Zimą Kreta pokazuje twarz, której turyści nigdy nie widzą. Grafitowe niebo przysiada nisko nad górami Lefka Ori, wicher zrywa się od strony zatoki, a deszcz bije w ziemię dniami i nocami, tak że kamienne ścieżki zamieniają się w rwące potoki. I właśnie zimą Machi i jej właściciel zniknęli. Rudy piesio został sam.
Malczik - po rosyjsku "chłopczyk" - tak moja córka Ala nazwała tego małego rudego pieseczka, który kręcił się po naszej wsi.
Tego wieczora cieszyłyśmy się, że nasza niedawno przygarnięta kotka Surya dołączyła na kanapę do wieczornego przytulania. Feluś, młodziutki biały piesek w czarne łatki, też w końcu padł zmęczony, wystawiając koniuszek różowego języka. W kozie trzaskał ogień, kadzidełko sandałowe pachniało jak marzenie. Już miałyśmy wybierać film, kiedy Ala trąciła mnie łokciem.
- Mamo, a co z Malczikiem? - zapytała.
Spojrzałam na drzwi balkonowe, o które wściekle bębnił deszcz zmieszany z morską wodą. I wtedy go zobaczyłam. Siedział wyprostowany, cały się trzęsąc, a jego koralikowe oczka pytały: "Mamo, czy mogę już do domu?".
Drzwi otworzyły się same. Wszedł. I tak oto rudy piesek oficjalnie został członkiem naszej rodziny.
Dla Malczika liczą się w życiu cztery rzeczy: miękkie powierzchnie, głaskanie brzuszka, ciepełko i wolność. Jego ciało jest zwarte i twarde niczym skała, ale wtula się w człowieka jak najbardziej miękki plusz. Gdy śpi w ramionach przy ogniu, jest rozgrzany jak kamień w pełnym słońcu. Każda poduszka, kocyk czy szlafrok z miejsca stają się jego. A ta ufność, z jaką po miesiącach zaczął sypiać na pleckach, wystawiając do głaskania różowy brzuszek...
Płakałam ze wzruszenia, gdy po raz pierwszy warknął na Felka, broniąc swojej zabawki, bo wiedziałam, że Malczik wrócił do życia. Że czuje się bezpieczny. Że jest u siebie.
Jego supermoc? Wspinaczka skalna. Pionowa ściana? Żaden problem dla krótkonogiego rudzielca! Chociaż...
Pewnego jesiennego dnia wspiął się tak wysoko, że nagle stracił równowagę i runął w dół. Zamarłam. I wtedy Malczik, zamiast uderzyć w ziemię, dosłownie uniósł się w powietrzu. Wylądował miękko, jakby coś - a może ktoś - otoczyło go niewidzialnymi skrzydłami. Wszyscy płakaliśmy, a ja długo tuliłam go w ramionach. Od tamtej pory w skalistych rejonach Malczik zawsze chodzi na smyczy. Moje serce nie zniosłoby takiego lotu drugi raz.
Od kiedy opuściliśmy Kretę i zamieszkaliśmy w południowej Francji, Malczik, nasz mały rudy piesek o oczach sarenki, przeszedł cichą metamorfozę. Jeszcze na Krecie był dziki, czujny, gotowy do ucieczki. Dziś, choć wciąż nieufny wobec mężczyzn i z pasją obszczekujący rowery, samochody oraz motocykle, stał się domowym panem w sweterku. Ostatnio po raz pierwszy dostał psie ubranko - miękki, rozpinany kubraczek z lokalnego sklepu dla zwierząt. I... zakochał się w nim! Do tego stopnia, że zimą bardzo niechętnie go zdejmuje. Po kilku tygodniach zaczął przypominać starszego pana, który o poranku nakłada swój wysłużony, powyciągany kardigan, bo bez niego czuje się nieubrany. Gdy wybieramy się do miasteczka i chcemy usiąść z kawą na tarasie, a ziemia jest chłodna - sweterek obowiązkowo. Bo Malczik to skarb. Ma w sobie coś tak rozczulającego, że każda osoba, która pozna go bliżej, wzdycha: "Och, Malczik to mój absolutny faworyt"...
Po Malcziku pojawiła się u nas Zosia - suczka opisana w mojej książce Zosilla i zaczarowane jagody. Z Malczikiem połączyła ją relacja nieoczywista. Oboje przeszli swoje: znają głód, zimno, samotność i strach. Może dlatego czasem rywalizują. Zdarza się, że Zosia podkradnie Malczikowi kolację albo srogo go obszczeka, jakby chciała powiedzieć: "To mój dom!" - zwłaszcza gdy chodzi o podział kanapy lub łóżka. Ale gdy pojawia się zagrożenie - czy to prawdziwe, czy wyimaginowane - wszystkie trzy psy łączą siły. I choć Felek, duży i silny, wygląda na przywódcę stada, my dobrze wiemy, że to Malczik jest mózgiem każdej operacji. Działa z drugiego planu. Inspiruje, podpuszcza, planuje. A potem, jak przystało na mistrza ceremonii, znika pod stołem lub zaszywa się w kocu, patrząc z ukosa, jak reszta wykonuje jego subtelne wskazówki. Malczik. Nasz bajkowy piesek. Strażnik domowego ogniska. Strateg w sweterku.
Jego osobliwości odkrywałam stopniowo. Po pierwsze, jak już wspomniałam, Malczik jest koneserem powierzchni miękkich. W poszukiwaniu idealnego miejsca do wypoczynku potrafi zgromadzić pod sobą wszystkie dostępne poduszki, kocyki, szaliki, a potem długo i wytrwale się mościć, udeptując, układając i wyginając, aż osiągnie pełnię komfortu. Wtedy zwija się w ciasny kłębek i zastyga na długie godziny.
Po drugie, choć kwintesencja jego życia to miękkość, ciepło i przytulanie - inna, dzika część jego natury pragnie wolności. Malczik zawsze chce się znaleźć po drugiej stronie płotu. Wydostać się na zewnątrz. Ale tylko po to, by już po chwili domagać się wpuszczenia go z powrotem.
Kiedyś, po operacji, z plastikowym kołnierzem przypominającym antenę satelitarną, Malczik postanowił przecisnąć się przez metalową furtkę. Próbował przodem - bezskutecznie. Spróbował więc "od d... strony" - tylne łapki, pupka, tors... i klops. Kołnierz zaklinował się między szczebelkami. Malczik zaczął się bujać - przód, tył, przód, tył - aż nagle puf! Kołnierz zadziałał jak sprężyna, wyrzucając go wprost na drogę. Całe szczęście, że akurat nie przejeżdżał żaden samochód. Po tym incydencie zabezpieczyłam furtkę matą bambusową. Jak się okazało, naiwnie, bo już pierwszego dnia Malczik wygryzł w macie elegancką dziurę i... znów się zaklinował. Wtedy uświadomiłam sobie jedno: nigdy nie należy lekceważyć Malczika.
Jest jeszcze coś, mianowicie jego dość niecodzienny stosunek do ptaków. Malczik - piesek, którego wzrok znajduje się nie wyżej niż trzydzieści centymetrów nad ziemią - szaleje, gdy tylko dostrzeże przelatującego na niebie ptaka. Nad naszym kreteńskim domem krążyły mewy, czasem biała sowa z pobliskiego gaju oliwnego, a nierzadko także majestatyczne sępy płowe. I kiedy tylko któreś z nich pojawiało się na niebie - Malczik szalał. Brał rozpęd, po czym odbijał się od ziemi, jakby próbował wznieść się w powietrze. Podskakiwał i kręcił bączki, szczekając z zachwytu. Robił wszystko, by zwrócić na siebie uwagę mniejszego lub większego ptaszyska. Czasem, patrząc w jego roziskrzone oczy, byłam niemal pewna, że zaraz poleci tak jak one. Tak bardzo tego pragnął. Jakby wspomnienie lotu żyło w nim, gdzieś pod sierścią i skórą, w mięśniach gotowych do skoku, w sercu, które pamięta niebo.
Może właśnie w opowieści o Duchu Skały i Królestwie Ptaków znajdziecie odpowiedź, skąd bierze się jego niepojęta więź ze skrzydlatymi. Może Malczik - nasz pies w sweterku, który kocha głaskanie, miękkie poduszki i swój kocyk - kiedyś naprawdę latał? Może był jednym z nich? A może po prostu ma ptasie serce? Poszukajcie odpowiedzi na te pytania w baśni, którą Wam opowiem...