Latarnicy - Emma Stonex

Kup ebooka

39.99 zł
21.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5

HELEN

No to zaczynamy, pomyślała, patrząc, jak mężczyzna kawałek dalej parkuje samochód, butelkowozielonego morrisa minora z rurą wydechową sterczącą z tyłu jak przekrzywiona fajka. Helen zastanawiała się, dlaczego on czymś takim jeździ. Musi być przecież bogaty, jeśli wierzyć informacjom o jego książkach: pierwsze miejsca na listach bestsellerów i tak dalej.

Od razu go zauważyła, chociaż przez telefon nie podał żadnego opisu. Może powinna była go o to poprosić, bo przecież trzeba uważać z wpuszczaniem obcych do domu. Ale to musiał być on. Miał na sobie granatową dwurzędową kurtkę marynarską, a na twarzy przyklejony na stałe wyraz skupienia i namysłu, jakby całymi dniami ślęczał nad naukowymi rękopisami, które nie chciały zdradzić mu swoich tajemnic. Był młodszy, niż się spodziewała, nie miał nawet czterdziestki.

- Odczep się - powiedziała Helen nieuważnie, czując muśnięcie psich wąsów na dłoni. - Potem cię wyprowadzę. - Pójdzie do lasku, przegoni ją przez mokrą, lepką ściółkę. Uspokoiła ją ta wizja, myśl, że będzie coś "potem".

Pisarz nosił parcianą torbę, Helen oczyma duszy widziała, że jest pełna paragonów i zapalniczek; wyobrażała sobie, że facet nigdy nie ścieli łóżka i pozwala kotom spać na kuchennym blacie. Na śniadanie zjadł pewnie płatki Weetabix, wysypane do miseczki z rozerwanego kartonu, ale skończyło mu się mleko, więc zalał je wodą z kranu. Zapalił papierosa, pogrążając się w rozmyślaniach o Maiden Rock i notując pytania, które chciał jej zadać.

Po tylu latach nadal to robiła. Dokonywała oceny na oko, zanim miała okazję skorzystać z innych zmysłów, poddawała temu testowi każdą nowo poznaną osobę. Czy ta osoba kogoś straciła tak jak ona? Czy rozumie, jak to jest? Czy stoi po tej samej stronie okna co ona, czy po przeciwnej, niewiarygodnie odległej? Uznała, że w jego przypadku nie ma to większego znaczenia - w końcu pisarz może sobie wyobrazić uczucie straty.

Ale czy na pewno? Helen była dość sceptyczna, czy rzeczywiście uda mu się wyobrazić sobie niewyobrażalne. Dla niej to uczucie było spadaniem. Nieważkością. Niedowierzaniem. Czekaniem, aż ktoś ją złapie, ale nikt nie łapał, ciągnęło się to przez wiele lat i spadała, i nie pojawiały się żadne rozwiązania, brakowało jasności i poczucia domknięcia, zakończenia jakiegoś etapu. W psychologii określa się to angielskim terminem closure, ostatnimi czasy bardzo modnym i nadużywanym przez wszystkich, którym posypał się związek albo stracili pracę, a ona zawsze wtedy myślała, że z takimi zdarzeniami stosunkowo łatwo sobie poradzić; nie spychały człowieka w przepaść bez dna. A tak właśnie było stracić kogoś, kto rozpłynął się w powietrzu. Żadnego śladu, żadnej przyczyny, żadnej wskazówki. Jak mógłby to wszystko zrozumieć Dan Sharp interesujący się okrętami wojennymi, bronią i pijakami z doków?

Marzyła o tym, by nawiązać kontakt z innymi osobami takimi jak ona: rozpoznać ich i w zamian także zostać rozpoznaną. Potrafiłaby wyczytać stratę z ich twarzy, to nie takie oczywiste, jakąś gorycz czy rezygnację, te upiory, od których już tak długo starała się uwolnić. Powiedziałaby: "Rozumiesz, prawda? Ty rozumiesz", nie wiadomo, co usłyszałaby w odpowiedzi, ale jeśli nie miałoby wyniknąć z tego nic dobrego, jakaś życzliwość i zrozumienie, to po co to wszystko?

Tymczasem upiory nadal czaiły się między ubraniami w szafie, dostawała dreszczy, kiedy ubierała się rano, albo widywała je przykucnięte w kątach, skubiące skórę z kciuków. Nie miała pewności, mówili terapeuci (dawno już u żadnego nie była), a pewność to choćby milimetr, o który można się zaczepić końcami paznokci.

No to idzie, otwiera już furtkę. Zamknął ją za sobą, nie bez trudności, bo zasuwka zardzewiała. Radio w kuchni grało Scarborough Fair; Helen czuła się nieco otumaniona melancholijną piosenką, wzmiankami o morskiej toni i batystowej koszuli, raczej gorzką niż słodką historią prawdziwej miłości. Od czasu do czasu pojawiały się jej w głowie dzikie myśli na temat Arthura i pozostałych, ale w zasadzie nauczyła się je okiełznywać. Jakież tajemnice mogłaby zdradzić latarnia morska? Ich sekrety zostały pochowane pod wodą, tak jak jej.

Helen pamiętała męża we fragmentach, unosiły się na wietrze niczym liście wpadające do kuchni przez tylne wyjście. Czasem udawało jej się jedno takie wspomnienie złapać i porządnie mu się przyjrzeć, ale zwykle tylko patrzyła na te liście, unoszone przez wiatr wokół jej stóp, i zastanawiała się, jakim cudem znajdzie w sobie energię, żeby je pozamiatać.

Po stracie świat się wcale nie zmienił. Nadal powstawały piosenki. Czytano książki. Wojny toczyły się dalej. Pary kłóciły się nad wózkami przed Tesco, po czym wsiadały do samochodu, mocno trzaskając drzwiami. Życie się odradzało, wciąż od nowa, bez cienia współczucia. Czas płynął swoim zwykłym rytmem, przypływy i odpływy, początki i końce, rozsądne progresje, które wszystko stabilizowały, ani myśląc o gwizdaniu w lesie na obrzeżach miasteczka. Zaczęło się jako gwizd wydobywający się z suchych warg. Przez lata się wyostrzył, przerodził w pogodny, nieprzerwany dźwięk.

Rozległ się i teraz, wraz z dźwiękiem dzwonka. Helen wsadziła ręce do kieszeni kardiganu i zaczęła się bawić paproszkami. Lubiła to uczucie, kiedy wciskała utoczoną kulkę pod sam paznokieć - ból, ale niezupełnie bolesny.

6

HELEN

Proszę wchodzić. Proszę, zapraszam. Przepraszam za bałagan. Miło z pana strony, ale nie ma co zaprzeczać, naprawdę straszny tu nieporządek. Napije się pan herbaty, kawy? Herbaty, cudownie - z mlekiem i cukrem? No tak, w dzisiejszych czasach wszyscy taką piją. Moja babcia pijała czarną z plasterkiem cytryny, teraz rzadko ktoś taką lubi. Ciasta? Przykro mi, kupne.

Czyli jest pan pisarzem, tak? Fascynujące. Nigdy jeszcze żadnego nie spotkałam. Ludzie często mówią, że każdy mógłby napisać książkę. Sama też o tym myślałam, ale żadna ze mnie pisarka - potrafię wymyślić, co chciałabym napisać, ale trudno przekazać to innym. W tym chyba tkwi sedno. Po śmierci Arthura wszyscy mówili, że dobrze by mi zrobiło przelanie uczuć na papier, żeby wyrzucić je z głowy. Sam jest pan twórcą, więc pewnie wierzy pan, że tego rodzaju zajęcia wzbogacają człowieka, prawda? No ale w końcu nigdy niczego nie napisałam. Nie wiem, czy chciałabym, żeby obcy ludzie czytali cokolwiek, co mogłabym napisać.

Dwadzieścia lat! Mój Boże, trudno uwierzyć. Mogłabym zapytać, dlaczego zdecydował się pan na ten temat? Jeśli liczy pan na to, że mój mąż był jak ci macho z pańskich książek, a ja uraczę pana opowieścią o misjach, katastrofach morskich i tak dalej, to muszę pana rozczarować.

Owszem, to intrygująca sprawa, jeśli słuchać pogłosek. Ja jednak tkwiłam w samym jej środku, bardzo blisko jądra, więc nie postrzegam jej w ten sposób. Ależ nie, niech pan nie przeprasza, naprawdę. Nie mam nic przeciwko rozmawianiu o Arthurze, dzięki temu czuję, jakby ciągle przy mnie był. Gdybym próbowała udawać, że nic się nie wydarzyło, już wiele lat temu napytałabym sobie biedy. Nie można uciekać od tego, co nas w życiu spotyka.

Przez te lata nasłuchałam się wszystkich możliwych teorii. Arthura porwali kosmici. Zamordowali go piraci. Szantażowali przemytnicy. Pozabijał pozostałych latarników albo oni zabili jego, potem siebie nawzajem, a na koniec popełnili samobójstwo - poszło o jakąś kobietę, o długi albo o wyrzuconą na skałę skrzynię pełną skarbów. Nawiedzały ich duchy albo uprowadziły władze. Grozili im szpiedzy albo pożarły ich węże morskie. Wpadli w obłęd, wszyscy albo przynajmniej jeden. Mieli drugie, sekretne życie, o którym nikt nie wiedział, majątek zakopany na plantacjach w Ameryce Południowej, oznaczony krzyżykiem na mapie. Popłynęli do Timbuktu i tak im się tam spodobało, że już nie wrócili... Kiedy dwa lata później zaginął ten cały lord Lucan, niektórzy mówili, że pojechał spotkać się z Arthurem i resztą na jakiejś bezludnej wyspie, przypuszczalnie razem z tymi wszystkimi biedakami, którzy zaplątali się w Trójkąt Bermudzki. No błagam! Pan na pewno wolałby historię tego typu, ale to przecież totalny absurd. Nie jesteśmy w pańskim świecie, tylko w moim, a to nie jest żaden thriller, tylko moje życie.

Pięć minut wystarczy? Chodzi mi o ciasto - gdyby było zegarem, to ukroiłabym panu kawałek wielkości pięciu minut. W takim razie proszę podać talerzyk. Proszę bardzo. Muszę przyznać, że nigdy nie miałam ręki do wypieków. Uważa się, że to zajęcie dla kobiet, chociaż sama nie wiem czemu. Arthur radził sobie lepiej niż ja. Wiedział pan, że uczyli ich pieczenia chleba? Kandydaci na latarników uczą się najróżniejszych przydatnych umiejętności.

Ze wszystkich wież latarnianych najbardziej podoba mi się nazwa Bishop. Brzmi jakoś tak godnie, majestatycznie. Z jednej strony myśli się o biskupie, z drugiej o figurze gońca w szachach. Arthur był świetnym szachistą, dlatego też nigdy z nim nie grałam, bo oboje lubiliśmy wygrywać, żadne z nas nie chciało się poddać drugiemu. Jako latarnik musiał lubić karty i inne gry towarzyskie, bo mają tam przecież strasznie dużo wolnego czasu. Poza tym taka partyjka w cribbage czy remika pomaga budować więzi. No i herbata! Jeśli taki latarnik na pewno się na czymś zna, to na piciu herbaty. Wypijali nawet po trzydzieści filiżanek dziennie. W wielu stacjach jedyna obowiązująca zasada brzmiała: jeśli jesteś w kuchni, to robisz herbatę dla wszystkich.

Latarnicy i ich bliscy to najzwyklejsi ludzie. Przekona się pan o tym i mam nadzieję, że nie będzie pan rozczarowany. Ludzie z zewnątrz myślą, że to jakaś mistyczna służba, bo jesteśmy raczej zamknięci. Wyobrażają sobie, że małżeństwo z latarnikiem to ekscytujące życie w aurze tajemnicy, ale to nieprawda. Gdybym miała to jakoś streścić, powiedziałabym, że trzeba się przygotować na długie okresy rozłąki i krótkie, bardzo intensywne okresy spędzania czasu razem. Te intensywne przypominają trochę spotkanie znajomych po latach, jest to ekscytujące, ale zarazem niełatwe. Robisz sobie wszystko po swojemu przez dwa miesiące, a tu nagle pojawia się mężczyzna i to on jest panem domu, a ty musisz grać drugie skrzypce. Potrafiło mnie to mocno wytrącić z równowagi. Nie tak wygląda tradycyjne małżeństwo. Naszego na pewno nie można było nazwać konwencjonalnym.

Czy tęsknię za morzem? Nie, ani trochę. Kiedy stało się, co się stało, chciałam jak najszybciej się wyprowadzić. Dlatego przeniosłam się tutaj, do miasta. Nigdy nie przepadałam za morzem. Domy latarników są otoczone wodą, z okien nie widać nic innego, gdziekolwiek się obrócisz, tam morze. Czasami człowiek miał wrażenie, że mieszka w akwarium. Kiedy przychodziła burza z piorunami, widoki były spektakularne, zachody słońca też całkiem ładne, ale na co dzień morze to szarówka, wielka szara połać, na której niewiele się dzieje. Chociaż w zasadzie jest bardziej zielone niż szare, powiedziałabym, że seledynowe albo eau de Nil. Wiedział pan, że nazwa tego koloru znaczy "woda Nilu"? Długo byłam przekonana, że tam jest eau de nul, "woda niczego", a morze kojarzy mi się z nicością, więc nadal tak o tym myślę. Woda niczego.

Dzisiaj ta historia wcale nie ma dla mnie więcej sensu niż tamtego dnia, kiedy Arthur zniknął. Ale jest mi trochę łatwiej. Z czasem nabiera się dystansu, można spojrzeć na wydarzenia z przeszłości i nie czuć emocji, które im towarzyszyły. Emocje się uspokoiły i nie wysuwają się już na pierwszy plan, jak na początku. To ciekawe, bo czasami ta sprawa wcale nie wydaje mi się taka dziwna - cóż, przyszła wysoka fala i ich zmyło. Kiedy indziej znowu myślę sobie, że to historia nie z tego świata, aż zapiera mi dech w piersiach. Jest tyle szczegółów, o których nie mogę przestać myśleć, te zamknięte drzwi, zatrzymane zegary, nie dają mi spokoju, a kiedy takie myśli nachodzą mnie wieczorem, muszę wziąć się w garść i jak najszybciej się ich pozbyć. Inaczej nie zdołałabym zasnąć. Przypomina mi się widok morza z okien naszego domku, wydaje się takie wielkie, puste i obojętne, że muszę włączyć sobie radio dla towarzystwa.

Myślę, że wydarzyło się właśnie to, co powiedziałam: morze nagle wezbrało i wzięło ich z zaskoczenia. Jak to się nazywa? Brzytwa Ockhama. To taka zasada, zgodnie z którą najprostsze rozwiązanie zwykle jest prawdziwe. Nie ma sensu niepotrzebnie komplikować spraw, całość nie zawsze musi być czymś więcej niż sumą części.

Utonięcie to jedyne realistyczne wytłumaczenie losu Arthura. Jeśli się pan z tym nie zgadza, to zapuszcza się pan w labirynt fantazji, las opowieści o duchach, teorii spiskowych i innych bzdur, w które ludzie wierzą, zresztą już o nich wspominałam. Ludzie uwierzą we wszystko, a jeśli mają wybór między kłamstwem a prawdą, wolą kłamstwo, bo zwykle jest bardziej interesujące. Jak już mówiłam, morze wcale nie jest interesujące, kiedy trzeba codziennie na nie patrzeć. Ale to ono ich zabrało. Nie mam co do tego cienia wątpliwości.

Musi pan zrozumieć jedną najważniejszą rzecz, jeśli chodzi o wieże latarniane... był pan kiedyś na takiej? Taka wieża wyrasta bezpośrednio z morza. Nie stoi na wyspie, gdzie ma się kawałek ziemi, na którym można czasem pospacerować, uprawiać ogródek warzywny, hodować owce czy co tam się chce. Diametralnie różni się też od latarni lądowych, gdzie mieszka się blisko rodziny, a kiedy ma się wolne, można się przejechać do miasteczka i żyć zupełnie zwyczajnie, byle wywiązywać się z obowiązków podczas swojej zmiany. Wieża tkwi po prostu na środku morza, więc latarnicy nie mają gdzie się podziać: albo są wewnątrz, albo ewentualnie na odsadzce. W ramach ćwiczeń można sobie pobiegać wokół wieży, ale bardzo szybko zakręciłoby się w głowie.

Ach, racja, przepraszam: odsadzka to taka platforma pod drzwiami wejściowymi, otacza wieżę jak oponka. Leży jakieś dziesięć metrów nad wodą, wydaje się, że to duża odległość, ale jeśli akurat się tam stoi i przyjdzie wysoka fala, to zmywa człowieka i koniec. Słyszałam o latarnikach, którzy stamtąd łowili ryby, obserwowali ptaki albo czytali książki. Jestem pewna, że Arthur tak robił, bo był z niego prawdziwy mól książkowy. Zawsze powtarzał, że ten czas spędzony w latarni to dla niego czas na naukę, zabierał ze sobą najróżniejsze lektury, powieści, biografie, książki o przestrzeni kosmicznej. Zaczął się interesować geologią - wie pan, kamienie i skały. Zbierał je i katalogował. Mówił, że w ten sposób może się wiele nauczyć o różnych epokach.

Nieważne, co się robi na tej odsadzce, to jedyne miejsce zapewniające dostęp do świeżego powietrza. Nie można tak po prostu wystawić głowy przez okno, bo mury są strasznie grube, a poza tym mają podwójne okna, zewnętrzne i wewnętrzne, oddzielone od siebie o jakiś metr, więc trzeba by wcisnąć się w tę szczelinę, co raczej nie byłoby zbyt wygodne. Można wyjść na galerię, czyli ten balkon na górze, dookoła laterny, ale jest tam ciasno, a poza tym trzeba by mieć długaśną żyłkę, żeby łowić stamtąd ryby.

Któryś z nich - nie chciałabym zgadywać który, ale być może Arthur, bo on zawsze lubił spędzać czas z dala od innych, w samotności - mógł wyjść na odsadzkę i usiąść sobie z książką, wiatr był spokojny, jeden-dwa stopnie, a potem nagle, nie wiadomo skąd, wezbrała potężna fala i go zmyła. Morze bywa takie nieprzewidywalne. Sam pan zresztą wie. Arthura raz tak dorwało w Eddystone, kiedy zaczynał. Dopiero co awansował na stanowisko pomocnika - zastępcy głównego latarnika - i wyszedł na odsadzkę wysuszyć pranie, a tu znikąd pojawiła się gigantyczna fala i zwaliła go z nóg. Miał szczęście, że nie był sam i kolega zdążył go złapać, bo w innym razie straciłabym go wiele lat wcześniej. Trochę go to wytrąciło z równowagi, ale nic poważnego mu się nie stało. Co innego z praniem - obawiam się, że już nigdy go nie zobaczył. Musiał pożyczać ubrania, dopóki nie przypłynęła łódka ze zmiennikiem.

Ale Arthur niewiele sobie robił z takich przygód. Latarnicy nie należą do przesadnie emocjonalnych osób - nie denerwują się łatwo ani nie roztrząsają każdej sprawy. W tej pracy najważniejsze jest zachowanie spokoju i zimnej krwi, żeby wziąć się do roboty i zająć się wszystkim, czym trzeba. Innych Trident by nie zatrudniał. Arthur nigdy nie bał się morza, nawet kiedy robiło się naprawdę groźnie. Opowiadał mi, że podczas sztormu fale pryskają nawet na kuchenne okna - a przypominam, że to jakieś dwadzieścia pięć metrów nad powierzchnią wody - a głazy toczą się po dnie i uderzają w fundamenty wieży, tak że cała konstrukcja się trzęsie. Ja na pewno bym się bała. Ale Arthur nie - czuł, że morze jest po jego stronie.

Czasem kiedy wracał na ląd, wydawał się jakiś nieswój. Zupełnie nie w swoim żywiole, jak ryba wyjęta z wody, jak to się mówi. Nie wiedział, jak żyć na lądzie, a na morzu nie miał tego problemu. I kiedy się żegnaliśmy, zawsze zauważałam, jak bardzo się cieszy, że wraca na wieżę, że znowu ją zobaczy.

