Latarnie są oświetlone. Szkice bezpartyjne - Marek Tabin

Kup ebooka

26.00 zł
21.32 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Wstęp

I. Konflikt

Neosarmatyzm, czyli my nie stąd

Inteligencja po 1989 roku

Traktat o poddanych

Konflikt polski

Towarzystwo Wzajemnych Usług Wyborczych

Potencjalne obszary konfliktów społecznych do roku 2020

II. Język

Impresje wokół obcości wyobrażonej

Funkcjonowanie przekazu odrzuconego

Wspólne dzieło rozedrgania państwa

Cywilizacja wizerunku

Ludzie czy ideologia?

Ubezmyślnianie

Kłamanie skuteczne

Ta pani z TSUE może nam...

III. Rządzenie

Ile konstruktywizmu czy jaki konstruktywizm?

Może by tak wreszcie zacząć?

Orientacja kulturowa w ekonomii

O selekcji elit

Uwagi o tożsamości regionalnej

Nauka rozbiegana

Czym trzeba się zająć?

Akcja "Reparacje"

Urodziny niejakiego Adolfa

Złoty klucz

A może oni nie chcą?

IV. Mentalność

Podwórko

Patridioci i volksdeutsche. Uwagi o przemianach więzi narodowej we współczesnej Polsce

Wykluczanie jako postawa

Witaj, ściano!

Zespół pychy

Demokracja magiczna

Wiedza jako pomysły luzem

Społeczeństwo bezopiniowe

Latarnie są oświetlone

Indeks nazwisk

Wstęp

Większość tekstów zamieszczonych w tym tomie powstała w ostatnich latach, niektóre wcześniej. Podzieliłem je na cztery grupy: pierwsza dotyczy współczesnego polskiego konfliktu, druga - języka propagandy i porozumiewania się, trzecia - funkcjonowania elit politycznych w Polsce, czwarta - kultury obywatelskiej, nie tylko elit politycznych. Większość była już drukowana w krakowskim kwartalniku "Zdanie"; niektóre - te bardziej felietonowe - pod pseudonimem Józef Rozwadowski. W stosunku do pierwodruku wszystkie zostały nieznacznie poprawione.

Motyw światła to nie jedyny wątek, który mnie w tych tekstach interesuje. Ale jest ważny i dlatego wkradł się do tytułu. O latarniach wiadomo, że oświetlają - przy okazji także same siebie, czyli są oświetlane. Ale nie to ostatnie jest ich zadaniem, lecz oświetlanie otoczenia. W naszym życiu intelektualnym dominuje wsobność: staramy się oświetlać wyłącznie siebie, przede wszystkim walcząc z tymi Polakami, którzy też chcą oświetlać wyłącznie siebie, ale światłem o innym kolorze. Nie podobało się nam światło ze Wschodu, właściwie słusznie, było zbyt nachalne. Z radością zamieniliśmy je na światło z Zachodu, które jednak - wszystko na to wskazuje - właśnie przygasa na arenie cywilizacyjnej. W dodatku my do tego gasnącego światła z Zachodu dodaliśmy wiele cech wschodnich, co spowodowało, że należymy do Zachodu w tym samym sensie, w jakim szerszeń należy do gromady owadów dających miód. Chcieliśmy, by światło z Zachodu nas oświetliło. Ciągle czujemy się niewystarczająco oświetleni, zapominając o tym, że to właśnie my powinniśmy oświetlać tę przestrzeń między Odrą a Bugiem. Czynem, nie pustosłowiem, którego produkujemy w bród, a właściwie wyłącznie. Ale my jesteśmy przekonani, że nie nadajemy się do oświetlania czegokolwiek, i stanowi to samospełniające się proroctwo. A jeśli coś jest jasne, to znaczy, że zostało oświetlone. Z zewnątrz, nie przez nas. Jest to sytuacja niekomfortowa nawet dla tego, kto tej latarni potrzebuje jedynie po to, żeby się oprzeć o nią w chwili słabości. Taki człowiek też chciałby, żeby to światło było pewne, nasze, a nie narażone na wyłączenie w każdej chwili bez dania racji.

Główną tezą tych tekstów jest to, że tu chyba nie chodzi o pułapkę średniego rozwoju, raczej o pułapkę średniego charakteru. Właśnie charakteru, a nie umysłu. Czasem wydaje mi się, że nasze niegdysiejsze pianie na cześć przyjaźni polsko-radzieckiej oraz niedawne pianie na rzecz przyjaźni polsko-demokratycznej są kontynuacją mentalności ukształtowanej w czasach rozbiorów: żeby wreszcie ktoś wziął nas w trwałą opiekę, żebyśmy mogli nienawidzić się wzajemnie bez ponoszenia konsekwencji. Dlatego pisałem nie tylko o latarniach, także o kształtowaniu światów równoległych znacznie wcześniejszym niż światy smartfonowe. Także o tym, że żelazny uścisk tożsamości opartej na ideologii, tak ważny politycznie w okresie międzywojennym (nie w Polsce), dziś funkcjonuje także w naszym kraju. Także o antyrozwojowych cechach mentalności polityków, o gwałtach na sposobach komunikacji między ludźmi i o tym, że wrogowie - na przykład PiS i PO - mogą zgodnie przyczyniać się do upadku państwa. W sumie: usiłowałem jakoś zdiagnozować ten nasz wyższościowy kompleks niższości. Czytelnik osądzi, czy mi się to choćby trochę udało.

Bardzo dziękuję Pawłowi Kozłowskiemu za wiele cennych rozmów i za ten właśnie tytuł, który zaczerpnąłem z jego książki Niekiedy. Dziennik profesora nadzwyczajnego - kontynuacja. W czwartej części pod tytułem Mentalność Czytelnik znajdzie recenzję tej książki.

Neosarmatyzm, czyli my nie stąd1

Wzajemna nienawiść między Polakami rośnie i chyba nigdy wcześniej nie była tak wielka. Wewnętrzny konflikt zaczyna wyglądać podobnie jak w porewolucyjnej Rosji albo międzywojennej Hiszpanii. Na szczęście dzięki sytuacji międzynarodowej, a także - ciągle jeszcze! - dzięki niezależności sądów bilans ofiar nienawiści jest jak dotychczas nieporównanie łagodniejszy niż na przykład w okresie stalinowskim - ale: dlaczego właściwie tak się porobiło?

A przede wszystkim: to nie jest konflikt między społeczeństwem a władzą, lecz między dwiema grupami społeczeństwa. Polityka PiS jest akceptowana przez istotną część Polaków, których wcale nie boli fakt, że prowadzi ona do likwidowania demokracji. A przecież taki konflikt - jeśli nie jest rozwiązywany, a raczej wzmacniany przez rosnącą lawinę obelg i kłamstw - jest znacznie bardziej destrukcyjny niż konflikt między społeczeństwem a władzą, do czego Polacy są właściwie przyzwyczajeni. Dlaczego nawet najbardziej skrajne pomówienia i obelgi zyskują swoich zwolenników i kolporterów? We wzajemnych obelgach coraz częściej pojawiają się wątki typowe dla propagandy hitlerowskiej, jak na przykład naturalistyczne porównywanie przeciwników do robactwa (rozgniatanego, machającego rozpaczliwie czułkami itd.).

Myślę, że w latach 90. ubiegłego wieku nikt w Polsce nie spodziewał się, iż usłyszy z ust urzędującego, solidarnościowego ministra z życiorysem opozycyjnym, że "Lech Wałęsa to jeden z najgroźniejszych i najbardziej szkodliwych agentów bezpieki... to nazwisko jest symbolem zdrady" lub że grupa feministek, w większości młodych dziewczyn, zostanie określona jako "ubeckie psy" i że następnie potwarze te przejdą bez echa i istotnego sprzeciwu, wraz z setkami innych.

Nie ma konfliktów, w których sto procent winy znajduje się tylko po jednej stronie. Tak jest i tym razem. Z czegoś musi wynikać to, że w 1989 roku wszyscy wyborcy byli przeciwko komunie, a teraz trzydzieści-czterdzieści procent jest za komuną przemalowaną na katolicki autorytaryzm. Z czegoś również musi wynikać to, że ci ludzie widzą przecież nonsens rządów PiS i powszechny brak kompetencji (nie mówiąc o kulturze!) wśród rządzących, a jednak trwają przy swych sympatiach. W tym tekście stawiam tezę, że obie strony tego konfliktu przyczyniły się do jego wybuchu. Piszę tylko o winie strony "platformerskiej" (u mnie: inteligenckiej), bo wina tej drugiej strony jest jaśniejsza niż słońce i wiele już o niej napisano. Przyjmuję więc rolę advocati diaboli, nie tyle broniąc pogromców polskiej demokracji, co próbując wyjaśnić, skąd się wzięli i z czyjej winy.

Podkreślam jednak, że przez cały czas chodzić mi będzie o motywacje i postawy tych, którzy likwidację demokracji, czyli PiS, popierają i na PiS głosują, nie o tych, którzy tę likwidację realizują. Opis działalności tych ostatnich, czyli czołowych kadr PiS-u, wymaga podejścia wielodyscyplinarnego, w tym medycznego, wyjaśniającego wiele zjawisk, takich jak nieumiejętność i niechęć do uczenia się, oryginalny styl politycznej jazdy po bandzie, utożsamienie chamstwa z odzyskiwaniem godności, twórcze podejście do nowomowy, wyprzedzające podejście do walki politycznej (najpierw przeciwnikowi zarzucamy jakąś podłość, zaraz potem robimy to sami), nowoczesne rozumienie polityki jako wyłącznie walki o władzę i o wizerunek oraz sporo innych. Styl PiS-owskiej walki politycznej to zupełnie inny temat niż to, dlaczego PiS jest przez wiele osób popierany.

W juice barach w USA... (w barach owocowych)

W polskim konflikcie strona PiS-owska jest aktywnie nienawidząca i dąży do pełnej, niedemokratycznej władzy. Oczywiście ponosi ona pełną odpowiedzialność za obecne (połowa 2017 roku) napięcie w kraju i za bezprawne działania zmierzające do państwa jednopartyjnego. Ale większość strony przeciwnej, także ci uczestniczący w protestach, zachowuje się podobnie jak szlachta czekająca niegdyś na noże Jakuba Szeli: z niezrozumieniem i zdziwieniem. "Dlaczego już nie chcecie demokracji?" - pytają - "dlaczego popieracie psychopatów i kłamców?". Przeciwnicy państwa PiS trwają na pozycjach określonych stosunkowo niedawno przez Komitet Obrony Demokracji - pozycjach wyłącznego protestu, tyleż słusznego, co bezpłodnego. Chciałbym tym tekstem przyczynić się do zrozumienia, że samo obrzydzenie PiS-em nie wystarczy.

Od razu się zastrzegam, że nie uważam się za "symetrystę". Zgodnie z tym poglądem PiS - skądinąd żonglując pojęciem "dobrej zmiany" - robi te same błędy i niegodziwości, co wcześniej Platforma Obywatelska. Jedni są więc warci drugich i nie ma się co awanturować, bo tacy jesteśmy my, Polacy. Otóż, po pierwsze, nie jest to pogląd prawdziwy, gdyż PiS podniósł poziom zła i głupoty w życiu publicznym na znacznie wyższy poziom, choć niewątpliwie wcześniejsze rządy były kuźnią braku kultury politycznej, intelektualnej, obywatelskiej i moralnej. Po drugie, w ogóle nie o to mi chodzi, żeby wyliczać winy i zasługi oraz analizować "kto zaczął?", lecz o to, że w życiu Polaków jest stale obecna pewna szkodliwa tradycja pochodząca jeszcze z XVII-wiecznego sarmatyzmu.

Iwent (event, zdarzenie)

Neosarmatyzm. Główne przyczyny narastającego konfliktu polskiego dotyczą całego neoliberalnego świata, nie tylko Polski. Myślę tu przede wszystkim o wzroście nierówności społecznych odbieranych przez ludzi jako nieuzasadnione, gdyż niewynikające z zasług. Także o coraz większej sztywności struktury społecznej i typowo paretowskiej degeneracji elit, przy czym, inaczej niż wiek temu, nie wyłania się dla nich żadna sensowna alternatywa. Neosarmatyzm, czyli pewien odnowiony aspekt sarmatyzmu, jest natomiast czysto polskim dodatkiem do globalnych procesów powodujących utratę autorytetu elit władzy i zwrócenie się wielu ludzi ku politykom umiejącym z talentem przekonywać, że znają i kochają lud i na pewno go uszczęśliwią.

Sarmatyzm jako ideologia powszechna wśród szlachty ukształtował się w XVII wieku. Dotyczył zarówno kultury życia codziennego, jak przekonań politycznych, bardzo konserwatywnych, a nawet gospodarki. Tą jego częścią, która dotrwała do naszych czasów i którą nazywam neosarmatyzmem, było przekonanie "potomków Sarmatów", czyli szlachty, że "my nie stąd". Gwoli ścisłości: do naszych czasów dotrwały również inne elementy sarmatyzmu, na przykład zwrócenie się ku przeszłości i przekonanie, że rozliczać nas będą przodkowie, a nie wnuki - poglądy znaczące, obecne również dziś w życiu kraju. Nimi jednak nie będę się zajmował. Ideologowie sarmatyzmu uznali, że cała szlachta I Rzeczypospolitej pochodzi od Sarmatów, ludu pochodzenia irańskiego, który w połowie I tysiąclecia przywędrował do Europy znad Donu. Co ciekawe, współczesne metody badania migracji przez analizę DNA wcale nie wykluczają, że tak rzeczywiście było. Zwykle jednak takie najazdy kończą się roztopieniem kulturowym najeźdźców w masie ludności tubylczej, choć bywały też przypadki przeciwne (Hiszpanie w Nowym Świecie). W przypadku Sarmatów nie jest nawet jasne, czy zastali nad Wisłą jakąś ludność tubylczą, czy z czasem sami się nią stali. W XVII wieku przekonanie o ich "oddzielności", obcości wobec tubylców - czyli ludu, w tym przede wszystkim chłopów - i naturalnej wyższości nad nimi, uzasadnianej walecznością starożytnych Sarmatów, skutecznie zjednoczyło polską, litewską i ruską szlachtę Rzeczypospolitej. Niestety, przekonania te - nieco zawoalowane i pozbawione już terminologii sarmackiej - przetrwały do dziś, a ich obecna rola jest dużo mniej korzystna: dzielą, nie jednoczą. W skrócie - jest to przekonanie, że, po pierwsze, my, szlachta (dziś: inteligencja), jesteśmy nie stąd, po drugie, my jesteśmy lepsi, ergo - wszystko, co jest nie stąd, jest lepsze. Jest to, nawiasem mówiąc, rozumowanie umiarkowanie zgodne z regułami logiki, ale przecież w sprawach ideologicznych o logikę chodzi najmniej. Poza tym: ponieważ my jesteśmy lepsi, więc inni są gorsi i to akurat jest logiczne.

Hepi ałers (happy hours, piękny czas)

Po upadku I Rzeczypospolitej idea "my nie stąd" była raczej słabo widoczna, choć zauważa ją Bolesław Prus w Kronikach. Szlachta przekształcała się w inteligencję, nie rezygnując jednak z obowiązków rycerskich. Wiele zdarzeń z okresu rozbiorów i późniejszego (powstania, budowanie niepodległej II Rzeczpospolitej, walka podczas II wojny światowej, opozycja demokratyczna w PRL) zdaje się świadczyć na rzecz tezy wprost przeciwnej niż moja: że szlachta, a później inteligencja, była zawsze nastawiona bardziej patriotycznie niż reszta ludności, a więc jak najbardziej uważała się za należącą do tej ziemi. Także wiele dzieł literackich, różne elementy tradycji i obyczajowości świadczą o przywiązaniu polskich elit do ojczyzny. Ale to wszystko dotyczy okresów niewoli, lub - jak w PRL - wolności uważanej za zdecydowanie niewystarczającą. Prawidłowością w dziejach Polski jest przypływ miłości do ojczyzny, gdy brakuje niepodległości, oraz zdecydowana niechęć do niej, a co najmniej dystans ("w tym kraju"), gdy zdarzyło się jej być suwerenną i niepodległą. Skąd się ta postawa bierze - chyba nikt tego jeszcze nie wyjaśnił. Mamy do czynienia z dwoma niezależnymi nurtami w polskiej historii. Bywa, że przeważa ten patriotyczny, a nawet powstańczy, pięknie integrujący i będący później źródłem argumentów dla każdej ze zwaśnionych stron. Ale codzienność w czasach pokoju i rzeczywistej niepodległości to właśnie te zwaśnione strony.

Meatballsy z indyka (klopsiki)

Inteligencja była od końca XIX wieku grupą źródłową dla elit społecznych i politycznych; wcześniej taką grupą była szlachta. Właśnie z tej warstwy rekrutowała się znakomita większość osób należących do elity - tylko czasami, gdy z wykształceniem było nie najlepiej, skutecznie zastępowała je znajomość inteligenckich obyczajów i zachowań. Elita to grupa węższa; są to ci, którzy mają lub zasadnie spodziewają się mieć wysoką pozycję społeczną, a także władzę. Inteligencja jest grupą źródłową dla elit dlatego, że dzięki swym kwalifikacjom jest w stanie we współczesnych państwach prowadzić działalność wielkich organizacji społecznych - partii politycznych, stowarzyszeń zawodowych, organizacji przemysłowych itp., a także aparatu państwowego. Tak było - w ograniczonych rozmiarach - także w XIX wieku, gdy inteligencja polska nie uczestniczyła w działalności państwowej. Zresztą, z powodu posiadania odpowiednich kwalifikacji, inteligencja jest również w stanie przewodzić protestom przeciwko aktualnemu systemowi politycznemu.

Nowa inteligencja. Ekskluzywizm to skłonność do wyłączania z grupy. Na przykład elity mogą stwarzać bariery przynależności ambitnym członkom klas niższych - prawne, obyczajowe, towarzyskie, kulturowe. Skutkiem zamykania się elit na dopływ świeżych sił z tego samego społeczeństwa jest ich degeneracja i w końcu zastąpienie przez ekipę przewrotu lub rewolucji. Przeciwieństwem jest inkluzywizm, czyli gotowość danej grupy społecznej do włączania jednostek dotychczas do niej nienależących i nadawania im praw przynależnych członkom grupy. Szlachta I Rzeczypospolitej była bardzo inkluzywna, a nobilitacje były zjawiskiem częstym. Najpierw, jeszcze w XVI wieku, nobilitowanymi byli głównie Żydzi, potem przyszła kolej na mieszczan, a nawet chłopów. Sarmatyzm stworzył silną tradycję inkluzywizmu. Takie były już jego wstępne założenia: uczynić jedną grupę, szlachtę Rzeczypospolitej, z trzech różnych narodowo grup szlacheckich - polskiej, litewskiej i ukraińskiej.

Szczytowym momentem tego inkluzywizmu był okres po 1945 roku, kiedy to w wyniku wojny znaczna część polskiej inteligencji - w tym niemal wszyscy członkowie najwyższych elit - utracili życie lub znaleźli się na stałe poza Polską. Operację stworzenia nowej inteligencji powojenne władze przeprowadziły technicznie bardzo sprawnie. Ale to nie była taka sama inteligencja. Inkluzywizm po 1945 roku polegał na tym, że:

Brajan, Dżesika (Brian, Jessica, imiona nadawane dzieciom)

- do II wojny światowej istniała określona kultura postszlachecko-inteligencka, złożona, zawierająca stopniowo coraz więcej elementów pozytywistycznych, ale wciąż mocno akcentująca romantyczny patriotyzm i obronę ojczyzny;

- istniał również obraz tej kultury w oczach ludu jako przede wszystkim wielkopańskiej, pełnej lekceważenia wobec warstw niższych;

- gdy warstwa nosicieli tej kultury niemal znikła, zastąpił ją nowy, robotniczo-chłopski zaciąg złożony z ludzi, którzy zawsze chcieli "się wyrwać" - ze wsi, z oficyn, z biedy, z niskiej pozycji społecznej. Niektórzy wyrywali się już wcześniej, także na emigrację, pozostawiając w biedzie rodziców i mniej zaradne rodzeństwo. Ale po 1945 roku "wyrywanie się" wynikało ze świadomej polityki władz i miało charakter masowy;

- nowa inteligencja przejęła natychmiast kulturę warstwy, którą zastąpiła - jedynie jednak w tych aspektach, które znała i rozumiała, bo przejęcie całości z powodu braku tradycji rodzinnej było niewykonalne. Swoje obowiązki zawodowe nowa inteligencja traktowała poważnie, ale głównym, z mojego punktu widzenia, elementem przejętym było lekceważenie tych, którzy pozostali ludem. Ta nowa wielkopańskość była społecznie pusta, nieoparta na sile gospodarczej, politycznej czy kulturowej. Ale psychologicznie miała olbrzymie znaczenie. Dla obu stron.

Kołczing (coaching, doradztwo)

Nowy inteligent patrzył na sytuację jednostkowo, nie klasowo (tu błąd marksistów). Uznał, że "się wyrwał" (a nie "wyrwaliśmy się"), i odczuwał oczywistość postępowania zgodnego ze swoją wizją klasy, do której się dostał. Nie wiedział na przykład tego, że im wyższe są umiejętności i pozycja jednostki - dawniej często te dwie rzeczy szły w parze - tym mniej powinna ona wykazywać wielkopańskich dąsów, a więcej - poczucia służby. Nie wiedział bardzo wielu rzeczy; nie miał żadnych sensownych wzorów poza znanym z własnych doświadczeń oraz z literatury lekceważeniem i puszeniem się wobec tych "gorszych". Wiedział natomiast, że z wysokości swego inteligenckiego stanowiska będzie mógł robić to wszystko, czego ofiarą byli jego przodkowie, a może i on sam.

Inkluzywizm okresu powojennego nie polegał więc na tym, że pewna grupa społeczna włączyła do swego składu ludzi nowych, którzy przyjęli jej kulturę, ale na tym, że pewna kultura przetrwała niemal całkowitą fizyczną likwidację swych przedstawicieli, po czym pewien jej istotny aspekt został przejęty przez nowy zaciąg, a nazwa grupy i niektóre (wcale nie wszystkie!) jej funkcje przetrwały.

Cały współczesny świat rozwinięty jest strukturalnie coraz bardziej podobny do świata feudalnego (Herbert Marcuse nazywał to globalną wioską), o którym Józef Matuszewski (Tazbir 1978: 29) napisał: "rzecz typowa dla mentalności feudalnej, gdzie nie szacunek dla innych, lecz pogarda dla niższych była cechą dominującą". Tej pogardy i lekceważenia mamy we współczesnej Polsce bardzo wiele. Próba rozdzielenia na poziomie jednostki, kiedy skłonności do okazywania pogardy wynikają z pozostałości sarmatyzmu, a kiedy z procesów ogólniejszych, byłaby chyba skazana na porażkę. Dlatego poniżej zajmę się jedynie tymi zjawiskami z poziomu całego społeczeństwa, które - po roku 1989 - wyraźnie wpisują się w motywację "my nie stąd", "prawdziwe życie i prawdziwy świat są gdzie indziej".

Rezygnacja z rozważań na poziomie jednostki jest tym bardziej konieczna, że obie skonfliktowane grupy składają się z osób identyfikujących się z pewną tradycją, a niekoniecznie pochodzących z tej tradycji. Jak wiadomo, wiele osób opowiadających się po stronie ludu pochodziło z warstwy inteligenckiej, czyli taka niezgodność jest jak najbardziej możliwa. W dodatku ta identyfikacja w skali życia jednostki jest zmienna, co szczególnie dotyczy elit władzy zgodnie ze znanym stwierdzeniem Lecha Wałęsy, że "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". Personalnie mamy raczej do czynienia z wysokim stopniem płynności i wymiany międzygrupowej. Za to trwa, jak skała, struktura: potomkowie Sarmatów - potomkowie tubylców, lepsi - gorsi, elity - robole, lekceważący - lekceważeni, rządzący - rządzeni, mądrzejsi - głupsi, światowcy - tutejsi, panowie - ciemny lud, kultura - wiocha, my nie stąd - my stąd.

Jest to struktura odporna na wszelkie zmiany klasowe, cywilizacyjne czy polityczne. Jej trwałość dopuszcza jedynie zmiany nazw poszczególnych grup i zmiany deklarowanych (nie zawsze odczuwanych, a jeszcze rzadziej - sugerowanych przez teorie społeczne) przyczyn wzajemnej niechęci. Większość opisów struktury społecznej tworzonych przez socjologów ma wiele walorów wyjaśniających zjawiska na poziomie teorii, ale - moim zdaniem - nie odpowiadają one treści świadomości osób z ludu. Dla tych ostatnich powyżej zarysowany podział dwudzielny jest zasadniczy - może z tym wyjątkiem, że większość z nich nie słyszała o Sarmatach. Tę "lepszą" grupę będę w dalszym ciągu tego tekstu określał jako inteligencję, choć zdaję sobie sprawę, że odbiega to znacznie od dotychczas stosowanych definicji tej grupy. Zwykle jednak wpierw jest się inteligentem, a dopiero potem można stać się konserwatystą, socjalistą, nauczycielem, politykiem, artystą lub kimkolwiek innym, kto do swej działalności w każdym razie potrzebuje inteligenckiego wykształcenia. Dla ludu "onymi" są - bez zbędnej dokładności - "ci w górze", co praktycznie sprowadza się właśnie do inteligencji w moim, szerokim rozumieniu. O ile można mieć do powyższych uwag pewne zastrzeżenia, gdy chodzi o czasy dawniejsze, o tyle po II wojnie światowej, gdy socjalizm był doktrynalnie dążeniem do bezklasowości, "oni" to zawsze była inteligencja. Nie wyklucza to faktu, że dla znacznej części inteligencji "onymi" byli również inteligenci, chociaż inni. Ale zróżnicowaniami wewnątrz grupy inteligenckiej nie zajmuję się tutaj.

Parawaning (chodzi o parawany na plażach. Rzadki - na razie - przykład połączenia angielskiej fleksji z polskim rdzeniem. Czekam na czasowniki: jedzening, picing, pomniking. Ciekawie będzie przy czasownikach zwrotnych: mycing się - czy selfmycing?)

Ta struktura jest, jak sądzę, znacznie ważniejsza dla wyjaśniania polskiej historii, przynajmniej najnowszej, niż podziały uważane zwykle za zasadnicze: klasowe i warstwowe. Te ostatnie są określane mniej lub bardziej obiektywnie i dotyczą podstaw władzy. Natomiast mój podział odnosi się do tego, co jest duchową codziennością Polaków: lekceważenia, nawet agresywności na co dzień, demonstrowania władzy, nawet gdy się jej nie posiada, demonstrowania pod byle pozorem i wobec każdego spotkanego. Innymi słowy, chodzi tu nie o demonstrowanie wyższości uzasadnionej (zakładając, że w ogóle takie zachowanie godzi się uzasadniać!) wyższymi kwalifikacjami lub bogactwem, lecz o zjawiska czysto subiektywne. Dawniej świadomość bycia "lepszym", na przykład Sarmatą, dawała uprawnienia do lekceważenia "gorszych", na przykład chłopa lub mieszczanina. W miarę rozwoju kultury lekceważenia nastąpiło odwrócenie zależności przyczynowej i obecnie fakt zlekceważenia kogoś daje lekceważącemu poczucie, że jest "lepszy". Powszechna stała się w Polsce "kultura wyższości" polegająca - z niewielką być może przesadą - na tym, że ciągłe zaznaczanie swej wyższości jest silną i powszechną potrzebą psychologiczną, a z drugiej strony - źródłem wielu frustracji i konfliktów.

Ex occidente lux. Polska roku 1939 znajdowała się na znanej światu zachodniemu kapitalistycznej linii rozwojowej. Opóźnienie w stosunku do takich krajów jak Anglia czy Niemcy było znaczne, ale kierunek zmian był ten sam. Potem nastąpiły dwa wydarzenia, które do schematu rozwojowego wprowadziły poważne zaburzenie. Jedno - to olbrzymie straty inteligencji w wyniku II wojny światowej. Była to grupa, której kwalifikacje były do rozwoju konieczne, a nagle jej zabrakło. Wydarzenie drugie to zmiana ustrojowa w 1945 negująca wolnorynkowy schemat rozwojowy na rzecz centralistycznego. W rezultacie rok 1989 zastał Polskę w sytuacji, gdy różne elementy systemu społecznego nie pasowały do siebie: przemysł był o wiele bardziej rozwinięty niż efektywny, rolnictwo zacofane, ale niezbyt ekologiczne, oświata (dzięki zacofaniu!) znacznie lepsza niż w krajach rozwiniętych, system selekcji społecznej - deklaratywno-znajomościowy, nie merytoryczny (co miało swoje duże zalety!), nowa inteligencja sfrustrowana biurokratycznymi nonsensami i brakiem możliwości rozwoju, znacznie silniejsze w społeczeństwie poczucie swych praw niż obowiązków itd. Nad tym wszystkim wisiała czapa z ideologii tym bardziej denerwującej, że nikt jej nie traktował poważnie, co w przyszłości podważyło możliwości wszelkiej propagandy ideologicznej. Taka niezgodność nie jest w historii czymś dziwnym czy szczególnym. Właściwą reakcją winien być namysł nad sytuacją i podjęcie środków reformatorskich zgodnie z potrzebami kraju. I tego właśnie zabrakło. To dla nowej inteligencji okazało się za trudne, choć pokolenie wcześniej dawna inteligencja bez większego trudu poradziła sobie z zadaniem trochę podobnym: ze zintegrowaniem trzech oddzielnych kawałków różnych państw.

Komputerowy geek (maniak)

Imitacja, to jest to! Wszystkie partie polityczne działające po 1989 roku operowały w swych hasłach programowych ideologiami (neoliberalizm, chrześcijańska demokracja, monarchizm, nacjonalizm, socjalizm) powstałymi w innych warunkach, dla innych potrzeb i dla innych ludzi. Wszystkie nosiły piętno niedostosowania do sytuacji, w której znalazła się Europa pokomunistyczna. Skorzystaliśmy z okazji, żeby siedzieć cicho (w nawiązaniu do słów Jacques'a Chiraca), i nie stworzyliśmy żadnej idei politycznej dostosowanej do naszych, tak przecież szczególnych warunków i potrzeb (my, Europa pokomunistyczna, w tym my, Polacy). Pojęcie potrzeb kraju w ogóle znikło, nie było używane. Zostało zastąpione przez mimikrę, chęć wtopienia się w jakąś ideologię już istniejącą, ważną i dobrą, bo nie od nas pochodzącą. Nie była to reakcja zaskakująca - Andrzej Walicki w książce Zniewolony umysł po latach zwrócił uwagę, że już po 1956 roku zamiast odrodzenia polskiego życia społecznego i kulturalnego nastąpiła fala prozachodniego snobizmu. Ideologicznie mimikra oparta była na socjalistycznym przekonaniu, że istnieje ten jeden jedyny, właściwy, uniwersalnie słuszny ustrój społeczno-polityczny, choć, oczywiście, nie jest nim socjalizm, lecz coś innego.

Z wielu możliwych kierunków mimikry największe uznanie zyskał neoliberalizm posuwający się niekiedy aż do zanegowania własnego państwa w imię globalizacji. W ramach tego kierunku zdarzały się spory, którym drugim państwem ma być Polska: drugą Japonią, drugą Koreą, drugą Portugalią czy... i tak dalej (naliczyłem kiedyś tych drugich Polsk czternaście).

Walczymy z fake newsami (z kłamstwami prasowymi)

Zresztą, ten "drugizm" opierał się zawsze na bardzo powierzchownych podobieństwach i nierealnych, nieprzemyślanych postulatach; był wyrazem marzeń, by wyjechać, nie wyjeżdżając, a realnie - stawał się elementem propagandy, a nie jakichkolwiek usiłowań. Implementacja neoliberalizmu była pokazem przewidywanej bezradności. Propozycje nielicznych polskich ekonomistów - na przykład Tadeusza Kowalika - oparte na założeniu podmiotowości Polski i rozwoju nakierowanego na potrzeby - zostały odrzucone. Zamiast tego transformację realizowali zagraniczni eksperci niemający pojęcia o lokalnych uwarunkowaniach - te ostatnie zostały uznane za nieistotne, bo przecież najwspanialszy w świecie ustrój jest taki sam wszędzie i czołowi uczeni amerykańscy dadzą sobie radę równie dobrze w USA, jak w Polsce czy w Kenii. Formuła "tak jest na Zachodzie" była rozstrzygającym argumentem we wszystkich debatach. Bezradność i chęć kopiowania (właściwie należałoby napisać: małpowania, bo to kopiowanie było zupełnie inne niż niegdyś w Japonii: bezmyślne i powierzchowne) wyzierały z całej polityki wewnętrznej. Niestety, trzeba sobie powiedzieć, że tę politykę mimikry realizowały elity nowej inteligencji. Idea przynależności Polski do świata zachodniego, powszechnie w Polsce akceptowana, w wydaniu z 1989 roku zamieniła się w postulat, by Polska myślowo nie należała do siebie, by jej po prostu nie było. Skąd u potomków dumnej szlachty to dążenie do zjednoczenia bez reszty i bez sensu z cywilizacją stworzoną nie u nas, nie przez nas, nie dla nas? Czy wystarczającym wyjaśnieniem jest fakt, że potomków dumnej szlachty wśród nowej inteligencji już od dawna nie było?

Jeden z pierwszych start-upów... (nowych firm... Zauważmy, że "start-up", czyli słowo z języka postpolskiego, NPL, jest tu rodzaju męskiego, podczas gdy "firma" - żeńskiego)

Ideologia - to jest to! Zasadniczym - moim zdaniem - błędem było nie to, że wybrano niewłaściwą ideologię - neoliberalizm - ale to, że ideologię, a nie potrzeby społeczeństwa, uczyniono zasadniczym kryterium, co zresztą było powtórką po PRL. Ideologia stała się protezą sensu na co dzień, w każdej sprawie i znacznie silniej niż w RP, a nie podpowiedzią ogólnych kierunków dążeń w sprawach zasadniczych. Takie traktowanie ideologii oznacza, że decydenci nie mają żadnego rozeznania w sprawach, za które są odpowiedzialni, i jedyne kryterium działania, jakie przychodzi im do głowy, to ideologia. Na tej zasadzie w PRL likwidowano drobny handel czy małe zakłady wytwórcze, a w III RP - finansowanie kultury. Wydaje mi się jednak, że nie brak kompetencji był główną przyczyną tak silnego wszechpanowania ideologii, ale szczere przekonanie, że tylko tak można dojść do trwałego i stabilnego państwa powszechnej szczęśliwości w sensie platońskim albo komunistycznym.

I znów: decyzje te podejmowali rządzący, czyli - w oczach ludu - nie wróg klasowy, nie kapitaliści, nie demokraci, nie autokraci, nie wroga partia, nie cokolwiek innego lub ktokolwiek inny; czasem są to "oni", zawsze - inteligenci. Takie określenia, jak: burżuj, biurokrata czy liberał, pojawiają się wśród ludu tylko wskutek indoktrynacji prowadzonej przez zwolenników tej lub innej ideologii. Zresztą te wmuszane przekonania i pojęcia na ogół szybko zanikają. W odczuciu społecznym nie Unia Wolności czy Platforma Obywatelska, ale inteligenckie elity były przewodnikami na drodze ku Europie. Dla wszystkich było to oczywiste, bo właśnie inteligencja ma te umiejętności, które obecnie nazywane są kompetencjami kulturowymi. Kierunek marszu był powszechnie akceptowany, gdy chodzi o sprawy międzynarodowe: przynależność do NATO, Unii Europejskiej, uniezależnienie od Rosji. Gdy jednak chodziło o ustrój wewnętrzny, ta akceptacja była dużo mniejsza, o czym wyraźnie świadczą ówczesne badania ankietowe. Stan "Zachodu" (często znacznie bardziej wyobrażony niż rzeczywisty), czyli ideologiczna mimikra, był świętym punktem docelowym, a jakakolwiek różnica była traktowana jako patologia, jako nonsensowne szukanie jakiejś innej drogi, gdy sprawy są oczywiste. Swoją drogą, to jest ciekawy temat dla dobrego socjologa zachodniego: zbadać, czym różni się funkcjonowanie tego samego praktycznie zespołu zaleceń ideologicznych i regulacji prawnych (na przykład regulujących działanie wolnych mediów) tam - czyli na przykład w Anglii - i tu - czyli w Polsce. I czym różnią się rezultaty tego funkcjonowania. Bardzo byłbym ciekaw wyników takich badań.

Ta ideologiczna fiksacja była czasem zaskakująca: gdy w imię jedynie słusznej ideologii (czyli neoliberalizmu) rezygnowano z działań nakazywanych przez tę ideologię. Konkretnie: w początkach lat 90. środowiska ówczesnej Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego niemal oficjalnie ogłosiły, że w imię wspomagania akumulacji pierwotnej przymkną oko na przestępcze gromadzenie fortun. W ten sposób politycy uważający się za liberałów w imię wyznawanej ideologii zrezygnowali z tego, co według doktryny liberalnej jest jednym z podstawowych celów państwa: ochrony własności przedsiębiorców.

Cover, coverować, coverowanie, coverzysta (czyt. kower. Chodzi o okładkę czasopisma)

Bezradność ideową inteligencji widać też na przykładzie wielu tekstów i opracowań pochodzących wprost z pedagogiczno-psychologicznych koncepcji świata idealnego, zwykle powstałych w krajach zachodnich. Mówi się w nich, że Polsce potrzeba "integralnych, pełnych, twórczych osobowości", "twórczego podejścia do spraw kraju", "wytworzenia atrakcyjnego modelu wspólnotowości", "silnego przywództwa opartego na wartościach" itd. To pustosłowie nie zauważa niczego wokół: ani współczesnej polskiej kultury kierowania ludźmi, ani cech systemu oświatowego, ani cech systemu wychowania (coś takiego istnieje?), ani powszechności nastawienia elit politycznych na konflikt, nie na porozumienie. Nie zauważa nawet tego, że stawiając społeczeństwu tak piękne i dalekosiężne cele, warto byłoby choć chwilę zatrzymać się na środkach do nich prowadzących. Niestety, zarysowanie odległego celu, na ogół w postaci: "ma być dobrze", uważane jest za wystarczający dowód głębi umysłowej.

W procesie tak zwanej transformacji przyjęliśmy z własnej woli pozycję uczniaka, który jest wyłącznie konsumentem wiedzy i umiejętności powstałych gdzie indziej, podlizującego się przy tym ciału pedagogicznemu już naprawdę nieestetycznie. Przyjęliśmy, że wszystko, co dobre i ważne, przychodzi do nas z zewnątrz, oczywiście ex occidente. Nie tylko dobro liberalizmu, wzory rozwoju przemysłowego czy wzory regulacji prawnych. Oczekiwaliśmy decyzji, a przynajmniej ostatecznego zatwierdzenia naszych decyzji także w takich bieżących sprawach, jak działalność ks. Rydzyka (i prosiliśmy Watykan o potępienie go) czy sporne wyniki ekspertyz (na przykład dotyczących katastrofy smoleńskiej).

Najpiękniejsze fajerwerki ever (kiedykolwiek)

Demokracja jedynie formalna. Rok 1989 uznano za zamianę "prawdziwej demokracji", czyli socjalistycznej, na zwykłą. Powszechnie uważało się, że ta zwykła demokracja to coś znacznie lepszego i uczciwszego. (Jacek Fedorowicz pisał nawet, że w PRL słowo "prawdziwy" nabrało znaczenia logicznej negacji: prawdziwa demokracja to znaczy brak demokracji. Na marginesie: to znaczenie słowa "prawdziwy" funkcjonuje nadal!) Niestety, nie zauważyłem, by po 1989 roku decyzje ważne i wywołujące duży oddźwięk w społeczeństwie były podejmowane bardziej demokratycznie niż wcześniej. Owszem, były to decyzje polityków wybranych w rzeczywiście wolnych wyborach, ale takich, w których zwykle koło połowy Polaków nie widziało nikogo wartego poparcia, a reszta wybierała mniejsze zło, a nie większe dobro. Decyzje, takie na przykład jak prywatyzacja przemysłu, reprywatyzacja wielkiej własności, lustracja, dezubekizacja, pogrom w sferze nazw topograficznych czy choćby tylko nauczanie religii w szkołach, podejmowane były i są bez względu na opinię społeczną, bez względu na szybko ujawniające się złe skutki i na ogół z wyraźnym uprzywilejowaniem niebieskich ptaków. Tendencja ta bardzo nasiliła się za rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale zrodziła się grubo wcześniej. Dla ludzi, którzy życie polityczne jedynie obserwują, był to na pewno punkt ujemny dla rządzących, czyli dla inteligencji.

Porzucanie języka. Język stał się jednym z głównych sposobów zaznaczania swej życiowej orientacji na wyobrażoną zagranicę. Zaraz po 1989 roku zdarzały się w języku nowopolskim również konstrukcje francuskie i niemieckie. Obecnie - niemal wyłącznie spotykamy angielski. Jest to nie tylko przechwytywanie słów, także łączenie angielskiej fleksji z polskim słowem. O ile inwazja języka obcego jest zrozumiała, gdy chodzi o niepolskie wynalazki, o tyle zastępowanie językiem obcym słów istniejących w języku polskim może i tysiąc lat nie może być zrozumiane inaczej, jak wycofywanie się z własnej kultury. Interesujące jest, że straty ponosi tu także język rosyjski, który w Polsce pisany jest wyłącznie według wyobrażonej ortografii amerykańskiej ("Katyusha", "Yevtushencko"). Obecnie moda ta nie ogranicza się już do neosarmatów, jest chętnie przejmowana przez wszystkich. Czasem mam wrażenie, że Polska stała się terenem powszechnej ucieczki - ze wszystkiego prócz pieniędzy. W każdym razie z polskości.

Wycontentował (usunął z tekstu)

Niebywałe zupełnie zachwaszczenie współczesnego języka doczekało się ze strony językoznawców kilku interesujących i kompetentnych studiów. Myślę jednak, że mają one tę samą wadę, co niegdysiejsze studia nad socjalistyczną nowomową: mało wnikają w przyczyny powstawania takiego zjawiska i w ogóle nie interesują się jego skutkami.

Niektóre najbardziej osłupiające przykłady współczesnej polszczyzny - wszystkie wybrane z prasy i telewizji na ogół w ostatnich miesiącach i będące tam fragmentami tekstu z założenia polskiego - przytaczam w różnych miejscach tego artykułu.

Język jest głównym, bo najpowszechniejszym, ale nie jedynym elementem kultury porzucanym na rzecz pokracznych wyobrażeń kultury zachodniej (o ile w ogóle coś takiego jak "kultura zachodnia" istnieje). Dobrowolne porzucanie własnej kultury to zjawisko niezbadane przez socjologów. Szkoda, bo chyba w dziejach drugiego takiego przykładu nie będzie, a na pewno nie było.

Początek konfliktu. Dowodów na to, że PRL jedynie doktrynalnie była państwem robotników i chłopów, istniało wiele. Było to zresztą skomplikowane: zaraz po 1945 roku wydawało się, że komuniści rzeczywiście mają na względzie przede wszystkim interesy ludu (reforma rolna, nacjonalizacja wielkiej własności). Szybko jednak wyszło na jaw, że władza jest ważniejsza, a żelazne prawo oligarchii Michelsa działa. Natomiast w roku 1980 okazało się, że doktryna socjalistyczna weszła jednak w sferę świadomości o tyle, o ile PRL był okresem z grubsza odpowiadającym zachodnioeuropejskiemu budowaniu narodu ("nation building"). Błyskawicznie rosnąca "Solidarność" składała się ze wszystkich grup społecznych w proporcjach odpowiadających ich udziałowi w społeczeństwie. Ci, których inteligencja uznawała za "gorszych", potwierdzali w ten sposób swoje uczestnictwo w narodzie.

Szybko też okazało się, że dawne krzywdy nie zostały zapomniane. Już uczestnicy wydarzeń marcowych 1968 roku wspominali, że szokiem było dla nich stwierdzenie obojętności ze strony robotników (Siermiński 2016: 15). W roku 1981, podczas I Zjazdu "Solidarności", inteligencja przekonała się dużo mocniej, że znaczna część "warstw niższych" nie uznaje jej przewodnictwa, po prostu jej nie chce i jej nie ufa. Ugrupowania wrogie wobec opozycji pochodzenia inteligenckiego (głównie wobec Komitetu Obrony Robotników) istniały zresztą już wcześniej, a w stanie wojennym i później pojawiło się ich więcej, także wśród działaczy emigracyjnych. Charakterystyczną ich cechą była agresywność, czasem wręcz furia strony "prawicowej", pojawiające się nie wiadomo skąd i dlaczego przy wszystkich kontaktach - w każdym razie nie w odpowiedzi na działalność czy na argumenty. Oficjalnie powodem wrogości miało być to, że strona prawicowa (ROPCiO) określała się jako dążąca do niepodległości Polski, inteligencka zaś (KOR) - zdaniem przeciwników - starała się jedynie o małe, nieistotne reformy. Bardzo nieprzekonujące to było, a i nieprawdziwe, bo KOR słusznie uważał obywatelskie formy działalności za drogę ku niepodległości. W każdym razie nie była to różnica, która uzasadniałaby stopień okazywanej wrogości. Ponieważ socjalistyczne państwo uważało się za lewicowe, a działacze zbliżeni do KOR-u nie traktowali wszystkich PRL-owskich działaczy państwowych jako śmiertelnych wrogów, więc zostali przez prawicę nazwani lewicą, zresztą nie skarżyli się z tego powodu. Pewne, ale nie zasadnicze znaczenie miał tu fakt, że niektórzy z nich rzeczywiście zaczynali swe dorosłe życie od prorządowej lewicowości, czasem nawet w ramach PZPR. Automatycznie ugrupowania zbliżone do ROPCiO stały się prawicą. I tak zostało do dziś. Moim zdaniem określenia funkcjonujące obecnie (PiS = prawica, reszta = lewica) są w znacznej mierze przypadkowe, tłumaczą się szeregiem dość incydentalnych okoliczności z przeszłości, a nie rzeczywistą treścią ideologiczną. Świetnym tego przykładem była słabo już dziś istniejąca Konfederacja Polski Niepodległej, która uważała się za wzór prawicowości, ale jej program gospodarczy był kopią PRL-owskiego centralizmu.

Konflikt ten w postaci raz mniej, raz bardziej widocznej trwa przez całą III RP. W pewnym momencie Jarosław Kaczyński uświadomił sobie jego wagę i postanowił, oczywiście jedynie w sferze propagandowej, stanąć na czele strony antyinteligenckiej. I w końcu wygrał, a stało się to niezbyt prędko, bo wyborcy widzieli, że ideowo ma on może rację, ale rządzić PiS na pewno nie potrafi. I też mieli rację.

Wspólne hot miłosne (autor tego wyrażenia chciał pokazać, że zna przymiotnik "hot". Ale nie zna. Przetłumaczenie wyrażenia na angielski: "common hot of love" daje wyrażenie bez sensu)

Do tej pory nikt jasno nie powiedział, co właściwie jest przyczyną aż takiej ostrości tego konfliktu. Moim zdaniem chodzi o to, że inteligencja kontynuowała tradycje neosarmatyzmu i zlekceważyła resztę społeczeństwa. Przyjęła ją do narodu tylko o tyle, o ile narodu trzeba czasem bronić - na przykład w czasie wojny - ale już nie jako tych, których trzeba szanować jako współplemieńców. W rozwiniętych krajach zachodnich tego problemu nie było. Inteligencja powstawała z mieszczaństwa, które miało własną ideologię i własne cele. Do narodu nie przyjmowała inteligencja, naród tworzył się sam z istotną pomocą przemysłowców, którzy nie mieli nic przeciwko unarodowieniu chłopów, a rolą warstwy wykształconej było ideowe i oświatowe wspieranie tego procesu.

Patrząc na dzisiejszą propagandę PiS-u, nie możemy zrozumieć, jak w ogóle można wymyślić coś takiego, że dopiero od wyborów 2016 roku zaczęła się wolna Polska, a Jacek Kuroń i Lech Wałęsa to byli ubecy, którzy przy Okrągłym Stole uzgodnili z władzami PRL kontynuację komunizmu w nieco innej formie. A jednak są ludzie, może nawet niezakłamani wewnętrznie, którym taki pogląd jest bliski. Oto opis przypadku, pojedynczego, ale przekonany jestem, że w dużym stopniu reprezentatywnego: mężczyzna z wyższym wykształceniem, który całe swoje dorosłe życie poświęcił na działalność w ramach opozycji demokratycznej; otrzymał nawet za tę działalność wysokie odznaczenie państwowe, i to nie od władz PiS-owskich. Obecnie jest zaprzysięgłym zwolennikiem "dobrej zmiany". Dla niego rozróżnienia w obrębie pojęć: lewica, komuniści, prawdziwi Polacy, prawica - nie mają sensu i są elementem tej lub innej propagandy. Ważne jest to, że w 1989 roku władzę objęła inteligencja, czyli zastąpiono jednych inteligentów drugimi - z jego punktu widzenia nie była to żadna zmiana. Wszystkie zmiany po 1989 były jego zdaniem nie najistotniejsze lub szkodliwe. Te pierwsze to zaopatrzenie sklepów i łatwość wyjazdu z kraju. Te drugie to przede wszystkim wyzbycie się przez państwo prerogatyw gospodarczych, oddanie w ręce prywatne tego, co większość społeczeństwa uważała za własność wspólną, oraz kontynuacja lekceważącego stosunku "lepszych" wobec "gorszych". (Nie brał on pod uwagę tego, że obecnie mamy już raczej w Polsce do czynienia z kulturą lekceważenia, czyli z okazywaniem go zawsze, gdy jest to możliwe, także przez osoby o względnie niskiej pozycji społecznej). Ten człowiek miał autentyczne poczucie, że jemu osobiście odebrano własność, choć w PRL nie miał przecież na nią żadnego wpływu i w żaden sposób nie był traktowany jako współwłaściciel. Uważał tak dlatego, że - pochodząc ze wsi - swoją działalnością antykomunistyczną wdarł się siłą do narodu i poczuł się jego pełnoprawnym członkiem - w dodatku po roku 1989 znów, po raz któryś z rzędu, zlekceważonym i oszukanym przez inteligentów. Jak widać, można i w ten sposób patrzeć na niedawną polską historię.

Twój private banking (konto prywatne)

Inni wdzierali się siłą do narodu swą działalnością w ramach struktur komunistycznych. Różne były drogi, ale zawsze to zyskiwanie godności odbywało się przeciwko inteligencji. Niestety, najczęściej kończyło się na dostosowaniu się do inteligencji pod względem tej najmniej przyjemnej cechy: pogardliwości wobec "gorszych". Stan ducha tych ostatnich najlepiej odzwierciedla znane hasło: "Teraz, kur..., my". Powstało ono w czasach Akcji Wyborczej "Solidarność" i mówiło się wtedy, że głoszą je ci, "którzy kręcili korbą" - było to nawiązanie do prac fizycznych w wydawnictwach podziemnych. To hasło nie było bezczelnym wpychaniem się do elit ludzi, którzy na to nie zasługują. Było raczej skorzystaniem z wadliwie działającej demokracji i wpychaniem się do narodu i do współodpowiedzialności za niego. Niestety, nieudanej, bo niekompetentnej, pełnej głupoty i zgodnej z przekonaniem, że nie jest ważne, jak się rządzi, tylko kto rządzi. Ale czy mogło być inaczej?

Samolikwidacja polskiej inteligencji. To wdzieranie się było o tyle stopniowo coraz łatwiejsze, że inteligencja (ta nowa!) już nie bardzo istniała. Coraz mniej jest w Polsce takich zawodów inteligenckich, które są naprawdę potrzebne. Sprzedając koncernom znaczną część przemysłu, władze, czyli inteligencja, dokonały w pewnym sensie samolikwidacji. Inteligencja techniczna jest przecież niepotrzebna w kraju, który z własnej chęci przyjął w stosunku do innych krajów funkcję odbiorcy przestarzałych technologii oraz rezerwuaru taniej siły roboczej. Obecnie wszyscy specjaliści, nie tylko technicy, albo w ogóle nie są potrzebni, albo w znacznie mniejszej skali i tylko do przystosowywania rozwiązań importowanych z krajów rozwiniętych, a nie do tworzenia własnych. Inteligencja humanistyczna jest również niepotrzebna w świecie o idealnym, neoliberalnym ustroju. Kolejne wielkie katastrofy po 1989 roku: wielkie bezrobocie, wielka emigracja, denność parlamentu jako źródła prawa, zajmowanie się przez rządzących małymi zemstami na przeciwnikach i na PRL, katastrofa smoleńska, cyrk smoleński, początki faszyzacji kraju, zrynsztokowienie życia publicznego i wiele innych wydarzeń - żadne nie spotkały się ze strony inteligencji z właściwą reakcją. Na ogół nie było żadnej reakcji, czasem była radość motywowana ideowo ("dzięki bezrobociu nauczą się wreszcie cenić pracę"). Zanikły też dyskusje prasowe nad ważnymi tematami, a nieliczne zauważane ważne tematy - jak na przykład społeczne usytuowanie osób homoseksualnych - są regulowane zgodnie z aktualnie posiadaną władzą z towarzyszeniem wyzwisk o treści ideologicznej. Większość tak zwanych zwykłych ludzi zadaje sobie pytanie, po co ci inteligenci są, jeśli ich faktycznie nie ma. (Jednocześnie resztki inteligencji są przekonane, że "ciemnemu ludowi" taki stan spraw bardzo się podoba. A to nieprawda). Nie widać też ani usiłowań wyłonienia alternatywnej elity politycznej - bo obecną opozycję trudno traktować poważnie - ani usiłowań oparcia protestów rozpoczętych przez Komitet Obrony Demokracji o poważną ekipę personalną, przewodzącą im organizacyjnie. To również jest zadanie dla inteligencji, która tego jednak nie zauważa.

Poczucie porzucenia. Nie jest tak, że zbędność inteligencji jest dla ludzi jedynie beznamiętną konstatacją. Jest to raczej stwierdzenie, czasem może jedynie niejasne odczucie, że kraj pozbawiony jest kierownictwa. TKM-owcy skorzystali z okazji i wdarli się, z marnym zresztą skutkiem, a nieporównanie liczniejsza reszta żyła i żyje w poczuciu, że nie ma elit, które są w stanie prowadzić sprawy kraju. W innych krajach - a wcześniej i u nas - wielu członków tych elit to byli ludzie pyszałkowaci, nadmiernie wynagradzani, niesympatyczni, często nieuczciwie korzystający ze swych możliwości. Podlegali żelaznemu prawu oligarchii i wszystkim innym prawom socjologicznym opisującym, jak to elity działają w końcu wyłącznie we własnym interesie. Tylko że właśnie we własnym interesie ludzie ci starali się prowadzić kraj możliwie najlepiej. A obecnie ich nie ma. Elit, które prowadzą kraj w wyśnionym i wymarzonym interesie całego ludu - też jakoś nie ma.

Poczucie porzucenia i chaosu jest tym silniejsze, że z punktu widzenia obywatela, nieczującego związku z władzą, rządzących obchodzą wyłącznie nierozumne kłótnie, wynajdywanie lub fabrykowanie wzajemnych zarzutów i małe, osobiste zemsty na esbekach. Atmosfera bezustannego konfliktu o sprawy dziesięciorzędne albo wręcz nieistniejące tworzy w społeczeństwie przekonanie, że sprawami poważnymi nie zajmuje się nikt. Opozycja działa tak, by ten brak wciąż podkreślać. Niemałą rolę odgrywają tu media, dla których normalna, zawodowa działalność polityka, jeśli nawet coś takiego się zdarzy, nie jest interesująca. Obywatelom potrzebna jest świadomość, że w ich kraju jakaś grupa ludzi panuje nad całością. Tej świadomości nie ma, więc trudno dziwić się, że głosy wyborcze padają na ludzi obiecujących, że opanują sytuację. I nic dziwnego, że w takiej sytuacji wygrywa partia, która nawiązując do PRL, daje do zrozumienia, że zakończy ten jarmark uniemożliwiający rządzenie. Krytycy obecnej bierności społeczeństwa oraz wysokiej popularności PiS-u są przekonani, że chodzi tu o brak intelektualny, o niezrozumienie wśród ludu, że działania PiS-u likwidują demokrację. Moim zdaniem ludzie popierający tę partię doskonale to wiedzą, ale doszli do wniosku, że demokracja w Polsce oznacza karczemność i głupotę, więc lepiej już, by jej nie było. A że obietnice zlikwidowania karczemności i głupoty były tylko propagandą przedwyborczą - już wkrótce wyborcy PiS i to zrozumieją, jeśli już się to nie stało. Mimo że to właśnie PiS suwerennie i bez nacisków "z Zachodu" podjął pierwszą po 1989 roku decyzję wewnętrzną dotyczącą znacznej części społeczeństwa i powszechnie pozytywnie ocenianą, czyli 500+.

Mystery shopping (sprawdzanie jakości obsługi)

Popularność Prawa i Sprawiedliwości to protest przeciwko niewidoczności inteligencji i poczuciu staczania się kraju.

Na całym świecie, we wszystkich krajach są ludzie, o których znany polski aktor niedawno powiedział: "mieliśmy ukryte to burakostwo. I to całe nieudacznictwo, brak kultury, ogłady, inteligencji. To, co tak skrzętnie ukrywaliśmy, wylało się i nami zawłaszcza". Ale na całym świecie są warstwy, które temu "burakostwu" dają poczucie, że mogą być spokojni, że są ludzie, którzy wiedzą, jak prowadzić kraj. A poza tym nigdzie na świecie ci ostatni nie wstydzą się tak tego "burakostwa" i skrzętnie go nie ukrywają, bo i tak wszyscy wiedzą, że ono jest; wstydem i prowincjonalnością nie jest jego istnienie, tylko jego skrzętne ukrywanie. Jedną z funkcji kultury wysokiej jest dawanie poczucia tym, którzy nie są jej konsumentami, że "gdzieś tam są ludzie mądrzejsi ode mnie, mogę być spokojny". U nas takich ludzi nie widać, bo tak zrozumieliśmy demokrację. Charles Wright Mills (1961: 27) pisał o istniejącej w społeczeństwie amerykańskim wierze, że "MY jako naród możemy w decydujący sposób kształtować swoją przyszłość, ale MY jako jednostki tego nie potrafimy". Otóż w Polsce tego pierwszego przekonania również zabrakło, bo znikli ludzie, których zawsze uważało się za odpowiedzialnych za podtrzymywanie tego świętego ognia. Inteligencja zanegowała lud na płaszczyźnie godnościowej. Uznała się za ludzi lepszych, ludzi "nie stąd", "ludzi ponad" i w ten sposób dokonała autokasacji. Skutki tego są i będą widoczne przede wszystkim na płaszczyźnie politycznej.

Literatura

Siermiński M., 2016, Dekada przełomu. Polska lewica opozycyjna 1968-1970, Książka i Prasa, Warszawa.

Tazbir J., 1978, Kultura szlachecka w Polsce, Wiedza Powszechna, Warszawa.

Wright Mills C., 1961, Elita władzy, Książka i Wiedza, Warszawa.

1 Publikowane w kwartalniku "Zdanie" 2017, nr 3-4 (174-175), s. 33-40.

Spis nazwisk

Adamowicz Paweł

Adamski Władysław

Albert Michel

Anderson Benedict

Ariizumi Toru

Babiš Andrej

Balcerowicz Leszek

Banfield Edward

Bannon Steve

Bauman Zygmunt

Benda Julien

Bieleń Stanisław

Binienda Wiesław

Błaszczak Mariusz

Boski Paweł

Brown R.

Brubaker Rogers

Brzeziński Zbigniew

Ceauşescu Nicolae

Chałubiński Mirosław

Chirac Jacques

Chmielewski Piotr

Connor Walker

Cooley Charles Horton

Coser Lewis

Cwalina Wojciech

Cyceron (Marcus Tullius Cicero)

Czapiński Janusz

Czarnecki Ryszard

Czarnek Przemysław

Czarnowski Stefan

Dmowski Roman

Duda Andrzej

Dunin Kinga

Einstein Albert

Ellul Jacques

Erikson Erik

Falandysz Lech

Falkowski Andrzej

Fedorowicz Jacek

Fein Helen

Felice Renzo de

Freud Zygmunt

Fukuyama Francis

Gaulle Charles André de

Geremek Bronisław

Gierek Edward

Giffen Robert

Gliński Piotr

Gocłowski Tadeusz

Goffman Erving

Gomułka Władysław

Hampden-Turner Charles

Hayek Friedrich August von

Hegel Georg Wilhelm Friedrich

Hitler Adolf

Horowitz Donald L.

Huntington Samuel

Jahoda Marie

Janajew Giennadij I.

Jarosz Maria

Jaruzelski Wojciech

Jasińska-Kania Aleksandra

Kaczyński Jarosław

Kaczyński Lech

Kaligula (Caius Iulius Caesar Germanicus Caligula)

Kamiński Mariusz

Karsh Bernard

Kępiński Antoni

Klawonn Weronika

Kliszko Zenon

Kłoskowska Antonina

Kołakowski Leszek

Komorowski Bronisław

Kopacz Ewa

Korczak Janusz

Kościuszko Tadeusz

Kowalik Tadeusz

Kozakiewicz Władysław

Kozłowski Paweł

Kozłowski Sławomir

Krauze Tadeusz

Krzywicki Ludwik

Kukiz Paweł

Kula Henryk

Kuper Leo

Kuroń Jacek

Kurski Jacek

Kwaśniewski Aleksander

Lasek Maciej

Lazarsfeld Paul

Le Corbusier (właśc. Charles-Édouard Jeanneret)

Le Pen Marine

Lem Stanisław

Lenin Włodzimierz

Leonard Mark

Levine Solomon B.

Liehm Antonin

Łodziński Sławomir

Łukowski Wojciech

Machiavelli Niccol?

Macierewicz Antoni

Madej Zbigniew

Madison James

Maffesoli Michel

Marcuse Herbert

Markiewicz Wojciech

Marks Karol

Marshall George

Marszałek Robert

Martin Hans-Peter

Matuszewski Józef

Mazowiecki Tadeusz

Mead George Herbert

Melchior Małgorzata

Michalik Józef

Michels Robert

Mieszko I, książę

Miller Leszek

Miłosz Czesław

Modzelewski Karol

Mokrzycki Edmund

Mołotow Wiaczesław M.

Morawiecki Mateusz

Mrożek Sławomir

Muras Magdalena

Nergal (właśc. Adam Darski)

Nowak Maciej

Nowicka Ewa

Oberschall Anthony

Okochi Kazuo

Orban Viktor

Orwell George

Osama Bin Laden

Ossowski Stanisław

Owen David

Owsiak Jerzy

Paderewski Ignacy Jan

Panek Tomasz

Pawlik Wojciech

Pawłowicz Krystyna

Pieronek Tadeusz

Pilecki Witold

Pinochet Augusto

Piotrowicz Stanisław

Płażyński Kacper

Post Jerrold

Prus Bolesław

Przyłębska Julia

Ptasiewicz Zbigniew

Putin Władimir W.

Ribbentrop Joachim von

Robins Robert S.

Romaniszyn Krystyna

Rougemont Denis de

Rozwadowski Józef

Rydzyk Tadeusz

Ryszka Franciszek

Rywin Lew

Sadura Przemysław

Sartre Jean-Paul

Schetyna Grzegorz

Schopenhauer Artur

Schumann Harald

Shils Edward

Shlapentokh  Vladimir E.

Sienkiewicz Bartłomiej

Siermiński Michał

Smith Anthony

Spencer Diana

Stalin Józef (właśc. Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili) 

Suski Marek

Šustrová Petruška

Szczerski Krzysztof

Szela Jakub

Szulczewski Michał

Szumowski Łukasz

Środa Magdalena

Tabin Marek

Tajfel Henri

Tarczyński Dominik

Tarkowska Elżbieta

Tazbir Janusz

Thun Róża

Torańska Teresa

Trompenaars Alfons

Trump Donald

Trzaskowski Rafał

Turner John C.

Turski Marian

Tusk Donald

Tym Stanisław

Urban Jerzy

Versace Giovanni Maria

Walicki Andrzej

Wałęsa Lech

Weber Max

Weil Simone

Wesołowski Włodzimierz

Wright Mills Charles

Wróblewski Michał

Wylie Christopher

Yamazaki Małgorzata

Zalewska Anna

Zawadzki Bohdan

Zeisel Hans

Ziobro Zbigniew

Znaniecki Florian

Żalek Jacek