ROZDZIAŁ PIERWSZY - Nie na sprzedaż
Wszyscy w Greenall Bridge znali Lassie Sama Carraclougha. Można powiedzieć, że była ona najbardziej znanym psem w wiosce z trzech powodów.
Po pierwsze dlatego, że prawie każdy mieszkający tam mężczyzna zgadzał się, że była najlepszym collie, jakiego kiedykolwiek widzieli.
Była to prawdziwa pochwała, ponieważ Greenall Bridge znajduje się w hrabstwie Yorkshire, a tutaj, jak nigdzie indziej na świecie, psy traktowane są prawdziwie po królewsku. W tej ponurej części północnej Anglii czworonogi wydają się rosnąć lepiej niż w jakimkolwiek innym miejscu. Wiatr i zimny deszcz omiatają tu płaskie wrzosowiska, sprawiając, że psy mają gęstą sierść i są tak samo wytrzymałe, jak tutejsi mieszkańcy.
Ludzie ci kochają te zwierzęta i doskonale wiedzą jak je hodować. Można byłoby wejść do którejkolwiek z setek małych górniczych wiosek w tym największym angielskim hrabstwie i zobaczyć, doskonałej rasy psy o arystokratycznej postawie depczące po piętach skromnie ubranym robotnikom. Bogaci miłośnicy psów, nawet z innych części świata, zazdroszczą im takich czworonogów.
Greenall Bridge było jak inne wioski w Yorkshire. Ludzie znali, rozumieli i kochali psy, a wiele z nich było doskonałych, ale wszyscy zgadzali się, że jeśli w Greenall Bridge kiedykolwiek wyhodowano lepszego psa niż trójkolorowy owczarek Sama Carraclougha, to musiało to być na długo przed ich narodzinami.
Ale był jeszcze jeden powód, dla którego Lassie była tak dobrze znana w wiosce. Jak mawiały kobiety "można było według niej ustawiać zegary".
Zaczęło się to wiele lat wcześniej, kiedy Lassie była jeszcze bystrym i beztroskim szczeniakiem. Pewnego dnia syn Sama Carraclougha, Joe, wrócił do domu podekscytowany.
"Mamo! Wyszedłem dziś ze szkoły i wyobraź sobie, kto tam na mnie czekał? Lassie! Jak myślisz, skąd wiedziała, gdzie jestem?".
"Musiała wyczuć twój zapach, Joe. Tylko to przychodzi mi do głowy".
Cokolwiek to było, następnego dnia, tak samo jak kolejnego, Lassie znowu czekała przy szkolnej bramie. Mijały tygodnie, miesiące i lata, a sytuacja się nie zmieniała. Kobiety wyglądające przez okna swoich domków lub sklepikarze stojący w drzwiach na High Street widzieli biegnącego równym krokiem, dumnego, czarno-biało-złotego owczarka i mówili:
"Musi być za pięć czwarta - idzie Lassie!".
Słońce czy deszcz, zawsze tam była, czekając na chłopca. Chociaż był jednym z wielu dzieci, które biegły po betonowym placu zabaw, to dla Lassie liczył się tylko on. Zawsze następowała chwila radosnego powitania, a potem chłopiec i pies wracali razem do domu. Tak było przez cztery lata.
Lassie była w wiosce bardzo lubiana. Znał ją prawie każdy. Przede wszystkim jednak mieszkańcy Greenall Bridge szczycili się nią, ponieważ reprezentowała coś, czego nie potrafili tak do końca wyjaśnić. Było to coś związanego z ich dumą, a ta miała związek z pieniędzmi.
Ogólnie rzecz biorąc, jeśli człowiek wyhodował wyjątkowo dobrego psa, pewnego dnia przestawał on być psem i stawał się czymś na czterech łapach, co było warte pieniądze. Oczywiście nadal był psem, ale teraz był już czymś więcej. Zamożny człowiek mógł o nim usłyszeć albo czujni handlarze lub hodowcy mogli go zobaczyć, a wtedy chcieli go kupić. Bogaty człowiek może kochać psa tak samo jak biedny i w tej kwestii nie ma między nimi żadnej różnicy, ale jest ona w sposobie, w jaki muszą patrzeć na pieniądze. Biedny człowiek siada i myśli, ile węgla będzie potrzebował tej zimy, a ile par butów i ile jedzenia powinny mieć jego dzieci, aby były silne - a potem wraca do domu i mówi:
"Cóż, musiałem to zrobić, więc nie zawracaj mi głowy! Pewnego dnia kupimy kolejnego psa i wszyscy pokochacie go tak samo, jak pokochaliście tego."
W ten sposób wiele pięknych psów opuściło domy Greenall Bridge. Ale nie Lassie!
Cała wioska wiedziała, że nikt nie był w stanie kupić Lassie od Sama Carraclougha. Nawet sam książę Rudling, który mieszkał w swojej wielkiej posiadłości milę za wioską i miał hodowle pełne wspaniałych psów.
Przez trzy lata książę próbował kupić Lassie od Sama Carraclougha, ale ten stał twardo na swoim stanowisku.
"Nie ma sensu oferować jeszcze większej kwoty, wasza lordowska mość" - powiedział. "Po prostu... ona nie jest na sprzedaż za żadną cenę".
Cała wioska o tym wiedziała. I właśnie dlatego Lassie tak wiele dla nich znaczyła. Reprezentowała rodzaj dumy, której pieniądze nie mogły im odebrać.
Ale psy należą do ludzi, a ludzi bije los. I czasami przychodzi taki czas w życiu człowieka, kiedy los uderza go tak mocno, że musi pochylić głowę i zdecydować się przełknąć swoją dumę, aby jego rodzina mogła zjeść chleb.
ROZDZIAŁ DRUGI - "Nigdy nie chcę innego psa"
Nie było jej! To było wszystko, co wiedział Joe Carraclough.
Tego dnia jak zwykle wyszedł ze szkoły razem z innymi i przebiegł przez podwórko w pędzie radości, który można zobaczyć we wszystkich szkołach na całym świecie, gdy kończą się lekcje. Niemal automatycznie, z przyzwyczajenia zakorzenionego przez setki dni, udał się do bramy, gdzie zawsze czekała Lassie. Ale jej tam nie było!
Joe Carraclough - krzepki, dobrze wyglądający chłopiec, stał tam próbując to wszystko zrozumieć. Szerokie czoło nad jego brązowymi oczami było zmarszczone. Na początku nie mógł uwierzyć, że to, co mówią mu zmysły, może być prawdą.
Spojrzał w górę i w dół drogi. Może Lassie się spóźniła? Wiedział jednak, że to nie może być powód, ponieważ zwierzęta nie są takie jak ludzie. Człowiek ma zegary i zegarki, a mimo to zawsze jest "pięć minut do tyłu". Zwierzęta nie potrzebują urządzeń, które wskazywałyby im czas. Jest w nich coś dokładniejszego niż zegary. Jest to "poczucie czasu", które nigdy ich nie zawodzi. Z doskonałą pewnością wiedzą dokładnie, kiedy nadszedł czas, aby wziąć udział w jakiejś dobrze ugruntowanej rutynie życia.
Joe Carraclough nie miał co do tego wątpliwości. Często rozmawiał o tym z ojcem, pytając go, skąd Lassie wiedziała, kiedy trzeba iść do szkoły. Ona nie mogła się spóźnić.
Chłopiec stał we wczesnym letnim słońcu i rozmyślał. Nagle doznał olśnienia.
Może została przejechana!
Początkowo ta myśl napełniła go paniką, szybko ją jednak odrzucił. Lassie była zbyt dobrze wyszkolona, by włóczyć się beztrosko po ulicach. Zawsze poruszała się z gracją i pewnością siebie po chodnikach wioski, mimo, że ruch w Greenall Bridge był bardzo niewielki. Główna ulica biegła wzdłuż doliny rzeki przez milę. Do wioski prowadziła tylko jedna mała droga, która przechodziła w wąski szlak, gdy docierała do płaskich wrzosowisk.
Być może ktoś ukradł Lassie!
Ale to też nie mogła być prawda. Nikt obcy nie mógł położyć na niej ręki, chyba że któryś z Carracloughów był na miejscu i nakazał jej się podporządkować. A poza tym była zbyt dobrze znana w okolicy Greenall Bridge, by ktokolwiek odważył się ją ukraść.
No to gdzie mogła teraz być?
Joe Carraclough postanowił rozwiązać swój problem w sposób, w jaki robią to setki tysięcy chłopców na całym świecie. Pobiegł do domu i powiedział o tym matce.
Szedł główną ulicą tak szybko, jak tylko potrafił. Nie zatrzymując się, przebiegł obok sklepów na High Street, przez wioskę do małej uliczki, która prowadziła na wzgórze, w górę, przez bramę i wzdłuż ścieżki ogrodowej, a następnie przez drzwi domku, aby zawołać:
"Mamo? Mamo, coś się stało Lassie! Nie przyszła po mnie!"
Gdy tylko to powiedział, od razu zauważył, że coś jest nie tak. Nikt w chacie nie podskoczył i nie zapytał go, co się stało. Nikt nie obawiał się też, że ich wspaniałego psa spotkało coś strasznego.
Nie umknęło to uwadze Joego. Stał odwrócony plecami do drzwi i czekał. Jego matka utkwiła wzrok w stole, na którym rozkładała herbatę. Przez sekundę milczała. Potem spojrzała na męża.
Ojciec chłopca siedział na niskim stołku przed kominkiem, z głową zwróconą w stronę syna. Powoli, nie odzywając się, odwrócił się z powrotem do ognia i wpatrywał się w niego uważnie.
"O co chodzi, mamo?" zawołał nagle Joe. "Co się stało?"
Pani Carraclough powoli postawiła talerz na stole, po czym przemówiła.
"Cóż, ktoś musi mu powiedzieć" - powiedziała, jakby do powietrza.
Jej mąż się nie poruszył. Odwróciła więc głowę do syna.
"Równie dobrze możesz dowiedzieć się od razu, Joe" - powiedziała. "Lassie nie będzie na ciebie czekać w szkole. I nie ma sensu płakać z tego powodu".
"Dlaczego nie? Co się z nią stało?"
Pani Carraclough podeszła do kominka i nastawiła czajnik. Mówiła, nie odwracając się.
"Ponieważ została sprzedana. Dlatego."
"Sprzedana?" - powtórzył chłopiec, jego głos był wysoki. "Sprzedana? Dlaczego sprzedaliście Lessie? Dlaczego ją sprzedaliście?".
Jego matka odwróciła się gniewnie.
"Została sprzedana, odeszła i koniec. Więc nie zadawaj więcej pytań. Nie zmienisz tego. Nie ma jej i tyle - i nie będziemy więcej o tym mówić".
"Ale mamo..."
Krzyk chłopca był wysoki i zdezorientowany. Matka przerwała mu.
"Koniec z tym! Chodź i napij się herbaty! Chodź i siadaj!"
Chłopiec posłusznie udał się na swoje miejsce przy stole. Kobieta odwróciła się do mężczyzny przy ognisku.
"Sam, chodź jeść. Chociaż, Bóg jeden wie, jak skromny jest ten nasz podwieczorek...".
Kobieta zamilkła, gdy jej mąż podniósł się z gniewną gwałtownością. Następnie bez słowa podszedł do drzwi, zdjął czapkę z wieszaka i wyszedł. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Przez chwilę w domu panowała cisza. Potem kobieta odezwała się z naganą w głosie.
"Zobacz, co zrobiłeś! Rozzłościłeś swojego ojca. Jesteś z siebie zadowolony?".
Ze znużeniem usiadła na krześle i wpatrywała się w stół. Przez długi czas w domu panowała cisza. Joe wiedział, że obarczanie go winą za to, co się stało, było niesłuszne. Ale wiedział też, że w ten sposób matka chciała ukryć swój ból. Tak samo było z karceniem. Tacy byli ludzie w tych stronach - szorstcy, uparci, przyzwyczajeni do surowego, ciężkiego życia. Kiedy działo się coś, co poruszało ich emocje, ukrywali swoje uczucia. Kobiety przeklinały i plotkowały, by ukryć ból. Nie umiały inaczej.
Po chwili było już po wszystkim.
"No dalej, Joe. Jedz!"
Głos jego matki był teraz miękki i cierpliwy.
Chłopiec wpatrywał się nieruchomo w swój talerz.
"Daj spokój, Joe. Jedz chleb z masłem. Spójrz - dobry, świeży chleb, który właśnie dziś upiekłam. Nie chcesz go?"
Chłopiec pochylił głowę.
"Nic nie chcę" - powiedział szeptem.
"Psy, psy, psy - warknęła jego matka. Jej głos znów nabrał gniewnego tonu.
"Cały ten kłopot z powodu psa. Cóż, jeśli o mnie chodzi, cieszę się, że Lassie odeszła. Cieszę się. Tyle było zachodu z opieką nad nią jak z dzieckiem! Teraz już jej nie ma i nie ma problemu, a ja się cieszę. Cieszę się!"
Pani Carraclough potrząsnęła głową i pociągnęła nosem. Następnie wyjęła chusteczkę z kieszeni fartucha i głośno go wydmuchała. W końcu spojrzała na syna, który wciąż siedział bez ruchu. Potrząsnęła smutno głową i przemówiła. Jej głos znów był cierpliwy i uprzejmy.
"Joe, chodź tutaj - powiedziała.
Chłopiec podniósł się i stanął obok matki. Objęła go ramieniem i przemówiła, odwracając głowę w stronę ognia.
"Słuchaj, Joe, jesteś już dużym chłopcem i potrafisz to zrozumieć. Widzisz, ostatnio nie układa się nam najlepiej. Wiesz, jak to jest. Musimy mieć co jeść i zapłacić czynsz, a Lassie była warta dużo pieniędzy i nie mogliśmy już sobie pozwolić na jej utrzymanie. Teraz są ciężkie czasy i nie wolno ci denerwować ojca. I tak jest wystarczająco zmartwiony. To tyle na ten temat. Lassie odeszła".
Młody Joe Carraclough stał obok matki w ich małej chacie. Rozumiał. Nawet dwunastoletni chłopiec z Greenall Bridge wiedział, czym są "ciężkie czasy".
Przez lata, jak daleko dzieci sięgały pamięcią, ich ojcowie pracowali w kopalni Wellington za wioską. Szychta za szychtą szli niosąc swoje pudełka z jedzeniem i górnicze latarnie, i pracowali, aby wydobyć cenny węgiel. Potem czasy stały się "ciężkie". W kopalni zapanował "przestój", a mężczyźni zarabiali mniej. Już tylko czasami praca nabierała tempa i mężczyźni pracowali w pełnym wymiarze godzin.
Wtedy wszyscy byli szczęśliwi. Nie było to dla nich luksusowe życie, ponieważ w kopalnianych wioskach ludzie wiedli w najlepszym razie ciężkie życie. Ale było ono pełne odwagi i jedności rodzinnej, a nawet jeśli jedzenie na stole było proste, było go wystarczająco dla każdego.
Kilka miesięcy temu kopalnia została jednak całkowicie zamknięta. Wielkie koło na szczycie szybu już się nie obracało. Mężczyźni nie śpieszyli już tłumnie na swoje zmiany. Zamiast tego rejestrowali się w pośrednictwie pracy. Czekali, aż ktoś ich zatrudni. Ale praca nie nadchodziła. Wydawało się, że znajdują się w tym obszarze, który gazety nazywały "dotknięty recesją" - były to te części kraju, w których całkowicie zniknął przemysł. Całe wioski były bez pracy. Nie było sposobu na utrzymanie się. Rząd musiał dawać ludziom "zasiłek" - cotygodniową sumę pieniędzy - aby utrzymać ich przy życiu.
Joe zdawał sobie z tego sprawę. Słyszał ludzi mówiących o tym w wiosce. Widział mężczyzn w biurze pośrednictwa pracy. Wiedział też, że jego ojciec przestał chodzić do kopalni. Jego rodzice nigdy przy nim jednak o tym nie mówili, na swój szorstki sposób starali się, by te problemy nie spadły na jego młode barki.
Mimo że jego rozum o tym wszystkim wiedział, to serce wciąż płakało za Lassie. Ale uciszył je. Stał sztywno, a potem zadał pytanie.
"Czy nie moglibyśmy jej kiedyś odkupić, mamo?".
"Cóż, Joe, Lessie była bardzo cennym psem i nie stać nas na nią. Ale pewnego dnia kupimy innego. Po prostu poczekaj i zobaczysz. Może sytuacja się poprawi i weźmiemy kolejnego szczeniaka. Nie chciałbyś tego?"
Joe Carraclough pochylił głowę i potrząsnął nią powoli. Jego głos był tylko szeptem.
"Nigdy nie chcę mieć innego psa. Nigdy! Chcę tylko - Lassie!"
ROZDZIAŁ TRZECI - Zrzędliwy starzec
Książę Rudling stał przy żywopłocie z rododendronów, rozglądając się wokoło. Ponownie podniósł głos.
"Hynes!" ryknął. "Hynes! Gdzie on się podział? Hynes!"
W tym momencie, z poczerwieniałą od gniewu twarzą i rozczochranymi białymi włosami, książę wyglądał dokładnie tak, jak o nim mówiono: jak najbardziej porywczy starzec ze wszystkich trzech hrabstw Yorkshire.
Niezależnie od tego, czy jako człowiek zasłużył sobie na taką reputację, czy też nie, to trzeba powiedzieć, że jego słowa i czyny na nią zasłużyły.
Być może częściowo wynikało to z faktu, że książę był prawie zupełnie głuchy, przez co mówił do wszystkich tak, jak to robił wiele lat temu kiedy dowodził brygadą piechoty na paradzie. Miał również zwyczaj noszenia dużej laski z tarniny, którą zawsze wymachiwał dziko w powietrzu, aby podkreślić swoje i tak już zbyt dobitne słowa. Wreszcie, jego zły humor wynikał również ze zniecierpliwienia światem.
Książę miał jedno mocne przekonanie: że świat, jak to ujmował, "idzie na dno". Nic nie było tak dobre, jak wtedy, gdy był młody. Konie nie mogły już biegać tak szybko, młodzi mężczyźni nie byli tak odważni i śmiali, kobiety nie były tak ładne, kwiaty nie rosły tak dobrze, a jeśli chodzi o psy, to jeśli na świecie pozostały jeszcze jakieś godne uwagi, to tylko te, które znajdowały się w jego własnej hodowli.
Jego zdaniem ludzie nie potrafili teraz nawet mówić poprawną angielszczyzną, tak jak robili to, gdy był młodym mężczyzną. Mocno wierzył, że powodem, dla którego nie słyszy dobrze, nie jest to, że jest głuchy, ale to, że ludzie nabrali zgubnego nawyku mamrotania i skracania słów, zamiast wypowiadać je wyraźnie, tak jak robili to w jego młodości.
A co do młodego pokolenia! Książę mógł - i często to robił - godzinami wygłaszać wykłady na temat bezwartościowości każdego, kto urodził się w XX wieku.
To ostatnie było ciekawe, ponieważ ze wszystkich jego krewnych, jedyną osobą, którą książę mógł znieść (i która mogła znieść księcia, jak się wydawało) był najmłodszy członek jego rodziny, jego dwunastoletnia wnuczka, Priscilla.
To właśnie Priscilla przyszła mu na ratunek, gdy stał, wymachując laską i krzycząc, na skraju żywopłotu z rododendronów.
Zręcznie unikając zamachu jego laską, sięgnęła i pociągnęła za kieszeń jego tweedowego płaszcza Norfolk. Odwrócił się, ze zmierzwionymi wąsami.
"Och, to ty!" wykrzyknął. "To cud, że w ogóle ktoś przyszedł. Nie wiem, do czego zmierza ten świat. Służący do niczego! Wszyscy są zbyt głusi, by słyszeć! Kraj idzie na dno!"
"Nonsens - powiedziała Priscilla.
Była bardzo opanowaną i spokojną młodą damą. Dzięki ciągłemu kontaktowi z dziadkiem zaczęła traktować go jak równego sobie - albo oboje byli dużymi dziećmi, albo bardzo młodymi dorosłymi.
"Co takiego? - ryknął książę, patrząc na nią z góry. "Mów! Nie mamrocz!"
Priscilla pociągnęła jego głowę w dół, by móc mówić mu prosto do ucha.
"Powiedziałam nonsens!" krzyknęła.
"Nonsens?" ryknął książę.
Spojrzał na nią, po czym wybuchnął śmiechem. Miał dziwny sposób myślenia o Priscilli. Był przekonany, że jeśli Priscilla miała odwagę mu odpowiedzieć, musiała odziedziczyć ją po nim.
Książę poczuł się znacznie lepiej, patrząc na swoją wnuczkę. Pogłaskał swoje długie białe wąsy, które były o wiele bardziej okazałe i delikatniejsze niż te, które mężczyźni zapuszczają w dzisiejszych czasach.
"Ach, dobrze, że przyszłaś", zawołał książę. "Chcę, żebyś zobaczyła nowego psa. Jest wspaniały! Piękny! Najlepszy owczarek, jakiego kiedykolwiek widziałem".
"Ale zapewne i tak nie jest tak dobry jak te, które żyły w dawnych czasach, prawda?" zapytała Priscilla.
"Nie mamrocz", ryknął książę. "Nie słyszę ani słowa z tego, co mówisz".
Doskonale słyszał, ale postanowił to zignorować.
"Wiedziałem, że w końcu ją zdobędę"- kontynuował książę. "Chodziłem za nią przez trzy lata".
"Trzy lata!" - powtórzyła Priscilla wiedząc, że tego właśnie oczekuje dziadek.
"Tak, trzy lata. Myślał, że mnie pokona, ale mu się nie udało. Trzy lata temu zaoferowałem mu za nią dziesięć funtów, ale nie chciał sprzedać. Rok później zaproponowałem mu dwanaście, ale też się nie zgodził. W zeszłym roku podniosłem kwotę do piętnastu funtów. Powiedziałem mu, że to górna granica - i mówiłem poważnie. Ale on mi nie uwierzył. Wytrzymał jeszcze kolejne sześć miesięcy, aż w końcu w zeszłym tygodniu powiedział, że się zgadza.
Książę wydawał się zadowolony z siebie, ale Priscilla potrząsnęła głową.
"Skąd wiesz, że nie jest podrasowana?"
Było to naturalne pytanie, ponieważ, mówi się, że mieszkańcy Yorkshire nie tylko wiedzą, jak hodować psy, ale, że czasami, posuwają się za daleko. Często praktykują przebiegłe sztuczki, aby ukryć wady psa, być może klapnięte ucho lub wadliwe ułożenie ogona zostają tak zakamuflowane, aby wada była całkowicie niezauważalna. Dopiero znacznie później, kiedy mniej zorientowany nabywca zapłaci za psa i zabierze go do domu wady wychodzą na jaw. Te sztuczki i zabiegi określa się jako "podrasowywanie". Przy kupnie i sprzedaży psów, podobnie jak w przypadku koni, niepisaną zasadą jest caveat emptor - kupcu bądź ostrożny!
Ale książę ryknął jeszcze głośniej, gdy usłyszał pytanie Priscilli.
"Skąd mam wiedzieć, że nie jest podrasowana? Ponieważ sam pochodzę z Yorkshire. Gwarantuję ci, że znam tyle samo sztuczek co oni, a nawet kilka więcej. Nie, to pies najczystszej rasy. Poza tym dostałem ją od tego... jak mu tam...Carraclougha. Znam go zbyt dobrze. Nie odważyłby się spróbować czegoś takiego na mnie. Na pewno nie!"
Książę wymachiwał w powietrzu swoją wielką tarninową laską, jakby chciał rzucić wyzwanie każdemu, kto miałby czelność go oszukać. Starzec i jego wnuczka ruszyli ścieżką do psiarni. Tam, przy drucianym ogrodzeniu, zatrzymali się, by spojrzeć na psa w środku.
Priscilla zobaczyła leżącego tam dużego, czarno-biało-złotego owczarka. Leżał z głową opartą na przednich łapach, a delikatna ciemność jego arystokratycznej głowy kontrastowała ze śnieżną bielą szerokiej kryzy i fartucha.
Książę cmoknął na psa, ale ten nie zareagował. Jedynie drgnięcie ucha świadczyło o tym, że pies usłyszał. Leżał tam, a jego oczy nie odwracały się w stronę obserwujących go ludzi.
Priscilla pochyliła się i zawołała szybko, klaszcząc w dłonie:
"Chodź piesku! Chodź tutaj! Chodź do mnie! Chodź!"
Na sekundę wielkie brązowe oczy collie zwróciły się na dziewczynę, wydawały się pełne zadumy i smutku. Po chwili puste spojrzenie powróciło.
Priscilla wstała.
"Nie wygląda dobrze, dziadku!"
"Nonsens!" ryknął książę. "Nic jej nie jest. Hynes! Hynes! Gdzie on się podziewa? Hynes!"
"Już idę, sir, już idę!"
Zza budynków dobiegł ostry, nosowy głos psiarza, który po chwili znalazł się w zasięgu wzroku.
"Jestem! Wołał mnie pan?"
"Oczywiście, oczywiście. Jesteś głuchy? Hynes, co się dzieje z tym psem? Wygląda na chorego".
"Cóż, sir, ona nie chce jeść" - wyjaśnił pospiesznie psiarz. "Powiedziałbym, że jest rozpieszczona. Rozpuszczają je w tych domkach. Można powiedzieć, że karmią srebrną łyżeczką. Ale zobaczy pan, że jej przejdzie. Za kilka dni będzie żarła jak inne psy".
"Miej na nią oko, Hynes! - zawołał książę. "Miej oko na tego psa!"
"Tak, sir. Tak zrobię", odpowiedział Hynes.
"Nie zapomnij o tym", powiedział książę.
Potem odszedł, mamrocząc. W jakiś sposób był rozczarowany. Chciał, by Priscilla zobaczyła jego nowy, wspaniały nabytek. Zamiast tego zobaczyła przygnębionego psa.
Usłyszał, że coś do niego mówi.
"Co powiedziałaś?"
Podniosła głowę.
"Zapytałam, dlaczego ten człowiek sprzedał ci swojego psa?".
Książę przystanął na chwilę, drapiąc się za uchem.
"Cóż, chyba wiedział, że osiągnąłem swój limit. Powiedziałem mu, że nie dam ani grosza więcej i przypuszczam, że w końcu zrozumiał, że mówię poważnie. To wszystko."
Gdy razem wracali do dużego, starego domu, Hynes, psiarz, podszedł do wybiegu i zwrócił się do psa.
"Zobaczysz, że jeszcze będziesz żreć" - powiedział. "Zjesz to, choćbym miał ci to wepchnąć do gardła".
Pies nie wykonał żadnego ruchu w odpowiedzi. Zmrużył tylko oczy, zupełnie lekceważąc mężczyznę po drugiej stronie siatki.
Kiedy odszedł, Lassie leżała nieruchomo w słońcu, aż cienie się wydłużyły. Potem podniosła się niespokojnie. Uniosła głowę, by poczuć powiew wiatru. Zaskomlała cicho jakby nie wyczuła w nim tego, czego oczekiwała. Następnie zaczęła biegać tam i z powrotem wzdłuż siatki.
Była psem i nie potrafiła myśleć tak, jak człowiek. W jej umyśle i ciele zaczęło narastać jakieś pragnienie. Początkowo niejasne z czasem stawało się coraz wyraźniejsze. Poczucie czasu wewnątrz niej napędzało jej mózg i mięśnie.
Nagle Lassie wiedziała, czego chce. Teraz już wiedziała.
Dalsza część w wersji pełnej