Las duchów - Andrzej Dybczak

Kup ebooka

33.00 zł
27.39 zł (27,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LAS DU­CHÓW

.

To był chyba już trzeci wie­czór w po­ciągu prze­su­wa­ją­cym się przez szary je­sienny kra­jo­braz już da­leko za gó­rami Ural, pro­sto na pół­noc. Za­padł wcze­sny zmrok, zro­biło się ciemno, li­sto­pa­dowo i sen­nie. Trudno było oprzeć się wra­że­niu, że świat lubi te mo­kre, je­sienne ciem­no­ści. Lubi je, bo po­zwa­lają mu od­po­cząć od sa­mego sie­bie. Za­po­mnieć. Tylko lu­dzie nie dają o so­bie tak ła­two za­po­mnieć. Ci w wa­go­nie - ki­wa­jący się na pry­czach obok mnie ro­bot­nicy - i wszy­scy inni, schro­nieni w swo­ich bań­kach: w blado oświe­tlo­nych ka­ju­tach, sy­pial­niach, sa­lo­nach, kuch­niach, knaj­pach, po­cze­kal­niach i ga­bi­ne­tach. Tym­cza­sem za­to­piony w ciem­no­ści świat ma urlop, po­dró­żuje po ścież­kach wła­snej du­szy. Co to mu­szą być za po­dróże!

Ogromna czarna rzeka po­ja­wiła się na­gle, a wraz z nią nie­po­kój, co się sta­nie, je­śli po­ciąg ru­nie z wą­skiego mo­stu bez końca. W ci­chym wa­go­nie ro­ze­szły się szepty, że Sur­gut już bli­sko. Nic dziw­nego, że w drugą stronę śmi­gały mo­stem cy­sterny cią­gnięte przez złą­czone dwój­kami i trój­kami lo­ko­mo­tywy. Wa­gon za wa­go­nem. Zresztą przez całą roz­le­głą rów­ninę bez prze­rwy su­nęły że­la­zne ka­ra­wany naf­to­wych skła­dów. W roz­świe­tlo­nych na ró­żowo ka­bi­nach tkwili ma­szy­ni­ści, mocni i pewni. Praw­dziwi władcy tej prze­strzeni. Nie­dba­jący o nic poza swoją że­la­zną drogą i swoim ła­dun­kiem. Miesz­kańcy wi­docz­nych po dro­dze blo­ków w mia­stach, któ­rych nazw nie zdo­ła­łem za­pa­mię­tać. Albo nie­wiel­kich do­mów i do­mecz­ków w bez­i­mien­nych z per­spek­tywy po­ciągu wsiach przy­kry­tych bez­mia­rem oło­wia­nego nieba.

Za rzeką, po­nad li­nią po­kry­wa­ją­cych rów­ninę brzó­zek, chwiał się w ciem­no­ściach po­ma­rań­czowy ję­zyk ognia. Nie­rze­czy­wi­sty w oto­cze­niu mo­krej nocy i pól peł­nych sza­rych łat śniegu.

- Fa­kiel - ode­zwał się wą­saty fa­cet na­prze­ciwko mnie, wi­dząc, że pa­trzę.

- Ropa?

- Gaz.

Nie chciał roz­ma­wiać, ale ile można sie­dzieć vis-a-vis i tylko pa­trzeć za okno. Dzień, dwa?

(...)

- A ten to kto? - py­ta­nie za­brzmiało gło­śno i wy­raź­nie, ale nie za­dał go czło­wiek z czaj­ni­kiem. W drzwiach do są­sied­niego po­miesz­cze­nia stała ko­bieta. Miała znisz­czoną twarz, wy­glą­dała na pi­jaczkę. - Kto to jest? - po­wtó­rzyła py­ta­nie, zwra­ca­jąc się do Sier­gieja.

- Uczony - od­po­wie­dział.

- Et­no­graf - uści­śli­łem.

- Et­no­graf? - po­wtó­rzyła. I umil­kła, jakby się nad czymś za­sta­na­wiała.

Za nią, w głębi po­koju wi­dać było frag­ment że­la­znego łóżka, ktoś wła­śnie się z niego pod­no­sił. Pod­szedł do niej i po­nad nią wy­sta­wiał głowę przez otwór. Ta sama strze­cha co u czło­wieka z czaj­ni­kiem, te same oczy, te same grube rysy i za­my­ślony wy­raz twa­rzy. Bliź­niacy! Ten pierw­szy kroił już po­dany mu przez ko­goś chleb, drugi, tak samo bosy i przy­gar­biony, prze­szedł nie­pew­nie, jak po omacku, przez kuch­nię i usiadł na zy­delku pod ścianą. Tam gdzie już nie się­gało świa­tło świec. Jedna z ko­biet po­dała mu ku­bek. Zła­pał go w dwie ręce i wy­pił jed­nym hau­stem. To nie była her­bata.

- Masz! - Kie­rowca dru­giego bu­rana trą­cił mnie i po­dał mi zimny ku­bek.

Wódka. Wy­pi­łem. Na­lał każ­demu.

- Po co tu przy­jeż­dża­cie?

Nie mu­sia­łem pod­no­sić wzroku, żeby wie­dzieć, że pyta ko­bieta sto­jąca w progu. Było ci­cho, tylko ogień trza­skał w piecu. Bliź­niak od­sta­wił czaj­nik, usiadł na pod­ło­dze obok brata i pod­cią­gnął ko­lana.

- Kto? - za­py­ta­łem, żeby ukryć za­kło­po­ta­nie.

Spoj­rza­łem - pa­trzyła roz­gnie­wana.

- No... - zro­biła pauzę, świ­dru­jąc mnie wzro­kiem. Szu­kała wła­ści­wego słowa. - Sam po­wie­dzia­łeś. Et­no­gra­fo­wie - wy­du­siła w końcu.

- Je­ste­ście rzadcy. Dla­tego przy­jeż­dżają do was et­no­gra­fo­wie.

Zdzi­wiła mnie moja wła­sna od­po­wiedź. Po­my­śla­łem o mi­liar­dach lu­dzi, wła­śnie wsta­ją­cych do pracy albo kła­dą­cych się spać, do któ­rych nikt nie przy­jeż­dża. Może by­łem pi­jany. Spi­ry­tus szybko ko­pie. Ale ro­zej­rza­łem się - le­d­wie wi­doczne twa­rze słu­chały mnie w na­pię­ciu, za­in­try­go­wane. Może z wy­jąt­kiem braci. Ten, który po­ja­wił się jako drugi i sie­dział na krze­sełku, ki­wał się w przód i w tył. Sie­dzący na pod­ło­dze splótł dło­nie wo­kół ko­lan i opu­ścił głowę tak, że wi­dzia­łem tylko jego włosy.

- Nie chcemy was tu - głos ko­biety był bar­dzo zde­cy­do­wany. - Nie chcemy - po­wtó­rzyła jakby z bez­sil­no­ści, tylko do sie­bie.

(...)

Opar­łem głowę o grubo cio­saną belkę ściany. Mech gryzł mnie w kark. Ściana przy­le­gała do ca­łego wil­got­nego i zim­nego świata, po­grą­żo­nego te­raz w ciem­no­ści. A tu, w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, tylu lu­dzi. Księgi za­pi­sane i księgi nie­mal pu­ste, ich hi­sto­rie do­piero się two­rzyły. Czu­łem to. Sły­sza­łem w każ­dym od­de­chu. Trzy­ma­łem kciuki za to, żeby to były do­bre hi­sto­rie. Chcia­łem do nich do­łą­czyć, za­snąć. Żeby już było ju­tro.

- A kim był jego dzia­dek? - wy­szep­ta­łem jesz­cze, jak szep­cze się w głąb studni, je­śli tylko ma się od­wagę, je­śli nie boi się usły­szeć od­po­wie­dzi.

Stud­nia mo­jego dziadka była głę­boka, prze­pastna. Poił z niej krowy. Uwiel­bia­łem klę­czeć przy be­to­no­wej cem­bro­wi­nie i pa­trzeć na peł­ga­jącą da­leko w dole czarną ta­flę. I czarny za­rys mo­jej wła­snej głowy, jak głowy ja­kie­goś in­nego chłopca. Wy­obra­ża­łem so­bie, że pa­trzy na mnie stam­tąd ostroż­nie. Cie­ka­wie. I cho­wał się za każ­dym ra­zem, kiedy cho­wa­łem się ja.

- Ich dzia­dek był te­typy - usły­sza­łem szept.

Te­typy, sza­man, "czło­wiek, który wie". Serce za­biło mi moc­niej. Tak my­śla­łem.

- Złym te­typy - do­dał ten sam głos i umilkł, jakby po­ża­ło­wał tego okre­śle­nia.

- Tacy są naj­moc­niejsi. - Tym ra­zem szept był ko­biecy, miękki. - Mają szpony ja­strzębi.

- Ich już nie ma - wy­szep­ta­łem w stud­nię.

- Są! - od­po­wie­działo coś z jej głębi.

- Żyją! - do­dał ktoś inny.

- Ale gdzie?

- Sam zo­ba­czysz.

- Spać, chłopcy, spać.

Giena za­sze­le­ścił śpi­wo­rem. Ja też za­nu­rzy­łem nogi w swoje okry­cie, osu­ną­łem się na fu­tro rena. Pu­chową kurtkę pod­ło­ży­łem so­bie za­miast po­duszki. Krę­ciło mi się w gło­wie od jej za­pa­chu, za­pa­chu śniegu i ben­zyny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki