Lato drugiej szansy - Morgan Matson

Reflow text when sidebars are open.
Uchyliłam drzwi sypialni, żeby sprawdzić, czy korytarz jest pusty. Nikogo nie zauważyłam, więc zarzuciłam na ramię torbę i po cichu zamknęłam za sobą drzwi, i zeszłam po dwa stopnie po schodach do kuchni. Była dziewiąta rano, za trzy godziny mieliśmy wyjeżdżać do letniego domu, a ja zamierzałam uciec.
W kuchni leżały obszerne listy rzeczy do zrobienia, przygotowane przez moją matkę, stały torby z jedzeniem i przyborami kuchennymi oraz pudełko pełne pomarańczowych buteleczek z lekami dla ojca. Starałam się nie patrzeć na nie, kiedy skradałam się przez kuchnię do tylnych drzwi. Chociaż od lat nie wymykałam się już z domu, wydawało mi się, że to tak samo, jak z jazdą na rowerze - której, tak w sumie, też od lat nie próbowałam. Dzisiaj rano obudziłam się zlana zimnym potem, z walącym sercem; instynkt podpowiadał mi, że powinnam stąd wyjść, że wszystko będzie lepiej, jeśli tylko znajdę się gdzieś - gdziekolwiek indziej.
- Taylor?
Zastygłam w miejscu, a potem odwróciłam się i zobaczyłam, że w drzwiach kuchni stoi Gelsey, moja dwunastoletnia siostra. Miała jeszcze na sobie prastarą piżamę w brokatowe baletki, ale jej włosy były już związane w idealny koczek.
- Co znowu? - zapytałam, cofając się o krok od drzwi i starając się wyglądać możliwie nonszalancko.
Zmarszczyła brwi, a jej spojrzenie pobiegło do mojej torby, zanim znowu skoncentrowało się na mojej twarzy.
- Co ty tu robisz?
- Nic - odparłam. Miałam nadzieję, że udało mi się swobodnym ruchem oprzeć o ścianę, chociaż chyba nigdy w życiu nie opierałam się o żadną ścianę. - Czego chcesz?
- Nie mogę znaleźć iPoda, nie zabrałaś go?
- Nie - odparłam krótko, opierając się pokusie, by przypomnieć jej, że nie dotknęłabym jej iPoda, wypełnionego wyłącznie muzyką baletową i koszmarnym boysbandem, na punkcie którego miała ostatnio świra. Nazywał się The Bentley Boys, a w jego skład wchodzili trzej bracia z nieskazitelnie potarganymi grzywkami i wątpliwym talentem muzycznym. - Zapytaj mamę.
- Okej - odparła, patrząc na mnie podejrzliwie. Zrobiła piruet i wybiegła z kuchni, wołając po drodze: - Mamo!!!
Zdążyłam właśnie dojść do wyjścia, kiedy drzwi otwarły się gwałtownie, zmuszając mnie, żebym odskoczyła. Mój starszy brat Warren wszedł z trudem, niosąc pudełko z piekarni i tacę z kawą na wynos.
- Cześć - powiedział.
- Hej - mruknęłam, patrząc tęsknie ponad jego ramieniem na zewnątrz i żałując, że nie spróbowałam ucieczki pięć minut wcześniej - albo, co miałoby nawet więcej sensu, że nie wyszłam po prostu przez drzwi frontowe.
- Mama kazała mi kupić kawę i rogaliki - wyjaśnił, stawiając jedno i drugie na blacie. - Lubisz z sezamem, prawda?
Nie cierpiałam sezamu - tak naprawdę Warren był jedyną osobą w rodzinie, która go lubiła - ale nie zamierzałam mu teraz o tym przypominać.
- Jasne - odparłam szybko. - Super.
Warren wybrał jeden kubek z kawą i wypił łyk. Chociaż miał dziewiętnaście lat i był starszy ode mnie tylko o dwa lata, założył jak zwykle spodnie khaki i koszulkę polo. Wyglądał, jakby lada moment spodziewał się zaproszenia na zebranie rady nadzorczej lub na partyjkę golfa.
- Gdzie są wszyscy? - zapytał po chwili.
- Nie mam pojęcia - odparłam z nadzieją, że sam pójdzie ich poszukać. Skinął głową i wypił jeszcze łyk, jakby miał dla siebie cały czas świata. - Chyba słyszałam mamę na górze - dodałam, kiedy stało się jasne, że mój brat zamierza spędzić całe przedpołudnie, sącząc kawę i gapiąc się w przestrzeń.
- Powiem jej, że już wróciłem - zdecydował i w końcu odstawił kawę. Skierował się do drzwi, ale jeszcze zatrzymał się i odwrócił do mnie. - Czy tata już wstał?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem - rzuciłam lekko, jakby to było po prostu rutynowe pytanie. Jeszcze kilka tygodni temu było całkowicie nie do pomyślenia, żeby mój tata o tej godzinie spał - a nawet żeby w ogóle był w domu.
Warren znowu skinął głową i wyszedł z kuchni. Kiedy tylko zniknął mi z oczu, wypadłam na zewnątrz.
Przebiegłam przez nasz podjazd i odetchnęłam głęboko, kiedy znalazłam się na ulicy, a potem ruszyłam możliwie jak najszybszym krokiem wzdłuż Greenleaf Road. Prawdopodobnie powinnam była wziąć samochód, ale pewne rzeczy wchodzą człowiekowi w nawyk, a kiedy ostatni się stąd raz wymykałam, od zdobycia prawa jazdy dzieliło mnie kilka lat.
Odchodząc coraz dalej od domu, zaczęłam się uspokajać. Racjonalna cząstka mojego mózgu podpowiadała mi, że w jakimś momencie będę musiała wrócić, ale nie miałam ochoty jej słuchać. Chciałam tylko udawać, że ten dzień - całe to lato - nigdy się nie wydarzy, a to stawało się tym łatwiejsze, im większy dystans dzielił mnie od domu. Szłam już dłuższą chwilę i właśnie zaczęłam szukać w torbie ciemnych okularów, kiedy usłyszałam metaliczny brzęk klamerek i podniosłam głowę.
Poczułam się od razu gorzej, ponieważ zobaczyłam Connie z białego domu naprzeciwko nas, która szła z psem i machała do mnie. Była mniej więcej w wieku moich rodziców; w jakimś momencie wiedziałam, jak ma na nazwisko, chociaż teraz nie mogłam sobie tego przypomnieć. Wrzuciłam futerał okularów do torby obok czegoś, co - jak teraz zauważyłam - było iPodem Gelsey (ups), który musiałam pomylić z moim własnym. Nie mogłam uniknąć rozmowy z Connie inaczej niż ostentacyjnie ją ignorując albo obracając się na pięcie i uciekając między drzewa. Miałam przeczucie, że wybór którejkolwiek z tych opcji spowodowałby, że moja matka natychmiast by się dowiedziała o moim zachowaniu. Westchnęłam i zmusiłam się do uśmiechu, kiedy Connie podeszła bliżej.
- Cześć, Taylor! - pomachała mi z szerokim uśmiechem. Jej pies, duży i głupi golden retriever, napiął smycz i pociągnął ją do mnie, sapiąc i machając ogonem. Popatrzyłam na niego i zrobiłam pół kroku do tyłu. Nigdy nie mieliśmy psa, więc chociaż teoretycznie je lubiłam, nie miałam specjalnego doświadczenia we wzajemnych kontaktach. Obejrzałam wprawdzie więcej odcinków dokumentalnego serialu Grzeczny pies, niż wypadałoby komuś, kto nie ma własnego czworonoga, ale to nie pomagało, kiedy stawałam oko w oko z prawdziwym psem.
- Cześć, Connie - odparłam i od razu zaczęłam się dyskretnie wycofywać, z nadzieją, że zrozumie aluzję. - Miło cię widzieć!
- Ciebie też! - powiedziała odruchowo, ale zauważyłam, że jej uśmieche zbladł, spojrzenie prześlizgnęło się po mojej twarzy i ubraniu. - Wyglądasz dzisiaj troszkę inaczej - zauważyła. - Jesteś bardzo... swobodna.
Ponieważ Connie zazwyczaj widywała mnie w mundurku Akademii Stanwich - w białej bluzce i gryzącej spódnicy w szkocką kratę - nie miałam wątpliwości, że teraz wyglądam inaczej, skoro wyszłam z domu praktycznie tak, jak wstałam z łóżka, nie zawracając sobie nawet głowy szczotkowaniem włosów. Do tego miałam na sobie klapki, szorty i sprany biały T-shirt z logo drużyny pływackiej z Lake Phoenix. Teoretycznie nie należał do mnie, ale przywłaszczyłam go sobie tak dawno temu, że uważałam go już za mój własny.
- Rzeczywiście - przyznałam, pamiętając o uśmiechu. - No cóż...
- Macie jakieś wspaniałe plany wakacyjne? - zapytała radośnie, najwyraźniej zupełnie nieświadoma, że próbuję czym prędzej skończyć tę rozmowę. Pies, być może rozumiejąc, że to jeszcze chwilę potrwa, położył się koło niej i oparł łeb na łapach.
- Właściwie to nie - powiedziałam z nadzieją, że może w ten sposób zakończę temat, ale Connie patrzyła na mnie dalej z uniesionymi brwiami, więc stłumiłam westchnienie i uzupełniłam: - Wyjeżdżamy dzisiaj na całe wakacje do naszego letniego domu.
- Och, to cudownie! - wykrzyknęła. - Zazdroszczę wam. A gdzież on się znajduje?
- W górach Poconos - odparłam. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się pewnie, gdzie to jest, więc dodałam: - To pasmo Appalachów w Pensylwanii.
- A tak, oczywiście - pokiwała głową, chociaż widziałam po jej twarzy, że nadal nie ma pojęcia, o czym mówię. Nie było w tym w sumie nic dziwnego. Rodziny moich przyjaciół miewały letnie domy w miejscach takich jak Nantucket czy Cape Cod. Nikt, kogo znałam, nie miał willi w górach północno-wschodniej Pensylwanii.
- No proszę, dom w górach. - Connie wciąż uśmiechała się promiennie. - Brzmi wspaniale.
Skinęłam głową, ale wolałam jej nie odpowiadać, ponieważ za nic nie chciałam wracać do Lake Phoenix. Nie chciałam wracać do tego stopnia, że wolałam wyślizgnąć się ukradkiem z domu, bez żadnego planu i z iPodem siostry zamiast zapasów, niż tam jechać.
- No dobrze. - Connie pociągnęła smycz, zmuszając psa, żeby wstał ociężale. - Pamiętaj, żeby pozdrowić ode mnie mamę i tatę! Mam nadzieję, że wszystko u nich w porządku i... - Urwała w pół słowa, otworzyła szerzej oczy, a jej policzki lekko się zaróżowiły. Natychmiast rozpoznałam te oznaki, chociaż widywałam je dopiero od dwóch tygodni. Przypomniała sobie.
To było coś, z czym kompletnie nie potrafiłam sobie radzić, ale nieoczekiwaną korzyścią okazało się, że mogłam to wykorzystywać dla własnych potrzeb. Z dnia na dzień wszyscy w mojej szkole jakoś się o tym dowiedzieli, nawet nauczyciele zostali poinformowani, chociaż nie miałam pojęcia dlaczego ani przez kogo. Jednakże tylko tym należało tłumaczyć, że dostałam najwyższe oceny ze wszystkich testów na koniec roku, nawet z trygonometrii, z której poważnie groziła mi trója. Jakby to nie było jeszcze wystarczającym dowodem, nauczycielka angielskiego, oddając wypracowania, położyła pracę na mojej ławce i oparła na niej rękę na dłuższą chwilę, aż wreszcie na nią spojrzałam.
- Wiem, że musi być ci trudno koncentrować się teraz na nauce - powiedziała przyciszonym głosem, jakby cała klasa i tak nie podsłuchiwała, chłonąc każde słowo. - Po prostu staraj się, na ile możesz, dobrze?
Przygryzłam wtedy wargi i Dzielnie Skinęłam Głową, świadoma przez cały czas, że tylko udaję, zachowuję się tak, jak ona tego oczekuje. Zgodnie z przewidywaniami dostałam szóstkę z wypracowania, chociaż przekartkowałam tylko zakończenie Wielkiego Gatsbyego.
Wszystko się zmieniło, a raczej - tak naprawdę - wszystko miało się zmienić, chociaż na razie nic się nie zmieniło. To sprawiało, że wyrazy współczucia brzmiały dziwnie, jakby ludzie współczuli mi, że mój dom się spalił, chociaż stał jeszcze nietknięty i tylko w pobliżu żarzyły się złowieszczo węgielki, czekając na odpowiedni moment.
- Oczywiście, pozdrowię ich - powiedziałam szybko. Dzięki temu Connie nie zaczęła zmagać się z kolejną podnoszącą na duchu przemową, od których mnie już mdliło, ani - to było jeszcze gorsze - nie zaczęła opowiadać o znajomym znajomej, cudownie uleczonym za pomocą akupunktury/medytacji/tofu - może powinniśmy tego spróbować? - Dziękuję bardzo.
- Trzymaj się - powiedziała, kładąc większy niż zwykle nacisk na tę standardową formułkę. Kiedy poklepała mnie po ramieniu, zobaczyłam w jej oczach współczucie, ale także lęk, chęć trzymania się od nas na odległość, bo skoro coś takiego spotykało moją rodzinę, równie dobrze mogło się przytrafić jej samej.
- Ty też - odparłam, starając się uśmiechać aż do chwili, kiedy po raz ostatni mi pomachała i poszła dalej ulicą, prowadzona przez psa. Skierowałam się w przeciwną stronę, ale przestałam już czuć, że ta ucieczka w czymkolwiek pomoże. Jaki sens miało uciekanie, skoro wszyscy uparli się przypominać mi o tym, przed czym uciekałam? Chociaż od dłuższego czasu nie odczuwałam takiej potrzeby, kiedy byłam młodsza, uciekałam regularnie. To się zaczęło, kiedy miałam pięć lat i rozzłościłam się, bo matka zajmowała się tylko malutką Gelsey, a Warren jak zwykle nie chciał się ze mną bawić. Wymaszerowałam na zewnątrz i zobaczyłam nasz podjazd, a dalej cały szeroki świat, niezwykle dla mnie kuszący. Poszłam wzdłuż ulicy, zastanawiając się przede wszystkim, ile czasu minie, zanim ktoś w ogóle zauważy moją nieobecność. Oczywiście, niedługo zostałam znaleziona i odprowadzona do domu, ale uciekanie przed tym, co mi nie odpowiadało, weszło mi w krew i stało się ulubioną metodą radzenia sobie z problemami. Rodzina przywykła do tego tak bardzo, że kiedy ze łzami w oczach oznajmiałam od drzwi, że wychodzę z domu i nigdy, przenigdy już nie wrócę, matka kiwała tylko głową, rzucała mi szybkie spojrzenie i przypominała, żebym się nie spóźniła na obiad.
Wyciągnęłam właśnie iPod Gelsey, zdecydowana przecierpieć nawet Bentley Boys, jeśli to miałoby odwrócić moją uwagę od ponurych myśli, kiedy usłyszałam za sobą niski szum silnika sportowego samochodu.
Uświadomiłam sobie, że wyszłam z domu na dłużej niż mi się wydawało, i odwróciłam się, wiedząc z góry, kogo zobaczę. Za kierownicą nisko zawieszonego, srebrnego auta siedział mój ojciec i uśmiechał się do mnie.
- Cześć, mała - powiedział przez otwarte okno po stronie pasażera. - Podrzucić cię?
Wiedziałam, że nie ma sensu dłużej udawać, więc otworzyłam drzwi i wsiadłam do środka. Tata popatrzył na mnie, unosząc brwi.
- Co tam słychać? - zapytał jak zwykle.
Wzruszyłam ramionami i popatrzyłam na szary dywanik pod moimi nogami, nieskazitelnie czysty, chociaż samochód miał już rok.
- A, tak tylko, miałam ochotę się przejść.
Tata skinął głową.
- Oczywiście - powiedział ze śmiertelną powagą, jakby wierzył w każde moje słowo. Oboje wiedzieliśmy doskonale, co tak naprawdę robiłam, ponieważ to zwykle ojciec mnie znajdował. Miałam wrażenie, że zawsze wie, gdzie jestem, ale zamiast odwozić mnie prosto do domu, zabierał mnie na lody, jeśli tylko nie było za późno i jeśli obiecałam, że nie powiem o niczym matce.
Zapięłam pas, a tata ku mojemu zdziwieniu nie zawrócił, tylko skręcił w ulicę prowadzącą do centrum.
- Dokąd jedziemy? - zapytałam.
- Pomyślałem, że moglibyśmy kupić coś na śniadanie - wyjaśnił, spoglądając na mnie, kiedy zatrzymał się na czerwonym świetle. - Nie mam pojęcia dlaczego, ale wszystkie rogaliki w domu okazały się z sezamem.
Uśmiechnęłam się, a kiedy stanęliśmy pod sklepem spożywczym, weszłam z tatą do środka. Ponieważ przy ladzie kłębił się tłumek, odsunęłam się na bok i zostawiłam mu robienie zakupów. Rozglądając się po sklepie, zauważyłam na początku kolejki Amy Curry, trzymającą się za ręce z wysokim i przystojnym chłopakiem w T-shircie z logo Colorado College. Nie znałam jej za dobrze, dopiero w zeszłe wakacje wprowadziła się na naszą ulicę razem z matką i bratem, ale kiedy uśmiechnęła się i pomachała do mnie, odpowiedziałam tym samym.
Tata przesunął się na początek kolejki, a ja słuchałam, jak szybko wymienia rzeczy, które chce kupić i dodaje coś, co sprawiło, że sprzedawca się roześmiał. Kiedy patrzyło się na mojego ojca, nie było jeszcze widać, że jest bardzo źle. Wydawał się odrobinę szczuplejszy, jego skóra miała leciutko żółtawy odcień, ale ja starałam się tego nie widzieć, patrząc, jak wrzuca kilka centów do kubka na drobne. Starałam się nie widzieć, jak bardzo wydaje się zmęczony, starałam się przełknąć narastającą w gardle gulę. A przede wszystkim starałam się nie myśleć o tym, co powiedzieli nam specjaliści od tych rzeczy: że zostało mu około trzech miesięcy życia.
To chyba są jakieś żarty. - Mama zamknęła drzwi szafki kuchennej trochę mocniej, niż to było konieczne i odwróciła się do mnie, potrząsając głową. - Uwierzysz, że zabrali wszystkie moje przyprawy?
- Mhm - mruknęłam. Zostałam zwerbowana, żeby pomóc matce wypakować rzeczy kuchenne, ale zajmowałam się przede wszystkim porządkowaniem i układaniem na nowo sztućców w szufladzie, co wydawało się lepsze od szarpania się z jednym z wielkich pudeł, które czekały na rozpakowanie. Na razie matka nie zauważyła tego, ponieważ była pochłonięta inwentaryzacją rzeczy zostawionych w kuchni. Najwyraźniej zeszłoroczni letnicy zabrali wszystko, co nie zostało przybite gwoździami, łącznie ze szczotką, ścierkami i wszystkimi przyprawami z lodówki. Trzeba jednak przyznać, że zostawili też mnóstwo własnych rzeczy, choćby tę kołyskę, której obecność tak oburzyła Gelsey.
- Nie wiem, jak mam coś gotować bez przypraw - mruknęła matka, otwierając jedną z górnych szafek i unosząc się na palcach, żeby przejrzeć jej zawartość. Stopy ustawiła przy tym w idealnej pozycji pierwszej, ponieważ była dawniej zawodową baletnicą, a chociaż kontuzja ścięgna zmusiła ją do rezygnacji z tańca jeszcze przed trzydziestką, wciąż wyglądała, jak - by w każdej chwili mogła wrócić na scenę. - Taylor? - zapytała trochę ostrzej, więc spojrzałam na nią.
- Co? - zapytałam i poprawiłam łyżeczkę w szufladzie. Sama słyszałam obronną nutę w moim głosie.
Matka westchnęła.
- Możesz przestać być taka nadęta?
Nie wiem, czy istniało inne zdanie, które mogłoby sprawić, że nadęłabym się jeszcze bardziej. Wbrew swojej woli poczułam, że się krzywię nieprzyjemnie.
- Wcale nie jestem nadęta.
Mama popatrzyła przez okno werandy na jezioro, a potem znowu na mnie.
- Te wakacje będą wystarczające trudne dla nas wszystkich nawet bez takiego zachowania.
Zamknęłam szufladę ze sztućcami gwałtowniej, niż to było konieczne, czując przypływ poczucia winy wymieszanego z irytacją. Nigdy nie byłam ulubienicą matki - w odróżnieniu od Gelsey - ale zawsze byłyśmy w niezłych stosunkach.
- Wiem, że nie chciałaś tu przyjeżdżać - powiedziała łagodniej. - Ale musimy jak najlepiej wykorzystać ten czas. Zgoda?
Otworzyłam szufladę i znowu ją zamknęłam. Przebywałam w tym domu zaledwie od kilku godzin, ale już czułam się tu klaustrofobicznie. Świadomość, że po sąsiedzku obok mieszka mój były chłopak, który mnie nie znosi - nie bez powodu zresztą - także mi nie pomagała.
