Latawce. Tom 2 (#2) - Ann Kovska

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2. Bliżej nieokreśleni

Went czuł się dziwnie w towarzystwie nieznajomej. Nawet nie wiedział, jak ma na imię. A jednak miał wrażenie, jakby znali się od dawna - chociaż przecież dopiero co ją poznał.

Niewiele mówiła o sobie. Bardziej pytała - półsłówkami. Czym się interesuje, co jeszcze potrafi, co lubi. Słuchała uważnie, gdy opowiadał. A on próbował odsunąć od siebie myśl, że mogliby się zaprzyjaźnić. Bo dokładnie tak się czuł. Jakby się przyjaźnili. Jakby jakaś część jego dobrze ją znała. Jakby coś go do niej ciągnęło i nie pozwalało tak po prostu wyjść.

Dziewczyna podniosła się z ławki dopiero wtedy, gdy zadzwonił jej telefon. Went usiadł. Spojrzała na niego, odebrała i wyszła na korytarz.

Nie żeby chciał podsłuchiwać. Po prostu nie zamknęła drzwi, a wieżę wyłączyła.

Went założył kurtkę i podszedł pod ścianę, niby po plecak. Przystanął.

- Czego ty nie rozumiesz? - mówiła do słuchawki. Jej głos brzmiał twardo. - My się NIE spotykamy, Kaspian.

Prawie warknęła.

- Raz, jeden jedyny raz uprawialiśmy seks. Nietrzeźwi. Ja miałam wtedy mega doła. Nie oczekuj, że to cokolwiek zmieniło.

Przez chwilę słuchała odpowiedzi. Zmarszczyła czoło.

- Nie - powtórzyła. - Znajdź sobie. I gówno ci do mojej depresji.

Rozłączyła się.

Went cofnął się szybko pod tablicę, gdy zobaczył, że wraca.

Weszła do sali i zmierzyła go uważnym spojrzeniem.

- Wszystko słyszałeś? - zapytała ponuro.

Pokręcił głową.

- No... trochę - przyznał po chwili.

Westchnęła, odgarnęła loki z twarzy. Sięgnęła po plecak i skórzaną kurtkę - dość ekstrawagancki wybór jak na zimę. Podeszła do niego, po czym spojrzała mu prosto w oczy.

Milczała kilka sekund.

- Okej, spadam - powiedziała, wymijając go. - Na razie! - rzuciła z korytarza.

- Hej! - Went ocknął się i dogonił ją.

Wywróciła oczami.

- Powiesz mi chociaż, jak masz na imię?

Zawahała się.

- Po prostu El - odparła. - I jestem dla ciebie za stara.

Mrugnęła do niego i ruszyła dalej.

- Nie, ja... nie... - zająknął się. Ale ona już znikała na schodach.

Went przystanął na ich szczycie. Westchnął, wepchnął ręce do kieszeni.

Nic z tego wszystkiego nie rozumiał.

Potem wcale nie było lepiej. Gorzej chyba też już być nie mogło. Matka uwzięła się na niego i za każdym razem, gdy coś jej nie pasowało, dawała mu to do zrozumienia aż za dobrze. Tak było przez cały poprzedni rok i nic nie wskazywało, że teraz miało być inaczej. Twierdziła, że nie tak go wychowała, że dla kobiet powinien być dobry, że powinien szanować i kochać. A Went nie miał pojęcia, do czego odnosiła te swoje złote myśli.

Po osiemnastce wywalczył trochę luzu. Mniej nad nim wisiała z tą swoją nadopiekuńczością, dawała mu więcej prywatności - ale przypłacał to ciągłymi sprzeczkami. Kiedy lekarz stwierdził, że w jego mózgu nie ma żadnych zmian, wsiadła na niego na dobre. I nie zamierzała zejść. Kłócili się średnio co drugi dzień. Jak teraz.

Went siedział przy kuchennym stole, opierając czoło na dłoni. Grzebał w telefonie.

- Mógłbyś chociaż na mnie patrzeć, kiedy do ciebie mówię? - warknęła matka.

- To ty chciałaś rozmawiać, nie ja - mruknął.

- Nie uważasz, że mamy o czym?

Uniósł na nią wzrok, tylko na moment.

- Nie.

Matka prychnęła.

- Synu, nie możesz tak postępować.

- Niby jak? - Went przewijał tablicę na Facebooku.

- Dziewczyny to nie zabawki. Nie służą tylko do jednego.

Wstał. Schował telefon do kieszeni i podszedł do niej.

- Nie wiem, co ci się uroiło - wycedził - ale nie sypiam z dziewczynami dla zabawy i nie porzucam ich, jak mi się znudzą.

Skrzyżowała ramiona.

- Rozmawiałam dziś z Lilianą. Gdzie byłeś? Podobno się umówiliście, a ty się nie zjawiłeś. Nie zadzwoniłeś, nic! Tak samo zrobiłeś ostatnim razem? Bawisz się w Casanovę? Jak ojciec!

