Łaska - Anna Kańtoch

Kup ebooka

37.50 zł
30.38 zł (30,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

sty­czeń 1985 roku

1

Bu­dzik za­dzwo­nił o siód­mej, gdy Ma­ria Le­nar­czyk tkwiła po­mię­dzy jawą a snem w ner­wo­wym ocze­ki­wa­niu na ter­ko­tliwy dźwięk, któ­rego tak bar­dzo nie­na­wi­dziła. Kiedy bu­dzik się ode­zwał, nie­mal od­czuła ulgę. Wy­cią­gnęła rękę i wy­łą­czyła go, a po­tem le­żała przez chwilę z otwar­tymi oczami w sza­rym świe­tle stycz­nio­wego po­ranka. Znu­że­nie krą­żyło w niej ospale, głowę miała ciężką, jakby ktoś wbił jej w czoło że­la­zny klin, który blo­ko­wał swo­bodny prze­pływ my­śli. Chciała zwi­nąć się pod koł­drą i spać aż do wio­sny. Przez mo­ment ku­siło ją, żeby za­dzwo­nić do szkoły, po­wie­dzieć, że na­gle za­cho­ro­wała i ktoś musi wziąć za nią za­stęp­stwo. Wie­działa jed­nak, że nie może nad­uży­wać tej wy­mówki - dy­rek­torka już krzywo na nią pa­trzyła. A na­dejdą jesz­cze gor­sze dni, ta­kie, kiedy na­prawdę nie bę­dzie w sta­nie pod­nieść się z łóżka.

Zmu­siła się, by usiąść i spu­ścić na lo­do­watą pod­łogę bose stopy. W gło­wie jej się za­krę­ciło - nie miała po­ję­cia, czy to dla­tego, że ostat­nio mało ja­dła, czy może cały jej or­ga­nizm za­czy­nał się sy­pać jak prze­rdze­wiały sil­nik. Wło­żyła kap­cie i obi­ja­jąc się o me­ble, po­czła­pała do ła­zienki, gdzie na pralce le­żały przy­go­to­wane rze­czy: na gó­rze bie­li­zna, pod nią pro­sta spód­nica, swe­ter i raj­stopy. Dzięki temu nie mu­siała wy­ko­ny­wać zbęd­nych ru­chów. Wy­star­czyło od­krę­cić kran, ochla­pać twarz wodą, umyć się pod pa­chami i mię­dzy no­gami, a po­tem się ubrać, zu­ży­wa­jąc jak naj­mniej ener­gii. Wszystko, co wy­ma­ga­łoby więk­szego wy­siłku, chwi­lowo było poza jej za­się­giem. Fry­zurę miała krótką, mę­ską - wy­star­czyło prze­je­chać po wło­sach grze­bie­niem, ma­lo­wała się bar­dzo rzadko. Ko­le­żanki z pracy uwa­żały, że taki ma styl, ale Ma­ria cza­sem za­da­wała so­bie py­ta­nie, ile jest w nim jej wła­snego wy­boru, a ile pod­po­rząd­ko­wa­nia tym ciem­nym, zim­nym po­ran­kom, kiedy ży­cie sta­wało się tak bar­dzo nie­zno­śne. Jesz­cze ni­gdy nie zdo­była się na od­wagę, żeby na to py­ta­nie od­po­wie­dzieć.

Ubrana po­wę­dro­wała do kuchni, gdzie przy­wi­tał ją za­sty­gły w ku­rzu chłód rzadko uży­wa­nego po­miesz­cze­nia. Nie miała czasu, żeby roz­pa­lić w piecu, od­krę­ciła tylko gaz w czte­rech pal­ni­kach ku­chenki, żeby choć tro­chę się ogrzać. Na jed­nym za­go­to­wała mleko, które wy­piła, prze­gry­za­jąc wczo­raj­szą bułką. W żo­łądku czuła pustkę, była głodna, a mimo to na­wet żu­cie wy­ma­gało nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kiego wy­siłku, jakby wszystko w niej się za­my­kało, za­pa­dało w le­targ. Osta­tecz­nie odło­żyła nie­do­je­dzone pie­czywo i zro­biła so­bie kawę, mocną, z czte­rema ły­żecz­kami cu­kru. Zimą Ma­ria funk­cjo­no­wała pra­wie wy­łącz­nie na cu­krze.

Sie­działa sku­lona na krze­śle, grze­jąc dło­nie o ma­lo­wany w maki ku­bek, z któ­rego piła jako dziecko. Dziw­nie było po la­tach wró­cić do domu, w któ­rym się wy­cho­wała. Wszystko tu było z jed­nej strony zna­jome, bo na każ­dym kroku po­ty­kała się o wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, a z dru­giej obce. W sza­fie wy­go­spo­da­ro­wała jedną półkę na swoje ubra­nia, na po­zo­sta­łych wciąż le­żały rze­czy ciotki: pach­nące kul­kami na mole za­ko­piań­skie swe­try z owczej wełny, po­żół­kłe pasy do poń­czoch i fu­trzane koł­nie­rze spo­glą­da­jące szkla­nymi oczami za­strze­lo­nych li­sów czy kun. W ła­zience znaj­do­wała pla­stry na od­ci­ski, ostro pach­nące ma­ści, prze­ter­mi­no­wane sy­ropy i le­kar­stwa na różne star­cze do­le­gli­wo­ści, w kuchni pełno było po­obi­ja­nych ta­le­rzy i fi­li­ża­nek z ser­wi­sów, które naj­lep­sze czasy dawno miały za sobą. Po­winna to wszystko wy­rzu­cić, może wtedy po­czu­łaby ulgę, a dom stałby się na­prawdę jej. Ale oczy­wi­ście nie mo­gła tego zro­bić - ciotka wciąż żyła, choć szanse, że kie­dy­kol­wiek uda jej się opu­ścić szpi­tal, były bli­skie zera.

Ma­ria wło­żyła pu­sty ku­bek do zlewu, gdzie pię­trzył się stos na­czyń z wczo­raj­szego dnia. Obie­cała so­bie, że po­zmywa po po­wro­cie z pracy. Mnó­stwo rze­czy od­kła­dała te­raz na póź­niej.

Wy­szła, upew­nia­jąc się trzy razy, że za­mknęła za sobą drzwi. Na ze­wnątrz pa­no­wał wil­gotny chłód, który bez trudu prze­nik­nął przez płaszcz. Niebo za­cią­gnięte było chmu­rami, pod sto­pami na ka­łu­żach pę­kała war­stwa lodu. O tej po­rze trzy­mał jesz­cze nocny mróz, ale po po­łu­dniu pew­nie zrobi się plu­cha. Ma­ria sku­liła się, idąc do furtki. Jak wczo­raj i przed­wczo­raj cze­kał pod nią na wpół dziki kot, któ­remu parę dni temu z li­to­ści dała tro­chę zupy. Miał czarne fu­tro, za­ro­piałe oczy i zwi­sa­jące w strzę­pach ucho.

- Wra­caj do lasu - mruk­nęła. - Jak przyj­dziesz po obie­dzie, to może coś do­sta­niesz.

Na­ra­stała w niej złość. Nie do­bry, pło­nący w ży­łach gniew, który cza­sem po­zwa­lał zro­bić coś po­zy­tyw­nego, ale tępa, pełna znie­chę­ce­nia iry­ta­cja. Na cie­płą woń obory do­la­tu­jącą od strony domu Choj­nia­ków, nowe buty z imi­ta­cji skóry, które już za­czy­nały prze­cie­kać, i spóź­nia­jący się au­to­bus - je­dyny, jaki miała do dys­po­zy­cji, bo choć osie­dle Je­lonki, gdzie miesz­kała, teo­re­tycz­nie le­żało jesz­cze w gra­ni­cach Mgiel­nicy, tak na­prawdę pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nało wieś.

Dwie pierw­sze lek­cje prze­trwała dzięki ka­wie i wie­lo­let­niemu do­świad­cze­niu, które po­zwa­lało jej opo­wia­dać o za­wi­ło­ściach gra­ma­tyki czy po­ezji ba­ro­ko­wej nie­mal bez za­sta­na­wia­nia się nad tym, co wła­ści­wie mówi. Po­tem jed­nak zmę­cze­nie za­częło brać górę i trze­cia go­dzina wlo­kła się nie­mi­ło­sier­nie, a Ma­ria miała wra­że­nie, że lada mo­ment straci nad sobą kon­trolę i zrobi coś, czego bę­dzie póź­niej ża­ło­wać. Po­wie ja­kieś głup­stwo, może wy­targa za uszy któ­reś z dzieci albo w inny spo­sób zdra­dzi, że nie jest tą za­wsze opa­no­waną pa­nią od pol­skiego, za którą ją uwa­żano.

Długą prze­rwę spę­dziła w po­koju na­uczy­ciel­skim, pi­jąc ko­lejną kawę z jesz­cze więk­szą ilo­ścią cu­kru i słu­cha­jąc roz­mów jed­nym uchem. Wresz­cie jej mil­kli­wość zwró­ciła uwagę Stasi Me­der­skiej, szczu­płej blon­dynki po trzy­dzie­stce, która uwiel­biała plotki.

- Ma­ria chyba dziś nie w hu­mo­rze, co? - Ja­sno­włosa na­uczy­cielka che­mii śmiała się, ale w mocno uma­lo­wa­nych oczach wi­dać było lekką pre­ten­sję. Przy­zwy­cza­iła się do by­cia w cen­trum uwagi i źle zno­siła, gdy ktoś ją igno­ro­wał.

- Chyba ła­pie mnie grypa - bro­niła się Ma­ria, za późno przy­po­mi­na­jąc so­bie, że już uży­wała tego wy­krętu.

Parę osób spoj­rzało na nią dziw­nie, albo przy­naj­mniej tak jej się wy­da­wało.

- Rze­czy­wi­ście źle wy­glą­dasz. - Sta­sia świ­dro­wała ko­le­żankę cie­kaw­skim wzro­kiem. W jej gło­sie było coś, jakby lekka su­ge­stia, że może Ma­ria czuje się nie­do­brze z in­nego po­wodu niż tylko zi­mowe prze­zię­bie­nie.

Ja­dzia Siw­czyk po­śpiesz­nie wy­gło­siła ty­radę o lecz­ni­czych wła­ści­wo­ściach czosnku z mio­dem, Re­nia Ba­naś­kie­wicz za­częła na­rze­kać na po­godę, krą­żące w po­wie­trzu wi­rusy i le­ka­rzy, aż wresz­cie płyn­nie prze­szła do te­matu swo­ich wrzo­dów. Ka­rol Górny, na­uczy­ciel WF-u, otwo­rzył okno i za­pa­lił pa­pie­rosa, lecz dym, za­miast ula­ty­wać na ze­wnątrz, wpa­dał do środka z po­dmu­chami zim­nego wia­tru. Gdy wszy­scy za­częli pro­te­sto­wać, za­mknął okno, burk­nął coś i scho­wał nos w roz­po­star­tej płach­cie "Prze­glądu Spor­to­wego".

"Je­stem obca - po­my­ślała Ma­ria. - Pra­cuję w tej szkole od wrze­śnia, ale na­dal nie uwa­żają mnie za jedną ze swo­ich. Może to spe­cy­fika wszyst­kich ma­łych mia­ste­czek, a może zwy­czaj­nie je­stem inna, a oni to wy­czu­wają? Na­zna­czona". Gdy była młod­sza, tak wła­śnie o so­bie my­ślała. Kiedy jesz­cze w pod­sta­wówce, a po­tem w li­ceum wi­działa ukrad­kowe spoj­rze­nia kie­ro­wane w jej stronę i wy­chwy­ty­wała szepty za ple­cami. My­ślała, że przez te wszyst­kie lata lu­dzie za­po­mnieli, ale oczy­wi­ście tak się nie stało. Na­uczy­ciele, a praw­do­po­dob­nie także starsi ucznio­wie - wszy­scy mu­sieli wie­dzieć. Trzy­dzie­ści lat. Ile czasu trzeba, żeby po­grze­bać prze­szłość?

Ta myśl roz­stro­iła ją do tego stop­nia, że kiedy dzie­sięć mi­nut póź­niej sta­nęła przed klasą 8a, zo­rien­to­wała się, że nie bę­dzie w sta­nie pro­wa­dzić lek­cji. Po pro­stu nie zdoła tego zro­bić. Rze­czy­wi­stość wo­kół niej roz­pły­wała się, jakby Ma­ria miała go­rączkę, twa­rze dzieci fa­lo­wały w po­wie­trzu. Działo się z nią coś złego. Może po­winna pójść do le­ka­rza? Ale co wła­ści­wie mia­łaby mu po­wie­dzieć? Że w nocy nie może za­snąć, a w dzień czuje się śmier­tel­nie zmę­czona? Że ma trud­no­ści ze sfor­mu­ło­wa­niem odro­binę bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych wnio­sków, jakby coś blo­ko­wało jej my­śli, a wspo­mnie­nia wy­cie­kają z niej ni­czym woda z dziu­ra­wego garnka, tak że pół mi­nuty po tym, jak za­mknie drzwi, nie jest pewna, czy rze­czy­wi­ście to zro­biła? Że cza­sem ma uczu­cie, jakby za­raz miała się roz­paść, jakby była nie­rze­czy­wi­sta i roz­ta­piała się w zi­mo­wej sza­ro­ści? Non­sens, pora wziąć się w garść. "Na wio­snę bę­dzie le­piej", po­my­ślała, tyle że te­raz wio­sna wy­da­wała się nie­sa­mo­wi­cie od­le­gła, a Ma­ria peł­zła w jej stronę dłu­gim ciem­nym tu­ne­lem i nie miała na­wet pew­no­ści, czy na końcu czeka na nią świa­tło.

Zmu­siła się, żeby spraw­dzić obec­ność, po czym z hu­kiem za­trza­snęła dzien­nik. Trzy­dzie­ści dwie pary oczu spoj­rzały na nią w na­pię­ciu.

- Dzi­siaj nie bę­dzie lek­cji - oznaj­miła. - Zro­bimy kart­kówkę i zo­ba­czymy, co za­pa­mię­ta­li­ście z Sy­zy­fo­wych prac.

Z trzy­dzie­stu dwóch gar­deł wy­rwał się jęk pro­te­stu. Ża­netka Broń­kówna pod­nio­sła rękę, a kiedy Ma­ria ski­nęła głową, oznaj­miła:

- Na po­czątku roku obie­cała pani, że nie bę­dzie nie­za­po­wie­dzia­nych spraw­dzia­nów.

- To nie spraw­dzian, tylko kart­kówka. - Ma­ria zda­wała so­bie sprawę, że jej lo­gika po­zo­sta­wia sporo do ży­cze­nia. - W do­datku ła­twa, nie mu­si­cie się mar­twić. Ma­cie pół go­dziny.

Szybko wy­my­śliła trzy py­ta­nia, rze­czy­wi­ście dość pro­ste, i wkrótce w sali sły­chać było już tylko skro­ba­nie piór na kart­kach. Ma­ria miała chwilę dla sie­bie i wy­ko­rzy­stała ją, żeby przyj­rzeć się kla­sie. Nie było w niej nic spe­cjal­nego, w swoim za­wo­do­wym ży­ciu wi­działa wiele po­dob­nych grup. Z przodu sie­dzieli pry­musi, z tyłu le­nie i roz­ra­biacy. Adaś Łasz­czyk oczy­wi­ście ścią­gał, Ka­ro­linka Ci­cha kon­sul­to­wała się szep­tem ze swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Młody Liś­kie­wicz, ka­wa­larz, który prze­cho­dził z klasy do klasy dzięki wro­dzo­nemu wdzię­kowi, praw­do­po­dob­nie wła­śnie wy­pi­sy­wał ja­kieś głup­stwa, a Syl­wia Gon­sio­równa krę­ciła się na krze­śle, jakby za­le­żało jej głów­nie na tym, by jak naj­le­piej za­pre­zen­to­wać wy­sta­jącą spod far­tuszka spód­niczkę z nie­miec­kiej paczki. An­drzej Jar­czak wy­glą­dał na znu­dzo­nego - nic dziw­nego, jego ro­dzice byli pry­wa­cia­rzami i od dawna kła­dli sy­nowi do głowy, że nic prócz ra­chun­ków mu się w ży­ciu nie przyda. Ja­sno­włosa Aśka Grab­kow­ska wy­jęła z tor­ni­stra wielką bu­tlę z atra­men­tem i mo­czyła w nim sta­ro­świec­kie pióro ze sta­lówką. "Skąd ona je wy­trza­snęła?", prze­mknęło Ma­rii przez głowę. Wszy­scy inni ucznio­wie mieli zwy­czajne pióra albo dłu­go­pisy, ale Asia za­wsze była eks­cen­tryczna. W ze­szłym roku po­dobno ro­biła no­tatki go­ty­kiem, a po­tem opa­lała kartki z ze­szytu, tak żeby wy­glą­dały jak stare rę­ko­pisy.

Je­dyną osobą, która na­wet nie pró­bo­wała pi­sać, był Woj­tek Ka­pu­ściak, zwany przez resztę klasy Śmier­dzie­lem, Mon­go­łem albo Ze­zo­wa­tym. Chło­pak sie­dział tak bli­sko ściany, że zda­wał się w nią nie­mal wta­piać. Chudy, przy­gar­biony, z otwar­tymi ustami i ry­bimi oczami, które ni­gdy nie pa­trzyły pro­sto na roz­mówcę. Na­wet gdyby Ma­ria nie wie­działa, że ma przed sobą ko­zła ofiar­nego, bez trudu by to od­ga­dła. Na lek­cji bio­lo­gii oznaj­mił, że serce czło­wieka znaj­duje się w gło­wie, a na geo­gra­fii, po­pro­szony o wska­za­nie Afryki, jeź­dził wzro­kiem po ma­pie z tę­pym wy­ra­zem re­zy­gna­cji ko­goś, kto wie, że i tak mu się nie uda.

Ma­ria wes­tchnęła.

- Wojtku, może jed­nak po­sta­rasz się od­po­wie­dzieć na któ­reś z py­tań? - po­wie­działa za­chę­ca­jąco. - Na pewno coś pa­mię­tasz.

Wy­mam­ro­tał nie­wy­raź­nie parę słów.

- Mu­sisz mó­wić gło­śniej.

W kla­sie roz­le­gły się po­je­dyn­cze śmie­chy. Ka­ro­linka na­chy­liła się do przy­ja­ciółki i szep­nęła jej coś do ucha. Ma­ria zgro­miła uczniów wzro­kiem, po czym wró­ciła spoj­rze­niem do Wojtka.

- Ja... po­sta­ram się.

Osią­gnęła tyle, że przy­naj­mniej wziął do ręki dłu­go­pis i za­czął ma­zać po kartce. "Je­śli zdoła na­pi­sać jedno zro­zu­miałe zda­nie, dam mu na pół­ro­cze tróję", po­sta­no­wiła Ma­ria, świa­doma, że tak na­prawdę pró­buje za­głu­szyć wy­rzuty su­mie­nia. Nie po­tra­fiła ochro­nić tego dziecka przed resztą klasy, cho­ciaż na­le­żało to do jej obo­wiąz­ków.

Gdy mi­nął wy­zna­czony czas, po­zbie­rała kartki i wrzu­ciła je do torby. Miała te­raz okienko, a po­tem jesz­cze jedną go­dzinę z 6b. I na­resz­cie ko­niec. Tę porę dnia lu­biła naj­bar­dziej, bo przy­no­siła przy­naj­mniej cień na­dziei na ja­kąś zmianę, na to, że Ma­ria wróci do domu, wy­pocz­nie przy do­brej książce albo oglą­da­jąc film w te­le­wi­zji. Może na­wet uda jej się zro­bić jedną z od­kła­da­nych na póź­niej rze­czy, tro­chę ogar­nąć miesz­ka­nie czy od­wie­dzić ciotkę w szpi­talu.

Skoń­czyło się jak za­wsze na pla­nach. Ma­ria przy­rzą­dziła na obiad pie­czoną mor­ta­delę z ziem­nia­kami, zja­dła bez ape­tytu, a resztę dała bez­dom­nemu kotu. Po­tem wy­ko­rzy­stała chwi­lowy przy­pływ ener­gii, żeby upo­rząd­ko­wać li­stę rze­czy do zro­bie­nia. Li­sta ta, sta­ran­nie spi­sana w czar­nym no­tat­niku, za­wie­rała ta­kie po­zy­cje jak: "od­dać książkę do bi­blio­teki", "za­nieść raj­stopy do re­pa­sa­cji", "we­zwać ko­goś do prze­czysz­cze­nia pieca w du­żym po­koju", "ze­brać pie­nią­dze na kino dla 6b" czy "przy­po­mnieć dy­żur­nym, żeby pod­lali kwiatki". Co­dzien­nie prze­pi­sy­wała ją na nowo, kre­śląc, do­da­jąc i prze­su­wa­jąc po­zy­cje z ru­bryki "póź­niej" na "dzi­siaj" lub od­wrot­nie, je­śli do­szła do wnio­sku, że ja­kaś po­zor­nie pilna sprawa może jed­nak po­cze­kać. Dzięki temu miała przy­naj­mniej odro­binę kon­troli nad wła­snym ży­ciem, no­tatki po­ma­gały jej trzy­mać się nor­mal­no­ści, choć było to trzy­ma­nie się de­spe­rac­kie, które lada mo­ment mo­gło skoń­czyć się bo­le­snym upad­kiem. Trzy razy spraw­dziła, czy na pewno wszystko za­pi­sała, trzy razy upew­niała się, że wło­żyła no­tes do torby, a mimo to wciąż nie opusz­czało jej uczu­cie, że za­po­mniała o czymś waż­nym. Pró­bo­wała za­jąć ręce, ale tylko mio­tała się od jed­nej czyn­no­ści do dru­giej, na żad­nej nie mo­gąc sku­pić uwagi.

Wresz­cie dała so­bie spo­kój i po ósmej usia­dła przed te­le­wi­zo­rem ze szklanką go­rą­cej her­baty. Na pierw­szym pro­gra­mie le­ciał ja­kiś film - prze­ga­piła po­czą­tek z ty­tu­łem, ale to nie miało zna­cze­nia, ważne, że w po­koju nie pa­no­wała ci­sza. Zwi­nęła się w fo­telu. Na ze­wnątrz dawno już za­pa­dła ciem­ność, mięk­kie, scze­pione ze sobą płatki śniegu ude­rzały o szyby jak ślepe ćmy. Roz­grzany do czer­wo­no­ści piec pro­mie­nio­wał cie­płem, mimo to Ma­ria owi­nęła się ko­cem. W ta­kie wie­czory jak ten dom oży­wał za jej ple­cami: sły­chać było po­skrzy­py­wa­nie drewna, chro­bot my­szy i szu­ra­nie ga­łęzi ocie­ra­ją­cych się o dach. Pod­krę­ciła dźwięk. Ko­bieta na ekra­nie czarno-bia­łego te­le­wi­zora pła­kała i pro­siła męż­czy­znę z pi­sto­le­tem, żeby nie ro­bił jej krzywdy. Ma­ria nie wie­działa, o co cho­dzi, ale miała na­dzieję, że bo­ha­terka wyj­dzie z opre­sji cało.

Się­gnęła po czer­wony dłu­go­pis i kart­kówki. Spraw­dzała je me­cha­nicz­nie, od czasu do czasu po­pi­ja­jąc her­batę i rzu­ca­jąc okiem na ekran. Znała swo­ich uczniów i nie są­dziła, by któ­ryś mógł ją czym­kol­wiek za­sko­czyć. Od­po­wie­dzi Ża­netki były ob­szerne, ale nudne i ostrożne, Asia bez więk­szego związku z py­ta­niami po­pi­sy­wała się zna­jo­mo­ścią kla­syki li­te­ra­tury, Ka­ro­lina lała wodę, usi­łu­jąc ukryć, że książki nie czy­tała, a Łu­kasz Liś­kie­wicz nie miał opo­rów, żeby na­pi­sać: "Bo­re­wicz, czy jak on się tam na­zy­wał, pani wie, o kogo cho­dzi". Po­zo­stałe od­po­wie­dzi były wy­mę­czone, lecz w więk­szo­ści mniej wię­cej po­prawne. Do­piero na sa­mym dole stosu zna­la­zła kartkę od­daną przez Wojtka, pod­nio­sła ją i od­wró­ciła.

Z wra­że­nia aż za­parło jej dech. My­liła się - ucznio­wie jed­nak mo­gli ją za­sko­czyć. Co wię­cej, zro­bił to wła­śnie ten, po któ­rym naj­mniej się tego spo­dzie­wała.

Na kartce prócz pod­pisu nie było ani jed­nego słowa, tylko ry­su­nek przed­sta­wia­jący dziew­czynkę i trzech chłop­ców w le­sie. Jedno z dzieci przy­po­mi­nało młod­szą wer­sję sa­mego Wojtka, po­zo­sta­łych nie po­tra­fiła roz­po­znać. Cała czwórka ota­czała krę­giem wy­soką przy­gar­bioną po­stać z twa­rzą po­krytą po­twor­nymi na­ro­ślami.

"Woj­tek spo­tkał w le­sie Kar­to­fla­nego Czło­wieka", po­my­ślała Ma­ria. Słowa wy­chy­nęły z mro­ków pa­mięci, jakby tylko cze­kały na tę chwilę. Po­czuła, że kręci jej się w gło­wie, przed oczami po­ciem­niało. Wstała i jak ślepa ru­szyła do ła­zienki, gdzie ochla­pała twarz zimną wodą. Z lu­stra spoj­rzała na nią obca osoba: z wy­pie­kami na bla­dych po­licz­kach i wy­trzesz­czo­nymi oczami. Z krót­kich wło­sów spły­wały strużki wody, mo­cząc i tak już wil­gotny de­kolt bluzki.

Za­ci­snęła palce na kra­wę­dzi umy­walki i po­woli, spo­koj­nie po­li­czyła do dzie­się­ciu. Od­dech jej się wy­rów­nał, po­liczki stra­ciły wo­skową bla­dość. Wy­tarła się i wró­ciła do po­koju. Co ją, u li­cha, na­pa­dło? Za­cho­wy­wała się jak wa­riatka, a prze­cież to był tylko ry­su­nek. Kar­to­flany Czło­wiek? Skąd w ogóle wzięła taki po­mysł? Jesz­cze przed chwilą mo­głaby przy­siąc, że znaj­dzie od­po­wiedź, je­śli tylko się­gnie wy­star­cza­jąco głę­boko we wła­sne wspo­mnie­nia. Te­raz wra­że­nie roz­wie­wało się z każdą se­kundą jak sen, o któ­rym za­po­mi­namy po prze­bu­dze­niu, aż Ma­ria nie była pewna, czy kie­dy­kol­wiek ist­niało. Kar­to­flany Czło­wiek... Słowa brzmiały pu­sto, może tylko tro­chę śmiesz­nie, jak z dzie­cię­cej za­bawy. I dla­czego ten szkic tak nią wstrzą­snął? Wie­działa prze­cież, że Woj­tek ład­nie ry­suje, wspo­mi­nał o tym Ry­siek Sten­zel, hi­sto­ryk, który z braku ko­goś bar­dziej kom­pe­tent­nego uczył także wy­cho­wa­nia pla­stycz­nego w star­szych kla­sach. Lecz wie­dzieć, a zo­ba­czyć - to cza­sem dwie różne rze­czy.

Ma­ria się­gnęła po ry­su­nek i przyj­rzała mu się po­now­nie, tym ra­zem uważ­niej. Był na­iwny, per­spek­tywa po­zo­sta­wiała sporo do ży­cze­nia, a po­sta­cie dzieci miały za­bu­rzone pro­por­cje, ale zde­cy­do­wa­nie coś w nim było: ta­lent, wła­sny styl, nie­ba­nalny spo­sób po­strze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści jak u Teo­fila Ociepki. "Biedny chło­piec", stwier­dziła w du­chu. Gdyby był nieco by­strzej­szy, można by po­my­śleć o sty­pen­dium i przy odro­bi­nie szczę­ścia roz­wi­nąłby skrzy­dła. A tak, pój­dzie do za­wo­dówki i się zmar­nuje. Na­tura była prze­wrotna, da­jąc zdol­no­ści pla­styczne ko­muś, kto le­d­wie po­tra­fił się pod­pi­sać.

Odło­żyła kartkę na bok jako je­dyną bez oceny. Film w te­le­wi­zji się skoń­czył, uznała więc, że pora na ką­piel. Może go­rąca woda choć tro­chę ją roz­grzeje. Dło­nie i stopy miała zlo­do­wa­ciałe tak, że palce przy­po­mi­nały wy­stru­gane z drewna kołki.

"Nie za­snę", my­ślała pół go­dziny póź­niej, prze­wra­ca­jąc się w łóżku i na­słu­chu­jąc, jak wielki ze­gar w po­koju ciotki wy­bija je­de­na­stą. Du­siła ją na­grzana od pieca ciem­ność, ci­che pac­nię­cia śniegu, który wciąż ude­rzał w okna, roz­stra­jały nerwy. Z ogrodu do­bie­gał szum szar­pa­nych wia­trem ga­łęzi, stycz­niowe po­dmu­chy wy­gry­wały w ko­mi­nie me­lo­dię brzmiącą jak za­wo­dze­nie po­rzu­co­nego psa. Tem­pe­ra­tura mu­siała spaść sporo po­ni­żej zera. Ma­ria czuła na­pie­ra­jącą na ściany ciem­ność tak lo­do­watą i pier­wotną, jakby po­cho­dziła z serca naj­star­szego lasu. "Idzie ochło­dze­nie", przy­po­mniała so­bie usły­szaną w ra­dio pro­gnozę po­gody; ko­niec z plu­chą i po­po­łu­dniami, kiedy można było wyjść z domu bez płasz­cza. Zima wresz­cie po­ka­zała praw­dziwą twarz.

W końcu Ma­ria za­pa­dła w płytki sen i przy­śniło jej się, że sie­dzi sku­lona w wan­nie, drobna i naga, a obok stoi ciotka z kra­wiec­kimi no­ży­cami w rę­kach.

- Ro­zu­miesz, że mu­szę to zro­bić, prawda? - mówi.

Ma­ria, Ma­ry­sia, po­trząsa głową, co może ozna­czać za­równo "tak", jak i "nie". Pa­trzy w dół na brudne od ziemi stopy, na spły­wa­jącą do od­pływu wodę.

Wodę, która czer­wona jest od krwi.

2

- Wojtku, zo­stań, pro­szę.

Trzask za­my­ka­nych piór­ni­ków i ksią­żek, stu­kot tor­ni­strów sta­wia­nych na ław­kach. Lekki mło­dzień­czy śmiech, gdy ucznio­wie klasy 8a zdej­mo­wali z wie­szaka kurtki, a po­tem prze­py­chali się w drzwiach. Wresz­cie w opu­sto­sza­łej sali zo­stała tylko Ma­ria i ja­sno­włosy chło­pak, który szu­ra­jąc sto­pami, pod­szedł do biurka.

- Co ma zna­czyć ten ob­ra­zek? - za­py­tała, sta­ra­jąc się, żeby jej głos nie za­brzmiał zbyt su­rowo. Chyba jej nie wy­szło, bo Woj­tek spu­ścił głowę jesz­cze ni­żej.

- Bar­dzo ład­nie ry­su­jesz - spró­bo­wała po­chwały. - Na­prawdę masz ta­lent i po­wi­nie­neś go czę­ściej wy­ko­rzy­sty­wać. Ale nie na lek­cjach pol­skiego. Od ry­so­wa­nia jest pla­styka, na pol­skim uczymy się gra­ma­tyki i oma­wiamy lek­tury. Czy ten ob­ra­zek ma co­kol­wiek wspól­nego z Sy­zy­fo­wymi pra­cami? Po­wiedz mi.

Po­trzą­snął głową. Ma­ria nie wi­działa przy­sło­nię­tej wło­sami twa­rzy, ale coś w jego po­sta­wie mó­wiło, że chło­pak jest bli­ski łez.

- W ta­kim ra­zie dla­czego go na­ry­so­wa­łeś?

- To... moi przy­ja­ciele.

- Twoi przy­ja­ciele?

- Tak. - Wresz­cie pod­niósł na nią wzrok. Ku zdzi­wie­niu Ma­rii oczy miał su­che. Chudy pa­lec z ża­łobą za pa­znok­ciem wy­lą­do­wał na le­żą­cej na biurku kartce. - To są Pa­weł, Ja­sna i... - Ostat­nie słowo brzmiało tro­chę jak "Szmata". - Tu je­stem ja.

- W po­rządku - zgo­dziła się Ma­ria, która ani przez chwilę nie wie­rzyła, że Woj­tek miał ta­kich czy ja­kich­kol­wiek in­nych przy­ja­ciół. - Na­ry­so­wa­łeś swo­ich ko­le­gów. Na­dal jed­nak nie ro­zu­miem, co to ma wspól­nego z lek­turą, którą prze­ra­bia­li­śmy.

- My­śla­łem... - Naj­wy­raź­niej za­bra­kło mu słów, bo zmarsz­czył brwi i przez chwilę bez­gło­śnie po­ru­szał ustami.

- My­śla­łeś...? - za­chę­ciła go.

- Że pani mi po­może... Pani prze­cież wie...

- O czym wiem?

Pa­trzył z de­spe­ra­cją, jakby sa­mym wzro­kiem mógł spra­wić, że ko­bieta do­my­śli się, o co mu cho­dzi. Lecz Ma­ria nie była wróżką, tylko zmę­czoną na­uczy­cielką, która wła­śnie tra­ciła cenne mi­nuty prze­rwy. A za­mie­rzała jesz­cze sko­rzy­stać z ubi­ka­cji, na­pić się kawy, może tro­chę po­czy­tać, za­nim za­cznie się ko­lejna lek­cja.

- Je­śli chcesz mi coś po­wie­dzieć, to po­wiedz. Po­mogę, ale naj­pierw mu­szę wie­dzieć, co się dzieje. Czy ktoś cię krzyw­dzi? Wojtku?

Po­trzą­snął głową i od­su­nął się, a Ma­ria zro­zu­miała, że nic z niego nie wy­cią­gnie.

- Je­śli bę­dziesz chciał ze mną po­roz­ma­wiać, mo­żesz przyjść do po­koju na­uczy­ciel­skiego - za­pro­po­no­wała, wie­dząc do­sko­nale, że chło­pak ni­gdy się na to nie od­waży. - Te­raz mu­simy iść, za chwilę za­cznie się ko­lejna lek­cja.

Po­go­niła Wojtka, który nie­chęt­nie wlókł się w stronę drzwi. My­ślami była już da­leko, przy ka­wie i cze­ko­la­do­wych ekler­kach, które obie­cała przy­nieść ob­cho­dząca dziś imie­niny dy­rek­torka. Cza­sem ta­kie drobne przy­jem­no­ści po­tra­fiły po­pra­wić jej hu­mor na tyle, że dzień sta­wał się je­śli nie przy­jemny, to przy­naj­mniej zno­śny.

3

Woj­tek za­rzu­cił tor­ni­ster na ra­mię i wy­ma­sze­ro­wał ze szkoły. Nie skoń­czył jesz­cze lek­cji, ale nie za­mie­rzał się tym przej­mo­wać. Na­uka ni­gdy nie miała dla niego zna­cze­nia. Wie­dział, że się do niej nie na­daje, i cza­sem tylko dzi­wiło go, dla­czego inni nie do­strze­gają cze­goś tak oczy­wi­stego. Wi­docz­nie była to jedna z tych rze­czy, które po pro­stu trzeba znieść, jak wi­zyta u den­ty­sty albo oj­cow­skie la­nie od czasu do czasu. Kło­pot w tym, że to ostat­nie zda­rzało się raz, może dwa razy w ty­go­dniu, a szkoła była co­dzien­nie, dla­tego Woj­tek nie­na­wi­dził jej bar­dziej. "Ósma klasa", po­my­ślał. Jesz­cze tylko parę mie­sięcy i bę­dzie wolny. Nie bał się, że zo­sta­wią go na drugi rok. Nie był ta­kim idiotą, jak wszy­scy my­śleli, i świet­nie wie­dział, że na­uczy­cie­lom za­leży na tym, żeby jak naj­szyb­ciej się go po­zbyć. My­ślał po­woli i czę­sto się gu­bił, kiedy ktoś cze­goś od niego chciał, ale je­śli tylko miał czas się za­sta­no­wić, wcale nie szło mu naj­go­rzej. Choć ja­koś nie po­tra­fił ubrać swo­ich prze­my­śleń w słowa; w gło­wie niby miał wszystko po­ukła­dane, ale kiedy przy­cho­dziło do mó­wie­nia, z jego ust wy­cho­dziły same ko­ślawe zda­nia. Albo go­rzej, cał­kiem się za­ci­nał i nie po­tra­fił ni­czego wy­du­sić. Zde­cy­do­wa­nie wo­lał my­śleć ob­ra­zami. Ży­cie by­łoby o wiele prost­sze, gdyby Wojt­kowi po­zwo­lono ry­so­wać, za­miast ka­zać mu mó­wić albo, o zgrozo, pi­sać.

Szedł bez­myśl­nie przed sie­bie, aż do­tarł na kwa­dra­towy ry­nek. Daw­niej ota­czały go śliczne osiem­na­sto­wieczne ka­mie­niczki - Woj­tek wi­dział je na sta­rych wi­do­ków­kach - ale wojnę prze­trwała tylko jedna, w któ­rej te­raz znaj­do­wała się sie­dziba PKO. Na miej­scu po­zo­sta­łych wy­bu­do­wano dwa brud­no­żółte pa­wi­lony han­dlowe, je­den z odzieżą, drugi spo­żyw­czy. Po­środku ster­czało to, co zo­stało z ra­tu­sza tra­fio­nego w 1945 roku po­ci­skiem z ka­tiu­szy - wy­soka na dwa i pół pię­tra ru­ina stra­sząca po­za­bi­ja­nymi oknami i drzwiami. Od czasu do czasu wła­dze Mgiel­nicy prze­bą­ki­wały o od­bu­do­wie, ale tak się zło­żyło, że przez czter­dzie­ści lat ni­czego w tej spra­wie nie zro­biono. Pod ra­tu­szem ku­liła się ka­wiar­nia Ko­lo­rowa, przy­sa­dzi­sta buda, którą otwie­rano tylko la­tem. W cie­płe dni pod pa­sia­stymi pa­ra­so­lami stały tu sto­liki, lu­dzie pili piwo i żar­to­wali, pod­czas gdy ich dzieci go­niły się wo­kół po­mnika Wdzięcz­no­ści Ar­mii Ra­dziec­kiej. Te­raz pa­ra­sole były zło­żone, a zwa­lone na stos i za­bez­pie­czone so­lid­nym łań­cu­chem sto­liki po­kry­wała war­stwa zmar­z­nię­tego śniegu.

Usiadł na ławce i wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki paczkę klu­bo­wych. Oj­ciec już dwa razy przy­ła­pał go na pa­le­niu i zlał pa­sem, ale osią­gnął tylko tyle, że chło­pak stał się ostroż­niej­szy. Woj­tek za­cią­gnął się, pa­trząc na spa­ce­ru­jące po rynku wrony, które zo­sta­wiały w bia­łym pu­chu szlak trój­kąt­nych ła­pek. Może na­ry­suje je, kiedy wróci do domu.