- Po prostu - powiedziałam, odrobinę się zacinając - po prostu nie wiem, co mam tu robić przez całe lato. A poza tym...
- Mamo! - Gelsey wpadła do kuchni. - Kołyska dalej jest w moim pokoju. I światło się nie pali.
- Ta rodzina Murphych pewnie powykręcała żarówki - mruknęła matka, potrząsając głową. - Zaraz zobaczę. - Wyszła z kuchni razem z Gelsey, trzymając rękę na jej ramieniu, ale zatrzymała się w progu i spojrzała na mnie. - Taylor, później o tym pomówimy. Czy mogłabym prosić, żebyście ty albo Warren podjechali po pizzę? Dzisiaj chyba nie uda mi się niczego ugotować.
Wyszła, a ja zostałam w kuchni jeszcze na kilka minut. Moje spojrzenie przykuły stojące na blacie buteleczki z pomarańczowego plastiku, w których były pigułki dla ojca. Patrzyłam na nie przez chwilę, a potem poszłam poszukać taty, ponieważ wiedziałam, że Warren będzie na pewno tam, gdzie on.
Znalazłam ich obu - nie musiałam długo szukać w tak małym domu - siedzących przy stole w jadalni, tatę w okularach, ze stosem papierów i laptopem, a Warrena z opasłą ksiażką, nad którą marszczył brwi z mądrą miną, robiąc w trakcie lektury notatki w swoim notesie. Miał zagwarantowane przyjęcie na Uniwersytet Pensylwanii, ale kiedy teraz się na niego spojrzało, można by pomyśleć, że jest już współwłaścicielem firmy prawniczej, a studia - nie wspominając o wcześniejszym college'u - to tylko formalność.
- Hej. - Szturchnęłam brata w plecy, siadając obok taty. - Mama powiedziała, żebyś podjechał po pizzę.
- Ja? - zmarszczył brwi Warren, ale zaraz wstał, kiedy tata rzucił mu spojrzenie. - Znaczy, jasne. Jak się nazywała ta pizzeria w mieście?
Oboje z Warrenem popatrzyliśmy na tatę. Mój brat miał może pamięć fotograficzną, ale to nasz ojciec zawsze pamiętał istotne informacje - wydarzenia, daty, nazwy pizzerii.
- Pyszna Pizza - odparł tata. - O ile jeszcze istnieje.
- Zobaczę. - Warren wygładził koszulkę polo i podszedł do drzwi. Po kilku krokach przystanął, żeby na nas spojrzeć. - Wiecie, że pizza została wymyślona, żeby zagospodarować resztki jedzenia, we Włoszech, w piętnastym...
- Synu, może opowiesz o tym przy obiedzie? - przerwał mu tata.
- Jasne. - Warren zarumienił się lekko i wyszedł z pokoju. Chwilę później usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych i warkot silnika samochodu.
Tata popatrzył na mnie ponad ekranem laptopa, unosząc brwi.
- No dobrze, mała. Czy matka naprawdę chciała, żeby to twój brat pojechał po pizzę?
Postarałam się ukryć uśmiech i wzruszyłam ramionami, skubiąc nitkę wystającą z mojego T-shirtu.
- Niewykluczone, że zasugerowała, że to mogłoby być jedno z nas. Ja dokonałam delegacji zadań.
Potrząsnął głową i uśmiechnął się lekko, a potem znowu zagłębił się w swoich papierach. Nie przestał pracować pomimo diagnozy, twierdząc, że chce tylko pozamykać niedokończone sprawy, ale ja wiedziałam, że byłby nieszczęśliwy, gdyby mu zabrano to zajęcie. Był współwłaścicielem kancelarii adwokackiej specjalizującej się w apelacjach. Spędzał w pracy wszystkie soboty i większość niedziel. Było całkiem normalne, że jadł z nami obiad raz czy dwa razy w tygodniu, a przez resztę czasu pracował. Przywykłam do telefonu dzwoniącego późno wieczorem lub wcześnie rano, do cichego szumu drzwi garażu, otwierających się i zamykających o czwartej nad ranem, kiedy tata jechał wcześnie do biura, ponieważ był czyjąś ostatnią nadzieją na drugą szansę.
- Co robisz? - zapytałam po kilku minutach, podczas których pisał coś w milczeniu.
- Streszczenie sprawy sądowej - odparł, podnosząc na mnie wzrok. - Pracuję nad tym już od kilku tygodni. Skończyłbym wcześniej, ale... - urwał w pół zdania, a ja wiedziałam, co ma na myśli. Kilka tygodni temu - dokładnie trzy tygodnie temu - dowiedzieliśmy się, co mu jest, a to sprawiło, że wszystko inne zeszło na dalszy plan.
- Myślałam, że streszczenie powinno się robić szybko - powiedziałam, starając się trochę poprawić mu humor. Tata nagrodził mnie uśmiechem.
- Dobre - powiedział z aprobatą. Uwielbiał zabawę słowami, nawet jeśli inni reagowali na to jękami rozpaczy, a ja byłam jedyną osobą, która to znosiła, a nawet próbowała sama coś wymyślać. - Po prostu... - popatrzył na monitor i potrząsnął głową. - Po prostu chciałbym to zrobić dobrze. To chyba będzie moja ostatnia sprawa.
Pokiwałam głową, patrząc na zadrapania na drewnianym blacie i nie mając pojęcia, jak mam zareagować. Wszyscy wiedzieliśmy, co się dzieje z moim tatą, ale nie rozmawialiśmy właściwie
O tym od moich urodzin, więc nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć.
- No dobrze, wracam do roboty - powiedział tata ciszej i po dłuższej chwili. Znowu zaczął coś pisać, a chociaż zamierzałam pójść rozpakowywać swoje rzeczy, nagle poczułam, że nie mogę tak po prostu zostawić go, żeby pracował w samotności nad swoją ostatnią sprawą. Siedziałam koło niego w ciszy przerywanej tylko stukotem klawiatury, aż w końcu usłyszeliśmy chrzęst opon na żwirze i głos matki, wołającej nas na obiad.
Łazienka była za mała.
To stało się jasne jak słońce, kiedy wszyscy zaczęliśmy się szykować do pójścia spać - Warren nazywał to "wieczornymi ablucjami" - mniej więcej o tej samej porze.
Czy musimy tego słuchać? - jęknęła siedząca z przodu Gelsey, chyba po raz trzeci w ciągu dziesięciu minut.
- Możesz się czegoś nauczyć - odparł Warren, który prowadził. - Prawda, Taylor?
Wyciągnęłam się na tylnym siedzeniu, a zamiast odpowiedzieć, zasłoniłam oczy ciemnymi okularami i podkręciłam dźwięk w iPodzie. Lake Phoenix leżało tylko trzy godziny jazdy od naszego domu w Stanwich w Connecticut, ale miałam wrażenie, że to najdłuższa podróż samochodowa w moim życiu. Ponieważ mój brat prowadził jak emeryt (całkiem serio; dostał kiedyś mandat za zbyt wolną jazdę, stanowiącą zagrożenie na drodze), potrzebowaliśmy czterech godzin, żeby dotrzeć na miejsce. To naprawdę była jedna z najdłuższych podróży samochodowych w moim życiu.
Jechaliśmy tylko we troje starym land cruiserem, należącym do mnie i Warrena - rodzice pojechali pierwsi, samochodem mamy, wypchanym po dach wszystkimi rzeczami, których mieliśmy potrzebować przez całe lato. Spędziłam większość drogi, starając się ignorować sprzeczki mojego rodzeństwa, przede wszystkim dotyczące tego, czego mamy słuchać - Gelsey chciała puszczać tylko Bentley Boys, Warren upierał się, żeby włączyć jego CD z wykładami akademickimi i ostatecznie wygrał, więc monotonny głos z brytyjskim akcentem mówił mi znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciałam wiedzieć o mechanice kwantowej.
Chociaż nie jechałam tędy od pięciu lat, wciąż potrafiłam przewidzieć każdy zakręt. Rodzice kupili ten dom, zanim się urodziłam, i swego czasu spędzaliśmy tam każde lato, od początku czerwca do końca sierpnia. Tylko tata zostawał w Connecticut, żeby pracować, i przyjeżdżał do nas na weekendy. Te wakacje były dla mnie najlepszą częścią roku i siedząc w szkole, odliczałam dni do czerwca i wszystkiego tego, co wiązało się z latem w Lake Phoenix. Jednak kiedy miałam dwanaście lat, wakacje zakończyły się tak całkowitą katastrofą, że poczułam ulgę, kiedy się okazało, że w następnym roku tam nie jedziemy. Warren uznał, że musi się skoncentrować na nauce i zapisał na kursy przygotowawcze w college'u Yale, a Gelsey właśnie zmieniła nauczycielkę baletu i nie chciała przerywać lekcji na całe lato. Ponieważ ja z kolei nie chciałam wracać do Lake Phoenix i stawić czoło temu, co tam zostawiłam, znalazłam sobie letni obóz oceanograficzny (przez krótki czas chciałam zostać hydrobiologiem, ale już mi to przeszło) i ubłagałam rodziców, żeby pozwolili mi na niego jechać. Od tamtej pory co roku działo się coś, co uniemożliwiało nam spędzenie wakacji w Lake Phoenix. Gelsey jeździła na dłuższe obozy baletowe, a Warren i ja zapisywaliśmy się na uniwersyteckie kursy i programy dla wolontariuszy (on wybudował plac zabaw w Grecji, a ja bezskutecznie próbowałam się nauczyć chińskiego na intensywnym kursie w Vermoncie). Mama zaczęła wynajmować nasz dom letnikom, kiedy stało się jasne, że wszyscy jesteśmy zbyt zajęci, żeby wziąć sobie wolne na całe lato i spędzić je razem w Pensylwanii.
W tym roku miało być tak samo - Gelsey po raz kolejny wybierała się na obóz baletowy, na którym była traktowana jak wschodząca gwiazda, Warren załatwił sobie staż w kancelarii prawniczej naszego ojca, a ja zamierzałam spędzać większość czasu na kąpielach słonecznych. Naprawdę nie mogłam się doczekać wakacji, ponieważ na miesiąc przed zakończeniem roku szkolnego mój chłopak Evan zerwał ze mną, a nasi znajomi, chcąc uniknąć podziału grupy, stanęli zgodnie po jego stronie. Nagły brak przyjaciół i jakichkolwiek przejawów życia towarzyskiego w normalnych okolicznościach sprawiłby, że perspektywa wyjazdu z miasta na całe lato wydawałaby się niezwykle kusząca. Ale wcale nie chciałam wracać do Lake Phoenix. Od pięciu lat moja noga nie postała w Pensylwanii. Jeszcze trzy tygodnie temu żadne z nas nie brałoby pod uwagę tego, że moglibyśmy spędzić wakacje razem, w piątkę, ale właśnie to miało teraz nastąpić.
- Dojeżdżamy! - oznajmił radośnie Warren, a ja poczułam, że samochód zwalnia.
Otworzyłam oczy, usiadłam i rozejrzałam się. Drzewa po obu stronach szosy były intensywnie zielone, podobnie jak rosnąca pod nimi trawa, i tak gęste, że ledwie widziałam podjazdy i domy stojące w oddaleniu. Popatrzyłam na termometr - temperatura była o pięć stopni niższa niż w Connecticut. Czy mi się to podobało, czy nie, byłam znowu w górach.
- Nareszcie - mruknęła siedząca z przodu Gelsey.
Rozprostowałam szyję, ponieważ spałam w niewygodnej pozycji, i wyjątkowo tym razem zgodziłam się całkowicie z moją siostrą. Warren zwolnił jeszcze bardziej, włączył kierunkowskaz i w końcu skręcił w nasz podjazd. Wszystkie podjazdy w Lake Phoenix były wysypane żwirem, a nasz służył mi zawsze do odmierzania letniego czasu. W czerwcu ledwie byłam w stanie przejść boso od samochodu do werandy, krzywiąc się przy każdym kroku, kiedy kamyczki wbijały się w moje delikatne, blade stopy, przez cały rok osłonięte bezpiecznie butami. Ale już w sierpniu miałam stopy stwardniałe i ciemnobrązowe, z wyraźnie odcinającymi się białymi paskami od klapków, mogłam też przebiec boso po podjeździe, nawet tego nie zauważając.
Odpięłam pas i pochyliłam się między przednimi siedzeniami, żeby lepiej się przyjrzeć. Na wprost przede mną stał nasz letni dom. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam, było to, że wyglądał dokładnie tak samo jak zawsze - ciemne drewno, spadzisty dach, okna na całą ścianę i okalająca go weranda.
Drugą rzeczą, jaką zauważyłam, był pies.
Siedział na werandzie, tuż pod drzwiami, a na widok samochodu nie ruszył się z miejsca ani nie uciekł, zaczął tylko machać ogonem, jakby na nas czekał.
- Co to ma być? - zapytała Gelsey, kiedy Warren zgasił silnik.
- Co takiego? - zapytał Warren. Gelsey pokazała palcem, więc zmrużył oczy, patrząc przez szybę. - Aha - powiedział zaraz, a ja zauważyłam, że nie ruszył się, żeby wysiąść z samochodu. Nie chciał się do tego przyznać, ale bał się psów od czasu, kiedy miał siedem lat, a skretyniała babysitterka puściła mu Cujo.
Otworzyłam drzwi i wysiadłam z auta, żeby się lepiej przyjrzeć. Nie był to najładniejszy pies na świecie. Nieduży, ale nie tak malutki jak te, które można nosić w torebce albo przez przypadek rozdeptać. Miał złocistobrązową sierść, sterczącą sztywno na wszystkie strony i nadającą jego pyskowi wyraz permanentnego zaskoczenia. Wyglądał na całkowitego mieszańca, z ogromnymi stojącymi uszami owczarka niemieckiego, krótkim pyskiem i długim ogonem jak u collie. Zauważyłam, że ma obrożę z identyfikatorem, więc najwyraźniej nie był bezpański.
Gelsey także wysiadła z samochodu, ale Warren został na swoim miejscu i uchylił tylko okno, kiedy do niego podeszłam.
- Ja, no... zostanę tutaj i zajmę się bagażami - wymamrotał, podając mi klucze.
- Serio? - zapytałam, unosząc brwi. Warren poczerwieniał i szybko zamknął okno, jakby się spodziewał, że ten mały piesek jakimś cudem wedrze się do wnętrza land cruisera.
Przeszłam przez podjazd i weszłam po trzech schodkach na werandę. Spodziewałam się, że pies ucieknie, kiedy podejdę, ale on zaczął tylko machać szybciej ogonem, uderzając nim hałaśliwie o deski.
- Idź sobie - powiedziałam, podchodząc do drzwi. - Poszedł.
Zamiast posłuchać, podbiegł bliżej, jakby zamierzał wejść razem ze mną do środka.
- Nie - powiedziałam stanowczo, starając się naśladować Randolpha George'a, brytyjskiego okularnika prowadzącego program Grzeczny pies. - Idź sobie. - Zrobiłam krok w kierunku psa, który w końcu zrozumiał, o co mi chodzi. Odskoczył i zszedł po schodach werandy, a potem oddalił się podjazdem, jak mi się wydawało, z ogromnym ociąganiem.
Kiedy tylko minęło zagrożenie ze strony krwiożerczego psa, Warren otworzył drzwi i ostrożnie wysiadł, rozglądając się po pustym podjeździe.
- Mama i tata powinni już tu chyba być?
Wyciągnęłam komórkę z kieszeni szortów i stwierdziłam, że Warren ma rację. Wyruszyli kilka godzin przed nami i prawdopodobnie nie jechali całą drogę sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.
- Gelsey, możesz zadzwonić... - Odwróciłam się do siostry i zobaczyłam, że jest zgięta w pół, z nosem prawie przy kolanach. - Wszystko w porządku? - zapytałam, starając się jej przyjrzeć.
- W porządku - odparła stłumionym głosem. - Tylko się rozciągam. - Wyprostowała się powoli, z czerwoną jak burak twarzą. Patrzyłam, jak jej cera wraca do zwykłego koloru - bladego, z piegami, których z biegiem lata będzie przybywać. Uniosła ramiona, tworząc idealny okrąg nad głową, a potem opuściła je i przeszła do krążenia barków. Na wypadek, gdyby koczek i chodzenie ze stopami na zewnątrz nie dość jasno oznajmiały światu, że ma do czynienia z baletnicą, Gelsey nabrała zwyczaju częstego rozciągania się, także w miejscach publicznych.
- No dobra, to kiedy z tym skończysz - powiedziałam, bo właśnie zaczęła się przechylać do tyłu pod przerażającym kątem - możesz zadzwonić do mamy?
Nie czekając na jej odpowiedź - szczególnie że miałam przeczucie, że zabrzmiałaby ona: A ty nie możesz?, wybrałam klucz z pęczka, przekręciłam go w zamku i po raz pierwszy od pięciu lat weszłam do domu.
Rozejrzałam się i odetchnęłam z ulgą. Obawiałam się, że po kilku latach wynajmowania dom zmieni się całkowicie - meble zostaną poprzestawiane, pojawią się nowe rzeczy albo po prostu będę odnosić wrażenie - trudne do uchwycenia, ale wyraźne - że ktoś przebywał w mojej przestrzeni życiowej. Trzy misie wiedziały o tym doskonale, podobnie jak ja tamtego lata, kiedy wróciłam z obozu oceanograficznego i natychmiast zauważyłam, że pod moją nieobecność matka pozwoliła nocować w moim pokoju jakimś gościom. Ale tutaj, rozglądając się, nie miałam takiego uczucia. To był nasz letni dom, dokładnie taki, jak go zapamiętałam, jakby przez cały ten czas czekał, aż w końcu tutaj wrócę.
Na dole nie było ścian działowych, więc widziałam wszystkie pomieszczenia, które nie były sypialniami albo łazienką. Wysoki sufit wznosił się aż pod szczyt spadzistego dachu, a plamy światła słonecznego kładły się na zasłaniających drewnianą podłogę sizalowych dywanikach. Zauważyłam obdrapany drewniany stół, z którego nigdy nie korzystaliśmy - służył tylko do zostawiania ręczników i poczty. Kuchnia, maleńka w porównaniu z okazałym cudem w naszym domu w Connecticut, znajdowała się po prawej stronie, a drzwi z niej prowadziły na osłoniętą werandę z widokiem na jezioro. Tam właśnie zwykle jedliśmy wszystkie posiłki, z rzadkimi wyjątkami w przypadku ulewnego deszczu. Od werandy biegła ścieżka prowadząca na nasz pomost nad jeziorem Phoenix, a przez okno kuchni widziałam błyski późnopopołudniowych promieni słońca, odbijających się w wodzie.
Za kuchnią znajdował się kącik wypoczynkowy z dwoma kanapami przed kamiennym kominkiem - tam właśnie moi rodzice siadali zawsze po obiedzie, czytając albo zajmując się swoją pracą. Dalej zobaczyłam miejsce dla dzieci, z obitą wytartym sztruksem kanapą, na której Warren, Gelsey i ja przeważnie spędzaliśmy wieczory. Jeden z wbudowanych w ścianę regałów zajmowały gry planszowe i puzzle, a my zazwyczaj całe lato prowadziliśmy rozgrywki lub układaliśmy obrazki. Tylko Ryzyko zostało odłożone na najwyższą półkę, poza naszym zasięgiem, po tych wakacjach, kiedy uzależniliśmy się od tej gry, zawieraliśmy tajne sojusze i praktycznie odmówiliśmy wychodzenia na zewnątrz, pochyleni nad planszą.
Nasze pokoje mieściły się wzdłuż korytarza - rodzice spali na górze - co oznaczało, że Warren, Gelsey i ja musieliśmy dzielić jedyną łazienkę na dole. Nie tęskniłam za tym, szczególnie że przywykłam do swojej łazienki w Connecticut. Poszłam do swojego pokoju, zaglądając po drodze do łazienki, jeszcze mniejszej niż ją zapamiętałam. Zdecydowanie za małej, szczerze mówiąc, żebyśmy mogli korzystać z niej we troje i nie pozabijać się przy tym.
Podeszłam do moich drzwi, z prastarą tabliczką POKÓJ TAYLOR, o której całkiem już zapomniałam, i otworzyłam je, przygotowując się psychicznie na konfrontację z pokojem, który ostatni raz widziałam pięć lat temu, a także wszystkimi związanymi z nim wspomnieniami.
Kiedy weszłam do środka, okazało się, że mam przed sobą po prostu ładne, dość nijakie pomieszczenie. Moje łóżko wyglądało tak jak zawsze, ze starą ramą z brązu i narzutą w czerwono-białą szachownicę, a pod nim mieściła się wepchnięta polówka. Drewniana komoda i lustro w drewnianej ramie nie zmieniły się, tak samo jak stary kufer u stóp łóżka, w którym znajdowały się dodatkowe kołdry na zimne noce, jakie nawet latem zdarzały się w górach. Ale w tym pokoju nie było już niczego kojarzącego się ze mną. Obciachowe plakaty z nastoletnim aktorem, na punkcie którego miałam wtedy obsesję (od tamtego czasu zaliczył kilka opisywanych szeroko przez prasę pobytów na odwyku), zostały już zdjęte. Zniknęły odznaczenia z zawodów pływackich (głównie za zajęcie trzeciego miejsca), podobnie jak kolekcja błyszczyków do ust, gromadzonych przeze mnie pieczołowicie na przestrzeni lat. Spróbowałam się napomnieć, że to akurat dobrze, bo na pewno i tak już by się do niczego nie nadawały, ale mimo wszystko nie dawało mi to spokoju. Rzuciłam torebkę i usiadłam na łóżku, patrząc na pustą szafę i opróżnioną komodę w poszukiwaniu jakiegoś dowodu na to, że mieszkałam tutaj przez dwanaście wakacji. Niczego nie znalazłam.
- Gelsey, co ty wyprawiasz?
Głos Warrena wystarczył, żeby wyrwać mnie z tych przemyśleń. Wyszłam na korytarz, żeby zobaczyć, co się dzieje. Moja siostra wyrzucała ze swojego pokoju pluszowe zabawki. Zrobiłam unik przed nadlatującym słoniem i stanęłam obok Warrena, oglądającego z niepokojem stosik gromadzący się pod jego drzwiami.
- Co tu się dzieje? - zapytałam.
- Zamienili mój pokój w pokój dla dziecka - oznajmiła Gelsey głosem pełnym pogardy i wyrzuciła przez drzwi kolejnego pluszaka, fioletowego konia, którego słabo sobie przypominałam. Rzeczywiście, jej pokój został przemeblowany. W kącie stały kołyska i przewijak, a na podwójnym łóżku piętrzyły się oburzające ją pluszowe zwierzaki.
- Letnicy mieli pewnie małe dziecko - stwierdziłam, odchylając się, żeby uniknąć centralnego trafienia puchatą żółtą kaczką. - Nie możesz zaczekać, aż mama przyjedzie?
Gelsey przewróciła oczami - nabrała w tym wprawy w ciągu ostatniego roku i potrafiła wyrazić niezwykle szeroką skalę emocji każdym przewróceniem oczami, być może dlatego, że stale to ćwiczyła. W tym momencie dawała mi do zrozumienia, jak bardzo nie na czasie jestem z wiadomościami.
- Mama będzie tu najwcześniej za godzinę - powiedziała. Popatrzyła na trzymanego pluszaka, małego kangurka, i obróciła go kilka razy w rękach. - Właśnie z nią rozmawiałam. Musieli pojechać z tatą do Stroudsburga, żeby spotkać się z jego nowym onkologiem.
Ostatnie słowo wymówiła ostrożnie, tak jak wszyscy to robiliśmy. Kilka tygodni temu nawet go nie znałam i myślałam, że tata ma tylko jakieś niezbyt poważne, łatwe do wyleczenia bóle w krzyżu. Wtedy nie do końca wiedziałam nawet, co to jest trzustka i kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nowotwór trzustki jest niemal zawsze śmiertelny, a "czwarte stadium" to słowa, których nigdy nie chce się usłyszeć.
Lekarze opiekujący się ojcem w Connecticut pozwolili mu spędzić lato w Lake Phoenix pod warunkiem, że dwa razy w miesiącu będzie odwiedzał onkologa, który ma monitorować rozwój choroby, a w razie potrzeby zatrudni opiekę pielęgniarską, jeśli nie chce pójść do hospicjum. Rak został wykryty tak późno, że najwyraźniej nie dało się już nic zrobić. Początkowo nie potrafiłam tego przyjąć do wiadomości. We wszystkich serialach medycznych, jakie kiedykolwiek oglądałam, zawsze istniał jakiś sposób, w ostatniej chwili cudownie pojawiało się nieodkryte wcześniej lekarstwo. Nikt nigdy nie poddawał się tak po prostu przy leczeniu pacjenta. Jak się okazało, prawdziwe życie wyglądało inaczej.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie z Gelsey, ale potem opuściłam wzrok na podłogę i piętrzący się na niej stos wyrzuconych pluszaków. Żadne z nas nie powiedziało ani słowa o szpitalu i o tym, co to musi oznaczać, ale nie zdziwiło mnie to. Nie rozmawialiśmy o tym, co działo się z tatą. W naszej rodzinie raczej unikało się takich rozmów i czasem, odwiedzając koleżanki i obserwując ich stosunki rodzinne - przytulanie się, gadanie o przeżywanych emocjach - czułam się nie tyle zazdrosna, ile zakłopotana.
Nasza trójka nigdy nie była szczególnie blisko, zapewne po części dlatego, że tak bardzo się różniliśmy. Warren od przedszkola wykazywał niezwykłe zdolności do nauki i nikogo nie dziwiło, że przez całą szkołę był prymusem. Pięć lat różnicy między mną a Gelsey - nie wspominając o tym, że potrafiła być najnieznośniejszą smarkulą na świecie - sprawiało, że nie byłyśmy szczególnie zżyte jako siostry. Poza tym Gelsey spędzała tyle czasu, ile tylko mogła, na nauce tańca, który mnie kompletnie nie interesował. Gelsey i Warren także nie byli ze sobą szczególnie związani. Po prostu nigdy nie robiliśmy niczego razem. Dawniej zdarzało mi się żałować, że tak się to wszystko układa, szczególnie gdy byłam młodsza i właśnie przeczytałam Opowieści z Narnii, w których rodzeństwo przyjaźniło się i opiekowało się sobą nawzajem. Dawno temu pogodziłam się z tym, że w naszym przypadku to niemożliwe. Nie mówię, że było mi z tym szczególnie źle - tak po prostu wyszło i wiedziałam, że to się nie zmieni.
Tak samo, jak nie miało się zmienić to, że w naszej rodzinie to ja byłam tą przeciętną osobą. Odkąd pamiętałam, nic się nie zmieniło - Warren był inteligentny, Gelsey utalentowana, a ja byłam po prostu Taylor, pozbawioną szczególnych zdolności.
Gelsey znowu zaczęła wyrzucać pluszowe zwierzaki na korytarz, a ja miałam właśnie wracać do swojego pokoju z poczuciem, że jak na jeden dzień spędziłam z rodzeństwem aż za dużo czasu, kiedy moją uwagę przykuło coś pomarańczowego.
- Hej - odezwałam się, pochylając się i podnosząc pluszową zabawkę, która wydała mi się znajoma. - To chyba moje.
Rzeczywiście, doskonale znałam tego pluszaka: to był mały pingwin z szalikiem w biało-pomarańczowe pasy. Trudno byłoby go nazwać arcydziełem sztuki zabawkarskiej - widziałam teraz, że jest tandetnie zrobiony, a w kilku miejscach zaczyna z niego wyłazić wypełnienie. Ale tamtego wieczora w wesołym miasteczku, tamtego wieczora, kiedy po raz pierwszy się całowałam, tamtego wieczora, kiedy Henry Crosby wygrał go dla mnie, ten pingwin wydawał mi się najcudowniejszą rzeczą na świecie.
- Pamiętam go. - W oczach Warrena pojawił się wyraz, który zdecydowanie mi się nie spodobał. - Czy przypadkiem nie masz go z wesołego miasteczka? - Mój brat miał pamięć fotograficzną, chociaż zazwyczaj używał jej do zapamiętywania mało znanych faktów, a nie do dręczenia mnie.
- Owszem - mruknęłam, cofając się o krok.
- Czy to nie ten, którego wygrał dla ciebie Henry? - Warren wymówił to imię ze szczególnym naciskiem. Miałam poczucie, że właśnie spotyka mnie kara za to, że nabijałam się z mojego brata i jego lęku przed małymi, nieszkodliwymi pieskami. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie. Zaintrygowana Gelsey patrzyła na nas na zmianę.
- Jaki Henry? - zapytała.
- No wiesz... - Na twarzy Warrena zaczął się pojawiać złośliwy uśmieszek. - Henry Crosby. Miał młodszego brata, chyba Dereka czy jakoś tak. Henry chodził z Taylor.
Davy'ego - poprawiłam w myślach Warrena. Czułam, że moje policzki robią się gorące, co było absurdalne, i zaczęłam się rozglądać za drogą ucieczki. Gdybym mogła się jakoś wycofać z tej rozmowy tak, żeby nie pokazać po sobie, jak bardzo jestem zakłopotana, zrobiłabym to natychmiast.
- A fakt - odparła powoli Gelsey. - Chyba go sobie przypominam. Był dla mnie miły. I wiedział, jak się nazywa każde drzewo.
- I jeszcze... - zaczął Warren, więc przerwałam mu, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze. Nie byłam pewna, ile bym wytrzymała.
- Dobra, tylko pamiętaj, że powinnaś to posprzątać, zanim mama tu przyjedzie - oznajmiłam głośno, wiedząc doskonale, jak mało prawdopodobne jest, żeby mama nakrzyczała na Gelsey za cokolwiek. Starałam się jednak udawać, że wierzę w to z całego serca i wycofałam się z całą godnością, na jaką można się zdobyć, trzymając pluszowego pingwina. Bez żadnego powodu poszłam do kuchni.
Henry Crosby. To imię rozbrzmiewało echem w mojej głowie, kiedy odstawiłam pingwina na blat i otwarłam, a potem zamknęłam szafkę kuchenną. To był ktoś, o kim z całej siły starałam się nie myśleć za dużo przez te wszystkie lata. Został przez ten czas zredukowany, skrócony do historyjki opowiadanej na babskich spotkaniach, kiedy padało sakramentalne pytanie: Kto był twoim pierwszym chłopakiem? Miałam odpowiedź przygotowaną i wkutą na pamięć, tak że nawet nie musiałam się nad tym zastanawiać:
A, taki jeden Henry. Przyjaźniliśmy się, kiedy spędzałam wakacje w naszym letnim domu. Zaczęliśmy ze sobą chodzić, jak miałam dwanaście lat. Pocałował mnie po raz pierwszy w wesołym miasteczku... - W tym momencie wszystkie wzdychałyśmy, a jeśli któraś dziewczyna zapytała mnie, co się potem stało, uśmiechałam się tylko, wzruszałam ramionami i odpowiadałam coś w rodzaju: "Wiesz, mieliśmy po dwanaście lat, więc chyba trudno się dziwić, że nie okazało się to związkiem na resztę życia". Wtedy dziewczyny zaczynały się śmiać, a ja kiwałam głową i także się uśmiechałam, ale w myślach rozważałam własne słowa. W zasadzie wszystkie te fakty były prawdziwe, ale żaden z nich - szczególnie to, dlaczego nam nie wyszło - nie był prawdą. Wtedy odsuwałam od siebie myśli o tamtych wakacjach, włączałam się do rozmowy, degradując moje postępowanie i to, co się wydarzyło między Henrym, Lucy a mną do błahej historyjki, którą opowiedziałam przed chwilą.
Chwilę później do kuchni wszedł Warren i skierował się prosto do wielkiego kartonowego pudła na blacie.
- Przepraszam - powiedział, otwierając je. - Tak tylko się wygłupiałem.
Wzruszyłam ramionami, jakby mnie to w ogóle nie obeszło.
- Nie ma sprawy - odparłam. - To już zamierzchła przeszłość.
To była prawda, ale kiedy tylko przejechaliśmy linię dzielącą Lake Phoenix od reszty świata, moje myśli zaczęły krążyć wokół Henry'ego, chociaż starałam się podkręcić dźwięk w iPodzie i zagłuszyć je na dobre. Złapałam się nawet na tym, że wypatruję jego domu, i z zaskoczeniem zauważyłam, że biały dom został teraz pomalowany na intensywnie niebieski kolor, a na stojącym przed nim znaku zamiast dawnego FORT CROSBY widniał napis SZCZĘŚLIWY ZAKĄTEK MARYANNE oraz rysunek kieliszka do martini, co oznaczało, że musiał się tam wprowadzić nowy właściciel. Czyli Henry'ego już tu nie było. Nie odrywałam wzroku od domu, aż zniknął mi z oczu, a istnienie Maryanne, kimkolwiek by nie była, utwierdziło mnie w przeświadczeniu, że naprawdę mogę go już nigdy nie zobaczyć. Ta świadomość wywołała we mnie dziwną plątaninę uczuć - nostalgii i rozczarowania, ale przede wszystkim chłodnej fali ulgi, od której moje serce zaczęło mocniej bić. Takiej ulgi, jaką się czuje, kiedy się okaże, że coś nam uchodzi na sucho.
Warren zaczął rozpakowywać pudło, ustawiając na blacie butelki keczupu w idealnie równych rzędach, jakby miała je czekać decydująca bitwa między sosami.
Popatrzyłam na nie.
- Czy powinnam wiedzieć o tym, że Pensylwania ma problemy z dostawami keczupu?
Warren potrząsnął głową, nawet na mnie nie patrząc.
- Wolę się zabezpieczyć - wyjaśnił. - Pamiętasz chyba, co się stało poprzednio.
Owszem, pamiętałam. Mój brat nie był szczególnie wybredny pod względem jedzenia, w odróżnieniu od Gelsey, która żywiła się chyba wyłącznie makaronem i pizzą, odmawiając spróbowania czegokolwiek choćby umiarkowanie przyprawionego. Jednakże keczup stanowił wyjątek - Warren dodawał go niemal do wszystkiego, schłodzony, a nie w temperaturze pokojowej, a do tego uznawał tylko markę Heinz. Twierdził, że umie odróżniać poszczególne marki i udowodnił nam to kiedyś w supermarkecie, kiedy byliśmy młodsi i okropnie się nudziliśmy. Dlatego przeżył prawdziwą traumę pięć lat temu, kiedy po przyjeździe do Lake Phoenix przekonaliśmy się, że w lokalnym supermarkecie skończył się keczup Heinza i została tylko sklepowa marka. Warren odmówił wzięcia jej do ust nawet na próbę i wykorzystał służbową kartę naszego ojca, żeby zamówić skrzynkę keczupu Heinz z dostawą ekspresową. Ojciec nie był szczególnie szczęśliwy, kiedy to odkrył, podobnie zresztą jak księgowy z jego firmy.
Teraz, aby zabezpieczyć się przed podobną tragedią, Warren włożył dwie butelki do prawie pustej lodówki i zaczął wstawiać resztę do szafki.
- Chcesz, żebym ci powiedział, jak wynaleziono keczup? - zapytał, używając formułki, którą miałam nieszczęście znać aż za dobrze. Warren uwielbiał ciekawostki od najwcześniejszego dzieciństwa, a ktoś z rodziny, kto zapewne chciał jak najlepiej, podarował mu Przypadkowe odkrycia - książkę o słynnych rzeczach, które zostały wynalezione przez przypadek. Od tamtej pory Warren do każdej rozmowy musiał wtrącić przynajmniej jedną informację tego typu. Jego pęd do zdobywania niepotrzebnej wiedzy (dzięki jego równie upiornej obsesji na punkcie trudnych słów wiedziałam, że takie ciekawostki nazywało się dawniej silva rerum) nie osłabł od tamtej pory. W końcu zaczęliśmy na to tak narzekać, że Warren przestał nam opowiadać różne rzeczy i zamiast tego pytał, czy może je opowiedzieć, co moim zdaniem nie było wiele lepsze.
- Może później - odparłam, chociaż musiałam przyznać, że trochę zaciekawiło mnie, dzięki jakiemu przypadkowi odkryto keczup. Miałam tylko nadzieję, że to nie okaże się czymś obrzydliwym albo wstrząsającym, jak w przypadku coca-coli, która była efektem nieudanej próby zrobienia aspiryny. Rozejrzałam się za drogą ucieczki i zobaczyłam przez okno kuchni jezioro za drzewami. Nagle uświadomiłam sobie, że tam właśnie pragnę się znaleźć.
Wyszłam na zabudowaną werandę i otworzyłam boczne drzwi, kierując się w stronę jeziora. Kiedy wyszłam na dwór, zwróciłam twarz ku słońcu. Pięć drewnianych stopni prowadziło na łagodne trawiaste zbocze, poniżej którego widać było pomost. Chociaż znajdował się dokładnie za naszym domem, dzieliliśmy go z sąsiadami. Nie był szczególnie długi ani imponujący, ale ja zawsze uważałam, że miał idealną długość, żeby rozpędzić się przed skokiem do jeziora na bombę, a woda na jego końcu była dość głęboka, żebym nie musiała się obawiać uderzenia o dno.
Po obu stronach pomostu na trawie leżały kajaki i czółno, ale ledwie je zauważyłam, podchodząc bliżej. Na jeziorze obowiązywał zakaz używania łodzi motorowych, więc żaden ryk silnika nie zakłócał popołudniowej ciszy, tylko w oddali widziałam sylwetkę samotnego kajakarza. Otoczone ze wszystkich stron sosnowym lasem jezioro Phoenix było duże i miało trzy niewielkie wysepki. Mimo to - ponieważ nasz pomost znajdował się w miejscu zwężenia - drugi brzeg był na tyle blisko, że dało się zobaczyć pomosty i stojących na nich ludzi.
Popatrzyłam na pomost naprzeciwko naszego, od zawsze należący do rodziny Marino. Przez dwanaście wakacji w Lake Phoenix moją najlepszą przyjaciółką była Lucy Marino, więc w swoim czasie znałam jej dom równie dobrze, jak własny. Nocowałyśmy u siebie nawzajem prawie codziennie, a nasze rodziny tak do tego przywykły, że moja matka zaczęła kupować ulubione płatki śniadaniowe Lucy. Zazwyczaj starałam się nie myśleć o niej, ale trudno było nie zauważyć, szczególnie w świetle niedawnych wydarzeń towarzyskich, że była ostatnią przyjaciółką, której opowiadałam o wszystkim. Nikt w szkole nie wiedział, jak powinien zareagować na wiadomość o moim ojcu, i z czasem okazało się, że ja także nie wiem, jak mam o tym z kimkolwiek rozmawiać. Ponieważ zostałam wyrzucona z dotychczasowej grupy znajomych, koniec roku i przygotowania do przyjazdu tutaj zastały mnie samą jak palec, bez nikogo, do kogo mogłabym otworzyć usta. Ale kiedyś opowiadałam Lucy o wszystkim, aż do czasu, kiedy nasza przyjaźń - tak jak wszystko inne - skończyła się w tamte wakacje.
Z przyzwyczajenia popatrzyłam na pale podtrzymujące jej pomost. Przez lata ja i Lucy wypracowałyśmy ogromnie złożony system komunikacyjny pomiędzy naszymi pomostami, wykorzystujący latarki i autorską wersję alfabetu Morse'a, kiedy było ciemno, oraz niezwykle nieprecyzyjne flagi sygnalizacyjne w dzień. Jeśli jedna z nas chciała jak najszybciej pogadać z drugą, przywiązywałyśmy jedną z dwóch różowych bandan, które obie miałyśmy, do pala przy pomoście. Muszę teraz przyznać, że nie był to szczególnie skuteczny sposób na porozumiewanie się i zazwyczaj jedna z nas dzwoniła, zanim ta druga zauważyła błyski latarki, flagi lub bandanę. Oczywiście teraz na palach pomostu Lucy nie było żadnej bandany.
Zrzuciłam klapki i weszłam boso na nagrzane słońcem deski pomostu. Były już tak wygładzone przez lata chodzenia po nich, że nie musiałam się obawiać żadnych drzazg, które zagrażały mi chociażby na naszej werandzie. Zaczęłam iść szybciej, prawie biegłam, chcąc znaleźć się na końcu pomostu, odetchnąć zapachem wody i sosen, zawinąć palce stóp na krawędzi desek.
Kiedy jednak dotarłam do końca pomostu, zatrzymałam się gwałtownie. Kątem oka zauważyłam poruszenie z boku - kajak, który widziałam wcześniej na jeziorze, kołysał się teraz, przycumowany do pala, a osoba nim płynąca - jakiś chłopak - wspinała się po drabince, przytrzymując się jedną ręką, a w drugiej niosąc wiosło. Odbijające się w wodzie słońce nie pozwalało mi przyjrzeć się jego twarzy, ale kiedy wyszedł na pomost, uznałam, że to po prostu ktoś z sąsiadów. Podszedł bliżej, poza strefę blasku, a potem stanął jak wryty, patrząc na mnie. Zamrugałam ze zdumienia i uświadomiłam sobie, że także się na niego gapię.
Naprzeciwko mnie, starszy o pięć lat, prawie dorosły i znacznie przystojniejszy, niż go zapamiętałam, stał Henry Crosby.
Poczułam, że opada mi szczęka - do tej pory nie miałam pojęcia, że coś takiego może się naprawdę człowiekowi przytrafić. Zamknęłam szybko usta i znowu zamrugałam, starając się zmusić do posłuszeństwa umysł, który próbował rozpaczliwie pojąć, skąd tuż przede mną wziął się prawie dorosły Henry.
Rzucił wiosło na pomost, zrobił pół kroku w moją stronę i zaplótł ramiona na piersi.
- Taylor Edwards - powiedział. To nie było pytanie.
- Henry? - zapytałam dość słabo, chociaż to oczywiście musiał być on. Przede wszystkim jakiś przypadkowy kajakarz nie rozpoznałby mnie. A poza tym wyglądał tak samo jak dawniej, tylko znacznie, znacznie lepiej.
Był wysoki i barczysty, z krótko obciętymi, bardzo ciemnymi włosami, które wydawały się prawie czarne. Nie zauważyłam już piegów, które miał na pewno, kiedy byliśmy młodsi, ale jego oczy nadal zachowały orzechowy kolor, chociaż teraz bliżej im było do zieleni niż do brązu. Miał mocniej zarysowaną szczękę i umięśnione ramiona. To zupełnie nie pasowało do moich wspomnień - kiedy go widziałam po raz ostatni, był niższy ode mnie, chudy, z podrapanymi łokciami i kolanami. Podsumowując, Henry był teraz naprawdę przystojny. I naprawdę niezadowolony, że mnie widzi.
- Cześć - powiedziałam po to tylko, żeby coś powiedzieć.
- Witam - odpowiedział lodowato. Miał znacznie niższy głos, który nie załamywał się na co drugim słowie, jak ostatnio, kiedy go słyszałam. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja nagle zaczęłam się zastanawiać, jakie zmiany on zauważył we mnie i co myśli o tym, jak teraz wyglądam. Niestety ja niewiele się zmieniłam od czasów dzieciństwa, dalej miałam niebieskie oczy i proste włosy w kolorze pośrednim między blondem a brązem. Byłam średniego wzrostu i raczej patykowata, z pewnością nie udało mi się wyhodować tych wszystkich krągłości, na jakie rozpaczliwie liczyłam, mając dwanaście lat. Pożałowałam, że nie poświęciłam rano odrobiny czasu, żeby zrobić coś ze sobą, i nadal wyglądałam, jakbym dopiero co zwlekła się z łóżka. Henry przeniósł wzrok na mój strój, a kiedy uświadomiłam sobie, co mam na sobie, zaklęłam w myślach. Nie tylko wpadłam właśnie na kogoś, kto najwyraźniej mnie nienawidził, ale jeszcze do tego byłam ubrana w ukradziony mu T-shirt.
- Dobra - powiedział i zapadła cisza. Serce tłukło mi się gwałtownie, nagle zapragnęłam odwrócić się i uciec, wsiąść do samochodu i nie zatrzymywać się, dopóki nie znajdę się znowu w Connecticut. - Co ty tu robisz? - zapytał w końcu nieprzyjemnym tonem.
- Mogłabym zapytać o to samo - odparłam, przypominając sobie, że zaledwie chwilę temu pewnym siebie głosem powiedziałam Warrenowi, że Henry to zamierzchła przeszłość i byłam pewna, że nigdy więcej go nie zobaczę. - Myślałam, że stąd wyjechałeś.
- Myślałaś, że ja wyjechałem? - zapytał i roześmiał się, chociaż nie sprawiał wrażenie rozbawionego. - Serio?
- Tak - stwierdziłam, lekko rozdrażniona. - Przejeżdżaliśmy dzisiaj koło twojego domu i wyglądał zupełnie inaczej. Najwyraźniej należy teraz do jakiejś pijaczki imieniem Maryanne.
- Wiesz, Taylor, przez pięć lat dużo się zmieniło - powiedział, a ja uświadomiłam sobie, że po raz drugi użył mojego pełnego imienia. Dawniej mówił tak do mnie tylko wtedy, gdy był na mnie wściekły, a zazwyczaj nazywał mnie "Edwards" albo "Tay". - Na przykład przeprowadziliśmy się. - Wskazał dom obok naszego, stojący tak blisko, że widziałam doniczki na parapecie. - Właśnie tutaj.
Przez chwilę po prostu patrzyłam w milczeniu na to, co mi pokazywał. To był dom Morrisonów i zakładałam po prostu, że oni dalej tam mieszkają - pan Morrison, pani Morrison i ich wredny pudel.
- Mieszkasz koło mnie?
- Mieszkamy tutaj od kilku lat - wyjaśnił. - Ale wasz dom zawsze wynajmowali letnicy, więc myślałem, że nigdy tu już nie wrócisz.
- Ja też tak myślałam, jeśli chcesz wiedzieć - przyznałam.
- No to co się stało? - Popatrzył prosto na mnie, zaskakując mnie zielenią swoich oczu. - Dlaczego nagle tu jesteś?
Poczułam, że nagle przestałam oddychać, a popołudniowy blask słońca odrobinę przygasł. Nie udało mi się uciec zbyt daleko od moich myśli.
- No cóż - powiedziałam powoli, odwracając spojrzenie od Henry'ego i wpatrując się w taflę jeziora. Szukałam sposobu, żeby mu to wyjaśnić, chociaż przecież odpowiedź nie była skomplikowana. Wystarczyło, że powiem: Mój tata jest chory, więc postanowiliśmy spędzić wakacje razem. To nie było takie trudne. Trudność sprawiały dopiero kolejne pytanie. Jak bardzo jest chory? Na co? Czy to poważne? A potem nieodmienna reakcja, kiedy ludzie uświadamiali sobie, jak bardzo jest to poważne. I że nie powiedziałam tego na głos, ale miałam na myśli to, że spędzamy razem ostatnie wakacje.
Nie miałam przećwiczonych tych wyjaśnień, ponieważ starannie unikałam takich rozmów. W szkole wieści rozeszły się bardzo szybko, oszczędzając mi konieczności tłumaczenia, w jakiej jestem sytuacji. A jeśli razem z moją matką wpadałyśmy w sklepie spożywczym na kogoś znajomego, kto pytał o mojego ojca, zostawiałam jej przekazywanie złych wieści. Patrzyłam w inną stronę albo odchodziłam o kilka kroków, jakby wabił mnie nieodparty zew regału z płatkami śniadaniowymi, i udawałam, że ta trudna rozmowa nie ma nic wspólnego ze mną. Nie byłam pewna, czy potrafiłabym powiedzieć to na głos - i odpowiedzieć na kolejne pytanie - nie tracąc panowania nad sobą. Nie płakałam jeszcze ani razu z tego powodu i nie chciałam ryzykować, że nastąpi to właśnie w obecności Henry'ego Crosby'ego.
- To długa historia - powiedziałam w końcu, nie odrywając spojrzenia od gładkiego jeziora.
- Tak, nie wątpię - stwierdził Henry sarkastycznie.
Zamrugałam, słysząc ton jego głosu. Dawniej nigdy tak do mnie nie mówił. Kiedy się kłóciliśmy, to były typowe dziecinne kłótnie - z poszturchiwaniem się, przezywaniem i robieniem głupich kawałów - byle tylko jakoś to zakończyć i wrócić do bycia przyjaciółmi. Kiedy go teraz słyszałam - a także własne, równie nieprzyjemnie brzmiące odpowiedzi - miałam wrażenie, że rozmawiam w obcym języku z kimś, z kim zawsze gadałam po angielsku.
- A dlaczego wy się przeprowadziliście? - zapytałam odrobinę bardziej napastliwym tonem, niż zamierzałam. Odwróciłam się do niego i także zaplotłam ręce na piersiach. Przeprowadzki w Lake Phoenix zdarzały się rzadko. Po drodze widziałam znajome tabliczki przed większością domów, świadczące o tym, że ich dawni właściciele nadal w nich mieszkali.
Spodziewałam się szybkiej odpowiedzi, więc z zaskoczeniem zauważyłam, że Henry odrobinę poczerwieniał i wsadził ręce do kieszeni szortów, co zawsze było sygnałem, że nie wie, co ma powiedzieć.
- To długa historia - powtórzył za mną, opuszczając wzrok. Przez chwilę jedynym słyszalnym dźwiękiem było głuche postukiwanie plastikowego kajaka o drewniany pal. - Tak czy inaczej teraz tu mieszkamy - dodał po chwili.
- Jasne. - Miałam wrażenie, że już to ustaliliśmy. - Rozumiem.
- Chodzi mi o to, że mieszkamy tu na stałe - doprecyzował, a kiedy na mnie popatrzył, postarałam się ukryć zaskoczenie. Chociaż w Lake Phoenix można było mieszkać przez cały rok, mało kto to robił - to była przede wszystkim miejscowość letniskowa. Pięć lat temu Henry mieszkał w stanie Maryland, a jego tata pracował w jakiejś instytucji bankowej w Waszyngtonie i podobnie jak inni ojcowie, przyjeżdżał do Lake Phoenix tylko na weekendy, przez resztę tygodnia pozostając w mieście.
- Aha - pokiwałam głową, jakbym go zrozumiała. Nie miałam pojęcia, co to oznacza w kontekście reszty jego życia, ale Henry najwyraźniej nie zamierzał wdawać się w szczegółowe wyjaśnienia, a ja miałam poczucie, że nie mam prawa go wypytywać. Nagle uświadomiłam sobie, że dzieli mnie od niego dystans znacznie większy niż tych kilka metrów na pomoście.
- Owszem - potwierdził Henry. Byłam ciekawa, czy on czuje to samo co ja i też ma wrażenie, że rozmawia z kimś nieznajomym. - Muszę lecieć - stwierdził krótko i odwrócił się, żeby sobie pójść.
Nie chciałam kończyć naszej rozmowy w tak nieprzyjemny sposób, więc kiedy mnie mijał, powiedziałam - głównie z grzeczności:
- Miło cię znowu widzieć.
Zatrzymał się tuż koło mnie, bliżej niż wcześniej, na tyle blisko, że teraz zauważyłam na jego policzkach ślady piegów, tak delikatnych, że z trudem mogłam je dostrzec i połączyć liniami jak konstelacje. Poczułam szybszy puls u nasady gardła i nagle przypomniałam sobie jeden z pierwszych razów, kiedy się niezgrabnie całowaliśmy. Pięć lat temu, właśnie na tym pomoście. Całowałam się z tobą - przemknęło mi przez myśl, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Popatrzyłam na Henry'ego, który nadal stał tak blisko, ciekawa, czy on także przypomniał sobie to samo. Ale on wciąż patrzył na mnie chłodno i sceptycznie, a kiedy ruszył dalej, zrozumiałam, że celowo nie odpowiedział na moje "miło cię widzieć".
Może innego dnia zignorowałabym to, ale teraz byłam poirytowana i zmęczona po czterech godzinach spędzonych na słuchaniu boysbandu i wykładów o energii światła. Poczułam, że złość bierze we mnie górę.
- Słuchaj no, ja serio nie chciałam tu przyjeżdżać - powiedziałam, a mój głos zabrzmiał donośniej i odrobinę piskliwie.
- No to dlaczego tu jesteś? - Henry także podniósł głos.
- Nie miałam nic do powiedzenia - warknęłam, wiedząc, że zaraz posunę się za daleko, ale wiedząc też, że nie zdołam się już powstrzymać. - Gdyby to ode mnie zależało, nigdy w życiu bym tu nie wróciła.
Wydawało mi się, że przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawiła się prawdziwa uraza, ale zaraz powróciło to samo kamienne spojrzenie.
- No cóż, może nie tobie jednej by na tym zależało - odparł.
Postarałam się nie wzdrygnąć, chociaż wiedziałam, że zasłużyłam sobie na taką kontrę. Popatrzyliśmy na siebie w chwilowym impasie, a ja uświadomiłam sobie, że jedną z niedogodności wdawania się w kłótnię na pomoście jest to, że nie ma dokąd uciec, jeśli ta druga osoba stoi między tobą a brzegiem.
- No dobra - odezwałam się w końcu, odwracając spojrzenie i zaplatając ramiona ciaśniej na piersi. Starałam się, żeby mój głos brzmiał, jakby to wszystko mnie nie obchodziło. - Do zobaczenia.
Henry oparł wiosło na ramieniu jak siekierę.
- Pewnie się tego nie da uniknąć, Taylor - odparł ponuro i popatrzył na mnie jeszcze raz, a potem odwrócił się i poszedł. Nie chciałam patrzeć, jak odchodzi, więc wróciłam na koniec pomostu.
Popatrzyłam na jezioro, na słońce, które zaczęło się zastanawiać nad zachodzeniem, i odetchnęłam głęboko. Czyli Henry mieszkał w domu obok. Nic nie szkodzi. Jakoś to przeżyję. Po prostu spędzę całe wakacje w domu. Nagle wyczerpana tymi myślami, usiadłam i musnęłam stopami powierzchnię wody. W tym momencie zauważyłam coś w rogu deski.
HENRY
+
TAYLOR
NA ZAWSZE
Pięć lat temu razem wyryliśmy ten napis w środku krzywego serca. Nie mogłam uwierzyć, że nadal tu jest po takim czasie. Przesunęłam palcami po znaku plusa, zastanawiając się, jakim cudem w wieku dwunastu lat myślałam, że wiem, co to znaczy "na zawsze".
Gdzieś za sobą usłyszałam chrzęst opon na żwirze i trzask drzwiczek samochodu - moi rodzice w końcu przyjechali. Podniosłam się i poszłam z powrotem do domu, zastanawiając się, jakim cudem właściwie się tu znalazłam.
To były zdecydowanie najgorsze urodziny w moim życiu. Siedziałam na kanapie obok Warrena, a Gelsey leżała przed nami na brzuchu na dywanie, z nogami ułożonymi w romb, jak u żaby - zawsze krzywiłam się boleśnie na ten widok. Oglądaliśmy sitcom, chociaż żadne z nas ani razu się jeszcze nie roześmiało, a ja miałam poczucie, że moje rodzeństwo siedzi ze mną tylko dlatego, że ich zdaniem tak wypada. Widziałam, że Warren rzuca tęskne spojrzenia w stronę laptopa i mogłam się domyślić, że Gelsey wolałaby być w swoim pokoju, zamienionym w zaimprowizowaną salę baletową, i ćwiczyć jakieś fouette czy coś w tym rodzaju.
Moje rodzeństwo próbowało udawać, że urządzamy prawdziwe przyjęcie - na tyle, na ile to było możliwe w tych okolicznościach. Zamówili moją ulubioną pizzę z ananasem i pepperoni, postawili na niej świeczkę i bili brawo, kiedy ją zdmuchnęłam. Zamknęłam oczy, chociaż nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio pomyślałam sobie życzenie podczas zdmuchiwania świeczki i wierzyłam, że mogłoby się spełnić. Tym razem gorączkowo, zaciskając powieki, życzyłam sobie, żeby z moim tatą wszystko było dobrze, żeby cała ta historia okazała się tylko pomyłką, fałszywym alarmem. Wkładałam w to życzenie tyle samo nadziei co wtedy, kiedy byłam malutka i jedyną rzeczą, jakiej pragnęłam na całym świecie, był własny kucyk.
Nagrany śmiech z sitcomu odbił się echem od ścian, a ja popatrzyłam na zegar na odtwarzaczu DVD.
- O której mieli wrócić? - zapytałam.
- Mama nie była pewna, czy w ogóle dzisiaj zdążą do domu - odparł Warren. Nasze spojrzenia na moment się spotkały, ale zaraz znowu wbił oczy w telewizor. - Powiedziała, że zadzwoni.
Pokiwałam głową i skoncentrowałam się na sytuacjach ekranowych, chociaż nie umiałabym powiedzieć, o co tam chodziło. Rodzice byli w instytucie onkologicznym Sloana-Ketteringa na Manhattanie, gdzie mój ojciec przechodził szczegółowe badania już od trzech dni. Okazało się, że problemy z kręgosłupem, który dokuczał mu od kilku miesięcy, wcale nie były problemami z kręgosłupem. Nasza trójka musiała radzić sobie sama, więc wykonywaliśmy domowe obowiązki bez narzekania, kłócąc się znacznie mniej niż zwykle i nie wspominając ani słowem o tym, czego się baliśmy, jakby powiedzenie tego na głos mogło urzeczywistnić nasze obawy.
Matka zadzwoniła do mnie z samego rana, przepraszając, że nie będą na moich urodzinach, a chociaż zapewniłam ją, że nic się nie stało, poczułam twardy węzeł zaciskający się w żołądku. W jakimś stopniu miałam wrażenie, że zasłużyłam sobie na to. Zawsze byłam blisko z tatą - to ja chodziłam z nim na zakupy i pomagałam wybierać prezenty gwiazdkowe i urodzinowe dla mamy, tylko ja miałam podobne do niego poczucie humoru. Dlatego to ja powinnam była zauważyć, że coś jest nie tak. Powinnam mimo wszystko dostrzec pewne oznaki - to, że tata krzywił się, siadając na nisko zawieszonym fotelu swojego sportowego wozu, męczył się bardziej niż zwykle przy podnoszeniu cięższych rzeczy, poruszał odrobinę ostrożniej niż zwykle. Ale nie chciałam, żeby to się okazała prawda, chciałam, żeby to po prostu po cichu minęło, więc nie mówiłam ani słowa. Ojciec nie znosił lekarzy, a chociaż - jak przypuszczam - moja matka zauważała to samo co ja, nie zmuszała go do wizyty w przychodni. Poza tym byłam zaabsorbowana własnym szkolnym melodramatem i w pełni przekonana, że zerwanie z Evanem i następstwa tego to najgorsze, co może mnie w życiu spotkać.
Rozmyślałam właśnie nad własną głupotą, kiedy mrok za oknem rozjaśniły światła reflektorów, zbliżające się do naszego podjazdu, a chwilę później usłyszałam szum otwierających się drzwi garażu. Gelsey usiadła, a Warren wyłączył dźwięk. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w nagłej ciszy.
- To chyba dobry znak, że wrócili, prawda? - zapytała Gelsey. Z jakiegoś powodu patrzyła na mnie, oczekując odpowiedzi, więc odwróciłam się do telewizora, gdzie parada wygłupów zaczynała zwalniać i wszystko zmierzało do szczęśliwego końca.
Usłyszałam, że drzwi otworzyły się i zamknęły. Do pokoju zajrzała mama, ale wyglądała na wykończoną.
- Możemy porozmawiać w jadalni? - zapytała i wyszła, nie czekając na naszą odpowiedź.
Wstałam z kanapy, czując, że węzeł w moim żołądku zaciska się mocniej. To na pewno nie był dobry znak, o którym mówiła Gelsey i którego ja sobie życzyłam. Domyślałam się, że dobre wieści matka przekazałaby nam od razu. Nie kazałaby nam przychodzić do jadalni, co już samo w sobie brzmiało niepokojąco. Pomijając tych kilka razy w roku, kiedy jedliśmy elegancki obiad na najlepszej zastawie, jadalnia pozostawała miejscem, w którym rozmawiało się o Poważnych Sprawach.
Przeszłam za Warrenem i Gelsey przez kuchnię do jadalni i zobaczyłam, że ojciec siedzi na swoim zwykłym miejscu, u szczytu stołu, i wydaje się mniejszy niż zaledwie kilka dni temu. Moja mama stała przy szafce kuchennej, na której czekało kwadratowe białe pudło z cukierni, i przytuliła mnie szybko i niezręcznie jedną ręką. Nasza rodzina nigdy nie okazywała sobie szczególnie dużo czułości fizycznej, więc był to sygnał równie niepokojący, jak konieczność wysłuchania wieści w jadalni.
- Strasznie mi przykro z powodu twoich urodzin, Taylor. - Wskazała białe pudełko, a ja zauważyłam, że zamykająca je nalepka miała logo Billy's, mojej ulubionej cukierni. - Kupiłam je dla ciebie, ale może... - Popatrzyła w stronę jadalni i przygryzła wargę. - Może zostawimy to na później.
Chciałam zapytać, na jakie później, ale z każdą minutą coraz dokładniej wiedziałam, jaka byłaby odpowiedź. Kiedy matka odetchnęła głęboko i podeszła do stołu, żeby usiąść koło ojca, popatrzyłam na drzwi frontowe. Poczułam znajomy impuls, podpowiadający mi, że wszystko byłoby prostsze, gdybym mogła po prostu wyjść, nie musieć sobie radzić z tym, co zaraz nastąpi, zabrać tylko mój tort i zniknąć.
Oczywiście, nie zrobiłam tego. Poszłam za matką do jadalni i obserwowałam, jak ściska rękę ojca, patrzy na nas, jeszcze raz oddycha głęboko i w końcu potwierdza to, czego się wszyscy obawialiśmy.
Kiedy powiedziała to na głos, miałam wrażenia, że jej słowa dobiegają z głębin wody. W uszach mi dzwoniło, a kiedy rozejrzałam się wokół, zobaczyłam, że Gelsey już płacze, ojciec jest bledszy niż kiedykolwiek, a Warren marszczy brwi tak, jak robił to zawsze, kiedy nie chciał pokazać swoich uczuć. Uszczypnęłam się mocno w rękę na wypadek, gdybym dzięki temu mogła obudzić się z koszmaru, w którym tkwiłam i z którego nie potrafiłam się wydostać. Ale szczypanie nic nie pomogło, nadal siedziałam przy stole, a matka mówiła kolejne okropne słowa. Rak trzustki. Czwarte stadium. Cztery miesiące, może więcej... A może mniej...
Kiedy matka umilkła, Gelsey miała czkawkę od płaczu, a Warren wpatrywał się w sufit, mrugając częściej niż zwykle. Wtedy właśnie ojciec odezwał się po raz pierwszy.
- Powinniśmy chyba zrobić plany na wakacje - powiedział zachrypniętym głosem. Popatrzyłam na niego, a on odwzajemnił moje spojrzenie. Nagle zawstydziłam się, że nie wybuchnęłam płaczem tak jak moja młodsza siostra, że czuję tylko to straszne, puste odrętwienie. Zupełnie jakbym go w jakiś sposób zawiodła. - Chciałbym spędzić wakacje z wami wszystkimi w naszym letnim domu - powiedział i popatrzył na nas. - Co o tym myślicie?