Rozdział II
Otworzył drzwi kuchni i zobaczył, jak matka wychylona przez okno, chce ponownie zawołać go do domu, nabierając powietrza w płuca. Gdy jednak usłyszała syna, wchodzącego do mieszkania, szybko się odwróciła.
- No, jesteś wreszcie - powiedziała z pretensją w głosie. - Wołam cię już chyba z godzinę. Gdzie się włóczysz, urwipołciu jeden - gderała, krzątając się po kuchni, by wyładować zdenerwowanie i zły humor. - Tyyle, razy. Tyle razy ci mówiłam, że masz na obiad przychodzić na czternastą. A ty, co? Za nic masz słowa i prośby matki, za nic...
Podeszła do syna i łapiąc go pod brodę, zajrzała prosto w oczy, mrucząc.
- I co masz na swoje usprawiedliwienie, młody człowieku? - W jej głosie nie było już słychać złości, a zły humor minął.
Rudi głośno przełknął ślinę i udając strach, zaczął się jąkać.
- M-mamo, b-bo ja, b-bo ja... - Uśmieszek zadrżał w kąciku ust.
Nie wytrzymali, parskając śmiechem. Zofia przytuliła mocno syna, a ten objął ją w pasie.
- Ech, ty łobuziaku. Jak mogę się na ciebie gniewać? - mówiła ze śmiechem, głaszcząc go czule po głowie.
- Ale, ale. Co to za spocone czoło? - zapytała, dotykając wilgotnej od potu twarzy.
- Dalej do miski, umyć twarz i ręce. Siadamy do obiadu. Raz, dwa! - Klasnęła w dłonie i podeszła do pieca stojącego w rogu kuchni.
Spod pokrywek wydobywały się smużki pary, roznosząc po kuchni smakowite zapachy, a przez szparki w drzwiczkach pieca widać było języczki ognia w palenisku pod blachą. Zofia, próbując potraw po kolei zaglądała do garnków i mieszała w nich łyżką.
W tym czasie Rudi podszedł do szafki, na której stała duża biała miska i emaliowany dzban. Dokładnie umył twarz i ręce, a gdy je wycierał jak zwykle przyglądał się wiszącej na ścianie makatce.
Na śnieżnobiałym i wykrochmalonym na sztywno płótnie widniał kunsztownie wyhaftowany kolorowy kogut. Ptak miał wypięte podgardle i otwarty dziób. Wyglądało to tak, jakby siedział na płocie i piał. Dokoła brzegów makatki, wyhaftowano kolorowe kwiaty, a na spodzie tkaniny napis:
"Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje". - Właśnie takie kuchenne ozdoby wisiały w każdej śląskiej kuchni.
Gdy się umył, brudną wodę wylał do zlewu na korytarzu, bo kran montowano wspólny dla lokatorów na piętrze. Tak samo zresztą jak ubikacje. Z utrzymaniem czystości nie było problemu - Ślązacy mają porządek we krwi, każdy pilnował żeby ubikacja i cała klatka schodowa świeciły idealną czystością.
Gdy wrócił, zasiadł za stołem kuchennym na swoim ulubionym miejscu z łyżką w ręku, gotowy do posiłku. Nie trzeba tutaj dodawać, że kuchnia, to było najważniejsze pomieszczenie w mieszkaniu i dorównywała wielkością pokojowi. Duży stół stojący na środku nie przeszkadzał, a był koniecznym i naturalnym dopełnieniem wystroju.
Matka, nalewając zupę do talerzy odezwała się znad pieca.
- Mam nadzieję, że dokładnie umyłeś ręce. A nie jak ostatnio, gdy stwierdziłam, że ściereczka po twoim myciu nadawała się tylko do prania.
- Eeee, mamo. Wtedy wróciłem późno wieczorem i nie chciałem zapalać światła, przez to niewiele widziałem - odpowiedział, zapuszczając żurawia w podstawiony mu przed nos talerz.
Sprawdzał, jaka dzisiaj zupa na obiad - ogórkowa. Zofia postawiła swój talerz po drugiej stronie stołu i usiadła. Złożyła ręce i po cichu odmówiła modlitwę. Rudi cierpliwie czekał, aż matka skończy i po słowie - amen, ochoczo zabrał się do pałaszowania.
Po krótkiej chwili ciszy, w której tylko było słychać delikatne uderzanie łyżek o talerze, tykanie zegara i ciche odgłosy dochodzące z ulicy, Rudi zapytał.
- Mamo, a co jest na drugie?
Udała zdziwienie.
- Jakie drugie? To już nie wystarczy zupa? Widzieliście go - drugie. A to się chłopakowi w głowie poprzewracało! - Zofia dalej spokojnie jadła zupę, udając, że nie wie o co chodzi z drugim daniem.
- Maamoo, no. Wiem, że jest drugie. Chyba - zastanowił się - krupnioki, kartofle i kapusta. Tak? - zapytał z nadzieją w głosie.
Zofia wytarła usta chusteczką i wstając zebrała puste talerze, a potem włożyła je do metalowej miski stojącej na stołku obok pieca. Podniosła wielki czajnik z blachy i zalała naczynia gorącą wodą.
- Ty to masz chyba jakiś szósty zmysł, Rudolfie. Faktycznie, są krupnioki z kapustą i ziemniakami - zaśmiała się.
- Bo ja, mamo, to jestem obserwator - pochwalił się. - Dwa dni temu przyniosłem krupnioki od pana Husa, a wczoraj kazałaś mi kupić ziemniaki i kiszoną kapustę na targu. A najważniejsze... - zawiesił głos. - Jak wbiegłem na klatkę schodową, to już w korytarzu taki się zapach rozchodził, że aż mnie w żołądku skręciło - odpowiedział rozmarzonym głosem.
- Dobra, wygrałeś - śmiała się znad pieca. - Zanim jednak nałożę wszystko na talerze możesz wziąć packę na muchy i wygonić tę namolną osę, a potem nalej kompotu do szklanek.
- Robi się! - Rudi zerwał się z miejsca, wziął z kredensu packę na muchy i ruszył do boju, a Zofia, nakładając drugie danie na talerze zapytała:
- Co tam u Husa?
- E, w sumie nic nowego. Kazał cię jak zwykle pozdrowić. Rozniosłem dzisiaj tylko dwie paczki, co przygotował... Tutaj niedaleko, i to wszystko. Chyba niedługo znowu pojedziemy na wieś po towar. Ale jeszcze nie powiedział dokładnie kiedy, a Helenka skubie gęsi. - Odpowiadał trochę nieskładnie, bo uganiał się za osą, która najwyraźniej też była amatorem krupnioków z kapustą.
Gdy w końcu udało mu się wygonić namolnego owada, drugie danie stało na stole.
- Jak skończymy, umyjesz naczynia i przyniesiesz drewna z kamerlika. Dobrze?
- Tak, mamo... - sapnął z pełnymi ustami, a matka mówiła dalej.
- Za pół godziny przyjdzie Helga na lekcję pianina. Zostaniesz? Ona zawsze tak za tobą wypatruje. - Uśmiechnęła się do syna. - W sumie ładna dziewczynka... -stwierdziła jakby sama do siebie. - Rudi przełknął jedzenie i lekko się zaczerwienił, co nie uszło uwadze matki, mówiąc szybko.
- Nie. Bo, booo... - zastanawiał się chwilę. - Jestem umówiony z Edkiem.
Szybko nabrał kolejną porcję na widelec, zapychając sobie buzię, najpewniej po to, by dalej nie musieć ciągnąć tematu Helgi i spotkania z nią.
"Z pełnymi ustami się nie rozmawia" - tak mama karciła go przy stole, co teraz skrzętnie wykorzystał. Jedli dalej w milczeniu, a Zofia od czasu do czasu ukradkiem przyglądała się synowi znad talerza, gdy nagle dotarła do niej odkrywcza myśl:
- Jakże on wydoroślał!
Tak ją to zaskoczyło, że ręka z porcją kapusty na widelcu, zastygła w drodze do ust i dopiero Rudi wyrwał ją z zamyślenia.
- Stało się coś mamo? Nie smakuje ci, bo przestałaś jeść? - pytał z niepokojem.
Ocknęła się.
- Nie, nie. Zamyśliłam się po prostu. - Szybko, by ukryć zmieszanie, kilkoma kęsami zakończyła obiad.
Rudi zmiótł resztki z talerza i wstał od stołu. Na stojąco dopił kompot, pozbierał i umył brudne naczynia, a gdy wszystko było gotowe, zabrał wiklinowy kosz sprzed pieca i pognał po drewno do komórki. Naładował równo porąbanych szczap i z niemałym wysiłkiem wniósł wszystko do kuchni.
Darmowy fragment