Naj­pierw jed­nak mu­siał po­my­śleć. Za­mknął oczy i przy­wo­łał w pa­mięci trzy twa­rze. Ni­gdy nie miał z tym trud­no­ści, wspo­mnie­nie przy­ja­ciół to­wa­rzy­szyło mu od lat w każ­dej chwili ży­cia. Na­wet w tych naj­gor­szych. Zwłasz­cza w tych naj­gor­szych. Kiedy chło­paki z klasy zwa­bili go za szkołę, a po­tem na­tarli śnie­giem z reszt­kami wmar­z­nię­tego psiego gówna albo na WF-ie, gdy Ka­ro­lina na­mó­wiła go, żeby zdjął majtki, a on po­słu­chał, prze­ko­nany, że robi coś na­prawdę faj­nego, i do­piero po dłu­giej upo­ka­rza­ją­cej chwili zro­zu­miał, że wszy­scy śmieją się nie z nim, ale z niego. Kiedy za­my­kali go w ubi­ka­cji, a po­tem ucie­kali ze śmie­chem, gdy wy­rzu­cali mu w błoto wszyst­kie rze­czy z tor­ni­stra, kiedy dziew­czyny mó­wiły, żeby nie pod­cho­dził bli­żej, bo śmier­dzi, a chłopcy po­py­chali go, ko­pali i na niego pluli. We wszyst­kich tych chwi­lach Woj­tek pa­mię­tał, że miał kie­dyś praw­dzi­wych przy­ja­ciół. I znowu bę­dzie miał, je­śli tylko ich od­naj­dzie. Li­czył, że po­może mu pani Ma­ria, dla­tego na­ry­so­wał ten ob­ra­zek. Daw­niej miał zwy­czaj szki­co­wać w cza­sie lek­cji, ale od­uczył się tego, gdy je­den z na­uczy­cieli za­brał mu ze­szyt, po czym po­ka­zał ca­łej kla­sie i wszy­scy oczy­wi­ście znowu się z niego śmiali. Te­raz jed­nak nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. "Na pewno coś pa­mię­tasz", po­wie­działa pani Ma­ria i wła­śnie o to cho­dziło - o pa­mięć. Woj­tek nie­dawno przy­po­mniał so­bie coś bar­dzo waż­nego. Pani Ma­ria po­winna zro­zu­mieć. Dla­czego nie ro­zu­miała? Nie za­sta­na­wiał się nad tym zbyt długo - jego ży­cie pełne było mniej­szych i więk­szych roz­cza­ro­wań.

Trudno, po­ra­dzi so­bie sam. Pawła wi­dział ostat­nio parę razy przy sta­rym bro­wa­rze, jak szedł z mamą i ma­łym kun­dlem na smy­czy, i choć dawny ko­lega był sporo star­szy, Woj­tek bez trudu go po­znał. Za­wo­łał za nim kie­dyś, jed­nak Pa­weł chyba nie usły­szał, bo na­wet się nie od­wró­cił, a Woj­tek nie miał od­wagi po­dejść, gdy chło­pak był w to­wa­rzy­stwie matki. Ale dzi­siaj nie bę­dzie się bał, bo prze­cież nie przy­cho­dził z pu­stymi rę­kami, tylko z ostrze­że­niem, że Kar­to­flany Czło­wiek znowu się po­ja­wił, trzeba więc uwa­żać. To jego pre­zent na przy­wi­ta­nie po tych wszyst­kich la­tach. Ra­zem znajdą po­zo­sta­łych, a wtedy znów będą dru­żyną. Woj­tek ura­tuje ich, żeby oni mo­gli ura­to­wać jego.

Rzu­cił nie­do­pa­łek w śnieg i przy­du­sił bu­tem. Po­tem wstał i ru­szył w kie­runku bro­waru. Nie przy­szło mu do głowy nic lep­szego, jak tylko cze­kać, aż dawny ko­lega się po­jawi. Ja­sne, gdyby był by­strzej­szy, pew­nie wy­my­śliłby coś sen­sow­niej­szego, ale nie po­tra­fił. Mógł za to zdo­być się na cier­pli­wość i miał czas. To nic, że matka bę­dzie na­rze­kać, kiedy wróci po zmroku, a oj­ciec znowu się­gnie po pas. Od­zy­ska­nie przy­ja­ciół było tego warte.

4

Gdy Woj­tek nie zja­wił się na obiad, Ilona Ka­pu­ściak jesz­cze nie za­częła się mar­twić. Chło­pak czę­sto zni­kał - włó­czył się wtedy po mie­ście albo prze­sia­dy­wał w parku i za­po­mi­nał o bo­żym świe­cie. Za­nio­sła więc zupę sie­dzą­cemu przed te­le­wi­zo­rem mę­żowi, który za­po­wie­dział, że kiedy smar­kacz wróci, przez ty­dzień nie bę­dzie mógł na tyłku usiąść, po czym za­jęła się uspo­ka­ja­niem dzie­się­cio­let­nich bliź­nia­ków. Tłu­ma­cze­nie Jac­kowi, że nie po­wi­nien szar­pać brata ani wy­zy­wać go od de­bili, a Ku­bie, żeby prze­stał się ma­zać i był męż­czy­zną, za­jęło jej do­bry kwa­drans, po­tem wpa­dła córka z małą - dziew­czynka wła­śnie ząb­ko­wała i Agata cza­sem pod­rzu­cała ją babci.

Do­piero gdy ze­gar w kuchni wy­bił piątą, Ilona po­li­czyła ude­rze­nia i po­czuła pierw­sze po­ważne ukłu­cie nie­po­koju. We­pchnęła ma­rudną wnuczkę w ra­miona córki, za­rzu­ciła na far­tuch płaszcz i wy­szła w kap­ciach, bez sza­lika i czapki.

Za­pa­dał zi­mowy zmierzch, niebo lśniło in­ten­syw­nym błę­ki­tem akwa­re­lo­wej farbki, na za­cho­dzie czer­wona łuna pod­świe­tlała wieżę ko­ścioła Świę­tego Mi­chała. War­stwa bia­łego pu­chu na chod­niku i ga­łę­ziach kasz­ta­nów spra­wiała, że świat wy­glą­dał jak ob­sy­pany cu­krem pu­drem, świeży i czy­sty jak z ob­razka. Z ja­kie­goś po­wodu przy­szło jej do głowy, że Woj­tek chciałby ten wi­dok na­ma­lo­wać, i z ja­kie­goś - że być może już nie bę­dzie miał oka­zji. Za­raz wy­rzu­ciła tę straszną, naj­strasz­niej­szą myśl z głowy, za­tarła na­wet wspo­mnie­nie o niej, jakby szo­ro­wała brudną pod­łogę. Nie było jej, ni­gdy nie ist­niała. Z ust ko­biety uno­siły się ob­łoczki pary, gdy nie zwa­ża­jąc na to, że mokną jej raj­stopy, szła wzdłuż ulicy i wy­pa­try­wała syna.

- Męża szu­kamy, kie­row­niczko? - za­py­tał je­den z pi­jacz­ków sto­ją­cych pod skle­pem spo­żyw­czym.

- Syna, wi­dział go pan?

- Star­szego? Niii, pew­nie cy­ga­rety w krza­kach ku­rzy. Wła­śnie, kie­row­niczko, pa­pie­ro­skiem by pani nie po­czę­sto­wała?

- Nie mam przy so­bie.

Stała przez chwilę na skrzy­żo­wa­niu, pa­trząc w ulicę Ko­muny Pa­ry­skiej, którą Woj­tek po­wi­nien przyjść ze szkoły, jakby na­prawdę miała na­dzieję go tu zo­ba­czyć, ma­sze­ru­ją­cego bez­tro­sko z tor­ni­strem na ple­cach. Jed­nak lek­cje skoń­czyły się dawno temu i chło­pak praw­do­po­dob­nie był te­raz zu­peł­nie gdzie in­dziej - może rze­czy­wi­ście pa­lił z ko­le­gami pa­pie­rosy albo znowu ster­czał pod pe­wek­sem, ga­piąc się na dżinsy i klocki Lego.

Jak wróci, ode mnie też do­sta­nie, po­my­ślała Ilona Ka­pu­ściak, pró­bu­jąc wzbu­dzić w so­bie gniew, jed­nak za­miast niego czuła tylko co­raz więk­szy nie­po­kój.

5

Uszy ny­lo­no­wej siatki co­raz bar­dziej wrzy­nały się przez cienką rę­ka­wiczkę w dłoń. Kry­styna Sa­łaj­czyk przy­sta­nęła i prze­ło­żyła cię­żar do le­wej ręki. Nio­sła do domu bom­bo­nierkę z Go­plany, którą do­stała od klientki wdzięcz­nej za po­pchnię­cie urzę­do­wej sprawy, a także parę kilo wo­ło­wej ło­patki. Nie z mię­snego oczy­wi­ście, tylko za­ła­twio­nej od ku­zynki ze wsi.

Wes­tchnęła, pa­trząc, jak jej od­dech unosi się w mrok, roz­świe­tlony je­dy­nie męt­nym bla­skiem brud­nej la­tarni. W bra­mie naj­bliż­szej ka­mie­nicy ktoś się ku­lił; może zło­dziej, może je­den z tych nar­ko­ma­nów, o któ­rych czy­tała w ga­ze­tach, a może zwy­czaj­nie ja­kiś biedny mar­z­nący czło­wiek. Z któ­re­goś miesz­ka­nia do­bie­gał dźwięk roz­po­czy­na­ją­cego się Dzien­nika Te­le­wi­zyj­nego, ale poza tym ulica była ci­cha i pu­sta. Kry­styna tro­chę ża­ło­wała, że za­miast wra­cać z pracy od razu do domu, po­szła jesz­cze do fry­zjera, a po­tem na kawę. Za­nim się obej­rzała, zro­biło się na­prawdę późno. Jed­nak od­kąd zmarł jej mąż, nie bar­dzo lu­biła sie­dzieć sama w pu­stym miesz­ka­niu.

Przy­sta­nęła, by zła­pać od­dech. Do­tarła już do parku i te­raz ku­siła ją ścieżka skrę­ca­jąca w mrok, mię­dzy ośnie­żone drzewa. Za­zwy­czaj uni­kała tego skrótu - tyle się prze­cież sły­szało o na­pa­dach na sa­motne star­sze ko­biety - jed­nak siatka cią­żyła co­raz bar­dziej i Kry­styna wie­działa, że je­śli pój­dzie okrężną drogą, to spóźni się nie tylko na Dzien­nik, ale i na wie­czorny se­ans. A dziś był czwar­tek, w te­le­wi­zji pusz­czali Ko­brę. Uwiel­biała te przed­sta­wie­nia, wo­lała je od se­riali kry­mi­nal­nych, które cza­sem oka­zy­wały się zbyt bru­talne dla ko­goś, kto tak jak ona wy­star­cza­jąco na­pa­trzył się na śmierć w cza­sie wojny.

Ze­brała się na od­wagę i skrę­ciła do parku, jed­no­cze­śnie przy­śpie­sza­jąc kroku. Śnieg skrzy­piał pod jej bu­tami, księ­życ w pełni da­wał wy­star­cza­jąco dużo świa­tła, by wi­działa drogę. Po pra­wej mi­jała wzgó­rze, na któ­rym stał pa­łac daw­nych wła­ści­cieli tych ziem, zruj­no­wany po tym, jak w 1946 roku pod­pa­liła go opusz­cza­jąca Pol­skę Ar­mia Ra­dziecka. W dzień cza­sem bu­szo­wała tam miej­scowa dzie­ciar­nia, a wie­czo­rami pi­jaczki urzą­dzały li­ba­cje. Ale chyba nie te­raz, kiedy jest tak zimno? Nie, dzi­siaj po­winna być bez­pieczna. W my­ślach dzie­liła mięso - tyle a tyle dla Sta­sia, nieco mniej dla Bo­gusi, reszta dla Ma­riana. Ro­dzinę miała dużą: dwóch sy­nów, córka i sied­mioro, jak na ra­zie, wnu­cząt. Bom­bo­nierka oczy­wi­ście bę­dzie dla dzieci, choć Kry­styna sama na­brała na nią ochoty. Cza­sem na­cho­dziły ją nie­chrze­ści­jań­skie ma­rze­nia, z któ­rych po­tem się spo­wia­dała: "Oj­cze, wy­obra­żam so­bie, że sie­dzę przed te­le­wi­zo­rem i zja­dam całą bom­bo­nierkę cze­ko­ladka po cze­ko­ladce, aż w pu­dełku nic nie zo­staje". Naj­więk­szy grzech, jaki po­tra­fiła so­bie przy­po­mnieć.

Do wyj­ścia z parku zo­stało kil­ka­dzie­siąt kro­ków, już wi­działa mię­dzy drze­wami świa­tła bloku, w któ­rym miesz­kała. Przy­sta­nęła raz jesz­cze, po­ło­żyła siatkę na śniegu i po­ru­szyła zdrę­twiałą dło­nią. Od wy­siłku cała się spo­ciła, ale wie­działa, że je­śli ro­ze­pnie płaszcz, prze­wieje ją, a wtedy prze­zię­bie­nie mu­ro­wane. W mroź­nym po­wie­trzu roz­le­gał się ci­chy jed­no­stajny dźwięk, który od­le­gle ko­ja­rzył się z la­tem, z pra­niem schną­cym na po­dwórku. Nic nie­po­ko­ją­cego, jed­nak Kry­styna ro­zej­rzała się od­ru­chowo. Czy jej się zda­wało, czy pod jed­nym z drzew...? Zmarsz­czyła brwi. Ciemny kształt po­mię­dzy ga­łę­ziami klonu do złu­dze­nia przy­po­mi­nał czło­wieka, ale było w nim coś nie­re­al­nego, jakby nie­zgod­nego z pra­wami fi­zyki. Może to tylko szar­pane wia­trem ko­nary uło­żyły się tak nie­ty­powo? Jed­nak im dłu­żej pa­trzyła, tym wię­cej szcze­gó­łów do­strze­gała: prze­chy­loną głowę, ręce bez­wład­nie zwi­sa­jące wzdłuż tu­ło­wia, stopy uno­szące się do­bre dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów nad zie­mią. Czło­wiek wy­da­wał się szy­bo­wać w po­wie­trzu, jed­nak Kry­styna ani przez chwilę nie miała wąt­pli­wo­ści, na co pa­trzy.

Sznur wi­sielca po­skrzy­py­wał ci­cho, gdy zła­pała siatkę i po­gnała w stronę oświe­tlo­nej ulicy, jakby go­niło ją stado dia­błów.

6

Była dzie­wiąta wie­czo­rem, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Po­rucz­nik Adam Bo­gusz odło­żył wy­po­ży­czone z bi­blio­teki Sto lat sa­mot­no­ści i ode­brał.

- Mamy trupa - po­in­for­mo­wał la­ko­nicz­nie ma­jor Łasz­kie­wicz. - Ja­kiś dzie­ciak po­wie­sił się w parku.

- Po­dej­rze­wa­cie, że to nie sa­mo­bój­stwo?

- Nie, ale i tak trzeba spraw­dzić.

- Czy dziś dy­żuru nie ma Sta­szek?

- Ow­szem, ale córka mu się czymś struła i mu­siał ją za­wieźć na ostry dy­żur. Zo­sta­łeś ty.

W do­my­śle: sa­motny i z tego po­wodu za­wsze do dys­po­zy­cji.

- Po­śpiesz się, ta­kie sprawy są pa­skudne - do­dał Łasz­kie­wicz.

To z ko­lei zna­czyło, że na Adama spad­nie obo­wią­zek po­in­for­mo­wa­nia ro­dziny o śmierci dziecka. Ma­jor w ra­mach ra­dze­nia so­bie z "pa­skud­no­ścią" sprawy praw­do­po­dob­nie za­pa­rzy ko­lejną her­batę, do­leje do niej kro­plę albo dwie z trzy­ma­nej w biurku bu­telki, a po­tem do póź­nej nocy bę­dzie sie­dział w swoim ga­bi­ne­cie, uda­jąc za­pra­co­wa­nego.

"Ta­kim to do­brze", po­my­ślał Bo­gusz, ale nie było w tym stwier­dze­niu praw­dzi­wej za­zdro­ści. Adam miał dwa­dzie­ścia sześć lat, rok wcze­śniej zo­stał prze­nie­siony z Wro­cła­wia. Od­kąd pa­mię­tał, za­wsze chciał pra­co­wać w wy­dziale za­bójstw, ma­rzyło mu się ści­ga­nie zbrod­nia­rzy i wy­kry­wa­nie skom­pli­ko­wa­nych zbrodni jak w se­rialu 07 zgłoś się, choć miał na tyle ro­zumu, żeby nie wspo­mnieć o tej in­spi­ra­cji pod­czas zda­wa­nia eg­za­minu do szkoły mi­li­cyj­nej.

Wy­jął gar­ni­tur z szafy, w któ­rej wszyst­kie ko­szule, spodnie i ma­ry­narki wi­siały równo jak od li­nijki, prze­cze­sał włosy w ma­lut­kiej, ale ide­al­nie czy­stej ła­zience. Ko­le­dzy cza­sem śmiali się z jego za­mi­ło­wa­nia do po­rządku. Nie ob­cho­dziło go to; wie­dział, że wart jest wię­cej niż wszy­scy ci pro­win­cjo­nalni gli­nia­rze ra­zem wzięci. Po­trze­bo­wał tylko oka­zji, żeby się wy­ka­zać.

Za­my­ka­jąc drzwi służ­bo­wej ka­wa­lerki, po­my­ślał, że sa­mo­bój­cza śmierć dziecka ra­czej nie sta­nie się taką oka­zją. Cóż, nie był na­iwny, miał prze­cież świa­do­mość, na co się pi­sze. Jak do­tąd wszyst­kie sprawy, nad któ­rymi pra­co­wał, oka­zy­wały się ża­ło­śnie nie­cie­kawe. Za­bój­stwa pod­czas al­ko­ho­lo­wych burd, po­bi­cia ze skut­kiem śmier­tel­nym czy tra­gicz­nie za­koń­czona kłót­nia przy po­dziale nie­le­gal­nie upo­lo­wa­nego je­le­nia - to był mniej wię­cej stan­dard tego, z czym mu­siał się zma­gać. Naj­cie­ka­wiej za­po­wia­dała się sprawa szewca, który pew­nego wie­czoru przy­szedł do domu tak pi­jany, że bez pro­te­stów zjadł na ko­la­cję bi­gos wy­mie­szany z trutką na szczury w pro­por­cji je­den do jed­nego. Jed­nak we­zwana na ko­mendę żona przy­znała się, za­nim Bo­gusz zdą­żył wpi­sać do pro­to­kołu jej na­zwi­sko, po czym wy­buch­nęła pła­czem. Wciąż ją pa­mię­tał, cho­wa­jącą twarz za kwie­ci­stą spód­nicą, którą pod­cią­gnęła tak wy­soko, że wi­dać było sprane majtki po­mię­dzy pulch­nymi udami. Nie dało jej się uci­szyć, po­mo­gło do­piero we­zwa­nie le­ka­rza ze środ­kiem uspo­ka­ja­ją­cym. Kiedy ją wy­pro­wa­dzano, była cała za­smar­kana, a Bo­gusz czuł coś po­śred­niego po­mię­dzy roz­cza­ro­wa­niem a nie­sma­kiem.

Gdy par­ko­wał swo­jego ma­lu­cha, z da­leka wi­dział bły­ska­jące w mroku świa­tła ka­retki, która ja­kimś cu­dem zdo­łała prze­je­chać po wą­skiej alejce. Zbie­go­wi­ska na szczę­ście nie było, choć po­mię­dzy drze­wami krę­ciło się paru ga­piów z po­bli­skich blo­ków, bez więk­szego prze­ko­na­nia od­ga­nia­nych przez sier­żanta Krupę. Ciało le­żało na no­szach do po­łowy wsu­nię­tych do ka­retki, obok le­karz z po­go­to­wia pa­lił pa­pie­rosa i przy­tu­py­wał dla roz­grzewki.

Bo­gusz spoj­rzał w siną, spuch­niętą twarz trzy­na­sto- czy czter­na­sto­let­niego chłopca. Na jego szyi wciąż tkwił za­wią­zany sznur, wy­glą­da­jący te­raz jak upiorny kra­wat.

- Mogę go za­brać? - Le­karz rzu­cił w śnieg nie­do­pa­łek pa­pie­rosa.

- Od­ciął go pan? - za­py­tał po­rucz­nik.

- Pew­nie.

- Nie wolno - po­uczył Bo­gusz. - Do­póki nie usta­limy przy­czyny śmierci, to jest po­ten­cjalne miej­sce zbrodni, ro­zu­mie pan? Nie można ni­czego ru­szać.

- Pa­nie, ja­kiej zbrodni? Toż on sam ten sznur przez ga­łąź prze­rzu­cił. A ja chcia­łem dzie­ciaka ra­to­wać, była szansa, że jesz­cze dy­cha. To moja praca.

Bo­gusz za­ci­snął szczęki i w my­ślach po­li­czył do pię­ciu.

- W ta­kim ra­zie niech pan przy­naj­mniej po­każe, gdzie wi­siał.

Le­karz pod­szedł do jed­nego z drzew, a po­rucz­nik omiótł je świa­tłem la­tarki. Zwi­sa­jący z ga­łęzi ka­wa­łek sznura ko­ły­sał się w po­dmu­chach wia­tru, na ko­rze tuż nad zie­mią wi­dać było ślady błota. Chło­pak roz­my­ślił się w ostat­niej chwili i pró­bo­wał zna­leźć punkt opar­cia, a może to wcale nie było sa­mo­bój­stwo? Bo­gusz po­czuł dreszcz pod­nie­ce­nia, ale wra­że­nie szybko mi­nęło. Roz­są­dek pod­po­wia­dał, że na­sto­la­tek to naj­praw­do­po­dob­niej ofiara szkol­nych pro­ble­mów albo nie­odwza­jem­nio­nej mi­ło­ści. Dzieci w tym wieku ła­two de­cy­dują się na ra­dy­kalne roz­wią­za­nia.

Da­lej świa­tło la­tarki wy­ło­wiło po­rzu­cony mię­dzy drze­wami tor­ni­ster.

- Może pan je­chać. - Po­rucz­nik mach­nął na le­ka­rza, po czym zaj­rzał do teczki.

Zna­lazł parę ze­szy­tów z oślimi uszami, naj­wy­raź­niej nie­czę­sto uży­wane pod­ręcz­niki do ma­te­ma­tyki, pol­skiego i bio­lo­gii, za­tłusz­czony pa­pie­rek po dru­gim śnia­da­niu i dwie gumy ba­lo­nowe. Z kie­szeni wy­jął szkolną le­gi­ty­ma­cję, z któ­rej spo­glą­dało zdję­cie krótko ostrzy­żo­nego chło­paka z po­nurą miną. Bo­gusz w świe­tle la­tarki od­czy­tał ad­res i we­zwał Krupę.

- Kto go zna­lazł? - za­py­tał.

- Ko­bieta, która szła skró­tem przez park. Spi­sa­łem dane i ode­sła­łem ją do domu. Mieszka nie­da­leko.

Krupa stał cier­pli­wie, cze­ka­jąc na dal­sze po­le­ce­nia. Cerę miał szarą, oczy za­pad­nięte, kurtka mun­du­rowa wi­siała na nim jak na stra­chu na wró­ble. Ostat­nio nie tylko mocno schudł, ale też jakby po­sta­rzał się o dzie­sięć lat. Bo­gusz po­dej­rze­wał ja­kąś cho­robę albo pro­blemy ro­dzinne, jed­nak nie za­mie­rzał py­tać. Wy­star­czało mu, że sier­żant na­dal wy­ko­nuje swoje obo­wiązki.

- Po­jadę za­wia­do­mić ro­dzi­ców chło­paka, a ty do­pil­nuj tu wszyst­kiego.

7

Przy Rze­mieśl­ni­czej stały cztery iden­tyczne przed­wo­jenne ka­mie­nice. Na czte­rech po­dwór­kach cztery ozdo­bione śnieżną czapą trze­paki, obok pia­skow­nica i huś­tawka po­skrzy­pu­jąca ci­cho w po­dmu­chach wia­tru. Bo­gusz od­na­lazł wła­ściwy blok. W śmiet­niku bu­szo­wał bez­pań­ski pies, z jed­nego z miesz­kań do­bie­gały od­głosy mał­żeń­skiej kłótni, gdzieś zbyt gło­śno grał te­le­wi­zor. Pod nu­me­rem 5 pa­liło się świa­tło, a pani Ka­pu­ściak otwo­rzyła, gdy tylko za­dzwo­nił, jakby cze­kała przy drzwiach. Drobna, za­nie­dbana ko­bieta w spło­wia­łym far­tu­chu wy­glą­dała na star­szą, niż można by się spo­dzie­wać po matce czter­na­sto­latka.

Na wi­dok ob­cego męż­czy­zny jej oczy roz­sze­rzyły się w na­głym zro­zu­mie­niu. Bo­gusz wi­dy­wał już ta­kie re­ak­cje - ko­biety za­wsze miały lep­szą in­tu­icję niż męż­czyźni, zwłasz­cza gdy cho­dziło o dzieci.

- Woj­tek? - za­py­tała bez tchu.

Za­to­czyła się na ścianę, kiedy jej po­wie­dział. Po­rucz­nik przez chwilę bał się, że ko­bieta ze­mdleje, ale na szczę­ście po­ja­wił się mąż, który zła­pał ją za ra­mię, od­pro­wa­dził do po­koju i po­sa­dził na ka­na­pie. Bo­gusz wszedł za nimi. Płacz Ilony Ka­pu­ściak przy­po­mi­nał sko­wyt ran­nego zwie­rzę­cia, po­mię­dzy spa­zma­tycz­nymi szlo­chami le­d­wie dało się roz­róż­nić słowa.

- Skąd pan wie, że to Woj­tek? - rzu­cił męż­czy­zna agre­syw­nie, jed­no­cze­śnie groź­nym spoj­rze­niem od­ga­nia­jąc bliź­nięta, które za­cie­ka­wione zaj­rzały przez uchy­lone drzwi.

Ko­bieta ucze­piła się na­dziei.

- Może to inny chło­pak? Mój ni­gdy by tego nie zro­bił! Wojtka trzeba szu­kać, pan jest z mi­li­cji, niech pan go znaj­dzie!

Po­rucz­nik wy­jął z kie­szeni szkolną le­gi­ty­ma­cję i po­dał jej bez słowa. Krzyk­nęła, aż w dru­gim po­koju obu­dziło się i roz­pła­kało nie­mowlę. Po chwili w progu po­ja­wiła się ro­ze­spana dziew­czyna z dziec­kiem na rę­kach.

- Czy Woj­tek miał ja­kieś pro­blemy? - za­py­tał Bo­gusz. - W szkole? W domu?

- Pro­blemy? - Jó­zef Ka­pu­ściak wy­glą­dał tak, jakby słowa z tru­dem do niego do­cie­rały. - Mówi pan, że niby to przez nas się za­bił?

- Ni­czego ta­kiego nie po­wie­dzia­łem.

- Chcę zo­ba­czyć mo­jego synka - oznaj­miła matka to­nem, który za­po­wia­dał, że lada mo­ment znów za­cznie krzy­czeć.

Ka­pu­ściak po­czer­wie­niał. Po­rucz­nik pa­trzył, jak wście­kłość prze­bija się przez war­stwę oszo­ło­mie­nia, jak męż­czy­zna chwyta się jej, żeby uciec przed roz­pa­czą. Wresz­cie oj­ciec chłopca wstał. Mu­siał wa­żyć do­bre sto kilo, z czego więk­szość sta­no­wił tłuszcz, ale było też sporo mię­śni.

- Wy­noś się pan - po­wie­dział, mru­żąc oczy. - Wy­noś się pan, za­nim stracę cier­pli­wość.

- Może pan po­nieść kon­se­kwen­cje ta­kiego zwra­ca­nia się do przed­sta­wi­ciela wła­dzy - ostrzegł chłodno Bo­gusz.

Do­tąd mil­cząca młoda ko­bieta ła­god­nie do­tknęła jego ra­mie­nia. Dziecko na jej rę­kach już się uspo­ko­iło i pa­trzyło te­raz z za­in­te­re­so­wa­niem w ciem­nych oczach.

- Le­piej bę­dzie, je­śli pan już pój­dzie - po­wie­działa. - Zajmę się mamą i tatą.

Po­rucz­nik wstał z ocią­ga­niem. Dziew­czyna od­pro­wa­dziła go do drzwi.

- Czy mama... Czy bę­dziemy mo­gli go zo­ba­czyć? - za­py­tała.

- Naj­pierw le­karz musi usta­lić przy­czynę śmierci. Upew­nić się, czy to było sa­mo­bój­stwo.

Po­trzą­snęła głową.

- Nie mogę w to uwie­rzyć. Woj­tek miał pro­blemy w szkole, pew­nie, ale wcale nie więk­sze niż za­zwy­czaj. Poza tym ostat­nio...

- Tak? - Spoj­rzał na nią.

Z głębi miesz­ka­nia wciąż do­cho­dził płacz, z po­miesz­cze­nia, które chyba było kuch­nią, wyj­rzał za­cie­ka­wiony chło­piec, a po­tem drugi, iden­tyczny.

Ści­szyła głos do szeptu.

- Ostat­nio jakby się bał, ale jed­no­cze­śnie wy­da­wał się pod­nie­cony, ro­zu­mie pan? Pra­wie szczę­śliwy. Szcze­rze mó­wiąc, dawno nie wi­dzia­łam go ta­kiego.

- Py­tała pani, o co cho­dzi?

- Nie, zresztą i tak by mi nie po­wie­dział. Woj­tek był tro­chę... po­wolny. Nie­zbyt by­stry, dla­tego dzieci w szkole się z niego śmiały.

Wy­stra­szony i jed­no­cze­śnie szczę­śliwy? Po­rucz­nik za­sta­na­wiał się nad tym, zmie­rza­jąc w stronę ma­lu­cha. Co mo­gło wy­wo­łać taką re­ak­cję u "po­wol­nego" czter­na­sto­latka? Czy Woj­tek wpa­ko­wał się w kło­poty i nie za­uwa­żył, kiedy sy­tu­acja go prze­ro­sła?

8

Ma­ria wie­działa, że stało się coś złego, od razu gdy tylko w pią­tek rano we­szła do po­koju na­uczy­ciel­skiego. Ja­dzia Siw­czyk była wy­raź­nie zszo­ko­wana, Ewa Ba­ran i Ala Da­nie­lew­ska, dwie naj­młod­sze na­uczy­cielki, szep­tały w ką­cie jak para uczen­nic, Ka­rol ner­wowo pa­lił pa­pie­rosa, a Sta­sia bez więk­szego po­wo­dze­nia usi­ło­wała spra­wiać wra­że­nie sto­sow­nie smut­nej. Wła­śnie ona po­in­for­mo­wała Ma­rię, że Woj­tek nie żyje.

- Ry­siek po­szedł już po­wia­do­mić jego klasę - do­dała. - Dy­rek­torka po­wie­działa, żeby pu­ścić ich do domu, i tak nic dzi­siaj nie bę­dzie z na­uki. Poza tym za chwilę przy­je­dzie tu czło­wiek z mi­li­cji. Chcą wie­dzieć, czy Woj­tek miał pro­blemy w szkole.

- Niech się przy­zna ten, który ostat­nio po­sta­wił mu dwóję - rzu­cił Ka­rol.

Ja­dzia skrzy­wiła się z nie­sma­kiem, po­zo­stali zi­gno­ro­wali żart.

Ma­ria stała i słu­chała. Re­nia Ba­naś­kie­wicz wspo­mniała coś o kło­po­tach, ja­kie będą mieli, je­śli okaże się, że Woj­tek rze­czy­wi­ście po­wie­sił się z po­wodu złych stopni. Ka­rol uspo­ka­jał, że w ta­kich przy­pad­kach trudno dojść do tego, co skło­niło ucznia do sa­mo­bój­stwa, za­zwy­czaj po­wo­dów jest wię­cej, nie tylko szkoła, a poza tym, na li­tość bo­ską, nikt tego chło­paka nie drę­czył. Oceny miał ade­kwatne do umie­jęt­no­ści, trudno prze­cież, żeby na wszelki wy­pa­dek roz­czu­lać się nad każ­dym le­niem i nie­udacz­ni­kiem.

- Ma­rio, do­brze się czu­jesz? - spy­tała na­gle Ala, ru­dawa blon­dy­neczka z za­dar­tym no­sem i fry­zurą na pa­zia.

- Tak - od­parła Ma­ria, po czym od­wró­ciła się i wy­szła z po­koju.

W ła­zience ochla­pała po­liczki, a po­tem za­mknęła się w ka­bi­nie i usia­dła na se­de­sie. Dy­go­tała, jakby za­raz miała się roz­paść. Co się z nią działo? "Woj­tek nie żyje", po­wta­rzała, ale to nie miało sensu, po­szcze­gólne słowa wy­da­wały się wy­bla­kłe, wy­prane ze zna­cze­nia. Nie żyje, nie żyje. Roz­ma­wiał z nią, chciał pro­sić o po­moc, a po­tem się za­bił. My­śli się rwały i wciąż wra­cały do tego sa­mego.

Nie żyje, nie żyje.

"Mo­ja­wi­na­mo­ja­wi­na­mo­ja­wina".

- Je­steś tam?

Pu­ka­nie do drzwi i za­nie­po­ko­jony głos Ali otrzeź­wiły ją na tyle, że zdo­łała od­po­wie­dzieć:

- Tak.

- Do­brze się czu­jesz?

- Tak, już wy­cho­dzę.

Uda­wać - w tym była do­bra. Że nie wstaje każ­dego ranka z wra­że­niem, jakby przy­tła­czał ją cię­żar nie do znie­sie­nia, że w jej pa­mięci nie ma dziur... Roz­kle­jała się, gdy była sama, w obec­no­ści lu­dzi po­tra­fiła po­zbie­rać się na tyle, by przy­naj­mniej spra­wiać wra­że­nie nor­mal­nej. Za­zwy­czaj po­tra­fiła.

- Strasz­nie je­steś blada. - Ali­cja do­tknęła jej po­liczka. - Po­dobno ła­pie cię grypa?

- Tak.

- Słu­chaj, je­śli chcesz iść do domu, to idź, ja­koś cię wy­tłu­ma­czę. Po­wiem, że za­czę­łaś rzy­gać, albo coś w tym ro­dzaju. Dzi­siaj i tak wszyst­kie lek­cje będą na pół gwizdka.

- Zro­bisz to?

Roz­są­dek pod­po­wia­dał, że po­mysł nie jest naj­lep­szy: je­śli te­raz uciek­nie, wszy­scy za­czną się za­sta­na­wiać dla­czego. Ale prze­cież wbrew temu, co szep­tało jej su­mie­nie, nie była ni­czemu winna. Na­wet nie wpi­sała Wojt­kowi tej cho­ler­nej dwói z kart­kówki!

- Ja­sne.

Osta­tecz­nie jed­nak po­kusa zna­le­zie­nia się w domu, z dala od ob­ser­wu­ją­cych lu­dzi, oka­zała się nie do od­par­cia.

- Dzięki.

Ala ob­jęła ją. Była młod­sza i niż­sza o głowę, a mimo to w tym ge­ście było coś mat­czy­nego. Jej włosy pach­niały dzie­cię­cym szam­po­nem. Nie­przy­zwy­cza­jona do ta­kich po­ufa­ło­ści ze strony nie­mal ob­cej osoby Ma­ria ze­sztyw­niała.

- Idź.

Cze­ka­jąc na au­to­bus, sta­rała się upo­rząd­ko­wać my­śli. Woj­tek chciał ją o coś pro­sić, to prawda, jed­nak nie po­tra­fił wy­du­sić z sie­bie słowa, a ona prze­cież za­de­kla­ro­wała, że po­może mu, je­śli tylko bę­dzie mo­gła.

"Tak, ale ja­kim to­nem to po­wie­dzia­łaś?", pod­su­nął zło­śliwy gło­sik w jej gło­wie. Ta­kie dzieci jak Woj­tek po­trze­bo­wały czasu, żeby się otwo­rzyć. Na­le­żało po­stę­po­wać z nimi cier­pli­wie i ła­god­nie, broń Boże nie po­ga­niać. Ma­ria do­sko­nale o tym wie­działa, a mimo to jej: "Po­mogę, ale naj­pierw mu­szę wie­dzieć, co się dzieje", za­brzmiało, jakby w isto­cie mó­wiła: "Mów, o co cho­dzi, bo nie mam czasu".

Jęk­nęła, ku­ląc się na sie­dze­niu roz­kle­ko­ta­nego ika­rusa. Z dru­giej strony, kto po­wie­dział, że Woj­tek chciał pro­sić o coś waż­nego? Ma­ria nie na­le­żała do jego ulu­bio­nych na­uczy­cie­lek - o ile w ogóle ko­goś ta­kiego miał - czemu więc miałby wy­brać na po­wier­nika aku­rat ją? Może chciał po­pro­sić o coś zwy­czaj­nego, na przy­kład żeby nie wpi­sy­wała mu złej oceny?

Tylko że to nie tłu­ma­czyło tego dzi­wacz­nego ry­sunku... Dla­czego czter­na­sto­la­tek, za­py­tany, kto jest głów­nym bo­ha­te­rem Sy­zy­fo­wych prac, na­ry­so­wał czwórkę dzieci w le­sie? "Bo Że­rom­ski nic go nie ob­cho­dził", od­po­wie­działa sama so­bie. Woj­tek praw­do­po­dob­nie na­wet nie wie­dział, kto to jest. Ob­cho­dziły go te dzieci. Jego przy­ja­ciele: Pa­weł, Ja­sna i ten trzeci, jak on się na­zy­wał? Ma­ria nie po­tra­fiła so­bie przy­po­mnieć. Woj­tek mógł ich na­ry­so­wać od­ru­chowo, nu­dząc się w cza­sie lek­cji; ucznio­wie czę­sto ba­zgrali po ze­szy­tach czy kart­kach. Ale chło­pak ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bił, może więc cho­dziło o coś in­nego?

"Pani wie", po­wie­dział.

Co ta­kiego wie­działa Ma­ria?

Do­tarła do domu, otwo­rzyła furtkę. Czarny ko­cur pa­trzył na nią z na­dzieją spod oszro­nio­nej śliwy.

- Nie te­raz - mruk­nęła.

W przed­po­koju zdjęła płaszcz i buty. Po­winna wy­ko­rzy­stać nie­spo­dzie­wa­nie wolne po­po­łu­dnie, zro­bić tyle rze­czy... Naj­pierw jed­nak mu­siała tro­chę od­po­cząć.

Usia­dła na tap­cza­nie i przy­mknęła oczy. Py­ta­nia wciąż wi­ro­wały jej w gło­wie, a jed­no­cze­śnie ogar­nęła ją nie­od­parta sen­ność. Naj­chęt­niej prze­spa­łaby całe to za­mie­sza­nie, całe po­czu­cie winy, i obu­dziła się, gdy bę­dzie po wszyst­kim.

Je­śli te­raz się po­łoży, ry­zy­kuje, że wsta­nie kilka go­dzin póź­niej zu­peł­nie roz­bita, a w nocy nie zmruży oka. Trudno, po­my­ślała, wsu­wa­jąc się pod zimny koc. Dom jesz­cze ni­gdy nie wy­da­wał jej się rów­nie pu­sty i nie­przy­ja­zny. Za­mknęła oczy, ale wciąż go wi­działa, na­pie­ra­jącą na nią po­sępną obec­ność sta­rych mu­rów, tak cięż­kich, że z tru­dem mo­gła od­dy­chać.

9

Adam Bo­gusz zna­lazł na biurku ra­port przy­go­to­wany przez sier­żanta Krupę i prze­czy­tał go, po­pi­ja­jąc mocną, słodką ara­bicę. Po­rucz­nik nie miał po­ję­cia, jak nie­dawno za­trud­niona se­kre­tarka spraw­dza się przy od­bie­ra­niu te­le­fo­nów, ale wie­dział już, że dziew­czyna pa­rzy świetną kawę.

Oj­ciec Wojtka pra­co­wał w fa­bryce kon­serw. Za­czy­nał jako ro­bot­nik przy ta­śmie, a po paru la­tach - kiedy dał się prze­ko­nać i za­pi­sał do par­tii - awan­so­wał na kie­row­nika zmiany, matka zaj­mo­wała się do­mem. Star­sza sio­stra prze­rwała na­ukę w tech­ni­kum, żeby wyjść za mąż i uro­dzić dziecko, dwójka młod­szych braci, bliź­nia­ków, cho­dziła do tej sa­mej pod­sta­wówki co sa­mo­bójca; sio­stra zresztą też ją skoń­czyła parę lat wcze­śniej.

Jó­zef Ka­pu­ściak naj­wy­raź­niej lu­bił trzy­mać sy­nów i córkę krótko, bo, jak wy­znał przy­ci­śnięty wu­efi­sta, cała czwórka od czasu do czasu zja­wiała się w szkole z na­der wy­mow­nymi si­nia­kami. Poza tym jed­nak wy­da­wał się przy­zwo­itym czło­wie­kiem: nie pił, nie awan­tu­ro­wał się, pie­nią­dze przy­no­sił do domu. Żadna in­te­lek­tu­alna elita, po pro­stu po­rządna ro­bot­ni­cza ro­dzina, ja­kich wiele w oko­licy, nie­zbyt bo­gata, ale też nie biedna. Nikt nie miał za­tar­gów z pra­wem, młodsi sy­no­wie w prze­ci­wień­stwie do star­szego uczyli się nie­źle i była szansa, że do­brną na­wet do ma­tury.

Bo­gusz za­pa­lił pa­pie­rosa. Ka­pu­ścia­ko­wie wy­da­wali się cał­ko­wi­cie prze­ciętni - żad­nych mrocz­nych ta­jem­nic, nic, co by ich wy­róż­niało. W ta­kich ro­dzi­nach oczy­wi­ście też zda­rzały się tra­ge­die. Może jedna dwója wię­cej i strach przed oj­cow­skim pa­sem prze­lały czarę go­ry­czy, może Wojtka wy­śmiała ładna dziew­czyna... Nic nie­zwy­kłego.

Się­gnął po zdję­cia, które zro­bił w parku, gdy na­stał dzień. Mi­li­cyj­nego fo­to­grafa wo­lał nie wzy­wać - do­piero ko­le­dzy mie­liby uży­wa­nie, że przej­muje się zwy­kłym sa­mo­bój­stwem. Roz­ło­żył je, spy­cha­jąc szklankę po ka­wie na drugą stronę biurka, tę za­gra­coną, przy któ­rej za­zwy­czaj sie­dział nie­obecny te­raz ka­pi­tan Sta­ni­sław Krauze.

Na zdję­ciach wi­dać było brudne ślady na naj­niż­szej ga­łęzi - Woj­tek praw­do­po­dob­nie wspiął się, żeby za­wią­zać sznur wy­żej, a po­tem sko­czyć. Błoto zna­czyło też pień na wy­so­ko­ści stóp wi­szą­cego chłopca. Ko­na­jąc, ko­pał w drzewo czub­kami bu­tów? W tym też nie było nic dziw­nego - sa­mo­bójcy rzadko umie­rali spo­koj­nie.

Źle mu szło w szkole, ko­le­dzy się z niego wy­śmie­wali, a oj­ciec go bił. W do­datku aku­rat tego dnia miał przy so­bie ka­wa­łek sznura, bo na za­ję­ciach tech­nicz­nych ro­bili pod­wie­szany kwiet­nik.

Ide­alny mo­tyw, ide­alna oka­zja.

Dla­czego więc Bo­gusz od­no­sił wra­że­nie, że coś tu nie pa­suje?

"Była szansa, że jesz­cze dy­cha", po­wie­dział le­karz.

Po­rucz­nik zna­lazł w no­tat­kach Krupy na­zwi­sko, po czym się­gnął do sto­ją­cego na biurku te­le­fonu i wy­brał nu­mer szpi­tala.

- Po­rucz­nik Adam Bo­gusz z ko­mendy miej­skiej. Chcę roz­ma­wiać z dok­to­rem Ja­sia­kiem; wczo­raj miał dy­żur na po­go­to­wiu.

Mu­siał po­cze­kać do­bre pięć mi­nut, ale wresz­cie w słu­chawce roz­legł się zna­jomy głos.

- Ja­siak, słu­cham.

- Po­rucz­nik Bo­gusz. Spo­tka­li­śmy się przy tym po­wie­szo­nym chło­paku. Może mi pan po­wie­dzieć, kiedy zmarł?

- Od tego to jest pa­to­log, nie ja...

- Wiem. - Po­rucz­nik sta­rał się za­cho­wać spo­kój. - Wy­star­czy mi mniej wię­cej. Mógł tam wi­sieć kilka go­dzin?

- Na tym mro­zie? Żar­tuje pan? Kiedy go od­ci­na­łem, był jesz­cze cie­pły. Pięt­na­ście-dwa­dzie­ścia mi­nut wcze­śniej i chło­paka da­łoby się od­ra­to­wać.

- Dzię­kuję.

Bo­gusz za­my­ślił się. Woj­tek urwał się ze szkoły po trze­ciej lek­cji, czyli około je­de­na­stej. Po­tem ża­den na­uczy­ciel już go nie wi­dział, co zresztą ni­kogo spe­cjal­nie nie zdzi­wiło. Chło­pak po­wie­sił się w parku osiem go­dzin póź­niej.

Co ro­bił przez cały ten czas? Krą­żył po mie­ście i prze­ży­wał ko­lejną szkolną po­rażkę? Moż­liwe, choć żad­nej złej oceny w tym dniu nie do­stał - Bo­gusz upew­nił się, prze­glą­da­jąc dzien­nik. Je­śli więc Wojtka spo­tkała nie­przy­jem­ność, mu­siało to być coś... bar­dziej oso­bi­stego. Może znowu ktoś go wy­śmiał, może któ­ryś z na­uczy­cieli rzu­cił o jedną nie­przy­jemną uwagę za dużo, a po­tem bał się przy­znać albo zwy­czaj­nie uznał, że to nie ma zna­cze­nia. Moż­liwe też, że nie wy­da­rzyło się nic szcze­gól­nego, dzień jak co dzień, tyle że aku­rat wczo­raj coś pę­kło i chło­piec do­szedł do wnio­sku, że nie znie­sie dłu­żej ta­kiego ży­cia.

"Jakby się bał, ale jed­no­cze­śnie wy­da­wał się pod­nie­cony", po­wie­działa Agata Ne­lec.

Po­rucz­nik wstał, prze­szedł pół ko­ry­ta­rza i za­stu­kał do ga­bi­netu Łasz­kie­wi­cza. Ma­jor pod­niósł wzrok znad roz­ło­żo­nej ga­zety. Był to si­wo­włosy męż­czy­zna o szla­chet­nych ry­sach rzym­skiego se­na­tora, które po­woli, lecz nie­ubła­ga­nie gi­nęły pod na­po­rem tłusz­czu i roz­cza­ro­wań jak za­le­wana przy­pły­wem plaża. Łasz­kie­wicz wie­lo­krot­nie sta­rał się o awans i prze­nie­sie­nie do ja­kie­goś więk­szego mia­sta, ale za każ­dym ra­zem z róż­nych po­wo­dów mu od­ma­wiano. Jesz­cze do nie­dawna przyj­mo­wał te po­rażki z hu­mo­rem, a po kie­liszku albo dwóch snuł plany cze­ka­ją­cej go świe­tla­nej przy­szło­ści. Ostat­nio jed­nak za­czął się pod­da­wać. Na­dal spę­dzał na ko­men­dzie nie­mal każdą wolną chwilę, lecz jego ak­tyw­ność co­raz bar­dziej wy­glą­dała na po­zo­ro­waną. W ciągu tych po­nu­rych je­sien­nych i zi­mo­wych mie­sięcy Bo­gusz czę­ściej wi­dy­wał go czy­ta­ją­cego z no­gami na biurku albo po­pi­ja­ją­cego za­pra­wioną ko­nia­kiem her­batę niż przy uczci­wej pracy. Ow­szem, ma­jor wciąż no­sił nie­na­gan­nie od­pra­so­wany mun­dur - na­wet je­śli ten nieco opi­nał się na za­okrą­glo­nej syl­wetce - a w ra­zie po­trzeby po­tra­fił po­sta­wić pod­wład­nych do pionu, jed­nak w jego ga­bi­ne­cie da­wało się wy­czuć wy­raźny ślad re­zy­gna­cji, czego sym­bo­lem był nie­zmie­niony od pię­ciu lat por­tret Edwarda Gierka wi­szący nad biur­kiem.

- Ja w spra­wie tego chło­paka, wi­sielca - za­czął Bo­gusz. - Chciał­bym opu­bli­ko­wać ogło­sze­nie, żeby zgła­szali się do nas lu­dzie, któ­rzy wi­dzieli go mię­dzy 11.00 a 19.30.

- Czy jest coś, co su­ge­ruje, że to nie było sa­mo­bój­stwo?

Po­rucz­nik miał ochotę skła­mać.

- Nie, pa­nie ma­jo­rze - po­wie­dział z ocią­ga­niem. - Ale jego mo­tywy... nie są ja­sne.

- Adam. - Brwi Łasz­kie­wi­cza po­wę­dro­wały w górę, a po­nie­waż były znacz­nie ciem­niej­sze niż sre­brzy­ste włosy, spra­wiały wra­że­nie po­ma­lo­wa­nych kredką. Ma­jor, na­wet w swo­ich naj­lep­szych cza­sach, wy­glą­dał tro­chę jak te­atralny ak­tor. - To biedny pół­głó­wek, z któ­rego pół Mgiel­nicy, włącz­nie z jego wła­snym oj­cem, zro­biło so­bie wo­rek tre­nin­gowy. Na miej­scu dzie­ciaka za­bił­bym się dawno temu.

- Jego sio­stra twier­dzi, że chło­pak ostat­nio za­cho­wy­wał się ina­czej. Nie był przy­gnę­biony, a wręcz prze­ciw­nie, jakby pod­eks­cy­to­wany, choć też wy­stra­szony.

Łasz­kie­wicz wes­tchnął.

- Kiedy bę­dziesz w moim wieku - jego pro­tek­cjo­nalny ton strasz­nie draż­nił Adama - bę­dziesz wie­dział, że we­dług ro­dziny sa­mo­bójcy za­wsze są ja­cyś "inni" przed śmier­cią. Zmy­ślają po fak­cie, ro­zu­miesz? Są­dzą, że po­winni coś za­uwa­żyć, więc wy­daje im się, że rze­czy­wi­ście za­uwa­żyli. Zresztą rób, jak uwa­żasz.

- Dzię­kuję.

"Naj­pierw jed­nak na­uczy­cielka - my­ślał po­rucz­nik, zmie­rza­jąc w stronę par­kingu. - Ta, która tak na­gle się roz­cho­ro­wała". Wła­śnie po lek­cji z nią chło­pak wy­szedł ze szkoły. To mo­gło mieć zna­cze­nie.

Za­pi­sał jej ad­res: osie­dle Je­lonki, Por­ce­la­nowa 41.

Pię­trowy do­mek stra­szył odła­żącą farbą, nie­wielki ogró­dek na­wet pod czapą śniegu wy­glą­dał na za­nie­dbany. Po­rucz­nik pchnął furtkę, która otwo­rzyła się z ci­chym skrzyp­nię­ciem. W krza­kach coś miauk­nęło i po­mię­dzy bez­list­nymi ga­łę­ziami bły­snęły oczy. Kot, tak czarny, że miej­scowe sta­ruszki mu­siały szcze­rze go nie­na­wi­dzić. Zwie­rzę od­pro­wa­dziło go­ścia nie­uf­nym spoj­rze­niem, gdy wcho­dził po schod­kach. Bo­gusz za­dzwo­nił. W miesz­ka­niu roz­legł się ter­ko­tliwy dźwięk, brzmiący, jakby od­bi­jał się głu­cho od pustki. Po­rucz­nik cze­kał cier­pli­wie, od czasu do czasu wdu­sza­jąc przy­cisk, i kiedy już do­szedł do wnio­sku, że Ma­rii Le­nar­czyk na­prawdę nie ma, usły­szał od­głos ci­chych kro­ków. Po chwili drzwi uchy­liły się, szczęk­nął na­prę­żony łań­cuch.

- Po­rucz­nik Adam Bo­gusz - przed­sta­wił się. - Mogę za­jąć pani chwilę?

Ko­bieta zdjęła łań­cuch i otwo­rzyła sze­rzej. Bo­gusz oce­nił jej wy­gląd: wy­soka, ciem­no­włosa, po trzy­dzie­stce. Chuda, ale z sze­ro­kimi bio­drami i kwa­dra­to­wymi ra­mio­nami. Było w niej coś mę­skiego, może przez te ra­miona albo przez krótką fry­zurę i brak ma­ki­jażu. Mru­gała, jakby ją obu­dził, i spra­wiała wra­że­nie nie­zbyt przy­tom­nej.

- Mogę wejść? Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam.

Do­piero po chwili od­su­nęła się, ro­biąc mu przej­ście. Po­szedł za nią do po­koju, w któ­rym było zimno jak w psiarni. Usiadł w fo­telu, Ma­ria Le­nar­czyk za­jęła miej­sce na tap­cza­nie. Nie za­pro­po­no­wała her­baty ani kawy, nie za­py­tała, po co przy­szedł.

- Po­dobno jest pani chora?

Za­wa­hała się, ale wresz­cie ski­nęła głową. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy ko­bieta nie wzięła ja­kichś środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych, ale do­szedł do wnio­sku, że chyba nie - w każ­dym ra­zie źre­nice miała nor­malne. Może rze­czy­wi­ście zła­pała ją pa­skudna grypa.

- Chcia­łem po­roz­ma­wiać o Wojtku Ka­pu­ściaku. Miała z nim pani wczo­raj lek­cję pol­skiego?

- Tak. - Mó­wiła z tru­dem, jakby mu­siała siłą prze­py­chać słowa przez gar­dło. Jej dło­nie le­żały na kocu; duże, mę­skie, za­czer­wie­nione od mrozu.

- Czy wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego? Coś, co mo­głoby po­pchnąć chłopca do sa­mo­bój­stwa?

- Po­pro­si­łam, żeby zo­stał po lek­cji.

- Dla­czego? - Miał wra­że­nie, że każde zda­nie musi z niej wy­dzie­rać. Bar­dzo go to iry­to­wało.

Ode­tchnęła, naj­wy­raź­niej zbie­ra­jąc siły. Da­lej mó­wiła już nieco płyn­niej:

- W środę ucznio­wie pi­sali spraw­dzian z lek­tury. Woj­tek od­dał pu­stą kartkę. Chcia­łam z nim po­roz­ma­wiać.

- Krzy­czała pani? Po­wie­działa mu coś nie­mi­łego?

Nie obu­rzyła się, nie oznaj­miła, że nie ma zwy­czaju źle trak­to­wać uczniów. Je­dy­nie po­krę­ciła głową. Co z tą ko­bietą było nie tak?

- I do­wie­działa się pani, czemu chło­piec od­dał pu­stą kartkę?

- Nie - znowu za­prze­czyła i kiedy już my­ślał, że ni­czego wię­cej nie po­wie, przez jej usta prze­mknął blady cień uśmie­chu. - Ale Woj­tek był pra­wie anal­fa­betą, z tru­dem czy­tał, nie mó­wiąc o pi­sa­niu.

- Nie wy­daje się pani dziwne, że ta­kie dziecko do­tarło do ósmej klasy i było o krok od skoń­cze­nia szkoły pod­sta­wo­wej?

- Po­rażka sys­temu edu­ka­cyj­nego, prawda? - Gdy się uśmie­chała, na­wet tak blado i smutno jak te­raz, była cał­kiem ładna. - To się zda­rza czę­ściej, niż pan my­śli.

- Dla­czego? Nie oskar­żam pani, chcę tylko zro­zu­mieć.

- Bo na­uczy­ciele nie chcą mę­czyć się ko­lejny rok ze sła­bym uczniem, bo wszy­scy wie­dzą, że na­wet gdyby po­wta­rzał każdą klasę pięć razy, i tak nie na­uczy się tego, co jest w pro­gra­mie. Le­piej oszczę­dzić dziecku nie­po­trzeb­nego stresu, niech jak naj­szyb­ciej idzie do pracy.

- Ist­nieją szkoły spe­cjalne.

- Które wy­ma­gają naj­pierw skie­ro­wa­nia do po­radni, a matka Wojtka na samą su­ge­stię ta­kiego roz­wią­za­nia wpa­dła w hi­ste­rię. Dla wielu ro­dzin to straszny wstyd. Poza tym...

- Tak?

Spla­tała i roz­pla­tała te swoje duże ko­ści­ste dło­nie.

- Za każ­dym ra­zem, gdy Woj­tek przy­no­sił ze szkoły złą ocenę albo był za­gro­żony z ja­kie­goś przed­miotu, oj­ciec go bił.

- Chce pani po­wie­dzieć, że chło­pak do­sta­wał pro­mo­cję do na­stęp­nej klasy z li­to­ści? Bo gdyby zo­stał na drugi rok, oj­ciec sprałby mu ty­łek?

Wzru­szyła ra­mio­nami, jakby chciała po­wie­dzieć: "Ta­kie jest ży­cie".

- I nic pani nie zro­biła?

- Nikt ni­czego nie zro­bił. Nie mó­wiło się o tym gło­śno, ale każdy wie­dział. Wszy­scy go za­wie­dli­śmy.

- Jesz­cze jedno py­ta­nie: czy Woj­tek w cza­sie tej roz­mowy wy­da­wał się pani ja­kiś inny? Może przy­gnę­biony albo od­wrot­nie, pod­eks­cy­to­wany?

- Nie. On za­wsze był... za­mknięty w so­bie, wczo­raj nie bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

"Kła­mie", po­my­ślał. Ma­ria Le­nar­czyk pa­trzyła mu w oczy, ale nie był to wzrok ko­goś, kto rzuca wy­zwa­nie, ra­czej ci­cha de­spe­ra­cja czło­wieka, który zdaje się mó­wić: "Nie mam siły uda­wać. Rób z tym, co chcesz".

"Co jest z tą ko­bietą nie tak?", po­wtó­rzył w my­ślach.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

paź­dzier­nik 1955 roku

Jan Pe­czek schy­lił się i wy­ćwi­czo­nym ru­chem ściął pod­grzybka u na­sady, praw­do­po­dob­nie jed­nego z ostat­nich w tym roku. Otrze­pał go z so­sno­wych igieł, obej­rzał - nóżka była ro­ba­czywa, ale ka­pe­lusz wy­da­wał się w po­rządku. Grzyb wy­lą­do­wał w ko­szu, a męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się z ci­chym stęk­nię­ciem. Wo­kół pa­no­wała ci­sza, sły­chać było je­dy­nie sze­lest kro­pel osy­pu­ją­cych się z roz­ło­ży­stych ko­ron bu­ków i szmer nie­da­le­kiego stru­mie­nia. Nad zie­mią snuły się strzępy po­ran­nej mgły. Jan ode­tchnął głę­boko, wcią­ga­jąc w płuca za­pach wil­got­nej po desz­czu ziemi, który prze­pę­dził resztki al­ko­ho­lo­wego oszo­ło­mie­nia. Wczo­raj ostro z ko­le­gami po­pił i jesz­cze go­dzinę temu prze­kli­nał ślubną, która bla­dym świ­tem ścią­gnęła z niego pie­rzynę i przy­po­mniała, że obie­cał wy­brać się na grzyby. Lecz te­raz złość gdzieś się ulot­niła i Jan mimo nie­wy­spa­nia i kaca był za­do­wo­lony, że zde­cy­do­wał się wstać. Lu­bił las, zwłasz­cza wcze­snym ran­kiem, nim po­ja­wią się tu tłumy nie­dziel­nych zbie­ra­czy. A kosz był pra­wie pełny - star­czy dziś do ja­jecz­nicy i na ju­trzej­szą zupę, resztę się za­ma­ry­nuje na zimę.

Tak, Jan byłby cał­kiem szczę­śli­wym czło­wie­kiem, gdyby tylko tak bar­dzo go nie su­szyło.

Wy­dep­taną przez sarny ścieżką ru­szył w stronę stru­mie­nia, po­ło­żył kosz na brzegu, po czym klęk­nął i na­brał w dło­nie lo­do­wato zim­nej wody. Sma­ko­wała zie­mią i czymś jesz­cze - gni­ją­cym drew­nem albo ro­sną­cym na ka­mie­niach mchem. Wsta­jąc, po­czuł, jak w krę­go­słu­pie coś prze­ska­kuje - cóż, czter­dziestka to nie mło­dzień­czy wiek. Pora spraw­dzić miej­sce przy zwa­lo­nym dę­bie, gdzie ro­sła ko­lo­nia opie­niek, i można wra­cać do domu.

Wła­śnie wtedy, gdy po­woli się pro­sto­wał, za­uwa­żył to stwo­rze­nie.

Tak po­my­ślał w pierw­szej chwili: nie czło­wiek, tylko stwo­rze­nie, może dzik albo duży pies. Serce sko­czyło mu do gar­dła, ale za­raz się uspo­koił. Znał las jak wła­sną kie­szeń, kłu­so­wał tu jesz­cze przed wojną, za nie­miec­kiego dzie­dzica, a kiedy na­stała pol­ska wła­dza lu­dowa, na­dal za­sta­wiał si­dła na nie­ostrożne za­jące i kradł zimą drewno. Po­tra­fił wy­czuć nie­bez­pie­czeń­stwo, je­śli się na nie na­tknął.

To coś po dru­giej stro­nie stru­mie­nia było dziwne, w pe­wien spo­sób nie­po­ko­jące, ale nie­groźne.

Wy­pro­sto­wał się ostroż­nie na pełną wy­so­kość - stwo­rze­nie nie po­ru­szyło się, bły­snęło tylko oczami, za­ska­ku­jąco ludz­kimi i bar­dzo ja­snymi na tle ciem­nej twa­rzy. Bo Jan pa­trzył na dziecko, może sze­ścio­let­nią dziew­czynkę z po­zle­pia­nymi w strąki lo­kami, ubraną w wy­strzę­pioną su­kienkę i bar­dzo brudną. Gdyby sta­nęła nieco da­lej, na tle kępy dzi­kich po­rze­czek, można by ją po­my­lić z krza­kiem, tyle ga­łęzi tkwiło w jej wło­sach. Jan za­klął w my­ślach, a po­tem dla rów­no­wagi we­zwał na po­moc Matkę Bo­ską Czę­sto­chow­ską.

Je­śli miał ra­cję, to wie­dział, kim ta mała jest.

Dziew­czynka znowu za­mru­gała, błę­kit tę­czó­wek za­ja­śniał na tle wy­sma­ro­wa­nej czymś - bło­tem? - skóry. Wy­glą­dało to nie­sa­mo­wi­cie, bo stała zu­peł­nie nie­ru­chomo jak gli­niana ku­kła i tylko oczy w jej twa­rzy były żywe. Mrug, mrug.

- Ma­ryśka? - Jan od­chrząk­nął. Jego wła­sny głos za­brzmiał w ci­szy lasu dziw­nie obco. - Chodź do mnie.

Ru­szył po ka­mie­niach na drugą stronę stru­mie­nia. Po­śli­zgnął się oczy­wi­ście i lewa stopa z plu­skiem wy­lą­do­wała w wo­dzie. Za­klął, tym ra­zem gło­śno, po czym wy­sko­czył na brzeg, nie­mal prze­ko­nany, że spło­szone dziecko zdą­żyło uciec, lecz nie, Ma­ry­sia wciąż tkwiła w miej­scu. Wy­cią­gnął do niej ręce, sta­ra­jąc się mó­wić ła­god­nie, jakby uspo­ka­jał zde­ner­wo­wa­nego ko­nia. Nie miał do­świad­cze­nia w po­stę­po­wa­niu z ma­łymi dziew­czyn­kami - sam wy­cho­wał trójkę chło­pa­ków - ale osta­tecz­nie sze­ścio­la­tek to tylko sze­ścio­la­tek, nie­za­leż­nie od płci.

- Gdzieś ty była? Chodź, od­pro­wa­dzę cię do domu. - Zmarsz­czył brwi, wi­dząc za­schniętą sko­rupę po­kry­wa­jącą włosy, skórę i su­kienkę Ma­rysi. - W bło­cie się ką­pa­łaś?

Śmier­działa, aż cof­nął się pół kroku. I nie była to zwy­czajna woń nie­my­tego od wielu dni ciała, tylko coś, co przy­wo­dziło na myśl ko­ryto do pa­rze­nia świń, które miesz­ka­jąca na wsi matka Jana wy­cią­gała w grud­niu ze sto­doły. Po­śli­nił pa­lec i po­tarł po­li­czek dziew­czynki. Dziecko spo­glą­dało obo­jęt­nie, jakby jego umysł prze­by­wał da­leko stąd.

Kwik za­rzy­na­nych wie­prz­ków i że­la­zi­sty odór ju­chy spły­wa­ją­cej do ce­brzyka - to było wła­śnie to. Za­pach krwi, choć nie tej świe­żej, go­rą­cej, ale tej, która gniła po­tem w szpa­rach po­mię­dzy de­skami, do­póki matka Jana nie wzięła ry­żo­wej szczotki i po­rząd­nie nie wy­szo­ro­wała na­czy­nia. Za­pach roz­kładu i śmierci.

Dziecko od bo­sych stóp aż po czu­bek głowy po­kryte było za­schniętą krwią.