Went prychnął i przeczesał włosy.

- Okej, niech ci będzie. Skoro Lil potrzebuje adwokata... A tamtą dziewczynę znajdę. Udowodnię ci, że nic nie zrobiłem. A! No i się wyprowadzam. - Chwycił za plecak i wyszedł z kuchni.

- Co takiego?! - Matka ruszyła za nim.

- Trochę prywatności, może? - mruknął, zdejmując koszulkę.

- Chyba żartujesz!

- Nie. Wyprowadzam się na próbę. Ty potrzebujesz ode mnie odpocząć, ja od ciebie też.

- Na jaką próbę?! - roześmiała się nerwowo. - Niby jak chcesz to zrobić?!

- Jak widać. - Nie mogę skupić się na polskim, na treningach. Wracam tu i słyszę, jaki ze mnie palant. I to od własnej matki! Dlaczego ta dziewczyna mi tego nie powie? Dlaczego do niej nie zadzwonisz i nie zapytasz? Wstydzisz się za mnie? - spojrzał na nią. - No tak. Bo co ludzie powiedzą. Młody West zmienia dziewczyny jak rękawiczki.

Parsknął i wyciągnął z szafy plecak turystyczny.

- Nigdzie nie pójdziesz, Wentiliusz - zagrodziła mu przejście.

- Powstrzymasz mnie? Mam dziewiętnaście lat. Nie jestem już twoim małym rudym chłopcem. Dorosłem - mówił, wrzucając do plecaka, co popadnie. - A jeśli nie dasz mi kasy... Wolę spać pod mostem niż tu zostać.

- Synu, nie możesz tak. Jeszcze się uczysz!

- A ktoś mówił, że rzucam szkołę?

- Nie dasz sobie rady. Dorosłe życie...

- Jestem dorosły! Szkoda tylko, że już mnie nie słuchasz.

- Zapytaj ojca.

- Nie muszę. Pisałem do niego. Uważa, że to dobry pomysł.

Naciągnął bluzę, zarzucił kaptur i ruszył do drzwi.

- Nie możesz mi tego zrobić! - Matka złapała go za ramiona. - Jestem twoją matką!

- A ja twoim synem. Tylko ostatnio mam wrażenie, że o tym zapomniałaś.

- To nieprawda!

- Nic nie zrobiłem. Nikogo nie skrzywdziłem. A czuję się, jakby mnie o to oskarżano. I o wiele więcej. Nie wiem, kto ci co nagadał. Ale skoro wolisz słuchać ludzi... przykro mi. To tylko na jakiś czas.

Chwycił kurtkę i trzasnął drzwiami.

Nie wiedział, czy właśnie zrobił dobrze, czy źle. Ale musiał. Po prostu musiał. Było coraz gorzej. Albo ktoś na niego donosił, zmyślając brednie wyssane z palca, albo matka sama sobie coś ubzdurała - i nie dało jej się nic wytłumaczyć. Nic nawet powiedzieć. Zawsze mu przerywała. Zawsze wiedziała lepiej. Jakby nagle stracił prawo do własnego zdania.

Przez ten natłok sprzecznych informacji czasem zastanawiał się, kim w ogóle jest. Wentiliusz West. Syn Aurelii i Tomasza. Dziewiętnaście lat, uczeń trzeciej klasy technikum, Skierniewice, Polska - kraj absurdów. Wysportowany na tyle, żeby utrzymać się na drążku. Pasjonat gimnastyki sportowej. Rudy nerd (chwała Bogu, już nie wymoczek), z jednym kumplem na koncie i jedną dziewczyną. O innych nic mu nie było wiadomo. Rodzina - całkiem normalna. On - całkiem normalny. A jednak dobijany przez jakieś kosmiczne problemy.

I to by było na tyle. Teraz jeszcze bezdomny. I spłukany. Chociaż niezupełnie - ojciec wcześniej wysłał mu kasę. Siedział za granicą od lat. Kiedy Went powiedział mu, że nie daje sobie rady z matką, ten zrozumiał od razu. Przynajmniej tyle.

Went dowlekł się do przystanku w centrum miasta i usiadł. Zamierzał przejechać się autobusem dookoła i zastanowić. Jutro rano miał trening i nie mógł nawalić. Ale spać na dworcu też nie mógł. Jęknął cicho, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Przesiedział tak może minutę. Potem zaczęli gromadzić się ludzie.

- Wszystko w porządku, chłopcze? - usłyszał całkiem miły, kobiecy głos.

Wyprostował się i spojrzał na nachylającą się nad nim staruszkę. Pokiwał głową.

- Tak, ja... - rozejrzał się, jakby miało mu to zesłać jakąś odpowiedź. - Czekam na autobus - powiedział w końcu.

Staruszka usiadła obok.

- Jedziesz na ferie? - spytała.

- Co? - Went przeniósł wzrok z przeciwległego końca ulicy na nią. - Nie, nie - odparł szybko, kiedy załapał, o co pyta. - Ferie dopiero za dwa tygodnie. Jadę poszukać jakiegoś lokum.

W sumie nic nie stało na przeszkodzie, żeby powiedzieć prawdę. Jeśli staruszka zamierzała go pouczać, niewiele by to różniło się od rozmów z matką.

- Och, naprawdę? - zawołała. - To doskonale! - Wstała żwawo i popatrzyła na osłupiałego Wenta. - Chodź, chodź! - zachęciła. - Pogadamy!

Odeszła na kilka kroków i znów na niego popatrzyła. Machnęła ręką. Went stłumił westchnienie. A co tam... Podniósł się ociężale i podszedł do niej. Raczej nie będzie w stanie go porwać ani nic takiego.

Kobieta przyjrzała mu się uważnie.

- Jesteś młody - stwierdziła. - Wyrzucili cię z domu?

- Nie, sam wyszedłem - odparł. - Nie szukam żadnego przytułku czy czegoś. Mam kasę na mieszkanie, więc jeśli pani...

- A ja mam mieszkanie, także dobrze się złożyło - ucieszyła się, złączając ręce jak do modlitwy. - Stoi puste od roku. Jest tam reszta rzeczy mojej siostrzenicy, która wyjechała. Trzeba by posprzątać, jest pewnie pełno kurzu, a ja na to za stara. Ale...

- To super - przerwał jej Went. - I tak nie mam chwilowo gdzie spać. Ile pani chce za wynajem?

Kobieta uśmiechnęła się.

- Tyle, co za same opłaty.

Went uniósł brwi.

- Serio? Takich ofert to nie ma nawet na tym zadupiu. Pani nic nie kombinuje? - zmrużył oczy.

- Nie - roześmiała się. - Porwać cię raczej nie dałabym rady. Pieniądze mam swoje, a mieszkanie stoi i się marnuje. Płacić i tak muszę. Wystarczy, że ktoś to zrobi za mnie.

- Okej... rozumiem - powiedział nie od razu. - To kiedy mogę się wprowadzić?

Staruszka rozłożyła ręce.

- Teraz?

- Jeszcze lepiej - ucieszył się Went. Wizja spania na dworcu zeszła na dalszy plan.

- Zapiszę ci adres - grzebała w kieszeni. - To niedaleko stąd, na Sobieskiego. To nie problem? - Went zaprzeczył ruchem głowy. - Doskonale. A tu - wyciągnęła pęk kluczy i odczepiła jeden - klucz. Zapiszę ci też mój numer telefonu. Jakby coś się działo albo miałbyś pytania, dzwoń. Wpadnę w tygodniu spisać umowę. Może być?

- Mogę podjechać do pani - zaproponował. Głupio mu było fatygować kobietę. Miała z siedemdziesiąt lat.

- Mieszkam w Strzybodze - skrzywiła się. - Dojedziesz tam autobusem?

- Coś wymyślę - uśmiechnął się.

- Doskonale - powtórzyła. - Zadzwonię, kiedy umowa będzie gotowa. Och! Autobus! Zmykaj! - ponagliła go i wyminęła.

Podbiegła do autobusu z zaskakującą żwawością. Went zamrugał, patrząc za nią, i spojrzał na kartkę. Sobieskiego... To te bloki niedaleko szpitala. Wsunął kartkę z kluczem do kieszeni, założył rękawiczki, plecak i ruszył przed siebie, uśmiechając się pod nosem.

Z centrum do jego nowego mieszkania najprostszą drogą był może kilometr.

Szedł powoli, oddychając głęboko. Po drodze napisał ojcu SMS-a: żeby uspokoił matkę i że znalazł lokum - zdjęcia wyśle później.

Ojciec jakoś bardziej go rozumiał. Może dlatego, że go nie było. A może dlatego, że miał do czynienia z Aurelią West dłużej, na różnych etapach i stopniach znajomości. Zdążył poznać wszystkie jej fazy.

Went minął prawie wybudowany budynek, przeszedł obok centrum kultury, skręcił na skrzyżowaniu. Minął kebab, drugie światła. Gdy zbliżał się do przystanku autobusowego, zaczął padać śnieg. Wyjął z kieszeni kartkę i klucz, odszukał właściwy blok. Druga klatka.

Stanął pod drzwiami mieszkania, odetchnął głęboko. Uśmiechnął się szeroko. Otworzył i wszedł.

Zamknął za sobą na zamek, zrzucił plecak, rozpiął kurtkę jeszcze w przedpokoju. Nie był on duży, ale wystarczający, żeby zmieścić szafę i wieszak. Powoli wszedł dalej, rozglądając się.

Okno zajmowało całą jedną ścianę pokoju urządzonego na kształt salonu. Sofa stała na środku, przed ścianą, zaś pod ścianą - telewizor. Z lewej strony nieduże biurko, tuż przy oknie. Obok korytarza - aneks kuchenny. Z drugiej strony - drzwi do drugiego pomieszczenia.

Went uchylił je i zajrzał do środka. Niewielka sypialnia z całkiem sporym łóżkiem wyglądała przyjemnie. Tak jak całe mieszkanie: jasne kolory, beże, pudrowy róż, błękit. Mebli tylko tyle, ile potrzeba. Żadnych gratów, wszystko nowoczesne. I... wyczyszczone.

Zmarszczył czoło. Czy staruszka nie mówiła, że jest zakurzone?

Wrócił do przedpokoju, odwiesił kurtkę, ściągnął buty. Poszedł do kuchni. Rozpoznał wzornictwo - jego matka hobbystycznie urządzała ludziom wnętrza. Styl skandynawski: szarości, naturalne drewno.

Podobało mu się tu. Uśmiechnął się do siebie, zapalił światło. Korki były włączone, ale sprzęty odłączone od kontaktów. Poszedł do biało-czarnej łazienki, sprawdził krany. Odnalazł zawory i poodkręcał. Potem przeszedł po mieszkaniu i po kolei uruchamiał wszystko, co wymagało prądu.

Przy suficie wisiała paprotka z włochatymi korzeniami. O dziwo - chyba jeszcze żyła, choć ledwo. Starsza pani musiała tu bywać częściej, niż sama pamiętała.

Went nalał wody do szklanki, znalazł krzesło od biurka, wspiął się i podlał kwiatka.

- Masz, stary - mruknął z uśmiechem.

Wyjął telefon, porobił zdjęcia. Później wyciągnął z plecaka laptopa, odpalił go i usiadł przy biurku. Otworzył Skype, zgrał zdjęcia, wysłał ojcu.

Jest zajebiście! - napisał. - Dziękuję, tato. Nie zawiodę Cię.

Ojcu zależało na zawodach Wenta. To właśnie za jego namową chłopak wrócił do gimnastyki. Pewnie wolałby mieć syna, który na przykład biega wyczynowo albo uprawia inną, bardziej "męską" dyscyplinę, ale kiedy Went zaczął zgarniać nagrody za kombinacje na drążku, ojciec niemal natychmiast zmienił zdanie. Powtarzał, że jego syn jest świetny, dorosły i na pewno poradzi sobie w życiu - po ojcu.

Went nigdy tego nie skomentował. Póki ojciec dawał mu kasę, a teraz jeszcze umożliwił uwolnienie się od matki, nie zamierzał dyskutować. Wiedział, że bez tych pieniędzy by sobie nie poradził. Nie był idiotą - choć niektórzy go za takiego mieli.

Poza tym trenował dla siebie, nie dla innych. Bo to właśnie sport odciągał go od myśli, przez które o mały włos nie zamknęli go w psychiatryku.

Kiedy zdjęcia się załadowały, Went zamknął ekran laptopa i poszedł do łazienki. Rozejrzał się. Było tu wszystko, czego potrzebował, by wziąć prysznic. Spojrzał na swoje odbicie. Uśmiechnięte. Włosy sterczały jak zawsze - trochę mniej rude, bardziej wyblakłe po lecie, ale wciąż nieco kręcone. Zmarszczył czoło i wyprostował się.

I wtedy dopadło go to uczucie. Jakby już tu był. Jakby coś, co głęboko zakopano w jego świadomości, dobijało się przez betonowy mur, żeby go w końcu oświecić.

Przesunął dłonią po brzegu umywalki. Spojrzał na prysznic.

Wszystko pachniało dziwnie znajomo. I to poczucie... Dobre i złe jednocześnie. Bo mózg uparcie nie podsuwał żadnego wyjaśnienia. Żadnej odpowiedzi.

Podrapał się po czole, zrzucił ubranie i wszedł pod prysznic.

Następnego dnia Went wstał wcześnie. Zamierzał iść do sklepu po śniadanie, a potem prosto na trening. Po szkole planował wziąć z domu więcej rzeczy i drążek - czekał go więc całkiem pracowity dzień. Żeby zmieścić sprzęt, będzie musiał trochę poprzestawiać meble, ale chyba starsza pani nie będzie miała nic przeciwko.

Zanim wyszedł, zadzwonił do niej i zapewnił, że wszystko jest w porządku. Przyjęła to - jego zdaniem - z nadmiernym entuzjazmem. Potem wykonał telefon do matki, posłuchał, jakim jest "uroczym" synem, i ruszył do szkoły.

Na treningu Went pożałował, że w ogóle wstał z łóżka. Trener dał mu taki wycisk, że bolały go nie tylko naciągnięte kiedyś mięśnie, ale i te, o których istnieniu nie miał pojęcia. To już było dość niespotykane. Kiedy po raz setny zeskoczył z drążka, trener podszedł do niego i zaczął wrzeszczeć tak, że pewnie słyszeli go na drugim końcu miasta - a już na pewno w całej szkole.

- West! - ryknął. - Ciesz się, że masz rok do zawodów, bo jesteś w gorszej formie niż osiemdziesięcioletnia babcia po wylewie! Gdzie ty masz mózg, bałwanie?! Chcesz skręcić sobie kark czy może innym?!

Went patrzył w podłogę, pocierając obolałe ramię.

- Jak jeszcze raz zobaczę, że tracisz panowanie nad rękami, to osobiście ci ten kark przetrącę i oszczędzę wysiłku! - syknął trener. - Widzę cię tu jutro z samego rana. I radzę dziś znaleźć dobrego masażystę! I przy okazji mózg, który zgubiłeś! Na drążek! - rzucił, cofając się.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

1. Całkiem normalnie

Luty, 2019

- West, co ty wyczyniasz?! - krzyknął nauczyciel wychowania fizycznego i trener w jednym, zadzierając głowę wysoko. - Nie rób tej kombinacji! Złaź stamtąd, zanim odnowi ci się kontuzja!

Went zerknął na niego. Z perspektywy drążka do gimnastyki sportowej ten zazwyczaj wysoki facet wydawał się śmiesznie skurczony. Przygarbiony, z rzednącą czupryną, o czym pewnie sam nie wiedział. Minę miał surową, jak zawsze - chociaż widzianą od tej strony, niemal do góry nogami, odbierało się ją zupełnie inaczej.

Czuł drżenie mięśni obręczy barkowej. Wstrzymywał oddech, żeby utrzymać idealną linię ciała.

Ale mięśnie zaczynały protestować.

Wypuścił powietrze. Rozluźnił się.

Przekoziołkował nad drążkiem, nad którym przez ostatnie pięć minut balansował na jednej ręce, utrzymując ciało w poziomie. Zeskoczył na ziemię. Przykucnął. Skrzywił się i pomasował lewe ramię.

Ponad rok temu naciągnął parę mięśni - w tym właśnie ten. Trenował wtedy zbyt intensywnie przed ogólnopolskimi zawodami. I nie wystartował.

Tuż przed startem był o krok od powrotu, ale komisja uznała, że nie zdąży się przygotować. Ryzyko, że świeża kontuzja odnowi się podczas najtrudniejszych kombinacji - tych, które wyróżniały Wenta na tle innych - było zbyt duże.

Nie dopuścili go.

To wtedy zwątpił. Tak głęboko, że porzucił gimnastykę.

A przecież sport był jego życiem.

Dopiero teraz - po ponad roku - wrócił. Do drążków. Do sali. Do siebie.

Musiał coś odzyskać. Choćby tylko siebie sprzed kontuzji. Sprzed tamtego upadku. Wszystko inne w jego życiu przestało być pewne, ale ciało wciąż pamiętało, co znaczy walczyć.

- Dokładnie o to mi chodziło, bałwanie - warknął trener i rzucił w niego ręcznikiem. - Spadaj pod prysznic i na lekcje. A jak chcesz jeszcze kiedykolwiek wziąć udział w zawodach, to radzę ci zacząć mnie słuchać.

Went podniósł się, skinął głową i przewiesił ręcznik przez ramię. Zawlókł się do szatni, przeklinając w duchu świat w posadach.

Najgorsza była świadomość, że zawalił on sam. Nie drążek. Nie trening. Nie przygotowanie.

On. Tylko on.

Sam ponosił odpowiedzialność za swoją porażkę. W zbyt krótkim czasie chciał osiągnąć zbyt wiele.

I to mu zostało do dziś.

Otworzył szafkę, zerknął na godzinę w telefonie i poszedł pod prysznic. Do pierwszej lekcji miał dwadzieścia minut. Zdąży. Może nawet wypije jeszcze kawę.

Kwadrans później stał pod automatem i słuchał Roberta, który nawijał z przejęciem o jakichś nowych dziewczynach w szkole. A przynajmniej starał się słuchać. Bo prawdę mówiąc - niezbyt go to interesowało.

Raz, że miał dosyć przepraw z kobietami, włączając w to własną matkę.

Dwa, że dziewczynę - tak po prawdzie - już miał.

Nazywała się Liliana Czajkowska. Osiemnaście lat, niska blondynka z dużymi, niebieskimi oczami i ładnym uśmiechem.

To właśnie w tych oczach Went się zakochał. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo kwestia miłości w jego przypadku nie była tak oczywista, jak u innych chłopaków z klasy.

Ciągle coś mu nie pasowało.

Ciągle czegoś brakowało.

I ciągle czegoś szukał... chociaż pojęcia nie miał - czego?

Lil zaczynała zajęcia dopiero za półtorej godziny, więc miał czas, żeby pogrążyć się w myślach o tym, jak przywrócić pełną sprawność barkowi.

No, miałby ten czas, gdyby nie gderający Robert.

- Stary - odezwał się w końcu Went, upijając łyk kawy. Ruszyli w stronę sali. - Zamiast do mnie, weź wreszcie do jakiejś zagadaj. Inaczej możesz tylko pomarzyć.

- Ty wiesz, do jakiej ja chciałem zagadać - mruknął Rob. - Ale przez ciebie wyjechała z miasta.

- Przeze mnie? - Went uniósł brwi.

- To ty się z nią pożarłeś - wytknął mu Robert i wepchnął sobie do ust lizaka.

Went prychnął cicho.

- Jasne. A może miałem powód?

- W ogóle dużo nowych ludzi się tu kręci - zauważył Rob, zmieniając temat. Doskonale wiedział, że to kwestia nie podlegająca dyskusji i lepiej było nie drążyć.

- To szkoła - przypomniał Went. - Jakbyś częściej tu bywał, a nie łaził na wagary, nie dziwiło by cię to, że w szkole są ludzie.

Robert chciał odpowiedzieć, ale gdy zauważył zmierzającą ku nim profesor od polskiego, zrezygnował.

- Idzie ta jędza - bąknął, prostując się.

Dwie godziny później, na kolejnej przerwie, Liliana już okupowała Wenta, więc Robert nie miał ochoty na rozmowę. Łaził po szkole bez celu - choć sam twierdził, że robi rekonesans, więc cel miał prawie szczytny.

Lil wieszała się na ramieniu Wenta, oparta bokiem o ścianę, wpatrzona w niego jak w obrazek. Rozwiązywał jej zadania z matmy.

- Włosy ci zjaśniały - stwierdziła nagle, muskając palcami opadające na jego czoło loki.

- Wciąż są rude - mruknął, nie podnosząc wzroku znad zeszytu.

Lil prychnęła teatralnie i stanęła przed nim.

Żeby się zbliżyć, musiała stanąć w rozkroku nad jego wyciągniętymi nogami, a i tak ledwo łapała równowagę. Went, wyższy i rozparty plecami o ścianę, ograniczał jej manewry.

Oparła dłonie o jego klatkę piersiową i zajrzała w zeszyt.

- Lil, przeszkadzasz mi - powiedział z lekkim uśmiechem. - Chcesz te zadania?

- No, chcę - jęknęła - ale mógłbyś się chociaż przywitać! - wyrzuciła z lekką pretensją.

Went pokręcił głową, rozbawiony.

Odsunął zeszyt, wyprostował się i objął ją.

Musnął jej wargi.

Lil uśmiechnęła się szeroko.

- Teraz możesz dokończyć matmę - stwierdziła zwycięsko.

Went zaśmiał się krótko, ponownie kręcąc głową.

Liliana była młodsza o rok, ale bywała rozbrajająco dziecinna. Poznali się na dodatkowych zajęciach trzy lata temu.

Początkowo łączyło ich tylko to, później - po wydarzeniach sprzed roku - zaczęli ze sobą rozmawiać. Teoretycznie zaprzyjaźnili się.

Ale że nikt nie wierzył w przyjaźń damsko-męską, od razu zrobiono z nich parę.

Went nie miał ochoty tego prostować.

I tak już zostało.

Na kolejnej przerwie siedzieli pod ścianą z resztą tych, którzy albo chcieli, albo zostali zmuszeni do uczęszczania na zajęcia pozalekcyjne. Mało było takich, co dobrowolnie szli pod topór jędzy - na dodatkową literaturę.

Chuda, podstarzała nauczycielka w wielkich okularach uwielbiała gnoić uczniów. Kpina i drwina - to były jej metody wychowawcze. Może działały, ale Went był daleki od dostrzeżenia ich sensu. Pewnie kiedyś... skoro i on należał do tej grupy zmuszanych.

Lil opierała się plecami o jego klatkę piersiową i czytała na głos wiersz Tuwima. Praktycznie jedyny, który Went też lubił.

Robert rozwalił się obok z miną wyrażającą wielkie cierpienie. Już samo słuchanie przyprawiało go o atak serca - a co dopiero omawianie czy recytowanie.

- Zapamiętasz? - Lil zerknęła na Wenta. - To proste.

Potaknął. Objął ją w pasie i oparł głowę na jej ramieniu. Westchnął cicho.

Był zmęczony po treningu, a jutro miał kolejny. I pojutrze. I jeszcze następny - aż do końca tygodnia. Opuścił się przez tę przerwę, którą sam sobie zafundował. Przytył. Utrzymanie się na drążku było trudniejsze niż wtedy, gdy wyglądał jak siedem rudych nieszczęść.

Nagle Robert poderwał się do siadu, zrzucając notatki z kolan Liliany.

- Ej! - krzyknęła, ale nawet nie spojrzał.

Odprowadzał wzrokiem dziewczynę, która przeszła korytarzem. Went dostrzegł tylko jej buty - czarne conversy. Nic nadzwyczajnego.

Rob rzucił mu szybkie spojrzenie, po czym zerwał się na nogi i pobiegł za nieznajomą

- Co on wyprawia?! - oburzyła się Lil. - Patrz na głupka.

Went uniósł wzrok.

Rob stał na końcu korytarza, gestykulując z przejęciem przed dziewczyną, która albo grała w garażowej kapeli rockowej, albo tylko tak wyglądała.

Czarne, poskręcane włosy opadały jej na zmarszczone czoło, a ciemne oczy podkreślała gruba, czarna kreska. Do tego poszarpane spodnie. Czarna bluza z kapturem.

Nie znał się na stylach, ale to wyglądało na coś rockowego.

Trzymała ręce w kieszeniach.

Patrzyła na Roberta z zaciśniętymi ustami, jakby każda jego sylaba ją męczyła. W końcu rzuciła krótką odpowiedź, obróciła się na pięcie i odeszła.

Rob został. Wpatrywał się jeszcze przez moment w jej plecy.

- Co, nie poszło? - zadrwił Went, gdy kumpel wrócił.

Robert pokręcił głową. Nie zdążył odpowiedzieć, bo nadciągnęła jędza.

Stanął przy ścianie. Ściągnął brwi, jakby intensywnie nad czymś myślał.

Went podniósł się, dźwignął Lil na nogi i obejrzał na niego przez ramię. Posłał kumplowi pytające spojrzenie.

Robert nachylił się.

- Palant z ciebie czasem, West - szepnął.

I od razu go wyminął.

Went patrzył za nim chwilę.

Palant?

No, to już była nowość.

Zamiast opowiedzieć, jaka ta laska jest super - wyzwał go od palantów.

Albo kryło się w tym jakieś drugie dno, albo to zwykła przyjacielska kpina.

Kolejne dwie godziny później nie miał już siły dowlec się do wyjścia, a co dopiero zastanawiać nad sensem wypowiedzi Roberta.

Lil zmyła się wcześniej, odprawiona odpowiednim komentarzem pani profesor.

Rob niedługo po niej - dla niego nawet komentarza zabrakło.

Went został. Wolał nie ryzykować. I tak go nie lubiła.

Sam sport nie wystarczał, by prześlizgnąć się z klasy do klasy. Może był zdolny. Może nawet całkiem dobrze radził sobie z polskim.

Ale gdyby te zdolności szły w parze z sympatią nauczycielki... życie byłoby prostsze. Tymczasem przez bite dwie godziny próbował ogarnąć znaczenie wierszy, o których nie miał zielonego pojęcia.

Był gówniany w interpretacjach. I za nic nie potrafił tego zmienić.

Przystanął pod klasą muzyczną.

Usłyszał śpiew.

Odruchowo oparł rękę o drzwi, wbijając wzrok w podłogę.

Jakaś dziewczyna śpiewała Melody, starą piosenkę Blunta i Lost Frequencies.

Tylko gitara i głos.

I była w tym dobra. Naprawdę dobra.

"Obojgu nam przydałby się powód do uśmiechu, więc pozwól mi usłyszeć twoją miłość."

Tak brzmiały niektóre słowa.

- Suń się - usłyszał Went, ale zanim zdążył to zrobić, jakiś gość przepchnął go i wszedł do klasy. Went zagryzł zęby. Gościem był uczeń czwartej technikum i to do niego, jak na ironię, pasowało określenie palant. Wydawał się starszy niż reszta, odstawał od grupy, choć oczywiście tylko Wentowi coś w nim nie pasowało.

Za nim wturlała się banda jego kumpli, tych samych, co zawsze. Śmiali się ze wszystkiego, jakby świat składał się wyłącznie z okazji do rechotu. I jak to zwykle bywało - każdy z nich był do siebie podobny. Częściowo tępi, jeden z odrobiną sprytu na czele, wysportowani, w zbyt ciasnych podkoszulkach.

Razem z nimi do sali wpakowała się gromada dzieciaków. Wyglądało na to, że to jakieś zajęcia dodatkowe albo spotkanie któregoś z kół.

Went wcisnął się między tłum i przystanął pod ścianą.

Blondyn, który prowadził tę hałastrę, podszedł do dziewczyny i objął ją ramieniem. Ona jednak śpiewała dalej, całkowicie skupiona na muzyce. Miała słuchawki na uszach, które przytrzymywała palcami.

Wychylił się nieco, żeby lepiej widzieć. I rozpoznał ją. To była ta sama dziewczyna, do której Robert próbował wcześniej zagadać. Uśmiechnął się pod nosem - teraz wszystko było jasne. Dlatego Robowi nie poszło.

Dziewczyna dokończyła piosenkę i zdjęła słuchawki. Blondyn nachylił się i pocałował ją mocno, tak, jakby chciał zaznaczyć, że jest jego. Ludzie w sali nagrodzili ją mizernymi brawami, ale ona nie zareagowała. Odłożyła sprzęt, powiedziała chłopakowi parę słów, sięgnęła po butelkę z wodą. Upijając łyk, rozejrzała się po sali.

- Spadamy, El - powiedział, znów ją obejmując. - Idziesz?

Pokręciła głową.

- Jeszcze jeden kawałek.

Skinął głową, zgarnął ekipę i wyszli.

- Widzimy się potem - rzucił przez ramię.

Went przysiągłby, że dziewczyna prychnęła w odpowiedzi, ale nawet na niego nie spojrzała. Piękny związek, pomyślał.

Zignorowała dzieciaki, które kręciły się po sali. Znów założyła słuchawki, pogrzebała chwilę przy sprzęcie, usiadła na ławce. Splotła nogi, oparła ręce o blat i zaczęła nucić.

Ed Sheeran. Oczywiście.

Thinking Out Loud.

Went rozpoznał melodię od razu. Zresztą, coś go z tym Sheeranem łączyło. Może poza sławą. No dobra - zdecydowanie poza sławą. Ale mógł się przecież łudzić.

Dotarła nuceniem do refrenu i zaczęła śpiewać:

"Czy twoje usta pamiętają smak mojej miłości?"

Pozostali w końcu opuścili klasę. Tylko Went został. Stał pod ścianą i patrzył na nią.

Wydawała mu się dziwnie znajoma. A jednocześnie był pewien, że nigdy wcześniej nie miał z nią do czynienia.

Po chwili odepchnął się od zimnego muru i rozejrzał po pomieszczeniu. Szukał gitary. Tylko na tym umiał grać. I to niezbyt dobrze - uczył się dopiero od pół roku.

Ale coś mu po prostu kazało znaleźć tę cholerna gitarę i zagrać dla niej kilka taktów.

Przeszedł ostrożnie przez klasę, bardzo ostrożnie. Wypatrzył instrument ukryty pod stertą papierów. Wziął go i usiadł na podłodze w miejscu, gdzie wcześniej stał.

Przymknął oczy. Próbował przypomnieć sobie jakiekolwiek nuty. A kiedy ona zaczęła refren, po prostu zaczął grać.

Piosenki Sheerana były w sumie najprostsze. Bogu dzięki - niewiele się mylił.

Oczywiście zamilkła, gdy go usłyszała. Otworzyła oczy i natychmiast wbiła w niego wzrok.

Went widział to kątem oka. Nie podniósł głowy. Jeszcze zdradziłby go rumieniec albo coś. A bardzo nie chciał wyjść na idiotę.

Przy kolejnym refrenie znów zaczęła śpiewać - tym razem ciszej. I całkiem nieźle posługiwała się angielskim.

"Może znajdziemy miłość tu, gdzie jesteśmy teraz."

Went uśmiechnął się pod nosem. Jego serce biło nadzwyczaj szybko. Aż za szybko - kiedy tak siedział pod ścianą i zgrywał Sheerana.

Tyle że ona miała ładniejszy wokal. Delikatny. Trochę drżał jej głos, ale to nic dziwnego. W klasie było chłodno, a do tego właśnie przyczepił się do niej jakiś kretyn. Na bank tak sobie myślała.

Musiała jednak naprawdę lubić muzykę, bo przestała śpiewać dopiero wtedy, gdy on skończył grać.

Went siedział jeszcze dwie sekundy. Potem spojrzał na nią i powoli wstał.

- Przepraszam - mruknął, odkładając gitarę. - Fajnie śpiewasz.

Przeczesał ręką włosy. Wbił wzrok w podłogę, jakby było tam coś naprawdę interesującego.

- To na razie - rzucił.

- Czekaj - zatrzymała go, zanim zdążył wyjść. Zeskoczyła z ławki i podeszła na kilka kroków.

- Grasz? - zapytała. Trochę głupio. Przecież właśnie dla niej zagrał.

Went wzruszył ramionami.

- Raczej próbuję, jak widać. Moja dziewczyna gra. Uczy mnie czasem. Według niej jestem kompletnie głuchy, skoro nie znam muzyki "od wewnątrz".

- Hm... - mruknęła. Cofnęła się, podeszła do wieży i włączyła radio.

Z głośników popłynęło stare "Fireflies" Owl City.

- Słyszysz? - spytała.

Went przez moment nie wiedział, o co jej chodzi. Gapił się na nią bezmyślnie.

Pokręciła głową. Trochę zrezygnowana, trochę rozbawiona.

- Czy słyszysz muzykę? - wyjaśniła, patrząc na niego uważnie.

Potaknął.

- Więc nie jesteś głuchy - stwierdziła.

Mrugnęła porozumiewawczo. Wspięła się z powrotem na ławkę i tym razem rozłożyła się na niej jak długa. Splotła ręce pod głową, zamknęła oczy. Zaczęła bujać stopą do rytmu.

Czyli go olała. No cóż.

Kiedy kawałek zmienił się na "Darkside" Walkera, Went miał już wyjść. Ale rozmyślił się.

Podszedł bliżej i rozłożył się na sąsiedniej ławce.

Dziewczyna zerknęła na niego. Niemal stykali się głowami.

Świetne położenie to to nie było - ale ławki ustawiono przy ścianach, żeby śpiewający albo grający mieli miejsce na środku.

Gdy zauważył, że się mu przygląda, odwróciła wzrok. On uśmiechnął się do siebie po raz kolejny i też ułożył ręce pod głową.