1. Całkiem normalnie
Luty, 2019
- West, co ty wyczyniasz?! - krzyknął nauczyciel wychowania fizycznego i trener w jednym, zadzierając głowę wysoko. - Nie rób tej kombinacji! Złaź stamtąd, zanim odnowi ci się kontuzja!
Went zerknął na niego. Z perspektywy drążka do gimnastyki sportowej ten zazwyczaj wysoki facet wydawał się śmiesznie skurczony. Przygarbiony, z rzednącą czupryną, o czym pewnie sam nie wiedział. Minę miał surową, jak zawsze - chociaż widzianą od tej strony, niemal do góry nogami, odbierało się ją zupełnie inaczej.
Czuł drżenie mięśni obręczy barkowej. Wstrzymywał oddech, żeby utrzymać idealną linię ciała.
Ale mięśnie zaczynały protestować.
Wypuścił powietrze. Rozluźnił się.
Przekoziołkował nad drążkiem, nad którym przez ostatnie pięć minut balansował na jednej ręce, utrzymując ciało w poziomie. Zeskoczył na ziemię. Przykucnął. Skrzywił się i pomasował lewe ramię.
Ponad rok temu naciągnął parę mięśni - w tym właśnie ten. Trenował wtedy zbyt intensywnie przed ogólnopolskimi zawodami. I nie wystartował.
Tuż przed startem był o krok od powrotu, ale komisja uznała, że nie zdąży się przygotować. Ryzyko, że świeża kontuzja odnowi się podczas najtrudniejszych kombinacji - tych, które wyróżniały Wenta na tle innych - było zbyt duże.
Nie dopuścili go.
To wtedy zwątpił. Tak głęboko, że porzucił gimnastykę.
A przecież sport był jego życiem.
Dopiero teraz - po ponad roku - wrócił. Do drążków. Do sali. Do siebie.
Musiał coś odzyskać. Choćby tylko siebie sprzed kontuzji. Sprzed tamtego upadku. Wszystko inne w jego życiu przestało być pewne, ale ciało wciąż pamiętało, co znaczy walczyć.
- Dokładnie o to mi chodziło, bałwanie - warknął trener i rzucił w niego ręcznikiem. - Spadaj pod prysznic i na lekcje. A jak chcesz jeszcze kiedykolwiek wziąć udział w zawodach, to radzę ci zacząć mnie słuchać.
Went podniósł się, skinął głową i przewiesił ręcznik przez ramię. Zawlókł się do szatni, przeklinając w duchu świat w posadach.
Najgorsza była świadomość, że zawalił on sam. Nie drążek. Nie trening. Nie przygotowanie.
On. Tylko on.
Sam ponosił odpowiedzialność za swoją porażkę. W zbyt krótkim czasie chciał osiągnąć zbyt wiele.
I to mu zostało do dziś.
Otworzył szafkę, zerknął na godzinę w telefonie i poszedł pod prysznic. Do pierwszej lekcji miał dwadzieścia minut. Zdąży. Może nawet wypije jeszcze kawę.
Kwadrans później stał pod automatem i słuchał Roberta, który nawijał z przejęciem o jakichś nowych dziewczynach w szkole. A przynajmniej starał się słuchać. Bo prawdę mówiąc - niezbyt go to interesowało.
Raz, że miał dosyć przepraw z kobietami, włączając w to własną matkę.
Dwa, że dziewczynę - tak po prawdzie - już miał.
Nazywała się Liliana Czajkowska. Osiemnaście lat, niska blondynka z dużymi, niebieskimi oczami i ładnym uśmiechem.
To właśnie w tych oczach Went się zakochał. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo kwestia miłości w jego przypadku nie była tak oczywista, jak u innych chłopaków z klasy.
Ciągle coś mu nie pasowało.
Ciągle czegoś brakowało.
I ciągle czegoś szukał... chociaż pojęcia nie miał - czego?
