LAS DUCHÓW
.
To był chyba już trzeci wieczór w pociągu przesuwającym się przez szary jesienny krajobraz już daleko za górami Ural, prosto na północ. Zapadł wczesny zmrok, zrobiło się ciemno, listopadowo i sennie. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że świat lubi te mokre, jesienne ciemności. Lubi je, bo pozwalają mu odpocząć od samego siebie. Zapomnieć. Tylko ludzie nie dają o sobie tak łatwo zapomnieć. Ci w wagonie - kiwający się na pryczach obok mnie robotnicy - i wszyscy inni, schronieni w swoich bańkach: w blado oświetlonych kajutach, sypialniach, salonach, kuchniach, knajpach, poczekalniach i gabinetach. Tymczasem zatopiony w ciemności świat ma urlop, podróżuje po ścieżkach własnej duszy. Co to muszą być za podróże!
Ogromna czarna rzeka pojawiła się nagle, a wraz z nią niepokój, co się stanie, jeśli pociąg runie z wąskiego mostu bez końca. W cichym wagonie rozeszły się szepty, że Surgut już blisko. Nic dziwnego, że w drugą stronę śmigały mostem cysterny ciągnięte przez złączone dwójkami i trójkami lokomotywy. Wagon za wagonem. Zresztą przez całą rozległą równinę bez przerwy sunęły żelazne karawany naftowych składów. W rozświetlonych na różowo kabinach tkwili maszyniści, mocni i pewni. Prawdziwi władcy tej przestrzeni. Niedbający o nic poza swoją żelazną drogą i swoim ładunkiem. Mieszkańcy widocznych po drodze bloków w miastach, których nazw nie zdołałem zapamiętać. Albo niewielkich domów i domeczków w bezimiennych z perspektywy pociągu wsiach przykrytych bezmiarem ołowianego nieba.
Za rzeką, ponad linią pokrywających równinę brzózek, chwiał się w ciemnościach pomarańczowy język ognia. Nierzeczywisty w otoczeniu mokrej nocy i pól pełnych szarych łat śniegu.
- Fakiel - odezwał się wąsaty facet naprzeciwko mnie, widząc, że patrzę.
- Ropa?
- Gaz.
Nie chciał rozmawiać, ale ile można siedzieć vis-a-vis i tylko patrzeć za okno. Dzień, dwa?
(...)
- A ten to kto? - pytanie zabrzmiało głośno i wyraźnie, ale nie zadał go człowiek z czajnikiem. W drzwiach do sąsiedniego pomieszczenia stała kobieta. Miała zniszczoną twarz, wyglądała na pijaczkę. - Kto to jest? - powtórzyła pytanie, zwracając się do Siergieja.
- Uczony - odpowiedział.
- Etnograf - uściśliłem.
- Etnograf? - powtórzyła. I umilkła, jakby się nad czymś zastanawiała.
Za nią, w głębi pokoju widać było fragment żelaznego łóżka, ktoś właśnie się z niego podnosił. Podszedł do niej i ponad nią wystawiał głowę przez otwór. Ta sama strzecha co u człowieka z czajnikiem, te same oczy, te same grube rysy i zamyślony wyraz twarzy. Bliźniacy! Ten pierwszy kroił już podany mu przez kogoś chleb, drugi, tak samo bosy i przygarbiony, przeszedł niepewnie, jak po omacku, przez kuchnię i usiadł na zydelku pod ścianą. Tam gdzie już nie sięgało światło świec. Jedna z kobiet podała mu kubek. Złapał go w dwie ręce i wypił jednym haustem. To nie była herbata.
- Masz! - Kierowca drugiego burana trącił mnie i podał mi zimny kubek.
Wódka. Wypiłem. Nalał każdemu.
- Po co tu przyjeżdżacie?
Nie musiałem podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że pyta kobieta stojąca w progu. Było cicho, tylko ogień trzaskał w piecu. Bliźniak odstawił czajnik, usiadł na podłodze obok brata i podciągnął kolana.
- Kto? - zapytałem, żeby ukryć zakłopotanie.
Spojrzałem - patrzyła rozgniewana.
- No... - zrobiła pauzę, świdrując mnie wzrokiem. Szukała właściwego słowa. - Sam powiedziałeś. Etnografowie - wydusiła w końcu.
- Jesteście rzadcy. Dlatego przyjeżdżają do was etnografowie.
Zdziwiła mnie moja własna odpowiedź. Pomyślałem o miliardach ludzi, właśnie wstających do pracy albo kładących się spać, do których nikt nie przyjeżdża. Może byłem pijany. Spirytus szybko kopie. Ale rozejrzałem się - ledwie widoczne twarze słuchały mnie w napięciu, zaintrygowane. Może z wyjątkiem braci. Ten, który pojawił się jako drugi i siedział na krzesełku, kiwał się w przód i w tył. Siedzący na podłodze splótł dłonie wokół kolan i opuścił głowę tak, że widziałem tylko jego włosy.
- Nie chcemy was tu - głos kobiety był bardzo zdecydowany. - Nie chcemy - powtórzyła jakby z bezsilności, tylko do siebie.
(...)
Oparłem głowę o grubo ciosaną belkę ściany. Mech gryzł mnie w kark. Ściana przylegała do całego wilgotnego i zimnego świata, pogrążonego teraz w ciemności. A tu, w niewielkim pomieszczeniu, tylu ludzi. Księgi zapisane i księgi niemal puste, ich historie dopiero się tworzyły. Czułem to. Słyszałem w każdym oddechu. Trzymałem kciuki za to, żeby to były dobre historie. Chciałem do nich dołączyć, zasnąć. Żeby już było jutro.
- A kim był jego dziadek? - wyszeptałem jeszcze, jak szepcze się w głąb studni, jeśli tylko ma się odwagę, jeśli nie boi się usłyszeć odpowiedzi.
Studnia mojego dziadka była głęboka, przepastna. Poił z niej krowy. Uwielbiałem klęczeć przy betonowej cembrowinie i patrzeć na pełgającą daleko w dole czarną taflę. I czarny zarys mojej własnej głowy, jak głowy jakiegoś innego chłopca. Wyobrażałem sobie, że patrzy na mnie stamtąd ostrożnie. Ciekawie. I chował się za każdym razem, kiedy chowałem się ja.
- Ich dziadek był tetypy - usłyszałem szept.
Tetypy, szaman, "człowiek, który wie". Serce zabiło mi mocniej. Tak myślałem.
- Złym tetypy - dodał ten sam głos i umilkł, jakby pożałował tego określenia.
- Tacy są najmocniejsi. - Tym razem szept był kobiecy, miękki. - Mają szpony jastrzębi.
- Ich już nie ma - wyszeptałem w studnię.
- Są! - odpowiedziało coś z jej głębi.
- Żyją! - dodał ktoś inny.
- Ale gdzie?
- Sam zobaczysz.
- Spać, chłopcy, spać.
Giena zaszeleścił śpiworem. Ja też zanurzyłem nogi w swoje okrycie, osunąłem się na futro rena. Puchową kurtkę podłożyłem sobie zamiast poduszki. Kręciło mi się w głowie od jej zapachu, zapachu śniegu i benzyny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki