Lato drugiej szansy - Morgan Matson

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Uchy­liłam drzwi sy­pial­ni, żeby spraw­dzić, czy ko­ry­tarz jest pu­sty. Ni­ko­go nie za­uważyłam, więc za­rzu­ciłam na ramię torbę i po ci­chu za­mknęłam za sobą drzwi, i zeszłam po dwa stop­nie po scho­dach do kuch­ni. Była dzie­wiąta rano, za trzy go­dzi­ny mie­liśmy wyjeżdżać do let­nie­go domu, a ja za­mie­rzałam uciec.

W kuch­ni leżały ob­szer­ne li­sty rze­czy do zro­bie­nia, przy­go­to­wa­ne przez moją matkę, stały tor­by z je­dze­niem i przy­bo­ra­mi ku­chen­ny­mi oraz pudełko pełne po­ma­rańczo­wych bu­te­le­czek z le­ka­mi dla ojca. Sta­rałam się nie pa­trzeć na nie, kie­dy skra­dałam się przez kuch­nię do tyl­nych drzwi. Cho­ciaż od lat nie wy­my­kałam się już z domu, wy­da­wało mi się, że to tak samo, jak z jazdą na ro­we­rze - której, tak w su­mie, też od lat nie próbowałam. Dzi­siaj rano obu­dziłam się zla­na zim­nym po­tem, z walącym ser­cem; in­stynkt pod­po­wia­dał mi, że po­win­nam stąd wyjść, że wszyst­ko będzie le­piej, jeśli tyl­ko znajdę się gdzieś - gdzie­kol­wiek in­dziej.

- Tay­lor?

Za­stygłam w miej­scu, a po­tem odwróciłam się i zo­ba­czyłam, że w drzwiach kuch­ni stoi Gel­sey, moja dwu­na­sto­let­nia sio­stra. Miała jesz­cze na so­bie pra­starą piżamę w bro­ka­to­we ba­let­ki, ale jej włosy były już związane w ide­al­ny ko­czek.

- Co zno­wu? - za­py­tałam, co­fając się o krok od drzwi i sta­rając się wyglądać możli­wie non­sza­lanc­ko.

Zmarsz­czyła brwi, a jej spoj­rze­nie po­biegło do mo­jej tor­by, za­nim zno­wu skon­cen­tro­wało się na mo­jej twa­rzy.

- Co ty tu ro­bisz?

- Nic - od­parłam. Miałam na­dzieję, że udało mi się swo­bod­nym ru­chem oprzeć o ścianę, cho­ciaż chy­ba nig­dy w życiu nie opie­rałam się o żadną ścianę. - Cze­go chcesz?

- Nie mogę zna­leźć iPo­da, nie za­brałaś go?

- Nie - od­parłam krótko, opie­rając się po­ku­sie, by przy­po­mnieć jej, że nie do­tknęłabym jej iPo­da, wypełnio­ne­go wyłącznie mu­zyką ba­le­tową i kosz­mar­nym boys­ban­dem, na punk­cie którego miała ostat­nio świra. Na­zy­wał się The Ben­tley Boys, a w jego skład wcho­dzi­li trzej bra­cia z nie­ska­zi­tel­nie po­tar­ga­ny­mi grzyw­ka­mi i wątpli­wym ta­len­tem mu­zycz­nym. - Za­py­taj mamę.

- Okej - od­parła, patrząc na mnie po­dejrz­li­wie. Zro­biła pi­ru­et i wy­biegła z kuch­ni, wołając po dro­dze: - Mamo!!!

Zdążyłam właśnie dojść do wyjścia, kie­dy drzwi otwarły się gwałtow­nie, zmu­szając mnie, żebym od­sko­czyła. Mój star­szy brat War­ren wszedł z tru­dem, niosąc pudełko z pie­kar­ni i tacę z kawą na wy­nos.

- Cześć - po­wie­dział.

- Hej - mruknęłam, patrząc tęsknie po­nad jego ra­mie­niem na zewnątrz i żałując, że nie spróbowałam uciecz­ki pięć mi­nut wcześniej - albo, co miałoby na­wet więcej sen­su, że nie wyszłam po pro­stu przez drzwi fron­to­we.

- Mama kazała mi kupić kawę i ro­ga­li­ki - wyjaśnił, sta­wiając jed­no i dru­gie na bla­cie. - Lu­bisz z se­za­mem, praw­da?

Nie cier­piałam se­za­mu - tak na­prawdę War­ren był je­dyną osobą w ro­dzi­nie, która go lubiła - ale nie za­mie­rzałam mu te­raz o tym przy­po­mi­nać.

- Ja­sne - od­parłam szyb­ko. - Su­per.

War­ren wy­brał je­den ku­bek z kawą i wypił łyk. Cho­ciaż miał dzie­więtnaście lat i był star­szy ode mnie tyl­ko o dwa lata, założył jak zwy­kle spodnie kha­ki i ko­szulkę polo. Wyglądał, jak­by lada mo­ment spo­dzie­wał się za­pro­sze­nia na ze­bra­nie rady nad­zor­czej lub na par­tyjkę gol­fa.

- Gdzie są wszy­scy? - za­py­tał po chwi­li.

- Nie mam pojęcia - od­parłam z na­dzieją, że sam pójdzie ich po­szu­kać. Skinął głową i wypił jesz­cze łyk, jak­by miał dla sie­bie cały czas świa­ta. - Chy­ba słyszałam mamę na górze - dodałam, kie­dy stało się ja­sne, że mój brat za­mie­rza spędzić całe przed­południe, sącząc kawę i gapiąc się w prze­strzeń.

- Po­wiem jej, że już wróciłem - zde­cy­do­wał i w końcu od­sta­wił kawę. Skie­ro­wał się do drzwi, ale jesz­cze za­trzy­mał się i odwrócił do mnie. - Czy tata już wstał?

Wzru­szyłam ra­mio­na­mi.

- Nie wiem - rzu­ciłam lek­ko, jak­by to było po pro­stu ru­ty­no­we py­ta­nie. Jesz­cze kil­ka ty­go­dni temu było całko­wi­cie nie do pomyśle­nia, żeby mój tata o tej go­dzi­nie spał - a na­wet żeby w ogóle był w domu.

War­ren zno­wu skinął głową i wy­szedł z kuch­ni. Kie­dy tyl­ko zniknął mi z oczu, wy­padłam na zewnątrz.

Prze­biegłam przez nasz pod­jazd i ode­tchnęłam głęboko, kie­dy zna­lazłam się na uli­cy, a po­tem ru­szyłam możli­wie jak naj­szyb­szym kro­kiem wzdłuż Gre­en­le­af Road. Praw­do­po­dob­nie po­win­nam była wziąć sa­mochód, ale pew­ne rze­czy wchodzą człowie­ko­wi w na­wyk, a kie­dy ostat­ni się stąd raz wy­my­kałam, od zdo­by­cia pra­wa jaz­dy dzie­liło mnie kil­ka lat.

Od­chodząc co­raz da­lej od domu, zaczęłam się uspo­ka­jać. Ra­cjo­nal­na cząstka mo­je­go mózgu pod­po­wia­dała mi, że w ja­kimś mo­men­cie będę mu­siała wrócić, ale nie miałam ocho­ty jej słuchać. Chciałam tyl­ko uda­wać, że ten dzień - całe to lato - nig­dy się nie wy­da­rzy, a to sta­wało się tym łatwiej­sze, im większy dy­stans dzie­lił mnie od domu. Szłam już dłuższą chwilę i właśnie zaczęłam szu­kać w tor­bie ciem­nych oku­larów, kie­dy usłyszałam me­ta­licz­ny brzęk kla­me­rek i pod­niosłam głowę.

Po­czułam się od razu go­rzej, po­nie­waż zo­ba­czyłam Con­nie z białego domu na­prze­ciw­ko nas, która szła z psem i ma­chała do mnie. Była mniej więcej w wie­ku mo­ich ro­dziców; w ja­kimś mo­men­cie wie­działam, jak ma na na­zwi­sko, cho­ciaż te­raz nie mogłam so­bie tego przy­po­mnieć. Wrzu­ciłam fu­te­rał oku­larów do tor­by obok cze­goś, co - jak te­raz za­uważyłam - było iPo­dem Gel­sey (ups), który mu­siałam po­my­lić z moim własnym. Nie mogłam uniknąć roz­mo­wy z Con­nie in­a­czej niż osten­ta­cyj­nie ją igno­rując albo ob­ra­cając się na pięcie i ucie­kając między drze­wa. Miałam prze­czu­cie, że wybór której­kol­wiek z tych opcji spo­wo­do­wałby, że moja mat­ka na­tych­miast by się dowie­działa o moim za­cho­wa­niu. Wes­tchnęłam i zmu­siłam się do uśmie­chu, kie­dy Con­nie po­deszła bliżej.

- Cześć, Tay­lor! - po­ma­chała mi z sze­ro­kim uśmie­chem. Jej pies, duży i głupi gol­den re­trie­ver, napiął smycz i pociągnął ją do mnie, sapiąc i ma­chając ogo­nem. Po­pa­trzyłam na nie­go i zro­biłam pół kro­ku do tyłu. Nig­dy nie mie­liśmy psa, więc cho­ciaż teo­re­tycz­nie je lubiłam, nie miałam spe­cjal­ne­go doświad­cze­nia we wza­jem­nych kon­tak­tach. Obej­rzałam wpraw­dzie więcej od­cinków do­ku­men­tal­ne­go se­ria­lu Grzecz­ny pies, niż wy­pa­dałoby komuś, kto nie ma własne­go czwo­ro­no­ga, ale to nie po­ma­gało, kie­dy sta­wałam oko w oko z praw­dzi­wym psem.

- Cześć, Con­nie - od­parłam i od razu zaczęłam się dys­kret­nie wy­co­fy­wać, z na­dzieją, że zro­zu­mie aluzję. - Miło cię wi­dzieć!

- Cie­bie też! - po­wie­działa od­ru­cho­wo, ale za­uważyłam, że jej uśmie­che zbladł, spoj­rze­nie prześli­zgnęło się po mo­jej twa­rzy i ubra­niu. - Wyglądasz dzi­siaj troszkę in­a­czej - za­uważyła. - Je­steś bar­dzo... swo­bod­na.

Po­nie­waż Con­nie za­zwy­czaj wi­dy­wała mnie w mun­dur­ku Aka­de­mii Stan­wich - w białej bluz­ce i gryzącej spódni­cy w szkocką kratę - nie miałam wątpli­wości, że te­raz wyglądam in­a­czej, sko­ro wyszłam z domu prak­tycz­nie tak, jak wstałam z łóżka, nie za­wra­cając so­bie na­wet głowy szczot­ko­wa­niem włosów. Do tego miałam na so­bie klap­ki, szor­ty i spra­ny biały T-shirt z logo drużyny pływac­kiej z Lake Pho­enix. Teo­re­tycz­nie nie należał do mnie, ale przywłasz­czyłam go so­bie tak daw­no temu, że uważałam go już za mój własny.

- Rze­czy­wiście - przy­znałam, pamiętając o uśmie­chu. - No cóż...

- Ma­cie ja­kieś wspa­niałe pla­ny wa­ka­cyj­ne? - za­py­tała radośnie, naj­wy­raźniej zupełnie nieświa­do­ma, że próbuję czym prędzej skończyć tę roz­mowę. Pies, być może ro­zu­miejąc, że to jesz­cze chwilę po­trwa, położył się koło niej i oparł łeb na łapach.

- Właści­wie to nie - po­wie­działam z na­dzieją, że może w ten sposób zakończę te­mat, ale Con­nie pa­trzyła na mnie da­lej z unie­sio­ny­mi brwia­mi, więc stłumiłam wes­tchnie­nie i uzu­pełniłam: - Wyjeżdżamy dzi­siaj na całe wa­ka­cje do na­sze­go let­nie­go domu.

- Och, to cu­dow­nie! - wy­krzyknęła. - Za­zdroszczę wam. A gdzież on się znaj­du­je?

- W górach Po­co­nos - od­parłam. Zmarsz­czyła brwi, za­sta­na­wiając się pew­nie, gdzie to jest, więc dodałam: - To pa­smo Ap­pa­lachów w Pen­syl­wa­nii.

- A tak, oczy­wiście - po­ki­wała głową, cho­ciaż wi­działam po jej twa­rzy, że nadal nie ma pojęcia, o czym mówię. Nie było w tym w su­mie nic dziw­ne­go. Ro­dzi­ny mo­ich przy­ja­ciół mie­wały let­nie domy w miej­scach ta­kich jak Nan­tuc­ket czy Cape Cod. Nikt, kogo znałam, nie miał wil­li w górach północ­no-wschod­niej Pen­syl­wa­nii.

- No proszę, dom w górach. - Con­nie wciąż uśmie­chała się pro­mien­nie. - Brzmi wspa­nia­le.

Skinęłam głową, ale wolałam jej nie od­po­wia­dać, po­nie­waż za nic nie chciałam wra­cać do Lake Pho­enix. Nie chciałam wra­cać do tego stop­nia, że wolałam wyśli­zgnąć się ukrad­kiem z domu, bez żad­ne­go pla­nu i z iPo­dem sio­stry za­miast za­pasów, niż tam je­chać.

- No do­brze. - Con­nie pociągnęła smycz, zmu­szając psa, żeby wstał ociężale. - Pamiętaj, żeby po­zdro­wić ode mnie mamę i tatę! Mam na­dzieję, że wszyst­ko u nich w porządku i... - Urwała w pół słowa, otwo­rzyła sze­rzej oczy, a jej po­licz­ki lek­ko się zaróżowiły. Na­tych­miast roz­po­znałam te ozna­ki, cho­ciaż wi­dy­wałam je do­pie­ro od dwóch ty­go­dni. Przy­po­mniała so­bie.

To było coś, z czym kom­plet­nie nie po­tra­fiłam so­bie ra­dzić, ale nie­ocze­ki­waną ko­rzyścią oka­zało się, że mogłam to wyko­rzystywać dla własnych po­trzeb. Z dnia na dzień wszy­scy w mo­jej szko­le jakoś się o tym do­wie­dzie­li, na­wet na­uczy­cie­le zo­sta­li po­in­for­mo­wa­ni, cho­ciaż nie miałam pojęcia dla­cze­go ani przez kogo. Jed­nakże tyl­ko tym należało tłuma­czyć, że do­stałam naj­wyższe oce­ny ze wszyst­kich testów na ko­niec roku, na­wet z try­go­no­me­trii, z której poważnie gro­ziła mi trója. Jak­by to nie było jesz­cze wy­star­czającym do­wo­dem, na­uczy­ciel­ka an­giel­skie­go, od­dając wy­pra­co­wa­nia, położyła pracę na mo­jej ławce i oparła na niej rękę na dłuższą chwilę, aż wresz­cie na nią spoj­rzałam.

- Wiem, że musi być ci trud­no kon­cen­tro­wać się te­raz na na­uce - po­wie­działa przy­ci­szo­nym głosem, jak­by cała kla­sa i tak nie podsłuchi­wała, chłonąc każde słowo. - Po pro­stu sta­raj się, na ile możesz, do­brze?

Przy­gryzłam wte­dy war­gi i Dziel­nie Skinęłam Głową, świa­do­ma przez cały czas, że tyl­ko udaję, za­cho­wuję się tak, jak ona tego ocze­ku­je. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi do­stałam szóstkę z wy­pra­co­wa­nia, cho­ciaż prze­kart­ko­wałam tyl­ko zakończe­nie Wiel­kie­go Gats­by­ego.

Wszyst­ko się zmie­niło, a ra­czej - tak na­prawdę - wszyst­ko miało się zmie­nić, cho­ciaż na ra­zie nic się nie zmie­niło. To spra­wiało, że wy­ra­zy współczu­cia brzmiały dziw­nie, jak­by lu­dzie współczu­li mi, że mój dom się spa­lił, cho­ciaż stał jesz­cze nie­tknięty i tyl­ko w po­bliżu żarzyły się złowiesz­czo węgiel­ki, cze­kając na od­po­wied­ni mo­ment.

- Oczy­wiście, po­zdro­wię ich - po­wie­działam szyb­ko. Dzięki temu Con­nie nie zaczęła zma­gać się z ko­lejną pod­noszącą na du­chu prze­mową, od których mnie już mdliło, ani - to było jesz­cze gor­sze - nie zaczęła opo­wia­dać o zna­jo­mym zna­jo­mej, cu­dow­nie ule­czo­nym za po­mocą aku­punk­tu­ry/me­dy­ta­cji/tofu - może po­win­niśmy tego spróbować? - Dziękuję bar­dzo.

- Trzy­maj się - po­wie­działa, kładąc większy niż zwy­kle na­cisk na tę stan­dar­dową for­mułkę. Kie­dy po­kle­pała mnie po ra­mie­niu, zo­ba­czyłam w jej oczach współczu­cie, ale także lęk, chęć trzy­ma­nia się od nas na od­ległość, bo sko­ro coś ta­kie­go spo­ty­kało moją ro­dzinę, równie do­brze mogło się przy­tra­fić jej sa­mej.

- Ty też - od­parłam, sta­rając się uśmie­chać aż do chwi­li, kie­dy po raz ostat­ni mi po­ma­chała i poszła da­lej ulicą, pro­wa­dzo­na przez psa. Skie­ro­wałam się w prze­ciwną stronę, ale prze­stałam już czuć, że ta uciecz­ka w czym­kol­wiek pomoże. Jaki sens miało ucie­ka­nie, sko­ro wszy­scy upar­li się przy­po­mi­nać mi o tym, przed czym ucie­kałam? Cho­ciaż od dłuższe­go cza­su nie od­czu­wałam ta­kiej po­trze­by, kie­dy byłam młod­sza, ucie­kałam re­gu­lar­nie. To się zaczęło, kie­dy miałam pięć lat i rozzłościłam się, bo mat­ka zaj­mo­wała się tyl­ko ma­lutką Gel­sey, a War­ren jak zwy­kle nie chciał się ze mną bawić. Wy­ma­sze­ro­wałam na zewnątrz i zo­ba­czyłam nasz pod­jazd, a da­lej cały sze­ro­ki świat, niezwy­kle dla mnie kuszący. Poszłam wzdłuż uli­cy, za­sta­na­wiając się przede wszyst­kim, ile cza­su mi­nie, za­nim ktoś w ogóle za­uważy moją nie­obec­ność. Oczy­wiście, niedługo zo­stałam zna­le­zio­na i odpro­wa­dzo­na do domu, ale ucie­ka­nie przed tym, co mi nie od­po­wia­dało, weszło mi w krew i stało się ulu­bioną me­todą ra­dze­nia so­bie z pro­ble­ma­mi. Ro­dzi­na przy­wykła do tego tak bar­dzo, że kie­dy ze łzami w oczach oznaj­miałam od drzwi, że wy­chodzę z domu i nig­dy, przenig­dy już nie wrócę, mat­ka kiwała tyl­ko głową, rzu­cała mi szyb­kie spoj­rze­nie i przy­po­mi­nała, żebym się nie spóźniła na obiad.

Wyciągnęłam właśnie iPod Gel­sey, zde­cy­do­wa­na prze­cier­pieć na­wet Ben­tley Boys, jeśli to miałoby odwrócić moją uwagę od po­nu­rych myśli, kie­dy usłyszałam za sobą ni­ski szum sil­ni­ka spor­to­we­go sa­mo­cho­du.

Uświa­do­miłam so­bie, że wyszłam z domu na dłużej niż mi się wy­da­wało, i odwróciłam się, wiedząc z góry, kogo zo­baczę. Za kie­row­nicą ni­sko za­wie­szo­ne­go, srebr­ne­go auta sie­dział mój oj­ciec i uśmie­chał się do mnie.

- Cześć, mała - po­wie­dział przez otwar­te okno po stro­nie pasażera. - Pod­rzu­cić cię?

Wie­działam, że nie ma sen­su dłużej uda­wać, więc otwo­rzyłam drzwi i wsiadłam do środ­ka. Tata po­pa­trzył na mnie, unosząc brwi.

- Co tam słychać? - za­py­tał jak zwy­kle.

Wzru­szyłam ra­mio­na­mi i po­pa­trzyłam na sza­ry dy­wa­nik pod mo­imi no­ga­mi, nie­ska­zi­tel­nie czy­sty, cho­ciaż sa­mochód miał już rok.

- A, tak tyl­ko, miałam ochotę się przejść.

Tata skinął głową.

- Oczy­wiście - po­wie­dział ze śmier­telną po­wagą, jak­by wie­rzył w każde moje słowo. Obo­je wie­dzie­liśmy do­sko­na­le, co tak na­prawdę robiłam, po­nie­waż to zwy­kle oj­ciec mnie znaj­do­wał. Miałam wrażenie, że za­wsze wie, gdzie je­stem, ale za­miast od­wo­zić mnie pro­sto do domu, za­bie­rał mnie na lody, jeśli tyl­ko nie było za późno i jeśli obie­całam, że nie po­wiem o ni­czym mat­ce.

Zapięłam pas, a tata ku mo­je­mu zdzi­wie­niu nie zawrócił, tyl­ko skręcił w ulicę pro­wadzącą do cen­trum.

- Dokąd je­dzie­my? - za­py­tałam.

- Pomyślałem, że mo­gli­byśmy kupić coś na śnia­da­nie - wyjaśnił, spoglądając na mnie, kie­dy za­trzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle. - Nie mam pojęcia dla­cze­go, ale wszyst­kie ro­ga­li­ki w domu oka­zały się z se­za­mem.

Uśmiechnęłam się, a kie­dy stanęliśmy pod skle­pem spożyw­czym, weszłam z tatą do środ­ka. Po­nie­waż przy la­dzie kłębił się tłumek, od­sunęłam się na bok i zo­sta­wiłam mu ro­bie­nie za­kupów. Rozglądając się po skle­pie, za­uważyłam na początku ko­lej­ki Amy Cur­ry, trzy­mającą się za ręce z wy­so­kim i przy­stoj­nym chłopa­kiem w T-shir­cie z logo Co­lo­ra­do Col­le­ge. Nie znałam jej za do­brze, do­pie­ro w zeszłe wa­ka­cje wpro­wa­dziła się na naszą ulicę ra­zem z matką i bra­tem, ale kie­dy uśmiechnęła się i po­ma­chała do mnie, od­po­wie­działam tym sa­mym.

Tata prze­sunął się na początek ko­lej­ki, a ja słuchałam, jak szyb­ko wy­mie­nia rze­czy, które chce kupić i do­da­je coś, co spra­wiło, że sprze­daw­ca się roześmiał. Kie­dy pa­trzyło się na mo­je­go ojca, nie było jesz­cze widać, że jest bar­dzo źle. Wy­da­wał się odro­binę szczu­plej­szy, jego skóra miała le­ciut­ko żółtawy od­cień, ale ja sta­rałam się tego nie wi­dzieć, patrząc, jak wrzu­ca kil­ka centów do kub­ka na drob­ne. Sta­rałam się nie wi­dzieć, jak bar­dzo wy­da­je się zmęczo­ny, sta­rałam się przełknąć na­ra­stającą w gar­dle gulę. A przede wszyst­kim sta­rałam się nie myśleć o tym, co po­wie­dzie­li nam spe­cja­liści od tych rze­czy: że zo­stało mu około trzech mie­sięcy życia.

Roz­dział piąty

To chy­ba są ja­kieś żarty. - Mama za­mknęła drzwi szaf­ki ku­chen­nej trochę moc­niej, niż to było ko­niecz­ne i odwróciła się do mnie, potrząsając głową. - Uwie­rzysz, że za­bra­li wszyst­kie moje przy­pra­wy?

- Mhm - mruknęłam. Zo­stałam zwer­bo­wa­na, żeby pomóc mat­ce wy­pa­ko­wać rze­czy ku­chen­ne, ale zaj­mo­wałam się przede wszyst­kim porządko­wa­niem i układa­niem na nowo sztućców w szu­fla­dzie, co wy­da­wało się lep­sze od szar­pa­nia się z jed­nym z wiel­kich pudeł, które cze­kały na roz­pa­ko­wa­nie. Na ra­zie mat­ka nie za­uważyła tego, po­nie­waż była pochłonięta in­wen­ta­ry­zacją rze­czy zo­sta­wio­nych w kuch­ni. Naj­wy­raźniej zeszłorocz­ni let­ni­cy za­bra­li wszyst­ko, co nie zo­stało przy­bi­te gwoździa­mi, łącznie ze szczotką, ścier­ka­mi i wszyst­kimi przy­pra­wa­mi z lodówki. Trze­ba jed­nak przy­znać, że zo­stawili też mnóstwo własnych rze­czy, choćby tę kołyskę, której obec­ność tak obu­rzyła Gel­sey.

- Nie wiem, jak mam coś go­to­wać bez przy­praw - mruknęła mat­ka, otwie­rając jedną z górnych sza­fek i unosząc się na pal­cach, żeby przej­rzeć jej za­war­tość. Sto­py usta­wiła przy tym w ide­al­nej po­zy­cji pierw­szej, po­nie­waż była daw­niej za­wo­dową ba­let­nicą, a cho­ciaż kon­tu­zja ścięgna zmu­siła ją do re­zy­gna­cji z tańca jesz­cze przed trzy­dziestką, wciąż wyglądała, jak - by w każdej chwi­li mogła wrócić na scenę. - Tay­lor? - za­py­tała trochę ostrzej, więc spoj­rzałam na nią.

- Co? - za­py­tałam i po­pra­wiłam łyżeczkę w szu­fla­dzie. Sama słyszałam obronną nutę w moim głosie.

Mat­ka wes­tchnęła.

- Możesz prze­stać być taka nadęta?

Nie wiem, czy ist­niało inne zda­nie, które mogłoby spra­wić, że nadęłabym się jesz­cze bar­dziej. Wbrew swo­jej woli po­czułam, że się krzy­wię nie­przy­jem­nie.

- Wca­le nie je­stem nadęta.

Mama po­pa­trzyła przez okno we­ran­dy na je­zio­ro, a po­tem zno­wu na mnie.

- Te wa­ka­cje będą wy­star­czające trud­ne dla nas wszyst­kich na­wet bez ta­kie­go za­cho­wa­nia.

Za­mknęłam szu­fladę ze sztućcami gwałtow­niej, niż to było ko­niecz­ne, czując przypływ po­czu­cia winy wy­mie­sza­ne­go z iry­tacją. Nig­dy nie byłam ulu­bie­nicą mat­ki - w odróżnie­niu od Gel­sey - ale za­wsze byłyśmy w niezłych sto­sun­kach.

- Wiem, że nie chciałaś tu przy­jeżdżać - po­wie­działa łagod­niej. - Ale mu­si­my jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać ten czas. Zgo­da?

Otwo­rzyłam szu­fladę i zno­wu ją za­mknęłam. Prze­by­wałam w tym domu za­le­d­wie od kil­ku go­dzin, ale już czułam się tu klau­stro­fo­bicz­nie. Świa­do­mość, że po sąsiedz­ku obok miesz­ka mój były chłopak, który mnie nie zno­si - nie bez po­wo­du zresztą - także mi nie po­ma­gała.

- Po pro­stu - po­wie­działam, odro­binę się za­ci­nając - po pro­stu nie wiem, co mam tu robić przez całe lato. A poza tym...

- Mamo! - Gel­sey wpadła do kuch­ni. - Kołyska da­lej jest w moim po­ko­ju. I światło się nie pali.

- Ta ro­dzi­na Mur­phych pew­nie po­wykręcała żarówki - mruknęła mat­ka, potrząsając głową. - Za­raz zo­baczę. - Wyszła z kuch­ni ra­zem z Gel­sey, trzy­mając rękę na jej ra­mie­niu, ale za­trzy­mała się w pro­gu i spoj­rzała na mnie. - Tay­lor, później o tym pomówimy. Czy mogłabym pro­sić, żebyście ty albo War­ren pod­je­cha­li po pizzę? Dzi­siaj chy­ba nie uda mi się ni­cze­go ugo­to­wać.

Wyszła, a ja zo­stałam w kuch­ni jesz­cze na kil­ka mi­nut. Moje spoj­rze­nie przy­kuły stojące na bla­cie bu­te­lecz­ki z po­ma­rańczo­we­go pla­sti­ku, w których były pigułki dla ojca. Pa­trzyłam na nie przez chwilę, a po­tem poszłam po­szu­kać taty, po­nie­waż wie­działam, że War­ren będzie na pew­no tam, gdzie on.

Zna­lazłam ich obu - nie mu­siałam długo szu­kać w tak małym domu - siedzących przy sto­le w ja­dal­ni, tatę w oku­la­rach, ze sto­sem pa­pierów i lap­to­pem, a War­re­na z opasłą ksiażką, nad którą marsz­czył brwi z mądrą miną, robiąc w trak­cie lek­tu­ry no­tat­ki w swo­im no­te­sie. Miał za­gwa­ran­to­wa­ne przyjęcie na Uni­wer­sy­tet Pen­syl­wa­nii, ale kie­dy te­raz się na nie­go spoj­rzało, można by pomyśleć, że jest już współwłaści­cie­lem fir­my praw­ni­czej, a stu­dia - nie wspo­mi­nając o wcześniej­szym col­le­ge'u - to tyl­ko for­mal­ność.

- Hej. - Szturchnęłam bra­ta w ple­cy, sia­dając obok taty. - Mama po­wie­działa, żebyś pod­je­chał po pizzę.

- Ja? - zmarsz­czył brwi War­ren, ale za­raz wstał, kie­dy tata rzu­cił mu spoj­rze­nie. - Zna­czy, ja­sne. Jak się na­zy­wała ta piz­ze­ria w mieście?

Obo­je z War­re­nem po­pa­trzy­liśmy na tatę. Mój brat miał może pamięć fo­to­gra­ficzną, ale to nasz oj­ciec za­wsze pamiętał istot­ne in­for­ma­cje - wy­da­rze­nia, daty, na­zwy piz­ze­rii.

- Pysz­na Piz­za - od­parł tata. - O ile jesz­cze ist­nie­je.

- Zo­baczę. - War­ren wygładził ko­szulkę polo i pod­szedł do drzwi. Po kil­ku kro­kach przy­stanął, żeby na nas spoj­rzeć. - Wie­cie, że piz­za zo­stała wymyślona, żeby za­go­spo­da­ro­wać reszt­ki je­dze­nia, we Włoszech, w piętna­stym...

- Synu, może opo­wiesz o tym przy obie­dzie? - prze­rwał mu tata.

- Ja­sne. - War­ren za­ru­mie­nił się lek­ko i wy­szedł z po­ko­ju. Chwilę później usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejścio­wych i war­kot sil­ni­ka sa­mo­cho­du.

Tata po­pa­trzył na mnie po­nad ekra­nem lap­to­pa, unosząc brwi.

- No do­brze, mała. Czy mat­ka na­prawdę chciała, żeby to twój brat po­je­chał po pizzę?

Po­sta­rałam się ukryć uśmiech i wzru­szyłam ra­mio­na­mi, sku­biąc nitkę wy­stającą z mo­je­go T-shir­tu.

- Nie­wy­klu­czo­ne, że za­su­ge­ro­wała, że to mogłoby być jed­no z nas. Ja do­ko­nałam de­le­ga­cji zadań.

Potrząsnął głową i uśmiechnął się lek­ko, a po­tem zno­wu zagłębił się w swo­ich pa­pie­rach. Nie prze­stał pra­co­wać po­mi­mo dia­gno­zy, twierdząc, że chce tyl­ko po­za­my­kać nie­do­kończo­ne spra­wy, ale ja wie­działam, że byłby nieszczęśliwy, gdy­by mu za­bra­no to zajęcie. Był współwłaści­cie­lem kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej spe­cja­li­zującej się w ape­la­cjach. Spędzał w pra­cy wszyst­kie so­bo­ty i większość nie­dziel. Było całkiem nor­mal­ne, że jadł z nami obiad raz czy dwa razy w ty­go­dniu, a przez resztę cza­su pra­co­wał. Przy­wykłam do te­le­fo­nu dzwo­niącego późno wie­czo­rem lub wcześnie rano, do ci­che­go szu­mu drzwi garażu, otwie­rających się i za­my­kających o czwar­tej nad ra­nem, kie­dy tata je­chał wcześnie do biu­ra, po­nie­waż był czyjąś ostat­nią na­dzieją na drugą szansę.

- Co ro­bisz? - za­py­tałam po kil­ku mi­nu­tach, pod­czas których pisał coś w mil­cze­niu.

- Stresz­cze­nie spra­wy sądo­wej - od­parł, pod­nosząc na mnie wzrok. - Pra­cuję nad tym już od kil­ku ty­go­dni. Skończyłbym wcześniej, ale... - urwał w pół zda­nia, a ja wie­działam, co ma na myśli. Kil­ka ty­go­dni temu - dokład­nie trzy ty­go­dnie temu - do­wie­dzie­liśmy się, co mu jest, a to spra­wiło, że wszyst­ko inne zeszło na dal­szy plan.

- Myślałam, że stresz­cze­nie po­win­no się robić szyb­ko - po­wie­działam, sta­rając się trochę po­pra­wić mu hu­mor. Tata na­gro­dził mnie uśmie­chem.

- Do­bre - po­wie­dział z apro­batą. Uwiel­biał za­bawę słowa­mi, na­wet jeśli inni re­ago­wa­li na to jękami roz­pa­czy, a ja byłam je­dyną osobą, która to zno­siła, a na­wet próbowała sama coś wymyślać. - Po pro­stu... - po­pa­trzył na mo­ni­tor i potrząsnął głową. - Po pro­stu chciałbym to zro­bić do­brze. To chy­ba będzie moja ostat­nia spra­wa.

Po­ki­wałam głową, patrząc na za­dra­pa­nia na drew­nia­nym bla­cie i nie mając pojęcia, jak mam za­re­ago­wać. Wszy­scy wie­dzie­liśmy, co się dzie­je z moim tatą, ale nie roz­ma­wia­liśmy właści­wie

O tym od mo­ich uro­dzin, więc nie wie­działam, co po­win­nam po­wie­dzieć.

- No do­brze, wra­cam do ro­bo­ty - po­wie­dział tata ci­szej i po dłuższej chwi­li. Zno­wu zaczął coś pisać, a cho­ciaż za­mie­rzałam pójść roz­pa­ko­wy­wać swo­je rze­czy, na­gle po­czułam, że nie mogę tak po pro­stu zo­sta­wić go, żeby pra­co­wał w sa­mot­ności nad swoją ostat­nią sprawą. Sie­działam koło nie­go w ci­szy prze­ry­wa­nej tyl­ko stu­ko­tem kla­wia­tu­ry, aż w końcu usłysze­liśmy chrzęst opon na żwi­rze i głos mat­ki, wołającej nas na obiad.

Łazien­ka była za mała.

To stało się ja­sne jak słońce, kie­dy wszy­scy zaczęliśmy się szy­ko­wać do pójścia spać - War­ren na­zy­wał to "wie­czor­ny­mi ablu­cja­mi" - mniej więcej o tej sa­mej po­rze.

Roz­dział dru­gi

Czy mu­si­my tego słuchać? - jęknęła siedząca z przo­du Gel­sey, chy­ba po raz trze­ci w ciągu dzie­sięciu mi­nut.

- Możesz się cze­goś na­uczyć - od­parł War­ren, który pro­wa­dził. - Praw­da, Tay­lor?

Wyciągnęłam się na tyl­nym sie­dze­niu, a za­miast od­po­wie­dzieć, zasłoniłam oczy ciem­ny­mi oku­la­ra­mi i podkręciłam dźwięk w iPo­dzie. Lake Pho­enix leżało tyl­ko trzy go­dzi­ny jaz­dy od na­sze­go domu w Stan­wich w Con­nec­ti­cut, ale miałam wrażenie, że to najdłuższa podróż sa­mo­cho­do­wa w moim życiu. Po­nie­waż mój brat pro­wa­dził jak eme­ryt (całkiem se­rio; do­stał kie­dyś man­dat za zbyt wolną jazdę, sta­no­wiącą za­grożenie na dro­dze), po­trze­bo­wa­liśmy czte­rech go­dzin, żeby do­trzeć na miej­sce. To na­prawdę była jed­na z najdłuższych podróży sa­mo­cho­do­wych w moim życiu.

Je­cha­liśmy tyl­ko we tro­je sta­rym land cru­ise­rem, należącym do mnie i War­re­na - ro­dzi­ce po­je­cha­li pierw­si, sa­mo­cho­dem mamy, wy­pcha­nym po dach wszyst­ki­mi rze­cza­mi, których mie­liśmy po­trze­bo­wać przez całe lato. Spędziłam większość dro­gi, sta­rając się igno­ro­wać sprzecz­ki mo­je­go ro­dzeństwa, przede wszyst­kim do­tyczące tego, cze­go mamy słuchać - Gel­sey chciała pusz­czać tyl­ko Ben­tley Boys, War­ren upie­rał się, żeby włączyć jego CD z wykłada­mi aka­de­mic­ki­mi i osta­tecz­nie wy­grał, więc mo­no­ton­ny głos z bry­tyj­skim ak­cen­tem mówił mi znacz­nie więcej, niż kie­dy­kol­wiek chciałam wie­dzieć o me­cha­ni­ce kwan­to­wej.

Cho­ciaż nie je­chałam tędy od pięciu lat, wciąż po­tra­fiłam prze­wi­dzieć każdy zakręt. Ro­dzi­ce ku­pi­li ten dom, za­nim się uro­dziłam, i swe­go cza­su spędza­liśmy tam każde lato, od początku czerw­ca do końca sierp­nia. Tyl­ko tata zo­sta­wał w Con­nec­ti­cut, żeby pra­co­wać, i przy­jeżdżał do nas na week­en­dy. Te wa­ka­cje były dla mnie naj­lepszą częścią roku i siedząc w szko­le, od­li­czałam dni do czerw­ca i wszyst­kie­go tego, co wiązało się z la­tem w Lake Pho­enix. Jed­nak kie­dy miałam dwa­naście lat, wa­ka­cje zakończyły się tak całko­witą ka­ta­strofą, że po­czułam ulgę, kie­dy się oka­zało, że w następnym roku tam nie je­dzie­my. War­ren uznał, że musi się skon­cen­tro­wać na na­uce i za­pi­sał na kur­sy przy­go­to­waw­cze w col­le­ge'u Yale, a Gel­sey właśnie zmie­niła na­uczy­cielkę ba­le­tu i nie chciała prze­ry­wać lek­cji na całe lato. Po­nie­waż ja z ko­lei nie chciałam wra­cać do Lake Pho­enix i sta­wić czoło temu, co tam zo­sta­wiłam, zna­lazłam so­bie let­ni obóz oce­ano­gra­ficz­ny (przez krótki czas chciałam zo­stać hy­dro­bio­lo­giem, ale już mi to przeszło) i ubłagałam ro­dziców, żeby po­zwo­li­li mi na nie­go je­chać. Od tam­tej pory co roku działo się coś, co unie­możli­wiało nam spędze­nie wa­ka­cji w Lake Pho­enix. Gel­sey jeździła na dłuższe obo­zy ba­le­to­we, a War­ren i ja za­pi­sy­wa­liśmy się na uni­wer­sy­tec­kie kur­sy i pro­gra­my dla wo­lon­ta­riu­szy (on wy­bu­do­wał plac za­baw w Gre­cji, a ja bez­sku­tecz­nie próbowałam się na­uczyć chińskie­go na in­ten­syw­nym kur­sie w Ver­mon­cie). Mama zaczęła wy­naj­mo­wać nasz dom let­nikom, kie­dy stało się ja­sne, że wszy­scy je­steśmy zbyt zajęci, żeby wziąć so­bie wol­ne na całe lato i spędzić je ra­zem w Pen­syl­wa­nii.

W tym roku miało być tak samo - Gel­sey po raz ko­lej­ny wy­bie­rała się na obóz ba­le­to­wy, na którym była trak­to­wa­na jak wschodząca gwiaz­da, War­ren załatwił so­bie staż w kan­ce­la­rii praw­ni­czej na­sze­go ojca, a ja za­mie­rzałam spędzać większość cza­su na kąpie­lach słonecz­nych. Na­prawdę nie mogłam się do­cze­kać wa­ka­cji, po­nie­waż na mie­siąc przed zakończe­niem roku szkol­ne­go mój chłopak Evan ze­rwał ze mną, a nasi zna­jo­mi, chcąc uniknąć po­działu gru­py, stanęli zgod­nie po jego stro­nie. Nagły brak przy­ja­ciół i ja­kich­kol­wiek prze­jawów życia to­wa­rzy­skie­go w nor­mal­nych oko­licz­nościach spra­wiłby, że per­spek­ty­wa wy­jaz­du z mia­sta na całe lato wy­da­wałaby się nie­zwy­kle kusząca. Ale wca­le nie chciałam wra­cać do Lake Pho­enix. Od pięciu lat moja noga nie po­stała w Pen­syl­wa­nii. Jesz­cze trzy ty­go­dnie temu żadne z nas nie brałoby pod uwagę tego, że mo­gli­byśmy spędzić wa­ka­cje ra­zem, w piątkę, ale właśnie to miało te­raz nastąpić.

- Dojeżdżamy! - oznaj­mił radośnie War­ren, a ja po­czułam, że sa­mochód zwal­nia.

Otwo­rzyłam oczy, usiadłam i ro­zej­rzałam się. Drze­wa po obu stro­nach szo­sy były in­ten­syw­nie zie­lo­ne, po­dob­nie jak rosnąca pod nimi tra­wa, i tak gęste, że le­d­wie wi­działam pod­jaz­dy i domy stojące w od­da­le­niu. Po­pa­trzyłam na ter­mo­metr - tem­pe­ra­tu­ra była o pięć stop­ni niższa niż w Con­nec­ti­cut. Czy mi się to po­do­bało, czy nie, byłam zno­wu w górach.

- Na­resz­cie - mruknęła siedząca z przo­du Gel­sey.

Roz­pro­sto­wałam szyję, po­nie­waż spałam w nie­wy­god­nej po­zy­cji, i wyjątko­wo tym ra­zem zgo­dziłam się całko­wi­cie z moją siostrą. War­ren zwol­nił jesz­cze bar­dziej, włączył kie­run­kow­skaz i w końcu skręcił w nasz pod­jazd. Wszyst­kie pod­jazdy w Lake Pho­enix były wy­sy­pa­ne żwi­rem, a nasz służył mi za­wsze do od­mie­rza­nia let­nie­go cza­su. W czerw­cu le­d­wie byłam w sta­nie przejść boso od sa­mo­cho­du do we­ran­dy, krzy­wiąc się przy każdym kro­ku, kie­dy ka­mycz­ki wbi­jały się w moje de­li­kat­ne, bla­de sto­py, przez cały rok osłonięte bez­piecz­nie bu­ta­mi. Ale już w sierp­niu miałam sto­py stward­niałe i ciem­nobrązowe, z wyraźnie od­ci­nającymi się białymi pa­ska­mi od klapków, mogłam też prze­biec boso po pod­jeździe, na­wet tego nie za­uważając.

Odpięłam pas i po­chy­liłam się między przed­ni­mi sie­dze­nia­mi, żeby le­piej się przyj­rzeć. Na wprost przede mną stał nasz let­ni dom. Pierwszą rzeczą, jaką za­uważyłam, było to, że wyglądał dokład­nie tak samo jak za­wsze - ciem­ne drew­no, spa­dzi­sty dach, okna na całą ścianę i oka­lająca go we­ran­da.

Drugą rzeczą, jaką za­uważyłam, był pies.

Sie­dział na we­ran­dzie, tuż pod drzwia­mi, a na wi­dok sa­mo­cho­du nie ru­szył się z miej­sca ani nie uciekł, zaczął tyl­ko ma­chać ogo­nem, jak­by na nas cze­kał.

- Co to ma być? - za­py­tała Gel­sey, kie­dy War­ren zga­sił sil­nik.

- Co ta­kie­go? - za­py­tał War­ren. Gel­sey po­ka­zała pal­cem, więc zmrużył oczy, patrząc przez szybę. - Aha - po­wie­dział za­raz, a ja za­uważyłam, że nie ru­szył się, żeby wysiąść z sa­mo­cho­du. Nie chciał się do tego przy­znać, ale bał się psów od cza­su, kie­dy miał sie­dem lat, a skre­ty­niała ba­by­sit­ter­ka puściła mu Cujo.

Otwo­rzyłam drzwi i wy­siadłam z auta, żeby się le­piej przyj­rzeć. Nie był to najład­niej­szy pies na świe­cie. Nie­duży, ale nie tak ma­lut­ki jak te, które można nosić w to­reb­ce albo przez przy­pa­dek roz­dep­tać. Miał złoci­stobrązową sierść, sterczącą sztyw­no na wszyst­kie stro­ny i na­dającą jego py­sko­wi wy­raz per­ma­nent­ne­go za­sko­cze­nia. Wyglądał na całko­wi­te­go mie­szańca, z ogrom­ny­mi stojącymi usza­mi owczar­ka nie­miec­kie­go, krótkim py­skiem i długim ogo­nem jak u col­lie. Za­uważyłam, że ma obrożę z iden­ty­fi­ka­to­rem, więc naj­wy­raźniej nie był bez­pański.

Gel­sey także wy­siadła z sa­mo­cho­du, ale War­ren zo­stał na swo­im miej­scu i uchy­lił tyl­ko okno, kie­dy do nie­go po­deszłam.

- Ja, no... zo­stanę tu­taj i zajmę się bagażami - wy­mam­ro­tał, po­dając mi klu­cze.

- Se­rio? - za­py­tałam, unosząc brwi. War­ren po­czer­wie­niał i szyb­ko za­mknął okno, jak­by się spo­dzie­wał, że ten mały pie­sek ja­kimś cu­dem we­drze się do wnętrza land cru­ise­ra.

Przeszłam przez pod­jazd i weszłam po trzech schod­kach na we­randę. Spo­dzie­wałam się, że pies uciek­nie, kie­dy po­dejdę, ale on zaczął tyl­ko ma­chać szyb­ciej ogo­nem, ude­rzając nim hałaśli­wie o de­ski.

- Idź so­bie - po­wie­działam, pod­chodząc do drzwi. - Po­szedł.

Za­miast posłuchać, pod­biegł bliżej, jak­by za­mie­rzał wejść ra­zem ze mną do środ­ka.

- Nie - po­wie­działam sta­now­czo, sta­rając się naśla­do­wać Ran­dol­pha Geo­r­ge'a, bry­tyj­skie­go oku­lar­ni­ka pro­wadzącego pro­gram Grzecz­ny pies. - Idź so­bie. - Zro­biłam krok w kie­run­ku psa, który w końcu zro­zu­miał, o co mi cho­dzi. Od­sko­czył i zszedł po scho­dach we­ran­dy, a po­tem od­da­lił się pod­jaz­dem, jak mi się wy­da­wało, z ogrom­nym ociąga­niem.

Kie­dy tyl­ko minęło za­grożenie ze stro­ny krwiożer­cze­go psa, War­ren otwo­rzył drzwi i ostrożnie wy­siadł, rozglądając się po pu­stym pod­jeździe.

- Mama i tata po­win­ni już tu chy­ba być?

Wyciągnęłam komórkę z kie­sze­ni szortów i stwier­dziłam, że War­ren ma rację. Wy­ru­szy­li kil­ka go­dzin przed nami i praw­do­po­dob­nie nie je­cha­li całą drogę sześćdzie­siąt ki­lo­metrów na go­dzinę.

- Gel­sey, możesz za­dzwo­nić... - Odwróciłam się do sio­stry i zo­ba­czyłam, że jest zgięta w pół, z no­sem pra­wie przy ko­la­nach. - Wszyst­ko w porządku? - za­py­tałam, sta­rając się jej przyj­rzeć.

- W porządku - od­parła stłumio­nym głosem. - Tyl­ko się roz­ciągam. - Wy­pro­sto­wała się po­wo­li, z czer­woną jak bu­rak twarzą. Pa­trzyłam, jak jej cera wra­ca do zwykłego ko­lo­ru - bla­de­go, z pie­ga­mi, których z bie­giem lata będzie przy­by­wać. Uniosła ra­mio­na, tworząc ide­al­ny okrąg nad głową, a po­tem opuściła je i przeszła do krążenia barków. Na wy­pa­dek, gdy­by ko­czek i cho­dze­nie ze sto­pa­mi na zewnątrz nie dość ja­sno oznaj­miały świa­tu, że ma do czy­nie­nia z ba­let­nicą, Gel­sey na­brała zwy­cza­ju częste­go roz­ciąga­nia się, także w miej­scach pu­blicz­nych.

- No do­bra, to kie­dy z tym skończysz - po­wie­działam, bo właśnie zaczęła się prze­chy­lać do tyłu pod prze­rażającym kątem - możesz za­dzwo­nić do mamy?

Nie cze­kając na jej od­po­wiedź - szczególnie że miałam prze­czu­cie, że za­brzmiałaby ona: A ty nie możesz?, wy­brałam klucz z pęczka, przekręciłam go w zam­ku i po raz pierw­szy od pięciu lat weszłam do domu.

Ro­zej­rzałam się i ode­tchnęłam z ulgą. Oba­wiałam się, że po kil­ku la­tach wy­naj­mo­wa­nia dom zmie­ni się całko­wi­cie - me­ble zo­staną po­prze­sta­wia­ne, po­ja­wią się nowe rze­czy albo po pro­stu będę od­no­sić wrażenie - trud­ne do uchwy­ce­nia, ale wyraźne - że ktoś prze­by­wał w mo­jej prze­strze­ni życio­wej. Trzy mi­sie wie­działy o tym do­sko­na­le, po­dob­nie jak ja tam­te­go lata, kie­dy wróciłam z obo­zu oce­ano­gra­ficz­ne­go i na­tych­miast za­uważyłam, że pod moją nie­obec­ność mat­ka po­zwo­liła no­co­wać w moim po­ko­ju ja­kimś gościom. Ale tu­taj, rozglądając się, nie miałam ta­kie­go uczu­cia. To był nasz let­ni dom, dokład­nie taki, jak go za­pa­miętałam, jak­by przez cały ten czas cze­kał, aż w końcu tu­taj wrócę.

Na dole nie było ścian działowych, więc wi­działam wszyst­kie po­miesz­cze­nia, które nie były sy­pial­nia­mi albo łazienką. Wy­so­ki su­fit wzno­sił się aż pod szczyt spa­dzi­ste­go da­chu, a pla­my światła słonecz­ne­go kładły się na zasłaniających drew­nianą podłogę si­za­lo­wych dy­wa­ni­kach. Za­uważyłam ob­dra­pa­ny drew­niany stół, z którego nig­dy nie ko­rzy­sta­liśmy - służył tyl­ko do zo­sta­wia­nia ręczników i pocz­ty. Kuch­nia, maleńka w porówna­niu z oka­załym cu­dem w na­szym domu w Con­nec­ti­cut, znaj­do­wała się po pra­wej stro­nie, a drzwi z niej pro­wa­dziły na osłoniętą we­randę z wi­do­kiem na je­zio­ro. Tam właśnie zwy­kle je­dliśmy wszyst­kie posiłki, z rzad­ki­mi wyjątka­mi w przy­pad­ku ulew­ne­go desz­czu. Od we­randy biegła ścieżka pro­wadząca na nasz po­most nad je­zio­rem Pho­enix, a przez okno kuch­ni wi­działam błyski późno­po­południo­wych pro­mie­ni słońca, od­bi­jających się w wo­dzie.

Za kuch­nią znaj­do­wał się kącik wy­po­czyn­ko­wy z dwo­ma ka­na­pa­mi przed ka­mien­nym ko­min­kiem - tam właśnie moi ro­dzi­ce sia­da­li za­wsze po obie­dzie, czy­tając albo zaj­mując się swoją pracą. Da­lej zo­ba­czyłam miej­sce dla dzie­ci, z obitą wy­tar­tym sztruk­sem ka­napą, na której War­ren, Gel­sey i ja prze­ważnie spędza­liśmy wie­czo­ry. Je­den z wbu­do­wa­nych w ścianę regałów zaj­mo­wały gry plan­szo­we i puz­zle, a my za­zwy­czaj całe lato pro­wa­dzi­liśmy roz­gryw­ki lub układa­liśmy ob­raz­ki. Tyl­ko Ry­zy­ko zo­stało odłożone na naj­wyższą półkę, poza na­szym zasięgiem, po tych wa­ka­cjach, kie­dy uza­leżniliśmy się od tej gry, za­wie­ra­liśmy taj­ne so­ju­sze i prak­tycz­nie odmówiliśmy wy­cho­dze­nia na zewnątrz, po­chy­le­ni nad planszą.

Na­sze po­ko­je mieściły się wzdłuż ko­ry­ta­rza - ro­dzi­ce spa­li na górze - co ozna­czało, że War­ren, Gel­sey i ja mu­sie­liśmy dzie­lić je­dyną łazienkę na dole. Nie tęskniłam za tym, szczególnie że przy­wykłam do swo­jej łazien­ki w Con­nec­ti­cut. Poszłam do swo­je­go po­ko­ju, zaglądając po dro­dze do łazien­ki, jesz­cze mniej­szej niż ją za­pa­miętałam. Zde­cy­do­wa­nie za małej, szcze­rze mówiąc, żebyśmy mo­gli ko­rzy­stać z niej we tro­je i nie po­za­bi­jać się przy tym.

Po­deszłam do mo­ich drzwi, z pra­starą ta­bliczką POKÓJ TAY­LOR, o której całkiem już za­po­mniałam, i otwo­rzyłam je, przy­go­to­wując się psy­chicz­nie na kon­fron­tację z po­ko­jem, który ostat­ni raz wi­działam pięć lat temu, a także wszyst­ki­mi związa­ny­mi z nim wspo­mnie­nia­mi.

Kie­dy weszłam do środ­ka, oka­zało się, że mam przed sobą po pro­stu ładne, dość ni­ja­kie po­miesz­cze­nie. Moje łóżko wyglądało tak jak za­wsze, ze starą ramą z brązu i na­rzutą w czer­wo­no-białą sza­chow­nicę, a pod nim mieściła się we­pchnięta polówka. Drew­nia­na ko­mo­da i lu­stro w drew­nia­nej ra­mie nie zmie­niły się, tak samo jak sta­ry ku­fer u stóp łóżka, w którym znaj­do­wały się do­dat­ko­we kołdry na zim­ne noce, ja­kie na­wet la­tem zda­rzały się w górach. Ale w tym po­ko­ju nie było już ni­cze­go ko­jarzącego się ze mną. Ob­cia­cho­we pla­ka­ty z na­sto­let­nim ak­to­rem, na punk­cie którego miałam wte­dy ob­sesję (od tam­te­go cza­su za­li­czył kil­ka opi­sy­wa­nych sze­ro­ko przez prasę po­bytów na od­wy­ku), zo­stały już zdjęte. Zniknęły od­zna­cze­nia z za­wodów pływac­kich (głównie za zajęcie trze­cie­go miej­sca), po­dob­nie jak ko­lek­cja błysz­czyków do ust, gro­ma­dzo­nych prze­ze mnie pie­czołowi­cie na prze­strze­ni lat. Spróbowałam się na­po­mnieć, że to aku­rat do­brze, bo na pew­no i tak już by się do ni­cze­go nie nada­wały, ale mimo wszyst­ko nie dawało mi to spo­ko­ju. Rzu­ciłam to­rebkę i usiadłam na łóżku, patrząc na pustą szafę i opróżnioną ko­modę w po­szu­ki­wa­niu ja­kiegoś do­wo­du na to, że miesz­kałam tu­taj przez dwa­naście wa­ka­cji. Ni­cze­go nie zna­lazłam.

- Gel­sey, co ty wy­pra­wiasz?

Głos War­re­na wy­star­czył, żeby wy­rwać mnie z tych prze­myśleń. Wyszłam na ko­ry­tarz, żeby zo­ba­czyć, co się dzie­je. Moja sio­stra wy­rzu­cała ze swo­je­go po­ko­ju plu­szo­we za­baw­ki. Zro­biłam unik przed nad­la­tującym słoniem i stanęłam obok War­re­na, oglądającego z nie­po­ko­jem sto­sik gro­madzący się pod jego drzwia­mi.

- Co tu się dzie­je? - za­py­tałam.

- Za­mie­ni­li mój pokój w pokój dla dziec­ka - oznaj­miła Gel­sey głosem pełnym po­gar­dy i wy­rzu­ciła przez drzwi ko­lej­ne­go plu­sza­ka, fio­le­to­we­go ko­nia, którego słabo so­bie przy­po­mi­nałam. Rze­czy­wiście, jej pokój zo­stał prze­me­blo­wa­ny. W kącie stały kołyska i prze­wi­jak, a na podwójnym łóżku piętrzyły się obu­rzające ją plu­szo­we zwie­rza­ki.

- Let­ni­cy mie­li pew­nie małe dziec­ko - stwier­dziłam, od­chy­lając się, żeby uniknąć cen­tral­ne­go tra­fie­nia pu­chatą żółtą kaczką. - Nie możesz za­cze­kać, aż mama przy­je­dzie?

Gel­sey przewróciła ocza­mi - na­brała w tym wpra­wy w ciągu ostat­nie­go roku i po­tra­fiła wy­ra­zić nie­zwy­kle sze­roką skalę emo­cji każdym przewróce­niem ocza­mi, być może dla­te­go, że sta­le to ćwi­czyła. W tym mo­men­cie dawała mi do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo nie na cza­sie je­stem z wia­do­mościa­mi.

- Mama będzie tu naj­wcześniej za go­dzinę - po­wie­działa. Po­pa­trzyła na trzy­ma­ne­go plu­sza­ka, małego kan­gur­ka, i obróciła go kil­ka razy w rękach. - Właśnie z nią roz­ma­wiałam. Mu­sie­li po­je­chać z tatą do Stro­uds­bur­ga, żeby spo­tkać się z jego no­wym on­ko­lo­giem.

Ostat­nie słowo wymówiła ostrożnie, tak jak wszy­scy to ro­bi­liśmy. Kil­ka ty­go­dni temu na­wet go nie znałam i myślałam, że tata ma tyl­ko ja­kieś nie­zbyt poważne, łatwe do wy­le­cze­nia bóle w krzyżu. Wte­dy nie do końca wie­działam na­wet, co to jest trzust­ka i kom­plet­nie nie zda­wałam so­bie spra­wy z tego, że no­wotwór trzust­ki jest nie­mal za­wsze śmier­tel­ny, a "czwar­te sta­dium" to słowa, których nig­dy nie chce się usłyszeć.

Le­ka­rze opie­kujący się oj­cem w Con­nec­ti­cut po­zwo­li­li mu spędzić lato w Lake Pho­enix pod wa­run­kiem, że dwa razy w mie­siącu będzie od­wie­dzał on­ko­lo­ga, który ma mo­ni­to­ro­wać rozwój cho­ro­by, a w ra­zie po­trze­by za­trud­ni opiekę pielęgniarską, jeśli nie chce pójść do ho­spi­cjum. Rak zo­stał wy­kry­ty tak późno, że naj­wy­raźniej nie dało się już nic zro­bić. Początko­wo nie po­tra­fiłam tego przyjąć do wia­do­mości. We wszyst­kich se­ria­lach me­dycz­nych, ja­kie kie­dy­kol­wiek oglądałam, za­wsze ist­niał jakiś sposób, w ostat­niej chwi­li cu­dow­nie po­ja­wiało się nie­od­kry­te wcześniej le­kar­stwo. Nikt nig­dy nie pod­da­wał się tak po pro­stu przy le­cze­niu pa­cjen­ta. Jak się oka­zało, praw­dzi­we życie wyglądało in­a­czej.

Przez chwilę pa­trzyłyśmy na sie­bie z Gel­sey, ale po­tem opuściłam wzrok na podłogę i piętrzący się na niej stos wy­rzu­co­nych plu­szaków. Żadne z nas nie po­wie­działo ani słowa o szpi­ta­lu i o tym, co to musi ozna­czać, ale nie zdzi­wiło mnie to. Nie roz­ma­wia­liśmy o tym, co działo się z tatą. W na­szej ro­dzi­nie ra­czej uni­kało się ta­kich rozmów i cza­sem, od­wie­dzając koleżanki i ob­ser­wując ich sto­sun­ki ro­dzin­ne - przy­tu­la­nie się, ga­da­nie o przeżywa­nych emo­cjach - czułam się nie tyle za­zdro­sna, ile zakłopo­ta­na.

Na­sza trójka nig­dy nie była szczególnie bli­sko, za­pew­ne po części dla­te­go, że tak bar­dzo się różniliśmy. War­ren od przed­szko­la wy­ka­zy­wał nie­zwykłe zdol­ności do na­uki i ni­ko­go nie dzi­wiło, że przez całą szkołę był pry­mu­sem. Pięć lat różnicy między mną a Gel­sey - nie wspo­mi­nając o tym, że po­tra­fiła być naj­nie­znośniejszą smar­kulą na świe­cie - spra­wiało, że nie byłyśmy szczególnie zżyte jako sio­stry. Poza tym Gel­sey spędzała tyle cza­su, ile tyl­ko mogła, na na­uce tańca, który mnie kom­plet­nie nie in­te­re­so­wał. Gel­sey i War­ren także nie byli ze sobą szczególnie związani. Po pro­stu nig­dy nie ro­bi­liśmy ni­cze­go ra­zem. Daw­niej zda­rzało mi się żałować, że tak się to wszyst­ko układa, szczególnie gdy byłam młod­sza i właśnie prze­czy­tałam Opo­wieści z Na­rnii, w których ro­dzeństwo przy­jaźniło się i opie­ko­wało się sobą na­wza­jem. Daw­no temu po­go­dziłam się z tym, że w na­szym przy­pad­ku to nie­możliwe. Nie mówię, że było mi z tym szczególnie źle - tak po pro­stu wyszło i wie­działam, że to się nie zmie­ni.

Tak samo, jak nie miało się zmie­nić to, że w na­szej ro­dzi­nie to ja byłam tą prze­ciętną osobą. Odkąd pamiętałam, nic się nie zmie­niło - War­ren był in­te­li­gent­ny, Gel­sey uta­len­to­wa­na, a ja byłam po pro­stu Tay­lor, po­zba­wioną szczególnych zdol­ności.

Gel­sey zno­wu zaczęła wy­rzu­cać plu­szo­we zwie­rza­ki na ko­ry­tarz, a ja miałam właśnie wra­cać do swo­je­go po­ko­ju z po­czu­ciem, że jak na je­den dzień spędziłam z ro­dzeństwem aż za dużo cza­su, kie­dy moją uwagę przy­kuło coś po­ma­rańczo­we­go.

- Hej - ode­zwałam się, po­chy­lając się i pod­nosząc plu­szową za­bawkę, która wydała mi się zna­jo­ma. - To chy­ba moje.

Rze­czy­wiście, do­sko­na­le znałam tego plu­sza­ka: to był mały pin­gwin z sza­li­kiem w biało-po­ma­rańczo­we pasy. Trud­no byłoby go na­zwać ar­cy­dziełem sztu­ki za­baw­kar­skiej - wi­działam te­raz, że jest tan­det­nie zro­bio­ny, a w kil­ku miej­scach za­czy­na z nie­go wyłazić wypełnie­nie. Ale tam­te­go wie­czo­ra w wesołym mia­stecz­ku, tam­te­go wie­czo­ra, kie­dy po raz pierw­szy się całowałam, tam­te­go wie­czo­ra, kie­dy Hen­ry Cros­by wy­grał go dla mnie, ten pin­gwin wy­da­wał mi się naj­cu­dow­niejszą rzeczą na świe­cie.

- Pamiętam go. - W oczach War­re­na po­ja­wił się wy­raz, który zde­cy­do­wa­nie mi się nie spodo­bał. - Czy przy­pad­kiem nie masz go z wesołego mia­stecz­ka? - Mój brat miał pamięć fo­to­gra­ficzną, cho­ciaż za­zwy­czaj używał jej do za­pa­mięty­wa­nia mało zna­nych faktów, a nie do dręcze­nia mnie.

- Owszem - mruknęłam, co­fając się o krok.

- Czy to nie ten, którego wy­grał dla cie­bie Hen­ry? - War­ren wymówił to imię ze szczególnym na­ci­skiem. Miałam po­czu­cie, że właśnie spo­ty­ka mnie kara za to, że na­bi­jałam się z mo­je­go bra­ta i jego lęku przed małymi, nie­szko­dli­wy­mi pie­ska­mi. Rzu­ciłam mu wściekłe spoj­rze­nie. Za­in­try­go­wa­na Gel­sey pa­trzyła na nas na zmianę.

- Jaki Hen­ry? - za­py­tała.

- No wiesz... - Na twa­rzy War­re­na zaczął się po­ja­wiać złośliwy uśmie­szek. - Hen­ry Cros­by. Miał młod­sze­go bra­ta, chy­ba De­re­ka czy jakoś tak. Hen­ry cho­dził z Tay­lor.

Davy'ego - po­pra­wiłam w myślach War­re­na. Czułam, że moje po­licz­ki robią się gorące, co było ab­sur­dal­ne, i zaczęłam się rozglądać za drogą uciecz­ki. Gdy­bym mogła się jakoś wy­co­fać z tej roz­mo­wy tak, żeby nie po­ka­zać po so­bie, jak bar­dzo je­stem zakłopo­ta­na, zro­biłabym to na­tych­miast.

- A fakt - od­parła po­wo­li Gel­sey. - Chy­ba go so­bie przy­po­mi­nam. Był dla mnie miły. I wie­dział, jak się na­zy­wa każde drze­wo.

- I jesz­cze... - zaczął War­ren, więc prze­rwałam mu, za­nim zdążył po­wie­dzieć coś jesz­cze. Nie byłam pew­na, ile bym wy­trzy­mała.

- Do­bra, tyl­ko pamiętaj, że po­win­naś to po­sprzątać, za­nim mama tu przy­je­dzie - oznaj­miłam głośno, wiedząc do­sko­na­le, jak mało praw­do­po­dob­ne jest, żeby mama na­krzy­czała na Gel­sey za co­kol­wiek. Sta­rałam się jed­nak uda­wać, że wierzę w to z całego ser­ca i wy­co­fałam się z całą god­nością, na jaką można się zdo­być, trzy­mając plu­szo­we­go pin­gwi­na. Bez żad­ne­go po­wo­du poszłam do kuch­ni.

Hen­ry Cros­by. To imię roz­brzmie­wało echem w mo­jej głowie, kie­dy od­sta­wiłam pin­gwi­na na blat i otwarłam, a po­tem za­mknęłam szafkę ku­chenną. To był ktoś, o kim z całej siły sta­rałam się nie myśleć za dużo przez te wszyst­kie lata. Zo­stał przez ten czas zre­du­ko­wa­ny, skrócony do hi­sto­ryj­ki opo­wia­da­nej na bab­skich spo­tka­niach, kie­dy padało sa­kra­men­tal­ne py­ta­nie: Kto był two­im pierw­szym chłopa­kiem? Miałam od­po­wiedź przy­go­to­waną i wkutą na pamięć, tak że na­wet nie mu­siałam się nad tym za­sta­na­wiać:

A, taki je­den Hen­ry. Przy­jaźniliśmy się, kie­dy spędzałam wa­ka­cje w na­szym let­nim domu. Zaczęliśmy ze sobą cho­dzić, jak miałam dwa­naście lat. Pocałował mnie po raz pierw­szy w wesołym mia­stecz­ku... - W tym mo­men­cie wszyst­kie wzdy­chałyśmy, a jeśli któraś dziew­czy­na za­py­tała mnie, co się po­tem stało, uśmie­chałam się tyl­ko, wzru­szałam ra­mio­na­mi i od­po­wia­dałam coś w ro­dza­ju: "Wiesz, mie­liśmy po dwa­naście lat, więc chy­ba trud­no się dzi­wić, że nie oka­zało się to związkiem na resztę życia". Wte­dy dziew­czy­ny za­czy­nały się śmiać, a ja kiwałam głową i także się uśmie­chałam, ale w myślach roz­ważałam własne słowa. W za­sa­dzie wszyst­kie te fak­ty były praw­dzi­we, ale żaden z nich - szczególnie to, dla­cze­go nam nie wyszło - nie był prawdą. Wte­dy od­su­wałam od sie­bie myśli o tam­tych wa­ka­cjach, włączałam się do roz­mo­wy, de­gra­dując moje postępo­wa­nie i to, co się wy­da­rzyło między Hen­rym, Lucy a mną do błahej hi­sto­ryj­ki, którą opo­wie­działam przed chwilą.

Chwilę później do kuch­ni wszedł War­ren i skie­ro­wał się pro­sto do wiel­kie­go kar­to­no­we­go pudła na bla­cie.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, otwie­rając je. - Tak tyl­ko się wygłupiałem.

Wzru­szyłam ra­mio­na­mi, jak­by mnie to w ogóle nie obeszło.

- Nie ma spra­wy - od­parłam. - To już za­mierzchła przeszłość.

To była praw­da, ale kie­dy tyl­ko prze­je­cha­liśmy linię dzielącą Lake Pho­enix od resz­ty świa­ta, moje myśli zaczęły krążyć wokół Hen­ry'ego, cho­ciaż sta­rałam się podkręcić dźwięk w iPo­dzie i zagłuszyć je na do­bre. Złapałam się na­wet na tym, że wy­pa­truję jego domu, i z za­sko­cze­niem za­uważyłam, że biały dom zo­stał te­raz po­ma­lo­wa­ny na in­ten­syw­nie nie­bie­ski ko­lor, a na stojącym przed nim zna­ku za­miast daw­ne­go FORT CROS­BY wid­niał na­pis SZCZĘŚLIWY ZAKĄTEK MARY­AN­NE oraz ry­su­nek kie­lisz­ka do mar­ti­ni, co ozna­czało, że mu­siał się tam wpro­wa­dzić nowy właści­ciel. Czy­li Hen­ry'ego już tu nie było. Nie od­ry­wałam wzro­ku od domu, aż zniknął mi z oczu, a ist­nie­nie Ma­ry­an­ne, kim­kol­wiek by nie była, utwier­dziło mnie w przeświad­cze­niu, że na­prawdę mogę go już nig­dy nie zo­ba­czyć. Ta świa­do­mość wywołała we mnie dziwną pląta­ninę uczuć - no­stal­gii i roz­cza­ro­wa­nia, ale przede wszyst­kim chłod­nej fali ulgi, od której moje ser­ce zaczęło moc­niej bić. Ta­kiej ulgi, jaką się czu­je, kie­dy się okaże, że coś nam ucho­dzi na su­cho.

War­ren zaczął roz­pa­ko­wy­wać pudło, usta­wiając na bla­cie bu­tel­ki ke­czu­pu w ide­al­nie równych rzędach, jak­by miała je cze­kać de­cy­dująca bi­twa między so­sa­mi.

Po­pa­trzyłam na nie.

- Czy po­win­nam wie­dzieć o tym, że Pen­syl­wa­nia ma pro­ble­my z do­sta­wa­mi ke­czu­pu?

War­ren potrząsnął głową, na­wet na mnie nie patrząc.

- Wolę się za­bez­pie­czyć - wyjaśnił. - Pamiętasz chy­ba, co się stało po­przed­nio.

Owszem, pamiętałam. Mój brat nie był szczególnie wy­bred­ny pod względem je­dze­nia, w odróżnie­niu od Gel­sey, która żywiła się chy­ba wyłącznie ma­ka­ro­nem i pizzą, od­ma­wiając spróbo­wa­nia cze­go­kol­wiek choćby umiar­ko­wa­nie przy­pra­wio­ne­go. Jed­nakże ke­czup sta­no­wił wyjątek - War­ren do­da­wał go nie­mal do wszyst­kie­go, schłod­zo­ny, a nie w tem­pe­ra­tu­rze po­ko­jo­wej, a do tego uzna­wał tyl­ko markę He­inz. Twier­dził, że umie odróżniać po­szczególne mar­ki i udo­wod­nił nam to kie­dyś w su­per­mar­ke­cie, kie­dy byliśmy młodsi i okrop­nie się nu­dzi­liśmy. Dla­te­go przeżył praw­dziwą traumę pięć lat temu, kie­dy po przy­jeździe do Lake Pho­enix prze­ko­na­liśmy się, że w lo­kal­nym su­per­mar­ke­cie skończył się ke­czup He­inza i zo­stała tyl­ko skle­po­wa mar­ka. War­ren odmówił wzięcia jej do ust na­wet na próbę i wy­ko­rzy­stał służbową kartę na­sze­go ojca, żeby zamówić skrzynkę ke­czupu He­inz z do­stawą eks­pre­sową. Oj­ciec nie był szczególnie szczęśliwy, kie­dy to od­krył, po­dob­nie zresztą jak księgowy z jego fir­my.

Te­raz, aby za­bez­pie­czyć się przed po­dobną tra­ge­dią, War­ren włożył dwie bu­tel­ki do pra­wie pu­stej lodówki i zaczął wsta­wiać resztę do szaf­ki.

- Chcesz, żebym ci po­wie­dział, jak wy­na­le­zio­no ke­czup? - za­py­tał, używając for­mułki, którą miałam nieszczęście znać aż za do­brze. War­ren uwiel­biał cie­ka­wost­ki od naj­wcześniej­sze­go dzie­ciństwa, a ktoś z ro­dzi­ny, kto za­pew­ne chciał jak naj­le­piej, po­da­ro­wał mu Przy­pad­ko­we od­kry­cia - książkę o słyn­nych rze­czach, które zo­stały wy­na­le­zio­ne przez przy­pa­dek. Od tam­tej pory War­ren do każdej roz­mo­wy mu­siał wtrącić przy­najm­niej jedną in­for­mację tego typu. Jego pęd do zdo­by­wa­nia nie­po­trzeb­nej wie­dzy (dzięki jego równie upior­nej ob­se­sji na punk­cie trud­nych słów wie­działam, że ta­kie cie­ka­wost­ki na­zy­wało się daw­niej si­lva re­rum) nie osłabł od tam­tej pory. W końcu zaczęliśmy na to tak na­rze­kać, że War­ren prze­stał nam opo­wia­dać różne rze­czy i za­miast tego pytał, czy może je opo­wie­dzieć, co moim zda­niem nie było wie­le lep­sze.

- Może później - od­parłam, cho­ciaż mu­siałam przy­znać, że trochę za­cie­ka­wiło mnie, dzięki ja­kie­mu przy­pad­ko­wi od­kry­to ke­czup. Miałam tyl­ko na­dzieję, że to nie okaże się czymś obrzy­dli­wym albo wstrząsającym, jak w przy­pad­ku coca-coli, która była efek­tem nie­uda­nej próby zro­bie­nia aspi­ry­ny. Ro­zej­rzałam się za drogą uciecz­ki i zo­ba­czyłam przez okno kuch­ni je­zio­ro za drze­wa­mi. Na­gle uświa­do­miłam so­bie, że tam właśnie pragnę się zna­leźć.

Wyszłam na za­bu­do­waną we­randę i otwo­rzyłam bocz­ne drzwi, kie­rując się w stronę je­zio­ra. Kie­dy wyszłam na dwór, zwróciłam twarz ku słońcu. Pięć drew­nia­nych stop­ni pro­wa­dziło na łagod­ne tra­wia­ste zbo­cze, poniżej którego widać było po­most. Cho­ciaż znaj­do­wał się dokład­nie za na­szym do­mem, dzie­li­liśmy go z sąsia­da­mi. Nie był szczególnie długi ani im­po­nujący, ale ja za­wsze uważałam, że miał ide­alną długość, żeby rozpędzić się przed sko­kiem do je­zio­ra na bombę, a woda na jego końcu była dość głęboka, żebym nie mu­siała się oba­wiać ude­rze­nia o dno.

Po obu stro­nach po­mo­stu na tra­wie leżały ka­ja­ki i czółno, ale le­d­wie je za­uważyłam, pod­chodząc bliżej. Na je­zio­rze obo­wiązywał za­kaz używa­nia łodzi mo­to­ro­wych, więc żaden ryk sil­ni­ka nie zakłócał popołudnio­wej ci­szy, tyl­ko w od­da­li wi­działam syl­wetkę sa­mot­ne­go ka­ja­ka­rza. Oto­czo­ne ze wszyst­kich stron so­sno­wym la­sem je­zio­ro Pho­enix było duże i miało trzy nie­wiel­kie wy­sep­ki. Mimo to - po­nie­waż nasz po­most znaj­do­wał się w miej­scu zwężenia - dru­gi brzeg był na tyle bli­sko, że dało się zo­ba­czyć po­mosty i stojących na nich lu­dzi.

Po­pa­trzyłam na po­most na­prze­ciw­ko na­sze­go, od za­wsze należący do ro­dzi­ny Ma­ri­no. Przez dwa­naście wa­ka­cji w Lake Pho­enix moją naj­lepszą przy­ja­ciółką była Lucy Ma­ri­no, więc w swo­im cza­sie znałam jej dom równie do­brze, jak własny. No­co­wałyśmy u sie­bie na­wza­jem pra­wie co­dzien­nie, a na­sze ro­dzi­ny tak do tego przy­wykły, że moja mat­ka zaczęła ku­po­wać ulu­bio­ne płatki śnia­da­nio­we Lucy. Za­zwy­czaj sta­rałam się nie myśleć o niej, ale trud­no było nie za­uważyć, szczególnie w świe­tle nie­daw­nych wy­da­rzeń to­wa­rzy­skich, że była ostat­nią przy­ja­ciółką, której opo­wia­dałam o wszyst­kim. Nikt w szko­le nie wie­dział, jak po­wi­nien za­re­ago­wać na wia­do­mość o moim ojcu, i z cza­sem oka­zało się, że ja także nie wiem, jak mam o tym z kim­kol­wiek roz­ma­wiać. Po­nie­waż zo­stałam wy­rzu­co­na z do­tych­cza­so­wej gru­py zna­jo­mych, ko­niec roku i przy­go­to­wa­nia do przy­jaz­du tu­taj za­stały mnie samą jak pa­lec, bez ni­ko­go, do kogo mogłabym otwo­rzyć usta. Ale kie­dyś opo­wia­dałam Lucy o wszyst­kim, aż do cza­su, kie­dy na­sza przy­jaźń - tak jak wszyst­ko inne - skończyła się w tam­te wa­ka­cje.

Z przy­zwy­cza­je­nia po­pa­trzyłam na pale pod­trzy­mujące jej po­most. Przez lata ja i Lucy wy­pra­co­wałyśmy ogrom­nie złożony sys­tem ko­mu­ni­ka­cyj­ny pomiędzy na­szy­mi po­mostami, wy­ko­rzy­stujący la­tar­ki i au­torską wersję al­fa­be­tu Mor­se'a, kie­dy było ciem­no, oraz nie­zwy­kle nie­pre­cy­zyj­ne fla­gi sy­gna­li­za­cyj­ne w dzień. Jeśli jed­na z nas chciała jak naj­szyb­ciej po­ga­dać z drugą, przy­wiązywałyśmy jedną z dwóch różowych ban­dan, które obie miałyśmy, do pala przy pomoście. Muszę te­raz przy­znać, że nie był to szczególnie sku­tecz­ny sposób na po­ro­zu­mie­wa­nie się i za­zwy­czaj jed­na z nas dzwo­niła, za­nim ta dru­ga za­uważyła błyski la­tar­ki, fla­gi lub ban­danę. Oczy­wiście te­raz na pa­lach po­mostu Lucy nie było żad­nej ban­dany.

Zrzu­ciłam klap­ki i weszłam boso na na­grza­ne słońcem de­ski po­mo­stu. Były już tak wygładzo­ne przez lata cho­dze­nia po nich, że nie mu­siałam się oba­wiać żad­nych drzazg, które za­grażały mi cho­ciażby na na­szej we­ran­dzie. Zaczęłam iść szyb­ciej, pra­wie biegłam, chcąc zna­leźć się na końcu po­mo­stu, ode­tchnąć za­pa­chem wody i so­sen, za­winąć pal­ce stóp na krawędzi de­sek.

Kie­dy jed­nak do­tarłam do końca po­mo­stu, za­trzy­małam się gwałtow­nie. Kątem oka za­uważyłam po­ru­sze­nie z boku - ka­jak, który wi­działam wcześniej na je­zio­rze, kołysał się te­raz, przy­cu­mo­wa­ny do pala, a oso­ba nim płynąca - jakiś chłopak - wspi­nała się po dra­bin­ce, przy­trzy­mując się jedną ręką, a w dru­giej niosąc wiosło. Od­bi­jające się w wo­dzie słońce nie po­zwa­lało mi przyj­rzeć się jego twa­rzy, ale kie­dy wy­szedł na po­most, uznałam, że to po pro­stu ktoś z sąsiadów. Pod­szedł bliżej, poza strefę bla­sku, a po­tem stanął jak wry­ty, patrząc na mnie. Za­mru­gałam ze zdu­mie­nia i uświa­do­miłam so­bie, że także się na nie­go gapię.

Na­prze­ciw­ko mnie, star­szy o pięć lat, pra­wie do­rosły i znacz­nie przy­stoj­niej­szy, niż go za­pa­miętałam, stał Hen­ry Cros­by.

Roz­dział trze­ci

Poczułam, że opa­da mi szczęka - do tej pory nie miałam pojęcia, że coś ta­kie­go może się na­prawdę człowie­ko­wi przy­tra­fić. Za­mknęłam szyb­ko usta i zno­wu za­mru­gałam, sta­rając się zmu­sić do posłuszeństwa umysł, który próbował roz­pacz­li­wie pojąć, skąd tuż przede mną wziął się pra­wie do­rosły Hen­ry.

Rzu­cił wiosło na po­most, zro­bił pół kro­ku w moją stronę i zaplótł ra­mio­na na pier­si.

- Tay­lor Edwards - po­wie­dział. To nie było py­ta­nie.

- Hen­ry? - za­py­tałam dość słabo, cho­ciaż to oczy­wiście mu­siał być on. Przede wszyst­kim jakiś przy­pad­ko­wy ka­ja­karz nie roz­po­znałby mnie. A poza tym wyglądał tak samo jak daw­niej, tyl­ko znacz­nie, znacz­nie le­piej.

Był wy­so­ki i bar­czy­sty, z krótko obciętymi, bar­dzo ciem­ny­mi włosa­mi, które wy­da­wały się pra­wie czar­ne. Nie za­uważyłam już piegów, które miał na pew­no, kie­dy byliśmy młodsi, ale jego oczy nadal za­cho­wały orze­cho­wy ko­lor, cho­ciaż te­raz bliżej im było do zie­le­ni niż do brązu. Miał moc­niej za­ry­so­waną szczękę i umięśnio­ne ra­mio­na. To zupełnie nie pa­so­wało do mo­ich wspo­mnień - kie­dy go wi­działam po raz ostat­ni, był niższy ode mnie, chu­dy, z po­dra­pa­ny­mi łokcia­mi i ko­la­na­mi. Pod­su­mo­wując, Hen­ry był te­raz na­prawdę przy­stoj­ny. I na­prawdę nie­za­do­wo­lo­ny, że mnie wi­dzi.

- Cześć - po­wie­działam po to tyl­ko, żeby coś po­wie­dzieć.

- Wi­tam - od­po­wie­dział lo­do­wa­to. Miał znacz­nie niższy głos, który nie załamy­wał się na co dru­gim słowie, jak ostat­nio, kie­dy go słyszałam. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały, a ja na­gle zaczęłam się za­sta­na­wiać, ja­kie zmia­ny on za­uważył we mnie i co myśli o tym, jak te­raz wyglądam. Nie­ste­ty ja nie­wie­le się zmie­niłam od czasów dzie­ciństwa, da­lej miałam nie­bie­skie oczy i pro­ste włosy w ko­lo­rze pośred­nim między blon­dem a brązem. Byłam śred­nie­go wzro­stu i ra­czej pa­ty­ko­wa­ta, z pew­nością nie udało mi się wy­ho­do­wać tych wszyst­kich krągłości, na ja­kie roz­pacz­li­wie li­czyłam, mając dwa­naście lat. Pożałowałam, że nie poświęciłam rano odro­bi­ny cza­su, żeby zro­bić coś ze sobą, i nadal wyglądałam, jak­bym do­pie­ro co zwlekła się z łóżka. Hen­ry prze­niósł wzrok na mój strój, a kie­dy uświa­do­miłam so­bie, co mam na so­bie, zaklęłam w myślach. Nie tyl­ko wpadłam właśnie na kogoś, kto naj­wy­raźniej mnie nie­na­wi­dził, ale jesz­cze do tego byłam ubra­na w ukra­dzio­ny mu T-shirt.

- Do­bra - po­wie­dział i za­padła ci­sza. Ser­ce tłukło mi się gwałtow­nie, na­gle za­pragnęłam odwrócić się i uciec, wsiąść do sa­mo­cho­du i nie za­trzy­my­wać się, dopóki nie znajdę się zno­wu w Con­nec­ti­cut. - Co ty tu ro­bisz? - za­py­tał w końcu nie­przy­jem­nym to­nem.

- Mogłabym za­py­tać o to samo - od­parłam, przy­po­mi­nając so­bie, że za­le­d­wie chwilę temu pew­nym sie­bie głosem po­wie­działam War­re­no­wi, że Hen­ry to za­mierzchła przeszłość i byłam pew­na, że nig­dy więcej go nie zo­baczę. - Myślałam, że stąd wy­je­chałeś.

- Myślałaś, że ja wy­je­chałem? - za­py­tał i roześmiał się, cho­ciaż nie spra­wiał wrażenie roz­ba­wio­ne­go. - Se­rio?

- Tak - stwier­dziłam, lek­ko roz­drażnio­na. - Prze­jeżdżaliśmy dzi­siaj koło two­je­go domu i wyglądał zupełnie in­a­czej. Naj­wy­raźniej należy te­raz do ja­kiejś pi­jacz­ki imie­niem Ma­ry­an­ne.

- Wiesz, Tay­lor, przez pięć lat dużo się zmie­niło - po­wie­dział, a ja uświa­do­miłam so­bie, że po raz dru­gi użył mo­je­go pełnego imie­nia. Daw­niej mówił tak do mnie tyl­ko wte­dy, gdy był na mnie wściekły, a za­zwy­czaj na­zy­wał mnie "Edwards" albo "Tay". - Na przykład prze­pro­wa­dzi­liśmy się. - Wska­zał dom obok na­sze­go, stojący tak bli­sko, że wi­działam do­nicz­ki na pa­ra­pe­cie. - Właśnie tu­taj.

Przez chwilę po pro­stu pa­trzyłam w mil­cze­niu na to, co mi po­ka­zy­wał. To był dom Mor­ri­sonów i zakładałam po pro­stu, że oni da­lej tam miesz­kają - pan Mor­ri­son, pani Mor­ri­son i ich wred­ny pu­del.

- Miesz­kasz koło mnie?

- Miesz­ka­my tu­taj od kil­ku lat - wyjaśnił. - Ale wasz dom za­wsze wy­naj­mo­wa­li let­ni­cy, więc myślałem, że nig­dy tu już nie wrócisz.

- Ja też tak myślałam, jeśli chcesz wie­dzieć - przy­znałam.

- No to co się stało? - Po­pa­trzył pro­sto na mnie, za­ska­kując mnie zie­le­nią swo­ich oczu. - Dla­cze­go na­gle tu je­steś?

Po­czułam, że na­gle prze­stałam od­dy­chać, a popołudnio­wy blask słońca odro­binę przy­gasł. Nie udało mi się uciec zbyt da­le­ko od mo­ich myśli.

- No cóż - po­wie­działam po­wo­li, od­wra­cając spoj­rze­nie od Hen­ry'ego i wpa­trując się w taflę je­zio­ra. Szu­kałam spo­so­bu, żeby mu to wyjaśnić, cho­ciaż prze­cież od­po­wiedź nie była skom­pli­ko­wa­na. Wy­star­czyło, że po­wiem: Mój tata jest cho­ry, więc po­sta­no­wi­liśmy spędzić wa­ka­cje ra­zem. To nie było ta­kie trud­ne. Trud­ność spra­wiały do­pie­ro ko­lej­ne py­ta­nie. Jak bar­dzo jest cho­ry? Na co? Czy to poważne? A po­tem nie­odmien­na re­ak­cja, kie­dy lu­dzie uświa­da­mia­li so­bie, jak bar­dzo jest to poważne. I że nie po­wie­działam tego na głos, ale miałam na myśli to, że spędza­my ra­zem ostat­nie wa­ka­cje.

Nie miałam przećwi­czo­nych tych wyjaśnień, po­nie­waż sta­ran­nie uni­kałam ta­kich rozmów. W szko­le wieści ro­zeszły się bar­dzo szyb­ko, oszczędzając mi ko­niecz­ności tłuma­cze­nia, w ja­kiej je­stem sy­tu­acji. A jeśli ra­zem z moją matką wpa­dałyśmy w skle­pie spożyw­czym na kogoś zna­jo­me­go, kto pytał o mo­je­go ojca, zo­sta­wiałam jej prze­ka­zy­wa­nie złych wieści. Pa­trzyłam w inną stronę albo od­cho­dziłam o kil­ka kroków, jak­by wabił mnie nie­od­par­ty zew regału z płat­ka­mi śnia­da­nio­wy­mi, i uda­wałam, że ta trud­na roz­mo­wa nie ma nic wspólne­go ze mną. Nie byłam pew­na, czy po­tra­fiłabym po­wie­dzieć to na głos - i odpo­wie­dzieć na ko­lej­ne py­ta­nie - nie tracąc pa­no­wa­nia nad sobą. Nie płakałam jesz­cze ani razu z tego po­wo­du i nie chciałam ry­zy­ko­wać, że nastąpi to właśnie w obec­ności Hen­ry'ego Cros­by'ego.

- To długa hi­sto­ria - po­wie­działam w końcu, nie od­ry­wając spoj­rze­nia od gład­kie­go je­zio­ra.

- Tak, nie wątpię - stwier­dził Hen­ry sar­ka­stycz­nie.

Za­mru­gałam, słysząc ton jego głosu. Daw­niej nig­dy tak do mnie nie mówił. Kie­dy się kłóciliśmy, to były ty­po­we dzie­cin­ne kłótnie - z po­sztur­chi­wa­niem się, prze­zy­wa­niem i ro­bie­niem głupich kawałów - byle tyl­ko jakoś to zakończyć i wrócić do by­cia przy­ja­ciółmi. Kie­dy go te­raz słyszałam - a także własne, równie nie­przy­jem­nie brzmiące od­po­wie­dzi - miałam wrażenie, że roz­ma­wiam w ob­cym języku z kimś, z kim za­wsze gadałam po an­giel­sku.

- A dla­cze­go wy się prze­pro­wa­dzi­liście? - za­py­tałam odro­binę bar­dziej na­pa­stli­wym to­nem, niż za­mie­rzałam. Odwróciłam się do nie­go i także za­plotłam ręce na pier­siach. Prze­pro­wadz­ki w Lake Pho­enix zda­rzały się rzad­ko. Po dro­dze wi­działam zna­jo­me ta­blicz­ki przed większością domów, świadczące o tym, że ich daw­ni właści­cie­le nadal w nich miesz­ka­li.

Spo­dzie­wałam się szyb­kiej od­po­wie­dzi, więc z za­sko­cze­niem za­uważyłam, że Hen­ry odro­binę po­czer­wie­niał i wsa­dził ręce do kie­sze­ni szortów, co za­wsze było sy­gnałem, że nie wie, co ma po­wie­dzieć.

- To długa hi­sto­ria - powtórzył za mną, opusz­czając wzrok. Przez chwilę je­dy­nym słyszal­nym dźwiękiem było głuche po­stu­ki­wa­nie pla­sti­ko­we­go ka­ja­ka o drew­nia­ny pal. - Tak czy in­a­czej te­raz tu miesz­ka­my - dodał po chwi­li.

- Ja­sne. - Miałam wrażenie, że już to usta­li­liśmy. - Ro­zu­miem.

- Cho­dzi mi o to, że miesz­ka­my tu na stałe - do­pre­cy­zo­wał, a kie­dy na mnie po­pa­trzył, po­sta­rałam się ukryć za­sko­cze­nie. Cho­ciaż w Lake Pho­enix można było miesz­kać przez cały rok, mało kto to robił - to była przede wszyst­kim miej­sco­wość let­ni­sko­wa. Pięć lat temu Hen­ry miesz­kał w sta­nie Ma­ry­land, a jego tata pra­co­wał w ja­kiejś in­sty­tu­cji ban­ko­wej w Wa­szyng­to­nie i po­dob­nie jak inni oj­co­wie, przy­jeżdżał do Lake Pho­enix tyl­ko na week­en­dy, przez resztę ty­go­dnia po­zo­stając w mieście.

- Aha - po­ki­wałam głową, jak­bym go zro­zu­miała. Nie miałam pojęcia, co to ozna­cza w kon­tekście resz­ty jego życia, ale Hen­ry naj­wy­raźniej nie za­mie­rzał wda­wać się w szczegółowe wyjaśnie­nia, a ja miałam po­czu­cie, że nie mam pra­wa go wy­py­ty­wać. Na­gle uświa­do­miłam so­bie, że dzie­li mnie od nie­go dy­stans znacz­nie większy niż tych kil­ka metrów na pomoście.

- Owszem - po­twier­dził Hen­ry. Byłam cie­ka­wa, czy on czu­je to samo co ja i też ma wrażenie, że roz­ma­wia z kimś nie­zna­jo­mym. - Muszę le­cieć - stwier­dził krótko i odwrócił się, żeby so­bie pójść.

Nie chciałam kończyć na­szej roz­mo­wy w tak nie­przy­jem­ny sposób, więc kie­dy mnie mijał, po­wie­działam - głównie z grzecz­ności:

- Miło cię zno­wu wi­dzieć.

Za­trzy­mał się tuż koło mnie, bliżej niż wcześniej, na tyle bli­sko, że te­raz za­uważyłam na jego po­licz­kach ślady piegów, tak de­li­kat­nych, że z tru­dem mogłam je do­strzec i połączyć li­nia­mi jak kon­ste­la­cje. Po­czułam szyb­szy puls u na­sa­dy gardła i na­gle przy­po­mniałam so­bie je­den z pierw­szych razów, kie­dy się nie­zgrab­nie całowa­liśmy. Pięć lat temu, właśnie na tym pomoście. Całowałam się z tobą - prze­mknęło mi przez myśl, za­nim zdążyłam się po­wstrzy­mać.

Po­pa­trzyłam na Hen­ry'ego, który nadal stał tak bli­sko, cie­ka­wa, czy on także przy­po­mniał so­bie to samo. Ale on wciąż pa­trzył na mnie chłodno i scep­tycz­nie, a kie­dy ru­szył da­lej, zro­zu­miałam, że ce­lo­wo nie od­po­wie­dział na moje "miło cię wi­dzieć".

Może in­ne­go dnia zi­gno­ro­wałabym to, ale te­raz byłam po­iry­to­wa­na i zmęczo­na po czte­rech go­dzi­nach spędzo­nych na słucha­niu boys­ban­du i wykładów o ener­gii światła. Po­czułam, że złość bie­rze we mnie górę.

- Słuchaj no, ja se­rio nie chciałam tu przy­jeżdżać - po­wie­działam, a mój głos za­brzmiał donośniej i odro­binę pi­skli­wie.

- No to dla­cze­go tu je­steś? - Hen­ry także pod­niósł głos.

- Nie miałam nic do po­wie­dze­nia - warknęłam, wiedząc, że za­raz po­sunę się za da­le­ko, ale wiedząc też, że nie zdołam się już po­wstrzy­mać. - Gdy­by to ode mnie zależało, nig­dy w życiu bym tu nie wróciła.

Wy­da­wało mi się, że przez ułamek se­kun­dy na jego twa­rzy po­ja­wiła się praw­dzi­wa ura­za, ale za­raz powróciło to samo ka­mien­ne spoj­rze­nie.

- No cóż, może nie to­bie jed­nej by na tym zależało - od­parł.

Po­sta­rałam się nie wzdrygnąć, cho­ciaż wie­działam, że zasłużyłam so­bie na taką kontrę. Po­pa­trzy­liśmy na sie­bie w chwi­lo­wym im­pa­sie, a ja uświa­do­miłam so­bie, że jedną z nie­do­god­ności wda­wa­nia się w kłótnię na pomoście jest to, że nie ma dokąd uciec, jeśli ta dru­ga oso­ba stoi między tobą a brze­giem.

- No do­bra - ode­zwałam się w końcu, od­wra­cając spoj­rze­nie i za­pla­tając ra­mio­na ciaśniej na pier­si. Sta­rałam się, żeby mój głos brzmiał, jak­by to wszyst­ko mnie nie ob­cho­dziło. - Do zo­ba­cze­nia.

Hen­ry oparł wiosło na ra­mie­niu jak sie­kierę.

- Pew­nie się tego nie da uniknąć, Tay­lor - od­parł po­nu­ro i po­pa­trzył na mnie jesz­cze raz, a po­tem odwrócił się i po­szedł. Nie chciałam pa­trzeć, jak od­cho­dzi, więc wróciłam na ko­niec po­mo­stu.

Po­pa­trzyłam na je­zio­ro, na słońce, które zaczęło się za­sta­na­wiać nad za­cho­dze­niem, i ode­tchnęłam głęboko. Czy­li Hen­ry miesz­kał w domu obok. Nic nie szko­dzi. Jakoś to przeżyję. Po pro­stu spędzę całe wa­ka­cje w domu. Na­gle wy­czer­pa­na tymi myślami, usiadłam i musnęłam sto­pa­mi po­wierzch­nię wody. W tym mo­men­cie za­uważyłam coś w rogu de­ski.

HEN­RY

+

TAY­LOR

NA ZA­WSZE

Pięć lat temu ra­zem wy­ry­liśmy ten na­pis w środ­ku krzy­we­go ser­ca. Nie mogłam uwie­rzyć, że nadal tu jest po ta­kim cza­sie. Prze­sunęłam pal­ca­mi po zna­ku plu­sa, za­sta­na­wiając się, ja­kim cu­dem w wie­ku dwu­na­stu lat myślałam, że wiem, co to zna­czy "na za­wsze".

Gdzieś za sobą usłyszałam chrzęst opon na żwi­rze i trzask drzwi­czek sa­mo­cho­du - moi ro­dzi­ce w końcu przy­je­cha­li. Pod­niosłam się i poszłam z po­wro­tem do domu, za­sta­na­wiając się, ja­kim cu­dem właści­wie się tu zna­lazłam.

Roz­dział czwar­ty trzy ty­go­dnie wcześniej

To były zde­cy­do­wa­nie naj­gor­sze uro­dzi­ny w moim życiu. Sie­działam na ka­na­pie obok War­re­na, a Gel­sey leżała przed nami na brzu­chu na dy­wa­nie, z no­ga­mi ułożony­mi w romb, jak u żaby - za­wsze krzy­wiłam się boleśnie na ten wi­dok. Oglądaliśmy sit­com, cho­ciaż żadne z nas ani razu się jesz­cze nie roześmiało, a ja miałam po­czu­cie, że moje ro­dzeństwo sie­dzi ze mną tyl­ko dla­te­go, że ich zda­niem tak wy­pa­da. Wi­działam, że War­ren rzu­ca tęskne spoj­rze­nia w stronę lap­to­pa i mogłam się domyślić, że Gel­sey wolałaby być w swo­im po­ko­ju, za­mie­nio­nym w za­im­pro­wi­zo­waną salę ba­le­tową, i ćwi­czyć ja­kieś fo­uet­te czy coś w tym ro­dza­ju.

Moje ro­dzeństwo próbowało uda­wać, że urządza­my praw­dzi­we przyjęcie - na tyle, na ile to było możliwe w tych oko­licz­nościach. Zamówili moją ulu­bioną pizzę z ana­na­sem i pep­pe­ro­ni, po­sta­wi­li na niej świeczkę i bili bra­wo, kie­dy ją zdmuchnęłam. Za­mknęłam oczy, cho­ciaż nie po­tra­fiłam so­bie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio pomyślałam so­bie życze­nie pod­czas zdmu­chi­wa­nia świecz­ki i wie­rzyłam, że mogłoby się spełnić. Tym ra­zem gorączko­wo, za­ci­skając po­wie­ki, życzyłam so­bie, żeby z moim tatą wszyst­ko było do­brze, żeby cała ta hi­sto­ria oka­zała się tyl­ko pomyłką, fałszy­wym alar­mem. Wkładałam w to życze­nie tyle samo na­dziei co wte­dy, kie­dy byłam ma­lut­ka i je­dyną rzeczą, ja­kiej pragnęłam na całym świe­cie, był własny ku­cyk.

Na­gra­ny śmiech z sit­co­mu odbił się echem od ścian, a ja po­pa­trzyłam na ze­gar na od­twa­rza­czu DVD.

- O której mie­li wrócić? - za­py­tałam.

- Mama nie była pew­na, czy w ogóle dzi­siaj zdążą do domu - od­parł War­ren. Na­sze spoj­rze­nia na mo­ment się spo­tkały, ale za­raz zno­wu wbił oczy w te­le­wi­zor. - Po­wie­działa, że za­dzwo­ni.

Po­ki­wałam głową i skon­cen­tro­wałam się na sy­tu­acjach ekra­no­wych, cho­ciaż nie umiałabym po­wie­dzieć, o co tam cho­dziło. Ro­dzi­ce byli w in­sty­tu­cie on­ko­lo­gicz­nym Slo­ana-Ket­te­rin­ga na Man­hat­ta­nie, gdzie mój oj­ciec przecho­dził szczegółowe ba­da­nia już od trzech dni. Oka­zało się, że pro­ble­my z kręgosłupem, który do­ku­czał mu od kil­ku mie­sięcy, wca­le nie były pro­ble­ma­mi z kręgosłupem. Na­sza trójka mu­siała ra­dzić so­bie sama, więc wy­ko­ny­wa­liśmy do­mo­we obo­wiązki bez na­rze­ka­nia, kłócąc się znacz­nie mniej niż zwy­kle i nie wspo­mi­nając ani słowem o tym, cze­go się baliśmy, jak­by po­wie­dze­nie tego na głos mogło urze­czy­wist­nić na­sze oba­wy.

Mat­ka za­dzwo­niła do mnie z sa­me­go rana, prze­pra­szając, że nie będą na mo­ich uro­dzi­nach, a cho­ciaż za­pew­niłam ją, że nic się nie stało, po­czułam twar­dy węzeł za­ci­skający się w żołądku. W ja­kimś stop­niu miałam wrażenie, że zasłużyłam so­bie na to. Za­wsze byłam bli­sko z tatą - to ja cho­dziłam z nim na za­ku­py i po­ma­gałam wy­bie­rać pre­zen­ty gwiazd­ko­we i uro­dzi­no­we dla mamy, tyl­ko ja miałam po­dob­ne do nie­go po­czucie hu­mo­ru. Dla­te­go to ja po­win­nam była za­uważyć, że coś jest nie tak. Po­win­nam mimo wszyst­ko do­strzec pew­ne ozna­ki - to, że tata krzy­wił się, sia­dając na ni­sko za­wie­szo­nym fo­te­lu swo­je­go spor­to­we­go wozu, męczył się bar­dziej niż zwy­kle przy pod­no­sze­niu cięższych rze­czy, po­ru­szał odro­binę ostrożniej niż zwy­kle. Ale nie chciałam, żeby to się oka­zała praw­da, chciałam, żeby to po pro­stu po ci­chu minęło, więc nie mówiłam ani słowa. Oj­ciec nie zno­sił le­ka­rzy, a cho­ciaż - jak przy­pusz­czam - moja mat­ka za­uważała to samo co ja, nie zmu­szała go do wi­zy­ty w przy­chod­ni. Poza tym byłam za­ab­sor­bo­wa­na własnym szkol­nym me­lo­dra­ma­tem i w pełni prze­ko­na­na, że ze­rwa­nie z Eva­nem i następstwa tego to naj­gor­sze, co może mnie w życiu spo­tkać.

Roz­myślałam właśnie nad własną głupotą, kie­dy mrok za oknem roz­jaśniły światła re­flek­torów, zbliżające się do na­sze­go pod­jaz­du, a chwilę później usłyszałam szum otwie­rających się drzwi garażu. Gel­sey usiadła, a War­ren wyłączył dźwięk. Przez chwilę pa­trzy­liśmy na sie­bie w nagłej ci­szy.

- To chy­ba do­bry znak, że wrócili, praw­da? - za­py­tała Gel­sey. Z ja­kie­goś po­wo­du pa­trzyła na mnie, ocze­kując od­po­wie­dzi, więc odwróciłam się do te­le­wi­zo­ra, gdzie pa­ra­da wygłupów za­czy­nała zwal­niać i wszyst­ko zmie­rzało do szczęśli­we­go końca.

Usłyszałam, że drzwi otwo­rzyły się i za­mknęły. Do po­ko­ju zaj­rzała mama, ale wyglądała na wykończoną.

- Możemy po­roz­ma­wiać w ja­dal­ni? - za­py­tała i wyszła, nie cze­kając na naszą od­po­wiedź.

Wstałam z ka­na­py, czując, że węzeł w moim żołądku za­ci­ska się moc­niej. To na pew­no nie był do­bry znak, o którym mówiła Gel­sey i którego ja so­bie życzyłam. Domyślałam się, że do­bre wieści mat­ka prze­ka­załaby nam od razu. Nie kazałaby nam przy­cho­dzić do ja­dal­ni, co już samo w so­bie brzmiało nie­po­kojąco. Po­mi­jając tych kil­ka razy w roku, kie­dy je­dliśmy ele­ganc­ki obiad na naj­lep­szej za­sta­wie, ja­dal­nia po­zo­sta­wała miej­scem, w którym roz­ma­wiało się o Poważnych Spra­wach.

Przeszłam za War­re­nem i Gel­sey przez kuch­nię do ja­dal­ni i zo­ba­czyłam, że oj­ciec sie­dzi na swo­im zwykłym miej­scu, u szczy­tu stołu, i wy­da­je się mniej­szy niż za­le­d­wie kil­ka dni temu. Moja mama stała przy szaf­ce ku­chen­nej, na której cze­kało kwa­dra­to­we białe pudło z cu­kier­ni, i przy­tu­liła mnie szyb­ko i niezręcznie jedną ręką. Na­sza ro­dzi­na nig­dy nie oka­zy­wała so­bie szczególnie dużo czułości fi­zycz­nej, więc był to sy­gnał równie nie­po­kojący, jak ko­niecz­ność wysłucha­nia wieści w ja­dal­ni.

- Strasz­nie mi przy­kro z po­wo­du two­ich uro­dzin, Tay­lor. - Wska­zała białe pudełko, a ja za­uważyłam, że za­my­kająca je na­lep­ka miała logo Bil­ly's, mo­jej ulu­bio­nej cu­kier­ni. - Kupiłam je dla cie­bie, ale może... - Po­pa­trzyła w stronę ja­dal­ni i przy­gryzła wargę. - Może zo­sta­wi­my to na później.

Chciałam za­py­tać, na ja­kie później, ale z każdą mi­nutą co­raz dokład­niej wie­działam, jaka byłaby od­po­wiedź. Kie­dy mat­ka ode­tchnęła głęboko i po­deszła do stołu, żeby usiąść koło ojca, po­pa­trzyłam na drzwi fron­to­we. Po­czułam zna­jo­my im­puls, pod­po­wia­dający mi, że wszyst­ko byłoby prost­sze, gdy­bym mogła po pro­stu wyjść, nie mu­sieć so­bie ra­dzić z tym, co za­raz nastąpi, za­brać tyl­ko mój tort i zniknąć.

Oczy­wiście, nie zro­biłam tego. Poszłam za matką do ja­dal­ni i ob­ser­wo­wałam, jak ści­ska rękę ojca, pa­trzy na nas, jesz­cze raz od­dy­cha głęboko i w końcu po­twier­dza to, cze­go się wszy­scy oba­wia­liśmy.

Kie­dy po­wie­działa to na głos, miałam wrażenia, że jej słowa do­bie­gają z głębin wody. W uszach mi dzwo­niło, a kie­dy ro­zej­rzałam się wokół, zo­ba­czyłam, że Gel­sey już płacze, oj­ciec jest bled­szy niż kie­dykolwiek, a War­ren marsz­czy brwi tak, jak robił to za­wsze, kie­dy nie chciał po­ka­zać swo­ich uczuć. Uszczypnęłam się moc­no w rękę na wy­pa­dek, gdy­bym dzięki temu mogła obu­dzić się z kosz­ma­ru, w którym tkwiłam i z którego nie po­tra­fiłam się wy­do­stać. Ale szczy­pa­nie nic nie po­mogło, nadal sie­działam przy sto­le, a mat­ka mówiła ko­lej­ne okrop­ne słowa. Rak trzust­ki. Czwar­te sta­dium. Czte­ry mie­siące, może więcej... A może mniej...

Kie­dy mat­ka umilkła, Gel­sey miała czkawkę od płaczu, a War­ren wpa­try­wał się w su­fit, mru­gając częściej niż zwy­kle. Wte­dy właśnie oj­ciec ode­zwał się po raz pierw­szy.

- Po­win­niśmy chy­ba zro­bić pla­ny na wa­ka­cje - po­wie­dział za­chryp­niętym głosem. Po­pa­trzyłam na nie­go, a on od­wza­jem­nił moje spoj­rze­nie. Na­gle za­wsty­dziłam się, że nie wy­buchnęłam płaczem tak jak moja młod­sza sio­stra, że czuję tyl­ko to strasz­ne, pu­ste odrętwie­nie. Zupełnie jak­bym go w jakiś sposób za­wiodła. - Chciałbym spędzić wa­ka­cje z wami wszyst­ki­mi w na­szym let­nim domu - po­wie­dział i po­pa­trzył na nas. - Co o tym myśli­cie?