Las w ciszy - Mónica Subietas

Kup ebooka

35.90 zł
31.59 zł (30,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3. Got­t­fried

Lato 2009

Got­t­fried Mes­smer ob­ró­cił się w ogrom­nym łóżku Ju­lii i otwo­rzył ostroż­nie oczy, ale nie obu­dził się do końca. Przez okno wkra­dały się pierw­sze pa­lące pro­mie­nie słońca, w wy­niku któ­rych po­czuł ze­śli­zgu­jące się w za­ła­ma­niach szyi kro­ple potu. Do­cho­dził go rów­nież przy­tłu­miony dzwo­nek jego te­le­fonu ko­mór­ko­wego, ale nie był w sta­nie okre­ślić, czy dźwięk był praw­dziwy, czy być może na­dal śnił. Po­my­ślał, że Ju­lia na pewno by ode­brała, dla­tego po­sta­no­wił, że on tego nie zrobi. Nie­stety urzą­dze­nie nie da­wało mu spo­koju, więc wresz­cie wstał, cho­ciaż wcale nie miał na to ochoty. Krótka no­tatka zo­sta­wiona na bla­cie w kuchni dała mu do zro­zu­mie­nia, że jego uko­chana nie wróci zbyt prędko. Sto­jąc w sa­mych majt­kach i prze­cze­su­jąc zmierz­wione włosy, w końcu nie­chęt­nie ode­brał te­le­fon i przy­ło­żył słu­chawkę do ucha. Nie­na­wi­dził ukry­tych nu­me­rów.

- Mes­smer.

- Dzień do­bry, pa­nie Mes­smer. Czy roz­ma­wiam z Got­t­frie­dem Mes­sme­rem, sy­nem Her­manna i Ady Mes­smer?

- Tak, a z kim...

- Czy jest pan wła­ści­cie­lem lo­kalu Glück w Zu­ry­chu?

- To coś wię­cej niż zwy­kły lo­kal, ale tak, je­stem jego wła­ści­cie­lem. Z kim mam przy­jem­ność roz­ma­wiać?

- Czy pań­ski oj­ciec zmarł 13 stycz­nia 1960 roku?

To nie­ocze­ki­wane prze­słu­cha­nie za­sko­czyło Got­t­frieda, któ­rego wciąż nie­wy­bu­dzony mózg pra­co­wał cią­gle nie­zwy­kle wolno. Nie był wcale w na­stroju, żeby ba­wić się w zga­dy­wanki, i nie ob­cho­dziło go w ogóle, że osobą, która za­da­wała mu py­ta­nia z pręd­ko­ścią strze­la­ją­cego ka­ra­binu, była ko­bieta. Czuł się ża­ło­śnie, sto­jąc w sa­mej bie­liź­nie.

- Czy po­wie mi pani, do cho­lery, kim pani jest i czego ode mnie chce?

Jego roz­mów­czyni nie udzie­liła od­po­wie­dzi.

- Pro­szę od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, pa­nie Mes­smer. Bar­dzo pana o to pro­szę. Wtedy będę mo­gła panu po­wie­dzieć, kim je­stem. Za­da­łam panu py­ta­nie. To od pana za­leży, czy na nie od­po­wie, czy nie.

Got­t­fried pra­wie odło­żył słu­chawkę, ale w tej sa­mej chwili zro­zu­miał, że je­żeli to zrobi, ni­gdy nie do­wie się, jaka przy­czyna stoi za tym te­le­fo­nem.

- Tak, do­kład­nie tak. Wła­śnie tak było. 13 stycz­nia. A te­raz niech mi pani po­wie...

Ko­bieta nie dała mu do­koń­czyć zda­nia.

- Wspa­niale. Od­ważę się więc stwier­dzić, że nasi bie­gli zna­leźli wła­ściwą osobę. Prze­pra­szam pana bar­dzo za to prze­słu­cha­nie, pa­nie Mes­smer. To ko­nieczna pro­ce­dura. Roz­ma­wia pan z se­kre­tarką Mar­kusa Kiel­holza z od­działu zaj­mu­ją­cego się spad­kami w Zür­cher Bank. Pan Kiel­holz chciałby umó­wić się z pa­nem na spo­tka­nie w jed­nym z na­szych biur przy Pa­ra­de­platz. Cho­dzi o do­ty­czącą pana po­ufną sprawę.

- Prze­pra­szam, ale z kim mam przy­jem­ność? - za­py­tał Got­t­fried zdez­o­rien­to­wany na­głą zmianą tonu ko­biety, która te­raz była dla niego nie­zwy­kle uprzejma.

- Je­stem se­kre­tarką pana Kiel­holza z Zür­cher Bank.

- Cho­dzi mi o pani imię. Jak się pani na­zywa?

- Ach! Oczy­wi­ście. Pro­szę mi wy­ba­czyć. But­ko­vic. Anna But­ko­vic.

- I dla­czego po­daje mi pani do wia­do­mo­ści, że pan Kiel­holz z Zür­cher Bank chce się ze mną zo­ba­czyć?

- Tak jak już wcze­śniej panu mó­wi­łam, to kwe­stia po­ufna. Nie wiem, co jest po­wo­dem, dla któ­rego panu Kiel­hol­zowi za­leży na spo­tka­niu, ale na­wet gdy­bym była w po­sia­da­niu ta­kiej in­for­ma­cji, nie mo­gła­bym jej panu prze­ka­zać przez te­le­fon. Pan Kiel­holz pra­gnie po­roz­ma­wiać z pa­nem oso­bi­ście.

- Ro­zu­miem. I pew­nie też mu się bar­dzo spie­szy.

- My­ślę, że to bar­dzo pilna sprawa, pa­nie Mes­smer.

Got­t­fried pod­szedł do okna w kuchni. Po dru­giej stro­nie szyby kot są­siada scho­dził ostroż­nie po spe­cjal­nie do­bu­do­wa­nych drew­nia­nych schod­kach do ogrodu. Do­strzegł rów­nież, że za­kwi­tły już hor­ten­sje, a on wcze­śniej na­wet tego nie za­uwa­żył. Nie wie­dział, co zro­bić z te­le­fo­nem, który utkwił mar­two mię­dzy jego uchem a ra­mie­niem, ale do­kład­nie w tej sa­mej chwili, kiedy kot do­tarł do ogrodu, Got­t­fried wró­cił do roz­mowy z Anną But­ko­vic, cho­ciaż był bli­ski odło­że­nia słu­chawki. Miał ochotę po­czuć się tak samo wolny jak ob­ser­wo­wane przez niego zwie­rzę. Ma­rzył o tym, żeby cie­szyć się każ­dym dniem i ko­rzy­stać z uro­ków nocy. Chciał mieć swój wła­sny ogród z pięk­nymi hor­ten­sjami. Nie­stety z wie­kiem co­raz go­rzej zno­sił to, co przy­no­sił dzień po peł­nej sza­leństw nocy.

- Pani But­ko­vic, musi mnie pani zro­zu­mieć, wczo­raj późno się po­ło­ży­łem i do­piero co wsta­łem. Tak wła­ści­wie spał­bym da­lej, gdyby nie obu­dzi­łaby mnie pani swoim po­na­gla­ją­cym dzwo­nie­niem, dla­tego pro­sił­bym, żeby za­dzwo­niła pani za ja­kieś pół go­dziny, w po­rządku? Mu­szę się wy­ką­pać i spraw­dzić w ka­len­da­rzu, ja­kie mam plany na naj­bliż­sze dni. Po­dej­rze­wam, że pani szef może po­cze­kać pół go­dziny, prawda?

- Oczy­wi­ście, pa­nie Mes­smer. Nie­mniej je­stem prze­ko­nana, że sprawa, z którą do pana dzwo­nię, na pewno pana za­in­te­re­suje. I pro­szę, żeby nie od­kła­dał pan spo­tka­nia.

- Pro­szę się nie mar­twić. Na pewno tego nie zro­bię.

* * *

Tak na­prawdę Got­t­fried nie miał żad­nych od­no­to­wa­nych w swoim ka­len­da­rzu pla­nów; wo­lał de­cy­do­wać sam o tym, co miał do zro­bie­nia, niż da­wać prawo de­cy­do­wa­nia in­nym. Pod­szedł do eks­presu i ucie­szył się, że Ju­lia po­my­ślała o nim, zo­sta­wia­jąc włą­czone urzą­dze­nie, bo bar­dzo nie lu­bił cze­kać, aż się włą­czy. Wy­brał czarną kap­sułkę, umie­ścił ją w za­głę­bie­niu i za­mknął przy­krywkę. "Żadna to kawa. To tylko ja­kaś par­szywa imi­ta­cja, którą wkła­dają do kap­sułki, żeby nie można było jej ani zo­ba­czyć, ani po­wą­chać przed wy­pi­ciem, a po­tem nie ma z tego żad­nej frajdy". Już nie raz tłu­ma­czył to Ju­lii, ale nie ob­cho­dziło jej w ogóle to, że nie sma­ko­wała mu kawa w jej domu, na­wet je­śli ona sama też piła ją bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż dla przy­jem­no­ści i w do­datku za­wsze z mle­kiem so­jo­wym i dwiema ły­żecz­kami cu­kru. Na­to­miast Got­t­fried wo­lał nie do­sła­dzać, pił czarną kawę. "Pew­nie dla­tego Ju­lia pije kawę w kap­suł­kach - po­my­ślał. - Pew­nie w ogóle nie lubi pić kawy".

Got­t­fried wo­lał wło­skie ka­wiarki, po­nie­waż przy­po­mi­nały mu Glo­rię, jego pierw­szą żonę. To ona na­uczyła go od­czy­ty­wać zna­cze­nie z fu­sów na dnie fi­li­żanki. Kawa w kap­suł­kach Ju­lii pra­wie w ogóle nie zo­sta­wiała żad­nego śladu w szklance, a bez tego nie był w sta­nie prze­wi­dzieć przy­szło­ści. "Wła­śnie do tego pro­wa­dzi uży­wa­nie kap­su­łek. Czło­wiek nie ma żad­nej przy­szło­ści". Roz­ba­wiła go jego wła­sna prze­sa­dzona teo­ria. "Przez wy­rzu­ca­nie tylu kap­su­łek w przy­szło­ści do­pro­wa­dzi się do za­nie­czysz­cze­nia śro­do­wi­ska".

Trzy­ma­jąc w ręce fi­li­żankę, usiadł na wy­so­kim ta­bo­re­cie przy ma­łej, słu­żą­cej za stół wy­spie ku­chen­nej i chwy­cił te­le­fon, żeby wy­słać wia­do­mość do Tony'ego. "Dzień do­bry. Dzi­siaj trzeba za­jąć się ja­gnię­ciną". Ku­charz od­pi­sał na­tych­miast: "Tak, sze­fie. Dzi­siaj po­damy bru­schetty z ja­gnię­ciną i wa­rzy­wami". Żar­to­bliwy spo­sób, w jaki zwra­cał się do niego pra­cow­nik, wy­wo­łał uśmiech na twa­rzy Got­t­frieda. Cho­ciaż w kuchni ka­wiarni Glück rzą­dził Tony, to jed­nak Got­t­fried de­cy­do­wał o za­opa­trze­niu, co oczy­wi­ście nie za­wsze po­do­bało się ku­cha­rzowi.

Wy­pił pierw­szy łyk kawy i za­brał się za czy­ta­nie wia­do­mo­ści. "Ta­ges An­ze­iger" i "Neue Zür­cher Ze­itung" na swo­ich okład­kach re­la­cjo­no­wały do­kład­nie to samo wy­da­rze­nie: "UBS ujawni toż­sa­mość 4 550 klien­tów Sta­nom Zjed­no­czo­nym". A więc do­cho­wy­wana przez szwaj­car­skie banki ta­jem­nica za­pew­nia­jąca klien­tom dys­kre­cję i po­uf­ność lada mo­ment zo­sta­nie wy­ja­wiona. Got­t­fried rzu­cił okiem na na­główki, nie zgłę­bia­jąc żad­nego z przed­sta­wio­nych te­ma­tów. Nie lu­bił czy­tać new­sów na kom­pu­te­rze. Nie wie­dział też, gdzie zo­sta­wił oku­lary, a bez nich nie był w sta­nie prze­czy­tać za­peł­nia­ją­cych in­ter­ne­towe szpalty ma­lut­kich li­ter.

Kiedy zmę­czyło go nad­wy­rę­ża­nie wzroku, wstał, żeby po­szu­kać ła­do­warki do iPoda, którą Ju­lia co chwilę prze­kła­dała z jed­nego miej­sca na dru­gie. Zna­lazł ją na półce. Le­żały tam roz­rzu­cone książki, zdję­cia i przy­pad­kowe przed­mioty. Prze­su­nął pal­cem wska­zu­ją­cym po okrą­głym przy­ci­sku menu, aby wy­szu­kać li­terę "E" i już miał na­ci­snąć PLAY, kiedy po raz ko­lejny prze­szko­dził mu na­tar­czywy dzwo­nek te­le­fonu. Mi­nęło do­kład­nie trzy­dzie­ści mi­nut. Got­t­fried ode­brał te­le­fon z tą samą nie­chę­cią.

- Mes­smer.

- Dzień do­bry, pa­nie Mes­smer. Tu Anna But­ko­vic.

Nie chciał prze­dłu­żać ani roz­mowy, ani roz­wi­kła­nia tej za­gadki, więc umó­wił się na spo­tka­nie z Mar­ku­sem Kiel­hol­zem jesz­cze tego sa­mego po­po­łu­dnia. Cie­pły głos Terry'ego Evansa wy­peł­nił głę­bo­kim, blu­eso­wym brzmie­niem miesz­ka­nie Ju­lii, a Got­t­fried za­da­wał so­bie jedno i to samo py­ta­nie: jaka sprawa mo­gła stać za tym, że pra­cow­ni­kowi banku, któ­rego nie jest na­wet klien­tem, tak bar­dzo za­leży na spo­tka­niu?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1. In­cy­dent

Luty 2010

Wy­star­czyło wy­cią­gnąć za­le­d­wie je­den gwóźdź, żeby Max Mül­ler ru­nął na zie­mię i le­żał te­raz bez­wład­nie na pod­ło­dze stu­dia z po­licz­kiem roz­płasz­czo­nym na ziemi oraz skrzep­niętą strużką krwi przy­po­mi­na­jącą jedną z wielu plam świeżo roz­bry­zga­nej farby. Na gór­nej war­dze męż­czy­zny można było do­strzec lek­kie roz­cię­cie, a na dru­gim po­liczku - si­niak po nie­daw­nym ude­rze­niu.

Wła­śnie w ta­kim sta­nie zna­lazł go Got­t­fried. Męż­czy­zna o mały włos nie na­dep­nął na gwoź­dziarkę, pod­cho­dząc do nie­ru­cho­mego ciała ma­la­rza. Rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na resztę po­miesz­cze­nia i zo­ba­czył prze­wró­cony stół: pędzle, na­rzę­dzia, farby i pa­piery le­żały roz­rzu­cone cha­otycz­nie na ziemi. Od­krył rów­nież źró­dło in­ten­syw­nego za­pa­chu, po­nie­waż do­strzegł bu­telkę z roz­pusz­czal­ni­kiem, która mu­siała prze­tur­lać się kilka me­trów da­lej, tak że jej za­war­tość roz­lała się rów­no­mier­nie po po­kry­tej ko­lo­ro­wymi pla­mami pod­ło­dze. Obok ciała Maxa ku­cał Tony. Obej­mo­wał wła­sne ko­lana, ko­ły­sząc się do przodu i tyłu, jakby co naj­mniej po­stra­dał zmy­sły. Got­t­fried po­chy­lił się, żeby zni­żyć się do jego po­ziomu, a kiedy w końcu zmu­szony był krzyk­nąć, żeby tam­ten zwró­cił na niego uwagę, Tony nie od­wza­jem­nił jego spoj­rze­nia.

- Do ja­snej cho­lery, Tony! Co się tu­taj stało? Mó­wi­łem ci, że­byś nie wcho­dził tu przede mną!

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział na jego krzyki i py­ta­nia. Oczy Tony'ego na­pły­nęły krwią i spu­chły mu po­wieki. Ze względu na jego ciemną kar­na­cję za­czer­wie­nione oczy jesz­cze bar­dziej przy­kuły uwagę Got­t­frieda, który po­ło­żył mu ręce na ra­mio­nach.

- Mu­simy coś wy­my­ślić. Ani mi się my­śli ostać się bez ku­cha­rza. Za­dzwo­ni­łeś już na po­li­cję?

Tony po­woli po­krę­cił prze­cząco głową, ale Got­t­fried do­my­ślił się, co miał na my­śli. Prze­cież nie mógł za­dzwo­nić na po­li­cję. Wszy­scy byli świad­kami tego, jak kilka go­dzin wcze­śniej wy­zy­wali się z Ma­xem w ba­rze Glück.

Mimo wszystko Got­t­fried zda­wał so­bie rów­nież sprawę z tego, że tak na­prawdę nie mieli in­nego wyj­ścia. Wstał na równe nogi, wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki te­le­fon i wy­brał nu­mer awa­ryjny 112.

- Drzwi są otwarte - wy­szep­tał sie­dzący wciąż na ziemi Tony.

Got­t­fried za­krył mi­kro­fon.

- Co?

- Drzwi. Były otwarte, kiedy przy­sze­dłem.

- To do­brze. Tak bę­dzie le­piej.

Tony słu­chał, jak jego szef wy­ja­śniał, dla­czego zna­leźli się w naj­gor­szym z moż­li­wych miejsc i na do­miar złego w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie. Oraz jak od­po­wia­dał na py­ta­nia dy­żu­ru­ją­cego na ko­mi­sa­ria­cie po­li­cjanta, który sta­rał się przy­trzy­mać Got­t­frieda przy słu­chawce aż do przy­jazdu ra­dio­wozu. Nie trwało to zresztą długo, bo już wkrótce po roz­po­czę­ciu roz­mowy dało się sły­szeć sy­reny po­li­cyjne z od­da­lo­nego za­le­d­wie kilka prze­cznic ko­mi­sa­riatu Wie­di­kon. W Zu­ry­chu wszystko znaj­do­wało się w za­sięgu ręki. Tony'emu nie przy­cho­dziło na­wet do głowy, jak wyjść z tej kiep­skiej sy­tu­acji. Tak na­prawdę nie był w sta­nie my­śleć zu­peł­nie o ni­czym.

Got­t­fried odło­żył słu­chawkę do­kład­nie wtedy, gdy ucichł sy­gnał par­ku­ją­cej tuż przy stu­diu Maxa ka­retki. Wraz z nią na ulicy po­ja­wiło się kilka wo­zów po­li­cyj­nych. Do­bie­ga­jące stam­tąd świa­tło prze­ni­kało przez luks­fery do wnę­trza stu­dia, roz­sz­cze­pia­jąc się na nie­bie­skie i po­ma­rań­czowe okręgi przy­po­mi­na­jące świe­tliki mi­go­czące na po­wierzchni opar­tych o ścianę ob­ra­zów. Tuż obok bez­wład­nego ciała ma­la­rza drobne świa­tełka roz­cho­dziły się pro­mie­ni­ście na tle jed­nego z jego płó­cien, zu­peł­nie jakby w po­miesz­cze­niu ukryto kulę dys­ko­te­kową. Got­t­fried pod­szedł do ob­razu i od­krył, że źró­dłem tego in­try­gu­ją­cego spek­ta­klu były gę­sto po­wbi­jane nie­wiel­kie gwoź­dzie. Na jed­nym brzegu dzieła Maxa można było do­strzec ty­tuł, który ar­ty­sta za­pi­sał przy po­mocy czar­nej farby:

FU­RIA

Trza­ska­jący drzwiami po­li­cjanci oraz trzesz­czący pod ich bu­tami żwir uświa­do­miły Got­t­frie­dowi, że nie jest już bez­pieczny. Chwy­cił Tony'ego za rękę i prze­cią­gnął go aż do drzwi wej­ścio­wych do stu­dia, gdzie, jak po­sta­no­wił, za­cze­kają na funk­cjo­na­riu­szy. Sta­rał się za­cho­wać po­zory, cho­ciaż wie­dział, że sy­tu­acja nie przed­sta­wia się dla nich zbyt ko­rzyst­nie.

Za­raz po wej­ściu do stu­dia dwóch po­li­cjan­tów rzu­ciło się na Got­t­frieda i Tony'ego, za­pę­dza­jąc ich do dwóch róż­nych ką­tów i za­częli za­da­wać py­ta­nia, pod­czas gdy po­zo­stali funk­cjo­na­riu­sze roz­pro­szyli się po miej­scu zbrodni, żeby do­ko­nać pierw­szych oglę­dzin, a sa­ni­ta­riu­sze za­jęli się Ma­xem. Got­t­fried po­czuł się, jakby był na pla­nie fil­mo­wym, na któ­rym miał ode­grać główną rolę. Tym­cza­sem sto­jący obok niego Tony za­kry­wał jedną dło­nią po­ra­nione knyk­cie dru­giej ręki, pa­trząc z ukosa na pie­lę­gniarkę wy­cią­ga­jącą przy Mak­sie całą apa­ra­turę, żeby zmie­rzyć mu puls. Za­le­d­wie kilka se­kund póź­niej ko­bieta wstała gwał­tow­nie na równe nogi, jakby co naj­mniej po­ra­żono ją prą­dem, i wy­krzyk­nęła:

- Chło­pak żyje!

Ty­tuł ory­gi­nału: El Bo­sque en si­len­cio
Co­py­ri­ght ? Mó­nica Su­bie­tas, 2022 by ar­ran­ge­ment with Li­te­ra­ri­sche Agen­tur Mer­tin Inh. Ni­cole Witt e. K., Frank­furt am Main, Ger­many and Ma­ca­da­mia Li­te­rary, Po­land
Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion ? Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o.,War­szawa 2022
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Ka­ta­rzyna Le­bie­dziń­ska
Re­dak­cja: Alek­san­der Kmak
Ko­rekta: Agata Ża­bow­ska
Pro­jekt okładki: 3oko Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5252-7
CIP - Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Su­bie­tas, Mó­nica
Las w ci­szy / Mó­nica Su­bie­tas ; prze­kład Ka­ta­rzyna
Le­bie­dziń­ska. Wy­da­nie I. - War­szawa : Le­Tra, 2022
Wy­da­nie I, 2022. Sym­bol 5313/R
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50/51 info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu www.fa­ce­book.com/Wy­daw­nic­two.Ar­kady www.fa­ce­book.com/Wy­daw­nic­two.Le­Tra księ­gar­nia fir­mowa tel. 22 444 86 61, e-mail: ksie­gar­nia@ar­kady.eu
Wy­łączny dys­try­bu­tor: DO­BRA 28 Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 94 e-mail: biuro@do­bra28.pl, www.do­bra28.pl księ­gar­nia wy­sył­kowa: www.ar­kady.info tel. 22 444 86 97
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

2. Her­mann

Je­sień 1942

Her­man Mes­smer ba­dał za po­mocą la­ski pod­łoże lasu, przez który się prze­dzie­rał. Zie­mię po­kry­wał się­ga­jący aż do ko­lan płaszcz uschłych li­ści. Unie­moż­li­wiało mu to zo­ba­cze­nie drogi, którą po­wi­nien obrać. Spo­wity mro­kiem szedł, od­dy­cha­jąc du­szą­cym odo­rem torfu. Ukryta w li­ściach ga­łąź wbiła mu się nie­for­tun­nie w łydkę i pod gru­bymi sztruk­so­wymi spodniami czuł te­raz pa­lącą ranę, ale mimo wszystko sta­rał się nie zwra­cać na nią uwagi i ma­sze­ro­wał da­lej. Nie przej­mo­wał się za­dra­pa­niem. Mar­twił się tym, że był zmu­szony opu­ścić swo­jego pod­opiecz­nego, pró­bu­jąc tym sa­mym ra­to­wać mu ży­cie. Te­raz, scho­dząc zbo­czem góry, mu­siał spie­szyć się, żeby do­trzeć przed zmro­kiem do domu drwali. Miał świa­do­mość, że tem­pe­ra­tura spad­nie tak szybko, jak znik­nie świa­tło dzienne. Cho­ciaż znał tę trasę na pa­mięć, to­wa­rzy­szący mu nie­po­kój znie­kształ­cał kra­jo­braz i na każ­dym roz­wi­dle­niu na­cho­dziły go nowe wąt­pli­wo­ści.

Na­gle za­trzy­mał się, żeby po­szu­kać punktu orien­ta­cyj­nego, który utwier­dziłby go w tym, że zmie­rza w pra­wi­dło­wym kie­runku, ale za drze­wami wi­dział je­dy­nie co­raz wię­cej drzew, a pod li­śćmi - jesz­cze wię­cej li­ści. Od­dy­cha­jąc z tru­dem, prze­klął dy­rek­tywę pań­stwową, która do­pro­wa­dziła go do obec­nej sy­tu­acji. Wojna po­dzie­liła cały świat, a Szwaj­ca­ria ukry­wała się za fa­sadą neu­tral­no­ści, na któ­rej za­czy­nała kru­szeć farba.

* * *

Na po­czątku sierp­nia Rada Związ­kowa ogło­siła w kilku wart­kich sło­wach za­mknię­cie gra­nic dla Ży­dów: "Nie od­rzu­cimy uchodź­ców po­li­tycz­nych, dla­tego wszy­scy ob­co­kra­jowcy, któ­rzy pod­czas pierw­szego prze­słu­cha­nia będą w sta­nie udo­wod­nić, że ucie­kają przed re­pre­sjami po­li­tycz­nymi, zo­staną przy­jęci. Je­śli na­to­miast kto­kol­wiek bę­dzie szu­kał schro­nie­nia ze względu na przy­na­leż­ność ra­sową, jak ma to miej­sce w przy­padku Ży­dów, ten nie zo­sta­nie uznany za uchodźcę po­li­tycz­nego".

Mimo że ob­wiesz­cze­nie wzbu­dziło obu­rze­nie spo­łe­czeń­stwa, we­szło w ży­cie już pod ko­niec tego sa­mego mie­siąca. Wy­pluta przez na­daj­nik ra­diowy wia­do­mość wy­pa­liła w Her­man­nie zna­mię, tak samo jak ża­rzące się że­lazo prze­pala koń­ską skórę. Das Boot ist voll. Ta łódź jest już pełna. Głos Edu­arda von Ste­igera, szefa Fe­de­ral­nego De­par­ta­mentu Spra­wie­dli­wo­ści i Po­li­cji, wy­brzmiał nie­zwy­kle przy­gnę­bia­jąco i do­no­śnie w skrom­nym sa­lo­nie pań­stwa Mes­smer, na któ­rego de­ko­ra­cję skła­dały się pod­sta­wowe wy­po­sa­że­nie umoż­li­wia­jące ro­dzi­nie ubo­gie eg­zy­sto­wa­nie: stół, kilka krze­seł, zga­szony piec ce­ra­miczny i ko­szyk z ro­bót­kami Ady, żony Her­manna. I jesz­cze złota ramka z czarno-białą fo­to­gra­fią z ich ślubu wi­sząca sa­mot­nie obok okna jakby na pa­miątkę lep­szych cza­sów.

Wła­śnie za­sia­dali do stołu, kiedy te wy­po­wie­dziane ze szwaj­car­ską pre­cy­zją cztery słowa cał­ko­wi­cie ode­brały im ape­tyt. Nie trzeba było wy­ja­śniać me­ta­fory - kiedy je­steś ka­pi­ta­nem skrom­nej sza­lupy ra­tun­ko­wej, która i tak jest już prze­peł­niona po brzegi, bo jej po­jem­ność jest rów­nie ogra­ni­czona, jak zgro­ma­dzone w niej za­soby, okrut­nie jest pa­trzeć na to­nący sta­tek, na któ­rym ty­siące ofiar bła­gają o oca­le­nie. A nie można ura­to­wać ich wszyst­kich. Nie­mniej jed­nak za ludzki od­ruch można uznać nie­da­wa­nie fał­szy­wych na­dziei. To był 30 sierp­nia 1942 roku, kiedy ogromna czer­wona pie­czątka w kształ­cie li­tery "J" także w Szwaj­ca­rii stała się rów­no­znaczna z wy­ro­kiem śmierci.

Her­mann nie mógł uwie­rzyć w to, że kraj, który pod­czas I wojny świa­to­wej przy­jął jego emi­gru­ją­cych z Nie­miec ro­dzi­ców, te­raz ska­zy­wał na pra­wie pewną śmierć ty­siące osób szu­ka­ją­cych schro­nie­nia. Nie można było tego tłu­ma­czyć bra­kiem po­ży­wie­nia. Prze­cież w ra­mach planu Wah­len prze­kształ­cono parki, ogrody, place, pa­tia, a na­wet do­nice, w taki spo­sób, żeby upra­wiać ziem­niaki, ro­śliny strącz­kowe, zboże i wa­rzywa. A za po­mocą kar­tek na żyw­ność roz­dzie­lano mię­dzy oby­wa­te­lami po­zo­stałe za­pasy i pro­dukty pierw­szej po­trzeby. Je­dzono nie­wiele, ale za to je­dli wszy­scy.

Ada i Her­mann nie tknęli swo­ich ta­le­rzy. Ko­bieta na­lała so­bie wody do szklanki, cho­ciaż nie miała ochoty jej wy­pić.

- Za­my­ka­nie gra­nic to jak za­my­ka­nie oczu, żeby ni­czego nie wi­dzieć - po­wie­działa.

- Wła­śnie to ro­bią wszy­scy do­okoła, Ado - od­po­wie­dział jej męż­czy­zna. - Przy­po­mnij so­bie tylko, co wy­da­rzyło się w Evian.

- Her­mann, ale to prze­cież tylko lu­dzie. Nie mogą wy­mie­nić ich za za­pasy żyw­no­ści i wę­giel, tak jak wy­mie­nia się inne pro­dukty.

- Ale to nie cho­dzi tylko o to, ko­cha­nie. Co za­trzyma Niemcy przed włą­cze­niem na­szego pań­stwa jako ko­lej­nego pod­bi­tego te­ry­to­rium? Mają już po­łowę Eu­ropy. Są nie do po­wstrzy­ma­nia.

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że zga­dzasz się z de­cy­zją rządu, Her­mann?

- Oczy­wi­ście, że nie! - od­po­wie­dział szybko. - Je­stem Niem­cem. Za­po­mnia­łaś o tym? Je­stem tu­taj, bo już raz po­więk­szyli swoje te­ry­to­rium. Już raz chcieli zbu­do­wać wiel­kie im­pe­rium i im się to nie udało.

- Więc?

Her­mann spoj­rzał na ich zdję­cie ślubne i przy­po­mniał so­bie, jak bar­dzo ma­rzyli o za­ło­że­niu ro­dziny. Po­my­ślał o dzie­ciach, któ­rych jesz­cze nie mieli, a po­tem spoj­rzał na wy­cze­ku­jącą od­po­wie­dzi żonę. Jego ro­dzice mu­sieli ucie­kać. On nie miał za­miaru po­wta­rzać ich losu.

- Skoro Szwaj­ca­ria zde­cy­do­wała za­mknąć drzwi dla uchodź­ców, my otwo­rzymy dla nich okna, Ado. A je­śli nie po­zwolą im wejść w gru­pie, przy­pro­wa­dzimy ich jed­nego po dru­gim.