Lato inne niż wszystkie - Anne Greenfield

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Połowa lipca. To było najgorsze i najlepsze lato, odkąd pamiętam. Najgorsze, bo właśnie skończyliśmy szkołę podstawową i cała nasza paczka miała rozejść się do różnych szkół średnich. Najlepsze, bo zaskoczyło nas wszystko. Przygody, nowe znajomości, nowe emocje. Wróćmy jednak na start.

Dziś jest początek lata i jednocześnie zakończenie roku szkolnego, który dla nas, absolwentów klas ósmych, jest także końcem podstawówki. Oczywiście obiecujemy sobie, że nic się nie zmieni i wciąż będziemy widywać się po szkole i spędzać czas razem, każdy jednak czuje, że pewna epoka się skończyła i nic już nie będzie takie samo. Przede wszystkim, Pablo wyjeżdża do Wielkiej Brytanii. Pablo to mój najbliższy przyjaciel, jeden z trzech muszkieterów, do których należymy ja, Iga i właśnie Pablo. Jest też dwójka innych kumpli, Łukasz (zdrobniale Luke) i Kacper, ale to raczej wolne elektrony niż trzon naszej paczki. Oczywiście Pablo to też tylko ksywka, tak naprawdę ma na imię Paweł. Pseudonim pojawił się w szóstej klasie, kiedy podczas lekcji plastyki namalował taki bohomaz, że gdy nasza nauczycielka pokazała go klasie, wszyscy ryknęli śmiechem. Paweł jednak zawsze miał dużo pewności siebie, więc, zamiast pokornie przyjąć krytykę, zaczął dyskutować z panią Szafran. Bronił swojego dzieła argumentami, że najwięksi malarze zawsze byli postponowani przez współczesne pokolenia. Brak zrozumienia jego stylu, nie świadczy wcale o braku talentu, wskazuje tylko na niedostatek wyobraźni u patrzących. Kiedy powołał się na van Gogha, Vermeera i Picasso[1], pani Szafran, choć pod wrażeniem jego wiedzy, aczkolwiek zmęczona przedłużającą się perorą, kazała mu usiąść, nazywając go drogim Pablem.

Od tego momentu wszyscy nazywają go Pablo, ci bardziej kpiący zaś - Picasso, na co Paweł łaskawie się godzi. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że chociaż talentu plastycznego raczej nie rozwinął, to odwagi, pewności siebie i błyskotliwego umysłu zawsze mu zazdrościłam. Początkowo nawet czułam się onieśmielona, gdyż dzięki niesamowitej pamięci i inteligencji był najlepszym uczniem nie tylko w klasie, ale i szkole. Zazdrościłam mu, że nauka przychodzi mu z taką niezwykłą lekkością. Niemniej jednak nie było mu przez to łatwo. Inni chłopcy często mu dokuczali, przezywając od nerdów i kujonów. Większość chłopaków w naszej klasie nie garnęła się do nauki, a książki uważali za relikt skażony jakąś przedpotopową chorobą typu tyfus lub dżuma. Nie mogli przebrnąć przez lektury szkolne, a już fakt, że można sięgnąć po książkę z własnej i nieprzymuszonej woli był dla nich objawem dziwactwa lub wręcz choroby psychicznej. Ja natomiast wkrótce odkryłam, że łączy nas z Pablo ta sama pasja. Kiedyś przypadkiem wpadliśmy na siebie w bibliotece miejskiej przy półce z książkami przygodowymi. Od tamtego czasu zaczęliśmy polecać sobie książki i dyskutować o nich. W tamtym czasie oboje uwielbialiśmy Jacka Londona, Curwooda, Dumasa, Karola Maya, Harry'ego Pottera - J.K. Rowling i Exupéry'ego. Ja wolałam C.S. Lewisa, Pablo bardziej Tolkiena.

Pasja do czytania oraz przygody i psoty, które razem przeżywaliśmy w ostatnich latach podstawówki, wcielając w życie pomysły z książek, tak nas do siebie zbliżyły, że przestałam postrzegać go jako geniusza, a zaczęłam w nim bardziej widzieć przyjaciela, niemalże brata, któremu zwierzałam się z przeróżnych trosk, na które zawsze znajdował jakieś remedium. Teraz zaś miał wyjechać do Wielkiej Brytanii. Okazało się, surprise, surprise, że jego wuj zbił tam majątek i będąc starym kawalerem, zdecydował się zafundować bystremu bratankowi edukację w jednej z najbardziej prestiżowych szkół dla chłopców - Eton. Brzmiało jak bajka, jednakże dla mnie to był raczej koszmar i ogromna strata. Pablo też nie wydawał się tym zachwycony. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że to niesamowita okazja i dar od losu, znaczy wuja, ale widział też ciemną stronę tego prezentu. Odseparowanie od rodziny, gdyż jego rodzice i młodszy brat zostawali tutaj; wyrwanie ze środowiska, które lubił; skok w nieznane wody nie tylko obcego miejsca, ale też innej kultury; do tego zamknięcie w internacie z samymi tylko chłopcami, prawdopodobnie równie uzdolnionymi co on, a może nawet bardziej - wszystko to wydaje się przerażające i rzuca długi cień na tę skądinąd niezwykłą niespodziankę. Chociaż obie z Igą staramy się pocieszać Pablo na różne sposoby, wskazując zalety tego przedsięwzięcia, w duchu obie przeżywamy żałobę nad stratą przyjaciela. Jedyną pociechą jest dla mnie fakt, że Iga wybiera się do tej samej szkoły co ja, czyli niewielkiego liceum w małym turystycznym miasteczku, w którym mieszkamy. Z Igą znamy się od pierwszej klasy podstawówki i z małymi przerwami, kiedy głupie dąsy, czy wyimaginowane problemy rozdzielały nas na chwilę, siedziałyśmy zwykle w jednej ławce i przeżywałyśmy wspólnie wszelkie wzloty i upadki szkolnego życia. Teraz po raz pierwszy nieco się oddalamy, w sensie fizycznym raczej niż duchowym, bo wybieramy się do klas o innym profilu. Ja idę do klasy lingwistycznej, a Iga do geograficzno-społecznej. To też jest nieco przerażające, ale przynajmniej będziemy w jednej szkole. No i mamy jeszcze całe wakacje przed sobą, podczas gdy Pablo wyjeżdża już w połowie sierpnia, żeby pozałatwiać wszelkie formalności. Dlatego chcemy wykorzystać ten czas, jak najlepiej się da.

Rozdział 4

Dzisiaj obudziłam się wyjątkowo wcześnie, czyli o dziewiątej. Słońce rzuca jasną smugę na sam środek mojego wytartego dywanika, wydobywając kolorowy wzór mający moc spopielenia moich wczorajszych smutków i nostalgii. Słyszę jakieś stuki-puki, szurania, rozmowy. Kiedy zaspana schodzę na dół w piżamie, wszyscy krzątają się po domu pełnym pudeł i kartonów.

- Weź sobie twarożek z lodówki, zostały też kanapki z serem i jajkami - mówi mama, opakowując wielki wazon folią bąbelkową.

Wstawiam czajnik z wodą i wyjmuję twarożek posypany pokrojonym szczypiorkiem. W tygodniu każdy je szybkie śniadanie, kiedy chce, ale w weekendy mama zwykle robi coś lepszego i jemy razem, biesiadując długo i ciesząc się swoim towarzystwem. Dzisiaj jednak najwidoczniej wszyscy wstali wcześniej i już skończyli posiłek, żeby wziąć się do pracy. Zjadam więc bez entuzjazmu swoją porcję, przebieram się w dres i też zabieram do działania.

Pozanosiłam na górę kilka kartonów i wysypawszy zawartość szuflad, wyrzucam niepotrzebne, nagromadzone przez lata drobiazgi, rzeczy ważne i delikatne zawijam w folię bąbelkową, a pamiątki, które muszę jeszcze przekartkować np. stare notatniki, listy czy pocztówki wkładam do osobnego pudła, które otagowuję jako: przejrzeć. Nastrój wciąż mam nostalgiczno-smutny. Jestem beznadziejnie sentymentalna, co jest strasznie niewygodne. Szybko i mocno przywiązuję się do ludzi, miejsc, a nawet rzeczy. Kami twierdzi, że to świadczy o wrażliwości i o tym, że przeżywam wszystko głęboko. I to jest prawda. Potrafię cieszyć się wszystkim i doceniać każdą chwilę, co w dzisiejszych czasach, chyba nie jest takie oczywiste. Nie jest to również proste i nie zawsze przyjemne, bo wpadając w zachwyt nad chwilą, jednocześnie ubolewam nad jej przemijaniem. Bawiąc się świetnie, zarazem martwię się tym, że radość wkrótce się skończy. Takie postrzeganie świata jest bardzo intensywne, ale też bardzo męczące. Żeby przegnać natłok myśli egzystencjalnych, włączam Spotify i wybieram hity rockowe. Jak na życzenie pojawia się utwór "Don't Cry" zespołu Guns N' Roses, który wpasowuje się w mój nastrój. Kończę więc pakowanie szafek z zeszytami i bibelotami, śpiewając na całe gardło refren razem z Axl Rose'em.

- Kto tu zarzyna koty!? - Iga wchodzi do pokoju i ścisza muzykę.

- Nie słyszałam, kiedy weszłaś - mówię - ale dobrze, że jesteś. Brakowało mi chórków.

- Myślę, że tego występu nic już nie uratuje - śmieje się, wiedząc, jak słabo śpiewam.

- Ja kładę nacisk na moc i ekspresję.

- Dało się słyszeć. A może w takim razie puścimy coś weselszego? - proponuje.

W porównaniu do moich upodobań rockowych, bluesowych i grunge, ukształtowanych trochę przez starszą siostrę i brata, Iga woli pop, synth pop lub house. Dlatego ja często sięgam po The Rolling Stones, Queen, Nirvanę, R.E.M., czasem Metallicę albo Guns N' Roses. Ona zdecydowanie wolałaby rap. Żeby się pogodzić i trochę poszerzyć gusta muzyczne wybieramy więc na zmianę. Teraz jej kolej, więc włącza Avicii: "Wake Me Up!". Też to lubię, więc nie protestuję.

- Może nie jest to szczególnie wesołe, wziąwszy pod uwagę samobójstwo Tima, ale podoba mi się twój wybór.

Śpiewamy więc razem, wyciągając ostatnie rzeczy z szafek. Ja tym razem robię za chórki, bo Iga ma znacznie lepszy głos, więc pozostawiam jej prowadzenie.

- Nigdy tego nie zrozumiem - Iga przerywa śpiewanie - czemu ludzie, którzy odnoszą sukces, docierają na szczyt i w zasadzie zdobywają wszystko, o czym marzyli, popełniają samobójstwo? Chociażby Tim Bergling, Kurt Cobain, Jimi Hendrix, Heath Ledger, czy Matthew Perry, chociaż w przypadku dwóch ostatnich nie ma jasności co do samobójstwa, sugerują raczej utratę kontroli nad opiatami.

- Może właśnie dlatego. Może nie mają już o czym marzyć, może nic ich już nie kręci. Albo nie potrafią odnaleźć spokoju wewnętrznego, bo gdzieś w środku nie wierzą, że zasługują na to wszystko. Myślę, że przyczyny mogą być bardzo złożone.

- Pewnie masz rację - wzdycha, przeglądając play listę.

- Myślę, że najważniejsze w życiu, to umieć cieszyć się chwilą. Tym, co tu i teraz. Jeśli tego nie potrafisz, to czy masz kasę, sławę czy cokolwiek innego, nie jesteś szczęśliwa.

- Święte słowa. To co mam puścić?

- "It's My Life" - Bon Jovi. To zawsze wprawia mnie w dobry nastrój.

- Idealnie! A teraz co, bierzemy się za szafę? - pyta, otwierając mój sezam ze skarbami odzieżowymi.

- It's time, isn't it[1]?

Zabawa się zaczyna. Wyciągamy wszystko po kolei, rozdzielając na trzy grupy: zachować, oddać, wyrzucić, bo wstyd. Praca idzie powoli, gdyż przymierzamy ciuchy, czapki i wszelkie dodatki łącząc je w serię dziwacznych i komicznych stylizacji. Skaczemy przy tym po łóżku w rytm muzyki i robimy setki śmiesznych selfików, które mam nadzieję, Iga potem skasuje. Właśnie pękamy ze śmiechu, założywszy długie kiecki do spodni dresowych, na to jakieś stare staniki mojej siostry, które wypychamy skarpetami i słomiane kapelusze na głowę. Wtedy do pokoju wchodzi Pablo.

- No to jednak doczekałem się tej bielizny! Nieco inaczej to sobie wyobrażałem - szydzi z nas, szczerząc się głupkowato. - Liczyłem na trochę więcej golizny, a nie barchany i staniki wypchane skarpetami, ale cóż mody się zmieniają. Widzę, że nagrywacie rolki na Insta - wskazuje na telefon w ręku Igi. - Myślę jednak, że ten styl długo nie chwyci.

- Iggs ani mi się waż gdzieś to publikować! - patrzę na nią groźnie, bo wiem, jaka potrafi być bezmyślna w kwestii umieszczania różnych rzeczy w Necie.

- Po pierwsze, myślę, że zrobiłybyśmy karierę jako trendsetterki z naszymi pomysłami - marudzi, bo chyba przeszło jej przez myśl, żeby to gdzieś wysłać. - Po drugie, nie wymądrzaj się tak Pablo. Sam nająłeś się tu za modela, więc nie krytykuj, tylko prezentuj! - to mówiąc, zakłada na głowę Pablo ogromne zielone sombrero, do tego owija mu szyję futrzaną etolą babci i szuka w stosie, co by tu jeszcze dołożyć.

Zanim Pablo zdąży zaprotestować, zawiązuję mu w pasie fartuch do gotowania z gołym włochatym torsem na zdjęciu, łapię go za rękę i zaczynam tańczyć do energicznych rytmów: "Boum Boum Boum" brytyjskiego wokalisty o pseudonimie Mika. Iga szybko się przyłącza, więc Pablo, który próbuje się wyrwać, ma trudne zadanie. Na to wszystko wchodzi mama i z pobłażliwym uśmiechem woła nas na lunch.

- Uratowany przez jedzenie - śmieję się, opadając na łóżko, zdyszana.

Rozbieramy się z wielu warstw odzieży i czerwoni od śmiechu schodzimy na dół w jeszcze większe pobojowisko. Salon wygląda jak pole minowe usiane stertami pudeł, kartonów i różnych gadżetów powyciąganych z szafek. Przedzieramy się przez ten labirynt, stawiając nogi niczym czaple brodzące w wodzie. Mama smaży naleśniki, których zapach mile łechce nasze podniebienia.

- Dziś obiad na szybko, bo nie mam czasu stać w kuchni cały dzień - tłumaczy mama, zdejmując kolejny naleśnik na sporych rozmiarów stos.

- To nie obiad, tylko deser - marudzi tata, robiąc sobie kanapkę z kiełbasą, którą smaruje musztardą. - Jeśli ktoś chce, to chętnie podzielę się moją wersją jedzenia - proponuje.

- Naleśniki są w porządku - mówi Iga. - Bardzo dziękujemy za zaproszenie.

- Nie ma sprawy. Weźcie sobie dodatki i powiedzcie, czy wolicie bardziej suche, czy tłuste - pyta mama, bo u nas w domu każdy jada naleśniki inaczej.

Ja i Kami wolimy smażone na dużym tłuszczu, z parchatymi brzegami. Tata i JJ wolą z suchej patelni, z cukrem lub nutellą. Ponieważ w kuchni i salonie jest straszny bałagan, zabieramy naleśniki na taras. Przynosimy do tego różne dodatki: powidła, krem czekoladowy, serek waniliowy, borówki, twarożek ugnieciony ze śmietanką - co kto lubi. Mama przynosi nam też dzbanek lemoniady i serwetki.

- Nastka, ja to chyba pójdę na obiad do domu - mówi niepewnie Pablo.

- Co? Dlaczego? - dziwię się, smarując naleśnik powidłami i serkiem.

- Niezręcznie mi, że ciągle coś u was jem. Pomyślą, że się wpraszam.

- Przestań wymyślać, bo teraz mi jest głupio - wtrąca Iga z pełnymi ustami. - Pyszne! Sama nie wiem, które lepsze.

- Ale ja mieszkam po sąsiedzku, więc mógłbym iść do siebie.

- Gadasz głupoty - macham ręką i zwijam swojego naleśnika w rulon. - Ja jadam u ciebie równie często. I wcale nie ukrywam, że robię to z premedytacją. Twoja mama gotuje po prostu genialnie.

- Serio? Ostatnio dawno cię u nas nie było - uspokojony nakłada sobie naleśnik i smaruje dodatkami. - Nawet mama to zauważyła.

Na te słowa robię się czerwona. To fakt, ostatnio unikam wizyt u Pablo. Głównie ze względu na jego tatę i na blamaż jaki był moim udziałem pod koniec marca. Pablo namówił mnie, żebyśmy urwali się szybciej ze szkoły w dzień wiosny. Po drodze wstąpiliśmy do biblioteki, a wracając, powiedział, że wujek przysłał mu fajną książkę napisaną po angielsku. Ponieważ już skończył, stwierdził, że chętnie mi pożyczy. Dlatego poszliśmy do niego, zagraliśmy w warcaby, posłuchaliśmy trochę Santany, pogadaliśmy o znajomych i już zbierałam się do wyjścia, kiedy usłyszeliśmy klucz w drzwiach. Okazało się, że tata Pablo wrócił po jakieś dokumenty. Było jeszcze wcześnie, więc teoretycznie powinniśmy być w szkole. Tata Pablo pracuje w urzędzie, jest bardzo zasadniczy i surowy. Zauważył, po butach, że ktoś jest w domu, więc zaczął wołać do góry, żeby sprawdzić, kto już wrócił. Wtedy Pablo spanikował. Najpierw nie reagował na zawołania, a potem kazał mi wejść do szafy. Jego tata zaniepokojony dziwną sytuacją wszedł na górę i zobaczył Pablo, który chciał do niego wyjść.

- Czemu nie odpowiadasz? Tak wcześnie wróciłeś? Stało się coś? - indagował zaskoczony zachowaniem syna.

Pablo zaczął coś bredzić naprędce, ale jego tata wystraszony nietypową reakcją Pablo, wszedł do pokoju, rozejrzał się, po czym nie wiadomo czemu otworzył szafę. Ciężko powiedzieć, kto był bardziej zszokowany: on czy ja.

- Dzień dobry - powiedziałam odruchowo, stojąc jak słup ściśnięta między wieszakami, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

- Dzień dobry, Anastazjo - odpowiedział, po czym bez słowa odwrócił się i zszedł na dół.

Kiedy Pablo poszedł za nim po chwili, żeby wysondować sytuację, powiedział, że się śpieszy i porozmawiają później. To było gorsze niż gdyby się zezłościł albo puścił jakiś komentarz. Wyobrażałam sobie najgorsze rzeczy. Pewnie go rozczarowałam, może myślał, że mam zły wpływ na Pablo, że odciągam go od nauki. Potem przyszło mi na myśl, że mógł wziąć tę scenę za coś niestosownego, jakieś figle damsko-męskie, albo coś w tym stylu. Wtedy dopiero się załamałam. Oczywiście wyładowałam złość na Pablo, który wmanewrował mnie w tę idiotyczną sytuację. Pablo próbował coś tam potem tłumaczyć, ale jego ojciec podobno już nie chciał o tym rozmawiać ani tego nie skomentował. Po prostu koszmar! Pablo całkiem to zbagatelizował i zapomniał już na drugi dzień, a ja od tamtego czasu czuję okropny wstyd na samą myśl, żeby spojrzeć panu Tedowi w twarz.

Dlatego głupie gadanie Pablo, że go nie odwiedzam, wywołało u mnie złość, więc rzuciłam mu złe spojrzenie. Doskonale wie, o co mi chodzi, dlatego spuszcza oczy i zmienia temat.

Po obiedzie zabieramy się za pakowanie książek, co trwa kolejne parę godzin, bo tak jak Igę kręcą stroje, tak ja i Pablo z fascynacją przeglądamy każdą książkę. Iga ulatnia się więc dyskretnie, a my wymieniamy się różnymi anegdotkami na temat bohaterów albo przypominamy sobie fabułę i porównujemy wrażenia. Kiedy wieczorem kładę się spać, pokój jest usiany pudłami ustawionymi w równych kolumnach, ale nie budzi już sentymentów ani żalu. Wspomnienia i pamiątki przenoszą się przecież razem ze mną.

Rozdział 6

Rozpakowywanie zajmuje nam prawie dwa dni. Przed południem razem zajmujemy się parterem i rozkładaniem rzeczy w salonie i kuchni. Ja i JJ głównie wykonujemy rozkazy mamy, czasem proponując jakieś usprawnienia. Tata prowadzi firmę, więc pojawia się dopiero w porze późnego obiadu. Mama zaś wzięła dzień wolny. Pracuje jako księgowa w dużej firmie samochodowej. Dopięli właśnie ważny projekt unijny, więc w firmie jest trochę luzu. Spędzamy miło czas. Jest trochę nerwów, ale głównie śmiech i żarty. Jutro przyjeżdża Kami, więc chcemy ogarnąć trochę dół, żeby miała przyjemną niespodziankę. Swój pokój będzie musiała umeblować sama.

Jest bardzo gorąco, dlatego wielkie podwójne drzwi na taras są szeroko otwarte. Lekki wiatr wydyma co chwilę delikatne kremowe firanki. W radio puszczają The Kolors - jakieś przeboje Italo disco, które lubi mama. JJ kręci nosem, bo nie przepada za disco, słucha głównie rapu i hip-hopu. My z mamą lubimy różne gatunki w zależności od nastroju. Dlatego z przyjemnością kręcimy bioderkami w rytm włoskiego przeboju. Dokuczamy Julkowi, że ma dwie lewe nogi i tańczy jak RoboCop.[1]

- To chyba po dziadku Józku - zastanawia się mama, ustawiając książki na półkach - wszyscy inni w rodzinie ruszają się z gracją. Nie przejmuj się jednak Julaszku, w zamian odziedziczyłeś zdolności manualne po tacie i matematyczny mózg po mnie. To bardzo przydatne cechy u faceta.

- Ale z takim stylem tanecznym i talentem krasomówczym, to rodziny raczej nie założy - kpię z jego niezdarności w retoryce, bo choć w działaniu i kreatywnym myśleniu Julek jest nie do pobicia, to jeśli chodzi o wypowiedzi pisemne czy prezentacje, jest nieporadny jak dziecko. Zwykle przychodzi do mnie ćwiczyć swoje wypociny i kończy się na trzaskaniu drzwiami po pierwszych słowach krytyki.

- Jak ty mało wiesz o życiu, Anka - teraz to on się ze mnie nabija. - Żeby poderwać fajną dziewczynę, nie trzeba mówić do niej wierszem. To czyny się liczą, a nie słowa.

Pewnie ma rację, bo na brak adoratorek nie narzeka. Ciągle kręcą się tu jakieś dziewczyny, łażą za nim na treningi albo wydzwaniają po nocach. Może tańczy dziwacznie i wypowiada się lakonicznie, ale jest wysoki, przystojny, ładnie zbudowany, a do tego ma dobre serce, piękny uśmiech i talent do majsterkowania. Tata chciałby, żeby studiował na politechnice, a potem wrócił do jego firmy. Już teraz Julek bardzo mu pomaga i trzeba przyznać, że jest pracowity i zaradny.

- Ja myślę, że to wszystko przez to, że jak byłam z tobą w ciąży, Julaszku, to pojechałam na wycieczkę do Bułgarii. Trochę tam poszalałam, chociaż może nie powinnam - mama uśmiecha się do swoich wspomnień.

- Nie rozumiem związku - zastanawiam się. - Skoro szalałaś, w sensie na imprezach, to Julek powinien dobrze tańczyć. Chyba że tu o inne szaleństwo chodzi. I teraz ważne jest czy z tatą, czy bez niego - ciągnę dziwny wątek, próbując dojść sensu w wypowiedzi mamy. Czasem wiem za kim JJ mówi tak nieskładnie. Mama potrafi mówić alogicznie, łączy wątki myślowe, które są zupełnie bez związku. Tak jakby wypowiedź ustna była tylko zakończeniem toku myślowego, o którym w ogóle nie wspomniała. Ewidentnie JJ odziedziczył tę cechę po mamie.

- Tańczyłam trochę z tatą, trochę bez niego. Chciałam jednak powiedzieć, że babcia Jasia opowiadała, że ma koleżankę, która pięknie tańczy. Jakoś tak "po zagranicznemu"...

- Słucham? - przerywam, parskając śmiechem. Mama potrafi czasem coś palnąć. A babcia jeszcze lepiej. - Nie ma stylu: "po zagranicznemu". Gdybym się jednak myliła, to Juliusz zdecydowanie tańczy po bułgarsku.

- O, no widzisz! Może właśnie tak - mama potwierdza z poważną miną, a ja nie wiem, czy to sarkazm czy ona tak na serio, bo czasem trudno wyczuć.

- Zejdźcie już ze mnie, ok? - naburmusza się Julek. - Ty tańczysz dobrze, bo chodzisz na lekcje tańca. Ja świetnie gram w siatkę, a ty nie potrafisz zaserwować piłki, żeby przeleciała na drugą stronę boiska. I kto cię uczył jeździć na rowerze, na łyżwach? Gdyby nie ja, nie miałabyś żadnych rozrywek. Każdy ma swoje mocne i słabe strony, normalka.

- Nie gniewaj się JJ, my tak tylko żartujemy - wskakuję mu na barana, wyciągając w jednej ręce batonik Kinder Bueno i machając mu na zgodę przed nosem. On przeskakuje pufę jak koń w horsingu[2], po czym zrzuca mnie przez ramię na kanapę. Jak byłam młodsza i dużo mniejsza od Julka, często woził mnie na barana, bo zawsze uwielbiałam konie i zanim zapisałam się na zajęcia hippiczne do stadniny, zamęczałam JJa, żeby skakał ze mną na plecach. Najbardziej lubiłam zjazdy na śniegu - Julek na brzuchu, a ja siedząca mu na grzbiecie.

- Uważajcie, bo zarwiecie nową kanapę - mama strofuje nas, ale widać, że oczy jej się śmieją. Lubi, gdy wszyscy spędzamy razem czas i dobrze się bawimy. W ciągu roku szkolnego zwykle nie ma na to zbyt wiele czasu ani okazji, bo rodzice pracują do późnego wieczora, a i w weekendy mamy dużo zajęć i spotkań towarzyskich. Dlatego cieszymy się każdą chwilą razem.

Po obiedzie dołącza do nas tata i kontynuujemy porządki. Ja i JJ idziemy do siebie rozpakowywać kolejne pudła. To żmudna robota. Trzeba wszystko ładnie układać, rozwieszać i metodycznie segregować. Czasem zagląda Pablo, znajdując chwilę między zajęciami z tenisa, siatkówką, basenem z bratem czy lekcjami francuskiego. Właśnie! Od pół roku, czyli odkąd padła decyzja o jego wyjeździe do Anglii, zaczął chodzić na korepetycje z francuskiego. Niemiecki mieliśmy w podstawówce, więc stwierdził, że chce poznać podstawy francuskiego, bo nie był pewien, jaki język będzie rozwijał w Eton.

W środę wieczorem prawie wszystkie pudła są już rozpakowane. Patrzę teraz na mój nowy pokój i po raz pierwszy czuję ekscytację. Już wiem, że to jest pokój moich marzeń. Jest duży i jasny. Jedna ściana jest prawie całkiem przeszklona. Duże okno, a zaraz obok podwójne drzwi na balkon. Tak! W końcu mam balkon, o którym tak marzyłam. Tak naprawdę to taras nad garażem, więc jest ogromny. Co prawda dzielę go z Kami, gdyż z jej pokoju też jest wyjście na ten sam taras, ale ona jest teraz na studiach, więc większość czasu będę miała tę przestrzeń głównie dla siebie. Marzyłam o takim tarasie, odkąd obejrzałam High School Musical i zobaczyłam pokój Gabrieli. Na dużej ścianie naprzeciwko drzwi, pomalowanej na ciepły fiolet w odcieniu ciemnej orchidei, stoi duże łóżko z kremowym, aksamitnym, pikowanym zagłówkiem. Mama była przeciwna temu pomysłowi, twierdząc, że to niepraktyczne. Zagłówki zbierają kurz, a jasny materiał szybko się brudzi. Tata jednak, widząc moją rozczarowaną minę, puścił mi oko za plecami mamy, więc wiedziałam, że da się to zrobić. I oto jest. Moje wymarzone łóżko - skrzyżowanie eleganckiego hotelu z łożem księżniczki. Wygląda nawet lepiej, niż sobie wyobrażałam. Jasny, pikowany kryształowymi guzikami zagłówek cudownie kontrastuje z ciemniejszym tłem. Ściana po lewej stronie, przy której stoi szafa i komoda z szufladami też jest śliwkowa. Pozostałe dwie są kremowe, ale dekoracje na nich są skontrastowane jak w negatywie. Na ciemnej ścianie są zdjęcia w kremowych ramach, a na ścianach w kolorze ecru powiesiłam dekoracje w odcieniach fioletu. Również meble pomalowaliśmy z Pablo na jasno. To był świetny pomysł. Wyszło cudownie! Obok łóżka jest mała toaletka, którą tata zrobił specjalnie dla mnie, a po stronie przeciwnej, obok drzwi jest duże biurko, na którym stoi śliczna lampka z ozdobnie wygiętą podstawą i eleganckim kloszem w kolorze kości słoniowej. Na drzwiach zawiesiłam uroczy wieszak, który znalazłam na pchlim targu, a na nim moje dwie ulubione torebki. Najlepszy jest jednak fakt, iż mam swoją garderobę i łazienkę! No może powinnam dodać, że garderoba jest na korytarzu, a łazienka wspólna z Kami, ale ma za to dwie umywalki, a poza tym, jak już wspomniałam, Kami jest teraz na studiach, więc faktycznie rzecz biorąc, jest moja.

Podsumowując, pokój jest idealny! Gdyby tylko Pablo mieszkał po sąsiedzku i nie wyjeżdżał do Anglii, byłabym w siódmym niebie. Teraz jestem tylko w szóstym.

Rozdział 7

- Siemka! - mówię do Igi i Pablo, wybiegając z samochodu i witając się z nimi na przystanku. - Dobrze, że mama mnie podrzuciła, bo chybabym się spóźniła. Gdzie Lukas?

- Już idzie - Pablo wskazuje głową wysoką, chudą sylwetkę zbliżającą się do nas długimi susami.

- A Kacper?

- Podobno dołączy do nas na miejscu. Musiał jechać wcześniejszym autobusem, żeby coś załatwić - wyjaśnia Iga. - I bardzo dobrze, bo kłócilibyśmy się całą drogę.

- Kto się lubi, ten się czubi - nucę, patrząc na nią znacząco.

- Chyba żartujesz! Ten pacan doprowadza mnie do szewskiej pasji. Tak samo, jak mój idiotyczny brat.

- Zdążyłem - mówi Lukas, przybijając piątkę z Pablo, a do nas uśmiechając się wesoło. Kiedy widzę te śliczne dołeczki w jego policzkach, gdy rozciąga usta w uśmiechu, zawsze żałuję, że nie można go sklonować. Wtedy obie z Igą mogłybyśmy się dogadać i spróbować poderwać po jednym dla siebie. Nie wiem jednak, czy byłybyśmy w jego typie, bo on woli długonogie ciemnowłose piękności w typie meksykańskim. Cóż, zawsze można pomarzyć.

Wtedy podjeżdża autobus i przerywa moje miłe fantasmagorie.

Nareszcie jedziemy do escape room'u na ekscytującą zabawę. Oczywiście nie obyło się bez kłótni. Chłopcy woleli tematykę w stylu: "W Samo Południe" albo "Strefa 51", ja z Igą optowałyśmy za "Wednesday" lub "Sekretnym Stowarzyszeniem". W końcu doszliśmy do konsensusu i wybraliśmy "Lot nad Kukułczym Gniazdem". Jest to tytuł książki oraz kultowego filmu z Jackiem Nicholsonem o domu dla umysłowo chorych, w którym dzieją się straszne rzeczy. Brzmi interesująco.

Przed budynkiem starego fortu czekają na nas Kami z Ignacym - nowym chłopakiem. Chodzi o to, że musi być z nami ktoś pełnoletni i Kami już dawno obiecała mi to w prezencie urodzinowym. Wczoraj przyjechała, ale nawet nie miałyśmy czasu pogadać, bo byłyśmy obie wykończone, ja urządzaniem pokoju, a Kami jakąś imprezą studencką, na której zaszalała. Brakuje nam jeszcze Kacpra. Już wyciągam telefon, żeby zadzwonić, kiedy ten wyłania się ze środka budynku. Wchodzimy podekscytowani. Nikt z nas jeszcze tu nie był, choć każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto był i bardzo chwalił. W końcu odbieramy wejściówki, podpisujemy regulamin i wchodzimy. Dostajemy zeszyt z opisem gry i zamykają nas na dziewięćdziesiąt minut. Rozglądamy się z ciekawością po sporej wielkości zużytym pokoju z obłażącą farbą. Widzimy kilka łóżek sprężynowych rozdzielonych przepierzeniami jak w szpitalu. W rogu stoi żeliwna wanna z uprzężą i kajdankami w środku, a obok, na pokrytym blachą stole leży dziwaczna aparatura. Są tam też obcęgi, piła i inne przerażające narzędzia. Do ściany przymocowano metalowe szafki ze skoroszytami oraz spreparowany spis pacjentów. Za niewielką ścianką jest też fotel przypominający skrzyżowanie archaicznego fotela dentystycznego z ginekologicznym. Oczywiście Kacper wskakuje na siedzisko, wkłada nogi w zawieszone uchwyty i macha nimi w powietrzu odgrywając poród. Pablo zaraz podchodzi z obcęgami i udaje, że wyrywa mu zęby. Kami z Ignacym siadają na łóżku z komentarzem: błazenada i zajmują się totalnie sobą. Wyglądają jak zblazowani opiekunowie małych dzieci. My zaś mamy niezły ubaw, bawiąc się w tortury i robienie śmiesznych fotek.

- Wiecie, że płacimy za to sześć stów? - pyta Kami. - Zabawa polega tutaj na rozwiązywaniu zagadek, a nie na odgrywaniu scen z horroru. Jeśli chcieliście pobawić się w straszenie, mogliście przejechać się kolejką strachu w parku rozrywki. Wyszłoby taniej.

- Dobra, bierzemy się do działania. - Pierwszy ogarnia się Pablo i zaczyna od czytania fabuły gry.

Początek jest jak w filmie. Jest to historia szulera, który chcąc uniknąć więzienia, symuluje chorobę psychiczną i daje się zamknąć w ośrodku, gdzie eksperymentują na pacjentach. McMurphy zostawia pierwszą wskazówkę zapisaną szyfrem bazującym na alfabecie Morse'a. Oczywiście Pablo od razu się orientuje, ale pozwala mi odczytać szyfr. Dość szybko znajdujemy schowek w odkręcanej, metalowej nodze łóżka, gdzie w pojemniczku na leki jest następny trop. Historia prowadzi nas przez różne zagadki. W skrytce pod deską podłogową znajdujemy notes zapisany atramentem sympatycznym. Musimy go podgrzać, więc szukamy zapalniczki. Po przeczytaniu informacji znajdujemy zadanie matematyczne. Dokonując właściwych obliczeń, napełniamy wannę do odpowiedniego punktu i na ścianie zapala się lampka fluorescencyjna, która oświetla ślady przypominające zaschniętą krew z liczbami. Główkując, wspólnie znajdujemy panel w oparciu fotela, a wybierając właściwy kod, uruchamiamy mechanizm, który przekręca fotel dentystyczny. Jest pod nim klapa otwierająca małą komórkę. Tam, zagrzebana wśród sztucznych kości jest skrzynka. Starając się ją otworzyć, uruchamiamy wyjący alarm, który podkręca emocje. Pokój mruga na czerwono w rytm głośnego wycia, ale w końcu udaje nam się wpaść na rozwiązanie i otwieramy skrzynkę. Tym samym kończymy grę, bo w środku jest podsumowanie historii i klucz do wyjścia. Odnaleźliśmy naszego bohatera i pomagamy mu uciec z domu wariatów. Okazuje się, że robimy to w ostatniej chwili, bo jeszcze sześć minut i przegralibyśmy grę. Totalnie straciliśmy rachubę czasu. Wydawało się nam, że minęło pół godziny, a to było już prawie dziewięćdziesiąt minut. Oczywiście nie obyło się bez kłótni i nerwów, ale się udało. Dzięki burzy mózgów i nie oszukujmy się, błyskotliwości Pablo, wygraliśmy kupon zniżkowy na następną przygodę. Jak na pierwszy raz całkiem nieźle! Nawet Kami i Ignacy wciągnęli się do zabawy i stwierdzili, że to nie był stracony czas.

Teraz, pełni emocji podbitych adrenaliną idziemy bulwarem wzdłuż nadbrzeża, w poszukiwaniu przyjemnej, acz niedrogiej pizzerii. Ignacy zabrał Kami do siebie, niby to pokazać jej, gdzie mieszka, ale wszyscy znacząco życzymy im dobrej zabawy. Ja życzę jej zabawy z umiarem, tak na wszelki wypadek, żeby nie straciła głowy.

Mamy szczęście, bo na statku akurat zwolnił się jeden z dużych stołów z widokiem na rzekę. Statek to prawdziwa barka turystyczna przerobiona na dwupoziomową restaurację. Jest na stałe przycumowany do nadbrzeża i ma świetny klimat. Drewniane podłogi, marynistyczne ozdoby, rufa wyglądająca jak kapitańska kajuta z oknem składającym się z małych bulajów, ciepłe oświetlenie podwieszanych lampeczek i kołyszących się przy wietrze latarni składają się na przytulną atmosferę. Jak przyjeżdżam do Toronto (to określenie, którego używamy, a nie prawdziwe miasto w Kanadzie) zawsze staram się tu przyjść.

Zjadamy trzy wielkie kręgi pizzy, wypijamy kilka szklanek coli i wędrujemy na autobus. Powoli zapada zmrok i miasto otula magiczna atmosfera żółtych latarń malujących opowieści na ceglanych budynkach i kolorowych kamienicach starego miasta. W autobusie Iga jak zawsze kłóci się z Kacprem, który kopie w jej fotel dla psoty, albo robi jej mokrego Williego.

Zasypiam pełna miłych wrażeń, które utrwalam na kliszy swojej pamięci.

Rozdział 10

Dzisiaj chodzę od rana podminowana. Przyjeżdża wujostwo z Anglii i po południu idziemy do nich z wizytą, trochę towarzysko, a trochę do pomocy przy noszeniu kartonów. Jestem rozdrażniona, bo nie dość, że psują mi taki piękny słoneczny dzień przymusową wizytą, to jeszcze musimy pomagać przy przeprowadzce. Ledwie skończyłam z własnym pokojem, urabiając się po łokcie, a już jestem zmuszona do powtórki tego bajzlu, w dodatku dla kogoś innego.

- Strasznie jesteś dziś naburmuszona - mówi mama przy śniadaniu, patrząc na mnie karcącym wzrokiem, na co zaperzam się jeszcze bardziej. - Nie cieszysz się, że spotkasz się z kuzynami? Zawsze lubiłaś spędzać z nimi czas.

Trzy razy do roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc, plus tydzień wakacji w Polsce lub w Wielkiej Brytanii, to nie to samo co mieć ich po sąsiedzku na co dzień. Owszem, gdy się widywaliśmy, było naprawdę fajnie, lecz spotkania towarzyskie w dużej grupie ludzi, gdy ciągle coś się działo, lub można było ewakuować się w dowolnej chwili, to nie to samo co życie obok siebie.

- To chyba normalne, że nie lubię być zmuszana do męczących czynności w wakacje? - zadaję pytanie retoryczne.

- Nie bądź egoistką! - karci mnie mama. - Wiesz, że jest im ciężko. Wracają po wielu latach i muszą zacząć wszystko od nowa. Ktoś musi im pomóc.

- Ale dlaczego to musimy być my? Mnie nikt nie pomagał, gdy trzeba było ogarnąć wszystko przy przeprowadzce.

- Jesteś okropna! - oburza się mama. - A w dodatku masz wybiórczą pamięć. Pozwól, że ci przypomnę Igę, Pablo i kolegów Juliusza, którzy wspierali was na każdym etapie przeprowadzki. Nie mówiąc o tym, ile wujek pomagał nam, gdy potrzebowaliśmy wsparcia w projekcie. A kto pomagał ci w zadaniach z angielskiego?

- To nie to samo - burczę jeszcze, choć widzę, jak słabe mam argumenty.

- Oczywiście, że nie to samo. Jak ktoś nam pomaga, to normalka, nic takiego, pewnie mają w tym frajdę. Gdy jednak samemu trzeba dać coś z siebie, to wielki wysiłek! - ironizuje mama. - Naprawdę nie myślałam, że wychowaliśmy cię na taką roszczeniową egoistkę. Świetnie wpisujesz się w obecny trend bycia Polakiem - wstaje rozjuszona i odchodzi od stołu. Wszystko się należy, ale żeby samemu coś zrobić, poświęcić swój czas, energię - to atak na wolność.

- Mówiłem, że rozpapraliście ją jak dziadowski bicz - wtrąca swoje trzy grosze JJ. - Zawsze na wszystko jej pozwalacie, bo jest najmłodsza. Nie ma żadnych obowiązków, bo jest najmłodsza.

- Nie wtrącaj się pacanie! - wrzeszczę na niego wściekła do granic możliwości.

- No widzisz? - JJ zwraca się do mamy. - Jak coś jej się nie podoba, to wpada w złość i wymusza.

- Zamknij się! - krzyczę na niego, a łzy napływają mi do oczu. Wstaję i idę do pokoju, bo wiem, że zaraz wybuchnę płaczem.

- Pewnie, jak krzyk nie pomoże, to zawsze można się poryczeć - kpi JJ, dobrze się bawiąc.

- Przestań już - mówi mama spokojnym głosem. - Nie pomagasz, tylko jątrzysz.