Rozdział 2. Dżek
Warszewo, Szczecin, niedziela, 17 października 1976 roku
Ugne z trudem wygramolił się ze stoewera, o mały włos nie tracąc równowagi. Po trawniku potoczyła się wypełniona do połowy butelka wódki. Schylił się, podniósł ją i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Stojący przed posesją milicjant zasalutował. Każdy gliniarz w tym mieście wiedział, jak wygląda Ugne Galant, ciężko było go pomylić z kimś innym. Jasna czupryna opadała mu na wysokie czoło. Zazwyczaj pełne życia jasnogranatowe tęczówki teraz zmatowiały i rozpłynęły się w morzu alkoholu. Zarośnięta, przeorana bliznami twarz od długiego czasu nie miała kontaktu z ciepłą wodą. Z dawnego Galanta pozostała tylko postura. Blisko dwumetrowy facet o silnej budowie ciała mógł budzić respekt. Nie zmieniał się od lat. Wciąż nosił na sobie wytartą amerykańską emkę[1], biały podkoszulek, dżinsy, z których kieszeni wystawała paczka tanich giewontów. Jeździł tym samym, połatanym przez speców z Dwunastej Dywizji Zmechanizowanej wozem terenowym. Tylko żołnierze posiadali sprzęt i możliwości, by uratować tego przedwojennego rupiecia. Z dawnej terenówki produkowanej w szczecińskich zakładach Stoewera została tylko skorupa. W środku znalazło się wszystko, co tylko mógł sobie wymarzyć każdy kierowca rajdowy w tym kraju. Chłopaki z kompanii remontowej ściągali części z całej Polski. To miało być podziękowanie za ostatnią akcję, którą przeprowadził Galant w piekielnym domu dziecka, jak kryminalni nazywali rozwiązaną przez niego i jego zespół sprawę handlu dziećmi. W kraju nikt o tym nie mówił, ale Radio Wolna Europa trąbiło o tym przez miesiąc.
Ugne sięgnął po papierosa. Jego ruchy były powolne i nieskoordynowane. Po kilku próbach zapalenia zippo wreszcie udało mu się podpalić giewonta. Wokół rozszedł się zapach spalonej benzyny. Od akcji w Domu Dziecka im. Pionierów Szczecina Galantowi przybyło kilka blizn i worków pod oczami. Miał czterdzieści dziewięć lat, był ciężkim, żyjącym bez celu alkoholikiem. Wypuścił dym z płuc i zaniósł się kaszlem. Zgiął się wpół i kiedy już się uspokoił, splunął przed siebie. Spojrzał na zegarek i... uświadomił sobie, że go nie ma. Musiał go zastawić w którejś z melin. Nawet nie pamiętał w której. To był zodiak z pękniętym szkiełkiem, dostał go od Basi. Kurwa!
Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął butelkę. Odkorkował i przechylił. Płyn rozlał mu się po gardle. Zawsze piekło. Niezależnie, ile razy przechylał butelkę, kieliszek czy musztardówkę wypełnioną wódką, zawsze czuł to samo - palący żar. Wcisnął korek do butelki i schował pod kurtkę. Podniósł głowę. Na ścianach elewacji tańczyły jasnoniebieskie światła. Przed budynkiem stało kilka wozów patrolowych i karetka. Brakuje jeszcze suki z zomowcami, pomyślał. Przeszedł ogrodową ścieżką, machnął milicjantowi stojącemu przed gankiem legitymacją i wszedł po schodach do środka. Przepchał się przez palących papierosy mężczyzn w mundurach. Tego, że miejsce zdarzenia jest na piętrze, domyślił się po dobiegających stamtąd głośnych salwach śmiechu. Nie śpieszył się. Na schodach minął idących w dół pielęgniarzy.
Na piętrze znajdowało się dwoje drzwi. Tylko jedne były szeroko otwarte. W pomieszczeniu było siwo od dymu, w środku zauważył kilku milicjantów. Galant stanął w drzwiach i sięgnął po papierosa. Zapalił go i nie wchodząc do środka, ogarnął spojrzeniem wnętrze. Kanapa, rozrzucony koc, na podłodze ciuchy, martwy mężczyzna na krześle. Głowa zwisała mu bezwiednie na piersi, a dłonie leżały luźno na blacie stołu. W powietrzu czuć było klejący smród wymiocin i woń alkoholu. Na słomianej macie nad kanapą wisiały zamocowane na szpilkach proporczyki klubów sportowych i pudełka po zachodnich papierosach. Zaciągnął się głęboko papierosem. Na krześle obok siedział milicjant i rozmawiał z opierającym się o blat stołu kolegą. Inny palił papierosa w oknie.
- Kto tu dowodzi? - wyrzucił z siebie niskim, ochrypłym głosem.
Wszyscy spojrzeli w stronę drzwi. Rozpoznali go od razu. O tej pokancerowanej bliznami twarzy i posturze Longina Podbipięty słyszał każdy krawężnik w tym mieście. Siedzący wskazał palcem na milicjanta w oknie. Ten rzucił papierosa na podłogę i zasalutował.
- Kapral Paweł Lichota!
Ugne nie zwracał uwagi na stojącego na baczność funkcjonariusza, tylko skierował wzrok na rzuconego przez niego kiepa. Zrobił dwa kroki przed siebie i już miał chwycić za szyję stojącego przed nimi milicjanta i przeciągnąć go po podłodze, gdy usłyszał za sobą znajomy głos.
- Kapralu, podnieście tego papierosa i opuśćcie to miejsce. Jutro oczekuję na moim biurku raportu ze szczegółowym opisem, sekunda po sekundzie, co zrobiliście po wejściu na miejsce zdarzenia.
Kapral machnął na kolegów, mrucząc coś pod nosem, i już głośniej dodał:
- Przecież to zwykły żul, który się zachlał na śmierć.
Ugne odwrócił się, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech. W drzwiach stała jasnowłosa kobieta w czarnym podkoszulku i dżinsach. Długi warkocz opadał na krótką skórzaną bomberkę z podniesionym kołnierzem. Tuż za Izabelą Lewandowską stał niski mężczyzna w przydługim milicyjnym płaszczu. Kobieta wyciągnęła dłoń do Galanta.
- Serwus, Ugne. Dobrze cię widzieć... trzeźwego.
- Izka, bez brawury z tą trzeźwością. - Galant skrzywił się i podszedł bliżej. - Prokurator powiatowy tutaj? Przecież to jest postępowanie przygotowawcze, nie ma tu żadnej sensacji. Chłop przeholował z wódą i tyle. No chyba że wiedziałaś, że tu będę. - Uśmiechnął się frywolnie do koleżanki.
Kobieta minęła Galanta i podeszła do krzesła, na którym znajdowały się zwłoki mężczyzny. Przez chwilę im się przyglądała, po czym odwróciła się do milicjanta.
- Może. I nie prokurator, a asesor. To jest dzielnicowy, plutonowy Wierzbicki. - Wskazała niskiego mężczyznę z wąsami i lekką, ale widoczną nadwagą, który właśnie wszedł do środka i kucnął obok ciała.
- Tak, to jest Komar. - Kiwnął znacząco głową.
- Kto? - dopytał Ugne.
- Janek Komar, lokalny latawiec.
- Latawiec?
- Wiecie, obywatelu poruczniku, kiedyś tak się mówiło na takiego, co to - przerwał, by uśmiechnąć się półgębkiem - prowadzi, nazwijmy to, hulaszczy tryb życia.
- Pijak?
- Tak też możemy go nazwać.
Ugne podszedł do Izki.
- Wezwaliście lekarza?
- Wezwałam medycynę sądową...
- Patologa?
- Gdzie ci się tak śpieszy? - Kobieta przyjrzała się Galantowi i zmarszczyła brwi. - Zanim pojawią się tu łapiduchy, zaprosiłam też chłopaków z techniki...
- Ściągnęłaś lwowiaka i Młodego? Do pijaka, który zachlał się spirytusem?
Ugne sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął butelkę. Odkorkował i skierował do ust.
- Możesz tego tutaj nie robić?
Izka spojrzała na dzielnicowego, który starał się ukryć uśmiech. Przymknęła oczy. To już rok, jak odeszła Basia. Gdyby nie ona, pewnie do dzisiaj szarpałaby się z podopiecznymi, które marzyły tylko o tym, by ją w nocy podpalić. Nadal cisnęłaby się w tym malutkim pokoiku w ohydnym budynku na Skolwinie. Gdy się z Basią poznały, pracowała w młodzieżowym zakładzie wychowawczym z trudną młodzieżą. Była wychowawczynią. Przeniosła się tam, gdy wyrzucili ją z prokuratury. Badała sprawę wypadku, do jakiego doszło podczas defilady wojsk Układu Warszawskiego w Szczecinie. Gdy zaczęła grzebać za głęboko w sprawach, które były niekorzystne dla komunistycznej władzy, odsunęli ją od śledztwa i wszczęli wobec niej postępowanie. To Basia wyciągnęła ją z zakładu i dała pracę. Zaprzyjaźniły się. Izka przyglądała się z zazdrością, jak pomiędzy nią i Ugne rozkwitało coś niezwykłego. Widziała, jak ten wielki facet, z poranioną gębą i równie poharataną duszą, każdego dnia stawał się coraz lepszym człowiekiem. Dla Basi był w stanie zrezygnować z każdego gówna, bez którego wcześniej nie wyobrażał sobie życia. Wszystko skończyło się w tym koszmarnym domu dziecka.
Nie widziała Galanta przez rok. Gadali, że chleje. To było do przewidzenia. Był pijany na służbie, po służbie i w czasie snu. Jego życie było jak niekończące się koryto rzeki wypełnione wódą zamiast wody. Dlaczego go nie wyrzucili? Wciąż pozostawało to dla niej tajemnicą. Aczkolwiek Ugne nawet po pół litrze miał umysł sprawniejszy niż tuzin psów z kryminalnej. Mówili, że to był instynkt, szósty zmysł.
Galant schował butelkę do kieszeni. Jeszcze raz rzucił okiem na zwisającego z krzesła mężczyznę. Pił z butelki i zostawił pełny kieliszek? To bez sensu. No i ta etykieta na butelce. Miała co najmniej z dziesięć lat. Przecież w siedemdziesiątym trzecim była jakaś reforma przemysłu spirytusowego i od tego czasu na każdej etykiecie, niezależnie, gdzie wódka była rozlewana, musiała być nazwa Polmos. Porucznik sam nie wiedział, dlaczego takie informacje zostawały mu w głowie. Było coś jeszcze. Coś, co nie pasowało do tego całego syfu, tak typowego dla melin i domów alkoholików. To był bukiet kolorowych, wykonanych z papieru kwiatków w plastelinowym wazoniku. Ugne odwrócił się do dzielnicowego.
- Z kim mieszkał ten Komar?
- Z żoną i młodszym synem. Starszy wyprowadził się i studiuje w Poznaniu. - Dzielnicowy odchrząknął. - Ale "mieszkał" to za dużo powiedziane. Miał ten swój pokój, w którym nieraz organizował libacje alkoholowe. Zosia z Bolkiem spali na dole. Żyli osobno. Na ile oczywiście się da żyć osobno.
- To znaczy?
- Do kościoła chodzili razem, księdza po kolędzie przyjmowali, w święta dzielili się opłatkiem, typowo.
- A gdzie pracował?
- Różnie. Ostatnio w PTHW[2].
- Był kierowcą?
- Na początku, ale gdy wypadł pijany zza kierownicy pod rzeźnikiem na Wojska Polskiego, przenieśli go na warsztat.
- Miał jakichś wrogów?
- Komar? - Dzielnicowy uśmiechnął się. - Wszystkie okoliczne latawce zlatywały się do niego jak muchy do gówna. Miał chatę, często pieniądze, więc wszyscy go kochali. Nawet gdy miał przerwę w pracy i nie zarabiał, to zanosił na melinę wszystko, co miało jakąś wartość. Sprzedawał, co tylko wpadło mu do rąk, a czego Zosia nie zdążyła ukryć. Myślę, że był niezłym źródłem dochodu lokalnych meliniarzy.
Dzielnicowy nie musiał tego tłumaczyć Galantowi. Ugne doskonale wiedział, jak to działa. Nieraz wracał na melinę po zastawionego browninga.
W drzwiach pojawili się jednocześnie Młody z lwowiakiem i starszy lekarz medycyny sądowej.
- Kogo widzą moji piękni oci? - zawołał w kierunku Galanta w swoim wschodnim narzeczu stojący na progu lwowiak.
Kazimierz Wajda był najlepszym technikiem kryminalistyki w województwie szczecińskim. Poznał Galanta przy sprawie sekty ze Wzgórza Kupały. Przyjechał do Szczecina zaraz po wojnie. Mówiło się, że uciekał przed czerwonymi po tym, jak stanął w obronie gwałconej Polki. Sam nigdy o tym nie mówił. Ugne też nie pytał, nie było sensu drążyć. Każdy z nich miał inną opowieść, która czekała na swój czas, by zostać opowiedziana. Podczas śledztwa Kazik poznał Jewgieniję. Tak jak on pochodziła z okolic Lwowa. Dziś są szczęśliwymi rodzicami ślicznego chłopca o imieniu Nikita. Ośmiolatek zdążył już poznać ciemną stronę pracy ojca. To było przy sprawie handlu sierotami z Domu Dziecka imienia Pionierów Szczecina, którą lwowiak, wspólnie z Galantem i Młodym, rozpracowywał. Jedynym sposobem na powstrzymanie milicjantów było porwanie syna Wajdy. Chłopak wciąż nie doszedł do siebie. Boi się ludzi, nie patrzy im w twarz.
Ugne uściskał lwowiaka i Młodego.
- Widać poważna sprawa, skoro kapitan Wajda w towarzystwie swego wiernego Sancho Pansy pofatygował się aż tutaj. - Ugne się zaśmiał i sięgnął po butelkę. Wziął głębokiego łyka i schował pod kurtkę. Lwowiak zmarszczył brwi.
- U ciebie, widzę, wszystko po staremu?
Nie czekając na odpowiedź, położył niewielką walizkę na podłodze i wyciągnął z niej gumowe rękawiczki i biały fartuch. To samo zrobił Młody. Trzeci mężczyzna, tęgawy lekarz, nie przywitał się ani nie przedstawił, zdjął tylko płaszcz i od razu podszedł do denata. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie był zadowolony z tego, że musi tu być. Śpieszył się.
Młody uśmiechnął się do Galanta i sięgnął do przewieszonej przez ramię torby. Jakub Kawalec zmienił się od ich ostatniego spotkania: wyraźnie zgubił kilka kilogramów i zapuścił tak modne ostatnio bokobrody. Nie był już młodym asystentem kapitana Wajdy. Awansował na starszego sierżanta sztabowego. Pracował też w Instytucie Fizyki Politechniki Szczecińskiej. Jak na swoje trzydzieści pięć lat wyglądał całkiem nieźle. To w dużej mierze sukces Izy Lewandowskiej, która namówiła go na kilka treningów dżudo w salce na Kazimierza Królewicza. Po sprawie Domu Pionierów stali się sobie bliżsi. On zabierał ją do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, a ona jego na paszteciki na Wojska Polskiego. Później razem wozili matkę Młodego do szpitala na Arkońskiej na dializy. To nie była miłość ani pociąg fizyczny, po prostu byli dobrymi kumplami.
- Róże cmentarne[3] wskazują, że zgon musiał nastąpić dość szybko - powiedział pośpiesznie i niewyraźnie lekarz, zajrzawszy za uszy. - Nie widzę żadnych oznak ingerencji osób trzecich.
Mężczyzna otworzył usta trupowi.
- Tak jak można się było spodziewać. - Schował do kieszeni fartucha stetoskop. - Zalegające wymiociny w górnych drogach oddechowych. Nic tu po nas.
- Zaraz, kierowniku. - Ugne położył mu rękę na ramieniu. - Może chociaż kilka słów kazania.
Mężczyzna zmierzył Galanta wzrokiem i się skrzywił. Sięgnął po płaszcz i zaczął go nakładać.
- Może pan oficer nie wie, ale śmiertelna dawka alkoholu to cztery promile, czyli około trzysta pięćdziesiąt mililitrów wypitego szybko czystego alkoholu. Po opróżnionej butelce sądzę, że delikwent wyżłopał ją jednym ciągiem, po czym w wyniku głębokiego upojenia stracił przytomność. Taka dawka działa depresyjnie na układ nerwowy i oddechowy, czyli nasz amator trunków wyskokowych miał ograniczone ruchy, nie mógł samodzielnie zmienić pozycji oraz niemal natychmiast zaczął mieć problemy z oddychaniem. Jako że alkohol to trucizna, organizm próbował się go pozbyć, więc denat rzygał jak kot, co widać na załączonym obrazku. - Wskazał podkoszulek mężczyzny. - Śmierć nastąpiła w wyniku zatrzymania oddechu. Koleżka tak długo i intensywnie wymiotował, że nie był w stanie złapać oddechu. A jak wiemy, bez tlenu człowiek długo nie pociągnie. Tyle. - Lekarz jeszcze raz spojrzał na Galanta. - Proponuję to potraktować jako lekcję.
Ugne skrzywił się, co mogło oznaczać zarówno uśmiech, jak i wyraz dezaprobaty. Medyk zapiął płaszcz i zwrócił się do lwowiaka:
- Dajcie znać, jak skończycie.
Ostatni raz spojrzał na Galanta i wyszedł. Młody wyjął aparat fotograficzny, podłączył lampę, następnie sięgnął po metalowe tabliczki z numerkami i zestaw skalówek kątowych. Dopiero wtedy przystąpił do oględzin. Był jak zwykle drobiazgowy.
Nastrój Galanta się poprawiał. Milicjant wyciągnął paczkę papierosów i zapalił.
- Słyszeliście pana doktora! - Odwrócił się do Izy i uśmiechnął. - A pani prokurator co tu jeszcze robi? Może coś na rozgrzewkę? - Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki po butelkę i skierował ją w stronę twarzy kobiety.
- Ugne, musisz wyjść! - Lewandowska jednym szybkim ruchem wyrwała mu szkło z dłoni. - Nie możesz w takim stanie tu przebywać. To miejsce zdarzenia.
- W jakim stanie? - Porucznik próbował odebrać Izie wódkę. - Przecież słyszałaś szanownego pana doktora. Nic tu się nie stało.
Kobieta chwyciła go jedną ręką za podkoszulek i przyciągnęła do siebie.
- Posłuchaj, Galant, dostaliśmy anonim. Ktoś twierdził, że ten facet tu umrze i że pomoże mu w tym ktoś z jego kompanów od kielicha. Rozumiesz? - Zbliżyła się do twarzy trupa. Chwyciła go za włosy i podniosła. - Poznajesz go? Piłeś z nim wódę?
Ugne przez chwilę przyglądał się kobiecie, po czym odwrócił głowę i spojrzał na bladą, ziejącą pustką twarz mężczyzny. O czym ona mówi? Jakim kompanem? Przecież on nie... I nagle wszystko stało się jasne. Znał tego człowieka, przypomniał sobie te ciemne potargane włosy i krzaczaste brwi. Ten przetrącony nos i niewielką bliznę pod nim. Przecież to był Dżek.
[1] Kurtka M65 (ang. M-1965 field jacket), używana przez wojska lądowe Stanów Zjednoczonych w latach 1965-2009.
[2] Przedsiębiorstwo Transportowe Handlu Wewnętrznego w Szczecinie.
[3] Podczas agonii układ krążenia wykazuje cechy niewydolności. Głównie za uszami pojawiają się wtedy plamy opadowe, nazywane różami cmentarnymi.