TRZY
Georgie wita ją z westchnieniem, ze szczerym westchnieniem pełnym ulgi.
- Gdzie pani była? - pyta niania Teddy'ego.
- Na Broadwayu, na bazarze z owocami.
Stoisko z owocami brzmi dobrze w uszach Julie. Pojechanie z dzieckiem na stoisko z owocami, kupienie kilku brzoskwiń - nie można za coś takiego kogoś zamknąć.
Dwie kobiety stoją po obu stronach drzwi, ze śpiącym dzieckiem między nimi. To dla Julie równie dobry moment jak każdy inny, żeby się odezwać. Ale jak, jak podziękować komuś za uratowanie życia? "Dobrze, że przyszłaś do pracy wcześniej tamtego dnia" lub "O rany, Georgie, gdyby nie ty, wykrwawiłabym się na śmierć"? I potem co, podkreślić to przytuleniem?
- Facet ma ładne owoce na tym stoisku.
- Tak, miał dzisiaj bardzo ładne brzoskwinie.
Julie wyciąga swoją torbę brzoskwiń. Zobaczcie, naprawdę poszłam na stoisko z owocami. Pewnie, sama to na siebie ściągnęła, czego się spodziewać, gdy podetniesz sobie żyły? Ale poradzi sobie z tym, wymyśli, jak naprawić relacje z Georgie. Jak to było? Miej przyjaciół blisko, nieprzyjaciół bliżej.
- Czy mogę wejść?
- Och, przepraszam, proszę pani.
Georgie wycofuje się, pozwala Julie na wjechanie wózkiem do przedpokoju. To, co zrobi, to kupienie jej prezentu. Doskonale, Julie spotka się z mamą w Bloomingdale's. Jej mama będzie wiedziała, co wybrać, nowy zimowy płaszcz, sweter w ptaszki, piękny filigranowy krzyż. Tak, kupi Georgie prezent, ładnie go zapakuje. Hallmark nie produkuje kartek z podziękowaniami dla niedoszłych samobójców, lecz będzie to coś w tym stylu.
Właściwie to po zakupach pójdzie na lunch. Ona i jej matka w jej ulubionym barze, omlet z białek, dietetyczna cola. Ostatecznie, jeśli będzie nad tym wystarczająco dużo pracowała, ten mały epizod zniknie bez pamięci. Tak, zawsze będzie miała blizny na ramieniu, ale z czasem zblakną. Julie będzie kolejną osobą, która popełniła błąd, lecz pozostanie żywa. Nie ma większej różnicy miedzy nią a innymi ludźmi.
Teddy wydaje dźwięk. Czego ten mały facet chce? Obie kobiety sięgają po niego. Chłopiec patrzy na swoją matkę, a potem na Georgie. Georgie odwraca się do Julie i uśmiecha. W innych okolicznościach byłby to uśmiech wyrażający "zobacz-jaki-on-słodki". Ale dzisiaj uśmiech nie mówi tego. Julie trzyma ręce na boku wózka i czeka, aż Georgie podniesie jej syna i zabierze go.
"Jak - myśli, patrząc, jak znikają za zakrętem - jak to się stało, że straciłam swojego małego chłopczyka i został mi ktoś obcy?".
Julie rozgląda się po swoim mieszkaniu. Lalki Barbie, szklanki na galaretki, kule śnieżne. Bez wątpienia inni ludzie zbierają takie rzeczy, Julie nie jest jedynym członkiem Stowarzyszenia Pudełek Śniadaniowych Ameryki. Jednak... By dojść do siebie, musi zaakceptować, że te różne zbiory nie są tylko wyborami dekoracyjnymi. Nie jest dziesięciolatką z domkiem dla lalek.
Jest dorosła. Powinna zbierać porcelanę lub świeczki. Sensowne rzeczy. Nie ma opcji, żeby Georgie marnowała swoje ciężko zarobione pieniądze na równie niepoważne rzeczy.
Zbawienie. Jedno jest pewne - jeśli jest coś takiego jak zbawienie, bez wątpienia nie znajduje się ono na dnie termosu ze Snoopym.
"Depresja ma wiele twarzy" to ważne hasło w szpitalu.
"Tak" - myśli Julie, biegnąc do kuchni, aby odebrać telefon.
Tym razem depresja przyszła do jej kuchni w formie dekoracji w temacie farmerskim, kotków i krów na malowanych ręcznie płytkach, biało-czarnej podłodze ze wzorem szachownicy, truskawkowego papieru. Kto wie, w jakiej przyjdzie następnym razem. Jest tyle różnych motywów, spośród których można wybrać. Możliwości są nieskończone.
Julie nie jest pewna, czy to zabawne, czy smutne, ale jest to prawda, więc stara się przynajmniej zrozumieć. Tym, co zaczyna sobie uświadamiać, jest fakt, że jej depresja - Boże, jak ona nienawidzi tego słowa - jej smutek, melancholia, jej życzenie, by wszystko rozpłynęło się w ciemności, gdy tylko zamknie oczy, nigdy nie odejdzie. Będą momenty, gdy się uspokoi - szczęśliwa niedziela, kilka szczęśliwych niedziel. Ale z pewnością depresja powróci.
Nadzieja polega na tym, że przy ciężkiej pracy i odrobinie szczęścia będzie na to gotowa. Ostatecznie, ma psychiatrę, leki, cholerną osobę do pomocy, która z nią mieszka.
Julie podnosi słuchawkę z haczyka.
- Halo?
- Hej, malutka.
Głos jej męża jest miękki, miły.
- Hej - mówi, przysuwając słuchawkę do swojego ucha.
- Co powiesz na mecz?
- Mecz?
- Nie chcę wywierać na ciebie presji ani nic takiego. Jeśli nie możesz, to nie możesz. Ale Ira pytał, czy dołączylibyśmy dzisiaj do niego i Robin na meczu Knicksów, i pomyślałem, czemu nie spróbować.
Zajmuje jej to chwilę. Patrzy na truskawki; szczęśliwa osoba nie wytapetowałaby całej kuchni w jasnoczerwone truskawki.
- Malutka?
Mniejszy druk w truskawki pokrywa sufit.
- Malutka, wszystko, czego potrzebuję, to tak lub nie.
Pamięta ostatni raz, wszystkich tych ludzi w jednej, zamkniętej przestrzeni.
- Przepraszam, Ethan. Chcę iść. Nie powiedziałam tego? Chcę iść na ten mecz.
- To wspaniale. I nie martw się, jeśli cię to przytłoczy, wyjdziemy wcześniej.
Julie wie, że Ethan kłamie. Nie ma opcji, żeby wstał i wyszedł, nie taki fan jak on. Mimo wszystko entuzjazm w jego głosie sprawia, że czuje się dobrze. Julie chce być w stanie to zrobić, dać swojemu mężowi możliwość spędzenia miłego wieczoru.
- Gdzie powinniśmy się spotkać?
- Przy wejściu na Trzydziestą Czwartą ulicę. Przy windzie. Będę na ciebie czekał.
- Czekaj. O której?
Śmieje się.
- O siódmej trzydzieści.
- Dobrze. Będę.
Julie jest podekscytowana.
- Gdzie?
- Weź, przestań, Eth. Być może jestem trochę w depresji, ale nie jestem idiotką.
- Masz rację. Ja jestem idiotą. Idiotą z wielkim uśmiechem na twarzy.
Julie rozłącza się. Przez chwilę nie potrafi zlokalizować swoich dłoni. Ma wrażenie, jakby zwisały z jej ramion, tłuste dodatki bez czucia i kości. Potrząsa nimi i chwyta papieros ze słoika na ciastka na blacie. Tamta ostatnia gra była ponad rok temu. Może dzisiaj nie będzie aż tak źle.
- Lecę na dół po pocztę! - krzyczy do Georgie.
Od "wypadku" (Ethan upiera się, żeby nazywać to wypadkiem) Georgie żyje z nimi w małym pokoju oddzielonym od kuchni. Julie tego nie lubi, ale nie powinno jej to dziwić. Co miał niby zrobić Ethan, zrezygnować z pracy i zostać w domu z Teddym w trakcie, gdy ona ogarniała swoje życie?
A Georgie jest godna zaufania. Sprzątała ich mieszkanie, odkąd się tu wprowadzili, więc ma to sens. Miejsca jest więcej, niż go dla niej trzeba. Właściwie agent nieruchomości mówił o pokoju, gdzie mieszka Georgie, jako o "pokoju pokojówki", gdy pokazywał im to miejsce.
Wtedy Julie czuła się skonsternowana nazwą "pokojówka". Nie mogła uwierzyć, że to nadal używane słowo. Nie, nalegała, jeśli kupiliby to mieszkanie, ten dodatkowy pokój byłby biurem dla Ethana lub pokojem dla drugiego dziecka. Nie była osobą, która zatrudniłaby służących na stałe, żyjących na miejscu. Śmieje się do siebie. Teraz na pewno jest taką osobą.
"Georgie zostanie tu tylko dopóki nie poczujesz się lepiej". Może Ethan jest szczery, gdy to mówi. Może wierzy, że jej się polepszy. Ale co to właściwie znaczy? Czy "lepiej" to wtedy, gdy będzie w stanie wykąpać swojego synka bez strachu, że go utopi? Tak, to byłoby lepiej, ale czy wystarczająco? Ciągle musiałaby go karmić tak, by się nie udusił, zmieniać mu pieluszkę bez wywoływania zapalenia układu moczowego.
Pieprzyć to. Nie ma innej opcji niż robienie tego, co robi. Wczoraj pralnia chemiczna, dzisiaj stoisko z owocami, wieczorem mecz Knicksów. Ciągle wydaje jej się to nie fair, jakby musiała martwić się dziękowaniem Georgie. Julie otwiera drzwi prowadzące na tylną klatkę schodową i klęka między dwoma wielkimi kubłami na śmieci. Zapala papierosa, wyjmuje pustą puszkę po coli z pojemnika na surowce wtórne i strząsa do niej popiół. Czemu się tu chowa, gdy za tymi drzwiami jest jej syn, jej dom, jej tapeta w truskawki?
Zanim Julie była w ciąży z Teddym, patrzyła przez swoje okno i widziała młode matki pchające wózki dziecięce Perego ulicą. Zawsze wydawały się chichotać, gdy obok niej przechodziły. Julie nie mogła doczekać się narodzin Teddy'ego. Zrobiła wszystko to, co powinna była zrobić: przestała palić, brała swoje witaminy, dobrze jadła. W końcu stała się kolejną matką, spacerującą ulicą z tym samym wózkiem Perego.
- Jakimś sposobem - powiedziała doktor Edelman - miałam wózek, ale nie chichot.
Julie słyszy odgłosy kroków nad sobą. Ktoś schodzi ze schodów. Zaciąga się porządnie, zanim wrzuca niedopałek do puszki po coli. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, jest Wspaniały znajdujący ją tutaj i raportujący Raymondowi, że to prawda, jak widział na własne oczy panią Davis, przycupniętą jak ptak na klatce schodowej, palącą ukradkiem.
Ale nie powinno to tak wyglądać. Papierosy to nie coś, co powinna ukrywać w jej wieku.
"Na Boga, miliony ludzi pali".
Julie śmieje się, wyobrażając ich sobie, Raymonda i Hectora, Owena Wspaniałego, zbierających się wokół bojlera, jedzących swoje kanapki z kiełbasą bolońską, plotkujących.
"Dlaczego jest nieszczęśliwa, ta dziewczyna pod 5b?".
"Stałam się pośmiewiskiem". Julie myje ręce w zlewie w kuchni. Wyciera je do sucha ręcznikiem, podnosi końcówki palców do nosa, by upewnić się, że ładnie pachną. "Stałam się artykułem w Cosmo".
Julie patrzy przez okno w kuchni. W mieszkaniu na wprost przed nią, po drugiej stronie podwórka, prosty żyrandol świeci nad małym stolikiem obiadowym, na którym stoją: pojedynczy talerz, pojedyncza szklanka i pojedyncza filiżanka. Zasłony o kolorze kości słoniowej, zaczepione po obu stronach okna, wiszą na brzegu blatu kuchennego z linoleum, w kolorze limonki.
"Smutne - myśli Julie. - Ta staruszka, całkiem sama".
Sprawdza czas na mikrofalówce. Powinna zacząć się przygotowywać, ale brzoskwinie... Otwiera papierową torebkę. Oto są, ciągle okrągłe i pokryte meszkiem, bez żadnego obicia.
Kiedyś wyobrażała sobie wracanie do domu i przerabianie każdego z posiłków Teddy'ego na purée, pieczenie mu ciastka w kształcie chrupiących gwiazdek, robienie mu jajecznicy. Julie chce, żeby Teddy rósł na silnego, porządnego młodego mężczyznę. Młodego mężczyznę, któremu bokserki wystają z drelichów, gdy idzie swobodnie, wysoki i szczupły w wypłowiałym T-shircie.
Julie ciągle pamięta te dobre, drobne rzeczy, które robił jej ojciec - jak równo kroił jej bajgiel, przez sam środek, wiązał jej buty w podwójny węzeł, rozśmieszał ją, kochał ją.
- Czasami - Julie szepcze w powietrze - czasem sprawiasz, że czuję się, jakbym była w żałobie.
Zostawia torbę z brzoskwiniami na blacie kuchennym i idzie korytarzem. Będzie mogła zrobić wiele miłych rzeczy dla Teddy'ego. Na razie jednak musi wziąć prysznic, ubrać się i spotkać z mężem. Potem, obiecuje sobie, potem ugotuje brzoskwinie.