Lasy w płomieniach - Nora Roberts

Kup ebooka

41.50 zł
32.49 zł (29,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Schwy­tany w mocne podmu­chy wia­tru nad pasmem Bit­ter­root samo­lot wal­czył, by odna­leźć sprzy­ja­jący prąd powie­trza. Ogień pło­nący w dole wyma­chi­wał pię­ściami przez słupy dymu, jakby pró­bo­wał wymie­rzyć osta­teczny cios.

Rowan Tripp prze­chy­liła się, by obser­wo­wać wielki spek­takl poważ­nie wku­rzo­nej Matki Natury. Za kilka minut znaj­dzie się w samym jego środku, zamknięta w sza­lo­nym świe­cie żaru, ska­czą­cych pło­mieni, duszą­cego dymu. Będzie toczyć mor­der­czą walkę za pomocą łopaty, piły i pia­sku. Walkę, któ­rej nie zamie­rzała prze­grać.

Żołą­dek pod­ska­ki­wał jej razem z samo­lo­tem, lecz nauczyła się to igno­ro­wać. Latała przez całe życie i co sezon wal­czyła z poża­rami, odkąd skoń­czyła osiem­na­ście lat. Przez ostat­nie cztery zaś ska­kała do akcji gaśni­czych na spa­do­chro­nie.

Uczyła się, szko­liła, opa­try­wała popa­rze­nia, prze­zwy­cię­żała ból i wyczer­pa­nie, by zostać Zulie, stra­ża­kiem docie­ra­ją­cym do pożaru na spa­do­chro­nie.

Wycią­gnęła dłu­gie nogi jak tylko mogła naj­da­lej i poru­szała ramio­nami pod ple­ca­kiem, by je roz­pro­sto­wać.

Sie­dzący obok jej part­ner do skoku obser­wo­wał pożar podob­nie jak ona. Szybko zabęb­nił pal­cami po udzie.

- Wygląda poważ­nie.

- Damy mu popa­lić.

Rzu­cił dziew­czy­nie szybki, sze­roki uśmiech.

- Jak cho­lera.

Nerwy. Nie­mal je u niego wyczu­wała pod skórą.

Zbliża się koniec jego pierw­szego sezonu, pomy­ślała, a Jim Bray­ner musi się nakrę­cić przed sko­kiem. Nie­któ­rym zawsze jest to potrzebne, pod­czas gdy inni zapa­dają w krót­kie drzemki, żeby wyspać się na zapas przed cze­ka­jącą ich ciężką próbą.

W tej gru­pie ona miała ska­kać jako pierw­sza, Jim tuż za nią. Jeśli potrze­bo­wał tro­chę adre­na­liny, mógł liczyć na swoją part­nerkę.

- Sko­piemy suce jej cho­lerną dupę. To od bli­sko tygo­dnia pierw­szy praw­dziwy pożar. - Szturch­nęła go łok­ciem. - Czy to nie ty powta­rza­łeś, że sezon już się skoń­czył?

Postu­kał nie­spo­koj­nymi pal­cami do jakie­goś sobie tylko zna­nego rytmu.

- Nie, to Matt. - Z uśmie­chem prze­rzu­cił oskar­że­nie na brata.

- Tak to już jest z chło­pa­kami z farmy w Nebra­sce. Nie masz przy­pad­kiem jutro gorą­cej randki?

- Moje randki zawsze są gorące.

Nie mogła zaprze­czyć, gdyż zda­rzyło jej się oglą­dać, jak Jim pod­rywa dziew­czyny, kiedy tylko oddział miał wolny wie­czór i można było wysko­czyć do mia­sta. Przy­po­mniała sobie, że ją też pró­bo­wał pode­rwać jakieś dwie sekundy po przy­jeź­dzie do bazy. Jej odmowę potrak­to­wał z humo­rem. Rowan trzy­mała się nie­wzru­szo­nej zasady, by ni­gdy się nie uma­wiać z kole­gami z pracy.

W innym wypadku mogłaby się sku­sić. Miał taką szczerą nie­winną twarz z sze­ro­kim uśmie­chem i bły­skiem w oku. Ide­alną u faceta obie­cu­ją­cego dobrą zabawę. Ale do poważ­nego związku - nawet gdyby tego wła­śnie szu­kała - ni­gdy by się nie nadał. Choć byli w tym samym wieku, wyda­wał jej się po pro­stu zbyt młody i chyba za słodki, pod tą cienką aurą nie­win­no­ści, która wciąż jesz­cze go ota­czała.

- Jaka dziew­czyna pój­dzie do łóżka sama i smutna, kiedy ty będziesz tań­czył z ogniem? - zapy­tała.

- Lucille.

- Ta chi­chotka?

Bez prze­rwy stu­kał pal­cami w kolano.

- Nie tylko chi­cho­cze.

- Praw­dziwy z cie­bie pies na kobiety, Romeo.

Prze­chy­lił głowę na bok i zaszcze­kał kilka razy, co bar­dzo ją roz­ba­wiło.

- Upew­nij się tylko, żeby Dolly nie dowie­działa się, komu machasz ogo­nem - ostrze­gała go.

Jak wszy­scy wie­działa, że przez cały sezon sypiał z jedną z kucha­rek z bazy.

- Pora­dzę sobie. - Stu­ka­nie przy­brało na sile. - Na pewno.

Rowan pomy­ślała, że ewi­dent­nie coś tu nie gra. Dla­tego wła­śnie mądrzy ludzie nie sypiają ze zna­jo­mymi z pracy.

Szturch­nęła go lekko, bo te wciąż rusza­jące się palce nie dawały jej spo­koju.

- Wszystko w porządku, far­me­rze?

Prze­lot­nie spoj­rzał jej pro­sto w oczy, po czym odwró­cił wzrok, a jego kolana pod­sko­czyły pod dłońmi.

- Zero pro­ble­mów. Wszystko pój­dzie gładko jak zawsze. Muszę po pro­stu tylko zna­leźć się na dole.

Przy­kryła jego rękę swoją, by ją uspo­koić.

- Musisz się skon­cen­tro­wać na robo­cie, Jim.

- Wiem. Kiedy już tam będziemy, ogień nie będzie taki hardy. Uga­simy sukę, a jutro wie­czo­rem spo­tkam się z Lucille.

Raczej nie, pomy­ślała Rowan. Widok pożaru z góry usta­wił jej wewnętrzny licz­nik na dwa dni cięż­kiej roboty.

Jeśli wszystko pój­dzie po ich myśli.

Się­gnęła po kask i ski­nęła głową wyrzu­ca­ją­cemu.

- Szy­ku­jemy się. Zacho­waj spo­kój, far­me­rze.

- Jestem oazą spo­koju.

Cards1, nazy­wany tak, bo zawsze nosił przy sobie talię kart, prze­ci­snął się obok dzie­się­ciu stra­ża­ków i sprzętu na tył samo­lotu i przy­mo­co­wał koniec uprzęży do liny.

Kiedy wykrzyk­nął ostrze­że­nie, by pil­no­wali swo­ich spa­do­chro­nów zapa­so­wych, Rowan objęła ramie­niem swój. Cards, potęż­nie zbu­do­wany wete­ran, otwo­rzył drzwi, przez które wpadł wiatr śmier­dzący dymem i spa­li­nami. Gdy męż­czy­zna się­gnął po pierw­szy zestaw papie­ro­wych sond, Rowan wło­żyła kask na krót­kie jasne włosy, zapięła paski pod brodą i popra­wiła maskę ochronną na twa­rzy.

Patrzyła, jak sondy opa­dają w kolo­ro­wym tańcu przez zasnute dymem niebo. Ich dłu­gie pasemka trze­po­tały w tur­bu­len­cjach, wiro­wały w stronę połu­dnio­wego zachodu, zakrę­ciły się, pod­sko­czyły w górę, po czym pod­sko­czyły raz jesz­cze i znik­nęły mię­dzy drze­wami.

- W prawo! - krzyk­nął do mikro­fonu Cards i pilot zawró­cił samo­lot.

Druga par­tia sond zawi­ro­wała w powie­trzu jak nakrę­cana zabawka. Zbiły się w jedną całość, potem roz­pro­szyły, a na koniec opa­dły na poro­śnięte drze­wami miej­sce lądo­wa­nia.

- Wiatr sięga drzew i dalej, naszego celu - powie­działa Rowan do Jima.

Wyrzu­ca­jący i pilot wyko­nali ostat­nie poprawki kursu i w strugi powie­trza wyle­ciała kolejna par­tia sond.

- Potrafi uką­sić.

- Tak. Widzia­łem. - Jim prze­su­nął dło­nią po ustach, po czym zapiął kask i osłonę twa­rzy.

- Scho­dzimy! - krzyk­nął Cards.

Rowan była dziś pierw­sza, wstała więc, by zająć pozy­cję.

- Jakieś dwie­ście sie­dem­dzie­siąt metrów opa­da­nia! - zawo­łała do Jima i powtó­rzyła, co Cards powie­dział do pilota. - Ale ten prąd jest nie­bez­pieczny. Nie daj się porwać w dół.

- Nie robię tego pierw­szy raz.

Widziała, jak uśmie­cha się pod maską - pewny sie­bie, nawet znie­cier­pli­wiony. Coś jed­nak bły­snęło w tych oczach. Przez uła­mek sekundy. Już chciała się ode­zwać, lecz Cards przy drzwiach krzyk­nął:

- Gotowi?!

- Tak! - odkrzyk­nęła.

- Hacze­nie.

Rowan zacze­piła linkę.

- Na próg!

Usia­dła, wysu­wa­jąc nogi w ostry ciąg powie­trza, i odchy­liła ciało do tyłu. Wszystko huczało. Pod jej nogami ogień zna­czył swą drogę na czer­wono i złoto.

Była tylko ta chwila, nic, tylko wiatr, ogień i mie­szanka pod­nie­ce­nia i stra­chu, która zawsze ją zdu­mie­wała.

- Widzia­łaś sondy?

- Tak.

- Widzisz miej­sce?

Ski­nęła głową i raz jesz­cze przy­po­mniała sobie lot kolo­ro­wych pase­mek ku miej­scu lądo­wa­nia.

Cards powtó­rzył to, co powie­działa Jimowi, nie­mal słowo w słowo. Kiwała tylko głową, wpa­trzona w hory­zont. Uspo­ko­iła oddech, wyobra­ża­jąc sobie, jak leci, opada, szy­buje przez niebo pro­sto do celu.

Prze­pro­wa­dziła kon­trolę czte­rech punk­tów, kiedy samo­lot zato­czył krąg i wyrów­nał lot.

Cards wsu­nął głowę do środka.

- Gotowi.

Do biegu gotowi, start! - usły­szała w gło­wie głos ojca. Chwy­ciła drzwi po obu stro­nach i wcią­gnęła powie­trze.

Kiedy poczuła klep­nię­cie w ramię, rzu­ciła się pro­sto w niebo.

Nic nie mogło się rów­nać z tą jedną chwilą sza­leń­stwa, gdy spa­dała w pustkę. Poli­czyła w myślach, jakby auto­ma­tycz­nie oddy­cha­jąc, i prze­to­czyła się, by zoba­czyć, jak samo­lot prze­la­tuje nad nią. Dostrze­gła Jima, który wysko­czył za nią.

Raz jesz­cze się odwró­ciła, wal­cząc z wia­trem, aż jej stopy skie­ro­wały się w dół. Otwo­rzył się spa­do­chron, szar­piąc ją gwał­tow­nie w górę. Znów odszu­kała wzro­kiem Jima i ogar­nęła ją ulga, kiedy zauwa­żyła na nie­bie jego spa­do­chron. W chwili ulot­nej ciszy, poza rykiem sil­ni­ków i szu­mem ognia, chwy­ciła linki ste­row­ni­cze.

Wiatr upar­cie chciał ją pocią­gnąć na pół­noc. Rowan rów­nie upar­cie trzy­mała się kursu, który wyty­czyła sobie w myślach. Obser­wo­wała zie­mię, wal­cząc ze zmien­nymi prą­dami szar­pią­cymi cza­szę mate­riału nad jej głową i sta­ra­ją­cymi się wcią­gnąć ją w wir.

Tur­bu­len­cja, która porwała sondy, ude­rzyła ją pro­sto w twarz, a z pło­ną­cej ziemi buchał w górę żar. Jeśli wiatr zrobi swoje, Rowan prze­leci nad wyzna­czo­nym miej­scem lądo­wa­nia i wpad­nie w drzewa, ryzy­ku­jąc, że zawi­śnie na gałę­ziach. Albo, co gor­sza, wiatr popchnie ją na zachód, pro­sto w ogień.

Pocią­gnęła mocno za linkę i obej­rzała się na Jima, któ­rego porwał prąd powie­trza.

- Cią­gnij prawą! Prawą!

- Mam! Mam.

Jed­nak ku jej prze­ra­że­niu pocią­gnął za lewą.

- Prawą, do cho­lery!

Musiała się odwró­cić przed podej­ściem do lądo­wa­nia i przy­jem­ność z gład­kiego manewru uto­nęła w prze­ra­że­niu. Jim poszy­bo­wał na zachód, cią­gnięty bez­wład­nie przez uło­żony poziomo spa­do­chron.

Rowan opa­dła na zie­mię, prze­to­czyła się. Wstała, odpięła linki. Sto­jąc w środku ognia, usły­szała to.

Prze­raź­liwy krzyk swo­jego part­nera.

Krzyk podą­żał za nią, gdy gwał­tow­nie usia­dła na łóżku, i odbi­jał się echem w jej gło­wie, kiedy objęła się ramio­nami w ciem­no­ści.

Prze­stań, prze­stań, prze­stań!, napo­mi­nała się w duchu. I oparła głowę na kola­nach, dopóki nie uspo­ko­iła odde­chu.

To nie ma sensu, pomy­ślała. Nie ma sensu odtwa­rzać tego wszyst­kiego jesz­cze raz, prze­ży­wać wszyst­kich szcze­gó­łów, wszyst­kich chwil. Nie wolno też pytać samej sie­bie, czy mogła cokol­wiek zro­bić ina­czej.

I dla­czego Jim nie pole­ciał za nią na miej­sce lądo­wa­nia? Dla­czego pocią­gnął złą linkę? Bo, cho­lera jasna, pocią­gnął złą.

I pole­ciał pro­sto w wyso­kie, zabój­cze gałę­zie pło­ną­cych drzew.

To było wiele mie­sięcy temu. Miała całą długą zimę, by się z tym upo­rać. I myślała, że się jej udało.

Kiedy jed­nak wró­ciła do bazy, wszystko znowu ożyło. Potarła dłońmi twarz, a potem prze­su­nęła nimi po wło­sach, które przed kil­koma dniami obcięła na krótko.

Sezon poża­rów zaraz się roz­po­czy­nał. Za kilka godzin miała szko­le­nie. Wspo­mnie­nia, żal i smu­tek z pew­no­ścią z łożą jej ponowną wizytę. Ale potrze­bo­wała snu, jesz­cze jed­nej godziny, zanim będzie mogła się przy­go­to­wać do mor­der­czego czte­ro­ki­lo­me­tro­wego biegu.

Bez trudu zapa­dała w sen w każ­dym miej­scu i o każ­dej porze. Kuląc się w stre­fie bez­pie­czeń­stwa pod­czas pożaru lub w rzu­ca­ją­cym nią samo­lo­cie. Potra­fiła jeść i spać, kiedy tylko zacho­dziła taka potrzeba albo nada­rzała się sprzy­ja­jąca oka­zja.

Jed­nak gdy znów zamknęła oczy, zoba­czyła sie­bie tuż przed tam­tym sko­kiem, jak odwraca się w stronę uśmiech­nię­tego Jima.

Wie­dząc, że musi to z sie­bie strzą­snąć, wysko­czyła z łóżka. Weź­mie prysz­nic, łyk­nie tro­chę kofe­iny, jakieś węglo­wo­dany, a potem zrobi lekką roz­grzewkę przed testem wytrzy­ma­ło­ścio­wym.

Jej kole­dzy spa­do­chro­nia­rze nie mogli się nadzi­wić, że ni­gdy nie pije kawy, chyba że już nie ma innego wyboru. Wolała zimne i słod­kie napoje. Kiedy się ubrała, się­gnęła do zapa­sów coli, po czym wzięła bato­nik rege­ne­ru­jący. Wyszła na zewnątrz, gdzie na niebo nie­śmiało wypły­wał pierw­szy brzask dnia, a w powie­trzu zachod­niej Mon­tany uno­sił się chłód wcze­snej wio­sny.

Na bez­kre­snym nie­bie migo­tały jesz­cze gwiazdy niczym gasnące świeczki. Rowan oto­czyły kojący mrok i cisza. Mniej wię­cej za godzinę baza się prze­bu­dzi i w powie­trzu zapach­nie testo­ste­ro­nem.

Ponie­waż z reguły wolała towa­rzy­stwo męż­czyzn i roz­mowy z nimi, nie miała nic prze­ciwko temu, że znaj­duje się w mniej­szo­ści. Ceniła sobie jed­nak spo­kój, te krót­kie chwile samot­no­ści, które sta­wały się tak rzad­kie i cenne pod­czas sezonu. Obok snu to była naj­lep­sza rzecz przed dłu­gim dniem wypeł­nio­nym stre­sem i napię­ciem.

Mogła powta­rzać sobie w duchu, że nie powinna mar­twić się bie­giem, że przez całą zimę ostro ćwi­czyła i była w życio­wej for­mie - nic to nie zna­czyło.

Prze­cież wszystko mogło się zda­rzyć. Jak choćby skrę­ce­nie kostki; wystar­czyła chwila nie­uwagi, para­li­żu­jący skurcz. Mogła też po pro­stu słabo pobiec. Innym się to przy­tra­fiało. Cza­sami popra­wiali kiep­ski wynik, cza­sem nie.

Nega­tywne podej­ście nie poma­gało. Zja­dła bato­nik, popiła colą i obser­wo­wała, jak dzień wysyła pierw­szy blask nad ostrymi, przy­kry­tymi śnie­giem szczy­tami na zacho­dzie.

Kiedy kilka godzin póź­niej weszła do sali gim­na­stycz­nej, zauwa­żyła, że jej samot­ność dobie­gła końca.

- Cześć, Trig­ger. - Ski­nęła głową męż­czyź­nie robią­cemu brzuszki na macie. - Co wiesz?

- Wiem, że nam odbiło. Co ja tu, do cho­lery, robię, Ro? Mam czter­dzie­ści trzy lata.

Roz­wi­nęła matę i zaczęła się roz­cią­gać.

- Gdyby ci nie odbiło i cie­bie tu nie było, na­dal miał­byś czter­dzie­ści trzy lata.

Mie­rzący metr dzie­więć­dzie­siąt dwa i z tru­dem miesz­czący się w gra­ni­cach dopusz­czal­nego wzro­stu Trig­ger Gulch był szczu­płym, suro­wym face­tem z akcen­tem z Tek­sasu i zami­ło­wa­niem do butów typu kow­bojki.

Zro­bił szybką serię brzusz­ków.

- Mógł­bym leżeć na plaży w Waikiki.

- Mógł­byś też sprze­da­wać nie­ru­cho­mo­ści w Ama­rillo.

- Racja. - Wytarł twarz i wycią­gnął palec w jej stronę. - Spo­kojny etat przez następne pięt­na­ście lat, a potem eme­ry­tura w Waikiki.

- Sły­sza­łam, że tam jest strasz­nie tłoczno.

- Tak, na tym polega cho­lerny pro­blem. - Usiadł. Ten przy­stojny męż­czy­zna o lekko posi­wia­łych brą­zo­wych wło­sach na lewym kola­nie miał bli­znę po ope­ra­cji łękotki. Uśmiech­nął się, gdy Rowan poło­żyła się na wznak i pod­cią­gnęła prawą nogę aż do nosa. - Dobrze wyglą­dasz, Ro. Jak ci minął sezon gro­ma­dze­nia tłusz­czyku?

- Pra­co­wi­cie. - Powtó­rzyła to samo ćwi­cze­nie roz­cią­ga­jące z lewą nogą. - Nie mogłam się już docze­kać powrotu, żeby tro­chę odpo­cząć.

Roze­śmiał się na te słowa.

- Jak się miewa twój tato?

- Świet­nie. - Usia­dła i wyko­nała głę­boki skłon. - O tej porze roku tro­chę się roz­kleja. - Zamknęła lodo­wa­to­błę­kitne oczy i pod­cią­gnęła obcią­gnięte stopy w stronę głowy. - Bra­kuje mu zamie­sza­nia, bo wszy­scy wra­cają, ale dzięki pracy nie ma czasu na roz­pa­mię­ty­wa­nie.

- Nawet zwy­kli ludzie lubią ska­kać ze spa­do­chro­nem.

- I dobrze za to płacą. W zeszłym tygo­dniu nie­źle zaro­bił. - Roz­su­nęła sze­roko nogi, chwy­ciła palce u stóp i zro­biła skłon. - Pewna para uczciła sko­kiem pięć­dzie­siątą rocz­nicę ślubu. Dali mu napi­wek, butelkę szam­pana.

Nie rusza­jąc się z miej­sca, Trig­ger obser­wo­wał, jak Rowan wstaje, by wyko­nać "pierw­sze powi­ta­nie słońca".

- Na­dal pro­wa­dzisz te hipi­sow­skie zaję­cia?

Rowan prze­szła płyn­nie do pozy­cji "psa" z głową skie­ro­waną w dół, którą odwró­ciła ku niemu, by rzu­cić mu pogar­dliwe spoj­rze­nie.

- To się nazywa joga, sta­ruszku, tak więc poza sezo­nem na­dal pra­cuję jako oso­bi­sty instruk­tor. Spa­lam dzięki temu tro­chę tłusz­czu z tyłka. A ty?

- Ja go gro­ma­dzę. Będę miał wię­cej do spa­le­nia, gdy zacznie się praw­dziwa robota.

- Jeśli ten sezon okaże się tak leniwy jak ostatni, będziemy sie­dzieć na tłu­stych tył­kach. Widzia­łeś Cardsa? Wygląda na to, że zimą nie odma­wiał sobie dokła­dek.

- Ma nową kobietę.

- Pie­przysz. - Już roz­grzana, pod­krę­ciła tempo, doda­jąc wypady.

- Poznał ją w dziale z mro­żon­kami w skle­pie spo­żyw­czym w paź­dzier­niku, a w Nowy Rok wpro­wa­dził się do niej. Ma dwójkę dzieci. Nauczy­cielka.

- Nauczy­cielka, dzieci? Cards? - Rowan pokrę­ciła głową. - To musi być miłość.

- Coś na pewno. Powie­dział, że przy­je­dzie razem z dziećmi może pod koniec lipca, spę­dzi tu resztę lata.

- Brzmi poważ­nie. - Wykrę­ciła się, nie spusz­cza­jąc wzroku z Trig­gera. - Musi być nie­zła. Jed­nak niech on lepiej spraw­dzi, jak ona pora­dzi sobie z sezo­nem. Zwią­zać się ze stra­ża­kiem-spa­do­chro­nia­rzem zimą to jedno, a prze­trwać lato - to dru­gie. Rodziny roz­pa­dają się jak domki z kart - dodała i natych­miast tego poża­ło­wała, gdy do sali wszedł Matt Bray­ner.

Nie widziała go od pogrzebu Jima i choć kilka razy roz­ma­wiała z jego matką, nie była pewna, czy już wró­cił.

Pomy­ślała, że wygląda sta­rzej, a wokół ust i oczu miał wyraźne oznaki zmę­cze­nia. Z bólem serca uświa­do­miła sobie, że jest bar­dzo podobny do brata, ze zmierz­wioną czu­pryną jasnych wło­sów i jasno­nie­bie­skimi oczami. Prze­biegł spoj­rze­niem od Trig­gera do niej. Zasta­na­wiała się, ile kosz­tuje go ten uśmiech.

- Jak leci?

- Nie­źle. - Wypro­sto­wała się i wytarła dło­nie o spodnie od dresu. - Muszę wypo­cić tro­chę ner­wów przed testem wytrzy­ma­ło­ścio­wym.

- Pomy­śla­łem, że zro­bię to samo. Albo wszystko oleję, pojadę do mia­sta i zamó­wię podwójną por­cję nale­śni­ków.

- Zjemy je po biegu. - Trig­ger pod­szedł do nich i wycią­gnął rękę. - Dobrze cię widzieć, far­me­rze.

- Cie­bie też.

- Idę po kawę. Nie­długo nas zgarną.

Kiedy Trig­ger wyszedł, Matt zbli­żył się i wziął dzie­się­cio­ki­lo­gra­mowy cię­ża­rek. Po czym go odsta­wił.

- Chyba przez jakiś czas będzie dziw­nie. Kiedy wszy­scy mnie widzą... myślą...

- Nikt o tym ni­gdy nie zapo­mni. Cie­szę się, że wró­ci­łeś.

- Ja nie wiem, czy się cie­szę, ale nie mógł­bym robić niczego innego. Chcia­łem ci podzię­ko­wać, że byłaś w kon­tak­cie z moją mamą. To wiele dla niej zna­czy.

- Chcia­ła­bym... No, gdyby życze­nia były końmi, mia­ła­bym całe rodeo. Cie­szę się, że tu jesteś. Do zoba­cze­nia w fur­go­netce.

Rozu­miała uczu­cia Matta, kiedy powie­dział, że nie mógłby robić niczego innego. To odzwier­cie­dlało uczu­cia wszyst­kich męż­czyzn i czte­rech kobiet, także jej wła­sne, gdy wsia­dali do fur­go­ne­tek, by poje­chać na start biegu decy­du­ją­cego o przy­ję­ciu do pracy. Usia­dła wygod­nie i jed­nym uchem słu­chała ota­cza­ją­cych ją docin­ków i prze­chwa­łek.

Jak zwy­kle naj­po­pu­lar­niej­sze przy­tyki doty­czyły zimo­wego przy­bra­nia na wadze i tłu­stych tył­ków. Zamknęła oczy i pró­bo­wała zasnąć; nie dosię­gało jej napię­cie odczu­walne w fur­go­netce, skry­wane pod dow­cip­nymi uwa­gami.

Janis Petrie, jedna z czte­rech kobiet w oddziale, usia­dła obok niej. Dzięki drob­nej syl­wetce nazy­wana Elfem, wyglą­dała na dziar­ską che­er­le­aderkę.

Tego ranka poma­lo­wała paznok­cie na jasno­ró­żowo, a lśniące brą­zowe włosy spięła w koń­ski ogon gumką z motyl­kami.

Była słodka jak żelka, lubiła chi­cho­tać i potra­fiła stać w sze­regu z piłą łań­cu­chową przez czter­na­ście godzin bez prze­rwy.

- Gotowa do boju, Szwedko?

- Jasne. Dla­czego się uma­lo­wa­łaś przed tym cho­ler­nym testem?

Janis zatrze­po­tała gęstymi, dłu­gimi rzę­sami.

- Żeby ci bie­dacy mieli na co popa­trzeć, gdy będą padać na nos tuż za fini­szem. I kiedy zoba­czą, że przy­bie­głam pierw­sza.

- Jesteś cho­ler­nie szybka.

- Drobna, ale silna. Spraw­dza­łaś nowych?

- Jesz­cze nie.

- Jest sześć kobiet. Może parę do nas dołą­czy i stwo­rzymy kółko robó­tek ręcz­nych. Albo klub czy­tel­ni­czy.

Rowan roze­śmiała się.

- A potem zor­ga­ni­zu­jemy kier­masz wypie­ków.

- Będziemy sprze­da­wać babeczki. To moja sła­bość. Strasz­nie pro­win­cjo­nalna. - Janis pochy­liła się, by móc wyj­rzeć przez okno. - Zawsze za tym tęsk­nię, gdy wyjeż­dżam, i zasta­na­wiam się, co robię w mie­ście, pro­wa­dząc fizjo­te­ra­pię dla face­tów cier­pią­cych na łokieć teni­si­sty. - Wypu­ściła powie­trze. - A w lipcu zacznę się zasta­na­wiać, co robię tutaj, bez snu, obo­lała, kiedy mogła­bym spę­dzać prze­rwę na lunch nad base­nem.

- Mis­so­ulę i San Diego dzieli szmat drogi.

- Cho­lerny. Ty nie masz takich pro­ble­mów, bo tu miesz­kasz. Dla więk­szo­ści z nas to jak powrót do domu. Dopóki nie skoń­czy się sezon. Można się pogu­bić. - Prze­wró­ciła brą­zo­wymi oczami, kiedy fur­go­netka się zatrzy­mała. - No to ruszamy.

Rowan wysia­dła i wcią­gnęła pach­nące świe­żo­ścią powie­trze. Wio­sna z bujną zie­le­nią, dzi­kimi kwia­tami i łagod­nymi powie­wami wia­tru była już o krok. Przyj­rzała się cho­rą­giew­kom wyzna­cza­ją­cym trasę, gdy szef bazy, Michael Lit­tle Bear, zapo­zna­wał wszyst­kich z regu­łami biegu.

Długi czarny war­kocz spły­wał mu na plecy okryte jasno­czer­woną kurtką. Rowan wie­działa, że miał w kie­szeni zapas mię­tó­wek zastę­pu­ją­cych mu marl­boro, które rzu­cił zimą.

L.B. miesz­kał z rodziną o rzut kamie­niem od bazy, a jego żona pra­co­wała z ojcem Rowan.

Wszy­scy znali zasady. Trzeba prze­biec trasę poni­żej dwu­dzie­stu dwóch minut i trzy­dzie­stu sekund albo dać sobie spo­kój. I wró­cić za tydzień. Znów porażka? Pora szu­kać nowej pracy na lato.

Rowan zaczęła się roz­cią­gać: ścię­gna pod kola­nami, mię­śnie ud, łydki.

- Nie­na­wi­dzę tego gówna.

- Uda ci się - zapew­nił ją Lit­tle Bear, a ona szturch­nęła go łok­ciem w brzuch. - Pomyśl o pizzy z szynką, która czeka na cie­bie na mecie.

- Całuj mnie w dupę.

- Przy jej obec­nych roz­mia­rach? Tro­chę by mi to zajęło.

Prych­nął roz­ba­wiony, gdy usta­wili się w sze­regu.

Uspo­ko­iła się. Skon­cen­tro­wała umysł i ciało, a L.B. wró­cił do fur­go­netki. Kiedy ruszyła, poszli razem z nią. Rowan wci­snęła guzik sto­pera. Trzy­mała się razem z grupą. Znała ich wszyst­kich - z nimi pra­co­wała, pociła się, ryzy­ko­wała życie. Życzyła im w duchu powo­dze­nia i dobrego wyniku.

Lecz przez następne dwa­dzie­ścia dwie minuty i trzy­dzie­ści sekund każdy był sam.

Rowan przy­spie­szyła i bie­gła, jakby wal­czyła o prze­trwa­nie, co w spo­rej czę­ści było prawdą. Przedarła się przez grupę i podob­nie jak inni wykrzy­ki­wała żarty lub docinki, co miało zmu­sić do wysiłku. Wie­działa, że będą ich boleć kolana, walić im serca, będzie się wszyst­kim prze­wra­cać w żołądku. Wio­senne tre­ningi nie­które z tych dole­gli­wo­ści eli­mi­no­wały, inne potę­go­wały.

Nie mogła o tym myśleć. Skon­cen­tro­wała się na pierw­szym kilo­me­trze, a kiedy minęła ozna­ko­wa­nie, spraw­dziła czas: cztery minuty dwa­na­ście sekund.

Drugi kilo­metr, naka­zała sobie w duchu, i bie­gła dalej rów­nym ryt­mem, nawet kiedy minęła ją Janis z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Pie­cze­nie prze­szło z pal­ców u nóg do kostek i popły­nęło w górę łydek. Pot ście­kał stru­mie­niem po ple­cach, po pier­siach, po galo­pu­ją­cym sercu.

Mogła zwol­nić - miała dobry czas - ale gnało ją napię­cie wyni­ka­jące z wyima­gi­no­wa­nych potknięć i lęku przed skrę­ce­niem nogi.

Nie odpusz­czaj.

Kiedy prze­bie­gła ponad dwa kilo­me­try, nie zwra­cała już uwagi na pie­cze­nie i pot, i powoli wpa­dała w pustkę. Jesz­cze ponad kilo­metr. Wymi­nęła część kole­gów, ją minęli inni, puls nie prze­sta­wał dud­nić jej w uszach. Jak przed sko­kiem wpa­try­wała się w hory­zont: w zie­mię i w niebo. Miłość do nich prze­nio­sła ją przez ostatni kilo­metr.

Prze­bie­gła przed ostat­nią cho­rą­giewką, usły­szała, jak L.B. wykrzy­kuje jej nazwi­sko i czas. Tripp, pięt­na­ście minut dwa­dzie­ścia sekund. I poko­nała jesz­cze pra­wie dwa­dzie­ścia metrów, zanim zdo­łała prze­ko­nać nogi, że mogą się już zatrzy­mać.

Zgięła się wpół, by odzy­skać oddech, i zaci­snęła powieki. Jak zawsze po spraw­dzia­nie miała ochotę pła­kać. Nie z wysiłku. Razem z innymi sta­wiała czoło gor­szym, trud­niej­szym wyzwa­niom. Ale stres, który tar­gał jej umy­słem, w końcu ustą­pił.

Mogła na­dal być tym, kim chciała.

Zeszła z trasy, nasłu­chu­jąc innych nazwisk i cza­sów. Przy­biła piątkę Trig­ge­rowi, gdy skoń­czył bieg.

Wszy­scy, któ­rzy zali­czyli spraw­dzian, zostali na linii. Znów byli dru­żyną i gorąco pra­gnęli, by resz­cie też się udało. Spoj­rzała na zega­rek; zbli­żała się gra­nica czasu. Na tra­sie została jesz­cze czwórka.

Cards, Matt, Yang­tree, który przed mie­sią­cem świę­to­wał - albo opła­ki­wał - pięć­dzie­siąte czwarte uro­dziny, i Gib­bons, z powodu uszko­dzo­nego kolana nie­mal kuś­ty­ka­jący przez ostat­nie metry.

Cards skoń­czył z zapa­sem trzech sekund, Yang­tree tuż za nim. Twarz Gib­bonsa przy­po­mi­nała stu­dium bólu i wysiłku, ale Matt? Odno­siła wra­że­nie, że wcale się nie stara.

Ich spoj­rze­nia spo­tkały się. Zaci­snęła pięść, wyobra­ża­jąc sobie, że cią­gnie Matta i Gib­bonsa przez ostat­nie kilka metrów, bo sekundy nie­ubła­ga­nie mijały. Mogła przy­siąc, że widziała, jak roz­bły­ska świa­tło, i zoba­czyła, jak Matt wpada na metę.

Miał czas dwa­dzie­ścia dwie minuty dwa­dzie­ścia osiem, Gib­bons był pół sekundy za nim.

Roz­legł się wybuch rado­ści, trium­falne powi­ta­nie nowego sezonu.

- Chyba chcie­li­ście nam zapew­nić tro­chę emo­cji. - L.B. opu­ścił pod­kładkę na doku­menty. - Witamy z powro­tem. Odpocz­nij­cie minutkę, a potem się zbie­ramy.

- Hej, Ro!

Odwró­ciła się w stronę Cardsa w samą porę, by zoba­czyć, jak się pochyla i spusz­cza spodnie.

- Dupy w górę!

Rze­czy­wi­ście wra­camy do gry, pomy­ślała.

2

Gul­li­ver Curry wysu­płał się ze śpi­wora i oce­nił sytu­ację. Wszystko go bolało. Ale dało się wytrzy­mać.

Wyczuł śnieg, a gdy wyj­rzał z namiotu, zoba­czył kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów świe­żego puchu, który spadł w nocy. Kiedy wcią­gał spodnie, z jego ust wypły­wały obłoczki pary. Odci­ski na odci­skach spra­wiły, że ubie­ra­nie się było... nowym doświad­cze­niem.

A on cenił sobie nowe doświad­cze­nia.

Dzień wcze­śniej razem z dwu­dzie­stoma pię­cioma rekru­tami czter­na­ście godzin kopał rowy prze­ciw­o­gniowe, a potem doło­żył do tego nie­wiel­kie zada­nie pole­ga­jące na przej­ściu pię­ciu kilo­me­trów z ważą­cym czter­dzie­ści trzy kilo ple­ca­kiem.

Ści­nali drzewa piłami poprzecz­nymi, prze­miesz­czali się, ostrzyli narzę­dzia, wędro­wali, wyko­py­wali pnie, kopali rowy, wspi­nali się na gigan­tyczne sosny i znów kopali.

Obóz letni dla maso­chi­stów, pomy­ślał. W innych krę­gach znany jako szko­le­nie kan­dy­da­tów na stra­ża­ków-spa­do­chro­nia­rzy. Czte­rech rekru­tów już znik­nęło - dwóch nie prze­szło pierw­szego spraw­dzianu spraw­no­ści. Sie­dem lat doświad­cze­nia z ogniem, z czego cztery ostat­nie w eki­pie stra­ża­ków leśnych, dało Gul­lowi pewną prze­wagę.

Ale to nie ozna­czało, że czuł się świeżo jak wio­senny pora­nek.

Prze­su­nął dło­nią po twa­rzy, szo­ru­jąc po nie­ogo­lo­nym od tygo­dnia zaro­ście. Boże, marzył o gorą­cym prysz­nicu, brzy­twie i lodo­wa­tym piwie. Dziś wie­czór po roz­ryw­ko­wej wędrówce przez Bit­ter­ro­ots, tym razem z ważą­cym pięć­dzie­siąt pięć kilo­gra­mów ple­ca­kiem, dosta­nie te wszyst­kie trzy rze­czy.

A jutro czeka go następny etap. Zacznie naukę lata­nia.

Stra­żacy leśni tre­no­wali jak sza­leńcy i haro­wali jak woły, głów­nie przy poża­rach drze­wo­stanu. Ale nie ska­kali z samo­lo­tów. Pomy­ślał, że to dostar­czało zupeł­nie nowych prze­żyć. Prze­su­nął dło­nią po gęstych ciem­nych wło­sach, po czym wyczoł­gał się z namiotu w krysz­ta­łowy blask przed­świtu.

Jego oczy, zie­lone jak u kota, powę­dro­wały w górę, by spraw­dzić niebo. Stał przez moment w ciszy, wysoki i mocno zbu­do­wany, w pro­stych brą­zo­wych spodniach i jasno­żół­tym pod­ko­szulku. Towa­rzy­szyła mu świa­do­mość, że nie­długo będzie mógł robić to, po co tu przy­był.

Osza­co­wał wyso­kość rosną­cej na lewo od niego sosny. Jakieś trzy­dzie­ści metrów. Dzień wcze­śniej wszedł na tę zdzirę, wbi­ja­jąc klamry w korę. Z tej wyso­ko­ści, przy­pięty uprzężą, spo­glą­dał na las.

I to także było nowym doświad­cze­niem.

Przez zapach śniegu i sosen ruszył w stronę namiotu-kuchni, gdy obóz zaczął oży­wać. Pomimo bólu i odci­sków - a może wła­śnie dla­tego - nie mógł się docze­kać, co przy­nie­sie nowy dzień.

Po połu­dniu patrzył, jak prze­wraca się wielka sosna. Odsu­nął kask na tył głowy, by otrzeć pot z czoła, i ski­nął głową part­ne­rowi od piły.

- Kolejna gry­zie zie­mię.

Dobie Kar­stain ze swoim wzro­stem metr sześć­dzie­siąt pięć ledwo speł­niał wymogi. Jego broda i dłu­gie, gęste, ciem­no­brą­zowe włosy nada­wały mu wygląd minia­tu­ro­wego tra­pera, a wiel­kie gogle pod­kre­ślały jego ogromne dzi­kie oczy.

Pod­niósł piłę łań­cu­chową.

- Potnijmy ją na mniej­sze kąski.

Pra­co­wali ryt­micz­nie. Gull typo­wał Dobiego do wylotu, ale uro­dzony w Ken­tucky męż­czy­zna był sil­niej­szy i bar­dziej wytrzy­mały, niż na to wyglą­dał. Gull go polu­bił, mimo iż tam­ten był pro­sta­kiem, i wie­rzył, że nie­długo połą­czy ich wza­jemne zaufa­nie.

Jeśli Dobie przej­dzie dalej, ist­niała szansa, że znów będą razem kopać i piło­wać. Nie w jasne wio­senne popo­łu­dnie, lecz w samym środku pożaru, gdzie zaufa­nie i praca zespo­łowa są rów­nie ważne jak topo­rek zwany Pula­ski, połą­cze­nie sie­kiery i rów­nie ostro zakoń­czo­nej motyki.

- Mógł­bym ją zali­czyć, zanim wyleci.

Gull obej­rzał się na jedną z kobiet-rekru­tów.

- Dla­czego myślisz, że wyleci?

- Kobiety nie są stwo­rzone do tej roboty, synu.

Curry prze­cią­gnął ostrze piły przez sosnę.

- Tylko do rodze­nia dzieci?

Dobie uśmiech­nął się zza brody.

- Nie ja pro­jek­to­wa­łem ten model. Ale lubię go ujeż­dżać.

- Dupek z cie­bie.

- Tak mawiają - zgo­dził się tym samym pogod­nym tonem.

Gull ponow­nie przyj­rzał się kobie­cie. Dziar­ska blon­dynka, jakieś pięć cen­ty­me­trów niż­sza od Dobiego. Ale radziła sobie rów­nie dobrze jak pozo­stali. Instruk­torka nar­ciar­ska z Kolo­rado, przy­po­mniał sobie. Libby. Widział, jak rano zakle­jała odci­ski.

- Sta­wiam dwa­dzie­ścia, że dotrwa do końca.

Dobie zachi­cho­tał, gdy z pnia ode­rwał się kolejny blok.

- Zakład stoi, synu.

Kiedy skoń­czyli zada­nie, Gull nakleił pla­stry na swoje odci­ski. A potem, ponie­waż instruk­to­rzy byli zajęci, także na odci­ski Dobiego.

Prze­szli przez obóz do cze­ka­ją­cych na nich ple­ca­ków. Jesz­cze pięć kilo­me­trów, pomy­ślał Gull, i skoń­czy ten miły dzień gole­niem, prysz­ni­cem i zim­nym piwem.

Usiadł, zało­żył ple­cak, a potem wyjął paczkę gumy. Zapro­po­no­wał listek Dobiemu.

- Dzięki.

Razem dźwi­gnęli się do pozy­cji klę­czą­cej, a potem wstali.

- Wyobraź sobie, że nie­siesz śliczną drobną babkę - pora­dził mu Dobie, uno­sząc brwi i patrząc w stronę Libby.

- Tro­chę za chuda jak na mój gust.

- Kiedy skoń­czymy, będzie ważyć wię­cej.

Na pewno, pomy­ślał Gull, tym bar­dziej że instruk­tor narzu­cił ostre tempo na ska­li­stym szlaku.

Wspie­rali się wza­jem­nie, doci­nali sobie, obra­żali się, by tylko grupa powoli posu­wała się o kolejny krok, kolejny metr. Napę­dzała ich świa­do­mość, że za kilka tygo­dni wszystko będzie się działo naprawdę. A w ogniu ich życie zale­żało od kole­gów.

- Co pora­biasz w Ken­tucky? - zapy­tał Gull Dobiego.

Nad ich gło­wami zaskrze­czał jastrząb, a odór potu mie­szał się z zapa­chem sosen.

- To i owo. Przez ostat­nie trzy lata gasi­łem pożary w rezer­wa­tach. Pew­nej nocy po akcji tro­chę się upi­łem i przy­ją­łem zakład, że zostanę stra­ża­kiem-spa­do­chro­nia­rzem. Zło­ży­łem papiery i oto jestem.

- Robisz to dla zakładu? - Pomysł wydał się Gul­lowi nie­do­rzeczny.

- Zało­ży­łem się o stówę, synu. A moja duma warta jest o wiele wię­cej. Ska­ka­łeś kie­dyś z samo­lotu?

- Tak.

- Trzeba być waria­tem.

- Nie­któ­rzy tak twier­dzą.

- Jak to jest? Kiedy spa­dasz.

- To przy­po­mina ogni­sty seks z piękną kobietą.

- Mia­łem taką nadzieję. - Dobie popra­wił ple­cak i skrzy­wił się. - Lepiej, żeby to cho­lerne szko­le­nie było tego warte.

- Libby się trzyma.

- Kto?

Gull uniósł pod­bró­dek.

- Twój ostatni zakład.

Dobie zazgrzy­tał zębami, gdy zaczęli poko­ny­wać kolejne podej­ście.

- Dzień się jesz­cze nie skoń­czył.

A gdy wresz­cie dobiegł końca, Gull wziął prysz­nic, ogo­lił się i zdo­łał jesz­cze wypić piwo, zanim padł twa­rzą na łóżko.

Michael Lit­tle Bear zatrzy­mał Rowan po dro­dze do sali gim­na­stycz­nej.

- Musisz prze­jąć szko­le­nie nowych dziś rano. Miał to zro­bić Cards, ale rzyga jak kot.

- Kac?

- Nie. Grypa żołąd­kowa czy coś takiego. Masz ich prze­cią­gnąć po placu zabaw. OK?

- Jasne. Jestem już z Yang­tree na symu­la­to­rze. Mogę poświę­cić dzień na poże­ra­nie nowych. Ilu mamy?

- Zostało dwu­dzie­stu pię­ciu, naprawdę dobrych. Jeden pobił rekord bazy w biegu na dwa kilo­me­try. Wykrę­cił sześć minut i trzy­dzie­ści dzie­więć sekund.

- Ma szyb­kie stopy. Zoba­czymy, jak sobie dziś pora­dzi reszta jego ciała.

Skró­ciła zapla­no­wane na pół­to­rej godziny ćwi­cze­nia o trzy­dzie­ści minut. Praca z rekru­tami na torze prze­szkód na pewno jej to wyna­gro­dzi, na doda­tek ozna­czało to, że wywi­nie się od szy­cia w maga­zy­nie toreb na sprzęt.

Cho­ler­nie dobry układ, pomy­ślała, wkła­da­jąc buty.

Chwy­ciła papiery, pod­kładkę, butelkę z wodą i popra­wia­jąc na gło­wie nie­bie­ską czapkę z dasz­kiem, wyszła na zewnątrz.

W nocy napły­nęły chmury i okryły wszystko niczym cie­pła koł­dra. Baza już ożyła; bie­ga­cze poja­wili się na bieżni i dro­dze, z cię­ża­ró­wek wyła­do­wy­wano zapasy, kobiety i męż­czyźni krą­żyli mię­dzy budyn­kami. Na lądo­wi­sku koło­wał samo­lot z grupą mającą wyko­nać skok tre­nin­gowy.

Na długo przed pierw­szą syreną było wiele pracy. Szy­cie, pako­wa­nie ple­ca­ków i spa­do­chro­nów, roz­kła­da­nie sprzętu, szko­le­nie.

Szła w stronę toru tre­nin­go­wego, kiedy natknęła się na Matta.

- Do czego cię przy­dzie­lili? - zapy­tał.

- Szko­le­nie nowych. Cardsa powa­liła grypa żołąd­kowa. A ty?

- Ja jestem na górze. - Spoj­rzał w niebo, gdy samo­lot wzbi­jał się w powie­trze. - Rano sie­dzę w maga­zy­nie. - Uśmiech­nął się. - Chcesz się zamie­nić?

- Hm, mam tkwić w zamknię­ciu i łado­wać zapasy, zamiast tor­tu­ro­wać rekru­tów na świe­żym powie­trzu? Nic z tego.

- Tak myśla­łem.

Idąc dalej, zauwa­żyła, że kan­dy­daci na stra­ża­ków już się gro­ma­dzą. Przy­je­chali do bazy po tygo­dniu obo­zo­wa­nia i pracy w tere­nie, i jeśli mieli dobrze w gło­wie, to porząd­nie się wyspali.

Ci, któ­rzy to zro­bili, pew­nie będą się dziś czuli bar­dziej świeżo od pozo­sta­łych.

Wkrótce to spraw­dzi.

Kilku z nich snuło się po torze prze­szkód, pró­bu­jąc osza­co­wać, co ich czeka. Bystrzaki, pomy­ślała. Chcą poznać wroga. W powie­trzu niósł się śmiech i wesołe głosy. Chcą się nakrę­cić - to też mądre.

Tor prze­szkód był suką pierw­szego sortu, a to dopiero począ­tek dłu­giego, mor­der­czego dnia. Spoj­rzała na zega­rek, prze­szła przez drew­niane plat­formy i zajęła swoje miej­sce na polu.

Wypiła łyk wody i odsta­wiła butelkę. Gwizd­nęła prze­cią­gle.

- Zbiórka w sze­regu! - zawo­łała. - Nazy­wam się Rowan Tripp i w dzi­siej­szym tańcu będę waszą instruk­torką. Każdy z was musi ukoń­czyć tor, zanim przej­dzie do następ­nego ćwi­cze­nia. Pio­senki przy ogni­sku i pie­cze­nie ziem­nia­ków jak w zeszłym tygo­dniu to prze­szłość. Czas zaba­wić się na poważ­nie.

Usły­szała kilka jęków, parę chi­cho­tów, a kiedy przy­glą­dała się gru­pie, dostrze­gła tro­chę ner­wo­wych spoj­rzeń. Dwu­dzie­stu jeden męż­czyzn, cztery kobiety, róż­nego wzro­stu, budowy, koloru skóry, wieku. Jej zada­niem było wyzna­czyć im jeden cel.

Prze­bi­cie się przez ból.

Zer­k­nęła w papiery, spraw­dziła obec­ność, wyczy­tu­jąc nazwi­ska tych, któ­rym udało się dojść aż tak daleko.

- Sły­sza­łam, że jeden z nowych pobił rekord bazy w biegu na dwa kilo­me­try. Kto jest tą gwiazdą?

- Dawaj, Gull! - krzyk­nął ktoś i zoba­czyła, jak niski facet sztur­cha łok­ciem sąsiada.

Jakieś metr osiem­dzie­siąt pięć, oce­niła, ciemne włosy, uśmiech pew­nia­chy, luz.

- Gull Curry - powie­dział. - Lubię bie­gać.

- I dobrze. Ale szyb­kość nie pomoże ci na placu zabaw. Roz­cią­gnij­cie się. Nie mam ochoty słu­chać pła­czu z powodu zakwa­sów.

Już stwo­rzyli oddział, pomy­ślała, i wza­jemne rela­cje. Przy­jaź­nie, rywa­li­za­cja - wszystko może się przy­dać.

- Pięć­dzie­siąt pom­pek - naka­zała, zapi­su­jąc ćwi­cze­nie po jego ukoń­cze­niu. - Prze­pro­wa­dzę was przez tor, zaczy­na­jąc od tego miej­sca. - Wska­zała niską plat­formę zbu­do­waną z kwa­dra­to­wych ele­men­tów, po czym prze­szła do stro­mych sta­lo­wych ścian, które musieli poko­nać, lin, na które musieli się wspiąć, a także do tram­po­lin i pochylni. - Każda z tych prze­szkód symu­luje coś, z czym będzie­cie się zma­gać w cza­sie pożaru. Zali­czy­cie jedną i prze­cho­dzi­cie do następ­nej. Omi­nię­cie któ­rejś to koniec. Jeśli ukoń­czy­cie całość, może oka­że­cie się na tyle dobrzy, by ska­kać do poża­rów.

- Nie jest to dzień świę­tego Kry­spina.

- Kogo? - zapy­tał Dobie, sły­sząc mruk­nię­cie Gulla.

Ten tylko wzru­szył ramio­nami, a ze spoj­rze­nia, jakie rzu­ciła mu blond seks­bomba, wywnio­sko­wał, że też usły­szała jego uwagę.

- Ty, Szyb­kie Stopy, będziesz pro­wa­dził. Reszta poje­dyn­czo rusza za nim. Jeśli ktoś upad­nie, zbiera dupę z ziemi i prze­cho­dzi na tył na dru­gie podej­ście. - Wyjęła z kie­szeni sto­per. - Gotowi?

Odpo­wie­dzieli jej okrzy­kiem. Wci­snęła guzik.

- Ruszać!

W porządku, pomy­ślała, szyb­kie i zwinne nogi.

- Pod­no­sić kolana! - krzyk­nęła. - Pokaż­cie tro­chę ener­gii. Na miłość boską, wyglą­da­cie jak dziew­czyny spa­ce­ru­jące po parku.

- Jestem dziew­czyną! - krzyk­nęła blon­dynka o sta­lo­wych oczach.

Rowan uśmiech­nęła się.

- To pod­noś kolana. Uda­waj, że chcesz kop­nąć jed­nego z tych dup­ków w jaja.

Dotrzy­my­wała kroku Gul­lowi, bie­gnąc tyłem, pod­czas gdy on pod­biegł i zaata­ko­wał pierw­szą pochyl­nię.

Potem drobny męż­czy­zna zasko­czył ją, wyska­ku­jąc nad rampę jak pocisk.

Wspi­nali się, prze­ska­ki­wali, czoł­gali się, wdra­py­wali. L.B. miał rację, pomy­ślała, są cho­ler­nie dobrą grupą.

Patrzyła, jak Gull wyko­nuje wyma­gane prze­wroty i prze­to­cze­nia na pochylni, usły­szała, jak tam­ten drobny facet - musi spraw­dzić nazwi­sko - wydaje z sie­bie dziki okrzyk, bo udało mu się zro­bić to samo.

Szyb­kie Stopy na­dal pro­wa­dził. Niech ją dia­bli, jeśli facet nie zacznie się wspi­nać na linę jak małpa na pną­cze.

Blon­dynka świet­nie pora­dziła sobie na ziemi, ale kiedy dotarła do liny, nie tylko się zatrzy­mała, lecz nawet zaczęła się zsu­wać.

- Nie waż się! - krzyk­nęła ostro Rowan. - Nie zjeż­dżaj, Bar­bie, cho­lera jasna, i nie zawsty­dzaj mnie! Chcesz zacząć wszystko od nowa?

- Nie. Boże, nie.

- Chcesz gasić pożary czy wró­cić do domu i kupo­wać buty?

- Jedno i dru­gie!

- W górę. - Rowan dostrze­gła na linie ślady krwi. Kiedy deli­kwent się zsu­wał, lina zdzie­rała mu skórę z dłoni i bolało jak dia­bli. - Do góry!

Wspięła się na wyso­kość mor­der­czych dwu­na­stu metrów.

- Złaź, i dalej. No już!

Kiedy blon­dynka prze­sko­czyła następną ścianę, krew pozo­stała także tutaj.

Ale udało się jej. Wszyst­kim się udało, pomy­ślała Rowan i dała im chwilę, by mogli zła­pać oddech, poję­czeć, roz­luź­nić zmę­czone mię­śnie.

- Nie­źle. Może­cie się wspi­nać lub prze­ska­ki­wać przez ścianę dla­tego, że wiatr zmieni kie­ru­nek, a ogień ode­tnie was od strefy bez­pie­czeń­stwa. Wtedy trzeba się będzie lepiej posta­rać. Jak się nazy­wasz "jestem dziew­czyną", Bar­bie?

- Libby. - Blon­dynka oparła dło­nie na kola­nach wnę­trzem do góry. - Libby Rydor.

- Każdy, kto potrafi wspiąć się na linę z krwa­wią­cymi dłońmi, pora­dził sobie lepiej niż tylko nie­źle. - Rowan otwo­rzyła apteczkę. - Zaban­da­żujmy je. Jeśli kogoś jesz­cze coś boli, niech się tym zaj­mie, a potem niech idzie po ekwi­pu­nek. Pełny ekwi­pu­nek - dodała. - Będzie­cie ćwi­czyć lądo­wa­nie. Przed wami trzy­dzie­ści lądo­wań.

Gull patrzył, jak kobieta sma­ruje dło­nie Libby maścią i ban­da­żuje je sta­ran­nie. Powie­działa przy tym coś, co dopro­wa­dziło poszko­do­waną - a ręce musiały bar­dzo ją boleć - do śmie­chu.

Rowan prze­cią­gnęła ich przez tor prze­szkód, poma­ga­jąc wła­ściwą kom­bi­na­cją ostrych docin­ków i pochwał. Skon­cen­tro­wała się na tych kilku oso­bach, które miały pro­blemy, i zna­la­zła wła­ściwe słowa we wła­ści­wym cza­sie.

To nie­zwy­kła umie­jęt­ność, którą podzi­wiał.

Mógł do tego dodać podziw dla całej reszty jej osoby.

Ależ ona była zbu­do­wana, całe metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu. Jego wuj okre­śliłby ją jako posą­gową. A on? Musiał tylko przy­znać, że miała nie­sa­mo­wite ciało. Do tego duże błę­kitne oczy o cięż­kich powie­kach, twarz, która spra­wiała, że męż­czy­zna miał ochotę spoj­rzeć na nią drugi raz i zatrzy­mać się na dłu­żej za trze­cim razem, i miało się powa­la­jącą całość.

I to całość z cha­rak­te­rem. A jemu tak trudno było się oprzeć cha­rak­te­rowi. Zacze­kał więc, aż prze­szła przez boisko, i ruszył za nią.

- Jak tam dło­nie Libby?

- Nic jej nie będzie. Każdy zosta­wia tro­chę skóry na placu zabaw.

- A ty?

- Jeśli nie krwa­wisz, skąd będą wie­dzieć, że tam byłeś? - Prze­krzy­wiła głowę i przyj­rzała mu się oczami, które przy­wio­dły mu na myśl ark­tyczny lód. - Skąd się tu wzią­łeś, Szek­spi­rze? Czy­ta­łam Hen­ryka V.

- Głów­nie z Mon­te­rey.

- W pół­noc­nej Kali­for­nii mają dobry oddział stra­ża­ków-spa­do­chro­nia­rzy.

- Racja. Znam więk­szość z nich. Pra­co­wa­łem w oddziale stra­ża­ków leśnych w Red­ding przez pięć lat.

- Tak myśla­łam. W Kali­for­nii jest dość roboty, a ty przy­jeż­dżasz do Mis­so­uli?

- Przy­je­cha­łem do Mis­so­uli z powodu Iron Mana Trippa. - Zatrzy­mał się, gdy ona to zro­biła. - Domy­ślam się, że jest twoim ojcem.

- Zga­dza się. Znasz go?

- Jasne. Lucas Iron Man Tripp jest legendą. Mie­li­ście tu w dwu­ty­sięcz­nym roku paskudny pożar.

- Tak.

- Byłem wtedy w col­lege'u. Mówili o tam­tej spra­wie we wszyst­kich wia­do­mo­ściach, a ja obej­rza­łem wywiad z Iron Manem, tutaj w bazie, po tym, jak razem ze swoim oddzia­łem wró­cił po czte­rech dniach walki z ogniem. - Gull zamy­ślił się, pró­bu­jąc wszystko na nowo odtwo­rzyć. - Twarz miał pokrytą sadzą, włosy popio­łem, prze­krwione oczy. Wyglą­dał, jakby wró­cił z wojny, co aku­rat nie jest dale­kie od prawdy. Repor­ter zada­wał mu typowe idio­tyczne pyta­nia: "Jak pan się tam czuł? Czy pan się bał?". A on cier­pli­wie odpo­wia­dał, choć widać było, że jest wykoń­czony. W końcu powie­dział do tego faceta: "Synu, naj­pro­ściej można to ująć tak: Ta suka pró­bo­wała nas pożreć, a my kop­nę­li­śmy ją w dupę". I odszedł.

Rowan pamię­tała to wszystko dokład­nie tak jak on - i o wiele wię­cej.

- I dla­tego przy­je­cha­łeś do Mis­so­uli i chcesz ska­kać w sam śro­dek poża­rów?

- Potrak­tuj to jak tram­po­linę. Mogę ci opo­wie­dzieć resztę przy piwie.

- Będziesz za bar­dzo zajęty na piwo i opo­wie­ści o życiu. Lepiej bierz ekwi­pu­nek. Masz przed sobą jesz­cze długą drogę.

- Zapro­sze­nie na piwo pozo­staje aktu­alne. Opo­wieść o życiu wedle życze­nia.

Znów rzu­ciła mu to spoj­rze­nie, lekko prze­krzy­wia­jąc głowę, a przez jej usta prze­mknął uśmie­szek, który uznał za cho­ler­nie sek­sowny.

- Nie przy­sta­wiaj się do mnie, stra­żaku. Nie uma­wiam się z nowi­cju­szami, kan­dy­da­tami ani innymi spa­do­chro­nia­rzami. Kiedy mam czas i ochotę na... odro­binę roz­rywki, szu­kam cywila. Takiego, z któ­rym mogę się zaba­wić, gdy jestem w odpo­wied­nim nastroju w cza­sie dłu­gich zimo­wych nocy, i o któ­rym mogę zapo­mnieć w cza­sie sezonu.

Bar­dzo podo­bało mu się takie podej­ście.

- Może przyda ci się mała zmiana.

- Tra­cisz swój czas, nowy.

Kiedy ode­szła, pozwo­lił sobie na uśmiech. W końcu to jego czas. A ona była wyjąt­ko­wym wyzwa­niem.

Gull prze­żył, choć lina wycią­gnęła go w górę, a potem znów pozwo­liła mu spaść. Nie do końca czule ochrzczone urzą­dze­nie "cisko-lator" świet­nie symu­lo­wało wstrząsy całego ciała i ból w kost­kach oraz kola­nach pod­czas lądo­wa­nia na spa­do­chro­nie.

Padał na zie­mię, kulił się, prze­ta­czał i zbie­rał, licząc guzy i otar­cia. Nauczył się, jak ochra­niać głowę, jak wyko­rzy­sty­wać ciało, by je zacho­wać. I jak myśleć, kiedy zie­mia zbli­żała się z zastra­sza­jącą pręd­ko­ścią.

Znów wspi­nał się na mor­der­cze pięt­na­ście metrów czer­wo­nej wieży ze swoją part­nerką do ćwi­czeń.

- Jak ci idzie? - zapy­tał Libby.

- Czuję się, jak­bym zle­ciała z góry, więc nie naj­go­rzej. A ty?

- Nie jestem pewny, czy spa­dłem z góry, czy na górę. - Kiedy dotarł do plat­formy, uśmiech­nął się do Rowan. - Czy to rze­czy­wi­ście taka świetna zabawa, na jaką wygląda?

- Jesz­cze więk­sza - odparła z sar­ka­zmem, przy­pi­na­jąc go do liny. - Tam jest twoje miej­sce lądo­wa­nia. - Wska­zała kupę tro­cin na polu tre­nin­go­wym. - Nabie­rzesz tro­chę pręd­ko­ści, więc poczu­jesz, kiedy ude­rzysz w zie­mię. Skul się, ochra­niaj głowę i prze­tocz się.

Zer­k­nął na cel. Sto­sik wyglą­dał na bar­dzo mały z tego miej­sca.

- Kapuję.

- Gotowi? - zapy­tała ich oboje.

Libby wzięła głę­boki oddech.

- Tak.

- Na próg.

Tak, pręd­kość jest nie­zła, pomy­ślał Gull, gdy leciał nad polem tre­nin­go­wym. Nie miał nawet czasu, by prze­biec w myślach listę pro­ce­dur lądo­wa­nia, kiedy przed oczami sta­nęła mu góra tro­cin. Wal­nął w nią, pomy­ślał: "kurwa!", potem sku­lił się i prze­to­czył z rękami przy­ci­śnię­tymi po obu stro­nach kasku.

Wcią­ga­jąc powie­trze do płuc, obej­rzał się na Libby.

- W porządku?

- Tym razem zde­cy­do­wa­nie na górze. Ale wiesz co? To było świetne. Muszę to zro­bić jesz­cze raz.

- Dzień jesz­cze młody. - Wstał i wycią­gnął rękę, by pomóc jej się pozbie­rać.

Po wieży przy­szła kolej na zaję­cia w kla­sie. Lata spę­dzone w oddziale stra­ża­ków leśnych ozna­czały, że więk­szość pod­ręcz­ni­ków, map i wykła­dów była jedy­nie przy­po­mnie­niem tego, czego już się nauczył. Ale zawsze można nauczyć się wię­cej.

A potem nade­szła wresz­cie pora, by opa­trzyć guzy i otar­cia, zna­leźć cie­pły kąt i pobyć tro­chę z innymi rekru­tami. Gull zauwa­żył, że ich liczba zma­lała do dwu­dzie­stu dwóch. Mię­dzy symu­la­to­rem a wieżą stra­cili trzech.

Ponad połowa tych, któ­rzy na­dal uczest­ni­czyli w szko­le­niu, poszła spać i pomy­ślał, że powi­nien zro­bić to samo. Kusiła go jed­nak roz­gry­wana par­tyjka pokera, zawarł więc ze sobą układ. Zaczerp­nie świe­żego powie­trza, a jeśli pokusa na­dal będzie silna, usią­dzie na kilka roz­dań.

- Przy­suń sobie krze­sło, synu - powie­dział Dobie, gdy Gull prze­cho­dził obok sto­lika. - Muszę zasi­lić konto eme­ry­talne.

- Wylą­duj na gło­wie jesz­cze kilka razy, a przej­dziesz na wcze­śniej­szą eme­ry­turę.

Gull szedł dalej. Na zewnątrz padał chłodny deszcz, który stra­szył przez cały dzień. Męż­czy­zna wsu­nął ręce w kie­sze­nie i wyszedł pro­sto w wil­gotny wie­czór. Odwró­cił się w stronę odle­głego han­garu. Może tam podejść i przyj­rzeć się samo­lo­towi, z któ­rego nie­ba­wem będzie ska­kał?

Zanim zapi­sał się do tego pro­gramu, sko­czył trzy razy, by się upew­nić, że ma dość odwagi. Teraz był nie­spo­kojny, znów chciał poczuć tę adre­na­linę, rzu­cić wyzwa­nie wła­snym instynk­tom i spaść pro­sto w wielką otwartą prze­strzeń.

Obej­rzał maszyny - Twin Otter i DC-9 - naj­czę­ściej uży­wane do gasze­nia poża­rów. Pomy­ślał, że dobrze byłoby wziąć lek­cje pilo­tażu poza sezo­nem, może nawet zdo­być licen­cję. Ni­gdy nie zaszko­dzi świa­do­mość, że można prze­jąć kon­trolę, jeśli zaj­dzie taka potrzeba.

W tej chwili zoba­czył ją idącą w jego stronę przez deszcz. Ciem­ność nie skry­wała kuszą­cego ciała. Zwol­nił. Może nie będzie musiał grać w pokera, by dopi­sało mu szczę­ście.

- Miły wie­czór - rzu­cił.

- Chyba dla wydr. - Padało pro­sto na daszek czapki Rowan. Kobieta przy­glą­dała mu się uważ­nie. - Ucie­kasz?

- Wysze­dłem tylko na spa­cer. Ale mam samo­chód, jeśli chcesz gdzieś poje­chać.

- Mam wła­sny, dzięki, ale ni­gdzie się nie wybie­ram. Nie­źle sobie dziś pora­dzi­łeś.

- Dzięki.

- Szkoda Dog­getta. Złe lądo­wa­nie i pęk­nię­cie skóry na linii wło­sów eli­mi­nuje go z pro­gramu. Ale chyba wróci w przy­szłym roku.

- Bar­dzo chce - zgo­dził się Gull.

- Trzeba wię­cej niż tylko chcieć, ale naj­pierw musisz chcieć, żeby coś zdo­być.

- Myśla­łem o tym samym.

Na wpół roze­śmiana Rowan pokrę­ciła głową.

- Czy kobiety kie­dy­kol­wiek ci odma­wiają?

- Nie­stety tak. Ale męż­czy­zna, który się pod­daje, ni­gdy nie zdo­bywa nagrody.

- Uwierz mi, nie jestem nagrodą.

- Masz włosy jak rzym­ski cen­tu­rion, ciało bogini i twarz nor­dyc­kiej kró­lo­wej. To feno­me­nalne opa­ko­wa­nie.

- Opa­ko­wa­nie nie jest nagrodą.

- Nie. Ale na pewno chcę je otwo­rzyć i zoba­czyć, co kryje się w środku.

- Paskudny cha­rak­ter, zna­ko­mite wyczu­cie kitu i namięt­ność do gasze­nia ognia. Wyświadcz sobie przy­sługę, stra­żaku, i przy­sta­wiaj się do kogoś innego.

- Widzisz, ja mam w sobie taką paskudna cechę. Jak już raz się na czymś skon­cen­truję, nie potra­fię odpu­ścić, dopóki wszyst­kiego nie roz­gryzę.

Wzru­szyła ramio­nami, ale zauwa­żył, że przy­gląda mu się bar­dzo uważ­nie.

- Nie ma czego roz­gry­zać.

- Sam nie wiem - powie­dział, gdy ruszyła w stronę budynku. - Zmu­si­łem cię, żebyś prze­szła się ze mną w desz­czu.

Odwró­ciła się z jedną ręką na drzwiach i rzu­ciła mu współ­czu­jący uśmiech.

- Nie mów mi, że masz duszę roman­tyka.

- Być może.

- To lepiej uwa­żaj. Mogę cię wyko­rzy­stać, bo znaj­dziesz się aku­rat pod ręką, a potem zła­mię to roman­tyczne serce.

- Moje czy twoje?

Wybuch­nęła gar­dło­wym namięt­nym śmie­chem, który prze­biegł aż do jego lędźwi, po czym zamknęła drzwi, przy­naj­mniej meta­fo­rycz­nie, pro­sto przed jego nosem.

Niech mnie dia­bli, jeśli tro­chę mnie nie bie­rze, przy­znała. Lubiła pew­nych sie­bie męż­czyzn, któ­rzy mieli jaja, mózg i umie­jęt­no­ści, by to udo­wod­nić. To i prze­bie­głe spoj­rze­nie kota cza­ją­cego się przy mysiej dziu­rze, pożą­da­nie i bez­gra­niczna cier­pli­wość wywo­ły­wały deli­katny sek­su­alny szme­rek.

Pod­da­nie mu się byłoby błę­dem, przy­po­mniała sobie, po czym zapu­kała deli­kat­nie w drzwi Cardsa. Uznała jego mruk­nię­cie za przy­zwo­le­nie i wsu­nęła głowę do środka.

Był tro­chę blady, mocno znu­dzony i nie­chlujny.

- Jak się czu­jesz?

- Cho­lera, cał­kiem nie­źle. Dziś rano dopadł mnie jakiś wirus. Wyrzy­ga­łem go razem z kil­koma orga­nami. - Sie­dział na łóżku przed roz­ło­żo­nymi kar­tami. - Spę­dzi­łem tro­chę czasu w maga­zy­nie, udało mi się zatrzy­mać obiad w żołądku. Do jutra sobie odpusz­czę. Dzięki, że mnie zastą­pi­łaś.

- Nie ma sprawy. Zostało dwu­dzie­stu dwóch. Jeden jest ranny. Chyba jesz­cze go tu zoba­czymy. Do jutra.

- Chcesz obej­rzeć sztuczkę? Nie­zła - rzu­cił, zanim wyszła.

Chyba mam już dość wła­snego towa­rzy­stwa, pomy­ślała. Posta­wiła na przy­jaźń i usia­dła naprze­ciwko męż­czy­zny na łóżku.

Poza tym oglą­da­nie kilku sła­bych sztu­czek kar­cia­nych było lep­szym pre­lu­dium do snu niż roz­trzą­sa­nie spa­ceru w desz­czu z Gul­li­ve­rem Cur­rym.

3

Gull i pozo­stali rekruci usta­wili się w sze­regu przed szat­nią. Na asfal­cie rykiem sil­ni­ków dawał o sobie znać samo­lot, który miał ich zabrać na pierw­szy skok, a im dawały o sobie znać napięte nerwy.

Instruk­to­rzy posu­wali się powoli, spraw­dza­jąc ekwi­pu­nek poszcze­gól­nych uczniów. Gull uznał, że dopi­sało mu szczę­ście, gdy do niego pode­szła Rowan.

- Spraw­dzili cię?

- Nie.

Uklę­kła, więc miał oka­zję się przyj­rzeć, jak jej włosy o bar­wie sło­necz­nika ukła­dają się na kształt­nej czaszce. Spraw­dziła jego buty, strze­miona i prze­su­wała się ku górze: kie­sze­nie na spodniach, paski, data waż­no­ści spa­do­chronu zapa­so­wego i jego zaczepy.

- Pach­niesz brzo­skwi­niami - zauwa­żył. Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała mu w oczy. - Ład­nie.

- Dolny lewy pasek zapa­so­wego przy­pięty - powie­działa i kon­ty­nu­owała spraw­dza­nie bez słowa komen­ta­rza. - Dolny prawy pasek zapa­so­wego przy­pięty. Skon­cen­truj się, Szyb­kie Stopy - dodała, po czym spraw­dzała dalej zgod­nie z listą. - Jeśli któ­re­muś z was umknie choć jeden szcze­gół, zosta­nie z was mokra plama na ziemi. Kask, ręka­wice. Linka wyzwa­la­jąca?

- Spraw­dzona.

- Możesz ruszać.

- A ty?

- Spraw­dzono mnie, dzięki. Wchodź na pokład.

Prze­szła do następ­nego rekruta.

Gull wsiadł do samo­lotu i zajął miej­sce na pod­ło­dze obok Dobiego.

- Chcesz wyha­czyć tę blon­dynę? - zapy­tał Dobie. - Tę, którą nazy­wają Szwedką?

- Każdy może marzyć. Nie­długo będziesz musiał mi zapła­cić dwu­dzie­staka - dodał Gull, kiedy Libby weszła do środka.

- Cho­lera. Ale jesz­cze nie sko­czyła. Sta­wiam teraz dzie­sięć dolców, że się wycofa.

- Dycha zawsze się przyda.

- Witamy na pokła­dzie - oznaj­miła Rowan. - Ustaw­cie sie­dze­nia w pozy­cji pio­no­wej. Dłu­gość naszego lotu uza­leż­niona jest od tego, ilu z was będzie pła­kać jak dzieci, kiedy sta­nie­cie na progu. Gib­bons jest waszym wyrzu­ca­ją­cym. Uwa­żaj­cie i skon­cen­truj­cie się. Gotowi do skoku?

W odpo­wie­dzi roz­legł się gło­śny rado­sny okrzyk.

- No to ruszamy.

Samo­lot koło­wał po pasie, nabrał pręd­ko­ści, uniósł dziób. Gull poczuł lekki ucisk w żołądku, gdy ode­rwali się od ziemi. Obser­wo­wał, jak Rowan, w jego oczach nie­zwy­kle sek­sowna w kom­bi­ne­zo­nie, pod­nosi głos, by prze­krzy­czeć ryk sil­ni­ków, i raz jesz­cze krok po kroku ana­li­zuje cze­ka­jący ich skok.

Gib­bons podał jej kartkę z kok­pitu.

- Tam jest wasze miej­sce lądo­wa­nia - powie­działa i wszy­scy rekruci odwró­cili się w stronę okien.

Gull przy­glą­dał się łące, ślicz­nej jak z obrazka, wyso­kim jodłom, sosnom, lśnią­cemu stru­my­kowi. Ich zada­niem - gdy już znajdą się w powie­trzu - było tra­fić w łąkę, uni­kać drzew i wody. Pomy­ślał, że będzie jak strzałka, która chce się zna­leźć w samym środku tar­czy.

Kiedy Gib­bons się przy­piął, Rowan krzyk­nęła, by pil­no­wali spa­do­chro­nów zapa­so­wych. Gib­bons zła­pał uchwyty drzwi, szarp­nął i do środka wpa­dło chłodne powie­trze pach­nące wio­sną.

- Cho­lera jasna. - Dobie gwizd­nął przez zęby. - Robimy to. Naprawdę. Za nic bym tego nie oddał.

Gib­bons wychy­lił głowę w pęd powie­trza, skon­sul­to­wał się przez słu­chawki z kok­pi­tem. Samo­lot prze­chy­lił się w prawo, pod­sko­czył i wyrów­nał lot.

- Obser­wuj­cie sondy! - krzyk­nęła Rowan. - To wy.

Pod­ska­ki­wały i wiro­wały na tle błę­kit­nego nieba. A potem znik­nęły w gęstych drze­wach.

Gull roz­pra­co­wy­wał w myślach skok i pocią­ga­jąc za linki, zasta­na­wiał się nad prą­dami powie­trza. Znów wszystko prze­my­ślał, przy­pa­tru­jąc się dru­giej gru­pie sond.

- Do góry! - krzyk­nął Gib­bons.

Dobie wsu­nął do ust listek gumy i pod­su­nął paczuszkę Gul­lowi. Za maską jego oczy były wiel­kie jak spodeczki.

- Tro­chę mi nie­do­brze.

- Pocze­kaj z rzy­ga­niem, aż znaj­dziesz się na dole - pora­dził mu Gull.

- Libby, ska­czesz jako druga. - Rowan wło­żyła kask. - Lecisz za mną na dół. Zro­zu­miano?

- Tak.

Na znak Gib­bonsa Rowan usia­dła na progu i się przy­pięła. Cały samo­lot skan­do­wał teraz imię Libby, a dło­nie w ręka­wi­cach kla­skały na zachętę, gdy zajęła pozy­cję za Ro.

Potem Gib­bons klep­nął Rowan w ramię i już jej nie było.

Gull obser­wo­wał lot; nie mógł ode­rwać od niej oczu. Błę­kitno-biały spa­do­chron pode­rwał się do góry i otwo­rzył, pre­zen­tu­jąc piękny widok na tle błę­kit­nego nieba, zie­leni, brązu i błysz­czą­cej wody.

Okrzyki przy­wró­ciły go do rze­czy­wi­sto­ści. Omi­nął go skok Libby, ale zauwa­żył, że jej spa­do­chron się otwo­rzył. Prze­su­nął się, by widzieć je oba.

- Wygląda na to, że wisisz mi dychę.

W oczach Dobiego bły­snął uśmiech.

- Sta­wiam dodat­kowo sze­ścio­pak, że pora­dzę sobie lepiej od niej. I od cie­bie.

Kiedy samo­lot zato­czył koło, Gib­bons spoj­rzał Gul­lowi w oczy.

- Gotowi?

- Tak.

- Hacze­nie.

Gull prze­su­nął się do przodu i zapiął linę.

- Na próg.

Gull uspo­koił oddech i usiadł.

Słu­chał instruk­cji wyrzu­ca­ją­cego o prą­dach, pod­czas gdy powie­trze ude­rzało go w nogi. Samo­lot wyrów­ny­wał lot, a on spraw­dził wszystko raz jesz­cze i nie spusz­czał oczu z hory­zontu.

- Przy­go­tuj się.

Był gotowy. Każdy guz, otar­cie, każdy odcisk kilku minio­nych tygo­dni dopro­wa­dził go do tej chwili. Kiedy poczuł klep­nię­cie w prawe ramię, sko­czył pro­sto w prze­strzeń.

Wiatr, niebo i ostry, zapie­ra­jący dech w pier­siach dreszcz, gdy rzuca się im wyzwa­nie. Pręd­kość jak nar­ko­tyk wypeł­nia­jący żyły. Mógł tylko pomy­śleć: "Tak, Jezu, tak". Wie­dział, że po to się uro­dził, nawet kiedy odli­czał, kiedy odwra­cał ciało, by w końcu spoj­rzeć przez stopy na zie­mię w dole.

Spa­do­chron się otwo­rzył, pode­rwało go do góry. Obej­rzał się w prawo, potem w lewo i odna­lazł wzro­kiem Dobiego, usły­szał dziki, zuchwały śmiech swo­jego part­nera.

- O tym wła­śnie mówi­łem!

Gull uśmiech­nął się od ucha do ucha. Zasta­no­wił się, ilu to widziało, ten zaska­ku­jący pej­zaż: las i góry, bez­gra­niczne otwarte niebo. Prze­su­nął wzro­kiem po war­stwie śniegu w wyż­szych par­tiach i po zie­leni, która zaczęła zakra­dać się do dolin. Wydało mu się, choć wie­dział, że to nie­moż­liwe, iż czuje zapach zimy i wio­sny jed­no­cze­śnie.

Ste­ro­wał lin­kami, kie­ru­jąc się instynk­tem, wia­do­mo­ściami ze szko­le­nia, kapry­sami wia­tru. Dostrzegł teraz Rowan; widział, jak słońce odbija się od jej jasnych wło­sów, gdy stała na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, z rękami opar­tymi na bio­drach. Obser­wo­wała go, tak jak on obser­wo­wał ją.

Posta­no­wił wylą­do­wać tuż obok niej i wyczuł wła­ściwy moment. Stra­żacy-spa­do­chro­nia­rze nazy­wają to zej­ściem po linie, więc zsu­wał się powoli i oddy­cha­jąc spo­koj­nie, cze­kał na zde­rze­nie z zie­mią.

Znów obej­rzał się na Dobiego i zauwa­żył, że jego part­ner nie trafi w miej­sce lądo­wa­nia. Potem ude­rzył w zie­mię, sku­lił się i prze­to­czył. Odpiął uprząż i zaczął zwi­jać spa­do­chron.

Usły­szał krzyk Rowan i zoba­czył, że bie­gnie w stronę drzew. Wszystko zamarło, a potem znów ożyło, kiedy dotarł do niego stek prze­kleństw Dobiego.

W górze samo­lot zato­czył krąg, by zrzu­cić kolejną grupę skocz­ków. Gull zebrał sprzęt i z uśmie­chem ruszył w stronę kum­pla, który wycią­gał swój spo­śród drzew.

- Byłem tuż-tuż, kiedy wiatr zniósł mnie na drzewa. Ale i tak jazda była nie­sa­mo­wita. - Twarz roz­ja­śnił mu triumf i pod­nie­ce­nie. - Cho­ler­nie nie­sa­mo­wita. Tylko połkną­łem gumę.

- Jeste­ście na ziemi - zwró­ciła się do nich Rowan. - Niczego sobie nie zła­ma­li­ście. Można więc uznać, że nie­źle wam poszło. - Otwo­rzyła torbę i wyjęła bato­niki. - Gra­tu­luję.

- Nic nie może się z tym rów­nać. - Libby spoj­rzała w niebo z roz­ja­śnioną twa­rzą. - Abso­lut­nie nic.

- Jesz­cze nie ska­ka­łaś do pożaru. - Rowan usia­dła, a potem wycią­gnęła się na tra­wie. - To zupeł­nie nowy świat. - Wpa­try­wała się w niebo, cze­ka­jąc na powrót samo­lotu, a potem spoj­rzała na Gulla, który usiadł obok niej. - Gładko wylą­do­wa­łeś.

- Celo­wa­łem w cie­bie. W słońce odbi­ja­jące się od two­ich wło­sów - dodał, kiedy zmarsz­czyła brwi.

- Jezu, Gull, ty naprawdę jesteś roman­ty­kiem.

Uświa­do­mił sobie, że wytrą­cił ją z rów­no­wagi, i przy­znał sobie punkt na swo­jej oso­bi­stej tablicy wyni­ków. Ponie­waż nie połknął gumy, scho­wał cze­ko­la­dowy bato­nik na póź­niej.

- Czym się zaj­mu­jesz, kiedy nie robisz tego?

- Cho­dzi ci o pracę? Tro­chę poma­gam tacie, ska­cząc z tury­stami, któ­rym marzy się dresz­czyk emo­cji, uczę ludzi, któ­rzy chcą uczy­nić z tego hobby. Jestem też oso­bi­stym tre­ne­rem. - Napięła bicepsy.

- Założę się, że jesteś w tym dobra.

- Praca tre­nera ozna­cza, że płacą mi za utrzy­my­wa­nie formy przez zimę, żeby potem móc robić to. A ty?

- Ja żyję z zabawy. Wiesz, świat roz­rywki. To takie cen­trum gier - krę­gle, samo­cho­dziki, skee-ball, symu­la­tory.

- Pra­cu­jesz w cen­trum gier?

Zało­żył ręce za głowę.

- Praca prze­staje być pracą, gdy dobrze się bawisz.

- Nie robisz wra­że­nia faceta, który przez cały dzień zaj­muje się dzie­cia­kami i auto­ma­tami.

- Lubię dzieci. Nie znają stra­chu i są otwarte na nowe moż­li­wo­ści. Doro­śli zapo­mi­nają o obu tych rze­czach. - Wzru­szył ramio­nami. - Ty spę­dzasz dnie na wyci­ska­niu potu z kana­po­wych leniw­ców.

- Nie wszy­scy moi klienci są leniw­cami. A już na pewno żaden z nich, gdy koń­czę z nimi pracę. - Usia­dła. - Leci następna grupa.

Kiedy upo­rali się z pierw­szym sko­kiem tre­nin­go­wym, spa­ko­wali się i odsta­wili sprzęt do bazy. Po kolej­nej serii ćwi­czeń fizycz­nych i zaję­ciach w kla­sie znów wsie­dli na pokład samo­lotu, by oddać drugi skok.

Ćwi­czyli scho­dze­nie w peł­nym ekwi­punku, opra­co­wy­wali stra­te­gie gasze­nia ognia, stu­dio­wali mapy, wyko­ny­wali nie­zli­czoną ilość brzusz­ków i pom­pek, prze­bie­gali całe kilo­me­try i ska­kali z samo­lotu. Na zakoń­cze­nie mor­der­czych czte­rech tygo­dni liczba ochot­ni­ków zma­lała do szes­na­stu. Zebrali się przed Szta­bem, by wziąć udział w ostat­nim apelu jako rekruci.

Kiedy wywo­łano nazwi­sko Libby, Dobie wsu­nął dwa­dzie­ścia dola­rów w dłoń Gulla.

- Stra­żak-spa­do­chro­niarz Bar­bie. Trzeba jej oddać spra­wie­dli­wość. Taka chu­dzina prze­szła, a wielki facet jak McGinty odpadł.

- My nie odpa­dli­śmy - przy­po­mniał mu Gull.

- W mordę jeża, nie!

Kiedy przy­bili sobie piątkę, spa­dły na nich stru­mie­nie lodo­wa­tej wody.

- Zmy­wamy z was smród nowi­cju­szy! - zawo­łał ktoś.

Z okrzy­kami i gwiz­dami męż­czyźni i kobiety na dachu oblali ich wia­drami wody.

- Jeste­ście teraz jed­nymi z nas. - Ze swo­jego miej­sca poza zasię­giem wody L.B. sta­rał się prze­krzy­czeć śmiech i prze­kleń­stwa. - Naj­lep­szymi z naj­lep­szych. Umyj­cie się, a potem pakuj­cie do samo­cho­dów. Jedziemy do mia­sta, chłopcy i dziew­czynki. Macie jeden wie­czór, żeby świę­to­wać i zalać się w trupa. Jutro zacznie­cie dzień jako stra­żacy-spa­do­chro­nia­rze. Jako Zulies.

Kiedy Gull z prze­ję­ciem wyży­mał bank­not, Dobie śmiał się tak ser­decz­nie, że aż musiał usiąść.

- Sta­wiam pierw­szą kolejkę. Tobie też, Libby.

- Dzięki.

Uśmiech­nął się i wsu­nął mokry pie­niądz do mokrej kie­szeni.

- To wszystko dzięki tobie.

W pokoju Gull zdjął prze­mo­czone ubra­nie. Obej­rzał siniaki - nie było naj­go­rzej - i po raz pierw­szy od tygo­dnia ogo­lił się bar­dzo sta­ran­nie. Kiedy udało mu się zna­leźć czy­stą koszulę i spodnie, poświę­cił kilka minut na wysła­nie e-maila do domu, by zawia­do­mić rodzinę, że udało mu się ukoń­czyć szko­le­nie.

Spo­dzie­wał się, że wia­do­mość wywoła mie­szane reak­cje, choć wszy­scy będą uda­wać, że są rów­nie szczę­śliwi jak on. Wsu­nął cygaro do kie­szonki na pier­siach i wyszedł.

E-mail kosz­to­wał go tro­chę czasu, więc wsiadł do ostat­niej fur­go­netki i zna­lazł miej­sce mię­dzy nowi­cju­szami i wete­ra­nami.

- Gotowy na imprezę, nowy? - zapy­tał go Trig­ger.

- Zawsze jestem gotowy.

- Pamię­taj tylko, że tu nie ma nia­niek. Jeśli fur­go­netki odjadą, a cie­bie w jed­nej z nich nie będzie, sam orga­ni­zu­jesz sobie trans­port do bazy. Jeśli zakoń­czysz dzi­siej­szy wie­czór z kobietą, posta­raj się zna­leźć babkę z samo­cho­dem.

- Będę pamię­tał.

- Tań­czysz?

- A co, pro­sisz?

Trig­ger wybuch­nął śmie­chem.

- Jak dla mnie, jesteś nawet dość ładny. W knaj­pie, do któ­rej jedziemy, będzie par­kiet. Jeśli zro­bisz to dobrze, taniec z kobietą można uznać za grę wstępną.

- Mówisz to z doświad­cze­nia?

- Tak, młody ryce­rzu Jedi.

- Cie­kawe. A Rowan lubi tań­czyć?

Trig­ger uniósł brwi.

- Nazy­wamy to obszcze­ki­wa­niem złego drzewa.

- To jedyne drzewo, które zwró­ciło moją uwagę.

- Czeka cię więc dłu­gie samotne lato. - Pokle­pał Gulla po ramie­niu. - I powiem ci coś jesz­cze z mojego boga­tego doświad­cze­nia. Kiedy masz odci­ski na odci­skach, a na nich jesz­cze bąble, to wale­nie konia prze­staje być przy­jemne.

- Pięć lat byłem stra­ża­kiem leśnym - przy­po­mniał mu Gull. - Jeśli lato okaże się dłu­gie i samotne, moje ręce wytrzy­mają.

- Może. Ale kobieta i tak jest lep­sza.

- W isto­cie, mistrzu Jedi. W isto­cie.

- Masz jakąś w domu?

- Nie. A ty?

- Mia­łem. Dwa razy. Z jedną się nawet oże­ni­łem. Ale jakoś nie zasko­czyło. Matt też ma dziew­czynę. Masz dziew­czynę w Nebra­sce, prawda, Matt?

Matt obej­rzał się przez ramię.

- Annie.

- Szkolna miłość - uzu­peł­nił Trig­ger. - Potem wyje­chała do col­lege'u, ale kiedy wró­ciła do domu, znów się zeszli. Dwa umy­sły, jedno serce. Matt więc nie tań­czy, jeśli kapu­jesz, o co mi cho­dzi.

- Kapuję. Miło jest mieć kogoś - dokoń­czył Gull.

- Ten popie­przony świat traci sens, jeśli nie masz. - Matt wzru­szył ramio­nami. - Po co robić to, co robimy, jeśli nikt na nas po robo­cie nie czeka.

- To rze­czy­wi­ście osła­dza tę harówę - zgo­dził się Trig­ger. - Ale nie­któ­rzy z nas od czasu do czasu muszą zatań­czyć. - Zatarł ręce, gdy fur­go­netka zatrzy­mała się na par­kingu peł­nym samo­cho­dów. - A moje stopy już rwą się do tańca.

Wysia­da­jąc, Gull przy­glą­dał się dłu­giemu, niskiemu budyn­kowi z bali i na moment zatrzy­mał wzrok na miga­ją­cym neo­nie.

- Stry­czek - prze­czy­tał. - Poważ­nie?

- Czas pokow­boić, part­ne­rze. - Trig­ger klep­nął go w ramię, po czym wszedł do środka, stu­ka­jąc obca­sami butów z wężo­wej skóry.

Nowe doświad­cze­nie, przy­po­mniał sobie Gull. Tego ni­gdy za wiele.

Wszedł pro­sto w paskudny łomot okrop­nej muzyki coun­try, którą grał kwar­tet obdar­tych face­tów scho­wa­nych za mało sku­teczną ochroną z gęstej siatki. W tej chwili w ich stronę leciały jedy­nie obe­lgi, ale noc była jesz­cze młoda.

Mimo łomotu na par­kie­cie pano­wał tłok, a tań­czący wysoko pod­no­sili nogi i krę­cili poślad­kami. Reszta zgro­ma­dziła się wzdłuż dłu­giego baru lub sie­działa ści­śnięta na roz­kle­ko­ta­nych krze­słach przy malut­kich sto­li­kach, gdzie mogła pochła­niać nachos z sosem i gryźć pikantne skrzy­dełka polane podej­rzaną sub­stan­cją, która nada­wała im poma­rań­czowy kolor. Więk­szość decy­do­wała się popi­jać danie piwem poda­wa­nym w prze­zro­czy­stych pla­sti­ko­wych kub­kach.

Świa­tła były lito­ści­wie przy­ga­szone, a pomimo zakazu pale­nia w powie­trzu uno­siły się błę­kit­nawe chmury. Wszystko śmier­działo jak prze­po­cona, zalana stę­chłym tłusz­czem popiel­niczka pełna petów.

Gull doszedł do wnio­sku, że jedy­nym roz­sąd­nym wyj­ściem jest zacząć pić.

Pod­szedł do baru, roze­pchał się łok­ciami i zamó­wił piwo korzenne w butelce. Dobie wci­snął się obok niego i szturch­nął go w ramię.

- Dla­czego pijesz to zagra­niczne dzia­do­stwo?

- Warzone w Mon­ta­nie. - Pod­su­nął butelkę Dobiemu i zamó­wił następną.

- Cał­kiem nie­złe - oświad­czył Dobie po pierw­szym łyku. - Ale to nie budwe­iser.

- Masz rację. - Roz­ba­wiony Gull stuk­nął butelką o piwo kum­pla i pocią­gnął spory łyk. - Piwo. Odpo­wiedź na wiele pytań.

- Wleję je w sie­bie, a potem wyrwę jedną z tych babek i zacią­gnę na par­kiet.

Gull prze­łknął kolejny łyk i przyj­rzał się gita­rzy­ście o gru­bych pal­cach.

- Jak można tań­czyć do takiego gówna?

Dobie zmru­żył oczy i wbił palec w pierś Gulla.

- Masz jakiś pro­blem z muzyką coun­try?

- Chyba uszko­dzi­łeś sobie bębenki pod­czas ostat­niego skoku, jeśli nazy­wasz to muzyką. Lubię blu­egrass - dodał - jeśli ktoś go dobrze gra.

- Nie wci­skaj mi kitu, miesz­czu­chu. Nie masz poję­cia, co to takiego blu­egrass.

Gull wypił kolejny łyk piwa.

- Jestem czło­wie­kiem, co smu­tek zna - zaśpie­wał moc­nym, gład­kim teno­rem. - Kło­poty towa­rzy­szą mi co dnia...

Dobie ude­rzył go czule w pierś.

- Nie prze­sta­jesz mnie zaska­ki­wać. Masz też nie­zły głos. Powi­nie­neś tam pójść i poka­zać tym dup­kom, jak to się robi.

- Chyba zostanę przy piwie.

- No dobra. - Dobie opróż­nił butelkę i bek­nął. - Ja idę wyrwać babkę.

- Powo­dze­nia.

- Tu nie cho­dzi o powo­dze­nie, lecz o styl.

Gull patrzył, jak Dobie pochyla się nad sto­li­kiem, przy któ­rym sie­działy cztery kobiety, i doszedł do wnio­sku, że kolega zde­cy­do­wa­nie ma swój nie­po­wta­rzalny styl.

Cie­sząc się chwilą, oparł łokieć na barze i skrzy­żo­wał nogi w kost­kach. Trig­ger, zgod­nie z zapo­wie­dzią, zna­lazł już part­nerkę do tańca, a Matt - wierny swo­jej Annie - sie­dział z L.B., nowi­cju­szem o imie­niu Sto­vic i jed­nym z pilo­tów zwa­nym Stet­so­nem ze względu na znisz­czony uko­chany czarny kape­lusz.

Rowan tkwiła przy sto­liku z Janis Petrie, Gib­bon­sem i Yang­tree, i jadła poma­rań­czowe nachos. Miała na sobie nie­bie­ski pod­ko­szu­lek, obci­sły, z okrą­głym dekol­tem, który pod­kre­ślał jej piersi. Po raz pierw­szy, odkąd się poznali, zało­żyła też kol­czyki, które migo­tały za każ­dym razem, gdy roze­śmiana potrzą­sała głową.

Zauwa­żył, że zro­biła coś z oczami i ustami, bo stały się bar­dziej wyra­zi­ste. A kiedy pozwo­liła, by Cards pocią­gnął ją na par­kiet, Gull dostrzegł, że dżinsy ma rów­nie obci­słe jak koszulkę.

Spoj­rzała na niego, gdy part­ner zakrę­cił nią w tańcu, i rzu­ciła mu pro­mienny szel­mow­ski uśmiech. Serce prze­stało mu bić. Posta­no­wił, że jeśli ma go zabić, może to zro­bić z bliż­szej odle­gło­ści. Zamó­wił następne piwo i zaniósł je do jej sto­lika.

- Cześć, świeże mię­sko. - Janis unio­sła w geście toa­stu por­cję nachos. - Chcesz zatań­czyć?

- Nie wypi­łem jesz­cze dość piwa, by tań­czyć do cze­goś takiego.

- Są tak źli, że aż dobrzy. - Janis pokle­pała puste krze­sło Rowan. - Jesz­cze kilka drin­ków i będą na tyle dobrzy, żeby być źli.

- Twoja logika prze­ko­nuje mnie, że kie­dyś już to prze­ra­bia­łaś.

- Nie sta­niesz się praw­dzi­wym Zulie, dopóki nie prze­trzy­masz wie­czoru w Stryczku. - Spoj­rzała w stronę drzwi, przez które weszło trzech męż­czyzn. - We wszyst­kich jego prze­ja­wach.

- Miej­scowi?

- Raczej nie. Mają nowe buty. I to dro­gie. - Wypiła łyk piwa z kubka sto­ją­cego na sto­liku. - Sta­wiam na mia­sto. To gogu­sie uda­jący kow­bo­jów, któ­rzy przy­je­chali nasy­cić się lokal­nym kolo­ry­tem.

Męż­czyźni ruszyli w stronę baru, a pierw­szy toro­wał ramie­niem drogę pozo­sta­łym. Poło­żył bank­not na bla­cie.

- Whi­sky i kobietę. - Celowo pod­niósł głos, by niósł się nad roz­gar­dia­szem. Okrzyki i śmiech jego kum­pli powie­działy Gul­lowi, że nie będzie to pierw­szy drink tego wie­czoru.

Kilka osób przy barze odsu­nęło się, by zro­bić im miej­sce, a bar­man nalał alko­hol. Lider grupy wychy­lił szkla­neczkę jed­nym hau­stem, odsta­wił ją z brzę­kiem i uniósł palec.

- Trzeba nam kobiet.

Kolejny wybuch rado­ści kum­pli. Gull doszedł do wnio­sku, że szu­kają guza, a ponie­waż on na pewno go nie szu­kał, dalej obser­wo­wał tań­czącą Rowan.

Janis pochy­liła się w jego stronę, kiedy zespół zaczął grać żało­sną wer­sję When the Sun Goes Down.

- Ro mówi, że pra­cu­jesz w cen­trum gier.

- Roz­ma­wiała z tobą o mnie?

- Jasne. Wymie­niamy się infor­ma­cjami codzien­nie. Lubię takie miej­sca. Masz bilard? Jestem w tym rewe­la­cyjna.

- Tak, nowy i stary.

- Stary. - Spoj­rzała na niego uważ­nie dużymi brą­zo­wymi oczami. - Chyba nie masz High Speed?

- To kla­syk.

- Uwiel­biam go! - Ude­rzyła dło­nią w sto­lik. - Mieli taki roz­wa­la­jący się auto­mat w cen­trum han­dlo­wym, kiedy byłam mała. Mogłam grać cały dzień za jeden żeton, nie­źle, co? Wymie­ni­łam z pew­nym gościem pięć gier za pierw­szy fran­cu­ski poca­łu­nek. - Wes­tchnęła i oparła się o krze­sło. - Stare dobre czasy.

Idąc za jej spoj­rze­niem w stronę baru, Gull obej­rzał się w samą porę, by zoba­czyć, jak pijący whi­sky facet klep­nął w pośla­dek mija­jącą go kel­nerkę z pełną tacą. Kiedy nań popa­trzyła, uniósł obie ręce i rzu­cił jej prze­bie­gły uśmie­szek.

- Dupek - powie­działa Janis. - Nie można się ni­gdzie ruszyć, żeby się na takich nie natknąć.

- Ich liczba legion. - Prze­su­nął się tro­chę bar­dziej, gdy Rowan zeszła z par­kietu.

- To moje miej­sce.

- Trzy­mam je dla cie­bie. - Pokle­pał się po udzie.

Zasko­czyła go, sia­da­jąc mu na kola­nach. Wzięła jego piwo i pocią­gnęła spory łyk.

- Sza­stasz pie­niędzmi, kupu­jąc tutej­sze piwo na butelki. Nie tań­czysz, kre­zu­sie?

- Mógł­bym, gdyby zagrali coś, co nie rani mi uszu.

- Jesz­cze ich sły­szysz? Zaraz temu zara­dzę. Czas na strzały.

- Ja odpa­dam - odparł natych­miast Gib­bons. - Kiedy ostatni raz mnie na to namó­wi­łaś, przez tydzień nie czu­łem pal­ców.

- Nie rób tego, Gull - ostrzegł go Yang­tree. - Szwedka ma żela­zny żołą­dek. Po swoim sta­ruszku.

Rowan zbli­żyła twarz do twa­rzy Gulla i uśmiech­nęła się.

- Co, masz deli­katny brzu­szek, stra­żaku?

Wyobra­ził sobie, jak przy­gryza jej pełną dolną wargę jed­nym szyb­kim ruchem.

- Jakie strzały?

- Jest tylko jeden strzał, który warto oddać: te-qui-la - zaśpie­wała, pod­kre­śla­jąc ude­rze­niem ręki o blat każdą sylabę. - Jeśli masz jaja.

- Sie­dzisz na nich, więc powin­naś wie­dzieć.

Odrzu­ciła głowę i wybuch­nęła nie­sa­mo­wi­cie sek­sow­nym śmie­chem dziew­czyny z salo­onu.

- Potrzy­maj je przez chwilę. Pójdę wszystko zała­twić.

Zerwała się, zakrę­ciła kilka razy na par­kie­cie, gdy Dobie chwy­cił ją za rękę. Tyta­nia z Pukiem, pomy­ślał Gull.

Potem wsu­nęła kciuki w kie­sze­nie dżin­sów i razem z Dobiem odtań­czyła taniec z moc­nym przy­tu­pem, który pozo­stali powi­tali gwiz­dami i okrzy­kami.

Wymie­rzyła palec w Gulla - cho­lera, znów pro­sto w serce - i w rytm muzyki pode­szła do baru.

- Hej, Wielki Nate! - pochy­la­jąc się, zawo­łała głów­nego bar­mana. - Potrze­buję tuzina kie­lisz­ków tequ­ili, kilku sol­ni­czek i ćwiar­tek limonki do ssa­nia.

Obej­rzała się przez ramię, rzu­ciła face­towi chwy­ta­ją­cemu się za kro­cze znu­dzone spoj­rze­nie i znów się odwró­ciła.

- Mogę wszystko zabrać, jeśli Molly jest zajęta.

Facet od kro­cza poło­żył przed nią na barze bank­not stu­do­la­rowy.

- Sta­wiam twoją tequ­ilę i dzie­sięć minut na zewnątrz.

Rowan potrzą­snęła lekko głową w stronę bar­mana, zanim ten zdą­żył się ode­zwać.

Odwró­ciła się i popa­trzyła pija­nemu dra­niowi pro­sto w oczy.

- Domy­ślam się, że skoro total­nie brak ci uroku i możesz zdo­być kobietę tylko za pie­nią­dze, uwa­żasz, że wszyst­kie jeste­śmy dziw­kami.

- Krę­ci­łaś tył­kiem i macha­łaś cyc­kami od chwili, gdy tu wsze­dłem. Zamie­rzam ci tylko zapła­cić za to, co rekla­mo­wa­łaś. Naj­pierw posta­wię ci drinka.

Przy sto­liku Gull pomy­ślał: "Cho­lera" i zaczął wsta­wać. Gib­bons poło­żył mu rękę na ramie­niu.

- Nie chcesz wcho­dzić jej w drogę. Uwierz mi.

- Nie lubię, gdy pijani zacze­piają kobiety.

Wstał i zauwa­żył, że w sali zro­biło się ciszej. Usły­szał więc wyraź­nie, jak Rowan mówi tonem sło­dziut­kim niczym wata cukrowa:

- Och, naj­pierw posta­wisz mi drinka. To twój kubek?

Wzięła go do ręki, a przy swoim wzro­ście nie miała pro­blemu, by wylać jego zawar­tość na głowę faceta.

- Pocią­gnij sobie, zła­ma­sie.

Męż­czy­zna, choć mocno zalany, ruszał się zaska­ku­jąco szybko. Popchnął Rowan na bar, chwy­cił jej piersi i mocno ści­snął.

Ona jed­nak ruszała się jesz­cze szyb­ciej. Zanim Gull zdą­żył prze­być połowę sali, wci­snęła obcas buta w stopę faceta, a kolano w kro­cze, z któ­rego był tak dumny, po czym powa­liła go na zie­mię "hakiem" wiel­kiej urody. Gull był pod wra­że­niem, a facet zwi­nął się wpół.

Zdą­żyła też wymie­rzyć cios pię­ścią jed­nemu z kum­pli dupka, który zacho­wał się na tyle głu­pio, by ją szar­pać. Chwy­ciła go za rękę i pocią­gnęła po pod­ło­dze. Kop­niak, jaki mu wymie­rzyła w tyłek, wysłał go pro­sto w obję­cia przy­ja­ciela, który pró­bo­wał się pod­nieść z pod­łogi.

Odwró­ciła się do trze­ciego.

- Chcesz spró­bo­wać?

- Nie. - Uniósł ręce w geście "Nie strze­laj". - Nie, pro­szę pani.

- No to może masz jesz­cze kilka sza­rych komó­rek. Sko­rzy­staj z nich i zabierz stąd swo­ich kum­pli, zanim się wku­rzę na dobre. Bo kiedy się wku­rzam, naprawdę mi odbija.

- Chyba nie potrze­bo­wała pomocy - zauwa­żył Dobie.

- To koniec. - Gull poło­żył dłoń na sercu. - Zako­cha­łem się.

- Raczej nie chciał­bym zako­chać się w kobie­cie, która potrafi wytrzeć mną pod­łogę.

- Nie ma ryzyka, nie ma zysku.

Cof­nął się, gdy sze­ściu stra­ża­ków poma­gało odpro­wa­dzić pija­nych face­tów do drzwi. I wyrzu­cić ich z baru.

Rowan nie­dbale obcią­gnęła koszulkę.

- Co z tymi strza­łami, Wielki Nate?

- Już podaję. Sta­wiam.

Gull usiadł i cze­kał, aż Rowan podej­dzie z tacą.

- Gotowy? - zapy­tała.

- Ustaw je w sze­regu, kocha­nie. Potrze­bu­jesz lodu na knyk­cie?

Poru­szyła pal­cami.

- Nic im nie jest. Zupeł­nie jak­bym wal­nęła cia­stecz­ko­wego ludzika z reklamy proszku do pie­cze­nia.

- Sły­sza­łem, że on też nie­źle pociąga.

Roze­śmiała się, po czym opa­dła na krze­sło, które przy­su­nął jej Gib­bons.

- Zobaczmy, jak ty to robisz.

4

Gull patrzył jej w oczy, gdy razem wychy­lili pierw­szy kie­li­szek, a tequ­ila spły­nęła po jego języku i gar­dle, i gorą­cym stru­mie­niem wpa­dła do żołądka.

Tym go zauro­czyła przede wszyst­kim. Te chłodne błę­kitne oczy miały w sobie tyle życia. Teraz migo­tały w nich wyzwa­nie i roz­ba­wie­nie, a spo­sób, w jaki na niego spo­glą­dała, spra­wił, że chwila stała się nie­mal intymna; paliła całe jego wnę­trze jak tru­nek.

Pra­gnąc dotrzy­mać jej kroku, ujął następny kie­li­szek.

A potem widział tylko jej usta, tro­chę za sze­ro­kie, z pełną dolną wargą, i spo­sób, w jaki roz­cią­gały się w kpią­cym uśmieszku.

Nic dziw­nego, że tak bar­dzo pra­gnął ich posma­ko­wać.

- Jak sobie radzisz, stra­żaku?

- Dobrze. A ty, Szwedko?

W odpo­wie­dzi stuk­nęła trze­cim kie­lisz­kiem o jego szkło i wspól­nie wychy­lili ich zawar­tość. Pod­nio­sła ćwiartkę limonki do ust.

- Wiesz, co uwiel­biam w tequ­ili?

- Co?

- Wszystko. - Roze­śmiała się szel­mow­sko i wypiła czwarty kie­li­szek z taką samą obo­jęt­no­ścią jak pierw­sze trzy. Razem odsta­wili, puste, na blat.

- Co jesz­cze kochasz? - zapy­tał.

- Hm. - Zasta­no­wiła się, upo­raw­szy się z piątą kolejką. - Ska­ka­nie do pożaru i tych, któ­rzy podzie­lają to sza­leń­stwo. - Unio­sła kolejny pełny kie­li­szek w stronę kole­gów, któ­rzy skwi­to­wali to aplau­zem i nie­wy­bred­nymi okrzy­kami. Przez chwilę sie­działa bez ruchu, trzy­ma­jąc go w dłoni. - Ogień i jego gasze­nie, mojego tatę, dud­niący w uszach rock and roll w upalną let­nią noc i szcze­niaczki. A ty?

Jak ona trzy­mał w ręku pełne szkło.

- Mogę się pod więk­szo­ścią tych rze­czy spo­koj­nie pod­pi­sać, ale nie znam two­jego taty.

- Nie ska­ka­łeś jesz­cze do pożaru.

- Zgoda, lecz mam pre­dys­po­zy­cje, by to poko­chać. Lubię gło­śny rock i szcze­niaczki, choć zmie­nił­bym to na seks w upalną let­nią noc i wiel­kie obśli­nione psy.

- Cie­kawe. - Razem wypili ostatni kie­li­szek, co skwi­to­wano jesz­cze więk­szym aplau­zem. - Myśla­łam, że wolisz koty.

- Nie mam nic prze­ciwko kotom, ale wielki obśli­niony pies zawsze będzie potrze­bo­wał swo­jego pana.

Jej kol­czyki zako­ły­sały się, gdy prze­krzy­wiła głowę.

- Lubisz być potrzebny, prawda?

- Chyba tak.

Wymie­rzyła w niego palec w geście "wie­dzia­łam".

- Znów ten roman­tyzm.

- Bez­kre­sny jak ocean. Masz ochotę na dud­niący w sercu seks w ocze­ki­wa­niu na let­nią upalną noc?

Odrzu­ciła głowę i wybuch­nęła śmie­chem.

- To bar­dzo kusząca pro­po­zy­cja, ale dzię­kuję, nie. - Ude­rzyła dło­nią w sto­lik. - Przy­niosę ci za to następne sześć strza­łów.

Boże, miej mnie w swej opiece, pomy­ślał.

- Ruszaj. - Pokle­pał kie­szonkę na pier­siach. - Wyjdę na krótką prze­rwę na cygaro.

- Dzie­sięć minut - oznaj­miła Rowan. - Wielki Nate, może podasz nam tro­chę salsy i czip­sów, żeby wchło­nęły tequ­ilę? Ale nie te roz­mem­łane.

Kobieta moich marzeń, pomy­ślał Gull, kie­ru­jąc się do wyj­ścia. Je salsę, pije tequ­ilę, ska­cze do poża­rów, na doda­tek piękna i inte­li­gentna, i z zabój­czym sier­po­wym.

Teraz musiał tylko zacią­gnąć ją do łóżka.

Zapa­lił cygaro w zim­nej ciem­no­ści, wydmu­chał dym w roz­iskrzone od gwiazd niebo. Noc była cho­ler­nie ide­alna. Bez­na­dziejna muzyka w knajpce na zacho­dzie, tania tequ­ila, towa­rzy­stwo podob­nych do niego osób i znie­wa­la­jąca kobieta, która zaj­mo­wała mu myśli i pod­nie­cała ciało.

Pomy­ślał o domu i zimach, które absor­bo­wały więk­szość jego czasu. Nie miał nic prze­ciwko temu, nawet to lubił. Ale w ciągu kilku minio­nych lat dowie­dział się, że tak naprawdę potrze­buje upału i emo­cji oraz ryzyka pły­ną­cego z gasze­nia poża­rów.

Może dzięki dumie i zado­wo­le­niu z tego, co osią­gnął w domu, i pod­nie­ce­niu z tego, co może osią­gnąć tutaj, mógł spo­koj­nie stać w chłodny wio­senny wie­czór w samym środku pust­ko­wia i doce­niać tę per­fek­cję.

Prze­szedł za budy­nek, roz­ko­szu­jąc się cyga­rem. Myślał o cze­ka­ją­cej na niego Rowan z sze­ścioma peł­nymi kie­lisz­kami. Następ­nym razem - jeśli w ogóle do niego doj­dzie - postara się o butelkę tequ­ili Patrón Silver. Przy­naj­mniej nie będzie się musiał oba­wiać o stan żołądka.

Roz­ba­wiony skrę­cił za bok budynku. Naj­pierw usły­szał jęki, a potem paskudny odgłos pię­ści ude­rza­ją­cej w ciało. Ruszył w tamtą stronę, prze­cze­su­jąc wzro­kiem ciem­ność na par­kingu.

Dwóch męż­czyzn, z któ­rymi Rowan roz­pra­wiła się w barze, trzy­mało Dobiego, a trzeci - naj­więk­szy - bił go bez lito­ści.

- Cho­lera - mruk­nął Gull i rzu­ca­jąc cygaro, sko­czył przed sie­bie.

Przez szum gniewu w uszach usły­szał krzyk jed­nego z face­tów. Wiel­ko­lud odwró­cił się ze wście­kłym wyra­zem twa­rzy. Gull zaci­snął pięść i pozwo­lił jej runąć w przód.

Nie myślał; nie musiał. Górę wziął instynkt, kiedy dwaj męż­czyźni porzu­cili Dobiego i ruszyli w jego stronę. Ogar­nęło go sza­leń­stwo, ude­rzał, kopał, wymie­rzał ciosy łok­ciem, czu­jąc smak krwi, także swo­jej.

Poczuł, że miaż­dży coś pię­ścią, usły­szał świst powie­trza, gdy jego stopa ude­rzyła w tłuszcz na czy­imś brzu­chu. Ktoś padł na kolana i dusił się, kiedy łokieć Gulla wal­nął w gar­dło jakąś szyję. Kątem oka dostrzegł, że Dobie pod­nosi się z ziemi i kuś­tyka w stronę wymio­tu­ją­cego faceta, by wymie­rzyć mu solid­nego kop­niaka w żebra.

Jeden z męż­czyzn pró­bo­wał ucie­kać. Gull zła­pał go i cisnął nim o zie­mię tak, że ten prze­je­chał twa­rzą po żwi­rze.

Nie pamię­tał dokład­nie, w jaki spo­sób powa­lił wiel­ko­luda i zna­lazł się na nim, ale trzeba było aż trzech stra­ża­ków-skocz­ków, by go odcią­gnąć.

- Ma już dość. Stra­cił przy­tom­ność. - Głos L.B. prze­bił się przez szum. - Odpuść, Gull.

- W porządku. Już jestem grzeczny. - Gull pod­niósł rękę na znak, że skoń­czył. Kiedy zwol­nili uścisk, obej­rzał się na Dobiego.

Przy­ja­ciel sie­dział na ziemi w oto­cze­niu kole­gów z kursu i kilku miej­sco­wych kobiet. Jego twarz i przód koszuli były zalane krwią, a prawe oko opuch­nięte.

- Nie­źle cię zała­twili, stary - sko­men­to­wał Gull. Potem zoba­czył ciemną plamę na pra­wej nogawce Dobiego i kapiące czer­wone kro­ple. - Jezu! Dziab­nęli cię?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki