Lapis - Emilia Kiereś

Reflow text when sidebars are open.
8
Znów przez pewien czas nie widywałam ojca. Od rana do nocy siedział w czytelni, a ja starałam się tam nie zaglądać, żeby mu nie przeszkadzać. Zaszywałam się w gabinecie albo siadałam na ławce pod kasztanowcem i czytałam kroniki oraz wspomnienia. Pan Benedykt zrozumiał, kiedy powiedziałam mu, że na razie nie będę wyszukiwała książek do naprawy. Zamiast tego przygotował dla mnie - starannie dobrany, jak zapewniał - stos książek opowiadających o dziejach Lapis.
- Cieszę się, że lepiej poznasz nasze miasto - powiedział.
Z początku trochę się zawiodłam, bo książki dotyczyły bardzo dawnych czasów - żadna nie opowiadała o nowszej historii. Ale ostatecznie uznałam, że może rzeczywiście lepiej zacząć od początku. A na poznanie późniejszych dziejów miasta przyjdzie czas.
Spacerowałam po okolicy i odnajdywałam miejsca opisane w kronikach; kilka razy zawędrowałam też do latarni morskiej. Z jakiegoś powodu czułam sympatię do Starego Tobiasza i było mi przykro, że nikt go nie odwiedza. Pomyślałam, że będzie mu miło, jeśli od czasu do czasu ktoś - czyli ja - do niego zajrzy. Poza tym na wzgórzu było tak ładnie! Tobiasz zazwyczaj nie zwracał na mnie uwagi, raz po raz pomachał z daleka albo się uśmiechnął. A ja leżałam sobie na trawie z przyniesioną książką albo przyglądałam się, jak Stary Tobiasz rąbie drewno i potem wnosi na samą górę szczapki, powiązane w zgrabne pakunki. Obserwowałam z dołu, jak poleruje lustra na samym szczycie - to one, obracając się, sprawiały, że światło latarni mrugało i sięgało tak daleko. Dbanie o latarnię to była ciężka praca. Zastanawiało mnie, co napędza do niej Tobiasza. Co wieczór rozpalał ogień na szczycie i podtrzymywał go całą noc. O ile nie był szpiegiem, chyba nie musiał tego robić. Ale z jakiegoś powodu chciał.
Historia Lapis, która całkiem mnie pochłonęła, okazała się znacznie ciekawsza, niż przypuszczałam. Czytałam dużo i robiłam mnóstwo notatek oraz wypisów, a także zaznaczałam najbardziej interesujące miejsca. Wszystko to zostawiałam wieczorem pod drzwiami pokoju ojca. Do rana książki znikały - ojciec brał je do siebie.
Początkowo planowałam, że będę czytać do południa, a resztę czasu zostawię sobie na inne przyjemności. Zamierzałam wcześnie kłaść się spać i o świcie znów siadać do lektury. To się jednak szybko zmieniło. Czytanie tak mnie wciągnęło, że często zapominałam o kolacji i przesiadywałam w gabinecie do późnej nocy - tym bardziej, że dni stawały się coraz krótsze i było coraz zimniej. Nikt mnie nie wyganiał do łóżka - pan Benedykt opuszczał bibliotekę około czwartej po południu i zostawaliśmy w niej tylko ja i ojciec. Dlatego zdarzało mi się wracać do pokoju naprawdę późno, kiedy już zasypiałam nad książką.
Pewnego wieczoru siedziałam przy stole w moim gabinecie. Zegar na wieży ratusza wybił już jedenastą. Świeca powoli się dopalała. Głowa zaczęła mi się kiwać, zamknęłam więc książkę, wzięłam lichtarz i ruszyłam na poddasze, do mojego pokoju. Szpara pod drzwiami czytelni była czarna, podobnie jak pod drzwiami pokoju ojca. To znaczyło, że udał się już na spoczynek. Ja też się położyłam, ale nie mogłam zasnąć. Wierciłam się w łóżku i przeszkadzało mi wszystko: najpierw dzwoniąca w uszach cisza, potem hałasy z rynku. Koty miauczały przejmująco i wył jakiś pies. Światło księżyca, które padało przez owalne okienko wprost na łóżko, też nie pozwalało mi spać.
W końcu postanowiłam jeszcze poczytać, ale nie miałam pod ręką żadnej książki. Musiałam ją sobie przynieść.
