Lata chude, lata tłuste. Moja autobiografia - Gok Wan

Kup ebooka

30.50 zł
24.40 zł (30,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZYGdzie się to wszyst­ko zaczęło

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że utyłem. Oczy­wiście wiem, jak utyłem - bo jeśli trzy­la­tek je tyle co do­rosły żołnierz, to uty­je - ale po pro­stu nie pamiętam, jak prze­isto­czyłem się z chu­de­go chłopczy­ka w cy­ca­te­go gru­ba­sa. Mam bar­dzo mało zdjęć z dzie­ciństwa (tak mało, że przez wie­le lat sio­stra dro­czyła się ze mną i mówiła, że je­stem ad­op­to­wa­ny), no i w efek­cie nie wiem dokład­nie, kie­dy to się stało.

Ostat­ni dowód, że byłem szczupły, to zdjęcie zro­bio­ne, za­nim po­szedłem do szkoły, więc mam na nim ja­kieś czte­ry lata. Stoję przed re­stau­racją dziad­ka o na­zwie Hung Lau - pierw­szym chińskim lo­ka­lem w Le­ice­ste­rze. Dzia­dek otwo­rzył ją pod ko­niec lat sześćdzie­siątych i to tam zaczął prak­ty­ko­wać tata. Po­zuję do fo­to­gra­fii w wiel­kich oku­la­rach prze­ciwsłonecz­nych taty, w szor­tach i ko­szul­ce z ob­raz­kiem z Księgi dżungli (już wte­dy wyraźnie nie czułem się skrępo­wa­ny przed obiek­ty­wem i widać, że jest we mnie coś dziewczęcego). W owym cza­sie mój brat i moja sio­stra byli pulch­ni. Ja naj­wy­raźniej nie chciałem zo­stać w tyle.

Moja sio­stra Oilen jest z nas naj­star­sza, uro­dziła się czte­ry lata przede mną. Jest wrażliwa i bar­dzo mądra - mama do dziś opo­wia­da, jak to w wie­ku sied­miu lat na­pi­sała książkę, i do tej pory nie mogę wyjść z po­dzi­wu - sio­stra za­wsze mi im­po­no­wała. No i mam jesz­cze star­sze­go bra­ta za­wa­diakę. Kwok-Lyn jest ode mnie star­szy tyl­ko o piętnaście mie­sięcy, więc do­ra­sta­liśmy bar­dziej jak bliźnięta - mama ubie­rała nas jed­na­ko­wo, mie­liśmy po­dob­ne na­wy­ki i chi­cho­ta­liśmy z tych sa­mych rze­czy. Po­ja­wiłem się na sce­nie jako ostat­ni, przy­szedłem na świat w roku 1974 i zo­stałem ochrzczo­ny imie­niem Kow­khyn, zdrob­nia­le Gok. Byłem bar­dzo małym dziec­kiem. Według ro­dzin­nej le­gen­dy po uro­dze­niu ważyłem tyle co to­reb­ka cu­kru i kie­dy przy­wieźli mnie do domu, byłem mniej­szy niż mój pierw­szy plu­szo­wy miś. Na­wet najbar­dziej ma­ciup­kie pie­lu­chy były dla mnie za duże, więc mama używała za­miast nich pa­pie­ro­wych chu­s­te­czek. Wszy­scy w ro­dzi­nie na­zy­wa­li mnie "Mały" i choć byłem nie mniej re­zo­lut­ny od nich, to prze­zwi­sko szyb­ko do mnie przy­lgnęło.

Jako ro­dzeństwo byliśmy do sie­bie po­dob­ni, a jed­nak i bar­dzo różni. Oilen była pew­na sie­bie i bar­dzo zdol­na, Kwok-Lyn sil­ny i sta­now­czy, choć łagod­ny. Ja nie byłem ani by­stry, ani sil­ny, ale po­tra­fiłem wszyst­kich rozśmie­szyć. Łatwo nawiązywałem kon­takt z ludźmi i lubiłem czułości. Uwiel­białem przy­tu­lać lu­dzi i bar­dzo się do nich przy­wiązywałem, zwłasz­cza do żeńskich przed­sta­wi­cie­lek ro­dzi­ny, do których garnąłem się, kie­dy nas od­wie­dzały. Swo­jej cio­ci Dawn mówiłem, jaka jest piękna, i to było szcze­re. Za­wsze, od najmłod­szych lat, umiałem do­strzec w ko­bie­tach piękno.

Różnice różni­ca­mi, ale cała trójka była pra­co­wi­ta. Tę cechę wpoił nam oj­ciec, John Tung Shing Wan. Uro­dził się w wio­sce na północy Hong­kon­gu - w miej­scu, gdzie mamy łowią ran­kiem ryby na lunch. Do Wiel­kiej Bry­ta­nii wy­emi­gro­wał z ro­dzi­ca­mi. W la­tach sześćdzie­siątych przy­był do Le­ice­ste­ru. Wkrótce dzia­dek otwo­rzył tu re­stau­rację, w której oj­ciec uczył się fa­chu.

Pew­ne­go razu tata wy­brał się do So­uthamp­ton. Tam po­znał moją mamę Myrę, nie­winną córkę sa­mot­nej sprzątacz­ki. Za­ko­cha­li się w so­bie od pierw­sze­go wej­rze­nia. Mama mówi, że kie­dy tyl­ko się spo­tka­li, od razu wie­działa, że to ten je­dy­ny, ale związek nie był dla nich łatwy. W la­tach sześćdzie­siątych małżeństwa mie­sza­ne właści­wie nie ist­niały. Z tego po­wo­du ze­tknęli się z mnóstwem uprze­dzeń, doświad­czy­li ostra­cy­zmu. Ale ko­cha­li się, zo­sta­li ra­zem i całe życie poświęcili stwo­rzo­nej przez sie­bie ro­dzi­nie. Ich wza­jem­na miłość jest tak wiel­ka, że cza­sem myślę, czy w ogóle na świe­cie mogła być jakaś miłość przed nimi. Uważam mamę za jedną z naj­bar­dziej spełnio­nych ko­biet na świe­cie, bo osiągnęła to, cze­go naj­bar­dziej pragnęła - zna­lazła mężczyznę, którego ko­cha, i ma ro­dzinę, którą ubóstwia i którą będzie się opie­ko­wać do końca swo­ich dni.

Poza in­ny­mi prze­ciw­nościa­mi losu moi ro­dzi­ce nie mie­li pie­niędzy. Utrzy­my­wa­li się z nie­wiel­kiej pen­sji wy­pra­co­wy­wa­nej przez ojca w ro­dzin­nej re­stau­ra­cji. Kie­dy się uro­dziłem, miesz­ka­liśmy w przy­cze­pie kem­pin­go­wej w par­ku - je­stem praw­dzi­wym par­ko­wym lum­pem. Po­tem, kie­dy nam się po­lep­szyło, prze­pro­wa­dzi­liśmy się do Be­au­mont Leys, no­we­go, naj­no­wo­cześniej­sze­go osie­dla ko­mu­nal­ne­go w Le­ice­ste­rze, które two­rzyły rzędy zgrab­nych domków z czer­wo­nej cegły, z białymi okien­ni­ca­mi i porządnie ogro­dzo­ny­mi szta­che­ta­mi ogródka­mi z tyłu. Było tak, jak­byśmy przy­by­li do swo­jej kra­iny Oz (tyle że na­sza dro­ga do celu nie była wy­bru­ko­wa­na żółtą kostką, ale kre­wet­ko­wy­mi chip­sa­mi). Byliśmy tam szczęśliwi, a w mo­ich naj­wcześniej­szych wspo­mnie­niach za­pi­sały się za­ba­wy w ogro­dzie w let­nim słońcu z mamą. W dzie­ciństwie za­znałem wie­le miłości, roz­piesz­cza­ny przez ro­dziców czułem się bez­piecz­nie, uwiel­białem bra­ta i siostrę.

Kie­dy Kwok-Lyn po­szedł do szkoły, tęskniłem za nim, bo do tej pory sta­le się ra­zem ba­wi­liśmy, ale przy­jem­nie było stać się pępkiem świa­ta w domu, kie­dy star­sze dzie­ci szły na lek­cje. Każdego ran­ka mama, ze mną w wózku, od­pro­wa­dzała do szkoły mo­je­go bra­ta i moją siostrę. Mi­ja­liśmy dziel­nicę, w której miesz­ka­liśmy, i pięliśmy się na wzgórze, aż pod bra­my szkoły. Kie­dy tam do­cie­ra­liśmy, mama mówiła: "Po­ma­chaj i po­wiedz "do zo­ba­cze­nia"". Te­raz zdaję so­bie sprawę, że w ten sposób chciała mi dać do zro­zu­mie­nia, że oni nie opusz­czają nas na za­wsze - po pro­stu do­ra­stają. Oilen za­wsze chętnie szła do szkoły - była by­stra i lubiła się uczyć - a mój wspa­niały brat uśmie­chał się tyl­ko za­wa­diac­ko i pędził do kla­sy do ko­legów.

Kie­dy ru­sza­liśmy z po­wro­tem, od­wra­całem się w wózku i pytałem: "Mamo, możemy pójść kupić coś słod­kie­go? Przy­rze­kam, że nie po­wiem nic Kwok-Ly­no­wi ani Oilen". Mama najczęściej ule­gała moim prośbom o cu­kier­ko­we szczęście, bo lubiła mnie trochę roz­pusz­czać. Zwy­kle wy­bie­rałem mie­szankę, po­nie­waż wy­da­wało mi się, że do­staję za wy­da­ne pie­niądze trochę więcej. Od najmłod­szych lat w je­dze­niu cho­dziło mi o ilość, nie jakość. Ku­po­wałem dwa­dzieścia gu­mo­wa­tych misiów po pół pen­sa, w su­mie za dzie­sięć pensów - no i niech jakiś su­per­mar­ket po­bi­je taką ofertę! - do tej pory czuję te kwa­sko­wa­te owo­co­we sma­ki i kawałki ga­la­ret­ki przy­le­piające się do zębów. Kto mógł wte­dy przy­pusz­czać, że je­stem żel­ko­wym ćpu­nem?

Dzi­siaj, kie­dy trud­no wy­pa­trzyć mnie na pla­nie Jak do­brze wyglądać nago, pra­wie za­wsze znaj­dzie się mnie sku­lo­ne­go gdzieś w kącie, plot­kującego przez iPho­ne i wżerającego się w paczkę żelków! Uwiel­białem słody­cze, a moja ko­chająca mat­ka chciała, żebym był szczęśliwy, szyb­ko więc przy­zwy­czaiłem się, że mogę do­stać tyle sma­kołyków, ile tyl­ko za­pragnę, a pragnąłem dużo. Tak zaczął się mój tre­ning, jak (nie) jeść.

* * *

Kie­dy miałem rok, tata od­szedł z re­stau­ra­cji swe­go ojca i otwo­rzył własną - Bam­boo Ho­use. To było w połowie lat sie­dem­dzie­siątych i Bam­boo należała do bar­dzo nie­licz­nych jesz­cze chińskich knaj­pek w Le­ice­ste­rze. Miała fan­ta­styczną lo­ka­li­zację, w sa­mym cen­trum, i każdy, kto li­czył się w mieście, mu­siał słyszeć o ojcu, Bam­boo, miłej at­mos­fe­rze w tym lo­ka­li­ku i wspa­niałym je­dze­niu. Bam­boo po­wstała w samą porę, go­to­wa na boom eko­no­micz­ny w la­tach osiem­dzie­siątych. Oj­ciec mógł na­cie­szyć się tym, że lu­dzie dzięki do­brej ko­niunk­tu­rze sta­li się bar­dziej roz­rzut­ni.

Bam­boo Ho­use przy­ciągała bar­dzo różną klien­telę, od biz­nes­menów po piłka­rzy i wszyst­ko, co pomiędzy. Re­stau­rację upodo­ba­li so­bie też ak­to­rzy z Hay­mar­ket The­atre i tata pamięta wie­czor­ne po­pi­ja­wy z ta­ki­mi sława­mi, jak Rod Hull i Jim Da­vid­son (le­gen­da ro­dzin­na głosi, że oj­ciec od­gry­wał rolę te­ra­peu­ty i po­wier­ni­ka Jima, kie­dy ten prze­cho­dził je­den z kry­zysów małżeńskich).

Tata pro­wa­dził in­te­res z po­wo­dze­niem przez dzie­sięć lat i spędzał mnóstwo cza­su w Bam­boo. Tak na­prawdę le­piej pamiętam re­stau­rację niż nasz dom w Be­au­mont Leys. Kie­dy byliśmy jesz­cze bar­dzo mali, tata często za­bie­rał wie­czo­rem mnie i bra­ta do pra­cy. Ubie­ra­liśmy się w maleńkie smo­kin­gi i musz­ki, a on opro­wa­dzał nas dum­nie po re­stau­racji niby ku­cy­ki na po­kaz, pięknie przy­cze­sa­ne, strze­lające ocza­mi, za­chwy­co­ne tym, że są w cen­trum uwa­gi. Ko­bie­ty w re­stau­racji za­wsze się nade mną roz­czu­lały, mówiły, że je­stem taki mi­lut­ki, i po­zwa­lały mi wdra­py­wać się im na ko­la­na i przy­tu­lać się do nich, co uwiel­białem.

Kie­dy zacząłem cho­dzić do szkoły, wa­ka­cje spędzałem w piw­ni­cy pod re­stau­racją, śpie­wając z siostrą, bra­tem i Lo­uise, córką przy­ja­ciół ro­dziców, pio­sen­ki Abby. Uda­wa­liśmy, że je­steśmy słyn­nym ze­społem po­po­wym. Do tej pory mam żal, że przy­dzie­lo­no mi rolę Bjor­na, naj­mniej cha­ry­zma­tycz­nej po­sta­ci z tej czwórki. Tańczy­liśmy w piw­ni­cy, która służyła jako ma­ga­zyn do­dat­ko­wych sto­lików i krze­seł, a Oilen układała cho­re­ogra­fię, jak­byśmy byli praw­dzi­wym ze­społem co­ve­ro­wym. Używając sta­rych bu­te­lek po coli jako mi­kro­fonów, śpie­wa­liśmy z play­bac­ku pio­sen­ki i naśla­do­wa­liśmy ulu­bio­ne nu­me­ry, aż opa­no­wa­liśmy je do per­fek­cji i mo­gliśmy je od­gry­wać z całą pasją.

Na górze, w re­stau­ra­cji, wi­dy­wałem, jak tata wita gości i za­pra­sza ich do środ­ka. Był fan­ta­stycz­nym go­spo­da­rzem - znał ulu­bio­ne da­nia klientów, śmiał się z ich żartów i pytał, co u nich słychać. Pamiętał naj­drob­niej­sze szczegóły do­tyczące ich ro­dzin, zdro­wia i pra­cy. Goście uwiel­bia­li go za to i wra­ca­li do jego lo­ka­lu, za każdym ra­zem ser­decz­nie wi­ta­ni i po­dej­mo­wa­ni prze­pysz­nym je­dze­niem. Lu­bi­li swo­bodną at­mos­ferę w Bam­boo. Dla­te­go chciałem być taki jak tata. Świet­nie czuł się we własnej skórze i za­wsze się spraw­dzał jak ulu­bio­ne da­nie. Był i nadal jest dla mnie wzo­rem.

Pod ko­niec 1979 roku in­te­res w Bam­boo Ho­use szedł kwitnąco i na­szej ro­dzi­nie do­brze się po­wo­dziło. Tata jeździł ogrom­nym ja­gu­arem, a mama miała w sza­fie fan­ta­stycz­ne kre­acje, które wkładała wie­czo­rem do pra­cy. Nadal miesz­ka­liśmy w tej sa­mej dziel­ni­cy, ale ona bar­dzo się zmie­niła. Kie­dyś było tu czy­sto i ład­nie jak w pudełecz­ku. Te­raz wszyst­ko się roz­ra­stało, sięgało co­raz da­lej od cen­trum han­dlo­we­go Be­au­mont leżącego w ser­cu tej części mia­sta. I w miarę eks­pan­sji na­sze osie­dle sta­wało się jed­nym z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych w Le­ice­ste­rze - z mnóstwem pro­blemów społecz­nych, bez­ro­bo­ciem (mimo że w oko­li­cy były zakłady prze­mysłowe) i przestępczością. Ale byłem za mały, żeby do­strzec pogłębiającą się biedę i bez­na­dzieję. Wy­da­wało mi się, że możemy żyć bez­tro­sko w na­szym przy­tul­nym ko­ko­nie na­sy­co­nym aro­ma­tem nie­skończo­nej, wy­smażonej na głębo­kim tłuszczu miłości.

Sko­ro re­stau­ra­cja cie­szyła się ta­kim po­wo­dze­niem, tata po­sta­no­wił roz­sze­rzyć działalność i udostępnić naszą salę prób gościom (zdraj­ca). Choć in­te­res szedł do­brze, zdał so­bie sprawę, że po­wi­nien za­in­we­sto­wać więcej gotówki, niż jest w sta­nie, i przyjął jed­ne­go ze swo­ich przy­ja­ciół na wspólni­ka. Nie­ste­ty, plan nie do końca wy­pa­lił i niedługo po­tem tata mu­siał sprze­dać swoją połowę re­stau­ra­cji temu człowie­ko­wi. I to był dla nas ko­niec Bam­boo Ho­use.

PRO­LOGJe­dze­nie

Za­wsze ko­chałem jeść. Nie mogło być in­a­czej, sko­ro je­dze­nie od początku było w cen­trum mo­je­go świa­ta. Żar­tu­je­my z mamą, że wy­sko­czyłem z niej z pałecz­ka­mi w dłoni i gdy­by po­wi­tała mnie mat­czy­nym uśmie­chem, za­miast po­da­wać mi od razu miskę ma­ka­ro­nu, to może i lubiłbym sport, a nie spring rol­l­sy!

Dla mo­jej ro­dzi­ny je­dze­nie jest wszyst­kim. Było nam nie tyl­ko niezbędne do życia tak jak in­nym, ale i po­trzeb­ne, żeby prze­trwać fi­nan­so­wo. Sta­no­wiło źródło na­sze­go utrzy­ma­nia. Przez całe moje życie ro­dzi­ce pro­wa­dzi­li ta­kie czy inne re­stau­ra­cje, więc nig­dy nie bra­ko­wało nam je­dze­nia i wszy­scy bar­dzo je lu­bi­liśmy. Hołdo­wa­liśmy za­sa­dzie: jeśli spra­wi ci to przy­jem­ność, zjedz to. Nie­ustan­nie kar­mi­liśmy gości, ale prze­strze­ga­liśmy też własnych pór posiłków i zwy­cza­ju wspólne­go sia­da­nia do stołu. Nadal tak jest.

Jak się spo­ty­ka­my, to już po pięciu mi­nu­tach mówimy o je­dze­niu albo za­czy­na­my jeść. Od­wie­dzi­ny w domu, w Le­ice­ste­rze, nie byłyby uda­ne bez dim sum w re­stau­ra­cji cio­ci albo do­mo­we­go posiłku przy­go­to­wa­ne­go pie­czołowi­cie przez mamę i bra­ta. Kie­dy sia­da­my w ja­kimś lo­ka­lu na mieście całą ro­dziną, każdy zaj­mu­je zwy­cza­jo­we po­zy­cje. Tata sia­da u szczy­tu stołu obok mamy. Ja przy sio­strze i dzie­ciach mo­je­go bra­ta, a brat i jego żona na po­zo­stałych miej­scach. Zamówie­nie za­wsze składa tata. Pod­cho­dzi kel­ner z dzban­ka­mi gorącej her­ba­ty ulung, na­le­wa, a tata pyta nas, na co mamy ochotę. Od­po­wiedź jest za­wsze ta sama:

- Co­kol­wiek, tato. Sam wy­bierz.

Po tym stwier­dze­niu odkłada­my z trza­skiem jadłospi­sy z długi­mi, spi­sa­ny­mi po chińsku li­sta­mi dań. Po­nie­waż żadne z nas, poza oj­cem, nie zna chińskie­go, zda­rzają się nie­spo­dzian­ki. Nig­dy nie wie­my, co zo­stało zamówio­ne, ale na ogół po­tra­fi­my zgadnąć, co się po­ja­wi. Kie­dy za­czy­nają nad­ciągać da­nia, gra­tu­lu­je­my ojcu wy­bo­ru.

- Mmm, fa­sze­ro­wa­na pa­pry­ka i czar­na fa­so­la... pysz­ności. Albo:

- Nie jadłem tego od wieków, czy to z wie­przo­winą?

Albo:

- Fa­sol­ka w so­sie... mmm... Ale gdzie jej do two­jej, tato!

Po­tem kosz­tu­je­my wszyst­kich po­traw, za­chwy­cając się, że ryba taka świeża albo ma­ka­ron taki chrup­ki. Wszyst­kie chińskie re­stau­ra­cje po­dają je­dze­nie na śro­dek stołu, więc dzie­li­my się ulu­bio­ny­mi kąska­mi. Mama uwiel­bia chińskie grzy­by, więc jak tyl­ko zje je­den, to na pew­no do­sta­nie dru­gi od kogoś z nas. Lisa, moja bra­to­wa, lubi biały ryż w otocz­ce hau gau, ale nie cier­pi na­dzie­nia z kre­we­tek. Brat spraw­nie roz­bie­ra całość, zręcznie wyj­mu­je na­dzie­nie i zja­da je, żeby podać żonie chrup­kie sko­rup­ki - mi­strzo­stwo w sztu­ce wal­ki na pałecz­ki!

Za­wsze jest duża mi­cha go­to­wa­ne­go ryżu. Tra­dy­cja na­ka­zu­je, aby po­da­wała go in­nym najmłod­sza zdol­na do tego oso­ba przy sto­le. Kie­dy byłem najmłod­szy w ro­dzi­nie, to mnie - zgod­nie z sięgającym tysięcy lat zwy­cza­jem - przy­pa­dał ten obo­wiązek. Pamiętam radość z wypełnia­nia tego, co do mnie należy. Czułem się ważny, pełniąc tę za­szczytną po­win­ność. I uwiel­białem to. Do tej pory, kie­dy po­daję ryż, zda­rzają mi się chwi­le ab­so­lut­ne­go szczęścia, bo dla mnie ryż to sym­bol sta­bi­li­za­cji, jed­ności, by­cia ra­zem. Je­dze­nie to miłość i ro­dzi­na.

* * *

Ale gdzieś tam po dro­dze je­dze­nie zaczęło zna­czyć dla mnie zbyt wie­le. Stało się moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Dawało mi szczęście, ciepło, po­czu­cie bez­pie­czeństwa i po­ciechę. Stało się moim nałogiem, ta­jem­nicą, wszyst­kim. Całe dnie myślałem o je­dze­niu i zdo­by­wa­niu go, bo tyl­ko wte­dy po­tra­fiłem czuć się szczęśliwy. Jadłem za dużo, nie umiałem się po­wstrzy­mać, po części dla­te­go, że jadłem nie to co trze­ba (sta­le miałem wokół sie­bie go­to­we da­nia w za­chod­nim sty­lu), i nie o tej po­rze co trze­ba (w mo­jej ro­dzi­nie sia­da­nie do stołu i za­bie­ra­nie się do so­lid­ne­go posiłku w środ­ku nocy, kie­dy ro­dzi­ce wra­ca­li z re­stau­ra­cji, było całkiem nor­mal­ne), a po części dla­te­go, że za bar­dzo to po­ko­chałem. Je­dze­nie miało strasz­ne skut­ki dla mo­je­go ciała, puchłem w oczach, z pulch­ne­go dziec­ka stałem się cho­ro­bli­wie otyłym pod­rost­kiem, który czuł się za­wsty­dzo­ny, bez­war­tościo­wy i od­rzu­co­ny.

Je­dze­nie mi to zro­biło, ale jed­no­cześnie stało się moją je­dyną ucieczką od świa­ta, który pa­trzył na mnie i śmiał się, drwił ze mnie, dręczył i mi za­grażał. Je­dze­nie było te­raz moim wro­giem. Mu­siałem sto­czyć z nim walkę... i ten poje­dynek omal mnie nie zabił. Myślę, że w je­dze­niu tkwi se­kret całego mo­je­go życia.

ROZ­DZIAŁ TRZE­CILata Goka-ba­le­ri­ny

W ro­dzi­nie i w re­stau­ra­cji czułem się bez­piecz­nie. Poza nimi to inna spra­wa. Ro­dzi­na Wanów wyróżniała się w mo­rzu białych twa­rzy. Tata Chińczyk, duża, ubra­na w far­tuch mama An­giel­ka i trójka gru­bych, mie­sza­nej rasy dzie­ci. Narażaliśmy się na wie­le przy­krości, kie­dy tyl­ko wy­sta­wi­liśmy nos za próg. Mamę za­cze­pia­no na uli­cy i mówio­no, że te dzie­ci, które wozi spa­cerówką, to chy­ba nie jej własne. A nas prze­zy­wa­no i wołano za nami "kun­dle".

W pe­wien sposób spływało to po nas jak po kacz­ce. Jako komórka ro­dzin­na byliśmy sil­ni jak mi­ska ma­ka­ro­nu, gdzie każdy skład­nik wzmac­nia smak, two­rzy jakość da­nia i spra­wia, że jest ono całością. W obrębie swo­jej nie­za­wod­nej, zżytej, ko­chającej ro­dzi­ny byłem chro­nio­ny. Ale kie­dy zna­lazłem się poza nią, miałem więcej lat i trochę więcej samoświa­do­mości, od­kryłem, że je­stem łatwym ce­lem ataków.

Moją pierwszą szkołą była pod­stawówka Bar­ley Croft mieszcząca się w par­te­ro­wym bu­dyn­ku w sa­mym ser­cu Be­au­mont Leys. W la­tach świet­ności szkoła szczy­ciła się ofe­ro­wa­ny­mi udo­god­nie­nia­mi, ta­ki­mi jak ogrom­ne bo­isko i własne "stu­dio mu­zycz­ne" (tak na­prawdę ozna­czało to pudło tam­bu­rynów i pia­ni­no trzy­ma­ne w maleńkim po­ko­ju prze­zna­czo­nym na pra­cow­nię mu­zyczną).

Lubiłem szkołę pod­sta­wową i czułem się tam szczęśliwy. Było faj­nie. Mili na­uczy­cie­le i nikt mi nie do­ku­czał. Byłem potężniej­szy od większości uczniów i pew­nie bali się mnie za­cze­piać. Uczyłem się śred­nio, ale ra­dziłem so­bie z lek­cja­mi, nie miałem ani szczególnie do­brych, ani złych stop­ni.

Wkrótce po moim po­ja­wie­niu się w szko­le dy­rek­tor wygłosił mowę na te­mat chińskie­go No­we­go Roku, a Oilen, Kwok-Lyna i mnie po­pro­szo­no, żebyśmy usie­dli z przo­du. To był je­den z tych mo­mentów w moim życiu, kie­dy czułem się naj­bar­dziej dum­ny. Myślałem, że mam coś wyjątko­we­go, cze­go inni nie mają. Choć nic nie mówiłem ani nic nie robiłem, to było jak występ i bar­dzo mi się po­do­bało, że wszy­scy na nas patrzą.

W szko­le od­kryłem, że świet­nie ro­zu­miem dziew­czyn­ki i ko­bie­ty. Ota­czałem się barw­nym gro­nem koleżanek i za­wsze bar­dziej in­te­re­so­wały mnie ry­sun­ki i ska­kan­ka niż piłka nożna i la­ta­nie po bo­isku. Bawiłem się włosa­mi koleżanek, do­ra­dzałem, jak je przy­cze­sać, albo sta­ran­nie spla­tałem im war­ko­czy­ki. Oce­niałem ubio­ry na­uczy­cie­li: "Po­do­ba mi się su­kien­ka pani Clark, pięknie wygląda" albo "Pan Mer­ton ma za krótkie spodnie, widać mu skar­pet­ki". Dziew­czy­ny słuchały z uwagą i za­wsze się ze mną zga­dzały, co spra­wiało, że czułem się świet­nie, i choć za­rzu­ciłem ten zwy­czaj na wie­le lat, to było coś w ro­dza­ju prak­tyk z pa­trze­nia na lu­dzi i do­cie­ka­nia, kim są, na pod­sta­wie tego, jak się ubie­rają.

Chy­ba od naj­wcześniej­szych lat wie­działem, że moje życie będzie związane z płcią prze­ciwną. Jak sądzę, to coś więcej niż to, że je­stem ge­jem. W wie­ku sześciu lat ra­czej się nie za­sta­na­wiałem, z kim wolę cho­dzić do łóżka, więc chy­ba nie dla­te­go wy­bie­rałem so­bie ta­kie, a nie inne to­wa­rzy­stwo. Pra­wie nie zda­wałem so­bie wte­dy spra­wy, że mam pe­ni­sa, nie mówiąc już o tym, bym chciał go wy­ko­rzy­sty­wać z chłopa­ka­mi! Chłopcy za­wsze wy­da­wa­li mi się nie­znośni, pry­mi­tyw­ni, nie­chluj­ni i aro­ganc­cy. Dziew­czyn­ki były o wie­le spo­koj­niej­sze. Po­tra­fiły dys­ku­to­wać, słuchały, co się do nich mówi, i - jeśli nie zwiodły mnie moje różowe oku­la­ry - po­zwa­lały mi od­czuć, że je­stem wyjątko­wy. Jako je­dy­ny chłopak w gru­pie mogłem zabłysnąć i się wyróżnić. Wśród chłopców nig­dy by mi się to nie udało. Byłbym tyl­ko jed­nym z wie­lu na bo­isku.

Na­wet na­uczy­ciel­ki zda­wały się mnie le­piej ro­zu­mieć. Jedną z nich w szko­le pod­sta­wo­wej była pan­na Ri­chards, wy­so­ka, piękna ko­bie­ta, która nie mogła mieć wte­dy więcej niż dwa­dzieścia osiem lat. Za­wsze ubie­rała się w neu­tral­ne kre­mo­we od­cie­nie beżu i lek­kie­go różu. Miała oliw­kową kar­nację, a jej włosy w ko­lo­rze kar­me­lu z mio­do­wy­mi pa­sem­ka­mi przez cały rok wspa­nia­le har­mo­ni­zo­wały z cerą. Pan­na Ri­chards była miła i ser­decz­na, tak­tow­na i łagod­na, nig­dy nie krzy­czała jak inni na­uczy­cie­le.

Każdego dnia o trze­ciej po południu cała kla­sa za­my­kała podręczni­ki, porządko­wała szaf­ki, pa­ko­wała swo­je za­baw­ki i zbie­rała się na dy­wa­nie. Pan­na Ri­chards sia­dała na po­ma­rańczo­wym pla­sti­ko­wym krześle i za­czy­nała czy­tać hi­sto­rię "na ko­niec dnia". Na wyścigi biegłem naprzód, żeby zdo­być przy­wi­lej przy­cup­nięcia naj­bliżej jej krzesła. Prze­su­wałem le­ciut­ko dłonią po jej no­gach, kie­dy czy­tała. Miękki, ciepły do­tyk jej ny­lo­no­wych raj­stop prze­pełniał mnie roz­koszą. Byłem ocza­ro­wa­ny jej ci­chym głosem, kie­dy tak nam czy­tała z ide­al­nym wy­czu­ciem tem­pa i eks­presją. Przy jej krześle mogłem so­bie wy­obrażać, że to ja sam przeżywam przy­go­dy bo­ha­terów ba­jek. Wiem, że to może się wy­da­wać dzi­wacz­ne, i je­stem pe­wien, że dziś władze szkol­ne miałyby coś na ten te­mat do po­wie­dze­nia, ale wte­dy dla mnie, nie­win­ne­go dziec­ka, to wszyst­ko było cu­dow­ne.

Od najmłod­szych lat miałem ob­sesję na punk­cie porządko­wa­nia i ak­ce­so­riów. Uwiel­białem tor­by, piórni­ki i nowe podręczni­ki. Na każdy se­mestr do­sta­wa­liśmy ze­szy­ty w łoso­sio­wym ko­lo­rze, z li­nio­wa­ny­mi kre­mo­wy­mi kart­ka­mi w środ­ku i z za­zna­czo­ny­mi na bla­do­nie­bie­sko mar­gi­ne­sa­mi. Było coś bar­dzo przy­jem­ne­go w otwie­ra­niu no­wych ze­szytów. Do tej pory prze­pa­dam za ich za­pa­chem - czy­stym, świeżym. Moje zamiłowa­nie do ak­ce­so­riów miało cha­rak­ter prak­tycz­ny. Cho­dziło mi bar­dziej o or­ga­ni­zację niż o ob­raz­ki z Su­per­ma­nem. Chciałem mieć piórnik, w którym można porządnie poukładać ołówki, żeby nie walały się gdzieś na dnie ple­ca­ka i się nie nisz­czyły. Chciałem pisać w ze­szytach sta­ran­nie i nie psuć ich bałaga­niar­ski­mi ba­zgrołami. Ćwi­czyłem ka­li­gra­fię, żeby "k" w moim pod­pi­sie było ide­al­nie fo­rem­ne, moc­ne i ma­je­sta­tycz­ne, a "y" tra­fiało ogon­kiem dokład­nie tuż za linię. Po­chy­lo­ny, z no­sem przy kart­ce, pisałem wol­no i uważnie, za­zna­czając swo­je własne te­ry­to­rium.

Lubiłem różne za­da­nia, szczególnie jeśli trze­ba było coś zro­bić lub ude­ko­ro­wać, i uwiel­białem zajęcia pla­stycz­ne, choć ry­sun­ki nie wy­cho­dziły mi naj­le­piej. Ale miałem wy­czu­cie ko­lo­ru i po­tra­fiłem skom­po­no­wać wszyst­ko tak, żeby ład­nie wyglądało. Za­wsze bar­dzo mi na tym zależało i bar­dzo się o to sta­rałem.

Od cza­su ode­gra­nia wiel­kiej roli pod­czas spo­tka­nia poświęco­ne­mu chińskie­mu No­we­mu Ro­ko­wi lubiłem zwra­cać na sie­bie uwagę i występy. Nie­ste­ty, ze szkol­ne­go chóru mnie wy­rzu­co­no, bo bar­dzo kiep­sko śpie­wałem. Zo­stałem zde­gra­do­wa­ny do ude­rza­nia w trójkąt, cze­go się strasz­nie wsty­dziłem. Lubiłem bawić lu­dzi i łatwo mi to przy­cho­dziło. Kie­dy miałem ja­kieś sie­dem lat, sio­stra prze­bie­rała mnie w różową kry­no­linę ba­let­ni­cy, a ja bie­gałem po domu tam i z po­wro­tem na czub­kach palców, że niby je­stem Go­kiem-ba­le­riną. Tak strasz­nie bolały mnie sto­py, że na samo wspo­mnie­nie robi mi się słabo, ale cier­pie­nie nie miało zna­cze­nia, bo uda­wało mi się zwrócić na sie­bie uwagę.

Wkrótce chciałem tego więcej i więcej. Uwiel­białem to, że wszy­scy na mnie patrzą, i płakałem, kie­dy mu­siałem zdej­mo­wać strój ba­let­ni­cy. Oilen la­ta­mi się ze mną dro­czyła, według niej to był wyraźny znak, że je­stem ge­jem, ale ja sądzę, że bar­dziej cho­dziło o występy.

Kie­dy miałem osiem lat, mama upie­rała się, żebyśmy z Kwok-Ly­nem wy­cho­dzi­li pięknie wy­stro­je­ni na śro­dek pełnej gości sali i śpie­wa­li kolędy. Cza­sa­mi ma­ru­dziłem, że się wstydzę, ale w głębi du­szy bar­dzo to lubiłem i byłem za­chwy­co­ny, kie­dy dorośli bili nam bra­wo, uśmie­cha­li się i chwa­li­li nas na potęgę.

* * *

W miarę jak do­ra­stałem i robiłem się co­raz bar­dziej świa­do­my świa­ta, osobą, która za­czy­nała wy­wie­rać na mnie naj­większy wpływ, stała się moja sio­stra. Myślę, że niełatwo jej było jako naj­star­szej z ro­dzeństwa. Na­sza ro­dzi­na żyła w gorączko­wym ryt­mie i nie­kon­wen­cjo­nal­nie, a po­nie­waż mama i tata mie­li mnóstwo pra­cy w re­stau­ra­cji, na Oilen spa­dało wie­le obo­wiązków - często mu­siała zaj­mo­wać się nami, młod­szy­mi. W efek­cie dla mnie była kimś do­rosłym, kto tłuma­czy, do­ra­dza i w wie­lu przy­pad­kach uczy do­ra­stania. Spo­ra od­po­wie­dzial­ność jak na kogoś za­le­d­wie o czte­ry lata star­sze­go! Ale mnie się za­wsze wy­da­wało, że Oilen tak dużo wie. W szko­le tyl­ko ona po­cho­dziła z mie­sza­ne­go an­glo-azja­tyc­kie­go związku i mu­siała być bar­dzo twar­da, żeby so­bie z tym ra­dzić. Do­ku­cza­li jej, jak zresztą większości dzie­ci, ale nig­dy nie stała się praw­dziwą ofiarą, w dużym stop­niu dla­te­go, że była pew­na sie­bie i nie bała się mówić tego, co myśli. Była sil­na i za­wsze zda­wała się pa­no­wać nad swo­imi re­la­cja­mi z ludźmi, cze­go nie da się po­wie­dzieć o mnie. Sta­le bra­ko­wało mi wia­ry w sie­bie, ciągle szu­kałem ak­cep­ta­cji, a ni­czy­ja ak­cep­ta­cja nie li­czyła się bar­dziej niż ta Oilen.

Dla mnie sio­stra była uoso­bie­niem piękna, z tymi swo­imi wiel­ki­mi, okrągłymi jak czar­ki sto­pio­nej cze­ko­la­dy ciem­ny­mi ocza­mi i gęsty­mi, lśniącymi włosa­mi, które prześlicz­nie oka­lały jej przy­po­mi­nającą kształtem ser­dusz­ko twarz. Była ko­bie­ca i drob­na - w prze­ci­wieństwie do mnie. Miałem gru­bo cio­sa­ne rysy, gar­gan­tu­iczną po­sturę i wszyst­ko przy­duże. Jak cała ro­dzi­na Wanów Oilen wal­czyła od cza­su do cza­su z nad­wagą, ale ja za­wsze za­chwy­całem się siostrą. Za­kra­dałem się do jej li­lio­we­go po­ko­ju, kie­dy jej tam nie było, kładłem się na jej łóżku, brałem książkę Małe ko­biet­ki w okładce w ko­lo­rze zga­szo­ne­go różu i uda­wałem, że je­stem Oilen.

Mój gust był kształto­wa­ny przez gust sio­stry; uwiel­biała Abbę, Eu­ry­th­mics i Roxy Mu­sic, więc ja też - do tego stop­nia, że, za­pro­szo­ny do au­dy­cji ra­dio­wej Czwórki De­sert Is­land Di­scs (Płyty z bez­lud­nej wy­spy), wy­brałem Thorn in My Side i Je­alo­us Guy jako dwa z ośmiu na­grań, które bym wziął ze sobą na swoją wyspę. To ona za­pro­wa­dziła mnie do skle­pu w Le­ice­ste­rze, żebym kupił so­bie pierwszą płytę w życiu - Uptown Girl Bil­ly'ego Jo­ela. Przy­czy­niła się też w wiel­kim stop­niu do mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia ubra­nia­mi. Gdy do­ra­stała, zaczęła bawić się sty­lem. Pa­no­wał wte­dy neo­ro­man­tyzm, moda na tren­dy an­dro­gy­nicz­ne i wy­zy­wającą ele­gancję. Mężczyźni się ma­lo­wa­li, lu­bi­li fal­ban­ki, długie włosy i sza­leńcze fry­zu­ry. Dziew­czy­ny pro­wo­ko­wały kre­acja­mi o męskim kro­ju, spódnicz­ka­mi bomb­ka­mi, raj­sto­pa­mi w pa­ski i sta­ran­nie nałożony­mi na po­wie­ki cie­nia­mi we wszyst­kich ko­lo­rach tęczy. Oilen nosiła czarną wąską spódnicę, czar­ne raj­sto­py i za dużą szarą męską ma­ry­narkę. Nie­dba­le związywała włosy w koński ogon i stro­szyła grzywkę. Całości dopełniały wiel­kie srebr­ne koła w uszach. Moja sio­stra bar­dzo mi się po­do­bała w tym stro­ju, był faj­ny i no­wo­cze­sny i wy­da­wało się, że wraz z nim zmie­nia się jej oso­bo­wość. Biła od niej ab­so­lut­na pew­ność sie­bie.

Za­fa­scy­no­wała mnie potęga ubio­ru. Na długo przed­tem, nim do­wie­działem się cze­go­kol­wiek o ty­pach syl­wet­ki czy o tym, jak po­przez od­po­wied­nie do­dat­ki two­rzyć kre­acje, zacząłem wi­dzieć w ubio­rze coś więcej niż kawałki ma­te­rii, którą się okry­wa­my dla przy­zwo­itości. Za­uważyłem, że strój zmie­nia nie tyl­ko twoją oso­bo­wość, ale i to, jak inni na cie­bie re­agują. Wyraża te ce­chy, które chcesz de­mon­stro­wać. Daje ci możliwość by­cia kimś in­nym. Chciałem się ubie­rać sty­lo­wo, z po­lo­tem, ale to było nie­możliwe - nadal byłem dziec­kiem, a zresztą moje ciało zaczęło wy­kra­czać poza wszel­kie nor­my wie­ko­we, więc należało przede wszyst­kim za­dbać o wy­godę i względy prak­tycz­ne. Nosiłem wor­ko­wa­te spodnie i wiel­kie bawełnia­ne ko­szul­ki. O mo­dzie mogłem so­bie po­ma­rzyć.

Oilen miała tak wiel­ki wpływ na moje życie, że właści­wie zro­biłbym wszyst­ko, żeby tyl­ko być z nią albo - jesz­cze le­piej - jak ona. Pew­ne­go dnia od­bie­rała mnie po lek­cjach. Często się to zda­rzało, bo tata i mama mu­sie­li trochę od­sapnąć między porą lun­chu i ko­la­cji. Sio­strze to­wa­rzy­szyła barw­na grup­ka jej szkol­nych koleżanek. Wszyst­kie w gra­na­to­wych mun­dur­kach i spusz­czo­nych do połowy pod­ko­lanówkach. Jed­na z dziew­czyn opo­wia­dała o czymś, co się tego dnia zda­rzyło, i na­zwała jed­ne­go z na­uczy­cie­li zbo­czeńcem. Nie mogłem mieć więcej niż dzie­więć lat, ale do­sko­na­le pamiętam, jak za­in­try­go­wało mnie to nowe słowo. Wydało mi się sza­le­nie do­rosłe, po pro­stu fan­ta­stycz­ne - zbo­czeniec! Oilen i jej przy­ja­ciółki były ta­kie doj­rzałe i mądre w porówna­niu ze mną, z tym swo­im rzu­ca­niem mi­mo­cho­dem słów, których nie ro­zu­miałem. Cały za­mie­niłem się w słuch, ale nie poj­mo­wałem, o czym mówią. Idąc za bandą mo­jej sio­stry, zacząłem więc wrzesz­czeć na całe gardło: "Je­stem zbo­czeniec... cześć, je­stem zbo­czeniec... miło mi po­znać, je­stem zbo­czeniec... Prze­pra­szam, jak na­zwi­sko?... Zbo­cze­niec!". Moja sio­stra i jej koleżanki obej­rzały się na mnie zdu­mio­ne, ale jak to na­sto­lat­ki, tyl­ko zaczęły się skręcać ze śmie­chu, uba­wio­ne głupotą bra­cisz­ka Oilen. A ja pomyślałem, że to im się spodo­bało, więc za­chwy­co­ny, że zwróciłem na sie­bie ich uwagę, po­pi­sy­wałem się da­lej i krzy­czałem jesz­cze głośniej: "Je­stem zbo­czeniec!" w na­dziei, że się im pod­liżę, choć tyl­ko robiłem z sie­bie jesz­cze większe­go głupka.

Bar­dzo chciałem, żeby Oilen i jej koleżanki przyjęły mnie do swo­jej pacz­ki, ale oczy­wiście one miały swo­je spra­wy, a sio­stra nie chciała, żeby młod­szy brat sta­le się za nią włóczył i za­wra­cał jej głowę. Przez lata doj­rze­wa­nia, kie­dy ja nadal byłem dziec­kiem, od­ga­niała mnie od sie­bie. Za­my­kała się w swo­im po­ko­ju, "se­kre­to­wała się" z przy­ja­ciółkami i nie po­zwa­lała mi wcho­dzić. Albo szła przo­dem z koleżan­ka­mi ze szkoły, a ja mu­siałem iść kawałek z tyłu, żeby nie podsłuchi­wać, o czym mówią. Strasz­nie chciałem do nich dołączyć. Kie­dyś przy­biegłem do nich do kuch­ni i za­pro­po­no­wałem, że po­mogę im robić ka­nap­ki.

- No, do­brze - po­wie­działa Oilen. - To rób.

I wszyst­kie wyszły, zo­sta­wiając mnie tam sa­me­go. (Na­wet te­raz, kie­dy o tym piszę, czuję go­rycz tam­te­go od­rzu­ce­nia!).

Do­sko­na­le ro­zu­miem, dla­cze­go ta­kie rze­czy się zda­rzały, i nie ob­wi­niam sio­stry, ale ciężko mi z tym było w cza­sach, kie­dy naj­bar­dziej na świe­cie zależało mi na jej ak­cep­ta­cji. Oczy­wiście ona za­wsze mnie ko­chała i wie­działem, że się o mnie trosz­czy.

Tym­cza­sem Kwok-Lyn i ja - bli­scy wie­ko­wo i nadal bar­dzo po­dob­ni pod względem za­cho­wa­nia - spa­liśmy we wspólnym po­ko­ju, przez co bar­dzo zżyliśmy się ze sobą (do­pie­ro gdy Oilen wy­je­chała na stu­dia, do­cze­kałem się własne­go kąta). Za­wsze kie­dy byłem z bra­tem, czułem się sil­ny. Ak­cep­to­wał mnie ta­kim, ja­kim je­stem, bez­wa­run­ko­wo. Nig­dy mnie nie oce­niał, jak to się zda­rzało Oilen. Nig­dy nie mówił, co po­wi­nie­nem zro­bić, jak mama i tata. I nig­dy nie stroił so­bie ze mnie żartów, jak ko­le­dzy w szko­le. Kwok-Lyn był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ale mu­siało minąć dużo cza­su, za­nim zdałem so­bie z tego sprawę.

Kwok-Lyna za­wsze łączyła bar­dzo bli­ska więź z mamą. Oilen i ja do­ku­cza­liśmy mu trochę, mówiliśmy na nie­go "ma­min­sy­nek", "Bo­ski-Lyn". Wie­dzie­liśmy, że mama go nie fa­wo­ry­zu­je, tyl­ko że jemu po pro­stu jej wspar­cie jest bar­dziej po­trzeb­ne niż nam. Jak w wie­lu chińskich ro­dzi­nach to on jako naj­star­szy syn mu­siał się li­czyć z wielką od­po­wie­dzial­nością i ocze­ki­wa­nia­mi. Tata chciał, i chce nadal, żeby "Bo­ski-Lyn" przejął ro­dzin­ny biz­nes, re­pre­zen­to­wał ro­dzinę i za­wsze do­ko­ny­wał właści­wych wy­borów - nie ma miej­sca na porażki czy błędy, gdy je­steś naj­star­szym sy­nem! To mu­siało być wiel­kie obciążenie dla Kwok-Lyna i myślę, że właśnie dla­te­go mama ota­czała go szczególną opieką. Nie chciałbym czuć na so­bie ta­kiej pre­sji.

* * *

W tym sa­mym roku, kie­dy po­szedłem do szkoły śred­niej, Oilen wy­je­chała do col­le­ge'u, żeby zro­bić ma­turę. Cza­sa­mi za­sta­na­wiam się, czy te lata byłyby dla mnie inne, gdy­bym miał siostrę przy so­bie, czy umiałaby mnie obro­nić przed tym, co czy­hało za ro­giem, ale nig­dy się tego nie do­wiem. Nie­ste­ty, tyl­ko przez ty­dzień byliśmy ra­zem w tej sa­mej, "dużej" szko­le.

La­tem, przed roz­poczęciem roku szkol­ne­go, wszy­scy nowi ucznio­wie uczęszcza­li przez ty­dzień na zajęcia wpro­wa­dzające do na­sze­go no­we­go piekła - Ba­bing­ton Com­mu­ni­ty Col­le­ge.

Bar­dzo się de­ner­wo­wałem, ale jed­no­cześnie cie­szyłem, że będę więcej cza­su spędzać z Oilen i Kwok-Ly­nem. Wy­obrażałem so­bie, że oni - a szczególnie Oilen, taka by­stra i re­zo­lut­na - pa­nują tam nad sy­tu­acją tak samo jak w domu. I spo­dzie­wałem się, że będę z nimi w stałym kon­tak­cie. Jed­nak rze­czy­wi­stość oka­zała się zupełnie inna.

W tam­tym ty­go­dniu mnóstwo się działo: napięty rozkład zajęć, spo­tka­nia i oczy­wiście lek­cje, a no­wi­cju­sze byli trzy­ma­ni z dala od star­szych uczniów. Co­dzien­nie próbowałem zna­leźć Oilen, pod­czas przerw i pory na lunch bie­gałem po całej szko­le w po­szu­ki­wa­niu swo­jej wszech­moc­nej sio­stry. Jed­nak nig­dzie jej nie wy­pa­trzyłem. Byłem bar­dzo roz­cza­ro­wa­ny, ale ro­zu­miałem, że jest zajęta tym, co muszą robić ci ważni star­si ucznio­wie.

Wpro­wa­dzający ty­dzień był prze­rażający. Mie­liśmy lek­cje w języ­kach, które tyl­ko słyszałem kie­dyś w te­le­wi­zji, mie­liśmy plan, którego mu­sie­liśmy się trzy­mać nie­po­na­gla­ni przez na­uczy­cie­li, byliśmy wrzu­ca­ni do sali pełnej ob­cych dzie­ci z in­nych szkół pod­sta­wo­wych, no i był... wuef!

Przez całą szkołę pod­sta­wową udało mi się nie­mal całko­wi­cie uniknąć wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go. Mama (za­wsze ra­czej po mo­jej stro­nie niż po stro­nie szkoły) na­uczyła się pisać ge­nial­ne uspra­wie­dli­wie­nia i jej mi­strzow­skie wy­wo­dy sku­tecz­nie gasiły za­ku­sy na­uczycieli. Zdołałem przejść przez szkołę pod­sta­wową, nie wy­ko­nując żad­nych porządnych ćwi­czeń poza bie­ga­niem do­okoła bo­iska. Ale duża szkoła to była - dosłownie - całkiem inna liga, i miałem strasz­li­we prze­czu­cie, że nie zdołam wy­mi­gać się od wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, które na­pa­wało mnie ta­kim lękiem.

* * *

Wuef to była tor­tu­ra. Łatwo so­bie wy­obra­zić, że dla kogoś grub­sze­go niż inni każda ak­tyw­ność fi­zycz­na to jak kara za obżar­stwo. W do­dat­ku bar­dzo różniłem się od resz­ty uczniów. Miałem kru­czo­czar­ne, przetłuszczające się włosy i za­czy­nał mi się młodzieńczy trądzik. Zro­biłem się kor­pu­lent­nym, nie­atrak­cyj­nym pod­rost­kiem. Roz­pacz­li­wie wsty­dziłem się swo­je­go wyglądu. A sport za­wsze przy­po­mi­nał mi o tym, jaki je­stem nie­zdar­ny i klu­cho­wa­ty.

Słyszałem strasz­li­we opo­wieści o wu­efie od bra­ta i sio­stry - o wspólnych wiel­kich szat­niach, sied­mio­ki­lo­me­tro­wych bie­gach te­re­no­wych i po­twor­nościach pu­blicz­nych kąpie­li pod prysz­ni­ca­mi. Tak bar­dzo nie­na­wi­dziłem swo­je­go ciała, że na samą myśl o prze­bie­ra­niu się w czy­jejś obec­ności zbie­rało mi się na wy­mio­ty. Per­spek­ty­wa zna­le­zie­nia się całkiem nago pod prysz­ni­cem z in­ny­mi, "nor­mal­ny­mi", dziećmi spra­wiała, że po­licz­ki mnie paliły, za­sy­chało mi w gar­dle, głowa pękała z bólu, a ser­ce waliło jak młotem. Byłem prze­rażony, że ktoś mógłby zo­ba­czyć, co kry­je się pod moim ubra­niem.

Pierw­sze­go dnia ka­za­li nam wypełnić nasz nowy plan zajęć. Roz­da­li nam po­li­nio­wa­ne kart­ki z wy­dru­ko­wa­ny­mi dnia­mi ty­go­dnia i go­dzi­na­mi lek­cji na mar­gi­ne­sach. Po­nie­działek był w porządku: an­giel­ski, na­uki ścisłe, fran­cu­ski i po południu na­uki społecz­ne. Wto­rek też świet­nie: po dwie lek­cje nauk ścisłych i pla­sty­ki, a po południu zajęcia te­atral­ne. Środa... O cho­le­ra! To, co mnie naj­bar­dziej prze­rażało. Po południu dwie lek­cje wu­efu. Kie­dy pan Dunn czy­tał rozkład zajęć i wszy­scy wypełnia­li ru­bry­ki w swo­ich pla­nach, mnie kom­plet­nie ścięło. Ręce zaczęły mi się trząść, nie­pokój wypełnił każdą cząsteczkę ciała. Wpadłem w pa­nikę, pragnąłem, żeby na­tych­miast wpa­ro­wała tu mama z jed­nym ze swo­ich słyn­nych uspra­wie­dli­wień i mnie ura­to­wała. Chciałem, żeby po­wie­działa: "Nie przej­muj się, nikt ci nie każe ćwi­czyć na wu­efie... Nie mu­sisz iść pod prysz­nic z in­ny­mi chłopca­mi, nie mu­sisz się prze­bie­rać na oczach ko­legów. Zbie­raj rze­czy, idzie­my". Ale nikt - ani mama, ani tata, ani na­wet Oilen - nie po­ja­wił się w drzwiach. Cho­dziłem te­raz do dużej szkoły i ta­kie tu są za­sa­dy. Byłem ska­za­ny na wuef i nikt w żaden sposób nie mógł temu za­po­biec.

Zda­wało się, że na­tych­miast zro­biła się środa, tak jak­by te dwa dni ktoś mi ukradł. Myślałem tyl­ko o jed­nym - wuef na śnia­da­nie, lunch i ko­lację. Przed­południo­we go­dzi­ny w środę zle­ciały w oka­mgnie­niu i za­nim się spo­strzegłem, roz­legł się dzwo­nek na lunch. Dokład­nie za czter­dzieści mi­nut stanę w ko­lej­ce przed szat­nią, ze stro­jem gim­na­stycz­nym w tor­bie, w gro­nie dwu­dzie­stu wy­spor­to­wa­nych chłopaków, którzy aż palą się do tego, żeby zmie­rzyć się ze sobą w fut­bo­lu, rug­by czy ko­szykówce. A po­tem oni będą śmiać się i dow­cip­ko­wać, zrzu­cając ubra­nia i myjąc się pod prysz­ni­ca­mi. Ra­zem, bez żad­ne­go nad­zo­ru...

Dla mnie to był ko­niec świa­ta, umie­rałem i nie było tu ni­ko­go, kto by mnie oca­lił. Przerwę na lunch spędziłem sa­mot­nie, patrząc na prze­su­wające się wskazówki ze­gar­ka. Z każdą se­kundą moje prze­rażenie rosło. Tłukłem się po szko­le, od ko­ry­ta­rza do ko­ry­ta­rza, od bo­iska do kla­sy, w po­szu­ki­wa­niu uciecz­ki.

ROZ­DZIAŁ DRU­GIPan­da

Utra­ta Bam­boo Ho­use była dla taty cio­sem, ale po­sta­no­wił znów spróbować i zaczął rozglądać się za od­po­wied­nim miej­scem na re­stau­rację. W roku 1984 wpadł mu w oko sta­ry dwu­piętro­wy dom na obrzeżach cen­trum Le­ice­ste­ru, przy Fos­se Road North. Choć pier­wot­nie w bu­dyn­ku mieściły się biu­ra, tata stwier­dził, że na górze da się urządzić wy­god­ne miesz­ka­nie dla nas wszyst­kich, a na dole lo­kal. Am­bit­nie uznał, że to będzie do­bra in­we­sty­cja. Re­stau­ra­cja miała się na­zy­wać Pan­da. Przesądni krew­ni taty ostrze­ga­li, że to może przy­nieść pe­cha, bo pan­dy to ginący ga­tu­nek i lo­kal na pew­no w ciągu kil­ku ty­go­dni zro­bi klapę. Tata nie dał za wy­graną. Pan­da to od­po­wied­nia na­zwa, no i po­wstała Pan­da.

Miałem je­de­naście lat, kie­dy się prze­pro­wa­dzi­liśmy na Fos­se Road North. Bar­dzo się cie­szyłem, że będę miesz­kał nad re­stau­racją. Wy­da­wało się to ta­kie ele­ganc­kie i no­wo­cze­sne, a także ozna­czało, że będzie­my więcej cza­su spędzać z mamą i tatą. Jak to bywa w każdym biz­ne­sie, szczególnie ga­stro­no­micz­nym, suk­ces jest oku­pio­ny wiel­kim wysiłkiem, a z po­wo­du fa­tal­nych go­dzin pra­cy mama i tata rzad­ko by­wa­li w domu. Moim ro­dzi­com niełatwo było go­dzić pro­wa­dze­nie po­pu­lar­nej re­stau­racji z wy­cho­wy­wa­niem trójki małych dzie­ci. Nie było dnia, żebyśmy ich nie wi­dy­wa­li, ale spędza­liśmy ze sobą nie­zbyt dużo cza­su. Mama za­wsze rano od­pro­wa­dzała nas do szkoły i cze­kała w domu, kie­dy wra­ca­liśmy o wpół do czwar­tej po południu. Tata po­ja­wiał się, kie­dy tyl­ko mógł, sta­rając się spro­stać wy­mo­gom życia ro­dzin­ne­go i pro­wa­dze­nia re­stau­racji.

Nie­dzie­le były dla nas świętem. Tyl­ko w te dni ro­dzi­ce za­my­ka­li lo­kal i pla­no­wa­liśmy wszy­scy ra­zem coś miłego. Na przykład szliśmy popływać albo do kina. Głównym punk­tem pro­gra­mu było wspólne je­dze­nie. Za­czy­na­liśmy od śnia­da­nia, a po­tem za­bie­ra­liśmy sporą wałówkę na pik­nik albo szliśmy gdzieś do re­stau­ra­cji. Za­wsze było mnóstwo je­dze­nia i śmie­chu w tym dniu, w którym tata sta­rał się nad­ro­bić cały ty­dzień.

Wkrótce zaczął się re­mont lo­ka­lu na nową re­stau­rację i do dziś za­pach gip­su i far­by przy­po­mi­na mi tam­ten dom. Kie­dy wspo­mi­nam wystrój Pan­dy, stwier­dzam, że tata był całkiem na cza­sie jak na tam­te lata. Ścia­ny po­kry­to mo­krym gip­sem i zo­sta­wio­no, żeby wy­sechł bez gładze­nia, z nierównościa­mi. Na podłodze ciem­no­wiśnio­wa wykładzi­na z mosiężnymi wykończe­nia­mi przy pro­gach. Ele­men­ty drew­nia­ne po­ma­lo­wa­no na ciem­ny brąz. A pod su­fi­tem po­wie­szo­no elek­trycz­ne trzy­skrzydłowe wia­tra­ki. Ob­ru­sy były kre­mo­we i w brązach. A każde na­kry­cie miało pod­stawkę na pałecz­ki, co w owych cza­sach było nowością. W sali dla gości mieściło się tyl­ko osiem stołów, co sprzy­jało ro­dzin­nej, przy­tul­nej at­mos­fe­rze; klient mógł się tu spo­dzie­wać ser­decz­ne­go przyjęcia.

Dość duży, żeby ro­zu­mieć, ja­kie wy­zwa­nie po­dej­mu­je tata, byłem bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny. To było wiel­kie ry­zy­ko, bo w ten in­te­res za­in­we­sto­wał wszyst­kie oszczędności, ale chciał zbu­do­wać nowe życie dla swo­jej ro­dzi­ny, a to jest war­te ry­zy­ka. Był dum­nym, pra­co­wi­tym człowie­kiem, który wie­rzy, że może coś osiągnąć. Wyraźnie widzę w so­bie ce­chy, które mu­siałem po nim odzie­dzi­czyć - de­ter­mi­nację, chęć działania, ob­se­syj­ne dążenie do celu, strach przed porażką i po­trzebę by­cia naj­lep­szym. Dziękuję, tato!

* * *

Pan­da miała być re­stau­racją, ja­kiej w Le­ice­ste­rze jesz­cze nie wi­dzia­no. Od cza­su, kie­dy dzia­dek zakładał tu swój lo­kal, po­wstało spo­ro chińskich knaj­pek i barów z je­dze­niem na wy­nos, kon­ku­ren­cja była więc duża, ale tata wy­ro­bił już so­bie markę wśród tam­tej­szych miesz­kańców i przed­siębiorców jako sza­no­wa­ny re­stau­ra­tor. Te­raz two­rzył nową jakość ja­da­nia na mieście. Nie trze­ba już było wy­bie­rać pomiędzy ty­po­wym chińskim menu z różnymi ro­dza­ja­mi ma­ka­ro­nu a ste­kiem z fryt­ka­mi. Dzięki Joh­no­wi Wa­no­wi goście mo­gli we­dle życze­nia zagłębić się w cu­dow­ny świat chińskiej kuch­ni.

Tata wpro­wa­dził bar­dziej wy­kwint­ne menu niż w Bam­boo Ho­use i na­gle chińskie je­dze­nie, dotąd nie­zna­ne, stało się w Le­ice­ste­rze dostępne - wo­do­ro­sty, kung pao, zupa z płetwy re­ki­na... to wszyst­ko było nowe, fa­scy­nujące i lu­dzie chcie­li tego spróbować. Naj­wy­raźniej Pan­dzie nie gro­ziła plaj­ta. Kie­dy re­stau­ra­cja zo­stała otwar­ta, szyb­ko od­niosła nie­by­wały suk­ces.

Z oka­zji otwar­cia lo­ka­lu tata wydał przyjęcie, na które za­pro­sił wier­nych gości Bam­boo Ho­use. Niektórzy sta­li się na­szy­mi przy­ja­ciółmi. Byłem na tej im­pre­zie i to tam po raz pierw­szy zdałem so­bie sprawę, jak bar­dzo przez ostat­nich parę lat zmie­niłem się fi­zycz­nie. Dotąd pamiętam, jak tego wie­czo­ru wyglądała moja sio­stra. Miała ład­nie ostrzyżone włosy z grzywką, prostą su­kienkę w czar­no-czer­wo­ne az­tec­kie wzo­ry, płaskie pan­to­fel­ki ze zwężonym no­skiem i pla­sti­ko­wy czar­no-czer­wo­ny na­szyj­nik z za­chodzących na sie­bie ośmiokątów, które układały się półkoliście wokół jej szyi. Robiła wrażenie do­rosłej. Była piękna, pew­na sie­bie.

Dla kon­tra­stu ja nie byłem już uro­czym che­ru­bin­kiem, z którym mój tata pa­ra­do­wał po re­stau­ra­cji i który gra­mo­lił się na ko­la­na gości. Urosłem i przy­brałem na wa­dze, stałem się otyłym dwu­na­sto­lat­kiem u pro­gu doj­rze­wa­nia. W py­za­tej twa­rzy pra­wie nie było widać mi oczu. Miałem pod­strzyżone na okrągło włosy, choć byłem już trochę za duży na fry­zurę na grzyb­ka. W tłustych pa­lu­chach robiły się dołecz­ki, nogi na­brały masy, ale nie jak u spor­tow­ca - przy­po­mi­nały bar­dziej dwa gru­be wałki ke­ba­bu. Po­ja­wiło mi się brzu­szy­sko, wy­le­wające się znad pa­ska spodni. Górna część tułowia też się roz­rosła, ale nie jak u umięśnio­ne­go wo­jow­ni­ka, tyl­ko na­brała krągłości, z zaczątka­mi tłustych pier­si. Skóra napięła się moc­no pod na­po­rem powiększającej się masy, tak jak­by ciała przy­by­wało szyb­ciej, niż ona dawała radę rosnąć. Tego dnia, na przyjęciu, do­tarło do mnie, że je­stem grub­szy od bra­ta i sio­stry.

W na­szej ro­dzi­nie nikt nie wyglądał na nie­dożywio­ne­go, ale ja byłem najmłod­szy i do tej pory naj­drob­niej­szy. Dla­te­go nowe od­kry­cie tak mną wstrząsnęło. Oni byli ode mnie star­si, więc wy­da­wało mi się, że po­win­ni da­lej przy­bie­rać na wa­dze, no, może choć po sześć kilo rocz­nie jak ja - a tu na­gle ich wy­prze­dziłem. Byłem te­raz naj­grub­szy z ro­dzi­ny gru­basów Wanów.

Tego dnia zdałem też so­bie sprawę, że Oilen już nie jest tęga. Stra­ciła dzie­cięcą pulch­ność i wy­szczu­plała. Wy­rosła z niej piękna pan­na. Tak jak­by tam­te­go dnia prze­isto­czyła się z dziew­czyn­ki w ko­bietę. Uosa­biała wszyst­ko, czym chciałem być. Ale nie byłem taki mądry i do­rosły jak Oilen, tyl­ko gru­by, nieśmiały i zażeno­wa­ny. Po raz pierw­szy w życiu wsty­dziłem się swo­je­go wyglądu.

* * *

Kie­dy mama wyszła za tatę, od razu chętnie przejęła war­tości kul­tu­ry, z ja­kiej wy­ra­stał. Choć urządził so­bie życie na Za­cho­dzie, kul­ty­wo­wał wie­le chińskich tra­dy­cji, zwy­czajów i przesądów. W ich du­chu zo­sta­liśmy wy­cho­wa­ni. Nasz dom zdo­biły chińskie sym­bo­le. Na­prze­ciw okien wi­siały lu­stra, pa­li­liśmy ka­dzi­dełka przy drzwiach, co było dość oso­bli­we jak na Le­ice­ster w la­tach sie­dem­dzie­siątych i na początku osiem­dzie­siątych. Za tatą przy­je­cha­li tu z Hong­kon­gu jego bra­cia; cała ro­dzi­na osiadła w Le­ice­sterze i założyła re­stau­ra­cje i knajp­ki z je­dze­niem na wy­nos. Spo­ty­ka­liśmy się z chiński­mi krew­ny­mi pod­czas świąt i ro­dzin­nych uro­czy­stości, ta­kich jak uro­dzi­ny i przyjęcia z oka­zji ukończe­nia mie­siąca życia (chińskie dzie­ci są trzy­ma­ne do tego mo­men­tu w domu). Mama upie­rała się, że mu­si­my po­znać wszyst­kie chińskie tra­dy­cje i prze­strze­gać chińskich oby­czajów, po­czy­nając od chińskie­go No­we­go Roku, a kończąc na pa­le­niu sym­bo­licz­nych bank­notów dla przodków i je­dze­niu pro­siacz­ka. Nadal to ro­bi­my i te­raz to uwiel­biam - sma­ku­je mi moje chińskie dzie­dzic­two.

Tata chciał, żebyśmy po­zna­li też chiński, ale nie miał kie­dy nas uczyć. Tak na­prawdę prak­tycz­niej było, żeby to on na­uczył się an­giel­skie­go, bo w domu roz­ma­wia­liśmy w tym języku. Ale kie­dy byliśmy mali, w so­bot­nie po­ran­ki cho­dzi­liśmy do chińskiej szkoły, tyle że ja tam tyl­ko sie­działem pod ławką i zaglądałem dziew­czyn­kom pod spódnicz­ki (wiem, to dziw­ne, praw­da?). Ogólnie byłem nie­znośny i trud­no było so­bie ze mną po­ra­dzić. Cho­dzi­liśmy tam zresztą tyl­ko dla­te­go, że prze­ku­py­wa­no nas słody­cza­mi i chrup­ka­mi, które do­sta­wa­liśmy na drogę po­wrotną.

To chińska kul­tu­ra taty pod­kreślała zna­cze­nie je­dze­nia. W niej nie jest możliwe prze­kar­mie­nie ko­go­kol­wiek. Im więcej daje się komuś jeść, tym bar­dziej oka­zu­je się mu miłość, więc sta­le zachęcano nas do je­dze­nia, bez umia­ru. Im ro­bi­liśmy się grub­si, tym bar­dziej czu­liśmy się ko­cha­ni.

* * *

Po­ma­gałem w Pan­dzie od cza­su jej otwar­cia i te­raz wiem, że to tam uczyłem się, ja­kie to ważne, by inni czu­li się do­brze, by czu­li się mile wi­dzia­ni i do­war­tościo­wa­ni. To tam zdałem so­bie sprawę, jak istot­ne jest zro­zu­mie­nie dru­gie­go człowie­ka i za­trosz­cze­nie się o nie­go. Każdym trze­ba się od­po­wied­nio zająć. Te umiejętności do­sko­na­liłem każdego wie­czo­ru, ty­dzień po ty­go­dniu, rok po roku w Pan­dzie.

Pra­ca w re­stau­ra­cji była faj­na. Do­sta­wałem sym­bo­liczną zapłatę i lubiłem być w tym całym roz­gar­dia­szu i krzątać się wśród gości. W week­en­dy obsługę sta­no­wiły zwy­kle przy­ja­ciółki mo­jej sio­stry, które chciały so­bie do­ro­bić do kie­szon­ko­we­go. Nie było cza­su na sa­mot­ność. Wie­lu stałych by­walców już mnie znało, wi­ta­li mnie z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi i z uśmie­chem na twa­rzy. Dzięki temu czułem się ważny i byłem szczęśliwy.

Jed­nym z pierw­szych po­wie­rzo­nych mi zadań była pra­ca w szat­ni. Witałem przy­chodzących gości, od­bie­rałem od nich płasz­cze i dawałem im w za­mian nu­mer­ki. Od­zna­czałem ich na­zwi­ska w no­te­sie i pro­wa­dziłem do środ­ka. Tam za­czy­nały się cza­ry-mary mamy i taty. Mama, ze swoją trwałą z lat osiem­dzie­siątych, była tą nieśmiałą, ale to świet­nie się spraw­dzało w ich do­brze przećwi­czo­nym du­ecie. Tata był show­ma­nem. Znał imio­na gości i witał ich tu jak u sie­bie w domu. Kie­dy usie­dli, za­czy­nał swój występ, uśmie­chał się, kla­skał w dłonie i mówił: "Pozwólcie, że was na­kar­mię!". Sta­li by­wal­cy wie­dzie­li już, co będzie da­lej, nowi goście byli za­in­try­go­wa­ni i za­chwy­ce­ni, kie­dy czy­tał im menu, kom­po­nując prze­pyszną i prze­bo­gatą w sma­ki ucztę.

Kie­dy posiłek był zamówio­ny, przy­cho­dziła ko­lej na mnie, abym ode­grał swoją rolę w ro­dzin­nym cyr­ku. Rzu­całem się od swe­go sta­no­wi­ska przy wejściu, uzbro­jo­ny w mały no­tes z kalką, i przyj­mo­wałem zamówie­nia na na­pit­ki. Jak wie­cie, to bar­dzo ważne za­da­nie! Trak­to­wałem je sza­le­nie poważnie i często po­le­całem wino: "Próbo­wa­li państwo do­mo­we­go białego? Jest wspa­niałe do kur­cza­ka, którego za­su­ge­ro­wał tata. A może wolą państwo czer­wo­ne? Po­dob­no co­tes du rho­ne jest bar­dzo do­bre".

Aż się wzdry­gam, kie­dy te­raz o tym myślę, bo prze­cież nie miałem więcej niż dwa­naście lat, kie­dy tak do­ra­dzałem gościom, które wino mają pić. Naj­wy­raźniej nie miałem pojęcia, o czym mówię, ale pra­ca w re­stau­ra­cji do­da­wała mi od­wa­gi, żeby być god­nym sy­nem mo­je­go ojca. Goście przez grzecz­ność szli zwy­kle za mo­imi pod­po­wie­dzia­mi i wkrótce wy­kom­bi­no­wałem, że to pew­ny sposób na sprze­da­nie naj­droższych ga­tunków win.

Szko­liłem się, pod­pa­trując nie tyl­ko ro­dziców, ale i siostrę. Oilen była kel­nerką w na­szej re­stau­ra­cji od jej otwar­cia. Świet­nie ra­dziła so­bie z klien­ta­mi, bo znała tę grę - kie­dy mówić, kie­dy podać i kie­dy szyb­ko po­sprzątać ze stołu. Goście ją lu­bi­li i ona umiała z nimi roz­ma­wiać. Nie bała się wda­wać w po­gawędki, ale ja nie miałem ta­kiej pew­ności sie­bie i mogłem po­le­gać tyl­ko na swo­im uśmie­chu, żeby zjed­nać so­bie sym­pa­tię.

Kwok-Lyn nie chciał pra­co­wać po stro­nie ja­dal­nej, więc po­ma­gał w kuch­ni i zmy­wał na­czy­nia. W białym far­tu­chu i dre­sie ciągnął wiel­kie kon­te­ne­ry ze sta­li nie­rdzew­nej pełne brud­nych na­czyń. Od pa­rującej gorącej wody pot za­le­wał mu czoło, ale nig­dy nie na­rze­kał.

Tak to wyglądało. Cała ro­dzi­na w kom­ple­cie. Każde z nas od­gry­wało wy­zna­czoną so­bie rolę.

"Przy­by­waj­cie, przy­by­waj­cie! Oto je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju cyrk ro­dzi­ny Wanów!"