ROZDZIAŁ 1
LIPOWO. PODKOMISARZ MICHALINA MURAWSKA
Powietrze pachniało wodą i rozgrzanym lasem. Aż kręciło od tego przyjemnie w nosie. Podkomisarz Michalina Murawska odetchnęła głębiej, żeby podelektować się tą przyjemnością. Chciała zachować w sobie wspomnienie tej chwili na dłużej. Zimą miło będzie odtworzyć sobie w głowie ten letni wieczór.
Spojrzała ponad spokojną tonią jeziora Bachotek. Słońce zachodziło za ścianą drzew, tworząc cudowny obraz. Takie barwy mogła wyczarować tylko natura. Czego tam nie było. Błękity, fiolety, żółcie, róże, pomarańcze. Gdyby ktoś to namalował, nazwałaby pewnie dzieło kiczowatym. Na żywo, pośród natury, robiło to niesamowite wrażenie.
- Mamo, podasz to drewno?
Sebastian wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się gwałtownie, wiedziona zawodowym nawykiem wiecznego uważania na to, co może się wydarzyć. Zawsze była przygotowana i czujna. Tak się do tego przyzwyczaiła, że chyba nie umiała już funkcjonować inaczej. Nawet teraz, kiedy była na wakacjach.
Należała jej się chwila wolnego. Choćby po to, żeby zapatrzyć się na przepiękny spektakl rozgrywający się teraz na niebie. Uśmiechnęła się pod nosem. Kto by pomyślał, że w końcu zdecyduje się na urlop. Nadgodziny? O, to owszem. Z perspektywy czasu widziała, że być może nie powinna aż tak zatracać się w pracy. Osłabiło to jej relacje z synem i nie zauważyła, kiedy Sebastian zaczął zadawać się z naprawdę szemranym towarzystwem i wpakował się w niezłe kłopoty. Wszystko wskazywało na to, że to już za nim. A przynajmniej taką policjantka miała nadzieję, bo te rzeczy lubiły mieć swoje konsekwencje w najmniej oczekiwanych momentach.
Ostatnie pół roku obfitowało w jeszcze większe emocje. Od kiedy dowiedziała się o przeszłości swojej biologicznej rodziny, miała sporo do przemyślenia. Trzeba też było oficjalnie pozamykać śledztwo związane z seryjnym zabójcą, Amorem. W trakcie musiała też przyjrzeć się sprawie, w którą niestety zamieszany był jej syn. Dopiero teraz był moment, żeby ochłonąć.
Nigdy nie przyznawała sobie ani odrobiny taryfy ulgowej. Może wreszcie przyszła na to pora? Czasem miała poczucie, że dźwiga na barkach ciężar całego świata. Uczucie znane pewnie wszystkim osobom służącym z pełnym zaangażowaniem w policji. A zwłaszcza samotnym rodzicom. Przecież Wilkowski tak naprawdę się nie liczył. Zostawił ją i Sebastiana samych.
Podniosła kilka polan. Palce lepiły jej się od żywicy. Pachniała intensywnie. Murawska znów uśmiechnęła się do siebie. Miała odpoczywać, ale bezruch nie był dla niej. Zawsze bardziej rozluźniał ją wysiłek fizyczny. Dlatego pomagała wolontariuszom nosić drewno na ognisko.
- Już idę, Sebek - zawołała do syna.
Nie mogła uwierzyć, że chłopak jest już właściwie mężczyzną. Kiedy to się stało? Z każdym dniem przypominał jej coraz bardziej Iwa. Azjatyckie rysy, które odziedziczył po niej, zdawały się rozmywać. Pozostały szerokie ramiona i szelmowski uśmiech, które dostał po ojcu.
- Dzięki, że nam pani pomaga - rzuciła Julka.
Dziewczyna była jedną z wolontariuszek. Sebastian wyraźnie się z nią zaprzyjaźnił, choć Murawska zauważyła, że nastolatka często stuka w ekran swojego smartfona. Zapewne pisała do jakiegoś chłopaka. Policjantka znała ten wyraz twarzy. Pierwsza miłość! Miała nadzieję, że jej syn za bardzo się nie zaangażował, bo raczej nie miał tu zbyt dużych szans mimo uroku, który przekazał mu w genach Wilkowski.
- Nooooo - dodał inny wolontariusz.
Patryk Sarna był starszy niż Sebastian i Julka. Na pewno przekroczył dwudziestkę. Jednak delikatna budowa ciała i niski wzrost sprawiały, że zdawał się młodszy. Spoglądał na wszystkich spod oka, jakby bał się unieść wzrok. Chichotał też nerwowo w najmniej odpowiednich momentach.
Wywoływał w Murawskiej ciarki. W pierwszej chwili mógłby wydać się nieszkodliwy, jednak służyła w policji już tak długo, że zdążyła nauczyć się wyczuwać takie rzeczy. Zresztą nie trzeba być specjalistą, żeby zauważyć, że chłopak miał w sobie coś niepokojącego. Począwszy od manieryzmów po ukradkowe, pełne nadmiernej fascynacji spojrzenia, które rzucał bohaterce wieczoru. Może gdyby nie rekrutowano ochotników przez Internet, ktoś wcześniej zauważyłby, że Sarna jest po uszy zakochany w pisarce.
Gwiazda wieczoru nazywała się Malwina Górska i była autorką kryminałów. Mieszkała w Lipowie i od kilku lat organizowano tu zloty fanów jej twórczości. Michalina nie znała wcześniej książek pisarki. Pomagała tylko ze względu na Sebastiana. Syn powiedział, że nikomu nie będzie to przeszkadzało, bo w imprezie uczestniczyli nie tylko ci, którzy wypełnili specjalny formularz kontaktowy, ale przede wszystkim miejscowi. A skoro on mieszkał teraz w Lipowie, Murawska też stała się niejako lokalsem.
To Michalina wysłała syna do Lipowa. Po tym, co jej powiedział, kiedy zakończyło się śledztwo związane z Amorem, uznała, że powinien jak najszybciej wyjechać z Zalesia. Chciała, żeby przeczekał w jakimś spokojnym miejscu. Cichą miejscowość pod Brodnicą policjantka poznała podczas pierwszego dochodzenia prowadzonego z podkomisarz Kają Dalke i prokuratorem Grzegorzem Halą. Piggy, bo tak kazała się nazywać koleżanka, stąd pochodziła i pozwoliła Sebastianowi zamieszkać w swoim domu rodzinnym. Nie było więc kłopotów z zakwaterowaniem.
- Nie ma sprawy - rzuciła, biorąc jeszcze więcej szczap drewna.
Zlot w Lipowie miał trwać cały weekend. Dzisiejsze ognisko zorganizowano dla uczestników, którzy zjawili się wcześniej. Dopiero w sobotni poranek impreza miała rozpocząć się na dobre. Zaplanowano grę terenową, a po niej występy specjalnych gości. Na następny dzień ustalono kolejny blok paneli z gośćmi oraz konkurs wiedzy o twórczości Malwiny Górskiej. Z tego, co policjantka zdążyła zauważyć już dziś, uczestnicy imprezy znali książki pisarki na wyrywki. Chyba tylko Murawska nie czytała ani jednej. Czuła się przez to trochę jak podrzucone kukułcze jajo.
Ruszyła za Sebastianem, Julką i Patrykiem. Rozglądała się wśród zgromadzonych tego wieczoru nad jeziorem ludzi. Nigdzie jednak nie widziała Hali i Piggy. Prokurator miał jutro wystąpić jako jeden z gości. Murawska zastanawiała się, jak Sebastianowi udało się go do tego namówić. Grzegorz miał przecież te swoje fobie.
- Dorzucę z tej strony - zdecydował syn, biorąc od niej polana.
W górę spektakularnie prysnęły iskry. W zapadającym nad jeziorem zmroku wyglądały jak sztuczne ognie. Wokoło rozległy się pełne aprobaty pokrzykiwania. Płomień zrobił się naprawdę wysoki. Grzał mocno w twarz, podczas gdy na plecach dało się wyczuć delikatny, przyjemny chłód letniego wieczoru.
Patyki z chlebem i innymi specjałami poszybowały w stronę ogniska. Każdy chciał dokończyć pieczenia swoich wiktuałów. Murawska nie mogła się powstrzymać, żeby nie przysłuchiwać się rozmowom. Zboczenie zawodowe po latach robienia w firmie. Cały czas próbowała zdobywać informacje. Nawet jeśli w danym momencie to nie było konieczne.
Rozmowy toczyły się głównie wokół jutrzejszej gry terenowej. Jednak z gwaru wyłowiła też coś innego. Od razu nadstawiła uszu.
- Myślicie, że to naprawdę ten sam autostopowicz?
Ton mężczyzny spowodował, że policyjny instynkt dał o sobie znać. Próbowała go zignorować, ale to było silniejsze od niej. Zerknęła ukradkiem w stronę grupki, która stała po jej lewej stronie. Zjadali upieczony niemal na węgiel chleb i dyskutowali. Byli na tym tak skupieni, że chyba nie zwrócili uwagi, że ktoś się im przysłuchuje.
- Trochę to dziwne. Nie uważacie?
Mężczyzna miał kręcone rudawe włosy. Przypominał twórcę Facebooka, Marka Zuckerberga. Nawet ubrany był podobnie. W zwyczajną koszulkę i pogniecione krótkie spodenki. Typ luzaka. Jednak na jego twarzy widziała malujące się zaniepokojenie.
- Też tak uważam - zgodziła się kobieta z grzywką.
Ona również była ubrana na luzie. W krótkie piaskowe bojówki i bluzkę na ramiączkach. Nie włożyła stanika. Pasowaliby do siebie, uznała w duchu Murawska, nie wyglądało jednak na to, żeby ta dwójka była razem.
W przeciwieństwie do stojącej przed nimi pary. Mężczyzna z kozią bródką i blondwłosa miłośniczka solarium trzymali się za ręce, jakby dla podkreślenia swojej bliskości. Tuż obok nogi mężczyzny trzymał się wielki dostojny bloodhound.
Adopcyjni rodzice Murawskiej uwielbiali psy i mieli ich całą gromadkę. Tata zastanawiał się kiedyś, czy nie powinien do niej dołączyć czworonóg tej rasy. Może dlatego, że Władek przeczytał gdzieś, że disnejowski Pluto był inspirowany właśnie bloodhoundami. Szczerze mówiąc, Michalinie nigdy nie udało się zauważyć podobieństwa.
- Jakby ten fragment drogi był jakiś nawiedzony - odezwała się niewysoka blondynka w sukience vintage. Pochyliła się nad psem i pogłaskała go, jakby to miało ją uspokoić. - Wszyscy wzięliśmy do samochodu tego samego faceta. W przeciągu godziny, i to na tak krótkim wycinku szosy. To naprawdę dziwaczne.
Zaśmiała się, ale Murawska wyczuwała jej zdenerwowanie. Nic dziwnego. Po co ktoś miałby czekać na podwózkę na tym samym fragmencie drogi? Po co ciągle wracał w to samo miejsce, żeby znów łapać stopa? To wydawało się bez sensu, a policjantka nie lubiła sytuacji, których nie da się wyjaśnić.
Starała się skupić na dokładaniu drewna do ognia. Była tu przecież na urlopie, żeby odwiedzić syna i kibicować Hali w jutrzejszym wystąpieniu. Nie po to, żeby rozwiązywać zagadki. Niech się tym zajmie lokalna policja. Jeśli w ogóle będzie trzeba, dodała w duchu. Mogło być jakieś prozaiczne wytłumaczenie, dlaczego ten ktoś tak się zachowywał.
- A wam też ten człowiek zostawił karteczkę? - odezwała się nieśmiało kobieta bez stanika. Sięgnęła do kieszeni piaskowych bojówek i wyciągnęła skrawek papieru. - Przyznam, że... no trochę zaniepokoił mnie ten napis...
Sobowtór Zuckerberga wziął od niej kartkę. Przeczytał wiadomość na głos. To było jedno tylko słowo, ale Murawską od razu przeszył dreszcz.