Wstałam z łóżka i na bosaka wyszłam po kamiennej posadzce na korytarz, a stamtąd przedostałam się na niższe piętro. Nawet nie potrzebowałam lichtarza, bo księżyc świecił przez wielkie okna na schodach tak jasno, że wszystko wyraźnie widziałam. Cienie były ciemne i ostre, a blask księżyca srebrnoniebieskawy. Wyjrzałam przez okno na półpiętrze. Lapis wyglądało jak miasto ze snu. Jaśniało w nieziemskiej poświacie, jak gdyby samo promieniowało zimnym, tajemniczym blaskiem. Wyobraziłam sobie te dawne postaci z kronik, które przecież żyły tu kiedyś i patrzyły na te same wieże i dachy. Wyobraziłam sobie rycerzy w lśniących zbrojach, z kitami na hełmach; zwinnych łuczników, piękne damy o smukłych dłoniach, złych i dobrych władców. Wszystko jak z baśni.
Trochę żałowałam, że wśród książek o Lapis nie ma żadnych legend. Wydawało mi się, że dopiero w nich znalazłabym piękne i barwne tematy na freski dla ojca. Na razie jednak nigdzie nie trafiłam na zbiór takich opowieści. Byłam jednak pewna, że Lapis ma swoje legendy - takie miasta zawsze je mają.
Tymczasem zamierzałam pójść do mojego gabinetu, ale kiedy tylko znalazłam się na drugim piętrze, sama nie wiem, dlaczego coś pociągnęło mnie w bok, do wąskiego, ciemnego korytarza. Tam blask księżyca już nie docierał. Było całkiem czarno. Usłyszałam, jak zegar na ratuszu wybija północ.
Szłam bezgłośnie po zimnej posadzce, przesuwając ręką po ścianie, bo tak czułam się pewniej w zupełnych ciemnościach, kiedy nagle usłyszałam szept. Serce we mnie zamarło. Nie wiedziałam, skąd dochodzi ten głos - czy z czarnej pustki przede mną, czy też ktoś stoi w korytarzu za moimi plecami. Zdrętwiałam i bałam się ruszyć, żeby ten ktoś mnie nie zauważył.
Przenikliwy, szemrzący głos niósł się wyraźnie przez wąski korytarz, ale nic więcej się nie działo. Nikt do mnie nie podszedł, nic nie ukazało się przed moimi oczami. Jednak byłam coraz bardziej pewna, że ten, kto mówi, znajduje się przede mną, w głębi korytarza. Kiedy pierwszy skurcz lęku minął, postanowiłam zakraść się bliżej. Zrobiłam kilka kroków naprzód i przystanęłam. Szept brzmiał tu nieco głośniej, ale nadal nie mogłam zrozumieć słów. Postąpiłam znów kilka kroków i nagle usłyszałam, jakby ktoś szeptał mi prosto do ucha. Zamarłam, bałam się nawet oddychać. Ostrożnie przesunęłam ręką po ścianie: stałam tuż pod nią, nie było tam miejsca dla nikogo więcej! A jednak głos dobiegał z tamtej strony.
Czułam pod przesuwaną dłonią chropowate kamienie, aż w końcu natrafiłam na nierówną krawędź, a zaraz potem na gładki, zimny metal - i na pustkę. Szczelina! Miejsce, w którym ściany się rozstąpiły i spięto je klamrami! Wstrzymałam oddech i przybliżyłam ucho do pęknięcia w murze. Tak! Głos wydobywał się stamtąd! Teraz słyszałam, że dobiegał z daleka, ale wzmacniało go echo. Skąd echo w szczelinie? Co w takim razie znajdowało się na jej dnie? Lochy? Piwnice? Przysunęłam ucho jeszcze bliżej. Bałam się, czy coś nie wypełznie z tej szpary i nie złapie mnie ostrymi szponami, ale nic takiego się nie stało. Ktoś mówił cicho, bardzo cicho - ale słowa, dochodzące do moich uszu z odległym pogłosem, pozostawały niezrozumiałe, zlewały się w jednolity szmer.
Kto tam był? Nie potrafiłam nawet stwierdzić, czy głos należy do mężczyzny czy do kobiety. Długo nasłuchiwałam, z uchem przyciśniętym do szczeliny, aż w końcu szept ucichł. Potem zapadła całkowita, głęboka cisza. Stałam tak przez chwilę, bo bałam się ruszyć. Nagle czarne cienie i światło księżyca, widoczne u końca korytarza, tam, skąd przyszłam, wydały mi się upiorne.
Pognałam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, a huk poniósł się echem po całym korytarzu, a może nawet po całym budynku.
Zasunęłam zasuwkę i wskoczyłam pod kołdrę. Wiedziałam, że teraz już na pewno nie zasnę.