24 maja
Laseczkę dał do odświeżenia. Stała się jeszcze ładniejsza - rączka połyskiwała srebrem, a palisandrowe drzewo błyszczało ciemnowiśniową politurą. Żelazny czubek głośno postukiwał na płytkach chodnika, gdy późnym wieczorem jak co dzień przemierzał pustą ulicę obok Starego Cmentarza.
Wieczór był ciepły, majowy. Spoza wysokiego muru napływała gęsta i odurzająca woń rozkwitającego bzu. Ogromną połać Starego Cmentarza porastały gęste krzewy, okrywające zapadnięte groby i walące się pomniki. Tam, pośród gęstwy splątanych gałęzi, kwitnących teraz i wydzielających zapach silny i odurzający - skakały króliki, włóczyły się zdziczałe psy i biegały gromadki łobuzów. Niektóre z tych gromadek tworzyły jakby bandy, którymi dowodził najsilniejszy.
Bliżej jednak Henryk nic nie wiedział o życiu wyrostków ze Starego Cmentarza. Znał ich tylko z dorywczych obserwacji, z tego, co dostrzegł z okna, co zobaczył w codziennych wędrówkach z domu i do domu. Na ulicy spotykał ich, gdy dziurami w murze opuszczali cmentarz i rozchodzili się na swoje strony. Byli to na ogół dwudziestoletni chłopcy i tyleż chyba lat liczące dziewczęta. Wśród nich jedna wydała się Henrykowi szczególnie interesująca - wysoka i bardzo zgrabna, o puszystych czarnych włosach. Mniej była niż inne krzykliwa, a chyba ładniejsza. Jej czarne włosy nieodparcie sprowadzały mu na pamięć czytaną w dzieciństwie powieść odcinkową pod tytułem Czarna Mańka, o królowej bałuckich złodziejaszków. Ta, być może, miała na imię Zosia, Henia lub Stefka i nie królowała na Starym Cmentarzu. Mimo to, ilekroć ją widział, zawsze budziła jego ciekawość i wspomnienie tamtej z powieści.
... Pachniało bzami. Uzbrojony w laseczkę pozwolił sobie Henryk na krótki spacer, tak aby płuca przesycone kurzem miasta mogły odetchnąć świeżym powietrzem. Uliczka była cicha i bezludna, z rzadka oświetlona staroświeckimi lampami gazowymi. Wyparte ze śródmieścia przez jarzeniówki, jakby w przeszłość cofały przechodnia. Tutaj laseczka wydawała się mniej staroświecka.
Nagle spoza muru doszedł Henryka głośny śmiech, a po chwili z dziury w murze odległej o kilkanaście metrów wybiegła dziewczyna w jasnym płaszczyku. Za nią wyskoczył chłopak, dogonił ją i chwycił za rękę. Poczęli rozmawiać ze sobą głośno, gwałtownie. Henryk pojął, o czym mówili, dopiero gdy znalazł się bliżej. Wówczas także spostrzegł, że znowu spotkał dziewczynę, która tak często zaprzątała jego uwagę. Chłopca nie znał, a może po prostu dotąd nie utrwalił go sobie w pamięci.
- Pójdziesz! Obiecałaś, więc musisz pójść - wołał z coraz większym rozdrażnieniem wysoki chudy chłopak ostrzyżony na jeża.
Odpowiedziała śmiechem i poczęła wyszarpywać rękę z jego dłoni. Złapał ją więc oburącz i chyba ścisnął boleśnie, bo krzyknęła, a potem zaczęła powtarzać:
- Nie! nie! nie! nie!...
- Pójdziesz! Zobaczysz, że pójdziesz!
Szarpnął ją, potem popchnął. Nie miała dość siły, żeby wyrwać mu dłoń. Znowu ją popchnął, powtarzając: - A właśnie że pójdziesz!
Henryk pomyślał: "Nie należy się wtrącać, oni są chyba z tej samej bandy, najpewniej właśnie takie mają obyczaje, brutalnie załatwiając jakieś własne sprawy. Wtrącę się, a obydwoje obrócą się przeciw mnie".
- Odczep się, bo zawołam o pomoc - zagroziła dziewczyna.
Chłopak puścił jej rękę, uderzył dziewczynę w plecy. Potem znowu złapał jej dłoń i popchnął. Nic już nie mówił, tylko popychał i szarpał.
Henryk pomyślał: "Chłopak jest chyba silniejszy ode mnie, zapewne za murem cmentarnym kryją się jego koledzy. Najlepiej przejść mimo nich, jak bym niczego nie widział i nie rozumiał. Za pięć minut będę w swoim mieszkaniu i może nareszcie napiszę artykuł, o którym myślę od dawna. A może właśnie nie napiszę, ponieważ będę się zastanawiał, czy słusznie uczyniłem mijając ich, jak bym niczego nie widział i nic nie rozumiał?".
- Puść! Słyszysz? Puść! - krzyknęła dziewczyna. - Proszę pana! - zawołała w stronę Henryka. - Proszę pana - powtórzyła błagalnie.
Przystanął.
- Puść ją! Puść ją natychmiast - rzekł wspierając się na laseczce.
Chłopak nie wypuścił jednak dłoni dziewczyny. Tyle tylko, że obrócił się twarzą do Henryka i obrzucił go rozgniewanym spojrzeniem.
Dziewczyna szarpnęła się raz jeden i drugi. Wreszcie wydarła mu rękę. Wtedy odskoczyła kilka kroków.
- Co się pan mieszasz? Uważaj na szkła, bo ci z nosa spadną - rzekł wolno chłopak. Zdążył już chyba dostrzec, że przeciwnik jego nie wygląda na siłacza.
Henryk obronnym gestem podniósł do góry laseczkę.
- Zabierz ten patyk - wrzasnął tamten.
I szybkim ruchem chwycił dłonią koniec laski. Szarpnął, żeby ją złamać lub wyrwać mu z ręki. Henryk ścisnął silniej srebrną rączkę. Raptem rozległ się jakby suchy trzask, chłopak zatoczył się pod mur cmentarny. W dłoni trzymał drewnianą pochewkę, Henrykowi zaś pozostał w ręku długi i ostry jak żądło sztylet, którego rękojeść stanowiła srebrna rączka laseczki.
Henryk uczynił krok naprzód. Wówczas chłopak porzucił drewnianą pochewkę. Jak przestraszony kot uciekł pod mur i skrył się w dziurze.
Henryk przyklęknął i podniósł z chodnika porzuconą pochewkę. Drżącymi ze zdenerwowania palcami nasunął ją na sztylet. Rozległ się suchy trzask. To jakaś sprężynka związała silnie pochewkę ze srebrną rączką sztyletu. Znowu trzymał w dłoni już tylko ciemnowiśniową laseczkę z palisandru.
Uśmiechnął się. Ten uśmiech zobaczyła stojąca obok dziewczyna. On ją ośmielił, bo rzekła cicho, ale z wyraźnym podziwem:
- To z pana taki facet? No, no, no...
Henryka ogarnęło przyjemne uczucie zwycięstwa. Wydało mu się, że nagle okazał się kimś innym, niż był dotychczas.
- No, no, no... - powtórzyła dziewczyna.
Niedbale wzruszył ramionami.
- Nie lubię, jak mnie zaczepiają - powiedział.
- Napędził mu pan stracha. Uciekł jak szczur.
- Co to za jeden?
- Na imię ma Lolek. Dowodzi swoją paką. Taki tam... smarkacz - dodała.
- A pani należała do jego paki? I nie chciała pani wykonać jego rozkazu?
- Ja? Do jego paki? - zaśmiała się wzgardliwie. - To przecież smarkacz, ma dziewiętnaście lat.
- A pani?
- Dwadzieścia dwa.
- Wygląda pani na siedemnaście.
- Nie zależy mi na tym.
Skinął głową. Oczywiście, teraz jeszcze jej na tym nie zależało. Spojrzał na nią uważniej: tak, wydawała się najwyżej siedemnastoletnią dziewczyną, a to dzięki drobnym i subtelnym rysom twarzy. W ogóle była dość drobna i szczupła. "Jest śliczna" - skonstatował raz jeszcze.
Spytała:
- Pan pewnie mieszka w tym wielkim bloku na końcu ulicy? Czy mogę pana odprowadzić?
- Mnie? - oburzył się Henryk. - To ja panią odprowadzę. Znowu ktoś tu na panią napadnie.
- To się więcej nie powtórzy. Lolek zaskoczył mnie. Nigdy nie sądziłam, że jest taką świnią. Chciał, żebym należała do jego paki, ale nic z tego nie wyjdzie.
Stuknął laseczką o płytę chodnika.
- Gdzie pani mieszka?
- W śródmieściu.
- Odprowadzę panią do tramwaju - zdecydował i zawrócił w stronę miasta. Poszła za nim posłusznie, a po kilku krokach wsunęła mu dłoń pod ramię. "Proszę, jaka swobodna - pomyślał. - Ma chyba wprawę w zaczepianiu mężczyzn na ulicy". I zrobiło mu się żal, że jest taka ładna i taka łatwa.
Jak by odgadła myśli Henryka. Rzekła:
- Pan pewnie nie zawiera znajomości na ulicy?
Powtórzyła z lekką drwiną:
- Pan nie z takich, co zawierają znajomości na ulicy?
- Nie z takich - rzucił ze złością, bo rozgniewała go ta drwina.
- Pan z takich, co to muchy nie umieją skrzywdzić. Pan lubi spacerować, podpierać się laseczką. Pan pewnie do teatru chodzi, z pięknymi kobietami siedzi w kawiarni, a potem wieczorkiem z pańskiej laseczki w cichej uliczce wyskakuje...
- Psssst! Cicho! - położył palec na ustach.
- Dobra, dobra - rzekła. - U mnie to jak w grobie.
Brała Henryka za jakiegoś rzezimieszka-eleganta z brukowej powieści. Henryk także przedstawiał ją sobie jako Czarną Mańkę. To nawet było chyba bardzo zabawne, że obydwoje mieli tak prymitywne wyobrażenie o świecie - zdał sobie sprawę. Oczywiście tylko on był tu śmieszny, bo od niego należało nieco więcej wymagać.
- Posłuchaj mnie, mała - odezwał się poufale. Zapewne tak właśnie powinien powiedzieć Mackie Majcher. - O laseczce zapomnij. W ogóle najlepiej zapomnij o incydencie na ulicy.
- O czym? - spytała.
- O tym, co się stało.
- Przecież nic się nie stało!
- Ale mogło się stać. O mały figiel, a tego Lolka bardzo bym skrzywdził. Ty mu to powtórz. Powiedz mu, że mi go żal, on jednak sam sobie winien. Na przyszłość niech się ode mnie trzyma z daleka. On i ta jego paka. I w ogóle... wszystkie tutejsze paki - zabezpieczył się na wszelki wypadek.
Bardzo poważnie przyjęła jego słowa. Kiwnęła głową, że wie, o co chodzi.
Henryk ujął laseczkę w dwa palce i zrobił nią kilka młyńców. Wypadło to zupełnie nieźle, choć tylko raz widział Operę za trzy grosze i niezbyt dokładnie zaobserwował, jakie ruchy laseczką wyczyniał Mackie Majcher.
Zbliżyli się do pierwszych domów miasta. Skręcili w przecznicę, gdzie znajdowała się pętla tramwajowa.
Zagadnął dziewczynę:
- Co pani robi?
- Jestem wolna - ucieszyła się, jak by od dawna oczekiwała na to pytanie. - Jeśli pan chce, możemy iść do lokalu potańczyć...
- Nie to miałem na myśli. Pytałem, kim pani jest? Gdzie pani pracuje, z czego pani żyje?
Znowu zaśmiała się wzgardliwie. Jak wówczas, gdy zapytał o Lolka.
- A pan co? Apostoł? Z czego żyję? Z przyzwyczajenia, proszę pana.
- Dobra, dobra, mała - załagodził. - Nie chcesz mówić, to nie. No cześć, żegnaj - podał jej rękę.
Na pustej ulicy obok Starego Cmentarza pachniało bzami. Jak by jeszcze mocniej i upojniej. Laseczka postukiwała na płytach chodnika. Henryk szedł i nucił piosenkę o Mackie Majchrze:
Jenny Towler znaleziono
Z nożem w piersiach, ale cóż,
Mackie Majcher spaceruje
i nikt nie wie, czyj był nóż.