Nie orientuję się, ile książek o oceanie już panu wydali, ale wymyślanie opowieści to zupełnie co innego niż opisywanie rzeczywistości. Morze w każdej chwili może się zwrócić przeciwko nam, wystarczy moment nieuwagi; potrafi w mgnieniu oka zmienić nastrój i zupełnie go nie obchodzi, kim jesteśmy. Arthur potrafił to przewidywać, na przykład po wyglądzie chmur albo dźwięku wiatru gwiżdżącego za oknem; potrafił na słuch ocenić, czy wieje z siłą sześciu czy siedmiu stopni - tak że skoro ktoś taki jak on, najbardziej doświadczony człowiek, jakiego znałam, dał się zaskoczyć, to dowodzi, że warunki potrafią się zmienić naprawdę nagle i niespodziewanie. Może zdążył jeszcze krzyknąć i pozostali przybiegli mu na pomoc? Śliskie podłoże, atmosfera paniki - w takiej sytuacji niewiele trzeba, żeby całą trójkę zmyło do wody.

Przyznaję, te zamknięte drzwi to faktycznie osobliwość. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to że te drzwi wejściowe do latarni są grubym kawałem metalu - muszą być solidne, żeby wytrzymać w tych warunkach - więc na pewno od razu same się zatrzaskują. A że były dodatkowo zaryglowane od środka... Tak, to nie daje mi spokoju. Ale z drugiej strony tam są zamontowane takie ciężkie żelazne zasuwy, więc tak sobie myślę, że może jeśli drzwi zatrzasnęły się wystarczająco mocno, to te rygle mogły po prostu spaść...?

Sama nie wiem. Jeśli to brzmi głupio, to niech się pan zastanowi nad jakimś innym wytłumaczeniem, a potem sprawdzi, które bardziej panu pasuje, kiedy zacznie pan się nad tym zastanawiać w środku nocy. Zatrzymane zegary, zamknięte drzwi, zastawiony stół - to wszystko pobudza wyobraźnię, prawda? Ja jednak podchodzę do tego praktycznie. Nie jestem przesądna. Ten, który miał tego dnia dyżur w kuchni, widocznie był po prostu zorganizowany i wolał z wyprzedzeniem przygotować stół do kolejnego posiłku. W latarni morskiej jedzenie to bardzo ważny temat, harmonogram posiłków jest rzeczą świętą. A że były tylko dwa nakrycia? Może nie zdążył jeszcze położyć trzeciego, tyle.

A dwa zegary, które zatrzymały się w tym samym czasie? Dziwne, ale nie niemożliwe. To jak z plotką, która coraz bardziej się zniekształca z każdym powtórzeniem; jakiś bystrzak coś wymyśli, a z czasem zaczyna się to traktować jak fakt, choć to wcale nie fakt, tylko krzywdzące słowa z ust nieżyczliwej osoby.

Miałam nadzieję, że w Tridencie uznają to oficjalnie za utonięcie, żeby rodziny nie musiały żyć w takiej niepewności, ale tego nie zrobili. Z mojego punktu widzenia jednak utonęli. Prawdziwa ze mnie szczęściara, że ustaliłam to sobie we własnej duszy i umyśle, bo potrzebuję takiej pewności, nawet jeśli oficjalnie nie potwierdzono tej wersji.

Jenny Walker, żona Billa, nie zgodziłaby się ze mną. Odpowiada jej, że nie ma żadnego rozwiązania. Gdyby się pojawiło, odebrałoby jej resztki nadziei, że Bill jeszcze kiedyś wróci. Ja wiem, że oni nigdy nie wrócą. Każdy jednak po swojemu radzi sobie z różnymi sprawami. Nie można komuś narzucić sposobu przeżywania żałoby, to bardzo indywidualna kwestia.

Ale szkoda. To, co nas spotkało, powinno było nas połączyć. Nas, kobiety. Nas, żony. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie. Nie widziałam Jenny od czasu dziesiątej rocznicy, a nawet wtedy nie rozmawiałyśmy. Trzymałyśmy się od siebie z dala. Przykro mi, że tak jest, ale takie życie. Nie poddałam się jednak i próbuję to zmienić. Uważam, że ludzie powinni wspólnie przeżywać takie rzeczy. Kiedy spotyka nas najgorsze, sami nie dajemy sobie rady.

Dlatego właśnie z panem rozmawiam. Bo twierdzi pan, że chce dotrzeć do prawdy, a ja mam chyba tak samo. Prawda jest taka, że kobiety są ważne dla siebie nawzajem. Ważniejsze niż mężczyźni, ale pan nie będzie chciał o tym słuchać, bo ta książka, jak wszystkie inne pańskie książki, jest o mężczyznach, prawda? Mężczyzn interesują inni mężczyźni.

Ale ja widzę to inaczej. Tamta trójka zostawiła nas trzy, a mnie interesuje to, co zostało. To, co jeszcze możemy zrobić, jeśli w ogóle cokolwiek.

Domyślam się, że jako powieściopisarz skupi się pan na tych różnych przesądach i zjawiskach nadprzyrodzonych. Ale proszę pamiętać, że ja nie wierzę w takie rzeczy.

Jak to "jakie rzeczy"? Zaraz, to pan jest pisarzem, niech pan sam do tego dojdzie. Przez tyle lat życia nauczyłam się, że ludzie dzielą się na dwie grupy. Tych, którzy gdy słyszą jakiś trzask w ciemnym pustym domu, zamykają okna, bo to na pewno wiatr. I tych, którzy gdy słyszą jakiś trzask w ciemnym pustym domu, zapalają świecę i idą sprawdzić, co to było.

8

JENNY

Po obiedzie zaczęło padać. Jenny nie znosiła deszczu. Nie cierpiała tego, jak robiło się brudno, kiedy dzieci wracały do domu przemoczone, zwłaszcza Hannah z podwójnym wózkiem, zwłaszcza tuż po tym, jak posprzątała. Tyle zachodu na marne.

No i gdzie on jest? Spóźnia się już pięć minut. Bezczelność, pomyślała, spóźniać się na spotkanie z kimś, kto nawet o to nie prosił. Zgodziła się tylko z powodu Helen, bo nie zamierzała pozwolić, żeby Helen Black opowiadała o niej kłamstwa - albo i prawdę - które potem zostaną wydrukowane i wszyscy będą mogli je sobie przeczytać. Podobno facet jest sławny. Nie robiło to na niej wrażenia. Jenny nie czytała książek. Wystarczała jej lektura dwutygodnika "Los i Przeznaczenie".

Ten facet pewnie oczekuje czerwonego dywanu. Nieważne, że się spóźnia, bo przecież jest nadzianym snobem, więc może robić, co mu się żywnie podoba. Teraz zadepcze jej wszystkie podłogi ubłoconymi buciorami. Jenny czuła się niezręcznie, prosząc gości o zdjęcie butów - powinni sami się domyślić.

Zafiksowała się na swojej niechęci do deszczu. Przez tyle lat martwiła się, że łódka ze zmiennikiem się opóźni i upłynie jeszcze więcej czasu, zanim znowu zobaczy Billa. W dniach poprzedzających jego powrót do domu obsesyjnie skupiała się na warunkach atmosferycznych, z obawy, że pogoda się zmieni i łódka nie będzie mogła po niego wypłynąć, a im bardziej ją śledziła, tym bardziej pogoda naprawdę zdawała się zmieniać, jakby chciała jej zrobić na złość. Planowali, że po przejściu Billa na emeryturę przeprowadzą się do Hiszpanii, za skromne oszczędności kupią domek na południu, z basenem, ceramicznymi donicami na patio i różowymi kwiatkami wokół drzwi, a dzieci będą przyjeżdżać do nich na wakacje. Jenny zdecydowanie wolała słońce - deszcz psuł jej nastrój, a w Anglii padało całymi miesiącami, potwornie przygnębiające. Czułaby się znacznie lepiej, gdyby przenieśli się do tej Hiszpanii, wygrzewali kości i popijali brandy alexander aż do zachodu słońca. Teraz każdy deszcz przypominał jej, że nigdy tak nie będzie.

List od Helen poniewierał się w koszu na śmieci. Jenny powinna w ogóle nie otwierać tych kopert i od razu drzeć je na strzępy. Za każdym razem, kiedy kolejna wpadała przez szczelinę w drzwiach, mówiła sobie: spalę to, porwę na kawałki, utopię w zlewozmywaku.

Ale nigdy nie trzymała się tego postanowienia. Jej siostra twierdziła, że czytanie listów od Helen zbliża Jenny do Billa, bo stanowią swoiste ogniwo łączące ją z zaginionym mężem, nieważne, jak wielką odrazę budzi w niej ten fakt. Listy Helen stanowiły dowód, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Jenny była kiedyś jego żoną, kochali się. Kiedyś było dobrze. To nie sen.

Ekran stojącego w salonie telewizora nagle zrobił się czarny, w środku odcinka Napisała: morderstwo. Jenny podniosła się z kanapy i walnęła urządzenie. Obraz powrócił: bohaterka chowała się w garderobie przed uzbrojonym mężczyzną. Pomyślała, że sama też mogłaby tak zrobić. Mogłaby zamknąć się w szafie i udawać, że nie ma jej w domu. Ale lada chwila przyjdzie ten cały Dan Sharp. Jeśli z nim nie porozmawia, nie będzie mogła się dowiedzieć, jakie brednie wyssała z palca tamta krowa. Choć Jenny naczytała się przez lata najróżniejszych bzdur na temat Maiden Rock i nauczyła się już podchodzić do nich z bardzo dużym dystansem, nadal czuła się w obowiązku nimi przejmować. Zawsze gdy widziała jakiś artykuł na temat tej sprawy, dzwoniła do redakcji i domagała się rozmowy z osobą odpowiedzialną za publikację, żeby przedstawić swoją wersję i wyprostować fakty. Jakby stawała w obronie członka rodziny.

Niebo za oknem pociemniało. Daleko, za dachami domów widać było skrawek morza, którego Jenny trzymała się kurczowo niczym koła ratunkowego. Potrzebowała tego morza, pewności, że ono tam jest, najbliższe, co jej po nim zostało. W czasie brzydkiej pogody widok znikał, co wywoływało u niej panikę, wyobrażała sobie, że morza nie ma, że znalazła się daleko od niego, że w ogóle wyschło i teraz kości jej męża walają się nagie na piasku.

"Latarnik nigdy nie opuszcza stanowiska pracy".

Nasłuchała się tego po zniknięciu Billa.

Skoro nie opuściłby latarni, to co w takim razie zrobił? Przez lata przyzwyczaiła się do tej niewiedzy, to był przyjemny, znajomy, wygodny stan, jak para znoszonych kapci z dziurami w podeszwach, które ciągle się nosi, mimo że nie spełniają już swojej roli.

Cóż, żona nigdy nie opuszcza męża. Jenny nigdy się stąd nie wyprowadzi. Przynajmniej dopóki nie pozna prawdy, a wtedy, może wreszcie wtedy będzie mogła spać.

Usłyszała przybycie gościa, szuranie na progu i kaszel palacza. Zaskoczyło ją pukanie do drzwi. Splotła drżące ręce. Racja, przypomniała sobie, dzwonek nie działa.

9

JENNY

Wolałabym spotkać się z panem gdzie indziej, ale złapałam gumę. Szwagier obiecał, że zmieni mi oponę, ale jeszcze nie przyjechał. Ja zupełnie nie znam się na samochodach. Bill się tym zajmował. Teraz go nie ma, więc cóż, mam szczęście, że Carol i Ron mieszkają tak blisko. Nie wiem, co ja bym bez nich zrobiła. Chyba nie dałabym rady.

Proszę wejść. Zapalę światło. Staram się za dużo nie świecić, bo to przecież kosztuje. Trident przyznał nam rentę, ale moja ledwie starcza mi na życie. Nie mogę pracować, więc nie mam jak sobie dorobić. Zresztą nigdy nie pracowałam. Kiedy Bill siedział na latarniach, ja wychowywałam dzieci, co innego miałabym robić? Nie wiedziałabym, od czego zacząć szukanie pracy. Nie wiem nawet, do czego bym się nadawała.

No dobrze, niech pan pyta, co chce pan wiedzieć? Nie mam dużo czasu, czekam na fachowca od telewizora. Co ja bym zrobiła bez telewizji! Leci przez cały dzień, dotrzymuje mi towarzystwa. Kiedy telewizor jest wyłączony, czuję się samotna. Najbardziej lubię teleturnieje, zwłaszcza te błyszczące. Lubię Familiadę, bo jest dużo kolorów i migających świateł. Zwykle nie wyłączam telewizora, kiedy idę spać, żeby grał od samego rana, żebym po przebudzeniu miała komu powiedzieć "dzień dobry". Pomaga mi zająć czymś myśli. Dlatego noce są najgorsze.

Wybrał pan sobie bardzo ponury temat. Wystarczy, że ta tragedia w ogóle się wydarzyła, nie trzeba jeszcze o tym pisać książki. Nie rozumiem zresztą, po co ktoś chciałby czytać o tej ciemnej stronie życia. Dość już tego mamy na świecie. Nie mogłoby być więcej pogodnych historii? Niech pan przekaże to pytanie wydawcy.

Pewnie chciałby się pan czegoś napić, co? Mam kawę, ale herbata mi się skończyła. Przez ten zepsuty samochód nie miałam jak jechać na zakupy, a nie lubię chodzić pieszo. Zresztą sama i tak nie piję. Nie? Nawet wody? Jak pan sobie chce.

To zdjęcie całej rodziny na przylądku Dungeness. Wnuk ma pięć lat, bliźniaczki mają dwa. Gromadka Hanny - nie chciała wcześnie zakładać rodziny, ale życie tak już się potoczyło. Hannah to moja pierworodna. Potem jest Julia, dwadzieścia dwa lata, i Mark - dwadzieścia. Dziewczynki dzieli spora różnica wieku, bo długo nie mogłam zajść w ciążę - Billa wiecznie nie było w domu. Skąd, wcale nie czuję się za młoda na babcię. Czuję się staro. Staro jak na moje lata. Robię dobrą minę do złej gry, bo dzieciaki nie chcą ciągle oglądać smutnej babci, ale wymaga to ode mnie wielkiego wysiłku. Na przykład w dniu urodzin Billa albo w naszą rocznicę najchętniej nie wychodziłabym z łóżka, nie chce mi się nawet wstać, żeby otworzyć drzwi. Nie obchodzi mnie, że ciągle w tym tkwię, że nie próbuję zostawić przeszłości za sobą. To nie miałoby sensu. Nigdy nie pogodzę się z tym, co zaszło.

Jest pan żonaty? Tak myślałam, że nie. Słyszałam, że pisarze tak mają. Interesujecie się tylko tym, co macie w głowie, a nie tym, co się dzieje dookoła.

Nigdy nie czytałam pana książek, więc nawet nie wiem, co pan tam sobie pisze. Z jednej zrobili serial, prawda? Pokłon Neptuna. To akurat oglądałam. Puszczali w BBC przed świętami. Całkiem w porządku. To pana było, prawda?

Nie rozumiem, czemu tak się pan interesuje naszymi sprawami. Nie ma pan bladego pojęcia o latarniach morskich, o ludziach, którzy w nich pracują, o niczym. Wiele osób emocjonuje się tamtymi wydarzeniami, ale nie muszą zaraz przerabiać tego na rozrywkę. Nie rozwiąże pan tej zagadki, choćby nie wiem, jak wysokie miał pan o sobie mniemanie.

Znaliśmy się z Billem od dziecka. Zeszliśmy się, kiedy mieliśmy po szesnaście lat. Ani przed nim, ani po nim nie byłam z żadnym innym mężczyzną. Z mojego punktu widzenia nadal jesteśmy małżeństwem. Do dziś, kiedy mam jakąś wątpliwość, na przykład ile opakowań paluszków rybnych kupić dla wnuków na podwieczorek, zastanawiam się, co Bill by mi poradził. To pomaga podjąć decyzję.

Nigdy nie rozumiałam innych kobiet, które kłóciły się z mężami. Przy każdej okazji się ich czepiały, gasiły ich przy ludziach. Na przykład że rzucają brudne ciuchy na podłogę albo nie myją porządnie naczyń. Ciągle tylko narzekały i narzekały, nawet się nie zastanowiły, jak wielkie mają szczęście, że mogą spędzać z mężem każdy wieczór, że nie muszą za nim tęsknić. Przecież to wszystko nie ma żadnego znaczenia, te ciuchy, zmywanie i tak dalej. Nie to się w życiu liczy. Jeśli ktoś nie potrafi odpuścić takich drobnostek, to w ogóle nie nadaje się do małżeństwa.

Co mogę powiedzieć o Billu? Przede wszystkim nie przepadał za ludźmi, którzy pchają nos w nie swoje sprawy. No ale domyślam się, że to panu niewiele da.

Billowi od zawsze był przeznaczony los latarnika. Jego matka zmarła przy porodzie, niewesoła sprawa, więc wychowywał się tylko z ojcem i braćmi. Ojciec był latarnikiem, tak samo jak dziadek i pradziadek. Latarnikami zostali więc także wszyscy trzej bracia. Nie mieli innego wyjścia. Bill nie był z tego powodu szczęśliwy. Myślę, że w głębi duszy chciał innego życia, ale nie miał na to szans, bo nikt go o to nie zapytał. Nie miał w tej rodzinie nic do powiedzenia, zupełnie nic.

Wciąż próbował zadowalać innych. Mówił mi czasem: "Jen, chcę po prostu spokojnego życia", a ja odpowiadałam, że po to właśnie jestem, żeby mu je zapewnić. Oboje mieliśmy trudne dzieciństwo i na początku właśnie to nas do siebie zbliżyło. Rozumiałam Billa, a on rozumiał mnie. Nie musieliśmy sobie nic tłumaczyć. Docenialiśmy codzienne radości, na które normalni ludzie nawet nie zwracają uwagi, takie jak przytulny dom i ciepły posiłek na stole. Zależało nam, żeby nasze dzieci miały lepiej. Nie chcieliśmy powtarzać błędów swoich rodziców.

Z początku mieliśmy szczęście, Billa wysyłano na stacje lądowe, gdzie mogliśmy mieszkać razem, albo na wyspy, gdzie zapewniano zakwaterowanie. Już przy pierwszym spotkaniu, bez owijania w bawełnę, powiedziałam Billowi, że źle się czuję sama, lubię zawsze mieć towarzystwo, więc jeśli chcesz się ze mną ożenić, to tylko na takich warunkach. Firma starała się do nas dostosować, brali pod uwagę nasze potrzeby, ale wiedziałam, że prędzej czy później trafi się wieża. Obawiałam się tej chwili. Musiałabym spędzać sama całe dni, niczym biedne samotne matki wychowywać dzieci. Na wieże zgłaszają się zwykle mężczyźni bez rodziny - jak Vince, ten nadetatowiec, on nie miał nikogo, więc było mu wszystko jedno, gdzie go wyślą. Nam nie było wszystko jedno. Jestem wściekła, bo przecież nigdy nie chcieliśmy tej głupiej wieży, a i tak go tam przydzielili - i widać, jak to się skończyło.

Maiden jest najgorsza, bo stoi tak daleko od lądu, wygląda groźnie i po prostu brzydko. Bill mówił, że w środku jest ciemno i duszno, że czuł się tam jakoś nieswojo. "To takie nieprzyjemne, ciężkie uczucie", mówił. Teraz oczywiście ciągle o tym myślę. Żałuję, że nigdy nie dopytałam o szczegóły, ale zwykle po prostu zmieniałam temat, bo nie chciałam go denerwować. Zresztą nie lubiłam, kiedy podczas pobytu na lądzie zbyt dużo myślał o wieży. Ona miała go już wystarczająco dużo. Tak długo musieliśmy zawsze na niego czekać, że kiedy już tu był, chcieliśmy, żeby nie zaprzątało go nic innego.

Ostatnia noc przed powrotem Billa do latarni zawsze była najgorsza. Kiedy tylko stawiał stopę na lądzie, robiło mi się niedobrze na myśl, że będzie musiał tam wrócić - wielka strata, bo przez to nie cieszyłam się tak bardzo jego obecnością w domu. Za bardzo fiksowałam się na myśli, że znów wyjedzie. Ostatni wieczór zawsze spędzaliśmy tak samo. Siadaliśmy przytuleni na kanapie i oglądaliśmy Call My Bluff albo jakiś inny program niewymagający zbyt wiele myślenia. Bill mówił, że przed powrotem za każdym razem dopada go "kanał" - tak nazywał to uczucie, mieszankę nerwów i smutku, która mu wtedy towarzyszyła. Tłumaczył mi, że to samo czuli marynarze, kiedy wracali na statek po przepustce i dopiero po kilku dniach oswajali się z myślą, że są daleko od domu, a wcześniej musieli się przyzwyczaić, zwalczyć tęsknotę za prawdziwym życiem. Billowi zaczynało to doskwierać, nawet jeszcze zanim opuszczał dom. Sama wizja, że będzie musiał się z tym zmierzyć, była dla niego niemal równie okropna. Wyglądał przez okno, widział, że Maiden czeka na niego tam daleko, a kiedy zapadał mrok, zapalała się, jakby chciała powiedzieć: "Ha! Myślałeś, że już o tobie zapomniałam, co? Nic z tego". Okropnie było ją widzieć z domu. Lepiej, gdybyśmy nie mieli takiego widoku.

Ciągle sprawdzaliśmy prognozy, na wypadek gdyby zmiana miała się opóźnić. Z jednej strony mieliśmy nadzieję, że tak będzie, z drugiej przeciwnie, bo to by tylko wydłużyło czekanie. Na kolację robiłam ulubione danie Billa, wołowinę zapiekaną w cieście i roladę lodową na deser, przynosiłam mu tacę, żeby mógł zjeść przed telewizorem, ale z powodu "kanału" nie miał apetytu.

W kalendarzu skreślałam dni do jego powrotu. Na szczęście przy dzieciach zawsze miałam co robić. Kiedy Hannah była malutka, mieszkaliśmy wszyscy razem w stacji lądowej, ale z jej rodzeństwem już tak nie było. Wysłali go na wieżę, kiedy Julia miała kilka miesięcy, więc zostałam sama z pięciolatką i niemowlakiem cierpiącym na kolkę. Nie było łatwo. Za każdym razem, gdy mój wzrok padał na Maiden, przepełniał mnie gniew. Stała tam sobie, taka zadowolona z siebie. To nie fair, że ona go miała, a ja nie, przecież to ja go bardziej potrzebowałam.

Hannah cieszyła się, że ma tatę latarnika, bo pomagało jej się to wyróżnić z tłumu: ojcowie kolegów i koleżanek byli listonoszami albo sklepikarzami. Oczywiście żadna praca nie hańbi, ale takich zawodów jest na pęczki, wie pan? Hannah twierdzi, że go pamięta, ale wątpię. Wspomnienia są bardzo intensywne na samym początku i potem przez całe życie mocno się nas trzymają, ale nie zawsze można im ufać.

Kiedy Bill miał wrócić na przepustkę, kupowałam jego ulubione produkty spożywcze i robiłam specjalne czekoladki. Taki mój mały rytuał. Nie chciałam niczego zmieniać. Zależało mi na tym, żeby wiedział, czego się spodziewać po powrocie do domu, i żeby to już na niego czekało, gotowe. Tak jak ja byłam na niego gotowa. To takie drobiazgi podtrzymują małżeństwo: nie muszą wiele kosztować, ale mówią tej drugiej osobie, że ją kochamy i nie żądamy niczego w zamian.

Nie mam pojęcia, co się stało z moim mężem. Gdyby zostawili otwarte drzwi, gdyby zabrali łódkę, gdyby zniknęły kalosze i płaszcze przeciwdeszczowe, to może uwierzyłabym, że Bill zginął na morzu. Ale szalupa została na miejscu, zydwestki też, a drzwi były zamknięte na klucz od środka. Niech się pan zastanowi. Ciężka metalowa płyta nie może się sama zamknąć. Do tego dochodzą zegary i nakryty stół - nic tu się nie zgadza.

Dzień wcześniej, dwudziestego dziewiątego, Bill kontaktował się przez radiotelefon, że sztorm dobiega końca i że w sobotę będą gotowi na przyjęcie zmiennika.

W Trident House mają zapis tamtej rozmowy, nagranie w niezłej jakości, ale założę się, że nie pozwolą się panu do niego zbliżyć. Oni tam są skryci i nie lubią rozmawiać o tym, co się wydarzyło, bo stawia ich to przecież w bardzo kiepskim świetle. Tak czy inaczej, Bill mówił: zróbmy to jutro, wyślijcie rano łódkę Jory'ego. A oni na to: w porządku, Bill, tak właśnie zrobimy. I tak, wiem, co Helen sądzi na ten temat - że nagle przyszła jakaś wielka fala. Nie dziwi mnie, że tak myśli, bo nigdy nie grzeszyła wyobraźnią. Ale ja wiem, że to nieprawda.

Nigdy nie zapomnę głosu Billa przez radio. Pamiętam każde słowo, intonację, ton jego głosu. Brzmiał jak mój mąż, zupełnie normalnie. Tylko jedna rzecz mnie zdziwiła - na koniec rozmowy, zanim się rozłączył, nastąpiła dłuższa przerwa. Wie pan, jak kiedy ogląda się telewizję, sygnał na chwilę zanika i obraz przeskakuje do przodu? No to coś takiego.

Należę do osób, które zawsze pytają: a co jeśli? A co, jeśli tamtego dnia nie zdarzył się żaden dziwaczny kataklizm? Co, jeśli Billa porwano? Nie wiem, kto albo co miało go porwać. Jest tyle niewiadomych - co się stało, jak to było, kto tam był, czy zrobił to któryś z nich - że myślę o nich codziennie, ale zawsze wracam do tego samego. Wiem, że kiedy wypowie się to na głos, brzmi absurdalnie. Ale ja po prostu w to wierzę. Wieża z latarnią, samotna pośród morza, to jak owca oddzielona od stada. Łatwy cel.

Nie wygląda mi pan na kogoś, kto wierzy w takie rzeczy. Nie obchodzi mnie to. Powiem tyle, że może pan najwyżej spróbować stracić tę jedną osobę, która jest dla pana całym światem, i na własnej skórze przekonać się, czy łatwo będzie potem postawić grubą kreskę i stwierdzić: no trudno, stało się, koniec. Do dziś słyszę głos męża, wie pan? Nadal słyszę go tak, jakby to było wczoraj. Na przykład wieszam pranie na dworze i słyszę, jak Bill woła mnie z domu, tak po prostu, jakby na przykład naprawiał łańcuch w rowerze i wszedł do domu spytać, czy nie chcę się napić kawy.

Wiem, że to niemożliwe. Nawet nie mieszkamy tam gdzie wtedy. Przeprowadziłam się, nie wiedziałby, gdzie mnie szukać. Nie mogliśmy zostać w tamtym domku, to zakwaterowanie dla rodzin latarników, a nie zaginionych latarników. Mimo to przy przeprowadzce czułam się tak, jakbym akceptowała to, że on już nigdy nie wróci. Smutno mi się robi, kiedy sobie wyobrażam, że staje na progu, a mnie tam nie ma. Ale przecież któryś z obecnych mieszkańców domków przy Maiden by mi powiedział. Takie fantazje potrafią namieszać w głowie.

Helen nie ma skłonności do fantazjowania. Jest zbyt zimna i rzeczowa. Dlatego założę się, że nie powie panu prawdy. Nie sądzę, żeby w ogóle znała znaczenie tego słowa. Przez cały ten czas, kiedy się znałyśmy, potrafiła tylko kłamać. Helen pisze do mnie listy i wysyła kartki z życzeniami na święta, ale mogłaby sobie to darować. I tak ich nie czytam. Najchętniej już nigdy nie miałabym z nią żadnego kontaktu.

Można by pomyśleć, że chciałaby mieć jakichś znajomych, biorąc pod uwagę, jak wcześniej wyglądało jej życie. Ale Helen nigdy o tym nie wspominała. Mieszkałyśmy drzwi w drzwi, mogłybyśmy być blisko - przecież to właśnie robiły żony głównych latarników w całym kraju, troszczyły się o rodziny i przejmowały stery, kiedy mężczyzn nie było. Jeśli my dogadywałyśmy się w domkach, oni dogadywali się na wieży. Taką zasadą kierujemy się w służbie latarnianej.

Ale nie Helen. Uważała się za wyjątkową. Zadzierała nosa z tymi swoimi drogimi apaszkami i elegancką biżuterią. Myślę, że nawet gdybym mogła wydać fortunę na to, jak wyglądam, nadal byłabym zupełnie zwyczajna, bo piękno tkwi w nas, prawda? A ja nigdy nie czułam się piękna.

W normalnym życiu nigdy byśmy się nie spotkały. Żałuję, że nasze ścieżki się przecięły.

Helen ma pecha, że w nic nie wierzy. Gdyby nie wiara, już dawno bym z tym wszystkim skończyła. Czasem nadal nachodzą mnie takie myśli, ale potem przypominam sobie o dzieciach i nie mogę. Gdybym miała pewność, że po drugiej stronie spotkam Billa, to kto wie, może. Może. Ale jeszcze nie. Muszę podtrzymywać nasze światło.

Ci z Trident House próbowali mi kiedyś wmówić, że Bill zrobił to umyślnie. Wskoczył na pokład jakiegoś statku z Francji i popłynął, żeby zacząć nowe życie. Nie należę do osób gwałtownych, ale ledwie się wtedy powstrzymałam przed urządzeniem dzikiej awantury. Bill nigdy by mi tego nie zrobił. Nie zostawiłby mnie samej.

Oho, ktoś puka do drzwi. Pewnie fachowiec od telewizora.

To wszystko? Jeśli nie, to będzie musiał pan przyjść kiedy indziej. Nie może pan zostać, bo się stresuję, kiedy mam się zajmować jednocześnie dwiema rzeczami, a muszę się skupić na naprawie telewizora. Mam nadzieję, że się uda, bo wieczorem nadają Come Dancing. Bardzo nie lubię, kiedy nie mogę sobie spokojnie oglądać ulubionych programów.

10

HELEN

Każdego lata odbywała pielgrzymkę, mniej więcej w jego urodziny. Zostawiała psa u koleżanki i jechała pociągiem na najbliższą stację, jakieś pół godziny od wybrzeża, a resztę drogi pokonywała taksówką. Niewiele się zmieniało, wszystko było tak samo. Choć na powierzchni życie toczyło się dalej, ziemia pod spodem poruszała się powoli. Fale przetaczały się do brzegu, cierpliwe i niezmienne, od zawsze i na zawsze; liście buków powiewały niczym chińskie wachlarze.

Helen skręciła z głównej ulicy i ruszyła ścieżką. W powietrzu wisiały rozedrgane chmary meszek, a z gęstego żywopłotu unosiła się rozgrzana woń dojrzałej trybuli. Na dróżkę padały ciepłe cienie - pomarańczowe światło rozdzielone przez ciemne pnie drzew. Minęła tablicę obwieszczającą, że oto wkracza na cmentarz w Mortehaven. Rozsypujące się nagrobki chyliły się w nierównych już rzędach, opadały w kierunku krawędzi cypla, za którą jak okiem sięgnąć rozciągało się olśniewająco błękitne morze.

Nie było grobu. Na cyplu stała ławka z inskrypcją:

ARTHUR BLACK, WILLIAM WALKER, VINCENT BOURNE UKOCHANI MĘŻOWIE, OJCOWIE, BRACIA, SYNOWIE "JAK LATARNIA MORSKA ŚWIECI ŁASKA MISTRZA WIELE LAT"

Często słyszała, jak Arthur śpiewał tę szantę. Siedząc na brzegu wanny, gwizdał melodię w kłębach pary; nucił przy umywalce, mydląc twarz, albo w kuchni, kiedy smażył plastry bekonu i odrąbywał kromki chleba tak grubaśne, że mogłyby służyć za ogranicznik do drzwi. "Więc rzucajmy swe promienie w ciemną noc wśród życia dróg". Wracał do domu, pachnąc glonami, po czym siadał w swoim fotelu i jadł ociekające octem frytki z zatłuszczonego papieru, dłońmi wielkimi i spękanymi niczym donice z terakoty, z aureolami wokół paznokci. Arthur potrafił palcami łapać całe ryby - czy naprawdę? Miał w sobie coś magicznego: magię morza, był pół człowiekiem, pół istotą słonowodną. Nie od razu wiedziała, że za niego wyjdzie. Dopiero kiedy zabrał ją na przejażdżkę łódką, zobaczyła go na wodzie i już nie miała wątpliwości. Po prostu wiedziała. Woda zmieniała go nie do poznania. Trudno to wyjaśnić. Po prostu wszystko się harmonijnie zgrywało.

Tabliczka na słupku wskazywała drogę DO KOMPLEKSU LATARNI MORSKIEJ. Prowadząca w tamtym kierunku kręta ścieżka zwężała się, coraz mocniej porośnięta zielenią, krawędzie kipiały plątaniną prymulek i pokrzyw. Kawałek dalej, po pokonaniu pewnego odcinka pod górę, po raz pierwszy pojawiała się Maiden Rock.

Wieża lśniła wśród kobaltowego morza, linia czysta i prosta niczym pociągnięcie piórem. Latem może się tu zjawiać garstka entuzjastów latarni morskich, pomyślała Helen; docierają do tego miejsca, nogi mają podrapane cierniami tarniny i ostrymi liśćmi fiołków, i podziwiają latarnię z oddali, srebrną smugę na srebrnej tafli - a potem zawracają, zmęczeni, spragnieni zimnych napojów, i już nigdy więcej nie muszą o niej myśleć.

Na ścieżce biegnącej przez nakrapianą kwiatami łąkę wyrastała nagle metalowa brama z napisem: LATARNIA MORSKA MAIDEN ROCK. NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY.

Teraz zamieniono domki na wakacyjne, wstęp mieli tylko letnicy. Dróżka była zbyt wąska i kręta dla śmieciarki; pod bramą stały stłoczone plastikowe kubły z namazanymi białą farbą numerami lokali.

To tutaj Helen co roku oczekiwała, że zobaczy, jak on do niej idzie. Może byłby z nim ktoś jeszcze, dwie sylwetki z dłońmi uniesionymi w geście powitania, a ona odpowiedziałaby tym samym. Musiała mieć nadzieję, że tak właśnie jest: że ludzie, którzy są sobie przeznaczeni, w końcu się odnajdują.

11

ARTHUR Okręty i gwiazdy

Najwięcej o tobie myślę, kiedy wstaje słońce. W tych chwilach tuż przed wschodem, trwających minutę czy dwie, kiedy noc ziewa, zwiastując poranek, a niebo zaczyna się oddzielać od morza. Słońce powraca dzień po dniu. Nie wiem dlaczego. Mam tu swoje światło, strzegę go jak oka w głowie, świeci w ciemności i nie dopuszczę, by zgasło. Słońce nie musi się dzisiaj fatygować. Wciąż jednak przychodzi, a z nim myśli o tobie. Gdzie jesteś, co robisz. Chociaż nie należę do osób, które pogrążają się w takich myślach, to teraz, w tym szczególnym momencie, poddaję się im. Sam jak palec przez te samotne godziny prawie zaczynam wierzyć, że ponieważ słońce wciąż wschodzi, a ja tuż po świcie gaszę moje światło, bo nie jest już potrzebne, to możesz na mnie czekać, kiedy zejdę po schodach. Będziesz siedział przy stole z jednym z pozostałych, może nieco starszy, niż kiedy widziałem cię ostatnio, a może taki sam.

Osiemnasty dzień na wieży

Mijają godziny, noce przechodzą w świty, dni przechodzą w tygodnie, a bezkresne morze przetacza się falami, krople deszczu żądlą skórę, słońce świeci do wieczora, od rana, rozmowy w półświetle, w niby-świetle, rozmowy, które nigdy nie miały miejsca albo toczą się właśnie teraz.

- Znowu puszczali Masterminda - mówi Bill w kuchni, z petem w ustach, zgarbiony nad tymi swoimi muszlami. Kiedy zaczynał, powiedziałem mu, że każdy latarnik potrzebuje hobby, najlepiej takiego, które wymaga staranności, zajęcia, któremu można codziennie poświęcać czas, dążąc do perfekcji. Jeden główny latarnik, z którym kiedyś pracowałem, nauczył mnie, jak złożyć model szkunera i wsadzić go do butelki. Osobiście uważałem to za mocno upierdliwe, trzeba było strasznie dokładnie sklejać żagle i tak dalej. Dopiero po długich tygodniach przygotowań mogłem wsunąć statek do butelki i postawić takielunek, a jeśli choć włosek przykleiłem źle, to cała praca szła na marne. Samotność wymusza na człowieku coraz bardziej wyśrubowane standardy. Wiem, bo jestem na Maiden od dwudziestu paru lat, a Bill od dwóch.

- Jakie były tematy?

- Krucjaty - odpowiada. - Thunderbirds.

- Powinieneś kiedyś spróbować.

- W jakiej kategorii?

- No nie wiem, na czym tam się akurat znasz.

Bill zdmuchuje pył z rzeźbionej właśnie muszli, odkłada ją na bok, po czym odchyla się na oparcie, zakładając ręce za głowę. Mój zastępca wygląda pedantycznie i nieśmiało, włosy ma starannie przycięte wokół uszu, rysy twarzy drobne i precyzyjne - gdyby spotkać go na lądzie, można by go wziąć za księgowego. Dym wlatuje mu do nozdrzy i wylatuje bliźniaczymi strumieniami z kącików ust, zasilając widmową chmurę pozostałą po ostatniej osobie, która tu sobie kurzyła.

- Znam się na różnych rzeczach - odpowiada - ale na niczym wystarczająco dobrze.

- Dużo wiesz o morzu.

- No tak, ale to musi być konkretna dziedzina. Nie możesz powiedzieć prowadzącemu: niech mnie pan pyta o morze. Nie zgodziliby się, to zbyt szeroki temat.

- No dobra, to o latarniach.

- Nie rób sobie jaj, nie można wybrać dziedziny, która pokrywa się z wykonywanym zawodem. Imię i nazwisko: Bill Walker. Zawód: latarnik morski. Temat: latarnie morskie.

Gasi papierosa i zaraz zapala kolejnego. O tej porze roku jest tak zimno, że musimy szczelnie zamykać okna, a że to tutaj palimy, gotujemy i przypalamy jedzenie, robi się coraz gęstszy zaduch.

- Cieszysz się, że Vince wraca? - pytam.

Bill wypuszcza powietrze przez nos.

- Ani mnie to ziębi, ani grzeje.

Biorę jego kubek i włączam czajnik. Rytm dni i nocy wyznaczają tu filiżanki herbaty - zwłaszcza teraz, w grudniu, w samym środku zimy, kiedy słońce tak późno wschodzi i tak wcześnie robi się ciemno, a do tego można zdrętwieć z zimna. Budzę się o czwartej na poranną zmianę, po obiedzie wracam do łóżka, budzę się znowu, zasłony są zaciągnięte, popołudnie minęło. Jaki jest dzień? Czy to dziś, jutro, przyszły tydzień, jak długo spałem?

Kubek należy do Franka, czerwono-czarny z napisem "Brandenburger Tor". Frank jest taki drobiazgowy, że na pewno weźmie go ze sobą, kiedy jutro wróci na brzeg, na wypadek gdyby ktoś chciał mu go świsnąć. Każdy z nas lubi inną herbatę, więc ten, który akurat ją parzy, musi pamiętać o gustach wszystkich. Chociaż Vince wraca po wielu tygodniach, dopilnujemy, żeby się nie pomylić. To pokazuje, że nie jest nam wszystko jedno. W domu Helen nigdy nie słodzi, ale nie narzekam, wolę się dostosować, zamiast wszczynać kłótnię. Tutaj zaraz zaczęlibyśmy sobie dogryzać. "Ty debilu, masz pamięć bardziej dziurawą niż sieć na ryby".

- A wiesz, że Frank najpierw wlewa mleko? - mówi Bill. - Torebka, mleko, potem woda.

- Pierdolisz. Przecież mleko idzie drugie.

- To samo mu powiedziałem.

- Herbata się nie zaparzy w zimnym mleku.

- Patrzcie go, "nie zaparzy", mądrala pierdolony.

- Jak powiedziałby główny na Longships: uważaj na słowa, synu.

Ale z bluzgami jest jak z herbatą: rzucanie mięsem pomaga podtrzymać dialog. Przeklinając, pokazujesz rozmówcy, że jesteście przyjaciółmi i rozumiecie się wzajemnie. Nieważne, z kim akurat mam do czynienia ani że jestem tu przełożonym. Wpadamy w ten tryb od razu po przyjeździe, a po powrocie na ląd automatycznie się przestawiamy. Gdyby żony posłuchały nas choćby przez pięć minut, kompletnie by się załamały. W domu musimy gryźć się w język, żeby nie spytać, jak tam, kurwa, leci, zajebiście miło cię widzieć, kochanie, a tak przy okazji, to co dobrego wpieprzymy sobie na kolację?

- We wczorajszym odcinku jedna babeczka odpowiadała z Układu Słonecznego - podejmuje temat Bill.

- No widzisz, to jeszcze większe niż morze.

- Niby tak, ale od razu wiadomo, o co zapytają, o planety i te inne pierdoły. Czerwone karły, ciała niebieskie i czarne dziury. Karły, ciała i dziury, he, he.

- Ja pierdolę, Bill, wymyśliłbyś jakieś nowe żarty.

- Ale z morzem sprawa nie jest taka prosta. Z morzem nigdy nic nie wiadomo.

- Ja to właśnie w nim lubię.

- A ja nie. Nie lubię tego, czego nie znam.

Kiedy Bill pierwszy raz przypłynął do Maiden, zastanawiałem się, jak to będzie. Niektórzy od razu się otwierają, inni nigdy. Bill był cichy, skryty. Przypominał mi goryla, którego widziałem raz w londyńskim zoo, w plastikowej gablocie przy wejściu dla zwiedzających. Od tamtej pory próbuję rozpracować, co dokładnie wyrażała mina zwierzęcia. Gniew i nudę, dawno wypalone. Rezygnację w stosunku do siebie. Litość pod moim adresem.

W latarni jest dużo czasu na rozmowy, zwłaszcza na środkowej zmianie, od północy do czwartej, kiedy konwersacja zaczyna błądzić różnymi ciemnymi zaułkami, o których za dnia nawet się nie wspominało. Ten, kto schodzi ze zmiany przed tobą, obudzi cię, zrobi herbatę, przygotuje talerz z serem i herbatnikami i zaniesie to wszystko do laterny, gdzie przez pierwszą godzinę będzie z tobą siedział, zanim sam pójdzie do łóżka. To wszystko po to, żeby pomóc ci się dobudzić, zapewnić mózgowi stymulację, żebyś zaraz nie usnął z powrotem. Kiedy siedzimy tam z Billem, mówi mi rzeczy, których zdradzenia żałuje w świetle dnia. Że powinien być innym człowiekiem, wieść inne życie, odmawiać w sytuacjach, kiedy mówił "tak". Że Jenny pyta o jego muszelki, ale on nie chce jej ich dawać. Woli zachować je dla siebie, jak wiele innych rzeczy.

Na górę, do sypialni. Na początku musiałem się przyzwyczaić do bananowych łóżek. Ludzie z lądu strasznie się dziwują - "Myślałem, że jaja sobie robisz, naprawdę musicie spać na tych popierdolonych krzywych łóżkach?" - ale przez te wszystkie lata kręgosłup chyba przystosował mi się do nietypowego kształtu, bo dawniej po dwóch miesiącach na wieży zaczynały mnie boleć plecy, a po powrocie na ląd łupało mnie w krzyżu jak staruszka. Teraz już właściwie nic nie czuję. Zwykłe łóżka wydają mi się jakieś sztywne i nieprzytulne. Zmuszam się, żeby zasypiać na wznak, wyprostowany, ale budzę się zawsze z kolanami podciągniętymi do klatki piersiowej.

Powinienem odpływać natychmiast, gdy moja głowa dotknie poduszki. Łapiemy każdą okazję, nieważne, czy trafia się w środku nocy albo nad ranem, czy uda się zanurzyć w sen na krótką chwilę, zanim środkowy zmiennik zapali światło - nie odpuścimy żadnej szansy na sen.

Przynajmniej dawniej tak miałem. Ostatnimi czasy sen mi ucieka, odbiega, stukając suchymi szponiastymi stopami. Umysł zalewają mi wizje morskich głębin i Helen, wizje wieży z perspektywy brzegu, ledwie widocznej z oddali, i powodujące zawrót głowy niewiarygodne wrażenie przebywania jednocześnie tutaj i tam, a może nigdzie. Obracam się plecami do zasłony oddzielającej moją pryczę od sypialni. W ciemności wbijam wzrok w ścianę, nasłuchuję odgłosów morza, powolnego bicia serca, a w głowie mi się kotłuje. Myślę i pamiętam.

Dziewiętnasty dzień

Świeci piękne słońce, co oznacza idealne warunki dla łódki ze zmiennikiem dla Franka, choć dociera spóźniona, tuż przed obiadem - okazuje się, że silnik nie chciał odpalić. Tak czy inaczej, Frank będzie miał dobre warunki w drodze powrotnej, a Vince'owi trafiła się przyjemna wysiadka - chociaż on nawet na wzburzonym morzu potrafi zgrabnie i bez żadnego problemu przeskoczyć z motorówki na odsadzkę. Vince jest młodym brunetem z wąsem a la Supertramp. Nie potrzebuje dużo czasu, żeby się zadomowić. Wszystko ma swoje miejsce, a my mamy wprawę w szybkim rozpakowywaniu, żeby jak najsprawniej podjąć obowiązki. Korespondencja przypływa w zapieczętowanej torbie wodoodpornej. Jest jakieś oficjalne pismo zaadresowane do głównego latarnika, czyli do mnie.

- No to już po ptakach - mówi Vince. - Breżniew się nie załapie na Księżyc.

Czekamy na żarcie, a tymczasem Vince opowiada o nieudanym starcie radzieckiej rakiety, która w ubiegłym miesiącu eksplodowała w powietrzu. Dziwnie się słucha o zdarzeniach z tego drugiego, prawdziwego świata. Ten świat mógłby przestać istnieć, a my przez jakiś czas nie mielibyśmy o tym pojęcia. Nie jestem pewny, czy potrzebuję tego świata. Każde miasto czy miasteczko, a nawet pokój szerszy niż długość dwóch leżących mężczyzn wydaje mi się niepoważnym kaprysem, niepotrzebnie skomplikowanym nadmiarem światła i hałasu.

- Cholerni komuniści - rzuca Bill. - Banda pieprzonych ponuraków, zawsze psują zabawę. Co jest gorsze: zagrożenie wojną czy gdyby już się po prostu do tego zabrali?

- No co ty, stary - oponuje Vince. - Ja tam jestem pacyfistą.

- Wcale mnie to, kurwa, nie dziwi.

- A co w tym złego?

- Pacyfizm to wymówka, żeby gówno zrobić. Jeśli nie liczyć zapuszczenia brody i przeruchania połowy Londynu.

Vince opiera się na krześle. Jest z nami zaledwie od dziewięciu miesięcy, ale wydaje się znajomy tak samo jak komoda w kuchni. Zetknąłem się już z dziesiątkami latarników, ale niektórych lubi się bardziej, a innych mniej. Nie jestem pewny, czy Bill polubił Vince'a.

- Zazdrościsz - mówi Vince.

- Spierdalaj.

- Jak dawno sam miałeś dwadzieścia dwa lata?

- Wcale nie tak dawno, jak ci się wydaje, chujku.

Taką mają dynamikę - Vince natrząsa się z Billa, że jest zgredem, choć nie ma nawet czterdziestki, a Bill udaje, że się wkurza. To wszystko żarty, ale czuję, że Billowi naprawdę daje to w kość. Nigdy nie miał takiego życia. W wieku dwudziestu lat był już po ślubie, a Jenny planowała macierzyństwo. Latarnie go do siebie wzywały.

Vince przywiózł z lądu baleron, który teraz smaży się na patelni z jajkiem, pryskając, skwiercząc i nieziemsko pachnąc. Przez ostatnie dwa tygodnie jedliśmy z Billem wyłącznie konserwy, no i jasne, lepsze to niż nic, ale wiadomo, że nie umywają się do świeżego mięsa. Po jakimś czasie każda zawartość puszki zaczyna smakować tak samo, puszką, nieważne, czy to owoce w zalewie, czy kawał mielonki. Swoją drogą mielonka nie jest najgorsza, jeśli ją podgrzać, ale na zimno, rzucona prosto na talerz, jak jadają Vince i Frank, każdego zmieniłaby w wegetarianina.

Dzisiaj Bill ma dyżur w kuchni - gotuje najlepiej z nas wszystkich. Vince jest beznadziejny, a ja nawet daję radę, chociaż podchodzę do tego z mniejszym entuzjazmem, bo muszę sporo gotować na lądzie, a Bill wcale. Żona wszystko robi za niego. Bill twierdzi, że tak pewnie musi być w więzieniu, wszystko za ciebie robią, "oprócz podcierania", na co Vince odpowiada, że wcale nie, bo w więzieniu raczej nie byłoby pomarańczowej bezy, babeczek rumowych ani masaży stóp. Bill mu się na to odcina, że on pewnie coś o tym wie, typek spod ciemnej gwiazdy. A potem ja muszę wkroczyć i uspokoić sytuację, zanim wymknie się spod kontroli i przestanie być zabawnie.

- A kierownik co myśli? - zagaduje mnie Vince.

- O czym?

- Lepiej trzymać ich w szachu, czy pozwolić, żeby się powyrzynali?

Chciałbym powiedzieć, że cała ta zimna wojna, Nixon, ZSRR i katastrofy japońskich samolotów w Moskwie - to wszystko nie ma dla mnie sensu. Gdyby każdy miał swoją wieżę i parę osób, z którymi mógłby spędzać czas - po prostu być, bez żadnych oczekiwań ani wtrącania się - zapalać latarnię na noc i gasić ją o świcie, spać i czuwać, rozmawiać i milczeć, żyć i umrzeć, każde na swojej wyspie, to czy nie moglibyśmy uniknąć całej reszty?

Odpowiadam jednak inaczej:

- Lepiej utrzymać pokój, jeśli to tylko możliwe. - I mam nadzieję, że podczas tej zmiany mnie też się to uda.

Ale rozmowy o statkach kosmicznych przypominają mi dzień sprzed wielu lat. Na Beachy Head wstawał świt, siedziałem samotnie w laternie, już za chwilę miałem oddelegować obowiązki słońcu, gdy nagle zobaczyłem, że coś wpada do wody. Poranek był mglisty, miękki, dość wczesny, na niebie zamarudziły jeszcze ostatnie gwiazdy, było tak pięknie, że dawało do myślenia: może niebo już tutaj jest, wystarczy tylko się rozejrzeć, i wtedy nagle znikąd wystrzelił lśniący kawałek metalu, natychmiast połknięty przez wodę, tak że nie zostawił po sobie ani śladu. Nie potrafiłem określić wielkości tajemniczego obiektu ani dystansu od wieży, bo z góry morze wydaje się nieskończone.

Ale widziałem to i nie potrafiłem wyjaśnić. Jakaś część z samolotu, klapa czy spojler, wiem, że takie jest wytłumaczenie, wiem; ale było coś w tym ruchu, jakaś dynamika w upadku, pełna nieopisanego wdzięku i intencji. Nikomu o tym nie powiedziałem, ani pozostałym latarnikom, ani Helen. Ale pomyślałem wtedy, że to od ciebie.

To był piękny prezent, bardzo ci za niego dziękuję.

W sypialni zawsze jest ciemno, bo o każdej porze dnia i nocy ktoś tam śpi, a przynajmniej próbuje zasnąć. Zimą ciągła ciemność powoduje dezorientację czasową, przez samotne okienko zmierzch wygląda tak samo jak świt. Kiedy zamykam drzwi, moja dłoń spoczywa na nich przez chwilę, nieruchoma, o miękkich krawędziach, i wygląda, jakby należała nie do mnie, a do jakiegoś młodszego mężczyzny, który w innym świecie być może otwiera drzwi, a nie je zamyka.

Czytam teraz książkę Obelisk i klepsydra, rzecz o historii czasu. Znalazłem ją w sklepie z używanymi rzeczami na głównej ulicy w Mortehaven. Mam taką wizję, że w przyszłości osobiście zobaczę wszystkie te rzeczy, o których czytam: piramidy egipskie, świątynie Ameryki Południowej, wiszące ogrody w Babilonie. Kiedy miałbym to zrobić, jest kwestią drugorzędną; liczy się, że zawsze mam tę możliwość w myślach.

W podróż poślubną pojechaliśmy z Helen do Wenecji. Przez tydzień jedliśmy chleb z oliwą i plasterki szynki, różowe i cienkie jak bibułka. Włóczyliśmy się wilgotnymi uliczkami, przechodziliśmy pod mostami, pachniało jajkami i solą. Teraz wydaje mi się to nierealne: zatopiony świat z wody i cienia, dzwonów i złotych dachów.

Obelisk to wydanie kieszonkowe, w miękkiej oprawie z zegarem słonecznym na okładce. Na wieży mierzymy upływ czasu w dniach: na jakim etapie ośmiotygodniowej zmiany jest każdy z nas. Helen mówi, że to jak więźniowie skreślający kredą na ścianie kolejne dni wyroku, i może coś w tym jest. W starożytnych Chinach czas odmierzano za pomocą świecy. Zaznaczano godziny kreskami, a potem sprawdzano, ile wosku się stopiło, i dzięki temu żadna godzina nie przepadała. Można było zebrać wosk, ulepić z niego nową świecę i zapalić. Jeśli tylko się chciało, cały ten czas był do odzyskania.

Helen nic nie wie, a ja nigdy bym jej o tobie nie powiedział. Nigdy nikomu bym o tobie nie wspomniał. Pewne rzeczy są prywatne i ty do nich należysz. Myślę jednak o tej świecy i o wypalonym czasie, o tym, czy godziny, które minęły, przepadają na zawsze, czy jest jakiś sposób, żeby je odzyskać. Co, jeśli mógłbym cię odzyskać?

Jestem tu już zbyt długo. Samotne noce i szpule ciemności, zwijające się i rozwijające w czarne morze, jeszcze czarniejsze niebo. Wyślij największego cynika na poranną zmianę, kiedy wschodzi słońce i krwiste niebo wybucha pomarańczowym światłem, i niech mi powie, że nie ma nic więcej na tym świecie. Musi być coś więcej.

Na ekranie moich zamkniętych powiek miga pulsujące światło latarki na brzegu. Wzywa mnie z ciemności, świeci i świeci, nalega, żebym się odwrócił i spojrzał.

12

BILL Przeprawa

Trzydziesty piąty dzień na wieży

Ile już razy zapalałem to światło? Osiem miesięcy w roku, każdego roku, plus minus jakieś zaległości, to daje dwieście czterdzieści dni; pomnożyć przez liczbę lat, które spędziłem w zawodzie, a będzie z piętnaście, czyli wychodzi trzy tysiące sześćset razy zapalania tego światła albo podobnego. Wolę nawet nie liczyć, ile godzin spędziłem przez ten czas w latarniach.

Przygotować denaturat, podgrzać parafinę, odkręcić kurek i przyłożyć zapałkę do oparów. Mógłbym to robić z zasłoniętymi oczami, chociaż Trident raczej by na to nie pozwolił. Płomienie tańczą w szklanej klatce. Na Maiden samo źródło światła się nie porusza, tylko otaczające je soczewki się obracają, wzmacniając snop światła, tak by sięgnął daleko na morze.

Jest ósma. Kończę zmianę o północy. Dzięki temu mogę spać w godzinach, które odpowiadają normalnej nocy na lądzie. Przez czas dzielący mnie od fajrantu będę pilnował, żeby palnik się nie zatkał i nie spadło ciśnienie; będę rejestrował pogodę, temperaturę, widoczność, ciśnienie atmosferyczne i siłę wiatru. Poza tym - a są to rzeczy, które już nie wymagają ode mnie uwagi - będę siedział i zastanawiał się, jak człowiek może zmienić coś w swoim życiu, jeśli nie przynosi mu ono szczęścia. Mam na to bardzo dużo czasu. Kiedy zapalam światła i je gaszę, polega na mnie cały świat. Świt i zmierzch należą wyłącznie do mnie, mogę robić z nimi, co mi się żywnie podoba. To daje poczucie mocy, sprawczości.

Vince przywiózł mi paczkę od Jenny. Jeśli od razu nie przeczytam listu, będzie to nade mną wisiało, dyszało mi w kark tak samo, jakby to ona tu była. Czasami tutaj na górze, ze światłem, można poczuć drugą osobę, jeśli człowiek się postara. Czuje się, że tu z nami jest, czy nam się to podoba, czy nie. Mogłaby siedzieć tuż obok, zaczyna się to czuć we włoskach na rękach. Albo siedzi tuż za nami, patrzy na tył naszej głowy, myśli na nasz temat najróżniejsze rzeczy, których wcale byśmy nie chcieli. Obracamy się i nikogo nie ma, w laternie jest pusto, jesteśmy sami. Ale sprawdziliśmy.

Jak zwykle dołożyła paczkę domowych czekoladek. Widzę, jak łyżeczką nakłada kolejne porcje na papierki, w radiu lecą The Archers. Jenny Heaton. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, wychodziła ze szkoły, miała warkocze i spódnicę zasłaniającą kolana. Jenny nie lubi swoich kolan, twierdzi, że są ciastowate. Siostra powiedziała jej kiedyś, że wyglądają jak pierogi, i Jenny zapamiętała to sobie na zawsze. Tak jak ja nigdy nie zapomnę o tym, jak Susan Price, dziewczyna z sąsiedztwa, z którą się spotykałem, po kilku miesiącach zerwała ze mną, mówiąc: "Za niski jesteś, Bill, potrzebuję kogoś wyższego".

Z początku nie było źle z Jenny. Leżeliśmy w łóżku u niej w domu, jej matka przysypiała pijana na kanapie w salonie, zimne palce Jenny splatały się z moimi. Czułem pod kołdrą jej kolana, mówiłem, że mi się podobają, wszystko z nimi w porządku, może mógłbym znowu ją pocałować? Niewiele rozmawialiśmy. Nie należałem do gadatliwych, a jej to nie przeszkadzało; lubiłem to w niej, różniła się pod tym względem od innych dziewczyn. Któregoś razu wyszeptała w ciemności: "Jesteś taki sam jak ja, Bill", a ja leżałem potem do rana, nie mogąc przestać o tym myśleć. Chodziło mi tylko o to, żeby pójść z dziewczyną do łóżka i opowiedzieć potem o tym braciom. Teraz poczułem, jakby zaczynały oplatać mnie macki zaborczości. Jakby ktoś przekręcił klucz.

Jenny pisała do mnie na papeterii, którą zwinęła z wypasionego hotelu w Brighton, gdzie spędziliśmy miesiąc miodowy.

Bill, kochany, tęsknię za Tobą. To już ponad miesiąc. W domu jest tak pusto bez Ciebie. Chciałabym, żebyś już do nas wrócił. Dzieci codziennie pytają, kiedy wrócisz (to jeszcze bardziej pogarsza mój nastrój!). Bez przerwy płaczę. Malutki zresztą też, przez całą noc. Próbuję być dzielna, ale bardzo mi ciężko. Nie mogę się pogodzić z myślą, że tak długo nie będziemy się widzieć, a jesteśmy dopiero na półmetku rozłąki. Nie chcę nic robić, dopóki nie wrócisz. Nigdzie nie chodzę, z nikim się nie spotykam. Zresztą i tak tylko bym się popłakała, a tak wiele kosztuje mnie powstrzymywanie się od łez.

Czuję jej palce splecione z moimi, w tamtym łóżku.

Inni tego nie rozumieją, prawda, Bill? Nie rozumieją, jak bardzo za Tobą tęsknię, jak Cię potrzebuję. Samotność mnie boli, dosłownie, czuję fizyczny ból, kłucie w sercu. Po Twoim ostatnim wyjeździe się pochorowałam. Hannah słyszała. Skłamałam, że zaszkodziły mi pulpety, ale to nieprawda. Kiedy Cię nie ma, muszę wszystkich oszukiwać. Nie jestem sobą, Bill. A Ty?

Schodzę do kuchni i robię grzanki z tego białego sztucznego chleba, który przywiózł Vince. "Mother's Pride to rodzina chleba i chleb dla całej rodziny". Z tych bochenków, które sami tu wypiekamy, nie da się zrobić tostów, przypominają albo racuchy, albo bułeczki. Grill przypala brzegi, ale ja tak lubię, kiedyś zresztą słyszałem, że w małych ilościach węgiel jest zdrowy. Smaruję kromkę marmite'em, więc i tak nie widać. Kiedy wgryzam się w grzankę, odgłos chrupania przypomina mi trzaskanie chrustu w ognisku.

Nie można bez końca szukać sobie wymówek. Jestem tchórzem. Nie ma innego wyjaśnienia. Kiedy miałem dziesięć lat, tata przyłapał mnie, jak czytałem w łóżku z latarką. Wytargał mnie za uszy i powiedział: "Oślepniesz, jak będziesz tak mrużył oczy. Okularnika nie wezmą na latarnię". Wierzyłem mu, ufałem, że ma rację co do tych okularów, no i co do tego, że praca latarnika to jedyne, do czego się nadaję, więc lepiej, żebym się, kurde, ogarnął, bo inaczej co będę robił? Wiele lat później stary zachorował i leżał w łóżku, robił się coraz chudszy, aż w końcu któregoś dnia zupełnie znikł, jeśli nie liczyć ziejącego kwaśno otworu w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się jego usta, chrypiącego: "To była twoja wina". I tak było. Wychodziłem stamtąd wykręcony na lewą stronę, jak kociak wrzucony w worku do wody.

Morze infekowało nas wszystkich. Nie mogliśmy się od niego uwolnić, nawet po śmierci. Kuzynka starego miała mieszkanie w Dorset z widokiem na West Bay. Na ścianach wisiały pejzaże morskie, starotestamentowe wizje mrocznego nieba i spienionych grzywaczy, statki miotane na wzburzonych wodach. Nie cierpiałem jej odwiedzać, te wściekłe wiry i sceny bitewne, wystrzały z armat, czerwone flagi na masztach szarpane gwałtownym wiatrem. Zawsze unosiła się tam woń wytrawnej sherry i kruchych maślanych ciasteczek, które sama piekła i trzymała w plastikowych opakowaniach. Kiedy zmarła, wypożyczyliśmy łódkę w Lyme i rozsypaliśmy jej prochy na wodzie. Spora porcja poleciała mi prosto w twarz i pomyślałem sobie wtedy, że nigdy się nie uwolnię od tego cholernego morza.

Nieważne, że nie nauczyłem się pływać. Ojciec powtarzał, że nie trzeba umieć pływać, żeby siedzieć na latarni. Na lekcjach na basenie nauczyciel wrzucał do wody cegłę; ja z trudem utrzymywałem się na powierzchni, zaciskając powieki i trzymając się za nos, a w zatkanych uszach odbijały mi się echem drwiny innych dzieciaków.

Tutaj na górze godziny przemykają. Czas mija niezauważenie. Przepadają całe godziny, a chociaż płacą mi za to, żebym nie spał, i właściwie przecież nie śpię, to niewątpliwie zapadam w jakiś półsen, bo kiedy siedzę tak sam w laternie, do głowy przychodzą mi najdziwaczniejsze pomysły, które przecież muszą chyba być snami? Jenny na lądzie z płaczącym małym i kłócącymi się dziewczynkami; zabawki rozrzucone na dywanie, rozebrana lalka Sindy z głową odwróconą tył do przodu, tak żeby piersi były na plecach, bo Jenny nie chce im kupić chłopaka do kompletu, żeby nie zaczęły wyprawiać nie wiadomo czego. Wrzaski przy kolacji, kłótnie nad kotlecikami rybnymi. Jak by to było nigdy do tego nie wrócić?

Żona odlicza dni do zmiany, a kiedy przychodzi ten dzień, pogoda sprzyja, łódka wypływa, więc bardzo się cieszy i robi zakupy, te co zwykle, jedzenie i picie, które dawno temu lubiłem, ale teraz już za nim nie przepadam. Ale ja nie wracam. Nie wiem, dokąd się udam ani jak do tego dojdzie, ale ta niewiedza jest w tym najfajniejsza. Po prostu tak się dzieje.

Przed północą idę do sypialni po Vince'a. Budzę go kuksańcem i zwyczajowym powitaniem - "Hej, leserze, pora wstawać" - po czym schodzę do kuchni przygotować tacę. Vince'a muszę szturchnąć raz, potem drugi, jak już przygotuję picie, i dopiero wtedy w końcu zwleka dupę z łóżka.

W domu nigdy nie zawracałbym sobie głowy wykładaniem herbatników na spodki, Bóg jeden wie, dlaczego tutaj to robię. Do tego dwa solidne kawałki starego dobrego cheddara, który zaczyna się pokrywać białym woskowym nalotem na krawędziach, co oznacza, że powinniśmy szybko go zjeść.

Ku mojemu zaskoczeniu Vince już jest na górze; na piżamę zarzucił skórzaną kurtkę. On i Arthur są jak dwa przeciwległe bieguny, Arthur stroi się na każdą zmianę, jakby lada chwila miała wpaść inspekcja z Tridentu - ogolony, uczesany, buty wyglancowane - a tymczasem Vince snuje się w ciuchach do spania z sieciówki i włochatych kapciach, przypominających trochę psią sierść.

Kiedy pracuje się z kimś w latarni, człowiek szybko się przyzwyczaja do nawyków tego drugiego. Vince jest tu od niespełna roku, a że grafik ciągle się zmienia, to niewiele czasu spędziłem w jego towarzystwie. Jednak przez miesiąc na wieży można poznać drugą osobę lepiej niż przez dekadę na lądzie. Vince najpierw bez słowa wypije cały kubek herbaty, do dna, a kiedy w końcu się odezwie, to nie będzie rzucał uprzejmościami o pogodzie, stanie latarni czy jakichś bieżących drobiazgach. Podczas tej przejściowej godziny nie obowiązują żadne zasady, co wolno, a czego nie wolno. Co można powiedzieć, a czego nie wypada. To podczas jednej z tych godzin Vince powiedział mi, za co go zamknęli. Nie o tych dawnych, drobnych wykroczeniach. O tej poważnej odsiadce.

- Nie powiedziałeś mi w końcu, jaki masz problem - mówi.

- Z czym?

- Z tym. - Dłubie w zębach. - Z morzem.

- Po prostu go nie lubię i cześć.

- Dlaczego?

- A co to za różnica? Pilotowi przecież byś nie powiedział: skoro tak lubisz latać, to na pewno uwielbiasz powietrze, wyskakuj z kokpitu.

- Ale zawsze jest jakiś powód, no nie?

- Nie wiem.

- Ja tak mam z psami - mówi Vince. - W jednej zastępczej mieli takiego wściekłego sukinsyna, rottweilera. Kiedyś się na mnie rzucił, tak po prostu, nic nie zrobiłem. Capnął mnie za rękę i zaczął trząchać jak kawałem mięcha... no bo w sumie dla tego psa moja ręka była kawałem mięcha. Wiesz, jak się wabił? Płatek. Płatek, kurwa, takie bydlę. Od tamtej pory nie mogę się zbliżać do psów. Jak tylko jakiegoś widzę, to myślę, że zaraz na mnie skoczy.

- Mam swoje problemy z morzem, a ono ma swoje problemy ze mną.

- Morze raczej nie ma żadnego zdania na nasz temat.

Ale o to właśnie chodzi. O obojętność. Stary zawsze się na mnie gapił, kiedy odwiedzaliśmy mieszkanie tej jego kuzynki w Dorset. Nigdy nie zmrużył oka. Kiedy wszyscy już spali, przychodził do mojego pokoju, zdejmował pasek i siedział w nogach łóżka, przeguby lśniły blado w świetle księżyca, i sam nie wiedział, co zrobić z tym paskiem ani ze mną. Morze gapiło się na mnie ze wszystkich ścian. Nie pomagało mi wtedy i teraz też mi nie pomoże.

- Brzydzę się nim - mówię w końcu. - Aż mi się rzygać chce.

- W sensie masz chorobę morską?

- Nie.

Chociaż to też mi czasem dokucza. Nienawidzę płynąć tu z lądu, tej pierdolonej przeprawy. Nawet przy dobrych warunkach wcale mi to nie służy, nie cierpię się tak bujać jak wańka-wstańka. Bardzo bym się cieszył, gdybym już nigdy nie musiał tego robić. Gdy tylko wysiadam z łodzi, zaczynają dręczyć mnie myśli o drodze powrotnej, nieważne - do latarni czy na ląd. Teoretycznie więc najbardziej powinienem cieszyć się życiem w domu albo na wieży, ale tak nie jest. Życie nigdzie mnie nie cieszy. Chyba że jestem z nią.

- Czemu nie znajdziesz sobie innej roboty? - pyta Vince. Słyszę, jak przeżuwa pocący się ser. Siorbnięcie herbaty.

- Jezu, co to ma być, jesteś z gestapo?

- Nie rzucaj się tak. Zachowujesz się jak ten cholerny kundel.

- Dają nam dom. To nie najgorszy układ. Nie wiem, co innego miałbym robić.

- Możesz się przekwalifikować.

- Łatwo mówić - odpowiadam. - Ty nie masz dzieci i żony na utrzymaniu. Cały ten syf, w kółko i w kółko, dwadzieścia trzy funty na tydzień i co potem?

- Możesz zostać głównym.

- Nie jestem jak Arthur.

- Ale mógłbyś.

Herbatnik zmienia się w moich ustach w tekturę.

- Nie jestem taki jak on.

Często korci mnie, żeby to powiedzieć. Co zrobiłem Arthurowi. Co nadal mu robię. Tylko po to, żeby usłyszeć, jak to brzmi. Mógłbym powiedzieć Vince'owi. Ale chwila minęła.

- Stary, ale się cieszę, że wróciłem - mówi. - Te latarnie! Nigdy nie widziałem czegoś tak pięknego. Dlatego w tym siedzę. Chcę dostać ten awans. Niedługo będę zastępcą, tak jak ty, dostanę własny domek. Któregoś dnia zostanę głównym. Spędzę życie na latarniach.

- To niewiele ci trzeba.

- Moim zdaniem obsługiwanie latarni to sztuka.

- Jaka sztuka? My tylko zapalamy światło, pilnujemy go, a potem gasimy. Jasne, jest jeszcze czyszczenie, ale można by tego nauczyć nawet średnio bystrą małpę. Meldować się przez radio. Czasem coś ugotować. Co to za sztuka?

- Ej, to przecież znacznie więcej - upiera się Vince. - Mówiłem ci już, że jestem przyzwyczajony do życia w klatce, a ludzie dzielą się na tych, którzy dają sobie z tym radę, i tych co nie. Ale jak ktoś nie ma problemu z życiem w klatce, to wszyscy myślą, że coś z nim nie tak. Jakby w życiu chodziło tylko o to, żeby być na zewnątrz. Ale jeśli komuś jest dobrze w zamknięciu, nieważne, w Wandsworth czy na latarni morskiej, gdzie niby nie ma krat, ale w każdym innym sensie jest się uwięzionym, to mu wystarcza. Widziałem w pierdlu chłopaków, którzy byli jak lwy w zoo. Awanturowali się, bili, rozwalali rzeczy albo się zabijali, tylko dlatego że chcieli być wolni. Coś ci powiem, Bill: ja przez cały czas czułem się tam wolny. Ani razu nie poczułem się inaczej. Bo chodzi o coś więcej, nie? Tylko tyle ci powiem. Jeśli nie podoba ci się na wieży, to nie dlatego, że z wieżą jest coś nie tak.

Pierwszy raz na Maiden był najgorszy. Nasłuchałem się różnych historii o tej latarni: że da mi niezłą szkołę, że trzeba się pilnować, bo skończy się jako pokarm dla ryb, i tak dalej. Tymczasowy, którego miałem zastąpić, powinien był zostać zmieniony już dwa tygodnie wcześniej, miał chorą żonę; w innej sytuacji nie wysłaliby zmiany w taką pogodę, kiedy fale szalały, a deszcz lał jak z cebra, ale Trident tak zdecydował, więc nie mieliśmy wyjścia.

Przez większość przeprawy wisiałem przegięty przez burtę, woń cygara szypra mieszała się ze słoną mgiełką i palącą żółcią. Myślałem o cegle na dnie basenu i o tym, jak wierzgałem, ślepy i ogłuszony, rozpaczliwie próbując się nie utopić.

Morze było dzikie, podrywało nas w górę i ciskało w dół, chłostało i świstało, dziób łodzi ledwie przesuwał się do przodu, tak silnie wiał przeciwny wiatr. Widok wieży na otwartym morzu budził we mnie jakąś makabryczną, żarliwą fascynację, jak inne potężne budowle stworzone przez człowieka - gigantyczne pylony, kominy chłodzące czy masywny stalowy kadłub kontenerowca stojącego na brzegu.

Nie trzeba było się szczególnie przygotowywać. Po przypłynięciu załoga łodzi i ludzie na odsadzce wszystkim się zajmowali. Orientowałem się, jak to działa, powiedziano mi, żebym uważał się za taki sam towar jak kartony z zapasami, trzymał się liny i ufał, że zostanę przetransportowany. Trzeba ufać ludziom na obu końcach liny. Ale tego dnia problemem nie był ani czynnik ludzki, ani podciągarka, tylko morze, które nie mogło się zdecydować, co właściwie robi. Kiepsko zawiązałem uprząż, byle jaką pętlę, którą miałem pod pachami, a kawałek, którego się trzymałem, obcierał mi dłonie.

Podciągnęli mnie w górę, męczyły mnie potworne mdłości, kawałek po kawałku przesuwałem się coraz wyżej, aż w końcu wieża się zbliżyła. Starałem się nie patrzeć zbyt długo na morze przewalające się w dole, nie zwracać uwagi na dystans, który nagle się wytworzył.

Wtem gwałtowny spadek, morze obniżyło się o jakieś dziesięć metrów, znosząc łódź zbyt daleko od wieży. Powietrze wypełniły wrzaski i wrażenie ślepej paniki. Mocno zacisnąłem powieki. W tej chwili już mnie nie obchodziło, co ze mną będzie. Przez jakiś czas dyndałem na uprzęży, skazany na łaskę żywiołów, fale omywały mi buty, po czym wracały na dół. Z łodzi rozległy się okrzyki:

- Wciągajcie go, wciągajcie!

A potem:

- Dawajcie go z powrotem, chcecie go zabić?

Deszcz chłostał mi twarz, wiatr grzmocił i szarpał ubraniem. Otworzyłem oczy i zobaczyłem mężczyznę nachylającego się z odsadzki, Arthura Blacka, mojego głównego latarnika, jego dłoń znajdowała się w moim zasięgu. Skoczyłem, ale morze mnie uprzedziło, miotnęło mną o beton z taką siłą, że przez dobre kilka minut nie mogłem porządnie oddychać.

- Dobra robota, chłopie - stwierdził główny. - Już dobrze.

Złapałem się za szczeble schodków, śliskie i lodowate, i zacząłem wspinać się ku ciemnej, gorącej paszczy wejścia.

Arthur zrobił mi herbatę i częstował papierosami, póki się nie zagrzałem.

Biedny Bill. Żałosny Bill. Widziałem te myśli w jego oczach. Bill, który nigdy nie dobija do brzegu swobodnie, bez zarzyganej kurtki i przerażenia w duszy. Bill, którego dłoń nigdy nie wyciąga się do słabszego, a zawsze po pomoc dla siebie. Nigdy nie będzie skałą, z której wykuwa się głównych latarników. Topi się na powierzchni wody i nigdy nie dosięgnie cegły.

Czasem, kiedy skończę jedną z moich muszli, nawet jeśli jestem zadowolony z efektu, wyrzucam ją przez okno sypialni. Porywa ją wiatr i podoba mi się wizja, że ta muszla wróci do oceanu. Miliony lat podróży, tyle wysiłku, tarzania się w prehistorycznym piachu, żeby zostać wyrzuconą na jakiś daleki brzeg i skończyć w rękach mężczyzny takiego jak ja, który wydrapie w jej ciele jakieś swoje pomysły, zbruka jej kształt dla swojej własnej satysfakcji, a po wszystkim odłoży ją z powrotem tam, gdzie wszystko się zaczęło.

13

VINCE Samotnik

Drugi dzień na wieży

Wtorek rano. Trzy tygodnie do Gwiazdki. Latarnia nigdy nie świętuje ani nie pozwala sobie na urlop; potrzebuje nas przez cały czas. Tamci dwaj niedługo zaczną się zastanawiać, co porabiają ich bliscy, będą wściekli, że muszą tutaj tkwić, podczas gdy rodziny ubierają choinki i zajadają się kruchymi ciastkami z bakaliami. Tak mi się przynajmniej wydaje, ludzie podobno robią takie rzeczy. Ja chyba nigdy porządnie nie obchodziłem Gwiazdki. W pierdlu dostawaliśmy jakiś paskudny obiad i papierowe korony, ale nie wiem, o co chodzi z tą całą "magią świąt".

O tej porze roku latarnię można zgasić dopiero po ósmej. Kiedy słońce w końcu wschodzi, zabieram się do rozmontowywania palników, wymieniam je na czyste, żeby były gotowe na noc. Potem rozciągam zasłony wokół soczewek. W grudniu słońce raczej nie będzie świeciło tak mocno, żeby wzniecić pożar, ale to już nawyk, a poza tym dzięki temu szkła się tak nie brudzą. To trochę podobnie, jakby ubierać latarnię na dzień, a potem wieczorem znów zdjąć z niej ubranie. Nigdy nie powiedziałbym tego reszcie.

Jako porannemu zmiennikowi przypada mi robienie śniadania. Razem ze mną przypłynęło opakowanie bekonu, więc smażę go na patelni i chowam do piecyka, żeby nie wystygł, zanim wstaną. Zwykle budzi ich zapach - zresztą choćby ktoś próbował twierdzić inaczej, to nic na świecie nie pachnie tak pięknie jak smażony bekon. Kucharzenie na Maiden jest nawet w porządku, bo główny gotuje prawie tak chujowo jak ja, więc nie wstydzę się swoich dań. Na mojej pierwszej latarni, na wyspie, latarnicy strasznie się snobowali i sarkastycznie komentowali każdy przygotowany przeze mnie posiłek, co było z ich strony wredne, bo nie chcieli mnie nauczyć gotować, nawet jak prosiłem. To tylko takie sztuczki, których można się nauczyć, przynajmniej ja tak mam. Zanim zacznę gotować, nawet nie znam połowy składników.

- Słyszeliście te ptaki? - pytam, kiedy już wszyscy siedzimy i wsuwamy.

- Jakie ptaki? - dziwi się Arthur.

- W nocy. Całe stado przyleciało, prosto na mnie.

Główny latarnik wstaje i idzie sprawdzić, czy światło się pali, bo to jego zmiana. Zresztą nawet kiedy my mamy zmianę, to i tak jest jego latarnia. Ciągle jej pilnuje, trzęsie się nad nią jak nad dzieckiem.

Bill trzyma głowę nisko, jak zawsze kiedy je, jak najbliżej zawartości talerza, a w popielniczce obok dymi papieros, żeby mógł na zmianę zaciągać się i przeżuwać, zaciągać się i przeżuwać. Patrzy na puste krzesło Arthura.

- Dlaczego pozwalasz mu tak się do ciebie odzywać? - pyta.

- Że co?

- Jakbyś był jakimś debilem.

Wycieram usta.

- To ty mnie tak nazywasz.

- Widziałeś, co on zrobił?

- Co?

- Od razu poleciał sprawdzić, czy coś jest spieprzone. Czy ty coś spieprzyłeś. Myśli, że nie można ci zaufać. Mnie zresztą traktuje tak samo.

Jest zupełnie normalne i przyjęte, że kiedy jeden z latarników wychodzi, dwóch pozostałych może sobie na niego ponarzekać - jakby odkręcenie wentyla, żeby dać upust emocjom, coś w stylu: "Zauważyłeś, jakie to było wkurzające, kiedy zrobił to i to? Bywa z niego czasem straszny kutwa, co nie?". Bez złych intencji, chodzi po prostu o to, żeby upuścić trochę pary, zamiast pozwolić jej wybuchnąć.

Ale Bill jest bardziej poirytowany niż zwykle. Jakby zmęczony. Patrzę, jak dopala papierosa - jak zawsze pali embassy - dusi niedopałek i odsuwa od siebie talerz. Wraca główny latarnik.

- Nie pomyślałeś, żeby może po nich posprzątać? - pyta mnie dość srogo.

- Jakbym zaczął sprzątać, to nie byłoby śniadania. Bill posprząta, prawda, Bill?

- Spierdalaj.

Arthur sprząta ze stołu, rzucając:

- Dzięki, było smaczne.

Po śniadaniu biorę łopatę i wiadro i idę na górę, na galerię. Szczerze mówiąc, nie orientowałem się, ile tam było tych ptaków, bo przyleciały całą chmarą jak ćmy, nad ranem, jakoś koło piątej, a wtedy trudno powiedzieć, co się właściwie widzi i czy nie mieni się człowiekowi w oczach. Tyle tych piór, skrzydeł, łopotania - równie dobrze mogło ich być dziesięć, jak i sto. Wypalam papierosa na ostrym mrozie; martwoszare morze i martwoszare niebo, i moje dłonie też wyglądają jak martwe, kiedy zeskrobuję martwe ptaki. Burzyki - to i tak szkodniki, mówi Bill, mała strata, ale ja nie mogę się z tym zgodzić, kiedy tak patrzę na ich pozgniatane ciała, skręcone karki. Na Bishop Rock słyszałem, że kiedyś latarnicy znaleźli tam na galerii pełno ptaków, żywych, rozwrzeszczanych. Nie było gdzie nogi postawić, ani skrawka wolnej podłogi, jak na jakiejś pieprzonej Arce Noego. Dopiero po zmierzchu, kiedy doświadczyły pełnej mocy płomienia z laterny, ptaszory odleciały, a były ich dziesiątki. Snop światła latarni przyciągnął je i olśnił, a może wystraszył.

Trzeci dzień

Myślałem, że tym razem będzie mi trudno wrócić do latarni, no bo sprawy między mną i Michelle zaczęły się robić poważne. Ale po dwóch nocnych zmianach okazało się, że tak naprawdę to dobrze. Tutaj mam całą masę czasu, żeby o niej myśleć. Naprawdę wierzę w to, co powiedziałem Billowi podczas tej zakładki między zmianami. Chcę awansować na zastępcę, bardzo mi zależy na pewności zatrudnienia, bo wtedy Trident zapewni mi ochronę na całe życie. I będę mógł jej powiedzieć: no widzisz, może spróbujemy? Wreszcie będę miał sensowne widoki na przyszłość.

Dzisiaj ja robię obiad, potem główny zmywa i jak zwykle siada w swoim fotelu z kubkiem herbaty i krzyżówką. Częstuje mnie fajką. Arthur lubi się dzielić. Kiedy pracowałem na Alderney, tamtejszy główny nigdy się niczym nie dzielił, nie rozumiał koncepcji. Na wszystkich swoich słoikach i pudełkach przyklejał karteczki "Nie ruszać" i "Łapy precz" - jasne, dzięki temu nigdy nie brakowało mu masła, tytoniu i sosu HP, ale nikt nie chciał się z nim zadawać. Arthur nie przywiązuje większej wagi do własności, ani jedzenia, ani innych rzeczy. To wszystko tymczasowe, mówi, to tylko rzeczy, nie są wieczne. Ale uczucie, kiedy siedzi się razem i miło spędza czas - pamięta się na zawsze.

- "Wy paskudni producenci cukrów mlecznych".

- Rzuciło się szefowi na głowę?

- Dwa wyrazy, pięć liter i cztery.

- Aaa, chodzi o krzyżówkę. Nie potrafię tych z grami słów.

- Trzeba spojrzeć na hasło z dwóch stron - tłumaczy główny latarnik. - Jest ogólna wskazówka i odpowiedź ukryta wśród liter. Trzeba włączyć specjalne myślenie.

- Ja tam chyba nie mam łba do specjalnego myślenia.

- Wystarczy spojrzeć w inny sposób.

- Dobra, spróbuję jeszcze jedną.

- "Jeden dzbanek na paru spragnionych".

- Dopiero co zrobiłem herbatę - odpowiadam.

- To podpowiedź do hasła. Pięć liter.

- Pojebane.

- To osiem liter. - Uśmiecha się. - To naprawdę proste. Zobacz.

Pokazuje mi. Szczerze mówiąc, nie do końca rozumiem.

- Nie widzę.

- Przyjrzyj się.

- Aha - mówię, kiedy wpisuje hasło "napar".

Bill mylił się co do naszego głównego latarnika. Arthur jest jednym z tych, którzy starają się podciągać innych, pomagać im stać się lepszymi, zamiast się wkurzać czy zadzierać nosa, że są starsi, czy robić wszystko po swojemu i tak dalej, a myślę, że to właśnie Bill tak mnie traktuje. Główny jest cierpliwy. Zawsze pokazuje mi, jak coś trzeba zrobić. Podziwiam go, zwłaszcza jego stosunek do morza; każdy latarnik powinien tak właśnie czuć. Szkoda, że nie wszyscy tak mają.

Zastanawiam się, czy Bill wie, że ja wiem. Że Arthur opowiedział mi kiedyś podczas nocnej wachty, co mu się przytrafiło wiele lat temu, zanim zaczął służbę na Maiden, zanim Bill się zaciągnął, zanim ja nauczyłem się chodzić. Zatkało mnie, kiedy mi o tym powiedział. Nie wiedziałem, jak zareagować. Nie spodziewałem się tego. Jak mogłem się spodziewać? To nie jest coś, o czym się myśli.

Patrząc na Arthura, myślałem, że właśnie takim mężczyzną chciałbym być. Nigdy bym się nie domyślił, co on przeżył. Człowiek przez długi czas podziwia swojego szefa, myśli, że on na pewno zna odpowiedzi na wszystkie pytania, a potem się okazuje, że jest kimś zupełnie innym.

Neil Young na magnetofonie, zasłonka przy łóżku zaciągnięta. Bill siedzi na dole, słyszę bzyczenie jego wiertełka do muszli; leżę zawieszony gdzieś między nocą a dniem i cieszę się muzyką, która przenosi mnie gdzie indziej. Do ciasnego mieszkanka Michelle na Stratford Road, z Neilem, Johnem Denverem albo King Crimson. Świeczki powtykane w butelki po winie, wosk spływa po ściankach; poduszki z ponaszywanymi szkiełkami, jakby lusterkami w kształcie rombów. Kot w drzwiach oblizuje sobie łapy. Blue Ridge Mountains, Oh Shenandoah. Shenandoah. Co to w ogóle za nazwa dla rzeki? Raczej jakieś magiczne zaklęcie albo księżyc dalekiej planety. Wszystko skąpane w świetle pomarańczowym jak brzoskwinie z puszki. Moim myślom o Michelle często towarzyszy konkretne światło. Przydymione fioletowe w sypialni. Jasnozielone, kiedy wychodzi na bosaka do ogródka i woła kota na kolację. Jak się ten kot wabił? Sykes? Nie. Staines? Też nie. Steptoe? Niemożliwe.

Michelle jest dla mnie za dobra. Mam przynajmniej na tyle rozumu, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Nigdy nie miałbym jaj, żeby do niej zagadać, gdyby Trident House mnie nie zrekrutował, a to wydarzyło się zupełnym przypadkiem. Nie ma teraz wielu latarników w moim wieku - więcej można zarobić na platformach wiertniczych na Morzu Północnym, ale zależy, jaki się ma fach w ręku i jaką przeszłość. W kwietniu 1970 roku, parę tygodni po wyjściu, wpadłem w pubie na takiego jednego gościa. Postawił mi piwo i opowiedział, jak dawno temu pracował na latarniach Pladda i Skerryvore. Ja, tak jak za każdym razem po wyjściu, tylko czekałem, aż znowu mnie zwiną. Przywykłem do tego, więc wiedziałem, że celowo coś spierdolę, kiedy będę miał dość wolności. Ale im więcej ten gościu opowiadał o latarniach, tym bardziej sobie myślałem, że to coś dla mnie. Powiedział tylko, że nie może człowiekowi przeszkadzać samotność - trzeba mieć podejście, że dobrze jest pobyć samemu.

Nie nastawiałem się, że mnie przyjmą, jak się dowiedzą, że byłem karany, ale parę tygodni później dostałem list z Tridentu. Pomyśleli pewnie: nada się, nie jest za bystry, ale mu zależy. Prawda jest taka, że praca w latarni nie jest skomplikowana. Cały jej urok tkwi w prostocie. Drobne, niewymagające zajęcia pomagają zająć czymś myśli. Uruchomienie oświetlenia nocą, poza tym czyszczenie, sprzątanie, gotowanie, komunikacja z innymi latarniami. Pilnowanie, żeby nie było żadnych spięć ze współpracownikami, bo to jedyny nieprzewidywalny aspekt tej roboty. Trzeba podtrzymywać przyjazną atmosferę, moim zdaniem to najważniejsze: dogadywać się z pozostałymi chłopakami, bo jak raz pojawi się jakiś kwas, to wkrótce rozprzestrzeni się jak wirus albo bakteria i zanim się człowiek obejrzy, wszyscy są zarażeni, rozpoczął się już proces gnicia, a nie ma dokąd uciec.

Kiedy tak wspominam tamto spotkanie ze starym latarnikiem w pubie, wydaje mi się, że dostałem wtedy wiadomość: nie jestem beznadziejnym przypadkiem. Świat chciał dać mi jeszcze jedną szansę.

Niedługo będę musiał powiedzieć Michelle. Minęło już dość dużo czasu. Muszę być szczery, bo jaki jest sens to ciągnąć, budować wspólne życie, oświadczyć się jej, jeśli między nami będzie wciąż tkwiło to cholerne kłamstwo? Nie chodzi mi o to, co robiłem dawniej, o tym wie. Mam na myśli ostatni wyrok.

Szkopuł w tym, że to nie jest coś, o czym wspomina się na pierwszej randce ani nawet na trzeciej, a po jakimś czasie coraz trudniej o tym powiedzieć. Ponieważ tak często i tak długo mnie nie ma, za każdym razem, kiedy wracam, zaczynamy jakby od nowa. Wracamy do początków, do trzymania się za ręce, poznawania się, pragnienia. Nie chcę tego psuć.

Im więcej do niej czuję, tym trudniej zdobyć mi się na szczerość, a chociaż wcale nie chcę czuć tego wszystkiego, to w tych sprawach człowiek nic nie poradzi.

Kłamstwo jest proste. Wystarczy nic nie mówić. Nic nie robić. Pozwolić, żeby ta druga osoba sama zdecydowała, co jest prawdą. Na jej miejscu nie chciałbym wiedzieć. Sam codziennie próbuję o tym zapomnieć.

Kiedy zamykam oczy, wciąż to widzę, tak wyraźnie, jakby wydarzyło się wczoraj. Krew i sierść, przenikliwy wrzask dziecka i mój przyjaciel w moich ramionach, całkiem zimny.

Przez całe życie oglądałem się przez ramię, żeby sprawdzić, czy ktoś się zbliża. Nadal zerkam za siebie, nawet tutaj, na morzu, gdzie jesteśmy tylko we trójkę.

Żyję ze świadomością, że mam wrogów. Złych ludzi, którzy robią złe rzeczy i mnie także chcą zrobić coś złego. Czasami boję się pójść spać, bo dręczą mnie koszmary. Że mnie tu znajdą, na tej skale. "Myślałeś, że masz w sobie siłę, żeby się wyrwać, synku, ale myliłeś się. Nigdy nie staniesz się niczym więcej niż tym, czym jesteś".

Nigdy nie wrócę. Ani do więzienia, ani do mojego dawnego życia.

Dlatego przywiozłem to ze sobą. Schowałem w szczelinie w ścianie pod zlewem, gdzie nikt tego nie znajdzie. Tam jest bezpieczne. Trzeba by wiedzieć, gdzie szukać.

W końcu musiałem zasnąć, bo nagle Bill szturcha mnie w gęstej, półprzytomnej ciemności i każe mi iść na górę, latarnia sama się nie przypilnuje, a jeśli on się zaraz nie przekima, to może zrobić coś, czego będzie żałować.

14

HELEN

Półtora kilometra dalej, za dwiema furtkami zamkniętymi na kłódkę, w końcu je zobaczyła: cztery parterowe domki latarników przycupnięte na półwyspie, pomalowane na biało-zielono, z czarnymi od sadzy kominami i dachami z łupków. Domki postawiono możliwie najbliżej Maiden Rock, a mimo to tak daleko - Helen zawsze wydawały się smutne jak nieodwzajemniona miłość, pełne nadziei serce odbijało się od ściany obojętności.

To mogło równie dobrze być wczoraj, Admirał ciągle mógłby być ich domem. Największy ze wszystkich, specjalnie zaprojektowany i funkcjonalny, coś między internatem szkolnym a promem morskim. Wewnątrz znajdowały się korytarze jak w szpitalu i małe pudełkowate pokoje, sterylne, o twardych konturach; nie dało się ich zmiękczyć żadną ilością osobistych przedmiotów. Zimą chłód wdzierał się przez szpary w oknach zamykanych żelaznymi klamkami, przez które dłonie śmierdziały jej jak bilon. Trident House porozwieszał zalaminowane przypomnienia, że nieruchomość nie należy do nich: PROSZĘ UŻYWAĆ WENTYLATORA i UWAGA: GORĄCA WODA. W holu wisiało kolejne: W RAZIE NAGŁEGO WYPADKU DZWONIĆ POD 999. Od frontu, za surową, smaganą wiatrem werandą z betonowym stołem piknikowym, brama garażowa przestrzegała: UWAGA! NIE UŻYWAĆ PRZY SILNYM WIETRZE. No i wiecznie, wiecznie ta monotonia - to ją najbardziej dobijało. Dzień w dzień, przez kolejne tygodnie, miesiące i lata mieć morze za jedyne towarzystwo.

Jenny i Bill mieszkali w Kapitanie. Dzisiaj na asfalcie stał zaparkowany czerwony hatchback z naklejką "Dziecko na pokładzie" z tyłu. Helen domyślała się, że dla wielu ludzi to fascynująca, unikalna eskapada, migawka z zaginionego świata, a zła sława Maiden Rock zapewniała jednorazową atrakcję. To dlatego tak szybko po automatyzacji latarni przekształcono domki w maszynki do robienia pieniędzy dla Trident House. Widziała te reklamy:

"Przekonaj się osobiście, jak żyli Zaginieni z Maiden Rock!"

Trzeci domek, Ochmistrz, zajmowali Betty i Frank. Frank był pierwszym zastępcą na wieży, bo dłużej pracował w zawodzie - podczas pobytu Arthura na lądzie to on pełnił obowiązki głównego latarnika. W dniu zaginięcia Frank miał wolne. Helen zawsze się zastanawiała, jak się z tym czuł; przecież to było tak, jakby spóźnił się pięć minut na samolot, który roztrzaskał się potem o górski szczyt.

Kanonier, ostatni domek, przypadłby Vince'owi. Tak strasznie mu zależało na awansie. Dlaczego go nie dostał? To była tajemnica znana wyłącznie latarni.

Patrząc na Maiden lśniącą zimno na horyzoncie, Helen nie mogła uwolnić się od wrażenia, że latarnia zna odpowiedzi na wiele innych pytań. I że wie o niej wszystko.

Teraz odwzajemniła jej spojrzenie z niewypowiedzianym oskarżeniem, jakby chciała powiedzieć: "Nie możesz wyprzeć się prawdy, Helen. Żadne z ciebie niewiniątko".

Podała mu adres, a on zgasił kiepa i wskazał głową na bagażnik.

- Jakieś torby, kierowniczko?

- Nie. Przyjechałam tylko na jeden dzień. Potem poproszę, żeby odwiózł mnie pan na dworzec.

- Tak jest.

Słońce opadało coraz niżej, rozmyta brzoskwinia chowała się za horyzontem. Helen cieszyła się, że kierowca nie widzi jej wyraźnie, tylne siedzenie było skąpane w letnim cieniu. Wszyscy taksówkarze w Mortehaven byli miejscowi, tu się urodzili i wychowali. Tę historię zawsze mieli pod ręką, bo turyści prosili, żeby opowiedzieć im o zniknięciu albo o swoim udziale w tamtym wydarzeniu: gdzie byli, kiedy się dowiedzieli; jak raz podwieźli z punktu A do punktu B jednego pracownika wyższego szczebla z Trident House; o tej koleżance córki, która znała jedno z dzieci Walkerów. Co prawda i tak nie powinna się obawiać, że rozpozna ją po tylu latach, ale z drugiej strony spodziewała się, że nieznajomi będą do niej zagadywać tak jak dawniej, kiedy była Panią Naczelnikową, pytać, co tam słychać u Arthura, kiedy wraca na ląd, jak ona sobie radzi pod jego nieobecność. W zamian raczyli ją opowieściami o swoich osobistych sprawach, zwierzali się z problemów, bo jako żona głównego latarnika pełniła funkcję społeczną zbliżoną do pozycji pastora czy właściciela pubu, jakby z automatu musiała interesować się życiem zupełnie obcych ludzi.

- Podjeżdża pani pod jakichś znajomych? - spytał zza kierownicy.

- Nie zatrzymujemy się - odparła. - To znaczy zatrzymujemy, ale tylko na chwilę. Nie będę wysiadać.

Włączył radio. Minęli smukłą wieczorną iglicę kościoła i dawną oberżę przemytników, gdzie zdarzyło im się kilka razy pójść na kolację z Arthurem, Jenny i Billem, przy tych rzadkich okazjach, kiedy obaj byli na lądzie. Po wypiciu butelki wina Jenny się popłakała i powiedziała jej, żeby się cieszyła, że nie ma dzieci, bo to żadna radość je wychowywać, kiedy tkwi się samotnie na tym odludziu; zrobiła Billowi awanturę, potem zwymiotowała w damskiej toalecie i wyszli. Taksówka wspinała się krętą drogą obok hotelu i parku, między ciągnącymi się wzdłuż ulicy szeregowcami. Przez ostatnie dziewiętnaście lat Helen odwiedzała ten adres za każdym razem, kiedy tu wracała, to był jej rytuał, nawet jeśli nigdy nie weszła do środka. Przyjdzie taki dzień, że zbierze się na odwagę, wysiądzie z taksówki i podejdzie do drzwi.

- Tutaj - powiedziała. - Niech pan stanie gdziekolwiek.

Wielki dar o tej późnej porze: móc zaglądać do okien - podświetlone na złoto kwadraty, życie toczące się wewnątrz.

- I co teraz? - zapytał. - Mam zgasić silnik?

- Nie, nie trzeba.

Ten dom jako jedyny był pogrążony w mroku. Może Jenny gdzieś wyjechała albo w ogóle już tu nie mieszkała. Ta myśl wywołała u Helen panikę - że nie będzie miała jak się z nią skontaktować; że już nigdy nie będzie mogła przelać na papier słów, które mogła powiedzieć tylko tej jednej kobiecie, o ich ukochanych, ich zaginionych, o pęknięciu w ich przyjaźni, które przez dwadzieścia lat rozrosło się do rozmiarów szerokiej przepaści.

Jenny sądziła, że może zaufać żonie głównego latarnika. Dlaczego miałaby sądzić inaczej? Zaufanie stanowiło fundament roli Helen. To do niej należało udzielanie wsparcia, nalewanie drinków i trzymanie za ręce, ocieranie łez, kiedy życie zaczynało przytłaczać, bo ona zawsze rozumiała i naprawdę się przejmowała. Wiedziała, kiedy pogładzić po ramieniu i powiedzieć: "No już, kochana, to przecież nie na zawsze, wróci, zanim się obejrzysz", wymyślić jakieś pocieszenie, bo samotność była i jej towarzyszką, więc dobrze znała wszystkie sztuczki.

Tymczasem Helen oszukała Jenny.

- W porządku - powiedziała do kierowcy. - Możemy jechać.

- Już?

- Tak. Jestem gotowa, żeby wrócić do domu.

Pociąg się spóźnił; usypiający stukot kół opuścił jej powieki jeszcze przed Truro. Śniło jej się, znowu, że idzie za nim w tłumie - widzi tył jego głowy, tyle że kiedy ta głowa się odwróciła, okazał się kimś zupełnie innym. Dryfując na pograniczu snu i jawy, widziała jego oczy, które patrzyły na nią z dołu, spod wody, albo inaczej, w biały dzień po drugiej stronie stołu w kuchni, albo w nogach jej łóżka, czuwając nad wszystkim, co robi.

15

HELEN

Chciałby się pan dowiedzieć, dlaczego nie rozmawiam z Jenny Walker. A raczej dlaczego ona się do mnie nie odzywa. Interesuje pana prawda? Tak pan twierdzi, ale przecież jest pan świetny w wymyślaniu różnych rzeczy. Muszę przyznać, że pańskie powieści to nie moja para kaloszy. Właściwie to żadnej nie przeczytałam, chociaż kojarzę tę o braciach na barce koszarowej, chyba Flota duchów się to nazywało, tak: jedna moja koleżanka się w niej zaczytywała.

Nie chcę być nieuprzejma, ale o to mi właśnie chodzi - samce alfa, bijatyki, testosteron lejący się strumieniami... Jeśli zamierza pan napisać kolejną z tych swoich przygodówek, to obawiam się, że historia konfliktu między mną a Jenny raczej nie będzie pasowała.

Któż może wiedzieć, jakie znaczenie ta nasza kłótnia miała dla całej historii? Przez te lata doprowadziłam się prawie do obłędu, rozpamiętując, czy coś w tym jest. Czy Arthur i reszta zniknęli właśnie przez to, że tak się układało między nami.

Zacznę od tego, że nigdy się nie spodziewałam małżeństwa z latarnikiem morskim. Zdawałam sobie sprawę, że ktoś musi wykonywać tę pracę, ale uznawałam ją za margines - decyduje się na nią ktoś, kto nie pasuje nigdzie indziej w społeczeństwie, no i okazało się, że miałam rację. Ten zawód wymaga szczególnego usposobienia. Wszystkich znanych mi latarników łączyło to, że nie przeszkadzało im przebywanie we własnym towarzystwie. Arthur lubił być sam ze sobą. Postrzegałam to jako bardzo atrakcyjną cechę, nadal zresztą tak uważam. Do takiej osoby można się zbliżyć tylko do pewnego stopnia, bo ma w sobie coś, o czym wie tylko ona. Moja babcia miała powiedzonko na ten temat. Mówiła, żeby trzymać karty przy orderach - czyli przed nikim się nie zdradzać. Nigdy nie odkrywać wszystkich kart, zawsze zachowywać coś dla siebie. Myślę, że Arthur przed nikim się w pełni nie odsłaniał, nawet przede mną. Taki już był, po prostu.

Nie wiem, czy opisałabym go jako samotnika. Jak wspominałam, był raczej skryty, autonomiczny, ale to nie oznacza od razu samotności. Samodzielność nie musi oznaczać, że człowiek czuje się samotnie, i vice versa: nawet wśród tłumu ludzi, którzy nieustannie trajkoczą i domagają się naszej obecności, można poczuć się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. W latarniach Arthur nigdy nie czuł się samotnie. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Ludzie zawsze o to pytali: nie smutno mu tam? Ale nie. Przeciwnie, powiedziałabym, że to tutaj, na lądzie, dokuczała mu samotność.

Jeśli spojrzeć na zaistniałą sytuację z tej perspektywy, to nic dziwnego, że popełniłam błąd. Nie próbuję się tłumaczyć, Jenny też by mnie nie usprawiedliwiła. Ale w życiu nic nie jest czarno-białe.

Nie jestem pewna, czy Arthur w ogóle chciał wracać do domu, do mnie. Gdy tylko schodził z łodzi na ląd, widziałam, że już tęskni za latarnią. Nie za pobytem tam, ale za nią. Życie na lądzie nie było dla niego.

Oczywiście miało to związek także z tym, co razem przeszliśmy. Towarzyszyło mi bardzo wiele emocji, złożonych, wielowymiarowych uczuć, z którymi musiałam jakoś sobie poradzić. Ja winiłam Arthura, on obwiniał mnie. Wzajemnie obarczaliśmy się winą, ale to przecież nie ma sensu w takich sytuacjach, prawda? Nie ma sensu nikogo winić.

Byłam wściekła, kiedy zniknął. Wściekła, że znalazł dla siebie wyjście. Nie miał prawa tego zrobić, tak po prostu wstać i wyjść bez słowa. Zawsze mówił, że jestem silna, i rzeczywiście tak jest, ale czasem żałuję, że tego przed nim nie ukryłam.

Kiedy Arthura wysłano na Maiden, z początku wierzyłam, że będziemy szczęśliwi. Latarnia wyraźnie go uszczęśliwiała, więc sądziłam, że przełoży się to na nasze małżeństwo. Arthur bardzo się cieszył, bo uważał Maiden za najlepszą latarnię. Odbywał służbę w Wolf, Bishop, Eddystone, Longships - wszystkich najważniejszych stacjach morskich - ale pragnął zawsze Maiden: wielka, staroświecka, taka latarnia morska, o jakiej marzył w dzieciństwie. Arthur powtarzał, że wieża morska to "prawdziwa latarnia" - zapewnia autentyczne doświadczenie. Chłopcy nie marzą o tych lądowych, prawda? Chcą łodzi miotanych przez fale, awantur i piratów, braterstwa pod rozgwieżdżonym niebem.

Przez jakiś czas po śmierci Arthura pocieszałam się myślą, że przynajmniej odszedł tak, jak najbardziej by chciał. Nie chciałby umrzeć w jakichkolwiek innych okolicznościach niż na morzu. W jakimś sensie to adekwatne, muszę przyznać, że ta myśl mi pomaga.

Maiden nigdy nie spuszczała go z oka. Czy to dziwnie brzmi? Proszę nie cytować tego w książce. Latarnie morskie nie mają osobowości, nie mają myśli, uczuć ani niebezpiecznych pomysłów, nie żywią do nikogo urazy. To wszystko wytwór fantazji - a to pańska specjalność, nie moja. Ja tu jestem od przekazywania faktów.

Ale ona nigdy mi się nie podobała. Niektóre latarnie wyglądają całkiem sympatycznie, ale przy niej zawsze czułam jakiś niepokój. Moja noga nigdy tam nie postała i to też mi się nie podobało, że Arthur spędzał tyle czasu w miejscu, w którym ja nigdy nie byłam. Ale nie można tak po prostu odwiedzić wieży, nie można wpaść na kawę i pogaduchy. Arthur cenił sobie prywatność, więc jemu to odpowiadało. Chyba podobało mu się, że ma coś swojego, z dala ode mnie. Pewnie wszyscy mężowie tak mają. Potrzebują czegoś, o czym żona nie będzie wiedziała.

Hej, nie szczekaj tak! Muszę ją wypuścić. Przepraszam pana na chwilę.

No dobrze, już jestem z powrotem. Proszę wybaczyć. Całe życie nic tylko czekam, aż się załatwi. Pierwszego psa przygarnęłam zaraz po stracie Arthura, bo potrzebowałam tu jakiegoś żywego stworzenia, zresztą chyba przywykłam do milczącego towarzysza, którego często nie było w domu. Niestety, ta paskuda uwielbia ryć w ziemi, no ale tak to już jest, a ogród należy do niej tak samo jak do mnie. Dawniej nie chciało mi się grzebać w ziemi, ale to też mi pomogło. Jest coś szczególnego w patrzeniu, jak coś, co posialiśmy czy posadziliśmy, wzrasta i kwitnie. Kiedy przeszło się przez taką gehennę, trzeba się przekonać, że życie zawsze się odradza, wciąż i wciąż, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, nie dając się przymrozkom ani psim łapom. Jest w tym jakiś upór, wytrwałość, które podziwiam.

Arthura zawsze fascynowała przyroda. Od dziecka był wrażliwy i miał bujną wyobraźnię. Trochę jak pan, z tą wyobraźnią. Oczywiście nie twierdzę, że jest pan niewrażliwy. Nie znam pana dość dobrze, żeby móc osądzić, a zresztą to nie moja sprawa. Zakładam, że pisarz musi cechować się pewną wrażliwością, żeby postawić się w sytuacji bohaterów, zrozumieć ich motywacje.

Jego ojciec hodował ptaki, od tego wszystko się zaczęło. Biedaczysko nabawił się na wojnie nerwicy frontowej, wyjątkowo ciężki przypadek, ale ptaki go uspokajały.

Arthur nie lubił mówić o ojcu. Nie chciał albo nie mógł. Kiedy pytałam, zmieniał temat albo mówił, że nie ma ochoty o tym rozmawiać. Mój mąż nie miał ochoty rozmawiać na wiele tematów, a ja z czasem przekonałam się, że nie ma w tym nic złego, dopóki osoba, z którą jesteś, nie potrzebuje czegoś omówić. Jeśli twojej żonie na tym zależy, to zasługuje na taką rozmowę, prawda? Bo jak inaczej można do czegokolwiek dojść?

Czasami sobie myślę, że mogliśmy uniknąć tego wszystkiego, co się wydarzyło: tych krętych ścieżek, którymi życie toczy się w wyniku jednej drobnej decyzji. Gdyby Arthur nie zobaczył ogłoszenia Tridentu w gazecie, gdybyśmy tamtego dnia nie kupili akurat tej konkretnej gazety... Gdybyśmy nigdy się nie spotkali, bo to też było dziełem przypadku, poznaliśmy się w kolejce do kasy na stacji Paddington, brakowało mi drobnych na bilet. W jedną stronę do Bath Spa, jechałam odwiedzić rodziców. Nawet wtedy, kiedy było to powszechnie przyjęte, nie spodziewałam się, że jakiś mężczyzna za mnie zapłaci. Przez całą podróż pociągiem myślałam o Arthurze.

Spotkaliśmy się tydzień później, żebym mogła oddać dług. Uczucie rodziło się między nami powoli. Żadnych gromów z jasnego nieba i miłości od pierwszego wejrzenia. Pewną przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie dezaprobaty ojca. Był dyrektorem męskiej szkoły z internatem i chciał, żebym wyszła za lekarza albo prawnika, kogoś z "porządnym" zawodem. Nigdy tego nie powiedział, ale założyłabym się, że jego zdaniem latarnia morska to miejsce dla nieco zniewieściałych mężczyzn. Mój ojciec chyba nigdy w życiu nie przeczytał choćby jednego wersu poezji. Rozumie pan, o co mi chodzi?

W Tridencie zaoferowali mu dobrą pensję i pakiet startowy, dorzucili mieszkanie wraz z pokryciem opłat - brzmiało to bardzo zachęcająco. Arthur uznał, że nadaje się do takiej pracy, a ja pomyślałam sobie, że to dobry temat do konwersacji na przyjęciach - mój mąż jest latarnikiem morskim! Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że ze świecą szukać przyjęć poza Londynem, a zwłaszcza w rejonie ujścia Severn do Kanału Bristolskiego, bo tam właśnie spędziliśmy większość z tych pięciu lat.

Taki tryb życia od początku był dla nas trudny. Zastępcę głównego latarnika rzucają po całym kraju i nigdy nie wiadomo, gdzie się wyląduje następnym razem. Co kilka tygodni trafia się do nowej latarni. To dlatego że Tridentowi zależy, żeby nowy pracownik zdobył jak najwięcej doświadczenia w jak najkrótszym czasie. Poza tym to także pewien test. Chcą sprawdzić umiejętność dogadywania się z różnymi typami osób, elastyczność, lojalność i rzetelność. Żartowaliśmy, że wysyłają Arthura z jednego końca świata na drugi, a końca nie widać - dopóki nie trafił na Maiden, rzecz jasna. Ale oczywiście było to męczące. Nigdzie nie zostawaliśmy na tyle długo, żebym mogła się zadomowić, a Arthura ciągle nie było. Okazało się to trudniejsze, niż się nastawiałam. Już wtedy czułam, że Arthur mi się wymyka.

Nie wszyscy znosili ten intensywny okres szkoleniowy tak ciężko jak my. Na przykład Vince był przyzwyczajony do częstych zmian i przeprowadzek - wychował się w rodzinach zastępczych, chyba nigdy nie miał domu na stałe. Podobała mu się ta spontaniczność: dostajesz przydział, pakujesz manatki i jedziesz tam, gdzie cię wysyłają. Można trafić daleko na północ, na południe albo na jakąś wyspę. Maiden to była pierwsza wieża Vince'a. Ekstremalna lokalizacja dla nowicjusza, a kiedy pomyśli się, jak to się dla niego skończyło... Okropność. Taki młody człowiek, miał całe życie przed sobą.

Nie dziwię się, że Michelle Davies nie chce z panem rozmawiać. Jako jego dziewczynie mocno jej się dostało po tamtym zaginięciu, wszyscy obwiniali Vince'a, mówili, że zamordował Arthura i Billa, że przez długie tygodnie obmyślał sprytny plan, który pozwolił mu jakoś uciec. Ci z Tridentu też to sugerowali, oczywiście nie wprost. Nie wolno im było tego powiedzieć oficjalnie, ale nie dementowali pogłosek.

Michelle jest teraz mężatką, ma dwie córki. Domyślam się, że raczej nie chce wracać do tamtego okresu w swoim życiu. Byli z Vince'em szaleńczo w sobie zakochani. Zawsze wracał z Londynu na trochę przed rozpoczęciem kolejnego dyżuru. Widziałam go, jak wysiada w porcie, zawsze z magnetofonem; te jego długaśne ręce i nogi, i wielkie wąsiska, jak z amerykańskiego serialu. Dopiero po awansie na zastępcę przydzieliliby mu mieszkanie służbowe.

Arthur zawsze wychwalał Vince'a, że taki sympatyczny z niego chłopak, porządny i rozważny. To strasznie smutne, kiedy ktoś miał w życiu trudny start, a potem nigdy nie może się wybić, bo wszyscy myślą o nim jak najgorzej.

Tridentowi z kolei dostało się za to, że zatrudnili karanego, ale oni przecież zawsze przyjmowali ludzi, którzy potrzebowali pomocy w ponownej integracji ze społeczeństwem, i jakoś nikt się tym nie przejmował ani nie zgłaszał obiekcji. Latarnia morska to najlepsze miejsce pracy dla kogoś, kto przywykł do przebywania w ciasnych, odizolowanych od świata pomieszczeniach. Poza tym takie osoby są zwykle bardzo zdyscyplinowane, przyzwyczajone do przestrzegania narzuconego rozkładu dnia. Często spotykało się więc chłopaków po więzieniu czy poprawczaku. Problem w tym, że kiedy coś poszło nie tak, jak w tym przypadku, łatwo było wskazać kozła ofiarnego. Michelle nie mogła przedstawić swoich argumentów. Nie mogła bronić Vince'a, bo firma nie chciała tego słuchać. Nie zgadzało się to z ich oficjalnym przekazem. Pewnie dlatego teraz nie chce się z panem spotkać. Nie chce rozdrapywać starych ran i znowu wysłuchiwać okropnych rzeczy na temat Vince'a. Kiedy się okazało, że wcześniej siedział w więzieniu, ludziom zupełnie odbiło. Krążyły najbardziej niestworzone plotki - że był mordercą, zabił dziesięć osób; że był seryjnym zabójcą, gwałcicielem, pedofilem. Ja mogę panu powiedzieć, że żadne z tych pomówień nie odpowiada prawdzie.

Nie trzeba trafić do więzienia, żeby wiedzieć, że postąpiło się niewłaściwie. Czy na wszystkich z nas do jakiegoś stopnia nie ciąży odpowiedzialność? Co ja zrobiłam. Co zrobił Arthur. Co zrobił Bill. To, że nikt nie wtrącił nas za kratki, wcale nie oznacza, że nie zasłużyliśmy sobie na karę.

Michelle powiedziała mi kiedyś, że Vince zrobił w życiu wiele rzeczy, o których chciałby zapomnieć. Teraz, skoro już pan wie o mnie i Arthurze, mogę przyznać, że ja również.

1

ZMIANA

Jory odsuwa zasłony. Dzień jest jasny, choć szary, radio gra piosenkę, którą mgliście kojarzy. Słucha serwisu informacyjnego, wiadomości o dziewczynce zaginionej z przystanku autobusowego gdzieś na północy, popija mocną herbatę z kubka. Biedna matka na pewno odchodzi od zmysłów. Krótkie włosy, krótka spódniczka, wielkie oczy - tak wyobraża sobie drżącą z zimna dziewczynkę i pusty przystanek autobusowy, na którym ktoś powinien był stać, oczyma duszy widzi, jak macha albo tonie, autobus zbliża się i jedzie dalej, niczego nieświadomy, a asfalt lśni czernią od deszczu.

Morze jest spokojne, niby szkliste, jak zawsze po okresie złej pogody. Jory otwiera okno - świeże powietrze zdaje się niemal ciałem stałym, można by je kroić, grzechocze między chatkami rybackimi niczym kostka lodu w szklance z drinkiem. Nie ma to jak zapach morza, nic nie może się z nim równać: solankowy, czysty jak trzymany w lodówce ocet. Dzisiaj nie wydaje żadnego dźwięku. Jory zna morza głośne i ciche, rozkołysane i gładkie jak lustro, morza, na których łódka zdaje się ostatnim przebłyskiem ludzkości na fali tak wściekłej i zdeterminowanej, że zaczynasz wierzyć w rzeczy, w które nie wierzysz, na przykład że morze znajduje się w pół drogi między niebem a piekłem, czy jak zwał to, co leży wysoko nad nami, i to, co czai się w głębinach. Pewien rybak powiedział mu kiedyś, że morze ma dwie twarze. Trzeba zaakceptować obie, stwierdził, dobrą i złą, i od żadnej nigdy się nie odwracać.

Dzisiaj, po długim czasie, morze jest po ich stronie. Dzisiaj to zrobią.

To on decyduje, czy łódź może wypłynąć. Nawet jeśli o dziewiątej rano jest sprzyjający wiatr, nie wiadomo, czy o dziesiątej się to nie zmieni, a warunki w porcie są zawsze dziesięć razy lepsze niż przy latarni - jeśli przy brzegu fale mają, powiedzmy, półtora metra, to wokół niej osiągają piętnaście metrów.

Nowy chłopak ma koło dwudziestki, żółte włosy i nosi okulary z grubymi soczewkami. Za szkłami jego oczy wydają się małe, nerwowe; przywodzi Jory'emu na myśl stworzonko żyjące w klatce wysypanej trocinami. Stoi na pirsie w sztruksowych dzwonach, wystrzępione końce nogawek pociemniały od wody morskiej. Wczesnym rankiem na nabrzeżu jest cicho i prawie pusto, ktoś wyprowadza psa, mleczarz wypakowuje butelki ze skrzynki. Lodowate zawieszenie między Gwiazdką a Nowym Rokiem.

Jory razem z ekipą ładuje dobra przywiezione przez chłopaka - czerwone kartony z Tridentu zawierające zapasy na dwa miesiące: ubrania i jedzenie, świeże mięso, owoce, prawdziwe mleko (nie w proszku), gazetę, puszkę herbaty, tytoń Golden Virginia - i porządnie przywiązują je do pokładu łodzi, zabezpieczając plandeką. Latarnicy się ucieszą; od czterech tygodni żyli konserwami i artykułami z wydania "Maila" z dnia ostatniej dostawy zapasów.

Na płyciźnie woda czka wodorostami, siorbie i chlupocze wokół łodzi. Chłopak wdrapuje się na pokład, ma mokre tenisówki, jak ślepiec kurczowo łapie się burt. Pod pachą trzyma przewiązaną sznurkiem paczkę z rzeczami osobistymi - książki, magnetofon, taśmy, czymkolwiek będzie zabijał czas na miejscu. Najprawdopodobniej student: ostatnimi czasy do Tridentu zgłasza się sporo studentów. Pewnie jakiś muzyk, kompozytor, tekściarz, wygląda na takiego. Będzie tkwił w latarni, myśląc sobie: tak trzeba żyć. Potrzebują jakiegoś zajęcia, zwłaszcza na wieżach - nie można przez cały czas biegać w górę i w dół po schodach. Dawno temu Jory poznał latarnika, który budował statki w butelce; zręczny rzemieślnik pracował nad nimi przez cały pobyt na wyspie, a pod koniec mógł się pochwalić pięknymi okazami. Potem jednak zainstalowali im telewizję i facet to rzucił - dosłownie wywalił cały warsztat przez okno do morza i od tamtej pory w każdej wolnej chwili gapił się w ekran.

- Długo pan tu pracuje? - pyta nowy.

Jory odpowiada, że owszem, zaczął, kiedy jego jeszcze nie było na świecie.

- Już prawie nie wierzyłem, że nam się uda - ciągnie chłopak. - Czekałem od wtorku. Znaleźli mi kwaterę w wiosce, całkiem przyjemną, ale nie aż tak, żebym chciał zostać tam na dłużej. Codziennie wyglądałem przez okno i zastanawiałem się, kiedy wreszcie wypłyniemy. Cholerny sztorm. Szczerze mówiąc, nie mogę sobie wyobrazić, jak tam będzie, kiedy znowu popsuje się pogoda. Podobno człowiek nie wie, co to prawdziwy sztorm, dopóki nie przeżyje go na morzu, nie poczuje, jakby latarnia miała się pod nim lada chwila zawalić i runąć do wody.

Nowi zawsze dużo gadają. To z nerwów, myśli Jory, młody boi się przeprawy, że wiatr może się zmienić i utrudnić przybicie do wyspy, że może nie dogada się z załogą latarni, zastanawia się, jaki będzie szef. To jeszcze nie jest latarnia tego chłopaka i prawdopodobnie nigdy nią nie będzie. Nadetatowcy przychodzą i odchodzą, raz latarnia lądowa, innym razem na skałach, rzucają nimi po całym kraju. Jory poznał ich już dziesiątki, palili się, żeby zacząć, zauroczeni romantyczną wizją, ale rzeczywistość ma w sobie niewiele romantyzmu. Trzech facetów w latarni otoczonej morzem. Nie ma w tym nic szczególnego: trzech mężczyzn i dużo wody. Trzeba szczególnego charakteru, żeby wytrzymać tak długie zamknięcie. Samotność. Izolacja. Monotonia. W promieniu wielu kilometrów nic tylko morze, morze, morze. Zero przyjaciół. Zero kobiet. Jedynie pozostała dwójka, dzień w dzień, bez drogi ucieczki - to może doprowadzić do obłędu.

Na zmiennika czeka się zwykle wiele dni, czasem nawet długie tygodnie. Kiedyś łódka z dostawą zaginęła i jeden z latarników tkwił tam przez cztery miesiące.

- Przyzwyczaisz się do pogody - mówi chłopakowi.

- Oby!

- Poza tym i tak masz lepiej niż ten pechowiec, który będzie wracał na ląd.

Załoga siedzi skupiona na rufie, pustym wzrokiem spoglądając na morze, paląc i rozmawiając niewyraźnie, wilgotne palce moczą im papierosy. Można by umieścić ich na obrazie, surowym pejzażu morskim, namalowanym niedbałymi pociągnięciami pędzla nakładającego grubą warstwę farby olejnej.

- Na co czekamy? - woła jeden z członków załogi. - W końcu fale się zmienią, zanim zdążymy wypłynąć.

Jest też z nimi technik, musi naprawić radio. Zwykle w dzień zmiany skontaktowaliby się z latarnią już z pięć razy, ale sztorm uszkodził nadajnik.

Jory kończy przykrywać kartony, odpala silnik i wypływają, łódka podskakuje na falach niczym stateczek w wannie. Stado mew skrzeczy na oblepionym małżami głazie, niebieski trawler pyka leniwie, dopływając do lądu. W miarę jak oddalają się od linii brzegowej, woda ożywa, rozkołysane zielone fale pienią się i rozpływają. Jeszcze dalej kolory ciemnieją, morze przybiera barwę oliwkową, a niebo robi się złowieszczo ciemnoszare. Woda rozbija się na dziobie, grzywacze wzbierają i rozpraszają się. Jory żuje końcówkę skręcanego papierosa, który trochę mu się zgniótł w kieszeni, ale nadal w miarę nadaje się do palenia, nie odrywa oczu od horyzontu, w ustach ma dym. Uszy bolą go z zimna. Wysoko w górze jakiś biały ptak zatacza okręgi na rozległym brunatnozielonym niebie.

Przez mgłę udaje mu się dojrzeć Maiden - samotną iglicę, dostojną, odległą. Stoi ponad dwadzieścia kilometrów od brzegu. Jory wie, że latarnicy wolą być dalej od lądu, żeby jego widok nie przypominał im o domu.

Chłopak siedzi tyłem do latarni - dziwny początek, myśli Jory, plecami do celu podróży. Skubie zadrapanie na kciuku. Ma miękkie rysy, wygląda, jakby było mu niedobrze, jest jeszcze niewtajemniczony. No ale każdy marynarz musi w końcu zacząć.

- Byłeś kiedyś na wieży, synku?

- Pracowałem na Trevose, potem na St Catherine's.

- Ale na wieży nigdy?

- Nie, nigdy.

- Trzeba mieć mocny żołądek - mówi Jory. - I umieć się dogadywać z ludźmi, nieważne, jacy są.

- Z tym nie będę miał problemu.

- Na pewno. Główny latarnik to porządny gość, to bardzo ważne.

- A pozostali?

- Słyszałem, że trzeba uważać na nadetatowca. Ale to chyba twój rówieśnik, więc na pewno się dogadacie.

- A co z nim?

Jory uśmiecha się na widok wyrazu twarzy chłopaka.

- Nie rób takich min. W robocie zawsze krążą plotki, ale przecież nie wszystkie są prawdziwe.

Pod nimi morze kołysze się i burzy, czarne masy wody przewalają się, chlapią i chłoszczą. Bryza prześlizguje się po powierzchni wody, mącąc jej powierzchnię. Przy dziobie eksploduje chmura drobnych kropelek, fale robią się coraz cięższe i zagadkowo głębokie. Kiedy Jory był mały i pływali promem z Lymington do Yarmouth, zawsze wychylał się za barierki i podziwiał morze, jak zmienia się zupełnie mimochodem, praktycznie niezauważalnie, jak opada szelf i ląd pozostaje już tylko wspomnieniem, a gdyby wypadł za burtę, do dna brakowałoby mu kilkudziesięciu metrów. Pływałby z belonami i mustelami - dziwacznymi, rozdętymi, migoczącymi kształtami o miękkich, wszędobylskich mackach i oczach jak zmętniałe marmurki.

Latarnia się przybliża, kreska zmieniła się w słupek, słupek przypomina sterczący palec.

- Oto i ona. Maiden Rock.

Teraz widzą już ślady wody morskiej wokół podstawy wieży, piętno gwałtownych zjawisk atmosferycznych odciśnięte przez dziesięciolecia władania żywiołu. Choć przeżył to już wiele razy, zbliżanie się do Królowej Latarni Morskich wywołuje w Jorym charakterystyczną mieszankę emocji - czuje się zbesztany, nieistotny, może lekko wystraszony. Maiden, wysokie na pięćdziesiąt metrów dzieło wiktoriańskiej inżynierii, góruje bladym strzelistym pięknem nad linią horyzontu, niewzruszony bastion, strażniczka bezpieczeństwa marynarzy.

- Jedna z najstarszych - ciągnie Jory. - Rocznik tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty trzeci. Dwa razy się zawaliła, zanim w końcu zapłonął ogień. Mówi się, że przy paskudnej pogodzie, kiedy wiatr wciska się między skały, wydaje szczególny odgłos, jak zawodząca kobieta.

Z szarówki wypełzają detale budowli - okna latarni, betonowy pierścień odsadzki i wąski pas metalowych szczebli, tak zwanych psich schodków, prowadzących pionowo w górę do wejścia.

- Zauważyli nas już?

- Na pewno.

Jednak wypowiadając te słowa, Jory szuka wzrokiem sylwetki, którą spodziewał się zobaczyć czekającą na nich u podnóża latarni - głównego latarnika w granatowym mundurze i białej czapce garnizonowej albo jego pomocnika, machających zapraszająco. Z pewnością obserwowali wodę już od wschodu słońca.

Uważnie lustruje wzrokiem kocioł wokół podstawy latarni, rozważając najlepsze podejście do lądu - podpłynąć dziobem czy rufą, rzucić kotwicę czy zostawić luzem. Lodowata woda tryska spomiędzy labiryntu zatopionych skał; kiedy fala wzbiera, głazy znikają; kiedy opada, wynurzają się niczym czarne lśniące trzonowce. Ze wszystkich wież najtrudniej podpłynąć do Bishop, Wolf i Maiden, a gdyby miał sam wybrać zwyciężczynię tego rankingu, postawiłby właśnie na Maiden. Według żeglarskich legend miano ją zbudować na szczękach skamieniałego potwora morskiego. Budowa pochłonęła życie wielu robotników, a na rafie zginął niejeden marynarz, który zboczył ze szlaku. Nie przepada za obcymi, nie jest gościnna.

Jory nadal nie widzi jednak żadnego z latarników. Nie dostaną chłopaka, jeśli ktoś z lądu nie będzie obsługiwał osprzętu do cumowania. Przy takiej sile pływu będzie nimi rzucało na zmianę trzy metry w górę i trzy metry w dół, lina może w każdej chwili pęknąć i jego człowiek skończy w zimnej kąpieli. Niebezpieczne rozrywki, ale tak to już jest z latarnianymi wieżami. Szczurom lądowym morze wydaje się czymś stałym, ale Jory wie, że to tylko złudzenie: morze jest kapryśne, nieprzewidywalne i może łatwo dorwać nieprzygotowaną ofiarę.

- Gdzie oni są?

Krzyk członka załogi ledwie przebija się przez huk wody.

Jory sygnalizuje, że popłyną naokoło. Chłopak zrobił się zielony. Technik też. Jory powinien ich pokrzepić, ale sam nie czuje się zbyt pewnie. Przez wszystkie te lata nigdy nie musiał płynąć na tyły Maiden.

Przytłacza ich skala latarni, strzelistej wieży z litego granitu. Jory wyciąga szyję, żeby dojrzeć drzwi wejściowe - dwadzieścia metrów nad ziemią, z solidnego spiżu i bezczelnie zamknięte.

Załoga robi hałas - nawołują latarników i ostro dmuchają w gwizdki. Wysoko, jeszcze wyżej, wieża zwęża się ku niebu, a niebo z kolei zerka na ich malutką, bezładnie miotaną łódeczkę. I znowu ten ptak, ten, który za nimi leciał. Zatacza kręgi, wykrzykując wiadomość, której nie rozumieją. Chłopak przechyla się przez burtę i zwraca śniadanie.

Unoszą się, opadają. Czekają i czekają.

Jory wciąż patrzy na wieżę górującą nad swoim własnym cieniem i słyszy już tylko fale, huk i gulgot piany, chlupot i pluskanie wody na skałach, a w głowie ma jedynie tamtą zaginioną dziewczynkę, o której słyszał rano w radiu, i przystanek, pusty przystanek autobusowy, i bezlitosny siekący deszcz.

3

DZIEWIĘĆ PIĘTER

Dobicie do brzegu zajmuje im wiele godzin. Kilkunastu mężczyzn wspina się po psich schodkach, na języku czują smak soli i strachu, uszy mają zamarznięte, dłonie skostniałe i zakrwawione.

Kiedy w końcu docierają do drzwi, te okazują się zamknięte od środka. Stalową płytę, odporną na roztrzaskujące się fale i huraganowe wiatry, trzeba teraz wyważyć siłą mięśni i łomów.

Potem jeden z członków załogi dostaje dreszczy, trzęsie się blady jak śmierć, częściowo z wyczerpania, a częściowo z powodu robaka niepokoju, który zżerał go od środka, odkąd nikt nie wyszedł na spotkanie łodzi Jory'ego Martina, od kiedy Trident House kazał im tam płynąć.

Trzech wchodzi do wieży. Wewnątrz jest ciemno, unosi się stęchły zapaszek, typowy dla zamieszkanych stacji morskich z zabitymi na głucho oknami. W magazynie nie ma wiele do oglądania: zwaliste kształty ukryte w półmroku, zwoje liny, koło ratunkowe, szalupa podwieszona do góry dnem. Nic nie zostało naruszone.

Sztormiaki latarników wiszą w cieniu jak ryby złapane na haczyk. Ich imiona zostają wykrzyczane przez okrągły otwór w suficie, posłane w górę spiralnymi schodami:

Arthur. Bill. Vincent. Vince, jesteś tu? Bill?

To dość upiorne, jak ich żywe głosy wybrzmiewają w ciszy, solidnej ciszy, nieprzyzwoicie głośne. Mężczyźni nie spodziewają się odpowiedzi. Ci z Tridentu twierdzili, że to akcja poszukiwawczo-ratunkowa, ale oni dobrze wiedzą, że szukają ciał. Nadzieja, że latarnicy po prostu uciekli, umarła w chwili, gdy drzwi okazały się zamknięte na klucz. Muszą gdzieś tu być, w środku.

Przywieźcie ich po cichu, mówili w Tridencie. Dyskretnie. Znajdźcie jakiegoś szypra, który umie trzymać język za zębami. Nie róbcie zamieszania, żadnych scen, nikt nie musi o tym wiedzieć. I sprawdźcie, czy latarnia dobrze działa, na litość boską, niech ktoś to sprawdzi.

Trzech mężczyzn wspina się jeden za drugim. Ściana na kolejnym poziomie jest obwieszona detonatorami i ładunkami do armatek mgielnych. Żadnych śladów walki. Każdy z mężczyzn myśli o domu, o żonie, o dzieciach, jeśli jakieś ma, o cieple kominka i dotyku dłoni na plecach: "Długi dzień, skarbie?". Wieża to nie jest miejsce dla rodzin. Wieża zna tylko trzech latarników: trzech martwych latarników, których ciała są tu gdzieś ukryte. Gdzie znajdą zwłoki? W jakim będą stanie?

Docierają na trzecie piętro, do zbiorników z parafiną, potem na czwarte, gdzie trzyma się olej do palnika. Jeden z mężczyzn znowu woła, głównie po to, żeby przerwać złowróżbną ciszę. Nic nie świadczy o pośpiesznym opuszczeniu latarni, nie ma śladów ucieczki, nic, co wskazywałoby, że latarnicy się gdzieś udali.

Ze składu oleju kierują się na klatkę schodową, żeliwną spiralę przyklejoną do ściany wewnętrznej, prowadzącą na samą górę, do laterny. Poręcz lśni. Latarnicy reprezentują specyficzny typ człowieka - mają obsesję na punkcie dokładnego sprzątania, polerowania, pucowania, glansowania. Nie ma na świecie miejsca czystszego niż latarnia morska. Mężczyźni szukają na mosiężnej powierzchni odcisków palców, ale żadnych nie widać: z powodu tej właśnie pieczołowitości latarnicy nigdy nie dotykają poręczy. Choć gdyby któryś z nich się śpieszył, gdyby się potknął i złapał ją dla odzyskania równowagi, gdyby się zapomniał z powodu jakichś strasznych wydarzeń... Ale wszystko wydaje się w zupełnym porządku.

Kroki mężczyzn dudnią niczym żałobny bęben, głęboko i nieubłaganie. Już zaczynają tęsknić za bezpiecznym pokładem łodzi i obietnicą stałego lądu.

Oto i kuchnia. Trzy i pół metra średnicy, na środku rura, w której poruszają się obciążniki sterujące przesłoną lampy. Na ścianie trzy szafki, a w nich elegancko poustawiane puszki z żywnością: pieczona fasolka, bób, ryż, zupy, kostki rosołowe, mielonka, peklowana wołowina, pikle. Na blacie stoi nieotwarty słoik frankfurterek upakowanych ciasno niczym tkanka w laboratoryjnej probówce. Pod oknem jest zlew - czerwony kurek od deszczówki, srebrny od czystej, świeżej wody - i miednica do zmywania naczyń zostawiona do wyschnięcia. W przestrzeni między ścianą wewnętrzną a murem, na półkach wykorzystywanych przez latarników w charakterze spiżarni, leży samotna pomarszczona cebula. Nad zlewozmywakiem wisi szafka z lustrzanymi drzwiczkami, bo to pomieszczenie pełni również funkcję łazienki - wewnątrz mężczyźni znajdują szczoteczki do zębów, grzebienie, jeden flakon old spice'a i jeden tabaca. Obok komoda ze sztućcami, talerzami i kubkami, wszystko porządnie poukładane, jak można się było spodziewać. Zegar wiszący na ścianie zatrzymał się na ósmej czterdzieści pięć.

- Co to...? - pyta mężczyzna z wąsami.

Stół przygotowano do posiłku, który nie został spożyty. Dwa nakrycia, nie trzy - przy każdym nóż, widelec i talerz czekający na jedzenie. Dwa puste kubki. Sól i pieprz. Tubka musztardy i umyta popielniczka. Blat z laminatu, w kształcie półksiężyca, okala ściśle rurę na środku; pod spodem ławka i dwa krzesła - z jednego wyłazi wypełnienie, drugie stoi krzywo, jakby ktoś wstał z niego w pośpiechu.

Drugi mężczyzna, ten z zaczeską, sprawdza piekarnik, czy coś się nie podgrzewa, ale kuchenka jest zimna i pusta. Przez okno słyszą westchnienia morza obmywającego skały w dole.

- Nie mam pojęcia - mówi, nie tyle odpowiadając na pytanie, ile przyznając się do ogólnej, przerażającej niewiedzy.

Mężczyźni zerkają na sufit.

W latarni morskiej nie ma się gdzie schować, w tym rzecz. W każdym pomieszczeniu, od dołu do góry, można zrobić dwa kroki do rury z ciężarkami i kolejne dwa do przeciwległej ściany.

Wchodzą wyżej, do sypialni. Trzy koje w kształcie banana, dopasowane do okrągłych ścian, wszystkie z rozsuniętymi zasłonkami. Łóżka są skrupulatnie posłane, prześcieradła mocno naciągnięte, poduszki i koce wielbłądziej barwy szorstkie w dotyku. Na górze znajdują się jeszcze dwa krótsze łóżka dla gości i drabinka, po której można się do nich dostać. Pod schodami wnęka na schowek, zasłonięta kotarą. Ten z zaczeską odsuwa ją, wstrzymując oddech, ale jego oczom ukazuje się tylko skórzana kurtka i dwie koszule na wieszakach.

Siódme piętro, trzydzieści metrów nad poziomem morza. W salonie stoi telewizor i trzy wysiedziane fotele z ramą z giętego drewna. Na podłodze przy największym fotelu - domyślają się, że należącym do głównego latarnika - stoi filiżanka z resztką zimnej herbaty na dnie. Za rurą z obciążnikami biegnie inny przewód z dołu. Może główny latarnik mógłby teraz do nich zejść; siedzi w laternie, czyści lampę. Pozostali też tam są, na galerii. Sorry, nie słyszeli.

Tutaj zegar na ścianie pokazuje tę samą godzinę, zatrzymaną w czasie. Za kwadrans dziewiątą.

Do pomieszczenia obsługi prowadzą podwójne drzwi. Teoretycznie trupy mogłyby tam leżeć - przestrzeń między drzwiami powstrzymałaby smród rozkładu. Jednak, tak jak się już spodziewali, i tutaj nikogo nie ma. Zaczyna im się kończyć wieża. Została już tylko laterna. Przeszukali dziewięć pięter i wszystkie puste. Oto i ona, na samej górze, latarnia Maiden - potężna lampa gazowa obudowana soczewkami delikatnymi niczym ptasie skrzydła.

- Nic więcej nie ma. Zniknęli.

Na horyzoncie pojawiają się pierzaste chmury. Wiatr zmienia kierunek, tworzy na falach białe grzbiety. Jakby tych latarników w ogóle nigdy tam nie było. Albo to, albo wdrapali się na szczyt i po prostu odlecieli.