Las Birnamski - Eleanor Catton

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆPIERW­SZA

.

Prze­łęcz Ko­ro­wai za­mknięto pod ko­niec lata, kiedy se­ria płyt­kich wstrzą­sów sej­smicz­nych wy­wo­łała osu­nię­cie ziemi, za­sy­pała spory od­ci­nek szosy, po­wo­du­jąc śmierć pię­ciorga osób, i ze­pchnęła w prze­paść cię­ża­rówkę z przy­czepą, która spa­da­jąc, otarła się o prze­wód elek­tryczny, wy­ryła bruzdę w zbo­czu góry, po czym eks­plo­do­wała na wia­duk­cie. Mi­nęło kilka ty­go­dni, za­nim można było bez­piecz­nie wy­do­być ciała ofiar i na­le­ży­cie osza­co­wać straty - tem­pe­ra­tura już wtedy się ob­ni­żała, a dni szybko sta­wały krót­sze. Przed na­dej­ściem wio­sny nic wię­cej nie dało się zro­bić. Droga zo­stała za­mknięta z obu stron, więc wy­zna­czono ob­jazd - na za­chód, wo­kół da­le­kich brze­gów je­ziora Ko­ro­wai, oraz na wschód, po­mię­dzy sza­chow­ni­cami pól upraw­nych i sple­cio­nymi ni­czym war­ko­cze rze­kami, które spły­wają po ni­zi­nach do mo­rza.

Mia­steczko Thorn­dike, le­żące po pół­noc­nej stro­nie prze­łę­czy u stóp gór Ko­ro­wai, z jed­nej strony gra­ni­czyło z je­zio­rem, z dru­giej z Par­kiem Na­ro­do­wym Ko­ro­wai. Po za­mknię­ciu prze­łę­czy po­wstał tu praw­dziwy ślepy za­ułek: od­cięta od po­łu­dnia mie­ścina była od­izo­lo­wana wła­ści­wie ze wszyst­kich stron, wy­jąw­szy jedną drogę do­jaz­dową. Jak w więk­szo­ści no­wo­ze­landz­kich mia­ste­czek lo­kalna go­spo­darka opie­rała się głów­nie na tu­ry­stach i prze­jeż­dża­ją­cych tędy ti­rach, więc kiedy ze­społy ra­tow­ni­cze i ekipy te­le­wi­zyjne spa­ko­wały się wresz­cie i wy­je­chały, wielu miesz­kań­ców nie­chęt­nie opu­ściło Thorn­dike ra­zem z nimi. Przy­drożne ka­fejki i skle­piki z pa­miąt­kami za­czy­nały się ko­lejno za­my­kać, sta­cja ben­zy­nowa skró­ciła dzień pracy, w cen­trum tu­ry­stycz­nym wy­wie­szono ta­bliczkę z prze­pro­si­nami, a dawna ferma owcza w głębi do­liny, opi­sana w ma­te­ria­łach biura nie­ru­cho­mo­ści jako naj­wspa­nial­sza w mie­ście "lo­ka­li­za­cja pod bu­dowę osie­dla miesz­ka­nio­wego", zo­stała cich­cem wy­co­fana ze sprze­daży.

Wła­śnie ta oferta zwró­ciła uwagę dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­niej Miry Bun­ting, ogrod­niczki i za­ło­ży­cielki grupy ak­ty­wi­stów na­zy­wa­nej przez swoje człon­ki­nie i człon­ków La­sem Bir­nam­skim. Ni­gdy nie była w Thorn­dike i nie miała za­miaru ani środ­ków, by ku­pić tam choćby naj­mniej­szy skra­wek ziemi, za­no­to­wała jed­nak in­for­ma­cję o sprze­daży daw­nej fermy, kiedy oferta po­ja­wiła się po raz pierw­szy w in­ter­ne­cie ja­kieś pięć czy sześć mie­sięcy wcze­śniej. Na­pi­sała wtedy - pod pseu­do­ni­mem - do agenta, wy­ra­ziła za­in­te­re­so­wa­nie zie­mią i spy­tała, czy któ­raś z dzia­łek bu­dow­la­nych zo­stała już sprze­dana.

Pseu­do­nim - June Crow­ther - był jed­nym z kilku, które Mira wy­my­śliła so­bie z cza­sem i któ­rych uży­wała na­prze­mien­nie. Pani Crow­ther była więc po­sta­cią fik­cyjną - eme­rytką, miała sześć­dzie­siąt osiem lat i cier­piała na po­ważny nie­do­słuch, dla­tego wo­lała się kon­tak­to­wać ze świa­tem mej­lowo niż te­le­fo­nicz­nie. Miała też odło­żoną pewną sumkę w ak­cjach i ob­li­ga­cjach, które chciała za­mie­nić na ja­kąś nie­ru­cho­mość. Po­szu­ki­wała domku let­ni­sko­wego, naj­le­piej na wsi, bo za ży­cia sta­ruszki mo­głyby ko­rzy­stać z niego córki, które po jej śmierci otrzy­ma­łyby po­sia­dłość w spadku. Dom musi być nowy - po ca­łym ży­ciu peł­nym na­praw i re­mon­tów pani Crow­ther miała już ich do­syć - choć nie­ko­niecz­nie trzeba go bu­do­wać spe­cjal­nie dla niej we­dług osob­nego pro­jektu. Cał­ko­wi­cie za­do­woli się nie­wiel­kim dom­kiem mo­du­ło­wym albo z pre­fa­bry­ka­tów i może on stać wśród wielu iden­tycz­nych kon­struk­cji, cią­gną­cych się wzdłuż ulicy, o ile tylko są­sie­dzi nie znajdą się za bli­sko, a ona bę­dzie mo­gła sama wy­brać ko­lor ścian. Dawna ferma w Thorn­dike speł­nia­łaby za­pewne wszyst­kie te wa­runki, lecz ja­kieś cztery mie­siące po wy­padku na prze­łę­czy pani Crow­ther do­stała mejl od agenta z biura nie­ru­cho­mo­ści, że sy­tu­acja się zmie­niła i jego klient po­sta­no­wił na ra­zie nie sprze­da­wać ziemi. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że po­sia­dłość zo­sta­nie po­now­nie wy­sta­wiona na sprze­daż w póź­niej­szym ter­mi­nie. Tym­cza­sem agent za­py­ty­wał, czy pani Crow­ther nie za­in­te­re­so­wa­łaby się inną ofertą, działką po­ło­żoną w po­bliżu - po­dał od­po­wiedni link - i ży­czył sta­ruszce wszel­kiego po­wo­dze­nia w po­szu­ki­wa­niu domu.

Prze­czy­tała mejl dwu­krot­nie, na­pi­sała uprzejmą, ale nie­zo­bo­wią­zu­jącą jej do ni­czego od­po­wiedź, a po­tem wy­lo­go­wała się z fał­szy­wego konta i wy­świe­tliła w prze­glą­darce mapę Thorn­dike. Ferma po­ło­żona w po­łu­dniowo-wschod­nim za­kątku do­liny miała nieco tra­pe­zo­idalny kształt i była znacz­nie węż­sza u stóp wzgó­rza niż na szczy­cie, gdzie do­cho­dziła do gra­nicy parku na­ro­do­wego. Sto pięć­dzie­siąt trzy hek­tary, jak za­pa­mię­tała z oferty sprze­daży, i ob­wód li­czący osiem albo dzie­sięć ki­lo­me­trów. Po­sia­dłość le­żała nie­da­leko osu­wi­ska. Mira prze­łą­czyła się na zdję­cia sa­te­li­tarne, ale jesz­cze ich nie uak­tu­al­niono: droga przez prze­łęcz na­dal po­ły­skli­wie i swo­bod­nie wiła się za­ko­sami w górę, tu i ów­dzie po­prze­ci­nana sza­rymi prze­bły­skami słońca, od­bi­ja­ją­cego się od da­chów cię­ża­ró­wek i sa­mo­cho­dów. Po­my­ślała, że to zdję­cie mo­gło zo­stać zro­bione za­le­d­wie na kilka chwil przed trzę­sie­niem ziemi, wi­doczni na nim kie­rowcy chyba już więc nie żyją. Po­wie­działa to so­bie na wszelki wy­pa­dek, jak cza­sem spraw­dzała puls - miała taki zwy­czaj, jesz­cze z lat mło­dzień­czych, żeby do­ło­wać się róż­nymi nie­przy­jem­nymi przy­pusz­cze­niami. Dzi­siaj nie po­tra­fiła się zdo­być na li­tość wo­bec sie­bie, dla­tego w ra­mach po­kuty wy­obra­ziła so­bie, jak zo­staje zmiaż­dżona i udu­szona w wy­padku, po czym przez kil­ka­na­ście se­kund prze­cho­wy­wała w gło­wie ob­raz tej sceny, za­nim wy­pu­ściła po­wie­trze z płuc i wró­ciła do mapy.

Wia­tro­chron strze­li­stych to­poli rzu­cał ząb­ko­wany cień na pod­jazd i sto­jący da­leko od drogi dom - i jak ży­czyła so­bie Mira, stał też na tyle wy­soko, by po­nad drze­wami roz­ta­czał się z niego wi­dok na je­zioro. Po­wy­żej domu cią­gnął się na­tu­ralny ta­ras, ufor­mo­wany przez żyłę wa­pie­nia od­dzie­la­jącą bar­dziej za­le­sione, wyż­sze za­grody dla owiec od do­cho­dzą­cego do drogi otwar­tego pa­stwi­ska. Po­więk­szyła zdję­cie i przy­glą­dała się ko­lejno za­gro­dom. Wszyst­kie stały pu­ste. Wy­dep­tana ścieżka wy­zna­czała naj­bar­dziej uczęsz­czaną trasę wła­ści­ciela wo­kół po­sia­dło­ści, a sko­śne cie­nie na ziemi świad­czyły o tym, że kilka za­gro­do­wych fur­tek jest otwar­tych. Agent nie zdra­dził na­zwi­ska sprze­da­ją­cego, lecz kiedy wpi­sała ad­res do wy­szu­ki­warki, na­tych­miast wy­świe­tlił się ar­ty­kuł pra­sowy.

Pan Owen Da­rvish, za­miesz­kały w Thorn­dike, w So­uth Can­ter­bury przy Ko­ro­wai Pass Road 1606, tra­fił bo­wiem ostat­nio na pierw­sze strony ga­zet. Jego na­zwi­sko fi­gu­ro­wało na li­ście go­ści ho­no­ro­wych, za­pro­szo­nych na uro­czy­stość z oka­zji uro­dzin kró­lo­wej. Za do­ko­na­nia w dzie­dzi­nie ochrony przy­rody wła­ści­ciel owczej fermy miał otrzy­mać ty­tuł szla­checki i zo­stać Ka­wa­le­rem No­wo­ze­landz­kiego Or­deru Za­sługi.

Za­in­try­go­wana Mira za­po­mniała na chwilę o ma­pie i czy­tała da­lej.

Ty­tuły szla­chec­kie znie­siono w No­wej Ze­lan­dii w roku 2000, lecz dzie­więć lat póź­niej zo­stały przy­wró­cone dzięki sta­ra­niom pew­nego za­moż­nego po­li­tyka pra­gną­cego uzy­skać miano szlach­cica. Sprawa była krę­pu­jąca bez względu na to, co kto o niej my­ślał: mo­nar­chi­ści nie mo­gli się cie­szyć, po­nie­waż taka re­sty­tu­cja do­wo­dziła tylko, że Ko­rona jest po­datna na na­ci­ski po­li­tyczne, re­pu­bli­ka­nie zaś nie mo­gli się jej sprze­ci­wiać, bo wtedy można by po­my­śleć, że mo­nar­chiczny ko­deks szla­checki jest po­nie­kąd świę­to­ścią, a za­tem czymś, co po­winno się znaj­do­wać poza za­się­giem po­li­ty­ków. Po­nie­waż obie par­tie były nie­za­do­wo­lone, uka­zu­jącą się dwa razy w roku li­stę od­zna­czo­nych przy­jęły z draż­li­wym cy­ni­zmem i wspól­nie de­kla­ro­wały, że uszlach­ceni in­te­lek­tu­ali­ści to zdrajcy, a uszlach­ceni przed­się­biorcy są sko­rum­po­wani. Owen Da­rvish wy­da­wał się rzad­kim wy­jąt­kiem od re­guły. Wie­ści o jego wy­róż­nie­niu po­ja­wiły się po wy­padku na prze­łę­czy tak szybko, że można było od­nieść wra­że­nie, że ty­tuł szla­checki zo­stał mu przy­znany jako coś w ro­dzaju za­dość­uczy­nie­nia dla ca­łego re­gionu Ko­ro­wai, a w tego ro­dzaju szla­chet­nym ge­ście nie mo­gli się do­pa­trzyć grze­chu ani mo­nar­chi­ści, ani re­pu­bli­ka­nie. Da­rvish wy­na­jął na­wet swój dom eki­pie ra­tow­ni­ków z Se­arch & Re­scue, by w pierw­szych dniach po tra­ge­dii mo­gli z niego ko­rzy­stać jak z bazy wy­pa­do­wej.

- Chylę czoło przed tymi fa­ce­tami - po­wie­dział na ten te­mat tylko tyle. - Praw­dziwi z nich bo­ha­te­ro­wie, bez dwóch zdań.

Czy­tała da­lej.

Ka­rierę za­wo­dową za­czął przed czter­dzie­stu laty, jesz­cze jako sie­dem­na­sto­la­tek, kiedy udało mu się oczy­ścić pole są­sia­dów z plagi kró­li­ków - li­kwi­do­wał je w ce­nie do­lara za sztukę. Był zna­ko­mi­tym strzel­cem, a jego dwoma naj­droż­szymi skar­bami - oba do­stał od ojca - były my­śliw­ski ka­ra­bin pneu­ma­tyczny ka­li­bru .22 oraz nóż do skó­ro­wa­nia zwie­rzyny z nie­skła­da­nym ostrzem i buksz­pa­nową rączką, eks­po­no­wane w spe­cjal­nej ga­blo­cie w sa­lo­nie. Daw­niej Da­rvish wła­sno­ręcz­nie ob­dzie­rał zwie­rzynę ze skóry, a mięso sprze­da­wał jako karmę w po­bli­skich psiar­niach albo klien­tom pry­wat­nym. Skóry trud­niej było zbyć. W końcu zna­lazł gar­bar­nię chętną przyj­mo­wać je par­tiami do prze­ra­bia­nia na filc, po­nie­waż jed­nak za­kład upie­rał się, by fak­tu­ro­wać za­kupy, dzie­więt­na­sto­letni już chło­pak po­sta­no­wił dzia­łać jako firma. Za­trud­nił księ­go­wego, wy­na­jął in­fo­li­nię, ku­pił w skle­pie bu­dow­la­nym puszkę żół­tej farby i po­słu­gu­jąc się sza­blo­nem, wy­ma­lo­wał na drzwiach swo­jej cię­ża­rówki na­zwę przed­się­bior­stwa zaj­mu­ją­cego się li­kwi­da­cją szkod­ni­ków - Da­rvish Pest Con­trol.

Jako syn pra­cow­nika rzeźni do­brze wie­dział, że każ­dego roku znaczną liczbę zdro­wych zwie­rząt ho­dow­la­nych trzeba za­bi­jać przed­wcze­śnie z po­wodu zła­ma­nej kostki albo nogi, a kró­li­cze nory sieją spu­sto­sze­nie na do­brych pa­stwi­skach. Poza tym kró­liki sta­no­wiły w kraju ga­tu­nek obcy, zo­stały spro­wa­dzone z za­gra­nicy po­dob­nie jak oposy, szczury i gro­no­staje, przy czym wszyst­kie te zwie­rzęta gu­sto­wały w mło­dych pę­dach ro­ślin oraz pta­sich ja­jach. Eks­ter­mi­na­cja szkod­ni­ków na­le­żała do nie­wielu kwe­stii, co do któ­rych zga­dzali się ze sobą no­wo­ze­landzcy kon­ser­wa­ty­ści i rol­nicy, a Da­rvish, roz­sze­rza­jąc za­kres dzia­łań firmy, po­dą­żał środ­ko­wym kur­sem, ko­kie­tu­jąc klien­tów za­równo z le­wej, jak i z pra­wej strony sceny po­li­tycz­nej. Przed­się­bior­stwo przy­szłego Ka­wa­lera No­wo­ze­landz­kiego Or­deru Za­sługi pod­pi­sy­wało umowy ze wszyst­kimi więk­szymi go­spo­dar­stwami rol­ni­czymi, a także z iwi i r?nanga[1], ra­dami miej­skimi i mi­ni­ster­stwami - lecz uko­ro­no­wa­niem jego dzia­łal­no­ści miała być nie­dawno utwo­rzona spółka z ame­ry­kań­ską firmą tech­no­lo­giczną Au­to­nomo, no­to­waną na in­dek­sie gieł­do­wym S&P 500. Z tego, co udało się usta­lić Mi­rze, Au­to­nomo pro­du­ko­wała drony, i to z jej po­mocą Da­rvish Pest Con­trol za­ini­cjo­wała am­bitny pro­jekt z dzie­dziny ochrony przy­rody, ma­jący na celu mo­ni­to­ro­wa­nie za­gro­żo­nych ga­tun­ków miej­sco­wej fauny. Da­rvish twier­dził skrom­nie, że to do­piero po­czą­tek, wie­rzył jed­nak, że pro­gram ma od­po­wiedni po­ten­cjał, by ura­to­wać wiele ga­tun­ków en­de­micz­nych od bli­skiej już za­głady - w tym, na co bar­dzo li­czył, kry­tycz­nie za­gro­żoną ko­nurę po­ma­rań­czo­wo­czelną, bę­dącą, jak twier­dził, jego ulu­bio­nym no­wo­ze­landz­kim pta­kiem.

Mira zmarsz­czyła brwi. Nie­mal z za­sady iry­to­wało ją, kiedy ktoś w wieku Da­rvi­sha, czło­wiek jego rasy, płci, za­moż­no­ści oraz zwią­za­nych z nimi przy­wi­le­jów, uży­wał swo­jej wła­dzy, aby czy­nić - rze­komo - do­bro, bu­do­wał swoją firmę od pod­staw - rze­komo - z ni­czego, i od­zna­czał się - rze­komo - ta­kim ro­dza­jem pro­win­cjo­nal­nego, wiej­skiego au­ten­ty­zmu, któ­rego sama szu­kała i za­zdro­ściła, szcze­gól­nie ta­kim lu­dziom. Jesz­cze bar­dziej iry­tu­jący był fakt, że ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała o ko­nu­rze po­ma­rań­czo­wo­czel­nej, wy­szu­ki­wała ją więc te­raz, cią­gle marsz­cząc brwi, na osob­nej stro­nie. Jak wszy­scy bun­tow­nicy mi­to­lo­gi­zu­jący sa­mych sie­bie, wo­lała wro­gów niż ry­wali, któ­rych czę­sto zmie­niała wła­śnie we wro­gów, aby tym bar­dziej nimi póź­niej po­gar­dzać jako taj­nymi agen­tami sta­tus quo. Po­nie­waż jed­nak nie zda­wała so­bie sprawy, że w ogóle ma taki zwy­czaj, do­tknęło ją je­dy­nie słabe po­czu­cie spra­wie­dli­wego sprze­ciwu, kiedy nie mo­gąc po pro­stu zlek­ce­wa­żyć Da­rvi­sha, po­wie­działa so­bie, że ten fa­cet jej się nie po­doba.

Na zdję­ciu za­miesz­czo­nym na stro­nie rzą­do­wej wi­dać było gładko ogo­lo­nego męż­czy­znę w śred­nim wieku i roz­pię­tej pod szyją ko­szuli, o sze­ro­kich, zna­mio­nu­ją­cych kom­pe­ten­cję ustach, sil­nej szczęce i jak gdyby zdzi­wio­nym wy­ra­zie twa­rzy. Ko­men­tarz pod fo­to­gra­fią wy­chwa­lał jego za­lety, ta­kie jak po­my­sło­wość, wy­trwa­łość i bez­stronny prag­ma­tyzm, wska­zu­jąc na Da­rvi­sha jako ide­alny przy­kład tego, co po­chle­bia­jąc so­bie, No­wo­ze­land­czycy na­zy­wali swoim cha­rak­te­rem na­ro­do­wym. W wy­wia­dach tań­czył tak, jak mu za­grali, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia spraw­nie, pro­sto­dusz­nie i skrom­nie, a je­śli za­ga­dy­wano go o po­li­tykę, za­pew­niał, że nie ma żad­nych pre­fe­ren­cji po­li­tycz­nych. Mi­rze nie udało się zna­leźć ani jed­nego ar­ty­kułu kry­tycz­nego wo­bec Owena Da­rvi­sha. Pre­zen­to­wał się jako pa­triota - in­nymi słowy, jako lo­jalny, sa­mo­wy­star­czalny i nie­ustra­sze­nie lu­zacki fa­cet, za­śle­piony w swo­ich fa­scy­na­cjach, no­stal­giczny w ży­ciu co­dzien­nym i z na­tury po­dejrz­liwy wo­bec wszel­kich prze­ja­wów fa­na­ty­zmu, choć naj­wy­raź­niej to­le­ro­wał re­kre­acyjne wy­pady mał­żonki do ko­ścioła.

Jill, która miała wkrótce stać się lady Da­rvish, przy­po­mi­nała nieco matkę Miry: szczu­pła i smu­kła, o opa­lo­nej twa­rzy, no­siła sre­brzy­ście ufar­bo­wane włosy ob­cięte na chłop­czycę. Po­zo­wała do zdjęć w lo­kal­nej pra­sie, obej­mu­jąc męża w bio­drach i od­wra­ca­jąc się nieco, aby sze­roko uśmie­chać się do niego z po­dzi­wem, a drugą rękę trzy­mać na jego sze­ro­kiej, mu­sku­lar­nej piersi. "Mamy ty­tuł szla­checki", tak brzmiał eg­zal­to­wany na­głó­wek, cho­ciaż dzien­ni­karz do­ło­żył wszel­kich sta­rań, aby do­wieść, że to Jill, a nie ocze­ku­jący na ry­chłe uszlach­ce­nie przy­szły sir Owen, jest au­ten­tyczną i ro­do­witą miesz­kanką Thorn­dike, pani Da­rvish wy­cho­wała się bo­wiem wła­śnie na tej fer­mie, którą odzie­dzi­czyła po zmar­łym przed pię­cioma laty ojcu. Był to dro­biazg, lecz Da­rvish chyba zbyt do­brze znał swój kraj, żeby nie lek­ce­wa­żyć go jesz­cze bar­dziej. Wy­cho­dząc na­prze­ciw ocze­ki­wa­niom opi­nii pu­blicz­nej, wie­lo­krot­nie po­wta­rzał, że ni­g­dzie i ni­gdy w ży­ciu nie było mu le­piej niż w Thorn­dike - wy­chwa­lał urlopy i żniwa, które od lat wciąż spro­wa­dzały mał­żon­ków z po­wro­tem do mia­steczka. Nie wspo­mniał ani sło­wem, że za­mie­rzają roz­par­ce­lo­wać po­sia­dłość na działki, i z uda­wa­nym roz­go­ry­cze­niem przy­znał, że oj­ciec jego żony na pewno gdzieś tam, w gó­rze, śmieje się z niego, bo po­mimo naj­szczer­szych sta­rań wła­ści­ciela Da­rvish Pest Con­trol wciąż nie można uznać, że ferma zo­stała cał­ko­wi­cie oczysz­czona ze szkod­ni­ków. Prawdę mó­wiąc - tu zręcz­nie skie­ro­wał wy­wiad z po­wro­tem na wła­ściwe tory - kiedy ode­brał te­le­fon z biura gu­ber­na­tora ge­ne­ral­nego z in­for­ma­cją, że wkrótce otrzyma ty­tuł szla­checki, aku­rat tę­pił kró­liki na naj­wy­żej po­ło­żo­nych łą­kach.

- Dla­tego nie tra­fi­łem, do cho­lery - po­wie­dział ga­ze­cie. - Za­dzwo­nił te­le­fon, pod­sko­czy­łem i chy­bi­łem o milę. By­łem tak wście­kły, że mało bra­ko­wało, a w ogóle bym nie ode­brał.

- No i kró­li­czek dał nogę - wtrą­ciła żona Owena.

- Więc jest mi winna do­lara.

- Kró­lowa?

- We wła­snej oso­bie. Wisi mi jed­nego do­lca, mięso i skórę.

Mira zna­la­zła wresz­cie to, czego szu­kała. Jej ko­lano aż za­częło pod­ska­ki­wać pod sto­łem, po­czuła w piersi na­ra­sta­jące emo­cje. Wró­ciw­szy na stronę rzą­dową, do­wie­działa się, że ce­re­mo­nia nada­nia ty­tułu szla­chec­kiego Owe­nowi Da­rvi­showi od­bę­dzie się za trzy ty­go­dnie w Go­vern­ment Ho­use w Wel­ling­ton. Za­no­to­wała datę, a po­tem za­mknęła lap­top, wzięła kask ro­we­rowy i wy­szła z bi­blio­teki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki