1. Dobry duch
1
Dobry duch
"Tak samo widma naszych własnych pragnień stają pomiędzy nami a dobrym
duchem naszych myśli i światło jego zaćmiewają"1.
Charles Dickens, Barnaba Rudge
James Herondale właśnie walczył z demonem, gdy nagle został wciągnięty
do piekła.
To nie był pierwszy raz i z pewnością nie będzie ostatni. Chwilę
wcześniej klęczał przy krawędzi spadzistego dachu w centralnym Londynie,
z wąskimi nożami do rzucania w obu rękach, i myślał o tym, jak
obrzydliwe śmieci zbierają się w mieście. Poza ziemią, pustymi butelkami
po dżinie i zwierzęcymi kośćmi w rynnie poniżej jego lewego kolana
niewątpliwie utknął martwy ptak.
Jakże wytworne jest życie Nocnych Łowców, doprawdy. Chociaż brzmi
całkiem ciekawie, pomyślał James, patrząc w pusty zaułek w dole - w wąską przestrzeń zawaloną śmieciami i słabo oświetloną księżycowym
światłem. Specjalna rasa wojowników, potomków anioła, obdarzonych
mocami, które pozwalały im dzierżyć broń wykonaną z adamasu i nosić
czarne Znaki świętych runów na ciele, które czyniły ich silniejszymi,
szybszymi i bardziej śmiercionośnymi od każdego Przyziemnego. Runów,
dzięki którym płonęli jasno pośród nocy. Nikt nigdy nie wspominał o tym,
że można niechcący przyklęknąć na martwym ptaku, gdy czeka się na
pojawienie się demona.
Krzyk poniósł się echem w zaułku. James znał ten dźwięk - głos Matthew
Fairchilda. Skoczył z dachu bez chwili wahania. Matthew Fairchild był
jego parabatai - jego towarzyszem w walce, wiązało ich braterstwo
krwi. James przysiągł, że będzie go bronił, chociaż to nie miało
znaczenia - i bez przysięgi oddałby życie za Matthew.
Spostrzegł rozmazaną plamę ruchu w końcu zaułka, w miejscu skrętu
prowadzącego za wąski szereg domów. James obrócił się, kiedy demon
wynurzył się z rykiem z cieni. Stwór miał prążkowane, szare ciało,
zakrzywiony ostry dziób z zębami jak haki i rozczapierzone, podobne do
zwierzęcych łap stopy z nierównymi szponami. Deumas, pomyślał ponuro
James. Doskonale pamiętał, że czytał o tych demonach w jednej ze starych
książek, jakie dał mu wuj Jem. Pod jakimś względem się wyróżniały. Były
może wyjątkowo agresywne, a może niezwykle niebezpieczne? Co za ironia
losu, gdyby po wielu miesiącach całkowitego braku demonicznej aktywności
musiał natknąć się razem z przyjaciółmi akurat na jednego z najbardziej
niebezpiecznych demonów.
A skoro już o przyjaciołach mowa - gdzie właściwie podziewali się jego
przyjaciele?
Deumas znowu ryknął i rzucił się na Jamesa. Ślina sączyła mu się z pyska
długimi, zielonkawymi pasmami śluzu.
James wziął zamach gotowy rzucić nożem. Demon na chwilę skupił na nim
wzrok. Ślepia skrzyły mu się zielenią i czernią, były napełnione
nienawiścią, która nagle zamieniła się w coś innego.
W coś, co przypominało rozpoznanie. Tyle że demony, a przynajmniej te
poślednie, nie rozpoznawały ludzi. To były agresywne zwierzęta, którymi
kierowały czysta chciwość i nienawiść. Kiedy zaskoczony James zawahał
się, ziemia pod nim się szarpnęła. Zdążył tylko pomyśleć "O nie, tylko
nie teraz", zanim świat poszarzał i zapadła cisza. Budynki wokół niego
zamieniły się w nierówne cienie, a niebo w czarną jaskinię przeszywaną
białymi błyskawicami.
Zacisnął dłoń na nożu, ale nie na rękojeści, tylko na ostrzu. Ból był
jak policzek wymierzony w twarz, który wyrwał go ze stuporu. Świat
powrócił gwałtownie wraz ze wszystkimi kolorami i dźwiękami. James
ledwie zdążył zauważyć, że deumas leci, wyciągając ku niemu szpony,
kiedy sznury przecięły powietrze, oplotły nogi demona i szarpnęły go do
tyłu.
Thomas! - pomyślał James i rzeczywiście jego niezwykle wysoki przyjaciel
pojawił się za deumasem uzbrojony w bolę. Za nim stał Christopher z łukiem i Matthew z serafickim nożem błyszczącym w dłoni.
Deumas uderzył o ziemię z kolejnym rykiem i w tej samej chwili James
rzucił nożami. Jeden wbił się w gardło demona, a drugi w czoło. Oczy
uciekły potworowi w głąb czaszki, jego ciałem wstrząsnęły spazmy i nagle
James przypomniał sobie, co czytał na temat deumasów.
- Matthew... - zaczął, ale w tej samej chwili demon eksplodował,
zalewając Thomasa, Christophera i Matthew posoką i przypalonymi
kawałkami czegoś, co można opisać tylko słowem "maź".
Paskudzą, przypomniał sobie poniewczasie James. Deumasy słynęły z tego,
że zostawiały po sobie wyjątkowy bałagan. Większość demonów znikała,
umierając. Niestety nie deumasy.
Deumasy wybuchały.
- Jak...? Co...? - wyjąkał Christopher, któremu ewidentnie zabrakło
słów. Śluz ściekał mu ze szpiczastego nosa i okularów w złotych
oprawkach. - Ale jak...?
- Chcesz zapytać, jak to możliwe, że wreszcie wytropiliśmy ostatniego
demona w Londynie i musiał się on okazać najbardziej obrzydliwym spośród
demonów? - James był zdziwiony, jak zwyczajnie brzmi jego głos. Już
otrząsnął się z tego, że przelotnie zobaczył królestwo cieni.
Przynajmniej jego ubranie pozostało nietknięte, demon zapaskudził
głównie drugi koniec zaułka. - Nie naszą rzeczą pytać dlaczego,
Christopherze.
James miał wrażenie, że przyjaciele patrzą na niego z pretensją. Thomas
przewrócił oczami. Ocierał się chusteczką, która już była przypalona i uwalana w krwi demona, więc to niewiele pomogło.
Serafickie ostrze Matthew zaczęło trzaskać i przygasać. Nasączone
anielską energią serafickie noże były bronią, której Nocni Łowcy często
najbardziej ufali, ich najlepszą obroną przed demonami, ale zdarzało
się, że gasły w nadmiarze demonicznej krwi.
- To oburzające - oznajmił Matthew, odrzucając zgaszone ostrze na bok. -
Masz pojęcie, ile wydałem na tę kamizelkę?
- Nikt nie kazał ci wybierać się na patrol w stroju statysty do "Bądźmy
poważni na serio" - odparł James, rzucając mu czystą chusteczkę. W tej
samej chwili poczuł pieczenie w ręce. Miał krwawe rozcięcie na dłoni od
ostrza noża. Zamknął pięść, żeby towarzysze tego nie zauważyli.
- Moim zdaniem nie wygląda jak statysta - odparł Thomas, który już
skupił się na ocieraniu Christophera.
- Dziękuję - powiedział Matthew i skłonił się do niego lekko.
- Myślę, że jest ubrany jak główny bohater - uściślił z szerokim
uśmiechem Thomas.
James nie znał nikogo, kto by miał bardziej życzliwą twarz i łagodniejsze piwne oczy. Co nie znaczyło, że kpienie z przyjaciół nie
sprawiało Thomasowi przyjemności.
Matthew otarł chusteczką od Jamesa przybrudzone złote włosy.
- To pierwszy raz od roku, kiedy spotkaliśmy podczas patrolu prawdziwego
demona, dlatego przypuszczałem, że kamizelka przetrwa ten wieczór.
Zresztą żaden z was nie włożył stroju bojowego.
To prawda, że Nocni Łowcy zwykle polowali w odpowiednich strojach
bojowych - w swego rodzaju elastycznych zbrojach z twardego, podobnego
do skóry czarnego materiału odpornego na krew demonów, ostrza i temu
podobne, ale wyraźny spadek demonicznej aktywności w mieście sprawił, że
trochę mniej przejmowali się regułami.
- Thomas, przestań mnie wycierać - zaprotestował Christopher, wymachując
rękami. - Powinniśmy iść do Tawerny i tam doprowadzić się do porządku.
Cała grupa mruknęła zgodnie. Kiedy ruszyli w drogę powrotną, idąc w kierunku głównej ulicy, James rozmyślał nad tym, że Matthew miał rację.
Ojciec Jamesa, Will, często opowiadał mu o patrolach, na jakie chodził
ze swoim parabatai, Jemem Carstairsem, teraz dla Jamesa po prostu
wujem Jemem, podczas których musieli walczyć z demonami praktycznie
każdej nocy.
James i pozostali młodzi Nocni Łowcy nadal obowiązkowo patrolowali ulice
Londynu, szukając demonów, które mogłyby skrzywdzić populację
Przyziemnych, ale w ciągu ostatnich kilku lat demony pojawiały się coraz
rzadziej. I bardzo dobrze, rzecz jasna, a jednak... To było niewątpliwie
dziwne. Jeśli idzie o resztę świata, demoniczna aktywność ani trochę się
nie zmieniła, więc co wyróżniało Londyn?
Mimo później pory na ulicach było mnóstwo Przyziemnych. Żaden nawet nie
zerknął na ubabranych Nocnych Łowców, gdy szli Fleet Street. Chronił ich
czar, dzięki któremu pozostawali niewidoczni dla wszystkich, którzy nie
mieli Widzenia.
To dziwne uczucie być otoczonym przez ludzi, którzy cię nie widzą,
pomyślał James. Fleet Street była siedzibą gazet i sądów w Londynie, na
każdym kroku stały jasno oświetlone puby wypełnione drukarzami,
adwokatami i urzędnikami sądowymi, którzy pracowali do późna i pili do
świtu. Na pobliski Strand wysypała się zawartość teatrów i sal
rewiowych, hałaśliwe grupki elegancko ubranych młodych ludzi ze śmiechem
goniły za ostatnimi omnibusami.
Policjanci też byli na patrolach, a ci mieszkańcy Londynu, którzy na
swoje nieszczęście nie mieli domów, kucali, pomrukując, przy piwnicznych
odpowietrznikach, z których buchało ciepłe powietrze - nawet w sierpniu
noce bywały wilgotne i chłodne. Kiedy minęli grupkę takich
przygarbionych postaci, James spostrzegł bladą skórę i błyszczące oczy
wampira.
Odwrócił wzrok. Nie zajmował się Podziemnymi, dopóki nie łamali Prawa. W dodatku był zmęczony, mimo energii jaką dawały mu Znaki. Przerzucenie do
tego innego świata pełnego szarego światła i czarnych, postrzępionych
cieni zawsze go wyczerpywało. To mu się przydarzało od lat; wiedział, że
miał na to wpływ krwi jego matki, czarownicy.
Czarownicy byli potomkami ludzi i demonów, mogli posługiwać się magią,
ale nie mogli nosić runów ani posługiwać się adamasem - czystym,
krystalicznym metalem, z jakiego wykonuje się stele i serafickie ostrza.
Stanowili jedną z czterech gałęzi Podziemnych obok wampirów, wilkołaków
i faerie. Matka Jamesa, Tessa Herondale, była właśnie kimś takim, tyle
że jej matka nie była zwykłą kobietą, lecz Nocną Łowczynią. Sama Tessa
potrafiła zmieniać swój wygląd i przybierać postać dowolnej osoby, żywej
lub martwej. Takiej mocy nie miał żaden inny czarownik. Była niezwykła
jeszcze pod jednym względem - czarownicy nie mogą mieć dzieci. Tessa
stanowiła wyjątek. Wszyscy zastanawiali się, co to znaczy dla Jamesa i jego siostry, Lucie, pierwszych znanych wnuków demona i istoty ludzkiej.
Przez wiele lat wydawało się, że to dla nich nie ma żadnego znaczenia.
Zarówno James, jak i Lucie mogli nosić Znaki i wyglądało na to, że mają
takie same zdolności jak inni Nocni Łowcy. Oboje widzieli duchy, na
przykład na stałe zamieszkujące Instytut gadatliwe widmo - Jessamine -
ale to nie było nic niezwykłego w rodzinie Herondale'ów. Wydawało się,
że oboje mogą okazać się cudownie normalni, a przynajmniej tak normalni,
jak to możliwe w przypadku Nocnych Łowców. Zapomniało o nich nawet Clave
- organizacja sprawująca władzę wśród Nocnych Łowców.
A potem James skończył trzynaście lat i pierwszy raz udał się do
królestwa cieni. W jednej chwili stał na zielonej trawie, a w drugiej na
zwęglonej ziemi. Podobnie spalone niebo rozciągało się nad nim.
Poskręcane drzewa wyrastały z ziemi jak nierówne szpony szarpiące
powietrze. Widział takie miejsca na drzeworytach w starych książkach.
Wiedział, na co patrzy - na świat demonów. Piekło.
Zaraz potem wrócił gwałtownie na ziemię, ale jego życie już nigdy nie
było takie samo. Przez lata żył w obawie, że w każdej chwili może znowu
zostać wyrzucony do królestwa cieni. Zupełnie jakby niewidzialna lina
łączyła go ze światem demonów i w każdej chwili mogła się napiąć,
wyrywając go ze znajomego środowiska w miejsce wypełnione ogniem i popiołem.
Przez ostatnie kilka lat dzięki pomocy wuja Jema zaczął myśleć, że nad
tym panuje. I dzisiejszy wieczór wstrząsnął nim, chociaż przeskok trwał
tylko kilka sekund. Ulżyło mu, gdy zobaczył przed sobą Diabelską
Tawernę.
Diabelska Tawerna rozgościła się przy Fleet Street pod numerem drugim
obok szacownie prezentującej się drukarni. W przeciwieństwie do drukarni
na Diabelską Tawernę rzucono czar ochrony, dzięki czemu Przyziemni nie
widzieli jej ani nie słyszeli hałasów hulanek wylewających się przez
okna i otwarte drzwi. Była zbudowana z muru pruskiego w tudorskim stylu,
ale drewno próchniało i rozpadało się i całość trzymała się razem tylko
dzięki zaklęciom czarowników. Za barem stał właściciel, wilkołak
imieniem Ernie, który nalewał piwo do kufli, klientelę stanowiła
mieszanina pixie, wampirów, likantropów i czarowników.
Normalnie Nocnych Łowców powitano by w takim miejscu raczej chłodno, ale
klienci Diabelskiej Tawerny przywykli do chłopców. Przywitali Jamesa,
Christophera, Matthew i Thomasa okrzykami i kpinami. James został w pubie, żeby wziąć drinki od barmanki Polly, a reszta poszła na górę do
swoich pokojów, zostawiając na schodach ślady z demonicznej krwi.
Polly była wilkołakiem i zaopiekowała się chłopcami, kiedy James
pierwszy raz wynajął pokoje na poddaszu trzy lata temu. Chciał zapewnić
im kryjówkę, do której mógłby wycofać się z przyjaciółmi bez stojących
im nad karkiem rodziców. To ona pierwsza zaczęła ich nazywać Wesołymi
Złodziejaszkami przez skojarzenie z Robin Hoodem i jego drużyną. James
podejrzewał, że on jest Robinem z Locksley, a Matthew - Willem Scarlet.
Thomas bez wątpienia był Małym Johnem.
Polly zachichotała.
- Prawie was nie poznałam, kiedy przywlekliście się tutaj wysmarowani
tym czymś, jakkolwiek to nazywacie.
- To ichor - powiedział James, biorąc od niej butelkę reńskiego wina. -
Posoka demonów.
Polly zmarszczyła nos, przerzucając mu przez ramię kilka mocno
przechodzonych ściereczek kuchennych. Dała mu dodatkową, którą przyłożył
do rozcięcia na dłoni. Przestało już krwawić, ale nadal bolało.
- Niech to diabli.
- Minęły wieki, odkąd widzieliśmy demona w Londynie - powiedział James.
- Możliwe, że zareagowaliśmy nieco wolniej, niż powinniśmy.
- Pewnie za bardzo się boją, żeby się tu pokazać - odparła życzliwie
Polly, odwracając się po kieliszek dżinu dla stałego bywalca Picklesa,
który był kelpie.
- Boją się? - powtórzył James, nieruchomiejąc. - Czego się boją?
Polly też zamarła.
- Och, niczego - odparła i odeszła pośpiesznie na drugi koniec baru.
James poszedł na górę, marszcząc czoło. Podziemni bywali czasem
tajemniczy.
Gdy już pokonał dwa ciągi skrzypiących schodów, znalazł się przed
drewnianymi drzwiami, na których lata temu wycięto zdanie: "Ważne jest,
jak człowiek żyje, nie jak umiera2. S.J.".
James pchnął drzwi ramieniem i zastał Matthew i Thomasa już siedzących
przy okrągłym stoliku pośrodku pokoju wyłożonego boazerią. Kilka okien o wypaczonych i zniszczonych przez czas szybach wychodziło na oświetloną
ulicznymi latarniami Fleet Street; po drugiej stronie znajdował się
budynek sądu królewskiego, ledwie widoczny na tle pochmurnego nocnego
nieba.
Ten pokój był lubianym i znajomym miejscem o podniszczonych ścianach, ze
sfatygowanymi meblami i małym ogniem płonącym na kominku. Na kominku
stało popiersie Apolla, któremu dawno temu utrącono nos. Pod ścianami
ustawiono regały z okultystycznymi książkami napisanymi przez
przyziemnych magów - biblioteka Instytutu nie pozwalała na takie rzeczy,
ale James je zbierał. Był zafascynowany myślą o tych, którzy nie
narodzili się w świecie magii i cieni, a jednak tęsknili za nim tak
mocno, że nauczyli się wyważać prowadzące do niego wrota.
Zarówno Thomas, jak i Matthew wytarli się już z krwi demona i mieli na
sobie pogniecione, ale czyste ubrania, a ich włosy - ciemny blond w przypadku Thomasa i ciemnozłote w przypadku Matthew - nadal były
wilgotne.
- James! - wykrzyknął Matthew na widok przyjaciela. Oczy miał
podejrzanie błyszczące; na stole już stała do połowy opróżniona butelka
brandy. - Czy widzę przed sobą butelkę taniego napitku?
James postawił wino na stole w chwili, gdy Christopher wynurzył się z małej sypialni na drugim końcu poddasza. Sypialnia znajdowała się już
tam, zanim wynajęli pokoje; nadal stało tam łóżko, ale żaden ze
Złodziejaszków nie korzystał z niego poza tym, że czasem się tam myli,
przechowywali broń i ubrania na zmianę.
- James, myślałem, że poszedłeś do domu - powiedział z uśmiechem
Christopher.
- A czemu, do licha, miałbym iść do domu? - James usiadł obok Matthew i rzucił ścierki od Polly na stół.
- Nie mam pojęcia, ale mogłeś - odparł Christopher, wyciągając krzesło.
- Ludzie ciągle robią dziwne rzeczy. Mieliśmy raz kucharkę, która poszła
na zakupy i znaleziono ją dwa tygodnie później w Regent's Park. Została
dozorczynią w zoo.
Thomas uniósł brwi. James i pozostali nigdy do końca nie wiedzieli, czy
wierzyć w opowieści Christophera. Nie kłamał, ale kiedy tylko rzecz nie
wiązała się ze zlewkami i próbówkami, to Christopher poświęcał jej
zaledwie ułamek uwagi.
Christopher był synem ciotki Jamesa, Cecily i wuja Gabriela. Miał piękne
rysy swoich rodziców, ciemnobrązowe włosy i oczy w kolorze, który można
było porównać do koloru bzu. "U tego chłopaka tylko się marnują!" -
często powtarzała Cecily i wzdychała jak męczennica. Christopher
powinien mieć powodzenie u dziewcząt, ale grube szkła okularów
zasłaniały większość jego twarzy i wiecznie miał proch strzelniczy za
paznokciami. Większość Nocnych Łowców traktowała broń Przyziemnych z podejrzliwością albo w ogóle się nią nie interesowała - zastosowanie
runów na metalu lub pociskach sprawiało, że proch się nie zajmował, a broń bez runów do niczego się nie przydawała w walce z demonami.
Christopher jednak miał obsesję na jej punkcie - uważał, że można broń
zapalającą przystosować do potrzeb Nefilim. James musiał przyznać, że
pomysł umieszczenia działa na dachu Instytutu brzmiał dość kusząco.
- Twoja dłoń - odezwał się nagle Matthew, pochylając się i skupiając
spojrzenie zielonych oczu na Jamesie. - Co się stało?
- To tylko rozcięcie - odpowiedział James.
Rana przebiegała ukośnie przez dłoń. Kiedy Matthew wziął go za rękę,
srebrna bransoletka na prawym nadgarstku Jamesa zadzwoniła o butelkę
wina na stole.
- Powinieneś był mi powiedzieć - zbeształ go Matthew, sięgając do
kamizelki po stelę. - Zająłbym się tym od razu w zaułku.
- Zapomniałem.
Thomas, który przesuwał palcem po krawędzi kieliszka, ale nie pił,
zapytał:
- Coś się stało?
Thomas był denerwująco spostrzegawczy.
- To była tylko króciutka chwila - odparł niechętnie James.
- Wiele rzeczy rozgrywa się błyskawicznie, a mimo to są bardzo złe -
powiedział Matthew, przykładając stelę do skóry Jamesa. - Na przykład
ostrze gilotyny spada bardzo szybko. Kiedy eksperymenty Christophera
wybuchają, to też dzieje się to w okamgnieniu.
- To chyba jasne, że nie eksplodowałem ani zostałem ścięty na gilotynie
- odparł James. - Po prostu... wszedłem do królestwa cieni.
Matthew poderwał gwałtownie głowę, chociaż nadal pewną ręka rysował
iratze, run leczniczy, który stopniowo nabierał kształtu na skórze.
James już czuł, jak ból słabnie.
- Myślałem, że to już się skończyło - powiedział Matthew. - Myślałem, że
Jem ci pomógł.
- Pomógł mi. Minął rok od ostatniego razu. - James pokręcił głową. -
Chyba za bardzo się rozmarzyłem, myśląc, że tak będzie już zawsze.
- Czy to zwykle nie zdarza się, kiedy się denerwujesz? - zapytał Thomas.
- To przez atak demona?
- Nie - odpowiedział szybko James. - Nie, nie sądzę... Nie.
James prawie palił się do walki. Lato było frustrujące - pierwsze od
ponad dziesięciu lat, którego nie spędził z rodziną w Idrisie.
Idris znajdował się w środkowej Europie. Chroniony ze wszystkich stron
czarami pozostał nietknięty, ukryty przed oczami Przyziemnych i przed
ich wynalazkami - nie było tam torów kolejowych, fabryk, węglowego dymu.
James wiedział, że jego rodzina nie mogła tam wyjechać w tym roku, ale
miał własne powody, by żałować, że jest w Londynie, a nie Idrisie.
Patrole były jedną z niewielu rzeczy, które pozwalały mu na chwilę o tym
zapomnieć.
- Demony nie przeszkadzają naszemu przyjacielowi - powiedział Matthew,
kończąc run leczniczy. Kiedy siedział tak blisko swojego parabatai,
James prawie czuł jego znajomy zapach: mieszkankę mydła i alkoholu. -
Musiało chodzić o coś innego.
- W takim razie powinieneś porozmawiać ze swoim wujem - poradził Thomas.
James pokręcił głową. Nie chciał zawracać głowy wujowi Jemowi z powodu
czegoś, co trwało ułamek chwili.
- To nic takiego. Demon mnie zaskoczył. Złapałem ostrze przez nieuwagę.
To na pewno dlatego.
- Zamieniłeś się w cień? - zapytał Matthew, odkładając stelę.
Czasem, kiedy James zostawał wciągnięty do królestwa cieni, przyjaciele
mówili mu, że widzieli, jak rozmywa się przy krawędziach. Czasem
zamieniał się całkowicie w cień, który miał jego kształt, ale był
przezroczysty i nienamacalny.
Kilka razy, naprawdę bardzo rzadko, udawało mu się zamienić w cień i przejść przez litą barierę, ale nie chciał mówić o tych sytuacjach.
Christopher podniósł wzrok znad notesu.
- A skoro już mowa o demonach...
- O których bynajmniej nie mówiliśmy - wtrącił Matthew.
- ...co to był za demon? - zapytał Christopher, zagryzając koniec
ołówka. Często zapisywał szczegóły walk z demonami. Twierdził, że to
pomaga mu w jego badaniach. - Mam na myśli tego, który wybuchł.
- W przeciwieństwie do tego, który nie wybuchł? - zapytał James.
Thomas, który doskonale pamiętał wszelkie szczegóły, powiedział:
- To deumas. To dziwne, że się tu znalazł. Zwykle nie przepadają za
miastami.
- Zachowałem odrobinę jego krwi - powiedział Christopher, wyjmując z zakamarków ubrania zakorkowaną probówkę z zielonkawą substancją. -
Uprzedzam, żeby żaden z was tego nie pił.
- Zapewniam cię, że nikt z nas nie miał takich planów, kapuściana głowo.
Matthew zadygotał.
- Dość już tego gadania o krwi. Wypijmy toast za powrót Thomasa do domu!
Thomas zaprotestował. James uniósł kieliszek i wzniósł toast z Matthew.
Christopher już miał stuknąć probówką w kieliszek Jamesa, kiedy Matthew,
klnąc pod nosem, skonfiskował ją i zamiast tego podał Christopherowi
kieliszek.
Thomas, mimo obiekcji, sprawiał wrażenie zadowolonego. Większość Nocnych
Łowców zaliczała coś podobnego do Grand Touru po ukończeniu osiemnastego
roku życia, kiedy opuszczali swój instytut na rzecz jakiegoś za granicą.
Thomas dopiero kilka tygodni temu wrócił po dziewięciu miesiącach
spędzonych w Madrycie. W podróży chodziło o to, żeby poznać nowe
obyczaje i poszerzyć horyzonty. Thomas niewątpliwie sam się przy okazji
poszerzył.
Chociaż był najstarszy z ich grupy, to zawsze był drobnej budowy. Kiedy
James, Matthew i Christopher pojawili się w porcie, żeby poczekać na
jego statek z Hiszpanii, przepatrywali tłum i o mały włos nie poznaliby
przyjaciela w muskularnym młodzieńcu, który schodził po trapie. Teraz
Thomas był z nich najwyższy i tak opalony, jakby wychowywał się na
farmie, a nie w Londynie. Mógł trzymać półtorak w jednym ręku, a w Hiszpanii nauczył się posługiwać nową bronią - bolą - sznurem z obciążnikami, którym obraca się nad głową i rzuca. Matthew często mówił,
że czuje się, jakby zaprzyjaźnił się z życzliwym olbrzymem.
- Kiedy już skończycie, to mam nowiny - powiedział Thomas, odchylając
się z krzesłem. - Znacie tę starą rezydencję w Chiswick, która należała
kiedyś do mojego dziadka? Nazywano ją Domem Lightwoodów. Dostała ją moja
ciotka Tatiana od Clave parę lat temu, ale nigdy z niej nie korzystała.
Wolała mieszkać w Idrisie w jakiejś rezydencji z moją kuzynką, ehm...
- Gertrude - podsunął mu usłużnie Christopher.
- Grace - sprostował James. - Ona nazywa się Grace.
Była też kuzynką Christophera, ale James wiedział, że chłopcy nigdy jej
nie poznali.
- Tak, Grace - przytaknął Thomas. - Ciotka Tatiana zawsze żyła razem z nią w całkowitej izolacji od reszty Idrisu. Nie przyjmowała żadnych
gości, nikogo takiego. Najwyraźniej jednak postanowiła przeprowadzić się
z powrotem do Londynu, więc moi rodzice są z tego powodu w rozterce.
Serce Jamesa zabiło mocno, powoli.
- Grace... - zaczął. Zauważył, że Matthew rzucił mu szybkie spojrzenie z ukosa. - Grace... przeprowadza się do Londynu?
- Wygląda na to, że Tatiana zamierza wprowadzić ją do towarzystwa. -
Thomas robił wrażenie skonsternowanego. - Pewnie poznałeś ją w Idrisie?
Czy twój dom nie sąsiaduje z rezydencją Blackthornów?
James odruchowo pokiwał głową. Czuł ciężar bransoletki na prawej ręce,
chociaż nosił ją od tylu lat, że zwykle nie pamiętał o jej obecności.
- Zwykle widywałem ją latem - odpowiedział. - Oczywiście nie widziałem
jej tego lata.
Nie tego lata. Nie był w stanie przekonać rodziców, kiedy powiedzieli,
że rodzina Herondale'ów spędzi lato w Londynie. Nie był w stanie wyjawić
powodu, dla którego chciał wrócić do Idrisu. W końcu z ich punktu
widzenia praktycznie nie znał Grace. Choroba, zgroza, jaka go pochwyciła
na myśl, że nie zobaczy Grace przez kolejny rok, nie były czymś, co
potrafił wyjaśnić.
To był sekret, jaki ukrywał od trzynastego roku życia. Oczami wyobraźni
widział wysoką bramę rezydencji Blackthornów i swoje ręce przed sobą,
dziecinne ręce bez blizn, ścinające pilnie cierniste pnącza. Widział
westybul rezydencji, zasłony wydymające się w oknach, słyszał muzykę.
Widział Grace w sukni w kolorze kości słoniowej.
Matthew przyglądał mu się w zamyśleniu. Jego zielone oczy nie skrzyły
się już wesoło. Matthew, jedyny spośród przyjaciół, wiedział, że coś
łączy Jamesa i Grace Blackthorn.
- W Londynie jest aż tłoczno od nowych przybyszy - zauważył Matthew. -
Rodzina Carstairsów też niedługo tu przyjedzie, prawda?
James pokiwał głową.
- Lucie nie posiada się z radości, bo zobaczy Cordelię.
Matthew dolał sobie wina.
- Nie dziwię się, że mają dość wiejskiego życia w hrabstwie Devon... Jak
się nazywa ich dom? Cirenworth? Myślę, że przyjadą za dzień albo dwa...
Thomas rozlał zawartość swojego kieliszka, a razem z nim przewrócił też
kieliszek Jamesa i probówkę Christophera. Thomas wciąż jeszcze nie
przyzwyczaił się do tego, że zajmuje znacznie więcej miejsca w świecie,
i czasem był bardzo niezręczny.
- Powiedziałeś, że przyjedzie cała rodzina Carstairsów?
- Bez Eliasa Carstairsa - odpowiedział Matthew. Elias był ojcem
Cordelii. - Za to przyjedzie Cordelia i... rzecz jasna... - Urwał
znacząco.
- O, do diabła - powiedział Christopher. - Alastair Carstairs. - Miał
minę, jakby zrobiło mu się niedobrze. - Dobrze pamiętam, prawda? To
wyjątkowy hultaj?
- "Hultaj" to niezwykle życzliwe podsumowanie - odparł James.
Thomas wycierał rozlany alkohol. James patrzył na niego z troską. Thomas
był w szkole nieśmiałym, drobnym chłopcem, a Alastair był paskudnym
szkolnym tyranem.
- Możemy unikać Alastaira, Tom. Nie ma powodu, byśmy spędzali z nim
czas, a ja nie wyobrażam sobie, żeby on rwał się do naszego towarzystwa.
Thomas zakrztusił się, ale nie w reakcji na słowa Jamesa. Zawartość
probówki Christophera zrobiła się nagle fioletowobrązowa i zaczęła
przeżerać stół. Wszyscy skoczyli i złapali ścierki od Polly. Thomas
oblał blat wodą z dzbanka, oblewając też Christophera, a Matthew złożył
się wpół ze śmiechu.
- Doprawdy - powiedział Christopher, odgarniając z oczu mokre włosy. -
Myślę, że to podziałało, Tom. Zneutralizowałeś działanie kwasu.
Thomas kręcił głową.
- Ktoś powinien zneutralizować ciebie, ty barania...
Matthew popłakał się ze śmiechu.
James czuł się zupełnie oderwany od tego radosnego zamieszania. Od wielu
lat w setkach wymienianych w tajemnicy listów między Londynem i Idrisem
on i Grace przysięgali sobie, że pewnego dnia będą razem. Że pewnego
dnia będą dorośli, a wtedy pobiorą się, nie zważając na plany rodziców,
i zamieszkają razem w Londynie. To było ich marzenie.
Dlaczego więc nie powiedziała mu, że przyjeżdża?
***
- Och, popatrz! Royal Albert Hall! - wykrzyknęła Cordelia, przyciskając
nos do okna powozu.
To był piękny dzień, słoneczne światło zalewało Londyn, przez co rząd
białych domów w South Kensington aż skrzył się jak rząd pionków z kości
słoniowej w drogim zestawie do gry w szachy.
- Architektura Londynu jest naprawdę wspaniała.
- Co za przenikliwe spostrzeżenie - rzucił przeciągle jej starszy brat
Alastair, który ostentacyjnie czytał podręcznik arytmetyki w kącie
powozu, jakby chciał obwieścić wszystkim, że nie zamierza nawet wyglądać
przez okno. - Na pewno nikt do tej pory nie skomentował budynków w Londynie.
Cordelia spiorunowała go wzrokiem, ale on nie oderwał oczu od książki.
Nie rozumiał, że ona tylko próbuje poprawić wszystkim humor? Jej matka,
Sona, opierała się wyczerpana o ścianę powozu, pod oczami miała
fioletowe sińce, a jej zwykle promienna brązowa skóra była teraz
ziemista. Cordelia martwiła się o nią od tygodni, odkąd z Idrisu
przyszły wieści dotyczące ich ojca.
- Rzecz w tym, Alastair, że teraz będziemy tu mieszkać, a nie tylko
przyjeżdżamy z wizytą. Będziemy poznawać ludzi, podejmować gości, nie
musimy siedzieć w Instytucie, chociaż bardzo chętnie zostałabym blisko
Lucie...
- I Jamesa - dodał Alastair, nie podnosząc wzroku znad książki.
Cordelia zazgrzytała zębami.
- Dzieci. - Matka zganiła ich wzrokiem.
Alastair poczuł się urażony - za miesiąc skończy dziewiętnaście lat i z pewnością nie był dzieckiem. Przynajmniej w jego mniemaniu.
- To poważna sprawa - mówiła dalej Sona. - Jak wiecie, nie
przyjechaliśmy do Londynu dla zabawy. Jesteśmy tu w imieniu naszej
rodziny.
Cordelia i jej brat popatrzyli po sobie nieco mniej wrogo. Wiedziała, że
on też się martwi o matkę, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał. Po
raz milionowy zastanawiała się, jak dużo Alastair wie na temat sytuacji
ojca. Wiedziała, że brat wie więcej niż ona i że nigdy nic jej na ten
temat nie powie.
Serce zabiło jej mocniej, gdy powóz zatrzymał się przed numerem 102 przy
Cornwall Gardens, przy jednym z domów w rzędzie wspaniałych, białych
wiktoriańskich budynków z numerem wypisanym surową czernią na pierwszej
kolumnie od prawej. Kilka postaci stało na frontowych schodach pod
portykiem. Cordelia natychmiast rozpoznała Lucie Herondale, trochę
wyższą, niż kiedy ostatni raz się widziały. Jasnobrązowe włosy miała
upięte i schowane pod kapeluszem, a jasnoniebieski żakiet i spódnica
pasowały do jej oczu.
Obok niej stały dwie osoby. Jedną była matka Lucie, Tessa Herondale,
słynna - przynajmniej wśród Nocnych Łowców - żona Willa Herondale'a,
który kierował Londyńskim Instytutem. Robiła wrażenie tylko odrobinę
starszej od córki. Tessa była nieśmiertelną czarownicą, potrafiła
zmieniać wygląd i w ogóle się nie starzała.
A obok Tessy stał James.
Cordelia pamiętała, jak pewnego razu, gdy była małą dziewczynką,
wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać łabędzia na stawie obok jej domu. Ptak
ją zaatakował, uderzył w pierś i przewrócił. Przez kilka minut leżała na
trawie, dusząc się i nie mogąc zaczerpnąć tchu. Bała się, że już nigdy
więcej nie złapie oddechu.
Pewnie nie było to najbardziej romantyczne stwierdzenie na świecie, ale
za każdym razem gdy widziała Jamesa Herondale'a, czuła się, jakby znowu
zaatakował ją łabędź.
Był piękny, tak piękny, że zapominała oddychać, gdy na niego patrzyła.
Miał nieokiełznaną czarną czuprynę, która robiła wrażenie miękkiej w dotyku, długie ciemne rzęsy okalały mu oczy w kolorze bursztynu albo
miodu. Miał teraz siedemnaście lat i nie wyglądał już jak tykowaty
młodzik, ale był smukły, śliczny i idealnie poskładany jak cudowny
przykład architektury.
- Ups! - Jej stopy uderzyły o ziemię i prawie się potknęła.
Jakimś cudem wykaraskała się z powozu i stała teraz na chodniku, a właściwie chwiała się na nim, starając się złapać równowagę na nogach,
które jej zdrętwiały po wielu godzinach bezruchu.
James natychmiast stanął obok niej i położył rękę na jej ramieniu.
- Daisy? Nic ci nie jest?
Tak ją przezywał. Nie zapomniał.
- Niezdara ze mnie. - Rozejrzała się z żalem. - Miałam nadzieję na
bardziej wdzięczne przybycie.
- Nie masz się czym przejmować. - Uśmiechnął się i serce zabiło jej
szybciej. - Chodniki w South Kensington są naprawdę bestialskie. Sam
więcej niż raz zostałem przez nie zaatakowany.
Odpowiedz błyskotliwie, ponagliła siebie. Powiedz coś dowcipnego.
James jednak już się odwrócił, kiwając głową do Alastaira. Cordelia
wiedziała, że obaj nie lubili się w szkole, ale matka nie miała o tym
pojęcia. Sona myślała, że Alastair był bardzo popularny.
- Widzę, że przyjechałeś - powiedział James intrygująco beznamiętnym
tonem. - Wyglądasz...
Obrzucił jasne, żółto-białe włosy Alastaira z pewnym zdumieniem.
Cordelia czekała, aż skończy zdanie, i miała ogromną nadzieję, że powie
coś w rodzaju "jak burak", ale nie zrobił tego.
- ...dobrze - dokończył James.
Chłopcy popatrzyli na siebie w milczeniu, a Lucie zbiegła po schodach i objęła Cordelię.
- Tak bardzo, bardzo się cieszę, że cię widzę! - zdołała wykrztusić. Dla
Lucie wszystko było "bardzo, bardzo, bardzo", nieważne: piękne,
podniecające czy potworne. - Droga Cordelio, będziemy się cudownie
bawić...
- Lucie, Cordelia i jej rodzina przyjechali do Londynu, żebyście mogły
razem trenować - wtrąciła się łagodnie Tessa. - Czeka was mnóstwo pracy
i obowiązków.
Cordelia spuściła wzrok na buty. Tessa była uprzejma, powtarzając
oficjalny powód, dla którego Carstairsowie przyjechali do Londynu w takim pośpiechu - ponieważ Cordelia i Lucie miały zostać parabatai.
Prawda jednak była inna.
- Na pewno pani pamięta, kiedy sama miała pani szesnaście lat, pani
Herondale - odpowiedziała Sona. - Dziewczęta uwielbiają tańce i sukienki. Na pewno ja taka byłam w ich wieku i podejrzewam, że pani
także.
Cordelia wiedziała, że ich matka w żadnym razie taka nie była, ale
trzymała język za zębami. Tessa uniosła brwi.
- Pamiętam, że brałam kiedyś udział w wampirzej zabawie. To było jakieś
przyjęcie w domu Benedicta Lightwooda, nim zachorował na demoniczną ospę
i zamienił się w robaka, rzecz jasna...
- Mamo! - Lucie była zgorszona.
- Naprawdę zamienił się w robaka - powiedział James. - A właściwe w straszliwego, ogromnego węża. To była absolutnie najciekawsza rzecz na
zajęciach z historii.
Tessę przed dalszymi komentarzami uratował przyjazd furgonów z rzeczami
Carstairsów. Kilku rosłych mężczyzn zeskoczyło z jednego z wozów i zaczęli ściągać płótna przykrywające różne pedantycznie unieruchomione
sznurami meble.
Jeden z mężczyzn pomógł zejść z pierwszego furgonu Risie, pokojówce i kucharce Sony. Risa pracowała dla rodziny Jahanshah, odkąd Sona był
nastolatką i towarzyszyła jej od tej pory. Była Przyziemną obdarzoną
Widzeniem i w związku z tym cenną towarzyszką dla Nocnej Łowczyni. Risa
mówiła tylko po persku. Cordelia zastanawiała się, czy mężczyźni na
furgonie próbowali ją zagadywać. Risa doskonale rozumiała język
angielski, ale wolała milczeć.
- Podziękuj, proszę, w moim imieniu Cecily Lightwood, za to, że użyczyła
nam swojej służby - mówiła matka Cordelii do Tessy.
- Och, rzeczywiście! Będą przychodzić od wtorku do czwartku, żeby zająć
się najcięższymi obowiązkami, dopóki nie wynajmiesz własnej służby -
odpowiedziała Tessa.
"Najcięższe obowiązki" to było wszystko, czym Risa - która gotowała,
robiła zakupy i pomagała ubierać się Sonie i Cordelii - nie będzie się
zajmowała, na przykład szorowanie podłóg albo doglądanie koni. Pomysł,
że Carstairsowie wynajmą niedługo własną służbę, był kolejną uprzejmą
fikcją. Cordelia o tym wiedziała. Kiedy wyjeżdżali z Devonu, Sona
zwolniła całą służbę z wyjątkiem Risy, bo starała się zaoszczędzić jak
najwięcej pieniędzy, dopóki Elias Carstairs czekał na proces.
Duży kształt na jednym z furgonów przyciągnął spojrzenie Cordelii.
- Mamo! - wykrzyknęła. - Przywiozłaś fortepian?
Matka wzruszyła ramionami.
- Lubię muzykę od czasu do czasu. - Machnęła władczym gestem na
tragarzy. - Cordelio, będzie tu spore zamieszanie i mnóstwo kurzu. Może
przejdziecie się z Lucie po okolicy? A ty, Alastair, zostaniesz i pomożesz mi kierować służbą.
Cordelia była zachwycona perspektywą spędzenia czasu z Lucie. Alastair
tymczasem nie wiedział, czy krzywić się, bo musiał zostać z matką, czy
się napuszyć, bo powierzono mu obowiązki pana domu.
Tessa Herondale miała rozbawioną minę.
- James, idź z dziewczętami. Może do Ogrodów Kensington? To niedaleko
stąd, a dzień jest piękny.
- Ogrody Kensington robią wrażenie bezpiecznych - odparł z powagą James.
Lucie przewróciła oczami i złapała Cordelię za rękę.
- Chodźmy - powiedziała i ściągnęła ją po schodach na chodnik.
James, z racji długich nóg, z łatwością dotrzymał im kroku.
- Nie ma powodu uciekać - powiedział do siostry. - Matka nie zawlecze
cię z powrotem i nie zażąda, żebyś pomogła wnosić fortepian do domu.
Cordelia zerknęła na niego z ukosa. Wiatr targał mu włosy. Nawet włosy
jej matki nie były tak czarne, w dodatku połyskiwały czerwienią i złotem. Włosy Jamesa były czarne jak atrament.
Uśmiechnął się do niej, jakby wcale nie przyłapał jej na tym, że się na
niego gapi. Z drugiej strony pewnie przywykł w towarzystwie Nocnych
Łowców, że ludzie się na niego gapią. Nie tylko z powodu urody, ale też
z innych przyczyn.
Lucie uścisnęła jej rękę.
- Tak się cieszę, że tu jesteś - oznajmiła. - Nie myślałam, że to
wreszcie się stanie.
- Dlaczego? - zdziwił się James. - Prawo wymaga, żebyście razem
trenowały, zanim zostaniecie parabatai, a poza tym ojciec uwielbia
Daisy i ustala reguły...
- Twój ojciec uwielbia wszystkich Carstairsów - odparła Cordelia. - Nie
jestem pewna, czy ja sama mam w tym jakąkolwiek zasługę. Możliwe, że
lubi nawet Alastaira.
- Myślę, że jest przekonany, że Alastair ma ukrytą głębię - odparł
James.
- Tak samo jak ruchome piaski - powiedziała Cordelia.
James się roześmiał.
- Dość tego - przerwała im Lucie i uderzyła Jamesa w ramię dłonią w rękawiczce. - Daisy to moja przyjaciółka, a ty zagarniasz ją całą dla
siebie. Idź zająć się czymś innym.
Szli Queen's Gate w stronę Kensington Road, otaczał ich rumor
przejeżdżających omnibusów. Cordelia wyobraziła sobie, jak James
odchodzi w tłum, gdzie z pewnością znajdzie ciekawsze zajęcie, a może
zostanie porwany przez piękną dziedziczkę fortuny, która zakocha się w nim od pierwszego spojrzenia. Takie rzeczy zdarzały się w Londynie.
- Będę szedł za wami dziesięć kroków, jakbym niósł tren, ale muszę mieć
was w zasięgu wzroku, bo inaczej matka by mnie zabiła i przegapiłbym
jutrzejszy bal, a wtedy Matthew by mnie zabił i umarłbym dwa razy -
odparł James.
Cordelia uśmiechnęła się, ale James już zostawał w tyle zgodnie z obietnicą, dając im swobodnie porozmawiać. Cordelia starała się ukryć
rozczarowanie. Teraz w końcu mieszkała w Londynie i będzie widywała
Jamesa częściej i nie tylko przelotnie; miała nadzieję, że stanie się
częścią jej codzienności.
Obejrzała się na niego. Już wyjął książkę i czytał, idąc i pogwizdując
cicho.
- O jakim balu mówił? - zapytała przyjaciółkę.
Do Ogrodów Kensington weszły przez bramę z kutego żelaza i znalazły się
w cieniu listowia. Park był pełen niań z wózkami i młodych par. Dwie
małe dziewczynki plotły wianki, chłopiec w marynarskim ubranku ganiał za
kółkiem, piszcząc z uciechy. Podbiegł do wysokiego mężczyzny, który
wziął go na ręce i podrzucił w powietrze ze śmiechem. Cordelia zacisnęła
na chwilę powieki, myśląc o ojcu, o tym, jak podrzucał ją, gdy była
bardzo mała, a ona śmiała się i śmiała, gdy ją łapał.
- Odbędzie się jutro wieczorem - wyjaśniła Lucie, biorąc Cordelię pod
rękę. - Urządzamy go z okazji waszego przyjazdu do Londynu. Będzie tam
cała Enklawa, będą tańce, matka będzie mogła popisać się nową salą
balową. A ja będę mogła popisać się tobą.
Cordelię przeszedł dreszcz, trochę z podniecenia, a trochę ze strachu.
Enklawa to oficjalna nazwa dla Nocnych Łowców mieszkających w Londynie;
każde miasto miało swoją Enklawę, która podlegała miejscowemu
Instytutowi, a także stojącym wyżej Clave i Konsulowi. Wiedziała, że to
niemądre, ale na samą myśl o takim tłumie skóra ją mrowiła z niepokoju.
Życie, jakie prowadziła ze swoją rodziną - w ciągłym ruchu poza chwilami
spędzonymi w Cirenworth w Devonie - było wolne od tłumów.
A jednak musiała to zrobić. Przyjechali do Londynu właśnie po to, żeby
to zrobić. Pomyślała o matce.
To nie bal, powiedziała sobie. To pierwsza potyczka w wojnie.
Zniżyła głos:
- Czy wszyscy tam będą wiedz... Czy oni wiedzą o moim ojcu?
- O, nie. Bardzo niewiele osób poznało szczegóły i niewiele na ten temat
mówią. - Lucie przyjrzała jej się w zamyśleniu. - Czy mogłabyś...? Jeśli
powiesz mi, co się stało, to przysięgam, że nie powiem o tym nikomu,
nawet Jamesowi.
Cordelię zabolało serce, jak zawsze, kiedy myślała o ojcu. Musiała
jednak powiedzieć Lucie i będzie musiała powiedzieć też innym. Nie zdoła
pomóc ojcu, jeśli nie zażąda wprost tego, czego chce.
- Jakiś miesiąc temu mój ojciec wybrał się do Idrisu - powiedziała. - To
była bardzo tajna misja. Odkryto gniazdo demonów kravy?d tuż poza
granicą Idrisu.
- Naprawdę? To są te wyjątkowo paskudne demony, prawda? Ludożercy?
Cordelia pokiwała głową.
- Wybiły prawie całe stado wilkołaków. To właśnie wilki przekazały
informację do Alicante. Konsul zebrała ekspedycję Nefilim i wezwała
mojego ojca ze względu na jego wiedzę na temat rzadkich demonów. Razem z dwoma Podziemnymi pomógł zaplanować wyprawę mającą na celu zniszczenie
kravy?dów.
- To brzmi niesłychanie ekscytująco - powiedziała Lucie. - Cudownie, że
można tak współpracować z Podziemnymi.
- To się jeszcze okaże - odparła Cordelia. Obejrzała się. James szedł
spory kawałek za nimi i nadal czytał. Nie mógł ich słyszeć. - Misja się
nie powiodła. Kravy?dy zniknęły, a Nefilim zapędzili się na tereny,
które klan wampirów uważa za swoje. Doszło do walki. Krwawej.
Lucie pobladła.
- Na Anioła. Ktoś zginął?
- Kilku Nefilim odniosło rany - odpowiedziała Cordelia. - A klan
wampirów uważa, że my, to znaczy Nocni Łowcy, sprzymierzyliśmy się z wilkołakami, żeby ich zaatakować. Zrobił się potworny bałagan i może to
doprowadzić do zerwania Porozumień.
Lucie była przerażona. Cordelia wcale jej się nie dziwiła. Porozumienia
to traktat pokojowy zawarty między Nocnymi Łowcami a Poziemnymi, który
pomagał zachować porządek. Gdyby doszło do ich zerwania, mogłoby to
doprowadzić do wybuchu krwawego chaosu.
- Clave rozpoczęło dochodzenie - powiedziała Cordelia. - Wszystko
załatwiono, jak należy. Myśleliśmy, że mój ojciec zostanie wezwany na
świadka, ale zamiast tego aresztowano go. Obwiniają go za niepowodzenie
misji. Ale to nie jego wina. Nie mógł wiedzieć... - Zamknęła oczy. -
Fakt, że tak bardzo zawiódł Clave, prawie go zabił. Będzie musiał żyć z poczuciem winy. Jednak nikt z nas nie spodziewał się, że dochodzenie
zostanie zamknięte, a on zostanie aresztowany. - Ręce jej się trzęsły;
splotła mocno palce. - Przysłał mi jeden list, ale potem już nic.
Zabronili mu. Umieszczono go w areszcie domowym w Alicante, dopóki nie
odbędzie się proces.
- Proces? - powtórzyła Lucie. - Tylko dla niego? Ale przecież misją
kierowali też inni, zgadza się?
- Oczywiście, ale mój ojciec został kozłem ofiarnym. Całą winę zrzucono
na niego. Moja matka chciała pojechać do Idrisu, żeby się z nim
zobaczyć, ale on jej zabronił - dodała Cordelia. - Powiedział, że musimy
pojechać do Londynu, bo jeśli zostanie skazany, to wstyd, jaki spadnie
na naszą rodzinę, będzie ogromny i musimy szybko się od niego odciąć.
- To byłoby okropnie niesprawiedliwe! - Oczy Lucie zabłysły. - Wszyscy
wiedzą, że praca Nocnych Łowców jest niebezpieczna. Na pewno, gdy twój
ojciec zostanie przepytany, uznają, że zrobił wszystko, co w jego mocy.
- Być może - odparła cicho Cordelia. - Ale potrzebują kogoś, żeby go
obwinić, a on pasuje do tej roli, bo mamy niewielu przyjaciół wśród
Nocnych Łowców. Ciągle się przeprowadzaliśmy z powodu choroby papy i nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca. Byliśmy w Paryżu, Bombaju, Maroku...
- Zawsze uważałam, że to naprawdę wspaniałe życie.
- Próbowaliśmy znaleźć klimat, który najlepiej odpowiadałby jego
zdrowiu, lecz teraz moja matka czuje, że ma bardzo niewielu
sprzymierzeńców. Dlatego jesteśmy tutaj, w Londynie. Ma nadzieję, że
szybko znajdziemy przyjaciół, więc jeśli naszemu ojcu będzie grozić
więzienie, to ktoś stanie w naszej obronie.
- Zawsze jest wuj Jem. W końcu to twój kuzyn - zauważyła Lucie. - A Cisi
Bracia cieszą się ogromnym poważaniem Clave.
Wuj Jem to był James Carstairs, znany większości Nefilim jako brat
Zachariasz. Cisi Bracia byli lekarzami i archiwistami Nefilim. Niemi,
długowieczni, potężni, mieszkali w Cichym Mieście, w podziemnym
mauzoleum, z którego tysiące wyjść prowadziło do świata powyżej.
Zdaniem Cordelii najdziwniejsze w nich - a także ich żeńskim
odpowiedniku, Żelaznych Siostrach, które wycinały broń i stele z adamasu
- było to, że sami wybierali sobie ten los. Jem był kiedyś zwykłym
Nocnym Łowcą, parabatai ojca Lucie, Willa. Kiedy został Cichym Bratem,
potężne runy uciszyły go i poznaczyły bliznami, zamknęły na zawsze jego
oczy. Cisi Bracia nie starzeli się fizycznie, ale też nie mieli dzieci,
żon ani domów. Wiedli okropnie samotne życie. Cordelia z pewnością
widziała brata Zachariasza - Jema - przy różnych ważnych okazjach, ale
nie czuła, że zna go tak dobrze jak James i Lucie. Jej ojciec nigdy nie
czuł się swobodnie w towarzystwie Cichego Brata i przez całe życie robił
co w jego mocy, żeby zapobiegać rodzinnym wizytom Jema.
Gdyby tylko Elias myślał inaczej, Jem mógłby teraz być ich
sprzymierzeńcem. A w obecnej sytuacji Cordelia nie miała nawet pojęcia,
jak zagadnąć brata Zachariasza.
- Twój ojciec nie zostanie skazany - pocieszyła ją Lucie, ściskając jej
dłoń. - Porozmawiam z rodzicami...
- Nie, Lucie. - Cordelia pokręciła głową. - Wszyscy wiedzą, jak blisko
trzymają się nasze rodziny. Nie uznają twoich rodziców za bezstronnych.
- Odetchnęła. - Zwrócę się do Konsul. Bezpośrednio. Może nie zdawać
sobie sprawy, że Clave próbuje uciszyć skandal z Podziemnymi, zrzucając
całą winę na mojego ojca. Łatwiej wytknąć palcem jedną osobę niż
przyznać, że wszyscy popełnili błąd.
Lucie pokiwała głową.
- Ciotka Charlotte jest życzliwa, na pewno pomoże.
Ciotka Charlotte to była Charlotte Fairchild, pierwsza kobieta, jaką
kiedykolwiek wybrano na Konsula. Była też matką parabatai Jamesa,
Matthew i starą przyjaciółką rodziny Herondale'ów.
Konsul miała ogromną władzę i kiedy Cordelia pierwszy raz usłyszała o uwięzieniu ojca, od razu o niej pomyślała. Niestety Konsul nie mogła
uwolnić, kogo zechce, jak wyjaśniła Sona. Pewne frakcje w Clave, potężne
frakcje, zawsze naciskały na Konsul, żeby zrobiła tę czy inną rzecz, a ona nie mogła ryzykować ich gniewu. Gdyby zwrócili się do Konsul, to
tylko pogorszyłoby sytuację ich rodziny.
Osobiście Cordelia uważała, że jej matka się myli. Czy nie na tym
właśnie polegała władza, że można ryzykować, że rozgniewa się innych
ludzi? Jaki sens ma bycie kobietą-konsulem, jeśli nadal zamartwiasz się
tym, czy wszystkich zadowolisz? Jej matka była zbyt ostrożna, zbyt
lękliwa. Sona uważała, że jedynym wyjściem z obecnej sytuacji będzie
wydanie Cordelii za kogoś wpływowego, za kogoś, kto zdoła uratować ich
rodzinę, jeśli Elias trafi do więzienia.
Jednakże Cordelia nie zamierzał wspominać o tym Lucie. Nie chciała
nikomu o tym mówić. Ledwie sama była w stanie o tym myśleć. Nie miała
nic przeciwko małżeństwu, ale chciała wyjść za właściwą osobę i zrobić
to z miłości. Małżeństwo nie mogło być częścią umowy, mającą na celu
zmniejszenie wstydu rodziny, skoro jej ojciec nie zrobił nic złego.
Cordelia rozwiąże ten problem za pomocą własnego sprytu i odwagi, a nie
sprzedając swoją rękę.
- Wiem, że w tej chwili to wygląda naprawdę potwornie... - powiedziała
Lucie, a Cordelia miała wrażenie, że przegapiła część wypowiedzi
przyjaciółki - ...ale wierzę, że to niedługo się skończy i twój ojciec
znowu będzie bezpieczny. A na razie jesteś w Londynie i możesz ze mną
trenować, i... Och! - Lucie zabrała rękę z uścisku Cordelii i pogrzebała
w torebce. - Prawie zapomniałam. Mam dla ciebie kolejny odcinek Pięknej
Cordelii do przeczytania.
Cordelia uśmiechnęła się i spróbowała odsunąć na bok myśli o ojcu.
Piękna Cordelia to powieść, którą Lucie zaczęła pisać jako
dwunastolatka. Chciała w ten sposób pocieszyć Cordelię podczas jej
przedłużonego pobytu w Szwajcarii. Opisywała przygody młodej, porażająco
pięknej kobiety imieniem Cordelia, uwielbianej przez przystojnego
mężczyznę, który nazywał się lord Hawke. Niestety zostali rozdzieleni,
kiedy piękna Cordelia została porwana przez piratów i od tamtej pory
próbowała do niego wrócić, ale jej powrót komplikowały liczne przygody,
a także tak wielu atrakcyjnych mężczyzn, którzy zawsze zakochiwali się w niej i pragnęli się z nią żenić, że Cordelia już dawno straciła rachubę.
Nieodmiennie przez cztery lata Lucie co miesiąc przesyłała nowy
rozdział, a Cordelia sadowiła się z romantycznymi przygodami swojej
fikcyjnej imienniczki i zatracała się w nich na jakiś czas.
- Cudownie - powiedziała, biorąc arkusze papieru. - Nie mogę się
doczekać, żeby się dowiedzieć, czy Cordelia uciekła od tego nikczemnego
Króla Bandytów!
- Jak się okaże, Król Bandytów wcale nie jest taki całkiem nikczemny.
Widzisz, jest najmłodszym synem diuka, który zawsze był... Wybacz... -
Lucie urwała, kiedy Cordelia spiorunowała ją wzrokiem. - Zapomniałam,
jak nie cierpisz, kiedy opowiada ci się historię, zanim ją przeczytasz.
- Owszem. - Cordelia szturchnęła przyjaciółkę zwiniętym w rulon
rękopisem. - Ale dziękuję, moja droga, przeczytam natychmiast, jak tylko
będę miała chwilę dla siebie. - Obejrzała się przez ramię. - Myślisz...
To znaczy okropnie chcę pogawędzić z tobą sam na sam, ale czy to nie
jest okropnie niegrzeczne kazać twojemu bratu tak iść za nami?
- Ani odrobinę - zapewniła ją Lucie. - Popatrz na niego. Książka całkiem
go pochłonęła.
Rzeczywiście. Chociaż James sprawiał wrażenie całkowicie skupionego na
lekturze, był w stanie z godnym podziwu wdziękiem omijać przechodniów
idących z naprzeciwka, czasem kamień albo gałąź leżące na ziemi, a raz
nawet małego chłopca z kółkiem. Cordelia podejrzewała, że gdyby ona
spróbowała czegoś takiego, wpadłaby na drzewo.
- Masz takie szczęście - powiedziała, nadal oglądając się przez ramię na
Jamesa.
- A niby to czemu, u licha? - Lucie wytrzeszczyła oczy.
O ile James miał bursztynowe oczy, to Lucie miała jasnoniebieskie, kilka
odcieni jaśniejsze od oczu ojca.
Cordelia odwróciła gwałtownie głowę.
- Och, bo...
"Bo możesz codziennie spędzać czas z Jamesem?". Wątpiła, żeby Lucie
uznała to za szczególny dar. Nie odbierało się tego w taki sposób, kiedy
chodziło o członka własnej rodziny.
- To taki dobry starszy brat. Gdybym poprosiła Alastaira, żeby szedł
dziesięć kroków za mną w parku, to na pewno szedłby przez cały czas tuż
obok mnie, żeby mnie denerwować.
- Phi! Pewnie, że uwielbiam Jamiego, ale ostatnio jest potworny. Odkąd
się zakochał.
Równie dobrze mogłaby spuścić Cordelii na głowę bombę zapalającą.
Wszystko wokół niej się rozpadło.
- Co takiego?!
- Zakochał się - powtórzyła Lucie z miną kogoś, kto z radością dzieli
się ploteczkami. - Oczywiście nie powie, w kim, ale to Jamie, a on nigdy
nic nam nie mówi. Jednak ojciec go zdiagnozował i mówi, że to z całą
pewnością miłość.
- Mówisz o tym tak, jakby zachorował na gruźlicę. - Cordelii w głowie
się kręciło z niepokoju. James się zakochał? W kim?
- Bo to trochę podobne, nie? Pobladł, stał się humorzasty i cały czas
wygląda przez okno jak Keats.
- A Keats wyglądał przez okno?
Czasem trudno było nadążyć za Lucie.
Lucie mówiła dalej, nie zważając na pytanie, czy największy angielski
poeta romantyczny rzeczywiście wyglądał godzinami przez okno, czy też
nie.
- Nic nie powie nikomu poza Matthew, a Matthew milczy jak grób w sprawach Jamesa. Ale tego ranka usłyszałam niechcący kawałek ich
rozmowy...
- Niechcący? - Cordelia uniosła brew.
- Możliwe, że chowałam się pod stołem - odpowiedziała z godnością Lucie.
- Ale to tylko dlatego, że zgubiłam kolczyk i właśnie go szukałam.
Cordelia zdusiła uśmiech.
- Mów dalej.
- Zdecydowanie jest zakochany i Matthew uważa, że zachowuje się
niemądrze. Chodzi o dziewczynę, która nie mieszka w Londynie, ale
niedługo przyjedzie tu na dłużej. Matthew nie pochwala jego wyboru... -
Lucie urwała nagle i złapała Cordelię za nadgarstek. - Rety!
- Auć! Lucie...
- Cudna młoda dama, która przyjedzie do Londynu! Ale ze mnie głupia gęś!
To jasne, że miał na myśli ciebie!
- Tak? - powątpiewała Cordelia. Zbliżały się do Long Water, widziała już
słońce skrzące się na powierzchni jeziora.
- Miał na myśli ciebie - ekscytowała się Lucie. - Och, jak cudownie!
Wyobraź sobie, gdybyście się pobrali! Byłybyśmy naprawdę siostrami!
- Lucie! - Cordelia zniżyła głos do szeptu. - Nie mamy dowodu, że miał
na myśli mnie.
- Musiałby być szalony, żeby się w tobie nie zakochać - odparła Lucie. -
Jesteś okropnie ładna i tak jak powiedział Matthew, dopiero co
przyjechałaś do Londynu na dłużej. O kogo innego może chodzić? Enklawa
nie jest aż tak duża. To musisz być ty.
- Sama nie wiem...
Lucie wytrzeszczyła oczy.
- Bo on się tobie nie podoba? Cóż, to naturalne, przynajmniej na razie.
Znasz go całe życie, więc pewnie nie robi na tobie nadzwyczajnego
wrażenia, ale jestem pewna, że można przywyknąć do jego twarzy. Nie
chrapie i nie opowiada ordynarnych dowcipów. Naprawdę nie jest taki
najgorszy - dodała roztropnie. - Zastanów się, dobrze? Zatańcz z nim
jutro z jeden raz. Masz sukienkę, prawda? Musisz mieć piękna sukienkę,
żebyś stosownie go olśniła.
- Mam sukienkę - pośpiesznie zapewniła ją Cordelia, chociaż daleko jej
było do czegoś olśniewającego.
- Gdy już go olśnisz, to on się oświadczy - mówiła Lucie. - Wtedy
zastanowimy się, czy masz się zgodzić, czy nie, a jeśli tak, to czy
zaręczyny mają być długie. Może lepiej tak, żebyśmy mogły skończyć
trening parabatai.
- Lucie, w głowie mi się kręci od tego wszystkiego! - zaprotestowała
Cordelia i obejrzała się z niepokojem przez ramię. Czy James usłyszał
cokolwiek z tego, co powiedziały? Nie, nie wyglądało na to. Nadal szedł
i czytał.
Zdradziecka nadzieja wezbrała jej w sercu i przez chwilę wyobrażała
sobie, że jest zaręczona z Jamesem i została powitana w rodzinie Lucie.
A Lucie, teraz jej siostra zgodnie z prawem, niesie pęk kwiatów na jej
ślubie. Ich przyjaciele, bo z pewnością mieliby przyjaciół, wykrzykują:
"Och wy dwoje jesteście idealną parą...".
Zmarszczyła nagle czoło.
- Dlaczego Matthew mnie nie pochwala? - zapytała i zaraz odchrząknęła. -
Gdybym rzeczywiście była dziewczyną, o której rozmawiali, a jestem
pewna, że nie jestem.
Lucie machnęła nonszalancko ręką.
- Uważa, że tej dziewczynie nie zależy na Jamesie, choć, jak już
ustaliłyśmy, możesz z łatwością się w nim zakochać, jeśli włożysz w to
trochę pracy. Matthew za bardzo chroni Jamesa, ale nie musisz się go
obawiać. Może i nie przepada za wieloma osobami, ale dla tych, których
polubi, jest bardzo miły.
Cordelia pomyślała o Matthew, parabatai Jamesa. Prawie nie odstępował
Jamesa, odkąd razem uczęszczali do szkoły w Idrisie. Cordelia spotkała
go parę razy przy różnych towarzyskich okazjach. Matthew miał złociste
włosy i piękny uśmiech, ale podejrzewała, że pod wdziękiem słodkiego
kociaka kryje się lew, który ujawniłby się, gdyby ktoś skrzywdził
Jamesa.
Tyle że ona nigdy nie skrzywdziłaby Jamesa. Kochała go. Kochała go całe
życie.
A jutro będzie miała szansę mu to powiedzieć. Była przekonana, że to
doda jej odwagi, żeby zwrócić się do Konsul i poprosić o wyrozumiałość
dla ojca, zwłaszcza gdy James będzie stał u jej boku.
Cordelia uniosła podbródek. Tak, po jutrzejszym balu jej życie całkiem
się zmieni.
2. Popioły róż
2
Popioły róż
"Choćby był jak pąk róży
Blask urody się chmurzy
I nawet miłość dłużej
Nie trwa niż jawy bieg"3.
Algernon Charles Swinburne, Ogród Persefony
- Matthew - powiedział James. - Matthew, wiem, że tam jesteś. Wyjdź, bo
przysięgam na Anioła, że przetrącę ci kark jak żabie.
James leżał na stole bilardowym w sali gier w Instytucie i piorunował
wzrokiem przestrzeń poniżej.
Bal trwał już co najmniej pół godziny i nikt nie był w stanie znaleźć
Matthew. Tylko James domyślił się, gdzie się schował jego parabatai -
to był jeden z jego ulubionych pokojów, wygodny i pięknie ozdobiony
przez Tessę. Miał lamperię z tapety w szare i czarne pasy, a powyżej
pomalowano go na szaro. Wisiały tam oprawione portrety i drzewa
genealogiczne, stały wygodne, wysiedziane sofy i fotele uszaki. Piękny
komplet do gry w szachy błyszczał jak klejnot na humidorze z cygarami
marki Dunhill. Stał tam także masywny stół do bilardu, pod którym
obecnie ukrywał się Matthew.
Rozległ się brzęk i jasnowłosa głowa Matthew wychyliła się spod stołu.
Zamrugał, patrząc na Jamesa.
- Jamie, Jamie, czemu tak ponaglasz człowieka? - zapytał z udawanym
smutkiem. - Właśnie uciąłem sobie cudowną drzemkę.
- Zatem czas na pobudkę. Jesteś potrzebny na sali balowej, bo brakuje
nam ludzi. Zjawiła się szokująca liczba panien.
- Do diabli z salą balową - powiedział Matthew, wychodząc spod stołu.
Wyglądał doskonale w gołębiej szarości i miał bladozielony goździk w butonierce. W ręce trzymał karafkę z rżniętego szkła. - Chrzanić tańce.
Zamierzam pozostać tutaj i dokumentnie się ululać. - Zerknął na karafkę,
a potem spojrzał z nadzieją na Jamesa. - Możesz mi towarzyszyć, jeśli
chcesz.
- To porto mojego ojca - zauważył James. Wiedział, że to mocny i bardzo
słodki alkohol. - Rano okrutnie to odchorujesz.
- Carpe karafkę - odparł Matthew. - To dobre porto. Zawsze podziwiałem
twojego ojca, wiesz? Zamierzałem być taki jak on. Chociaż poznałem raz
pewnego czarownika, który miał trzy ręce. Jedną mógł się pojedynkować,
drugą tasować karty, a trzecią rozsznurowywać damie gorset, wszystko
jednocześnie. To dopiero gość, którego warto naśladować.
- Ty już się ululałeś - zauważył z dezaprobatą James i sięgnął po
karafkę.
Matthew był jednak za szybki i zabrał ją, jednocześnie łapiąc
przyjaciela za rękę. Ściągnął go ze stołu i przez chwilę turlali się po
podłodze jak dwa szczeniaki. Matthew śmiał się jak opętany, a James
próbował wyrwać mu karafkę.
- Zejdźże ze mnie! - wydyszał Matthew i puścił Jamesa, który poleciał do
tyłu z takim impetem, że karafka wyleciała mu z ręki. Ochlapał się
porto.
- Patrz, co narobiłeś! - zawołał James. Próbował chusteczką zetrzeć
czerwoną plamę na gorsie koszuli. - Cuchnę jak gorzelnik i wyglądam jak
rzeźnik.
- Phi, żadna z dziewczyn i tak nie zwróci uwagi na twój strój - żachnął
się Matthew. - Wszystkie będą za bardzo zajęte patrzeniem w twoje
wielkie, złote ślepia. - Wytrzeszczył oczy tak, że wyglądał jak wariat.
A potem zrobił zeza.
James tylko zmarszczył czoło. Miał duże oczy w kolorze jasnozłotej
herbaty i w czarnej oprawie, ale zbyt wiele razy dręczono go w szkole z powodu ich niezwykłości, żeby potrafił się teraz nimi cieszyć.
Matthew wyciągnął ręce.
- Rozejm - zaproponował przypochlebnie. - Niech zapanuje między nami
pokój. Możesz wylać resztę porto na moją głowę.
James wykrzywił usta w uśmiechu. Nie dało się długo gniewać na Matthew.
Właściwie w ogóle nie można było się na niego rozgniewać.
- Chodź ze mną na salę balową, żeby nie zabrakło tam panów, a będziemy
mogli ogłosić rozejm.
Matthew podniósł się posłusznie. Bez względu na stan upojenia trzymał
się pewnie na nogach. Pomógł Jamesowi wstać i poprawił mu marynarkę,
żeby ukryć plamę po porto.
- Chcesz się napić porto czy wystarczy ci, że się nim upaprałeś? -
Pokazał Jamesowi karafkę.
James pokręcił głową. Już był podenerwowany i chociaż porto pomogłoby mu
się uspokoić, to też namieszałoby mu w głowie. Chciał myśleć trzeźwo, na
wszelki wypadek. Wiedział, że ona może nie zjawić się tego wieczoru. Ale
kto wie. Minęło sześć miesięcy od jej ostatniego listu, a teraz była w Londynie. Musiał być przygotowany na każdą ewentualność.
Matthew westchnął i odstawił karafkę na kominek.
- Wiesz, co się mówi - powiedział, gdy wyszli z pokoju i ruszyli w stronę balu. - Pij, a będziesz spał, śpij, a nie będziesz grzeszył, nie
grzesz, a będziesz zbawiony. Zatem pij, by zyskać zbawienie.
- Matthew, ty potrafisz grzeszyć nawet przez sen - rozległ się
rozleniwiony głos.
- Anna - powiedział Matthew, wspierając się na ramieniu Jamesa. -
Przysłano cię po nas?
O ścianę opierała się kuzynka Jamesa, Anna Lightwood, cudownie ubrana w dopasowane spodnie i koszulę w prążki. Miała niebieskie oczy
Herondale'ów, które zawsze nieco niepokoiły Jamesa - miał wrażenie, że
patrzy na niego jakaś część jego ojca.
- Jeśli mówiąc "posłano po was", masz na myśli, że mam was zawlec na
salę balową wszelkimi możliwymi sposobami - odpowiedziała Anna. - Jest
tam trochę dziewcząt, które potrzebują kogoś do tańca i kogoś, kto powie
im, że ładnie wyglądają, a ja nie dam rady zająć się wszystkimi sama.
Muzycy na sali zagrali nagle. Popłynął żywy walc.
- Do licha, tylko nie walc - rzucił zrozpaczony Matthew. - Nienawidzę
walca.
Zaczął się cofać. Anna złapała go za marynarkę.
- O nie, nie, nic z tego - powiedziała i zdecydowanie zagoniła obu na
salę.
***
- Przestań się przeglądać - rzucił znużonym tonem Alastair. - Dlaczego
kobiety wiecznie się przeglądają? I dlaczego marszczysz czoło?
Cordelia spiorunowała odbicie brata w tremo. Czekali przed salą balową w Instytucie. Alastair doskonale prezentował się w czerni i bieli, z jasnymi włosami pokrytymi pomadą i w rękawiczkach z koźlej skórki.
Bo mnie ubiera matka, a ty możesz nosić, co zechcesz, pomyślała, ale nie
powiedziała tego na głos, ponieważ matka stała tuż obok. Sona
postanowiła sobie, że będzie ubierać córkę zgodnie z najnowszą modą,
chociaż ta moda w ogóle nie pasowała Cordelii. Na dzisiejszy wieczór
wybrała dla niej suknię w odcieniu jasnego lila obrębioną błyszczącymi
dżetami. Jej włosy zebrano w kaskadę loczków, a przez gorset ledwie
mogła oddychać.
Zdaniem Cordelii wyglądała okropnie. Pastele były według żurnali
szalenie modne, ale żurnale oczekiwały, że dziewczęta będą bladymi
blondynkami o drobnym biuście, a Cordelia w żadnym razie nie należała do
tego gatunku. W pastelach wyglądała mdło i nawet gorset nie był w stanie
spłaszczyć jej piersi. W dodatku ciemnorude włosy nie były cienkie i rzadkie, przeciwnie - były gęste i długie jak włosy matki, sięgały jej
do pasa przy szczotkowaniu. Wyglądały idiotycznie poskręcane w drobne
loczki.
- Ponieważ muszę nosić gorset - warknęła. - I sprawdzałam, czy już
posiniałam.
- Wtedy miałabyś twarz pod kolor sukienki - odparł Alastair.
Cordelia żałowała, że nie ma z nimi ojca; zawsze jej mówił, że wygląda
pięknie.
- Dzieci - zbeształa ich matka.
Cordelia miała przeczucie, że będzie do nich mówiła "dzieci", nawet
kiedy będą starzy, siwi i będą docinać sobie, siedząc na fotelach na
kółkach.
- Cordelio, gorset nie tylko nadaje sylwetce kobiecych kształtów, ale
pokazuje, że dama jest dobrego urodzenia i delikatna. Alastair, zostaw
siostrę w spokoju. To ważny wieczór dla nas wszystkich i musimy postarać
się zrobić dobre wrażenie.
Cordelia wyczuwała niepokój matki, bo jako jedyna zakrywała włosy
rusari4 i nie orientowała się, kto na sali jest wpływowy,
podczas gdy w Instytucie w Teheranie wiedziałaby to natychmiast.
Sytuacja się zmieni po dzisiejszym wieczorze, powtórzyła sobie znowu
Cordelia. Nie miało znaczenia, czy sukienka wygląda na niej okropnie.
Liczyło się to, żeby oczarowała wpływowych Nocnych Łowców na sali,
którzy mogą przedstawić ją Konsul. Sprawi, że Charlotte zrozumie... że
oni wszyscy zrozumieją, że jej ojciec może i jest kiepskim strategiem,
ale to nie powód, żeby wrzucać go do więzienia. Sprawi, że zrozumieją,
że rodzina Carstairsów nie ma nic do ukrycia.
Sprawi, że jej matka się uśmiechnie.
Drzwi na salę balową otworzyły się i zobaczyli Tessę Herondale w różowym
szyfonie z różyczkami we włosach. Cordelia wątpiła, żeby Tessa
potrzebowała gorsetu. I bez tego wyglądała eterycznie. Trudno uwierzyć,
że ta kobieta pokonała armię metalowych potworów.
- Dziękuję, że poczekaliście - powiedziała. - Chciałam wprowadzić was
razem i przedstawić. Wszyscy nie mogą się wprost doczekać, żeby was
poznać. Wejdźcie, wejdźcie!
Wprowadziła ich na salę. Cordelia przypominała sobie jak przez mgłę, że
kiedyś bawiła się tu z Lucie. Sala była wtedy całkiem pusta, a teraz
wypełniały ją światło i muzyka.
Zniknęły ciężkie brokaty ze ścian i aksamitne zasłony. Sala była
przestronna i jasna, pod ścianami stały ławki z jasnego drewna
wyściełane biało-złotymi poduszkami. Fryz ze złotych ptaków latających
między drzewami ciągnął się nad zasłonami - gdy dokładniej im się
przyjrzeć, widać było, że to czaple. Na ścianach wisiały różne
orientalne bronie, miecze w pochwach zdobionych klejnotami, łuki z kości
słoniowej i jadeitu, sztylety z rękojeściami w kształcie słońc i anielskich skrzydeł.
Większość sali uprzątnięto, żeby zrobić miejsce dla tańczących, ale stał
tam kredens zastawiony szklankami i dzbankami z lemoniadą z lodem oraz
kilka stołów nakrytych na biało. Starsze mężatki i parę młodszych, które
nie miały z kim tańczyć, stały pod ścianami zajęte plotkowaniem.
Cordelia natychmiast rozejrzała się za Lucie i Jamesem. Lucie odnalazła
natychmiast - tańczyła z młodym ciemnym blondynem - ale na próżno szukała
na sali ciemnej potarganej czupryny Jamesa. Nie było go tam.
Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tym. Tessa była doskonałą
gospodynią. Prowadziła Cordelię i jej rodzinę od jednej grupki do
drugiej, przedstawiając ich, wychwalając zalety. Cordelię przedstawiono
ciemnowłosej dziewczynie parę lat od niej starszej, która wyglądała
zupełnie swobodnie w bladozielonej sukni obrębionej koronką. "Barbara
Lightwood" - powiedziała Tessa, a Cordelia ucieszyła się. Dygnęły obie.
Lightwoodowie byli kuzynami Jamesa i Lucie, wpływową rodziną.
Jej matka natychmiast zaczęła rozmawiać z rodzicami Barbary, Gideonem i Sophie Lightwoodami. Cordelia skupiła wzrok na Barbarze. Czy chciałaby
posłuchać o jej ojcu? Pewnie nie. Patrzyła na parkiet z uśmiechem na
twarzy.
- Kim jest chłopiec, z którym tańczy Lucie? - zapytała Cordelia.
Barbara parsknęła śmiechem.
- To mój brat, Thomas - odpowiedziała. - I chociaż raz nie potyka się o własne nogi!
Cordelia spojrzała raz jeszcze na ciemnego blondyna, który śmiał się
razem z Lucie. Był bardzo wysoki, miał szerokie ramiona i wyglądał wręcz
onieśmielająco. Czy podobał się Lucie? Wspominała o nim w swoich
listach, ale tylko jako o jednym z przyjaciół brata.
Alastair, który stał na obrzeżach grupki ze znudzoną miną - prawdę
mówiąc, Cordelia prawie o nim zapomniała - nagle się rozpromienił.
- Charles! - zawołał z zadowoleniem. Wygładził przód kamizelki. -
Wybaczcie, proszę, muszę pójść się przywitać. Nie widzieliśmy się od
wieków.
Zniknął wśród stolików, nie czekając na pozwolenie.
Matka Cordelii westchnęła.
- Chłopcy. Brak mi słów.
Sophie uśmiechnęła się do córki, a Cordelia pierwszy raz zauważyła
potworną bliznę na jej policzku. Jej żywość, sposób, w jaki się
poruszała i mówiła, sprawiały, że w pierwszej chwili szramy się nie
zauważało.
- Dziewczęta też bywają nieznośne - zauważyła. - Szkoda, że nie
widziałaś Barbary i jej siostry Eugenii, kiedy były dziećmi. Zgroza!
Barbara się roześmiała. Cordelia zazdrościła jej, że ma tak dobry
kontakt z matką. Chwilę potem młody szatyn podszedł i zaprosił Barbarę
do tańca. Dziewczyna została porwana na parkiet, a Tessa skierowała Sonę
i Cordelię do następnego stolika, gdzie wuj Lucie, Gabriel Lightwood
siedział obok pięknej kobiety o długich ciemnych włosach i niebieskich
oczach - swojej żony, Cecily. Will Herondale opierał się o brzeg stołu
ze skrzyżowanymi rękami i uśmiechem.
Twarz Willa złagodniała na widok Tessy i idącej za nią Cordelii.
Cordelia widziała w nim cząstkę tego, kim stanie się James, gdy
dorośnie.
- Cordelia Carstairs - powiedział, gdy już przywitał jej matkę. - Jak
wypiękniałaś.
Cordelia się rozpromieniła. Jeśli Will uważał, że ona wygląda ładnie, to
może jego syn też tak pomyśli. Oczywiście, zważywszy na słabość Willa
wobec wszystkiego, co ma na nazwisko Carstairs, to pewnie Alastaira też
uznałby za idealnego i ładnego.
- Podobno przyjechałaś do Londynu, żeby zostać parabatai Lucie -
odezwała się Cecily. Wyglądała niemal tak młodo jak Tessa, a ponieważ
nie była nieśmiertelną czarownicą, można było się zastanawiać, jak to
robi. - Cieszę się. Najwyższy czas, żeby więcej dziewcząt zostawało
parabatai. Mężczyźni zbyt długo monopolizowali ten stan.
- Cóż, w końcu pierwsi parabatai byli mężczyznami - zwrócił jej uwagę
Will w sposób, który sprawił, że Cordelia zaczęła się zastanawiać, czy
Cecily też uważała go za nieznośnego, tak jak ona myślała o Alastairze.
- Czasy się zmieniają - odparła z uśmiechem Cecily. - To nowoczesna
epoka, mamy światło elektryczne, automobile...
- To Przyziemni mają elektryczne światło - poprawił ją Will. - My mamy
magiczne światło.
- A automobile to chwilowa moda - wtrącił Gabriel Lightwood. - To się
nie utrzyma.
Cordelia zagryzła usta. Nie tak wyobrażała sobie ten wieczór. Miała
czarować ludzi i wpływać na nich, a zamiast tego czuła się jak dziecko
zepchnięte na obrzeża rozmów dorosłych na temat automobilów. Z ogromną
ulgą zauważyła, że Lucie porzuciła Thomasa na parkiecie i podbiegła do
niej. Objęły się, a potem Cordelia obejrzała ładną sukienkę Lucie z niebieskiej koronki, podczas gdy Lucie wpatrywała się ze zgrozą w lila
koszmar na Cordelii.
- Mogę zabrać Cordelię do pozostałych dziewcząt? - zapytała Sonę,
posyłając jej swój najbardziej czarujący uśmiech.
- Oczywiście. - Sona sprawiała wrażenie zadowolonej.
W końcu po to przyprowadziła tu Cordelię, prawda? Żeby poznała synów i córki wpływowych Nocnych Łowców. Chociaż Cordelia wiedziała, że tak
naprawdę to głównie synów, a nie córki.
Lucie wzięła Cordelię za rękę i zaprowadziła do stołu z poczęstunkiem,
gdzie zebrała się grupka dziewcząt w kolorowych sukienkach. Z lawiny
imion i nazwisk podczas prezentacji Cordelia wychwyciła tylko kilka:
Catherine Townsend, Rosamund Wentworth i Ariadne Bridgestock, która
musiała być spokrewniona z Inkwizytorem. Była wysoką, śliczną dziewczyną
kilka lat starszą od pozostałych. Miała śniadą skórę o odcień
ciemniejszą od skóry Cordelii.
- Jaka ładna sukienka - powiedziała do Cordelii ciepłym tonem Ariadne.
Jej własną uszyto z podkreślającego jej urodę jedwabiu w kolorze wina. -
Wydaje mi się, że ten odcień nazywa się "popiołem róż". Jest szalenie
popularny w Paryżu.
- O, tak - przytaknęła jej ochoczo Cordelia. Nie poznała zbyt wielu
dziewcząt, dorastając, właściwie żadnej poza Lucie, więc jak miała im
zaimponować i je oczarować? To było okropnie ważne. - Rzeczywiście to
sukienka z Paryża. Z Rue de la Paix. Sama Jeanne Paquin ją uszyła.
Zauważyła, że zaniepokojona Lucie otwiera szeroko oczy. Rosamund
zacisnęła usta.
- Masz duże szczęście - odparła chłodno. - Większość z nas, z tej małej
londyńskiej Enklawy, rzadko wyjeżdża zagranicę. Musisz uważać nas za
bardzo nudne.
- Och... - Cordelia zdała sobie sprawę, że popełniła gafę. - Nie, w żadnym razie...
- Moja matka zawsze mówiła, że Nocni Łowcy nie powinni tak bardzo
interesować się modą - orzekła Catherine. - Uważa, że to przyziemne.
- Ponieważ tak wiele razy wypowiadałaś się o strojach Matthew z podziwem, rozumiem, że ta reguła dotyczy tylko dziewcząt? - wtrąciła
cierpko Ariadne.
- Ariadne, doprawdy... - zaczęła Rosamund i roześmiała się. - O wilku
mowa! Patrzcie, kto przyszedł.
Patrzyła w stronę drzwi na drugim końcu sali balowej, przez które weszło
właśnie dwóch chłopców. Cordelia najpierw zobaczyła Jamesa, jak to
zwykle ona. Był wysoki, piękny, uśmiechnięty - wizja malarza w czerni i bieli ze zmierzwionymi hebanowymi włosami.
Usłyszała, jak Lucie jęczy, kiedy dziewczyny zaczęły szeptać między sobą
imię Jamesa, a zaraz potem na tym samych oddechu wymieniały Matthew
Fairchilda.
Oczywiście. Parabatai Jamesa. Minęły lata, odkąd Cordelia go widziała.
Pamiętała szczupłego blondyna. Teraz to był dobrze zbudowany młody
mężczyzna, którego włosy pociemniały do odcienia spiżu. Miał twarz
rozpustnego anioła.
- Oni są tacy przystojni - jęknęła niemal z bólem Catherine. - Nie
uważasz, Ariadne?
- Ehm, tak - przytaknęła tamta pośpiesznie. - Tak mi się wydaje.
- Ona nie widzi nikogo poza Charlesem - wyjaśniła Rosamund.
Ariadne zaczerwieniła się, a dziewczyny wybuchły śmiechem. Poza Lucie,
która przewróciła oczami.
- To tylko chłopcy - powiedziała.
- James to twój brat - odparła Catherine. - Nie jesteś obiektywna. On
jest prześliczny.
Cordelię ogarnął niepokój. James najwyraźniej nie był tylko jej
odkryciem. On i Matthew przystanęli, żeby pośmiać się z Barbarą i jej
partnerem do tańca. James objął Matthew za ramiona i uśmiechnął się. Był
taki piękny, że patrzenie na niego bolało jak strzała wbita w serce. To
jasne, że nie tylko ona musiała to zauważyć. James niewątpliwie mógł
przebierać w dziewczynach.
- Matthew też nie wygląda najgorzej - dodała Rosamund. - Ale jest
skandaliczny.
- To prawda - powiedziała Catherine z błyskiem w oku. - Musisz na niego
uważać, panno Carstairs. Dorobił się niezłej reputacji.
Lucie zaczęła różowieć z gniewu.
- Zgadnijmy, którą James pierwszą poprosi do tańca - powiedziała
jasnowłosa dziewczyna w różowej sukience. - Na pewno ciebie, Rosamund.
Wyglądasz dzisiaj ślicznie. Kto by się tobie oparł?
- Ach, właśnie, kogo obdarzy swoimi względami mój brat? - rzuciła
przeciągle Lucie. - Kiedy miał sześć lat, zwymiotował do własnego buta.
Pozostałe dziewczyny ostentacyjnie udawały, że jej nie słyszą. Ktoś, kto
okazał się bratem Rosamund, przyszedł zaprosić jasnowłosą dziewczynę do
tańca. Charles opuścił Alastaira i przeszedł przez salę, żeby wziąć
Ariadne za rękę i zabrać na parkiet. Will i Tessa już tańczyli, podobnie
jak obaj wujowie Lucie ze swoimi żonami.
Chwilę potem Matthew Fairchild podszedł do stołu. Nagle znalazł się
zaskakująco blisko Cordelii. Mogła teraz zauważyć, że jego oczy nie są
ciemne, jak myślała, ale mają ciemny odcień zieleni jak leśny mech.
Skłonił się lekko przed Lucie.
- Mogę prosić o ten taniec?
Lucie zerknęła na pozostałe dziewczyny, a Cordelia potrafiła odczytać
znaczenie tego spojrzenia, jakby czytała książkę. Ona bynajmniej nie
przejmowała się reputacją Matthew. Uniosła wysoko głowę i popłynęła na
parkiet u boku drugiego syna Konsul.
I chwała jej za to, pomyślała Cordelia. Jednakże Lucie zostawiła ją samą
z dziewczynami, które z pewnością jej nie polubiły. Słyszała, jak parę z nich szepcze między sobą, że Cordelia robi wrażenie strasznie z siebie
zadowolonej. Wychwyciła nawet imię swojego ojca i słowo "proces"...
Wyprostowała się sztywno. Popełniła błąd, wspominając o Paryżu. Nie
pogłębi błędu, okazując słabość. Spojrzała na parkiet z uśmiechem
przyklejonym do ust. Dostrzegła brata, który rozmawiał teraz z Thomasem
Lightwoodem. Siedzieli razem na ławeczce, jakby wymieniali się
sekretami. Nawet Alastair lepiej radził sobie z czarowaniem wpływowych
ludzi niż ona.
Niedaleko od nich opierała się o ścianę dziewczyna ubrana niezwykle
modnie. Tyle że to była moda męska. Była wysoka i niemal przesadnie
smukła, miała bardzo ciemne włosy jak Will i James. Nosiła je ścięte
krótko i ugładzone pomadą, z koniuszkami ułożonymi w precyzyjne loczki.
Dłonie miała smukłe, poplamione atramentem i tytoniem, piękne jak dłonie
posągu. Paliła krótkie cygaro, dym przelatywał obok jej twarzy
niezwykłej urody - o wyrazistych, ale delikatnych rysach.
To Anna, zdała sobie sprawę Cordelia. Anna Lightwood, kuzynka Lucie. Z pewnością była najbardziej onieśmielającą osobą na sali.
- O rety - powiedziała Catherine, kiedy muzyka przybrała na sile. - To
walc.
Cordelia spuściła wzrok. Potrafiła tańczyć, matka zatrudniła nauczyciela
tańca, żeby nauczył ją kadryla i lansjera, statecznego menueta i kotyliona, ale walc to uwodzicielski taniec, przy którym czuje się ciało
partnera. Początkowo wywołał skandal. Nigdy się go nie nauczyła.
Bardzo chciałaby zatańczyć walca z Jamesem. On pewnie w ogóle nie miał
ochoty tańczyć. Wolał rozmawiać z przyjaciółmi, jak każdy młody
człowiek. Usłyszała kolejny wybuch chichotu i szeptów, a potem głos
Catherine:
- Czy to nie jest ta dziewczyna, której ojciec...
- Daisy? Masz ochotę zatańczyć?
Tylko jeden chłopak tak się do niej zwracał. Podniosła wzrok z niedowierzaniem i zobaczyła, że stoi przed nią James.
Jego piękne włosy były jak zawsze potargane i przez to jeszcze bardziej
czarujące. Jedno pasmo spadało mu na czoło. Gęste i ciemne rzęsy
ocieniały bladozłote oczy. Kości policzkowe Jamesa przypominały
skrzydła.
Grupka dziewczyn oniemiała. Cordelia miała wrażenie, że szybuje.
- Niestety... - zająknęła się, nie mając pojęcia, co właściwie mówi. -
Nie umiem tańczyć walca.
- W takim razie cię nauczę - odparł James i chwilę potem wirowali na
parkiecie.
- Bogu dzięki, że byłaś wolna - mówił z absolutną szczerością James,
kiedy poruszali się wśród par, szukając miejsca. - Bałem się, że będę
musiał poprosić do tańca Catherine, a ona będzie gadać, jaki to Matthew
jest skandaliczny.
- Cieszę się, że mogę pomóc, ale ja naprawdę nie potrafię tańczyć walca
- odparła z odrobiną goryczy Cordelia.
- Ja też nie potrafię. - James uśmiechnął się szeroko i obrócił do niej.
Stała tak blisko niego i w dodatku się dotykali: jego dłoń była na jej
przedramieniu. - A w każdym razie nie tańczę zbyt dobrze. Możemy się
umówić, że spróbujemy nie deptać sobie po palcach?
- Postaram się - zgodziła się Cordelia i pisnęła słabo, gdy wziął ją w objęcia.
Pokój zakołysał się przelotnie. To James, jej James, obejmował ją i położył rękę na jej łopatce. Drugą dłoń Cordelii położył sobie na
ramieniu.
I potem zaczęli tańczyć, a ona starała się, jak mogła, żeby go
naśladować. Przynajmniej tyle umiała - dawała się prowadzić, reagowała
na ruch partnera. James dobrze tańczył, co nie dziwiło, bo zawsze
poruszał się z wdziękiem, więc podążanie za nim było łatwe.
- Nieźle - pochwalił James. Chciał zdmuchnąć pasemko z czoła, ale ono
spadło mu jeszcze bardziej na oczy. Uśmiechnął się z żalem, a Cordelia
potrzebowała całej siły woli, żeby nie odgarnąć mu włosów. - Cóż, ale to
nadal wstyd, gdy twoi rodzice tańczą lepiej od ciebie.
- Hmm, mów za siebie - mruknęła Cordelia. Dostrzegła Lucie tańczącą z Matthew kilka kroków dalej. Lucie się śmiała. - Może Catherine zakochała
się w Matthew? - zasugerowała. - Może ją fascynuje?
- To byłoby ekscytujące, a zapewniam cię, że nic ekscytującego nie
wydarzyło się londyńskiej Enklawie od bardzo dawna.
Oczywiście taniec z Jamesem był sam w sobie nagrodą, ale do Cordelii
dotarło, że może być też pożyteczny.
- Myślałam właśnie, ilu ludzi należy do Enklawy i jak niewielu z nich
znam. Oczywiście jesteście ty i Lucie...
- Powinienem oprowadzić cię po reszcie? - zapytał, gdy wykonywali
skomplikowany obrót. - Czy kilka wskazówek, kto jest kto, sprawiłoby, że
poczułabyś się tu bardziej jak w domu?
Uśmiechnęła się.
- Owszem. Dziękuję.
- Tam - powiedział, wskazując tańczących Charlesa i Ariadne, której
suknia błyszczała w świetle. - Charlesa znasz, a towarzyszy mu jego
narzeczona, Ariadne Bridgestock.
- Nie wiedziałam, że są zaręczeni!
W kącikach oczu Jamesa pojawiły się zmarszczki.
- Wiesz, że Charles prawie na pewno zajmie pozycję Konsula, kiedy jego
matka ustąpi po trzeciej kadencji? Ojciec Ariadne jest Inkwizytorem, to
bardzo korzystny alians polityczny dla Charlesa... chociaż jestem
pewien, że poza tym ją kocha.
James nie sprawiał wrażenia, jakby rzeczywiście w to wierzył, chociaż
zdaniem Cordelii Charles wpatrywał się w narzeczoną z uwielbieniem.
Miała nadzieję, że James nie stał się cynikiem. James, którego
pamiętała, był wszystkim, ale nie cynikiem.
- A to musi być Anna - powiedziała.
To nie mógł być nikt inny niż kuzynka opisana przez Lucie w listach:
piękna, nieulękła, zawsze ubrana w najlepsze stroje z Jermyn Street.
Rozmawiała i śmiała się ze swoim ojcem Gabrielem w pobliżu drzwi do
sąsiedniej sali.
- Rzeczywiście - potwierdził James. - A to jej brat, Christopher, tańczy
z Rosamund Wentworth.
Cordelia spojrzała na szczupłego chłopca w okularach, które rozpoznała
ze zdjęć. Wiedziała, że Christopher jest jednym z bliskich przyjaciół
Jamesa razem z Matthew i Thomasem. Tańczył z ponurą miną ze wściekłą
Rosamund.
- Niestety Christopher o wiele lepiej czuje się w towarzystwie próbówek
i zlewek niż w towarzystwie kobiet - dodał James. - Miejmy nadzieję, że
nie ciśnie biedną Rosamund o stół z poczęstunkiem.
- Jest w niej zakochany?
- Boże, skąd, ledwie ją zna. Poza Charlesem i Ariadną jeszcze Barbara
Lightwood i Oliver Hayward są po słowie. Anna wiecznie łamie komuś
serce. Poza tym nie wiem o żadnym innym krojącym się tu romansie.
Chociaż może ty, Daisy, i Alastair ożywicie nieco atmosferę.
- Nie sądziłam, że jeszcze pamiętasz to stare przezwisko.
- Co? Daisy? - Trzymał ją blisko w tańcu. Czuła jego ciepło, od którego
przechodziły ją dreszcze. - Oczywiście, że pamiętam. Sam ci je nadałem.
Mam nadzieję, że nie chcesz, żebym przestał tak cię nazywać.
- Oczywiście, że nie. Lubię je. - Zmusiła się, żeby nie odwracać wzroku.
Dobry Boże, patrzył na nią z tak bliska. Jego oczy miały kolor złotego
syropu, wręcz szokujący przez kontrast ze źrenicami. Słyszała szepty,
wiedziała, że dla wielu ludzi jego oczy są dziwne, świadczą o jego
inności. I chociaż były koloru ognia i złota, to ona wyobrażała sobie,
że to serce słońca. - Chociaż chyba do mnie nie pasuje. Daisy to imię
dla ślicznej dziewczynki ze wstążkami we włosach.
- Cóż, w takim razie pasuje do ciebie przynajmniej pod pewnymi
względami.
Uśmiechnął się. To był słodki uśmiech, do jakiego przywykła u Jamesa,
ale kryło się w nim coś więcej. Chodziło mu o to, że jest ładna, czy że
jest małą dziewczynką? Dobry Boże, flirtowanie było irytujące.
Chwileczkę, czy James Herondale z nią flirtował?
- Jutro spotykamy się w parę osób na pikniku w Regent's Park -
powiedział i Cordelia cała zesztywniała. Czy zamierzał ją zaprosić?
Wolałaby przejażdżkę we dwoje albo spacer, ale zgodzi się na wspólne
spotkanie z przyjaciółmi. Prawdę mówiąc, zgodziłaby się nawet na wizytę
w Hadesie. - Na wypadek gdyby Lucie ci o tym nie wspomniała...
Urwał. Nagle już nie patrzył na nią, ale na kogoś, kto właśnie wszedł na
salę. Cordelia spojrzała w tym samym kierunku i zobaczyła wysoką
kobietę, chudą jak strach na wróble. Była ubrana w suknię sprzed kilku
dekad, czarną jak strój żałobny Przyziemnych, i miała siwe pasma we
włosach. Tessa zmierzała ku niej pośpiesznie z zatroskaną miną. Will
szedł za nią.
Kiedy Tessa do niej dotarła, kobieta odsunęła się na bok, odsłaniając
stojącą za nią dziewczynę. Była ubrana w odcienie kości słoniowej,
łagodna kaskada biało-złotych loków okalała jej twarz. Dziewczyna
zrobiła wdzięczny krok w stronę Tessy i Willa, żeby ich przywitać, i w tej samej chwili James wypuścił dłoń Cordelii.
Już nie tańczyli. James odwrócił się od Cordelii bez słowa i ruszył
przez salę do nowo przybyłych. Ona stała jak zamrożona, podczas gdy
James pochylił się, żeby pocałować dłoń dziewczyny, która właśnie
weszła. Na parkiecie rozległy się chichoty. Lucie odsunęła się od
Matthew, wytrzeszczając oczy. Alastair i Thomas odwrócili się do
Cordelii ze zdziwieniem.
Cordelia wiedziała, że matka zaraz zauważy, że jej córka dryfuje
pośrodku parkietu jak zagubiony holownik, i rzuci się ku niej, a Cordelia umrze ze wstydu. Rozejrzała się po sali za najbliższym
wyjściem, gotowa uciekać, kiedy ktoś złapał ją za rękę. Ktoś ją zręcznie
obrócił i pewnie chwycił - chwilę potem znowu tańczyła, automatycznie
odzwierciedlając ruchy partnera.
- Tak właśnie. - To był Matthew Fairchild. Jasne włosy, słodka woda
kolońska, niewyraźny uśmiech. Trzymał ją delikatnie prowadząc w walcu. -
Po prostu... staraj się uśmiechać i nikt niczego nie zauważy. James i ja
w opinii publicznej to właściwie jedno i to samo.
- James... poszedł - wydukała zaszokowana Cordelia.
- Wiem. Fatalne zachowanie. Nie zostawia się damy na parkiecie, chyba że
ktoś naprawdę zajął się ogniem. Poproszę go później na słowo.
- Słowo - powtórzyła Cordelia. Zaskoczenie zaczynało ustępować w niej
miejsca gniewowi. - Słowo?!
- Kilka słów, jeśli to poprawi ci samopoczucie?
- Kto to jest? - zapytała o nowo przybyłą dziewczynę Cordelia.
Prawie nie chciała tego robić, ale lepiej poznać prawdę. Zawsze lepiej
znać prawdę.
- Nazywa się Grace Blackthorn - odpowiedział cicho Matthew. - Jest
wychowanicą Tatiany Blackthorn. Właśnie przyjechały do Londynu. Podobno
dorastała w jakiejś dziurze w Idrisie. Stąd zna ją James. Ich drogi
krzyżowały się latem.
"Dziewczyna, która nie mieszka w Londynie, ale niedługo przyjedzie tu na
dłużej".
Cordelii zrobiło się niedobrze. I pomyśleć, że uwierzyła, że Lucie mówi
o niej! Że James może coś do niej czuć.
- Źle wyglądasz - zauważył Matthew. - To przez mój taniec czy konkretnie
przeze mnie?
Cordelia się wyprostowała. Była w końcu Cordelią Carstairs, córką Eliasa
i Sony ze starego rodu Nocnych Łowców. Była dziedziczką słynnej Cortany,
która przechodziła w rodzinie Carstairsów z pokolenia na pokolenie.
Przyjechała do Londynu, żeby ratować ojca. Nie załamie się publicznie.
- Możliwe, że trochę się denerwuję - powiedziała. - Lucie wspomniała, że
nie przepadasz za ludźmi.
Matthew zaśmiał się zaskoczony, ale zaraz przywołał na twarz wyraz
leniwego rozbawienia.
- Doprawdy? Lucie to prawdziwa gaduła.
- Ale nie jest kłamczuchą.
- Obawiam się, że nie jest. Nie mogę cię nie lubić, bo nawet cię nie
znam. Znam za to twojego brata. Uprzykrzał mi życie w szkole, a także
Christopherowi i Jamesowi.
Cordelia zerknęła niechętnie na Jamesa i Grace. Wyglądali razem
olśniewająco, on ciemnowłosy, ona piękna jak sopel lodu. Jak popiół i srebro. Jak, jak, och, jak Cordelia mogła myśleć, że ktoś taki jak James
Herondale zainteresuje się kimś takim jak ona?
- Alastair i ja bardzo się różnimy - powiedziała. Nie chciała dodawać
niczego więcej. Byłaby nielojalna wobec brata. - Na przykład ja lubię
Oscara Wilde'a, a on nie.
Matthew drgnął kącik ust.
- Widzę, że od razu uderzasz prosto w słaby punkt. Czytałaś dzieła
Oscara?
- Tylko Doriana Greya. Miałam potem koszmary.
- Chciałbym mieć portret na strychu, który ukazywałby moje grzechy,
podczas gdy ja pozostałbym młody i piękny. I to nie tylko ze względu na
grzechy. Wyobraź sobie, że można by na nim wypróbowywać nową modę.
Mógłbym przemalować włosy portretu na niebieskie i przekonać się, jak to
wygląda.
- Nie potrzebujesz portretu. Przecież jesteś młody i piękny.
- Mężczyźni nie są piękni. Są przystojni - sprzeciwił się Matthew.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki