Rozdział 2
Pół roku wcześniej
Jadwiga zapukała do drzwi londyńskiej szeregówki. Myślała, że ze zdenerwowania zwymiotuje. Czekała chwilkę, potem usłyszała wesołe piski i drzwi się otworzyły. Stanęła w nich śliczna dziewczynka. Jej kasztanowe, pofalowane włosy sięgały ramion. Oczy miała niebieskie jak szafiry, twarz w kształcie serca i uśmiech od ucha do ucha.
- Hi! - odezwała się do gościa.
- Ja... Ja nie mówię po angielsku - wydukała Jadwiga. Przytrzymała się framugi drzwi, bo poczuła, że upadnie.
- O, jest pani Polką? - zapytała płynną polszczyzną dziewczynka.
- Tak.
- Ja też. Pół Polką, pół Angielką. - Mała dziewczynka patrzyła na nieznajomą szeroko otwartymi oczami.
Za jej plecami pojawiła się kobieta o porcelanowej cerze i jasnych, długich włosach. Amelia. Stanęła jak wryta. Po twarzy Jadwigi potoczyły się łzy, jakby ktoś odkręcił jakiś zawór. Leciały strumieniami.
- Mama? - zapytała tamta, chociaż nie musiała. Od razu ją poznała. Jej serce ją poznało.
- Ja... - wydukała Jadwiga.
Kobiety siedziały na kanapie. Taksowały się wzrokiem.
- Zmieniłaś się - powiedziała Jadwiga, by przerwać krępującą ciszę.
- Mam trzydzieści sześć lat.
- Hmm... - Pani Kowalik ściskała kubek tak mocno, że miała wrażenie, że pęknie. - Nie widziałyśmy się tyle lat.
- Niemal pół mojego życia.
- Pół twojego życia.
Zaczęły opowiadać sobie o dawnych czasach, o tym, co czuły, a czego nie czuły. O emocjach, popełnionych błędach...
- Nic o mnie nie wiedziałaś, nie widziałaś, że cierpię! - Amelia wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, raniąc przy tym matkę.
Jadwiga spojrzała na nią uważnie.
- Gdy patrzyłam na pusty talerz na wigilijnym stole, zawsze myślałam, że może właśnie teraz, już za chwilę, zdarzy się cud. Nagle rozlegną się kroki na schodach, stukanie do drzwi i usłyszę: "Mamo, to ja, Amelia! Wróciłam!". Ale cud nigdy się nie zdarzył. Od kilkunastu lat nakrycie dla mojej córki pozostaje puste. A ja czekam na nią. I zawsze będę...
Rok 1998
Nawet przed świętami pracowali w hurtowni po kilkanaście godzin na dobę, w końcu to gorący czas.
Trzy lata wcześniej Jadwiga zrezygnowała z posady nauczycielki, aby pomóc mężowi, i od tamtej pory materialnie nie brakowało im niczego. Pieniędzy mieli pod dostatkiem, interes kwitł, a każdy kwartał zapowiadał się tylko lepiej.
Niestety, życie rodzinne kulało, bo Kowalikowie spędzali w pracy każdą wolną chwilę. To był cud, że w Wigilię zdecydowali się zostać w domu.
W przeddzień Jadwiga obudziła się z myślą, że o czymś zapomniała. I bynajmniej nie była to lista zakupów, bo sporządzenie tej miała zaplanowane na dziś. To było coś ważnego, świątecznego. Co to mogło być?
- Choinka - podpowiedziała jej Amelia.
- No tak. Zapomniałam o choince.
- Może wybierzemy się razem na targ? - zaproponowała córka z nadzieją w oczach.
Jadwiga zmarszczyła brwi.
- Kupię sztuczną. Starczy na lata.
- Ale ona nie będzie pachnieć.
- Amelia, co to za różnica...
- No, jest różnica. - Dziewczyna zacisnęła usta, które przypominały teraz wąską kreskę. - Jest.
W tamtą Wigilię zalegli z mężem na kanapie przed telewizorem, a przed oczami przeskakiwały im świąteczne reklamy proszku do prania, samochodów i pożyczek na prezenty. Kolędy tylko gdzieś pobrzmiewały w tle. W domu Kowalików zupełnie nie czuło się świątecznej magii, nie pachniało Bożym Narodzeniem - Jadwiga nie miała czasu na gotowanie barszczu, lepienie uszek czy szatkowanie warzyw do ryby po grecku. W samo południe przyjechał catering.
- I co? Myślisz, że starczy? - zwróciła się Jadwiga do męża.
- Ja w ogóle nie mam ochoty świętować.
- Ja też. Ale wiesz, Amelia.
- Ona ma już siedemnaście lat... Zrozumie, że świat nie kręci się wokół ustrojonej choinki, prezentów i kolęd.
- No, ale...
W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu.
- Halo? - rzuciła Jadwiga do słuchawki. - Halo? - powtórzyła.
- Pani córka jest bezpieczna, nie szukajcie jej... - powiedział męski głos.
- Jak to bezpieczna? Gdzie ona teraz jest? - Jadwiga spanikowała. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe.
- Nie szukajcie jej - syknął tamten ktoś.
Pod kobietą ugięły się nogi. W ustach momentalnie jej zaschło. Bezpieczna? Jak to?
- Gdzie ona jest? - spytała na jednym wydechu.
Bip, bip... Mężczyzna po drugiej stronie się rozłączył.
Jadwiga weszła do pokoju blada jak ściana. Przytrzymała się futryny, bo miała wrażenie, że zaraz upadnie.
- Co się stało? - zapytał ją Maciek, podnosząc się z kanapy.
- A... Amelia... Ona... - Jadwiga się rozpłakała.
Maciek podszedł do żony i chwycił ją za ramiona.
- Co z Amelią? - W jego głosie Jadwiga wyczuła przerażenie.
- Dzwonił jakiś chłopak... Że... Że Amelia ma się dobrze i żebyśmy jej nie szukali.
- Ale jak to?! Dlaczego? O czym ty, do cholery, mówisz?!
Jadwiga sama nie rozumiała swoich słów. Pamiętała natomiast, że spojrzała w okno. Na dworze padał deszcz ze śniegiem. I wtedy pomyślała o choince. O tej pieprzonej żywej choince, przy której tak upierała się jej córka.
Zgłosiła zaginięcie Amelii. Funkcjonariusz poprosił, by przyniosła zdjęcie córki i listę jej znajomych. Jadwiga nie miała pojęcia o żadnych znajomych. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Amelia nikogo nie przyprowadzała do domu. Nie, kiedy oni w nim byli.
- Miejsca, w których córka bywa? - zapytał policjant, marszcząc brwi.
- Gdzie bywa? - powtórzyła, jakby chciała zyskać na czasie.
- Tak... - Funkcjonariusz przyjmujący zgłoszenie przeszywał ją wzrokiem, jakby ją oceniał. "Jesteś złą matką".
- No... Biblioteka, dom... Nie wiem...
Nic nie wiedziała ani o jej znajomych, ani o miejscach, które lubiła odwiedzać. Jaką zatem była matką?
Policja przyjęła zgłoszenie i to było wszystko, co dla niej zrobili. A Jadwiga szalała z rozpaczy. Zgłosiła się do Itaki, biura osób zaginionych.
- Policja nam nie pomaga - powiedziała kobiecie, która pracowała w fundacji zajmującej się poszukiwaniami. Korpulentna, o białych włosach i dobrotliwym wyrazie twarzy, siedziała za biurkiem i uśmiechała się przyjaźnie do petentki.
"I czemu ona się tak szczerzy?" - pomyślała ze złością Jadwiga.
- Szukali kilka dni, a teraz funkcjonariusz nam powiedział, że córka widnieje w bazie jako zaginiona. - Kręciła się na twardym krześle.
- Proszę się uspokoić - poprosiła tamta kobieta.
- Jak mam się uspokoić? Moją córkę porwano! - Jadwiga podniosła głos.
- Co powiedziała policja na temat domniemanego porwania? - Pracownica fundacji podkreśliła słowo "domniemanego", a Jadwiga poczuła, jak narasta w niej irytacja.
- "Żeby stwierdzić porwanie, muszą być twarde dowody. W tym przypadku takowych nie ma". Mnie się wydaje, że oni po prostu mają mnie gdzieś. Mnie i moją córkę! - Aż poczerwieniała na twarzy.
- W Polsce z domów uciekają tysiące nastolatków. Taka jest smutna prawda.
- Amelia nie uciekła! - Jadwiga traciła panowanie nad sobą.
- Jest pani tego pewna?
Oczywiście, że nie była pewna.
- Dzwonił do państwa jakiś młody mężczyzna, który zapewnił, że z córką jest wszystko w porządku. Gdyby ją porwał, żądałby okupu.
Po cholerę Jadwiga wspominała o tym telefonie? Teraz się go uczepią.
- Ten chłopak mógł powiedzieć cokolwiek.
- Mógł, ale gdyby ją porwał, żądałby okupu.
- Ta sprawa śmierdzi.
- Ucieczki zazwyczaj są śmierdzące.
Jadwiga poczuła, że złość ustępuje, zamiast tego dopadł ją przeraźliwy smutek.
- Czy ktoś od państwa mógłby przyjść i zobaczyć jej pokój? Może znajdziecie jakieś ślady, które my przeoczyliśmy.
- Wie pani, my nie przychodzimy do domów...
- Do jasnej cholery! - Jadwiga uderzyła otwartą dłonią w blat stołu. - To co robicie? Ani wy, ani policja... Nikt nie chce nam pomóc.
Kobieta nie zareagowała na wybuch pani Kowalikowej. Być może była już przyzwyczajona do widoku zrozpaczonych rodziców.
- Pracuję w fundacji przeszło piętnaście lat i z doświadczenia wiem, że problemy wychowawcze nie biorą się ot tak, z niczego. - Pracownica pokręciła głową.
- My nie mieliśmy z Amelią żadnych problemów. - Jadwiga wciąż mówiła podniesionym głosem. - Nie jesteśmy żadną patologią.
Pracownica omiotła ją wzrokiem. Poprawiła okulary i westchnęła.
- Proszę pani, ucieczki to nie domena rodzin dysfunkcyjnych. Zazwyczaj uciekają dzieciaki z tak zwanych dobrych domów. A wie pani dlaczego?
Jadwiga wzruszyła ramionami. Czuła, że to nie jest porwanie, jednak wolała się oszukiwać.
- Bo rodzice nie rozmawiają z dziećmi, nie mają dla nich czasu, a taki nastolatek czuje się samotny. Dorośli nie rozumieją, że więzi z dzieckiem buduje się latami, trzeba nauczyć się z nim rozmawiać, rozwiązywać wspólnie konflikty, poznać jego środowisko. Po prostu wejść w jego świat. A na to trzeba czasu. Według prawa córka nie jest już osobą nieletnią, skoro ukończyła siedemnaście lat, więc może decydować, gdzie i z kim chce mieszkać i gdzie przebywać.
- Ma tylko siedemnaście lat!
- Wiem. Postaramy się pani pomóc...
Kobieta zaczęła zadawać pytania Jadwidze i Maćkowi, który dołączył do żony. Jednak ani matka, ani ojciec zaginionej nie mieli za dużo do powiedzenia o córce. Nie znali jej kolegów ani jakichkolwiek telefonów kontaktowych. Nic nie wiedzieli o przyzwyczajeniach, dążeniach, lękach swojej pociechy.
- Wie pani... Amelia była cudownym dzieckiem. Wrażliwym, spokojnym. W przeciwieństwie do swoich rówieśników z liceum stroniła od hucznych imprez. Po szkole od razu wracała do domu albo siedziała z nosem w książkach. Kiedyś dużo ze sobą rozmawiałyśmy. - Jadwiga na wspomnienie dawnych rozmów z córką poczuła skurcz w żołądku. - Tak, to było kiedyś... A potem, wie pani, rozwój firmy. Kiedy ma się własny biznes, to trzeba harować od świtu do nocy. - Gardło jej się ścisnęło. Tłumaczyła się nie przed tą kobietą, a przed samą sobą.
Pani Kowalik dokładnie pamiętała, jak weszła do pokoju córki kilkanaście dni po jej zniknięciu. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że Amelia prawie w ogóle w nim nie mieszkała. Pokój nastolatki wygląda inaczej: plakaty na ścianach, porozrzucane ubrania, książki na podłodze. Niedopita herbata. Tymczasem w sypialni córki panował nienaganny porządek. Żadnych oznak zamieszkania. Jak często uciekała, zanim w końcu zostawiła ich na dobre? Co takiego zrobili ona i Maciej, że Amelia od nich odeszła? Czym sobie na to zasłużyli? Dziewczyna miała wszystko.
Wciąż pamiętała nagłówki w prasie, które krzyczały: "Normalna rodzina", "Szczęśliwa rodzina" - a jednak coś musiało być nie tak, skoro Amelia zaginęła.
Maciej wynajął biuro detektywistyczne, które miało pomóc Kowalikom odnaleźć córkę.
- Wynająłem detektywa - powiedział któregoś dnia, przeżuwając kawałek kotleta. - To napięcie doprowadza mnie do szału.
Jadwiga wypiła duszkiem szklankę wody. Zaschło jej w ustach z wrażenia.
- Co powiedział?
- Dałem mu wszystkie możliwe informacje. Twierdzi, że się odezwie, gdy tylko coś będzie wiedział.
- I?
- Przyjdą tutaj jutro i zadadzą nam kilka pytań.
- Ona nie uciekła! - Jadwiga spojrzała na męża. - To nie jest w jej stylu.
Maciej nie chciał dokopać żonie, ale najchętniej zapytałby: "A co jest w jej stylu?". Już sam nie wiedział, czy znał swoją córkę. Kiedy się rozminęli? Kiedyś tworzyli taki zgrany team! A teraz? Zaszła w ciążę...
Zrobiło mu się niedobrze. Wstał od stołu i poszedł do łazienki.
Kiedy dwoje detektywów pojawiło się w domu państwa Kowalików, Jadwiga była całkiem załamana. Panowie weszli do pokoju jej córki, by znaleźć jakiś ślad, który dałby im podpowiedź, dlaczego Amelia zniknęła z domu.
- Czy rozważali państwo ucieczkę? - zapytał starszy detektyw, który wyjął notes.
- Nie - powiedziała z przekonaniem Jadwiga.
- Nie wykluczam jej - odpowiedział Maciek.
- Była tutaj szczęśliwa. Niczego jej nie brakowało...
Ojciec uciekinierki wyjął z kieszeni notes. Jadwiga nie spuszczała z niego wzroku. Nic nie rozumiała. Co to za notatnik w fioletowej oprawie?
- Nie mówiłem ci nic... - zaczął Maciek i wstrzymał oddech. - Nie chciałem, żebyś to czytała.
- Co to?
- Jej notes.
- Gdzie to znalazłeś?
- Na strychu.
Jego żona pokręciła głową.
- Amelia nie wchodziła na strych, odkąd skończyła dwanaście lat. Choć kiedyś często się tam bawiła.
- Chyba jednak wchodziła - skontrował. Jego twarz poszarzała.
Co tam było napisane? Jadwiga wyrwała mężowi notes i zaczęła przerzucać kartki. Słowa nie pozostawiały żadnych wątpliwości: Amelia nienawidziła swoich rodziców.
Jadwiga nie mogła w to uwierzyć. W jednej chwili zrobiło jej się słabo.
- Mogę zobaczyć? - Starszy, wąsaty detektyw wyciągnął dłoń po zeszycik. Kobieta podała mu go drżącą ręką.
- Ona by nie uciekła - powiedziała głucho. Wciąż była w szoku. - To nastolatka. Nastolatki czasami mają dość swoich rodziców.
Detektyw w skupieniu przewracał kartki. Jadwiga zastanawiała się, co sobie o nich pomyślał. A zresztą nie powinno jej to obchodzić.
- Nie przychodzi państwu do głowy nikt, z kim mogłaby uciec?
Matka Amelii opuściła ręce na blat stołu i zaczęła się wpatrywać w swoje bransoletki.
- Ona nie uciekła. Została porwana - powiedziała z przekonaniem.
- Jakie stosunki panowały u państwa w domu? - zapytał młodszy detektyw, który do tej pory się nie odzywał. Ubrany był w obcisłe rurki i równie obcisły czarny T-shirt. Jego twarz była porowata, miał też kozią bródkę.
- Co pan insynuuje? - Maciej dotknął ramienia żony.
- Ja tylko zadaję pytania.
Dwa dni później Maciej rzucił mimochodem:
- Dzwonił ten detektyw.
Jadwiga wyprostowała się jak struna.
- Powiedział tylko tyle, że z tego, co widzi, to Amelia uciekła z chłopakiem.
- To nie może być prawda! - Jadwiga ukryła twarz w dłoniach.
Maciek odłożył sztućce na talerz. Nie miał ochoty na jedzenie.
- A jednak. Zbadał grunt, popytał tu i ówdzie, i... Tak jak przypuszczała policja, ona uciekła.
- Ona by nam tego nie zrobiła!
Dziś
- Nie jestem dumna z tego, co wam zrobiłam. Ani z tego, że uciekłam, ani z tego, że próbowałam za wszelką cenę spaść na dno. - Amelia zwróciła się do matki. - Ale to było moje wołanie o pomoc. Na początku cieszyłam się, że sprawiłam wam ból.
- Hmm... - Jadwiga westchnęła. - Myślałam...
- Mamo, ty o mnie wtedy nie myślałaś. Żadne z was o mnie nie myślało.
- Wyrosłaś na ludzi. - Jadwiga uśmiechnęła się niemrawo.
- Czyżby? - Amelia podniosła się z sofy i dolała kawy do filiżanek. - Nie potrafię stworzyć związku z żadnym mężczyzną. Jestem nadopiekuńcza w stosunku do córek. Boję się o nie każdego dnia. A co, jeśli one wywinęłyby mi taki numer? To byłaby kara za grzechy. Czasami tak drastyczny krok jest ostatecznością, gdy sytuacja w domu staje się nie do wytrzymania. Ucieczka jest pierwszym poważnym sygnałem, że dzieje się coś złego. Żyliśmy we trójkę, razem. Ktoś z boku powiedziałby: idealna rodzina. Zamożna. Lecz tak naprawdę żadne z nas nie wiedziało za wiele o reszcie.
- Tak, masz rację. Nie wiedzieliśmy o sobie nic.
- A tata? Co u niego? - Amelia poczuła ucisk w sercu.
- Rozwiedliśmy się.
- Ooo! - Kobieta przyłożyła rękę do ust. - To przeze mnie?
- Nie! Skądże. - Jadwiga pokręciła głową.
Siedziały przez chwilę w milczeniu. Żadna nie miała siły ciągnąć teraz tematu Macieja. Jeszcze przyjdzie na to czas.
- Mamo... - zaczęła niepewnie młodsza z kobiet. - Czego ty ode mnie oczekujesz?
- Chcę znów mieć córkę.
- Dziewczynki cię nie znają.
- Wiem, ale możemy to nadrobić. - Jadwiga chwytała się wszystkiego. Nie mogła tego zaprzepaścić. Chciała uczestniczyć w życiu córki i wnuczek.
- Nic nie da się nadrobić. Stracony czas na zawsze pozostanie straconym czasem. - Amelia kręciła głową tak mocno, że splątane blond włosy wyglądały jak pszeniczne kłosy w czasie burzy.
- Nie da się, ale wszystko przed nami. Przyjedź do Złotkowa. To piękna miejscowość w Bieszczadach. Tam... Odpoczniesz.
- Teraz nie mogę. Pracuję.
- Latem. Latem przyjedźcie.
- Nie obiecuję.
- Będę czekać...