1
Schwytany w mocne podmuchy wiatru nad pasmem Bitterroot samolot walczył,
by odnaleźć sprzyjający prąd powietrza. Ogień płonący w dole wymachiwał
pięściami przez słupy dymu, jakby próbował wymierzyć ostateczny cios.
Rowan Tripp przechyliła się, by obserwować wielki spektakl poważnie
wkurzonej Matki Natury. Za kilka minut znajdzie się w samym jego środku,
zamknięta w szalonym świecie żaru, skaczących płomieni, duszącego dymu.
Będzie toczyć morderczą walkę za pomocą łopaty, piły i piasku. Walkę,
której nie zamierzała przegrać.
Żołądek podskakiwał jej razem z samolotem, lecz nauczyła się to
ignorować. Latała przez całe życie i co sezon walczyła z pożarami, odkąd
skończyła osiemnaście lat. Przez ostatnie cztery zaś skakała do akcji
gaśniczych na spadochronie.
Uczyła się, szkoliła, opatrywała poparzenia, przezwyciężała ból i wyczerpanie, by zostać Zulie, strażakiem docierającym do pożaru na
spadochronie.
Wyciągnęła długie nogi jak tylko mogła najdalej i poruszała ramionami
pod plecakiem, by je rozprostować.
Siedzący obok jej partner do skoku obserwował pożar podobnie jak ona.
Szybko zabębnił palcami po udzie.
- Wygląda poważnie.
- Damy mu popalić.
Rzucił dziewczynie szybki, szeroki uśmiech.
- Jak cholera.
Nerwy. Niemal je u niego wyczuwała pod skórą.
Zbliża się koniec jego pierwszego sezonu, pomyślała, a Jim Brayner musi
się nakręcić przed skokiem. Niektórym zawsze jest to potrzebne, podczas
gdy inni zapadają w krótkie drzemki, żeby wyspać się na zapas przed
czekającą ich ciężką próbą.
W tej grupie ona miała skakać jako pierwsza, Jim tuż za nią. Jeśli
potrzebował trochę adrenaliny, mógł liczyć na swoją partnerkę.
- Skopiemy suce jej cholerną dupę. To od blisko tygodnia pierwszy
prawdziwy pożar. - Szturchnęła go łokciem. - Czy to nie ty powtarzałeś,
że sezon już się skończył?
Postukał niespokojnymi palcami do jakiegoś sobie tylko znanego rytmu.
- Nie, to Matt. - Z uśmiechem przerzucił oskarżenie na brata.
- Tak to już jest z chłopakami z farmy w Nebrasce. Nie masz przypadkiem
jutro gorącej randki?
- Moje randki zawsze są gorące.
Nie mogła zaprzeczyć, gdyż zdarzyło jej się oglądać, jak Jim podrywa
dziewczyny, kiedy tylko oddział miał wolny wieczór i można było
wyskoczyć do miasta. Przypomniała sobie, że ją też próbował poderwać
jakieś dwie sekundy po przyjeździe do bazy. Jej odmowę potraktował z humorem. Rowan trzymała się niewzruszonej zasady, by nigdy się nie
umawiać z kolegami z pracy.
W innym wypadku mogłaby się skusić. Miał taką szczerą niewinną twarz z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku. Idealną u faceta obiecującego dobrą
zabawę. Ale do poważnego związku - nawet gdyby tego właśnie szukała -
nigdy by się nie nadał. Choć byli w tym samym wieku, wydawał jej się po
prostu zbyt młody i chyba za słodki, pod tą cienką aurą niewinności,
która wciąż jeszcze go otaczała.
- Jaka dziewczyna pójdzie do łóżka sama i smutna, kiedy ty będziesz
tańczył z ogniem? - zapytała.
- Lucille.
- Ta chichotka?
Bez przerwy stukał palcami w kolano.
- Nie tylko chichocze.
- Prawdziwy z ciebie pies na kobiety, Romeo.
Przechylił głowę na bok i zaszczekał kilka razy, co bardzo ją rozbawiło.
- Upewnij się tylko, żeby Dolly nie dowiedziała się, komu machasz ogonem
- ostrzegała go.
Jak wszyscy wiedziała, że przez cały sezon sypiał z jedną z kucharek z bazy.
- Poradzę sobie. - Stukanie przybrało na sile. - Na pewno.
Rowan pomyślała, że ewidentnie coś tu nie gra. Dlatego właśnie mądrzy
ludzie nie sypiają ze znajomymi z pracy.
Szturchnęła go lekko, bo te wciąż ruszające się palce nie dawały jej
spokoju.
- Wszystko w porządku, farmerze?
Przelotnie spojrzał jej prosto w oczy, po czym odwrócił wzrok, a jego
kolana podskoczyły pod dłońmi.
- Zero problemów. Wszystko pójdzie gładko jak zawsze. Muszę po prostu
tylko znaleźć się na dole.
Przykryła jego rękę swoją, by ją uspokoić.
- Musisz się skoncentrować na robocie, Jim.
- Wiem. Kiedy już tam będziemy, ogień nie będzie taki hardy. Ugasimy
sukę, a jutro wieczorem spotkam się z Lucille.
Raczej nie, pomyślała Rowan. Widok pożaru z góry ustawił jej wewnętrzny
licznik na dwa dni ciężkiej roboty.
Jeśli wszystko pójdzie po ich myśli.
Sięgnęła po kask i skinęła głową wyrzucającemu.
- Szykujemy się. Zachowaj spokój, farmerze.
- Jestem oazą spokoju.
Cards1, nazywany tak, bo zawsze nosił przy sobie talię kart,
przecisnął się obok dziesięciu strażaków i sprzętu na tył samolotu i przymocował koniec uprzęży do liny.
Kiedy wykrzyknął ostrzeżenie, by pilnowali swoich spadochronów
zapasowych, Rowan objęła ramieniem swój. Cards, potężnie zbudowany
weteran, otworzył drzwi, przez które wpadł wiatr śmierdzący dymem i spalinami. Gdy mężczyzna sięgnął po pierwszy zestaw papierowych sond,
Rowan włożyła kask na krótkie jasne włosy, zapięła paski pod brodą i poprawiła maskę ochronną na twarzy.
Patrzyła, jak sondy opadają w kolorowym tańcu przez zasnute dymem niebo.
Ich długie pasemka trzepotały w turbulencjach, wirowały w stronę
południowego zachodu, zakręciły się, podskoczyły w górę, po czym
podskoczyły raz jeszcze i zniknęły między drzewami.
- W prawo! - krzyknął do mikrofonu Cards i pilot zawrócił samolot.
Druga partia sond zawirowała w powietrzu jak nakręcana zabawka. Zbiły
się w jedną całość, potem rozproszyły, a na koniec opadły na porośnięte
drzewami miejsce lądowania.
- Wiatr sięga drzew i dalej, naszego celu - powiedziała Rowan do Jima.
Wyrzucający i pilot wykonali ostatnie poprawki kursu i w strugi
powietrza wyleciała kolejna partia sond.
- Potrafi ukąsić.
- Tak. Widziałem. - Jim przesunął dłonią po ustach, po czym zapiął kask
i osłonę twarzy.
- Schodzimy! - krzyknął Cards.
Rowan była dziś pierwsza, wstała więc, by zająć pozycję.
- Jakieś dwieście siedemdziesiąt metrów opadania! - zawołała do Jima i powtórzyła, co Cards powiedział do pilota. - Ale ten prąd jest
niebezpieczny. Nie daj się porwać w dół.
- Nie robię tego pierwszy raz.
Widziała, jak uśmiecha się pod maską - pewny siebie, nawet
zniecierpliwiony. Coś jednak błysnęło w tych oczach. Przez ułamek
sekundy. Już chciała się odezwać, lecz Cards przy drzwiach krzyknął:
- Gotowi?!
- Tak! - odkrzyknęła.
- Haczenie.
Rowan zaczepiła linkę.
- Na próg!
Usiadła, wysuwając nogi w ostry ciąg powietrza, i odchyliła ciało do
tyłu. Wszystko huczało. Pod jej nogami ogień znaczył swą drogę na
czerwono i złoto.
Była tylko ta chwila, nic, tylko wiatr, ogień i mieszanka podniecenia i strachu, która zawsze ją zdumiewała.
- Widziałaś sondy?
- Tak.
- Widzisz miejsce?
Skinęła głową i raz jeszcze przypomniała sobie lot kolorowych pasemek ku
miejscu lądowania.
Cards powtórzył to, co powiedziała Jimowi, niemal słowo w słowo. Kiwała
tylko głową, wpatrzona w horyzont. Uspokoiła oddech, wyobrażając sobie,
jak leci, opada, szybuje przez niebo prosto do celu.
Przeprowadziła kontrolę czterech punktów, kiedy samolot zatoczył krąg i wyrównał lot.
Cards wsunął głowę do środka.
- Gotowi.
Do biegu gotowi, start! - usłyszała w głowie głos ojca. Chwyciła drzwi
po obu stronach i wciągnęła powietrze.
Kiedy poczuła klepnięcie w ramię, rzuciła się prosto w niebo.
Nic nie mogło się równać z tą jedną chwilą szaleństwa, gdy spadała w pustkę. Policzyła w myślach, jakby automatycznie oddychając, i przetoczyła się, by zobaczyć, jak samolot przelatuje nad nią. Dostrzegła
Jima, który wyskoczył za nią.
Raz jeszcze się odwróciła, walcząc z wiatrem, aż jej stopy skierowały
się w dół. Otworzył się spadochron, szarpiąc ją gwałtownie w górę. Znów
odszukała wzrokiem Jima i ogarnęła ją ulga, kiedy zauważyła na niebie
jego spadochron. W chwili ulotnej ciszy, poza rykiem silników i szumem
ognia, chwyciła linki sterownicze.
Wiatr uparcie chciał ją pociągnąć na północ. Rowan równie uparcie
trzymała się kursu, który wytyczyła sobie w myślach. Obserwowała ziemię,
walcząc ze zmiennymi prądami szarpiącymi czaszę materiału nad jej głową
i starającymi się wciągnąć ją w wir.
Turbulencja, która porwała sondy, uderzyła ją prosto w twarz, a z płonącej ziemi buchał w górę żar. Jeśli wiatr zrobi swoje, Rowan
przeleci nad wyznaczonym miejscem lądowania i wpadnie w drzewa,
ryzykując, że zawiśnie na gałęziach. Albo, co gorsza, wiatr popchnie ją
na zachód, prosto w ogień.
Pociągnęła mocno za linkę i obejrzała się na Jima, którego porwał prąd
powietrza.
- Ciągnij prawą! Prawą!
- Mam! Mam.
Jednak ku jej przerażeniu pociągnął za lewą.
- Prawą, do cholery!
Musiała się odwrócić przed podejściem do lądowania i przyjemność z gładkiego manewru utonęła w przerażeniu. Jim poszybował na zachód,
ciągnięty bezwładnie przez ułożony poziomo spadochron.
Rowan opadła na ziemię, przetoczyła się. Wstała, odpięła linki. Stojąc w środku ognia, usłyszała to.
Przeraźliwy krzyk swojego partnera.
Krzyk podążał za nią, gdy gwałtownie usiadła na łóżku, i odbijał się
echem w jej głowie, kiedy objęła się ramionami w ciemności.
Przestań, przestań, przestań!, napominała się w duchu. I oparła głowę
na kolanach, dopóki nie uspokoiła oddechu.
To nie ma sensu, pomyślała. Nie ma sensu odtwarzać tego wszystkiego
jeszcze raz, przeżywać wszystkich szczegółów, wszystkich chwil. Nie
wolno też pytać samej siebie, czy mogła cokolwiek zrobić inaczej.
I dlaczego Jim nie poleciał za nią na miejsce lądowania? Dlaczego
pociągnął złą linkę? Bo, cholera jasna, pociągnął złą.
I poleciał prosto w wysokie, zabójcze gałęzie płonących drzew.
To było wiele miesięcy temu. Miała całą długą zimę, by się z tym uporać.
I myślała, że się jej udało.
Kiedy jednak wróciła do bazy, wszystko znowu ożyło. Potarła dłońmi
twarz, a potem przesunęła nimi po włosach, które przed kilkoma dniami
obcięła na krótko.
Sezon pożarów zaraz się rozpoczynał. Za kilka godzin miała szkolenie.
Wspomnienia, żal i smutek z pewnością z łożą jej ponowną wizytę. Ale
potrzebowała snu, jeszcze jednej godziny, zanim będzie mogła się
przygotować do morderczego czterokilometrowego biegu.
Bez trudu zapadała w sen w każdym miejscu i o każdej porze. Kuląc się w strefie bezpieczeństwa podczas pożaru lub w rzucającym nią samolocie.
Potrafiła jeść i spać, kiedy tylko zachodziła taka potrzeba albo
nadarzała się sprzyjająca okazja.
Jednak gdy znów zamknęła oczy, zobaczyła siebie tuż przed tamtym
skokiem, jak odwraca się w stronę uśmiechniętego Jima.
Wiedząc, że musi to z siebie strząsnąć, wyskoczyła z łóżka. Weźmie
prysznic, łyknie trochę kofeiny, jakieś węglowodany, a potem zrobi lekką
rozgrzewkę przed testem wytrzymałościowym.
Jej koledzy spadochroniarze nie mogli się nadziwić, że nigdy nie pije
kawy, chyba że już nie ma innego wyboru. Wolała zimne i słodkie napoje.
Kiedy się ubrała, sięgnęła do zapasów coli, po czym wzięła batonik
regenerujący. Wyszła na zewnątrz, gdzie na niebo nieśmiało wypływał
pierwszy brzask dnia, a w powietrzu zachodniej Montany unosił się chłód
wczesnej wiosny.
Na bezkresnym niebie migotały jeszcze gwiazdy niczym gasnące świeczki.
Rowan otoczyły kojący mrok i cisza. Mniej więcej za godzinę baza się
przebudzi i w powietrzu zapachnie testosteronem.
Ponieważ z reguły wolała towarzystwo mężczyzn i rozmowy z nimi, nie
miała nic przeciwko temu, że znajduje się w mniejszości. Ceniła sobie
jednak spokój, te krótkie chwile samotności, które stawały się tak
rzadkie i cenne podczas sezonu. Obok snu to była najlepsza rzecz przed
długim dniem wypełnionym stresem i napięciem.
Mogła powtarzać sobie w duchu, że nie powinna martwić się biegiem, że
przez całą zimę ostro ćwiczyła i była w życiowej formie - nic to nie
znaczyło.
Przecież wszystko mogło się zdarzyć. Jak choćby skręcenie kostki;
wystarczyła chwila nieuwagi, paraliżujący skurcz. Mogła też po prostu
słabo pobiec. Innym się to przytrafiało. Czasami poprawiali kiepski
wynik, czasem nie.
Negatywne podejście nie pomagało. Zjadła batonik, popiła colą i obserwowała, jak dzień wysyła pierwszy blask nad ostrymi, przykrytymi
śniegiem szczytami na zachodzie.
Kiedy kilka godzin później weszła do sali gimnastycznej, zauważyła, że
jej samotność dobiegła końca.
- Cześć, Trigger. - Skinęła głową mężczyźnie robiącemu brzuszki na
macie. - Co wiesz?
- Wiem, że nam odbiło. Co ja tu, do cholery, robię, Ro? Mam czterdzieści
trzy lata.
Rozwinęła matę i zaczęła się rozciągać.
- Gdyby ci nie odbiło i ciebie tu nie było, nadal miałbyś czterdzieści
trzy lata.
Mierzący metr dziewięćdziesiąt dwa i z trudem mieszczący się w granicach
dopuszczalnego wzrostu Trigger Gulch był szczupłym, surowym facetem z akcentem z Teksasu i zamiłowaniem do butów typu kowbojki.
Zrobił szybką serię brzuszków.
- Mógłbym leżeć na plaży w Waikiki.
- Mógłbyś też sprzedawać nieruchomości w Amarillo.
- Racja. - Wytarł twarz i wyciągnął palec w jej stronę. - Spokojny etat
przez następne piętnaście lat, a potem emerytura w Waikiki.
- Słyszałam, że tam jest strasznie tłoczno.
- Tak, na tym polega cholerny problem. - Usiadł. Ten przystojny
mężczyzna o lekko posiwiałych brązowych włosach na lewym kolanie miał
bliznę po operacji łękotki. Uśmiechnął się, gdy Rowan położyła się na
wznak i podciągnęła prawą nogę aż do nosa. - Dobrze wyglądasz, Ro. Jak
ci minął sezon gromadzenia tłuszczyku?
- Pracowicie. - Powtórzyła to samo ćwiczenie rozciągające z lewą nogą. -
Nie mogłam się już doczekać powrotu, żeby trochę odpocząć.
Roześmiał się na te słowa.
- Jak się miewa twój tato?
- Świetnie. - Usiadła i wykonała głęboki skłon. - O tej porze roku
trochę się rozkleja. - Zamknęła lodowatobłękitne oczy i podciągnęła
obciągnięte stopy w stronę głowy. - Brakuje mu zamieszania, bo wszyscy
wracają, ale dzięki pracy nie ma czasu na rozpamiętywanie.
- Nawet zwykli ludzie lubią skakać ze spadochronem.
- I dobrze za to płacą. W zeszłym tygodniu nieźle zarobił. - Rozsunęła
szeroko nogi, chwyciła palce u stóp i zrobiła skłon. - Pewna para
uczciła skokiem pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Dali mu napiwek, butelkę
szampana.
Nie ruszając się z miejsca, Trigger obserwował, jak Rowan wstaje, by
wykonać "pierwsze powitanie słońca".
- Nadal prowadzisz te hipisowskie zajęcia?
Rowan przeszła płynnie do pozycji "psa" z głową skierowaną w dół, którą
odwróciła ku niemu, by rzucić mu pogardliwe spojrzenie.
- To się nazywa joga, staruszku, tak więc poza sezonem nadal pracuję
jako osobisty instruktor. Spalam dzięki temu trochę tłuszczu z tyłka. A ty?
- Ja go gromadzę. Będę miał więcej do spalenia, gdy zacznie się
prawdziwa robota.
- Jeśli ten sezon okaże się tak leniwy jak ostatni, będziemy siedzieć na
tłustych tyłkach. Widziałeś Cardsa? Wygląda na to, że zimą nie odmawiał
sobie dokładek.
- Ma nową kobietę.
- Pieprzysz. - Już rozgrzana, podkręciła tempo, dodając wypady.
- Poznał ją w dziale z mrożonkami w sklepie spożywczym w październiku, a w Nowy Rok wprowadził się do niej. Ma dwójkę dzieci. Nauczycielka.
- Nauczycielka, dzieci? Cards? - Rowan pokręciła głową. - To musi być
miłość.
- Coś na pewno. Powiedział, że przyjedzie razem z dziećmi może pod
koniec lipca, spędzi tu resztę lata.
- Brzmi poważnie. - Wykręciła się, nie spuszczając wzroku z Triggera. -
Musi być niezła. Jednak niech on lepiej sprawdzi, jak ona poradzi sobie
z sezonem. Związać się ze strażakiem-spadochroniarzem zimą to jedno, a przetrwać lato - to drugie. Rodziny rozpadają się jak domki z kart -
dodała i natychmiast tego pożałowała, gdy do sali wszedł Matt Brayner.
Nie widziała go od pogrzebu Jima i choć kilka razy rozmawiała z jego
matką, nie była pewna, czy już wrócił.
Pomyślała, że wygląda starzej, a wokół ust i oczu miał wyraźne oznaki
zmęczenia. Z bólem serca uświadomiła sobie, że jest bardzo podobny do
brata, ze zmierzwioną czupryną jasnych włosów i jasnoniebieskimi oczami.
Przebiegł spojrzeniem od Triggera do niej. Zastanawiała się, ile
kosztuje go ten uśmiech.
- Jak leci?
- Nieźle. - Wyprostowała się i wytarła dłonie o spodnie od dresu. -
Muszę wypocić trochę nerwów przed testem wytrzymałościowym.
- Pomyślałem, że zrobię to samo. Albo wszystko oleję, pojadę do miasta i zamówię podwójną porcję naleśników.
- Zjemy je po biegu. - Trigger podszedł do nich i wyciągnął rękę. -
Dobrze cię widzieć, farmerze.
- Ciebie też.
- Idę po kawę. Niedługo nas zgarną.
Kiedy Trigger wyszedł, Matt zbliżył się i wziął dziesięciokilogramowy
ciężarek. Po czym go odstawił.
- Chyba przez jakiś czas będzie dziwnie. Kiedy wszyscy mnie widzą...
myślą...
- Nikt o tym nigdy nie zapomni. Cieszę się, że wróciłeś.
- Ja nie wiem, czy się cieszę, ale nie mógłbym robić niczego innego.
Chciałem ci podziękować, że byłaś w kontakcie z moją mamą. To wiele dla
niej znaczy.
- Chciałabym... No, gdyby życzenia były końmi, miałabym całe rodeo.
Cieszę się, że tu jesteś. Do zobaczenia w furgonetce.
Rozumiała uczucia Matta, kiedy powiedział, że nie mógłby robić niczego
innego. To odzwierciedlało uczucia wszystkich mężczyzn i czterech
kobiet, także jej własne, gdy wsiadali do furgonetek, by pojechać na
start biegu decydującego o przyjęciu do pracy. Usiadła wygodnie i jednym
uchem słuchała otaczających ją docinków i przechwałek.
Jak zwykle najpopularniejsze przytyki dotyczyły zimowego przybrania na
wadze i tłustych tyłków. Zamknęła oczy i próbowała zasnąć; nie
dosięgało jej napięcie odczuwalne w furgonetce, skrywane pod dowcipnymi
uwagami.
Janis Petrie, jedna z czterech kobiet w oddziale, usiadła obok niej.
Dzięki drobnej sylwetce nazywana Elfem, wyglądała na dziarską
cheerleaderkę.
Tego ranka pomalowała paznokcie na jasnoróżowo, a lśniące brązowe włosy
spięła w koński ogon gumką z motylkami.
Była słodka jak żelka, lubiła chichotać i potrafiła stać w szeregu z piłą łańcuchową przez czternaście godzin bez przerwy.
- Gotowa do boju, Szwedko?
- Jasne. Dlaczego się umalowałaś przed tym cholernym testem?
Janis zatrzepotała gęstymi, długimi rzęsami.
- Żeby ci biedacy mieli na co popatrzeć, gdy będą padać na nos tuż za
finiszem. I kiedy zobaczą, że przybiegłam pierwsza.
- Jesteś cholernie szybka.
- Drobna, ale silna. Sprawdzałaś nowych?
- Jeszcze nie.
- Jest sześć kobiet. Może parę do nas dołączy i stworzymy kółko robótek
ręcznych. Albo klub czytelniczy.
Rowan roześmiała się.
- A potem zorganizujemy kiermasz wypieków.
- Będziemy sprzedawać babeczki. To moja słabość. Strasznie
prowincjonalna. - Janis pochyliła się, by móc wyjrzeć przez okno. -
Zawsze za tym tęsknię, gdy wyjeżdżam, i zastanawiam się, co robię w mieście, prowadząc fizjoterapię dla facetów cierpiących na łokieć
tenisisty. - Wypuściła powietrze. - A w lipcu zacznę się zastanawiać, co
robię tutaj, bez snu, obolała, kiedy mogłabym spędzać przerwę na lunch
nad basenem.
- Missoulę i San Diego dzieli szmat drogi.
- Cholerny. Ty nie masz takich problemów, bo tu mieszkasz. Dla
większości z nas to jak powrót do domu. Dopóki nie skończy się sezon.
Można się pogubić. - Przewróciła brązowymi oczami, kiedy furgonetka się
zatrzymała. - No to ruszamy.
Rowan wysiadła i wciągnęła pachnące świeżością powietrze. Wiosna z bujną
zielenią, dzikimi kwiatami i łagodnymi powiewami wiatru była już o krok.
Przyjrzała się chorągiewkom wyznaczającym trasę, gdy szef bazy, Michael
Little Bear, zapoznawał wszystkich z regułami biegu.
Długi czarny warkocz spływał mu na plecy okryte jasnoczerwoną kurtką.
Rowan wiedziała, że miał w kieszeni zapas miętówek zastępujących mu
marlboro, które rzucił zimą.
L.B. mieszkał z rodziną o rzut kamieniem od bazy, a jego żona pracowała
z ojcem Rowan.
Wszyscy znali zasady. Trzeba przebiec trasę poniżej dwudziestu dwóch
minut i trzydziestu sekund albo dać sobie spokój. I wrócić za tydzień.
Znów porażka? Pora szukać nowej pracy na lato.
Rowan zaczęła się rozciągać: ścięgna pod kolanami, mięśnie ud, łydki.
- Nienawidzę tego gówna.
- Uda ci się - zapewnił ją Little Bear, a ona szturchnęła go łokciem w brzuch. - Pomyśl o pizzy z szynką, która czeka na ciebie na mecie.
- Całuj mnie w dupę.
- Przy jej obecnych rozmiarach? Trochę by mi to zajęło.
Prychnął rozbawiony, gdy ustawili się w szeregu.
Uspokoiła się. Skoncentrowała umysł i ciało, a L.B. wrócił do
furgonetki. Kiedy ruszyła, poszli razem z nią. Rowan wcisnęła guzik
stopera. Trzymała się razem z grupą. Znała ich wszystkich - z nimi
pracowała, pociła się, ryzykowała życie. Życzyła im w duchu powodzenia i dobrego wyniku.
Lecz przez następne dwadzieścia dwie minuty i trzydzieści sekund każdy
był sam.
Rowan przyspieszyła i biegła, jakby walczyła o przetrwanie, co w sporej
części było prawdą. Przedarła się przez grupę i podobnie jak inni
wykrzykiwała żarty lub docinki, co miało zmusić do wysiłku. Wiedziała,
że będą ich boleć kolana, walić im serca, będzie się wszystkim
przewracać w żołądku. Wiosenne treningi niektóre z tych dolegliwości
eliminowały, inne potęgowały.
Nie mogła o tym myśleć. Skoncentrowała się na pierwszym kilometrze, a kiedy minęła oznakowanie, sprawdziła czas: cztery minuty dwanaście
sekund.
Drugi kilometr, nakazała sobie w duchu, i biegła dalej równym rytmem,
nawet kiedy minęła ją Janis z szerokim uśmiechem na twarzy. Pieczenie
przeszło z palców u nóg do kostek i popłynęło w górę łydek. Pot ściekał
strumieniem po plecach, po piersiach, po galopującym sercu.
Mogła zwolnić - miała dobry czas - ale gnało ją napięcie wynikające z wyimaginowanych potknięć i lęku przed skręceniem nogi.
Nie odpuszczaj.
Kiedy przebiegła ponad dwa kilometry, nie zwracała już uwagi na
pieczenie i pot, i powoli wpadała w pustkę. Jeszcze ponad kilometr.
Wyminęła część kolegów, ją minęli inni, puls nie przestawał dudnić jej w uszach. Jak przed skokiem wpatrywała się w horyzont: w ziemię i w niebo.
Miłość do nich przeniosła ją przez ostatni kilometr.
Przebiegła przed ostatnią chorągiewką, usłyszała, jak L.B. wykrzykuje
jej nazwisko i czas. Tripp, piętnaście minut dwadzieścia sekund. I pokonała jeszcze prawie dwadzieścia metrów, zanim zdołała przekonać
nogi, że mogą się już zatrzymać.
Zgięła się wpół, by odzyskać oddech, i zacisnęła powieki. Jak zawsze po
sprawdzianie miała ochotę płakać. Nie z wysiłku. Razem z innymi stawiała
czoło gorszym, trudniejszym wyzwaniom. Ale stres, który targał jej
umysłem, w końcu ustąpił.
Mogła nadal być tym, kim chciała.
Zeszła z trasy, nasłuchując innych nazwisk i czasów. Przybiła piątkę
Triggerowi, gdy skończył bieg.
Wszyscy, którzy zaliczyli sprawdzian, zostali na linii. Znów byli
drużyną i gorąco pragnęli, by reszcie też się udało. Spojrzała na
zegarek; zbliżała się granica czasu. Na trasie została jeszcze czwórka.
Cards, Matt, Yangtree, który przed miesiącem świętował - albo opłakiwał
- pięćdziesiąte czwarte urodziny, i Gibbons, z powodu uszkodzonego
kolana niemal kuśtykający przez ostatnie metry.
Cards skończył z zapasem trzech sekund, Yangtree tuż za nim. Twarz
Gibbonsa przypominała studium bólu i wysiłku, ale Matt? Odnosiła
wrażenie, że wcale się nie stara.
Ich spojrzenia spotkały się. Zacisnęła pięść, wyobrażając sobie, że
ciągnie Matta i Gibbonsa przez ostatnie kilka metrów, bo sekundy
nieubłaganie mijały. Mogła przysiąc, że widziała, jak rozbłyska światło,
i zobaczyła, jak Matt wpada na metę.
Miał czas dwadzieścia dwie minuty dwadzieścia osiem, Gibbons był pół
sekundy za nim.
Rozległ się wybuch radości, triumfalne powitanie nowego sezonu.
- Chyba chcieliście nam zapewnić trochę emocji. - L.B. opuścił podkładkę
na dokumenty. - Witamy z powrotem. Odpocznijcie minutkę, a potem się
zbieramy.
- Hej, Ro!
Odwróciła się w stronę Cardsa w samą porę, by zobaczyć, jak się pochyla
i spuszcza spodnie.
- Dupy w górę!
Rzeczywiście wracamy do gry, pomyślała.
2
Gulliver Curry wysupłał się ze śpiwora i ocenił sytuację. Wszystko go
bolało. Ale dało się wytrzymać.
Wyczuł śnieg, a gdy wyjrzał z namiotu, zobaczył kilkanaście centymetrów
świeżego puchu, który spadł w nocy. Kiedy wciągał spodnie, z jego ust
wypływały obłoczki pary. Odciski na odciskach sprawiły, że ubieranie się
było... nowym doświadczeniem.
A on cenił sobie nowe doświadczenia.
Dzień wcześniej razem z dwudziestoma pięcioma rekrutami czternaście
godzin kopał rowy przeciwogniowe, a potem dołożył do tego niewielkie
zadanie polegające na przejściu pięciu kilometrów z ważącym czterdzieści
trzy kilo plecakiem.
Ścinali drzewa piłami poprzecznymi, przemieszczali się, ostrzyli
narzędzia, wędrowali, wykopywali pnie, kopali rowy, wspinali się na
gigantyczne sosny i znów kopali.
Obóz letni dla masochistów, pomyślał. W innych kręgach znany jako
szkolenie kandydatów na strażaków-spadochroniarzy. Czterech rekrutów już
zniknęło - dwóch nie przeszło pierwszego sprawdzianu sprawności. Siedem
lat doświadczenia z ogniem, z czego cztery ostatnie w ekipie strażaków
leśnych, dało Gullowi pewną przewagę.
Ale to nie oznaczało, że czuł się świeżo jak wiosenny poranek.
Przesunął dłonią po twarzy, szorując po nieogolonym od tygodnia
zaroście. Boże, marzył o gorącym prysznicu, brzytwie i lodowatym piwie.
Dziś wieczór po rozrywkowej wędrówce przez Bitterroots, tym razem z ważącym pięćdziesiąt pięć kilogramów plecakiem, dostanie te wszystkie
trzy rzeczy.
A jutro czeka go następny etap. Zacznie naukę latania.
Strażacy leśni trenowali jak szaleńcy i harowali jak woły, głównie przy
pożarach drzewostanu. Ale nie skakali z samolotów. Pomyślał, że to
dostarczało zupełnie nowych przeżyć. Przesunął dłonią po gęstych
ciemnych włosach, po czym wyczołgał się z namiotu w kryształowy blask
przedświtu.
Jego oczy, zielone jak u kota, powędrowały w górę, by sprawdzić niebo.
Stał przez moment w ciszy, wysoki i mocno zbudowany, w prostych
brązowych spodniach i jasnożółtym podkoszulku. Towarzyszyła mu
świadomość, że niedługo będzie mógł robić to, po co tu przybył.
Oszacował wysokość rosnącej na lewo od niego sosny. Jakieś trzydzieści
metrów. Dzień wcześniej wszedł na tę zdzirę, wbijając klamry w korę. Z tej wysokości, przypięty uprzężą, spoglądał na las.
I to także było nowym doświadczeniem.
Przez zapach śniegu i sosen ruszył w stronę namiotu-kuchni, gdy obóz
zaczął ożywać. Pomimo bólu i odcisków - a może właśnie dlatego - nie
mógł się doczekać, co przyniesie nowy dzień.
Po południu patrzył, jak przewraca się wielka sosna. Odsunął kask na tył
głowy, by otrzeć pot z czoła, i skinął głową partnerowi od piły.
- Kolejna gryzie ziemię.
Dobie Karstain ze swoim wzrostem metr sześćdziesiąt pięć ledwo spełniał
wymogi. Jego broda i długie, gęste, ciemnobrązowe włosy nadawały mu
wygląd miniaturowego trapera, a wielkie gogle podkreślały jego ogromne
dzikie oczy.
Podniósł piłę łańcuchową.
- Potnijmy ją na mniejsze kąski.
Pracowali rytmicznie. Gull typował Dobiego do wylotu, ale urodzony w Kentucky mężczyzna był silniejszy i bardziej wytrzymały, niż na to
wyglądał. Gull go polubił, mimo iż tamten był prostakiem, i wierzył, że
niedługo połączy ich wzajemne zaufanie.
Jeśli Dobie przejdzie dalej, istniała szansa, że znów będą razem kopać i piłować. Nie w jasne wiosenne popołudnie, lecz w samym środku pożaru,
gdzie zaufanie i praca zespołowa są równie ważne jak toporek zwany
Pulaski, połączenie siekiery i równie ostro zakończonej motyki.
- Mógłbym ją zaliczyć, zanim wyleci.
Gull obejrzał się na jedną z kobiet-rekrutów.
- Dlaczego myślisz, że wyleci?
- Kobiety nie są stworzone do tej roboty, synu.
Curry przeciągnął ostrze piły przez sosnę.
- Tylko do rodzenia dzieci?
Dobie uśmiechnął się zza brody.
- Nie ja projektowałem ten model. Ale lubię go ujeżdżać.
- Dupek z ciebie.
- Tak mawiają - zgodził się tym samym pogodnym tonem.
Gull ponownie przyjrzał się kobiecie. Dziarska blondynka, jakieś pięć
centymetrów niższa od Dobiego. Ale radziła sobie równie dobrze jak
pozostali. Instruktorka narciarska z Kolorado, przypomniał sobie. Libby.
Widział, jak rano zaklejała odciski.
- Stawiam dwadzieścia, że dotrwa do końca.
Dobie zachichotał, gdy z pnia oderwał się kolejny blok.
- Zakład stoi, synu.
Kiedy skończyli zadanie, Gull nakleił plastry na swoje odciski. A potem,
ponieważ instruktorzy byli zajęci, także na odciski Dobiego.
Przeszli przez obóz do czekających na nich plecaków. Jeszcze pięć
kilometrów, pomyślał Gull, i skończy ten miły dzień goleniem, prysznicem
i zimnym piwem.
Usiadł, założył plecak, a potem wyjął paczkę gumy. Zaproponował listek
Dobiemu.
- Dzięki.
Razem dźwignęli się do pozycji klęczącej, a potem wstali.
- Wyobraź sobie, że niesiesz śliczną drobną babkę - poradził mu Dobie,
unosząc brwi i patrząc w stronę Libby.
- Trochę za chuda jak na mój gust.
- Kiedy skończymy, będzie ważyć więcej.
Na pewno, pomyślał Gull, tym bardziej że instruktor narzucił ostre tempo
na skalistym szlaku.
Wspierali się wzajemnie, docinali sobie, obrażali się, by tylko grupa
powoli posuwała się o kolejny krok, kolejny metr. Napędzała ich
świadomość, że za kilka tygodni wszystko będzie się działo naprawdę. A w ogniu ich życie zależało od kolegów.
- Co porabiasz w Kentucky? - zapytał Gull Dobiego.
Nad ich głowami zaskrzeczał jastrząb, a odór potu mieszał się z zapachem
sosen.
- To i owo. Przez ostatnie trzy lata gasiłem pożary w rezerwatach.
Pewnej nocy po akcji trochę się upiłem i przyjąłem zakład, że zostanę
strażakiem-spadochroniarzem. Złożyłem papiery i oto jestem.
- Robisz to dla zakładu? - Pomysł wydał się Gullowi niedorzeczny.
- Założyłem się o stówę, synu. A moja duma warta jest o wiele więcej.
Skakałeś kiedyś z samolotu?
- Tak.
- Trzeba być wariatem.
- Niektórzy tak twierdzą.
- Jak to jest? Kiedy spadasz.
- To przypomina ognisty seks z piękną kobietą.
- Miałem taką nadzieję. - Dobie poprawił plecak i skrzywił się. -
Lepiej, żeby to cholerne szkolenie było tego warte.
- Libby się trzyma.
- Kto?
Gull uniósł podbródek.
- Twój ostatni zakład.
Dobie zazgrzytał zębami, gdy zaczęli pokonywać kolejne podejście.
- Dzień się jeszcze nie skończył.
A gdy wreszcie dobiegł końca, Gull wziął prysznic, ogolił się i zdołał
jeszcze wypić piwo, zanim padł twarzą na łóżko.
Michael Little Bear zatrzymał Rowan po drodze do sali gimnastycznej.
- Musisz przejąć szkolenie nowych dziś rano. Miał to zrobić Cards, ale
rzyga jak kot.
- Kac?
- Nie. Grypa żołądkowa czy coś takiego. Masz ich przeciągnąć po placu
zabaw. OK?
- Jasne. Jestem już z Yangtree na symulatorze. Mogę poświęcić dzień na
pożeranie nowych. Ilu mamy?
- Zostało dwudziestu pięciu, naprawdę dobrych. Jeden pobił rekord bazy w biegu na dwa kilometry. Wykręcił sześć minut i trzydzieści dziewięć
sekund.
- Ma szybkie stopy. Zobaczymy, jak sobie dziś poradzi reszta jego ciała.
Skróciła zaplanowane na półtorej godziny ćwiczenia o trzydzieści minut.
Praca z rekrutami na torze przeszkód na pewno jej to wynagrodzi, na
dodatek oznaczało to, że wywinie się od szycia w magazynie toreb na
sprzęt.
Cholernie dobry układ, pomyślała, wkładając buty.
Chwyciła papiery, podkładkę, butelkę z wodą i poprawiając na głowie
niebieską czapkę z daszkiem, wyszła na zewnątrz.
W nocy napłynęły chmury i okryły wszystko niczym ciepła kołdra. Baza już
ożyła; biegacze pojawili się na bieżni i drodze, z ciężarówek
wyładowywano zapasy, kobiety i mężczyźni krążyli między budynkami. Na
lądowisku kołował samolot z grupą mającą wykonać skok treningowy.
Na długo przed pierwszą syreną było wiele pracy. Szycie, pakowanie
plecaków i spadochronów, rozkładanie sprzętu, szkolenie.
Szła w stronę toru treningowego, kiedy natknęła się na Matta.
- Do czego cię przydzielili? - zapytał.
- Szkolenie nowych. Cardsa powaliła grypa żołądkowa. A ty?
- Ja jestem na górze. - Spojrzał w niebo, gdy samolot wzbijał się w powietrze. - Rano siedzę w magazynie. - Uśmiechnął się. - Chcesz się
zamienić?
- Hm, mam tkwić w zamknięciu i ładować zapasy, zamiast torturować
rekrutów na świeżym powietrzu? Nic z tego.
- Tak myślałem.
Idąc dalej, zauważyła, że kandydaci na strażaków już się gromadzą.
Przyjechali do bazy po tygodniu obozowania i pracy w terenie, i jeśli
mieli dobrze w głowie, to porządnie się wyspali.
Ci, którzy to zrobili, pewnie będą się dziś czuli bardziej świeżo od
pozostałych.
Wkrótce to sprawdzi.
Kilku z nich snuło się po torze przeszkód, próbując oszacować, co ich
czeka. Bystrzaki, pomyślała. Chcą poznać wroga. W powietrzu niósł się
śmiech i wesołe głosy. Chcą się nakręcić - to też mądre.
Tor przeszkód był suką pierwszego sortu, a to dopiero początek długiego,
morderczego dnia. Spojrzała na zegarek, przeszła przez drewniane
platformy i zajęła swoje miejsce na polu.
Wypiła łyk wody i odstawiła butelkę. Gwizdnęła przeciągle.
- Zbiórka w szeregu! - zawołała. - Nazywam się Rowan Tripp i w dzisiejszym tańcu będę waszą instruktorką. Każdy z was musi ukończyć
tor, zanim przejdzie do następnego ćwiczenia. Piosenki przy ognisku i pieczenie ziemniaków jak w zeszłym tygodniu to przeszłość. Czas zabawić
się na poważnie.
Usłyszała kilka jęków, parę chichotów, a kiedy przyglądała się grupie,
dostrzegła trochę nerwowych spojrzeń. Dwudziestu jeden mężczyzn, cztery
kobiety, różnego wzrostu, budowy, koloru skóry, wieku. Jej zadaniem było
wyznaczyć im jeden cel.
Przebicie się przez ból.
Zerknęła w papiery, sprawdziła obecność, wyczytując nazwiska tych,
którym udało się dojść aż tak daleko.
- Słyszałam, że jeden z nowych pobił rekord bazy w biegu na dwa
kilometry. Kto jest tą gwiazdą?
- Dawaj, Gull! - krzyknął ktoś i zobaczyła, jak niski facet szturcha
łokciem sąsiada.
Jakieś metr osiemdziesiąt pięć, oceniła, ciemne włosy, uśmiech
pewniachy, luz.
- Gull Curry - powiedział. - Lubię biegać.
- I dobrze. Ale szybkość nie pomoże ci na placu zabaw. Rozciągnijcie
się. Nie mam ochoty słuchać płaczu z powodu zakwasów.
Już stworzyli oddział, pomyślała, i wzajemne relacje. Przyjaźnie,
rywalizacja - wszystko może się przydać.
- Pięćdziesiąt pompek - nakazała, zapisując ćwiczenie po jego
ukończeniu. - Przeprowadzę was przez tor, zaczynając od tego miejsca. -
Wskazała niską platformę zbudowaną z kwadratowych elementów, po czym
przeszła do stromych stalowych ścian, które musieli pokonać, lin, na
które musieli się wspiąć, a także do trampolin i pochylni. - Każda z tych przeszkód symuluje coś, z czym będziecie się zmagać w czasie
pożaru. Zaliczycie jedną i przechodzicie do następnej. Ominięcie którejś
to koniec. Jeśli ukończycie całość, może okażecie się na tyle dobrzy, by
skakać do pożarów.
- Nie jest to dzień świętego Kryspina.
- Kogo? - zapytał Dobie, słysząc mruknięcie Gulla.
Ten tylko wzruszył ramionami, a ze spojrzenia, jakie rzuciła mu blond
seksbomba, wywnioskował, że też usłyszała jego uwagę.
- Ty, Szybkie Stopy, będziesz prowadził. Reszta pojedynczo rusza za nim.
Jeśli ktoś upadnie, zbiera dupę z ziemi i przechodzi na tył na drugie
podejście. - Wyjęła z kieszeni stoper. - Gotowi?
Odpowiedzieli jej okrzykiem. Wcisnęła guzik.
- Ruszać!
W porządku, pomyślała, szybkie i zwinne nogi.
- Podnosić kolana! - krzyknęła. - Pokażcie trochę energii. Na miłość
boską, wyglądacie jak dziewczyny spacerujące po parku.
- Jestem dziewczyną! - krzyknęła blondynka o stalowych oczach.
Rowan uśmiechnęła się.
- To podnoś kolana. Udawaj, że chcesz kopnąć jednego z tych dupków w jaja.
Dotrzymywała kroku Gullowi, biegnąc tyłem, podczas gdy on podbiegł i zaatakował pierwszą pochylnię.
Potem drobny mężczyzna zaskoczył ją, wyskakując nad rampę jak pocisk.
Wspinali się, przeskakiwali, czołgali się, wdrapywali. L.B. miał rację,
pomyślała, są cholernie dobrą grupą.
Patrzyła, jak Gull wykonuje wymagane przewroty i przetoczenia na
pochylni, usłyszała, jak tamten drobny facet - musi sprawdzić nazwisko -
wydaje z siebie dziki okrzyk, bo udało mu się zrobić to samo.
Szybkie Stopy nadal prowadził. Niech ją diabli, jeśli facet nie zacznie
się wspinać na linę jak małpa na pnącze.
Blondynka świetnie poradziła sobie na ziemi, ale kiedy dotarła do liny,
nie tylko się zatrzymała, lecz nawet zaczęła się zsuwać.
- Nie waż się! - krzyknęła ostro Rowan. - Nie zjeżdżaj, Barbie, cholera
jasna, i nie zawstydzaj mnie! Chcesz zacząć wszystko od nowa?
- Nie. Boże, nie.
- Chcesz gasić pożary czy wrócić do domu i kupować buty?
- Jedno i drugie!
- W górę. - Rowan dostrzegła na linie ślady krwi. Kiedy delikwent się
zsuwał, lina zdzierała mu skórę z dłoni i bolało jak diabli. - Do góry!
Wspięła się na wysokość morderczych dwunastu metrów.
- Złaź, i dalej. No już!
Kiedy blondynka przeskoczyła następną ścianę, krew pozostała także
tutaj.
Ale udało się jej. Wszystkim się udało, pomyślała Rowan i dała im
chwilę, by mogli złapać oddech, pojęczeć, rozluźnić zmęczone mięśnie.
- Nieźle. Możecie się wspinać lub przeskakiwać przez ścianę dlatego, że
wiatr zmieni kierunek, a ogień odetnie was od strefy bezpieczeństwa.
Wtedy trzeba się będzie lepiej postarać. Jak się nazywasz "jestem
dziewczyną", Barbie?
- Libby. - Blondynka oparła dłonie na kolanach wnętrzem do góry. - Libby
Rydor.
- Każdy, kto potrafi wspiąć się na linę z krwawiącymi dłońmi, poradził
sobie lepiej niż tylko nieźle. - Rowan otworzyła apteczkę. -
Zabandażujmy je. Jeśli kogoś jeszcze coś boli, niech się tym zajmie, a potem niech idzie po ekwipunek. Pełny ekwipunek - dodała. - Będziecie
ćwiczyć lądowanie. Przed wami trzydzieści lądowań.
Gull patrzył, jak kobieta smaruje dłonie Libby maścią i bandażuje je
starannie. Powiedziała przy tym coś, co doprowadziło poszkodowaną - a ręce musiały bardzo ją boleć - do śmiechu.
Rowan przeciągnęła ich przez tor przeszkód, pomagając właściwą
kombinacją ostrych docinków i pochwał. Skoncentrowała się na tych kilku
osobach, które miały problemy, i znalazła właściwe słowa we właściwym
czasie.
To niezwykła umiejętność, którą podziwiał.
Mógł do tego dodać podziw dla całej reszty jej osoby.
Ależ ona była zbudowana, całe metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Jego wuj
określiłby ją jako posągową. A on? Musiał tylko przyznać, że miała
niesamowite ciało. Do tego duże błękitne oczy o ciężkich powiekach,
twarz, która sprawiała, że mężczyzna miał ochotę spojrzeć na nią drugi
raz i zatrzymać się na dłużej za trzecim razem, i miało się powalającą
całość.
I to całość z charakterem. A jemu tak trudno było się oprzeć
charakterowi. Zaczekał więc, aż przeszła przez boisko, i ruszył za nią.
- Jak tam dłonie Libby?
- Nic jej nie będzie. Każdy zostawia trochę skóry na placu zabaw.
- A ty?
- Jeśli nie krwawisz, skąd będą wiedzieć, że tam byłeś? - Przekrzywiła
głowę i przyjrzała mu się oczami, które przywiodły mu na myśl arktyczny
lód. - Skąd się tu wziąłeś, Szekspirze? Czytałam Henryka V.
- Głównie z Monterey.
- W północnej Kalifornii mają dobry oddział strażaków-spadochroniarzy.
- Racja. Znam większość z nich. Pracowałem w oddziale strażaków leśnych
w Redding przez pięć lat.
- Tak myślałam. W Kalifornii jest dość roboty, a ty przyjeżdżasz do
Missouli?
- Przyjechałem do Missouli z powodu Iron Mana Trippa. - Zatrzymał się,
gdy ona to zrobiła. - Domyślam się, że jest twoim ojcem.
- Zgadza się. Znasz go?
- Jasne. Lucas Iron Man Tripp jest legendą. Mieliście tu w dwutysięcznym
roku paskudny pożar.
- Tak.
- Byłem wtedy w college'u. Mówili o tamtej sprawie we wszystkich
wiadomościach, a ja obejrzałem wywiad z Iron Manem, tutaj w bazie, po
tym, jak razem ze swoim oddziałem wrócił po czterech dniach walki z ogniem. - Gull zamyślił się, próbując wszystko na nowo odtworzyć. -
Twarz miał pokrytą sadzą, włosy popiołem, przekrwione oczy. Wyglądał,
jakby wrócił z wojny, co akurat nie jest dalekie od prawdy. Reporter
zadawał mu typowe idiotyczne pytania: "Jak pan się tam czuł? Czy pan się
bał?". A on cierpliwie odpowiadał, choć widać było, że jest wykończony.
W końcu powiedział do tego faceta: "Synu, najprościej można to ująć tak:
Ta suka próbowała nas pożreć, a my kopnęliśmy ją w dupę". I odszedł.
Rowan pamiętała to wszystko dokładnie tak jak on - i o wiele więcej.
- I dlatego przyjechałeś do Missouli i chcesz skakać w sam środek
pożarów?
- Potraktuj to jak trampolinę. Mogę ci opowiedzieć resztę przy piwie.
- Będziesz za bardzo zajęty na piwo i opowieści o życiu. Lepiej bierz
ekwipunek. Masz przed sobą jeszcze długą drogę.
- Zaproszenie na piwo pozostaje aktualne. Opowieść o życiu wedle
życzenia.
Znów rzuciła mu to spojrzenie, lekko przekrzywiając głowę, a przez jej
usta przemknął uśmieszek, który uznał za cholernie seksowny.
- Nie przystawiaj się do mnie, strażaku. Nie umawiam się z nowicjuszami,
kandydatami ani innymi spadochroniarzami. Kiedy mam czas i ochotę na...
odrobinę rozrywki, szukam cywila. Takiego, z którym mogę się zabawić,
gdy jestem w odpowiednim nastroju w czasie długich zimowych nocy, i o którym mogę zapomnieć w czasie sezonu.
Bardzo podobało mu się takie podejście.
- Może przyda ci się mała zmiana.
- Tracisz swój czas, nowy.
Kiedy odeszła, pozwolił sobie na uśmiech. W końcu to jego czas. A ona
była wyjątkowym wyzwaniem.
Gull przeżył, choć lina wyciągnęła go w górę, a potem znów pozwoliła mu
spaść. Nie do końca czule ochrzczone urządzenie "cisko-lator" świetnie
symulowało wstrząsy całego ciała i ból w kostkach oraz kolanach podczas
lądowania na spadochronie.
Padał na ziemię, kulił się, przetaczał i zbierał, licząc guzy i otarcia.
Nauczył się, jak ochraniać głowę, jak wykorzystywać ciało, by je
zachować. I jak myśleć, kiedy ziemia zbliżała się z zastraszającą
prędkością.
Znów wspinał się na mordercze piętnaście metrów czerwonej wieży ze swoją
partnerką do ćwiczeń.
- Jak ci idzie? - zapytał Libby.
- Czuję się, jakbym zleciała z góry, więc nie najgorzej. A ty?
- Nie jestem pewny, czy spadłem z góry, czy na górę. - Kiedy dotarł do
platformy, uśmiechnął się do Rowan. - Czy to rzeczywiście taka świetna
zabawa, na jaką wygląda?
- Jeszcze większa - odparła z sarkazmem, przypinając go do liny. - Tam
jest twoje miejsce lądowania. - Wskazała kupę trocin na polu
treningowym. - Nabierzesz trochę prędkości, więc poczujesz, kiedy
uderzysz w ziemię. Skul się, ochraniaj głowę i przetocz się.
Zerknął na cel. Stosik wyglądał na bardzo mały z tego miejsca.
- Kapuję.
- Gotowi? - zapytała ich oboje.
Libby wzięła głęboki oddech.
- Tak.
- Na próg.
Tak, prędkość jest niezła, pomyślał Gull, gdy leciał nad polem
treningowym. Nie miał nawet czasu, by przebiec w myślach listę procedur
lądowania, kiedy przed oczami stanęła mu góra trocin. Walnął w nią,
pomyślał: "kurwa!", potem skulił się i przetoczył z rękami
przyciśniętymi po obu stronach kasku.
Wciągając powietrze do płuc, obejrzał się na Libby.
- W porządku?
- Tym razem zdecydowanie na górze. Ale wiesz co? To było świetne. Muszę
to zrobić jeszcze raz.
- Dzień jeszcze młody. - Wstał i wyciągnął rękę, by pomóc jej się
pozbierać.
Po wieży przyszła kolej na zajęcia w klasie. Lata spędzone w oddziale
strażaków leśnych oznaczały, że większość podręczników, map i wykładów
była jedynie przypomnieniem tego, czego już się nauczył. Ale zawsze
można nauczyć się więcej.
A potem nadeszła wreszcie pora, by opatrzyć guzy i otarcia, znaleźć
ciepły kąt i pobyć trochę z innymi rekrutami. Gull zauważył, że ich
liczba zmalała do dwudziestu dwóch. Między symulatorem a wieżą stracili
trzech.
Ponad połowa tych, którzy nadal uczestniczyli w szkoleniu, poszła spać
i pomyślał, że powinien zrobić to samo. Kusiła go jednak rozgrywana
partyjka pokera, zawarł więc ze sobą układ. Zaczerpnie świeżego
powietrza, a jeśli pokusa nadal będzie silna, usiądzie na kilka rozdań.
- Przysuń sobie krzesło, synu - powiedział Dobie, gdy Gull przechodził
obok stolika. - Muszę zasilić konto emerytalne.
- Wyląduj na głowie jeszcze kilka razy, a przejdziesz na wcześniejszą
emeryturę.
Gull szedł dalej. Na zewnątrz padał chłodny deszcz, który straszył przez
cały dzień. Mężczyzna wsunął ręce w kieszenie i wyszedł prosto w wilgotny wieczór. Odwrócił się w stronę odległego hangaru. Może tam
podejść i przyjrzeć się samolotowi, z którego niebawem będzie skakał?
Zanim zapisał się do tego programu, skoczył trzy razy, by się upewnić,
że ma dość odwagi. Teraz był niespokojny, znów chciał poczuć tę
adrenalinę, rzucić wyzwanie własnym instynktom i spaść prosto w wielką
otwartą przestrzeń.
Obejrzał maszyny - Twin Otter i DC-9 - najczęściej używane do gaszenia
pożarów. Pomyślał, że dobrze byłoby wziąć lekcje pilotażu poza sezonem,
może nawet zdobyć licencję. Nigdy nie zaszkodzi świadomość, że można
przejąć kontrolę, jeśli zajdzie taka potrzeba.
W tej chwili zobaczył ją idącą w jego stronę przez deszcz. Ciemność nie
skrywała kuszącego ciała. Zwolnił. Może nie będzie musiał grać w pokera,
by dopisało mu szczęście.
- Miły wieczór - rzucił.
- Chyba dla wydr. - Padało prosto na daszek czapki Rowan. Kobieta
przyglądała mu się uważnie. - Uciekasz?
- Wyszedłem tylko na spacer. Ale mam samochód, jeśli chcesz gdzieś
pojechać.
- Mam własny, dzięki, ale nigdzie się nie wybieram. Nieźle sobie dziś
poradziłeś.
- Dzięki.
- Szkoda Doggetta. Złe lądowanie i pęknięcie skóry na linii włosów
eliminuje go z programu. Ale chyba wróci w przyszłym roku.
- Bardzo chce - zgodził się Gull.
- Trzeba więcej niż tylko chcieć, ale najpierw musisz chcieć, żeby coś
zdobyć.
- Myślałem o tym samym.
Na wpół roześmiana Rowan pokręciła głową.
- Czy kobiety kiedykolwiek ci odmawiają?
- Niestety tak. Ale mężczyzna, który się poddaje, nigdy nie zdobywa
nagrody.
- Uwierz mi, nie jestem nagrodą.
- Masz włosy jak rzymski centurion, ciało bogini i twarz nordyckiej
królowej. To fenomenalne opakowanie.
- Opakowanie nie jest nagrodą.
- Nie. Ale na pewno chcę je otworzyć i zobaczyć, co kryje się w środku.
- Paskudny charakter, znakomite wyczucie kitu i namiętność do gaszenia
ognia. Wyświadcz sobie przysługę, strażaku, i przystawiaj się do kogoś
innego.
- Widzisz, ja mam w sobie taką paskudna cechę. Jak już raz się na czymś
skoncentruję, nie potrafię odpuścić, dopóki wszystkiego nie rozgryzę.
Wzruszyła ramionami, ale zauważył, że przygląda mu się bardzo uważnie.
- Nie ma czego rozgryzać.
- Sam nie wiem - powiedział, gdy ruszyła w stronę budynku. - Zmusiłem
cię, żebyś przeszła się ze mną w deszczu.
Odwróciła się z jedną ręką na drzwiach i rzuciła mu współczujący
uśmiech.
- Nie mów mi, że masz duszę romantyka.
- Być może.
- To lepiej uważaj. Mogę cię wykorzystać, bo znajdziesz się akurat pod
ręką, a potem złamię to romantyczne serce.
- Moje czy twoje?
Wybuchnęła gardłowym namiętnym śmiechem, który przebiegł aż do jego
lędźwi, po czym zamknęła drzwi, przynajmniej metaforycznie, prosto przed
jego nosem.
Niech mnie diabli, jeśli trochę mnie nie bierze, przyznała. Lubiła
pewnych siebie mężczyzn, którzy mieli jaja, mózg i umiejętności, by to
udowodnić. To i przebiegłe spojrzenie kota czającego się przy mysiej
dziurze, pożądanie i bezgraniczna cierpliwość wywoływały delikatny
seksualny szmerek.
Poddanie mu się byłoby błędem, przypomniała sobie, po czym zapukała
delikatnie w drzwi Cardsa. Uznała jego mruknięcie za przyzwolenie i wsunęła głowę do środka.
Był trochę blady, mocno znudzony i niechlujny.
- Jak się czujesz?
- Cholera, całkiem nieźle. Dziś rano dopadł mnie jakiś wirus. Wyrzygałem
go razem z kilkoma organami. - Siedział na łóżku przed rozłożonymi
kartami. - Spędziłem trochę czasu w magazynie, udało mi się zatrzymać
obiad w żołądku. Do jutra sobie odpuszczę. Dzięki, że mnie zastąpiłaś.
- Nie ma sprawy. Zostało dwudziestu dwóch. Jeden jest ranny. Chyba
jeszcze go tu zobaczymy. Do jutra.
- Chcesz obejrzeć sztuczkę? Niezła - rzucił, zanim wyszła.
Chyba mam już dość własnego towarzystwa, pomyślała. Postawiła na
przyjaźń i usiadła naprzeciwko mężczyzny na łóżku.
Poza tym oglądanie kilku słabych sztuczek karcianych było lepszym
preludium do snu niż roztrząsanie spaceru w deszczu z Gulliverem Currym.
3
Gull i pozostali rekruci ustawili się w szeregu przed szatnią. Na
asfalcie rykiem silników dawał o sobie znać samolot, który miał ich
zabrać na pierwszy skok, a im dawały o sobie znać napięte nerwy.
Instruktorzy posuwali się powoli, sprawdzając ekwipunek poszczególnych
uczniów. Gull uznał, że dopisało mu szczęście, gdy do niego podeszła
Rowan.
- Sprawdzili cię?
- Nie.
Uklękła, więc miał okazję się przyjrzeć, jak jej włosy o barwie
słonecznika układają się na kształtnej czaszce. Sprawdziła jego buty,
strzemiona i przesuwała się ku górze: kieszenie na spodniach, paski,
data ważności spadochronu zapasowego i jego zaczepy.
- Pachniesz brzoskwiniami - zauważył. Podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. - Ładnie.
- Dolny lewy pasek zapasowego przypięty - powiedziała i kontynuowała
sprawdzanie bez słowa komentarza. - Dolny prawy pasek zapasowego
przypięty. Skoncentruj się, Szybkie Stopy - dodała, po czym sprawdzała
dalej zgodnie z listą. - Jeśli któremuś z was umknie choć jeden
szczegół, zostanie z was mokra plama na ziemi. Kask, rękawice. Linka
wyzwalająca?
- Sprawdzona.
- Możesz ruszać.
- A ty?
- Sprawdzono mnie, dzięki. Wchodź na pokład.
Przeszła do następnego rekruta.
Gull wsiadł do samolotu i zajął miejsce na podłodze obok Dobiego.
- Chcesz wyhaczyć tę blondynę? - zapytał Dobie. - Tę, którą nazywają
Szwedką?
- Każdy może marzyć. Niedługo będziesz musiał mi zapłacić dwudziestaka -
dodał Gull, kiedy Libby weszła do środka.
- Cholera. Ale jeszcze nie skoczyła. Stawiam teraz dziesięć dolców, że
się wycofa.
- Dycha zawsze się przyda.
- Witamy na pokładzie - oznajmiła Rowan. - Ustawcie siedzenia w pozycji
pionowej. Długość naszego lotu uzależniona jest od tego, ilu z was
będzie płakać jak dzieci, kiedy staniecie na progu. Gibbons jest waszym
wyrzucającym. Uważajcie i skoncentrujcie się. Gotowi do skoku?
W odpowiedzi rozległ się głośny radosny okrzyk.
- No to ruszamy.
Samolot kołował po pasie, nabrał prędkości, uniósł dziób. Gull poczuł
lekki ucisk w żołądku, gdy oderwali się od ziemi. Obserwował, jak Rowan,
w jego oczach niezwykle seksowna w kombinezonie, podnosi głos, by
przekrzyczeć ryk silników, i raz jeszcze krok po kroku analizuje
czekający ich skok.
Gibbons podał jej kartkę z kokpitu.
- Tam jest wasze miejsce lądowania - powiedziała i wszyscy rekruci
odwrócili się w stronę okien.
Gull przyglądał się łące, ślicznej jak z obrazka, wysokim jodłom,
sosnom, lśniącemu strumykowi. Ich zadaniem - gdy już znajdą się w powietrzu - było trafić w łąkę, unikać drzew i wody. Pomyślał, że będzie
jak strzałka, która chce się znaleźć w samym środku tarczy.
Kiedy Gibbons się przypiął, Rowan krzyknęła, by pilnowali spadochronów
zapasowych. Gibbons złapał uchwyty drzwi, szarpnął i do środka wpadło
chłodne powietrze pachnące wiosną.
- Cholera jasna. - Dobie gwizdnął przez zęby. - Robimy to. Naprawdę. Za
nic bym tego nie oddał.
Gibbons wychylił głowę w pęd powietrza, skonsultował się przez słuchawki
z kokpitem. Samolot przechylił się w prawo, podskoczył i wyrównał lot.
- Obserwujcie sondy! - krzyknęła Rowan. - To wy.
Podskakiwały i wirowały na tle błękitnego nieba. A potem zniknęły w gęstych drzewach.
Gull rozpracowywał w myślach skok i pociągając za linki, zastanawiał się
nad prądami powietrza. Znów wszystko przemyślał, przypatrując się
drugiej grupie sond.
- Do góry! - krzyknął Gibbons.
Dobie wsunął do ust listek gumy i podsunął paczuszkę Gullowi. Za maską
jego oczy były wielkie jak spodeczki.
- Trochę mi niedobrze.
- Poczekaj z rzyganiem, aż znajdziesz się na dole - poradził mu Gull.
- Libby, skaczesz jako druga. - Rowan włożyła kask. - Lecisz za mną na
dół. Zrozumiano?
- Tak.
Na znak Gibbonsa Rowan usiadła na progu i się przypięła. Cały samolot
skandował teraz imię Libby, a dłonie w rękawicach klaskały na zachętę,
gdy zajęła pozycję za Ro.
Potem Gibbons klepnął Rowan w ramię i już jej nie było.
Gull obserwował lot; nie mógł oderwać od niej oczu. Błękitno-biały
spadochron poderwał się do góry i otworzył, prezentując piękny widok na
tle błękitnego nieba, zieleni, brązu i błyszczącej wody.
Okrzyki przywróciły go do rzeczywistości. Ominął go skok Libby, ale
zauważył, że jej spadochron się otworzył. Przesunął się, by widzieć je
oba.
- Wygląda na to, że wisisz mi dychę.
W oczach Dobiego błysnął uśmiech.
- Stawiam dodatkowo sześciopak, że poradzę sobie lepiej od niej. I od
ciebie.
Kiedy samolot zatoczył koło, Gibbons spojrzał Gullowi w oczy.
- Gotowi?
- Tak.
- Haczenie.
Gull przesunął się do przodu i zapiął linę.
- Na próg.
Gull uspokoił oddech i usiadł.
Słuchał instrukcji wyrzucającego o prądach, podczas gdy powietrze
uderzało go w nogi. Samolot wyrównywał lot, a on sprawdził wszystko raz
jeszcze i nie spuszczał oczu z horyzontu.
- Przygotuj się.
Był gotowy. Każdy guz, otarcie, każdy odcisk kilku minionych tygodni
doprowadził go do tej chwili. Kiedy poczuł klepnięcie w prawe ramię,
skoczył prosto w przestrzeń.
Wiatr, niebo i ostry, zapierający dech w piersiach dreszcz, gdy rzuca
się im wyzwanie. Prędkość jak narkotyk wypełniający żyły. Mógł tylko
pomyśleć: "Tak, Jezu, tak". Wiedział, że po to się urodził, nawet kiedy
odliczał, kiedy odwracał ciało, by w końcu spojrzeć przez stopy na
ziemię w dole.
Spadochron się otworzył, poderwało go do góry. Obejrzał się w prawo,
potem w lewo i odnalazł wzrokiem Dobiego, usłyszał dziki, zuchwały
śmiech swojego partnera.
- O tym właśnie mówiłem!
Gull uśmiechnął się od ucha do ucha. Zastanowił się, ilu to widziało,
ten zaskakujący pejzaż: las i góry, bezgraniczne otwarte niebo.
Przesunął wzrokiem po warstwie śniegu w wyższych partiach i po zieleni,
która zaczęła zakradać się do dolin. Wydało mu się, choć wiedział, że to
niemożliwe, iż czuje zapach zimy i wiosny jednocześnie.
Sterował linkami, kierując się instynktem, wiadomościami ze szkolenia,
kaprysami wiatru. Dostrzegł teraz Rowan; widział, jak słońce odbija się
od jej jasnych włosów, gdy stała na szeroko rozstawionych nogach, z rękami opartymi na biodrach. Obserwowała go, tak jak on obserwował ją.
Postanowił wylądować tuż obok niej i wyczuł właściwy moment.
Strażacy-spadochroniarze nazywają to zejściem po linie, więc zsuwał się
powoli i oddychając spokojnie, czekał na zderzenie z ziemią.
Znów obejrzał się na Dobiego i zauważył, że jego partner nie trafi w miejsce lądowania. Potem uderzył w ziemię, skulił się i przetoczył.
Odpiął uprząż i zaczął zwijać spadochron.
Usłyszał krzyk Rowan i zobaczył, że biegnie w stronę drzew. Wszystko
zamarło, a potem znów ożyło, kiedy dotarł do niego stek przekleństw
Dobiego.
W górze samolot zatoczył krąg, by zrzucić kolejną grupę skoczków. Gull
zebrał sprzęt i z uśmiechem ruszył w stronę kumpla, który wyciągał swój
spośród drzew.
- Byłem tuż-tuż, kiedy wiatr zniósł mnie na drzewa. Ale i tak jazda była
niesamowita. - Twarz rozjaśnił mu triumf i podniecenie. - Cholernie
niesamowita. Tylko połknąłem gumę.
- Jesteście na ziemi - zwróciła się do nich Rowan. - Niczego sobie nie
złamaliście. Można więc uznać, że nieźle wam poszło. - Otworzyła torbę i wyjęła batoniki. - Gratuluję.
- Nic nie może się z tym równać. - Libby spojrzała w niebo z rozjaśnioną
twarzą. - Absolutnie nic.
- Jeszcze nie skakałaś do pożaru. - Rowan usiadła, a potem wyciągnęła
się na trawie. - To zupełnie nowy świat. - Wpatrywała się w niebo,
czekając na powrót samolotu, a potem spojrzała na Gulla, który usiadł
obok niej. - Gładko wylądowałeś.
- Celowałem w ciebie. W słońce odbijające się od twoich włosów - dodał,
kiedy zmarszczyła brwi.
- Jezu, Gull, ty naprawdę jesteś romantykiem.
Uświadomił sobie, że wytrącił ją z równowagi, i przyznał sobie punkt na
swojej osobistej tablicy wyników. Ponieważ nie połknął gumy, schował
czekoladowy batonik na później.
- Czym się zajmujesz, kiedy nie robisz tego?
- Chodzi ci o pracę? Trochę pomagam tacie, skacząc z turystami, którym
marzy się dreszczyk emocji, uczę ludzi, którzy chcą uczynić z tego
hobby. Jestem też osobistym trenerem. - Napięła bicepsy.
- Założę się, że jesteś w tym dobra.
- Praca trenera oznacza, że płacą mi za utrzymywanie formy przez zimę,
żeby potem móc robić to. A ty?
- Ja żyję z zabawy. Wiesz, świat rozrywki. To takie centrum gier -
kręgle, samochodziki, skee-ball, symulatory.
- Pracujesz w centrum gier?
Założył ręce za głowę.
- Praca przestaje być pracą, gdy dobrze się bawisz.
- Nie robisz wrażenia faceta, który przez cały dzień zajmuje się
dzieciakami i automatami.
- Lubię dzieci. Nie znają strachu i są otwarte na nowe możliwości.
Dorośli zapominają o obu tych rzeczach. - Wzruszył ramionami. - Ty
spędzasz dnie na wyciskaniu potu z kanapowych leniwców.
- Nie wszyscy moi klienci są leniwcami. A już na pewno żaden z nich, gdy
kończę z nimi pracę. - Usiadła. - Leci następna grupa.
Kiedy uporali się z pierwszym skokiem treningowym, spakowali się i odstawili sprzęt do bazy. Po kolejnej serii ćwiczeń fizycznych i zajęciach w klasie znów wsiedli na pokład samolotu, by oddać drugi skok.
Ćwiczyli schodzenie w pełnym ekwipunku, opracowywali strategie gaszenia
ognia, studiowali mapy, wykonywali niezliczoną ilość brzuszków i pompek,
przebiegali całe kilometry i skakali z samolotu. Na zakończenie
morderczych czterech tygodni liczba ochotników zmalała do szesnastu.
Zebrali się przed Sztabem, by wziąć udział w ostatnim apelu jako
rekruci.
Kiedy wywołano nazwisko Libby, Dobie wsunął dwadzieścia dolarów w dłoń
Gulla.
- Strażak-spadochroniarz Barbie. Trzeba jej oddać sprawiedliwość. Taka
chudzina przeszła, a wielki facet jak McGinty odpadł.
- My nie odpadliśmy - przypomniał mu Gull.
- W mordę jeża, nie!
Kiedy przybili sobie piątkę, spadły na nich strumienie lodowatej wody.
- Zmywamy z was smród nowicjuszy! - zawołał ktoś.
Z okrzykami i gwizdami mężczyźni i kobiety na dachu oblali ich wiadrami
wody.
- Jesteście teraz jednymi z nas. - Ze swojego miejsca poza zasięgiem
wody L.B. starał się przekrzyczeć śmiech i przekleństwa. - Najlepszymi z najlepszych. Umyjcie się, a potem pakujcie do samochodów. Jedziemy do
miasta, chłopcy i dziewczynki. Macie jeden wieczór, żeby świętować i zalać się w trupa. Jutro zaczniecie dzień jako strażacy-spadochroniarze.
Jako Zulies.
Kiedy Gull z przejęciem wyżymał banknot, Dobie śmiał się tak serdecznie,
że aż musiał usiąść.
- Stawiam pierwszą kolejkę. Tobie też, Libby.
- Dzięki.
Uśmiechnął się i wsunął mokry pieniądz do mokrej kieszeni.
- To wszystko dzięki tobie.
W pokoju Gull zdjął przemoczone ubranie. Obejrzał siniaki - nie było
najgorzej - i po raz pierwszy od tygodnia ogolił się bardzo starannie.
Kiedy udało mu się znaleźć czystą koszulę i spodnie, poświęcił kilka
minut na wysłanie e-maila do domu, by zawiadomić rodzinę, że udało mu
się ukończyć szkolenie.
Spodziewał się, że wiadomość wywoła mieszane reakcje, choć wszyscy będą
udawać, że są równie szczęśliwi jak on. Wsunął cygaro do kieszonki na
piersiach i wyszedł.
E-mail kosztował go trochę czasu, więc wsiadł do ostatniej furgonetki i znalazł miejsce między nowicjuszami i weteranami.
- Gotowy na imprezę, nowy? - zapytał go Trigger.
- Zawsze jestem gotowy.
- Pamiętaj tylko, że tu nie ma nianiek. Jeśli furgonetki odjadą, a ciebie w jednej z nich nie będzie, sam organizujesz sobie transport do
bazy. Jeśli zakończysz dzisiejszy wieczór z kobietą, postaraj się
znaleźć babkę z samochodem.
- Będę pamiętał.
- Tańczysz?
- A co, prosisz?
Trigger wybuchnął śmiechem.
- Jak dla mnie, jesteś nawet dość ładny. W knajpie, do której jedziemy,
będzie parkiet. Jeśli zrobisz to dobrze, taniec z kobietą można uznać za
grę wstępną.
- Mówisz to z doświadczenia?
- Tak, młody rycerzu Jedi.
- Ciekawe. A Rowan lubi tańczyć?
Trigger uniósł brwi.
- Nazywamy to obszczekiwaniem złego drzewa.
- To jedyne drzewo, które zwróciło moją uwagę.
- Czeka cię więc długie samotne lato. - Poklepał Gulla po ramieniu. - I powiem ci coś jeszcze z mojego bogatego doświadczenia. Kiedy masz
odciski na odciskach, a na nich jeszcze bąble, to walenie konia
przestaje być przyjemne.
- Pięć lat byłem strażakiem leśnym - przypomniał mu Gull. - Jeśli lato
okaże się długie i samotne, moje ręce wytrzymają.
- Może. Ale kobieta i tak jest lepsza.
- W istocie, mistrzu Jedi. W istocie.
- Masz jakąś w domu?
- Nie. A ty?
- Miałem. Dwa razy. Z jedną się nawet ożeniłem. Ale jakoś nie
zaskoczyło. Matt też ma dziewczynę. Masz dziewczynę w Nebrasce, prawda,
Matt?
Matt obejrzał się przez ramię.
- Annie.
- Szkolna miłość - uzupełnił Trigger. - Potem wyjechała do college'u,
ale kiedy wróciła do domu, znów się zeszli. Dwa umysły, jedno serce.
Matt więc nie tańczy, jeśli kapujesz, o co mi chodzi.
- Kapuję. Miło jest mieć kogoś - dokończył Gull.
- Ten popieprzony świat traci sens, jeśli nie masz. - Matt wzruszył
ramionami. - Po co robić to, co robimy, jeśli nikt na nas po robocie nie
czeka.
- To rzeczywiście osładza tę harówę - zgodził się Trigger. - Ale
niektórzy z nas od czasu do czasu muszą zatańczyć. - Zatarł ręce, gdy
furgonetka zatrzymała się na parkingu pełnym samochodów. - A moje stopy
już rwą się do tańca.
Wysiadając, Gull przyglądał się długiemu, niskiemu budynkowi z bali i na
moment zatrzymał wzrok na migającym neonie.
- Stryczek - przeczytał. - Poważnie?
- Czas pokowboić, partnerze. - Trigger klepnął go w ramię, po czym
wszedł do środka, stukając obcasami butów z wężowej skóry.
Nowe doświadczenie, przypomniał sobie Gull. Tego nigdy za wiele.
Wszedł prosto w paskudny łomot okropnej muzyki country, którą grał
kwartet obdartych facetów schowanych za mało skuteczną ochroną z gęstej
siatki. W tej chwili w ich stronę leciały jedynie obelgi, ale noc była
jeszcze młoda.
Mimo łomotu na parkiecie panował tłok, a tańczący wysoko podnosili nogi
i kręcili pośladkami. Reszta zgromadziła się wzdłuż długiego baru lub
siedziała ściśnięta na rozklekotanych krzesłach przy malutkich
stolikach, gdzie mogła pochłaniać nachos z sosem i gryźć pikantne
skrzydełka polane podejrzaną substancją, która nadawała im pomarańczowy
kolor. Większość decydowała się popijać danie piwem podawanym w przezroczystych plastikowych kubkach.
Światła były litościwie przygaszone, a pomimo zakazu palenia w powietrzu
unosiły się błękitnawe chmury. Wszystko śmierdziało jak przepocona,
zalana stęchłym tłuszczem popielniczka pełna petów.
Gull doszedł do wniosku, że jedynym rozsądnym wyjściem jest zacząć pić.
Podszedł do baru, rozepchał się łokciami i zamówił piwo korzenne w butelce. Dobie wcisnął się obok niego i szturchnął go w ramię.
- Dlaczego pijesz to zagraniczne dziadostwo?
- Warzone w Montanie. - Podsunął butelkę Dobiemu i zamówił następną.
- Całkiem niezłe - oświadczył Dobie po pierwszym łyku. - Ale to nie
budweiser.
- Masz rację. - Rozbawiony Gull stuknął butelką o piwo kumpla i pociągnął spory łyk. - Piwo. Odpowiedź na wiele pytań.
- Wleję je w siebie, a potem wyrwę jedną z tych babek i zaciągnę na
parkiet.
Gull przełknął kolejny łyk i przyjrzał się gitarzyście o grubych
palcach.
- Jak można tańczyć do takiego gówna?
Dobie zmrużył oczy i wbił palec w pierś Gulla.
- Masz jakiś problem z muzyką country?
- Chyba uszkodziłeś sobie bębenki podczas ostatniego skoku, jeśli
nazywasz to muzyką. Lubię bluegrass - dodał - jeśli ktoś go dobrze gra.
- Nie wciskaj mi kitu, mieszczuchu. Nie masz pojęcia, co to takiego
bluegrass.
Gull wypił kolejny łyk piwa.
- Jestem człowiekiem, co smutek zna - zaśpiewał mocnym, gładkim
tenorem. - Kłopoty towarzyszą mi co dnia...
Dobie uderzył go czule w pierś.
- Nie przestajesz mnie zaskakiwać. Masz też niezły głos. Powinieneś tam
pójść i pokazać tym dupkom, jak to się robi.
- Chyba zostanę przy piwie.
- No dobra. - Dobie opróżnił butelkę i beknął. - Ja idę wyrwać babkę.
- Powodzenia.
- Tu nie chodzi o powodzenie, lecz o styl.
Gull patrzył, jak Dobie pochyla się nad stolikiem, przy którym siedziały
cztery kobiety, i doszedł do wniosku, że kolega zdecydowanie ma swój
niepowtarzalny styl.
Ciesząc się chwilą, oparł łokieć na barze i skrzyżował nogi w kostkach.
Trigger, zgodnie z zapowiedzią, znalazł już partnerkę do tańca, a Matt -
wierny swojej Annie - siedział z L.B., nowicjuszem o imieniu Stovic i jednym z pilotów zwanym Stetsonem ze względu na zniszczony ukochany
czarny kapelusz.
Rowan tkwiła przy stoliku z Janis Petrie, Gibbonsem i Yangtree, i jadła
pomarańczowe nachos. Miała na sobie niebieski podkoszulek, obcisły, z okrągłym dekoltem, który podkreślał jej piersi. Po raz pierwszy, odkąd
się poznali, założyła też kolczyki, które migotały za każdym razem, gdy
roześmiana potrząsała głową.
Zauważył, że zrobiła coś z oczami i ustami, bo stały się bardziej
wyraziste. A kiedy pozwoliła, by Cards pociągnął ją na parkiet, Gull
dostrzegł, że dżinsy ma równie obcisłe jak koszulkę.
Spojrzała na niego, gdy partner zakręcił nią w tańcu, i rzuciła mu
promienny szelmowski uśmiech. Serce przestało mu bić. Postanowił, że
jeśli ma go zabić, może to zrobić z bliższej odległości. Zamówił
następne piwo i zaniósł je do jej stolika.
- Cześć, świeże mięsko. - Janis uniosła w geście toastu porcję nachos.
- Chcesz zatańczyć?
- Nie wypiłem jeszcze dość piwa, by tańczyć do czegoś takiego.
- Są tak źli, że aż dobrzy. - Janis poklepała puste krzesło Rowan. -
Jeszcze kilka drinków i będą na tyle dobrzy, żeby być źli.
- Twoja logika przekonuje mnie, że kiedyś już to przerabiałaś.
- Nie staniesz się prawdziwym Zulie, dopóki nie przetrzymasz wieczoru w Stryczku. - Spojrzała w stronę drzwi, przez które weszło trzech
mężczyzn. - We wszystkich jego przejawach.
- Miejscowi?
- Raczej nie. Mają nowe buty. I to drogie. - Wypiła łyk piwa z kubka
stojącego na stoliku. - Stawiam na miasto. To gogusie udający kowbojów,
którzy przyjechali nasycić się lokalnym kolorytem.
Mężczyźni ruszyli w stronę baru, a pierwszy torował ramieniem drogę
pozostałym. Położył banknot na blacie.
- Whisky i kobietę. - Celowo podniósł głos, by niósł się nad
rozgardiaszem. Okrzyki i śmiech jego kumpli powiedziały Gullowi, że nie
będzie to pierwszy drink tego wieczoru.
Kilka osób przy barze odsunęło się, by zrobić im miejsce, a barman nalał
alkohol. Lider grupy wychylił szklaneczkę jednym haustem, odstawił ją z brzękiem i uniósł palec.
- Trzeba nam kobiet.
Kolejny wybuch radości kumpli. Gull doszedł do wniosku, że szukają guza,
a ponieważ on na pewno go nie szukał, dalej obserwował tańczącą Rowan.
Janis pochyliła się w jego stronę, kiedy zespół zaczął grać żałosną
wersję When the Sun Goes Down.
- Ro mówi, że pracujesz w centrum gier.
- Rozmawiała z tobą o mnie?
- Jasne. Wymieniamy się informacjami codziennie. Lubię takie miejsca.
Masz bilard? Jestem w tym rewelacyjna.
- Tak, nowy i stary.
- Stary. - Spojrzała na niego uważnie dużymi brązowymi oczami. - Chyba
nie masz High Speed?
- To klasyk.
- Uwielbiam go! - Uderzyła dłonią w stolik. - Mieli taki rozwalający się
automat w centrum handlowym, kiedy byłam mała. Mogłam grać cały dzień za
jeden żeton, nieźle, co? Wymieniłam z pewnym gościem pięć gier za
pierwszy francuski pocałunek. - Westchnęła i oparła się o krzesło. -
Stare dobre czasy.
Idąc za jej spojrzeniem w stronę baru, Gull obejrzał się w samą porę, by
zobaczyć, jak pijący whisky facet klepnął w pośladek mijającą go
kelnerkę z pełną tacą. Kiedy nań popatrzyła, uniósł obie ręce i rzucił
jej przebiegły uśmieszek.
- Dupek - powiedziała Janis. - Nie można się nigdzie ruszyć, żeby się na
takich nie natknąć.
- Ich liczba legion. - Przesunął się trochę bardziej, gdy Rowan zeszła z parkietu.
- To moje miejsce.
- Trzymam je dla ciebie. - Poklepał się po udzie.
Zaskoczyła go, siadając mu na kolanach. Wzięła jego piwo i pociągnęła
spory łyk.
- Szastasz pieniędzmi, kupując tutejsze piwo na butelki. Nie tańczysz,
krezusie?
- Mógłbym, gdyby zagrali coś, co nie rani mi uszu.
- Jeszcze ich słyszysz? Zaraz temu zaradzę. Czas na strzały.
- Ja odpadam - odparł natychmiast Gibbons. - Kiedy ostatni raz mnie na
to namówiłaś, przez tydzień nie czułem palców.
- Nie rób tego, Gull - ostrzegł go Yangtree. - Szwedka ma żelazny
żołądek. Po swoim staruszku.
Rowan zbliżyła twarz do twarzy Gulla i uśmiechnęła się.
- Co, masz delikatny brzuszek, strażaku?
Wyobraził sobie, jak przygryza jej pełną dolną wargę jednym szybkim
ruchem.
- Jakie strzały?
- Jest tylko jeden strzał, który warto oddać: te-qui-la - zaśpiewała,
podkreślając uderzeniem ręki o blat każdą sylabę. - Jeśli masz jaja.
- Siedzisz na nich, więc powinnaś wiedzieć.
Odrzuciła głowę i wybuchnęła niesamowicie seksownym śmiechem dziewczyny
z saloonu.
- Potrzymaj je przez chwilę. Pójdę wszystko załatwić.
Zerwała się, zakręciła kilka razy na parkiecie, gdy Dobie chwycił ją za
rękę. Tytania z Pukiem, pomyślał Gull.
Potem wsunęła kciuki w kieszenie dżinsów i razem z Dobiem odtańczyła
taniec z mocnym przytupem, który pozostali powitali gwizdami i okrzykami.
Wymierzyła palec w Gulla - cholera, znów prosto w serce - i w rytm
muzyki podeszła do baru.
- Hej, Wielki Nate! - pochylając się, zawołała głównego barmana. -
Potrzebuję tuzina kieliszków tequili, kilku solniczek i ćwiartek limonki
do ssania.
Obejrzała się przez ramię, rzuciła facetowi chwytającemu się za krocze
znudzone spojrzenie i znów się odwróciła.
- Mogę wszystko zabrać, jeśli Molly jest zajęta.
Facet od krocza położył przed nią na barze banknot studolarowy.
- Stawiam twoją tequilę i dziesięć minut na zewnątrz.
Rowan potrząsnęła lekko głową w stronę barmana, zanim ten zdążył się
odezwać.
Odwróciła się i popatrzyła pijanemu draniowi prosto w oczy.
- Domyślam się, że skoro totalnie brak ci uroku i możesz zdobyć kobietę
tylko za pieniądze, uważasz, że wszystkie jesteśmy dziwkami.
- Kręciłaś tyłkiem i machałaś cyckami od chwili, gdy tu wszedłem.
Zamierzam ci tylko zapłacić za to, co reklamowałaś. Najpierw postawię ci
drinka.
Przy stoliku Gull pomyślał: "Cholera" i zaczął wstawać. Gibbons położył
mu rękę na ramieniu.
- Nie chcesz wchodzić jej w drogę. Uwierz mi.
- Nie lubię, gdy pijani zaczepiają kobiety.
Wstał i zauważył, że w sali zrobiło się ciszej. Usłyszał więc wyraźnie,
jak Rowan mówi tonem słodziutkim niczym wata cukrowa:
- Och, najpierw postawisz mi drinka. To twój kubek?
Wzięła go do ręki, a przy swoim wzroście nie miała problemu, by wylać
jego zawartość na głowę faceta.
- Pociągnij sobie, złamasie.
Mężczyzna, choć mocno zalany, ruszał się zaskakująco szybko. Popchnął
Rowan na bar, chwycił jej piersi i mocno ścisnął.
Ona jednak ruszała się jeszcze szybciej. Zanim Gull zdążył przebyć
połowę sali, wcisnęła obcas buta w stopę faceta, a kolano w krocze, z którego był tak dumny, po czym powaliła go na ziemię "hakiem" wielkiej
urody. Gull był pod wrażeniem, a facet zwinął się wpół.
Zdążyła też wymierzyć cios pięścią jednemu z kumpli dupka, który
zachował się na tyle głupio, by ją szarpać. Chwyciła go za rękę i pociągnęła po podłodze. Kopniak, jaki mu wymierzyła w tyłek, wysłał go
prosto w objęcia przyjaciela, który próbował się podnieść z podłogi.
Odwróciła się do trzeciego.
- Chcesz spróbować?
- Nie. - Uniósł ręce w geście "Nie strzelaj". - Nie, proszę pani.
- No to może masz jeszcze kilka szarych komórek. Skorzystaj z nich i zabierz stąd swoich kumpli, zanim się wkurzę na dobre. Bo kiedy się
wkurzam, naprawdę mi odbija.
- Chyba nie potrzebowała pomocy - zauważył Dobie.
- To koniec. - Gull położył dłoń na sercu. - Zakochałem się.
- Raczej nie chciałbym zakochać się w kobiecie, która potrafi wytrzeć mną
podłogę.
- Nie ma ryzyka, nie ma zysku.
Cofnął się, gdy sześciu strażaków pomagało odprowadzić pijanych facetów
do drzwi. I wyrzucić ich z baru.
Rowan niedbale obciągnęła koszulkę.
- Co z tymi strzałami, Wielki Nate?
- Już podaję. Stawiam.
Gull usiadł i czekał, aż Rowan podejdzie z tacą.
- Gotowy? - zapytała.
- Ustaw je w szeregu, kochanie. Potrzebujesz lodu na knykcie?
Poruszyła palcami.
- Nic im nie jest. Zupełnie jakbym walnęła ciasteczkowego ludzika z reklamy proszku do pieczenia.
- Słyszałem, że on też nieźle pociąga.
Roześmiała się, po czym opadła na krzesło, które przysunął jej Gibbons.
- Zobaczmy, jak ty to robisz.
4
Gull patrzył jej w oczy, gdy razem wychylili pierwszy kieliszek, a tequila spłynęła po jego języku i gardle, i gorącym strumieniem wpadła
do żołądka.
Tym go zauroczyła przede wszystkim. Te chłodne błękitne oczy miały w sobie tyle życia. Teraz migotały w nich wyzwanie i rozbawienie, a sposób, w jaki na niego spoglądała, sprawił, że chwila stała się niemal
intymna; paliła całe jego wnętrze jak trunek.
Pragnąc dotrzymać jej kroku, ujął następny kieliszek.
A potem widział tylko jej usta, trochę za szerokie, z pełną dolną wargą,
i sposób, w jaki rozciągały się w kpiącym uśmieszku.
Nic dziwnego, że tak bardzo pragnął ich posmakować.
- Jak sobie radzisz, strażaku?
- Dobrze. A ty, Szwedko?
W odpowiedzi stuknęła trzecim kieliszkiem o jego szkło i wspólnie
wychylili ich zawartość. Podniosła ćwiartkę limonki do ust.
- Wiesz, co uwielbiam w tequili?
- Co?
- Wszystko. - Roześmiała się szelmowsko i wypiła czwarty kieliszek z taką samą obojętnością jak pierwsze trzy. Razem odstawili, puste, na
blat.
- Co jeszcze kochasz? - zapytał.
- Hm. - Zastanowiła się, uporawszy się z piątą kolejką. - Skakanie do
pożaru i tych, którzy podzielają to szaleństwo. - Uniosła kolejny pełny
kieliszek w stronę kolegów, którzy skwitowali to aplauzem i niewybrednymi okrzykami. Przez chwilę siedziała bez ruchu, trzymając go
w dłoni. - Ogień i jego gaszenie, mojego tatę, dudniący w uszach rock
and roll w upalną letnią noc i szczeniaczki. A ty?
Jak ona trzymał w ręku pełne szkło.
- Mogę się pod większością tych rzeczy spokojnie podpisać, ale nie znam
twojego taty.
- Nie skakałeś jeszcze do pożaru.
- Zgoda, lecz mam predyspozycje, by to pokochać. Lubię głośny rock i szczeniaczki, choć zmieniłbym to na seks w upalną letnią noc i wielkie
obślinione psy.
- Ciekawe. - Razem wypili ostatni kieliszek, co skwitowano jeszcze
większym aplauzem. - Myślałam, że wolisz koty.
- Nie mam nic przeciwko kotom, ale wielki obśliniony pies zawsze będzie
potrzebował swojego pana.
Jej kolczyki zakołysały się, gdy przekrzywiła głowę.
- Lubisz być potrzebny, prawda?
- Chyba tak.
Wymierzyła w niego palec w geście "wiedziałam".
- Znów ten romantyzm.
- Bezkresny jak ocean. Masz ochotę na dudniący w sercu seks w oczekiwaniu na letnią upalną noc?
Odrzuciła głowę i wybuchnęła śmiechem.
- To bardzo kusząca propozycja, ale dziękuję, nie. - Uderzyła dłonią w stolik. - Przyniosę ci za to następne sześć strzałów.
Boże, miej mnie w swej opiece, pomyślał.
- Ruszaj. - Poklepał kieszonkę na piersiach. - Wyjdę na krótką przerwę
na cygaro.
- Dziesięć minut - oznajmiła Rowan. - Wielki Nate, może podasz nam
trochę salsy i czipsów, żeby wchłonęły tequilę? Ale nie te rozmemłane.
Kobieta moich marzeń, pomyślał Gull, kierując się do wyjścia. Je salsę,
pije tequilę, skacze do pożarów, na dodatek piękna i inteligentna, i z zabójczym sierpowym.
Teraz musiał tylko zaciągnąć ją do łóżka.
Zapalił cygaro w zimnej ciemności, wydmuchał dym w roziskrzone od gwiazd
niebo. Noc była cholernie idealna. Beznadziejna muzyka w knajpce na
zachodzie, tania tequila, towarzystwo podobnych do niego osób i zniewalająca kobieta, która zajmowała mu myśli i podniecała ciało.
Pomyślał o domu i zimach, które absorbowały większość jego czasu. Nie
miał nic przeciwko temu, nawet to lubił. Ale w ciągu kilku minionych lat
dowiedział się, że tak naprawdę potrzebuje upału i emocji oraz ryzyka
płynącego z gaszenia pożarów.
Może dzięki dumie i zadowoleniu z tego, co osiągnął w domu, i podnieceniu z tego, co może osiągnąć tutaj, mógł spokojnie stać w chłodny wiosenny wieczór w samym środku pustkowia i doceniać tę
perfekcję.
Przeszedł za budynek, rozkoszując się cygarem. Myślał o czekającej na
niego Rowan z sześcioma pełnymi kieliszkami. Następnym razem - jeśli w ogóle do niego dojdzie - postara się o butelkę tequili Patrón Silver.
Przynajmniej nie będzie się musiał obawiać o stan żołądka.
Rozbawiony skręcił za bok budynku. Najpierw usłyszał jęki, a potem
paskudny odgłos pięści uderzającej w ciało. Ruszył w tamtą stronę,
przeczesując wzrokiem ciemność na parkingu.
Dwóch mężczyzn, z którymi Rowan rozprawiła się w barze, trzymało
Dobiego, a trzeci - największy - bił go bez litości.
- Cholera - mruknął Gull i rzucając cygaro, skoczył przed siebie.
Przez szum gniewu w uszach usłyszał krzyk jednego z facetów. Wielkolud
odwrócił się ze wściekłym wyrazem twarzy. Gull zacisnął pięść i pozwolił
jej runąć w przód.
Nie myślał; nie musiał. Górę wziął instynkt, kiedy dwaj mężczyźni
porzucili Dobiego i ruszyli w jego stronę. Ogarnęło go szaleństwo,
uderzał, kopał, wymierzał ciosy łokciem, czując smak krwi, także swojej.
Poczuł, że miażdży coś pięścią, usłyszał świst powietrza, gdy jego stopa
uderzyła w tłuszcz na czyimś brzuchu. Ktoś padł na kolana i dusił się,
kiedy łokieć Gulla walnął w gardło jakąś szyję. Kątem oka dostrzegł, że
Dobie podnosi się z ziemi i kuśtyka w stronę wymiotującego faceta, by
wymierzyć mu solidnego kopniaka w żebra.
Jeden z mężczyzn próbował uciekać. Gull złapał go i cisnął nim o ziemię
tak, że ten przejechał twarzą po żwirze.
Nie pamiętał dokładnie, w jaki sposób powalił wielkoluda i znalazł się
na nim, ale trzeba było aż trzech strażaków-skoczków, by go odciągnąć.
- Ma już dość. Stracił przytomność. - Głos L.B. przebił się przez szum.
- Odpuść, Gull.
- W porządku. Już jestem grzeczny. - Gull podniósł rękę na znak, że
skończył. Kiedy zwolnili uścisk, obejrzał się na Dobiego.
Przyjaciel siedział na ziemi w otoczeniu kolegów z kursu i kilku
miejscowych kobiet. Jego twarz i przód koszuli były zalane krwią, a prawe oko opuchnięte.
- Nieźle cię załatwili, stary - skomentował Gull. Potem zobaczył ciemną
plamę na prawej nogawce Dobiego i kapiące czerwone krople. - Jezu!
Dziabnęli cię?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki