nocy, kiedy patrzyła na niego
zupełnie inaczej. Chciał rzucić jakąś złośliwą uwagę na ten temat, ale
na szczęście w porę ugryzł się w język. I tak byli w czarnej dupie ze
swoimi relacjami zawodowymi, bo o innych nie mogło być na razie mowy.
Laura traktowała go jak powietrze, a kiedy już musiała z nim
porozmawiać, robiła to szybko, minimalizując liczbę słów i patrząc na
niego jak na paskudnego insekta, którego chętnie by rozgniotła butem na
trotuarze, ale nie pozwalało jej na to objęcie go ścisłą ochroną.
-?Posłuchaj mnie, panie młodszy aspirancie -?odezwała się. -?Nie
czekaliśmy na żadną pomoc od kolegów z Warszawy, sami sobie poradzimy z Poltergeistem. Wiesz, dlaczego tak długo mu się udaje i jeszcze go nie
dopadliśmy? Bo mieliśmy w wydziale skorumpowanych gliniarzy, którzy nam
w tym przeszkadzali. Ale już pozbyliśmy się tego problemu i teraz w mojej grupie są młodzi i dobrze zapowiadający się śledczy.
-?Który z nich zna się na ściganiu seryjnych zabójców? -?wtrącił się z pytaniem Bielczyk.
-?A ty ilu już złapałeś, że tak się chwalisz tym kursem w FBI? -
odgryzła się.
-?Żadnego -?przyznał -?ale jestem najlepiej przygotowany do ich ścigania
ze wszystkich śledczych w kraju.
Laura obdarzyła go cynicznym uśmiechem.
-?Na razie jesteś dla mnie ostatni w drabince przydatności spośród
wszystkich ludzi w moim zespole. Na więcej musisz sobie zasłużyć. Chyba
się domyślasz jak?
-?Jak? -?wyrwało mu się.
Wilczyca zrobiła krótki gest dłonią, wskazując mu leżące wszędzie
segregatory.
-?Udowodnij, że twoje słowa nie są tylko folderem reklamowym -
powiedziała. -?Znajdź w tych papierach coś, na co ja i moi poprzednicy
nie zwróciliśmy uwagi albo nie doceniliśmy wagi tego czegoś. To będzie
dla ciebie dobre wejście. Nie uważasz?
-?Dobrze -?zgodził się szybko.
Był tu już trzeci dzień, a jeszcze tak długo z nim nie rozmawiała, nie
licząc pierwszego razu w damskiej toalecie. Dużo by zrobił, żeby
pociągnąć jeszcze tę rozmowę, ale komisarz Wilk miała inne plany.
Wyprostowała się i ruszyła do drzwi. W drzwiach się zatrzymała i odwróciła jeszcze na moment.
-?Dobrze by było, gdybyś zdążył do piątku -?rzuciła. -?Poltergeist już
dawno się nie pojawił i cały czas zagrożenie rośnie. Jakbyś czegoś
chciał, dzwoń do aspiranta Kowalewskiego, Młodego, poznaliście się już.
To bystry młody człowiek, dogadacie się.
Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi już się za nią zamknęły.
Młodszy aspirant Bielczyk odchylił się w fotelu i splótł dłonie na
karku. Zamyślił się. Nie miał Laurze za złe, że jest nieufna i nie chce
kogoś niesprawdzonego wpuścić do zespołu. Po tym, co się zdarzyło trzy
miesiące temu, wcale jej się nie dziwił. Krążyło wiele plotek, ale
mnóstwo faktów nie wyszło poza ścisłe kierownictwo policji. Podobno było
starcie z Poltergeistem, w którym nie poradziło sobie trzech bardzo
doświadczonych gliniarzy. Potem komisarz Laura Wilk została na długo
zawieszona, ale wróciła i dalej kierowała grupą śledczą. O tym też się
głośno mówiło. Wilczyca musiała mieć mocnych protektorów, skoro po tym,
co się stało, wróciła, albo naprawdę w wojewódzkiej nie było nikogo
lepszego od niej.
Dominik popatrzył na piętrzące się wokół niego segregatory i skrzywił
się. Nie będzie łatwo, był tego pewien, i wiedział dlaczego. Przez
przypadek poznał zupełnie inną twarz Wilczycy, nie tę, którą sprzedawała
codziennie w pracy, ale tę, której nie zna nikt, albo poznali bardzo
nieliczni. Pokazała mu, że prywatnie jest prawdziwą kobietą, a nie
cholerną superwoman w mundurze. Teraz się bała, że on wykorzysta tę
wiedzę przeciw niej, i reagowała agresją. Przejdzie jej, bo on nie miał
zamiaru jej zdradzić, miał inne cele. Teraz zdał sobie sprawę, że cele
ich obojga są ze sobą zbieżne. Ona chciała udowodnić, że jest najlepsza,
dopadając Poltergeista, i jemu zależało na tym samym. To miał być tylko
środek do realizacji jego celu -?on chciał udowodnić sobie i innym, że
się do tej roboty nadaje. Był też inny cel, o wiele ważniejszy. Ale na
niego czas przyjdzie później.
Zrobił sobie kawę i przeszedł do przeglądania akt.
Zabójca, ochrzczony pochodzącym z języka niemieckiego słowem
określającym złośliwego ducha, pojawił się ponad pięć lat temu. Jego
pierwszą ofiarą była Anna Jaśkowska mieszkająca w dzielnicy Krzyki. Była
ładną dziewczyną, miała cudowne dołeczki w policzkach, długie ciemne
włosy i błysk w oku, kiedy uśmiechała się do fotografa. Poczuł się
dziwnie ze świadomością, że ona już od dawna nie żyje.
Zerknął na spis dokumentów znajdujących się w pierwszej teczce i najpierw odszukał zdjęcia z miejsca zbrodni. Zabójca gwałcił, a potem w specyficzny sposób okaleczał swoje ofiary. Często miały połamane ręce,
sińce na nogach, powykręcane kostki, niekiedy złamane piszczele, jakby
taki rodzaj tortur szczególnie go podniecał. Zdarzały się też wykręcone
barki, nacięcia na głowie, udach i podbrzuszu. Czasem krwi było więcej,
innym razem mniej. Ciała znajdowano po kilku dniach nagie, w miejscach
oddalonych od ludzi: na polach, w rowach, na łąkach, pod lasem.
Lokalizacje miały jedną cechę wspólną -?można było tam dojechać autem
osobowym. Wcześniej zabójca musiał te miejsca odnaleźć, a niewykluczone,
że w nich bywał, żeby uniknąć niespodziewanych kłopotów.
Niby wszystko to już wiedział, oglądał fotografie, część raportów czytał
z policyjnej bazy, zapoznał się z profilami psychologicznymi sprawcy, a były ich aż trzy, sporządzone przez dwóch najlepszych profilerów w kraju
i jednego z USA. Akurat tego, który prowadził kurs organizowany przez
amerykańskie Federalne Biuro Śledcze dla sojuszników z Europy. Tylko że
coś Bielczykowi w tych dokumentach nie grało. Wszyscy wskazywali na
motyw seksualny, na osobę zaburzoną, w dzieciństwie skrzywdzoną przez
najbliższych, być może nawet molestowaną seksualnie. Stąd u sprawcy
miała się brać z jednej strony nienawiść do młodych dziewczyn, a z drugiej strony dzikie, trudne do zaspokojenia pożądanie, pchające go do
zbrodni.
Jednak Bielczyk nie do końca był przekonany, że za wszystkim stoi motyw
seksualny. To był jeden z pewników w tym śledztwie, więc próbując myśleć
inaczej, spodziewał się, że zostanie napiętnowany i zaraz potem wygnany,
gdy tylko wygłosi swoje kontrowersyjne tezy. Albo spalony na stosie jako
heretyk śledczy, wątpiący w jedyną prawdę o zabójcy, zawartą w trzech
księgach pisma świętego psychologów, napisach przez trzech apostołów
policyjnego profilowania. W tym przez jego mentora z USA.
Jednym z uczuć, jakie wyniósł z tego szkolenia, było zwątpienie. Odkąd
za oceanem policja zaczęła na stałe współpracować z psychologami przy
ustalaniu profilu psychologicznego sprawcy i narodzili się profilerzy,
ci ostatni zaczęli być traktowani jak wszystkowiedzący mędrcy. Po kilku
głośnych porażkach amerykańska policja zaczęła ich traktować z pewnym
dystansem i ich opracowania wykorzystywać bardziej jako wskazówki, a nie
jako prawdę objawioną. Tymczasem w Polsce profilowanie było profesją
dość młodą i policja popełniała jeszcze ten sam błąd. Za mocno wierzyła
w to, na co wskazują oficjalne profile zabójców. On jakoś ciągle wątpił
i był ostrożny. Tak jak teraz, w przypadku Poltergeista.
Dominik miał wrażenie, że ten złośliwy duch wcale nie wyładowuje na
ofiarach swoich negatywnych seksualnych emocji, sięgających daleko poza
granicę dewiacji. Jakoś to mu się nie kleiło w zestawieniu z innymi
faktami. Przy trzech ofiarach znaleziono wióry, które omal nie
doprowadziły do ujęcia zabójcy. Okazało się, że podszywał się pod
właściciela zakładu stolarskiego. Czy ktoś, kto cierpi na zaburzenia na
tle seksualnym, tak by ryzykował? Narażał się na rozpoznanie przez
świadków, których były dziesiątki, narażał na możliwość popełnienia
błędu, który mógłby doprowadzić policję na jego trop? A przecież tak
właśnie się stało. Te wióry w końcu doprowadziły policję do niego. Tylko
cudem udało mu się wtedy uciec. Jaki to miało sens?
Była jeszcze inna sprawa. Ariel Lesiecki, przyjaciel Laury Wilk. Został
aresztowany, ponieważ większość ofiar miała z nim jakieś związki.
Oczywiście policja zwolniła Lesieckiego, gdy tylko dokładniej
przeanalizowała zebrane dowody. Potem, kiedy komisarz Laura Wilk była
zawieszona, psy dostały wścieklizny i przewróciły życie Lesieckiego do
góry nogami. Niczego nie znaleźli, a sam psycholog był wielokrotnie
przesłuchiwany i też nie potrafił pomóc. Wreszcie i ten trop został na
chwilę zarzucony. Do powrotu Laury Wilk. Ona nadal miała Lesieckiego na
oku.
Młodszy aspirant Bielczyk zrobił sobie drugą kawę. Pił ją tak długo, aż
resztka na dnie kubka wystygła i przestała mu smakować. W tym czasie
przeglądał akta kolejnych zabójstw i ciągle się zastanawiał. Wreszcie
wyciągnął notes i złożył teczki na dwie kupki, dzięki czemu na środku
biurka zrobiło się trochę miejsca. Jak Poltergeist wypadł w świetle
tego, czego Dominik dowiedział się na kursie?
Został nauczony, że podstawą było przyporządkowanie zabójcy do jednej z kilku grup. W latach siedemdziesiątych XX wieku agent federalny Robert
Ressler wraz ze swoimi współpracownikami wprowadzili termin "seryjnego
mordercy" oznaczający sprawcę, który dokonał trzech lub więcej
morderstw. Zaproponowali też najpowszechniejsze kryteria podziału
seryjnych morderców ze względu na ich stopień zorganizowania, mobilność
oraz na motyw zbrodni i cechy charakterystyczne ofiary.
Według kryterium stopnia zorganizowania podzielono morderców na
zorganizowanych i niezorganizowanych. Tych pierwszych charakteryzuje
bardzo dobre planowanie zbrodni, ich precyzyjne wykonanie i pewna
powtarzalność działań. Mordercy zorganizowani często krępowali swoje
ofiary, korzystali z samochodu, a aktów seksualnych dokonywali na żywej
jeszcze ofierze, ponieważ ważne dla nich było poczucie dominacji i kontroli. Tylko niewielki procent sprawców z tej grupy łamał swoje
ustalone schematy i postępował w inny sposób, co zazwyczaj było
wymuszane nieprzewidzianymi okolicznościami. Na miejscu zbrodni
pojawiały się osoby trzecie, ofiara stawiała nieoczekiwany opór lub
wystąpiły inne niekorzystne dla sprawcy okoliczności. To właśnie
odstępstwo od tego schematu było dla mordercy zorganizowanego gwoździem
do trumny. Zwykle zostawiał ślady i popełniał błędy, które naprowadzały
policję na jego trop.
Na drugim biegunie znajdował się zabójca niezorganizowany. Teoretycznie
łatwiejszy do złapania, ponieważ działał pod wpływem impulsu i zostawiał
na miejscu zbrodni masę śladów. Zazwyczaj dokonywał aktów seksualnych
post mortem, potem układał zwłoki w dla siebie tylko zrozumiały
sposób, znęcał się nad ciałem, co miało na celu depersonalizację ofiary.
W późniejszym czasie zostały opracowane inne metody podziału seryjnych
morderców. Zaczęto dzielić ich na megastatycznych, czyli takich, którzy
mieszkają w tej samej okolicy co ich ofiary, oraz na megamobilnych,
których cechą charakterystyczną było szybkie przemieszczanie się i działanie w miejscach znacznie od siebie oddalonych. Do tych ostatnich
zaliczał się Ted Bundy, który swoim potwornym garbusem przemierzał setki
mil w poszukiwaniu ofiar. Na przykładzie Bundy'ego analizowali podziały
seryjniaków na kursie, więc Bielczyk teraz podświadomie porównywał
Poltergeista do niego, co chyba nie było dobrym pomysłem. Musiał szybko
się z tego otrząsnąć. Skupił się na kolejnych podziałach i zapisał
wnioski w notesie.
Kolejnym kryterium podziału była mobilność sprawcy. Podróżujący to byli
ci, którzy działali na dużym obszarze, lokalni działali w mieście lub w jego okolicach. Lokalni zazwyczaj zabijali we własnym domu, w pracy albo
w innym ulubionym miejscu, na przykład na działce. Najbardziej znanym
przykładem takiego mordercy był Jeffrey Dahmer, który mordował i przez
jakiś czas przechowywał zwłoki we własnym mieszkaniu, w piwnicy babci
lub w domu z dzieciństwa. Bielczyk zawsze czuł niesmak, kiedy go
wspominał. Serial zrobił z niego gwiazdę, podczas gdy facet był potworem
i dawno powinien zostać zapomniany. Żyjemy jednak w popieprzonym
świecie.
Poltergeista łatwo było zakwalifikować do powyższych kategorii. Jednak
czy na pewno? Dominik zastanowił się przez moment. Na pewno był zabójcą
zorganizowanym, nic nie pozostawiał przypadkowi, miał swoje rytuały,
których się trzymał, ofiary były wykorzystywane seksualnie przed
śmiercią. Bez wątpienia był też mobilny, skoro poruszał się autem,
podrzucając ciała w miejscach, do których dało się dojechać. Z pewnością
działał lokalnie, być może był związany na stałe z jednym miejscem.
Można było założyć, że ofiary przetrzymywał i mordował w domu lub w miejscu mu bliskim i dla niego bezpiecznym. Tylko czy na pewno tak było?
Porwanie i otrucie jednej z ofiar kompletnie odbiegało od schematu,
jakby było działaniem podyktowanym potrzebą, a dopiero później powstał
plan. Sonia Budka była przetrzymywana w innym miejscu niż pozostałe
ofiary, zabójca złamał swój schemat, podrzucając ubrania w starej szopie
na polu, w małej wiosce pod miastem. Po co to zrobił? To się nie
trzymało kupy, ale mogło wynikać z trzeciej klasyfikacji seryjnych
morderców, zaproponowanej przez amerykańskich profilerów, która teraz
interesowała Bielczyka najbardziej. To była klasyfikacja ze względu na
motyw zbrodni i charakterystykę ofiar.
Tu morderców dzielono na cztery grupy. Wizjonerów, czyli jednostki chore
psychicznie, często wykonujące wyznaczony im Boży Plan i mordujące
według określonego klucza, takiego jak na przykład: wiek, zawód, rasa.
Nazwa wzięła się od często występujących u nich halucynacji, urojeń i świętych objawień. Misjonarze, czyli mordercy z drugiej kategorii,
zwykle nie wykazują objawów choroby psychicznej, a zabijają, żeby pozbyć
się ze społeczeństwa określonej grupy społecznej. Często ich ofiarami
były prostytutki i osoby o odmiennej orientacji seksualnej. Do trzeciego
zbioru zaliczani byli maniacy władzy i przemocy. Im zależało przede
wszystkim na osiągnięciu całkowitej dominacji. Ofiara zazwyczaj była
duszona, ale ten proces mógł trwać bardzo długo, ponieważ morderca nie
od razu posuwał się do zabójstwa. Najpierw podduszał ofiarę, potem
skłaniał ją do błagania o litość i kontynuował powolne zadawanie
śmierci. Nawet akt seksualny był tylko ostatecznym potwierdzeniem
dominacji. Ostatnią grupę, tak zwanych hedonistów, psychologowie
podzielili na trzy podgrupy. Do pierwszej należeli zabójcy z lubieżności, których głównym motywem było zaspokojenie seksualne, do
drugiej zaliczali się zabójcy, którym najbardziej zależało na emocjach
związanych z nowym doświadczeniem, jakim było zadawanie śmierci.
Wreszcie do trzeciej przypisywano sprawców traktujących morderstwa jako
cel do osiągnięcia gratyfikacji finansowej lub psychologicznej.
Bielczyk długo zastanawiał się, jak zakwalifikować Poltergeista. Kreślił
schematy w notesie, a potem je zamazywał, przewracał strony i zaczynał
od nowa. Nie mógł wykluczyć, że zabójca był maniakiem religijnym i słyszał głos Boga, nakazujący mu mordowanie nastolatek, które mogą w przyszłości stać się obiektem złych myśli ich rówieśników ze względu na
swoje kształty, urodę lub zachowanie. Poltergeist wykazywał co prawda
bardzo duże skłonności sadystyczne, jednak bliżej było mu do trzeciej
grupy. Zabijał dla uczucia dominacji nad ofiarą, a akt seksualny i okaleczanie ciała były tylko dodatkiem do dania głównego: zdobycia
całkowitej władzy nad życiem i śmiercią młodej kobiety. Fakty były
niepodważalne.
Jednak i w tej kwestii po kilku minutach namysłu zaczynał mieć
wątpliwości. Znowu w działanie zabójcy wkradało się zaburzenie. Porwanie
i otrucie było tylko jednym z zaburzeń. Drugim był jeszcze ten cholerny
Ariel Lesiecki. Złośliwy duch działał jeszcze według innego schematu i pewnie miał jeszcze inne motywacje. Podczas kursu w USA Dominik
przenalizował działanie setki znanych światu w ostatnim stuleciu
seryjnych morderców, jednak nigdy nie spotkał się z takim schematem
postępowania jak u Poltergeista. Wszystkie ofiary były w jakiś sposób
związane z Lesieckim.
Po głębszym namyśle uznał, że Poltergeist był zabójcą zorganizowanym,
mobilnym, prawdopodobnie przywiązanym do miejsca, w którym pozbawiał
życia swoje ofiary, ale nie można było go zaliczyć do żadnej z pierwszych trzech grup klasyfikacji ze względu na motywy działania i charakterystykę ofiar. Bo on miał inny cel. On chciał na swój chory
sposób zemścić się na Arielu Lesieckim, zwracając na niego uwagę policji
i zabijając bliskie mu osoby. Można go było ostatecznie zaliczyć do
hedonistów dążących do osiągnięcia celów psychologicznych. Czyli nie był
szalony, a satysfakcję sprawiało mu pogrążanie w kłopotach Lesieckiego,
a potem obserwowanie jego cierpienia.
Pokręcił głową. Przecież Laura Wilk go wyśmieje, kiedy przedstawi jej
wnioski ze swoich przemyśleń. Oni to wszystko już wiedzieli, od dawna
działali na podstawie tych wytycznych i do niczego nie doszli.
Aspirant przerzucił kolejną kartkę w notesie i na samej górze
drukowanymi literami napisał: ARIEL LESIECKI. W tej chwili jednak wpadło
mu do głowy coś nowego. Wrócił do poprzedniej kartki, gdzie kreślił
schematy przynależności Poltergeista do odpowiedniej grupy. Narysował
strzałkę wiodącą do górnego, niezapisanego jeszcze rogu i tam postawił
wielki znak zapytania. A jeśli próby zaklasyfikowania Złego Ducha do
tych grup można o kant dupy potłuc? Może skurwysyn jest poza wszelkimi
klasyfikacjami. Takie wyjątki też się zdarzały i były omawiane na
osobnym panelu kursu. W takim przypadku na podstawie zachowania, śladów
na ciałach ofiar, ich charakterystyki, historii, środowiska, z którego
pochodziły, należało określić możliwe motywacje sprawcy. Bielczyk nigdy
tego sam nie robił, ale teraz nie miał wyjścia. Musiał udowodnić
Wilczycy, że się do swojej roboty nadaje.
Zerknął na walające się wszędzie teczki z dokumentami i segregatory,
rozsiadł się wygodniej na krześle i pochylił nad notesem. W ciągu kilku
kolejnych godzin zapisał maczkiem sześć stron i nakleił kilkanaście
żółtych karteczek na różnych dokumentach ze śledztwa. Kiedy w końcu
spojrzał na zegarek, było kilka minut po dwudziestej pierwszej.
5
Lekarz psychiatra Konrad Poznański
był postawnym czterdziestoletnim mężczyzną i posiadaczem nieco za dużego
brzucha, z czego zdawał sobie sprawę, lecz próbę rozwiązania tego
problemu zawsze odkładał na dzień jutrzejszy lub najlepiej na przyszły
tydzień. Podobnie jak wiele innych nieistotnych spraw, które
przeszkadzały mu w pracy. Kończyło się na tym, że spiętrzenie wielu
nierozwiązanych problemów co jakiś czas powodowało katastrofę. Albo
domową, w postaci awantur z żoną, albo zawodową, kiedy dopadała go góra
papierów odkładanych na coraz większy stos, albo towarzyską, kiedy
znajomi zrobili się drażliwi po tym, jak kolejny raz wykręcił się z czyjejś imprezy urodzinowej lub imieninowej. Zresztą ta ostatnia
katastrofa była najmniej ważna, a jej skutki stosunkowo łatwe do
usunięcia. Te dwie pierwsze wydawały się o wiele gorsze, ale co on, do
kurwy nędzy, mógł na to poradzić? Był tylko słabym człowiekiem, który
cierpiał na ciężki przypadek prokrastynacji. Co z tego, że zdawał sobie
sprawę z choroby? Nie pomagało też bycie psychiatrą i duże doświadczenie
w prowadzeniu zajęć z psychoterapii, na których zdarzało mu się leczyć
takie przypadki. Lekarzu, wylecz się sam, jak mówi porzekadło. Tylko że
nie był internistą, nie mógł sobie przepisać tabletek na ból gardła.
Psychiatra nigdy sam się nie wyleczy z własnych problemów psychicznych,
to jest niemożliwe. Musi skorzystać z pomocy innego lekarza, który będąc
obiektywnym, postawi właściwą diagnozę i zaproponuje odpowiednią
terapię. A on nigdy nikogo nie poprosił o pomoc. Szkoda było mu czasu na
takie drobiazgi. Więc obecnie był mniej więcej w połowie drogi między
jedną a drugą katastrofą.
Tym bardziej rozumiał pacjenta, który siedział teraz przed nim na sofie
i nerwowo spoglądał na zegarek, jakby kończył mu się czas i musiał
dokądś iść. Poznański patrzył na niego zafascynowany. Cholera, przecież
to planowanie dnia to też była jednostka chorobowa, tylko na razie
niezdiagnozowana. Tak naprawdę jego obecny pacjent był jednym wielkim
niezdiagnozowanym problemem psychicznym. No i właśnie dlatego zdecydował
się na wizytę u Konrada. Jego też nie obowiązywała zasada "Lekarzu, lecz
się sam".
Poznański przyjrzał się koledze z ciekawością, a zarazem życzliwością,
ale też z odrobiną niedowierzania. Mimo lat spędzonych na leczeniu
chorób psychicznych i setek godzin psychoterapii dla tych, którzy
jeszcze nie nadawali się do szpitala na oddział zamknięty, ciągle jednak
nie utracił empatii, w odróżnieniu od wielu swoich kolegów. Rozsiadł się
wygodnie w fotelu, odłożył na stolik notes, w którym robił notatki,
splótł ręce na piersiach i z ciekawością, ale też z troską, zapytał:
-?Ile mamy jeszcze czasu?
Siedzący przed nim kolega, psycholog Maciej Lesiecki, z którym znali się
już od dwóch dekad, pokręcił tylko głową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki