Last Night - Daria Jędrzejek

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (37,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Gdy stajesz w obliczu śmierci, zazwyczaj jesteś spokojny. W ostatnim momencie swojego życia nie walczysz, nie wydajesz z siebie żadnego żałosnego krzyku. Poddajesz się. Czekasz na to, co ma nadejść.

Nagle w twoim sercu pojawia się nikła iskierka nadziei, że to nie definitywny koniec, że istnieje coś "po", a koszmar, który właśnie przeżywasz, wkrótce dobiegnie końca.

Wiele osób najbardziej lęka się śmierci. Ja uważałam, że jest coś znacznie gorszego.

Życie.

Życie z przytłaczającym poczuciem winy. Z demonami, które siedzą w twojej głowie. Potworami, idealnie skrytymi przed światem zewnętrznym, które wyniszczają cię dzień po dniu. W takiej sytuacji śmierć jest nieosiągalnym marzeniem - nieosiągalnym przez lęk, który niemal przez całą dobę paraliżuje cię od środka. Nie masz odwagi, by wykonać krok, który doprowadzi cię do upragnionego spokoju.

Tkwiłam w tym dziwnym stanie od ponad dwóch lat, aż poczułam coś innego niż strach, smutek, niepokój czy złość. To wrażenie było tak ulotne, że nie zdążyłam go w pełni zarejestrować, ale dzięki niemu pozwoliłam sobie na wzięcie głębokiego wdechu. Pierwszego od wielu miesięcy.

Spojrzałam na zatokę San Diego, która pięknie mieniła się kolorami zachodzącego słońca. Pamiętałam każdą szczęśliwą chwilę, którą tu spędziłam, lecz to sprawiało, że mój ból był jeszcze dotkliwszy.

Pierwsze załamanie przeszłam, gdy zmarł tata. Wtedy część mojego świata rozsypała się w drobny mak, ale miałam przy sobie kogoś, kto doskonale mnie rozumiał i dzielił ze mną rozpacz. Podzielona na pół pustka po stracie była łatwiejsza do zniesienia. Po wypadku zostałam z matką, która wolała zapomnieć i ignorować niespełniającą jej oczekiwań córkę. Tak naprawdę byłam sama.

Zamknęłam oczy, starając się zapamiętać ten widok na zawsze. Nie byłam już Eleną Lamieux, krwią z krwi światowej sławy modelki ani najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Ona zginęła dwa lata temu w wypadku samochodowym, który nigdy nie powinien był się wydarzyć. Nie miałam pojęcia, kim byłam, ledwie rozpoznawałam swoją twarz w lustrze, jednak gdy stałam nad połyskującą milionem barw rzeką, poczułam, że powinnam zawalczyć o to, kim mogłabym być. Nie zasługiwałam na szczęście, ale w głębi serca czułam, że Simon właśnie tego by dla mnie chciał.

Wstanę z kolan - obiecałam mu w myślach, taszcząc za sobą wielką walizkę, do której spakowałam całe swoje dotychczasowe życie.

1

Rozejrzałam się po dziwnym pomieszczeniu. Stałam na podwyższeniu, przed sobą miałam mównicę z wielkim mikrofonem, a dookoła panowała ciemność. Naraz mrok rozproszyło intensywne światło. Z trudem dostrzegłam wielki reflektor, który był skierowany prosto na mnie. Przymknęłam powieki, nie chcąc dopuścić do tego, by bolesna jasność jeszcze bardziej mnie oślepiła.

- Nazywam się Elena Lamieux - usłyszałam własny głos. - Właśnie zdiagnozowano u mnie depresję, silne zaburzenia lękowe i agorafobię.

- Cześć, Eleno! - ryknął tłum, patrząc na mnie nieobecnym wzrokiem.

Nie miałam pojęcia, jakim cudem udało mi się dostrzec ich twarze, ale widziałam każdą wpatrującą się we mnie gębę. Wyglądali jak wyrwani z taniego horroru o zombie. Biel ich skóry mocno kontrastowała z ciemnymi cieniami pod oczami. Kołysali się na boki, jakby nie mogli ustać stabilnie, a ich oblicza nie wyrażały absolutnie żadnej emocji.

- Dwa lata temu mój brat bliźniak zginął w wypadku. Jestem tu, bo nie wiem, jak mam z tym żyć. Nie chcę żyć bez niego.

- Winna! - wrzasnął ktoś z tyłu sali. - To nie był wypadek, tylko twoja wina! Nie zasługujesz na życie. Nie zasługujesz nawet na śmierć!

- Winna! Winna! - zawtórowała mu publiczność.

Upiorne twarze postaci wykrzywiły się w grymasie złości. Każda z nich miała na głowie białą perukę, a w ręce trzymała drewniany młotek, którym walił w blat. Poczułam, że tracę grunt pod nogami i spadam w nicość. Sala rozmyła się nagle, pozostawiając po sobie tylko ciemność, która otuliła mnie jak kokon, dając ulotne poczucie bezpieczeństwa. Ciemność, która była moim wybawieniem...

Natrętny dźwięk zaczął przedzierać się do mojego umysłu, nakazując, bym otworzyła oczy. Chciał wyrwać mnie z błogiej pustki, w której się znalazłam i w której było mi zadziwiająco dobrze. Niechętnie uchyliłam powiekę, by zerknąć na telefon, który od dobrych kilku minut wygrywał irytującą melodyjkę budzika.

- Rany, co za powalony koszmar... - mruknęłam.

Wyłączyłam alarm i przekręciłam się na drugi bok, próbując ponownie zasnąć. Tym razem przeszkodził mi dźwięk SMS-a. Westchnęłam i przetarłam twarz dłońmi, po czym sięgnęłam po iPhone'a.

L.V.: Eleno, dziś wyjątkowy dzień! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Mamy dla Ciebie prezent: - 20% zniżki na cały asortyment z kodem URODZINY. Do wykorzystania stacjonarnie i on-line.

Lauren Vidal była jedną z moich ulubionych francuskich marek odzieżowych. Kiedyś, jeszcze w poprzednim życiu, nie mogłam doczekać się tych wiadomości. To była jedyna okazja, by odrobinę zaoszczędzić na ekskluzywnych zakupach. Nie potrzebowałam promocji, by rozkoszować się luksusowymi ubraniami, ale docenienie stałych klientów było czymś niesamowicie miłym. Tego poranka przeklęty SMS sprawił, że zapragnęłam zakopać się pod kołdrą i zapaść w sen zimowy. Najlepiej kilkuletni. Już dawno przestałam zaprzątać sobie głowę czymś tak prozaicznym jak wygląd zewnętrzny. Pozory nie miały absolutnie żadnego znaczenia, gdy maska pewnej siebie gwiazdy opadła i każdy zobaczył, do czego doprowadziła mnie rozpacz.

Szybko przejrzałam powiadomienia w mediach społecznościowych, łudząc się, że ktoś z dawnych znajomych złożył mi życzenia urodzinowe, choćby z czystej przyzwoitości. Niestety, poza wiadomością od L.V. nie znalazłam nic. Zrobiło mi się przykro, być może odrobinę bardziej niż powinno.

Kiedyś byłam popularna, otaczałam się licznymi znajomymi i - mimo swojej powierzchowności - byłam do nich przywiązana. Im jednak łatwo było wymazać mnie z pamięci, co nawet rozumiałam. Nikt nie chciał użerać się z dziewczyną, która pogrążyła się w żałobie znacznie głębszej, niż mieściłoby się to w ogólnie przyjętych normach społecznych. Moja matka również się ode mnie oddaliła, jednak tego nie byłam w stanie pojąć. Matczyna miłość powinna być silna, bezwarunkowa i przede wszystkim powinna trwać, nie bacząc na okoliczności. Jako córka Bridget Lamieux nie mogłam na to liczyć.

Rozmyślania o matce przypomniały mi, co planowałam zrobić, gdy tylko skończę dwadzieścia jeden lat. Odkrywając w sobie od dawna nieznane mi pokłady energii, zerwałam z siebie kołdrę, zeskoczyłam z łóżka i wpadłam na walizkę, którą z niewiadomych przyczyn postanowiłam zostawić w sypialni. Zapewne to była zem- sta opiekuńczych duchów przeprowadzek za to, że od dwóch tygodni nie zrobiłam nic, by się rozpakować.

- Psia jego mać! - krzyknęłam, odruchowo masując obolałą łydkę, i natychmiast zapragnęłam cofnąć te słowa.

Gdy byliśmy dziećmi, Simon ubzdurał sobie, że pierwsze zdanie wypowiedziane w dniu urodzin ma magiczną moc. "Psia mać", czymkolwiek była, nie wróżyła nic dobrego. Swoją drogą bardziej do dupy chyba już nie mogło być. Mimo to poczułam lęk, od którego zjeżyły mi się włoski na karku.

Psychiatra ostrzegał, że pierwsze tygodnie leczenia mogą być trudne, na co miałam ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że sam fakt stawienia się na wizycie oznaczał, że sięgnęłam dna. Całkowicie odizolowałam się od świata, który przerażał mnie swoją intensywnością. Ataki paniki były tak częste, że miałam wrażenie, iż trwają bez końca. Milion razy rozmyślałam nad swoją śmiercią i gdyby nie obietnica, którą złożyłam przy zatoce, w końcu znalazłabym w sobie odwagę, by zakończyć ten koszmar. Jednak słowo dane bratu było dla mnie święte. Gdybym się poddała, Simon raczej nie powitałby mnie z otwartymi ramionami w magicznych zaświatach. Właśnie dlatego postanowiłam poszukać pomocy. Zapisałam się do lekarza, który przyjmował swoich pacjentów również on-line, co było jednocześnie wybawieniem i niemałym wyzwaniem. Nawet siedząc przed ekranem laptopa w znajomej i bezpiecznej przestrzeni przez trzydzieści minut nie byłam w stanie uspokoić się na tyle, by bez emocji porozmawiać z psychiatrą. Wtedy padła decyzja o farmakologii, której za wszelką cenę chciałam uniknąć.

Wtedy myślałam, że to koniec. Teraz, na własnej skórze przekonałam się, w jak wielkim błędzie byłam. Cały świat zaczął tańczyć mi przed oczami, poczułam mdłości, a nastrój zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Pobiegłam do łazienki i drżącymi dłońmi obmyłam twarz zimną wodą. Wyjęłam z szafki dzienną porcję tabletek i nachyliłam się do kranu, by je popić. To był szczególny dzień i nie mogłam pozwolić, by efekty uboczne leków pozbawiły mnie ekscytacji, którą czułam jeszcze kilka minut temu.

Przeprowadzka miała być ucieczką od matki. Od miesięcy swoim zachowaniem popychała mnie w stronę przepaści, na której skraju niebezpiecznie się kołysałam. Bridget nie rozumiała mnie. Ba, nawet nie próbowała zrozumieć. Gdy przestałam być idealną córką, stałam się dla niej niewidzialna. Sławna Lamieux nie mogła pozwolić sobie na miłość do kogoś, kto nie wpisywał się w wypracowany przez nią obraz marki osobistej. Apartament, który kupiłam, by się od niej odseparować, był zaledwie niewielkim krokiem, jednak przyszła pora na skok, na pierwszą dorosłą decyzję.

Wróciłam do przestronnego salonu i rozsiadłam się na kanapie. W końcu miałam swoje miejsce na ziemi, w którym nie było wygórowanych oczekiwań i rozkazów. Zerknęłam w okno, z którego miałabym idealny widok na zatokę La Jolla, gdyby nie fakt, że przydzielono mi chyba najgorszy z możliwych apartamentów. Zamiast podziwiać widoki, które kochałam, spoglądałam na liście ogromnej palmy, kołyszące się na wietrze i przysłaniające mi cały krajobraz.

Otworzyłam laptop i znalazłam w wyszukiwarce stronę odpowiedniego urzędu. Czy mój pomysł był dziecinny i podyktowany przez chorą potrzebę zrobienia na złość rodzicielce? Być może. Nie zmieniało to faktu, że to był najlepszy prezent urodzinowy, jaki mogłam sobie sprawić. Jęk zawodu wyrwał się z moich ust, gdy odkryłam, że muszę dokładnie uzasadnić swoją prośbę. Wydrukowałam dokumenty i zaczęłam je skrupulatnie wypełniać, gryząc przy tym skuwkę długopisu. Postawiłam na szczerość. Po chwili, niesamowicie z siebie dumna, ładowałam dokumenty do dużej koperty. Cieszyłam się, że ominie mnie osobista wizyta w urzędzie, bo na samą myśl o nieznanym mi miejscu robiło mi się słabo ze zdenerwowania. Rozejrzałam się po mieszkaniu w poszukiwaniu ciuchów na przebranie. Wygrzebałam z walizki wygodne spodnie dresowe, zwiewną białą bluzkę i czmychnęłam do łazienki, by się przebrać.

Dziesięć minut później byłam gotowa do wyjścia. W przedpokoju złapałam za plecak, z którym nigdy się nie rozstawałam i wyszłam z mieszkania wprost na rozgrzane słońcem ulice San Diego. Odwróciłam się w lewo, a widok przede mną momentalnie napełnił mnie spokojem, którego tak bardzo potrzebowałam.

W dole ulicy, tuż za dziesiątkami aut przy niej zaparkowanych, majaczyła zatoka. Wielu ludzi sprzedałoby nerkę, by mieszkać w takim miejscu, a ja chętnie bym się z nimi zamieniła. Za względnie normalne życie, które wiodłam jeszcze kilka lat temu, oddałabym nie tylko nerkę, ale i płuco, i może część wątroby. Tak przyziemne rzeczy jak wypasiona chata nie miały dla mnie żadnego znaczenia.

Zsunęłam na nos okulary przeciwsłoneczne i szybkim krokiem skierowałam się w stronę skrzynki na listy, która na szczęście znajdowała się nieopodal. Wrzuciłam do niej kopertę i poczułam się tak, jakbym pozbyła się przynajmniej połowy ciężaru, spoczywającego dotąd na moim sercu. Jednocześnie inna myśl ścisnęła moje gardło.

Mieliśmy zrobić to razem. Mieliśmy robić razem wszystko, braciszku.

Szum jadących samochodów i tętniącego życiem miasta dudnił mi w uszach. To było za dużo. Nie powinnam była wychodzić z domu. Wyjęłam z plecaka butelkę wody, biorąc z niej kilka małych łyków, by nawilżyć usta, które w kilka sekund wyschły na wiór. Tym razem niewiele to pomogło. Gdzieś niedaleko mnie usłyszałam krzyki, które sprawiły, że rozejrzałam się dookoła. Po drugiej stronie ulicy stała para, która zawzięcie się o coś kłóciła. Żołądek ścisnął mi się w supeł, gdy mężczyzna zaczął popychać kobietę, a ona skuliła drobną sylwetkę, szykując się na cios. Chciałam odwrócić wzrok, tak jak inni przechodnie, jednak nie potrafiłam. Nogi same poniosły mnie w ich kierunku.

- Sklep z aparatami słuchowymi jest dwie przecznice dalej - odezwałam się, gdy tylko znalazłam się przy nich.

Mężczyzna odwrócił się, a gdy zorientował się, że mówię do niego, spojrzał na mnie jak na kompletną kretynkę.

- Z czym?

- Z aparatami słuchowymi. Tak się pan drzesz, że musisz mieć jakieś ubytki.

Właśnie wpakowałam się w sam środek kłótni i pyskowałam do faceta, który miał problem z panowaniem nad własnym gniewem. O czym myślałam, gdy postanowiłam działać? Jednak nie zamierzałam odpuszczać i zostawiać tej kobiety samej. Adrenalina zrobiła swoje, spychając atak paniki w odmęty mojej świadomości. Teraz czułam wyłącznie gniew.

- Spierdalaj - rzucił i odwrócił się do mnie plecami.

- Elokwentnie, nie ma co - sarknęłam bardziej do siebie niż do niego.

Facet puścił moją uwagę mimo uszu. Miliony myśli krążyły mi po głowie. Nie mogłam dać za wygraną. Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że nie należy się wtrącać, gdy widzi się przemoc. Większej głupoty w życiu nie słyszałam. Ludzie, którzy odwracają wzrok, podczas gdy innym dzieje się krzywda, niczym nie różnią się od przemocowców, którzy zadają komuś fizyczny ból.

- Czy mam zadzwonić pod numer alarmowy, żeby wskazali panu drogę?

Dziwiłam się, że głos mi nie zadrżał. Spoglądałam hardo w stronę mężczyzny, krzyżując ręce na piersi. Straciłam rezon, gdy i on zwrócił na mnie wzrok ciskający pioruny.

- Nie masz nic lepszego do roboty?

- Uwierz mi, mam. - Włożyłam rękę do plecaka, po omacku szukając telefonu, który już od dawna powinnam była trzymać w pogotowiu. - Dlatego będę wdzięczna, jeśli skorzystasz z własnej rady.

- Jakiej rady?

- Żeby spierdalać.

Koleś rozejrzał się zirytowany, jakby się zastanawiał, co zrobić w obecnej sytuacji. Po chwili, ku mojej ogromnej uldze, machnął ręką i zrobił kilka kroków w tył.

- Pogadamy innym razem - burknął na odchodne do kobiety.

Wsiadł naburmuszony do samochodu i odjechał. Jeszcze kilka chwil gapiłam się na połyskujący w słońcu lakier, po czym uklękłam przy nieznajomej, by pomóc jej zebrać rzeczy, które wysypały się z torebki.

- Wszystko w porządku? - zagadałam, podając jej kosmetyczkę.

- Tak, dziękuję - odpowiedziała cicho, wycierając łzy chusteczką. - Nie musiałaś tego robić. Ten facet jest stuknięty. Już dawno powinnam była wystąpić o zakaz zbliżania się.

- Ktoś z rodziny?

- Gorzej, mój były. Nie mam gustu, huh?

Uśmiechnęłam się delikatnie. Pozbierałyśmy z chodnika wszystkie przedmioty i po kolejnym zapewnieniu kobiety, że nic jej nie jest i da sobie radę sama, pobiegłam w stronę domu. Wpisałam kod, a za moment skryłam się w cieniu klatki schodowej. Przyjemny chłód owiał moją spoconą twarz, pozwalając mi na wzięcie kilku głębszych oddechów. Zaczęłam powoli wdrapywać się po schodach, a z każdym stopniem opuszczała mnie energia. Poczułam się jeszcze żałośniej, gdy uświadomiłam sobie, że wypad kilkanaście metrów od mieszkania pozbawił mnie sił. Dotarłam do drzwi i przekręciłam kluczyk.

Nagle za moimi plecami rozległ się głos, którego nie słyszałam od ponad dwóch lat:

- El, nie wierzę! Co ty tu robisz?

2

Zrobiło mi się słabo, gdy usłyszałam tę ksywę. Gdyby nie ona, mogłabym mieć nadzieję, że głos mojego sąsiada był łudząco podobny do głosu faceta, w którym bujałam się od piątej klasy podstawówki. Niestety, wydźwięk tych dwóch zdań nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Tak nazywali mnie tylko Simon i...

Powoli odwróciłam się w stronę mężczyzny, przyklejając do twarzy uśmiech. Przede mną stał Justin Harris we własnej osobie i - jeśli to możliwe - wyglądał jeszcze lepiej niż w moich wspomnieniach. Miał na sobie szare spodnie w kratę i białą koszulę, która idealnie opinała jego tors. Brązowe włosy, nieco dłuższe niż zapamiętałam, były starannie ułożone, a niemal czarne oczy przyglądały mi się z zainteresowaniem, jakbym była eksponatem w muzeum. To uświadomiło mi, że nie wyglądam już jak dawna El i poczułam wstyd. Justin to mężczyzna, przed którym od zawsze starałam się uchodzić za ideał, bo on sam taki był. Tymczasem sterczałam na chłodnej klatce schodowej z tłustymi włosami, bez makijażu, z nadwagą i łzami pchającymi się do oczu. Miałam ochotę uciec, ale moje nogi, jak na złość, odmówiły posłuszeństwa. Stałam jak sparaliżowana, wpatrując się w oczy, które kiedyś były mi tak drogie i nie miałam pojęcia, jak się zachować.

- Eee, mieszkam? - zapiszczałam, przypominając sobie, że Justin zadał mi pytanie.

Brawo, Eleno, cóż za inteligentna odpowiedź!

- Uwierz mi, domyśliłem się, gdy próbowałaś otworzyć drzwi - zaśmiał się, robiąc krok w moją stronę.

Znajdował się tak blisko, że czułam go każdą komórką mojego ciała. Cały czas coś mówił, ale do mnie docierały jedynie ogłuszający szum i szaleńcze bicie własnego serca. Już zapomniałam, do jakiego stanu potrafił mnie doprowadzić jednym spojrzeniem czy pozornie nic nieznaczącym stwierdzeniem. Wcześniej marzyłam o tej chwili. Pragnęłam, żeby wrócił, przytulił mnie, oferując bezpieczną przystań, której tak bardzo potrzebowałam. A gdy w końcu to się stało, gdy miałam go na wyciągnięcie ręki, chciałam po prostu odwrócić się, wejść do mieszkania i zostać sama.

- Justin? - Drobna blondynka zmaterializowała się przy nas, łapiąc mężczyznę za ramię i odciągając go ode mnie. - Spóźnimy się na bankiet.

Wykorzystałam okazję i czmychnęłam do apartamentu, posyłając im niepewny uśmiech, zanim zatrzasnęłam za sobą drzwi. Padłam wykończona na kanapę, nie bardzo wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Poziom moich umiejętności społecznych drastycznie spadł przez ostatnie dwa lata. Czy mogłam zrobić z siebie większą idiotkę? Chyba nie. Chwilę później przypomniałam sobie słowa psychiatry - trzeba doceniać każdy, nawet najmniejszy krok naprzód. Ten, który zrobiłam dzisiaj, był milowy. Musiałam przywyknąć do tego, że nie funkcjonuję tak jak inni ludzie i przestać się do nich porównywać.

Taaa, łatwo mówić, gdy doskonale wiedziałam, jak żyją normalni ludzie i jakie ograniczenia nałożył na mnie chory umysł.

Nieoczekiwane spotkanie spowodowało, że moje myśli zaczęły dryfować po niebezpiecznych wodach przeszłości. Każda chwila spędzona z Justinem miała szczególnie miejsce w moim sercu. Gdy jako dziecko wprowadził się na nasze osiedle, chodziliśmy z Simonem do podstawówki. Chłopcy niemal od razu znaleźli wspólny język. Nie podobało mi się to, więc wmawiałam sobie, że ten "nowy" to zło wcielone. Byłam zła na brata, że tak wiele czasu poświęca koledze. Lata mijały, a wraz z nimi przemijała chora i bezpodstawna zazdrość. Dostrzegłam, jak wiele Justin robi dla Simona i zaczęłam to doceniać. Justin utorował sobie drogę do mojego serca rakietą do badmintona, którą zaczął okładać szkolnych łobuzów, dokuczających mojemu bratu. Do naszych osiemnastych urodzin byliśmy nierozłączni. Trzej muszkieterowie. A potem zniknął, a ja nie miałam pojęcia czemu. Jednego dnia siedzieliśmy we trójkę nad zatoką, a drugiego Simon był martwy, ja leżałam w szpitalu, a Justin rozpłynął się w powietrzu. Wtedy byłam mu za to wdzięczna. Obawiałam się, że jego widok mógłby przynieść jeszcze więcej bólu. Dopiero z czasem zrozumiałam, że brak jego obecności tylko pogorszył sytuację.

Nie cieszyłam się z dzisiejszego sukcesu. Nie miałam na to siły. Zamiast tego chciało mi się wyć. Miałam nie postrzegać swojej choroby negatywnie. Tylko jak to zrobić, jeśli każdego dnia czułam się tak, jakbym była na wojnie z samą sobą? Walczyłam o wstanie z łóżka, o krok poza domem bez ataku paniki i o najdrobniejszy uśmiech. Byłam wojownikiem, który tracił siły, bo w głębi duszy wiedział, że nie zasługiwał na wygraną.

Odepchnęłam od siebie ponure myśli i złapałam za telefon, gdy zaczął dzwonić. Na ekranie pojawiła się twarz Bridget. Niemal zazgrzytałam zębami z irytacji, ale wiedziałam, że muszę odebrać to połączenie. Taka była umowa - ja się wyprowadzam, a ona dzwoni i wpada, kiedy chce, by w dalszym ciągu wtryniać swój nochal w nie swoje sprawy. To była cena wolności, którą byłam gotowa zapłacić.

- Cześć, bułeczko - odezwała się moja matka, na co skrzywiłam się w duchu. Nienawidziłam ksywy, której ona od jakiegoś czasu znacznie nadużywała. - Jak poszła przeprowadzka?

Pyta po dwóch tygodniach, nieźle... Przestań udawać, że cię to interesuje, i miejmy to w końcu za sobą, pomyślałam.

- Okej - powiedziałam zamiast tego.

Ostatnio nauczyłam się, że nie ma sensu wchodzić z nią w jakiekolwiek dyskusje. Moje uczucia nie były ważne, za to jej... to już odrębna kwestia. Człowiek musiał ważyć każde słowo, by przypadkiem nie urazić majestatu samozwańczej królowej San Diego. Bardzo szybko okazało się, że nic tak nie frasuje wrażliwego oblicza mojej matki jak problemy jej córki. Ona nienawidziła tego, że nie potrafiłam poradzić sobie z własnymi emocjami, a ja czułam do niej żal, bo tak doskonale radziła sobie ze swoimi.

- Może wybierzesz się ze mną na trening? Niedaleko twojego apartamentu powstało świetne miejsce. Chciałabym ci je pokazać.

Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Kiedyś byłyśmy nierozłączne i uwielbiałyśmy spędzać ze sobą czas. Traktowałam ją bardziej jak przyjaciółkę niż matkę. Gdy zginął Simon, przez pierwsze pół roku nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Potem, gdy zaczęły pojawiać się moje problemy, odniosłam wrażenie, że Bridget po prostu się mnie wstydzi. Fakt, może i przestałam dbać o swój wizerunek, jednak potrzebowałam wsparcia, którego ona nie potrafiła lub nie chciała mi ofiarować.

- Chcesz pokazać się ze mną publicznie?

- Na litość boską, przestań zgrywać ofiarę, Eleno. Jedno dziecko straciłam, nie chcę stracić kolejnego.

Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam, a właściwie w ton, jakim zostały wypowiedziane bolesne słowa. Zupełnie jakby informowała mnie o tym, jaką sukienkę postanowiła włożyć na wieczór. Obie straciłyśmy jedną z najważniejszych osób w życiu. Czułam się tak, jakby Simon zabrał ze sobą część mnie, zostawiając mi w zamian ból, pustkę i poczucie winy, a ona... cóż... była po prostu sobą.

Mruknęłam, by podesłała adres SMS-em, i szybko zapewniłam, że pojawię się tam o umówionej porze. Z westchnieniem ulgi zakończyłam połączenie. Miałam wrażenie, że mój limit interakcji międzyludzkich właśnie się wyczerpał. Kto nie wierzył w istnienie wampirów energetycznych, zapewne nie natknął się nigdy na moją matkę. Ta kobieta żyła po to, by męczyć innych ludzi. Pragnęłam zakopać się pod kocem z ulubioną książką, ale zamiast tego skierowałam się w stronę nieszczęsnej walizki, by znaleźć odpowiednie ciuchy na spotkanie. Wiedziałam, że jeśli nie pojawię się na siłowni, Bridget wparuje do mojego mieszkania. Zaczną się miliony pytań, pretensji i czepianie o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Wybrałam mniejsze zło.

Przyjrzałam się ciuchom i postawiłam na granatowe legginsy i modny top do kompletu. W sportowych ubraniach kochałam to, że zdecydowana większość z nich potrafiła ukryć mankamenty mojej nieidealnej figury. Wystający brzuszek? Nie w legginsach, które opinają cię tak, że ledwie jesteś w stanie oddychać.

Wzięłam szybki prysznic, umyłam włosy i nałożyłam na nie odżywkę. Wieczór był upalny, więc uznałam, że ich suszenie mija się z celem. Ubrałam się, a na nadgarstek założyłam frotkę, którą planowałam wykorzystać podczas treningu. Trzy razy upewniłam się, że w plecaku znajdują się tabletki na kryzysowe sytuacje i butelka wody. Te dwie rzeczy były moim kołem ratunkowym i sam fakt, że mam je pod ręką, pozytywnie wpływał na moją psychikę. Wzięłam oczyszczający wdech i ruszyłam na spotkanie z diabłem w skórze anioła.

Wyszłam z mieszkania, odwróciłam się w stronę schodów i wtedy cała moja uwaga skupiła się na delikatnie zarysowanych mięśniach brzucha, które unosiły się z każdym szybkim oddechem. Mrugnęłam kilkakrotnie, chcąc przywołać się do porządku i przestać gapić się na półnagiego Justina, który stał przede mną i uśmiechał się zaczepnie, jakby doskonale wiedział, jak na mnie podziałał. Odchrząknęłam i spojrzałam mu prosto w oczy.

- Wracasz z bankietu bez koszulki?

O ile to możliwe, wyszczerzył się jeszcze bardziej.

- Ciebie też miło widzieć, sąsiadko. - Puścił do mnie oczko, opierając się plecami o ścianę. - Bankiety są nudne, powiedziałem asystentce, że umieram.

Parsknęłam. Justin zawsze średnio poważnie podchodził do obowiązków, które nie sprawiały mu przyjemności. Był mistrzem wymyślania idiotycznych wymówek, ale ta przebiła wszystkie poprzednie razem wzięte.

- Nie wyglądasz na konającego - zauważyłam.

- Bo usychania z tęsknoty nie da się zobaczyć gołym okiem.

Byłam tak zaskoczona własnym wybuchem śmiechu, że niemal natychmiast zasłoniłam usta dłonią. Podczas gdy moje rówieśniczki chodziły na randki, korzystały z życia i zdobywały doświadczenie w relacjach z mężczyznami, ja wegetowałam porażona własną chorobą. Byłam zła na siebie, że w kontakcie z innymi ludźmi zachowuję się jak nastolatka, choć w głębi duszy bardziej przypominałam doświadczoną przez życie staruszkę.

- Nie możesz tęsknić za kimś, kogo nie znasz. - Starałam się zabrzmieć wesoło i na luzie, ale nie bardzo mi to wyszło. - Jestem teraz kimś zupełnie innym.

- Widzę - mruknął Justin.

Nie zdołałam powstrzymać pełnego rozczarowania grymasu, który natychmiast zauważył. Najwidoczniej pojął, jak mogłam odebrać jego słowa.

- Nie, nie to miałem na myśli. Przeprowadzka, zmiana stylu i te sprawy - próbował ratować sytuację, jednak nawet to nie usunęło pierwszego wrażenia. - Idziesz biegać? Co prawda właśnie skończyłem trening, ale kolejna rundka po plaży dobrze mi zrobi.

- Umówiłam się z Bridget na siłowni.

Pierwszy raz szczerze ucieszyłam się z tego faktu. Ta rozmowa zaczynała mnie przytłaczać i ostatnie, czego mi było trzeba, to kolejne niezręczne minuty w towarzystwie byłego przyjaciela. Chciałam go ominąć, gdy nagle złapał mnie za rękę. Choć najwyraźniej próbował mnie zatrzymać, jego dotyk był zadziwiająco delikatny.

Spojrzałam na niego z pytaniem w oczach.

- Jeśli uważasz, że jesteś kimś innym, bardzo chętnie poznam nową El - powiedział niemal szeptem i pocałował mnie w policzek. - Pozdrów ode mnie mamę.

Po moim trupie, pomyślałam. No, chyba że chcesz, by zaczęła organizować nam wesele na przyszły tydzień.

Z ulgą dostrzegłam, że Justin jest już przy swoich drzwiach. Pomachałam mu na pożegnanie i w końcu ruszyłam w drogę na siłownię. Po kwadransie całkiem przyjemnego spaceru stanęłam przed najbardziej instagramowym miejscem na całym wybrzeżu. Niby człowiek się spodziewał, ale nie do końca. Byle jaka miejscówka nie zwróciłaby uwagi Bridget na tyle, by zaszczyciła ją swoją olśniewającą osobą.

Przed budynkiem zbierały się grupy kobiet, rozmawiając o czymś z przejęciem. Rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu swojej rodzicielki, gdy ktoś nagle skoczył mi na plecy.

- Mamo, do cholery! - krzyknęłam, podskakując na dobre dwie stopy. Czasem miałam wrażenie, że to ja zachowuję się dojrzalej.

- Język, Eleno! - upomniała mnie odruchowo, jednocześnie lustrując moją sylwetkę z góry do dołu.

Podziękowałam sobie w duchu za to, że nie założyłam moich ulubionych dresów. Najwyraźniej wyglądałam całkiem wyjściowo, co zasłużyło na błysk aprobaty w oczach Bridget. Niechętnie musiałam przyznać, że od zawsze mi na tym zależało. Z automatu poczułam się pewniej, a duma niemal rozpierała mnie o środka.

- Najpierw zachowujesz się jak nastolatka, a później, żeby wyjść z tego z twarzą, udzielasz mi niepotrzebnej reprymendy? Jestem dorosła.

- Dorosła? - prychnęła, odgarniając swoje włosy do tyłu. - Możesz pić alkohol od zawrotnych osiemnastu godzin - wypomniała mi.

- Dziękuję za życzenia, naprawdę nie musiałaś się tym kłopotać. - Nie mogłam darować sobie drobnej uszczypliwości posłanej w jej kierunku. Spojrzała na mnie lodowatym wzrokiem.

- Dzień się jeszcze nie skończył - mruknęła.

- Nie zmienia to faktu, że chociaż raz w roku mogłabyś zacząć od czegoś innego, niż czepianie się.

- A ty choć raz w roku mogłabyś porzucić pozę zranionej księżniczki.

Chciałam miło spędzić czas, więc zdecydowałam się jedynie na wywrócenie oczami.

- Poznałaś już nowych sąsiadów? - zagadała po chwili, chyba również czując wiszącą w powietrzu kłótnię.

- Nie - skłamałam bez mrugnięcia okiem.

Justin był najlepszym przyjacielem Simona. Był też, według Bridget, idealnym materiałem na zięcia. Przystojny syn jednego z najbardziej szanowanych przedsiębiorców na Zachodnim Wybrzeżu, który prędzej czy później miał przejąć interesy ojca. Gdyby moja matka dowiedziała się, że Justin mieszka w tym samym apartamentowcu... Nie, wolałam nawet nie myśleć, co by się wtedy stało.

- Chyba nie muszę wspominać, że socjalizacja z osobami, które mieszkają po sąsiedzku, jest niezwykle ważna...

Z każdym kolejnym słowem matki odpływałam myślami w nieznanym kierunku. Bridget była żywiołem, który potrafił pochłonąć wszystko, co znajdowało się na jego drodze, dlatego byłam wdzięczna za tę umiejętność. Tym razem analizowałam zawiłą fabułę najnowszego serialu na Netflixie, co chwilę uśmiechając się i potakując. Ta technika jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i miałam nadzieję, że tak pozostanie.

Na szczęście chwilę później ruszyłyśmy w stronę wejścia, przyciągając spojrzenia. Musiałyśmy wyglądać komicznie. Wysoka, długonoga, piękna blondynka i jej młodsze przeciwieństwo. Nie byłam brzydka, ale gdy przestałam o siebie dbać, stałam się przeciętna. Nijakość to ostatnie, czego spodziewają się ludzie, gdy jesteś córką kobiety, której twarz widnieje w najpopularniejszych magazynach.

Bridget złapała mnie za rękę i ramię w ramię weszłyśmy do klimatyzowanego pomieszczenia, z którego rozpościerał się widok na ocean. Musiałam przyznać, że stworzenie sali tortur w tak pięknej okolicy było strzałem w dziesiątkę. Zajęłyśmy miejsca na rowerkach treningowych w pierwszym rzędzie i oczekiwałyśmy na rozpoczęcie zajęć, które powodowały dziwną ekscytację wśród zebranych. Sala była wypełniona po brzegi kobietami w różnym wieku. Zrozumiałam ten fenomen w momencie, w którym trener wszedł do pomieszczenia. Czy był przystojniakiem? Niedopowiedzenie roku. Facet wyglądał, jakby właśnie zlazł z jakiegoś billboardu Calvina Kleina i, o zgrozo, właśnie zdejmował koszulkę, sprawiając, że ryzyko zawału wśród starszych kobiet wzrosło niemal czterokrotnie. Wszystkie obecne przyglądały mu się wygłodniałym wzrokiem i miałam wrażenie, że jako jedyna chciałam stąd zniknąć. Relacje z facetami były dla mnie czymś nowym, więc roznegliżowany mężczyzna, którego widziałam pierwszy raz w życiu, wprawiał mnie w niemałe zakłopotanie. Odwróciłam wzrok, próbując znaleźć słuchawki w plecaku, jednak było to niepotrzebne, bo po chwili salę wypełniła ogłuszająca muzyka. Kobiety zaczęły gwizdać i wiwatować, dając znak, że są gotowe na trening.

- Widzę sporo nowych twarzy - powiedział trener do mikrofonu przyczepionego przy jego ustach. Podniosłam wzrok i niemal zadławiłam się własną śliną. Typ przyglądał mi się z zainteresowaniem, delikatnie się przy tym uśmiechając. - Dla tych, co jeszcze jakimś cudem mnie nie znają, jestem Bastien. Witamy na najlepszych zajęciach fitness w San Diego!

Kobiety ponownie wpadły w euforię. Gdybym wiedziała, że trening będzie wyglądał jak plan filmu pornograficznego dla napalonych mamusiek, w życiu nie dałabym się na to namówić. Zanotowałam w myślach, by wypomnieć to Bridget i zaczęłam pedałować. Może Bastien był zapatrzonym w siebie narcyzem, ale gust muzyczny miał całkiem niezły. O ile to on wybierał playlistę do swoich treningów. Nogi niemal same rwały się do pracy. Skupiłam się na oddechu, a wysiłek spowodował, że nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, co było bardzo miłą odskocznią. Nawet nie spostrzegłam, kiedy na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech.

Gdy guru fitnessu zarządził pięć minut przerwy, z jękiem zawodu zgramoliłam się z maszyny i zerknęłam za siebie. Sala była ogromna, a ja nagle poczułam się malutka jak ziarnko grochu. Gdyby teraz złapał mnie atak paniki, narobiłabym wstydu nie tylko sobie, ale też matce. Chęć ucieczki była tak silna, że ledwie nad nią panowałam. Stałam tam, starając się myśleć o wszystkim, tylko nie o własnych lękach, jednak nie potrafiłam. Świat stawał się niewyraźny. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej dowiedziałam się, że to, co mnie dręczy, ma nazwę i jest dość powszechne, by tego dnia porwać się na wypad w nieznane miejsce, między ludzi, których widziałam pierwszy raz w życiu. Walczyłam ze sobą, by się uspokoić, jednak im usilniej próbowałam to zrobić, tym bardziej lęk narastał. Obok mnie toczyło się życie, spoglądałam na roześmiane twarze i pokrzepiające gesty. Nikt nie miał pojęcia, że właśnie przegrywam w bitwie z własnym umysłem. Byłam z tym sama.

Nogi same poniosły mnie w stronę wyjścia z sali. Nie miałam pojęcia, jakim cudem udało mi się dobiec do łazienki. Rzeczywistość stała się tak nierealna, że ledwie dostrzegałam, gdzie jest góra, a gdzie dół. Opadłam ciężko na zimne kafelki i oparłam się plecami o ścianę. Chciałam zanieść się płaczem, jednak, jak na złość, z moich oczu nie poleciała ani jedna łza. Dziwne odrętwienie, w które wpadłam, zaczęło przybierać na sile. Ściany z każdej strony zdawały się do mnie przybliżać, zatrzaskując mnie w pułapce. Oddech stał się płytki i nierówny, a obraz rozmazany. Miałam wrażenie, że zaraz stanie mi się coś złego, coś, nad czym nie będę miała kontroli. I dobrze. Wolałam umrzeć, niż trwać w tym piekle na ziemi.

Więc dlaczego mój umysł tak zacięcie walczył? Może jednak musiałam żyć? Po coś. Uporczywe mrowienie, które nagle się pojawiło, powoli odbierało mi kontrolę nad własnym ciałem, które przecież powinno było się mnie słuchać. Czułam się tak, jakby moja dusza opuściła bezpieczne schronienie i dryfowała gdzieś obok niego. Z każdą sekundą było coraz gorzej. Zmusiłam się do złapania za plecak, który rzuciłam przy drzwiach. Na szczęście znajdował się na wyciągnięcie ręki. Wysypałam całą jego zawartość na podłogę, szukając brązowej fiolki. Demony w mojej głowie włączyły jakieś cholerne slow motion, bo czułam się tak, jakby powietrze stało się lepką, gęstą mazią, która utrudniała mi poruszanie się. Zamarłam, gdy zorientowałam się, że ktoś wali pięścią w zamknięte drzwi i najwidoczniej nie ma zamiaru przestać. Szybko włożyłam tabletkę do ust, jednak gdy chciałam ją popić, butelka upadła na podłogę, a jej zawartość utworzyła wielką plamę na białych kaflach. Walenie w drzwi nie ustawało.

- Chociaż jak umieram, mogłabyś mi dać święty spokój! - wrzasnęłam w kierunku intruza.

Z jakiegoś powodu założyłam, że to Bridget tak usilnie próbuje dostać się do środka. Przecież na dobrą sprawę mógłby to być każdy. Dziwne, ale nawet się nie zdziwiłam, gdy uśmiechnięta głowa Bastiena wsunęła się do środka.

- Nie możesz umrzeć podczas moich zajęć, popsujesz mi statystyki - powiedział wesoło i jakby nigdy nic wszedł do pomieszczenia.

Francuski akcent w jego głosie sprawił, że z automatu poczułam do niego nić sympatii. Że też wcześniej tego nie zarejestrowałam... Mój ojciec był Francuzem. Ledwie go pamiętałam, ale pustkę po nim próbowałam zapełnić francuską kuchnią, muzyką i kulturą. Dzięki temu czułam się tak, jakby jego cząstka cały czas była przy mnie.

Mężczyzna ogarnął wzrokiem bałagan, który narobiłam. Podniósł z ziemi butelkę, napełnił ją wodą i bez słowa mi ją podał. Przyjęłam ją z wdzięcznością i zaczęłam pić, podczas gdy Bastien zbierał porozrzucane po podłodze rzeczy. Upchnął wszystko do plecaka i wyciągnął w moją stronę dłoń, którą po chwili wahania przyjęłam. Dzięki jego pomocy podniosłam się do pozycji stojącej. Zawroty głowy ustąpiły, jednak w dalszym ciągu byłam skołowana. Trener posłał mi pytające spojrzenie, a gdy lekko skinęłam głową, wyprowadził mnie na korytarz, który na szczęście świecił pustkami.

- Takie treningi to chyba nie twoja bajka, co? - zagadał po chwili milczenia.

Wzruszyłam ramionami i przyjrzałam się jego twarzy. Wyglądał bardzo poważnie. Gęste brwi i mocno zarysowana linia żuchwy, którą nie pokrywał nawet cień zarostu, nadawały mu groźnego charakteru. Biorąc pod uwagę ciemne, bujne włosy, musiał golić się dwa razy dziennie. Już samo to wiele o nim mówiło. Nie był leniwy i lubił dbać o swój wygląd. Był przystojny, ale na jedną rzecz zwróciłam szczególną uwagę. Oczy, które skrywały w sobie tajemnicę. Nawet gdybym wpatrywała się w nie godzinami, nie byłabym w stanie powiedzieć, jakiego dokładnie są koloru. Na początku wydawały się niebieskie, ale miały w sobie jakąś głębię, która nadawała im zielonej poświaty.

- Na pewno wszystko w porządku? - zapytał, a mi zrobiło się głupio.

Uświadomiłam sobie, że nie odezwałam się do niego nawet słowem. Zamiast podziękować za okazaną pomoc, tylko stałam i gapiłam się na niego jak bezmyślne cielę. Po raz setny przestudiowałam w myślach efekty uboczne leków i przypomniałam sobie, że tabletki na kryzysowe sytuacje robią ze mnie intelektualną amebę, dlatego nie mogę ich nadużywać.

- Nic jej nie jest. - Głos Bridget był ostry jak sztylet.

Niechętnie odwróciłam się w stronę mojej matki, która pędziła w naszym kierunku jak torpeda. W dodatku wściekła torpeda.

- Z całym szacunkiem, pani Lamieux, ale bardziej interesuje mnie, co Elena ma do powiedzenia.

Gdybyśmy byli w kreskówce, moja szczęka właśnie rąbnęłaby z głośnym hukiem o podłogę, a z uszu matki wydobyłyby się kłęby pary. Przez dwadzieścia jeden lat mojego życia nie słyszałam, by ktoś jawnie odważył się jej postawić. Bastien z minuty na minutę zyskiwał w moich oczach. Najwidoczniej postawa zadufanego w sobie samca alfa była jedynie kreacją, która przyciągała tłumy na jego treningi.

Bridget prychnęła i zaczęła ciągnąć mnie w stronę wyjścia, jakbym była pięcioletnią gówniarą, która zasłużyła sobie na szlaban. Normalnie bym się wkurzyła, ale w tym momencie nie byłam sobą. Czułam się jak obserwator własnego życia, który nie jest zdolny do samodzielnej reakcji.

Bastien w ostatniej chwili złapał mnie za łokieć i wydobył z mojego plecaka telefon, który przybliżył mi do twarzy. Uśmiechnął się kpiąco, gdy ekran odblokował się bez najmniejszego problemu. Cholerne face ID... Poklikał coś na urządzeniu i po kilku sekundach w jego kieszeni rozległ się dźwięk dzwonka. Wcisnął mi w dłoń Iphone'a i uśmiechnął się przyjaźnie.

- Odezwę się do ciebie. Mam propozycję nie do odrzucenia.

Byłam zaskoczona jego bezpośredniością, więc tylko pokiwałam głową i dałam się pociągnąć matce w stronę wyjścia z budynku. Odetchnęłam z ulgą, gdy znalazłyśmy się na zewnątrz. Wieczór był piękny. Kochałam spoglądać w rozgwieżdżone niebo i słuchać fal, rozbijających się o brzeg. Tu miałam jedno i drugie. To dodało mi sił i niemal poczułam spokój. Niemal, bo Bridget zaczęła swoje wywody, biadoląc na biednego Bastiena i córkę, która narobiła jej wstydu. Ścisnęło mnie w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, że nie interesowało ją, co się stało. Jej zdaniem moja ucieczka była próbą zwrócenia na siebie uwagi.

- Nie pomyślałaś o tym, że uwaga to ostatnie, czego mi teraz potrzeba? - zapytałam, przerywając jej monolog, który w innym wypadku mógłby trwać w nieskończoność.

Bridget zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na mnie zszokowana. Spokojny ton mojego głosu przeraził mnie samą. Nigdy nie wchodziłam z matką w dyskusje, lecz próba wyjaśnienia jej dobitnie, z czym muszę się mierzyć, mogła być ostatnią deską ratunku na naprawienie naszej kruchej relacji. Ta kobieta była irytująca, dziecinna, samolubna i impulsywna, ale miewała też lepsze momenty. Nie chciałam jej całkowicie skreślać ze swojego życia. Była moją jedyną rodziną, bez niej nie miałam nikogo. Dlatego odetchnęłam głęboko rześkim powietrzem i, wykorzystując chwilę ciszy, postawiłam na szczerość.

- Od dwóch lat chcę zniknąć. Uważam, że powinnam. Boję się obcych ludzi i nieznanych mi miejsc, a mimo to przyszłam tu dla ciebie, a ty, zamiast okazać mi wsparcie, niszczysz moją psychikę. W twoich oczach jestem leniwą gówniarą, która wiecznie siedzi z nosem w książce i nie spełnia twoich wygórowanych oczekiwań. Nie wiesz, że zrobiłabym wszystko, by w końcu czuć się normalnie. Nie wiesz, że dzięki książkom moje myśli są w stanie na chwilę oderwać się od rzeczywistości, która mnie przytłacza. Nie wiesz też, że korzystam z pomocy psychiatry. I nie wiesz, że od dwóch lat tonę w nienawiści do siebie, bo Simon zginął przeze mnie. To ja prosiłam go, żeby po mnie przyjechał. Gdyby nie to...

Zamilkłam, czując, że i tak powiedziałam za dużo. W duchu liczyłam na zrozumienie. Na to, że podejdzie do mnie i zamknie mnie w swoich objęciach. Weźmie na swoje barki część mojego bólu i powie, że ten cholerny wypadek nie był moją winą. Nie zrobiła tego. Zamiast tego wpatrywała się we mnie, a jej twarz nie wyrażała żadnej emocji. Za to z mojej zapewne można było czytać jak z otwartej księgi. Czekałam na coś, co najprawdopodobniej nigdy się nie wydarzy, a uświadomienie sobie tego, raniło moje i tak już pokaleczone serce.

Gdy tylko poczułam, że z emocji zaczyna drżeć mi broda, odwróciłam się i pognałam w stronę nabrzeża. Zbiegłam po stromej skarpie, wykręcając sobie boleśnie kostkę, ale nie dbałam o to. Biegłam dalej. Ból był czymś, co mogłam kontrolować. Wiedziałam, że gdy tylko się zatrzymam, ten zelżeje. Nad udręką w moim sercu nie miałam kontroli. Nie mogłam go magicznie ukoić maścią na stłuczenia.

Zatrzymałam się, dopiero gdy płuca odmówiły posłuszeństwa. Padłam na piasek i zaniosłam się płaczem. Byłam samotna. W takich momentach jeszcze bardziej tęskniłam za Simonem. Za tym, że stał za mną murem w każdej sytuacji, i że bez względu na wszystko mogłam na nim polegać. On zapłacił za to najwyższą cenę, ja również. Jednak dzięki relacji, która łączyła mnie z bratem, wiedziałam, na czym powinna polegać bezinteresowna miłość, o której pozostało mi tylko marzyć.

3

Czas stał się pojęciem względnym. Byłam tylko ja, dźwięk fal, rozbijających się o skały, i nagromadzone emocje, które powoli ze mnie uchodziły. Niemal dostałam zawału, gdy coś uderzyło mnie w udo. Spojrzałam w dół, prosto w ogromne, błękitne ślepia. Rudy kocur, przypominający bardziej kłębek futra niż żywe stworzenie, wskoczył mi na kolana i po chwili udeptywania moich nóg rozłożył się na nich wygodnie, oferując mi swoje towarzystwo.

- Nie wyglądasz na wystraszonego, malutki - powiedziałam czule, tuląc do siebie puchatą kulkę. - Skąd się tu wziąłeś?

Zwierzak zamiauczał przeciągle, odwracając się na grzbiet i niemo prosząc o głaskanie po wystającym brzuszku. Sprawiał wrażenie dobrego słuchacza, więc otworzyłam się przed nim, a delikatny dźwięk mruczenia i szum fal dodawały mi otuchy. Gdy skończyłam, poczułam się odrobinę lżej. Chłód, bijący od oceanu, uświadomił mi, że zapadł zmrok i najwyższy czas wracać do domu. Podniosłam się z piasku, rozcierając obolałe kończyny i rozglądając się dookoła, co spotkało się z oburzonym fuknięciem, ukazującym kocie niezadowolenie. Zdziwiłam się, że w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Rudzielec nie wyglądał na bezpańskiego zwierzaka. Najwidoczniej wybrał się na samotny, wieczorny spacer. Niechętnie ruszyłam w kierunku Muse La Jolla, jednak ruda kulka nie odstępowała mnie na krok. Człapała dzielnie przy mojej nodze, a jej malutkie łapki grzęzły w piasku, spowalniając jej ruchy. Westchnęłam i zatrzymałam się, by podnieść kocura. Nie miałam pojęcia, co powinnam była w tej sytuacji zrobić. W końcu postanowiłam zabrać go ze sobą, a następnego dnia rozwiesić ogłoszenia w okolicy.

Nie wiedziałam, czy mam się czuć jak złodziejka czy bohaterka, byłam jednak przekonana, że dla naszej dwójki takie rozwiązanie będzie na tę chwilę najlepsze. Wzięłam nowego przyjaciela na ręce i razem podążyliśmy w stronę niepewnej przyszłości.

Bo czy przyszłość mogła być pewna? Chyba nie istniał na świecie nikt, z kim jutro grało w otwarte karty. Nawet najbardziej wpływowy człowiek na ziemi nie mógł wiedzieć, co przyniesie kolejny dzień. I to właśnie było ekscytujące. Bo jasne, mogło być gorzej, ale mogło być też lepiej.

Droga powrotna okazała się znacznie dłuższa, niż sądziłam. Ucieszyłam się, gdy w końcu zobaczyłam dobrze mi znaną ulicę, na której szczycie znajdował się mój apartamentowiec. Niemal biegiem popędziłam pod górę. Dysząc, wpisałam kod do klatki schodowej, wdrapałam się na swoje piętro, a wtedy stanęłam jak wryta na widok ogromnego kosza czerwonych róż, który stał pod moimi drzwiami. Ominęłam kwiaty i, uważając na zwierzę w moich ramionach, z niemałym trudem przekręciłam kluczyk. Nogą przepchnęłam tajemniczy prezent do holu i z ulgą weszłam do środka.

Kot od razu zaczął rozglądać się dookoła z nieukrywanym zainteresowaniem. Postawiłam go na podłodze, a on natychmiast ruszył na wycieczkę zwiadowczą po apartamencie. Wskoczył na kanapę, a jego wypięty kuper uświadomił mi bardzo ważną rzecz. Nie miałam kuwety. Zmaterializowałam się przy futrzaku i w ekspresowym tempie przetransportowałam go do łazienki, gdzie znajdowały się same kafelki i zero mebli, które mogłyby pochłonąć wilgoć jak gąbka. Nie byłam przygotowana do posiadania zwierzęcia, nawet tymczasowo. Zerknęłam na zegarek, było już grubo po dziesiątej. Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, co mam, do diaska, zrobić.

Po pierwsze: wygrzebałam z szafki kuchennej miskę i napełniłam ją wodą. Dzięki jednemu z moich ulubionych seriali wiedziałam, że koty nie powinny pić krowiego mleka. Ha! Ciekawe, co na to ludzie, którzy uważają, że Netflix to marnowanie czasu i nie ma z niego żadnego pożytku. Dumna z siebie zaniosłam naczynie do łazienki.

Czas na krok drugi, czyli... co właściwie? Koty zapewne nie gustowały w mrożonych pizzach, a nic innego w mojej lodówce nie dało się znaleźć. Market, który znajdował się najbliżej mojego mieszkania, otwierali dopiero za jakieś sześć godzin. Do tego czasu sierściuch pewnie padnie z głodu. Byłam tak zdesperowana, że zaczęłam rozważać wizytę u Justina. Pomyślałam, że będzie miał niezłą minę, gdy pojawię się w jego drzwiach i poproszę o kilka plasterków szynki, jednak zwierzę było ważniejsze niż moja duma. Zebrałam się w sobie i już miałam łapać za klamkę, gdy jakimś cudem usłyszałam wibrujący w plecaku telefon. Wyciągnęłam urządzenie i spojrzałam na wiadomość.

Nieznany numer: Dotarłaś bezpiecznie do domu? XOXO, B.

Uśmiechnęłam się i przewróciłam oczami. Kto w dobie Instagrama, 5G i Harry'ego Stylesa używał jeszcze tych dziwnych skrótów? Już miałam wystukać odpowiedź, gdy nagle mnie olśniło.

Elena: Tak. Znalazłam po drodze kota. Nie wiesz, gdzie teraz, w naszej okolicy, kupię dla niego coś do jedzenia?

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

Bastien: OMG! Podaj adres, już pędzę. B.

Przyglądałam się tym kilku literkom, nie bardzo wiedząc, co o tym myśleć. Francuzi byli uczynni, ale rzucenie swojego życia i ruszenie na pomoc dziewczynie, która nie wypowiedziała żadnego słowa... To było dziwne. Mój umysł od razu zaczął analizować sytuację i podsyłać możliwe scenariusze. Zboczeniec, morderca, stalker, manipulant. Mogłam skończyć ze złamanym sercem, traumą lub bez pulsu. Lista minusów w mojej głowie rosła w ekspresowym tempie, jednak uporczywe drapanie w drzwi pozbawiło mnie wątpliwości.

Dla tego słodziaka warto było się poświęcić.

Szybko wysłałam adres i usiadłam na kanapie, uzbrajając się w cierpliwość. Włączyłam telewizor i zaczęłam bezmyślnie skakać po kanałach. W końcu trafiłam na program o kotach domowych i skupiłam na nim całą swoją uwagę, starając się zapamiętać jak najwięcej. Nawet bezwiednie zaczęłam robić notatki, które po kilku minutach zajmowały cztery strony. Życie w towarzystwie zwierzaka okazało się trudniejsze, niż myślałam.

Gdy rozległ się dźwięk domofonu, z ulgą wypuściłam powietrze i popędziłam, by otworzyć drzwi. Po chwili Bastien wszedł do mieszkania z kilkoma reklamówkami, które położył na podłodze. Zza jego pleców wyłonił się czarnoskóry mężczyzna, który przytulił mnie, jakbyśmy byli najlepszymi znajomymi. Moja dezorientacja przybrała na sile. Stałam tak, nie mogąc się poruszyć, a ogromny facet najwidoczniej nie miał zamiaru wypuszczać mnie z ramion. Na szczęście Bastien przybył na ratunek, dając mu soczystego buziaka w policzek.

- Wybacz mu, skarbie, nie chciał zostać w domu. - Puścił do mnie oko. - Ten ogromny chłop, który właśnie dewastuje twoją przestrzeń osobistą, to mój narzeczony, Nicolas.

- Dla przyjaciół Nico - doprecyzował przytulas i odsunął ode mnie. - Sorki, chyba trochę mnie poniosło.

Mężczyzna z zakłopotaniem podrapał się po łysej głowie i posłał mi nieśmiały uśmiech, którego nie mogłam nie odwzajemnić. Najwidoczniej nie groziło mi nic niepokojącego ze strony moich gości. No, chyba że któryś zapragnie znowu mnie przytulić.

- Elena - przedstawiłam się, wyciągając dłoń w jego stronę.

Nico, zamiast ją uścisnąć, złożył na jej wierzchu pocałunek, a z mojego gardła wydobył się niekontrolowany chichot.

Super. Nie ma to jak zrobić dobre pierwsze wrażenie.

- To gdzie masz tę znajdę? - Bastien rozglądał się po mieszkaniu, próbując zlokalizować sprawcę całego zamieszania.

Pobiegłam do łazienki i uwolniłam kota, który po przymusowym zamknięciu był na mnie nieźle wkurzony. Zgromił mnie spojrzeniem, podreptał w stronę nowo przybyłych i jakby nigdy nic zaczął łasić się do nóg jednego z nich. A to niewdzięcznik...

- Przecież to... - zaczął Nico.

- Najsłodszy kociak na świecie! - dokończył za niego narzeczony. - Ma już jakieś imię?

Błękitne oczy i rudy kolor kojarzyły mi się jedynie z czarnowłosym Damonem Salvatore pijącym ze szklanki...

- Burbon! - wykrzyknęłam w chwili natchnienia. - Wabi się Burbon. A przynajmniej tak będę do niego mówić, dopóki nie znajdzie się jego właściciel. Mam zamiar powiesić kilka ogłoszeń w okolicy.

Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Bastien zaczął nieśmiało:

- Jeśli mogę coś zasugerować... - Podszedł do mnie, upewniając się, że go słucham. - Nie rób tego. To rasowy kot. W ten sposób jedynie znajdziesz masę oszustów, którzy będą chcieli modnego pupila za darmo.

O tym nie pomyślałam, ale było sporo racji w jego słowach. Musiałam wykombinować coś innego.

- To co mam zrobić? - zastanowiłam się na głos.

- Zamiast działać, obserwuj tablice i portale z ogłoszeniami. Jeśli komuś zależy na znalezieniu... Burbona, to tak na pewno się o tym dowiesz - wtrącił Nico.

- W reklamówkach znajdziesz wszystko, co będzie ci potrzebne.

- Nawet nie wiem, jak wam podziękować - westchnęłam, pilnując, by się nie rozkleić.

Brakowało mi słów. Nie sądziłam, że obcy ludzie potrafią o tak późnej porze pomóc bezinteresownie drugiemu człowiekowi. Mężczyźni uśmiechnęli się tajemniczo, zerkając na siebie, jakby w tym samym momencie pomyśleli o dokładnie tej samej rzeczy. Zazdrościłam im więzi, która ewidentnie ich łączyła.

- Po prostu przyjdź na imprezę - powiedział Bastien. - I zdradź sekret, od kogo są te róże w holu.

Nawet nie zdążyłam zareagować, bo obaj niemal jednocześnie pocałowali mnie w policzki i zniknęli w korytarzu. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zabrałam się za rozpakowywanie toreb z kocią wyprawką. Bastien pomyślał o wszystkim. Nasypałam karmy do miski, przygotowałam kuwetę i rozsiadłam się wygodnie na kanapie, biorąc do ręki telefon, który chwilę wcześniej zawibrował.

Bastien: Ta impreza to nic wielkiego, poznasz ludzi z okolicy. Gdy będziesz chciała od nich uciec, mamy całkiem przytulną piwnicę :) Do zobaczenia za dwa tygodnie, mam nadzieję. B.

Chciałam napisać, że rozważę propozycję. Nie zdążyłam. Emocje dzisiejszego dnia dały o sobie znać. Padłam z telefonem w ręce, cieniem uśmiechu na twarzy i mruczącym towarzyszem, który świetnie sprawdzał się w roli poduszki.

4

Obudził mnie ból kręgosłupa i coś jeszcze. W pierwszych sekundach nie odnotowałam co dokładnie. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Burbon ułożył się przy mojej głowie i bezczelnie walił mnie łapą po twarzy.

- Tak nie robimy, kolego - ostrzegłam rudzielca i zaspana skierowałam się do kuchni, by napełnić jego miskę nową porcją karmy.

Mój wzrok padł na kwiaty, które wczoraj znalazłam pod drzwiami. Nienawidziłam róż. Zawsze wydawały mi się chłodne, nazbyt idealne i oklepane. Urodziny? Przeprosiny? Pogrzeb? Czerwone róże były dobre na wszystko, a tak naprawdę nie wyrażały nic. Istniało tyle pięknych, niedocenionych kwiatów. Najbardziej kochałam frezje za ich intensywny zapach, który rozprzestrzeniał się po całym pomieszczeniu. Były delikatne i symbolizowały zaufanie oraz niewinność.

Obejrzałam okazały bukiet z każdej strony. Przy wstążce znalazłam malutki bilecik, który bardzo łatwo można było przeoczyć. Wyrwałam go, nie dbając o to, że popsuję imponującą kompozycję. Gdy przeczytałam jego treść, miałam wrażenie, że moje serce bije w rytmie Marszu Mendelsona.

Nie mogłem wymarzyć sobie lepszej sąsiadki. Co powiesz na kolację?

Z miłością Justin.

Chyba na moment zapomniałam, jak się oddycha. Dlaczego w moim nudnym życiu zaczęło tyle się dziać? I to w momencie, w którym chciałam wyłącznie świętego spokoju? O scenariuszu takim jak ten przestałam marzyć już dawno temu. Tyle lat poświęciłam, by Justin dostrzegł we mnie kogoś więcej niż tylko siostrę najlepszego przyjaciela, a każda próba kończyła się fiaskiem. Nagle, gdy zobaczył moją prawdziwą (i złamaną) wersję, postanowił zrobić krok, na który czekałam od tak dawna?

Złapałam za telefon i wyszukałam jego kontakt. Sygnał oczekującego połączenia utwierdził mnie, że numer telefonu dalej był aktualny. Kolejne sygnały sprawiały, że serce zaczęło bić szybciej, a z nerwów miałam ochotę obgryźć wszystkie paznokcie.

- Cześć, El - rozległ się głęboki głos. - Już myślałem, że nie zadzwonisz.

- Nie miałam takiego zamiaru, ale mój kot właśnie zżera kwiaty od ciebie, więc uznałam, że wypada podziękować. W imieniu Burbona, oczywiście.

Justin roześmiał się, a ja poczułam przyjemne ciepło, rozlewające się po moim ciele.

- Twój kot wabi się Burbon? - zapytał z niedowierzaniem. - Dalej jesteś fanką Pamiętników wampirów, zgadłem?

- No hej! - Starałam się brzmieć na zbulwersowaną. - Fanką Pamiętników się jest, a nie bywa.

- No tak - przyznał. - Może nie mam burbona, za to jakieś wino się znajdzie. W końcu obiecałem ci kolację.

Przełknęłam nerwowo ślinę, starając się wymyślić jakąś wymówkę. Rozmowa przez telefon to jedno, ale spotkanie twarzą w twarz to zupełnie inna para kaloszy.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - powiedziałam niemal szeptem.

Z jednej strony tkwiłam po uszy w bagnie i nie chciałam ciągnąć za sobą kolejnych potencjalnych ofiar. Z drugiej strony towarzystwo Justina było czymś, co zawsze sobie ceniłam. Czy byłabym w stanie zaryzykować i otworzyć się na kogoś z przeszłości?

- El, ja też za nim tęsknię - rzekł po chwili, jakby czytał mi w myślach. - Kochałem go prawie tak mocno jak ty.

Nawet nie próbowałam powstrzymać łez, które popłynęły po moich policzkach. W końcu ktoś otwarcie poruszył temat Simona i aż do tej chwili nie miałam pojęcia, jak bardzo było mi to potrzebne. Każde wspomnienie mojego brata powodowało ból, ale bardziej ranił fakt, że wszyscy dookoła postanowili żyć tak, jakby Simon nigdy nie istniał. Nie mogłam na to pozwolić. I to właśnie była myśl, która popchnęła mnie do działania.

- To jak z tą kolacją?

5

- Simon, wszystko okej? - odezwałam się słabym szeptem. - Simon...

Odpowiedziała mi cisza głośniejsza niż najdonośniejszy krzyk.

- Nie usłyszysz go. - Głos w mojej głowie był bezlitosny. - Już nigdy.

Usiadłam gwałtownie, pocierając twarz drżącymi dłońmi, pod którymi poczułam wilgoć. Serce biło w dzikim rytmie, niemal wyrywając się z klatki piersiowej. Oddech przyspieszył, powodując zawroty głowy. Wiedziałam, co za chwilę nastąpi. Zerwałam się z łóżka i zaczęłam krążyć po domu, usilnie szukając zajęcia, dzięki któremu mogłabym odciągnąć myśli od wyniszczających wspomnień. Mój wzrok padł na blat i leżącą na nim paczkę chipsów. Chwiejnie ruszyłam w jej stronę, czując na twarzy paskudne mrowienie, które po chwili rozprzestrzeniło się na kończyny. Poruszałam się wolno, jakby powietrze było gęstą smołą. Złapałam z obu stron za folię, próbując ją rozerwać. Miałam wrażenie, że obserwuję swoje zmagania z oddali, zupełnie jakbym oglądała film. Żadna część mojego ciała nie chciała ze mną współpracować.

- Okno jest tak blisko - szepnął głos, który od dwóch lat towarzyszył mi również na jawie. - Wystarczy kilka kroków i to wszystko się skończy.

Zamknęłam oczy, skupiając się na oddechu. Wiedziałam, że koszmar, który właśnie trwał, był wytworem mojego umysłu, a mimo to nie potrafiłam nad nim zapanować. Czułam się jak alkoholik, któremu wmawia się, że wystarczy przestać pić. W końcu udało mi się otworzyć paczkę. Rozpaczliwie zanurzyłam rękę w jej głębi i wydobyłam pierwszego chipsa. Po kilku nieudanych próbach udało mi się włożyć go do ust.

Gryźć, połykać, oddychać, gryźć, połykać, oddychać... Skoncentrowałam się na powtarzaniu tych czynności. Sekundy zamieniały się w minuty, a minuty dłużyły się jak godziny. Oddech powoli się wyrównywał, a ogłuszający szum w głowie zaczął cichnąć. Zgniotłam puste opakowanie i cisnęłam nim w stronę salonu. Opadłam na ziemię i zaniosłam się szlochem.

W tym momencie byłam pewna, że kolejnego ataku paniki nie zniosę. Posłucham głosu w mojej głowie, który przecież chciał dla mnie dobrze. Byłam jednak słaba. Za słaba na to, co powinnam była zrobić dawno temu. Lęki przejęły kontrolę nad moim życiem, spychając mnie na samo dno, z którego nie potrafiłam się podnieść. W takich sytuacjach, gdy koszmar wyrywał mnie ze snu, zupełnie zapominałam, że w plecaku mam fiolkę z tabletkami.

Dźwięk telefonu zwrócił moją uwagę. Nie wiedziałam, która dokładnie jest godzina, jednak połączenie w środku nocy musiało oznaczać coś ważnego. Zmusiłam swoje mięśnie do wstania i kołysząc się delikatnie, podeszłam do szafki. Czułam się jak po katorżniczym maratonie, każdy mięsień w moim ciele drżał, jednak najważniejsze było to, że zmysły zaczynały działać tak jak należy. Dzwonił Justin, z którym intensywnie SMS-owałam przez kilka ostatnich dni. Pisaliśmy o wszystkim i o niczym, jak zafascynowana sobą para nastolatków. Cieszyłam się, że ponownie pojawił się w moim życiu. Dzięki tym rozmowom czułam się jak dawna Elena, która była dla kogoś ważna. Wydawało mi się, że powoli wracam na dobre tory, a przyszłość nie jawi się tylko w odcieniach szarości. Może i Justin nie miał o tym pojęcia, ale był moją prywatną terapią. Odskocznią, dzięki której w końcu mogłam oderwać się od negatywnych myśli.

- Tak, słucham? - odezwałam się słabym głosem. Natychmiast odchrząknęłam, żeby brzmieć nieco pewniej. - Nie możesz spać?

- Jestem na imprezie, właściwie to już wychodzę - ryknął Justin, próbując przekrzyczeć głośną muzykę. - Nie obudziłem cię?

Już chciałam zaprzeczyć, ale mężczyzna kontynuował:

- Wiem, że jest późno, ale może mógłbym wpaść na drinka?

Zerknęłam na własne odbicie w lustrze. Czarne kosmyki lepiły się do mokrej od potu twarzy, która była opuchnięta jeszcze bardziej niż zwykle, a błękitne oczy spoglądały smutno znad ciemnych sińców. Wyglądałam strasznie i nie chciałam, żeby facet moich marzeń oglądał mnie w tym stanie, a jeszcze bardziej nie było mi na rękę spotkać się z kimkolwiek po tym, co właśnie miało miejsce. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie.

- A nie jesteśmy umówieni na jutrzejszy wieczór? - zdziwiłam się jego pomysłem.

- Niby tak, ale po co czekać na coś, co można przyspieszyć?

Nie chciałam niczego przyspieszać. Tak naprawdę wolałabym unikać tej kolacji w nieskończoność. Wiedziałam jednak, że jemu na tym zależy i tylko dlatego postanowiłam wyjść ze swojej bezpiecznej skorupki.

- Przepraszam, Justin, ale to chyba nie jest dobry pomysł - zaczęłam.

- Tak jak wczoraj i przedwczoraj - fuknął zdenerwowany. - Słuchaj, Eleno, moje próby spotkania się z tobą stają się już nudne.

Chciałam się jakoś wytłumaczyć i wyjaśnić, że nie marzę o niczym innym. W jego oczach pragnęłam być idealna, więc jak miałam przyznać się do swoich lęków? Miałam wrażenie, że osoby postronne nie mają pojęcia, z czym muszę się mierzyć. Mylili zaburzenia ze zwykłym strachem, który według nich da się pokonać bez większego problemu. Justin również nie dociekał, dlaczego nie chcę się spotkać, po prostu bez słowa pożegnania zakończył połączenie. Chciało mi się wyć, ale zamiast tego sięgnęłam po kolejną paczkę chipsów, ponownie skupiając całą swoją uwagę na ich pożeraniu. Wszystko, byle tylko nie analizować i nie doprowadzić się do stanu, który wyrwał mnie ze snu. Ciągle powtarzałam, że muszę wziąć się w garść, przestać być ofiarą losu. Czasem nawet mi się to udawało. Inni mieli gorzej, a potrafili być silniejsi. Ja nie potrafiłam. Siedziałam i chciałam po prostu zniknąć. Czy ktoś by to zauważył? W odpowiedzi wielki, rudy kocur zaskoczył z szafki i wgramolił się na moje kolana. Cień uśmiechu przemknął mi przez twarz.

- No tak, kto by ci kupował saszety, co nie, Burbon? - szepnęłam pieszczotliwie, drapiąc kociego przyjaciela za uchem.

Ofiarowałam mu całą swoją miłość, której nikt inny nie odważyłby się przyjąć.

6

Otworzyłam oczy i poczułam się... dziwnie. Ucisk w klatce piersiowej, który towarzyszył mi od ponad dwóch tygodni, niemal całkowicie wyparował. W końcu mogłam odetchnąć pełną piersią. Zniknęły również zawroty głowy, lęk i mdłości. Przez ostatnie dni przyzwyczaiłam się do złego samopoczucia i zapomniałam, że może być inaczej. Gdy sobie to uświadomiłam, humor poprawił mi się tak bardzo, że niemal na skrzydłach poleciałam otworzyć drzwi, do których właśnie ktoś pukał. Listonosz zmierzył mnie z góry do dołu, a ja nawet nie przejęłam się faktem, że stoję przed nieznajomym w obciachowej piżamie. Wyrwałam mu przesyłkę z dłoni, pośpiesznie kwitując jej odbiór, i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Z bijącym sercem rozerwałam papier. W środku znajdowało się pismo urzędowe, na które czekałam od niemalże trzech tygodni.

- Simon, zrobiłam to - wyszeptałam, z trudem dając wiarę w to, co mam przed oczami.

Nie sądziłam, że pójdzie tak łatwo. Ulga niemal zwaliła mnie z nóg. Opadłam ciężko na swój ulubiony fotel przy oknie i pozwoliłam łzom swobodnie płynąć po twarzy. Tym razem były to jednak krople szczęścia. Mój wymarzony nowy początek. Planowałam to od dawna, w zasadzie planowaliśmy, razem z Simonem, i teraz odczuwałam jego brak bardziej niż zwykle. Jemu również nie podobało się to, że niemal od dnia narodzin stawiano nam granice i oczekiwano, że będziemy idealni.

Zmieniłam nazwisko i paradoksalnie dzięki temu poczułam się bardziej sobą. Nagle mogłam być kim chcę i robić to, co mi się żywnie podoba. Bez zakazów, presji otoczenia i zrzędzącej matki, która w świetle reflektorów stawała się wzorem. Włączyłam laptop i usunęłam wszystkie moje profile w mediach społecznościowych, które ostatnio służyły mi jedynie do oglądania śmiesznych filmików z uroczymi kotkami. Chwilę później zaczęłam zakładać nowe konta. Gdy wypełniałam pole z nazwiskiem, na twarzy miałam tak wielkiego banana, że gdyby nie uszy, biegłby dookoła głowy. Z wielką dumą wpisałam: "Last".

Elena Last. Cholera, brzmiało kozacko. Miałam ochotę pochwalić się tym całemu światu. Znalazłam w wyszukiwarce profile Bastiena i Nico, po czym zaprosiłam ich do znajomych. Po chwili zastanowienia to samo zrobiłam z Justinem. Jednak gdy prześledziłam jego profil, miałam ochotę wyjść na korytarz, zapukać do drzwi sąsiada i rzucić laptopem w parszywą gębę. Z niedowierzaniem zerknęłam na kalendarz i aż przetarłam oczy ze zdumienia. Dwulicowy jełop był w związku, a status na Facebooku ustawił dzień po naszej pierwszej rozmowie telefonicznej. Dodał również wymowne zdjęcie z podpisem: "Zakochałem się jak debil!".

- No, z tym się zgodzę - mruknęłam do siebie. - Debil z ciebie jakich mało.

Elena Lamieux w tym momencie zaczęłaby stalkować profil czarnowłosej Elise, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Potem stwierdziłaby, że tamta jest o niebo lepsza od niej, zaniosła się płaczem i zamknęła w sobie na kolejnych sto lat. Elena Last miała ochotę zrobić raban. Nie była tylko pewna komu.

Był zakochany w niej i świrował do mnie? A może wcale nie świrował, tylko chciał być miły? A może...

- Dość! - upomniałam samą siebie, zatrzaskując z hukiem laptop.

Musiałam przestać szukać usprawiedliwień dla podłości innych ludzi. To kosztowało mnie zbyt wiele energii i było niepotrzebne. Jeśli będzie chciał, sam się wytłumaczy, nie musiałam tego robić w jego imieniu. Zamiast tego przypomniałam sobie moją rozmowę z psychologiem. O dziwo spotkania z nim nieco rozjaśniły mi w głowie, a chwilę wolnego czasu postanowiłam wykorzystać na zadanie domowe, które mi przydzielił. Wystukałam do Bastiena szybką wiadomość, że pojawię się na imprezie wieczorem, a za chwilę przytargałam z sypialni wielkie lustro. Usiadłam przed nim i zaczęłam przyglądać się swojemu odbiciu. Co zobaczyłam jako pierwsze? Długie czarne fale, które kontrastowały z błękitnymi tęczówkami. To mogłam zaliczyć do moich zalet. Szło mi całkiem nieźle, więc uśmiechnęłam się, a w moich policzkach pojawiły się dwa dołeczki. Tak, to również była zaleta. Były urocze, a uroczych ludzi nigdy nie podejrzewa się o najgorsze zbrodnie. Mogło to być przydatne, gdybym na przykład chciała kogoś zamordować. Co dalej? Czoło. No i tu nie było tak kolorowo. Przysunęłam się bliżej, oglądając je z każdej strony.

- Jak lądowisko dla śmigłowców - wyjęczałam, ściskając je z każdej strony, jakbym w ten sposób mogła je magicznie zmniejszyć.

Zamknęłam oczy i wzięłam wdech. Czy mogłam coś z tym zrobić? Jasne. Popędziłam niczym torpeda w stronę kuchni i ze stojaka na wyspie wyciągnęłam nożyczki do kurczaka. Niewiele myśląc, zaczesałam palcami przednie pasma włosów na czoło, naciągnęłam je i ucięłam mniej więcej na wysokości brwi. Zadowolona z siebie podeszłam do lustra i prawie się przewróciłam. Zamiast modnej grzywki miałam na czole coś, co przypominało wąsy Charliego Chaplina.

- Fuuuuck! - krzyknęłam, robiąc wielkie oczy. - Co ja najlepszego odwaliłam?!

Nie miałam zamiaru się poddać.

Spokojnie skierowałam się w stronę łazienki, włosy upięłam w węzeł na czubku głowy, a to, co miało być grzywką, związałam małą gumeczką. W końcu czułam się jak człowiek i moją misją bojową było tego człowieka przypominać. Otworzyłam szafkę i wydobyłam z jej odmętów starą, zakurzoną kosmetyczkę. Data ważności podkładu była boleśnie bliska czasów, gdy wyginęły dinozaury, jednak postanowiłam zaryzykować. Pełna nadziei zaczęłam nakładać kosmetyk na twarz. Przyjrzałam się w lustrze efektom swoich zmagań i miałam ochotę wybuchnąć śmiechem - tym razem z żalu. To, co zobaczyłam, nie zasługiwało nawet na płacz. Wyglądałam jak krzyżówka spasionego kurczaka i wielkiej, dorodnej pomarańczy. I to z palmą na czubku głowy! Mój misterny plan spalił na panewce. Smętnie poczłapałam w stronę salonu z zamiarem położenia się na kanapie i przejrzenia nowości na Netflixie.

Niestety, nie było mi dane, bo ktoś zaczął walić do drzwi, jakby na zewnątrz szalał pożar, a w moim mieszkaniu była jedyna gaśnica w promieniu stu mil. Po kilku seriach uporczywego dobijania się do apartamentu, niechętnie podniosłam się z kanapy. Miałam nadzieję, że na korytarzu zastanę akwizytora, złodzieja, w ostateczności - przedstawiciela handlowego Termomixów. Przekręciłam klucz i stanęłam jak wryta na widok obiektu moich westchnień, który opierał się nonszalancko o ścianę w korytarzu i stukał coś na ekranie smartfona. Miał na sobie ciemne jeansy i najzwyklejszą w świecie koszulkę, a mimo wszystko zaparło mi dech w piersi. Na szczęście tylko na chwilę, bo przypomniałam sobie, że jest dupkiem.

- Hej, El, widziałem, że zmieniłaś... - Urwał, gdy tylko podniósł na mnie wzrok.

Zrobiło mi się gorąco. Zdecydowanie zbyt gorąco. Do przedziwnego uczucia dołączyło również uporczywe swędzenie. Objawy budzącej się żądzy mordu? Justin zagryzł wargę, powstrzymując się od śmiechu, i to sprowadziło mnie na ziemię. Przypomniałam sobie o próbie upiększenia samej siebie i zorientowałam się, że to nie obecność mężczyzny wywołała dziwne objawy, ale te przeklęte kosmetyki. Otrzeźwiałam w ułamku sekundy. Otworzyłam szerzej drzwi, zapraszając go gestem do środka. W tej chwili wyklinałam kulturę osobistą, którą od najmłodszych lat wpajał mi do głowy tata.

- Czuj się jak u siebie - powiedziałam. - Ja muszę doprowadzić się do porządku. Daj mi dwadzieścia minut.

Ignorując pytające spojrzenie jego pięknych, ciemnobrązowych oczu, popędziłam do łazienki, w głowie wymyślając, jak wytłumaczyć się z dziwnego zachowania i jeszcze dziwniejszego wyglądu. Obmyłam twarz zimną wodą i z niepokojem spojrzałam w lustro, prawie dostając przy tym zawału. Cholera, jednak szlag mnie trafi. Pokona mnie przeterminowany podkład w odcieniu soczystej pomarańczy. Szach mat, napady lękowe.

Słyszałam, że Justin kręci się po salonie i ogarnęła mnie złość. Nie po to walczyłam i użerałam się z samą sobą, żeby pokonał mnie przeklęty kosmetyk. Nawilżyłam wodą wacik i ostrożnie starłam z twarzy warstwę, która zaschła, do złudzenia przypominając pięty świętej pamięci babci Helen i to po okresie zimowym. Po dziesięciu minutach tarcia spasiony cytrus zmienił się w dorodnego pomidora. Twarz przestała swędzieć, za to zaczęła przeraźliwie piec. Postanowiłam użyć żelu aloesowego i po upewnieniu się, że specyfik nadaje się do użycia, nałożyłam grubą warstwę. Miałam zacząć nowy rozdział jako Elena "Pewna Siebie" Last. Skończyłam jako Elena "Pieprzony Pomidor" Last. I to z Justinem w salonie i imprezą u Bastiena, która miała zacząć się za kilka godzin. Moje wcześniejsze życie przypominało dramat, a teraz zmieniało się w mało śmieszną komedię. RATUNKU!

Branie uspokajających wdechów weszło mi w nawyk tak bardzo, że miałam wrażenie, iż nie robię ostatnio nic innego. Od zawsze najlepiej myślało mi się pod prysznicem, więc szybko zrzuciłam z siebie ciuchy i stanęłam pod chłodnym strumieniem wody. Rozwiązałam supeł na głowie, a czarne pukle, sięgające mi niemal do pasa, rozsypały się po mokrych już plecach. Przeczesałam włosy grzebieniem, nałożyłam odżywkę i ułożyłam z nich coś na kształt ptasiego gniazda. Kojący zapach lawendy niemal natychmiast wypełnił całe pomieszczenie. Gdy byłam w trakcie szorowania jednej z nóg, do głowy wpadło mi istotne pytanie, które zapewne spędzało sen z powiek niejednej kobiecie, a ja już lata temu o nim zapomniałam - W CO JA SIĘ, DO CHOLERY, UBIORĘ?!

Szybko zrobiłam w myślach przegląd garderoby. Nie znalazłam nic, co mogłoby być odpowiednie na, jak to określił Bastien, skromną posiadówkę w hawajskim klimacie i w gronie najbliższych znajomych. Jednak taki problem nie był wcale problemem. Brzmiał bardziej jak wyzwanie. Miałam talent do dawania ciuchom drugiego życia i kiedyś to uwielbiałam. To ja stałam za większością stylówek Bridget, którymi zachwycano się w mediach. Już wiedziałam, co muszę zrobić. Wyszłam spod prysznica, włosy związałam w turban, owinęłam się miękkim, puchatym ręcznikiem i złapałam za nożyczki zdecydowanie ostrzejsze niż te, którymi popełniłam zbrodnię na mojej grzywce.

Wyszłam z łazienki, zupełnie zapominając, że nie jestem sama. Ręce opadły mi bezwładnie wzdłuż ciała, gdy dostrzegłam Justina, siedzącego na moim ulubionym fotelu. W ostatniej chwili złapałam brzeg ręcznika, który niebezpiecznie zaczął zsuwać się z mojego ciała. Nie zdążyło mi się nawet zrobić wstyd, bo opanowała mnie taka złość, że miałam ochotę mu przyłożyć. Miał kogoś, rzekomo był szaleńczo zakochany, jednak ten fakt nie przeszkodził mu, by pożerać mnie wzrokiem. Być może nieco za dużo czasu poświęcałam książkom i miałam zbyt wyidealizowany obraz relacji romantycznych, ale dla mnie miłość była rzeczą świętą.

- Co się tak gapisz, gołej baby nie widziałeś? - warknęłam, usiłując zlokalizować szlafrok, który zawsze walał się tam, gdzie nie powinien.

Znalazłam go w sypialni, więc przy okazji nałożyłam bieliznę. Ubrana już znacznie bardziej odpowiednio niż przed chwilą, zgarnęłam z wieszaka czarną satynową sukienkę i wróciłam do salonu. Bez słowa usiadłam na kanapie i zabrałam się do roboty, nie zwracając najmniejszej uwagi na zszokowanego mężczyznę. Liczyłam na to, że jeśli będę go uparcie ignorować, w końcu się znudzi i sobie polezie. On jednak przyglądał się bacznie moim poczynaniom, co niesamowicie mnie krępowało.

- Będziesz tak siedział i się lampił? - zapytałam, ucinając spory kawał materiału.

- Zastanawiam się, co ty, do cholery, wyprawiasz.

- Szykuję się na imprezę.

Justin natychmiast się ożywił.

- Jaką imprezę? W sumie to potupałbym nóżką, nie powiem.

- A mógłbyś, z łaski swojej, potupać w stronę wyjścia?

Byłam coraz bardziej zirytowana i z trudem skupiałam się na swoim zajęciu.

- Możesz powiedzieć, co cię ugryzło?

Wiedziałam, że moje zachowanie nie należało do najdojrzalszych, ale w tej chwili nie potrafiłam nawet na niego spojrzeć. Justin podszedł do mnie, złapał mnie za podbródek i zmusił, bym w końcu skupiła na nim wzrok. Przepadłam, gdy tylko sobie na to pozwoliłam. Brązowe oczy były tak blisko, że widziałam na nich każdą plamkę, która przywodziła ma myśl kawałki czekolady w moich ulubionych płatkach śniadaniowych.

- Mogę iść z tobą? - zapytał, robiąc błagalną minę.

- A co na to twoja dziewczyna?

Podniosłam podbródek jeszcze wyżej, starając się nie stchórzyć i nie spuścić wzroku.

- El, to skomplikowane... - wyznał po chwili, drapiąc się po głowie.

- Skomplikowane to są równania różniczkowe, mój drogi. Fakt bycia w związku jest prosty jak budowa cepa.

- Gdzie ty żyjesz? - zapytał, patrząc na mnie spode łba.

- Zdecydowanie zbyt blisko ciebie, baranie przebrzydły - mruknęłam pod nosem, modląc się, by tego nie usłyszał, jednocześnie całą uwagę poświęciłam temu, by nie wydłubać mu oczu igłą, którą właśnie trzymałam w dłoni.

Justin odsunął się i już miałam nadzieję, że w końcu sobie pójdzie. Niestety, nadzieja matką głupich. Zamiast tego zaczął spacerować po salonie, intensywnie nad czymś myśląc.

- Elise to była narzeczona mojego największego konkurenta - wyznał po chwili. - Powiedzmy, że oboje mamy benefity z tej znajomości.

- To tak się teraz prowadzi interesy? - oburzyłam się, rzucając sukienkę na bok. - Odbijając kobiety swoim rywalom? Co chcesz tym ugrać, Justin?

- Poza satysfakcją? Niewiele.

- Jesteś chory - stwierdziłam. - Zupełnie cię nie poznaję.

Zachowanie faceta, który stał przede mną, tak bardzo odbiegało od wizerunku, który stworzyłam w swojej głowie, że aż nie mogłam w to uwierzyć.

- Benoit to dupek - zaczął się usprawiedliwiać. - Gdybyś tylko go poznała, zrozumiałabyś, o czym mówię. To zarozumiały, egoistyczny, dwulicowy ku...

- Z czym ci podpadł? - przerwałam. Miałam wrażenie, że gdybym tego nie zrobiła, jego monolog mógłby trwać godzinami.

Justin usiadł obok mnie, przez co nieznacznie się spięłam.

- Studiowaliśmy razem. Kiedyś bez wahania stwierdziłbym, że się przyjaźniliśmy. Pracowaliśmy nad wspólnym start-upem. Chodziło o apkę, która pozwalałaby na zarządzanie swoim inteligentnym domem z każdego miejsca na ziemi.

Ten opis brzmiał dziwnie znajomo, ostatnio głośno było o...

- Ale czekaj, chyba nie mówisz o Louisie Benoit?! - zapiszczałam przejęta.

Ten facet był jak człowiek orkiestra i duch jednocześnie, każdy znał to nazwisko, jednak nie każdy miał okazję poznać go osobiście, a krążące na jego temat plotki przebijały nawet te o kończącym się związku Gerarda Piqué i Shakiry. Jedna z nich głosiła, że był bossem francuskiej mafii i stał na czele szajki przemytników. Prychnęłam. Ludzie z zazdrości potrafili wymyślić niestworzone rzeczy. Justinowi chyba nie spodobała się moja reakcja, bo podszedł do okna i tępym wzrokiem wpatrywał się w widok, który rozpościerał się przed nim.

- Mógłbym być na jego miejscu, ale ten zdradziecki pajac postanowił działać na własną rękę - powiedział cicho.

- Nie próbowałeś tego, no nie wiem, gdzieś zgłosić?

- I co miałbym powiedzieć, El? Pomyśl trochę. "Siema. Kiedyś przy piwku wpadliśmy z kumplem na genialny pomysł, który on wykorzystał jako pierwszy. Aresztujcie go!"

- No tak, to nie miałoby najmniejszego sensu - przyznałam. - Musi jednak istnieć coś, co można zrobić.

- Uwierz mi, niemal codziennie intensywnie nad tym myślę.

Odrobinę rozumiałam sytuację, w jakiej Justin się znalazł. Wszystko to utwierdziło mnie w przekonaniu, że elita San Diego to w większości dupki pozbawione honoru i klasy. Pragnęłam trzymać się od tego zepsucia jak najdalej. Nie wiedziałam, jak odpowiednio zareagować na to, co usłyszałam, więc delikatnie zmieniłam temat.

- Ale zdajesz sobie sprawę, że twoje tłumaczenia dotyczące związku przypominają tłumaczenia faceta, który chce zaliczyć na boku? - upewniłam się.

Justin wybuchnął śmiechem i nie ukrywam, nie spodobało mi się to.

- Chcę cię odzyskać, panno Last. - Puścił do mnie oko. - O zaliczaniu pomyślimy później. To jak, mogę iść z tobą?

Prychnęłam. To właśnie chce usłyszeć kobieta, która jest w nim zakochana po uszy, nie ma co. Mimo wszystko pokiwałam głową na znak zgody. Justin rozpromienił się, a na widok jego uśmiechu niemal się roztopiłam. Gdy nie zwracał uwagi na to, by ukrywać swoje emocje, bił od niego czysty, chłopięcy urok, który rozgrzewał moje serce. To właśnie tak go zapamiętałam i było mi smutno, że teraz na każdym kroku próbował udawać poważnego.

Pobiegł do siebie, by przygotować się do wyjścia, a ja spojrzałam na skrawek materiału, który trzymałam w dłoniach. Chyba odrobinę przesadziłam, bo po moich rewolucjach kiecka zapewne odsłoni to, co chciałabym pozostawić ukryte przed światem. Ściągnęłam szlafrok, założyłam sukienkę przez głowę i przyjrzałam się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Miałam rację. Chyba zbyt mocno wyżyłam się na tym, co miałam pod ręką. Materiał sięgał przed kolano, więc tu nie było źle, jednak gdy tylko się odwróciłam, zobaczyłam, że moje plecy i część żeber są niemal całkowicie odsłonięte, zakrywały je jedynie dwa cieniutkie paski, które były przeplecione ze sobą na krzyż. Pod nimi jaśniały białe drobne blizny, które pokrywały niemal całą tylną część mojego ciała. Mimo iż były niewielkie, odznaczały się wyraźnie na i tak już bladej skórze.

Z lekkim lękiem odwróciłam się bokiem do lustra. Najbrzydsza z blizn również była widoczna. Ta była zdecydowanie większa niż pozostałe. Zaczynała się tuż pod żebrami i niknęła pod czarnym jedwabiem. Tylko ja wiedziałam, że kończy się dopiero przy kości łonowej. Nie byłam gotowa na to, by je odkryć. Być może nigdy nie będę... Jednak opcje stylizacji na ten wieczór właśnie się wyczerpały. Po chwili zastanowienia nad moim beznadziejnym położeniem, w akcie desperacji złapałam za szlafrok i ucięłam jego znaczną część. Kilka ruchów igłą później spoglądałam na nowy, bardzo ekstrawagancki płaszczyk. Moja mentalna zrzęda właśnie popukała się po czole, a ja z dumą zarzuciłam futrzane coś w ananasy na ramiona.

Jak to szło, do odważnych świat należy, korzystaj, ile wlezie?

Taki właśnie miałam zamiar. Związałam nieszczęsną grzywkę, nałożyłam krem, a rzęsy przeciągnęłam, miałam nadzieję, wiecznie świeżym tuszem, od którego nie wylecą mi gałki oczne. Na stopy wsunęłam żółte, błyszczące sandałki i uśmiechnęłam się, dodając sobie otuchy. Tego dnia, pierwszy raz od bardzo dawna, miałam ochotę żyć chwilą i po prostu dobrze się bawić.

7

Gdy tylko zamknęłam drzwi, dostrzegłam Justina, wynurzającego się ze swojego apartamentu. Jedynym odznaczającym się elementem jego postaci były brązowe włosy, w tym momencie idealnie zaczesane do tyłu. Cała reszta była czarna jak noc, wliczając w to szkła, które miał na nosie. Zlustrował moją sylwetkę z góry do dołu, a kąciki ust nieznacznie mu drgnęły.

- Eksperymentujemy z modą? - zapytał zaczepnie, ściągając z twarzy okulary przeciwsłoneczne.

- Dalej jesteśmy nudni jak flaki z olejem? - odgryzłam się szybko i zeszłam po schodach, nie czekając na jego odpowiedź.

Justin wyminął mnie przy drzwiach i skierował się w stronę... Kurwa, tylko nie to. Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej? Nogi dosłownie wrosły mi w ziemię, bo nie byłam w stanie zrobić chociażby jednego kroku w przód.

- Idziesz czy podziwiasz widoki? - zawołał w moją stronę.

- A nie możemy się przejść?

Cieszyłam się, że chociaż mój głos nie odmówił posłuszeństwa.

- W tych butach? - Machnął niedbale ręką w stronę moich pięknych, lecz cholernie niewygodnych sandałków. - Świetny pomysł, może dojdziemy do sylwestra. Wskakuj.

Miałam ochotę wskoczyć. Prosto do zatoki najlepiej. Zebrałam się w sobie i podeszłam do drzwi pasażera, chociaż każda komórka w moim ciele krzyczała, by tego nie robić. Przeszedł mnie dreszcz, gdy tylko palcami dotknęłam zimnej blachy. Zamknęłam oczy, otworzyłam drzwi i wgramoliłam się na fotel, starając się jednocześnie wyłączyć myślenie. Automatycznie sięgnęłam do plecaka, wyjęłam z niego butelkę wody i tabletkę, którą mocno zacisnęłam w dłoni. Justin nawet nie zauważył, że coś jest ze mną nie tak. Gdy tylko wjechaliśmy na główną drogę, przyśpieszył gwałtownie, wypychając z moich płuc cały tlen. Siedziałam jak sparaliżowana. Ciemne plamy zaczęły majaczyć mi przed oczami, a ja nie potrafiłam złapać powietrza, by przynieść ulgę wystraszonemu organizmowi. Pierwszy raz od dwóch lat siedziałam w samochodzie i gdyby jakikolwiek inny człowiek zaproponowałby mi przejażdżkę, zwiałabym gdzie pieprz rośnie. Samochód był dla mnie przeklętą puszką Pandory, z tą różnicą, że puszka, w której siedziałam, miała cztery koła, mogła rozpędzić się do niewyobrażalnych prędkości i w mgnieniu oka pozbawić życia ukochaną osobę. Jednak obok mnie siedział Justin. Mężczyzna, dla którego skoczyłabym prosto w ogień piekielny, gdyby tylko o to poprosił. Nie tylko dlatego, że byłam w nim szaleńczo zakochana. Mimo wszystko mu ufałam. Czekałam na atak paniki, ale czułam jedynie strach, nad którym potrafiłam zapanować. Siedziałam więc, ściskając w dłoni malutką tabletkę i biorąc co kilkadziesiąt sekund łyk wody, by zająć czymś mózg. W pewnym momencie udało mi się nawet pożartować.

Po kwadransie wysiadłam z samochodu na drżących nogach, ciskając tabletką daleko przed siebie. Czułam się niepokonana. Na własnej skórze przekonałam się, że jestem w stanie zapanować nad lękami i na nowo pokierować własnym życiem. Nie sądziłam jednak, że tego wieczoru skończę jak pieprzony Lewis Hamilton1 za kierownicą swojego bolidu.

Przeszedł mnie dreszcz ekscytacji, gdy stanęliśmy na progu ogromnego domu.

- Kim, do cholery, jest ten twój znajomy?

Justin przyglądał się okolicy z nieskrywanym zachwytem. Musiałam przyznać mu rację. Ja również spodziewałam się wszystkiego, ale nie jednego z najbardziej luksusowych osiedli domów jednorodzinnych w La Jolla. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo drzwi nagle się otworzyły, a w ich progu stanął roześmiany gospodarz. Bastien miał na sobie granatowe spodnie od garnituru i hawajską koszulę rozpiętą do połowy klatki piersiowej. Ktoś inny wyglądałby w tej stylówce jak ostatni debil, ale nie on. Ten facet prezentowałby się dobrze nawet w worku po ziemniakach. Jego niebieskozielone oczy rozpromieniły się jeszcze bardziej na mój widok. Porwał mnie w ramiona, zakręcił mną i postawił na ziemi. Tym razem bacznie mi się przyjrzał.

- Skarbie, wyglądasz olśniewająco! - krzyknął i dla podkreślenia swoich słów klasnął mocno w dłonie. - Chociaż może zbyt dosłownie potraktowałaś temat przewodni.

Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi, dopóki palcami nie pstryknął palmy, która dyndała nad moim czołem. Cholera, na śmierć zapomniałam o zdjęciu tej przeklętej gumki. Zrobiłam to teraz i natychmiast tego pożałowałam. Grzywka, zamiast opaść na czoło tak, jak się spodziewałam, została w pozycji pionowej. Musiałam mieć minę zbitego szczeniaczka, bo Bastien przytulił mnie w opiekuńczym geście i dopiero wtedy zauważył Justina. Wyciągnął dłoń w jego stronę, przedstawiając się, a ton jego głosu wyraźnie się zmienił na poważny, jakby zachowywał nutkę rezerwy. Pierwszy raz widziałam taką wersję Bastiena i nie do końca przypadła mi do gustu. Było to głupie, ale sądziłam, że ten facet to najbardziej otwarta i towarzyska osoba w San Diego. Przed oczami miałam dowód, że wcale tak nie jest, a on potrafił być również opanowany i powściągliwy.

Po wymianie uprzejmości weszliśmy do pięknego domu, urządzonego w loftowym stylu. Zaczęłam się zastanawiać, ile może mieć pokoi, gdy z końca długiego korytarza dobiegły nas śmiechy i odgłosy rozmów. Ku mojemu zdziwieniu poszliśmy w zupełnie innym kierunku. Bastien wprowadził nas do kuchni, wyjął z lodówki trzy piwa i podał nam po jednym. Rozluźniłam się, gdy spojrzałam na etykietę. Jakimś cudem wiedział, by dać mi wersję bez alkoholu. Podczas leczenia miałam kategoryczny zakaz spożywania procentów i zachodzenia w ciążę. O ile o drugi warunek się nie martwiłam, o tyle wizja życia towarzyskiego bez procentów wydawała się kłopotliwa. Nie dlatego, że potrzebowałam bodźca do zabawy, po prostu nie chciałam ciągle tłumaczyć, że to nie ciąża jest przyczyną mojej abstynencji.

- Caroline będzie za moment - oznajmił Bastien, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić.

- Kim jest Caroline i dlaczego siedzimy w kuchni? - Justin wyraził na głos moje myśli.

- Carol Martin, mówi wam to coś? Przecież trzeba zrobić coś z... tym. - Machnął w stronę katastrofy na mojej głowie.

Z wrażenia moja szczęka niemal rąbnęła o podłogę. Oczywiście, że wiedziałam, kim jest tajemnicza Caroline. Dziwił mnie natomiast fakt, że Justin nadal siedział i patrzył na nas tak, jakbyśmy właśnie spadli z księżyca.

- Carol Martin, TA Carol Martin?! - pisnęłam podekscytowana.

Bastien uśmiechnął się i pokiwał głową, najwidoczniej dumny ze swojego pomysłu i mojej reakcji.

- Kocham wywoływać w ludziach takie emocje! - usłyszałam śpiewny głos.

Do środka weszła niska blondynka, która swoją aurą sprawiała, że temperatura w pomieszczeniu wzrosła co najmniej o dziesięć stopni. Miała na sobie czarną, jedwabną koszulę i zwykłe ciemne jeansy, a jakimś cudem wyglądała jak milion dolarów. Jasne włosy łagodnie opadały na ramiona i miałam pewność, że nie poświęciła im większej uwagi.

- Caroline Martin, najlepsza stylistka fryzur w Układzie Słonecznym - przedstawiła się, posyłając nam olśniewający uśmiech. - No już, sio mi stąd, nie potrzebujemy publiczności.

Bastien posłał mi pytające spojrzenie, a gdy skinęłam głową, wziął pod ramię zdębiałego Justina i obaj wyszli z kuchni. Nagle poczułam się onieśmielona. Caroline była niewiele starsza ode mnie, a już odniosła światowy sukces. Ja z kolei miałam wrażenie, że zmarnowałam ostatnie lata swojego życia. Nie wiedziałam nawet, czym chciałabym się zajmować. Było jasne, że nie mogłam w nieskończoność korzystać z pieniędzy, które zostawił mi tata. Czułam wdzięczność, że pomyślał o tym, bym nie była uzależniona od Bridget, ale nie chciałam przez całe życie nic nie robić i użalać się nad sobą. Utonęłam w myślach i dopiero świadomość, że trzeba się odezwać, przywróciła mnie do pionu.

- Elena, miło mi - powiedziałam, wysuwając dłoń w stronę kobiety, ale ona ją zignorowała. Zamiast tego objęła mnie, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami. Czy tak zachowują się normalni ludzie? Nie potrafiłam przyzwyczaić się do wylewności, którą ofiarowywali mi nowi znajomi. - Dziękuję za próbę ratunku mojej godności - dodałam po chwili, by nieco rozluźnić atmosferę i przełamać pierwsze lody. - Już teraz rozumiem, dlaczego ludziom na psychotropach chcą zabrać wszystkie ostre narzędzia.

Cholera, dlaczego zawsze, jak próbuję się socjalizować i otworzę jadaczkę, z moich ust wydobywa się coś tak... żałosnego?, pomyślałam od razu. Zdawałam sobie sprawę, że ten tekst był nie na miejscu i mógł kogoś urazić, jednak mój wrodzony czarny humor po prostu wylazł na światło dzienne w najmniej oczekiwanym momencie. Zdziwiłam się, gdy Carol zaniosła się szczerym i donośnym śmiechem. Po chwili złapała się za brzuch i otarła łzy, które pojawiły się w kącikach jej pięknych, błekitnych oczu.

- Gdy ja zaczęłam brać leki, wpadłam w tak dziwny stan, że pocięłam wszystkie koszule mojego męża w drobny mak - wyznała. - Niemal skończyło się to rozwodem, więc doskonale wiem, o czym mówisz.

Teraz z automatu poczułam do niej sympatię. Być może nie świadczyło to o mnie dobrze, ale pomogła mi w tym świadomość, że ta idealna istota również miała problemy.

- To jak, gotowa? - zapytała, otwierając czarny kuferek, który ze sobą przytargała.

Niepewnie pokiwałam głową. Mój brak zaufania chyba ją zabolał, bo zrobiła oburzoną minę i teatralnie złapała się za serce.

- Ranisz moją dumę, słońce - powiedziała żartobliwie. - Mam rozumieć, że nie chcesz żadnych drastycznych cięć?

Teraz zaczęłam potakiwać z taką żarliwością, że niemal odpadła mi głowa.

- Kocham swoje włosy i na razie nie chcę się z nimi rozstawać - uściśliłam.

- Na razie? - Carol uniosła brwi. - Czyli jest nadzieja?

W tym momencie to ja się roześmiałam.

- Obiecuję, że jeśli najdzie mnie na zmianę fryzury, dam ci znać.

- Oj, liczę na to. W całej swojej karierze zawodowej nie widziałam tak pięknych włosów.

Oddałyśmy się rozmowie i już po chwili przyglądałam się swojemu odbiciu w lustrze, nie dowierzając, że dosłownie kilka ruchów nożyczkami zrobiło z tragedii prawdziwe arcydzieło.

- A teraz chodź - powiedziała Carol, łapiąc mnie pod ramię. - Dajmy im szansę na podziwianie twojej odświeżonej wersji.

Weszłyśmy do salonu, gdzie znajdowało się około dwudziestu osób, a ja nie byłam w stanie zapanować nad uśmiechem, który nie chciał zejść mi z twarzy. Czułam się pięknie. Szybko się okazało, że Bastien zebrał w swoim domu artystyczną śmietankę San Diego. Byli tu styliści, projektanci, malarze, a nawet jeden piosenkarz, który wpadł się przywitać przed swoim koncertem. Zdziwiłam się, że moja matka nigdy nie obracała się w takich kręgach. Zawsze wolała być postrzegana bardziej jako bizneswoman niż artystka. Szkoda, bo ci ludzie na pierwszy rzut oka wydawali się sympatyczni, a przynajmniej sympatyczniejsi niż ci, którzy zadawali się z Bridget. Tutaj nie było sztucznej atmosfery, a wszyscy goście pałali do siebie szczerą sympatią.

Naprawdę świetnie czułam się w ich towarzystwie, jednak godzinę później zaczął przytłaczać mnie nadmiar bodźców. Kręciłam się niepewnie po pomieszczeniu, posyłając wszystkim zdenerwowany uśmiech. Już chciałam podejść do Justina, który od niemal trzydziestu minut bałamucił jedną z modelek, ale nagle poczułam czyjś dotyk na nadgarstku. Odwróciłam się do intruza i spojrzałam prosto w znaną mi już twarz. Nico uściskał mnie serdecznie, komplementując mój nowy wygląd, ale nie potrafiłam pokazać radości, jaką wywołało we mnie jego pojawienie się na imprezie.

- Skarbie, będziesz tak miła i przyniesiesz butelkę wina z piwnicy? Jest na stojaku obok kanapy. Wszystkie są takie same, więc po prostu weź pierwszą z brzegu.

Prośba była jak dar z niebios, więc uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. W końcu miałam okazję chociaż na chwilę uciec od tego zgiełku.

- Jasne, zaraz wracam.

Z nieskrywaną ulgą popędziłam we wskazanym kierunku. Otworzyłam drzwi i stanęłam na szczycie stromych, drewnianych schodów. Na dole panowały egipskie ciemności, więc poszukałam wzrokiem włącznika światła. Gdy go dotknęłam, przeżyłam pierwszy minizawał. Światło rozjaśniło na moment pomieszczenie, by za chwilę zgasnąć i znów pogrążyć je w mroku. Towarzyszył temu niespodziewany trzask. Zachwiałam się niebezpiecznie i złapałam za klamkę, by nie runąć ze schodów. Drzwi zamknęły się z hukiem, sprawiając, że teraz nie widziałam nawet swoich dłoni. Poczułam się nieswojo, więc natychmiast spróbowałam je otworzyć. Bez skutku. Chwilę zajęło, nim uzmysłowiłam sobie, że utknęłam tu na dobre. Jedno było pewne - nie tak wyobrażałam sobie dobrą zabawę.

8

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie odwaliła jakiegoś numeru. Nawoływanie pomocy nie miało sensu, biorąc pod uwagę fakt, że głośne rozmowy z salonu słychać było nawet tutaj, więc po prostu usiadłam na pierwszym stopniu, próbując wymyślić jakieś logiczne rozwiązanie. I właśnie wtedy przeżyłam zawał numer dwa. Spowodował go głos, który zabrzmiał z ciemności i, o dziwo, idealnie do niej pasował. Z mroku, wcale nie tak daleko ode mnie, ktoś zapytał:

- Będziesz tak siedzieć w samotności i czekać na ratunek czy zejdziesz na dół i poczekamy razem?

Ze strachu rąbnęłam potylicą w drzwi tak mocno, że dla odmiany przed oczami zrobiło mi się zupełnie biało, a w uszach zaczęły wybrzmiewać chóry anielskie. Odruchowo sięgnęłam do miejsca, w którym powinien znajdować się mój plecak, ale natrafiłam na pustą przestrzeń. Przedmiot, z którym nigdy się nie rozstawałam, został w kuchni, a ja zatrzasnęłam się w piwnicy bez jakiejkolwiek opcji ratunku. Niech to szlag.

- Kto tam? - odważyłam się zadać to pytanie.

- No przecież nie twoje sumienie - zaśmiał się głos, teraz jeszcze bliżej mnie.

Chyba próbował być zabawny. Podziałało na odwrót. Wstałam i przełknęłam nerwowo ślinę, gotowa, by w razie potrzeby wydrapać dziurę w drzwiach, byle tylko stąd uciec.

- Idę po ciebie - powiedział mężczyzna, a na potwierdzenie jego słów usłyszałam złowieszcze skrzypienie drewnianych schodów. - Podaj mi rękę.

Teraz widziałam jedynie zarys czyjejś sylwetki. Lubiłam ciemność, ale w tym momencie oddałabym wszystko, by chociaż na moment się rozproszyła. Stałam w miejscu jak sparaliżowana i gorączkowo zastanawiałam się, co zrobić.

- No, dawaj. Nie zamorduję kobiety w piwnicy mojego przyjaciela - zachęcił mnie.

Niepewnie wyciągnęłam rękę w jego stronę. Myśl, że nieznajomy przyjaźnił się z którymś z chłopaków, dodała mi otuchy. Początkowo trafiłam w coś twardego, jednak po chwili na wierzchu dłoni poczułam gorący dotyk, prawie jakby złapał mnie diabeł w czystej postaci. Mężczyzna delikatnie pociągnął mnie w dół schodów, a ja miałam wrażenie, że właśnie schodzę do prywatnego piekła. Dwa kroki wystarczyły, bym straciła równowagę i zapewne runęła jak długa, gdyby nieznajomy nie wykazał się nadzwyczajnym refleksem i nie złapał mnie w talii. Nie puścił mnie jednak, a zamiast tego przycisnął mnie do swojego ciała.

- Piwnice są przereklamowane - wymruczał mi do ucha. - Istnieje wiele ciekawszych miejsc na mordowanie pięknych kobiet. Chociaż możliwe, że sama mnie w tym wyręczysz, jeśli nie będziesz bardziej uważać.

Przeszedł mnie dreszcz, który niestety nie był efektem niepokoju.

- Skąd wiesz, że jestem piękna? - wyszeptałam.

No, brawo, Eleno. Idealne pytanie w obecnej sytuacji.

- Poznaję po zapachu.

Bosko, trafił mi się cholerny psychopata rodem z filmu "Perfumiarz".

- A tak na poważnie - dodał po chwili - nie ma brzydkich kobiet. Stąd wiem, że taka nie jesteś.

Sprowadził mnie po reszcie stopni, a gdy stałam bezpiecznie na dole, odsunął się nagle, a ja poczułam niepojętą pustkę. Zamknęłam oczy, chyba bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, i spróbowałam nazwać emocje, które mnie ogarnęły. Niepewność i strach były zrozumiałe, w końcu znalazłam się w mało komfortowej sytuacji i aż sama się dziwiłam, że atak paniki nie powalił mnie jeszcze na łopatki. Jednak tak to z nimi bywało. Pojawiały się nagle, nieprzewidywalnie i nigdy nie mogłam ze stuprocentowym prawdopodobieństwem oszacować, kiedy przyjdzie mi się z nimi zmierzyć. Właśnie dlatego tak bardzo mnie przerażały. Czasem zwykły koszmar potrafił wyprowadzić mnie z równowagi, a niekiedy stałam i czekałam na coś, co nigdy nie miało nastąpić. Tak jak w tym momencie, chociaż czułam coś więcej - ciekawość. Najwidoczniej mój zdrowy rozsądek został na górze razem z plecakiem, telefonem, wodą i lekami. Z takim podejściem moja przyszłość nie rysowała się w kolorowych barwach, tego byłam pewna. Nieznajomy zaczął krzątać się po pomieszczeniu, co chwilę na coś wpadając i przeklinając pod nosem, a ja stałam, niepewna tego, co powinnam zrobić. Próbowałam przyzwyczaić oczy do ciemności, ale bez jakiegokolwiek źródła światła było to prawie niemożliwe.

- Może usiądziesz?

Serce niemal podskoczyło mi do gardła. Zanim zdążyłam się przystopować, górę wziął mój instynkt obronny. Odwróciłam się i zamachnęłam pięścią w jego stronę. Musiał wyczuć ten nagły ruch, bo kolejny raz mnie zadziwił, jedną ręką łapiąc moją pięść w locie. Drugą położył na mojej talii i mało delikatnie popchnął mnie do tyłu. Nogami trafiłam na coś miękkiego i zanim się obejrzałam, rąbnęłam pośladkami w przypominające kanapę siedzisko. Bez dwóch zdań jego refleks i umiejętność poruszania się w całkowitym mroku zrobiły na mnie wrażenie.

- Kim ty jesteś, wojowniczym żółwiem ninja?! - warknęłam. - I przestań mnie w końcu straszyć!

Nie wiedziałam, czy jestem bardziej wściekła, czy zdezorientowana.

- Pokazujemy pazurki? Podoba mi się to - zaśmiał się. - I chyba nie boisz się mnie tak bardzo, skoro jesteś w stanie na mnie krzyczeć.

Czy ten człowiek mógłby być choć na moment poważny? Znaleźliśmy się w kłopotliwej i niekomfortowej sytuacji, a on sobie żartował. Działało mi to na nerwy.

- Dobra, przepraszam, poniosło mnie. Siedzę tu zamknięta z tobą. Bez telefonu, bez wody i leków, za które teraz dałabym się pokroić. Czuję się do chrzanu, a w takich sytuacjach zazwyczaj się wściekam, byle tylko nie myśleć i nie analizować. No nawet nie wiem, jak się do ciebie zwracać.

Milczenie nieznajomego było uciążliwe, ale w końcu wcisnął mi w dłonie plastikową butelkę i usiadł obok mnie.

- Jestem Thomas.

- El.

W ostatniej chwili powstrzymałam się, by nie podać swojego pełnego imienia. Thomas mógł być każdym, a ja za wszelką cenę chciałam uniknąć nagłówków w prasie plotkarskiej.

- A więc El... Temat wody mamy z głowy - powiedział, pstrykając palcami w butelkę. - Co z resztą? Jesteśmy zmuszeni siedzieć tu razem, a ja nie bardzo mam możliwość ucieczki, więc wykorzystaj to i mów. Psychologiem nie jestem, ale potrafię całkiem dobrze słuchać.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Pierwszy raz od dawna ktoś zainteresował się moimi uczuciami. Cieszyło mnie to, nawet jeśli jego ciekawość była efektem nudy. Czerń panująca wokół, podziałała jak zapalnik. Łatwiej było się otworzyć przed zupełnie obcą osobą, która w dodatku nie miała pojęcia, kim jestem. Wiedziałam, że tego potrzebuję. Pragnęłam powiedzieć wszystko na głos i nie bać się oceniających spojrzeń. Więc powiedziałam. O atakach paniki, lękach, o tym, że staram się żyć normalnie, chociaż niespecjalnie mi to wychodzi, o zaborczej matce karierowiczce. Gdy doszłam do tematu Simona, załamał mi się głos. Wtedy poczułam dłoń Thomasa, która delikatnie złapała mnie za rękę, a ja uświadomiłam sobie, że nie spowiadam się ciemności, tylko zupełnie obcemu człowiekowi. Zrobiło mi się odrobinę głupio.

- Dlaczego uważasz, że ten straszny wypadek był twoją winą? - zapytał ze szczerym zainteresowaniem.

Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, czy to dobry pomysł, by o tym mówić. W końcu uznałam, że jeśli powiedziało się A, trzeba powiedzieć również B.

- Tego wieczoru poszłam na imprezę, na której nie powinnam być. Simon od samego początku ostrzegał, że to nie jest dobry pomysł. Nie posłuchałam go i na własnej skórze przekonałam się, co miał na myśli. Tej nocy niemal straciłam coś, z czym nie byłam gotowa się rozstawać.

Poczułam, że mężczyzna obok mnie zesztywniał. Chyba doskonale zrozumiał, o co chodziło, nie musiałam mówić tego na głos. Nie odezwał się jednak ani słowem, więc kontynuowałam swoją opowieść, wracając myślami do czasów, od których za wszelką cenę chciałam się odciąć.

- A potem pojawił się Simon, nawet nie wiem skąd. Był wściekły, cały się trząsł. Zapakował mnie do samochodu i bez słowa ruszyliśmy do domu. Jechał zbyt szybko, nie powinien był prowadzić w takim stanie. Ostatnie, co pamiętam, to mój krzyk. Obudziłam się dwa dni później, w szpitalu, a jego... jego już nie było. Gdybym go wtedy posłuchała i nie poszła na tę cholerną imprezę... Ja zapłaciłam za to kilkoma bliznami, Simon nie miał tyle szczęścia.

- Chérie... - szepnął, wkładając dłoń za mój prowizoryczny płaszcz i delikatnie gładząc nią po nagich plecach.

W męskim głosie czaiło się tyle emocji, że nie byłam w stanie utrzymać na wodzy własnych. Rozpłakałam się jak zwykły mazgaj, a Thomas przygarnął mnie do swojego ciała i objął ramionami. Nie miałam najmniejszej ochoty się ruszyć, chociaż nie wiedziałam, ile trwaliśmy w takim bezruchu. Było mi zadziwiająco dobrze, więc bezkarnie zasmarkiwałam koszulę, wyrzucając z siebie żal, który gromadził się we mnie przez ostatnie lata.

- Myślę, że każdego dnia płacisz o wiele więcej, niż ci się wydaje - powiedział w końcu.

Złapał mnie za brodę i delikatnie otarł kciukiem łzy, które nie mogły przestać płynąć. W miejscach, których dotknął, pojawiło się przyjemne mrowienie.

- Patrzę w twoją stronę i mimo ciemności mam wrażenie, że widzę cię doskonale. Nawet nie masz pojęcia, ile rzeczy nas łączy.

- Co na przykład? - zapytałam, zaciskając palce na chusteczce, którą wetknął mi w dłonie.

- Doskonale rozumiem presję otoczenia. Jestem zmuszony do robienia czegoś, czego nienawidzę. No i chujowy opiekun też się znajdzie, u mnie to dziadek, który mnie do tego wszystkiego nakłania.

- A co chciałbyś robić, gdybyś nie był, no wiesz... sobą?

- Otworzyłbym własną restaurację - odparł bez zastanowienia. - Gotowanie to moja największa pasja i to dzięki niej nie skończyłem... - Zamilkł, szukając odpowiednich słów.

- Tak jak ja? - podsunęłam mu.

Thomas zaśmiał się i byłam pewna, że pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Nie, Chérie. Chciałem powiedzieć, że nie skończyłem na dnie.

To było zdecydowanie najdziwniejsze spotkanie w moim życiu. Zastanawiałam się, czy gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach, między nami powstałaby więź, jaka połączyła nas teraz. Pewnie nie. Nigdy nie potrafiłam mówić wprost o tym, co mnie dręczy, nawet w obecności Justina, który przecież powinien być mi bliższy niż ktokolwiek inny. Tymczasem facet, którego poznałam godzinę temu i nawet nie wiedziałam, jak wygląda, wiedział o mnie więcej niż wszyscy moi znajomi razem wzięci. Ta sytuacja nie mogła być bardziej pokręcona.

Ciekawiło mnie, jak może wyglądać, jakiego koloru są jego oczy i jaką minę robi, gdy się denerwuje. Skrzypnięcie otwieranych drzwi sprowadziło mnie na ziemię. Zeskoczyłam z kanapy jak oparzona, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Pewne było, że lepiej zostawić tę magię w ciemności, tam, gdzie się narodziła. Odwróciłam się tyłem do Thomasa, gdy oślepiająco światło latarki zalało pomieszczenie. Z bijącym sercem zwalczyłam pokusę, by odwrócić się i spojrzeć na mężczyznę, i bez słowa pożegnania wspięłam się na górę, mijając na schodach zdezorientowanego Bastiena.

- Błagam, nie mów mu, kim jestem - szepnęłam i w biegu pocałowałam przyjaciela w policzek.

Cholera, i to miała być ta dobra zabawa?

Wyleciałam z piwnicy i popędziłam do kuchni, jakby gonił mnie sam diabeł. Złapałam plecak i nie zawracając sobie głowy szukaniem Justina, uciekłam. To, co w piwnicy wydawało się najwłaściwsze na świecie, w świetle lamp było czystą abstrakcją. Czułam się jak bohaterka kiepskiego filmu, która postradała rozum na widok przystojnego faceta i od razu wpadła mu w ramiona. Tak naprawdę nawet nie wiedziałam, czy Thomas jest przystojny i dlaczego właściwie tak bardzo na mnie podziałał. Nie obchodziło mnie to. Byłam za to przekonana, że ktoś taki jak on w normalnych okolicznościach nawet by na mnie nie spojrzał.

Potrzebowałam spaceru. Minęłam rzędy identycznych domów i w końcu znalazłam zejście na plażę. Gdy tylko usłyszałam szum oceanu, poczułam się nieco spokojniej. Noc była niezwykle ciepła, więc ściągnęłam buty i z radością zanurzyłam stopy w zimnych falach.

Cóż, nie do końca to miałam na myśli, gdy obiecywałam sobie, że odzyskam kontrolę nad własnym życiem. Powinnam była czuć wstyd, ale nie byłam daleka od zażenowania. Miałam wrażenie, że miejsca, których dotknęła dłoń Thomasa, cały czas przyjemnie mrowią. Jak to możliwe, że pozwoliłam mu na coś, czego sama obawiałam się zrobić? Dotknął pokrytych bliznami pleców, które od wypadku stanowiły moją słabość. Mało tego, pozwoliłam mu na taką bliskość, nawet się nad tym nie zastanawiając. Dotarło to do mnie dopiero, gdy tłem do przemyśleń był szum oceanu.

Nie chciałam tego analizować, więc wyciągnęłam z plecaka telefon i etui ze słuchawkami, a po chwili włączyłam losową playlistę na Spotify. Muzyka była jak pilot dla moich emocji. Dzięki niej potrafiłam w kilka minut poprawić sobie nastrój klubowymi kawałkami lub wprost przeciwnie - pogrążyć się w zadumie przez romantyczne ballady. Tym razem nie podziałało. Keyshia Cole śpiewała mi do ucha o ostatniej nocy, a ja nie potrafiłam przestać myśleć o tym, co się wydarzyło.

Co to było, do cholery? Próba wyrzucenia z głowy Justina? Moja radość na okazane mi zainteresowanie? Obie wersje były żałosne, a ja w duszy wiedziałam, że obie nie są prawdziwe. Poczułam coś. Jakby całe moje życie prowadziło do tej właśnie piwnicy. Czy tak usilnie próbowałam odzyskać to, co los perfidnie mi zabrał? Męskie ramię, które będzie dla mnie podporą i wsparciem? Czyjś kciuk ocierający moje łzy i niski głos, który zapewni, że jest przy mnie, bez względu na wszystko?

Wiedziałam jedno. Dla własnego dobra musiałam zostawić ten wieczór za sobą i nigdy więcej o nim nie myśleć..

9

Stanęłam przed siłownią, z której niedawno zwiałam, i uśmiechnęłam się krzywo. Uciekanie stanowiło jedno z moich kół ratunkowych, których ostatnio znacznie nadużywałam. Gdyby ktoś wpadł na pomysł odtworzenia historii Kopciuszka w dzisiejszych czasach, bohaterka miałaby wszystkie moje dolegliwości. Brakowało mi jedynie wkurzających sióstr i mogłabym śmiało startować w castingu do głównej roli.

Zebrałam się w sobie i weszłam do środka z lekką obawą. Ludzki mózg jest irytujący. Jeśli jedno miejsce skojarzy negatywnie, bardzo trudno o to, by to zmienić, jednak Bastien uparł się, że odczaruje dla mnie tę siłownię. Jak się okazało, cała sieć klubów fitness należała do niego. Przynajmniej rozwiązała się jedna z zagadek, które trapiły mnie od jakiegoś czasu.

Kobieta siedząca przy recepcji posłała mi ciepły uśmiech, ale nie zdążyłam do niej podejść. Bastien pojawił się znikąd i porwał mnie w objęcia. Był typem mężczyzny, który powodował uśmiech na twarzy nawet, gdy nie miało się na niego najmniejszej ochoty.

- Cześć, skarbie - przywitał się i cmoknął mnie w policzek. - Gotowa?

Pokiwałam głową, choć tak naprawdę nie miałam pojęcia, na co się zgodziłam.

- Jak wrażenia po imprezie? - zagadał, gdy kierowaliśmy się w głąb budynku. - Migdaliłaś się w ciemności z kimś jeszcze?

Pięknie. Całe trzy dni udało mi się nie myśleć o Thomasie. A raczej starałam się o nim nie myśleć, tymczasem jedno pytanie wystarczyło, by wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.

- Nikt nie migdalił się w ciemności - wyjaśniłam chyba setny raz. - Poza tym to wcale nie jest śmieszne.

Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i zerknął na mnie rozbawionymi oczyma.

- Dla mnie jest.

Miałam nadzieję, że spojrzenie które mu posłałam, mówiło: "Zgiń w męczarniach" albo przynajmniej "Dostań rozwolnienia na trzy dni".

- Oj, no weź. - Szturchnął mnie łokciem w żebra. - Nie ciekawi cię, kto to był?

- Absolutnie nie - zaprzeczyłam zbyt szybko, co spotkało się z oceniającym wzrokiem przyjaciela. - Może. No dobra, trochę tak. Ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a niewiedza jest rajem.

- Raj to ty byś miała, gdyby twój Romeo wziął cię w obroty na poważnie.

- Bastien!

Zdzieliłam go w ramię i natychmiast tego pożałowałam. On zaczął się głupkowato śmiać, a moja dłoń paliła żywym ogniem.

- Dobra, niech ci będzie. Powiesz mi, kto to był? - poddałam się. Wmawiałam sobie, że lepiej tego nie wiedzieć, ale co złego mogło się stać?

- Ani mi się śni.

Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. A to podły, zdradziecki kut...

- To po co zaczynasz temat?! - warknęłam, zanim zwyzywałam go w myślach od najgorszych.

- Bo to nawet zabawne. Dwójka moich przyjaciół urządza sobie randki w ciemno, i to dosłownie! Nie będę wam psuć zabawy, gołąbeczki.

- Cieszę się, że świetnie się bawisz moim kosztem - wypomniałam mu. - Wierz mi lub nie, ale nie wywlekam przed obcymi każdej swojej życiowej porażki. Nie wiem, co mi odbiło i trochę jest mi głupio. Facet pewnie pomyślał, że jestem nienormalna.

- Był zachwycony twoją szczerością, co dowodzi, że jest nie mniej szurnięty od ciebie. Nawet go rozumiem, takie traumy wychodzą po latach, a ty wyśpiewałaś mu wszystko na pierwszej randce.

- Uśpię, uduszę, zawinę w dywan i wrzucę do oceanu - zaczęłam wizualizować plan brutalnej zemsty. - I to nie była randka!

Bastien tylko przewrócił oczami. Sięgnął do półki i rzucił w moją stronę różowe rękawice bokserskie. Złapałam je w locie i niemal zapiszczałam z radości, zapominając o wizji trupa, zawiniętego w mój piękny, puchaty dywanik, który ostatnio kupiłam.

- Ktoś tu chyba musi się porządnie wyżyć.

Zaskoczona odwróciłam się w stronę melodyjnego głosu. W drzwiach jednego z pomieszczeń stała Caroline, opierając się o framugę i przyglądając się naszej dwójce z rozbawieniem. Długie, blond włosy miała spięte w koński ogon na czubku głowy, a jej kobiecą sylwetkę opinały dopasowane legginsy i top, który odsłaniał zdecydowanie więcej, niż zakrywał. Jak zwykle wyglądała fenomenalnie, a ja szczerze ucieszyłam się na jej widok.

- Co ty tu robisz?

- No jak to co? Przyszłam pilnować, żebyś nie zwiała z treningu.

Podbiegłam do niej, uściskałam ją serdecznie i razem weszłyśmy do sali, którą najwidoczniej miałyśmy na wyłączność. Przy oknie z moim ulubionym widokiem na zatokę stały przyrządy do ćwiczeń cardio, a za nimi z sufitu zwisało kilka ogromnych worków treningowych. Ogarnęło mnie wzruszenie. Bastien pamiętał, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym miejscu i zadbał o to, żebym czuła się bezpiecznie. Odwróciłam się w jego stronę i szepnęłam bezgłośne podziękowanie. Mężczyzna skinął głową, uśmiechnął się i wrócił do swoich obowiązków, a my podekscytowane wskoczyłyśmy na rowerki stacjonarne, by choć odrobinę rozgrzać nasze ciała przed właściwym treningiem. Milczałam, skupiając się na ćwiczeniach, za to Carol trajkotała jak najęta. Pedałowanie pozwoliło mi w pełni poczuć moje zastane ciało, które powoli budziło się do życia. Kochałam moment, w którym wydawało się, że mój organizm na nic więcej mi już nie pozwoli. Wtedy niespodziewanie wkraczałam na wyższy poziom i okazywało się, że mogę więcej, niż mi się pierwotnie wydawało. Kiedyś bardzo dużo czasu spędzałam z matką na siłowni, a w tym momencie miałam wrażenie, że odzyskałam część siebie. Niespiesznie i stopniowo zbierałam się do kupy, a przynajmniej taką miałam nadzieję.

- To dobry chłopak - powiedziała nagle Caroline, ocierając ręcznikiem niewidzialny pot z czoła.

Ciekawe było, czy ta blond cholera cały czas zastanawiała się, jak podpytać o moją, jak to nazwał Bastien, randkę w ciemno.

- Bastien czy Thomas? - Postanowiłam udawać idiotkę, mimo że doskonale wiedziałam, o kogo jej chodzi.

Kobieta przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu.

- Jeden i drugi. A jeśli chodzi o tego drugiego... - zaczęła tajemniczo. - Wow, dziewczyno. Powiedziałabym, że masz niezły gust, ale ty go przecież nawet nie widziałaś.

Skończyłyśmy rozgrzewkę, więc włożyłam rękawice i zmusiłam umysł do przypomnienia sobie najważniejszych zasad, które podczas wspólnych treningów wpajał mi mój brat. Ze wzruszeniem uzmysłowiłam sobie jak wiele mnie nauczył i ile mu zawdzięczam. Podeszłam do worka i zaatakowałam go serią ciosów, próbując wypłoszyć te cholerne motyle ze swojego wnętrza. Na marne. Uleciały ze mnie siły i chęci do życia, ale nie wspomnienie dotyku Thomasa na mojej skórze i rozmowy, która była początkiem procesu samoleczenia. Szlag by to...

- Powiedz mi coś o nim - odezwałam się po trzydziestu minutach intensywnej walki z wiszącym przeciwnikiem, gdy bez sił człapałam za Caroline w stronę szatni, by móc się przebrać i wziąć szybki prysznic.

- Kochanie, chciałabym ci powiedzieć, ale obiecaliśmy z Bastienem, że nie będziemy się wtrącać.

- Dziwne, bo mam wrażenie, że odkąd się znamy z Thomasem, nie robicie nic innego.

Nie chciałam, żeby zabrzmiało to chamsko, więc pokazałam jej żartobliwie język. Kolejne sekundy upłynęły błyskawicznie i były dowodem na to, że karma istnieje i jest diabelnie sprawiedliwa. W jednej chwili oglądałam się w stronę Carol, by sprawdzić jej reakcję, a w drugiej tańczyłam jak zardzewiały robot, walcząc, by utrzymać równowagę. Tym razem przegrałam walkę z grawitacją i runęłam plecami na mokre kafelki. Siła uderzenia pozbawiła mnie tchu, a oczy zaszły łzami. Potrząsnęłam głową i podniosłam się na łokciach do pozycji półsiedzącej. Chyba nie zrobiłam sobie większej krzywdy, bo poza potwornym bólem kości ogonowej wszystko wydawało się działać jak należy. Caroline pojawiła się przede mną, wyciągając do mnie rękę, którą z wdzięcznością przyjęłam. Z zadziwiającą siłą podciągnęła mnie do pionu.

- Nic ci nie jest? - zapytała przejęta.

Pokręciłam głową, jednocześnie próbując zlokalizować ręką najbardziej bolące miejsce nad pośladkami.

- Czyli już mogę zacząć się śmiać? Wybacz, miśka, ale to było mistrzostwo świata. Orzeł za trzy punkty. Żałuję, że nie miałam pod ręką telefonu. Poza tym już od jakiegoś czasu mam ochotę skopać ci tyłek. Dziękuję, że mnie wyręczyłaś.

- Mnie? Za co?

- Za twoje marudzenie. Uwierz mi, słońce, rozumiem cię doskonale, ale czasami nie mogę cię słuchać. Jesteś mądra i piękna. Masz coś w sobie, i mimo że nie znamy się długo, nie mogę patrzeć, jak świadomie marnujesz tę iskrę.

Na początku nie miałam pojęcia, o czym mówi, jednak po chwili spłynęło na mnie olśnienie. Czy od dnia wypadku choć przez jeden dzień nie byłam skrajną pesymistką? Miałam tak wiele, znacznie więcej niż przeciętny człowiek, a potrafiłam jedynie marudzić i użalać się nad sobą. Zrobiło mi się głupio.

- Nie mówię tego, by wprawić się w zakłopotanie - dodała Carol, widząc moją minę. - Ale dlatego, że na twoim miejscu chciałabym to usłyszeć. No i nawet cię trochę lubię, możesz na mnie liczyć o każdej porze dnia i nocy. I pamiętaj, to twoja przyszłość cię potrzebuje, a nie przeszłość. Nie dawaj jej tego, o co nie prosi.

Kobieta uścisnęła mnie tak mocno, że bolący odcinek kręgosłupa dał o sobie znać.

- Dziękuję - powiedziałam, lekko się od niej odsuwając.

Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło i walczyłam ze sobą, by się nie rozkleić. To był dobry dzień i chciałam zrobić wszystko, by taki pozostał. Weszłyśmy do szatni. Gdy stanęłam pod strumieniem chłodnej wody, uznałam, że tego właśnie było mi trzeba. Napięte po treningu mięśnie zaczęły się rozluźniać, a piętnaście minut później byłam jak nowo narodzona. Carol wetknęła mi w dłoń smoothie, które - musiałam przyznać - był zadziwiająco dobre.

- Więc zaiskrzyło między wami? - zapytała, gdy schodziłyśmy po schodach. - Bastien mnie zabije, jeśli nie wyciągnę od ciebie jakiegoś pikantnego szczegółu.

Prawie zakrztusiłam się zieloną papką, której chciałam się napić.

- Nie wierzę, że ta menda wysłała cię na przeszpiegi!

- Wybacz mu - zaśmiała się. - Bastien wbrew pozorom ma mało ekscytujące życie, a wasza dwójka dostarcza mu rozrywki.

- Nie sądzisz, że to dziwne?

- No dobra, masz trochę racji - przyznała. - Ale to naprawdę jest ekscytujące, zupełnie jak z totalnie uroczego filmu romantycznego!

Stłumiłam śmiech. Miło było porozmawiać z kimś tak... normalnie. Oczywiście zaraz po tym, jak sprowadził mnie boleśnie do pionu.

- Tak, mój glut na jego koszuli był totalnie słodki - powiedziałam ze śmiechem. - Przecież każda kobieta skrycie marzy o tym, by się rozkleić i zasmarkać faceta na śmierć.

Opanował mnie dziwny smutek. Czy to możliwe, że tęskniłam za kimś, kogo nie znałam?

- To uparty facet, a ty, moja droga, permanentnie wkradłaś się w jego myśli. Jeśli przeznaczenie nie odegra tu swojej roli, on to zrobi. Jestem pewna, że jeszcze się spotkacie.

Wciągnęłam głośno powietrze, nie mając pojęcia, czy bardziej się cieszę, czy mnie to przeraża.

10

Stanęłam pod atelier Carol i nagle opanowało mnie dziwne uczucie, które nie miało nic wspólnego z chęcią zmiany fryzury. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się dyskretnie, jednak wszystko wydawało się w porządku. Dookoła toczyło się życie. Matki z dziećmi bawiły się na placu zabaw, a turyści rozglądali się z zachwytem, robiąc zdjęcia dosłownie każdemu budynkowi w zasięgu wzroku. Pokręciłam głową i odepchnęłam od siebie niepokojące doznanie. Na mojej długiej liście dolegliwości brakowało jedynie cholernej paranoi.

Pchnęłam szklane drzwi i weszłam do salonu, w którym unosił się oszałamiający zapach kwiatów. Młoda dziewczyna doskoczyła do mnie z prędkością światła, oferując chyba każdy możliwy napój. Poprosiłam o szklankę wody i usadowiłam się na wygodnej kanapie, czekając na przybycie mojej przyjaciółki. Wnętrze było bardzo kobiece, dominowały w nim motywy kwiatowe i pudrowy róż, więc gdy chwilę później do środka wszedł mężczyzna w czerni, skojarzył mi się z hipopotamem w stroju baletnicy. Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku, było w nim coś intrygującego, chociaż nie umiałam stwierdzić co. Był wysoki i postawny, jak tysiące facetów w San Diego. Jego szyję zdobiły tatuaże, a ciemne włosy kręciły się delikatnie i opadały na czoło. Kilkudniowy zarost zdobił idealną linię szczęki, której nie powstydziłby się żaden model. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, więc nie mogłam stwierdzić, w którą stronę patrzy, jednak miałam wrażenie, że spogląda prosto na mnie. Jego tors opinał ciemny, prążkowany golf, który wystawał spod skórzanej kurtki, a dobrze dopasowane spodnie uwydatniały imponujące mięśnie ud. Biła od niego aura grozy i gdybym tylko miała możliwość, zwiałabym jak najdalej stąd.

Mężczyzna powiedział coś do dziewczyny przy recepcji, a ona pokiwała głową i wskazała kanapę, na której siedziałam. Momentalnie zrobiło mi się słabo. Złapałam za jeden z magazynów, znajdujących się na stoliku, i próbowałam skupić się na lekturze.

- Dzień dobry - powiedział nieznajomy takim tonem, jakby przywitanie się ze mną sprawiało mu fizyczny dyskomfort.

Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie tatę, mówiącego o tym, że kultura nie boli. Mężczyzna zajął miejsce obok mnie, a ja podniosłam na niego wzrok i niemal mnie zmroziło, gdy ściągnął okulary. Jedna z jego tęczówek była zielona, a druga intensywnie błękitna. Nie sądziłam, że to możliwe, by ktoś posiadał aż tak niezwykły kolor oczu. Czytałam o heterochromii, jednak zobaczenie tego zjawiska na żywo wywołało niemały szok. Wciągnęłam powietrze i poczułam specyficzną woń palo santo, która od zawsze kojarzyła mi się z moją ulubioną marką świec. Nieznajomy uśmiechnął się, ale jego spojrzenie ani trochę się nie zmieniło. Cały czas było czujne, tajemnicze i... mroczne. Przebiegł mnie dreszcz. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa, więc tylko skinęłam głową i spróbowałam wrócić do czytania. Mój mózg pracował na przyspieszonych obrotach i nie miałam pojęcia, czy to efekt choroby, czy może instynkt ostrzega mnie, że coś jest mocno nie tak. Nieznajomy podwinął rękawy kurtki i kątem oka dostrzegłam tatuaże, które pokrywały jego przedramiona. Starałam się nie zezować w jego stronę, ale ta potrzeba była silniejsza ode mnie.

Odetchnęłam, gdy drzwi otworzyły się ponownie, a w progu stanęła uśmiechnięta Carol. Jak zwykle była w doskonałym nastroju. Czasami zastanawiałam się, skąd ta kobieta bierze tyle pozytywnej energii. Spoważniała, gdy jej wzrok padł na nas, lecz po chwili natychmiast się rozpromieniła. Wstałam nieco zbyt szybko, przez co zakręciło mi się w głowie. Ulga, jaką poczułam na jej widok, była nie do opisania.

- Wybacz spóźnienie, słońce - powiedziała na przywitanie, całując mnie w policzek. - Korki o tej porze są nie do zniesienia.

Zbyłam ją machnięciem ręki. Caroline zamieniła z recepcjonistką kilka słów, a ja stałam, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Wiedziałam, że facet cały czas się gapi. Niemal czułam, jak wypala mi w plecach dziurę intensywnym spojrzeniem. Caroline również musiała to wyczuć, bo spojrzała na niego i przykleiła do twarzy uśmiech, zbliżając się w naszym kierunku.

- Zejdzie nam trochę, na pewno nie chce pan przyjść za godzinkę? - zapytała uprzejmie. Wyczułam w jej głosie napięcie. A może mi się wydawało?

- Poczekam - usłyszałam za plecami.

Tytuł gawędziarza roku wędruje do Agenta K2.

Caroline westchnęła i zaprosiła mnie, bym usiadła na fotelu. Chyba mylnie zinterpretowała moje zachowanie, bo właśnie trzeci raz pytała o to, czy jestem pewna tej zmiany.

- Carol, na litość boską, gdybym nie była pewna, już dawno bym zwiała. Potrzebuję tego. Tnij albo sama to zrobię, a wiesz, że to nie skończy się dobrze.

- Myślę, że nawet ja nie byłabym w stanie zapanować nad tą katastrofą - zaśmiała się, nieco się rozluźniając.

Nakryła moje ramiona różową peleryną i przystąpiła do akcji. Starałam opanować przerażenie, które pojawiło się, gdy zobaczyłam, jak kosmyki czarnych włosów lądują na podłodze. W głębi serca ufałam tej szalonej kobiecie i wiedziałam, że nie zrobi mi na głowie czegoś, czego obie będziemy żałować, więc postanowiłam się rozluźnić. Wyobraziłam sobie tajemniczego mężczyznę, okrytego taką samą peleryną, co zrodziło jeszcze więcej pytań, ale i rozbawienie. Czego szukał w tak kobiecym miejscu?

- Rozkręciłaś już swoje konto na Instagramie? - zagadnęła przyjaciółka, której pochwaliłam się, że planuję pokazywać światu moje stylizacje.

- Myślałam nad tym i doszłam do wniosku, że chciałabym zacząć od projektów, a dopiero później pokazywać finalną wersję.

- Coś jak oczekiwania kontra rzeczywistość? To może być dobre - przyznała. - Masz już coś?

Przymknęłam oczy, masując palcami skronie.

- Najpierw muszę zamówić tablet graficzny i ogarnąć miejsce na pracownię.

Nie miałam pojęcia, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłam. A nie, jednak miałam. Elena podbijająca świat mody zdecydowanie przegrywała z Eleną śmierdzącym leniem.

- Gdybyś potrzebowała pomocy, dzwoń. Znam dobrego agenta nieruchomości i tak się składa, że jest moim mężem.

No to po ptakach. Znałam Caroline na tyle, że wiedziałam, iż nie odpuści, dopóki nie przeistoczę moich planów w realne działanie. Nie myliłam się. Zaczęła gadać jak nakręcona o tym, kiedy może nas umówić. Odrobinę się wyłączyłam i zaczęłam przyglądać się przedmiotom przede mną. Moją uwagę przykuła odżywka, której sama używałam. Nagle przypomniały mi się słowa Thomasa na temat mojego zapachu. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Uniosłam głowę i napotkałam w lustrze spojrzenie faceta, o którego obecności niemal zapomniałam. Najprawdopodobniej miałam przewidzenia, bo wydawało mi się, że kącik jego ust drgnął, tak jakby w ostatniej chwili opanował uśmiech.

Pięknie, właśnie zwariowałam do reszty.

Zaczęłam się wiercić jak pokręcona.

- Daj mi jeszcze dwie minutki - poprosiła przyjaciółka, robiąc ostatnie szlify. - I jak?

Carol z dumą przyglądała się swojemu dziełu, a ja musiałam przyznać, że duma jest słuszna. Wyglądałam... cóż, chrzanić fałszywą skromność. Wyglądałam obłędnie.

- Jesteś czarodziejką - powiedziałam z uznaniem.

Po moich długich falach nie został nawet ślad. Teraz włosy były idealnie proste. Z przodu sięgały do ramion, a z tyłu były nieco krótsze. Ten look nadał mi pazura, którego tak potrzebowałam. Carol miała rację, ostatnio zdecydowanie zbyt często użalałam się nad sobą. W tej fryzurze nie wypadało. Moje odbicie w lustrze krzyczało: "Hej, jestem panią swojego losu!". Gdy schodziłam z fotela, wydawało mi się, że słyszę dźwięk migawki aparatu, ale nie przejęłam się tym. Za dużo emocji, najwidoczniej zmęczony umysł płatał mi figle. Podziękowałam Caroline i umówiłam się z nią na weekend. Miałyśmy zrobić sobie babski wieczór z serialem, który obie uwielbiałyśmy.

Z ulgą opuściłam atelier. Delikatna, oceaniczna bryza otuliła moje ciało. Teraz nie miałam wrażenia, że ktoś mi się przygląda, byłam tego absolutnie pewna. Każdy, kogo mijałam, zatrzymywał na mnie wzrok, a mnie pierwszy raz od bardzo dawna podobało się to uczucie. Nieśmiało wyszłam z mroku własnego cienia i chciałam, by wszyscy to dostrzegli. Zamiast udać się do mieszkania, w przypływie chwili skierowałam się w kierunku plaży pełnej ludzi.

Gdy trzy godziny później, w niesamowitym humorze otworzyłam drzwi do klatki schodowej, mój węch od razu zarejestrował coś dziwnego. Z każdym kolejnym krokiem uświadamiałam sobie, że znam ten zapach, jednak nic nie mogło przygotować mnie na widok, jaki zastałam pod drzwiami. Całe półpiętro zajmowały ogromne bukiety frezji. Zadziałałam automatycznie. Utorowałam sobie drogę do wejścia i wniosłam kwiaty do środka, co okazało się świetnym treningiem. Naliczyłam dokładnie dwadzieścia jeden wiązanek. Ktoś najwidoczniej postradał zmysły, a najgorsze było to, że nie miałam pojęcia, kto to był. Podejrzani byli dosłownie wszyscy, na czele z moją nawiedzoną matką. Ona jako jedna z niewielu osób wiedziała, że kocham frezje. Może to była jakaś pokręcona wersja gałązki oliwnej w jej wykonaniu?

Do największego bukietu był przyczepiony niewielki bilecik. Drżącymi rękoma złapałam za niego, by odczytać drobne litery.

Do twarzy ci w nowej fryzurze. Nie mogę doczekać się naszego spotkania.

I tyle. Zero podpisu czy wskazówki. Opadłam na fotel, nie mogąc pozbyć się dziwnego uczucia. Tym razem miałam rację i nie był to wytwór mojej wyobraźni. Ktoś mnie obserwował. Tylko kto to był i dlaczego postanowił zabawić się w pieprzonego florystę?

Przed oczami rozjarzyło się niczym neon jedno słowo: IMPREZA! To świetna wymówka, by zebrać w jednym miejscu wszystkich znajomych. Byłam pewna, że tajemniczy wielbiciel prędzej czy później wkopie się swoim zachowaniem. Poczułam nagłe podekscytowanie, jakbym była bohaterką jednego z kryminałów, w których kiedyś się zaczytywałam. Brakowało jedynie trupa. Roześmiałam się jak głupia, bo właśnie wymyśliłam tytuł tej pokręconej historii: "Tajemnica dwudziestu jeden bukietów". Już miałam wysyłać wszystkim wieść o skromnej posiadówce wieczorem, gdy zaskoczył mnie dźwięk powiadomienia.

Telefon zaczął wibrować jak oszalały, a na ekranie pojawił się komunikat:

SPOTKANIE Z PSYCHOLOGIEM ZA GODZINĘ.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o spędzenie czasu ze znajomymi.

Gdy pierwszy raz w życiu umawiałam się na wizytę w gabinecie, a nie on-line, byłam przekonana, że to świetny pomysł i ogromny krok naprzód. Teraz musiałam walczyć ze sobą, by nie odwołać spotkania. Zmieniałam się, powoli wychodziłam ze swojej skorupy, ale czy byłam na to gotowa? A jeśli to za dużo?

Nie, nie mogę tak myśleć.

Włożyłam słuchawki i zaczęłam kołysać biodrami, gdy tylko w uszach rozbrzmiały mi pierwsze nuty Mi Gente. Nie byłam wielką fanką J Balvina i takich klimatów, ale ta piosenka zawsze wprowadzała mnie w lepszy nastrój. Na moje nieszczęście kolejna była 6 Secondes od BeMy. Ich akurat kochałam. Po dziesięciu minutach uświadomiłam sobie, że jeśli za "six secondes" nie zacznę się ogarniać, będę w ciemnej la croupe3.

Wzięłam szybki prysznic i włożyłam zwiewną sukienkę, którą upolowałam w second handzie. Czegoś mi w niej brakowało, więc wzbogaciłam stylizację o złotą biżuterię i pasek z ozdobną klamrą. Na ramię zarzuciłam plecak, który na pozór nie pasował do całości, ale właśnie przez to dodawał jej wyrazu. Zerknęłam w lustro, uśmiechnęłam się do siebie dla otuchy i skierowałam się do wyjścia.

W drzwiach do budynku minęłam się z mężczyzną, który wydawał mi się dziwny i... dziwnie znajomy. Kto normalny nie ściąga kasku od razu po zejściu z jednośladu, tylko paraduje w nim po osiedlu? Mocniej wciągnęłam powietrze i poczułam niewyraźny zapach. Byłam pewna, że już kiedyś spotkałam ten aromat, tylko gdzie i do kogo należał? Wiedziona przeczuciem, że celem wizyty nieznajomego mogą być moje drzwi, zerknęłam w górę, w lukę między schodami. Nikogo nie dostrzegłam.

- Idiotka - mruknęłam do siebie. - Co ja sobie znowu wkręcam?

Wyszłam z budynku i natychmiast musiałam nałożyć okulary przeciwsłoneczne. Poruszanie się po mieście o tej godzinie było wyczynem. Pogoda była piękna, więc chyba każdy mieszkaniec La Jolla postanowił wybrać się na wieczorny spacer. Wraz z turystami, którzy byli wszędzie, robił się niezły tłum. Po piętnastu minutach przepychania się między ludźmi miałam serdecznie dość. Tajemnicze spotkanie sprzed kilkunastu minut nie chciało mnie opuścić, dzięki czemu wpadłam na niedorzeczny pomysł zainwestowania w skuter. Taki środek lokomocji bywał niebezpieczny, ale raczej nie wtedy, gdy ktoś poruszałby się nim w ślimaczym tempie i miał oczy dookoła głowy. No i skuter zapewniał poczucie wolności, czyli coś, czego nie dało się doznać pod spoconą pachą Niemca, przeciskającego się obok mnie, jakby od tego zależało jego życie. Mój umysł wypełniło wspomnienie piętnastoletniej Eleny pędzącej na ścigaczu, na którym nauczył ją jeździć brat. Kochałam uczucie, które mnie wtedy ogarniało.

Tak, skuter będzie idealny.

Droga pod wyznaczony adres trwała godziny, a przynajmniej takie było moje wrażenie. Na szczęście dotarłam do celu w samą porę. Weszłam do klimatyzowanego budynku, a miła recepcjonistka przywitała mnie szklanką zimnej wody, za co miałam ochotę rzucić się jej na szyję. Pochłonęłam całą zawartość w kilku łykach i odstawiłam naczynie na stół. Już miałam usiąść, gdy drzwi jednego z gabinetów otworzyły się. Wyjrzała zza nich kobieta, której twarz do tej pory mogłam oglądać jedynie na ekranie mojego laptopa. Niepewnie ruszyłam w jej kierunku, a ona z uśmiechem przepuściła mnie w drzwiach. Ręką wskazała jeden z foteli, a sama zajęła ten naprzeciwko.

- Dzień dobry, Eleno. Wyglądasz fenomenalnie. - Po takiej drodze? Szczerze wątpiłam, jednak oszczędnym skinieniem głowy postanowiłam podziękować za komplement. - A jak się czujesz?

- Tak jak zwykle - odpowiedziałam wymijająco.

Nie miałam pojęcia, jak mam się zachować ani co zrobić z rękoma. Sesje on-line znacznie różniły się od tego, co przeżywałam teraz. Podczas spotkania twarzą w twarz nie mogłam rozłączyć się w każdej chwili. Nie mogłam też uciec, a możliwość wzięcia nóg za pas była czymś, co powodowało, że miałam kontrolę. Przynajmniej częściowo. Tymczasem musiałam oddać ją zupełnie obcej osobie i w pełni jej zaufać. Nie podobało mi się to. Wierciłam się w fotelu, jakby oblazło mnie stado mrówek.

Lucinda, która zasugerowała porzucenie formalnego tonu, cały czas mi się przyglądała, ale nie skomentowała mojego zachowania.

- Eleno, jeśli nie jesteś na to gotowa, w każdej chwili możemy wrócić do poprzedniego systemu.

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i przez kilka sekund rozważałam dezercję, jednak ciężar moich myśli zapewne nie pozwoliłby mi ruszyć się z miejsca.

- Nie, jest okej - zapewniłam w końcu. Nie zabrzmiało to szczerze. - Muszę się tylko przyzwyczaić do nowej sytuacji.

- To zrozumiałe. Rozmawianie o swoich uczuciach z obcymi człowiekiem, i to jeszcze twarzą w twarz, nigdy nie jest łatwe. Pamiętaj, że jestem tu dla ciebie. Gdyby cokolwiek się działo, mów.

Sztywno pokiwałam głową. Ciekawe, który raz powtarzała dzisiaj tę kwestię.

- Jak wygląda sprawa z twoimi lękami? - zapytała na wstępie, kładąc sobie na kolanach laptop.

- Lepiej. - Tym razem było to zgodne z prawdą. - Bywają momenty, że odczuwam dyskomfort, szczególnie w miejscach, których nie znam, ale mam nad tym kontrolę. Kiedyś było na odwrót, to moje lęki miały kontrolę nade mną.

Rozkręciłam się, bo naprawdę byłam dumna z tego, co udało mi się osiągnąć. Jasne, idealnie nie było, ale wiedziałam, że zmierzam w dobrym kierunku. Co prawda drogą pokrytą cierniami, w dodatku boso, ale mimo wszystko parłam do przodu.

Lucinda uśmiechnęła się, zaczęła stukać w klawisze, a ten dźwięk odbijał się echem w mojej głowie. Czy psycholog powinien robić coś takiego podczas terapii? Gdy skończyła, spojrzała na mnie.

- To świetnie, naprawdę doskonale sobie radzisz, biorąc pod uwagę okoliczności. Dostrzegam ogromne postępy. Wychodzisz z domu, prawda?

Zaczęłam opowiadać o wypadach na siłownię, nowych ludziach, którzy pojawili się w moim życiu i którzy stali się dla mnie wsparciem. Powiedziałam również o kłótni z matką i o imprezie, na której poznałam Thomasa. Samo wspomnienie o nim spowodowało, że zrobiło mi się cieplej na sercu.

- Jak to się skończyło, spotykacie się?

Lucinda na chwilę porzuciła maskę swojego profesjonalizmu. Była szczerze zainteresowana rozwojem wydarzeń, a ja nie miałam pojęcia, czy to dobrze wróży.

- W sumie to... zwiałam. Nie mam pojęcia, kim jest.

Wymodelowane brwi podjechały do góry, zanim zdążyła nad nimi zapanować. Na mojej twarzy pojawił się rumieniec, który sugerował, że tamtej nocy nie zachowałam się normalnie i nie do końca mi to pasowało. Oczami wyobraźni widziałam to, co Lucinda notowała w mojej karcie. "Kompletna idiotka. Kretynka, zachowująca się jak pięcioletnie dziecko. Najwidoczniej lubi biegać". Matko, to klikanie doprowadzało mnie do szału!

Kobieta po chwili odłożyła laptop na bok, a jej mina sugerowała, że w końcu mnie rozgryzła.

- Eleno, nie jesteśmy odpowiedzialni za czyny innych ludzi. Obarczyłaś się winą za coś, co było nieszczęśliwym i tragicznym wypadkiem. Teraz, gdy poczujesz się choć odrobinę szczęśliwa, uciekasz. To poczucie winy cię niszczy. - Spojrzała na mnie zza oprawek okularów, sprawdzając, czy rozumiem to, co chce mi przekazać. - Czy chcesz całe życie być swoim największym wrogiem? Czy Simon tego właśnie by chciał?

Wzmianka o moim bracie podziałała, choć nie byłam pewna czy tak, jak Lucinda zamierzała na mnie wpłynąć. Pierwszy raz od jego śmierci obca osoba wymówiła jego imię w mojej obecności. Byłam wdzięczna, że nareszcie ktoś przestał przy mnie udawać, że mój brat nie istniał. Narastało we mnie coś jeszcze - silna potrzeba wdania się w dyskusję. Nie do końca zgadzałam się z panią psycholog.

- Jeśli będziemy kogoś prześladować i ten ktoś popełni samobójstwo, również mamy nie doszukiwać się w tym swojej winy?

Zaskoczyłam ją. Przez kilka chwil myślała nad odpowiedzią.

- Eleno - zaczęła powoli. - Doprowadzenie człowieka do samobójstwa to nie wkurzenie czy zranienie. To kompletne zniszczenie drugiej osoby. I tak, za to powinniśmy brać pełną odpowiedzialność.

Uśmiechnęłam się triumfalnie, co nie uszło jej uwadze.

- Skoro tak bardzo lubisz przykłady, ja dam ci kolejny - perfekcyjnie odbiła piłeczkę. - Wkurzam cię, ty wychodzisz zewnątrz gabinetu i zabijasz kobietę. Powinnam brać za to odpowiedzialność? Dostanę dożywocie? Jak myślisz?

- Przecież to niedorzeczne - wypaliłam. Miałam ochotę się roześmiać.

- A jednak. Nie mówię, że jesteś w identycznej sytuacji i że nie masz prawa czuć tego, co czujesz. Jednak w pewien sposób nałożyłaś na siebie karę dożywocia, na którą nie zasługujesz.

Powoli docierało do mnie to, co chciała uzmysłowić mi Lucinda. I cholera, miała rację. Pragnęłam miłości i wsparcia, a jednocześnie uważałam, że zasługuję na samotność. Czy to dlatego najlepiej czułam się w swoich czterech ścianach?

- Myślę... - Przełknęłam ślinę, powstrzymując łzy. - Myślę, że Simon nienawidziłby tego, kim się stałam.

Sylwetka Lucindy stała się jakby mniej wyraźna. Zamrugałam.

- Co twój brat lubił w tobie najbardziej?

- Sam fakt, że oddychałam - powiedziałam pewnie, nie zastanawiając się nawet sekundy. - Byłam jego oczkiem w głowie. Uwielbiał moje poczucie humoru i to, że zawsze mówiłam, co myślę. - Otarłam łzę, która wybrała się w samotną podróż po moim policzku, i kontynuowałam: - Zawsze się śmiał, że gdybym mogła być, kim zechcę, byłabym nerdem. - Nie potrafiłam powstrzymać śmiechu, który opuścił moje usta. - Byliśmy popularni, mieliśmy wszystko, o czym marzyliśmy, a dla mnie najlepszą formą spędzania wolnego czasu było czytanie książek.

Mówiłam i mówiłam, zatracając się we wspomnieniach. Gdy skończyłam, poczułam się lekka jak piórko. Aż do tego dnia bałam się sięgać pamięcią tak daleko, tymczasem odważyłam się podzielić z kimś skrawkiem tego, co mi zabrano.

- Może warto to pielęgnować? Przez wzgląd na pamięć o nim?

Nie byłam pewna, czy powiedział to głos w mojej głowie, czy słowa pochodziły od Lucindy. Nie było to jednak istotne. Najważniejsze, że miały sens.

11

Treningi, które zorganizował dla mnie Bastien, były strzałem w dziesiątkę. Podobały mi się do tego stopnia, że w jednym z pokoi w moim apartamencie urządziłam sobie mini siłownię z identycznym workiem treningowym i za każdym razem, gdy moje myśli zaczynały mnie przytłaczać, robiłam sobie prywatną sesję terapeutyczną. Jednak wyjścia do klubu fitnessowego miały jeszcze jeden plus: spędzałam mnóstwo czasu z Caroline, która szybko stała się moją serdeczną przyjaciółką. Powoli zaczynałam zapominać o Thomasie i o tym, co wydarzyło się na nieszczęsnej imprezie. Coraz więcej czasu poświęcałam nowym znajomym, dzieląc z nimi niemal każdą wolną chwilę. Justina widywałam rzadko. Znacznie częściej wpadałam na kobiety, które wychodziły z jego apartamentu. Początkowo czułam złość, później smutek. Mniej więcej po miesiącu odkryłam, że stały się dla mnie zupełnie obojętne, co znacznie poprawiło mój nastrój. Zrozumiałam, że najlepszym lekarstwem nie są ramiona, w których można się wypłakać, ale uwaga, którą mogłam poświęcić samej sobie. Najbardziej satysfakcjonujący uśmiech pojawiał się na mojej twarzy, gdy robiłam coś dobrego dla siebie. Odkryłam to, gdy pod wpływem impulsu zamówiłam w Internecie regał na książki. Spędziłam dwa dni na jego składaniu, dzięki czemu calutką ścianę w salonie zajmowało coś, o czym marzyłam od zawsze. Moja własna biblioteczka, chwilowo niemal pusta. Cieszył mnie fakt, że już nie musiałam kryć się z czytaniem książek po kątach. W moim nowym mieszkaniu nie było potępiającego głosu Bridget, który mówił z kpiną, że Jane Austen nie zapewni mi przyszłości. Byłam tylko ja, nieśmiało zrealizowane marzenie i uśmiech. Niemal słyszałam w myślach głos Simona, który mówił: "Dobrze, Malutka. Tak trzymaj!". To wrażenie było tak dobre, że zapragnęłam więcej. W ten sposób zaczęłam każdego dnia pielęgnować relację z samą sobą, nie czując przy tym wyrzutów sumienia. Postanowiłam wynająć pracownię i tak właśnie znalazłam się w jednym z najcudowniejszych miejsc na świecie, w którym od razu poczułam się jak u siebie.

- To miejsce jest idealne - powiedziałam z zachwytem, nie mogąc oderwać wzroku od oceanu, który rozpościerał się u moich stóp. - Biorę.

Gdy tylko weszłam do tego pomieszczenia, poczułam spokój, jakby każda ze ścian krzyczała do mnie: "Czekałyśmy właśnie na ciebie!". Wiedziałam, że jeśli nie zdecyduję się na podpisanie umowy najmu, będę żałować tego do końca życia. Caroline podsunęła mi pod nos stertę dokumentów, które wcześniej przygotował jej mąż. Przejrzałam je i złożyłam podpis na samym końcu.

- Jesteś na mnie skazana, sąsiadko! - Kobieta nie kryła swojego entuzjazmu. - Będę tu częstym gościem. Ten widok, wow... Myślałam, że u mnie robi robotę, ale patrzenie na ocean z góry jest magiczne. Zupełnie jakbyś miała cały świat u swoich stóp.

Urocze atelier Carol znajdowało się dwa piętra niżej. Cieszyłam się, że będę mieć przyjaciółkę na wyciągnięcie ręki, dzięki temu nie czułam się osamotniona i zagubiona. Rozejrzałam się dookoła, wizualizując zmiany, które chciałam wprowadzić do swojej pracowni. Ta przestrzeń miała potencjał. Ogromne okno po mojej prawej zapewniało dostęp do światła słonecznego w każdym kącie pomieszczenia. Drewniany parkiet miał w sobie coś, co sprawiało, że odpuściłam jego wymianę. Zdecydowanie wystarczyło odświeżenie. Za to zmiany potrzebowały ściany, które były w kolorze zgniłej pomarańczy. Ble.

- Woziłam to dziadostwo, od kiedy zaczęłyśmy oglądać lokale - powiedziała Carol, wnosząc do środka ogromne pudło. W progu potknęła się o karton, który nie powinien był się tam znajdować. - Cholera jasna! Jeszcze nie zaczęłyśmy remontu, a to miejsce już przypomina wielkie pole minowe!

Przyglądałam się jej i nie wiedziałam, czy wybuchnąć śmiechem, czy pomóc jej z pakunkami. Ostatecznie, jak na dobrą przyjaciółkę przystało, podeszłam do niej i zabrałam karton, który znacznie ograniczał jej widoczność. Jak na swoje gabaryty był zadziwiająco lekki.

- Co to? - zastanowiłam się na głos.

- Prezent.

- No patrz, myślałam, że sześć tańczących krasnoludków! - Ta odpowiedź była tak bardzo w stylu dawnej Eleny, że nie mogłam opanować uśmiechu. - Chodziło mi raczej o to, co jest w środku, czubku.

- Słońce, chyba nie dowiesz się, dopóki nie otworzysz.

Carol wygrzebała z torebki nożyk do papieru i wyciągnęła go w moją stronę. Wzięłam go i zaczęłam ostrożnie przecinać taśmę. Po chwili wyjęłam wielgachny napis, z którego dyndał kabel z wtyczką do kontaktu. Szybko odszukałam wzrokiem gniazdko, podłączyłam go do prądu i oniemiałam z wrażenia. Wielkie litery, składające się w napis "E. Last", świeciły się na cudowny odcień liliowego.

- Ale czad, mam własny neon! - zapiszczałam, tuląc Carol z wdzięcznością. - Skąd wiedziałaś, że kocham fioletowy?

Zerknęła na mnie wymownie, co było doskonałą odpowiedzią. Faktycznie można to było wywnioskować, bo niemal do każdej stylizacji starałam się wrzucić akcent w tym kolorze.

- Masz już jakiś pomysł co do wyglądu pracowni? - zapytała, rozglądając się po wnętrzu, i mogłam przysiąc, że pewnie sama zaczęła kombinować, jak ulepszyć to miejsce.

- Delikatną wizję. Co jest w drugim pudle?

- Jakim pudle?

- Tym przed drzwiami. - Wskazałam na nieco mniejszy pakunek.

- Nie mam pojęcia, myślałam, że jest twoje.

Spojrzałyśmy na siebie i wspólnymi siłami przytargałyśmy przesyłkę do środka.

- Czekaj! - krzyknęła nagle Carol. Zamarłam z nożykiem w dłoni i rzuciłam okiem na przyjaciółkę. - A jeśli to bomba? Albo zwłoki? Może ktoś podłożył nam koks?

Zaniosłam się śmiechem, od którego rozbolał mnie brzuch.

- Nie jesteśmy na planie Ojca Chrzestnego. Żyjemy w San Diego, miejscu, w którym nigdy nic się nie dzieje. Poza tym jeśli to koks, to chyba jakiś doprawiany, bo wali lawendą nawet przez karton.

Wypuściła głośno powietrze.

- No dobra, może i masz rację. Chociaż słyszałam plotki, że w okolicy pojawiła się jakaś groźna szycha. Sztywniaki chodzą na paluszkach i dostają zawału na widok czarnych samochodów z przyciemnionymi szybami.

Przez chwilę nie docierało do mnie, o czym mówi. Sztywniakami nazywałyśmy wszystkich przedsiębiorców z miasta, którzy przeważnie zachowywali się tak, jakby codziennie na śniadanie połykali kij od mopa.

- Przecież połowa tego miasta jeździ czarnymi samochodami.

- Ale nie takimi. El, to auto podobno wygląda jak statek kosmiczny.

- I co? Jakiś kosmita grasuje na naszych ulicach i porywa sztywniaków?

- To nie jest zabawne! Podobno jednemu strzelił w stopę tylko dlatego, że tamten zajął mu miejsce na parkingu.

- Ale z ciebie plotkara, Carol. Nie rozumiem, jak możesz wierzyć w takie bzdury wyssane z palca. Myślisz, że w dzisiejszych czasach można bezkarnie strzelać do ludzi? Jak w GTA? Puf i już? To nie lata dziewięćdziesiąte.

W końcu udało mi się rozerwać taśmę. W pudełku znajdowały się ze dwa tuziny fioletowych świec w kształcie kobiecego ciała. Każda była pięknie obwiązana białą wstążką. A ich zapach... miałam wrażenie, że znalazłam się na polu lawendowym, gdzieś na obrzeżach Francji.

- Chyba mamy kolor przewodni do twojej pracowni - stwierdziła Carol, zaglądając mi przez ramię.

Ostrożnie wyjęłam wszystkie świece. Wnętrze natychmiast wypełniło się przyjemnym aromatem. Cudownie.Już wiedziałam, że ten dodatek będzie stał w każdym możliwym kącie. Na dnie pudełka leżała koperta. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, by po nią sięgnąć, Carol mnie ubiegła.

- Wow, komuś bardzo zależy, by wkupić się w twoje łaski.

Wyrwałam przesyłkę z rąk przyjaciółki i zapatrzyłam się na zaproszenie na galę charytatywną, nic specjalnego, więc tylko wzruszyłam ramionami. W poprzednim życiu bywałam na takich imprezach i nigdy nie bawiłam się dobrze.

- No i masz pierwsze zadanie. Musisz ogarnąć nam kiecki!

- Nam? - powtórzyłam bezmyślnie.

- Chyba nie uważasz, że przegapię tak ważne wydarzenie? Ludzie są w stanie sprzedać duszę, by się tam znaleźć. Powiedz, że weźmiesz mnie jako osobę towarzyszącą!

Podałam jej zaproszenie.

- Idź z mężem, ja nie mam ochoty.

- Żartujesz, prawda? - Oczy przyjaciółki zrobiły się wielkie jak spodki. - Musisz tam iść! Nie chcesz się dowiedzieć, kto wysyła ci tajemnicze prezenty?

Od razu przypomniałam sobie o bukietach frezji od widmowego wielbiciela.

- Jestem pewna, że prędzej czy później i tak się dowiem.

- No, ale chyba lepiej prędzej, nie? Nie rozumiem, jak możesz być tak spokojna, ja chyba oszalałabym z ciekawości. Teraz też szaleję.

Z koperty wyleciał biały kartonik. Schyliłam się, by go podnieść, ale napisane na nim zdanie zmroziło mi krew w żyłach. Świat zaczął niebezpiecznie szybko wirować, a ja nie byłam w stanie oderwać wzroku od czarnych liter. To musiał być żart, nie widziałam innego wyjścia. Moja lista potencjalnych nadawców przesyłki drastycznie się skróciła. Nie sądziłam, by ktoś z mojego najbliższego otoczenia potrafił być tak okrutny. Choć właściwie nikt poza mną i Caroline nie miał pojęcia o moich planach dotyczących pracowni... Przyjaciółka wyglądała na równie zaskoczoną co ja. Przyglądała się bilecikowi, zupełnie blada na twarzy. Kilka razy chciała coś powiedzieć, ale rezygnowała w ostatniej chwili.

TO WCALE NIE BYŁ WYPADEK.

Podbiegłam do okna i spojrzałam w dół. Zaczęłam się na poważnie niepokoić, a lodowate ciarki przeszyły moje plecy. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłam motocyklistę, który opierał się o czarny jak noc ścigacz, a jego twarz skrywał kask. Najwidoczniej czekał, aż w końcu podejdę do okna. Gdy mnie zobaczył, delikatnie skinął głową, wsiadł na maszynę i odjechał w dół ulicy.

Ktoś prowadził ze mną chorą grę, w której nie chciałam brać udziału. Nie pozostawiono mi jednak innej opcji. Musiałam dowiedzieć się, kto za tym stał i niech sam Bóg ma go w swojej opiece, bo miałam ochotę rozszarpać skurwiela na strzępy.

12

Trzy dni. Dokładnie tyle pozostało mi na przygotowanie dwóch kreacji, które będą nadawać się na wielkie wyjście. To była ogromna szansa, by pokazać światu swoją pasję i zacząć budować markę osobistą. Ze zdziwieniem odkryłam, że praca pod presją czasu nieźle mi idzie. Byłam zbyt zajęta lawirowaniem między stertami materiałów, by myśleć o tajemniczej kartce, która wyprowadziła mnie z równowagi. Jeśli to był żart, to zdecydowanie mało zabawny. Musiałam dotrzeć do prawdy, dlatego zgodziłam się na udział w tej przeklętej gali. Ktoś robił mi wodę z mózgu i wodził za nos, podczas gdy ja po cichu modliłam się o spokój i chciałam po prostu odzyskać odrobinę normalności. Nie podobało mi się to, ta zabawa w ciuciubabkę. Nie prosiłam o życie na wariackich papierach. Nie miałam na to czasu. Moja pracownia czekała na remont, co w tej chwili powinno być dla mnie priorytetem.

Przypięłam szpilkami brokatowy materiał do jednego z manekinów, stojących na środku salonu. Zdecydowanie szłam w dobrym kierunku. Krótka gorsetowa sukienka bez wyrazu zmieniała się na moich oczach w coś, co mogło być godne uwagi.

Dzwonek zabrzmiał tak niespodziewanie, że niemal połknęłam szpilki, które trzymałam w ustach. Odłożyłam je na stolik i popędziłam do drzwi. W progu stał Justin. I, cholera, wyglądał dobrze, zdecydowanie za dobrze.

- Ignorujesz mnie, kotek - zamruczał.

Chwycił w dłonie moją twarz i niemal zmiażdżył ustami moje wargi. Zamurowało mnie. Stałam, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Nie byłam nawet pewna, czy oddychałam. Gdy nie odwzajemniłam pocałunku, oderwał się ode mnie i spojrzał z wyrzutem. Moja dłoń automatycznie wystrzeliła do przodu i z plaskiem wylądowała na jego policzku.

- Myślałem, że tego chcesz - powiedział, masując obolałe miejsce, na którym powoli wykwitał czerwony ślad.

- Nigdy więcej nie dotykaj mnie bez pozwolenia - syknęłam. - To po pierwsze. Po drugie, najpierw mnie podrywasz, potem chcesz się przyjaźnić, ignorujesz mnie przez długi czas, a teraz nagle się na mnie rzucasz? Odbiło ci?!

Kilka miesięcy temu sprzedałabym nawet swojego pierworodnego (którego jeszcze się nie dorobiłam), by Justin mnie pocałował. W tym momencie jedynie się wkurzyłam. Nie, złość gotowała się we mnie do tego stopnia, że najprawdopodobniej stopiła mi mózg, bo zamiast wywalić go z mieszkania na zbity pysk, postanowiłam wdać się z Justinem w pyskówkę. Bolało mnie to, że nawet nie był świadomy tego, jak płytkim był gnojkiem. Ten idiota, jak na złość, pogrążał się jeszcze bardziej z każdym wypowiedzianym słowem:

- Wiesz, wcześniej jakoś nie było między nami chemii - wyznał, jakby to miało cokolwiek tłumaczyć.

- Niech zgadnę... - Udałam, że intensywnie nad czymś myślę. - Chemia pojawiła się nagle, razem z moim jędrnym tyłkiem? Trzeba było powiedzieć wcześniej, że ci jej brakuje. Z chęcią dosypałabym ci arszeniku podczas ostatniej imprezy.

Justin oniemiał. Jego usta otwierały się i zamykały na przemian. Odrobinę za mocno poklepałam go po ramieniu i skorzystałam z okazji, by zamknąć mu drzwi przed nosem. Byłam z siebie dumna jak chyba nigdy w życiu. Zrobiłam coś, co było dobre dla mnie. Coś, do czego do tej pory nie byłam zdolna, a przynajmniej tak mi się wydawało. Dobrze, że właśnie tak potoczyła się nasza relacja. Dzięki temu oszczędziłam sobie bólu złamanego serca. Przez całe moje życie ktoś się mną opiekował. Nadszedł czas, bym zrobiła to sama. Nie widziałam innego wyjścia w drodze do mojego szczęścia.

- Uważaj na siebie, El... - Przytłumiony głos zza drzwi zmroził mnie w miejscu.

W świetle ostatnich wydarzeń to ostrzeżenie zabrzmiało jak... groźba. Może i dostawałam paranoi, ale biorąc pod uwagę okoliczności, chyba każdy na moim miejscu poczułby dyskomfort. Zanim zorientowałam się, co robię, wpuściłam Justina do środka i przeszłam do salonu, w którym panował niewyobrażalny bałagan. Nie dbałam o to, zwisało mi już, co o mnie pomyśli.

- Dlaczego mam na siebie uważać? - zapytałam, nie oglądając się za siebie.

Rozsiadłam się na kanapie między rozrzuconymi materiałami, celowo nie pozostawiając mu wolnego miejsca. Justin, zamiast odpowiedzieć, skupił wzrok na sukience, nad którą pracowałam.

- Na co to?

- Na pogrzeb Królewny Śnieżki - sarknęłam. - Nie mam ochoty ucinać sobie z tobą przyjacielskiej pogawędki. Powiesz mi w końcu, o co chodzi?

Westchnął, przeczesał palcami fryzurę i w końcu odwrócił się do mnie przodem.

- Pamiętasz, jak wspominałem ci o tym dupku, Benoit?

- O tym samym, któremu odbiłeś kobietę? Coś mi świta.

Spojrzałam na niego wymownie. Najwidoczniej nie dostrzegł ironii.

- Ostatnio dość często na niego wpadam. El, nie wierzę w takie przypadki.

- A ja nie wierzę, że postanowiłam cię wysłuchać - mruknęłam. - Przejdziesz do rzeczy czy mam stracić cierpliwość?

- To bardzo niebezpieczny człowiek, który powinien gnić w więzieniu. Nikt nie jest w stanie odnieść tak spektakularnego sukcesu, nie zostawiając po sobie ścieżki usłanej trupami.

Ze wszystkich sił starałam się zachować powagę, jednak nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.

- Czyli twój największy rywal odniósł sukces, bo należy do mafii? Takiej prawdziwej, jak w filmach?

- Mogłabyś na chwilę przestać się nabijać? To poważna sprawa, El!

- No dobra, dobra - skapitulowałam, ale nie udało mi się powstrzymać kpiącego uśmiechu. - Załóżmy, że to prawda i co z tego? Twój ojciec działa legalnie w stu procentach? Co ma to wspólnego ze mną? Przecież ja nawet nie wiem, jak on wygląda.

- No właśnie dużo, kotek. - Jeszcze raz tak mnie nazwie, a urwę mu jaja i każę kotu zjeść je na śniadanie. - Podsłuchałem rozmowę. Louisa i jakiegoś typa - wyjaśnił, gdy posłałam mu pytające spojrzenie. - Mówili o Simonie i to tak, jakby go znali. A gdy wypłynął temat wypadku, szybko ucięli temat. Jestem pewny, że mieli z tym coś wspólnego. Może Simon dla nich pracował albo...

- Nie no, teraz to już przesadziłeś - przerwałam mu stanowczo. - Sugerujesz, że Simon za moimi plecami bawił się w cholernego Al Capone i dlatego zginął? Byłam w tym pieprzonym samochodzie, Justin! Nikt nas nie śledził, nikt do nas nie strzelał. Po prostu wypadliśmy z drogi, o czym byś wiedział, gdybyś choć raz zapytał, jak się czuję. Zejdź na ziemię. To San Diego, a nie San Andreas, do cholery!

Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo. Simon i mafia? Czysty absurd! Był najlepszą osobą na świecie. Wątpiłam, że kiedykolwiek poznam człowieka, który będzie choć odrobinę tak dobry jak on. Justin też go znał. Jak mógł pomyśleć, że Simon był zamieszany w lewe interesy? Przypomniała mi się kartka, która spoczywała na dnie pudła ze świecami, i zrobiło mi się niedobrze. Tajemniczy nadawca sugerował, że śmierć Simona wcale nie była przypadkowa, i w tym momencie byłam niemal pewna, że za wszystkim stał Justin. Zamknęłam oczy, próbując się uspokoić, jednak w swoim wnętrzu poczułam narastającą furię, która domagała się uwolnienia.

- Kotek... - Mężczyzna niepewnie ruszył w moją stronę, ale powstrzymała go książka, lecąca w jego kierunku.

Nie chciałam zrobić mu krzywdy, ale natychmiast musiałam dać upust gromadzącym się we mnie emocjom. Gruby tom w twardej oprawie wystrzelił w powietrze i wylądował na ścianie jakieś osiem cali od ramienia Justina, czyli dokładnie tam, gdzie chciałam, i spadł z hukiem na podłogę. Wstałam, podeszłam do mężczyzny i uniosłam wysoko brodę.

- Nie chcę cię więcej widzieć - wyznałam lodowato. - Zainwestuj w pelerynę niewidkę albo zmień mieszkanie. Nie interesuje mnie, jak to zrobisz. Po prostu schodź mi z drogi, bo kolejnym razem rzucę w ciebie czymś cięższym i przysięgam na Boga, że nie spudłuję.

Spokój w moim głosie sprawił, że Justin bez dyskusji skierował się do wyjścia, kręcąc z niedowierzaniem głową. W takim stanie widział mnie pierwszy raz w życiu, więc nie dziwiłam się, że ucieka. Ja również musiałam wydostać się z przestrzeni, która nagle zaczęła mnie przytłaczać. Zatrzasnęłam za nim drzwi z hukiem.

- A te prezenty wsadź sobie tam, gdzie masz uczucia innych! - wrzasnęłam, swoją frustrację wyładowując na prezentach od tego dupka. - Rozgryzłam cię, palancie!

Poświęciłam kilka chwil na głębokie oddechy i uspokojenie się. Ściągnęłam z wieszaka plecak, wsunęłam na stopy tenisówki i wyszłam z mieszkania. Nie wiedziałam, dokąd idę, dopóki nie stanęłam przed malutką księgarnią przy uniwersytecie. Spodziewałam się stosu podręczników na półkach, tymczasem gdy tylko przestąpiłam próg, poczułam się, jakbym właśnie przekroczyła bramy do innego świata. Zapach książek był czymś, co kochałam, i co potrafiło bardzo szybko poskromić panujący wokół mnie chaos. Spędziłam dwie godziny, przeglądając setki powieści i czytając o nich opinie na stronach internetowych. Zupełnie przypadkiem natrafiłam na profile na Instagramie, które pokazywały światu swoją miłość do literatury. Wybrałam "kilka" tytułów, które zachwalały dziewczyny, i cięższa o trzydzieści nieodkrytych historii wróciłam do domu.

Gdy tylko ułożyłam książki na pustym regale, w końcu prawdziwie poczułam się jak u siebie. Odnalazłam element, który spajał wszystko w całość. Gdy pochłonęły mnie pierwsze strony, czułam jedynie błogość, co przypomniało mi, dlaczego tak bardzo kochałam czytać. Moje problemy i natrętne, autodestrukcyjne myśli schodziły na dalszy plan.

Mniej więcej w połowie lektury zaczęły mnie zalewać wizje projektu. Nie czekając, aż ulotne myśli wyparują mi z głowy, włączyłam nowiutki tablet i po kilku minutach walki z oprogramowaniem, w końcu oddałam się pracy. Byłam nakręcona jak króliczek Duracella. Godziny mijały mi na rysowaniu, szyciu i cięciu, a dzień z nocą zlewał się w jedno. Kompletnie zapomniałam o posiłkach, sen stał się moim wrogiem.

W końcu stałam przed dwoma pięknymi manekinami i z dumą podziwiałam efekty swojej szalonej twórczości. Stworzyłam coś, co nawet mi zapierało dech w piersi. Na jednym manekinie wisiała krwistoczerwona sukienka. Stary gorset z dekoltem w kształcie serca obszyłam brokatowym tiulem. To samo zrobiłam z dołem. Doszyty materiał puszczony był luźno i sięgał do ziemi, a głębokie wcięcie dodawało całej stylizacji nieco drapieżności. W drugiej sukience dominowała czerń. Tutaj całkowicie puściłam wodze fantazji. Jedno ramiączko było złote, na drugim zrobiłam marszczenia, które przechodziły na skos przez tułów i tworzyły swego rodzaju tren. Pozostała część kreacji była prosta, a odsłoniętą część nogi delikatnie przysłaniał złoty, mieniący się materiał.

Rozpierała mnie tak ogromna duma, że całemu światu chciałam pokazać, co stworzyłam. Zrobiłam nawet kilka zdjęć, ale wyszły kiczowato i mało profesjonalnie, więc od razu je skasowałam. Wiedziałam, że pomysł, na który czekałam, czai się gdzieś na granicy mojej świadomości, ale nie byłam w stanie go wyłapać. Dlatego postanowiłam uzbroić się w cierpliwość.

13

Gdy następnego dnia w moim mieszkaniu pojawiła się obładowana torbami Carol, zastała mnie na kanapie i krytycznie przyjrzała się mojej piżamie oraz wielkim okularom na nosie. Po kilku godzinach pracy odpuściłam poprawki i postanowiłam dokończyć lekturę, którą przerwał mi szaleńczy wybuch kreatywności.

- Chciałam zapytać, czy jesteś gotowa na imprezę, ale to, co widzę, jest aż za bardzo wymowne. No już, ruchy, piękna, nie mamy całego dnia, a ty potrzebujesz kąpieli - powiedziała, witając się ze mną i marszcząc zabawnie nos.

Rzuciła torby na środku salonu i wyrwała mi książkę z dłoni, za co miałam ochotę wyprowadzić ją za drzwi.

- Diabeł ubiera się u Prady? - odczytała na głos tytuł na czerwonej okładce. - Serio? Diabeł ubiera się u Last, moja droga. Gdzie te kiecki?

Niechętnie zwlekłam się z kanapy i zdjęłam płachtę z manekinów, a Caroline głośno wypuściła powietrze.

- Podoba ci się? - zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.

- No, dziewczyno, masz talent. Mam nadzieję, że czarna jest moja.

Chciałabym spotkać w życiu kogoś, kto będzie patrzył na mnie tak, jak moja przyjaciółka wgapiała się w tę kieckę. Carol pokiwała głową, podeszła do sukienki i opuszkami palców delikatnie pogładziła materiał, jakby bała się, że kreacja rozsypie się w drobny mak za sprawą jej dotyku.

- Dobra - powiedziała po chwili. - Ja robię makijaż i fryzurę, a ty może zacznij od kąpieli. Kocham cię, ale w tym momencie wyglądasz jak kloszard. Uzdolniony, ale nadal kloszard.

Prychnęłam w odpowiedzi, ale ruszyłam do łazienki i nalałam wody do wanny, z której ostatnio zbyt rzadko korzystałam. Prysznic zawsze wydawał mi się lepszą opcją, ale teraz potrzebowałam relaksu. Nawet wyjęłam z szafki sól do kąpieli, a w powietrzu niemal natychmiast uniósł się aromat lawendy, który ubóstwiałam. Weszłam do ciepłej wody i zamknęłam oczy. Nie chciałam dzisiaj wychodzić, ale wiedziałam, że nie mogę zamknąć się w klatce własnego umysłu. To byłby krok w tył, na który nie mogłam sobie pozwolić. Zmusiłam się, żeby nie marudzić, i błagałam w duchu, by choć odrobina entuzjazmu Carol udzieliła się i mnie.

Zanurzyłam głowę pod wodą. Czułam, jak każda moja kończyna walczy, by wydostać się na powierzchnię. Uzmysłowiłam sobie, że moje życie przez ostatnie lata wyglądało podobnie - z tą różnicą, że na dnie trzymały mnie moje lęki. Rozluźniłam mięśnie i uniosłam się na powierzchni. Carol włączyła muzykę, a po apartamencie poniósł się przytłumiony głos, należący do Nour - jednej z moich ulubionych francuskich wokalistek. Błogość opanowała każdą komórkę mojego ciała. W tym momencie wpadł mi do głowy genialny pomysł, tak ulotny, jakby miał zaraz zniknąć. Nie mogłam na to pozwolić. Nie tym razem!

- Cholera jasna! - krzyknęłam, próbując jednocześnie wygramolić się z wanny.

Carol wpadła do łazienki jak torpeda. Jej widok tak mnie wystraszył, że poślizgnęłam się i z powrotem wpadłam pośladkami do wody, rozchlapując ją po całym pomieszczeniu. Jakby tego było mało, śliski tyłek pociągnął mnie dalej i nad krawędzią wanny dyndały tylko moje nogi. Próbowałam odepchnąć się łokciem, ale i on ślizgał się niebezpiecznie. Po kilku dłużących się w nieskończoność sekundach dłoń przyjaciółki złapała mnie, mało delikatnie, za włosy i pociągnęła ponad powierzchnię morderczego żywiołu.

- Przez ciebie utopiłabym się we własnej wannie! - krzyknęłam oskarżycielsko w stronę Carol, która pokładała się ze śmiechu.

Zaskoczyło mnie, że nie czułam się przy niej skrępowana nagością, co dowodziło, jak bliska stała się dla mnie w ostatnim czasie.

- Mogłaś nie drzeć się tak, jakby cię ze skóry obdzierali - wydusiła, trzymając się za brzuch. - Twoja skóra jest cała, więc może wyjaśnisz mi, co to miało być?

- Wpadłam na genialny pomysł!

- Żeby się utopić? Mało oryginalnie, jak na mój gust.

Rzuciłam w nią mokrą gąbką, którą odbiła z gracją.

- No dobra, mów.

W końcu udało mi się wygramolić z wanny. Założyłam szlafrok i zaczęłam grzebać w szafce, szukając odżywki do włosów.

- Elena Last. Kreacje szyte z liter.

- Rąbnęłaś się w głowę czy jak?

- Odszczekasz to, jak ci powiem, o co chodzi.

Nałożyłam dokładnie kosmetyk, związałam włosy w supeł i wyszłam z łazienki. Wzięłam do ręki książkę, którą wcześniej zabrała mi Carol, i przyłożyłam ją do jednej z sukienek. Kobieta patrzyła na mnie tak, jakby naprawdę mi odbiło.

- Stylówki inspirowane literaturą, młotku! Sama mówiłaś, że aby odnieść sukces, trzeba wyjść poza schemat. Ilu jest na świecie projektantów? Tysiące. Słyszałaś o takim, który czerpie inspiracje z książek? Ja nie - trajkotałam jak najęta. - Dawaj, wkładaj tę kieckę, muszę zrobić ci kilka fotek.

- Okeeej, to może mieć sens - powiedziała z nutką rezerwy, podczas gdy ja mocowałam się z manekinem.

- To nie tylko ma sens, ale jest genialne. Mogę połączyć moje dwie pasje. Czuję, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Pomogłam Carol włożyć kreację. Leżała na niej idealnie. Zamrugałam kilka razy, bo rozmazany obraz sugerował, że za chwilę może nastąpić niekontrolowany wybuch łez. Rzuciłam w stronę przyjaciółki złote sandałki na szpilkach i postawiłam przed nią drewniany taboret, na którym zaczęłam ustawiać książkę, by jak najlepiej wyszła na zdjęciu. Wykonałam kilka ujęć, następnie wcisnęłam zdezorientowanej Carol gruby tom pod pachę i pstryknęłam kolejne zdjęcia. Gdy skończyłyśmy, Carol zajęła się moimi włosami i makijażem. Cały czas dłubałam w telefonie, co niespecjalnie ułatwiało jej pracę. Byłam pewna, że po godzinie miała szczerą ochotę mnie udusić.

- Zobacz. - Dumna z siebie wyciągnęłam w jej stronę telefon. - Dalej uważasz, że postradałam zmysły?

Na pierwszym zdjęciu na głównym planie znajdowała się książka, a rozmyta postać Caroline zakładała buty. Na kolejnych pierwsze skrzypce grała ona, a wolumin pełnił jedynie funkcję dodatku. Pod postem wyskrobałam kilka słów o fabule powieści i o tym, co było inspiracją do stworzenia kreacji. Musiałam improwizować i nieco nagiąć rzeczywistość, ale co mi tam. Dodałam również awatar, chwytliwy biogram i kilka hasztagów, które pasowały do całości.

Obserwowałam, jak oczy mojej przyjaciółki stają się coraz większe.

- No dobra, zawsze wiedziałam, że jesteś genialna, ale to... - Oddała mi telefon. - To może być brama do twojej kariery.

- Nie "może być", ale "będzie" - poprawiłam ją, nie mogąc przestać się uśmiechać.

Byłam niezwykle pewna siebie. Kiedyś zdarzało się to niemal cały czas, dla nowej Eleny było czymś nieznanym. Postanowiłam podążyć za swoją intuicją i nie było już odwrotu. Żyłam w cieniu, a jeden post sprawił, że wyszłam na światło dzienne. Wzięłam rozbieg i dałam nura w głęboką, niepewną wodę. Nie czułam strachu. Rozsadzała mnie ekscytacja.

- Podoba mi się twoje podejście - mruknęła Carol. - A teraz wskakuj w tę boską kieckę i ruszamy. Jeszcze moment i się spóźnimy.

Ściągnęłam ostrożnie sukienkę z manekina, uważając na nią, jakby była ze złota. W łazience zdjęłam szlafrok i ostrożnie ją nałożyłam. Dopiero teraz zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Nie mogłam uwierzyć, że kobieta, która na mnie spogląda, to ta sama dziewczyna, która jeszcze kilka miesięcy temu nienawidziła swojego wyglądu. Patrzyłam na zupełnie inną osobę. Doroślejszą. Taką, która może i nie kochała siebie, ale w pełni się akceptowała i przynajmniej lubiła. Na miłość jeszcze przyjdzie czas.

- Cholera, dziewczyno, wyglądasz jak diabeł w sukience!

Zachwyt, który dostrzegłam w oczach kogoś takiego jak Caroline był dla mnie czymś niebywałym. Moja pewność siebie wskoczyła na kolejny poziom. Złapałam za torebkę, którą zastąpiłam ulubiony plecak, i upewniłam się, że wszystkie moje koła ratunkowe są na miejscu. Woda i tabletki były tam, gdzie być powinny, więc ruszyłyśmy do wyjścia. Na schodach musiałam uważać, by nie skręcić sobie karku w wysokich szpilkach.

- Pani Last? - usłyszałam, gdy wyszłam z klatki schodowej.

Kurier, który zmierzał ku mnie, nagle się zatrzymał, w ręce trzymając malutką paczkę. Czekałam, aż facet wyjaśni mi to najście, jednak zamarł i gapił się na moją sylwetkę z otwartą gębą. Próżność dała się we znaki, przyjemnie łechtając moje ego.

- Tak? - zapytałam rozbawiona, gdy mężczyzna nadal się nie odzywał.

- Mam coś dla pani.

Znowu tajemnicza przesyłka? Litości... Kurier posłał mi promienny uśmiech i podsunął listę do podpisania. Pokwitowałam odbiór i odebrałam paczkę, która była lekka jak piórko. Obejrzałam ją z każdej strony, ale nigdzie nie widziałam danych nadawcy.

- Last, nie mamy całego dnia! - krzyknęła zniecierpliwiona przyjaciółka. - Pakuj ten seksowny tyłek do auta!

Podziękowałam kurierowi i wciąż w świetnym nastroju podreptałam w stronę samochodu przyjaciółki. Lęk przed podróżowaniem na czterech kołach nieco już zelżał, ale dalej powodował dyskomfort. Na szczęście dzięki paczce będę miała chwilę, by oderwać myśli od jazdy.

- Co tam masz? - zainteresowała się Carol, gdy tylko zajęłam miejsce pasażera.

- W sumie to nie wiem.

Delikatnie potrząsnęłam pakunkiem, ale ze środka nie wydobył się żaden dźwięk.

- No to na co czekasz, otwieraj!

Moja przyjaciółka była jeszcze bardziej podekscytowana ode mnie. Zerwałam taśmę i otworzyłam pudełko. Krew zawrzała mi w żyłach, gdy zobaczyłam mały bilecik z odręcznie naszkicowanym kaskiem motocyklowym. Serce dudniło mi tak bardzo, że nie słyszałam paplania Carol. W końcu, po bliżej nieokreślonym czasie, dostrzegła moje zdezorientowanie i wyrwała mi bilecik, odwróciła go, po czym zaczęła czytać:

- Wyglądasz ostatnio na wystraszoną i zagubioną - przeczytała na głos. - Może to pozwoli ci poczuć się pewniej.

Trudno się nie bać, gdy prześladuje cię tajemniczy jeździec bez głowy. Bez twarzy. W kasku. Nieważne. Wypuściłam głośno powietrze. Jeśli Justin miał z tym coś wspólnego, książki lecące w jego kierunku będą najmniejszym z jego problemów.

- I tyle? - zapytałam na głos.

- Tyle. Pokazuj lepiej, co tam masz.

Drżącymi dłońmi rozłożyłam folię bąbelkową na boki, a moim oczom ukazało się... co to właściwie było? Wyglądało jak pęk kluczy, a właściwie breloczków do kluczy. Wyjęłam tajemniczy przedmiot z opakowania. Poza faktem, że był piękny, błyszczący i liliowy, nie miałam pojęcia, do czego miał służyć.

Caroline nie wyglądała na zaskoczoną, a przynajmniej nie w takim stopniu jak ja. Z jej twarzy nie schodził szeroki banan. Miałam wrażenie, że wie coś, czego nie chciała mi powiedzieć.

- To breloczek do samoobrony, głupia.

- I co ja mam z tym niby zrobić? Pomiziać napastnika pomponem po nosie?

Carol wybuchnęła nagłym śmiechem. Kręcąc z niedowierzaniem głową, wyciągnęła telefon i włączyła film instruktażowy. Przejęłam jej smartfon, gdy uruchomiła silnik, i oglądałam w kółko to samo nagranie i ucząc się, do czego dany element służy. Okazało się, że właśnie trzymam w dłoniach gaz pieprzowy, alarm osobisty, scyzoryk w kształcie klucza, młotek bezpieczeństwa... i CHOLERNY PARALIZATOR! Wow. Odetchnęłam z ulgą, gdy kobieta na nagraniu poinformowała, że to długie wąskie coś to kubotan, bo moim pierwszym skojarzeniem był gadżet erotyczny dla sadomasochistów. A ten uroczy kotek był tak naprawdę malutkim kastetem. O kurczę!

Już wcześniej się domyśliłam, że osoba, która mnie śledzi, nie ma złych zamiarów. Miała milion okazji do tego, by zrobić mi krzywdę. Nie skorzystała z ani jednej, więc albo czekała na odpowiedni moment, albo łaziła za mną w innym celu. Nie miałam jedynie bladego pojęcia, jaka zachcianka mu przyświecała.

14

Dwudziestominutowa podróż upłynęła w mgnieniu oka. Nim się zorientowałam, dojechałyśmy pod San Diego Convention Center, w którym miała odbyć się gala. Wokół było dziwnie pusto. Carol była równie zdezorientowana co ja. Rozglądając się dookoła, zaparkowała na pustym parkingu, który o tej godzinie powinien być zapełniony eleganckimi samochodami.

- No dobra, coś tu nie gra - powiedziała, gasząc silnik.

- Jesteś pewna, że to dzisiaj? - zainteresowałam się. Carol zwędziła mi zaproszenie, gdy tylko je ujrzała. Nawet nie miałam okazji do niego zerknąć.

- A czy ja ci wyglądam na głupią? - oburzyła się. Złapała za torebkę i wyciągnęła kopertę, chcąc udowodnić swoją rację. Wyjęła małe zaproszenie i przeleciała wzrokiem jego treść, a ja obserwowałam, jak wyraz jej twarzy drastycznie się zmienia. - Dobra, jednak jestem głupia. Pomyliłam dni, gala jest jutro.

Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia i niemal w tym samym momencie zaczęłyśmy się śmiać. Kochałam towarzystwo tej kobiety i fakt, że z nią rzeczywistość nigdy mnie nie przytłaczała. Zazdrościłam jej tak lekkiego podejścia do życia.

- Wracamy? - zapytałam po chwili. - Możemy pooglądać Seks w wielkim mieście.

- Zwariowałaś? Obie wyglądamy jak milion dolców, nie będziemy siedzieć w domu i oglądać seriali, trzeba to wykorzystać.

Poznałam Carol na tyle dobrze, by wiedzieć, że żadna moja wymówka nie zdoła jej odwieść od genialnego pomysłu, na który przed chwilą wpadła. Jeśli ta dziewczyna na coś się uparła, nie było odwrotu.

- Dokąd chcesz iść w tych strojach?

Kiedyś sporo imprezowałam i wiedziałam, że dziewczyny w klubach nie wyglądały jak Marilyn Monroe podczas premiery.

- Zaufaj mi.

Nie zabrzmiało to uspokajająco. Odczytałam to jako: "Jeśli ci życie miłe, wiej". Przełknęłam ślinę i ponownie zapięłam pas bezpieczeństwa, a Carol uruchomiła samochód, po czym powoli wyjechała z parkingu. Skupiłam wzrok na migających za oknem obrazach i szybko zorientowałam się, że zmierzamy w stronę centrum. Ku mojemu zdziwieniu to nie był jednak cel naszej podróży. Przyjaciółka jechała dalej z tajemniczym uśmiechem na pięknej twarzy.

Dotarłyśmy do dzielnicy, za którą nigdy nie przepadałam. Ocean Beach uznawano za kolebkę kultury hipisowskiej. Wokół było pełno stoisk z organiczną żywnością, dziwnych klubów i jeszcze dziwniej wyglądających ludzi. Miałam nadzieję, że moja szurnięta przyjaciółka zachowała resztki zdrowego rozsądku i nie zaprowadzi nas w miejsce, gdzie będziemy musiały paradować na golasa i odżywiać modę z lat siedemdziesiątych. Gdy w oddali zobaczyłam Bastiena, niemal zemdlałam z ulgi.

- Kiedy zdążyłaś do niego napisać? - Nawet nie próbowałam ukryć zdziwienia na widok przyjaciela.

- Tajemnica. - Błysnęła w moją stronę uśmiechem i zaparkowała auto przy ulicy.

Nie czekając na nic więcej, wyskoczyłam z samochodu i nie rozglądając się dookoła, popędziłam w stronę Bastiena. Pisk opon spowodował, że natychmiast zatrzymałam się w miejscu. Odwróciłam się i zobaczyłam, że maska czarnego audi zatrzymała się metr przede mną. Serce momentalnie zareagowało na czające się na mnie niebezpieczeństwo i zaczęło tłuc się w klatce piersiowej. Powoli podniosłam wzrok i zamarłam. Zupełnie jak zwierzyna, która zrozumiała, że jest w potrzasku. Błękit tęczówek kierowcy spowodował, że zapomniałam, jak działają mięśnie w moim ciele. Stałam i byłam tylko w stanie oddychać. Jego oczy były jak ocean o poranku, gdy pierwsze promienie słońca dotykają niespokojnych fal. Mężczyzna wydawał się spokojny i przyglądał mi się z ciekawością wypisaną na przystojnej twarzy. Jego ciemne brwi podjechały do góry, a mięsień żuchwy drgnął. Po chwili kącik jego ust uniósł się w uśmiechu. Czyjaś dłoń pociągnęła mnie w stronę chodnika.

- Przestań się ślinić, deklu. - Bastien sprowadził mnie boleśnie na ziemię. - Prawie wpadłaś pod koła, a zachowujesz się, jakbyś wygrała milion na loterii.

Zaszczyciłam go mało przyjaznym spojrzeniem i odwróciłam się w stronę ulicy. Niestety czarne audi zniknęło niemal tak szybko, jak się pojawiło. Chwilę później dołączyła do nas Carol. Twarz miała bladą i ściągniętą od emocji.

- Nic ci nie jest? - zapytała.

- Poza tym, że trafiła ją strzała amora, to chyba nic - zażartował Bastien, na co ona wyraźnie się rozluźniła.

- Czyli ta kałuża na środku ulicy to tylko ślina Eleny?

Oboje zanieśli się śmiechem. Normalnie każde z nich by oberwało, ale nie miałam najmniejszej ochoty się z nimi kłócić. Z chęcią dałabym się rozjechać temu facetowi, byle tylko zobaczyć te obłędne oczy z bliska.

Bastien wyciągnął telefon, wyszczerzył się jak idiota i pokazał coś Caroline, która po chwili pokiwała głową, gryząc się w wargę, by powstrzymać uśmiech. Podeszła do mnie i złapała mnie pod ramię, prowadząc do budynku, na którym widniał obdrapany napis "La Luz". Bez dalszych dyskusji dałam się poprowadzić przyjaciołom w stronę nieznanego.

Weszliśmy do środka i przeszliśmy obskurnym korytarzem w głąb budynku. Dopiero zorientowałam się, że Bastien ma na sobie garnitur. W tych strojach nie do końca pasowaliśmy do otoczenia, które bardziej przypominało kryjówkę gangu niż miejsce spotkań nadmiernie eleganckich ludzi.

- La Luz to największa tajemnica San Diego - wyjaśnił Bastien, zupełnie jakby czytał mi w myślach. - Wiedzą o nim tylko nieliczni.

- Najlepsi z nielicznych - dodała Carol, uśmiechając się pod nosem.

Doszliśmy do zwyczajnie wyglądających drzwi, przed którymi siedział ochroniarz tak wielki, że swoją sylwetką zagradzał prawie całe przejście. Na nasz widok poderwał się z krzesła i z ukłonem godnym lokaja królowej otworzył przed nami drzwi. Stłumiłam chichot i podążyłam za przyjaciółmi, którzy mieli szczęście, że bezgranicznie im ufałam.

- Czy dalej znajdujemy się w tym samym budynku? - zapytałam, rozglądając się z niedowierzaniem.

Wnętrze było ekskluzywne i urządzone z przepychem. Dotknęłam palcami ściany, która okazała się miękka niczym chmurka. Wszystko wokół było czarne, a jedynym elementem, który się wyróżniał, były kryształowe żyrandole, zwisające z sufitu. Każdy nasz krok na marmurowej posadzce odbijał się echem w korytarzu. W oddali majaczyły ciemne wrota. Im bliżej nich byliśmy, tym donośniejszy stawał się przytłumiony bas.

Bastien pchnął przejście do innego wymiaru.

Pomieszczenie było ogromne, a mimo to ludzie na parkiecie tłoczyli się niczym mrówki. Wszyscy byli ubrani w eleganckie stroje, co przyjęłam z ulgą. Zeszliśmy po kręconych schodach i zajęliśmy trzy ostatnie hokery przy barze. Barman natychmiast się przy nas zmaterializował, podając karty.

- Tylko nieliczni, huh? - powiedziałam bardziej do siebie, przyglądając się tłumowi. Nawet gdybym chciała, nie byłabym w stanie przekrzyczeć głośnej muzyki.

Poczułam się przytłoczona. Zawsze w nowym miejscu układałam w głowie plan ewentualnej ucieczki i bardzo nie podobał mi się fakt, że żeby odetchnąć świeżym powietrzem, musiałabym się nieźle nagimnastykować. Próbowałam skupić się na czytaniu nazw wymyślnych drinków, ale coś mnie rozpraszało. Włoski na rękach stanęły mi dęba i przeszedł mnie niemiły dreszcz. Zrobiło mi się przeraźliwie zimno, chociaż w sali panował zaduch. Byłam niemal pewna, że ktoś mi się przygląda. Rozejrzałam się dyskretnie, ale nie zauważyłam nic niepokojącego, więc uznałam, że wkręcam sobie problem, którego nie ma. Starałam się wyluzować i spędzić miło czas z przyjaciółmi, ale nie byłam w stanie. Zamówiłam wodę i zaczęłam się wiercić na krześle. Odwróciłam się w stronę parkietu, pijąc napój małymi łyczkami, by choć trochę się uspokoić.

Powoli zaczęłam rozważać powrót do domu, ale nie miałam serca zakomunikować tego Carol i Bastienowi. Oboje byli rozrywkowi, bez zbędnych pytań z otwartymi ramionami przyjęli mnie do swojego grona. Mogłam więc raz na jakiś czas zrezygnować z własnego komfortu psychicznego i nie psuć im zabawy. A oboje bawili się świetnie. Bastien zeskoczył z krzesła i prezentował swoje kocie ruchy, a Carol przyglądała mu się z rozbawieniem. Ile bym dała, by choć na chwilę zapomnieć o chorobie, która mimo leków i terapii ciągle dawała o sobie znać...

- Idę do toalety! - krzyknęłam do przyjaciółki.

- Iść z tobą? - Carol przytuliła się do mojego boku, bym mogła ją usłyszeć w tym hałasie. - Czekaj, tylko dopiję drinka.

- Nie trzeba, sama trafię - zapewniłam ją.

Wstałam odrobinę zbyt szybko i jak zwykle przypłaciłam ten błąd zawrotami głowy. Odszukałam wzrokiem odpowiednie miejsce i próbując je pokonać, dotarłam do drzwi łazienki. Weszłam do środka, zamknęłam się w jednej z kabin i zaczęłam oddychać głęboko, by się uspokoić. Najchętniej spędziłabym tu resztę wieczoru, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie chciałam uciekać, nie chciałam się też rozpłakać, a cholerne łzy napływały mi do oczu jak szalone. Wyszłam z kabiny i obmyłam twarz zimną wodą, zupełnie zapominając, że mam na sobie makijaż.

- Kurwa mać! - wrzasnęłam, patrząc, jak ciemne smugi zaczynają zdobić moje policzki.

- Wszystko w porządku?

- Kurwa mać! - powtórzyłam przekleństwo, odwracając się w stronę głosu.

Przy drzwiach stała rudowłosa kobieta, na oko w moim wieku, i przyglądała mi się z ciekawością. Miała na sobie skórzane spodnie, botki na wysokim słupku, czarny top, odsłaniający lekko zarysowane mięśnie brzucha, a na ramiona zarzuciła skórzaną kurtkę. Gdyby nie kolor jej włosów, niemal zlewałaby się z ciemnym otoczeniem.

Kobieta zrobiła kilka kroków w moją stronę, na co automatycznie zaczęłam się cofać. Nie miałam pojęcia, czy chce się przywitać, czy może mi przyłożyć. Była piękna, ale biła od niej aura niebezpieczeństwa i tajemniczości. Spojrzała z niedowierzaniem na moją reakcję, zupełnie jakby spodziewała się czegoś innego, zerwała kawałek ręcznika papierowego z podajnika i wyciągnęła w moją stronę. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że zapewne wyglądam jak Joker w swoich gorszych momentach.

- Nie płakałam. - Uznałam, że warto powiedzieć to na głos. - Po prostu rzadko noszę makijaż, obmyłam twarz wodą i tak jakoś wyszło...

Nieznajoma nie odpowiedziała. Założyła ręce na piersiach, oparła się o ścianę i mi się przyglądała, jakby chciała odczytać to, kim jestem, na podstawie moich ruchów.

Wytarłam twarz, pozbywając się resztek makijażu, i wyrzuciłam papier do kosza. Już miałam wychodzić, gdy kobieta złapała mnie za nadgarstek. Z kieszeni kurtki wyjęła krwistoczerwoną pomadkę i złapała mnie za podbródek, bym na nią spojrzała. Jej ruchy były zadziwiająco delikatne.

- Mogę? - zapytała, a ja automatycznie pokiwałam głową. Czułam się jak zahipnotyzowana, gdy spoglądałam w jej czarne oczy. Pociągnęła szminką po moich ustach i uśmiechnęła się z zadowoleniem. - No, tak lepiej - powiedziała i bez słowa zniknęła za drzwiami.

Otrząsnęłam się z szoku, który ogarnął mnie po zachowaniu dziewczyny i ruszyłam w jej ślady. Mogłabym uznać to za niepokojące, ale w damskich toaletach zawsze działy się dziwne rzeczy. Jak przez mgłę pamiętałam zupełnie obcą dziewczynę, której pomagałam pozbyć się gorsetu wyszczuplającego. Parsknęłam i zauważyłam, że Carol i Bastien są na parkiecie, więc podążyłam w ich kierunku. Z głośników zaczęły rozbrzmiewać pierwsze nuty Alors on danse, więc automatycznie się zatrzymałam i zaczęłam bujać do rytmu. Uśmiechnęłam się do przyjaciółki, która złapała moje spojrzenie w tłumie. Zaczęła przepychać się w moim kierunku, ale po chwili przystanęła, a na jej ustach pojawił się szatański uśmieszek.

Nie zdążyłam się nad tym zastanowić, bo czyjeś palce przejechały po mojej ręce od dołu do góry i z powrotem. Czułam ciepło ciała za mną. Otulił mnie zapach, który w mgnieniu oka ukoił moje zmysły. Był świeży i kusił obietnicą, zupełnie jak rześkie powietrze tuż po burzy. Przynosił ulgę. Odchyliłam głowę do tyłu, oparłam ją na twardej klatce piersiowej i odetchnęłam głęboko. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie chłodne krople deszczu na mojej skórze. Dźwięki muzyki docierały do każdej cząstki mojego ciała, wprawiając je w ruch. Mężczyzna przylgnął do mnie, kładąc mi rękę na biodrze. Poruszaliśmy się w rytm piosenki, jakbyśmy byli jednością. Jednym szybkim ruchem obrócił mnie w swoją stronę i oparł swoje czoło na moim. Bałam się unieść powieki, jednak ciekawość była silniejsza. Błękit, który ujrzałam, poraził mnie jak piorun. Zaczęłam szybciej oddychać, a w krwi zaczęła buzować adrenalina, której nie potrafiłam zrozumieć.

Przede mną stał mężczyzna. Ten sam, który niemal zrobił ze mnie naleśnika przed wejściem do La Luz. Nie byłam w stanie oderwać spojrzenia od jego twarzy, a on z takim samym zainteresowaniem przyglądał się mnie. Przejechał kciukiem po moich ustach, uświadamiając mi, że bezwiednie przygryzłam wargę. Cholera jasna, byłam przekonana, że moje policzki przybrały kolor szminki od nieznajomej. Zawstydzona uciekłam spojrzeniem w bok, a błękitnooki skorzystał z okazji i złożył delikatny pocałunek na mojej szyi. Gdyby nie obejmował mnie w talii, padłabym trupem na środku parkietu. Nie sądziłam, że dotyk drugiego człowieka może być tak zadziwiająco przyjemny i komfortowy. Powinnam była się odsunąć i zwyzywać typa od najgorszych, ale to był tylko sen, w którym z przyjemnością się zatraciłam. To było zbyt dziwne, żeby było prawdziwe. Przywarłam do niego jeszcze bardziej, a on nagle napiął mięśnie. Zdezorientowana otworzyłam oczy i podążyłam za jego wzrokiem. W naszym kierunku szła rudowłosa kobieta, którą spotkałam w łazience. Mężczyzna spojrzał na mnie i pogładził kciukiem mój policzek, po czym zniknął w tłumie. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, wystarczyło zaledwie mrugnięcie okiem. I okej, rozumiałam, ruda potrafiła zrobić piorunujące wrażenie, od którego włoski na rękach stawały dęba, ale on był facetem. Facetem, który ewidentnie przed nią zwiał.

Podskoczyłam, gdy Bastien złapał mnie za nadgarstek. Spojrzałam na niego, a on wyszczerzył się do mnie w hollywoodzkim uśmiechu.

- A więc tak się dziękuje za ocalenie życia? Bo to był ten typ z audi, prawda? - zażartował i dotknął mojego policzka, który teraz robił się coraz bardziej czerwony. - Jeśli zaraz go nie znajdziesz i nie dokończycie tego, co zaczęliście, dokonasz samozapłonu.

- Zamknij się - warknęłam i pacnęłam go w ramię. - To wcale nie jest śmieszne.

- Zależy, jak na to spojrzeć - wtrąciła się Caroline, która nagle pojawiła się przy nas.

Przyjaciele wymienili znaczące spojrzenia, a ja poczułam się nie na miejscu. Nie chciałam, by postrzegali mnie jako kogoś, kto ślini się na sam widok przystojnego faceta. Byłam zła i to głównie na siebie. Chciałam wracać do domu, wziąć kąpiel i zrelaksować się w miękkiej pościeli razem z książką, która czekała na mnie na półce.

Na parkiecie robiło się zbyt tłoczno. Zaczęłam przeciskać się w stronę baru i usiadłam na wysokim krześle. Nie zdążyłam wziąć do ręki karty z drinkami, gdy za mną zapanowało poruszenie. Ludzie przestali tańczyć i zbiegli się w półokręgu wokół miejsca, gdzie stałam przed chwilą. Wszechświat najwidoczniej spełnił moją prośbę w najmniej oczekiwany sposób. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to była idealna okazja do ewakuacji. Sytuacja robiła się poważna. Coraz więcej ludzi zaczęło się między sobą przepychać. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Carol i Bastiena. Zlokalizowałam ich przy jednej z lóż i krzyknęłam przerażona, gdy ogromna pięść barczystego dryblasa spotkała się z drobną twarzą mojej przyjaciółki. Bastien próbował zareagować, jednak nie miał szans z mężczyzną, który trzymał go w żelaznym uścisku i zapewne był znajomym tego pierwszego. Zazgrzytałam zębami, a adrenalina zaczęła buzować mi we krwi. Zgarnęłam z baru butelkę szampana i popędziłam w ich kierunku. Zamachnęłam się i wykorzystując siłę rozpędu, zdzieliłam dupka prosto w łysy łeb. Mężczyzna zatoczył się do przodu, gdy szkło roztrzaskało się na jego głowie, zostawiając paskudne rozcięcie, które jakby w zwolnionym tempie wypełniało się krwią. Bastien zapiszczał jak mała dziewczynka i byłam pewna, że straciłby przytomność, gdyby nie silne ramiona, które w dalszym ciągu go oplatały. Poszkodowany po takim ciosie powinien był paść na ziemię jak długi, a przynajmniej tak zawsze działo się w filmach akcji. Zamiast tego złapał się za tył głowy, a gdy zobaczył na swoich palcach krew, bardzo powoli odwrócił się w moją stronę.

Cholera, niedobrze.

Na jego twarzy malowała się czysta furia. Zaczęłam się cofać, wymachując przed sobą tym, co zostało z butelki. Dryblas nie miał litości dla kobiet, a twarz Carol była na to dowodem. Co ona mu zrobiła, że zasłużyła na coś takiego?

Zachciało mi się kozaczenia, a teraz umrę śmiercią tragiczną w jakiś klubie, o którym zwykły obywatel nie ma najmniejszego pojęcia. Ekstra, Bridget będzie zachwycona.

Krew w uszach szumiała mi tak bardzo, że nie słyszałam muzyki. A może to DJ ją wyłączył, gdy zorientował się, co się dzieje? Wyprowadziłam kilka ciosów butelką w kierunku łysola, żeby zachować między nami dystans i - o dziwo - podziałało. Mężczyzna cofnął się o kilka kroków. Teraz patrzył na mnie, jakbym była kompletną idiotką, i cóż, nie mylił się za bardzo. Miałam kilka sekund na wymyślenie, jak wyjść z tego bez szwanku. Wbiegłam do loży i stanęłam za stołem. Facet uśmiechnął się tak, jakbym podała mu się na srebrnej tacy. Sunął pewnie w moim kierunku, jednak nie przeanalizował dokładnie sytuacji. Może i miał niewyobrażalnie wielkie mięśnie, ale ruszał się przez nie jak upierdliwa mucha w smole. Nie miał najmniejszych szans, a uraz głowy mu nie pomagał. Gdy zaczął okrążać stolik z lewej strony, popędziłam ile sił w nogach na prawo. Starałam się wmieszać w tłum, co wydawało się jedyną deską ratunku.

Schyliłam się i spojrzałam między ludźmi w miejsce, gdzie zostawiłam Carol i Bastiena. Nie było ich tam, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że oboje wyszli z tego cało. Podeszłam do ściany po drugiej stronie klubu i chowałam się za grupką kobiet, które w pośpiechu zakładały płaszcze. Miałam wrażenie, że moja czerwona sukienka świeci niczym neon. Równie dobrze mogłam stanąć pod ogromną strzałką z napisem "Tu jestem!".Przyczaiłam się za fotelem, próbując znaleźć jednego z ochroniarzy, których przecież powinno być tu pełno. Bez skutku.

Zapiszczałam zaskoczona, gdy nagle ktoś siłą pociągnął mnie za nadgarstek i rzucił mną do tyłu. Straciłam równowagę i wylądowałam pośladkami na podłodze. Próbowałam się podnieść i dotrzeć do zamykających się drzwi, jednak byłam zbyt oszołomiona. Chwilę później siedziałam w całkowitej ciszy i ciemności.

15

- Halo, jest tu kto?

- Jestem w kuchni, zrobić ci kanapkę przed śmiercią? - odpowiedział szyderczy głos w mojej głowie.

No tak, zdradzanie swojej obecności nie było najlepszym pomysłem, jednak miałam nadzieję, że w ciemności jest ktoś, kto nie poćwiartuje mnie na kawałki. Wyglądało jednak na to, że byłam zupełnie sama. Nawet atak paniki pozostawił mnie na pastwę losu.

Gdzie ja, kurna, jestem? Dlaczego ktoś mnie zamknął?! Kto to zrobił?!

Wstałam i przymrużyłam powieki, by w otaczającym mnie mroku odnaleźć wyjście, a po chwili powoli podeszłam do drzwi, szarpiąc je za klamkę. Ani drgnęły. Najwyraźniej ktoś zatrzasnął je od drugiej strony. Nie miałam zamiaru bezczynnie siedzieć. Złapałam się ściany i krok po kroku zaczęłam wchodzić w głąb pomieszczenia. Czymkolwiek było, panował tu przyjemny chłód, który był ulgą w porównaniu z klubowym zaduchem. W końcu moje dłonie natrafiły na zimny metal, który po dokładniejszych oględzinach okazał się kolejnymi drzwiami. Złapałam za dźwignię i naparłam na nie barkiem. Ustąpiły bez najmniejszego problemu, za to ja runęłam na ziemię jak długa. Nocny wiatr owiał moją twarz, przynosząc ukojenie dla nerwów, które aktualnie były w strzępach. Rozmasowałam bolące ramię. Sukienki z moich projektów były boskie, ale za nic w świecie nie nadawały się do takich przygód.

Podniosłam się z kolan i rozejrzałam się, próbując zrozumieć, gdzie jestem, ale okolica była mi zupełnie obca. Sięgnęłam do torebki, którą na szczęście przewiesiłam przez tułów, i wyjęłam telefon, a gdy na ekranie zauważyłam wiadomość od Bastiena, z ulgi niemal ugięły się pode mną kolana. Podobno przed chwilą do klubu wpadli federalni i zgarnęli podejrzaną dwójkę. Moim przyjaciołom najwidoczniej udało się wymiksować z całej sytuacji i już bezpieczni czekali na mnie w samochodzie przed klubem. Zgadywałam, że znajdowałam się na jego tyłach, więc musiałam obejść budynek. Wystukałam szybką odpowiedź, że będę za dziesięć minut, i trzymając telefon w dłoni, ruszyłam przed siebie. Niby było po wszystkim, jednak nie potrafiłam pozbyć się napięcia, które wydawało się dodatkowo nasilać. Mój szósty zmysł bił na alarm. Starałam się nie dać po sobie poznać, że wyczułam niebezpieczeństwo i jakby nigdy nic szłam do przodu. Dyskretnie rozglądałam się na boki w poszukiwaniu ewentualnej pomocy, podczas gdy za za mną rozbrzmiał złowieszczy dźwięk kroków. Przypomniałam sobie o nowym breloczku do samoobrony i ta myśl dodała mi otuchy. Nie łudziłam się, że ocali mi życie, ale mogłam dzięki niemu zyskać minutę, może nawet dwie na ucieczkę.

Uliczka między budynkami była doskonałym miejscem do wcielenia mojego planu w życie. Obrałam ją za cel, a gdy tylko zniknęłam za rogiem, wyjęłam moją broń. Przeklęłam w duchu, gdy wszystkie elementy zaczęły o siebie uderzać. To brzdąkanie nawet umarłego z grobu by wypędziło. Może i pakowanie się do ślepej uliczki, gdy ktoś cię śledzi, nie jest mądrym posunięciem, ale nie miałam innego wyjścia. Oparłam się plecami o ścianę jednego z domów, z dudniącym sercem słuchając odgłosu zbliżających się kroków. Kurczowo ściskałam w dłoni spray z gazem pieprzowym i modliłam się gorliwie, bym miała więcej szczęścia niż rozumu. Gdy idący za mną gość był już blisko, wyskoczyłam zza rogu i nacisnęłam spust. Miałam ochotę palnąć się w łeb niemal w tym samym momencie, w którym puściłam w stronę intruza porcję gazu łzawiącego. Facet był w kasku, a czarne szkło osłaniało jego oczy.

A niech to szlag!

Stałam jak sparaliżowana, nie mając pojęcia, jakim cudem moje płuca napełniają się tlenem. Gdyby mężczyzna postanowił wyrządzić mi krzywdę, teraz miał do tego idealną okazję. On zamiast tego po prostu mi się przyglądał. Chyba. Po chwili zaczął trząść się na całym ciele, trzymając się za brzuch. Co do...? Nawiedziła mnie myśl, od której zrobiło mi się niedobrze. Nie miałam pojęcia, od kogo dostałam breloczek ani co dokładnie było w puszce z aerozolem. A jeśli to był jakiś trujący gaz, któremu wystarczyła jedynie niewielka szpara w kasku? Może ten prezent nie był przejawem troski, a próbą posłania mnie za kratki? Zrobiłam wielkie oczy, nie wiedząc, czy wiać, czy udzielić nieznajomemu pierwszej pomocy. Tylko co zrobić w przypadku zatrucia nieznaną substancją? I jak ja się z tego wytłumaczę glinom?

Mężczyzna oparł się tyłkiem o ceglany murek i pochylił się do przodu. Niepewnie zrobiłam krok w jego stronę, podczas gdy napięte ciało było gotowe do ucieczki. W końcu ściągnął kask i zobaczyłam, że wcale nie wybierał się na tamten świat. Gnojek najzwyczajniej zanosił się śmiechem, a ja miałam ochotę własnoręcznie go ukatrupić. Albo przynajmniej kopnąć w jaja.

- Czego ode mnie chcesz? - rzuciłam, starając się panować nad wściekłością, która nagle mnie ogarnęła. - Dlaczego łazisz za mną od kilku miesięcy, kręci cię to?!

No cóż, do moich idiotycznych pomysłów właśnie mogłam dopisać darcie gęby na własnego stalkera w ciemnym zaułku. Musiałam dać upust emocjom i adrenalinie. Chociaż może nie to miał na myśli mój lekarz, gdy o tym wspominał.

- Co cię tak bawi?! - wrzasnęłam, gdy nie uzyskałam odpowiedzi.

Mężczyzna odepchnął się stopą od murka i powoli do mnie podszedł. Intensywny zapach palo santo był niemal obezwładniający. Ponownie zaczęłam się zastanawiać, gdzie go wcześniej czułam. Nagle mnie olśniło. Dokładnie tak samo pachniał dziwny mężczyzna, który przyszedł do atelier Caroline. Spojrzałam w górę, a jego oczy były wystarczającym dowodem na to, że się nie myliłam. Nawet mimo ciemności byłam w stanie dostrzec ich niespotykany kolor. Zupełnie jak młoda trawa lub liście czterolistnej koniczyny w połączeniu z bezchmurnym niebem albo błękitnym... stop. To nie mogło zajść za daleko. Ulżyło mi, że to właśnie on za mną szedł. Strach ustąpił miejsca ciekawości. Dostałam szansę na rozwiązanie zagadki, która nie dawała mi spać po nocach. Czego ode mnie chciał?

- Co mnie śmieszy? - odezwał się głębokim, lekko zachrypniętym głosem, który idealnie do niego pasował. - Być może fakt, że zaatakowałaś mnie prezentem, który sam dla ciebie wybierałem?

- Mało trafiony ten prezent, jak już pewnie sam wywnioskowałeś - mruknęłam, starając się ukryć rosnące zażenowanie. Moje buty nagle wydały się nadzwyczaj interesujące.

Facet ponownie się zaśmiał. Założył mi kosmyk włosów za ucho, zmuszając mnie tym gestem, bym na niego zerknęła. Zadrżałam od intensywności jego spojrzenia, ale nie czułam strachu. Patrzył na mnie tak, jakby chciał odkryć wszystko, co było schowane przed światem zewnętrznym.

- Nie musisz się mnie bać - powiedział niemal łagodnie. Najwidoczniej moje drżenie uznał za objaw lęku. - Nie ty i nie mnie. Nie teraz.

- Daj znać kiedy, typie, wpiszę sobie w kalendarz.

Mężczyzna przejechał językiem po wnętrzu policzka, chcąc zamaskować rozbawienie. Odsunęłam się o krok. Czułam się nieswojo, gdy ktoś obcy naruszał moją przestrzeń osobistą. A przynajmniej zazwyczaj tak się czułam.

- Słuchaj... - westchnął i zmierzwił swoje już i tak potargane, ciemne włosy. - Nie planowałem cię dzisiaj spotkać i uwierz, nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Nie chcę ci nic wyjawiać. Nie jestem od tego.

- Uuu, jak tajemniczo - zadrwiłam, mając pełną świadomość, że igram z ogniem. - A od czego jesteś? Od wpychania mnie do ciemnych pomieszczeń i zamykania za mną drzwi?

Mężczyzna tym razem roześmiał się w głos.

- Mniej więcej. I nie ma za co, Dzwoneczku. Gdyby nie ja, ten facet złamałby cię jak gałązkę.

Nie dziwiło mnie to, skąd wiedział o potyczce w klubie. Powstrzymałam się, by nie przewrócić oczami. Zamiast tego postanowiłam poruszyć inną kwestię...

- Dzwoneczku? Czy ja ci wyglądam na delikatną? - oburzyłam się.

Nienawidziłam bajki o Piotrusiu Panu!

- Dzwoniłaś tym ustrojstwem tak, że słyszeli cię pewnie w sąsiednim stanie. Jednak mogłem dać ci berettę... - Zastanowił się kilka sekund. - Chociaż nie. Już byłbym martwy, zachowujesz się jak szajbuska.

Nie miałam pojęcia, o czym mówił, więc posłałam w jego stronę kolejny atak:

- A ty zachowujesz się jak Joe Goldberg4.

- Ktoś tu chyba lubi Netflixa. I niegrzecznych chłopców. Co w sobie mamy, że kobiety tak bardzo na nas lecą?

Wydawał się szczerze zainteresowany. Ponownie oparł się o murek, ale nawet na chwilę spuszczał mnie z oka. Skubany...

- Kochamy bad boyów na ekranach, uwielbiamy ich na kartkach książek. Nie oznacza to jednak, że chcemy, by za nami łazili i zostawiali kwiaty pod drzwiami. W prawdziwym życiu wolimy zaznać spokoju. Świętego spokoju, stabilizacji i bezpieczeństwa. A poza tym Joe kochał książki. A ty... Potrafisz w ogóle czytać?

- Skąd wiesz, że to ja zostawiłem kwiaty? I potrafię czytać. Te twoje romansidła są strasznie zabawne, nie dziwię się, że siadło ci od nich na dekiel.

- Pierdziel się - fuknęłam. - Nie traktuję ich jak poradniki. To jest rzeczywistość, nie książka czy film. Nie można wierzyć w to, że ktoś zły zmieni się w aniołka, bo strzała amora trafi go w tyłek. Jeśli ktoś w to wierzy, jest cholernie naiwny. A wzmianka o Goldbergu nie była komplementem, jakbyś nie zauważył.

Czy ja właśnie wdałam się z nim w pyskówkę? Chyba na mózg mi padło od tej adrenaliny.

- W twoich ustach wszystko brzmi jak komplement - wymruczał.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a jego kpiący uśmieszek powiedział mi wszystko, co chciałam wiedzieć. Jego celem nie był flirt, ale zawstydzenie mnie. Niedoczekanie, koleś.

- Za to w twoich wszystko brzmi tak, jakbyś spieprzył ze szpitala dla obłąkanych. A teraz wybacz, spieszy mi się...

- Zaskoczyłaś mnie - powiedział po chwili ciszy, która dłużyła się w nieskończoność. - Niby taka delikatna, a pyskata. Wyglądasz na taką, która chce zbawić cały świat, a tymczasem...

- Zbawiam siebie, resztę świata mam gdzieś - przerwałam mu psychoanalizę, nim posunęłaby się za daleko. - I naprawdę świetnie mi się rozmawia z potencjalnym mordercą, ale czekają na mnie przyjaciele, więc będę się zbierać.

- Mordercy raczej nie chodzą w kaskach.

- Zgadzam się. W kaskach chodzą jedynie świry.

Prychnął i skierował się w stronę, z której przyszedł. Nagle odwrócił się i rzucił:

- Do zobaczenia, Last. Uważaj na siebie, bo nie masz pojęcia, w jakie gówno nieświadomie się wpakowałaś.

Mrugnął do mnie i odszedł. Wziął i, kuźwa, puścił do mnie cholerne oczko! Miałam wrażenie, że to jakiś dziwny sen, a ja zaraz się z niego obudzę. Właśnie odbyłam dość interesującą rozmowę z gościem, którego imienia nawet nie znałam. On za to znał mnie doskonale. Kim on mógł być? Nikt konkretny nie przychodził mi do głowy. Chyba że... O kurczę... Gdy to do mnie dotarło, złapałam się mocno balustrady, by nie wywinąć orła. Cały świat zatańczył mi przed oczami. Niektóre osoby potrafiły robić cuda z własnym głosem... Czy to możliwe, że rozmawiałam z Thomasem?

16

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że miałam ochotę na jakiekolwiek wyjście po poprzednim wieczorze. Niemniej gala miała być moim debiutem. A właściwie debiutem sukienki, którą miała na sobie Carol, bo moja - po ostatnich wydarzeniach - nie nadawała się na wielkie pokazy.

Schowałam telefon, który trzymałam w spoconej dłoni, i z bijącym sercem weszłam do San Diego Convention Center. Byłam już nieco spóźniona i nie chciałam, by przyjaciółka musiała na mnie czekać, więc obiecałam, że do niej dołączę. Niestety samotnie musiałam się mierzyć z kilkoma parami oczu, które uporczywie się we mnie wpatrywały. Przełknęłam ślinę i podeszłam do mężczyzny w garniturze, który trzymał w dłoni listę. Odszukał na niej moje nazwisko i przepuścił mnie w stronę windy, informując, że mam udać się na drugie piętro. Drzwi zasunęły się za mną, a ja pozwoliłam sobie na wzięcie głębszego oddechu. Wyobrażałam sobie wszystko, co działało na mnie kojąco, jednak nie przyniosło to żadnej ulgi. Ciche piknięcie oznajmiło, że znalazłam się na właściwym piętrze. Weszłam do holu, który przywodził na myśl teatr. To wnętrze zdecydowanie nie było w moim stylu. Ściany zdobiły przerażające obrazy i czerwone zasłony. Z marmurowej posadzki wyrastały majestatycznie zdobione kolumny. I to złoto... Jakbym nagle znalazła się w pałacu króla Midasa. Nie czułam się tu dobrze i robiłam wszystko, by nie dać tego po sobie poznać.

Minęłam kilku eleganckich dżentelmenów i stanęłam na balkonie, z którego miałam świetny widok na trwającą już galę. Spojrzałam w dół i zakręciło mi się w głowie tak bardzo, że odruchowo złapałam się balustrady. Schody, po których miałam zejść, wydawały się przeszkodą nie do pokonania. Ludzie tłoczyli się w małych grupkach na środku przestronnej auli i rozmawiali, sącząc szampana z wysokich kieliszków. Z ledwością zapanowałam nad nogami, które rwały się do ucieczki. Nie pomyślałam o tym, że mój wybór ścieżki kariery ściśle wiąże się z tego typu imprezami. Nie mogłam zamknąć się w domu i po cichu tworzyć czegoś wielkiego, musiałam pokazać się światu. Wzięłam głęboki oddech.

Elena Last nie poddawała się bez walki, nawet gdy musiała walczyć z samą sobą.

Powoli, krok po kroku, ruszyłam w dół, ściskając mocno balustradę. Mniej więcej w połowie drogi przez mękę ludzie zaczęli mnie zauważać. Z każdym stopniem kolejne głowy odwracały się w moim kierunku a ja zrozumiałam, że znalazłam się w gronie, od którego tak uporczywie chciałam uciec. Miałam wrażenie, że przyszło mi grać w kiepskiej sztuce, której scenariusza nie znałam. Reżyser zaczął spektakl i każda osoba w pomieszczeniu przyglądała mi się w milczeniu, czekając na moją improwizację. Jakbym była nic nieznaczącą, początkującą aktoreczką, którą można wyśmiać i zmiażdżyć to, co z niej zostanie. Przełknęłam ślinę i z całej siły odepchnęłam atak paniki, który zaczynał gościć w moim umyśle. W tłumie dostrzegłam Carol i natychmiast puściłam się niemal biegiem w jej kierunku. Wkroczyłam do sfery, o której nie miałam bladego pojęcia - i co sobie myślałam? Że dam radę? Byłam bliska płaczu, gdy przyjaciółka zamknęła mnie w swoich ramionach. Jak zwykle bezbłędnie wyczuła, że coś jest nie tak. Porwała z tacy kieliszek szampana i wsadziła mi go w dłoń, a ja zlustrowałam jej twarz w poszukiwaniu siniaka, który zapewne powstał po wczorajszym uderzeniu. Dostrzegłam jedynie grubszą niż zwykle warstwę makijażu.

W samochodzie nie byłam w stanie poruszyć tematu bójki, a gdy próbowałam wyciągnąć od niej informacje przez telefon, spławiła mnie wyjaśnieniem, że facet się do niej przystawiał, a cios w jej twarz był konsekwencją kopniaka w krocze delikwenta.

- Bezalkoholowy - szepnęła mi do ucha. - Wytrzymaj pół godzinki, okej? Później możemy się zmywać.

Mechanicznie pokiwałam głową. Wyzerowałam całą zawartość kieliszka i sięgnęłam po następny. Bąbelki nieprzyjemnie podrażniły mnie w gardło, a do oczu napłynęły łzy. Kara za mało eleganckie zachowanie, Last.

- Nawet na moment nie można was zostawić - powiedział Bastien, obejmując mnie od tyłu i kładąc brodę na moim ramieniu. Wystraszyłam się tak bardzo, że tylko cudem szampan nie wylądował na sukience, nad którą pracowałam całą noc. - Wyglądacie oszałamiająco, moje panie.

- Co ty tutaj robisz? - zapytałam, odwracając się w jego stronę.

- Myślałaś, że to przegapię?

Chciałam zapytać, co dokładnie miał na myśli, jednak w tym momencie zabrzmiał grom oklasków. Obejrzałam się zdezorientowana w stronę niewielkiej sceny, umieszczonej przy jednej ze ścian. Starszy mężczyzna, który na niej stał, również klaskał.

- Proszę państwa, Louis Benoit we własnej osobie!

Tłum oszalał jeszcze bardziej. Nie mogłam oderwać wzroku od spektaklu. Zastanawiałam się, jak wygląda mężczyzna, który rzekomo jest bezwzględny i pozbawiony ludzkich odruchów. Wstrzymałam oddech, gdy wysoka postać zaczęła wchodzić po niewielkich stopniach. Był dobrze zbudowany i nawet z tej odległości mogłam dostrzec grę mięśni pod idealnie dopasowaną białą koszulą. Benoit odwrócił się w naszą stronę, podchodząc do mikrofonu, a z moich ust wydobył się cichutki pisk zaskoczenia.

Wiedziałam, kim jest ten facet! Miałam okazję go spotkać wczorajszej nocy w klubie. A właściwie najpierw przed klubem, gdy omal mnie nie przejechał. Umysł zaczął podsuwać mi wspomnienia jego delikatnego dotyku i magnetyzującego zapachu, który oczarował mnie na parkiecie.

Mężczyzna leniwym wzrokiem przeczesał pomieszczenie i spoczął na mnie zaskoczonym spojrzeniem. Przez sekundę, może dwie, miałam wrażenie, że chce uciec, chyba jeszcze bardziej niż ja, jednak opanował konsternację, która przez moment malowała się na przystojnej twarzy. Kącik jego ust uniósł się w krzywym uśmieszku, który jakimś cudem sprawiał, że był jeszcze bardziej pociągający.

Nagle przemówił spokojnym, delikatnie zachrypniętym głosem. Głosem, który cały czas słyszałam w snach. Ziemia pod moimi nogami się zatrzęsła, a ja spanikowana rozejrzałam się dookoła. Jednak to nie trzęsienie było odpowiedzialne za mój stan, ale żywioły, które zaczęły buzować w moim wnętrzu. Nie słyszałam, co mówi, nie potrafiłam nawet wyłapać kontekstu. Po prostu stałam i gapiłam się na niego z otwartą buzią, a on wpatrywał się we mnie z tym bezczelnym grymasem. Nic z tego nie rozumiałam. Nie potrafiłam pojąć, że uroczy Thomas z piwnicy w rzeczywistości jest bezwzględnym Louisem Benoit, o którym tyle słyszałam. I skoro on to... on, to kim był stalker w kasku, którego również wczoraj spotkałam?

- Wiedziałaś - powiedziałam cicho, jednak jakimś sposobem przyjaciółka mnie usłyszała i stanęła obok mnie z miną zbitego szczeniaczka. - Wiedzieliście oboje. I żadne z was nie puściło pary z ust. Jak mogliście doprowadzić do takiej sytuacji?

Czułam się zdradzona, oszukana i nic nie mogłam na to poradzić. Wiedziałam też, że nie miałam podstaw, by tak się czuć, jednak w tej chwili mój mózg, który przeżywał szok, nie chciał dopuścić do siebie takiej myśli. Nogi same poprowadziły mnie w stronę schodów, po których zaczęłam się wspinać. Dotarłam do windy i zaczęłam gorączkowo przyciskać guzik, jakby dzięki temu miała przyjechać szybciej. Osuszyłam kolejny kieliszek, zastanawiając się, gdzie odstawić puste szkło. Kelner zmaterializował się przy mnie z tacą, więc skorzystałam z okazji i porwałam kolejną porcję trunku, który również pochłonęłam w ekspresowym tempie.

Pół nocy wymyślałam czarne scenariusze, które mogły się przytrafić, jednak żaden nie był tak pokręcony jak ten, który właśnie się rozgrywał. Moje życie było do chrzanu.

Ulżyło mi, gdy drzwi powoli zaczęły się rozsuwać. Nie zdążyłam zrobić nawet kroku, bo nagle znalazłam się w powietrzu, a po chwili przed oczami miałam plecy mężczyzny, którego bark uciskał mi przeponę. Koleś bezceremonialnie przerzucił mnie sobie przez ramię! Tego było już za wiele.

- Nie uciekniesz mi bez przywitania - mruknęły plecy, od których starałam się odepchnąć, by nie zrujnować sobie makijażu.

Zaczęłam się szamotać, ale chwyt na moich udach był bezlitosny. Koleś zrobił kilka kroków, otworzył drzwi i wszedł do pustej sali, która pogrążona była w półmroku. Ostrożnie postawił mnie na ziemi, a ja mimo wszystko lekko się zatoczyłam. Czy bezalkoholowy szampan mógł powodować takie dolegliwości?

- Każdą kobietę, z którą chcesz się przywitać, przerzucasz sobie przez ramię jak jakiś prostak? - warknęłam, poprawiając sukienkę, która niebezpiecznie podjechała mi do góry.

- Możesz czuć się absolutnie wyjątkowa, Chérie.

Uśmiechnął się, ukazując uroczy dołeczek w policzku, a ja poczułam, że się przewrócę, jeśli zaraz nie usiądę. Miał specyficzny typ urody, która ani trochę nie współgrała z francuskim akcentem w jego głosie. Ciemne włosy były uosobieniem artystycznego nieładu. Nieco dłuższe na grzywce skręcały się na niej delikatnie. Wyglądał poważnie, może odrobinę groźnie, a właściwie wyglądałby tak, gdyby nie roześmiane, błękitne oczy. Wiele kobiet uznałoby go za uroczego chłopca, dla mnie jednak był idealny. Perfekcyjny. Był też kłamliwą łajzą, o czym nie mogłam zapomnieć pod urokiem jego przenikliwego spojrzenia.

- Dzięki ci, o panie Benoit - sarknęłam. - To twoje prawdziwe nazwisko czy też je sobie wymyśliłeś?

Mężczyzna westchnął.

- Słuchaj - powiedział poważnie. - Nie tak miało wyglądać nasze kolejne spotkanie.

- A miało być kolejne? - zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Cholerne procenty, cholerna Carol! Niech no tylko ją dorwę...

- Mamy wspólnych przyjaciół.

Mrugnęłam, by zwalczyć uczucie rozczarowania, które nagle mnie ogarnęło, a on dodał:

- Nie mogłem unikać cię w nieskończoność, ale nie sądziłem, że to będzie tak niezręczne.

- Więc wyznajesz zasadę "przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem"? Nikt nie powiedział, że musimy się zadawać, bo mamy wspólnych znajomych. A skoro to dla ciebie niezręczne... - Ruszyłam w stronę drzwi. - Nie musimy tego kontynuować.

- Jezu, Eleno... - Zamarłam, gdy usłyszałam swoje imię w jego ustach. - Czy ty zawsze musisz tak wszystko nadinterpretowywać? Nie to miałem na myśli.

- To co?

- Że powinniśmy zacząć od nowa. - Podszedł do mnie, wyciągając rękę w moją stronę. - Louis Benoit. A w zasadzie to Louis Thomas Benoit.

Posłał mi uśmiech, a ja ledwie byłam w stanie unieść rękę do przywitania.

- Elena Last. A w zasadzie to Elena "Zaskoczona" Last. Dlaczego nie przedstawiłeś się pierwszym imieniem?

Mój mózg nie pozwolił mi pozbyć się myśli, że mężczyzna cały czas trzyma moją dłoń. Dodatkowo zaczął gładzić kciukiem jej wnętrze, powodując, że żołądek fiknął mi koziołka. Naprawdę miałam nadzieję, że to nie wina procentów, których zdecydowanie nie powinnam była przyjmować.

- Byłaś roztrzęsiona, a ostatnie czego potrzebowałaś, to informacja, że utknęłaś w piwnicy z... no wiesz, ze mną.

Chciałam wypytać go o tak wiele, jednak gdy otworzyłam usta, wydobyło się z nich głośne czknięcie. Ponowiłam próbę, niestety z tym samym skutkiem.

- Chérie, rozumiem, że jesteś na mnie zła, ale czy mogłabyś przestać na mnie szczekać?

Salwa śmiechu wydobyła się z mojego gardła razem z kolejnym atakiem czkawki. Bolał mnie brzuch, sama nie wiedziałam, od czego bardziej. Louis zbliżył się do mnie. Ewidentnie chciał pomóc, jednak nie przeszkodziło mu to w nabijaniu się z mojej beznadziejnej sytuacji.

- Nabierz głęboko powietrza i wstrzymaj je w płucach - poinstruował, delikatnie gładząc mnie po plecach. - Wyobraź sobie, że w ustach masz najkwaśniejszą cytrynę na świecie, a gdy poczujesz, że zaraz się udusisz, wypuść powietrze, mówiąc jednocześnie słowo "Zbigniew". Głośno i z przepony.

- Zbi... hip... gniew? - Spojrzałam na niego jakby zwariował, jednak on był całkiem poważny.

- Tak, zaufaj mi.

Nieco sceptycznie spełniłam jego prośbę. Byłam niemal pewna, że Louis robi sobie ze mnie jaja, jednak ku mojemu zdziwieniu czkawka ustała.

- O rany, dziękuję, to było okropne - powiedziałam z ulgą. - Już na zawsze będziesz dla mnie facetem, który uratował mnie przed czkawką.

- A ty zawsze będziesz dziewczyną, która obszczekała mnie na pierwszej randce.

17

Godzinami rozmyślałam nad niespodziewanym spotkaniem z Louisem i sytuacją z motocyklistą, który za mną łaził. Dwa dni temu byłam niemal pewna, że to ta sama osoba. To było jedyne sensowne wyjaśnienie. Najwidoczniej moje życie miało z logiką niewiele wspólnego. Coś na kształt kaca po wczorajszym wieczorze wcale nie pomagało w przemyśleniach. Głowa pękała mi tak, jakby ktoś ładował w nią tonę gwoździ.

Louis wspomniał o ponownym spotkaniu. Czy to mogła być randka? Bałam się nieznanego i wolałam wiedzieć, na czym stoję. Głos rozsądku przedzierał się przez mgłę fiksacji. Dlaczego właściwie mnie to obchodziło? Byliśmy dwójką nieznajomych, których łączyli tylko wspólni przyjaciele i jedna bardzo szczera rozmowa. Nic więcej. Jednak nie potrafiłam pozbyć się natrętnych myśli i zamiast głowić się przez kilka kolejnych dni, złapałam za telefon i wystukałam wiadomość:

Elena: Randka?

Całe szczęście, że wymieniliśmy się numerami pod koniec gali, która finalnie tylko częściowo okazała się klapą.

Louis: Dzień dobry, Eleno.U mnie dobrze, a co u Ciebie?

Elena: Ale ze mnie chamka, wybacz. To jeszcze raz: Dzień dobry. Wnioskuję, że się nie wyspałeś, bo jesteś irytujący bardziej niż ostatnio. To jak, odpowiesz mi? Miłego dnia! :)

Wiadomość zwrotna przyszła niemal natychmiast.

Louis: Pytasz o moje słowaczy rzucasz propozycję? :)Miłego dnia, piękna niewiasto.

Miałam wrażenie, że Louis pisze to, co chcę przeczytać i niekoniecznie mi się to spodobało. Fakt numer jeden: był przystojny. Fakt numer dwa: jakaś nieznana siła ściągała moje myśli w jego kierunku. Ale to i kilka słodkich słówek nie wystarczyło, bym oszalała z miłości. Już nie.

Elena: To nie była propozycja.

Louis: To może czas najwyższy to zmienić? Ja zacznę. Weekend Ci pasuje?

Elena: Zastanowię się.

Nie zdążyłam odłożyć telefon, gdy ten ponownie się rozdzwonił .

- Co tam?

- Hej, maleństwo. Jak się czujesz? - W słuchawce rozbrzmiał głos Carol.

- Po atrakcjach, jakie mi zaserwowaliście, mogło być gorzej. - Nie chciałam zaczynać rozmowy z przyjaciółką od wyrzutów, ale było już za późno. - Jest dobrze, ale czemu mam wrażenie, że twoje pytanie ma drugie dno? - zapytałam równie słodkim tonem, śmiejąc się pod nosem.

Przełożyłam telefon do drugiego ucha i wolną ręką zaczęłam nasypywać płatki śniadaniowe do miski.

- Bo ma - przyznała po chwili. - Wytrzymasz podróż samochodem? Chciałam zabrać cię na małą wycieczkę.

Ostatnio czułam się świetnie, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że nie wyskoczyłabym z pędzącego auta podczas jazdy.

- Dokąd dokładnie?

- Oj, no weź. Obiecuję, że będziemy robić częste przerwy, a ja będę jechać przepisowo. Czekaj, czekaj... Co powiedziałaś?

- Pytałam, dokąd mnie zabierasz - powtórzyłam, zalewając moje śniadanie mlekiem i kierując się z nim do stołu. Odpowiedziała mi cisza. - Jesteś tam, blondi?

- Tak, tak, zawiesiłam się, sorka.

- To dokąd ta wycieczka?

- Do Granby.

- Super, a gdzie to jest? - Nie kojarzyłam tej nazwy, więc pewnie była to jakaś malutka mieścinka gdzieś za San Diego.

- Pięćdziesiąt pięć mil od Denver.

- Denver? TEGO Denver?

Włożyłam porcję płatków do ust tylko po to, żeby zaraz wypluć je na stół. Nie chodziło o rewelacje, jaką sprzedała mi Carol, a może nie tylko o to. Ich smak był dziwny. Popędziłam do kuchni, a tam odkryłam, że przez pomyłkę nasypałam sobie do miski kociej karmy.

- Kuuurna - jęknęłam.

- Oj, nie dramatyzuj. To tylko piętnaście godzin jazdy. Przyda nam się babski wypad. Po drodze możemy zaliczyć Las Vegas...

Przyjaciółka rozpoczęła swój monolog, a ja miałam ochotę wydalić swoje wnętrzności z obrzydzenia. Pobiegłam do łazienki i zaczęłam zawzięcie szorować zęby, co chwilę grzecznie przytakując.

- No to jeszcze raz. Mówisz o Denver w Kolorado? Po co właściwie chcesz tam jechać? - zapytałam, gdy tylko wyplułam resztkę piany.

- Muszę odebrać Adama. Imbecyl wybrał się na męski wypad, zachlał pałę i reszta ekipy wróciła bez niego.

Jakoś nie potrafiłam wyobrazić sobie poważnego męża mojej przyjaciółki, który imprezuje z kumplami bez opamiętania. On i Carol byli jak ogień i woda, i nikt nie potrafił zrozumieć, jakim cudem tworzą tak dobrze dobrane małżeństwo.

- Kiedy ruszamy?

Wizja tej wyprawy napełniała mnie ekscytacją. Wieki temu opuszczałam granice Kalifornii, bezpieczne San Diego. Jednak zdecydowanie chciałam je przekraczać, zwłaszcza w głowie.

- Jutro. Muszę zrobić zakupy. Nie pokażę się w Vegas w ciuchach, które już miałam na sobie.

Prychnęłam, ale doskonale rozumiałam, co przyjaciółka ma na myśli. Umówiłyśmy się w Westfield UTC, moim ulubionym centrum handlowym, i zakończyłyśmy naszą rozmowę.

Cztery godziny później siedziałyśmy przy fontannie, obładowane po brzegi reklamówkami i popijałyśmy bubble tea z plastikowych kubków.

- Nie mów mi, że nagle obleciał cię strach - zagadała przyjaciółka, bacznie lustrując moją zamyśloną minę.

- Nie - przyznałam po dłuższej chwili. - Po prostu nie planowałam tego wyjazdu i czuję się z tym odrobinę niekomfortowo.

Carol przysunęła się do mnie i objęła mnie ramieniem.

- Będzie ci lepiej, jeśli powiem, że ja zrobiłam to za ciebie?

- Co masz na myśli?

Przyglądałam się, jak grzebie w swojej ogromnej torbie i wyciąga z niej plik kartek.

- Zaplanowałam wszystko.

Z niedowierzaniem przejrzałam skrupulatny plan podróży. Ta wariatka czerwonym kółkiem zaznaczyła nawet toalety na trasie! Byłam pod niemałym wrażeniem.

- Zdążyłaś to ogarnąć w tak krótkim czasie? - zapytałam oszołomiona, oglądając zdjęcia pokoju, w którym miałyśmy nocować w Vegas.

- Zabijesz mnie, jeśli powiem, że zaczęłam to ogarniać w zeszłym tygodniu, gdy tylko Adam powiedział mi o swoim wyjeździe? Znam męża, spodziewałam się takiej sytuacji. Uznałam, że postawienie cię przed faktem dokonanym będzie najlepszym pomysłem.

Nie mogłam być na nią zła. Carol naprawdę się postarała, by nasza wycieczka przebiegła dla mnie bez większych stresów. Poza tym cieszyłam się, że spędzę z przyjaciółką więcej czasu.

- Tym razem ci się upiecze - zaśmiałam się. - Masz dla mnie kopię?

- A czy Ziemia jest okrągła? Oczywiście, że mam!

Dokończyłyśmy napoje i zmęczone skierowałyśmy się w stronę samochodu, omawiając po drodze szczegóły wyjazdu.

- Cholera! Na śmierć zapomniałam o mojej pracowni! - wypaliłam, wkładając zakupy do bagażnika. - Jutro mieliśmy zacząć remont.

- O tym też pomyślałam. - Carol błysnęła w moją stronę idealnym uśmiechem. - Bastien zgodził się mieć oko na ekipę remontową, a my mamy odpocząć i wrócić z naładowanymi bateriami oraz nowymi pomysłami w głowach.

Ogarnęło mnie wzruszenie, którego nie byłam w stanie powstrzymać.

- Czym ja sobie zasłużyłam na tak wspaniałych przyjaciół?

- Słońce, ty też jesteś wspaniała, tylko czasem o tym zapominasz.

18

- Uważajcie na siebie - szepnął mi Bastien do ucha. - Ładujcie telefony i przywieźcie mi jakąś pamiątkę.

- Dobrze, tato - zażartowałam. - Szkoda, że nie jedziesz z nami.

Jeśli ta wycieczka nie okaże się dla mnie zbyt wielkim wyzwaniem, musieliśmy zaplanować podobną we trójkę.

- Ktoś musi ogarniać ten burdel na kółkach pod waszą nieobecność - wtrącił się Nico i przytulił narzeczonego, który wyglądał tak, jakby za moment miał się rozpłakać. - No już, zmiatajcie, bo ten wariat zaraz się rozmyśli i zamknie was tu na klucz.

Zeszłyśmy przed apartamentowiec w wyśmienitych nastrojach. Zapakowałam bagaż podręczny na tylne siedzenie czerwonego range rovera evoque, a sama zajęłam miejsce z przodu. Carol dołączyła do mnie po chwili i uruchomiła pojazd. Byłam spokojna, wszystko miałyśmy pod kontrolą.

- Czyją playlistę puszczamy najpierw? - zapytała, ruszając spod apartamentowca.

- Skąd wiesz, że mam specjalną playlistę?

- Bo nie znam cię od wczoraj? I nawet wiem, co na niej masz.

Odblokowałam telefon i zaczęłam przeglądać skrupulatnie ułożoną składankę.

- Dobra, jeśli zgadniesz trzech wykonawców, stawiam ci obiad.

- Taylor Swift, Harry Styles i pewnie jakieś francuskie smęty.

Spojrzałam w jej stronę z otwartą buzią, ale nie miałam zamiaru dać za wygraną.

- Nie znam tych ostatnich, dobrzy są?

- Oj, no wiesz, co mam na myśli. Ani to nie wprawia w pozytywny nastrój, ani tekstu chwytliwego nie ma. Już ja ci pokażę prawdziwą muzę.

Kliknęła coś na wielkim ekranie na desce rozdzielczej i po chwili wnętrze samochodu wypełniły dźwięki piosenki, którą słyszałam pierwszy raz w życiu.

- Tiësto, Escape me - wyjaśniła i zaczęła fałszować razem z wokalistką.

Gdy w końcu dotarła do refrenu, ryknęłam takim śmiechem, że słyszeli mnie pewnie w tej zakichanej dziurze w Kolorado.

- To jest ambitny tekst, nie ma co - sarknęłam, pokładając się z rozbawienia i z trudem łapiąc powietrze.

- Nieważny tekst, ważne, że buja.

- Taylor też buja - oburzyłam się.

- Taaa, buja. W stronę otwartego okna na piętnastym piętrze. Don't blame me, your love made me crazy - zaśpiewała, nie trafiając w praktycznie żadną nutę. - Przecież to brzmi jak wyznanie dziewczyny z syndromem sztokholmskim.

- Millenialsi są dziwni - zauważyłam po chwili. - I mają beznadziejny gust muzyczny.

- A pokolenie Z jest lepsze? Bujacie w obłokach.

- Nieprawda!

- Słońce, to nie ja śpię w zniszczonej koszulce z pierwszego koncertu solowego Harry'ego Stylesa i nie traktuję jej jak największy na świecie skarb. Poza tym idealizujecie miłość. A ta cała Taylor jest na to żywym dowodem. Piosenka o uzależnionej kobiecie? Uzależnionej od faceta? Litości. Przecież to nie są zdrowe wzorce.

- Jesteś romantyczna jak pingwiny na Alasce - stwierdziłam. - Jakim cudem tyle lat udało ci się wytrwać w szczęśliwym małżeństwie?

- Szczęśliwym małżeństwie, a nie symbiozie, mała. To jest zasadnicza różnica.

- Dobra, puszczę ci coś, co na bank cię rozbuja.

Na liście znalazłam cover jednej z moich ulubionych piosenek - Papaoutai w wykonaniu Natalii Nykiel.

- Nie rozumiem ani słowa. Powiedz, że laska śpiewa o dragach, imprezie i dobrej zabawie.

Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy Carol zaczęła nucić refren.

- Mniej więcej.

Jakoś nie miałam serca, by powiedzieć jej, o czym naprawdę jest ta piosenka. Czasem niewiedza bywa złotem. A w tym wypadku na pewno. Rozłożyłam się wygodnie - na tyle, na ile pozwalały mi pasy bezpieczeństwa - i spróbowałam się zrelaksować. Z takim planem nic nie mogło pójść nie po naszej myśli.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy życie boleśnie zweryfikowało mój optymizm. Jechałyśmy sławną sześćdziesiątką szóstką, a wszędzie, gdzie sięgał wzrok, rozciągały się jedynie pustkowia. Nie miałam sił, by cieszyć się malowniczymi widokami, bo pęcherz postanowił dać o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Złapałam za plany Carol, które od początku podróży czekały na swój moment w schowku, i zaczęłam dokładnie analizować mapę.

- Jakiś problem? - zapytała przyjaciółka, na sekundę odwracając wzrok od drogi.

- Tak, natury fizjologicznej - mruknęłam. - Szukam na mapie toalety.

- Powinnyśmy dojeżdżać do Amboy, tam mają stację benzynową. Jeśli nie chcesz wystawiać tyłka na pożarcie kojotom, to musisz wytrzymać.

- Chyba nie mam wyjścia - odpowiedziałam, lecz po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez nią słów. - Tu są kojoty?!

Pełny pęcherz wyprowadzał mnie z równowagi, a śmiech Carol jeszcze bardziej pogłębił uczucie zdenerwowania. Ciepły wiatr wdzierał się przez otwarte szyby do wnętrza pojazdu, nie dając nawet chwili ukojenia. Wzięłam do ręki telefon, uznając, że jeśli zajmę czymś myśli, uda mi się dotrwać do tego przeklętego Amboy, mieściny na zadupiu, zapomnianej nawet przez samego Boga. Na wyświetlaczu pojawiły się upragnione dwie kreski zasięgu. Otwarłam służbową skrzynkę mailową - nie spodziewałam się lawiny wiadomości, ale nie chciałam, by ktoś musiał czekać na odpowiedź dłużej, niż było to konieczne. Niemal natychmiast tego pożałowałam. Ciśnienie skoczyło mi tak bardzo, że miałam wrażenie, że za moment się uduszę, a z uszu buchną mi kłęby gorącej pary. Otworzyłam jedyną wiadomość, znajdującą się w skrzynce, łudząc się, że to jakiś dziwny zbieg okoliczności. Niestety, nie tym razem. Szybko prześledziłam treść maila, czując narastający gniew.

Szanowna Pani Last,gratuluję założenia firmy. Niestety będąc na ostatniej gali, zauważyłem, że nie dostosowała się Pani do moich rad i wpadła w nieciekawe towarzystwo. Chciałbym porozmawiać z Panią na spokojnie. Czy moglibyśmy spotkać się przy kawie?Proszę o wybaczenie zaśmiecania firmowej skrzynki, ale chyba zgubiła Pani telefon prywatny.Z poważaniemJustin HarrisHarris Development Company

Nie czekając, aż opuści mnie zdrowy rozsądek, szybko i z niesamowitym zapałem wystukałam wiadomość zwrotną. Jeszcze chwila, a telefon stanąłby w ogniu w moich dłoniach.

Szanowny Panie Harris,dziękuję za nadesłaną wiadomość. Niestety nie mogę przychylić się do Pana prośby, ponieważ jest Pan dupkiem i szkoda mi pięknych okładek książek, by wyrażać to przy każdym spotkaniu.Z pańskimi próbami ingerencji w moje życie prywatne mogę jednak coś zrobić. Widzę, że przemawiają przez Pana silne emocje. W załączniku wysyłam kontakt do świetnego specjalisty, który powinien sobie z tym poradzić.Z poważaniemElena LastCmoknij Mnie w Dupę Company

Wściekła wrzuciłam komórkę z powrotem do plecaka. Nie chciałam mieć z Justinem nic wspólnego. Zablokowałam jego numer i maila na prywatnej skrzynce pocztowej, jednak to najwyraźniej nie wystarczyło. Znalazł sposób, by denerwować mnie nawet na wakacjach. Zamknęłam oczy i zaczęłam odliczać od stu w dół, by nie zamienić się w karabin maszynowy i nie zacząć rzucać wulgaryzmami. Gdy byłam przy pięćdziesięciu, poczułam, że samochód się zatrzymał. Uchyliłam powieki i niemal parsknęłam śmiechem. Amboy okazało się dziurą zabitą dechami, nie było tu kompletnie nic, nie licząc typowego amerykańskiego motelu i prowizorycznej stacji benzynowej z jednym dystrybutorem i niewielkim sklepikiem. Wystrzeliłam z samochodu jak torpeda, modląc się, by mój pęcherz okazał się silniejszy niż psychiczna równowaga. Wpadłam do sklepiku, rozglądając się dookoła.

- Toaleta? - zapytałam starszego mężczyznę, który siedział przy kasie.

- Nie ma - rzucił od niechcenia, nie odrywając wzroku od gazety.

- Jak to nie ma?! - Ton mojego głosu stał się niewyobrażalnie wysoki.

- Nieczynna.

- No chyba sobie pan jaja robi.

Facet w końcu zaszczycił mnie znudzonym spojrzeniem i wrócił do wypełniania krzyżówki. Miałam ochotę podejść do niego, złapać za kołnierz kraciastej koszuli i zdrowo go poszarpać. Uznałam jednak, że więcej ugram grzecznością, więc spróbowałam się opanować.

- Gdzie w takim razie znajdę najbliższą toaletę, może w motelu? - zaświergotałam, przyklejając do twarzy uśmiech, jednocześnie mocno zaciskając zęby.

- Trzeba wykupić nocleg - mruknął i zerknął na mnie, tym razem trochę dłużej, jakby oceniał beznadzieję sytuacji, w której się znalazłam. - Za dwanaście mil jest kolejna stacja benzynowa.

Byłam gotowa go zamordować lub błagać na kolanach, by pozwolił mi skorzystać z nieczynnej toalety. Nie zdążyłam przeanalizować, które z rozwiązań będzie lepsze, bo ramię Carol objęło mnie w talii i wyprowadziło ze sklepu. Miałam ochotę rozryczeć się jak najgorsza beksa.

- Nie ma sensu - powiedziała, jakby myślała dokładnie o tym samym. - Odjedziemy kawałek i staniemy gdzieś na poboczu.

Pokiwałam głową i szybko zajęłam miejsce pasażera. Carol ruszyła niemal z piskiem opon. Pięć minut później stanęłyśmy na poboczu, przy którym nie rósł ani jeden cholerny krzaczek.

- No i co teraz? - zapytałam zrezygnowana.

- No jak to co? Ściągaj gacie i sikaj. Tu jest tak cicho, że nadjeżdżający samochód będziemy słyszeć z odległości pięciu mil.

Miałam ochotę się popłakać. Przyjaciółka chyba zauważyła moje zdenerwowanie, bo po chwili dodała:

- Nie ma udanej wycieczki bez sikania w krzakach.

Carol bez skrupułów zsunęła spodnie i kucnęła w pozycji skoczka narciarskiego.

- A widzisz tu gdzieś krzaki? - fuknęłam, ale kawałek dalej poszłam w jej ślady, wypinając pośladki na pastwę losu.

Ulga, którą poczułam, była nie do opisania, miałam ochotę skakać z radości.

- Nie panikuj i nie patrz w prawo! - krzyknęła nagle.

Mój mózg nie posłuchał. Spojrzałam w kierunku, którego miałam unikać, i zamarłam. Drogą w ślimaczym tempie sunęło auto z dziwnym urządzeniem na dachu. Zrobiło mi się gorąco.

- O ja pierniczę, chyba mam wylew - wydusiłam z siebie.

Chciałam przestać, podciągnąć spodnie i zniknąć, jednak pęcherz zbyt mocno domagał się opróżnienia. Zasłoniłam twarz i czekałam, a sekundy dłużyły się w nieskończoność. Gdy w końcu mi się to udało, auto już dawno nas minęło.

- Czy to był cholerny rejestrator Google Maps?! - zawyłam.

- Być może.

Przyjaciółka zrobiła się fioletowa na twarzy, ja pewnie wyglądałam identycznie.

- Będziemy słyszeć samochód z pięciu mil, tak?!

Podciągnęłam spodnie i złapałam się za głowę.

- Spójrz na to z innej strony. Ludzie z całego świata będą śledzić tę trasę tylko po to, żeby zobaczyć nasze pośladki!

Sytuacja była tak beznadziejna, że nie zostało nic innego, jak tylko się śmiać.

- Jestem pewna, że nie to miał na myśli Bastien, mówiąc o pamiątkach z wakacji.

19

Kilka godzin później dotarłyśmy do Vegas, na szczęście bez kolejnych przygód po drodze. Obawiałam się tego momentu. To miasto tętniło życiem. Moje obawy okazały się jednak niepotrzebne. Już od pierwszych chwil poczułam się tak, jakby Vegas rzuciło na mnie czar. Rozglądałam się z zachwytem dookoła, nie mogąc nacieszyć oczu różnorodnością i pełnią barw.

Walka z moją chorobą była trudna, głównie dlatego, że lęki potrafiły pojawić się zupełnie znikąd w komfortowej sytuacji, a w miejscu takim jak to, w którym nawet zdrowy człowiek mógł czuć się przytłoczony, ja zachowywałam się jak ryba w wodzie. Ciemna piwnica? Bułka z masłem! Koszmarny sen we własnym mieszkaniu? HOUSTON, MAMY PROBLEM! Bardzo starałam się znaleźć zapalnik, który powodował ataki paniki, jednak jak do tej pory mi się to nie udało. Napady pojawiały się coraz rzadziej, więc byłam za to wdzięczna i starałam się cieszyć każdą chwilą, a nie czekać w napięciu na ich nadejście.

Wysiadłyśmy na podziemnym parkingu, wyciągnęłyśmy bagaże i skierowałyśmy się w stronę wind. Obolałe po podróży mięśnie w końcu się rozciągnęły, przynosząc mi ulgę. Wjechałyśmy do holu, gdzie Carol popędziła załatwić formalności, a ja wzrokiem poznawałam wnętrze hotelu, które było urządzone w bieli i złocie. Z sufitu zwisały ogromne, kryształowe żyrandole, a na marmurowej podłodze leżały wzorzyste dywany. Prychnęłam, przypominając sobie Simona, który zawsze uważał, że Las Vegas słynie z kiczu. Musiałam przyznać mu rację, choć ten kicz również miał swój urok. Jedynym elementem niepasującym do wystroju były czarne, nowoczesne urządzenia, które służyły do automatycznego meldowania gości. Od jednego z nich właśnie odchodziła Carol, uśmiechając się od ucha do ucha.

- Marzę o prysznicu - wyznała, gdy w końcu do mnie dotarła. - I o drzemce, ale najpierw prysznic.

- A ja marzę o hamburgerze. - Na potwierdzenie tych słów głośno zaburczało mi w brzuchu.

- Jak w takiej chwili możesz myśleć o jedzeniu, Last? Jesteśmy w Vegas!

- I jeśli to Vegas mnie dobrze nie nakarmi, skreślę je z ulubionych miejsc na ziemi.

- Czyli podoba ci się?

- Może być - odparłam, szczerząc się jak głupia.

- Poczekaj, aż zobaczysz widok z okna. Padniesz trupem!

Zdecydowanie wolałam pozostać przy życiu, jednak słowa przyjaciółki mnie zaintrygowały. Wjechałyśmy windą na odpowiednie piętro i stanęłyśmy przy drzwiach naszego pokoju, które niczym się nie wyróżniały wśród wielu innych w tym hotelu.

- Zamknij oczy - poleciła Carol.

Odetchnęłam głęboko i spełniłam jej prośbę. Na dłoni poczułam dotyk jej szczupłych palców, a po chwili usłyszałam ciche piknięcie. Carol wprowadziła mnie do pomieszczenia i ustawiła w sobie tylko znanym kierunku.

- Dobra, otwieraj - poleciła cicho.

Ostrożnie uchyliłam powieki i niemal zakrztusiłam się powietrzem.

- A niech mnie... - Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.

Jak zaczarowana podeszłam do okna, nie mogąc oderwać wzroku od widoku za nim. Przed sobą miałam... wieżę Eiffla. CHOLERNĄ WIEŻĘ EIFFLA! W VEGAS!

- Chyba mam stupor - szepnęłam, a Carol się roześmiała.

- Nie można go mieć, co najwyżej można w niego wpaść. I nie, stupor to chyba za lekkie określenie twojego stanu, słoneczko.

- Skąd...? Jak...? - Nie mogłam nadążyć za własnymi myślami, które pędziły jak chomik na kołowrotku.

- Ciągle paplasz o tej swojej Francji. Uznałam, że ta część Las Vegas spodoba ci się najbardziej.

- Kocham cię, kocham cię, kocham cię! - wykrzyczałam, rzucając się ze szczęścia na przyjaciółkę. - To jak spełnienie marzeń, a przynajmniej częściowo. Rany, wow.

- I takiej reakcji oczekiwałam! - Wyszczerzyła się, ruszając w stronę łazienki. - Ty zachwycaj się dalej, a ja idę pod prysznic.

Nie mogłam doczekać się wieczoru, gdy wieża przed naszym oknem rozbłyśnie tysiącami malutkich światełek. Cieszyłam się jak dziecko w oczekiwaniu na Gwiazdkę. Musiałam wytężyć wszystkie siły, by się odwrócić i przyjrzeć się pomieszczeniu, w którym się znalazłyśmy. Widziałam je już na zdjęciu w przewodniku stworzonym przez Carol, więc wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać. Pokój był niewielki, ale przyjemnie urządzony. Na stoliku dostrzegłam kartę z hotelowej restauracji. Rzuciłam się na nią jak pantera na diecie i zamówiłam kilka dań z dostawą do pokoju. W końcu opadłam na miękki materac łóżka i pogrążyłam się w myślach. Że też moja choroba mogła pozbawić mnie tak cudownych przeżyć! Byłam sobie wdzięczna za podjęte kilka miesięcy wcześniej decyzje. Aktualnie mój stan był daleki od perfekcji, ale w końcu dostrzegłam światełko w tunelu i mogłam z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Szum wody, dochodzący z łazienki, spowodował, że odleciałam. Gdy ponownie otworzyłam oczy, przez pierwsze sekundy nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. Głośne mlaskanie Carol sprowadziło mnie na ziemię. Dostrzegłam przyjaciółkę, siedzącą przy stole i pałaszującą ze smakiem moje naleśniki, na które miałam cholerną ochotę.

- Smakuje ci moja kolacja? - zapytałam zachrypniętym od snu głosem.

- Przecież gdybyś zjadła te wszystkie pyszności sama, tobyś zapadła w  węglowodanową śpiączkę. Ratuję twoje zdrowie, nie ma za co. Poza tym wisiałaś mi obiad - odpowiedziała z pełną buzią.

- O, jak miło z twojej strony.

Wstałam z łóżka, przecierając oczy. Przez kilka chwil po przebudzeniu, zanim mój mózg zacznie działać na właściwych obrotach, potrafiłam być niezłą jedzą. Chcąc uniknąć kłótni z przyjaciółką, zaspana poczłapałam do łazienki. Wzięłam szybki, chłodny prysznic i od razu poczułam się milion razy lepiej. Gdy wkładałam hotelowy szlafrok, dotarło do mnie, gdzie się znajduję, a chęć opierdzielenia Carol za jedzenie moich naleśników rozpłynęła się w powietrzu. W tym momencie byłam w stanie dorzucić jej jeszcze burgera. Taki nastrój zdecydowanie bardziej mi odpowiadał.

- Smakowało ci? - zapytałam Carol już bez zbędnej uszczypliwości. - Co zaplanowałaś na wieczór?

Bo tego, że mamy jakieś plany, byłam bardziej niż pewna.

- Te naleśniki to raj. Zostawiłam ci jednego - odparła, podsuwając mi pod nos talerz, co przypomniało mi, jak bardzo głodna byłam. Natychmiast rzuciłam się na jedzenie. - A jeśli chodzi o plany, to idziemy do kasyna. Nie ma wycieczki do Vegas bez wizyty w takim miejscu.

- Tak samo jak nie ma wycieczki bez sikania w krzakach? - mruknęłam między kęsami, siląc się na poważny ton, choć miałam ochotę się roześmiać.

- Nawet mi nie przypominaj o tej wtopie. - Podeszła do walizki i zaczęła wyrzucać jej zawartość na dywan. - Jakie to szczęście, że podczas publikacji zamazują twarze. Ta może być? - Wyciągnęła w moją stronę białą sukienkę do ziemi.

- Będziesz wyglądać w niej jak anioł, a skoro ty stawiasz na jasną stronę mocy, ja postawię na tę ciemną.

Przełknęłam ostatni kęs, chwyciłam za swój bagaż i z tajemniczym uśmiechem wyciągnęłam z niego kreację, przygotowaną specjalnie na wieczorne wyjście w Vegas. Jakimś cudem udało mi się zachować ją w tajemnicy aż do ostatniego momentu. Miałam jedynie nadzieję, że przeżyła podróż na wierzchu mojej walizki. Ostrożnie położyłam ją na łóżku, po czym zajęłam się ułożeniem włosów i makijażem. Tym razem postawiłam na lekko przydymione powieki i krwistoczerwoną szminkę. Rudowłosa z La Luz miała wyczucie, bo mimo moich obaw ten odcień pasował do mnie idealnie i na stałe zagościł w odświeżonej kosmetyczce.

Złapałam pokrowiec i skierowałam się do łazienki. Zaczęły targać mną wątpliwości. Sukienka miała być kolejnym elementem autoterapii, nie byłam jednak pewna, czy jestem na ten krok gotowa.

- Dobra, El, jeśli nie spróbujesz, to się nie przekonasz - westchnęłam i rozsunęłam zamek w pokrowcu. - Dasz radę.

Założyłam ją przez głowę, przedzierając się przez kolejne warstwy tiulu i satyny. Zamknęłam oczy i drżącymi dłońmi dotknęłam marszczeń na dekolcie. Wzięłam głęboki wdech, razem z nim próbując pochłonąć spokój, którego pragnęłam. Uchyliłam powieki i przejrzałam się w lustrze. Z przodu sukienka była całkowicie w moim stylu. Delikatnie rozkloszowany dół kreacji byłby zupełnie normalny, gdyby nie wycięcie w wewnętrznej satynie. Gdy się poruszałam, moją prawą nogę otaczał jedynie prześwitujący tiul. Bosko. Jednak gdy się odwróciłam, oczy niemal natychmiast mi się zaszkliły. Nagle plecy zdobiły jedynie dwa cienkie paski, które utrzymywały przód sukni w miejscu. Tej nocy miałam pokazać światu prawdziwą Elenę Last. Elenę, nad którą jej kompleksy i przeszłość nie miały władzy.

- Czas na próbę generalną - powiedziałam cicho, dodając sobie otuchy, i pewnym krokiem wyszłam z łazienki z wysoko uniesioną głową.

Carol na mój widok zamarła, wkładając czerwoną szpilkę. Nie powiedziała ani słowa. Wpatrywała się we mnie osłupiała. To było tak do niej niepodobne, że na mojej twarzy pojawił się szczery, lekko zdenerwowany grymas.

- Teraz to ja mam stupor - wydusiła w końcu. - Jasna cholera, wyglądasz olśniewająco.

- I chyba właśnie znalazłyśmy nasze wspólne powiedzonko. - Mój uśmiech stał się śmielszy.

Caroline podeszła do mnie i obejrzała mnie od góry do dołu. Zamarłam, gdy zerknęła na moje plecy, jednak zdawała się nie zauważać drobnych blizn, które znaczyły moją skórę. Jej oczy błyszczały w niemym zachwycie. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że problem istnieje wyłącznie w mojej głowie. Z większą dozą pewności siebie włożyłam czarne sandałki, skropiłam szyję perfumami i byłam gotowa do wyjścia.

Kasyno znajdowało się w budynku hotelu, więc już po kilku minutach byłyśmy na miejscu. Elegancko ubrani ludzie siedzieli przy setkach kolorowych maszyn i stołów do gry. Ich stroje nie pasowały do wielobarwnych światełek i wesołych melodyjek, które płynęły dosłownie z każdej strony. Zaciekawiona przyglądałam się twarzom gości. Na każdej malowało się skupienie i nadzieja, jakby sądzili, że ich szare życie w końcu nabierze barw. W tłumie zauważyłam coś, co przyciągnęło moją uwagę. A właściwie kogoś, kogo za nic w świecie nie spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu. Nie wiedziałam, czy to rzeczywistość, czy psikus ze strony mojego umysłu, ale musiałam się o tym przekonać.

- Zmiana planów - rzuciłam, ciągnąc przyjaciółkę za rękę i podążając za tajemniczą parą prosto do wyjścia z hotelu.

20

- Mówię ci, to była Bridget. I to w towarzystwie jakiegoś oblecha! - krzyknęłam bliska płaczu.

Jasne, moja matka miała prawo ułożyć sobie życie, jednak dla mnie to było za dużo. Cały czas starałam zachować w pamięci nikłe strzępki wspomnień z moimi rodzicami w roli głównej. Gdy zobaczyłam ją z innym mężczyzną... zabolało. Tym bardziej że wiedziałam, jak bardzo zakochani w sobie byli rodzice. Bridget była zupełnie innym człowiekiem w obecności swojego męża, a gdy go zabrakło, stała się zimna i wyniosła.

- Wytłumacz mi, jakie są szanse, że to była właśnie ona? - westchnęła zrezygnowana Carol, która powoli traciła do mnie cierpliwość. - Co miałaby tu robić?

- A bo ja wiem? - mruknęłam, rozglądając się dookoła. Niestety, intensywnie czerwona sukienka zniknęła z zasięgu mojego wzroku. - Może pieprzyć się ze swoim gachem? O ile jeszcze wszystko działa u niego jak należy. Ten koleś miał ze sto lat!

- Czy ty aby trochę nie przesadzasz? W San Diego nie spotkałaś matki od miesięcy, a w Vegas napatoczyłaś się na nią przy pierwszej lepszej sposobności? Przecież to niemożliwe. Poza tym pieprzyć się można wszędzie.

Zatrzymałam się gwałtownie i wzięłam kilka wdechów. Odepchnęłam od siebie wizję mojej matki ujeżdżającej nowego faceta i otrząsnęłam się z zażenowania. Fuj.

- Wiesz, gdzie moi rodzice się poznali? Gdzie wzięli ślub? Zgadnij.

- O nie... - Do Carol w końcu dotarły moje obawy.

- Właśnie! O NIE! Pomożesz mi w końcu jej szukać?

- Eleno? - Jak zaczarowana odwróciłam się w stronę melodyjnego głosu, który doskonale znałam. - Co ty tu robisz?

W drzwiach klubu, przy którym stałyśmy, pojawiła się Bridget, trzymająca pod ramię starszego mężczyznę, od którego biła elegancja. Mimo swojego wieku był przystojny, a uśmiech, który rozpromienił jego twarz, mógł powalić na kolana niejedną sześćdziesięciolatkę. I moją matkę najwyraźniej.

- Mogłabym zapytać o to samo - wycedziłam przez zęby, przyklejając do twarzy sympatyczny wyraz. Mimo wszystko postanowiłam być uprzejma i nie przynieść rodzicielce wstydu przed jej znajomym. - Jestem na wycieczce z przyjaciółką - powiedziałam już głośniej, tak by mnie usłyszała.

- Co za niespodzianka! - Bridget odkleiła się od mężczyzny, podeszła do mnie i ucałowała powietrze wokół moich policzków. - Proszę, poznaj...

- Hugo - przedstawił się mężczyzna, wyciągając w moją stronę dłoń, którą po chwili wahania niechętnie uścisnęłam.

- Elena.

- Wiele o tobie słyszałem. - Uśmiechnął się tak radośnie, że nie mogłam nie poczuć do niego choć odrobiny sympatii.

- Chciałabym powiedzieć to samo, ale mama - spojrzałam na Bridget z ukosa - trzymała pana istnienie w tajemnicy. Przepraszam na moment.

Poczułam, że moje oczy zachodzą łzami. Odeszłam kawałek, odwróciłam się tyłem i chciałam dyskretnie się ich pozbyć, intensywnie mrugając. Wzdrygnęłam się, gdy ciepła dłoń zaczęła gładzić moje odkryte plecy.

- Dziecko... Twoje plecy...

Odwróciłam się i spojrzałam prosto w błękitne oczy, takie same jak moje. I tak samo pełne łez. Bridget nigdy nie widziała moich blizn. Nie powiedziała nic więcej, nie musiała. Z jej twarzy odczytałam wszystko, co chciałam usłyszeć. Niepewność, strach, smutek i może nawet odrobinę miłości do jedynej córki. Przyciągnęła mnie do siebie i mocno przytuliła. Na ten moment czekałam od prawie trzech lat. Na chwilę, w której Bridget w końcu zachowa się jak na matkę przystało i okaże choć odrobinę emocji. Wtuliłam się w jej szyję i nie próbowałam już powstrzymać łez, które płynęły strumieniem po rozgrzanych policzkach. Stałyśmy na środku Las Vegas, w pięknych sukniach, wtulone w siebie, i płakałyśmy. Może i wyglądałyśmy jak kompletne kretynki, ale miałam to gdzieś. Cieszyłam się jej bliskością i okruchem zrozumienia, którą właśnie mi dawała. Nigdy nie spodziewałabym się, że to właśnie widok moich blizn skruszy lód między nami.

- Cieszę się, że jest ci lepiej - szepnęła po chwili, ocierając kciukiem łzy z moich policzków. - I przepraszam.

- Bridget Lamieux przeprasza? - zaśmiałam się przez łzy.

- Nie bądź wredna, Eleno - upomniała mnie, ale na jej twarzy również pojawił się delikatny uśmiech.

- Poinformujesz mnie, jeśli będziesz chciała wziąć ślub, prawda? - wypaliłam nagle, wizualizując swoje obawy.

- Tak jak ty poinformowałaś mnie o zmianie nazwiska? - Cholera. - Last brzmi pięknie. Pasuje do ciebie. I nie, nie mam zamiaru brać ślubu.

W końcu mogłam odetchnąć z ulgą. Podeszłyśmy do Hugona i Carol, którzy obserwowali nas pogrążeni w rozmowie. Byłam im wdzięczna za to, że dali nam chwilę prywatności.

- Mamo, to jest Caroline. Carol, moja mama Bridget - przedstawiłam obie kobiety, a one serdecznie się uściskały.

Mama przyjrzała się mojej przyjaciółce z zaciekawieniem. Byłam pewna, że wiedziała, kim jest, jednak nie skomentowała tego w żaden sposób. Klasa Bridget Lamieux. Największą gwiazdą zawsze była ona.

- Może zjecie z nami kolację? - zaproponował Hugo.

O nie. Potrzebowałam czasu, by zaakceptować obecny stan rzeczy. Nie chciałam siedzieć z matką oraz tym mężczyzną przy jednym stole i patrzeć na ich miłość. Moja mina musiała doskonale odzwierciedlać moje obawy, bo do akcji wkroczyła Carol.

- Bardzo chętnie, ale mamy rezerwację w... Olimpie - wypaliła, naprędce podając nazwę klubu, przed którym staliśmy.

- Ale jestem pewna, że złapiemy się w San Diego - dodałam szybko, widząc rozczarowanie na obu twarzach.

- Zadzwonię do ciebie - szepnęła mama, ponownie biorąc mnie w objęcia. - Uważaj na siebie.

- Dobrze.

Hugo przez moment wahał się, jakby rozważał, na ile może pozwolić sobie przy pożegnaniu. W końcu uścisnął nam obu dłoń, na co odetchnęłam z ulgą. Nie wiem, jak zniosłabym naruszenie przestrzeni osobistej przez zupełnie obcego człowieka. Po chwili ponownie zaproponował mojej matce ramię, które chętnie przyjęła. Oboje niespiesznym krokiem ruszyli zatłoczoną ulicą Las Vegas, a my skierowałyśmy się ku wejściu do klubu.

- Eleno? - usłyszałam jeszcze głos Bridget.

Odwróciłam się w ich stronę i spojrzałam na nią pytająco.

- Wyglądasz olśniewająco.

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i razem z przyjaciółką zaczęłam wspinać się po kamiennych schodach, prowadzących do Olimpu.

- W sumie nie dziwię się Bridget - odezwała się nagle Carol. - Ten facet jest całkiem do szturchnięcia.

- Boże, jesteś obrzydliwa.

- Nie "Boże", tylko "Bogini" - powiedział facet, który zmaterializował się przy drzwiach. - W tym Olimpie Zeusa nie wspominamy.

Mężczyzna puścił do nas oko. Był ubrany... no cóż, bardzo oryginalnie jak na ochroniarza. Miał na sobie coś na kształt za dużego, białego T-shirtu, który sięgał mu do kolan. Przepasany był jedynie czerwonym skrawkiem materiału, który biegł na skos jego tułowia. Całość uzupełniały rzemienny pas i sandały. Wyobraziłam sobie, jak biegnie w tym stroju interweniować w bójce, i musiałam nieźle się wysilić, by powstrzymać śmiech.

- W takim razie kto tu rządzi? - Carol perfekcyjnie podjęła grę ochroniarza, robiąc do niego maślane oczy.

- Bogini Eris, oczywiście! A jeśli wam się poszczęści, spotkacie też Hebe i Nemezis. Powinny się kręcić gdzieś w pobliżu. Zapraszam, drogie panie.

Mężczyzna otworzył przed nami złote drzwi.

- Podoba mi się to przedstawienie - szepnęła przyjaciółka. - W sypialni często z Adamem...

- Nie, błagam, oszczędź mi tego - przerwałam jej w samą porę. Naprawdę nie chciałam wiedzieć nic o  pożyciu małżeńskim przyjaciółki i jej męża. - Dokąd teraz idziemy?

- Jak to dokąd? Za dźwiękiem muzyki!

Złapałam Carol za rękę, co skutecznie zatrzymało ją w miejscu.

- Uważaj, dobrze? Chyba nie muszę przypominać, jak skończyła się nasza ostatnia wizyta w klubie?

- Nie musisz. Do tej pory głowa boli mnie na samą myśl o tej akcji. - Spojrzała na mnie pełnymi szczerości oczyma. - Jeśli coś będzie nie tak, to się ewakuujemy, obiecuję.

Przytaknęłam i nieco spokojniejsza ruszyłam w ślad za Carol, a gdy zobaczyłam wnętrze klubu, dosłownie oniemiałam z wrażenia.

- Byłyśmy we Francji, a teraz jesteśmy w Grecji! - zawołałam, próbując przekrzyczeć głośną muzykę.

- I za to właśnie kocham Vegas! Widzisz tych barmanów?! Aż nabrałam ochoty na drinka!

Zaczęłyśmy przedzierać się przez tłum, dostrzegając coraz więcej szczegółów.

- Czy to replika Partenonu podświetlana ledami? - zapytałam, gdy tylko dostrzegłam centralną część klubu. - A pod nią siedzi babka na złotym tronie ze skrzydłami?

Gdyby wczoraj ktoś powiedział mi, że na ziemi istnieje takie miejsce, tobym go wyśmiała.

- Ona nimi rusza! - zapiszczała Carol prosto do mojego ucha. - Rusza nimi! O kurwa!

Nie mogłam przestać gapić się na kobietę, która najwidoczniej grała boginię Eris. Nie miałam pojęcia, z czego wykonane są jej skrzydła, ale nagle zapragnęłam ich dotknąć, by poczuć pod palcami miękką fakturę białych piór. Tatuaż w kształcie skrzydeł na plecach, to jest to! - ta myśl spadła na mnie jak grom z jasnego nieba i okazała się genialna. Nie wiem, czy bardziej chciałam zakryć blizny, które tak bardzo rozczuliły moją matkę, czy jeszcze bardziej je wyeksponować. Wiedziałam za to, że pierwszą rzeczą, jaką zrobię po powrocie do domu, będzie poszukiwanie odpowiedniego salonu tatuażu.

- Co podać? - zapytał barman, gdy tylko usiadłyśmy przy barze.

- Macie coś bezalkoholowego?

- A jak bardzo da się pani zaskoczyć? - Posłał mi tak zniewalający uśmiech, że z wrażenia niemal zleciałam z krzesła.

- Bardzo, byle nie alkoholem.

Nie miałam pojęcia, skąd ten nagły przypływ odwagi w moim głosie. Carol również, bo wpatrywała się we mnie, sugestywnie poruszając brwiami.

- Dla mnie to samo - powiedziała przyjaciółka.

Kilka minut później pojawiły się przed nami dwa złote kielichy.

- Co to jest? - zapytałam, wdychając intensywny aromat drinka, który sprawił, że ślinka napłynęła mi do ust.

- Czysta ambrozja, zero alkoholu i odrobina soku truskawkowego. - Mrugnął do mnie i zniknął, by obsługiwać kolejnych spragnionych klientów.

Ostrożnie upiłam łyk, a słodki nektar rozlał się po moich kubkach smakowych, doprowadzając mnie do ekstazy. Nie skłamałabym, gdybym powiedziała, że to najlepszy napój, jaki w życiu piłam. Miałam ochotę zanurzyć się w tej słodyczy i nigdy z niej nie wychodzić. Szkoda mi było oderwać ust, by zapytać przyjaciółkę o jej wrażenia.

Gdy brałam ostatni łyk, na krześle obok mnie usiadła majestatyczna kobieta. Jej suknia była poplamiona i podarta, a włosy miały odcień brudnej zieleni. Szybko pojęłam, że to musi być kolejna aktorka zatrudniona w klubie. Jej śliczna twarz skierowana była w moją stronę, a błękitne oczy wpatrywały się we mnie z troską.

- Co cię trapi, ptaszyno? - zapytała, przeszywając mnie wzrokiem.

- Nic mnie nie trapi, o dziwo.

- Przede mną niczego nie ukryjesz - odparła tajemniczo.

- A kogo grasz, wróżkę z bagien?

Nieznajoma na ułamek sekundy skrzywiła usta.

- Coś w tym stylu.

- Przepraszam, ale naprawdę nie mam nastroju na spowiedź.

- Nie musisz się spowiadać. - Kobieta na chwilę zamknęła oczy i ujęła moją dłoń, przez którą, mogłabym przysiąc, przebiegło ciepło. Wzdrygnęła się nieznacznie, a jej pełne wargi po chwili ozdobił ciepły uśmiech. - Cierpisz, choć zaczynasz na tym panować i naprawdę jesteś na dobrej drodze. Chcesz wieść idealne życie, nad którym będziesz miała pełną kontrolę, prawda? Jej brak cię przeraża.

Przerażona to byłam w tym momencie. Jakim cudem zupełnie obca kobieta potrafiła czytać ze mnie jak z otwartej księgi? Inaczej, powinnam była być przerażona, jednak nie potrafiłam przestać słuchać kojącego głosu, który teraz zlewał się w moim umyśle w piękną i oczyszczającą pieśń. Czy w tym drinku na pewno nie było procentów? Nie miałam najmniejszej ochoty na powtórkę z bankietu i na koszmarny ból głowy, który przywitał mnie następnego dnia.

- Hebe, Nemi! - krzyknęła zielonowłosa, podrywając się z miejsca.

Jej zryw był tak gwałtowny, że podskoczyłam na krześle na dobre pięć cali, tym samym wyrywając się z dziwnego transu, w którym przez moment tkwiłam. Zerknęłam w stronę, w którą spoglądała nieznajoma, i dostrzegłam dwie równie barwne postaci. Jedna z nich była ubrana cała na czarno, druga miała na sobie liliową suknię, za którą byłabym gotowa kogoś poćwiartować.

- Wybacz, muszę porozmawiać z siostrami. Wieki nie widziałam jednej z nich! I zapamiętaj jedno, ptaszyno. - Zrobiła pauzę, patrząc mi prosto w oczy. - W idealnym życiu również znajdzie się miejsce na nieidealne momenty.

Jakaś nieznana mi siła kazała zamknąć powieki i pozwolić podświadomości na pochłonięcie tych mądrych słów. A gdy je otworzyłam, po kobietach nie został nawet ślad.

- Ta babka zdecydowanie jest lepszym psychologiem niż aktorką - szepnęła Carol, nie odrywając spojrzenia od miejsca, w którym przed chwilą stała nieznajoma. - Chociaż muszę przyznać, że jako bagienna wróżka też robi niezłe wrażenie. Skąd oni biorą tych ludzi? Vegas jest jednak pełne wariatów.

21

Olimp był magiczny. Mimo że na początku miałyśmy w planach posiedzieć kilka godzin i grzecznie wrócić do hotelu, finalnie balowałyśmy przez całą noc, a do pokoju dotarłyśmy razem z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Zielonowłosa kobieta, z którą przez chwilę rozmawiałam, okazała się aktorką, która grała skrzywdzoną Afrodytę. Zorientowałam się w tym, gdy owa kobieta rzuciła się z pazurami na tę ze skrzydłami, krzycząc coś o jakimś jabłku. Eris była boginią, która rzuciła jabłko niezgody pomiędzy trzy piękne boginie, tym samym powodując zamęt. Na początku wszyscy w klubie zamarli i z przerażeniem obserwowali walczące kobiety, a gdy dotarło do nich, że to część przedstawienia, salę wypełniły gromkie brawa. Podobał mi się pomysł zaangażowania gości w ten niesamowity spektakl i byłam pewna, że Olimp będzie miejscem, do którego jeszcze powrócę.

Mimo całonocnego szaleństwa nie byłyśmy zmęczone i bardziej z rozsądku niż z potrzeby położyłyśmy się spać. Kilka godzin później, odświeżone, najedzone i przebrane w wygodniejsze ciuchy, ruszyłyśmy w dalszą drogę. Na miejsce dojechałyśmy niewiele po północy.

Celem naszej podróży okazała się prywatna posiadłość Carol i Adama, tuż nad brzegiem jeziora Granby. Akwen był schowany między wysokimi górami, których widok sprawiał, że po plecach przechodziły ciarki. Jeśli miałabym zwizualizować raj, to wyglądałby właśnie tak. Pragnęłam iść spać tylko po to, by rano zobaczyć ten widok w świetle słonecznym.

- Nieźle wyglądasz jak na faceta, który niedawno ostro zabalował - przywitałam się z Adamem, który wyszedł pomóc nam z walizkami.

- Ciebie też miło widzieć, Eleno.

Przeciągnęłam się i rozprostowałam kości. Dla tego miejsca było warto znosić trudy podróży. Zostawiłyśmy mężczyznę, siłującego się z bagażami, i weszłyśmy do wnętrza drewnianej, górskiej chatki. Carol zaprowadziła mnie do malutkiego pokoiku gościnnego, pokazała, gdzie znajduje się łazienka i czmychnęła, by czule (tego byłam pewna!) przywitać się z mężem, który po chwili pojawił się na górze z moimi tobołkami. W walizce, którą przyniósł Adam, znalazłam moje ulubione liliowe dresy i zamknęłam się w niewielkiej łazience. Do wyboru miałam zarówno prysznic, jak i wannę, jednak po chwili namysłu wybrałam to pierwsze. Byłam zbyt zmęczona nawet na stanie pod ciepłym strumieniem wody, ale miałam wrażenie, że moje ciało pokrywała warstwa kurzu i brudu, powstała podczas podróży. Ohyda. W kabinie znalazłam dwa męskie żele pod prysznic. Złapałam za jeden z nich, mając nadzieję, że Adam nie będzie miał mi tego za złe. Skrzywiłam się, gdy dotarło do mnie, że będę musiała umyć nim także włosy. Orzeźwiający aromat, mieszający się z parą wodną, wypełnił szybko całe pomieszczenie, a ja nagle zrobiłam się senna jak diabli. Ubierałam się automatycznie, jak robot, a drogi do łóżka nawet nie zapamiętałam.

Obudził mnie śpiew ptaków, dochodzący zza uchylonego okna. O takich atrakcjach w San Diego mogłam jedynie pomarzyć. To sprawiło, że jeszcze bardziej doceniłam swoje starania, by się tu znaleźć. Klubowa Afrodyta miała rację - wiele nieidealnych chwil doprowadziło mnie do momentu, w którym byłam. To one sprawiły, że poznałam dwójkę najcudowniejszych przyjaciół pod słońcem, którzy stali się moją rodziną. I to dzięki nim dowiedziałam się, jak silna mogę być, i że nie ma na świecie siły, która może zniszczyć mnie doszczętnie.

- Tęsknię za tobą, braciszku - szepnęłam. - Chyba mogę być szczęśliwa, wiesz? Choć bez ciebie to cholernie trudne.

Pokój, w którym spałam, znajdował się na piętrze, więc przetarłam oczy i w pełni wypoczęta postanowiłam zejść na dół w poszukiwaniu przyjaciółki. Zbiegłam po drewnianych schodach i z impetem zderzyłam się z ciałem Adama, wychodzącego z salonu, a przynajmniej tak mi się w pierwszej chwili zdawało. Mężczyzna objął mnie ramieniem, bym od siły uderzenia nie upadła na tyłek. Skołowana uniosłam wzrok i spojrzałam w roześmiane, również nieco zdezorientowane błękitne oczy.

- Louis? - wydusiłam po kilku sekundach.

Nie byłam w stanie się ruszyć, on też nie wykonał żadnego kroku, więc naszych ciał nie dzielił nawet cal, a jego przedramię dalej obejmowało moje plecy.

- Elena? - zapytał, a wesoła mina zastąpiła tę nieco zaskoczoną.

- Caroline, a to Adam - wtrąciła z kpiną przyjaciółka, która krzątała się po otwartej kuchni. - Jeśli już wszystko sobie przypomnieliśmy, możemy usiąść do stołu? Padam z głodu, a te zapachy doprowadzają mnie do szaleństwa.

Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Louis przepuścił mnie w drzwiach z wymuszonym uśmiechem i mogłabym przysiąc, że... powąchał mnie!

- Mogę wiedzieć, dlaczego twoje włosy pachną... mną? - zapytał, gdy znalazł się tuż za mną.

Powiedział to na tyle głośno, że Carol oderwała się od swoich zajęć i oparta plecami o blat oraz z założonymi na piersiach rękami, przyglądała nam się z ciekawością.

A niech mnie piekło pochłonie, jeśli pozwolę mu się zawstydzać w nieskończoność.

- Kochanie... - zamruczałam, odwracając się w stronę Louisa, by zobaczyć jego reakcję. - Po tak upojnej nocy chyba nie mogło być inaczej?

Brwi mężczyzny podjechały do góry, a na jego policzkach pojawiły się czerwone plamy. I cholera, taki zawstydzony również wyglądał obłędnie. Usłyszałam, jak Adam zakrztusił się popijaną właśnie kawą, i nie mogłam powstrzymać mściwego uśmieszku satysfakcji, który pojawił się na moich ustach.

Louis złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie, czego kompletnie się nie spodziewałam.

- Uwierz mi, Chérie - szepnął mi do ucha. - Jeśli spędzisz ze mną noc, określisz ją jako ekscytującą, pełną wrażeń i najlepszą w swoim życiu, a nie jako upojną. A mój zapach będzie nie tylko na twoich włosach.

Wciągnęłam głośno powietrze, czując, jak miękną mi nogi. Przez zdradzieckiego ciało przegrałam tę bitwę, ale przegrać wojny nie miałam zamiaru. Niedoczekanie, panie Benoit.

Mężczyzna jakby nigdy nic cmoknął mnie w skroń i usiadł przy stole, biorąc do ręki tost z dżemem. Z wrednym uśmieszkiem obserwował, jak powoli i zapewne z wypiekami na twarzy zajmuję swoje miejsce przy stole.

A to podły...

Nałożyłam na talerz jajecznicę i każdy kęs przeżuwałam chyba z milion razy, bojąc się, że zakrztuszę się pod wpływem emocji, które we mnie szalały.

- Masz ochotę na wycieczkę, KOCHANIE? - Ostatnie słowo wypowiedział, ledwie powstrzymując się od prychnięcia. - Ta dwójka nie oderwie się dziś od siebie, a ja nie mam zamiaru słuchać przez cały dzień odgłosów ich miłości.

- Jeśli chcesz, zawsze możesz dołączyć - rzuciła lekko Carol, machając widelcem.

Po cichu zazdrościłam jej opanowania w takich sytuacjach.

- Nie obraź się, ale widok twojego tyłka jest ostatnią rzeczą, którą chciałbym dzisiaj oglądać. - Louis bezbłędnie odbił piłeczkę.

- Błagam was - wtrącił się Adam. - Chociaż przy jedzeniu sobie darujcie.

Moja przyjaciółka tylko przewróciła oczami i zabrała się za jedzenie, a ja nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Już na pierwszy rzut oka było widać, że Carol i Louisa łączy piękna przyjaźń. A skoro ktoś utorował sobie drogę do serca tej cudownej kobiety, musiał być równie niesamowity.

Dwie godziny później siedzieliśmy w samochodzie Carol. Jechaliśmy na wycieczkę, której cel znał tylko Louis i jak do tej pory w tej kwestii milczał jak zaklęty.

- Włączysz muzę? - zapytał, nasuwając na nos czarne aviatory.

- Jasne.

Przecież nie mogłam odmówić sobie przyjemności dręczenia go moimi ulubionymi kawałkami, których on na pewno nie słuchał. Otworzyłam playlistę, szukając odpowiedniej piosenki. Przygotuj się na tortury, panie Benoit.

Z głośników popłynęły pierwsze dźwięki Blank Space. Od razu zaczęłam śpiewać i z każdym słowem docierało do mnie, że nie był to najlepszy wybór. Tekst był... cóż, bardzo dosadny, o czym kompletnie zapomniałam. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Tak właśnie kończyło się działanie pod wpływem impulsu. Zaczęłam grzebać w telefonie, chcąc znaleźć coś bardziej odpowiedniego, gdy nagle spojrzałam oniemiała na Louisa, który zaczął śpiewać końcówkę pierwszej zwrotki. I musiałam przyznać, że szło mu zadziwiająco dobrze.

- Myślałaś, że nie słucham Taylor Swift? - zapytał niemal urażonym tonem. - So it's gonna be forever or it's gonna go down in flames... Co, nagle tekstu zapomniałaś?

Z mojej piersi wydobył się pełen niedowierzania śmiech. Nie potrafiłam oderwać wzroku od jego profilu i poruszających się ust. Ten facet był jedną wielką niespodzianką, a rozpakowywanie jej sprawiało mi niesamowitą przyjemność. Nieśmiało zaczęłam śpiewać razem z nim. Przy ostatnim refrenie darliśmy się już wniebogłosy, świetnie się przy tym bawiąc. Ciepły wiatr wpadał przez otwarte okna, rozwiewając mi włosy, a ja czułam się tak, jakbym właśnie grała w cudownym teledysku.

To nie wielkie gesty sprawiają, że serce bije nam szybciej. Robią to najzwyklejsze w świecie rzeczy w towarzystwie odpowiedniej osoby, a to sprawia, że stają się niesamowite. Taki właśnie był ten moment. Moment, w którym uświadomiłam sobie, że albo zakocham się w tym mężczyźnie bez pamięci, albo go uduszę.

22

- Chyba słońce zbyt mocno przyświeciło ci w łeb - mruknęłam, patrząc na drewnianą łódkę, która kołysała się niebezpiecznie na tafli jeziora. - Nie wejdę tam.

- Kto by pomyślał, Elena Last nie potrafi się bawić.

Sarkazm w jego głosie sprawił, że nagle zalała mnie fala odwagi. Nie potrafię? To patrz, bucu.

Ściągnęłam z wieszaka wściekle pomarańczowy kapok i przecisnęłam go przez głowę. Gdy mocowałam się z zapięciem, usłyszałam dźwięk migawki aparatu i rechot Louisa.

- Projektantka mody w kapoku - prychnął, patrząc na zdjęcie, które zrobił przed chwilą. - To kiedyś będzie warte miliony.

- A co, twoje już się kończą? - zapytałam, dbając o to, by ton mojego głosu ociekał udawaną troską i słodyczą. Dla podkręcania efektu słodko, przynajmniej w moim mniemaniu, zatrzepotałam rzęsami. - Teraz musisz bawić się w paparazzo?

- Uduszę cię kiedyś, Last, przysięgam.

Zamrugałam zalotnie i wlepiłam w niego rozmarzone spojrzenie.

- Ja ciebie też, najdroższy.

- Dobra. - Podparł ręce na biodrach i odetchnął głęboko. - Koniec żartów. Wejdziesz w końcu do łódki czy mam cię do niej wrzucić?

Prychnęłam i już miałam powiedzieć, że nie odważy się na tak drastyczny krok, ale nagle znalazł się tuż przy mnie. Złapał moją talię, a mięśnie, tylko częściowo osłonięte krótkimi rękawami białej koszuli, napięły się niebezpiecznie.

- Dobra, już dobra - skapitulowałam, schodząc z pomostu na prowizoryczną drewnianą drabinkę.

Przełknęłam ślinę i zeskoczyłam do łódki, która rozkołysała się niebezpiecznie na boki. Zaczęłam swój dziki taniec przetrwania, balansując całym ciałem. Gdy wymachiwałam rękami na wszystkie strony, próbując odzyskać równowagę, Louis stał przyklejony do drabinki i niewiele brakowało, by ze śmiechu runął do wody.

- Wiesz, że jeśli usiądziesz, to znacznie łatwiej utrzymasz się na pokładzie, prawda? - zagadał, zręcznie wskakując na łódź, która nagle przestała się aż tak bardzo chybotać.

- No, no, aleś ty spostrzegawczy. Nie mogłeś, jak każdy szanujący się, bogaty dupek, zabrać mnie na jacht? - zapytałam żartobliwie, moszcząc się na drewnianej ławeczce i napawając się widokami dookoła nas.

- Wtedy nie miałbym pretekstu, by zrobić to.

- Zrobić co?

Louis ściągnął kapok, a potem koszulkę. Ponownie założyć okulary na nos i zabrał się za wiosłowanie.

- I wszystko jasne - mruknęłam.

Obserwowałam, jak pracuje każdy przeklęty mięsień w jego ciele, i nagle zapragnęłam wskoczyć do wody, byle tylko nie dać po sobie poznać, jak duże wrażenie na mnie zrobił. Zsunęłam na twarz szkła przeciwsłoneczne, które od wyjścia z chatki znajdowały się na czubku mojej głowy, dzięki czemu mogłam się bezwstydnie na niego gapić.

A on niech się zastanawia, czy podziwiam jego, czy malownicze góry.

- Poza tym ani ja nie jestem dupkiem, ani ty księżniczką, której imponują tak powierzchowne gesty.

Kąciki moich ust powędrowały do góry, gdy przypomniałam sobie moje rozmyślania w samochodzie.

- A skoro nie jesteś księżniczką... łap i wiosłuj. Teraz twoja kolej.

Skoro tak chcesz się bawić... Odpięłam kapok i ściągnęłam przez głowę luźną bluzkę, którą miałam na sobie. Pod spodem znajdowała się tylko góra od bikini. Napięłam brzuch, który wypracowałam przez ostatnie miesiące na siłowni Bastiena, i zabrałam się do roboty. To za poranek, teraz mamy remis.

Wpłynęłam do niewielkiej zatoczki i wystawiłam twarz w stronę słońca, odkładając wiosła na miejsce. Przez myśl przebiegło mi, że wieczorem będę cierpieć przez poparzone ramiona, ale chwilowo zupełnie się tym nie przejmowałam. Spojrzałam na mężczyznę rozłożonego przede mną, który już dawno oddał się błogiemu relaksowi. Nie mogłam nadziwić się faktem, że w moich oczach zdawał się czarujący, zabawny, zwariowany i wkurzający, a w oczach Justina był... potworem, skłonnym do robienia paskudnych rzeczy. Jeden człowiek nie mógł mieć podwójnego oblicza, zwłaszcza aż tak skrajnie od siebie różnego.

- Co studiowałeś? - przerwałam błogą ciszę, która nas otuliła.

Louis wyprostował się i szybkim ruchem ściągnął aviatory, dzięki czemu ponownie mogłam podziwiać kolor jego oczu, od którego chyba zaczynałam się uzależniać. Błękit w połączeniu z ciemnymi rzęsami i mocnymi, gęstymi brwiami wyglądał zdecydowanie zbyt dobrze.

- Architekturę. Skąd to nagłe pytanie? - Przygryzłam wargę, uciekając spojrzeniem w bok i intensywnie myśląc nad odpowiedzą. - Daj spokój, Chérie, prawie widzę, jak pracują trybiki w tej ślicznej główce. Po prostu mów, o co chodzi.

No to powiedziałam. Prosto z mostu.

- Znajomy wyznał mi, że na studiach ukradłeś mu projekt, nad którym razem pracowaliście.

Louis zaniósł się śmiechem tak donośnym, że przestraszone ptaki na najbliższym drzewie poderwały się do lotu. Spodziewałam się złości i poirytowania, że wtykam nos w nie swoje sprawy, ale na pewno nie tak szczerego rozbawienia.

- Byłoby to trudne, zważając na to, że studiowałem w Paryżu. Słyszałem wiele ciekawych plotek na swój temat, ale tę chyba lubię najbardziej. Przynajmniej jest zabawna.

Poczułam, jak chmura niepokoju powoli mnie opuszcza. Dlaczego wcześniej tego nie sprawdziłam? Przecież takie informacje można znaleźć w sieci. Być może po prostu nie sądziłam, że zbliżę się do tego faceta na tyle, iż będzie mnie to obchodzić. Poza tym nie miałam powodów, by wątpić w prawdziwość słów Justina, do którego teraz poczułam jeszcze większą niechęć.

- Jak jest w Paryżu? - postanowiłam zmienić temat.

- Tłoczno - powiedział po chwili namysłu. - Wszędzie walają się śmieci, a smród jest tak nieznośny, że człowiek chciałby się znaleźć wszędzie, tylko nie tam.

Mrugnęłam zaskoczona.

- To wcale nie wygląda jak wizualizacja moich marz...

Nie dokończyłam, bo Louis zerwał się na równe nogi, otrzepując wściekle swoje uda. Łódka zakołysała się tak bardzo, że sama musiałam złapać się burty. On takiej możliwości nie miał, więc runął jak kamień w wodę. I to dosłownie. Zimne krople ochlapały moje rozgrzane ramiona, ale nie mogłam oderwać wzroku od miejsca, w którym zniknął Louis. Odetchnęłam z ulgą, gdy sekundę później wynurzył się na powierzchnię.

- Tam był pająk - wyjaśnił, gdy złapał oddech. - Wielki, cholerny pająk! Na mojej nodze!

Rozejrzałam się, sama bałam się tych ośmionogów jak diabeł wody święconej, ale nic nie wzbudziło mojego niepokoju. Już miałam zacząć się śmiać, gdy czarne bydlę wylazło spod ławki i ruszyło w moim kierunku na ohydnych grubych nóżkach. Zaczęłam piszczeć jak wariatka, w panice cofając się na tył łódki, co może nie było najmądrzejszym pomysłem w moim życiu. Drewniane badziewie przechyliło się pod wpływem mojego ciężaru, a ja nie zdążyłam nawet krzyknąć. Otoczyła mnie ciemność. W tym momencie znacznie cieplej pomyślałam o mamie, która w dzieciństwie przymusem wysyłała nas na barbarzyńskie (a przynajmniej wtedy tak myślałam) lekcje pływania. Dzięki nim wiedziałam, co robić w sytuacji takiej jak ta. Zero paniki, czysta kalkulacja faktów i mocne ruchy ramionami, by jak najszybciej wypłynąć i zaciągnąć się tlenem. A ten smakował jak niebo... Otworzyłam oczy i rozejrzałam się, jeszcze nieco zdezorientowana. Tuż przy mnie pojawił się Louis, który dopłynął do mnie w mgnieniu oka.

- Nic ci nie jest? - zapytał przerażony. - Ściągnięcie kamizelek było cholernie nieodpowiedzialne, nawet nie wiem, co by się stało, gdybyś nie potrafiła pływać.

Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać, więc postanowiłam rozluźnić atmosferę. Sytuacja była groźna, ale na szczęście nikomu nic się nie stało, więc nie było sensu psuć sobie nią nastrojów.

- Ale potrafię. - Ochlapałam go strumieniem wody, a on otrzepał się jak pies. - Poza tym mogliśmy zginąć w brzydszym miejscu.

- Pesymistyczna optymistka... - W końcu się zaśmiał. - Jesteś wyjątkowa, wiesz?

Wiedziałam, ale byłam w stanie jedynie pokiwać głową, pochłonięta obrazem, który miałam przed sobą. Włosy Louisa, które zazwyczaj tworzyły artystyczny nieład na głowie, pod ciężarem wody przykleiły się do twarzy, a spod mokrych pasm przebijało się intensywnie niebieskie spojrzenie. Miałam ochotę go pocałować. Być może chciałam sprawdzić, jak smakują jego usta albo po prostu szukałam pretekstu, by odgryźć mu ten niewyparzony jęzor. Oparłam dłonie na jego klatce piersiowej. Louis natychmiast objął mnie ramieniem i przyciągnął jeszcze bliżej, czekając na mój ruch. Przygryzłam delikatnie wargę, odrywając wzrok od błękitu jego tęczówek i skoncentrowałam się na ustach. Mężczyzna pochylił się nade mną, a ja musiałam wytężyć całą swoją silną wolę, by zrobić to, co planowałam od początku.

- Glon ci się przyczepił - powiedziałam, ściągając z jego brody dyndające zielsko.

Miałam ochotę zanieść się śmiechem, gdy zobaczyłam jego minę, lecz zdecydowałam się jedynie na rozbawione spojrzenie. Odsunęłam się od niego i zadowolona z siebie, jak chyba jeszcze nigdy, popłynęłam w stronę brzegu.

Last - dwa, Benoit - jeden.

23

- Powiesz mi, co jest między wami? - zapytała Carol, gdy wieczorem siedziałyśmy na werandzie przed chatką, racząc się orzeźwiającym białym winem. Wersja mojej przyjaciółki zawierała procenty, więc jej ciekawość sięgała jeszcze głębiej niż zazwyczaj. - Odkąd wróciliście, oboje nie przestajecie się uśmiechać.

Przewróciłam oczami i upiłam łyk cierpkiego, zimnego napoju.

- Co jest między nami? Dystans. I oby jak największy.

- Takie bajeczki to mogłaś wciskać mi, gdybym miała pięć lat. - Kobieta z powątpiewaniem uniosła brwi i przyjrzała mi się badawczo. - Albo oboje jesteście ślepi, albo zwyczajnie nie chcecie się przyznać, że na siebie lecicie. O nie...

- Co "o nie"?

- Rose. Idzie tu. Schowaj mnie.

Carol zanurkowała pod stół i jeśli sądziła, że nie było jej widać, to alkohol wpłynął na nią znacznie bardziej, niż myślałam. Spojrzałam w stronę wjazdu na posesję i faktycznie, kamiennym podjazdem szła starsza kobieta w długiej sukni. W ręce trzymała ogromną torbę i nuciła wesoło pod nosem.

- Cześć, Caroline. Widziałam, że przyjechałaś. Czemu siedzisz pod stołem, zgubiłaś coś?

Poza jej godnością? Chyba nic.

Cieszyłam się, że nie powiedziałam tego na głos, by nie pogrążać i tak już czerwonej na twarzy przyjaciółki, która niechętnie wyszła ze swojej kryjówki.

- Cześć, Rose. Dołączysz do nas? - zapytała uprzejmie Carol.

- Nie tym razem, kochaniutka. Przyniosłam wam kilka rzeczy i uciekam na spotkanie. Gdzie postawić?

Poderwałam się z krzesła, by przejąć od staruszki masywnie wyglądającą torbę, której niesienie wyraźnie ją męczyło. Ta uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i z ulgą przekazała mi swoje podarki. Wbiegłam po schodach i położyłam je przy drzwiach, a gdy się odwróciłam z zamiarem przedstawienia się, kobieta była już przy bramie.

- Dziwne - mruknęłam.

- Możesz wierzyć lub nie, ale była to jedna z najnormalniejszych wizyt tej kobiety.

- Kto to właściwie jest?

- Matka dziewczyny, która dogląda chatki pod naszą nieobecność. Wyobraź sobie, że raz przyniosła nam martwą kurę, kazała własnoręcznie obciąć jej łeb i zakopać na posesji, bo ktoś w okolicy źle nam życzy.

Na zewnątrz zaczęło już zmierzchać, klimat idealnie pasował do opowiadania strasznych historii, więc na samą wzmiankę o czymś tak dziwnym poczułam ciarki na całym ciele.

- To jeszcze nic - powiedziała tajemniczo Carol, widząc, że zamilkłam. - Z reszty kuraka kazała zrobić bulion i wypić go podczas pełni księżyca.

- Zrobiliście to? - Byłam szczerze zainteresowana.

- Zwariowałaś? Nie ufam tej babce za grosz. Wolałam nie ryzykować. - Carol ziewnęła i przeciągnęła się na krześle. - Idziemy spać? Znając Adama, ściągnie nas z łóżek skoro świt. Odbija mu, gdy słyszy słowo "wycieczka".

Na kolejny dzień w planach mieliśmy poznać uroki Gór Skalistych i już prawie żałowałam, że się zgodziłam na tę wyprawę. Zdecydowanie nie należałam do rannych ptaszków, a sama wzmianka o wczesnym wstawaniu z łóżka spowodowała, że pod powiekami poczułam piasek. Podniosłam się z krzesła i przepuściłam w drzwiach lekko zataczającą się przyjaciółkę. Odprowadziłam ją do jej sypialni i po chwili leżałam już opatulona kołdrą, jednak gdy tylko zamknęłam oczy, mój umysł zaatakowały obrazy dzisiejszego dnia. Wiedziałam, że sen nie nadejdzie szybko.

Dzisiejsza noc nie należała do udanych. Ziewnęłam i wyjęłam z plecaka bidon. Nie miałam zamiaru ruszać się z chatki bez zapasu wody. Odkręciłam kran i podstawiłam pod niego butelkę.

- Nie radzę. - Louis opierał się o futrynę i przyglądał się moim poczynaniom. - Kto wie, jakie bakterie mieszkają w tych starych rurach.

O tym nie pomyślałam. Przekręciłam butelkę do góry dnem, pozwalając, by jej zawartość wylądowała w zlewie. Mężczyzna podszedł, wyciągnął pojemnik z moich dłoni i sam napełnił go wodą butelkowaną, która stała na blacie. Po chwili to samo zrobił ze swoim bidonem.

- Zabierz bluzę - powiedział, podając mi wodę, którą schowałam do plecaka. - W tych lasach potrafi być zimno.

Miałam na sobie jedynie swój ulubiony strój sportowy, który teraz jakby mniej opinał moją sylwetkę. Spojrzałam na swoje nagie ramiona, po których Louis delikatnie wodził palcem. Dystans, dystans, DUŻO DYSTANSU! Wyjęłam z plecaka bluzę i narzuciłam ją na siebie w pośpiechu, ignorując gęsią skórkę, która pojawiła się na moich rękach.

- Powiedz lepiej, że rozpraszał cię mój widok w samym topie - rzuciłam zadziornie. - Twoja fałszywa troska mnie nie przekonuje.

Louis uśmiechnął się kącikiem ust i gestem zaprosił mnie w stronę wyjścia. Założyłam wygodne buty za kostkę, które pożyczyłam od Carol, i razem wyszliśmy na zewnątrz. Pogoda była idealna na piesze wędrówki. Po błękitnym niebie niespiesznie sunęły białe chmurki, a powietrze było rześkie, nie tak przytłaczające jak wczoraj.

- Słyszałem, że chcesz zrobić tatuaż. - Czy Carol nie potrafiła utrzymać języka za zębami?! Cholerna plotkara! - Chyba znam kogoś odpowiedniego w San Diego.

- Ten pomysł narodził się dopiero w Vegas, chyba nie jestem gotowa...

- Jeśli nie zaczniesz działać, pomysł zostanie jedynie pomysłem - odparł, unosząc brwi. Miałam wrażenie, że rzuca mi nieme wyznanie. - Sam myślę nad tym od lat i powoli zaczynam żałować, że podczas studiów nie dałem się ponieść.

- Mogę zrobić ci projekt - wypaliłam bez namysłu. Szkicowanie sukienek to jedno, ale projekt tatuażu? Czy ja się z głupim na łby pozamieniałam?! - Nie mam doświadczenia, ale może...

- Zgoda - odpowiedział bez chwili namysłu. - Ale pod warunkiem że ja będę mógł dodać drobny akcent do twojego tatuażu - rzucił. - Nic wielkiego - zapewnił mnie szybko.

- Zgoda - powtórzyłam jego słowa, by zaraz potem dotarło do mnie, że to był błąd.

Naprawdę nie chciałam skończyć z wizerunkiem malutkich penisów na plecach, ale ten mężczyzna miał cholerny talent do nakłaniania mnie, żebym mówiła to, co chciał. Już wiedziałam, jakim cudem w tak młodym wieku udało mu się osiągnąć sukces.

- Gotowi? - zapytał Adam, który pojawił się razem z żoną w progu chatki.

Pokiwaliśmy głowami i ruszyliśmy ku przygodzie. Po dwudziestu minutach marszu polną drogą zrozumiałam, że narzucenie na siebie bluzy nie było najlepszym pomysłem, więc ściągnęłam ją z ramion i przewiązałam w pasie. Wędrówka od razu była o wiele przyjemniejsza, choć jak zwykle zapomniałam o kremie z filtrem. Adam idealnie wpasował się w rolę przewodnika, który nadzwyczaj interesująco opowiadał nam ciekawostki o okolicy. Dotarliśmy do uroczej farmy, przy której kilka koni w spokoju żuło trawę. W tym miejscu szlak odbijał w stronę lasu.

- El, chodź tu szybko! - zawołała mnie Carol, której najwidoczniej nie odpowiadało nasze powolne tempo, więc znacznie wypruła do przodu. - Bastien dzwoni!

Podbiegłam do przyjaciółki i oparłam brodę na jej ramieniu, a ona odebrała wideo połączenie.

- Przeleciałaś już Louisa? - wypalił od razu Bastien, a ja miałam ochotę zniknąć i przy okazji zamordować kobietę, która stała przede mną. - O rany, Carol, miałaś rację. Faktycznie jest coś między nimi - powiedział po chwili, tym samym potwierdzając moje domysły.

- Powiedz mi lepiej, jak wygląda sprawa z remontem. - Gorączkowo chciałam zmienić temat, bo Louis z Adamem stali przy nas i doskonale słyszeli każde słowo, co potwierdzały wredne uśmieszki na ich twarzach. - Jak idą prace?

- Doskonale! - krzyknął i przełączył widok kamery.

Gdy zobaczyłam, jak robotnicy wyburzają jedną ze ścian, zrobiło mi się słabo. Nie chciałam zbyt mocno ingerować we wnętrze, które samo w sobie miało swój niepodważalny urok.

- Miały być tylko drobne poprawki! - Pierwszy raz zdarzyło mi się krzyknąć na przyjaciela, który nawet się tym nie przejął.

- Ufasz mi, prawda?

- Tak, ale...

- Nie ma żadnego "ale". Będzie pięknie, obiecuję. A kierownik robót powiedział, że nie ruszy tej ściany, dopóki nie będzie cię od niego dzielić przynajmniej jeden stan.

Teraz zrozumiałam, jaki był prawdziwy powód tej wycieczki.

- Ty wredna małpo, wiedziałaś! - huknęłam na przyjaciółkę.

Moi przyjaciele wymienili między sobą znaczące spojrzenia, a ja nie miałam siły się na nich gniewać. W końcu oboje chcieli dla mnie jak najlepiej i ufałam im bezgranicznie. Postanowiłam odrobinę wyluzować.

- Jeśli nie będzie mi się podobać efekt końcowy, to sami, własnoręcznie, będziecie budować tę ścianę od nowa - zagroziłam.

- O to się nie martw. A jeśli obie żyjecie i macie się dobrze, to ja wracam do pracy. Bawcie się dobrze, zwłaszcza ty, Eleno.

Przy ostatnim zdaniu poruszył zabawnie brwiami, a ja nie potrafiłam zachować powagi. Carol zakończyła połączenie i obie weszłyśmy do lasu, by dogonić mężczyzn, którzy już tam na nas czekali. Ta część wycieczki okazała się znacznie mniej przyjemna. Trasa była stroma i pokryta trawą, na której ślizgały się buty. Po półgodzinie mieliśmy z Louisem dość, w przeciwieństwie do Carol i Adama, którzy byli w swoim żywiole.

- Młodzież nie daje rady? - zakpił Adam, gdy zarządziliśmy przerwę.

Oparłam się o spory głaz, z trudem łapiąc powietrze. Wyjęłam z plecaka bidon i wlałam w siebie całą jego zawartość. Adam rozdał kanapki, które wcześniej przygotował, za co miałam ochotę go uściskać. Chleb z szynką i serem nigdy nie smakował tak dobrze.

- Zostawcie coś na później - powiedziała Carol, widząc, że Louis również osuszył swoją butelkę do cna.

- Już nie ma co zostawiać. - Wyszczerzył się.

- Blablablabla.

Odwróciłam się w stronę Carol, myśląc, że robi sobie z nas jaja. Minę miała poważną i żwawo gestykulowała w stronę Adama. Doznałam szoku, gdy jej mąż odpowiedział w tym samym stylu. Gdy zobaczyłam, że i Louis zamarł, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą, przeraziłam się nie na żarty. Bosko, nadszedł moment, w którym zwariowałam do reszty.

Promienie słońca zaczęły przebijać się przez korony drzew, docierając niemal do samej ziemi. Wyglądało to tak, jakby z ich gałęzi ktoś nagle spuścił iskrzące się wstążki. W życiu nie widziałam czegoś tak oszałamiającego.

- Gdzie oni są? - Pytanie Louisa odbiło się echem, które porwał wiatr.

Każde wypowiedziane przez nas słowo miało ogromną moc. Niesione przez wiatr mogło czynić dobro albo zło. Jego troska o przyjaciół była ujmująca, dlatego zapragnęłam go przytulić, oddając mu dobro, które puścił w świat tym pytaniem. To też zrobiłam.

- Nie przejmuj się - uspokoiłam go. - Poszli tańczyć między wstążkami.

- A, to w porządku - odparł prosto w czubek mojej głowy, a wibracje, które poczułam, rozniosły się przyjemnie po całym ciele.

- Eleno!

Zamarłam.

- Słyszałeś to? - zapytałam i rozejrzałam się dookoła.

- Tu, w dole, za mniejszym głazem!

Znałam ten głos i nie potrafiłam opanować szczęścia, jakie poczułam, gdy usłyszałam go ponownie. Wzięłam Louisa za rękę i popędziliśmy w dół między wstążkami, które łaskotały nasze ramiona. Nie wiedziałam, że płaczę, dopóki nie dotarliśmy do miejsca, które wskazywał głos.

- Twoje łzy błyszczą - powiedział Louis, ścierając kciukiem jedną z nich. - Jak diamenty. Jak prawdziwe brylanty. Cała się błyszczysz.

Nie słuchałam go, zbyt pochłonięta widokiem przede mną. To był Simon! Mój kochany braciszek! I w tym kapeluszu wyglądał niezwykle uroczo.

- Chodź! - Pociągnęłam Louisa za rękę. - Chcę ci kogoś przedstawić.

- Nie musisz mi go przedstawiać, El. Przecież ja wiem, kto to jest - powiedział Simon, gdy tylko do niego podeszliśmy.

- Co jest grane? - Louis zdezorientowany przyglądał się Simonowi.

- Tu, mój brat, nie widzisz?

- Aaa, faktycznie. Dzień dobry panu.

Simon zaczął pokładać się ze śmiechu, a jego kapelusz podskakiwał w rytm jego rechotu.

- Lubię go - wyznał mój brat, gdy tylko się uspokoił. - I ty też go lubisz.

- Ciszej, bo jeszcze ktoś cię usłyszy! - zrugałam go. - Wyglądasz cudownie, jak na grzybka przystało. Tak bardzo za tobą tęskniłam!

Ostrożnie przytuliłam brata, uważając, by nie uszkodzić jego kapelusza.

- Ja też, i mamy do pogadania, młoda damo.

Miałam wrażenie, że Simon-grzyb siedzi w mojej głowie i osądza moje uczucia i emocje. Właśnie dowiedział się o każdej łzie, którą wylałam, o każdym miesiącu samotności i odizolowania oraz o tym, do czego doprowadziły one moją psychikę. Nigdy w życiu nie wstydziłam się tak bardzo jak teraz.

- Wiem, o czym myślisz - oznajmił, a ja miałam ochotę płakać, słysząc jego głos. - I słusznie jest ci wstyd, El. Jak mogłaś znienawidzić istotę, którą kocham najbardziej na świecie?

- Mówisz o mnie? - upewniłam się.

- No przecież nie o księdzu biskupie! Oczywiście, że o tobie! Czekaj, teraz ja pokażę ci, co u mnie słychać. Rozejrzyj się moja mała, błyszcząca siostrzyczko. I zapamiętaj to.

Nie sądziłam, że istnieje aż tyle różnych barw. Każdy liść miał ich tysiące! Każda kropla rosy mieniła się w promieniach słońca odcieniami, których nazwać nie potrafiłam. Poczułam szczęście i spokój, których część osiadła na dnie mojego serca.

- Tak właśnie się czuję, podczas gdy ty błądzisz w ciemności. Wyjdź z niej, na litość boską, bo nawet nie mam rąk, żeby ci przywalić.

- Obiecuję - szepnęłam i poczułam, jak coś ciągnie mnie w dół.

- I chyba na tym musimy skończyć, czas nam się kurczy. Kocham cię, El.

- Ja ciebie też, braciszku.

- Mam jeszcze jedną prośbę.

- Mów - powiedziałam, walcząc, by jeszcze przez moment z nim zostać.

- Podrapiesz mnie na dole? Grzybnia mnie swędzi.

Rzuciłam się na kolana, by spełnić prośbę brata, a jego roześmiana grzybia twarz była ostatnim, co zobaczyłam, zanim niewidzialne ręce porwały mnie w tył, rzucając prosto na coś, co przypominało drogę mleczną. Gdy Louis złapał mnie za rękę, wiedziałam, że nie ma się czego bać, więc bez cienia wątpliwości zaczęłam zjeżdżać nią w dół.

- Aleś ty piękny... - szepnęłam do mężczyzny, który uśmiechnął się tak szeroko, że w policzkach ukazały się te niebiańskie dołeczki. A potem otuliła nas biała, mięciutka zjeżdżalnia zrobiona z gwiazd, tony brokatu i słodkiej waty cukrowej.

- O ja pierniczę.

To był mój głos?

Coś poruszyło się przy mnie, więc z ogromnym trudem dźwignęłam głowę, by spojrzeć na poruszającą się postać. Louis jęknął i przeciągnął się, waląc mnie prosto w czoło swoją ręką. Chciałam puścić w jego stronę wiązankę przekleństw, ale nawet na to nie miałam siły. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, zamarł zszokowany prawie tak bardzo jak ja. Co my, robimy w jednym łóżku, do cholery?! I jakim cudem dotarliśmy do chatki? Spróbowałam się skoncentrować, ale ostatnim wspomnieniem był... fioletowy smok, na którego grzbiet właśnie wskakiwałam.

- Co się stało? - Mężczyzna też był zdezorientowany. - Śniło mi się, że jechałem z twoim bratem czerwoną karocą.

- Wyspaliście się, moi drodzy? - Oboje gwałtownie skierowaliśmy głowy w stronę drzwi i w tym samym momencie wydaliśmy z siebie żałosny jęk, a Carol prychnęła. - I nie, Louis, to nie był sen.

Przyjaciółka wręczyła nam po szklance wody, które opróżniliśmy w ekspresowym tempie. Odstawiłam naczynie na szafkę nocną i przyjrzałam się przyjaciółce, która ledwie panowała nad emocjami.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał mężczyzna, wycierając zwilżone usta.

- To, że musiałam wieźć twoje naćpane dupsko na cholernej taczce!

- Naćpane? - zapytaliśmy jednocześnie.

- Naćpane, naćpane! Wychlaliście wodę, którą przyniosła ta nawiedzona staruszka, imbecyle! I Bóg jeden wie, co w niej było! Stała w kuchni, w butelce, przygotowana do wylania! Do zlewu, a nie do waszych gardeł! Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo nas wystraszyliście! Prawie dostałam zawału!

- I stała sobie w kuchni, jakby nigdy nic?! - warknął Louis. - I to do nas masz pretensje?!

Postanowiłam nie wcinać się w ich kłótnię. Pierwszy raz widziałam wściekłość na jego twarzy, a ta kompletnie do niego nie pasowała.

- Gdybyście zapytali, to nie byłoby problemu!

- A od kiedy muszę prosić o pozwolenie na napicie się wody?! - Odwrócił się w moją stronę. - Jak się czujesz, Chérie?

- Bywało lepiej - mruknęłam szczerze. Nie było sensu kłamać, bo byłam niemal pewna, że mój wygląd idealnie odzwierciedlał to, jak się czułam.

- Po powrocie do San Diego musimy iść do lekarza.

Wstał i zaczął chodzić po pokoju, stukając coś na telefonie. Po chwili ten rozdzwonił się w jego dłoni. Odebrał i wyszedł z pomieszczenia, rzucając komuś po drugiej stronie krótkie polecenia. Carol usiadła niepewnie na skraju łóżka.

- To moja wina, przepraszam - powiedziała, łapiąc mnie za dłoń. - I przepraszam za ten wybuch, ale przeraziłam się nie na żarty.

- Nie mogłaś powiedzieć tego pięć minut temu, zanim wkurzyłaś Louisa? - zapytałam rozbawiona.

- Lubię go wkurzać. - Wzruszyła niewinnie ramionami. - Pamiętasz coś?

- Niestety wszystko. Albo prawie wszystko, do momentu wsiadania na grzbiet smoka.

- Który w rzeczywistości był moim mężem. Niósł cię na plecach od momentu wyjścia z lasu, a ty, jakby nigdy nic, poszłaś sobie spać.

Rany, ale siara. Byłam pewna, że zaśliniłam biednego Adama na amen.

- Jak zeszliśmy z góry?

Ten moment wydawał się zagadką, która nie pozwoliła mi złożyć wszystkiego w miarę logiczną całość.

- Zeszliście to za dużo powiedziane. - Chyba musiała sobie to przypomnieć, bo z trudem powstrzymywała śmiech. - Zjechaliście na tyłkach, trzymając się uroczo za ręce! A po powrocie uparliście się, że chcecie spać w jednym łóżku, bo nikt inny was nie rozumie.

- A Louisa przywiozłaś taczką? Skąd ją wytrzasnęłaś?

- Z farmy, którą mijaliśmy. Wyobraź sobie, że ten gamoń ubzdurał sobie, że wielki konar jest twoim bratem i nie może go tam zostawić. Nie chciał się bez niego ruszyć, więc mieliśmy z Adamem pełne ręce roboty.

Nieznane ciepło rozlało się po moim wnętrzu i sprawiło, że miałam ochotę latać (oby nie na smoku, tych miałam już po dziurki w nosie). Świadomość, że Louis był w stanie walczyć o coś, na czym mi zależało... Nie, chyba wolałam o tym nie wiedzieć, bo teraz na jego widok moje serce zgubiło rytm.

- Za godzinę podstawią nam samochód, musimy jak najszybciej znaleźć się w San Diego. - Louis chyba wpadł w jakiś trans, bo nawet na mnie nie spojrzał. Krzątał się po pokoju, ładując swoje rzeczy do torby. - Kierowca zawiezie nas do Denver, a stamtąd mamy lot do domu.

- On już tak ma, jeśli się czymś martwi - szepnęła mi Carol do ucha. - Cud, że w ogóle się odzywa. Jednak tym razem muszę przyznać mu rację. Dobrze, żeby obejrzał was lekarz, ja naprawdę nie mam pojęcia, co ta stara wariatka tam dosypała. Dasz sobie z nim radę?

Pokiwałam głową, próbując wstać z łóżka. Udało mi się dopiero przy drugiej próbie.

- Wykończę się z wami wszystkimi - mruknęła Carol, wychodząc z pokoju. - Wisisz mi manicure, dupku! A Rose uduszę własnoręcznie!

24

- I to niby ja mam problem z nadmiernym myśleniem? - Irytowało mnie jego apodyktyczne i paniczne postępowanie, jednak nie mogłam powstrzymać się przed nabijaniem się z niego. - Zachowujesz się, jakbyśmy zżarli tonę arszeniku.

- A skąd wiesz, że go tam nie było?

Już sam ton jego głosu, który był zdecydowanie wyższy niż zazwyczaj, wywoływał we mnie rozbawienie.

- Raczej wątpię. Rose nie wyglądała na kogoś, kto planuje morderstwo z zimną krwią za pomocą butelki wody. Zresztą arszenik ma strasznie słabą rozpuszczalność.

- Za bardzo ufasz ludziom, Ch?rie. I skąd wiesz takie rzeczy? - Oczy Louisa stały się wielkie jak spodki.

- To wada? - zastanowiłam się na głos.

- W tym przypadku tak. I nie rozumiem, jak możesz być tak spokojna, gdy w naszych żyłach płynie jakaś niezidentyfikowana substancja, która może nas wykończyć!

- Muszę być spokojna - powiedziałam, zaciskając zęby. - Inaczej urządzę ci karczemną awanturę za to, że nakrzyczałeś na Carol i niemal siłą zawlokłeś mnie na lotnisko!

- Możesz umierać, a ty przejmujesz się samopoczuciem przyjaciółki. Imponujące.

To mógłby być komplement, gdyby nie padł z ust Louisa Benoit w tym stanie. W tym momencie byłam pewna, że jego słowa były pstryczkiem w nos. Nie rozumiałam jego zachowania, ale nie obchodziło mnie to. Każdy ma swoje dziwactwa i nikt nigdy nie powinien zostawać z nimi sam.

- Oddychaj głęboko - poprosiłam, biorąc go za rękę. - To pomaga w uziemieniu.

Pamiętałam coś takiego z jednej z sesji psychologicznych, na które chodziłam. Według Lucindy ma to związek z naturą i podobno uspokaja. Chciałam zabrzmieć jak najbardziej fachowo, chociaż skąd niby miałam wiedzieć, jak postępować z facetem w tym stanie?

- Eleno, do kurwy, my nie chcemy się uziemiać! My chcemy polecieć, być jak najdalej od ziemi i szczęśliwie wylądować!

- Przepraszam, kolega ma wzdęcia i jest nieco rozdrażniony - rzuciłam na poczekaniu do kobiety, która gromiła nas wzrokiem już od jakiegoś czasu. - Ty boisz się latać! - krzyknęłam, nagle doznając olśnienia.

- Zamknij się, młotku - syknął. - Nie wszyscy w samolocie muszą o tym wiedzieć.

Co było gorsze od hipochondryka? Hipochondryk z panicznym lękiem przed lataniem. W samolocie. Tuż przed startem. Jednym słowem - przegwizdane. Zjechałam plecami po oparciu fotela, marząc o tym, by wygodne siedzisko pochłonęło mnie w całości. Kątem oka zerknęłam na Louisa, który siedział wyprostowany jak struna. Był przeraźliwie blady, nie licząc rumieńców na policzkach, a jego palce zaciskały podłokietniki tak mocno, że istniało ryzyko, że zaraz połamie sobie jakieś kości. Gorączkowo zaczęłam się zastanawiać, co zrobić w takiej sytuacji. Miałam na głowie swoje fobie, nie chciałam dodatkowo brać na barki cudzych. Chyba jednak przyszła pora na rewanż za pobyt w piwnicy. Wtedy tylko dzięki jego trajkotaniu wyszłam z tego bez większego uszczerbku na moim zdrowiu psychicznym. Tym razem to on potrzebował mojej pomocy.

Wzięłam do ręki plecak i wyciągnęłam z niego telefon i słuchawki. Jedną pchełkę wsadziłam sobie do ucha, a drugą do ucha Louisa, który drgnął zaskoczony, wyrywając się z letargu. Spojrzał na mnie pytająco i już miałam połączyć się z bluetooth, gdy powstrzymał mnie, wyjmując swój telefon. Byłam ciekawa, czego przyjdzie mi słuchać podczas krótkiego lotu.

Samolot zaczął kołować, a moje ucho zalały dźwięki fortepianu. Początkowo miałam ochotę parsknąć śmiechem, ale w porę się powstrzymałam. Nie spodziewałam się po Louisie zamiłowania do muzyki klasycznej, ale w tych dźwiękach było coś... magicznego. Każda nuta melancholijnej melodii zdawała się opowiadać własną historię. Sama dałam się porwać w podróż, którą zafundował nam kompozytor. Gdyby Carol dowiedziała się, czego właśnie słuchamy, zapewne padłaby ze śmiechu.

Kątem oka dostrzegłam, że Louis nieznacznie się odprężył. Wyglądał trochę lepiej niż przed kilkoma minutami. Miał zamknięte oczy, a w kącikach jego ust błądził delikatny uśmiech. Skrzywiłam się na myśl, że i ja na ten widok miałam ochotę się wyszczerzyć. Zamiast tego skorzystałam z okazji, by dokładnie przyjrzeć się jego twarzy. Niebywale długie rzęsy rzucały cienie na ostre kości policzkowe. Linia szczęki pokryta była delikatnym zarostem i musiałam zebrać w sobie całe pokłady samokontroli, by nie przejechać po niej opuszkami palców. Nos, z którym każdy człowiek na ziemi wyglądałby jak kulfon, Louisowi dodawał uroku. A usta... te najprawdopodobniej wyrzeźbił sam szatan po to, by kusiły niewinne kobiety do grzechu.

- Czuję, że się gapisz - mruknął, niemal doprowadzając mnie tym do zawału.

Speszona poprawiłam się w fotelu, strzepując z kolan niewidzialne pyłki.

- Sprawdzam, czy już jesteś sztywny - wymamrotałam.

- Trzeba było tak od razu - ożywił się natychmiast. - Wtedy wyobrażałbym sobie twój ociekający wodą tyłek.

Popełniłam najgorszy z możliwych błędów - spojrzałam mu w oczy, w których tańczyły wesołe ogniki. Posłał mi tak zniewalający uśmiech, że przez chwilę moje płuca zapomniały, czego potrzebują do prawidłowego funkcjonowania.

- Chryste, Benoit, ale cringe. Chodziło mi o to, czy jeszcze żyjesz. Skoro jednak stać cię na żarciki, widzę, że nic ci nie dolega.

Odwróciłam się do niego plecami, a w środku płonęłam ze wstydu i złości. Co za palant! A ja głupia przez chwilę się o niego martwiłam! Wyszarpałam z uchwytu czasopismo, które zaczęłam kartkować, udając, że nagle zaczął interesować mnie los gwiazd. Wszystko było lepsze niż to, co zaserwował mi ten kołek. Jednak gdy pilot poinformował nas o lądowaniu, wyciągnęłam w stronę Louisa dłoń, którą natychmiast złapał, a jedna strona moich ust podjechała do góry, zanim zdążyłam to opanować.

Gdy tylko samolot się zatrzymał, Louis jako pierwszy poderwał się z siedzenia, jakby fotel poraził go prądem w tyłek. Nie odezwał się ani słowem i zaczął przepychać się w stronę wyjścia. Podróżowaliśmy bez bagażu, co sporo nam ułatwiło. Poczekałam, aż większość ludzi opuści samolot i dopiero wtedy, kręcąc z niedowierzaniem głową, ruszyłam, by odszukać mojego niedzielnego bohatera. Znalazłam go w hali odlotów.

- Przeżyliśmy? Przeżyliśmy! - krzyknął, obejmując mnie mocno.

Wyrwałam się z jego uścisku. Dalej miałam ochotę go zamordować.

- No, stary, pilotem to ty nie zostaniesz.

Posłałam w jego stronę najbardziej fałszywy uśmiech, na jaki było mnie stać, założyłam na nos ray-bany i niemal biegiem popędziłam do wyjścia. Chciałam skierować się prosto na postój taksówek, jednak przed budynkiem czekała na mnie miła niespodzianka.

- Bastien!

Przebiegłam przez ulicę i rzuciłam się w ramiona przyjaciela, który opierał się o swojego czarnego chevroleta.

- Cześć, maleńka - przywitał się, omiatając oddechem moje włosy.

- No pięknie - mruknął Louis, który właśnie do nas dołączył. - Dla niego uściski, a dla mnie uszczypliwości.

- Nie wiesz, kolego, że każdy dostaje to, na co zasługuje? - odpowiedział Bastien, głaszcząc mnie po włosach.

Miałam ochotę się rozpłynąć, podziękować, wszystko naraz. Więc tylko stałam i pozwalałam mu na pieszczoty. Dopiero trzaśnięcie drzwiami uświadomiło mi, że nie możemy sterczeć tak w nieskończoność. Odsunęłam się niechętnie od Bastiena, który przyglądał mi się badawczo.

- Wszystko w porządku? - zapytał po chwili.

- Ze mną tak, z Louisem niekoniecznie.

Mężczyzna otworzył dla mnie drzwi od strony pasażera, a sam zajął miejsce za kółkiem. Dopiero wtedy posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie.

- Nie mam pojęcia, jak wytrzymałaś z nim, gdy jest w tym stanie.

Do moich uszu dotarło pełne oburzenia prychnięcie z tylnej kanapy.

- Nie było tak źle - wyszczerzyłam się. - Pół lotu beczał jak małe dziecko.

- Zaraz ty zaczniesz beczeć, jak cię...

- Louis, stopuj się! - krzyknął Bastien, uruchamiając silnik i płynnie włączając się do ruchu. - Rozumiem cię, ale nie wyżywaj się na Elenie. Nie zrobiła nic złego.

- Poza tym, że od kilku godzin drze ze mnie łacha? Nic, zupełnie.

Przewróciłam oczami i zajęłam się majstrowaniem przy radiu. Znalazłam swoją ulubioną stację i podkręciłam głośność, by nie słyszeć zawodzenia z tylnego siedzenia. Bastien mrugnął do mnie porozumiewawczo, sugerując tym samym, że podjęłam dobrą decyzję. Podczas lotu kilka razy próbowałam uspokoić paranoję Louisa i wytłumaczyć mu, że nic złego się z nami nie działo. Przetestowałam wszystkie sposoby, jakie wpadły mi do głowy. Może poza jednym, od którego zrobiło mi się gorąco, nawet gdy tylko o tym pomyślałam. Tym razem uznałam, że najlepiej zostawić go w takim stanie. Stresu tego faceta nie mogło ukoić nic, poza rozmową z jego lekarzem.

- Gdzie jedziemy? - zapytałam, gdy zorientowałam się, że właśnie minęliśmy zjazd do La Jolla.

- Do doktora Evansa, naturalnie. I nie rób takiej miny, to był jego pomysł. - Bastien wskazał na tył samochodu.

- No tak, jasne.

Mogłam się tego domyślić. Nie łudziłam się, że Louis porzuci ten idiotyczny pomysł, ale głupia liczyłam, że pozwoli mi chociaż na szybki, orzeźwiający prysznic po podróży.

- Poczekam na ciebie, a potem pójdziemy na pizzę - zaproponował przyjaciel, starając się mnie udobruchać.

I pewnie by mu się udało, gdybym nie czuła się jak trup i nie była padnięta... również jak trup.

- Nie trzeba. Idź lepiej do pracowni i dopilnuj, żeby żaden z facetów, którzy wyburzyli ścianę, nie pokazywał mi się na oczy.

Bastien zaparkował samochód na miejscu, w które ja nigdy bym się nie wcisnęła, i zgasił silnik.

- Myślałem, że na mnie też będziesz zła - powiedział po chwili.

- Miłość wybacza wiele - powiedziałam tajemniczo i cmoknęłam przyjaciela w policzek na pożegnanie.

Louis wygramolił się z chevroleta i oboje, ramię w ramię, stanęliśmy przed niewielkim budynkiem przychodni. Poprawiłam plecak i jako pierwsza weszłam do przestronnego holu. Biel dookoła była tak rażąca, że zdawała się świecić własnym światłem. Musiałam zmrużyć oczy, by nie dodać do moich dolegliwości uporczywej migreny. Drobna blondynka zerwała się z miejsca, gdy tylko pojawiliśmy się w zasięgu jej wzroku.

- Dzień dobry - przywitała się uprzejmie, gestem pokazując nam, byśmy ruszyli za nią. - Doktor Evans już na państwa czeka.

- Sami dojdziemy.

- Louis - upomniałam go szeptem. - Rozumiem, że źle się czujesz, ale nie musisz być chamem. Poza tym, nie jesteśmy jeszcze na TYM etapie.

He he he, śmieszek roku się znalazł. Chciałam rozluźnić atmosferę, która doprowadzała mnie już do szaleństwa. Finalnie Louis spojrzał na mnie z takim politowaniem, że zrobiło mi się głupio. Złapał mnie za rękę i wpadliśmy do gabinetu niczym niszczycielskie tornado.

- Proszę ją przebadać - rzucił, łapiąc mnie za ramiona i stawiając przed doktorem, który za wszelką cenę chciał zachować profesjonalizm i się nie roześmiać. - Na wszystko i pod każdym możliwym kątem. A potem mnie. Najlepiej dwa razy.

- On się boi, że to na co cierpi, może być zaraźliwe - mruknęłam konspiracyjnie do lekarza, który kaszlem skutecznie zamaskował parsknięcie. - Dzień dobry, Elena Last.

- Michele Evans. Może usiądziecie i na spokojnie powiecie mi, co się stało? - zaproponował mężczyzna, zajmując swoje miejsce za biurkiem i ruchem ręki wskazując krzesła po przeciwnej stronie.

Posłusznie zajęłam jedno z miejsc, podczas gdy Louis cały czas dreptał po gabinecie.

- Macie tu wodę? - zapytał. - Najlepiej butelkowaną i fabrycznie zamkniętą.

- Mamy, w skle... - Doktorowi przerwał dźwięk zamykających się drzwi. - No dobra, może ty mi powiesz, co się stało?

Wzięłam głęboki oddech i starałam się jak najdokładniej przekazać lekarzowi wszystkie istotne informacje.

- Przepraszam za Louisa, strasznie przejął się tą sytuacją.

Uznałam, że doktorowi należą się słowa wyjaśnienia za zamęt, jaki wprowadziliśmy w jego pracy.

- On tak zawsze, już się przyzwyczaiłem - wyznał, zakładając mi rękaw do mierzenia ciśnienia. - Pamiętam, jak zerwał mnie z łóżka o piątej rano, bo użądliła go osa. Bał się, że jest uczulony, i trzy razy kazał mi robić test. Wyobrażasz to sobie?

- Po tym, co dziś zobaczyłam, zdecydowanie.

Oczami wyobraźni widziałam tę scenę. Chorobliwa dbałość o własne zdrowie była fobią, która potrafiła zetrzeć sen z powiek. Współczułam mu, ale wiedziałam, że on sam nie chciał, by mu to współczucie okazywać.

- Na nic zdały się moje tłumaczenia, że gdyby był uczulony, to przekonałby się o tym na własnej skórze.

- Co was tak bawi? - zapytał Louis, który pojawił się w gabinecie tak nagle, jak z niego zniknął. Do zgięcia łokciowego przyciskał malutki wacik. - Piguła pobrała mi krew do badań, teraz twoja kolej.

Lżejsi przynajmniej o pół litra krwi, która potrzebna była do badań laboratoryjnych, wyszliśmy z przychodni.

- Zadowolony, panie "Muszę Się Przebadać"? - rzuciłam żartobliwie, szturchając go łokciem.

- Będę zadowolony, gdy dostaniemy wyniki, pani "Wszystko Muszę Mieć Pod Kontrolą".

- I co teraz?

- No jak to co? Jedziemy do ciebie i czekamy na maila od doktora Evansa.

- Kilka dni, razem?! - pisnęłam.

Jakoś nie wyobrażałam sobie wspólnej egzystencji z tym facetem w jednym mieszkaniu.

- Lepiej będzie, jeśli nie będziemy się rozdzielać, tak na wszelki wypadek.

Louis już stał przy ulicy i łapał taksówkę. Nie znałam go dobrze, ale wiedziałam, że temu facetowi nawet bogowie nie przemówią do rozsądku, a co dopiero malutka, nic nieznacząca Elena Last. Stopy same poniosły mnie na tylne siedzenie samochodu, a mózg starał się przyswoić fakt, że przez najbliższe dni będę mieć współlokatora.

25

- Witaj w naszych skromnych progach! - zawołałam do Louisa, gdy dotarliśmy do apartamentowca.

Mężczyzna parsknął i otworzył przede mną drzwi. Gdy wchodziliśmy po schodach, do naszych uszu dotarło przeraźliwe miauczenie. Ostatnie stopnie pokonałam niemal biegiem. Musiało coś się stać, Burbon nigdy się tak nie zachowywał. Wyciągnęłam klucze, lecz z emocji nie potrafiłam otworzyć zamka. Louis, widząc moje zdenerwowanie, delikatnie odsunął mnie na bok i sam po chwili otworzył drzwi. Przeraźliwe zawodzenie mojego pupila natychmiast ucichło. Burbon wyszedł na korytarz z wysoko podniesionym łebkiem, zmierzył mnie spojrzeniem pełnym pogardy i wskoczył Louisowi na ręce. Niczym cholerny kangur! Mój towarzysz nie wydawał się zdziwiony. Z niedowierzaniem patrzyłam jak ta ruda, zdradziecka i kudłata szuja z zadowoleniem przekręca łeb, by żadna część jej pyska nie została pominięta przy pieszczotach. Ja temu pchlarzowi kupowałam najdroższe smaczki, by wkupić się w jego łaski, a wystarczyło... no właśnie. Wystarczyło być Louisem. Najwidoczniej facet zdobywał nie tylko ludzkie serca. W podłym humorze poczłapałam za nimi do salonu i rozsiadłam się w fotelu.

- Nie patrz tak na nas - powiedział mój gość ze śmiechem. - My po prostu doskonale się znamy, co nie, Ramzes?

- Ma na imię Burbon - poprawiłam go. - Skąd znasz mojego kota?

- Prawdę mówiąc, ten kot należy do mnie.

- Nie wiem, w co ty grasz, ale jeśli chcesz zrobić ze mnie idiotkę, to przysięgam...

- Zaraz wszystko ci wyjaśnię - przerwał mi i odstawił kota na podłogę. Louis westchnął i oparł łokcie na kolanach, marszcząc czoło. - Cholera, to będzie trudne. Nie wiem, od czego zacząć.

- Od początku najlepiej.

Nie lubiłam owijania w bawełnę i zaczynałam nieco się niecierpliwić. Złożyłam ramiona na piersi i przyglądałam mu się wyczekująco.

- Okej. Urodziłem się w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym w Paryżu... - Błysnął w moją stronę uśmiechem, którego nie dało się nie odwzajemnić.

- Część o twoim dzieciństwie sobie darujemy.

- Szkoda, nie wiesz, co tracisz. Byłem naprawdę uroczym dzieckiem.

- Louis...

- Dobra, już - skapitulował. - Pamiętasz wieczór, w którym poznałaś Bastiena?

Przytaknęłam. Atak paniki, kłótnia z matką, trudno było o tym zapomnieć.

- Tamtego wieczoru Ram... To znaczy Burbon dał nogę - zaczął. - Mieszkałem w okolicy od niedawna, a ta przeklęta powsinoga ciągle urządzała sobie piesze wycieczki. Martwiłem się, nie znałem sąsiadów, więc postanowiłem go poszukać. Wtedy natknąłem się na Bastiena, który z kolei szukał ciebie. I chwilę później was znaleźliśmy. - Louis westchnął, a ja z zapartym tchem czekałam na ciąg dalszy tej historii. - Siedziałaś na plaży z moim kotem na kolanach, gładziłaś go czule po łbie, a po twoich policzkach płynęły łzy. Mówiłaś do niego, cholera, Eleno. Gdy ja rozmawiam z tym przeklętym zwierzakiem, ludzie biorą mnie za idiotę. A ty robiłaś dokładnie to samo i wyglądałaś przy tym tak naturalnie, że już wtedy moje serce zabiło mocniej i nie pozwoliło podejść do ciebie oraz zabrać jedynej rzeczy, która ci wtedy pomagała.

- Nie bałeś się powierzyć Burbona w obce ręce? - odważyłam się zapytać. - Widać, że go kochasz, przecież mogłeś nigdy więcej go nie zobaczyć.

- Nie myślałem wtedy w tych kategoriach - przyznał. - Potem faktycznie zacząłem lekko panikować, ale Bastien szybko mnie uspokoił. A gdy przyjechał do mnie po rzeczy dla kota i powiedział, że panikujesz z powodu braku karmy, wiedziałem, że jest w dobrych rękach i byłem dziwnie pewien, że jeszcze go zobaczę. Jak widać, nie myliłem się.

Zrobiło mi się słabo, więc przeszłam do kuchni i napełniłam szklankę wodą. Jeśli widział mnie wtedy na plaży, słyszał mój głos...

- Od początku wiedziałeś, kim jestem - szepnęłam przerażona.

- Tak, i ciągle zastanawiałem się, jak ci się do tego przyznać. W piwnicy, w La Luz, na gali, w każdym z tych miejsc wiedziałem, że mam przy sobie cudowną Elenę Last.

Szklanka wyślizgnęła mi się z dłoni i z brzdękiem rozbiła się na podłodze, gdy dotarło do mnie, co ten facet dla mnie zrobił, mimo że do tej pory nie miałam o tym bladego pojęcia. Kiedyś myślałam, że miłość jest skomplikowana, polega na bezgranicznym wsparciu i wypełnieniu pustki w drugim człowieku, zabliźnieniu jego ran i dawaniu tej osobie szczęścia. W chwili, gdy na mojej drodze pojawił się ktoś taki, zrozumiałam, że nie mogłam bardziej się mylić i jednocześnie mieć racji. To jest główne zadanie miłości, ale tej do samego siebie. Miłość między dwojgiem ludzi powinna być lekka jak spacer w deszczu i przyjemna jak ciepły wiosenny wiatr. Pozbawiona oczekiwań i odpowiedzialności za całe nasze szczęście. Trzeba przywyknąć do faktu, że nic w życiu nie trwa wiecznie. Relacje mają swój początek i koniec. Istnieje osoba, która będzie z nami na dobre i złe. Trzeba się z nią zaprzyjaźnić, stworzyć solidny fundament, który u mnie był do niedawna wadliwą konstrukcją. Nie czułam się pewnie na tyle, by wchodzić w jakiekolwiek relacje romantyczne, jednak moje serce miało to w nosie.

Louis przyglądał mi się bacznie, a ja toczyłam wewnątrz siebie walkę. Nie mogłam pozwolić, by stał się całym moim światem, ale pragnęłam dzielić mój świat z nim. No i chyba postradał zmysły, jeśli sądził, że oddam mu Burbona. To wredne, rude kocisko stało się częścią mojej rodziny czy tego chciałam, czy nie. Ostatnią część tych myśli musiałam wypowiedzieć na głos, bo jeden z kącików ust mężczyzny uniósł się w uśmiechu.

- Z czego się cieszysz? - zapytałam zdezorientowana.

- Bardzo ciekawy dobór imienia. Zdajesz sobie sprawę, że moje imię zawdzięczam księciu Louisowi z dynastii Bourbonów? Mój dziadek opowiada tę historię na prawo i lewo. Teraz uwierzysz w przeznaczenie?

Byłabym gotowa uznać jego słowa za stek bzdur, ale przypomniałam sobie reakcję Bastiena na imię mojego pupila. Zapewne on również znał tę historię. Z niedowierzaniem pokręciłam głową.

- Nie, przeznaczenie to bujda. Nie ma szczęśliwych zakończeń, nie ma "na zawsze" - powiedziałam gorzko, choć chciałabym wierzyć, że jest inaczej.

Chwilę później mężczyzna stał przede mną i pieścił mój policzek. Wtuliłam twarz w jego dłoń i przymknęłam oczy.

- Byłbym głupcem, gdybym w to wierzył - szepnął mi do ucha. - Nie mogę obiecać, że będę zawsze. Mogę jednak ofiarować ci moje dziś, a jutro zrobię to ponownie.

Louis miał moc wypowiadania słów, które skrycie pragnęłam usłyszeć. Spojrzałam w jego oczy i w końcu musiałam to przyznać. Jeszcze nie na głos, ale przed samą sobą. Od samego początku był dla mnie wsparciem, ale nie osaczył mnie swoją obecnością. Trzymał dystans i krył się w cieniu, bym nauczyła się żyć bez niego. Bym odkryła swoje pasje i sens życia, który nie będzie wiązał się z miłością do drugiego człowieka. Wiedział, że to nie był nasz czas, a mimo to czuwał nade mną niczym anioł. Zamrugałam, pozbywając się łez, które zaczęły rozmazywać obraz mężczyzny przede mną. Mężczyzny, który zrobił tak wiele i nie oczekiwał niczego w zamian. Mężczyzny, w którym się zakochiwałam.

- Mam ochotę cię pocałować - wypaliłam pod wpływem emocji.

- Kurwa, moja wola jest silna, ale bez przesady - warknął Louis i natychmiast objął mnie w talii, przyciskając do siebie. - Przy każdym naszym spotkaniu próbuję trzymać ręce przy sobie, a teraz ty otwarcie prosisz mnie, żebym cię dotknął.

Ponownie musnął kciukiem mój policzek, a ja ledwie byłam w stanie oddychać. Zadziwiające, jak niewiele potrzeba, by pozbawić nas zmysłów. Pęknięta żarówka wystarczy, żebyśmy stali się ślepi. Zwykłe przeziębienie potrafi pozbawić człowieka smaku i węchu. Wkładając do uszu słuchawki, stajemy się głusi na czyjeś obietnice i zapewnienia. Za to dotyk... ten zawodzi niezwykle rzadko.

Wyciągnęłam dłoń, by dotknąć twarzy Louisa. Pod palcami poczułam ostre igiełki kilkudniowego zarostu i bruzdy na czole, gdy zdziwiony uniósł gęste brwi. Nie zniechęciło mnie to. Zatopiłam palce w jego miękkich włosach, drugą ręką wodząc po linii szczęki. Byłam zafascynowana i chciałam odkryć więcej. Gdy odważyłam się przejechać delikatnie palcami po jego wrażliwej szyi, z sykiem wciągnął powietrze. Złapał mnie za kark, wplatając palce w moje loki i przyciągnął do siebie. Nasze usta odnalazły właściwą drogę, niemal pozbawiając mnie tchu. To było czyste szaleństwo. Przeżyłam tysiące pocałunków, ale żaden nie mógł równać się z tym, co czułam przy nim, zupełnie jakbyśmy zaczarowali powietrze dookoła, stworzyli z niczego prywatną przestrzeń, w której każde z nas mogło być sobą. Nawet nie śmiałam porównywać tego doświadczenia do nastoletnich wyskoków. Wtedy próbowałam się dostosować i piąć w chorej hierarchii szkolnej popularności. Teraz... emocje były niemal namacalne, a ja pierwszy raz w życiu poczułam pożądanie tak silne, że niemal nie potrafiłam nad nim zapanować.

- Nawet nie masz pojęcia, od jak dawna tego pragnąłem - zamruczał w moje usta.

- A ja zawsze marzyłam, że w takim momencie odgryzę ci język. Bądź cicho i mnie całuj.

Gdy jego wargi ponownie dotknęły moich, nie byłam już w stanie myśleć o niczym. Pogłębiłam pocałunek, pragnąc więcej. Byliśmy tylko my i nasze ręce, badające każdy centymetr naszych ciał. Wzięłam głęboki oddech, zaciągając się jego niesamowitym zapachem. Sięgnęłam do guzików męskiej koszuli, powoli je rozpinając. Drżałam tak bardzo, że nie byłam w stanie sobie z nimi poradzić, więc szarpnęłam materiał, który rozerwał się z cichym trzaskiem.

- Lubiłem tę koszulę, Ch?rie - wychrypiał rozbawiony, jednocześnie rozpinając zamek błyskawiczny w mojej sukience.

Odsunęłam się na moment i pozwoliłam, by czarny materiał opadł na podłogę. Louis się nie odezwał. Nawet tysiąc pięknych słów nie był w stanie zastąpić spojrzenia, którym mnie obdarował. Jakby każda chwila z dala ode mnie sprawiała mu fizyczny ból. Uświadomiłam sobie, że paskudna blizna na moim boku jest doskonale widoczna i próbowałam zasłonić ją ręką. Wtedy Louis padł przede mną na kolana i zaczął pieścić ustami skórę na brzuchu, niemal oddając jej cześć. Cała moja niepewność odeszła w zapomnienie, gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały. Czułam się jak bogini, gdy wziął mnie w ramiona i zaniósł do sypialni.

To nie było tylko zaspokojenie pragnienia, które narastało w nas od tamtego wieczora w piwnicy. To było przypieczętowanie uczucia, które nas połączyło. Każdy dotyk był obietnicą, każdy pocałunek zdawał się mówić, że żadne inne usta nie będą dla nas tak idealne. Gdy nasze ciała się połączyły, podświadomie wiedziałam, że każda podjęta decyzja prowadziła nas właśnie tu. Każdy skrawek słów, który pojawiał się w mojej głowie, natychmiast z niej ulatywał. Wygięłam plecy w łuk, chcąc być jeszcze bliżej. To spotęgowało przyjemność, która pozbawiła mnie zmysłów. Unosiłam się gdzieś na granicy świadomości, odurzona jego bliskością. Wbiłam paznokcie w jego plecy, nie wiedząc, jak poradzić sobie z intensywnością tego zbliżenia. Louis zasyczał i spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek. Jego oczy pociemniały i lśniły jeszcze bardziej niż zwykle. Przypominały sztorm na zazwyczaj spokojnym oceanie i doskonale odzwierciedlały to, co się z nami działo.

- Louis... - wyszeptałam.

Nie wiedziałam już, co chciałam mu przekazać. Mężczyzna przyspieszył ruchy, dając mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Objęłam go nogami, czując niekontrolowane skurcze w dole brzucha. Boleśnie balansowałam na krawędzi spełnienia, aż w końcu z niej runęłam.

- Cudnie marszczysz nosek, gdy dochodzisz.

No i się zesrało. Ja tak poetycko, a on z takim tekstem... Tylko ten pacan potrafił zniszczyć tak cudowną chwilę. To przypomniało mi, że facet, który leży na mnie, jest równie wkurzający, co cudowny. Musnął mnie palcem we wspomnianą część ciała i zadowolony z siebie ułożył się obok mnie. Miałam ochotę odgryźć mu rękę, bo mój wykończony umysł podsunął mi obraz kwilącego prosiaczka. Wiedziałam, że podczas orgazmu ludzie nie wyglądają najlepiej, ale wypominanie tego faktu po pierwszym seksie - ba, w trakcie! - trochę mnie wkurzyło. Tym bardziej że nie miałam siły wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Louis z kolei wyglądał tak, jakby seks ładował mu akumulatory. Leniwym wzrokiem zbadałam jego sylwetkę. Był idealny. Idealny dla mnie. Trudno mi było trzymać ręce przy sobie, więc przysunęłam się do niego i zaczęłam wodzić palcami po jego brzuchu.

- Co teraz będzie? - spytałam.

- Zastanowimy się nad tym jutro, pamiętasz? Każdy dzień po kolei. - Pocałował mnie w czoło. - Nie analizuj, dziś po prostu cieszmy się tym, co mamy.

Objął mnie ramieniem, a ja położyłam głowę na jego twardej klatce piersiowej. Miał rację. Analizowanie napędzało lawinę myśli, z którą zazwyczaj nie potrafiłam sobie poradzić. Pozwoliłam im ulecieć i cieszyłam się jego bliskością, gdy gładził mnie delikatnie po głowie i karku. Kołysana miarowym oddechem, powoli udałam się do krainy snów, która pierwszy raz od bardzo dawna nie była lepsza od rzeczywistości.

Obudził mnie intensywny zapach dochodzący z kuchni. Nałożyłam na siebie koszulkę, która kończyła się tuż pod pośladkami, i podążyłam tam, dokąd kierował mnie węch. Louis stał przy moim stole i ze skupieniem wypisanym na twarzy układał coś na talerzach. Na jego ustach błądził delikatny uśmiech. Wyglądał tak spokojnie i beztrosko, że nie byłam w stanie przerwać mu tej chwili. Poczułam się jak intruz, i to w dodatku nieogarnięty. Zrobiło mi się głupio, bo facet, który skradł moje serce, zdążył się już ubrać. Ślina napłynęła mi do ust. Nie wiedziałam, czy to przez zawartość talerzy, czy przez diabelnie seksownego kucharza w koszuli i jeansach. Skąd on, do cholery, wytrzasnął tę koszulę?

Louis podniósł na mnie wzrok i puścił do mnie oczko, a ja, nie chcąc wyjść na podglądaczkę, ruszyłam beztrosko w jego kierunku. Udałam, że ten gest nie zrobił na mnie wrażenia, ale cholera, działał za każdym razem tak samo. Opanowałam swoją wewnętrzną kusicielkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia, i rozsiadłam się wygodnie na jednym z krzeseł.

- Zawsze nosisz ze sobą zapasowe koszule? - zagadnęłam.

- Tylko jeśli mam randkę z niecierpliwą kobietą - Uśmiechnął się, gdy posłałam mu zdezorientowane spojrzenie. - Żartowałem. Zawinąłem jedną do plecaka z chatki Carol i Adama. Ale to mi przypomina, że skoro mam tymczasowo tu mieszkać, muszę jechać do domu. Głodna?

Postawił przede mną talerz i gdybym nie widziała na własne oczy, że sam to zrobił, w życiu bym mu nie uwierzyła. Tego śniadania nie powstydziłaby się żadna porządna restauracja.

- Zamordowałeś Teddy'ego! - rzuciłam oskarżenie, gdy zobaczyłam, czym udekorowana jest moja kanapka.

- Teddy'ego?

Gestem wskazałam na krzaczek lawendy na moim parapecie, przez co Louis prawie udusił się łykiem soku pomarańczowego, który właśnie wziął do ust.

- To tylko kilka gałązek - zaczął się bronić, uśmiechając się przy tym uroczo. - Po co ci lawenda, skoro jej nie używasz?

- Po to, żeby o nią dbać, mówić do niej i obdarzyć uczuciem.

Dla mnie to było oczywiste, dla niego chyba nie do końca, bo spojrzał na mnie jak na kosmitkę z zieloną antenką na czubku głowy i zaczął się śmiać, teraz już na głos.

- Obdarzać uczuciem możesz mnie, a Teddy'ego możesz zjeść. Bon appétit, ma Chérie.

- Jesteś bez serca - oburzyłam się i złapałam teatralnie za klatkę piersiową. - Co to?

- Smażona chałka z ricottą, pomarańczami i... Teddym.

Oboje parsknęliśmy śmiechem.

- Nie miałam pojęcia, że kwiaty lawendy są jadalne - przyznałam, biorąc do ust pierwszy kęs śniadania. - Wow.

Tylko tyle byłam w stanie wydusić. Moje kubki smakowe oszalały. Louis wypuścił powietrze i uśmiechnął się szeroko. Gdy to robił, w jego policzku pojawiał się dołeczek, za który dałabym się pokroić. Nie był to częsty widok, więc próbowałam zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół jego twarzy.

- Nieoczywiste połączenia dają najlepszy efekt - powiedział dumnie.

- Lubisz to, co?

Mówienie z pełną buzią może nie było eleganckie, ale nie potrafiłam się oprzeć przed załadowaniem do ust kolejnej porcji.

- Ludzie gonią za sukcesem i pieniędzmi, a przecież wspominałem ci kiedyś, co jest moim największym marzeniem. Własna restauracja, gdzieś w spokojniejszej części Prowansji. Cisza, oddanie się pasji i święty spokój. Tylko tego chcę od życia.

Dysponował odpowiednimi środkami, więc jego cel wydawał się nazbyt przyziemny. Nie potrawiłam zrozumieć, dlaczego na to wyznanie jego wzrok sugerował, że ta kwestia pozostanie poza jego zasięgiem.

- Mówią, że marzenia nie istnieją. Są tylko cele. - Zachęciłam go uśmiechem.

Pierwszy raz otworzył się tak bardzo, a ja chciałam to wykorzystać, by dowiedzieć się o nim jak najwięcej.

- Nie, jeśli nazywasz się Benoit. - Jego oczy przygasły, a mnie skręciło w żołądku na ten widok. - To nazwisko daje sporo możliwości, ale święty spokój jest abstrakcją. Od tego nie da się uciec, Eleno. Zyskałem tyle swobody, na ile mi pozwolono, i to mi wystarcza, w końcu na co dzień żyjemy na różnych kontynentach. Czasem tylko dopada mnie myśl, że dziadek nie pozwoliłby na to, gdyby nie było mu to na rękę.

Nie odważyłam się zadać pytania, czy plotki o jego dziadku były prawdziwe. On też nie spieszył się z wyjaśnieniami, więc jedynie pokiwałam głową. Justin posunął się za daleko dla kariery i nie zdziwiłabym się, gdyby sam puścił wici, że Benoit senior jest niezrównoważonym psycholem, który lata po mieście z rewolwerem.

Wstałam i objęłam Louisa w pasie. Rodzina próbująca kontrolować każdy aspekt życia? Doskonale go rozumiałam. Miałam jednak tyle szczęścia, że Bridget była na to zbyt leniwa i postanowiła zostawić mnie w spokoju, ale doskonale pamiętałam, jak wyglądało moje życie przed wypadkiem. Mój mężczyzna powoli rozluźnił mięśnie i pocałował mnie delikatnie. Moglibyśmy trwać tak w nieskończoność, gdyby nie dźwięk połączenia wydobywający się z jego kieszeni. Wyciągnął telefon, spojrzał na ekran i się skrzywił.

- Cholera, muszę lecieć. Chyba wywołałem wilka z lasu.

Ostatni raz cmoknął mnie w czoło, zebrał w pośpiechu swoje rzeczy i zniknął. Nie zdążyłam dobrze się odwrócić, gdy drzwi otworzyły się ponownie.

- Zapomniałeś czegoś? - zapytałam zdezorientowana.

Louis podbiegł do mnie, wziął mnie na ręce i okręcił się wokół własnej osi.

- Zapomniałem najważniejszego - powiedział tajemniczo i mnie pocałował. Powoli, niemal leniwie. Przymknęłam oczy, chłonąc ciepło jego ciała. - Nie pożegnałem się jak należy, Chérie. - Spojrzał na mnie z góry i puścił do mnie oczko, a moje serce zgubiło rytm. Jeśli do tej pory miałam jakiekolwiek wątpliwości co do swoich uczuć, w tym momencie obróciły się w pył. - Odezwę się wieczorem.

Lekkie trzaśnięcie drzwi sprowadziło mnie na ziemię. Mięśnie twarzy zaczęły mnie boleć i zorientowałam się, że szczerzę się jak kretynka. Zwalczyłam głupią potrzebę, by wyjrzeć przez okno i zobaczyć, jak wsiada do taksówki. Zamiast tego podeszłam do regału i wyjęłam książkę, którą od bardzo dawna miałam ochotę przeczytać. Niemal natychmiast pochłonął mnie świat pełen magicznych istot, a w głowie zaczął kiełkować pomysł na nową kolekcję, która będzie idealna na otwarcie Last Atelier.

Po tygodniu oczekiwania na wyniki wszystkich badań w końcu mogliśmy odetchnąć z ulgą. Wyglądało na to, że oboje wyszliśmy cało z tej popapranej sytuacji. Nic nam nie dolegało. Lekarz Louisa przebadał nas od stóp do głów i byłam pewna, że możemy mu zaufać. Wiedziałam też, że już nigdy nie napiję się wody z nieznanego źródła, o świadomym zażywaniu narkotyków nie wspominając. Zupełnie nie potrafiłam zrozumieć, jak ludzie mogli celowo doprowadzać się do takiego stanu. Bite trzy dni zajęło mi dojście w pełni do siebie. Ostatni tydzień był stresujący, ale oboje z Louisem wyznawaliśmy zasadę, że jeśli nie masz siły płakać, po prostu się śmiej. Więc się śmialiśmy. Dużo. Głównie gdy porównywaliśmy swoje wersje wodnego odjazdu. Louis widział Simona jako gadający pień i on też uciął sobie z nim krótką pogawędkę. Nawet nie chciałam myśleć, co widzieli Carol z Adamem, gdy zorientowali się, że coś jest z nami nie tak.

Gdy ostatni raz, zaraz po powrocie do San Diego, przekroczyłam próg mojego malutkiego miejsca na ziemi, omal nie przypłaciłam tego załamaniem nerwowym. Biegałam za robotnikami, błagając ich, by nie robili już żadnych radykalnych zmian. Od tamtej pory miałam absolutny zakaz pokazywania się w pobliżu promenady. Nad wszystkim czuwali Carol i Bastien, którzy zapewniali mnie, że atelier będzie gotowe na czas. Nie mogłam powiedzieć tego samego o kolekcji, którą miałam zaprezentować na otwarciu. Czekałam z podjęciem ważnych decyzji niemal do ostatniej chwili. Już jutro miałam dostać klucze do swojej pracowni, a nie posiadałam nawet projektów, o potrzebnych materiałach nie wspominając.

Sięgnęłam po tablet i zaczęłam kreślić obrazy, które podsuwał mi mój mózg, pobudzony inspirującą lekturą. Kilka godzin później miałam projekty czterech sukienek, które przy ogromnych pokładach ciężkiej pracy i cierpliwości finalnie mogły robić wrażenie. Otworzyłam laptop i zaczęłam zamawiać potrzebne rzeczy. Moje podekscytowanie z minuty na minutę było coraz większe.

Trans, w który wpadłam, przerwał dziwny dźwięk dochodzący z kuchni. Poderwałam się na równe nogi, nie wiedząc, co się dzieje. Ostrożnie zajrzałam do pomieszczenia i niemal natychmiast zaniosłam się śmiechem. Burbon stał przy lodówce, waląc łapą w metalową miskę, która odbijała się od kafelków, wydając charakterystyczny dźwięk. Kot zorientował się, że przyszedł jego podajnik saszet i posłał mi karcące spojrzenie.

- No tak, jak mogłam o tobie zapomnieć, co? - zaśmiałam się.

Otworzyłam lodówkę i wygrzebałam z kociej puszki resztki, które włożyłam do miski. Pchlarz mruknął z aprobatą i zabrał się za pałaszowanie przysmaku. Przetarłam oczy, gdy spojrzałam na zegar. Dochodziła północ. Miałam świadomość, że się zasiedziałam, ale żeby aż tak?

I wtedy przypomniało mi się, że zapomniałam nie tylko o Burbonie. Znalazłam telefon, który rozświetlił mi się w dłoni, sygnalizując nową wiadomość. Kolejną z wielu. Jęknęłam, przypominając sobie, że nie zdążyłam włączyć dźwięków. Carol informowała, że rano przywiezie mi klucze, Bastien żartował na temat mnie i Louisa. Ostatnia wiadomość była od niego.

Louis: Dopiero dotarłem do domu. Wpadnę jutro do pracowni :) Śnij o mnie!

Odetchnęłam z ulgą i wystukałam szybką odpowiedź. W łazience nalałam wody do wanny i zanurzyłam się w niej po samą szyję. Moje obolałe mięśnie przyjęły to z ulgą. Wir pracy tak mnie pochłonął, że przez cały dzień nie zarejestrowałam, jak bardzo jestem zmęczona. Zamknęłam oczy i oddałam się relaksowi. Czekała mnie pierwsza od tygodnia noc bez Louisa. Zaczęłam rozmyślać o tym, jak relacja nas łącząca drastycznie różniła się od tej z Justinem. Niemal całe życie wzdychałam do tego faceta, próbując zrobić na nim wrażenie. Imprezowałam, zakładałam najmodniejsze ciuchy, zawsze starałam się być perfekcyjna i mimo to ciągle zastanawiałam się, czy jest mną zainteresowany. Louis poznał prawdziwą mnie, znał każdą moją wadę, a mimo to oszalał na moim punkcie. Wiedziałam to. Nie musiałam się domyślać. Nie zostawił mi miejsca na niepewność, a za szczerość jego intencji dałabym sobie rękę uciąć. Teraz miałam coś, o czym od zawsze skrycie marzyłam. I dziękowałam za to, że moja poprzednia miłostka okazała się fiaskiem.

26

Kolejny miesiąc minął w mgnieniu oka. Całe dnie spędzałam w pracowni i gdyby nie Louis, który karmił mnie swoimi kulinarnymi popisami, zapewne umarłabym z głodu. On z kolei obrał sobie za cel rozpieszczanie mnie. Z każdym kolejnym tygodniem uświadamiał mi, że jest osobą, z którą chcę spędzić życie. Ofiarował mi poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że nie muszę ze wszystkim radzić sobie sama. Tak jak obiecał, każdego dnia dawał mi swoje "teraz", kradnąc moje serce kawałek po kawałku. Mogliśmy rozmawiać godzinami na przeróżne tematy, ale czuliśmy się dobrze, również wtedy, gdy milczeliśmy wtuleni w siebie na kanapie. I tylko czasami, naprawdę czasami, miałam ochotę udusić głąba poduszką. Miałam wrażenie, że moje życie w końcu wskoczyło na dobre tory, a szczęście, które zasiałam w sobie na początku mojej drogi ku normalności, zaczynało w końcu kwitnąć.

Zawiesiłam jedną z sukni na manekinie i przyjrzałam się swojemu dziełu. Fioletowa kreacja wyglądała pięknie na tle ściany z róż i z rozświetlonym neonem z moim nazwiskiem. Nie mogłam doczekać się momentu, w którym atelier zacznie tętnić życiem, wypełnione bliskimi mi ludźmi. Co dziwne, wyczekiwałam również obecności Bridget, która obiecała pojawić się na oficjalnym otwarciu.

Odwróciłam się, gdy usłyszałam trzask drzwi i natychmiast rozpromieniłam się na widok mężczyzny w nich stojącego. Teraz jego twarz zakrywał wielki bukiet fioletowych tulipanów, które również znajdowały się wysoko na liście moich faworytów.

- Dzień dobry, co robi moja ulubiona bizneswoman? - przywitał się, wręczając mi kompozycję w moim ukochanym kolorze i całując mnie w czubek głowy.

Zaciągnęłam się ich delikatnym zapachem.

- Dziękuję, są cudowne. - Sięgnęłam po szklany wazon, który czekał na zamówione przeze mnie frezje i wstawiłam kwiaty do wody. - Z jakiej to okazji?

Dopiero teraz zauważyłam, że Louis, który na co dzień preferował luźniejszy styl, teraz wystroił się jak do trumny. Biała koszula opinała jego sylwetkę, przez ramię przerzucił marynarkę, a ciemne spodnie były tak obcisłe, że bałam się, iż podczas kichania pękną mu na tyłku.

- Zabieram cię na wycieczkę.

Uśmiechnął się, ale nie był to grymas, który uwielbiałam. Ten wydawał się wymuszony i spięty. Co się dzieje, do cholery?

- Zdążę się przebrać? - zapytałam, wskazując moje jeansy i zwykłą koszulkę, na której cały dzień w pracowni odbił już swoje piętno. - Wyglądam przy tobie jak Kopciuszek.

Nie odpowiedział. Rzucił mi czarną bluzę, którą zdjął z mojego krzesła, złapał za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. Byłam tak zszokowana, że pozwoliłam się poprowadzić w dół schodów, w pośpiechu przeciągając bluzę przez głowę. Gdy zorientowałam się, że idziemy w stronę oceanu, a nie tak jak zakładałam - parkingu, coś we mnie pękło. Stanęłam gwałtownie na środku promenady.

- Nie ruszę się stąd, dopóki nie powiesz mi, co jest grane - zażądałam.

Przystanął sfrustrowany i westchnął ciężko. Odwrócił się i zrobił ruch w moją stronę, jednak perfekcyjnie odgadłam jego zamiary i cofnęłam się o krok, unikając tym samym wzięcia mnie na ręce.

- Zabieram cię do jaskini - powiedział po dłuższej chwili, gdy dotarło do niego, że tym razem ze mną nie wygra.

Prychnęłam, nie mogąc się powstrzymać.

- Nie sądzisz, że to brzmi trochę zbyt pierwotnie?

- Mam ochotę zrobić z tobą wiele pierwotnych rzeczy, Chérie. - W końcu dostrzegłam w jego oczach ten wesoły błysk i nieco się rozluźniłam. To dalej był mój Louis. - A teraz rusz swój piękny tyłek, nie mamy czasu.

Nie wiedziałam, co planował, ale ufałam mu bezgranicznie, więc ruszyłam za nim. Pędziliśmy w ciemności, jakby goniło nas stado kojotów. Gdy już myślałam, że z wysiłku dostanę kołki, zatrzymaliśmy się przy przystani, na której widok przeszedł mnie dreszcz. Czy to już ten moment, w którym będzie starał się zaimponować mi fortuną, którą posiada? Weźmie mnie na rejs jachtem i będzie opowiadał o tym, jak wiele osiągnął i jak duża suma znajduje się na jego koncie? Naprawdę nie chciałam skończyć jak bohaterki książek, w których ostatnio tak bardzo się zaczytywałam. No dobra, z Louisem mogłabym robić wszystko, ale niekoniecznie w koszulce z wielką plamą po ketchupie na środku. No i nie było to w jego stylu, a za nic w świecie nie chciałam, by robił coś wbrew sobie.

Na szczęście zatrzymaliśmy się dopiero na samym końcu pomostu, więc spojrzałam na niego pytająco. Louis wytarł wilgotne od potu dłonie o spodnie. Denerwował się? To był tak niecodzienny widok, że sama poczułam wielki kamień, zalegający w moim żołądku.

- Twoja karoca, Kopciuszku.

Zrobił zamach ręką tak szeroki, że niebezpiecznie zachwiał się na krawędzi pomostu i przez chwilę myślałam, że runie do wody, co mogłoby stać się naszą tradycją. Na szczęście odzyskał równowagę i błysnął do mnie uśmiechem, popisując się tak, jakby właśnie zrobił najniebezpieczniejszą sztuczkę cyrkową. Zaśmiałam się i spojrzałam w drugą stronę. Tuż przy pomoście, na wodzie, kołysał się kajak. Nie wiem, co spodziewałam się zobaczyć, ale ten widok ścisnął mnie za serce, przypominając nasze pierwsze spotkanie, które można było nazwać randką.

Louis podniósł z ziemi pomarańczową kamizelkę i założył mi ją przez głowę.

- Tym razem nie zdejmiesz jej, dopóki twoja noga nie stanie na brzegu, jasne?

Przytaknęłam. Sama też nie miałam najmniejszej ochoty na powtórkę z rozrywki. Mężczyzna kucnął i przytrzymał dla mnie kajak, bym mogła wejść do niego bez problemów.

- Jesteś pewien, że nie ma tam żadnych pająków?

- Kazałem sprawdzić trzy razy. Tym razem powinniśmy być bezpieczni.

Zero uśmiechu, zero riposty. Co jest grane?!

- Z tobą nigdy nic nie wiadomo - burknęłam i zajęłam swoje miejsce z tyłu.

Pływanie nocą po bezkresnych, ciemnych wodach było magiczne samo w sobie. Nie mogąc się powstrzymać, dotknęłam palcami zimnej tafli, którą miałam na wyciągnięcie ręki.

- Nie obijaj się, Last. Jeśli tylko ja będę wiosłował, zaczniemy kręcić się w kółko.

- A płyniemy w jakimś konkretnym kierunku?

- Do jaskini.

- Czekaj, ty mówiłeś poważnie?!

Kiedyś słyszałam o jaskini, która znajduje się nieopodal, jednak nigdy nie zgłębiłam tego tematu. Tak to już jest, że człowiek marzy o dalekich podróżach, a nie zna tego, co ma pod nosem.

- Cały czas jestem poważny, Eleno.

- Właśnie widzę - mruknęłam chyba bardziej do siebie.

Czułam się nieswojo, co w towarzystwie Louisa było nowością, a to utwierdziło mnie w przekonaniu, że albo ktoś umarł, albo zaraz umrze, jeśli nie powie mi, o co chodzi.

Gdy dopłynęliśmy do brzegu, wyszłam z kajaka, uważając, by nie zwichnąć kostki na nierównych kamieniach. Jaskinia okazała się łukiem skalnym, do którego można było się dostać tylko drogą wodną. Zaparło mi dech. Nie dlatego, że byłam pod wrażeniem dzieła, jakie stworzyła matka natura. Wszędzie dookoła płonęły świece, setki świec. Niektóre przestały się palić za sprawą delikatnego wiatru, ale i tak robiły niesamowite wrażenie. Byłam pewna, że jeśli teraz okażę swój zachwyt, Louis wyprze się wszystkiego i stwierdzi, że to sprawka krasnoludków. Milczałam więc i pozwoliłam poprowadzić się w głąb "jaskini", prosto na puchowy koc, z którego mieliśmy idealny widok na rozgwieżdżone niebo przed nami.

- Powiesz mi w końcu, co się dzieje? - Nie wytrzymałam, miałam dość tej presji. - Jeśli chcesz udobruchać mnie, żeby zabrać kota, to przysięgam...

Louis uciszył mnie pocałunkiem. Nie miałam pojęcia, jak ten facet to robi, ale za każdym razem, gdy nasze usta się spotykały, miałam wrażenie, że robią to pierwszy raz. I każdy z nich był wyjątkowy i godzien zapamiętania.

- Kocham cię, Eleno.

Wciągnęłam głośno powietrze, odrywając się od niego. Nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam.

- Chodzisz struty, bo chciałeś wyznać mi miłość?

Musiałam upewnić się, czy dobrze zrozumiałam.

- Wierz mi lub nie, ale pierwszy raz w życiu mówię te słowa na głos. To trochę stresujące. No i chciałem, żebyś wzięła je na poważnie, dlatego się nie wygłupiam i staram się być poważny.

Moja komórka rozdzwoniła się w kieszeni bluzy. Wyjęłam ją i odrzuciłam połączenie od Bridget. Ta to miała wyczucie. Po chwili dźwięk rozległ się ponownie. Moja matka nigdy nie dzwoniła do mnie dwa razy z rzędu, więc posłałam Louisowi przepraszający uśmiech. Wstałam z koca i odeszłam kawałek.

- Mamo, nie mogę teraz rozmawiać - powiedziałam zamiast przywitania.

- Masz plany na jutro?

- Nie, nie mam. I nie jest to najlepszy moment, by o tym dyskutować.

- No to już masz, obiecałaś mi i Hugonowi obiad.

Westchnęłam, przypominając sobie obietnicę, którą rzuciłam w Vegas.

- Gdzie? - zapytałam zrezygnowana.

- U nas w domu. Ubierz się ładnie, a muchy z nosa zostaw u siebie.

Przewróciłam oczami i otworzyłam usta, by rzucić jakąś celną uwagę, ale przerwał mi dźwięk zakończonego połączenia. Ta rozmowa była dziwna, nawet biorąc pod uwagę, że rozmowa z Bridget nigdy nie należała do normalnych.

Schowałam telefon i usiałam przy Louisie, wtulając głowę w jego klatkę piersiową. Nie odezwałam się, bo co niby miałabym powiedzieć? Może przerwano nam nie bez powodu? Może to był znak od losu, że nie jestem gotowa na tak poważne wyznanie? Więc milczałam, przyglądając się gwiazdom, malutkim, niezbadanym punktom oddalonym od nas o lata świetlne.

- Wiesz, że niektóre z gwiazd, które widzimy, mogą już nie istnieć? - Louis przerwał ciszę, zalegającą między nami. - Teoretycznie właśnie teraz możemy widzieć coś, czego nie ma. Nie uważasz, że podobnie jest z tobą?

- Co dokładnie masz na myśli?

- Widzisz w sobie ograniczenia, które już dawno zniknęły. Cały czas się boisz, chociaż prędzej odgryziesz sobie język, niż się do tego przyznasz. Ale ja to widzę, Chérie. Cały czas. Jeśli czegoś nie kontrolujesz, uciekasz. I nawet nie masz pojęcia, ile cudownych rzeczy może cię przez to ominąć.

Louis przyciągnął mnie tak, że siedziałam przed nim, a on przytulił się policzkiem do mojej twarzy.

- Spójrz przed siebie - nakazał. - Kosmos jest piękny i fascynujący, prawda? Miałaś swój udział w jego tworzeniu?

- Co za głupie pytanie, oczywiście, że nie.

- Więc czasem po prostu odpuść i podziwiaj coś, co może stać się bez twojej kontroli. A to... - Objął mnie, by założyć coś na moją szyję. Poczułam chłód, więc od razu sięgnęłam tam dłonią. Moje palce natrafiły na coś podłużnego i twardego. - Daję ci to, żebyś nigdy o tym nie zapomniała. Nie zapomniała o mnie.

Czekałam, aż Louis upora się z zapięciem naszyjnika i spojrzałam na wisiorek, na który przyświecił światłem latarki. Ciemny kamień wyglądał tak, jakby w jego wnętrzu zamknięto setki gwiazd.

- Jest piękny - wyznałam wzruszona. - Dziękuję.

Nie byłam w stanie opisać uczucia, które mnie ogarnęło. To, co najlepsze, powinno pozostać nieopisane. Bo czym będzie wyjątkowość, gdy ubierzemy ją w zwyczajne słowa? Louis miał rację. Czasem warto było odpuścić i zobaczyć, w jakim kierunku poniesie cię wiatr losu.

- Ja też cię kocham, Louisie Benoit.

27

Stanęłam na progu rezydencji, która wyglądała tak, jakby ktoś wyrwał ją prosto z planu Dynastii. Dorastałam w niej, ale miesiące spędzone we własnych czterech ścianach sprawiły, że poczułam się onieśmielona. Wygładziłam błękitną sukienkę, poprawiłam włosy i zapukałam do masywnych drzwi.

- A kogo moje oczy widzą? - zadrwił mężczyzna, który pojawił się w progu. Jego widok sprawił, że moje zdezorientowanie przybrało na sile. - W końcu jesteś, możemy zaczynać przedstawienie.

Dwukolorowe oczy przyglądały mi się z jawną kpiną i to był pierwszy raz, gdy dojrzałam w nich jakikolwiek przejaw emocji. To był on! Koleś, który łaził za mną od miesięcy. Co on, do cholery, robił w moim rodzinnym domu?!

- Gabriel, na litość, wpuść Elenę do środka! - ryknął Hugo, który pojawił się w holu. - Wybacz, kochana, mojemu wnukowi czasem zdarza się zapomnieć o dobrych manierach. Chodź, twoja mama czeka w jadalni.

Wnukowi?! To słowo cały czas odbijało się echem w moich myślach, gdy Hugo złapał mnie za rękę i poprowadził w głąb posiadłości. Gabriel mnie śledził na prośbę Hugona? Przez wzgląd na związek z moją matką chciał mnie sprawdzić? Nie miało to żadnego sensu!

Na mój widok Bridget poderwała się z krzesła i uścisnęła mnie tak, jakby chciała ochronić mnie przed całym złem świata.

- Co się dzieje, mamo? - zapytałam zaskoczona jej nagłym gestem. - To ty kazałaś Gabrielowi za mną łazić?

- Nie, kochanie. Może usiądziesz? Zjemy kolację i wszystko na spokojnie ci wyjaśnimy.

Nieśpiesznie zajęłam miejsce, naprzeciw którego wcześniej siedziała Bridget. To, co czułam, nie było tylko dezorientacją. Czułam przerażenie, które dosięgało najgłębszych części mojego ciała. Szósty zmysł bił na alarm. Byłam przekonana, że w tym stanie nie przełknę ani kęsa dań, które stały przede mną na stole, więc tylko siedziałam i wpatrywałam się w matkę, która nie była w stanie spojrzeć mi w oczy.

- Elena? Co tu robisz? - Głęboki głos dotarł do moich uszu, a ja powędrowałam wzrokiem w jego kierunku. W progu stał Louis. MÓJ LOUIS! - Grand-papa, co się dzieje? Co tu robi Elena?

Dziadku?! Tego już było dla mnie za wiele. Osunęłam się na krześle, odliczając powoli od stu w dół.

- Zjedzmy w spokoju, dobrze? - poprosiła moja matka, która nerwowo zaczęła nakładać na swój talerz porcję sałatki.

- Nie będę jadł, dopóki ktoś tego nie wytłumaczy, do jasnej cholery! - ryknął Louis, a jego wściekłe oczy ciskały pioruny.

Jego obecny stan był daleki od złości na Carol. Stał z zaciśniętymi pięściami i przeskakiwał wzrokiem pomiędzy Hugonem a Gabrielem, który musiał być jego bratem. Chciałam do niego podejść, ukoić jego nerwy, ale nie byłam w stanie. Louis prawie nigdy nie wspominał o swojej rodzinie, a to uświadomiło mi, jak wiele tajemnic przede mną skrywał.

- Elena jest córką Bridget - powiedział rzeczowo Hugo, a jego ton znacznie różnił się od tego, którym przemawiał do mnie. - Przestań stroić fochy i siadaj do stołu!

Spojrzałam na Louisa, chcąc zobaczyć jego twarz. Zbladł tak bardzo, że stał się niemal przeźroczysty, a drżenie jego rąk widziałam nawet z odległości.

- Jak to możliwe? - zapytał cicho, jakby pytał samego siebie. - Przecież się znamy.

- Zmieniłam nazwisko - usłyszałam swój własny głos, który dochodził jakby z oddali.

Zerwałam się z krzesła i podeszłam do Louisa. Złapałam go za dłonie, które natychmiast mi wyrwał, jakby mój dotyk go parzył. Niemal czułam, jak moje serce rozrywa się na pół.

- Nie dotykaj mnie - warknął. - Już nigdy więcej mnie nie dotykaj.

Nie rozumiałam. Nie potrafiłam znaleźć logicznego wyjaśnienia jego zachowania. Może i sytuacja, w której się znaleźliśmy, nie należała do najzwyklejszych, ale przecież nie był to koniec świata. Takie rzeczy się zdarzają. Ludzie zaczynają się spotykać, a ich krewni zakochują się w sobie... Trzask drzwi frontowych uświadomił mi, że Louis zniknął. Spojrzałam na mamę, szukając w niej wsparcia, jednak ona patrzyła teraz na Hugona.

- Pójdę za nim, ojcze. Chyba nie powinien prowadzić w takim stanie.

Ich rozmowa zlała się w jeden wielki bełkot, którego nawet nie próbowałam zrozumieć. Całe życie sądziłam, że rodzice Bridget zginęli jeszcze przed moimi narodzinami. Hugo nie był jej facetem, był jej ojcem. A to znaczyło...

Panika zaatakowała moje zmysły, a ja pierwszy raz się jej poddałam. Nie miałam siły z nią walczyć. Znalazłam się we własnym piekle na ziemi, które było znacznie lepsze niż to, co działo się w rzeczywistości.

Gdy w końcu zdołałam otrząsnąć się z pierwszego szoku, w jadalni nie było już nikogo. A właściwie nikogo poza...

- Ty - syknęłam w stronę Gabriela, który stał w progu jadalni i wcinał popcorn. - Wiedziałeś, obserwowałeś mnie! Jak mogłeś do tego dopuścić?!

Pierwszy raz w życiu poczułam do kogoś czystą nienawiść. Mnie, po raz kolejny zresztą, walił się na głowę cały świat, a on miał z tego niezły ubaw. Miałam ochotę bić, wrzeszczeć i wbijać pazury w tę parszywą gębę. Z bezsilności zaniosłam się płaczem.

- Wreszcie zrozumiałaś? - zadrwił. - A dlaczego nic nie powiedziałem? Pomyślmy... Było coś zabawnego w tym, jak pieprzysz się ze swoim kuzynem - prychnął i podrzucił ziarenko prażonej kukurydzy, które wpadło mu do otwartej gęby, a ja żałowałam, że się przy tym nie udusił. - A że ja nie mam tu zbyt wiele rozrywek... Kompleks braciszka to jedno, ale żeby z tego powodu bzykać mojego? Tę ciotę? Miałaś lepsze opcje, Eleno. - Przerwał, gdy zbliżyłam się do niego w ekspresowym tempie.

To, co usłyszałam, było tak nieludzkie, że nie mogłam w to uwierzyć. Natychmiast przestałam płakać i spojrzałam z niedowierzaniem w oczy, które znienawidziłam do szpiku kości. Ostatnia samotna łza wybrała się w podróż po moim policzku, zabierając z mojego wnętrza to, co było we mnie najlepsze. Spadła na ziemię i mimo że nie mogłam usłyszeć jej dźwięku, gdy rozbijała się o podłogę, doskonale wiedziałam, w którym momencie to nastąpiło. Straciłam coś, czego nigdy nie będę w stanie odzyskać. Dobre emocje, które gromadziłam przez ostatnie tygodnie, uleciały ze mnie jak powietrze z dziurawego balonika.

Moja pięść z niebywałą prędkością wystrzeliła w stronę nosa Gabriela. Walnęłam prosto w środek jego twarzy, jak robiłam to tysiące razy z workiem na sali treningowej. Szok w jego oczach napełnił mnie chwilową satysfakcją, więc uśmiechnęłam się kpiąco, obserwując, jak z nozdrzy powoli wypływa krew. Mężczyzna otarł ją rękawem, a ja niespiesznym krokiem wyszłam z rezydencji. Jeśli wszyscy w moim życiu chcieli grać w popaprane gry, ich wybór. Podobno nie powinno zadzierać się z diabłem, ale nikt nie ostrzegał, że diabeł w sukience może być o wiele gorszy.

A taki, który sam uszył dla siebie kreację, jest niemal nie do pokonania.

Przez ostatnie lata moje życie przypominało noc. To Louis był moimi pierwszymi promieniami słońca, zwiastującymi nadejście nowego dnia. Gdy odważyłam się coś do niego poczuć, okazało się, że był jedną z osób, których kochać nie miałam prawa. Nie w ten sposób. Wyciągnęłam z plecaka telefon i wybrałam numer jedynej osoby, która nie będzie mnie oceniać.

- Ja pierdolę, Carol, spałam z własnym kuzynem - wypaliłam na jednym wydechu, gdy tylko usłyszałam głos przyjaciółki.

Spodziewałam się żywiołowej reakcji, a dostałam jedynie ciszę, która zmroziła mi serce. Coś było nie tak i wiedziałam, że nie chodziło o moje bezpośrednie wyznanie.

- Carol... - powiedziałam szeptem mimo ściśniętego gardła. - Co się stało?

- To nie jest rozmowa na telefon - wyznała po chwili, a ton jej głosu sprawił, że zamarłam. Nigdy jeszcze nie słyszałam, by ta wesoła kobieta brzmiała, jakby cały świat zawalił się jej na barki.

- Jadę do ciebie. Cokolwiek się dzieje, poradzimy sobie, słyszysz?

Dostrzegłam czarną, śmiercionośną maszynę Gabriela. Kluczyki tkwiły w stacyjce, jakby czekały właśnie na mnie. Przełknęłam ślinę i wgramoliłam się na motocykl. Czy jeszcze pamiętałam, jak się prowadzi?

Cholera jasna!

Miałam wrażenie, że minęły wieki, odkąd z Simonem jeździliśmy czymś podobnym.

- Nie poradzimy sobie, Eleno. Nie z tym. - Carol zaniosła się płaczem i po chwili dodała: - Bastien miał wypadek, jest w krytycznym stanie. Wszystko w rękach Boga, o ile jakiś istnieje.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Drogi Czytelniku!

Z ogromną radością dzielę się z Tobą stronami tej książki, która jest nie tylko owocem mojej pasji do pisania, lecz także szczerym wyrazem mojego osobistego doświadczenia zmagania się z zaburzeniami lękowymi, depresją i agorafobią. Ta opowieść jest dla mnie niezwykle ważna, gdyż w jej kartach odnajduję odbicie własnych wyzwań i triumfów.

Zdecydowałam się podzielić tymi trudnymi uczuciami nie po to, aby wzbudzić współczucie czy zrozumienie, ale raczej po to, abyście mogli odnaleźć w tej historii iskierkę nadziei i przekonanie, że nawet w najciemniejszych labiryntach, istnieje droga ku światłu.

Chcę też podkreślić, jak istotne jest zrozumienie i właściwe definiowanie pojęć związanych z zaburzeniami psychicznymi. W społeczeństwie często używa się stwierdzenia "atak paniki" w kontekście codziennego stresu, nie zdając sobie sprawy z głębszego znaczenia tego zjawiska. Kilka lat temu sama należałam do osób, które bagatelizując to wyrażenie, nie rozumiały, co kryje się za nim naprawdę.

Na początku mojej trudnej drogi nie widziałam dla siebie przyszłości. Jednak po dwóch latach intensywnego leczenia, wsparcia od specjalistów i najbliższych, dostrzegam, że jestem w stanie normalnie funkcjonować, rozwijać się, spełniać marzenia i z optymizmem patrzeć w przyszłość. To doświadczenie nauczyło mnie, jak istotne jest właściwe zrozumienie własnych emocji i potrzeb oraz jak ważna jest otwarta rozmowa na temat zdrowia psychicznego.

Pamiętajcie, że nie jesteście sami w swojej walce. W tej trudnej podróży warto szukać wsparcia bliskich, przyjaciół, a także specjalistów. Odwaga do dzielenia się swoimi przeżyciami może być pierwszym krokiem na drodze do normalności. Jeśli zmagasz się z podobnymi wyzwaniami, nie wahaj się sięgnąć po pomoc. Poniżej znajdziesz numery telefonów instytucji i organizacji oferujących wsparcie psychologiczne:

- Linia pomocy psychologicznej: 800 702 222

- Telefon zaufania: 116 123

- Pierwsza Pomoc Psychologiczna: 22 425 98 48

Jeśli nie czujesz się na siłach, by umówić się na wizytę stacjonarną, możesz skorzystać z pomocy on-line, na przykład na stronie PsychoMedic.pl. Wierzę, że każdy z nas odnajdzie światło nawet w najciemniejszym mroku.

Korzystając z okazji, chcę podziękować kilku niezwykłym osobom, które odgrywały kluczową rolę w moim życiu.

Alexowi - ukochanemu synkowi - Twoja radość i energia są dla mnie jak lekarstwo na wszystkie smutki. Dzięki Tobie czasem nie mam nawet chwili na podłe myśli, bo jesteśmy zajęci wspólnymi śmiechami, zabawą i odkrywaniem świata. Twoja obecność w moim życiu dodaje mu głębi, sensu i niewątpliwie sprawia, że staję się lepszą osobą. Dziękuję Ci za to, że jesteś moim niezastąpionym skarbem i nieustannym źródłem radości.

Gosi i Antkowi - najwspanialszym rodzicom na świecie - dziękuję Wam za nieustające wsparcie, cierpliwość i miłość. Wasza obecność jest dla mnie fundamentem, na którym buduję swoją siłę. To Wy nie pozwalacie mi zrezygnować ze swoich marzeń.

Dawidowi i Erykowi - cudownym braciom - Wasza niekończąca się energia i czasem irytujące dokuczanie sprawiły, że nawet w trudnych chwilach uśmiech zawsze pojawiał się na mojej twarzy. Dziękuję Wam za radość, której mi nigdy nie odmówiliście.

Karolinie - siostrze z wyboru - bratnia duszo, Twoja przyjaźń jest dla mnie bezcenna. Dziękuję, że zawsze jesteś u mojego boku, gotowa na rozmowę i pomoc.

Klaudii i Kasi - niezastąpionym przyjaciółkom - zawsze wiecie, jak ustawić mnie do pionu. Dziękuję Wam za bezwarunkową przyjaźń, zrozumienie i to, że idziecie ze mną nawet wtedy, gdy do głowy przychodzą mi najdurniejsze pomysły!

Wiedźmom - mojej cudownej bookstagramowej ekipie, która potrafi rozśmieszyć nawet w najgorszych dniach. Dziękuję za Waszą magię, która sprawia, że życie staje się fajniejsze.

Patronom - osobom, które wzięły pod swoje skrzydła tę wyjątkową dla mnie książkę, dziękuję za zaufanie i wsparcie. Wasza obecność sprawiła, że ta podróż stała się możliwa.

Z całego serca dziękuję Wam wszystkim obecność i wsparcie w trudnych chwilach, a Wam, drodzy Czytelnicy, dziękuję za to, że podjęliście ze mną tę podróż.

Z serdecznymi życzeniami,

1 Lewis Hamilton - Kierowca Formuły 1 (przyp.aut.).

2 Agent K. -Postać fikcyjna, bohater filmu "Faceci w czerni" (przyp.aut.).

3 la croupe - jęz. fr. - tyłek (przyp.aut.).

4 Joe Goldberg - stalker, główny bohater serialu "Ty".