Lil zaczynała zajęcia dopiero za półtorej godziny, więc miał czas, żeby pogrążyć się w myślach o tym, jak przywrócić pełną sprawność barkowi.
No, miałby ten czas, gdyby nie gderający Robert.
- Stary - odezwał się w końcu Went, upijając łyk kawy. Ruszyli w stronę sali. - Zamiast do mnie, weź wreszcie do jakiejś zagadaj. Inaczej możesz tylko pomarzyć.
- Ty wiesz, do jakiej ja chciałem zagadać - mruknął Rob. - Ale przez ciebie wyjechała z miasta.
- Przeze mnie? - Went uniósł brwi.
- To ty się z nią pożarłeś - wytknął mu Robert i wepchnął sobie do ust lizaka.
Went prychnął cicho.
- Jasne. A może miałem powód?
- W ogóle dużo nowych ludzi się tu kręci - zauważył Rob, zmieniając temat. Doskonale wiedział, że to kwestia nie podlegająca dyskusji i lepiej było nie drążyć.
- To szkoła - przypomniał Went. - Jakbyś częściej tu bywał, a nie łaził na wagary, nie dziwiło by cię to, że w szkole są ludzie.
Robert chciał odpowiedzieć, ale gdy zauważył zmierzającą ku nim profesor od polskiego, zrezygnował.
- Idzie ta jędza - bąknął, prostując się.
Dwie godziny później, na kolejnej przerwie, Liliana już okupowała Wenta, więc Robert nie miał ochoty na rozmowę. Łaził po szkole bez celu - choć sam twierdził, że robi rekonesans, więc cel miał prawie szczytny.
Lil wieszała się na ramieniu Wenta, oparta bokiem o ścianę, wpatrzona w niego jak w obrazek. Rozwiązywał jej zadania z matmy.
- Włosy ci zjaśniały - stwierdziła nagle, muskając palcami opadające na jego czoło loki.
- Wciąż są rude - mruknął, nie podnosząc wzroku znad zeszytu.
Lil prychnęła teatralnie i stanęła przed nim.
Żeby się zbliżyć, musiała stanąć w rozkroku nad jego wyciągniętymi nogami, a i tak ledwo łapała równowagę. Went, wyższy i rozparty plecami o ścianę, ograniczał jej manewry.
Oparła dłonie o jego klatkę piersiową i zajrzała w zeszyt.
- Lil, przeszkadzasz mi - powiedział z lekkim uśmiechem. - Chcesz te zadania?
- No, chcę - jęknęła - ale mógłbyś się chociaż przywitać! - wyrzuciła z lekką pretensją.
Went pokręcił głową, rozbawiony.
Odsunął zeszyt, wyprostował się i objął ją.
Musnął jej wargi.
Lil uśmiechnęła się szeroko.
- Teraz możesz dokończyć matmę - stwierdziła zwycięsko.
Went zaśmiał się krótko, ponownie kręcąc głową.
Liliana była młodsza o rok, ale bywała rozbrajająco dziecinna. Poznali się na dodatkowych zajęciach trzy lata temu.
Początkowo łączyło ich tylko to, później - po wydarzeniach sprzed roku - zaczęli ze sobą rozmawiać. Teoretycznie zaprzyjaźnili się.
Ale że nikt nie wierzył w przyjaźń damsko-męską, od razu zrobiono z nich parę.
Went nie miał ochoty tego prostować.
I tak już zostało.
Na kolejnej przerwie siedzieli pod ścianą z resztą tych, którzy albo chcieli, albo zostali zmuszeni do uczęszczania na zajęcia pozalekcyjne. Mało było takich, co dobrowolnie szli pod topór jędzy - na dodatkową literaturę.
Chuda, podstarzała nauczycielka w wielkich okularach uwielbiała gnoić uczniów. Kpina i drwina - to były jej metody wychowawcze. Może działały, ale Went był daleki od dostrzeżenia ich sensu. Pewnie kiedyś... skoro i on należał do tej grupy zmuszanych.
Lil opierała się plecami o jego klatkę piersiową i czytała na głos wiersz Tuwima. Praktycznie jedyny, który Went też lubił.
Robert rozwalił się obok z miną wyrażającą wielkie cierpienie. Już samo słuchanie przyprawiało go o atak serca - a co dopiero omawianie czy recytowanie.
- Zapamiętasz? - Lil zerknęła na Wenta. - To proste.
Potaknął. Objął ją w pasie i oparł głowę na jej ramieniu. Westchnął cicho.
Był zmęczony po treningu, a jutro miał kolejny. I pojutrze. I jeszcze następny - aż do końca tygodnia. Opuścił się przez tę przerwę, którą sam sobie zafundował. Przytył. Utrzymanie się na drążku było trudniejsze niż wtedy, gdy wyglądał jak siedem rudych nieszczęść.
Nagle Robert poderwał się do siadu, zrzucając notatki z kolan Liliany.
- Ej! - krzyknęła, ale nawet nie spojrzał.
Odprowadzał wzrokiem dziewczynę, która przeszła korytarzem. Went dostrzegł tylko jej buty - czarne conversy. Nic nadzwyczajnego.
Rob rzucił mu szybkie spojrzenie, po czym zerwał się na nogi i pobiegł za nieznajomą
- Co on wyprawia?! - oburzyła się Lil. - Patrz na głupka.
Went uniósł wzrok.
Rob stał na końcu korytarza, gestykulując z przejęciem przed dziewczyną, która albo grała w garażowej kapeli rockowej, albo tylko tak wyglądała.
Czarne, poskręcane włosy opadały jej na zmarszczone czoło, a ciemne oczy podkreślała gruba, czarna kreska. Do tego poszarpane spodnie. Czarna bluza z kapturem.
Nie znał się na stylach, ale to wyglądało na coś rockowego.
Trzymała ręce w kieszeniach.
Patrzyła na Roberta z zaciśniętymi ustami, jakby każda jego sylaba ją męczyła. W końcu rzuciła krótką odpowiedź, obróciła się na pięcie i odeszła.
Rob został. Wpatrywał się jeszcze przez moment w jej plecy.
- Co, nie poszło? - zadrwił Went, gdy kumpel wrócił.
Robert pokręcił głową. Nie zdążył odpowiedzieć, bo nadciągnęła jędza.
Stanął przy ścianie. Ściągnął brwi, jakby intensywnie nad czymś myślał.
Went podniósł się, dźwignął Lil na nogi i obejrzał na niego przez ramię. Posłał kumplowi pytające spojrzenie.
Robert nachylił się.
- Palant z ciebie czasem, West - szepnął.
I od razu go wyminął.
Went patrzył za nim chwilę.
Palant?
No, to już była nowość.
Zamiast opowiedzieć, jaka ta laska jest super - wyzwał go od palantów.
Albo kryło się w tym jakieś drugie dno, albo to zwykła przyjacielska kpina.
Kolejne dwie godziny później nie miał już siły dowlec się do wyjścia, a co dopiero zastanawiać nad sensem wypowiedzi Roberta.
Lil zmyła się wcześniej, odprawiona odpowiednim komentarzem pani profesor.
Rob niedługo po niej - dla niego nawet komentarza zabrakło.
Went został. Wolał nie ryzykować. I tak go nie lubiła.
Sam sport nie wystarczał, by prześlizgnąć się z klasy do klasy. Może był zdolny. Może nawet całkiem dobrze radził sobie z polskim.
Ale gdyby te zdolności szły w parze z sympatią nauczycielki... życie byłoby prostsze. Tymczasem przez bite dwie godziny próbował ogarnąć znaczenie wierszy, o których nie miał zielonego pojęcia.
Był gówniany w interpretacjach. I za nic nie potrafił tego zmienić.
Przystanął pod klasą muzyczną.
Usłyszał śpiew.
Odruchowo oparł rękę o drzwi, wbijając wzrok w podłogę.
Jakaś dziewczyna śpiewała Melody, starą piosenkę Blunta i Lost Frequencies.
Tylko gitara i głos.
I była w tym dobra. Naprawdę dobra.
"Obojgu nam przydałby się powód do uśmiechu, więc pozwól mi usłyszeć twoją miłość."
Tak brzmiały niektóre słowa.
- Suń się - usłyszał Went, ale zanim zdążył to zrobić, jakiś gość przepchnął go i wszedł do klasy. Went zagryzł zęby. Gościem był uczeń czwartej technikum i to do niego, jak na ironię, pasowało określenie palant. Wydawał się starszy niż reszta, odstawał od grupy, choć oczywiście tylko Wentowi coś w nim nie pasowało.
Za nim wturlała się banda jego kumpli, tych samych, co zawsze. Śmiali się ze wszystkiego, jakby świat składał się wyłącznie z okazji do rechotu. I jak to zwykle bywało - każdy z nich był do siebie podobny. Częściowo tępi, jeden z odrobiną sprytu na czele, wysportowani, w zbyt ciasnych podkoszulkach.
Razem z nimi do sali wpakowała się gromada dzieciaków. Wyglądało na to, że to jakieś zajęcia dodatkowe albo spotkanie któregoś z kół.
Went wcisnął się między tłum i przystanął pod ścianą.
Blondyn, który prowadził tę hałastrę, podszedł do dziewczyny i objął ją ramieniem. Ona jednak śpiewała dalej, całkowicie skupiona na muzyce. Miała słuchawki na uszach, które przytrzymywała palcami.
Wychylił się nieco, żeby lepiej widzieć. I rozpoznał ją. To była ta sama dziewczyna, do której Robert próbował wcześniej zagadać. Uśmiechnął się pod nosem - teraz wszystko było jasne. Dlatego Robowi nie poszło.
Dziewczyna dokończyła piosenkę i zdjęła słuchawki. Blondyn nachylił się i pocałował ją mocno, tak, jakby chciał zaznaczyć, że jest jego. Ludzie w sali nagrodzili ją mizernymi brawami, ale ona nie zareagowała. Odłożyła sprzęt, powiedziała chłopakowi parę słów, sięgnęła po butelkę z wodą. Upijając łyk, rozejrzała się po sali.
- Spadamy, El - powiedział, znów ją obejmując. - Idziesz?
Pokręciła głową.
- Jeszcze jeden kawałek.
Skinął głową, zgarnął ekipę i wyszli.
- Widzimy się potem - rzucił przez ramię.
Went przysiągłby, że dziewczyna prychnęła w odpowiedzi, ale nawet na niego nie spojrzała. Piękny związek, pomyślał.
Zignorowała dzieciaki, które kręciły się po sali. Znów założyła słuchawki, pogrzebała chwilę przy sprzęcie, usiadła na ławce. Splotła nogi, oparła ręce o blat i zaczęła nucić.
Ed Sheeran. Oczywiście.
Thinking Out Loud.
Went rozpoznał melodię od razu. Zresztą, coś go z tym Sheeranem łączyło. Może poza sławą. No dobra - zdecydowanie poza sławą. Ale mógł się przecież łudzić.
Dotarła nuceniem do refrenu i zaczęła śpiewać:
"Czy twoje usta pamiętają smak mojej miłości?"
Pozostali w końcu opuścili klasę. Tylko Went został. Stał pod ścianą i patrzył na nią.
Wydawała mu się dziwnie znajoma. A jednocześnie był pewien, że nigdy wcześniej nie miał z nią do czynienia.
Po chwili odepchnął się od zimnego muru i rozejrzał po pomieszczeniu. Szukał gitary. Tylko na tym umiał grać. I to niezbyt dobrze - uczył się dopiero od pół roku.
Ale coś mu po prostu kazało znaleźć tę cholerna gitarę i zagrać dla niej kilka taktów.
Przeszedł ostrożnie przez klasę, bardzo ostrożnie. Wypatrzył instrument ukryty pod stertą papierów. Wziął go i usiadł na podłodze w miejscu, gdzie wcześniej stał.
Przymknął oczy. Próbował przypomnieć sobie jakiekolwiek nuty. A kiedy ona zaczęła refren, po prostu zaczął grać.
Piosenki Sheerana były w sumie najprostsze. Bogu dzięki - niewiele się mylił.
Oczywiście zamilkła, gdy go usłyszała. Otworzyła oczy i natychmiast wbiła w niego wzrok.
Went widział to kątem oka. Nie podniósł głowy. Jeszcze zdradziłby go rumieniec albo coś. A bardzo nie chciał wyjść na idiotę.
Przy kolejnym refrenie znów zaczęła śpiewać - tym razem ciszej. I całkiem nieźle posługiwała się angielskim.
"Może znajdziemy miłość tu, gdzie jesteśmy teraz."
Went uśmiechnął się pod nosem. Jego serce biło nadzwyczaj szybko. Aż za szybko - kiedy tak siedział pod ścianą i zgrywał Sheerana.
Tyle że ona miała ładniejszy wokal. Delikatny. Trochę drżał jej głos, ale to nic dziwnego. W klasie było chłodno, a do tego właśnie przyczepił się do niej jakiś kretyn. Na bank tak sobie myślała.
Musiała jednak naprawdę lubić muzykę, bo przestała śpiewać dopiero wtedy, gdy on skończył grać.
Went siedział jeszcze dwie sekundy. Potem spojrzał na nią i powoli wstał.
- Przepraszam - mruknął, odkładając gitarę. - Fajnie śpiewasz.
Przeczesał ręką włosy. Wbił wzrok w podłogę, jakby było tam coś naprawdę interesującego.
- To na razie - rzucił.
- Czekaj - zatrzymała go, zanim zdążył wyjść. Zeskoczyła z ławki i podeszła na kilka kroków.
- Grasz? - zapytała. Trochę głupio. Przecież właśnie dla niej zagrał.
Went wzruszył ramionami.
- Raczej próbuję, jak widać. Moja dziewczyna gra. Uczy mnie czasem. Według niej jestem kompletnie głuchy, skoro nie znam muzyki "od wewnątrz".
- Hm... - mruknęła. Cofnęła się, podeszła do wieży i włączyła radio.
Z głośników popłynęło stare "Fireflies" Owl City.
- Słyszysz? - spytała.
Went przez moment nie wiedział, o co jej chodzi. Gapił się na nią bezmyślnie.
Pokręciła głową. Trochę zrezygnowana, trochę rozbawiona.
- Czy słyszysz muzykę? - wyjaśniła, patrząc na niego uważnie.
Potaknął.
- Więc nie jesteś głuchy - stwierdziła.
Mrugnęła porozumiewawczo. Wspięła się z powrotem na ławkę i tym razem rozłożyła się na niej jak długa. Splotła ręce pod głową, zamknęła oczy. Zaczęła bujać stopą do rytmu.
Czyli go olała. No cóż.
Kiedy kawałek zmienił się na "Darkside" Walkera, Went miał już wyjść. Ale rozmyślił się.
Podszedł bliżej i rozłożył się na sąsiedniej ławce.
Dziewczyna zerknęła na niego. Niemal stykali się głowami.
Świetne położenie to to nie było - ale ławki ustawiono przy ścianach, żeby śpiewający albo grający mieli miejsce na środku.
Gdy zauważył, że się mu przygląda, odwróciła wzrok. On uśmiechnął się do siebie po raz kolejny i też ułożył ręce pod głową.