Latająca gospoda - Gilbert Keith Chesterton

Kup ebooka

39.99 zł
34.39 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

WY­KŁAD O GO­SPO­DACH

Mo­rze lśniło po­cią­ga­jącą, bla­do­zie­loną barwą, a wie­czór swoim słod­kim do­tknię­ciem mu­skał po­po­łu­dnie, gdy młoda ko­bieta o ciem­nych wło­sach odziana w ar­ty­stycz­nie udra­po­wany strój ko­loru mie­dzi prze­cha­dzała się po­zor­nie obo­jęt­nie po pro­me­na­dzie miej­sco­wo­ści Peb­ble­swick, wlo­kąc za sobą pa­ra­solkę. Od czasu do czasu rzu­cała spoj­rze­nia na fale z tej sa­mej ra­cji, z ja­kiej czy­niły to inne młode ko­biety od po­czątku świata.

Ho­ry­zont atoli był zu­peł­nie wolny, ża­den ża­giel nie psuł mor­skiej toni. Na wy­brzeżu u krańca dep­taka po­zo­stały nie­do­bitki po­przed­niej ciżby. Mu­rzyni i so­cja­li­ści, klowni i du­chowni tło­czyli się do­koła przy­god­nych mów­ców, star­czyło, iż na chwilę za­trzy­my­wał się tu kto­kol­wiek, dajmy na to go­niec ob­ła­do­wany pu­deł­kami z tek­tury, a le­gion próż­nia­ków ota­czał go na­tych­miast w ocze­ki­wa­niu, że do­wie się, do czego są prze­zna­czone. W po­bliżu ster­czał je­go­mość w wy­so­kim ka­pe­lu­szu z ol­brzy­mią bi­blią i żoną ni­skiego wzro­stu, która w mil­cze­niu stała obok niego, pod­czas gdy on wy­ma­chi­wał za­ci­śnię­tymi pię­ściami, roz­wo­dząc się nad ja­kąś ważną kwe­stią. Inny mło­dzie­niec z wień­cem mar­che­wek do­koła ka­pe­lu­sza po­świę­cał swoje wy­wody po­myśl­no­ści pu­blicz­nej, wy­po­wia­dał prze­różne bred­nie, zaś przed nim le­żała więk­sza sumka pie­nię­dzy ani­żeli przed in­nymi.

Gdzie in­dziej szła dzie­cinna pro­ce­sja pro­wa­dzona przez chłopca wy­wi­ja­ją­cego małą, drew­nianą sza­blą, ów­dzie roz­wście­czony ate­ista za­sta­na­wiał się nad taj­ni­kami hisz­pań­skiej in­kwi­zy­cji. Ustro­jony w czer­woną ko­kardkę wo­łał "hi­po­kryci", a gdy rzu­cano mu pie­nią­dze, do­da­wał - "ofiary i tchó­rze" - i ob­da­rzono go jesz­cze szczo­drzej.

Po­środku, po­mię­dzy ate­istami a pro­ce­sją dzie­cięcą, usa­do­wił się sta­ru­szek o dziw­nym wy­glą­dzie, z du­żym, zie­lo­nym pa­ra­so­lem. Miał opa­loną twarz po­marsz­czoną na kształt wło­skiego orze­cha, se­micki nos i czarną brodę kształtu klina.

Młoda ko­bieta nie spo­tkała go do­tąd, był jesz­cze jed­nym oka­zem szal­biercy. Na­le­żała do osób, u któ­rych wła­ściwy zmysł hu­moru ko­ja­rzyć się zwykł z pewną wro­dzoną skłon­no­ścią do me­lan­cho­lii. Za­wa­hała się przez chwilę, po czym oparta o po­ręcz za­częła słu­chać.

Prze­szły do­bre cztery mi­nuty, za­nim zdo­łała po­chwy­cić coś nie­coś z tego, co pra­wił mówca.

Po­słu­gi­wał się an­giel­skim, ale tak cu­dacz­nie ak­cen­to­wał wy­razy, że my­ślała, iż wy­raża się w ja­kimś wła­snym wschod­nim na­rze­czu. Dźwięki były nie­sły­cha­nie dzi­waczne, stop­niowo jed­nak pa­nienka przy­zwy­cza­jała się do owego dia­lektu i po­częła roz­róż­niać słowa, które jed­nakże czę­sto ula­ty­wały, za­nim zdo­łała so­bie zdać sprawę, jaki mają zwią­zek z wy­gła­sza­nym zda­niem. Do­szła wresz­cie do wnio­sku, że w da­nym ra­zie cho­dzi o spe­cjalną teo­rię cy­wi­li­za­cji an­giel­skiej, która po­dobno zo­stała ufun­do­wana przez Tur­ków, a może przez Sa­ra­ce­nów, po ich zwy­cię­stwach w cza­sie wo­jen krzy­żo­wych. Sta­ru­szek był zda­nia, że An­glicy nie­ba­wem zso­li­da­ry­zują się z ich punk­tem wi­dze­nia, a roz­wój to­wa­rzystw wstrze­mięź­li­wo­ści, zwłasz­cza abs­ty­nen­cję pod wzglę­dem uży­wa­nia na­po­jów wy­sko­ko­wych przy­ta­czał jako pro­bierz wy­gła­sza­nych za­pa­try­wań. "Pa­trz­cie", wo­łał, wy­wi­ja­jąc zgię­tym, żół­tym pal­cem, "pa­trz­cie na wa­sze go­spody, na karczmy, o któ­rych wspo­mi­na­cie w wa­szych księ­gach. One zrazu nie były na to prze­zna­czone, aby sprze­da­wać al­ko­ho­lowy na­pój chrze­ści­jań­ski. Za­da­niem ich była sprze­daż nie­al­ko­ho­lo­wego na­poju is­lamu. Są to na­zwy wschod­nie, na­zwy azja­tyc­kie. Że wspo­mnę tu o słyn­nym za­jeź­dzie, do któ­rego zdą­żają na­sze omni­busy pod­czas zwie­dza­nia. Na­zwa jego to "Słoń i Za­mek". Czy to an­giel­skie miano? Nie, ra­czej azja­tyc­kie! Od­po­wie­cie mi, że zamki są w An­glii i zgo­dzę się na to. Na przy­kład Za­mek Wind­sor. Lecz gdzie" - wo­łał z prze­ję­ciem, wy­wi­ja­jąc zie­lo­nym pa­ra­so­lem, któ­rym nie­mal trą­cał dziew­czynę pod wpły­wem dzi­kiego ora­tor­skiego za­pału - "gdzież jest Słoń Wind­sor­ski. Prze­szu­ka­łem cały park w Wind­so­rze, a sło­nia ani śladu". Czar­no­włose dziew­czę uśmiech­nęło się skore do my­śli, że ten czło­wiek jest lep­szy od in­nych. Zgod­nie z dzi­wacz­nym sys­te­mem opła­ca­nia kon­ku­ru­ją­cych ze sobą przed­sta­wi­cieli pa­nu­ją­cych w miej­sco­wo­ściach ką­pie­lo­wych re­li­gii rzu­ciła dwu­szy­lin­gową mo­netę do okrą­głej mie­dzia­nej mi­seczki, sto­ją­cej poza nim. Sta­ru­szek w czer­wo­nym fe­zie w po­waż­nym sku­pie­niu zda­wał się wcale na to nie zwra­cać uwagi, lecz w dal­szym ciągu pro­wa­dził z oży­wie­niem swoje nie dość ja­sne wy­wody. "W tej oko­licy", mó­wił, "mamy karczmę pod na­zwą "Bul­dog". Jak jed­nak można sko­ja­rzyć bul­doga z na­stro­jem świą­tecz­nego lo­kalu. Kto my­śli o bul­dogu w ogro­dach roz­ko­szy? Skąd przy­szłoby nam o nim wspo­mi­nać, gdy spo­glą­damy na hoże jak tu­li­pany dzie­woje, kiedy tań­czą lub wchła­niają skrzące się sor­bety. Wy sami przy­ja­ciele moi rzą­dzi­cie się przy­sło­wiem" - tu ro­zej­rzał się do­koła z trium­fem, jak gdyby miał przed sobą nie­sły­chany za­stęp pu­blicz­no­ści - "że w skle­pie z por­ce­laną bul­dog może być tylko za­wadą. To samo do­ty­czy sklepu z trun­kami, rzecz pro­sta!" Za­tknął pa­ra­sol głę­boko w pia­chu i za­ło­żyw­szy je­den pa­lec o drugi, niby czło­wiek, który na­resz­cie przy­stę­puje do rze­czy, wo­łał: "Ja­sne to jak słońce, ja­sne jak słońce w po­łu­dnie, że wy­raz bul­dog, który w so­bie nie ma nic zgoła ko­ją­cego i po­wab­nego, jest tylko ska­że­niem in­nego, bę­dą­cego od­bi­ciem roz­kosz­nych wra­żeń. Nie mó­wię tu o bul­dogu, a o bul­bul! Bul - bul­dog - bul-bul iden­ty­fi­kuje gul­nię­cie, gul­gul!" Jego głos za­grzmiał niby trąba - dło­nie roz­warły się jak wa­chla­rze tro­pi­kal­nych drzew pal­mo­wych. Wy­czer­pany tym wiel­kim efek­tem, oparł się na pa­ra­solu.

"Ta­kie same ślady azja­tyc­kiej no­men­kla­tury za­uwa­ży­cie w na­zwach wszyst­kich an­giel­skich szyn­ków, znaj­dzie­cie, je­stem tego pewny, we wszel­kich ter­mi­nach ze­spo­lo­nych z ucie­chą i wy­tchnie­niem. Ot na przy­kład, dro­dzy przy­ja­ciele, na­zwa owego zdra­dli­wego trunku, na­da­jąca moc wa­szym na­po­jom jest wy­ra­zem arab­skim "al­ko­hol". To rzecz oczy­wi­sta, składa się bo­wiem z arab­skiego przed­imka "al", jak w wy­ra­zie Al­ham­bra, al­ge­bra. Na tym nie ko­niec, przed­imek "al" spo­ty­kamy w in­nych jesz­cze wy­ra­zach co­dzien­nego użytku, nade wszystko zaś w naj­bar­dziej uro­czy­stym dniu świą­tecz­nym, w samo Boże Na­ro­dze­nie, gdy tak ści­śle ze­spo­leni je­ste­ście z wa­szą re­li­gią, cóż wtedy mó­wi­cie? "Pro­szę o ka­wa­łek Fran­cji, ka­wa­łek Hisz­pa­nii, ka­wa­łek Szko­cji?"" Nie! Dźwięk tego prze­cze­nia w ustach mówcy po­to­czył się niby be­cze­nie owcy, po czym koń­czył: "Mó­wi­cie: Pro­szę o ka­wa­łek in­dyczki. Jak wia­domo zaś, na­zwa in­dyka po an­giel­sku ko­ja­rzy się ewi­dent­nie z Tur­cją i oj­czy­zną Pro­roka".

I raz jesz­cze z prze­ję­ciem wy­cią­gnął swoje dło­nie na wschód i za­chód i od­wo­łał się do nieba i ziemi. Pa­nienka ob­jęła uśmiech­nię­tym spoj­rze­niem szma­rag­dową smugę mo­rza, roz­cią­ga­jącą się na ho­ry­zon­cie, po czym ła­god­nie przy­su­nęła do sie­bie odziane w szare rę­ka­wiczki ręce, jak gdyby bła­ga­jąc go, by za­milkł. Lecz ni­ski sta­ru­szek w fe­zie da­leki był od tego.

- Nie­za­wod­nie za­rzu­cisz mi pani, za­rzu­cisz...

- O nie, nie - szep­nęła młoda ko­bieta z ro­dza­jem ma­rzy­ciel­skiego za­pa­trze­nia - nie za­prze­czam, nie za­prze­czam by­naj­mniej.

- Prze­ko­ny­wać mnie ze­chcesz - cią­gnął da­lej pre­le­gent - prze­ko­ny­wać mnie ze­chcesz - po­wtó­rzył - że pewne karczmy na­zwane są we­dle wa­szych na­ro­do­wych wie­rzeń. Wska­żesz mi, że Złoty Krzyż wznosi się na­prze­ciwko Ser­decz­nego Krzyża, po czym na­ty­kamy się na Kró­lew­ski Krzyż, Krzyż Ge­rarda i inne liczne krzyże, które znaj­du­jemy w Lon­dy­nie i jego oko­li­cach. Ale win­naś pa­mię­tać - tu zwró­cił swój zie­lony pa­ra­sol do dziew­czę­cia nie­jako z groźbą, że oprócz tego są tu liczne pół­księ­życe. Duń­ski pół­księ­życ, Świę­tego Marka, Świę­tego Je­rzego, Pół­księ­życ Gro­sve­nor, Mor­nig­ton, Re­gent Park, a na­wet Pół­księ­życ kró­lew­ski. Wy­bacz­cie, nie ko­niec na tym, wszak ist­nieje Pół­księ­życ Pel­kamu. Jak więc wi­dzisz, wszę­dzie od­dają cześć świę­temu sym­bo­lowi re­li­gii Pro­roka i w po­rów­na­niu z liczną sie­cią pół­księ­ży­ców, któ­rych da­łem tu skąpe przy­kłady, cóż zna­czy po­czet krzyży?

Wo­bec zbli­ża­ją­cej się chwili po­siłku tłumy na plaży się roz­pierz­chły i wraz z na­dej­ściem wie­czoru co­raz więk­sza ja­sność roz­po­ście­rała się na za­cho­dzie, aż słońce scho­wało się poza bladą mor­ską toń i prze­świe­cało przez nią niby po­przez ścianę cien­kiego, zie­lo­nego szkła. Prze­zro­czy­stość nieba i mo­rza zda­wała się dla dziew­czę­cia ro­man­sem i tra­ge­dią, alu­zją błysz­czą­cej bez­na­dziej­no­ści. Skrzące się mi­lio­nami szma­rag­do­wych lśnień fale od­pły­wały wolno wraz z za­cho­dzą­cym słoń­cem, jed­nak rzeka nie­do­rzecz­no­ści ludz­kiej roz­ta­czała swoje bał­wany, to­ru­jąc im bieg po wszyst­kie wieki.

- Nie będę ani na chwilę się przy tym upie­rał - da­lej gło­sił sta­ru­szek - że nie na­tkniemy się na trud­ność w tym kie­runku, to jest, że wszyst­kie przy­to­czone przeze mnie przy­kłady będą tak samo bez za­rzutu jak wy­łusz­czone po­wy­żej. Przed­sta­wiają one nie­prze­zwy­cię­żone trud­no­ści, je­żeli choćby wspo­mnę o "Gło­wie Sa­ra­cena", która nie­wąt­pli­wie jest ko­rup­cją hi­sto­rycz­nej prawdy. Opo­dal na przy­kład jest szyn­kow­nia "Pod Sta­rym Okrę­tem".

Oczy dziew­czę­cia wpa­trzone w ho­ry­zont na­gle za­wi­sły nie­ru­chome, ru­mie­niec za­lał jej twa­rzyczkę. Wy­brzeże było nie­mal pu­ste, ate­iści świe­cili nie­obec­no­ścią na równi z ich Bo­giem, ci co pra­gnęli się do­wie­dzieć, co za­wie­rają tek­tu­rowe pu­dełka, nie za­spo­ko­iw­szy swo­jej cie­ka­wo­ści, udali się na her­batę. Młoda ko­bieta sil­niej przy­tu­liła się do ba­riery, jej po­liczki się oży­wiły, pod­czas gdy ciało zo­stało po­nie­kąd nie­ru­chome.

- Na­leży przy­pu­ścić - be­czał w dal­szym ciągu sta­ru­szek z zie­lo­nym pa­ra­so­lem - że nie ma li­te­ral­nie żad­nego śladu azja­tyc­kiej no­men­kla­tury w wy­ra­zach daw­nego po­cho­dze­nia "Stary Okręt". Lecz na­wet tu­taj ba­dacz na­tknąć się może na nie­zbite do­wody. Wła­ści­ciel "Sta­rego Okrętu", nie­jaki pan Pump, udzie­lił mi bliż­szych in­for­ma­cji.

Wargi dziew­czę­cia za­drgały.

Biedny, stary Hump - wes­tchnęła - o mało, a by­ła­bym o nim za­po­mniała. Być może jest rów­nie zmę­czony jak i ja. Są­dzę, że jego nie­do­rzecz­ność nie sięga tak da­leko.

Po­wie­dział mi - cią­gnął da­lej czło­wiek w fe­zie - że karczma zo­stała tak na­zwana przez jego przy­ja­ciela Ir­land­czyka, który był ka­pi­ta­nem w bry­tyj­skiej flo­cie kró­lew­skiej, lecz zre­zy­gno­wał ze swego sta­no­wi­ska, obu­rzony po­stę­po­wa­niem wzglę­dem Ir­lan­dii. Opu­ściw­szy służbę, za­cho­wał jed­nak jesz­cze dość za­bo­bonu ma­ry­na­rzy za­chodu, aby ży­wić pra­gnie­nie, by jego przy­ja­ciel na­zwał swoją obe­rżę we­dle jego sta­rego okrętu, po­nie­waż jed­nak miano to brzmiało "Po­łą­czone Kró­le­stwo"...

Słu­chaczka pod­nio­sła głowę i dźwięcz­nym gło­sem, który roz­brzmiał me­ta­licz­nie wśród sa­motni wy­brzeża, za­py­tała:

- Czy mo­żesz mi wy­mie­nić na­zwi­sko ka­pi­tana?

Stary dżen­tel­men pod­sko­czył, zmru­żył oczy i zdzi­wił się, niby str­wo­żona sowa. Pe­ro­ru­jąc ca­łymi go­dzi­nami, jak gdyby miał przed sobą liczną pu­blicz­ność, na­gle wy­dał się na­der za­kło­po­tany, wi­dząc, że po­siada tylko jedną słu­chaczkę, zwłasz­cza że te­raz prócz mew byli je­dy­nymi ży­wymi isto­tami wśród ca­łej roz­cią­gło­ści wy­brzeża.

Za­cho­dzące osta­tecz­nie słońce roz­bi­jało się na krwawe pro­mie­nie, niby ma­li­nowa po­ma­rań­cza, a pur­pu­rowe lśnie­nia się­gały aż ku skło­nom nie­bie­skim. Na­gle ośle­pia­jące bla­ski za­tu­szo­wały barwę czer­wo­nego fezu i zie­lo­nego pa­ra­sola, ciemna atoli po­stać czło­wie­cza od­bi­jała się wy­raź­nie na tle mo­rza i za­chodu, za­wsze ta sama, choć mówca zda­wał się bar­dziej wzbu­rzony ani­żeli do­tąd.

- Na­zwi­sko ka­pi­tana - po­wtó­rzył - zdaje mi się, że brzmi ono Dal­roy. Lecz na co chcę zwró­cić uwagę i po­ło­żyć na­cisk, to na to, że tu­taj znowu ba­dacz prawdy na­trafi na ko­ja­rze­nie się idei. Wy­tłu­ma­czył mi pan Pump, że nie prze­ista­czał ra­dy­kal­nie tego miej­sca uciech, wo­bec z góry za­pla­no­wa­nego po­wrotu ka­pi­tana, który jak się zdaje, przy­jął po­now­nie miej­sce w ma­ry­narce, lecz opu­ścił już służbę. A te­raz uwa­żaj­cie przy­ja­ciele - mó­wił da­lej zwró­cony do mew - że i tu łań­cuch lo­giczny cią­gnie się nie­prze­rwa­nie. - Ostat­nie wy­razy skie­ro­wane były pod ad­re­sem ptac­twa, bo­wiem młoda dama wpa­trzona zrazu w niego ze­sztyw­nia­łymi oczami i oparta ciężko o ba­lu­stradę od­wró­ciła się na­gle i znik­nęła w pół­cie­niu. Gdy od­głos jej kro­ków za­milkł w od­dali, nie sły­chać było żad­nych zgoła szme­rów prócz po­tęż­nego szumu mo­rza, ode­rwa­nego krzyku mew i nie­milk­ną­cych dźwię­ków mo­no­logu.

- Za­pa­mię­taj­cie to so­bie wszy­scy - wrzesz­czał w dal­szym ciągu sta­rzec, wy­ma­chu­jąc zie­lo­nym pa­ra­so­lem tak gwał­tow­nie, że ów roz­warł się niby roz­po­starta flaga, po czym za­tknął go głę­boko w pia­sku, na któ­rym jego oj­co­wie nie­jed­no­krot­nie roz­sta­wiali swoje na­mioty - miar­kuj­cie, tak miar­kuj­cie ów fakt iście cu­downy, że gdy przez ja­kiś czas by­łem zdzi­wiony, za­am­ba­ra­so­wany, krótko mó­wiąc, za­sko­czony zu­peł­nym bra­kiem wska­zó­wek co do wpływu Wschodu na na­zwę "Stary Okręt" i sta­ra­łem się do­ciec, z ja­kiego kraju ka­pi­tan po­wró­cił, pan Pump rzekł do mnie uro­czy­ście: On wraca z Tur­cji! Sły­szy­cie, z Tur­cji, z kraju na­szej re­li­gii. Ale choć są tacy, co twier­dzą, że to nie nasz kraj, co to kogo ob­cho­dzi, skąd przy­cho­dzimy, byle by­li­by­śmy zwia­stu­nami raju. Pę­dzimy cwa­łem i nie mamy czasu się za­trzy­mać, ale to co no­simy, to na­sze credo, które wy okre­śla­cie wa­szymi szum­nymi wy­ra­zami jako dzie­wi­czość ro­zumu ludz­kiego, a które głosi, że ża­den czło­wiek nie może być wy­nie­siony po­nad Pro­roka i wi­nien uzna­wać jed­ność Bożą.

I znowu sze­roko roz­ło­żył ra­miona, jak gdyby zwró­cony do na­der licz­nego zgro­ma­dze­nia sam je­den na ciem­nym mor­skim wy­brzeżu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki