3. Gottfried
Lato 2009
Gottfried Messmer obrócił się w ogromnym łóżku Julii i otworzył ostrożnie oczy, ale nie obudził się do końca. Przez okno wkradały się pierwsze palące promienie słońca, w wyniku których poczuł ześlizgujące się w załamaniach szyi krople potu. Dochodził go również przytłumiony dzwonek jego telefonu komórkowego, ale nie był w stanie określić, czy dźwięk był prawdziwy, czy być może nadal śnił. Pomyślał, że Julia na pewno by odebrała, dlatego postanowił, że on tego nie zrobi. Niestety urządzenie nie dawało mu spokoju, więc wreszcie wstał, chociaż wcale nie miał na to ochoty. Krótka notatka zostawiona na blacie w kuchni dała mu do zrozumienia, że jego ukochana nie wróci zbyt prędko. Stojąc w samych majtkach i przeczesując zmierzwione włosy, w końcu niechętnie odebrał telefon i przyłożył słuchawkę do ucha. Nienawidził ukrytych numerów.
- Messmer.
- Dzień dobry, panie Messmer. Czy rozmawiam z Gottfriedem Messmerem, synem Hermanna i Ady Messmer?
- Tak, a z kim...
- Czy jest pan właścicielem lokalu Glück w Zurychu?
- To coś więcej niż zwykły lokal, ale tak, jestem jego właścicielem. Z kim mam przyjemność rozmawiać?
- Czy pański ojciec zmarł 13 stycznia 1960 roku?
To nieoczekiwane przesłuchanie zaskoczyło Gottfrieda, którego wciąż niewybudzony mózg pracował ciągle niezwykle wolno. Nie był wcale w nastroju, żeby bawić się w zgadywanki, i nie obchodziło go w ogóle, że osobą, która zadawała mu pytania z prędkością strzelającego karabinu, była kobieta. Czuł się żałośnie, stojąc w samej bieliźnie.
- Czy powie mi pani, do cholery, kim pani jest i czego ode mnie chce?
Jego rozmówczyni nie udzieliła odpowiedzi.
- Proszę odpowiedzieć na pytanie, panie Messmer. Bardzo pana o to proszę. Wtedy będę mogła panu powiedzieć, kim jestem. Zadałam panu pytanie. To od pana zależy, czy na nie odpowie, czy nie.
Gottfried prawie odłożył słuchawkę, ale w tej samej chwili zrozumiał, że jeżeli to zrobi, nigdy nie dowie się, jaka przyczyna stoi za tym telefonem.
- Tak, dokładnie tak. Właśnie tak było. 13 stycznia. A teraz niech mi pani powie...
Kobieta nie dała mu dokończyć zdania.
- Wspaniale. Odważę się więc stwierdzić, że nasi biegli znaleźli właściwą osobę. Przepraszam pana bardzo za to przesłuchanie, panie Messmer. To konieczna procedura. Rozmawia pan z sekretarką Markusa Kielholza z oddziału zajmującego się spadkami w Zürcher Bank. Pan Kielholz chciałby umówić się z panem na spotkanie w jednym z naszych biur przy Paradeplatz. Chodzi o dotyczącą pana poufną sprawę.
- Przepraszam, ale z kim mam przyjemność? - zapytał Gottfried zdezorientowany nagłą zmianą tonu kobiety, która teraz była dla niego niezwykle uprzejma.
- Jestem sekretarką pana Kielholza z Zürcher Bank.
- Chodzi mi o pani imię. Jak się pani nazywa?
- Ach! Oczywiście. Proszę mi wybaczyć. Butkovic. Anna Butkovic.
- I dlaczego podaje mi pani do wiadomości, że pan Kielholz z Zürcher Bank chce się ze mną zobaczyć?
- Tak jak już wcześniej panu mówiłam, to kwestia poufna. Nie wiem, co jest powodem, dla którego panu Kielholzowi zależy na spotkaniu, ale nawet gdybym była w posiadaniu takiej informacji, nie mogłabym jej panu przekazać przez telefon. Pan Kielholz pragnie porozmawiać z panem osobiście.
- Rozumiem. I pewnie też mu się bardzo spieszy.
- Myślę, że to bardzo pilna sprawa, panie Messmer.
Gottfried podszedł do okna w kuchni. Po drugiej stronie szyby kot sąsiada schodził ostrożnie po specjalnie dobudowanych drewnianych schodkach do ogrodu. Dostrzegł również, że zakwitły już hortensje, a on wcześniej nawet tego nie zauważył. Nie wiedział, co zrobić z telefonem, który utkwił martwo między jego uchem a ramieniem, ale dokładnie w tej samej chwili, kiedy kot dotarł do ogrodu, Gottfried wrócił do rozmowy z Anną Butkovic, chociaż był bliski odłożenia słuchawki. Miał ochotę poczuć się tak samo wolny jak obserwowane przez niego zwierzę. Marzył o tym, żeby cieszyć się każdym dniem i korzystać z uroków nocy. Chciał mieć swój własny ogród z pięknymi hortensjami. Niestety z wiekiem coraz gorzej znosił to, co przynosił dzień po pełnej szaleństw nocy.
- Pani Butkovic, musi mnie pani zrozumieć, wczoraj późno się położyłem i dopiero co wstałem. Tak właściwie spałbym dalej, gdyby nie obudziłaby mnie pani swoim ponaglającym dzwonieniem, dlatego prosiłbym, żeby zadzwoniła pani za jakieś pół godziny, w porządku? Muszę się wykąpać i sprawdzić w kalendarzu, jakie mam plany na najbliższe dni. Podejrzewam, że pani szef może poczekać pół godziny, prawda?
- Oczywiście, panie Messmer. Niemniej jestem przekonana, że sprawa, z którą do pana dzwonię, na pewno pana zainteresuje. I proszę, żeby nie odkładał pan spotkania.
- Proszę się nie martwić. Na pewno tego nie zrobię.
* * *
Tak naprawdę Gottfried nie miał żadnych odnotowanych w swoim kalendarzu planów; wolał decydować sam o tym, co miał do zrobienia, niż dawać prawo decydowania innym. Podszedł do ekspresu i ucieszył się, że Julia pomyślała o nim, zostawiając włączone urządzenie, bo bardzo nie lubił czekać, aż się włączy. Wybrał czarną kapsułkę, umieścił ją w zagłębieniu i zamknął przykrywkę. "Żadna to kawa. To tylko jakaś parszywa imitacja, którą wkładają do kapsułki, żeby nie można było jej ani zobaczyć, ani powąchać przed wypiciem, a potem nie ma z tego żadnej frajdy". Już nie raz tłumaczył to Julii, ale nie obchodziło jej w ogóle to, że nie smakowała mu kawa w jej domu, nawet jeśli ona sama też piła ją bardziej z przyzwyczajenia niż dla przyjemności i w dodatku zawsze z mlekiem sojowym i dwiema łyżeczkami cukru. Natomiast Gottfried wolał nie dosładzać, pił czarną kawę. "Pewnie dlatego Julia pije kawę w kapsułkach - pomyślał. - Pewnie w ogóle nie lubi pić kawy".
Gottfried wolał włoskie kawiarki, ponieważ przypominały mu Glorię, jego pierwszą żonę. To ona nauczyła go odczytywać znaczenie z fusów na dnie filiżanki. Kawa w kapsułkach Julii prawie w ogóle nie zostawiała żadnego śladu w szklance, a bez tego nie był w stanie przewidzieć przyszłości. "Właśnie do tego prowadzi używanie kapsułek. Człowiek nie ma żadnej przyszłości". Rozbawiła go jego własna przesadzona teoria. "Przez wyrzucanie tylu kapsułek w przyszłości doprowadzi się do zanieczyszczenia środowiska".
Trzymając w ręce filiżankę, usiadł na wysokim taborecie przy małej, służącej za stół wyspie kuchennej i chwycił telefon, żeby wysłać wiadomość do Tony'ego. "Dzień dobry. Dzisiaj trzeba zająć się jagnięciną". Kucharz odpisał natychmiast: "Tak, szefie. Dzisiaj podamy bruschetty z jagnięciną i warzywami". Żartobliwy sposób, w jaki zwracał się do niego pracownik, wywołał uśmiech na twarzy Gottfrieda. Chociaż w kuchni kawiarni Glück rządził Tony, to jednak Gottfried decydował o zaopatrzeniu, co oczywiście nie zawsze podobało się kucharzowi.
Wypił pierwszy łyk kawy i zabrał się za czytanie wiadomości. "Tages Anzeiger" i "Neue Zürcher Zeitung" na swoich okładkach relacjonowały dokładnie to samo wydarzenie: "UBS ujawni tożsamość 4 550 klientów Stanom Zjednoczonym". A więc dochowywana przez szwajcarskie banki tajemnica zapewniająca klientom dyskrecję i poufność lada moment zostanie wyjawiona. Gottfried rzucił okiem na nagłówki, nie zgłębiając żadnego z przedstawionych tematów. Nie lubił czytać newsów na komputerze. Nie wiedział też, gdzie zostawił okulary, a bez nich nie był w stanie przeczytać zapełniających internetowe szpalty malutkich liter.
Kiedy zmęczyło go nadwyrężanie wzroku, wstał, żeby poszukać ładowarki do iPoda, którą Julia co chwilę przekładała z jednego miejsca na drugie. Znalazł ją na półce. Leżały tam rozrzucone książki, zdjęcia i przypadkowe przedmioty. Przesunął palcem wskazującym po okrągłym przycisku menu, aby wyszukać literę "E" i już miał nacisnąć PLAY, kiedy po raz kolejny przeszkodził mu natarczywy dzwonek telefonu. Minęło dokładnie trzydzieści minut. Gottfried odebrał telefon z tą samą niechęcią.
- Messmer.
- Dzień dobry, panie Messmer. Tu Anna Butkovic.
Nie chciał przedłużać ani rozmowy, ani rozwikłania tej zagadki, więc umówił się na spotkanie z Markusem Kielholzem jeszcze tego samego popołudnia. Ciepły głos Terry'ego Evansa wypełnił głębokim, bluesowym brzmieniem mieszkanie Julii, a Gottfried zadawał sobie jedno i to samo pytanie: jaka sprawa mogła stać za tym, że pracownikowi banku, którego nie jest nawet klientem, tak bardzo zależy na spotkaniu?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki