Łańcuch z żelaza. Cykl Ostatnie godziny. Księga 2 - Cassandra Clare

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (35,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

1

Cza­rów splot

"I swych cza­rów splo­tem,

Chy­trze wpa­trzona w sie­bie, męż­czyzn pie­ści,

Aże w swej sieci ich ciało pomie­ści,

Serce i życie, młoda, choć nawro­tem

Lat coraz star­szą jest zie­mia... Twe zioła

To mak i róża: bo któż całun­kowi

I snu prze­mocy oprzeć się wydoła?"1

Dante Gabriel Ros­setti, Lilith, czyli pięk­ność ciała

Zimowa mgła prze­mie­szana z dymem opa­dła na Lon­dyn, się­ga­jąc bla­dymi mac­kami w głąb ulic, owi­ja­jąc budynki zma­to­wiałą lametą. Nada­wała szary odcień zapusz­czo­nym drze­wom, gdy Lucie Heron­dale jechała powo­zem wzdłuż dłu­giego, zanie­dba­nego pod­jazdu do Chi­swick House, któ­rego dach wynu­rzał się z mgły jak hima­laj­ski szczyt ster­czący ponad chmu­rami.

Poca­ło­wała swo­jego konia Baliosa w chrapy i zarzu­ciła mu derkę na grzbiet, po czym zosta­wiła go u pod­nóża fron­to­wych scho­dów i ruszyła przez pozo­sta­ło­ści tara­so­wego ogrodu. Minęła popę­kane i znisz­czone posągi Wergi­liu­sza i Sofo­klesa, teraz zaro­śnięte dłu­gimi pną­czami, któ­rych poutrą­cane koń­czyny leżały wśród chwa­stów. Inne posągi zni­kały czę­ściowo pod pochy­la­ją­cymi się drze­wami i za nie­przy­ci­na­nymi żywo­pło­tami, jakby były poże­rane przez gęste listo­wie.

Minęła prze­wró­coną różaną altankę i w końcu dotarła do sta­rej cegla­nej szopy w ogro­dzie. Budy­nek od dawna nie miał dachu. Lucie czuła się tro­chę tak, jakby natknęła się na porzu­coną chatę owcza­rza na wrzo­so­wi­skach. Cie­niutki palec sza­rego dymu wyla­ty­wał ze środka. Gdyby to działo się w Pięk­nej Cor­de­lii, sza­lony, ale przy­stojny książę nad­szedłby teraz chwiej­nym kro­kiem z wrzo­so­wisk. Życie jed­nak w niczym nie przy­po­mi­nało histo­rii z ksią­żek.

Wszę­dzie wokół szopy widziała małe kop­czyki ziemi, w miej­scach, gdzie pod­czas ostat­nich czte­rech mie­sięcy razem z Grace zako­pały efekty swo­ich nie­uda­nych eks­pe­ry­men­tów - ciała nie­szczę­sne pta­ków albo zła­pa­nych przez koty szczu­rów i myszy, któ­rym pró­bo­wały przy­wró­cić życie.

Na razie nic nie podzia­łało. A Grace nawet nie wie­działa o wszyst­kim. Wciąż nie miała poję­cia o zdol­no­ści Lucie do roz­ka­zy­wa­nia umar­łym. Nie wie­działa, że Lucie pró­bo­wała roz­ka­zy­wać małym cia­łom, żeby ożyły, pró­bo­wała się­gnąć w ich głąb, żeby zła­pać coś, co mogłaby zawlec z powro­tem do świata żywych. To jed­nak ni­gdy nie podzia­łało. Ta cząstka, któ­rej Lucie mogłaby roz­ka­zy­wać, umy­kała w chwili ich śmierci.

Nie wspo­mniała ani sło­wem na ten temat Grace.

Wzru­szyła filo­zo­ficz­nie ramio­nami i pode­szła do masyw­nych drew­nia­nych drzwi. Zasta­na­wiała się cza­sem, jaki sens mają drzwi w budynku bez dachu. Zapu­kała w umó­wiony spo­sób: raz, dwa razy i znowu raz-dwa.

Natych­miast usły­szała, że ktoś pod­cho­dzi i prze­suwa rygiel. Drzwi się otwo­rzyły. Grace Black­thorn stała w progu z poważną, zaciętą miną. Mimo mgli­stej pogody jej roz­pusz­czone, się­ga­jące ramion włosy lśniły sre­brzy­ście.

- Przy­szłaś - powie­działa, robiąc wra­że­nie raczej zasko­czo­nej niż ucie­szo­nej.

- Powie­dzia­łam, że przyjdę. - Lucie prze­pchnęła się do środka, mija­jąc Grace.

Szopa spro­wa­dzała się do jed­nego pomiesz­cze­nia z kle­pi­skiem zamiast pod­łogi, teraz czę­ściowo zamar­z­nię­tym.

Pod ścianą z rodo­wym mie­czem Black­thor­nów, zawie­szo­nym na zwy­kłych żela­znych hakach, usta­wiono stół, na któ­rym roz­sta­wiono pro­wi­zo­ryczne labo­ra­to­rium. Stały tam rzędy alem­bi­ków i szkla­nych butli, moź­dzierz z tłucz­kiem, dzie­siątki pró­bó­wek. Naj­róż­niej­sze paczuszki i puszki zaj­mo­wały resztę blatu, nie­które otwarte, inne puste i zebrane w stos.

Obok stołu pło­nął bez­po­śred­nio na kle­pi­sku ogień, źró­dło dymu ucie­ka­ją­cego górą. Ogień pło­nął nie­na­tu­ral­nie cicho, ema­no­wał nie z polan, ale ze sterty kamieni. Zie­lon­kawe pło­mie­nie uno­siły się i lizały żela­zny kocio­łek zawie­szony na haku. W kociołku goto­wał się na wol­nym ogniu czarny wywar, który pach­niał zie­mią i che­mią.

Lucie pode­szła powoli do dru­giego, więk­szego stołu. Na nim stała trumna. Przez szklane wieko widziała Jes­sego - wyglą­dał dokład­nie tak, jak przy ich ostat­nim spo­tka­niu - nosił białą koszulę, deli­katne czarne włosy się­gały mu karku. Jego powieki przy­po­mi­nały blade pół­księ­życe.

Lucie nie ogra­ni­czała się do pta­ków, nie­to­pe­rzy i myszy. Pró­bo­wała także Jes­semu narzu­cić powrót do życia, cho­ciaż mogła tego pró­bo­wać tylko w krót­kich chwi­lach, kiedy Grace odcho­dziła po coś i zosta­wiała ją samą z jego cia­łem. Z nim szło jej jesz­cze gorzej niż ze zwie­rzę­tami. Jesse nie był tak pusty jak one - Lucie coś w nim wyczu­wała: życie, siłę życiową, duszę. Cokol­wiek to było, tkwiło zako­twi­czone w prze­strzeni mię­dzy życiem i śmier­cią - nie mogła tego prze­mie­ścić. Już same próby spra­wiały, że robiło jej się nie­do­brze i słabo, jakby pró­bo­wała cze­goś nie­wła­ści­wego.

- Nie byłam pewna, czy przyj­dziesz - powie­działa z roz­draż­nie­niem Grace. - Cze­ka­łam tu całą wiecz­ność. Zdo­by­łaś owoc bie­lu­nia?

Lucie wyjęła z kie­szeni malutki pakie­cik.

- Trudno było to zdo­być. I nie mogę zostać dłu­żej. Spo­ty­kam się dziś wie­czo­rem z Cor­de­lią.

Grace wzięła pakie­cik i roze­rwała.

- Z powodu jutrzej­szego ślubu? Ale co to ma wspól­nego z tobą?

Lucie spoj­rzała ostro na Grace, ale ona spra­wiała wra­że­nie, jakby naprawdę nie rozu­miała. Grace czę­sto nie poj­mo­wała, dla­czego ludzie coś robią, jeśli odpo­wiedź brzmiała "bo tak się zacho­wują przy­ja­ciele" albo "bo takie rze­czy robisz, gdy kogoś lubisz".

- Jestem sug­ge­nes Cor­de­lii - odpo­wie­działa. - Popro­wa­dzę ją do ołta­rza, ale także powin­nam jej poma­gać i wspie­rać ją przed cere­mo­nią. A dziś wie­czo­rem wycho­dzę z nią, żeby...

Buch! Grace wrzu­ciła zawar­tość torebki do kociołka. Pło­mień roz­bły­snął i strze­lił w górę, a potem wzbił się dym. Zapach­niało octem.

- Nie musisz mi mówić. Jestem pewna, że Cor­de­lia mnie nie lubi.

- Nie będę roz­ma­wiać z tobą na temat Cor­de­lii - odparła Lucie i zakasz­lała.

- Cóż, sama nie lubi­ła­bym sie­bie na jej miej­scu - orze­kła Grace. - Ale nie musimy niczego oma­wiać. Nie zapra­sza­łam cię tu na poga­wędki.

Zaj­rzała do kociołka. Mgła i dym zde­rzały się w nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu, ota­cza­jąc Grace roz­mytą aure­olą. Lucie zatarła dło­nie w ręka­wicz­kach i serce zaczęło jej bić szyb­ciej, gdy Grace zare­cy­to­wała:

- Hic mor­tus vivunt. Igni fer­ro­que, ex silen­tio, ex animo. Ex silen­tio, ex animo! Resur­get!

W tym cza­sie mik­stura zaczęła się goto­wać, pło­mie­nie syczały, pod­no­siły się coraz wyżej, się­ga­jąc kociołka. Odro­bina wyki­piała i roz­bry­zgła się na ziemi. Lucie odru­chowo odsko­czyła, gdy zie­lone źdźbła buch­nęły z ziemi, zaczęły wyra­stać łodygi, liście i pączki, się­ga­jąc jej pra­wie do kolan.

- To działa! - wykrzyk­nęła Lucie. - To naprawdę działa!

Przez zwy­kle pozba­wioną wyrazu twarz Grace prze­biegł spazm rado­ści. Ruszyła w stronę trumny, a Jesse...

Rów­nie szybko, jak wyro­sły, rośliny zwię­dły i pąki opa­dły z łodyg. Przy­po­mi­nało to oglą­da­nie wyda­rzeń w przy­śpie­szo­nym tem­pie. Lucie patrzyła bez­rad­nie na opa­da­jące liście, usy­cha­jące łodygi, pęka­jące i roz­pa­da­jące się pod wła­snym cię­ża­rem.

Grace sta­nęła jak zmro­żona, patrząc na mar­twe kwiaty na ziemi. Zer­k­nęła na trumnę... ale Jesse się nie poru­szył.

Oczy­wi­ście, że się nie poru­szył.

Ramiona Grace były sztywne z roz­cza­ro­wa­nia.

- Popro­szę Chri­sto­phera o śwież­sze próbki następ­nym razem - powie­działa Lucie. - Albo o sil­niej­sze odczyn­niki. Z pew­no­ścią coś robimy nie tak, jak należy.

Grace sta­nęła nad trumną brata. Poło­żyła dłoń na szkle. Poru­szała ustami, jakby szep­tała, ale Lucie nie miała poję­cia co takiego.

- Kło­pot nie polega na jako­ści skład­ni­ków - ode­zwała się cichym, zim­nym gło­sem. - Kło­pot w tym, że za bar­dzo pole­gamy na nauce. Akty­wa­tory, odczyn­niki... Nauka jest żało­śnie ogra­ni­czona, kiedy w grę wcho­dzi coś tak wiel­kiego, jak to, czego się pod­ję­ły­śmy.

- Skąd wiesz?

Grace spoj­rzała na nią zimno.

- Wiem, że uwa­żasz mnie za głu­pią, bo ni­gdy nie pobie­ra­łam żad­nych nauk, ale zdo­ła­łam prze­czy­tać parę ksią­żek, kiedy prze­by­wa­łam w Idri­sie. Wła­ści­wie to prze­czy­ta­łam więk­szość pozy­cji w biblio­tece.

Lucie musiała przy­znać, że Grace przy­naj­mniej czę­ściowo miała rację - nie wie­działa, że Grace lubiła czy­tać ani że inte­re­so­wała się czym­kol­wiek innym poza drę­cze­niem męż­czyzn i wskrze­sza­niem Jes­sego.

- Jeśli nie na nauce, to na czym powin­ny­śmy pole­gać? Co pro­po­nu­jesz?

- To oczy­wi­ste. Magię. - Grace powie­działa to takim tonem, jakby pouczała dziecko. - Ale nie taką. Nie te dzie­cinne zabawy z zaklę­ciami zna­le­zio­nymi w książce, któ­rej ukry­ciem matka nawet nie zawra­cała sobie głowy. - Mówiła z tak wielką pogardą, że nie­mal splu­nęła tymi sło­wami. - Musimy zaczerp­nąć mocy z jedy­nego miej­sca, w jakim można ją zna­leźć.

Lucie z tru­dem prze­łknęła ślinę.

- Masz na myśli nekro­man­cję. Chcesz zaczerp­nąć mocy śmierci, żeby wyko­rzy­stać ją do zaklęć.

- Nie­któ­rzy uzna­liby ten rodzaj magii za coś złego. Ja jed­nak nazy­wam to koniecz­no­ścią.

- Cóż, ja sama nazwa­ła­bym to złem - odparła Lucie, nie potra­fiąc ukryć fru­stra­cji w gło­sie. Grace naj­wy­raź­niej pod­jęła decy­zję bez jej udziału, a prze­cież współ­praca pole­gała na czymś zupeł­nie innym. - A ja nie chcę robić cze­goś złego.

Grace z lek­ce­wa­że­niem pokrę­ciła głową, jakby Lucie robiła z igły widły.

- Musimy poroz­ma­wiać na ten temat z nekro­mantą.

Lucie objęła się wpół.

- Z nekro­mantą? W żad­nym razie. Clave zabro­ni­łoby tego, nawet gdy­by­śmy jakie­goś zna­la­zły.

- I nie bez powodu - odparła ostro Grace, pod­ka­su­jąc spód­nice. Naj­wy­raź­niej szy­ko­wała się do wyj­ścia z szopy. - To, co trzeba zro­bić, nie jest takie do końca dobre. W każ­dym razie nie... w taki spo­sób, w jaki więk­szość ludzi poj­muje dobro. Ale wie­dzia­łaś o tym już wcze­śniej, Lucie, więc możesz prze­stać uda­wać, że jesteś lep­sza ode mnie.

- Grace, nie. - Lucie zastą­piła jej drogę do drzwi. - Nie chcę tego i wąt­pię, żeby Jesse sobie tego życzył. Nie możemy poroz­ma­wiać z cza­row­ni­kiem? Z kimś, komu Clave ufa?

- Clave może im ufa, ale ja nie. - Oczy Grace pło­nęły. - Uzna­łam, że powin­ny­śmy współ­pra­co­wać, bo Jesse naj­wy­raź­niej cię lubi. Ty jed­nak znasz go bar­dzo krótko i ni­gdy nie spo­tka­łaś go za życia. Nie jesteś znaw­czy­nią jego cha­rak­teru. Ja jestem jego sio­strą i przy­wrócę go do życia. Bez względu na to, co trzeba będzie zro­bić, wszel­kimi moż­li­wymi spo­so­bami. Rozu­miesz? - Grace wzięła głę­boki wdech. - Czas zde­cy­do­wać, czy bar­dziej zależy ci na bez­cen­nej świę­to­ści wła­snego życia, czy na tym, żeby zwró­cić życie mojemu bratu.

***

Cor­de­lia Car­sta­irs skrzy­wiła się, gdy Risa moc­niej wbiła szyl­kre­towy grze­bień w ciężki pukiel jej ciem­no­ru­dych wło­sów. Poko­jówka upięła je w wyra­fi­no­wany spo­sób, nie­zwy­kle teraz modny, jak zapew­niała Cor­de­lię.

- Nie­po­trzeb­nie zada­jesz sobie tyle trudu dzi­siej­szego wie­czoru - zapro­te­sto­wała Cor­de­lia. - To tylko zabawa na san­kach. Pod koniec i tak będę potar­gana bez względu na liczbę szpi­lek i grze­bieni w moich wło­sach.

Risa jed­nak poko­nała ją peł­nym dez­apro­baty spoj­rze­niem. Cor­de­lia podej­rze­wała, że zda­niem Risy powinna posta­rać się ład­nie wyglą­dać dla swo­jego narze­czo­nego. W końcu Cor­de­lia miała wyjść za Jamesa Heron­dale'a, świetną par­tię według wszel­kich towa­rzy­skich stan­dar­dów, zarówno tych obo­wią­zu­ją­cych wśród Przy­ziem­nych, jak i Noc­nych Łow­ców - był przy­stojny, bogaty, usto­sun­ko­wany i uprzejmy.

Cor­de­lia nie widziała sensu w tłu­ma­cze­niu, że James nie zwró­ciłby naj­mniej­szej uwagi na to, jak ona wygląda, nawet gdyby poja­wiła się w wie­czo­ro­wej sukni albo cał­kiem nago. Niczego by nie zyskała, pró­bu­jąc wyja­śnić to Risie. Wła­ści­wie to wyja­śnia­nie tego komu­kol­wiek byłoby raczej ryzy­kowne.

- Dochtare zibaje man, tou aje­neh, cho­det ra negah kon - powie­działa Risa, przy­trzy­mu­jąc przed Cor­de­lią srebrne lusterko. "Spójrz w lustro, moja piękna córko".

- Prze­ślicz­nie - musiała przy­znać Cor­de­lia. Per­łowe grze­bie­nie wyglą­dały pięk­nie na tle jej ciem­nych wło­sów. - Ale jak zdo­łam to prze­bić jutro?

Risa tylko mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo. Przy­naj­mniej jest ktoś, kto nie może docze­kać się jutra, pomy­ślała Cor­de­lia. Za każ­dym razem, gdy myślała o swoim ślu­bie, miała ochotę wysko­czyć przez okno.

Jutro po raz ostatni zasią­dzie w tym pokoju, pod­czas gdy matka i Risa będą wpla­tać w jej włosy jedwabne kwiaty. Jutro będzie musiała nie tylko pięk­nie wyglą­dać, ale i spra­wiać wra­że­nie szczę­śli­wej panny mło­dej. Jutro, jeśli Cor­de­lii będzie sprzy­jać szczę­ście, jej strój odcią­gnie uwagę więk­szo­ści gości od niej samej. Miała taką nadzieję.

Risa ude­rzyła ją lekko w ramię. Cor­de­lia posłusz­nie wstała i wzięła ostatni głę­boki wdech, zanim Risa zasznu­ro­wała moc­niej gor­set, który wypchnął jej piersi w górę i wypro­sto­wał krę­go­słup. Cor­de­lia pomy­ślała z iry­ta­cją, że zada­niem gor­setu było nie­ustanne przy­po­mi­na­nie kobie­cie, jak bar­dzo jej kształty odbie­gają od nie­moż­li­wego do speł­nie­nia ide­ału, któ­remu hoł­do­wało towa­rzy­stwo.

- Dość! - zapro­te­sto­wała, kiedy fisz­biny wbiły jej się w ciało. - Mia­łam nadzieję zjeść coś na przy­ję­ciu, wiesz?

Risa prze­wró­ciła oczami. Unio­sła zie­loną aksa­mitną suk­nię, a Cor­de­lia w nią weszła. Risa pomo­gła jej wsu­nąć na ręce dłu­gie rękawy, popra­wiła zwiewną białą koronkę przy man­kie­tach i dekol­cie. Potem nastą­piło żmudne zapi­na­nie maleń­kich guzicz­ków na ple­cach sukni. Strój był bar­dzo dopa­so­wany, bez gor­setu Cor­de­lia w życiu nie zdo­ła­łaby zmie­ścić się w sukni. Pier­ścień Heron­dale'ów, widoczny sym­bol zarę­czyn, zabły­snął na jej lewej ręce, gdy pod­nio­sła ją, żeby Risa zało­żyła jej na plecy Cor­tanę.

- Powin­nam już zejść - powie­działa Cor­de­lia, odbie­ra­jąc z rąk Risy maleńką jedwabną torebkę i mufkę do ogrza­nia rąk. - James pra­wie ni­gdy się nie spóź­nia.

Risa ski­nęła głową, co było u niej odpo­wied­ni­kiem cie­płych objęć na poże­gna­nie.

To prawda, pomy­ślała Cor­de­lia, scho­dząc po scho­dach w akom­pa­nia­men­cie sze­le­stu sukni. James rze­czy­wi­ście pra­wie ni­gdy się nie spóź­niał. Jako narze­czony miał obo­wią­zek towa­rzy­szyć swo­jej damie na przy­ję­ciach i kola­cjach, przy­no­sić jej lemo­niadę i wachlarz, usłu­gi­wać na każ­dym kroku. James odgry­wał tę rolę ide­al­nie. Przez cały sezon był jej wier­nym part­ne­rem na śmier­tel­nie nud­nych spo­tka­niach towa­rzy­skich Enklawy, ale poza tymi oka­zjami pra­wie go nie widy­wała. Cza­sem towa­rzy­szył jej i ich przy­ja­cio­łom pod­czas wypa­dów, które naprawdę były przy­jemne - w cza­sie popo­łu­dni w Dia­bel­skiej Tawer­nie, na her­bat­kach u Anny - ale nawet wtedy spra­wiał wra­że­nie nie­obec­nego duchem i czymś pochło­nię­tego. Mieli nie­wiele oka­zji, by poroz­ma­wiać o przy­szło­ści, ale Cor­de­lia nie wie­działa do końca, co by powie­działa, gdy taka oka­zja się nada­rzyła.

- Lajla?

Cor­de­lia zeszła do holu, któ­rego pod­łogę wyło­żono kafel­kami we wzór z mie­czy i słońc, i w pierw­szej chwili nikogo nie zauwa­żyła. Zaraz jed­nak zdała sobie sprawę, że jej matka, Sona, stoi przy fron­to­wym oknie. Kobieta odcią­gnęła wąską dło­nią zasłonę, a drugą rękę oparła na brzu­chu.

- Ach, to ty - powie­działa Sona. Cor­de­lia zauwa­żyła, że sińce pod oczami matki jesz­cze bar­dziej pociem­niały. - Dokąd to się znowu wybie­rasz?

- Na przy­ję­cie z san­kami u Poun­ce­bych na Par­la­ment Hill - odpo­wie­działa Cor­de­lia. - To naprawdę okropni ludzie, ale Ala­stair się wybiera, więc pomy­śla­łam, że rów­nie dobrze mogę coś zro­bić, żeby ode­rwać się od myśli o jutrze.

Sona się uśmiech­nęła.

- To cał­kiem nor­malne, że dener­wu­jesz się przed ślu­bem, Lajlo, dżun. Ja byłam prze­ra­żona w noc przed ślu­bem z twoim ojcem. Pra­wie ucie­kłam pierw­szym poran­nym pocią­giem do Kon­stan­ty­no­pola.

Cor­de­lia nabrała gwał­tow­nie powie­trza i uśmiech matki zrzedł. O rety, pomy­ślała Cor­de­lia. Minął tydzień, odkąd jej ojca, Eliasa Car­sta­irsa zwol­niono z Basi­lias, szpi­tala Noc­nych Łow­ców w Idri­sie. Spę­dził tam długi mie­siące, o wiele dłu­żej, niż się począt­kowo spo­dzie­wali, żeby wyle­czyć się z kło­po­tów z alko­ho­lem. Cor­de­lia, jej brat i matka uni­kali tego tematu.

Spo­dzie­wali się go w domu pięć dni temu, ale nie otrzy­mali żad­nych wie­ści oprócz lapi­dar­nego listu wysła­nego z Fran­cji. Nie obie­cy­wał, że wróci na ślub Cor­de­lii. Sytu­acja była okropna, a fakt, że ani jej matka, ani Ala­stair nie chcieli o tym roz­ma­wiać, tylko ją pogar­szał.

Cor­de­lia wzięła głę­boki wdech.

- Mâmân, wiem, że wciąż masz nadzieję, że ojciec zdąży wró­cić na mój ślub...

- To nie jest nadzieja, ja to wiem - prze­rwała jej Sona. - Bez względu na to, co go zatrzy­mało, za nic w świe­cie nie prze­ga­piłby ślubu córki.

Nie­wiele bra­ko­wało, a Cor­de­lia pokrę­ci­łaby ze zdu­mie­niem głową. Skąd jej matka miała tyle wiary? Z powodu swo­jej "cho­roby" ojciec tyle razy prze­ga­pił jej uro­dziny, a nawet nakła­da­nie pierw­szego runu. To przez tę cho­robę został w końcu aresz­to­wany i wysłany do Basi­lias w Idri­sie. Powi­nien już wyzdro­wieć, ale jego nie­obec­ność nie wró­żyła niczego dobrego.

Roz­le­gły się kroki na scho­dach i do holu zszedł Ala­stair. Dobrze się pre­zen­to­wał w nowym twe­edo­wym płasz­czu zimo­wym, cho­ciaż miał skwa­szoną minę.

- Ala­stair, ty też wybie­rasz się na przy­ję­cie? - zapy­tała go Sona.

- Nie zapro­szono mnie.

- Nie­prawda - powie­działa Cor­de­lia. - Ala­stair, wybie­ra­łam się tam tylko ze względu na cie­bie!

- Uzna­łem, że nie­stety moje zapro­sze­nie zapo­działo się na poczcie - odparł Ala­stair i mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką. - Sam znajdę sobie roz­rywkę, mamo. Nie­któ­rzy z nas mają coś do roboty i nie mogą doka­zy­wać o każ­dej porze dnia i nocy.

- Doprawy, wy dwoje! - zbesz­tała ich Sona, krę­cąc głową.

Cor­de­lia uznała to za nad­zwy­czaj nie­spra­wie­dliwe. Ona tylko popra­wiła brata, gdy skła­mał.

Sona oparła rękę na krzyżu i wes­tchnęła.

- Powin­nam poroz­ma­wiać z Risą o jutrzej­szym dniu. Na­dal jest tyle do zro­bie­nia.

- Powin­naś odpo­czy­wać! - zawo­łał Ala­stair, gdy matka ruszyła kory­ta­rzem do kuchni. Kiedy tylko znik­nęła im z oczu, Ala­stair odwró­cił się do Cor­de­lii z gra­dową miną. - Cze­kała na ojca? - zapy­tał szep­tem. - Wciąż na niego czeka? Dla­czego musi się tak zadrę­czać?

Cor­de­lia wzru­szyła bez­rad­nie ramio­nami.

- Kocha go.

Ala­stair się żach­nął.

- Czi! Cho­dah mar­gam bedeh! - powie­dział, co Cor­de­lia uznała za nad­zwy­czaj nie­grzeczne.

- Miłość nie zawsze jest roz­sądna - odparła, a wtedy Ala­stair szybko odwró­cił wzrok.

Nie wspo­mi­nał przy Cor­de­lii o Char­le­sie od paru mie­sięcy i cho­ciaż otrzy­my­wał listy skre­ślone sta­ran­nym cha­rak­te­rem pisma Char­lesa, to Cor­de­lia widziała wię­cej niż jeden w koszu, nie­otwarty.

- Mimo wszystko wola­ła­bym, żeby cho­ciaż przy­słał wia­do­mość, że ma się dobrze - dodała po chwili. - Przez wzgląd na matkę.

- Wróci w swoim cza­sie. W naj­gor­szej moż­li­wej chwili, jak go znam.

Cor­de­lia pogła­skała pal­cem mię­ciutką jagnięcą wełnę mufki.

- Nie chcesz, żeby wró­cił?

Twarz Ala­sta­ira niczego nie wyra­żała. Przez wiele lat chro­nił Cor­de­lię przed prawdą, tłu­ma­cząc "napady złego samo­po­czu­cia" ojca i jego czę­stą nie­obec­ność. Parę mie­sięcy temu Cor­de­lia odkryła, ile Ala­sta­ira to kosz­to­wało, nie­wi­dzialne bli­zny, które tak skru­pu­lat­nie ukry­wał.

Już miał odpo­wie­dzieć, kiedy za oknem roz­le­gło się echo koń­skich kopyt na bruku, nieco stłu­mione z powodu wciąż pada­ją­cego śniegu. Ciemny kształt powozu zatrzy­mał się przy latarni ulicz­nej przed domem. Ala­stair odsu­nął zasłonę w oknie i zmarsz­czył czoło.

- To powóz Fair­chil­dów - zdzi­wił się. - Jame­sowi nie chciało się po cie­bie przy­je­chać, więc przy­słał swo­jego para­ba­tai?

- To nie w porządku - zapro­te­sto­wała ostro Cor­de­lia. - Sam dobrze to wiesz.

Ala­stair się zawa­hał.

- Chyba tak. Heron­dale wyka­zał się obo­wiąz­ko­wo­ścią.

Cor­de­lia patrzyła, jak Mat­thew Fair­child wyska­kuje lekko z powozu. Nie mogła powstrzy­mać nagłego lęku - a może James spa­ni­ko­wał i przy­słał Mat­thew, żeby zerwał z nią w jego imie­niu w wie­czór przed ślu­bem?

Nie wygłu­piaj się, zbesz­tała się w myślach. Mat­thew pogwiz­dy­wał, wcho­dząc po scho­dach. Zie­mia była bie­lutka od śniegu, pozna­czona tu i ówdzie śla­dami butów. Płatki już osia­dły na ramio­nach płasz­cza z futrza­nym koł­nie­rzem, który miał na sobie Mat­thew. Krysz­tałki błysz­czały w jego jasnych wło­sach, na wyra­zi­stych kościach policz­ko­wych malo­wały się rumieńce. Wyglą­dał jak anioł nama­lo­wany przez Cara­vag­gia i opró­szony śnie­giem. Nie pogwiz­dy­wałby, gdyby przy­cho­dził ze złymi wia­do­mo­ściami, prawda?

Cor­de­lia otwo­rzyła drzwi i zoba­czyła Mat­thew na fron­to­wych scho­dach, gdzie przy­tu­py­wał, żeby otrzą­snąć śnieg z trze­wi­ków.

- Witaj, moja droga - powie­dział do Cor­de­lii. - Przy­sze­dłem, żeby zabrać cię na szczyt wzgó­rza, skąd oboje sto­czymy się na roz­chwie­ru­ta­nym kawałku drewna, nad któ­rym nie da się zapa­no­wać.

Cor­de­lia się uśmiech­nęła.

- Brzmi cudow­nie. A co zro­bimy potem?

- Z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn wesp­niemy się z powro­tem na wzgó­rze, żeby to powtó­rzyć. Podobno to jakaś mania zwią­zana z obec­no­ścią śniegu.

- Gdzie jest James? - prze­rwał im Ala­stair. - No wiesz, ten z was, który rze­czy­wi­ście powi­nien się tu zja­wić.

Mat­thew spoj­rzał na Ala­sta­ira z nie­chę­cią. Cor­de­lii jak zwy­kle zaci­snęło się serce. Tak to teraz zawsze wyglą­dało, gdy Ala­stair miał do czy­nie­nia z któ­rymś z Weso­łych Zło­dzie­jasz­ków. Nagle, parę mie­sięcy temu, wszy­scy zaczęli odno­sić się do Ala­sta­ira ze znacz­nie więk­szą nie­chę­cią niż dotąd, a ona nie miała poję­cia, co się stało. Nie potra­fiła się zmu­sić, żeby zapy­tać.

- James został wezwany w waż­nej spra­wie.

- W jakiej?

- Nie two­jej - odparł Mat­thew, nie kry­jąc zado­wo­le­nia z sie­bie. - Sam się pro­si­łeś o taką odpo­wiedź, co?

Czarne oczy Ala­sta­ira zabły­sły.

- Lepiej nie ścią­gnij kło­po­tów na moją sio­strę, Fair­child. Wiem, w jakim towa­rzy­stwie się obra­casz.

- Ala­stair, prze­stań - ode­zwała się Cor­de­lia. - Naprawdę zamie­rzasz odpu­ścić sobie przy­ję­cie u Poun­ce­bych czy tylko doku­cza­łeś matce? Jeśli to dru­gie, to czy masz ochotę towa­rzy­szyć mnie i Mat­thew w powo­zie?

Ala­stair zer­k­nął na Mat­thew.

- Dla­czego nie nosisz kape­lu­sza?

- Żeby zasło­nić takie włosy? - Mat­thew teatral­nym gestem wska­zał złote loki. - A przy­sła­niał­byś słońce?

Mina Ala­sta­ira świad­czyła, że nawet demon­stra­cyjne wywra­ca­nie oczami nie wystar­czy­łoby w tej sytu­acji.

- Wybie­ram się na spa­cer - oznaj­mił i wyszedł.

***

Cor­de­lia wes­tchnęła i ruszyła do powozu z Mat­thew. South Ken­sing­ton wyglą­dało jak z bajki, z bia­łymi domami powle­czo­nymi skrzą­cym się lodem i latar­niami oto­czo­nymi aure­olami świa­tła roz­pro­szo­nego w zmięk­czo­nej śnie­giem mgle.

- Mam wra­że­nie, że cią­gle prze­pra­szam za Ala­sta­ira. W zeszłym tygo­dniu mle­czarz się przez niego popła­kał.

Mat­thew podał jej rękę, poma­ga­jąc wsiąść do powozu.

- Ni­gdy nie prze­pra­szaj mnie za Ala­sta­ira. Jest adwer­sa­rzem, dzięki któ­remu mogę ostrzyć swój dow­cip.

Usiadł obok niej i zamknął cięż­kie drzwi. Obite jedwa­biem wnę­trze było przy­tulne dzięki mięk­kim podusz­kom i aksa­mit­nym zasłon­kom w oknach. Cor­de­lia roz­sia­dła się wygod­nie. Dotyk rękawa płasz­cza Mat­thew na jej dłoni dzia­łał uspo­ka­ja­jąco.

- Mam wra­że­nie, że nie widzia­łam cię całe wieki - powie­działa do Mat­thew, z rado­ścią zmie­nia­jąc temat. - Sły­sza­łam, że twoja matka wró­ciła z Idrisu? A Char­les z Paryża?

Jako kon­sul matka Mat­thew, Char­lotte, czę­sto opusz­czała Lon­dyn. Jej syn, Char­les, brat Mat­thew, pra­co­wał w Insty­tu­cie Pary­skim i uczył się poli­tyki - wszy­scy wie­dzieli, że Char­les ma nadzieję zostać pew­nego dnia następ­nym kon­sulem.

Mat­thew prze­cze­sał włosy pal­cami, zrzu­ca­jąc krysz­tałki lodu.

- Znasz matkę: gdy tylko wysią­dzie z powozu, zaraz znowu dokądś pędzi. Oczy­wi­ście Char­les nie tra­cił czasu i natych­miast odwie­dził ją w domu, żeby przy­po­mnieć Insty­tu­towi Pary­skiemu, jak bli­sko jest kon­sul, jak bar­dzo polega ona na jego radach. Pero­ro­wał w naj­lep­sze, zadrę­cza­jąc ojca i Mar­tina Wen­twor­tha, kiedy wycho­dzi­łem. Prze­rwał im par­tię sza­chów i pró­bo­wał wcią­gnąć w dys­ku­sję na temat poli­tyki Pod­ziem­nych we Fran­cji. Wen­tworth wła­ści­wie spra­wiał wra­że­nie zde­spe­ro­wa­nego, pew­nie miał nadzieję, że Chri­sto­pher spo­wo­duje kolejny wybuch w labo­ra­to­rium i da mu oka­zję do ucieczki.

- Kolejny wybuch?

Mat­thew uśmiech­nął się sze­roko.

- Kit pra­wie spa­lił Tho­ma­sowi brwi przy ostat­nim eks­pe­ry­men­cie. Twier­dzi, że jest bli­ski spra­wienia, że proch będzie się zapa­lał nawet w obec­no­ści runów, ale Tho­mas nie ma już brwi, które mógłby zło­żyć w ofie­rze na ołta­rzu nauki.

Cor­de­lia pró­bo­wała wymy­ślić coś, co mogłaby powie­dzieć na temat brwi Tho­masa, ale nic nie przy­cho­dziło jej do głowy.

- W porządku - powie­działa, obej­mu­jąc się rękami. - Pod­daję się. Gdzie jest James? Prze­stra­szył się i czmych­nął do Fran­cji? Ślub jest odwo­łany?

Mat­thew wyjął srebrną pier­siówkę z kie­szeni płasz­cza i wypił łyczek, zanim odpo­wie­dział. Chciał zyskać na cza­sie? Rze­czy­wi­ście spra­wia wra­że­nie nieco zmar­twio­nego, uznała Cor­de­lia.

- Nie­stety to moja wina - przy­znał. - Moja i pozo­sta­łych Weso­łych Zło­dzie­jasz­ków, jeśli mam być uczciwy. W ostat­niej chwili wypra­wi­li­śmy dla niego przy­ję­cie, bo nie mogli­śmy pozwo­lić, żeby poszedł do ołta­rza bez tego. Moim zada­niem jest dopil­no­wać, żebyś nic nie wie­działa o tych skan­da­licz­nych obcho­dach.

Cor­de­lii ulżyło. James jej nie porzu­cił. Oczy­wi­ście, że jej nie porzu­cił, ni­gdy by tego nie zro­bił. W końcu to James.

Wypro­sto­wała się.

- Skoro wła­śnie mi powie­dzia­łeś, że zabawa będzie skan­da­liczna, czy to nie zna­czy, że zawa­li­łeś sprawę?

- W żad­nym razie! - Mat­thew napił się znowu z pier­siówki, zanim scho­wał ją z powro­tem do kie­szeni. - Powie­dzia­łem ci tylko, że James spę­dza wigi­lię ślubu z przy­ja­ciółmi. Na ile się orien­tu­jesz, popi­jają her­batkę i stu­diują histo­rię bawar­skich faerie. Mam dopil­no­wać, żebyś niczego innego nie pomy­ślała.

Cor­de­lia nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu.

- A jak zamie­rzasz tego doko­nać?

- Odwo­żąc cię na twoją wła­sną skan­da­liczną zabawę, rzecz jasna. Chyba nie myśla­łaś, że naprawdę wybie­ramy się do Poun­ce­bych?

Cor­de­lia odsu­nęła zasłonę powozu i wyj­rzała. Zamiast zoba­czyć otu­lone zimo­wym śnie­giem ulice ze szpa­le­rami drzew w Ken­sing­ton, odkryła, że doje­chali do obrzeży West Endu. Tutej­sze ulice były wąskie i zamglone, wszę­dzie krę­ciły się tłumy ludzi roz­ma­wia­ją­cych w tuzi­nie róż­nych języ­ków, grze­ją­cych ręce przy ogniach pło­ną­cych w becz­kach z ole­jem.

- Soho? - zacie­ka­wiła się. - Co... Hell Ruelle?

Mat­thew uniósł brew.

- A gdzieżby indziej?

Hell Ruelle to był nocny klub i salon Pod­ziem­nych, dzia­ła­jący kilka wie­czo­rów w tygo­dniu w na pozór zupeł­nie nija­kim budynku przy Ber­wick Street. Cor­de­lia była tam już dwa razy, parę mie­sięcy temu. To były pamiętne wizyty.

Opu­ściła zasłonę i odwró­ciła się do Mat­thew, który przy­glą­dał jej się uważ­nie. Udała, że powstrzy­muje ziew­nię­cie.

- Ruelle, naprawdę? Znowu? Bywam tam tak czę­sto, że rów­nie dobrze to mógłby być klub bry­dżowy dla pań. Na pewno znasz jakieś bar­dziej skan­da­liczne miej­sce, co?

Mat­thew uśmiech­nął się sze­roko.

- Czy ty pro­sisz, żebym zabrał cię do Zajazdu pod Ogo­lo­nym Wil­ko­ła­kiem?

Cor­de­lia zdzie­liła go mufką.

- Takie miej­sce nawet nie ist­nieje. Nie zamie­rzam w to uwie­rzyć.

- Uwierz mi, że ist­nieje nie­wiele miejsc bar­dziej skan­da­licz­nych od Ruelle, jed­nak James ni­gdy by mi nie wyba­czył, gdy­bym cię do któ­re­goś z nich zabrał. Depra­wo­wa­nie oblu­bie­nicy swo­jego para­ba­tai to nie­spor­towe zacho­wa­nie.

Cor­de­lia prze­stało być do śmie­chu. Nagle ogar­nęło ją ogromne zmę­cze­nie.

- Och, Mat­thew, prze­cież wiesz, że to mał­żeń­stwo na niby. Nie ma zna­cze­nia, co ja robię. Jamesa w ogóle to nie obcho­dzi.

Mat­thew zawa­hał się. Cor­de­lia prze­rwała grę pozo­rów i to go zasko­czyło. Jed­nakże jemu ni­gdy nie odej­mo­wało mowy na zbyt długo.

- Oczy­wi­ście, że James się przej­muje - odparł, kiedy powóz skrę­cił w Ber­wick Street. - Może nie w taki spo­sób, w jaki wszy­scy sobie wyobra­żają, ale wąt­pię, żeby mał­żeń­stwo z Jame­sem oka­zało się ciężką próbą. Poza tym to tylko rok, prawda?

Cor­de­lia zamknęła oczy. Taką umowę zawarła z Jame­sem - jeden rok mał­żeń­stwa, żeby oca­lić repu­ta­cję ich obojga. Potem ona powinna zło­żyć pozew o roz­wód. Roz­staną się polu­bow­nie i pozo­staną przy­ja­ciółmi.

- Tak - odpo­wie­działa. - Tylko rok.

Powóz zatrzy­mał się tuż pod latar­nią, któ­rej żółte świa­tło oświe­tliło twarz Mat­thew. Cor­de­lia poczuła ukłu­cie w sercu. Mat­thew wie­dział to samo, co wszy­scy inni, nawet James. Zoba­czyła jed­nak w jego oczach coś, co spra­wiło, że prze­stra­szyła się, że Mat­thew domy­śla się, jak wygląda ostatni kawa­łek ukła­danki, który ukry­wała przed wszyst­kimi poza sobą. Nie znio­słaby lito­ści. Nie znio­słaby, gdyby ktoś wie­dział, jak roz­pacz­li­wie kocha Jamesa i jak bar­dzo żałuje, że ich mał­żeń­stwo nie będzie praw­dziwe.

Mat­thew otwo­rzył drzwi powozu, za któ­rymi uka­zał się chod­nik przy Ber­wick Street, lśniący od sto­pio­nego śniegu. Wysko­czył nań i po krót­kiej roz­mo­wie z doroż­ka­rzem podał rękę Cor­de­lii, by pomóc jej wysiąść.

Do Hell Ruelle szło się wąskim zauł­kiem zwa­nym Tyler's Court. Mat­thew wziął Cor­de­lię pod ramię i razem ruszyli przez cie­nie.

- Przy­szło mi na myśl, że my znamy prawdę, lecz reszta Enklawy nie - ode­zwał się. - Pamię­tasz, jakim utra­pie­niem byli, kiedy przy­je­cha­łaś do Lon­dynu? A teraz z punktu widze­nia tej pyszał­ko­wa­tej grupki wycho­dzisz za mąż za jedną z naj­lep­szych par­tii w tym kraju. Popatrz na Rosa­mund Wen­tworth. Zarę­czyła się z Tho­bym Bay­bro­okiem tylko po to, żeby dowieść, że nie ty jedna wycho­dzisz za mąż.

- Naprawdę? - Cor­de­lia była uba­wiona. Ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że miała coś wspól­nego z zapo­wie­dzią ślubu Rosa­mund. - Zakła­dam jed­nak, że to mał­żeń­stwo z miło­ści.

- Ja tylko zwra­cam uwagę na budzący wąt­pli­wo­ści dobór chwili. - Mat­thew mach­nął non­sza­lancko ręką. - Rzecz w tym, że rów­nie dobrze możesz cie­szyć się z tego, że zazdro­ści ci cały Lon­dyn. Wszy­scy, któ­rzy drwili z cie­bie, kiedy przy­je­cha­łaś, wszy­scy, któ­rzy patrzyli na cie­bie z góry z powodu two­jego ojca albo powta­rzali plotki, teraz zzie­le­nieją z zazdro­ści, żału­jąc, że nie są na twoim miej­scu. Ciesz się tym.

Cor­de­lia się zaśmiała.

- Zawsze znaj­dziesz naj­bar­dziej deka­denc­kie roz­wią­za­nie pro­blemu.

- Uwa­żam, że deka­den­cja to cenna per­spek­tywa, którą zawsze należy wziąć pod uwagę.

Dotarli do wej­ścia do Hell Ruelle i weszli pry­wat­nymi drzwiami do wąskiego kory­ta­rza obwie­szo­nego cięż­kimi gobe­li­nami. Kory­tarz wyglą­dał na przy­brany z myślą o Bożym Naro­dze­niu (cho­ciaż do świąt zostało jesz­cze wiele tygo­dni); gobe­liny przy­brano zie­lo­nymi gałąz­kami sple­cio­nymi z bia­łymi różami i czer­wo­nymi makami.

Poko­nali labi­rynt małych salo­nów i zna­leźli się w głów­nym ośmio­kąt­nym pomiesz­cze­niu Ruelle. Pokój prze­szedł prze­mianę - migo­czące drzewa o nagich kona­rach i pniach poma­lo­wa­nych na biało stały w regu­lar­nych odstę­pach przy­brane ciem­no­zie­lo­nymi wień­cami i szkla­nymi czer­wo­nymi kulami. Skrzący się fresk przed­sta­wiał zimową sce­ne­rię: lodo­wiec oko­lony zagaj­ni­kiem ośnie­żo­nych sosen, sowy wyglą­da­jące z cieni mię­dzy drze­wami. Czar­no­włosa kobieta o wężo­wym ciele owi­jała się wokół tra­fio­nego przez bły­ska­wicę drzewa; jej łuski lśniły złotą farbą. Na prze­dzie pokoju Mal­com Fade, fio­le­to­wo­oki Naj­wyż­szy Cza­row­nik Lon­dynu, prze­wo­dził gru­pie faerie w nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nym tańcu.

Na pod­ło­dze walały się stosy cze­goś, co wyglą­dało jak śnieg, ale przy bliż­szym zba­da­niu oka­zało się deli­kat­nym pocię­tym papie­rem, który uno­sił się i two­rzył zaspy, wzbi­jany przez tań­czą­cych Pod­ziem­nych. Oczy­wi­ście nie wszy­scy tań­czyli - wielu gości salonu tło­czyło się przy małych okrą­głych sto­li­kach, trzy­ma­jąc w dło­niach mie­dziane kubki z grza­nym winem. Nie­opo­dal wil­ko­łak i faerie sie­dzieli razem, sprze­cza­jąc się o auto­no­mię Irlan­dii. Cor­de­lię zawsze zdu­mie­wało to, jak różni Pod­ziemni bywali w Hell Ruelle. Jakby zapo­mi­nano tu o zwy­kłej wro­go­ści mię­dzy wam­pi­rami i wil­ko­łakami albo mię­dzy róż­nymi dwo­rami faerie przez wzgląd na sztukę i poezję. Mogła zro­zu­mieć, dla­czego Mat­thew tak bar­dzo lubił to miej­sce.

- No pro­szę, pro­szę, mój ulu­biony Nocny Łowca - roz­legł się zna­jomy głos.

Cor­de­lia odwró­ciła się i roz­po­znała Claude'a Kel­ling­tona, mło­dego wil­ko­łaka i muzyka, który zaj­mo­wał się roz­rywką w Ruelle. Sie­dział przy sto­liku z faerie, która miała dłu­gie nie­bie­sko-zie­lone włosy. Zer­k­nęła z zacie­ka­wie­niem na Cor­de­lię.

- Widzę, że przy­pro­wa­dzi­łaś Fair­childa - dodał Kel­ling­ton. - Prze­ko­naj go, żeby stał się bar­dziej zabawny. Ni­gdy nie tań­czy.

- Claude, jestem klu­czową posta­cią dla orga­ni­zo­wa­nych przez cie­bie roz­ry­wek - odparł Mat­thew. - Jestem nie­za­stą­piony. Jestem żywo reagu­jącą publicz­no­ścią.

- To przy­pro­wa­dzaj mi wię­cej takich wyko­naw­ców jak ona - powie­dział Kel­ling­ton, wska­zu­jąc Cor­de­lię. - O ile spo­tkasz kogoś takiego.

Cor­de­lia przy­po­mniała sobie swój występ, który zro­bił ogromne wra­że­nie na Kel­ling­to­nie. Zatań­czyła na sce­nie w Ruelle tak skan­da­licz­nie, że sama sie­bie zaszo­ko­wała. Sta­rała się teraz nie czer­wie­nić, ale spra­wiać wra­że­nie wyra­fi­no­wa­nej dziew­czyny, która jest gotowa zatań­czyć jak Salome na każde zawo­ła­nie.

Ski­nęła głową, spo­glą­da­jąc na wieńce.

- Czyli w Hell Ruelle też obcho­dzi się Boże Naro­dze­nie?

- Nie do końca.

Cor­de­lia odwró­ciła się i zoba­czyła Hypa­tię Vex, patronkę Hell Ruelle. Cho­ciaż budy­nek nale­żał do Mal­colma Fade'a, to Hypa­tia zapra­szała gości. Bez jej apro­baty nikt nie prze­stą­piłby progu salonu. Nosiła mie­niącą się czer­woną suk­nię, w chmurę ciem­nych wło­sów miała wpiętą pozła­caną peonię.

- W Ruelle nie świę­tu­jemy Bożego Naro­dze­nia. Tutejsi bywalcy mogą robić w domach, co zechcą, rzecz jasna, ale w grud­niu w Ruelle składa się hołd swo­jej patronce pod­czas święta Festum Lamia.

- Swo­jej patronce? Czyli... tobie? - zdu­miała się Cor­de­lia.

W cha­rak­te­ry­stycz­nych - z racji źre­nic w kształ­cie gwiazd - oczach Hypa­tii poja­wił się błysk roz­ba­wie­nia.

- Jego kosmicz­nej patronce. Naszej pro­to­pla­stce, zwa­nej przez nie­któ­rych matką cza­row­ni­ków, przez innych matką demo­nów.

- Ach, Lilith - zro­zu­miał Mat­thew. - Teraz, kiedy już zwró­ci­łaś na to uwagę, to rze­czy­wi­ście wśród deko­ra­cji jest wię­cej sów niż zwy­kle.

- Sowa to jeden z jej sym­boli - powie­działa Hypa­tia, prze­su­wa­jąc dło­nią po opar­ciu krze­sła Kel­ling­tona. - Pod­czas pierw­szych dni ist­nie­nia Ziemi Bóg stwo­rzył żonę dla Adama. Nazy­wała się Lilith i nie chciała speł­niać życzeń Adama, więc została wyrzu­cona z ogrodu Edenu. Spół­ko­wała z demo­nem Sama­elem i miała z nim wiele demo­nicz­nych dzieci, któ­rych potom­stwo było pierw­szymi cza­row­ni­kami. To roz­gnie­wało Niebo i trzech mści­wych anio­łów - Sanvi, San­sa­nvi i Seman­ge­laf zesłano, żeby uka­rali Lilith. Anioły uczy­niły ją bez­płodną i wygnały do Edomu, na pust­ko­wie, gdzie żyły stwo­rze­nia nocy i sowy. Prze­bywa tam do tej pory. Wyciąga jed­nak cza­sem dłoń, żeby pomóc cza­row­ni­kom, któ­rzy są wierni jej spra­wie.

Cor­de­lia znała więk­szą część tej histo­rii, cho­ciaż według legend Noc­nych Łow­ców trójka anio­łów była boha­te­rami i obroń­cami. Ósmego dnia po naro­dzi­nach dziecka Nocni Łowcy prze­pro­wa­dzali rytuał - imiona Sanvi, San­sa­nvi i Seman­ge­laf były recy­to­wane jako zaklę­cie przez Cichych Braci i Żela­zne Sio­stry. W ten spo­sób zamy­kano duszę dziecka, jak wyja­śniła to kie­dyś Cor­de­lii Sona, przed wszel­kimi demo­nicz­nymi wpły­wami i pró­bami opę­ta­nia.

Cor­de­lia uznała, że pew­nie lepiej o tym teraz nie wspo­mi­nać.

- Mat­thew obie­cał mi coś skan­da­licz­nego, ale podej­rze­wam, że Clave krzywo patrzy na Noc­nych Łow­ców, któ­rzy uczest­ni­czą w przy­ję­ciach uro­dzi­no­wych zna­nych demo­nów - powie­działa.

- To nie są jej uro­dziny - odpo­wie­działa Hypa­tia. - To tylko święto. Wie­rzymy, że w tym cza­sie opu­ściła Eden.

- Czer­wone bańki na drze­wach - zro­zu­miała wresz­cie Cor­de­lia. - To jabłka. Zaka­zany owoc.

- Hell Ruelle roz­ko­szuje się spo­ży­wa­niem tego, co zaka­zane - powie­działa z uśmie­chem Hypa­tia. - Wie­rzymy, że tabu czyni zaka­zany owoc słod­szym.

Mat­thew wzru­szył ramio­nami.

- Nie widzę powodu, dla któ­rego Clave mia­łoby mieć coś prze­ciwko temu. Wąt­pię, żeby­śmy musieli uczcić Lilith czy cokol­wiek w tym stylu. To tylko deko­ra­cje.

Hypa­tia była roz­ba­wiona.

- Oczy­wi­ście, że to tylko deko­ra­cje. A skoro o tym mowa...

Zer­k­nęła zna­cząco na towa­rzyszkę Kel­ling­tona, która wstała i zaofe­ro­wała jej swoje miej­sce. Hypa­tia usia­dła, nawet na nią nie patrząc, i roz­ło­żyła wokół sie­bie suk­nię. Faerie znik­nęła w tłu­mie, a Hypa­tia kon­ty­nu­owała:

- Moje pudełko Pyxis znik­nęło tego wie­czoru, kiedy była tu pani ostat­nim razem, panno Car­sta­irs. Mat­thew też tu był, pamię­tam. Zasta­na­wiam się, czy nie­umyśl­nie poda­ro­wa­łam wam to pudełko?

O, nie. Cor­de­lia pomy­ślała o pudełku Pyxis, które ukra­dli parę mie­sięcy temu. Wybu­chło pod­czas walki z demo­nem Man­di­kho­rem. Spoj­rzała na Mat­thew. On wzru­szył ramio­nami i zgar­nął kubek grzańca z tacy, z którą prze­cho­dził kel­ner-faerie. Cor­de­lia odchrząk­nęła.

- Wydaje mi się, że tak wła­śnie było. Mam wra­że­nie, że życzy­łaś mi przy tym szczę­ścia w przy­szło­ści.

- Nie dość, że był to poda­rek, który świad­czył o nie­zwy­kłej życz­li­wo­ści, to jesz­cze bar­dzo się przy­dał w rato­wa­niu Lon­dynu przed znisz­cze­niem - dodał Mat­thew.

- Tak - zgo­dziła się z nim Cor­de­lia. - Oka­zał się klu­czowy, abso­lut­nie nie­zbędny w zapo­bie­że­niu kata­stro­fie.

- Panie Fair­child, ma pan fatalny wpływ na pannę Car­sta­irs. Zaczyna się robić nie­po­ko­jąco bez­czelna. - Hypa­tia spoj­rzała na Cor­de­lię, ale z jej oczu nie dało się niczego wyczy­tać. - Muszę przy­znać, że tro­chę się dzi­wię, widząc cię tu dzi­siej­szego wie­czoru. Spo­dzie­wa­ła­bym się, że Nocna Łow­czyni w wie­czór przed ślu­bem sie­dzi i ostrzy broń albo ścina głowy mane­ki­nom.

Cor­de­lia zaczęła się zasta­na­wiać, dla­czego Mat­thew przy­pro­wa­dził ją do Ruelle. Nikt nie chce spę­dzać wie­czoru panień­skiego, słu­cha­jąc drwin wynio­słej cza­row­nicy, nawet wziąw­szy pod uwagę cie­kawe deko­ra­cje.

- Nie jestem zwy­kłą panną młodą - odparła.

Hypa­tia się uśmiech­nęła.

- Skoro tak mówisz. Chyba jest tu paru gości, któ­rzy cię ocze­kują.

Cor­de­lia spoj­rzała przez pokój i ku swo­jemu zasko­cze­niu zoba­czyła dwie zna­jome postaci sie­dzące przy sto­liku. Anna Ligh­twood, która jak zawsze wyglą­dała olśnie­wa­jąco w dopa­so­wa­nym sur­du­cie i nie­bie­skich getrach, oraz Lucie Heron­dale, która wyglą­dała schlud­nie i ład­nie w sukni w odcie­niu kości sło­nio­wej z nie­bie­skimi kora­li­kami. Lucie machała do niej ener­gicz­nie.

- Zapro­si­łeś je? - zapy­tała Mat­thew, który znowu wyjął pier­siówkę, przy­su­nął do ust i skrzy­wił się, gdy oka­zała się pusta. Scho­wał ją z powro­tem do kie­szeni. Oczy mu błysz­czały.

- Ow­szem - odpo­wie­dział. - Nie mogę zostać, muszę jechać na przy­ję­cie Jamesa, ale chcia­łem dopil­no­wać, żebyś miała dobre towa­rzy­stwo. Zostały pouczone, że mają tań­czyć z tobą i pić przez cały wie­czór. Miłej zabawy.

- Dzię­kuję. - Cor­de­lia pochy­liła się, żeby poca­ło­wać Mat­thew w poli­czek, który pach­niał goź­dzi­kami i brandy, ale on w tej samej chwili obró­cił twarz, więc musnęła go w usta. Odsu­nęła się szybko, widząc, że Kel­ling­ton i Hypa­tia przy­glą­dają się im czuj­nie.

- Zanim wyj­dziesz, Fair­child... widzę, że twoja pier­siówka jest pusta - ode­zwał się Kel­ling­ton. - Chodź ze mną do baru, napeł­nię ją, czym­kol­wiek zechcesz.

Przy­glą­dał się Mat­thew z zacie­ka­wie­niem, tro­chę tak, jak patrzył na Cor­de­lię po jej tańcu. Z gło­dem.

- Ni­gdy nie odmó­wił­bym ofer­cie, która brzmi "co tylko zechcesz" - odparł Mat­thew i odszedł z Kel­ling­to­nem.

Cor­de­lia zasta­na­wiała się, czy nie zawo­łać za nim, ale zre­zy­gno­wała. Poza tym Anna przy­wo­ły­wała ją do sto­lika.

Ruszyła przez salę, kiedy coś przy­cią­gnęło jej wzrok: dwóch męż­czyzn w cie­niu sto­ją­cych bli­sko sie­bie. Zdała sobie nagle sprawę, że to Mat­thew i Kel­ling­ton. Mat­thew opie­rał się o ścianę, a nad nim pochy­lał się wyż­szy od niego Kel­ling­ton.

Kel­ling­ton oparł dłoń na karku Mat­thew i wsu­nął palce w jego włosy.

Cor­de­lia zoba­czyła jesz­cze, że Mat­thew pokrę­cił głową, ale wtedy kolejni tan­ce­rze dołą­czyli do tłumu na par­kie­cie i prze­sło­nili jej widok. Kiedy się prze­su­nęli, Mat­thew już nie było, a Kel­ling­ton, który miał minę jak gra­dowa chmura, szedł przez salon do Hypa­tii. Cor­de­lia zasta­na­wiała się, dla­czego ten widok tak ją zaszo­ko­wał - wie­działa prze­cież, że Mat­thew lubi zarówno męż­czyzn, jak i kobiety, a poza tym z nikim nie był zwią­zany, mógł robić, co chciał. Mimo wszytko spo­sób bycia Kel­ling­tona, ogól­nie rzecz bio­rąc, ją kon­ster­no­wał. Miała nadzieję, że Mat­thew będzie ostrożny...

Ktoś poło­żył rękę na jej ramie­niu.

Obró­ciła się gwał­tow­nie i zoba­czyła kobietę, faerie, która sie­działa wcze­śniej z Kel­ling­to­nem. Nosiła aksa­mitną suk­nię w kolo­rze szma­rag­dów i naszyj­nik z błysz­czą­cych nie­bie­skich kamieni.

- Wybacz, że się wtrą­cam - wyrzu­ciła bez tchu, jakby się dener­wo­wała. - Czy to ty... Czy to ty tań­czy­łaś dla nas parę mie­sięcy temu?

- Tak - odpo­wie­działa ostroż­nie Cor­de­lia.

- Tak mi się wyda­wało - powie­działa faerie. Była blada i patrzyła na Cor­de­lię w sku­pie­niu. - Podzi­wiam twoje umie­jęt­no­ści. I miecz, rzecz jasna. Czy mam rację, że ostrze, które nosisz, to sama Cor­tana? - Ostat­nie słowa wyszep­tała, jakby samo ich wymó­wie­nie wyma­gało odwagi.

- Nie, skąd - odpo­wie­działa Cor­de­lia. - To tylko pod­róbka. Ład­nie zro­biona replika.

Faerie wpa­try­wała się w nią przez chwilę, a potem wybuch­nęła śmie­chem.

- Och, świetne! Zapo­mi­nam cza­sem, że śmier­tel­nicy żar­tują. To taki rodzaj kłam­stwa, który ma być zabawny, prawda? Jed­nak każdy praw­dziwy faerie roz­po­znałby dzieło Way­landa Kowala. - Popa­trzyła na miecz z podzi­wem. - Pozwolę sobie powie­dzieć, że Way­land to naj­więk­szy żyjący kowal na Wyspach Bry­tyj­skich.

Cor­de­lię zatkało.

- Żyjący?! - powtó­rzyła. - Chcesz powie­dzieć, że Way­land Kowal na­dal żyje?

- Ależ oczy­wi­ście! - odpo­wie­działa faerie, klasz­cząc w dło­nie, a Cor­de­lia zasta­na­wiała się, czy zaraz jej powie, że Way­land Kowal to pijany goblin, który sie­dzi w kącie z aba­żu­rem na gło­wie. - Od stu­leci żadne jego dzieło nie tra­fiło do ludz­kich rąk, ale podobno na­dal ma swoją kuź­nię pod kur­ha­nem w Berk­shire Downs.

- Doprawdy - powie­działa Cor­de­lia, pró­bu­jąc pochwy­cić spoj­rze­nie Anny. Liczyła na ratu­nek. - Jakie to cie­kawe.

- Gdy­byś chciała spo­tkać twórcę Cor­tany, to mogę cię tam zabrać. Trzeba minąć wiel­kiego bia­łego konia i wejść pod wzgó­rze. Wystar­czą moneta i obiet­nica...

- Nie - odpo­wie­działa sta­now­czo Cor­de­lia. Może i była tak naiwna, jak bywalcy Ruelle uwa­żali, ale nawet ona wie­działa, jak należy odpo­wie­dzieć faerie, gdy pró­buje zawrzeć z tobą umowę. - Miłej zabawy, muszę już iść.

Kiedy się odwró­ciła, kobieta ode­zwała się cichym gło­sem:

- Nie musisz wycho­dzić za męż­czy­znę, który cię nie kocha, wiesz?

Cor­de­lia zamarła. Obej­rzała się przez ramię. Faerie patrzyła na nią, ale całe roz­ma­rze­nie znik­nęło z jej twa­rzy. Teraz jej rysy się wyostrzyły.

- Ist­nieją inne ścieżki - powie­działa. - Mogę pomóc.

Cor­de­lia przy­brała bez­na­miętną minę.

- Przy­ja­ciółki na mnie cze­kają - oznaj­miła i ode­szła z mocno biją­cym ser­cem.

Opa­dła na krze­sło naprze­ciwko Anny i Lucie. Powi­tały ją entu­zja­stycz­nie, ale ona myślami była gdzie indziej.

"Męż­czy­zna, który cię nie kocha". Skąd faerie to wie­działa?

- Daisy! - wykrzyk­nęła Anna. - Uwa­żaj tro­chę. Cac­kamy się z tobą...

Piła bla­dego szam­pana z wąskiego kie­liszka i gdy mach­nęła pal­cami, poja­wił się drugi, który podała Cor­de­lii.

- Hura! - zawo­łała zachwy­cona Lucie, a potem, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc swój cydr oraz przy­ja­ciółki, powró­ciła do bazgra­nia w notat­niku na prze­mian z gapie­niem się w pustą prze­strzeń.

- Dopa­dła cię inspi­ra­cja, skar­bie? - zagad­nęła ją Cor­de­lia.

Serce powoli jej się uspo­ka­jało. Wmó­wiła sobie sta­now­czo, że faerie gadała od rze­czy. Pew­nie usły­szała, jak Hypa­tia roz­ma­wiała z Cor­de­lią o ślu­bie, i uznała, że spró­buje wyko­rzy­stać wąt­pli­wo­ści panny mło­dej. Jaka dziew­czyna nie mar­twi­łaby się, że męż­czy­zna, za któ­rego wycho­dzi, może jej nie kochać? W przy­padku Cor­de­lii to była prawda, ale każdy mógł się tego oba­wiać, a faerie żero­wały na lękach śmier­tel­ni­ków. To nic nie zna­czyło, po pro­stu chciała wyrwać od Cor­de­lii to, o co pro­siła wcze­śniej - monetę i obiet­nicę.

Lucie poma­chała ubru­dzoną atra­men­tem ręką, by przy­cią­gnąć jej uwagę.

- Tu jest tak dużo mate­riału. Widzia­łaś Mal­colma Fade'a? Uwiel­biam jego sur­dut. Och, uzna­łam, że lord Kin­caid, zamiast być szy­kow­nym ofi­ce­rem mary­narki, powi­nien być arty­stą, któ­rego prace zostały zaka­zane w Lon­dy­nie, więc musiał uciec do Paryża, gdzie piękna Cor­de­lia zostaje jego muzą, a on tra­fia do naj­lep­szych salo­nów...

- A co się stało z diu­kiem Blank­shire? - zapy­tała Cor­de­lia. - Myśla­łam, że fik­cyjna Cor­de­lia zosta­nie duchessą.

- Umarł - odpo­wie­działa Lucie, zli­zu­jąc atra­ment z palca.

Na jej szyi zabły­snął złoty łań­cu­szek. Od mie­sięcy nosiła ten sam pro­sty złoty meda­lion. Kiedy Cor­de­lia zapy­tała o niego, Lucie powie­działa, że to stara pamiątka rodzinna, która ma przy­no­sić szczę­ście. Cor­de­lia na­dal pamię­tała jego obec­ność, złoty roz­błysk w ciem­no­ści pod­czas nocy, kiedy James pra­wie umarł z powodu tru­ci­zny demona na cmen­ta­rzu w High­gate. Nie przy­po­mi­nała sobie, żeby Lucie nosiła go wcze­śniej. Mogłaby ją przy­ci­snąć, ale wie­działa, że sama ukry­wała pewne rze­czy przed swoją przy­szłą para­ba­tai, więc nie mogła ocze­ki­wać, że Lucie będzie jej mówiła wszystko, zwłasz­cza gdy w grę wcho­dził taki dro­biazg jak meda­lion.

- To mi wygląda na tra­giczną powieść - ode­zwała się Anna, podzi­wia­jąc spo­sób, w jaki świa­tło odbija się w szam­pa­nie.

- Skądże - odpo­wie­działa Lucie. - Nie chcia­łam, żeby fik­cyjna Cor­de­lia zwią­zała się z jed­nym męż­czy­zną. Chcia­łam, żeby prze­ży­wała przy­gody.

- Nie do końca coś takiego chce się usły­szeć w przed­dzień ślubu - powie­działa Anna. - Ale mimo to przy­kla­skuję ci. Mam jed­nak nadzieję, że nawet po ślu­bie będziesz prze­ży­wała przy­gody, Daisy. - Jej nie­bie­skie oczy zabły­sły, gdy unio­sła kie­li­szek w toa­ście.

Lucie pod­nio­sła kubek.

- Za koniec wol­no­ści! Za począ­tek rado­snej nie­woli!

- Bzdura - powie­działa Anna. - Ślub dla kobiety jest począt­kiem wyzwo­le­nia.

- Jak to? - spy­tała Cor­de­lia.

- Nie­za­mężna kobieta jest postrze­gana przez towa­rzy­stwo jako ktoś, kto czeka na zamąż­pój­ście - wyja­śniła Anna. - Panień­stwo to stan chwi­lowy wypeł­niony nadzieją na rychłe mał­żeń­stwo. Mężatka zaś może flir­to­wać, z kim zechce, nie ruj­nu­jąc sobie repu­ta­cji. Może swo­bod­nie podró­żo­wać. Na przy­kład do i z mojego miesz­ka­nia.

Lucie wytrzesz­czyła oczy.

- Chcesz powie­dzieć, że roman­so­wa­łaś także z mężat­kami?

- Mówię tylko, że czę­sto tak bywa. Rzecz po pro­stu w tym, że mężatka ma wię­cej swo­body, żeby robić to, co zechce. Panna prak­tycz­nie nie może wyjść z domu bez opieki. Zamężna kobieta może cho­dzić na zakupy, na wykłady, spo­ty­kać przy­ja­ciół... Ma mnó­stwo powo­dów, żeby wyjść z domu w szy­kow­nym kape­lu­szu.

Cor­de­lia zachi­cho­tała. Anna i Lucie potra­fiły ją pocie­szyć.

- A ty lubisz damy w szy­kow­nych kape­lu­szach.

Anna unio­sła w zamy­śle­niu palec.

- Dama, która potrafi wybrać naprawdę twa­rzowy kape­lusz, naj­pew­niej zwraca uwagę na każdą war­stwę swo­jego stroju.

- Wni­kliwe spo­strze­że­nie - powie­działa Lucie. - Masz coś prze­ciwko temu, bym wyko­rzy­stała je w powie­ści? Lord Kin­caid mógłby coś takiego powie­dzieć.

- Rób, co chcesz, męczy­buło, ukra­dłaś już połowę moich naj­lep­szych powie­dzo­nek. - Anna rozej­rzała się po salo­nie. - Widzia­łaś Mat­thew i Kel­ling­tona? Mam nadzieję, że nie zaczną znowu.

- O co cho­dzi z Kel­ling­to­nem? - zacie­ka­wiła się Lucie.

- Zła­mał serce Mat­thew jakiś rok temu - odpo­wie­działa Anna. - Mat­thew weszło w nałóg pozwa­la­nie, by inni łamali mu serce. Naj­wy­raź­niej pre­fe­ruje bez­na­dziejną miłość.

- Tak? - Lucie znowu coś nagry­zmo­liła w note­sie. - O rety.

- Pozdra­wiam, piękne panie - powie­dział wysoki młody męż­czy­zna o śmier­tel­nie bla­dej skó­rze i krę­co­nych ciem­nych wło­sach, który poja­wił się przy ich sto­liku jak za sprawą cza­rów. - Która z was, osza­ła­mia­jące pięk­no­ści, pra­gnie pierw­sza ze mną zatań­czyć?

Lucie się pode­rwała.

- Ja z tobą zatań­czę. Jesteś wam­pi­rem, prawda?

- Ehm, tak...

- Wyśmie­ni­cie. Zatań­czymy, a ty mi opo­wiesz wszystko o wam­pi­ry­zmie. Czy tro­pisz piękne damy na uli­cach mia­sta w nadziei na odro­binę ich wytwor­nej krwi? Opła­ku­jesz swoją potę­pioną duszę?

Mło­dzie­niec zer­kał na boki, wyraź­nie zanie­po­ko­jony.

- Ja naprawdę chcia­łem tylko zatań­czyć walca - odparł, ale Lucie już go zła­pała i zacią­gnęła na par­kiet.

Przy pierw­szych tak­tach muzyki Cor­de­lia i Anna stuk­nęły się kie­lisz­kami i obie się roze­śmiały.

- Biedny Edwin - powie­działa Anna, zer­ka­jąc na tan­ce­rzy. - Nawet w naj­lep­szych chwi­lach jest ner­wowy. No dobrze, Cor­de­lio, przed­staw mi ze wszyst­kimi szcze­gó­łami plany ślubne, a ja zała­twię nam tro­chę świe­żego szam­pana.

2

2

Wszystko, co krąży

"A jeśli kie­dyś, ock­nąw­szy się na stop­niach jakie­goś pałacu, na zie­lo­nej tra­wie skarpy, w ponu­rej samotni waszego pokoju poczu­je­cie, że upo­je­nie osła­bło lub prze­szło, spy­taj­cie wia­tru, fali, gwiazdy, ptaka, zegara, wszyst­kiego co pędzi, wszyst­kiego co wzdy­cha, wszyst­kiego co krąży, wszyst­kiego co śpiewa, wszyst­kiego co mówi, spy­taj­cie, która godzina; a wiatr, fala, gwiazda, ptak, zegar odpo­wie­dzą: "Jest godzina pijań­stwa! Żeby nie być znę­ka­nymi nie­wol­ni­kami Czasu, upi­jaj­cie się; upi­jaj­cie się bez prze­rwy! Winem, poezją albo cnotą, wedle upodo­ba­nia""2.

Char­les Bau­de­la­ire, XXXIII. Upi­jaj­cie się

- Za tobą! - krzyk­nął ostrze­gaw­czo Chri­sto­pher.

James pośpiesz­nie usko­czył w bok. Dwa ucze­pione sie­bie wil­ko­łaki prze­le­ciały obok nich, wal­cząc ze sobą po pija­nemu, i z hukiem grzmot­nęły o pod­łogę. Tho­mas uniósł kie­li­szek nad głowę, żeby uchro­nić zawar­tość przed roz­py­cha­ją­cym się tłu­mem.

James nie był pewien, czy Dia­bel­ska Tawerna to odpo­wied­nie miej­sce na wie­czór kawa­ler­ski, zwłasz­cza że i tak bywał tu kilka razy w tygo­dniu, ale Mat­thew uparł się, suge­ru­jąc, że zaaran­żo­wał coś spe­cjal­nego.

James rozej­rzał się po cha­osie i wes­tchnął w duchu.

- Wyobra­ża­łem sobie nieco spo­koj­niej­szy wie­czór.

Sytu­acja nie wyglą­dała aż tak hała­śli­wie, kiedy przy­je­chali. W Dia­bel­skiej Tawer­nie jak zwy­kle zaczął się żywy, przy­ja­zny wie­czór, a James z rado­ścią prze­mknąłby na górę do ich pry­wat­nych poko­jów, jak robił to wcze­śniej wiele razy, żeby zwy­czaj­nie zre­lak­so­wać się w towa­rzy­stwie naj­bliż­szych przy­ja­ciół.

Mat­thew jed­nakże natych­miast wszedł na krze­sło, ścią­ga­jąc uwagę wszyst­kich stu­ka­niem stelą o meta­lowy żyran­dol, po czym wykrzyk­nął:

- Przy­ja­ciele! Tego wie­czoru mój para­ba­tai, James Jere­miah Jeho­sha­phat Heron­dale świę­tuje swój ostatni wie­czór wol­no­ści!

W całej gospo­dzie ponio­sły się wiwaty i okrzyki.

James poma­chał ręką w ramach podzię­ko­wa­nia, żeby zbyć wszyst­kich życz­li­wych, ale naj­wy­raź­niej to nie był jesz­cze koniec. Pod­ziemni wszel­kiej maści zeszli się, żeby uści­snąć mu dłoń i pokle­pać go po ple­cach, życząc szczę­ścia. Ku swo­jemu zdu­mie­niu James zdał sobie sprawę, że zna wielu z obec­nych, co wię­cej wielu nich zna od dzie­ciń­stwa - na ich oczach dora­stał.

Była tam Nisha "naj­star­sza wam­pi­rzyca z naj­star­szej czę­ści sta­rego mia­sta", jak lubiła o sobie mawiać. Byli Sid i Sid, dwa wil­ko­łaki, które sprze­czały się, który z nich powi­nien być Sidem, a który w związku z tym musi być Sid­neyem. Poja­wiła się dziwna grupka gobli­nów, które zawsze gawę­dziły tylko ze sobą, ni­gdy nie odzy­wały się do nikogo innego, ale od czasu do czasu posy­łały dar­mo­wego drinka róż­nym klien­tom, na oko zupeł­nie przy­pad­kowo wybra­nym. Oto­czyły Jamesa i zażą­dały, żeby dopił swoją whi­sky, bo wtedy będzie mógł wypić tę, którą one mu posta­wią.

James był szcze­rze wzru­szony tym zale­wem ser­decz­no­ści, ale to tylko spra­wiło, że jesz­cze gorzej poczuł się na myśl o praw­dzi­wej natu­rze swo­jego mał­żeń­stwa. Za rok będzie po wszyst­kim, pomy­ślał. Gdy­by­ście o tym wie­dzieli, nie świę­to­wa­li­by­ście ze mną.

Mat­thew znik­nął na górze po swo­jej prze­mo­wie i zosta­wił ich oto­czo­nych przez hała­śli­wych hula­ków, któ­rzy coraz bar­dziej się upi­jali na cześć Jamesa, aż w końcu doszło do rze­czy nie­unik­nio­nej, kiedy jeden Sid przy­ło­żył dru­giemu Sidowi i nad tłu­mem poniósł się ryk, wyra­ża­jący zarówno apro­batę, jak i kpinę.

Tho­mas wyko­rzy­stał swoją potężną syl­wetkę i silne mię­śnie, żeby pomóc ich trójce prze­nieść się do mniej zatło­czo­nego kąta.

- Zdro­wie, Tho­ma­sie - powie­dział Chri­sto­pher. Ciemne włosy miał zmierz­wione, oku­lary prze­su­nięte na głowę. - Zaraz powinna zacząć się spe­cjalna część roz­ryw­kowa zor­ga­ni­zo­wana przez Mat­thew... - Zer­k­nął z nadzieją na schody. - Dosłow­nie za chwi­leczkę.

- Kiedy Mat­thew coś zapla­nuje, to zwy­kle jest to albo potwor­nie roz­koszne, albo roz­kosz­nie potworne - powie­dział James. - Ktoś z was chce się zało­żyć, która ewen­tu­al­ność przy­pad­nie nam w udziale?

Chri­sto­pher uśmiech­nął się leciutko.

- Według Mat­thew to będzie rzecz nie­do­ści­gnie­nie piękna.

- Co może ozna­czać wszystko - uznał James, patrząc, jak bar­manka Polly masze­ruje ku prze­py­chance, żeby roz­dzie­lić Sidów, a kel­pie zwany Pic­kles przyj­muje zakłady, który z nich wygra.

Tho­mas opu­ścił ręce, które krzy­żo­wał na piersi, i powie­dział:

- To syrena.

- Co takiego? - zapy­tał James.

- Syrena - powtó­rzył Tho­mas. - Która zapre­zen­tuje jakiś... zmy­słowy syreni... występ.

- To jakaś jego przy­ja­ciółka z demi-monde, rozu­miesz - wtrą­cił Chri­sto­pher, który naj­wy­raź­niej był zado­wo­lony z sie­bie, bo znał słówko demi-monde. Trzeba przy­znać, że czę­sto spo­tka­nia Mat­thew z poetami i kur­ty­za­nami w niczym nie przy­po­mi­nały tynk­tur i pró­bó­wek Chri­sto­phera ani roz­le­glej biblio­teki Tho­masa i jego rygo­ry­stycz­nych tre­nin­gów.

- Co ona zamie­rza zro­bić? - zacho­dził w głowę James. - I... gdzie zamie­rza to zro­bić?

- W dużym zbior­niku z wodą, należy mieć nadzieję - odparł Chri­sto­pher.

- A jeśli idzie o to, co zamie­rza, to na pewno coś w stylu cyga­ne­rii, z uży­ciem dzwon­ków, kasta­nie­tów i woali - wtrą­cił się Tho­mas. - Jak podej­rze­wam.

Chri­sto­pher się zanie­po­koił.

- Woale się nie zamo­czą?

- To będzie coś, czego ni­gdy nie zapo­mnimy - mówił Tho­mas. - Tak twier­dzi Mat­thew. Piękno nie­do­ści­gnione i tak dalej.

James zła­pał się na tym, że bez zasta­no­wie­nia sięga do srebr­nej bran­so­letki na ręce, prze­suwa z roz­tar­gnie­niem pal­cami po jej powierzchni. Po tak dłu­gim cza­sie pra­wie nie zauwa­żał jej obec­no­ści. Grace Black­thorn powie­rzyła mu ją, kiedy miał rap­tem czter­na­ście lat. James jed­nak usil­nie sta­rał się nie myśleć o Grace, gdy zbli­żał się jego ślub.

Tylko rok, pomy­ślał. Jesz­cze przez jeden rok nie wolno mu myśleć o Grace. To sobie obie­cali. I obie­cał też Cor­de­lii, że nie będzie widy­wał się z Grace samot­nie ani za jej ple­cami - gdyby ktoś się dowie­dział, prze­ży­łaby upo­ko­rze­nie. Świat musi uwie­rzyć, że ich mał­żeń­stwo jest praw­dziwe.

Myśl, że ma oże­nić się z Cor­de­lią, wciąż nosząc bran­so­letkę, wywo­ły­wała u niego zakło­po­ta­nie. Napo­mi­nał się w myślach, żeby ją zdjąć, gdy już wróci do domu. To może być policz­kiem dla Grace, ale gdyby nosił ją dalej, obra­ziłby Cor­de­lię. Posta­no­wił sobie, kiedy pod­jął decy­zję o ślu­bie, że nie zła­mie przy­sięgi mał­żeń­skiej ani sło­wem, ani uczyn­kiem. Może nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać swo­jego serca i myśli, ale może zdjąć bran­so­letkę. Przy­naj­mniej tyle był w sta­nie zro­bić.

Na dru­gim końcu sali Polly kie­ro­wała małą grupką skrza­tów. Usta­wiali scenę, na któ­rej rze­czy­wi­ście zna­lazł się wielki zbior­nik z wodą. Dwa skrzaty prze­nio­sły kan­de­la­bry do oświe­tle­nia sceny, a pozo­stałe roz­bie­gły się, sprzą­ta­jąc pod­łogę, żeby przy­go­to­wać miej­sce dla publicz­no­ści.

Schody zatrzesz­czały. Zbie­gał po nich Mat­thew, jego jasne włosy przy­brały w gospo­dzie kolor świa­tła świec. Zdjął sur­dut i był w samej koszuli i kami­zelce w zie­lono-nie­bie­skie prążki. Prze­sko­czył nad porę­czą scho­dów i wylą­do­wał na sce­nie. Sta­nął za zbior­ni­kiem i uniósł ręce, żeby uci­szyć zgro­ma­dzo­nych.

Jed­nakże har­mi­der nie ucichł, dopóki pierw­szy Sid nie uniósł potęż­nych pię­ści nad głowę i nie wrza­snął:

- Ej! Cicho, bo poroz­bi­jam wam te par­chate łby!

- Wła­śnie! - przy­tak­nął mu drugi Sid; naj­wy­raź­niej pano­wie się pogo­dzili.

Tłum pomru­ki­wał, a sie­dzący nie­opo­dal wil­ko­łak powie­dział:

- Par­chate! Też coś!

W końcu jed­nak publika uci­chła.

- Chwi­leczkę - szep­nął James. - Jak syrena ma zejść po scho­dach?

Przez chwilę mil­czeli, a Chri­sto­pher, który zdjął oku­lary, by je wyczy­ścić, zapy­tał:

- A jak syrena weszła po nich na górę?

Tho­mas wzru­szył ramio­nami.

- Dobry wie­czór, przy­ja­ciele! - zawo­łał Mat­thew i odpo­wie­działy mu skąpe uprzejme okla­ski. - Dzi­siaj wie­czór zapre­zen­tu­jemy wam coś naprawdę nad­zwy­czaj­nego na cześć sta­rego przy­ja­ciela Dia­bel­skiej Tawerny. Byli­ście na tyle uprzejmi, że tole­ru­je­cie obec­ność Weso­łych Zło­dzie­jasz­ków już od kilku lat...

- My po pro­stu myśle­li­śmy, że wy, jak to Nocni Łowcy, napa­dli­ście tu na nas, tylko zała­twia­cie to wyjąt­kowo nie­śpiesz­nie - odparła z kpią­cym uśmiesz­kiem Polly.

- Jutro jeden z nas, pierw­szy z nas, poma­sze­ruje ku swo­jemu prze­zna­cze­niu i dołą­czy do sze­re­gów nie­szczę­snych żona­tych łaj­da­ków - kon­ty­nu­ował Mat­thew. - Ale dzi­siej­szego wie­czoru poże­gnamy go w wiel­kim stylu!

Gwizdy i wiwaty towa­rzy­szyły wykrzy­ki­wa­nym żar­tom i wale­niu pię­ściami w stoły. Sie­dzący na prze­dzie satyr i przy­sa­dzi­ste rogate stwo­rze­nie wstali i zaczęli odgry­wać lubieżne uści­ski, dopóki ktoś nie rzu­cił w nich kieł­basą. Jeden z gobli­nów przy pia­ni­nie zagrał wesołą melo­dyjkę. Muzyka wypeł­niła salę, a Mat­thew uniósł magiczne świa­tełko. Blask oświe­tlił postać scho­dzącą po scho­dach.

James zasta­na­wiał się przez chwilę, czy to pierw­szy przy­pa­dek, gdy ktoś posłu­żył się magicz­nym świa­tłem z runicz­nego kamie­nia, żeby oświe­tlić scenę. Nagle zdał sobie sprawę, co widzi, i wszel­kie myśli ucie­kły mu z głowy. Chri­sto­phe­rowi wyrwał się cichy pisk, a Tho­mas wytrzesz­czył oczy.

Syrena miała ludz­kie nogi. Były dłu­gie i cał­kiem kształtne, musiał przy­znać James, spo­wite w luźne, prze­świe­ca­jące spód­nice utkane z egzo­tycz­nych wodo­ro­stów.

Nie­stety od pasa w górę wyglą­dała jak ryba o wytrzesz­czo­nych śle­piach i roz­war­tym pyszczku. Jej łuski lśniły meta­licz­nie i sre­brzy­ście, odbi­ja­jąc świa­tło w spo­sób, który nie­malże - ale nie­stety nie do końca - odwra­cał uwagę od jej wiel­gach­nych jak tale­rze nie­ru­cho­mych żół­tych ślepi.

Publika osza­lała, wiwa­tu­jąc i pogwiz­du­jąc dwa razy gło­śniej niż dotych­czas. Jeden z wil­ko­ła­ków zawył "Cla­ri­bella!" żało­snym, tęsk­nym gło­sem.

- Pozwolę sobie zapre­zen­to­wać Syrenę Cla­ri­bellę! - powie­dział Mat­thew z sze­ro­kim uśmie­chem.

Tłum gwiz­dał i walił z apro­batą pię­ściami w stoły. James, Chri­sto­pher i Tho­mas nie mogli wykrztu­sić słowa.

- Syrena na odwrót - powie­dział w końcu James, gdy odzy­skał zdol­ność mówie­nia. Cho­ciaż może nie odzy­skał jej do końca.

- Mat­thew wyna­jął odwró­coną syrenę - przy­tak­nął mu Tho­mas. - Ale dla­czego?

- Cie­kawe, co to za ryba - zasta­na­wiał się Chri­sto­pher. - Czy syreny to kon­kretny gatu­nek ryb? Rekiny, śle­dzie albo coś takiego?

- Jadłem dzi­siaj śle­dzie na śnia­da­nie - przy­znał ze smut­kiem Tho­mas.

Syrena na odwrót zaczęła koły­sać bio­drami na boki z wprawą zawo­do­wej tan­cerki kaba­re­to­wej. Poru­szała ustami w rytm muzyki. Machała małymi płe­tew­kami z boków ciała.

Trzeba przy­znać Mat­thew, że reszta bywal­ców Dia­bel­skiej Tawerny była naj­szczer­szymi wiel­bi­cie­lami Cla­ri­belli i zachwy­cała się jej wystę­pem. Kiedy syrena skoń­czyła taniec i wyco­fała się za zbior­nik, uczy­niła to przede wszyst­kim po to, żeby scho­wać się przed naj­bar­dziej żar­li­wymi wiel­bi­cie­lami.

- Rze­czy­wi­ście ma styl - przy­znał Chri­sto­pher. Spoj­rzał z nadzieją na Jamesa. - Prawda?

- Trzeba było pójść na sanki u Poun­ce­bych - odparł James.

- Co powiesz na cichy wie­czór na górze? - zapro­po­no­wał ze współ­czu­ciem Tho­mas. - Wywal­czę nam ścieżkę przez tłum.

Kiedy szli za Tho­ma­sem przez ciżbę Pod­ziem­nych, Mat­thew, który sprze­da­wał bilety na pry­watne sesje z Cla­ri­bellą, spo­strzegł ich i zesko­czył ze sceny.

- Szu­kasz pięk­nej pocie­chy w postaci odosob­nie­nia? - zapy­tał, bio­rąc Jamesa pod ramię. Pach­niał tak jak zawsze: wodą koloń­ską i brandy z odro­biną dymu i nutką tro­cin.

- Idę na górę z waszą trójką - odparł James. - Nie nazwał­bym tego "odosob­nie­niem".

- W takim razie "spo­koju" - popra­wił się Mat­thew. - "O, spo­koju wybranko czy­sta, która muska łagod­ność ciszy, wolno pły­ną­cego czasu"3.

Kiedy doszli do scho­dów, Ernie, wła­ści­ciel gospody, wsko­czył na scenę i spró­bo­wał zatań­czyć z Cla­ri­bellą, ale ta, mając tylko dwie krót­kie płe­tewki, z łatwo­ścią wymknęła mu się i sko­czyła głową naprzód do wanny dżinu zaj­mo­wa­nej przez kel­pie zwa­nego Pic­kles. Wynu­rzyła się sekundę póź­niej, wypusz­cza­jąc fon­tannę dżinu, pod­czas gdy Pic­kles rżał z zachwytu.

Gdy dotarli do swo­ich pry­wat­nych poko­jów na górze, Tho­mas solid­nie zary­glo­wał za nimi drzwi. Było tam zimno, woda ciur­kała z sufitu na poprze­cie­rane dywany, ale James i tak ucie­szył się na ten widok. To była kwa­tera główna Weso­łych Zło­dzie­jasz­ków, ich kry­jówka, ich miej­sce na świe­cie - jedyne, w jakim James chciał być w tej chwili. Śnieg roz­pa­dał się moc­niej i ude­rzał nie­siony podmu­chami wia­tru w łączone oło­wiem gomółki w oknie.

Kiedy Tho­mas pod­sta­wił pusty gar­nek pod ciur­ka­jącą wodę, Chri­sto­pher przy­klęk­nął przed komin­kiem i przyj­rzał się leżą­cemu tam drewnu - zamo­kło od śniegu. Wyjął coś z kie­szeni - meta­lową rurkę połą­czoną z małą szklaną bute­leczką - zapal­nik che­miczny jego wła­snego pomy­słu, nad któ­rym pra­co­wał w ostat­nich tygo­dniach. Prze­su­nął prze­łącz­nik i bute­leczka wypeł­niła się różo­wa­wym gazem. Roz­legł się cichy strzał i nastą­pił krótki roz­błysk pło­mie­nia, który wystrze­lił z rurki, ale zaraz zgasł i pokój wypeł­nił się czar­nym dymem.

- Nie tego się spo­dzie­wa­łem - powie­dział Chri­sto­pher, pró­bu­jąc zatkać rurkę chu­s­teczką.

James i Mat­thew spoj­rzeli po sobie zde­spe­ro­wani i pobie­gli otwo­rzyć okna, kasz­ląc i krztu­sząc się. Tho­mas porwał pod­nisz­czoną książkę z półki i zaczął nią wachlo­wać, żeby dym szyb­ciej leciał do okna. Otwarli pozo­stałe okna i drzwi, aż w końcu udało im się prze­wie­trzyć pomiesz­cze­nia, ale dym zosta­wił po sobie kwa­śny odór i war­stwę sadzy na każ­dej powierzchni.

Zatrza­snęli okna. Tho­mas poszedł do przy­le­głego pokoju i wró­cił z suchym drew­nem. Tym razem, gdy Chri­sto­pher spró­bo­wał roz­pa­lić ogień - zwy­kłymi zapał­kami - udało się. We czwórkę stło­czyli się przy okrą­głym sto­liku pośrodku pokoju. Wszy­scy się trzę­śli. Mat­thew zła­pał Jamesa za ręce i zaczął je roz­cie­rać.

- To dopiero wspa­niały spo­sób spę­dze­nia wigi­lii ślubu - powie­dział prze­pra­sza­jąco.

- To jedyne miej­sce, w któ­rym chciał­bym teraz być - odpo­wie­dział James, szcze­ka­jąc zębami. - Choćby dla tego, że zna­cie prawdę na temat ślubu.

- Co tym samym uwal­nia nas od typo­wych ocze­ki­wań, że wie­czór kawa­ler­ski okaże się przy­jemny - dodał Mat­thew.

Wypu­ścił ręce Jamesa i roz­sta­wił cztery kubki. Się­gnął po butelkę brandy i wlał do każ­dego miarkę.

Mówił bez­tro­skim tonem, ale w jego gło­sie poja­wiła się ner­wowa nuta i James zasta­na­wiał się, ile Mat­thew musiał wypić, zanim przy­je­chał dzi­siaj do Dia­bel­skiej Tawerny.

- Bywalcy świet­nie się bawili przy wystę­pie Cla­ri­belli - ode­zwał się Tho­mas.

- Wie­dzia­łeś, że to odwrotna syrena? - zapy­tał Chri­sto­pher, a jego oczy w kolo­rze bzu wyra­żały nie­winną cie­ka­wość.

- Ehm - mruk­nął Mat­thew, nale­wa­jąc sobie znowu brandy do kubka. - Nie cał­kiem. To zna­czy jej agent powie­dział, że jest "anty", ale ja pomy­śla­łem, że cho­dzi o jej poglądy poli­tyczne, a nie chcia­łem wyjść na snoba.

Tho­mas par­sk­nął śmie­chem.

- Mogłeś powie­dzieć, że chcesz ją zoba­czyć, nim zamó­wisz jej usługi - zasu­ge­ro­wał James. Wypił łyczek z kubka. Brandy roz­grze­wała mu wnętrz­no­ści, pod­czas gdy ogień, który już trza­skał na kominku, ogrze­wał go od zewnątrz.

To miał być żart, ale Mat­thew wyglą­dał na zra­nio­nego.

- Posta­ra­łem się - zapro­te­sto­wał, a do Chri­sto­phera i Tho­masa dodał: - Nie sły­sza­łem, żeby­ście mieli jakieś wspa­niałe pomy­sły na dzi­siej­szy wie­czór.

- Bo powie­dzia­łeś, że sam się tym zaj­miesz - odparł Tho­mas.

- Naj­waż­niej­sze jest to, że jeste­śmy tu razem - wtrą­cił Chri­sto­pher, który zanie­po­koił się tym, że zaraz może dojść do kłótni. - I żeby­śmy jutro punk­tu­al­nie dostar­czyli Jamesa na cere­mo­nię, rzecz jasna.

- Jasne, zwłasz­cza że pan młody aż się rwie do żeniaczki - rzu­cił prze­cią­gle Mat­thew.

Wszy­scy popa­trzyli po sobie, rów­nie zanie­po­ko­jeni jak wcze­śniej Chri­sto­pher. Ich czwórka bar­dzo rzadko się kłó­ciła, a Mat­thew i James prak­tycz­nie ni­gdy.

Nawet Mat­thew zdał sobie sprawę, że jego komen­tarz był zbyt bru­talny w swo­jej szcze­ro­ści, szkie­let prawdy prze­świe­cał białą kością spod ziemi. Wyjął pier­siówkę z płasz­cza i obró­cił do góry nogami, ale oka­zała się pusta. Rzu­cił ją na sofę obok i spoj­rzał na Jamesa błysz­czą­cymi oczami.

- Jamie, serce moje. Przy­ja­cielu mój. Nie musisz tego robić. Nie musisz przez to prze­cho­dzić. Wiesz chyba o tym, prawda?

Chri­sto­pher i Tho­mas zamarli przy stole.

- Cor­de­lia... - zaczął James.

- Cor­de­lia też może tego nie chcieć - prze­rwał mu Mat­thew. - Lipne mał­żeń­stwo to z pew­no­ścią ostat­nia rzecz, o jakiej marzy­łaby młoda dziew­czyna...

James wstał od stołu. Serce wybi­jało mu prze­dziwny rytm w piersi.

- Żeby uchro­nić mnie przed uwię­zie­niem przez Clave z powodu pod­pa­le­nia, znisz­cze­nia mie­nia i Anioł jeden wie, z powodu czego jesz­cze, Cor­de­lia skła­mała dla mnie. Powie­działa, że razem spę­dzi­li­śmy noc - mówił szorstko, każde słowo wypo­wia­dał wyraź­nie i pre­cy­zyj­nie. - Wiesz, co to zna­czy dla kobiety. Nara­ziła dla mnie na szwank swoją repu­ta­cję.

- Ale jej repu­ta­cja została ura­to­wana, bo ty... - zaczął Chri­sto­pher.

- Zapro­po­no­wa­łem jej mał­żeń­stwo - skoń­czył James. - Nie, skreśl to. Powie­dzia­łem jej, że bie­rzemy ślub. Bo Cor­de­lia rze­czy­wi­ście pierw­sza odrzu­ci­łaby pro­po­zy­cję takiego związku. Ni­gdy nie zgo­dzi­łaby się, żebym zro­bił coś, do czego czuję się zmu­szony, ni­gdy nie chcia­łaby, żebym się uniesz­czę­śli­wił przez wzgląd na nią.

- A uniesz­czę­śli­wiasz się? - zapy­tał Tho­mas, patrząc spo­koj­nie i uważ­nie. - Przez wzgląd na nią?

- Był­bym bar­dziej nie­szczę­śliwy, gdyby skoń­czyła zruj­no­wana, a ja pono­sił­bym za to odpo­wie­dzial­ność - odpo­wie­dział James. - Rok mał­żeń­stwa z Daisy to niska cena za to, że oboje zosta­niemy ura­to­wani. - Ode­tchnął. - Zapo­mnie­li­ście? Wszy­scy orze­kli­śmy, że będziemy się świet­nie bawić. Że to będzie nie­zła heca.

- Pew­nie im bar­dziej ten dzień się zbliża, tym poważ­niej to wygląda - odparł Chri­sto­pher.

- To nie jest coś, co można lek­ce­wa­żyć - powie­dział Tho­mas. - Runy mał­żeń­skie, przy­sięgi...

- Wiem - odpo­wie­dział James, odwra­ca­jąc się w stronę okien.

Wyda­wało się, że śnieg pochło­nął cały Lon­dyn. Sie­dzieli pochwy­ceni w punk­ciku świa­tła i cie­pła pośród świata lodu.

- I Grace Black­thorn - powie­dział Mat­thew.

Zapa­dło mil­cze­nie. Żaden z nich nie wypo­wia­dał imie­nia Grace przy Jame­sie od jego przy­ję­cia zarę­czy­no­wego z Cor­de­lią, które odbyło się cztery mie­siące temu.

- Wła­ści­wie to nie wiem, co myśli o tym Grace - przy­znał James. - Zacho­wy­wała się bar­dzo dziw­nie po zarę­czy­nach...

Mat­thew wykrzy­wił usta.

- Cho­ciaż sama już była zarę­czona i nie miała naj­mniej­szego powodu...

- Mat­thew - prze­rwał mu cicho Tho­mas.

- Nie roz­ma­wia­łem z nią od mie­sięcy - powie­dział James. - Nie ode­zwa­łem się sło­wem.

- Nie zapo­mnia­łeś, że spa­li­łeś dla niej tam­ten dom, co? - rzu­cił Mat­thew, nale­wa­jąc sobie brandy.

- Nie - odparł cierpko James. - Ale to nie ma zna­cze­nia. Zło­ży­łem Daisy obiet­nicę i dotrzy­mam jej. Jeśli chcia­łeś powstrzy­mać mnie przed zro­bie­niem tego, co należy, to trzeba było zacząć swoją kam­pa­nię nieco wcze­śniej, a nie w wie­czór przed moim ślu­bem.

Na chwilę zapa­dła cisza. Wszy­scy czte­rej sie­dzieli nie­ru­chomo, pra­wie nie oddy­chali. Śnieg ude­rzał o szyby w deli­kat­nych eks­plo­zjach bieli. James widział w szkle swoje odbi­cie - ciemne włosy, blada twarz.

- Masz rację, oczy­wi­ście - ode­zwał się w końcu Mat­thew. - Może mar­twimy się tylko, że jesteś zbyt uczciwy, za dobry, a dobroć bywa ostrą klingą, która rani rów­nie mocno jak złe inten­cje.

- Nie jestem aż tak dobry - powie­dział James, odwra­ca­jąc się od okna...

...i nagle pokój i jego przy­ja­ciele znik­nęli, a jego ogar­nęło wra­że­nie, że spada, obraca się i kozioł­kuje przez roz­le­głą pustkę, cho­ciaż czuł też, że stoi nie­ru­chomo.

Wylą­do­wał na twar­dym kawałku ziemi.

Nie, nie teraz, to nie­moż­liwe. Jed­nakże kiedy się pod­niósł, znaj­do­wał się na jało­wej ziemi pod nie­bem pokry­tym popio­łem. Pomy­ślał, że to nie­moż­liwe, prze­cież widział, jak kró­le­stwo cieni się roz­pa­dło, a Belial ryczał z wście­kło­ści.

Kiedy ostat­nim razem był w tym miej­scu, widział, jak Cor­de­lia wbija miecz w pierś Beliala. Jej obraz powró­cił nie­pro­szony do jego umy­słu: zada­wała cios - wycią­gnięty miecz, roz­wiane włosy - wyglą­dała jak bogini uchwy­cona na obra­zie, jak Zwy­cię­stwo albo Wol­ność wio­dąca lud na bary­kady.

A potem świat roz­warł się, niebo pękło i czer­wono-czarne świa­tło zalało roz­pa­da­jącą się zie­mię. James widział, jak twarz Beliala się zapada, a jego ciało roz­trza­skuje się na tysiąc kawa­łecz­ków.

Belial nie umarł, ale został tak osła­biony przez Cor­tanę, że zda­niem Jema nie będzie w sta­nie wró­cić przez co naj­mniej sto lat. I rze­czy­wi­ście od tam­tego czasu nastał spo­kój. James nie widział dziadka ani nawet suge­stii kró­le­stwa cieni, które nale­żało do Beliala. Jed­nakże kto inny jeśli nie Belial mógł ponow­nie ścią­gnąć Jamesa do tego miej­sca?

James obró­cił się gwał­tow­nie, mru­żąc oczy. Coś w tym miej­scu, które widział tak wiele razy w snach i wizjach, się zmie­niło. Gdzie się podziały stosy wybie­lo­nych kości, wydmy i poskrę­cane, sękate drzewa? W oddali ponad roz­le­głym wymar­łym rumo­wi­skiem poro­śnię­tym chwa­stami spo­strzegł potężną kamienną budowlę, wysoką for­tecę uno­szącą się nad rów­niną.

Tylko ludz­kie ręce, a w każ­dym razie ręce inte­li­gent­nych istot, mogły wybu­do­wać coś takiego. James ni­gdy nie widział nawet suge­stii ist­nie­nia cze­goś takiego na pust­ko­wiu kró­le­stwa Beliala.

Zro­bił ostrożny krok i poczuł, że powie­trze ude­rza w niego jak fala. Oślepł, padł na kolana, krztu­sząc się, i nagle coś pocią­gnęło go w bez­denną czerń. Znowu leciał przez pustkę, kozioł­ku­jąc i wyma­chu­jąc rękami, aż wylą­do­wał ciężko na twar­dej drew­nia­nej pod­ło­dze.

Uniósł się na łok­ciach, wcią­ga­jąc zapach przy­pa­lo­nych che­mi­ka­liów i wil­got­nej wełny. Usły­szał głosy, zanim przej­rzał na oczy - okrzyki Mat­thew gło­śniej­sze niż pozo­sta­łych:

- James? Jamie!

James zakasz­lał słabo. Poczuł sól w ustach. Dotknął ich i na pal­cach zoba­czył czerń i czer­wień. Ktoś go zła­pał za nad­garstki, pocią­gnięto go do góry, objęto. Poczuł zapach brandy i wody koloń­skiej.

- Mat­thew - zdo­łał wychry­pieć.

- Wody - powie­dział Chri­sto­pher. - Mamy jakąś wodę?

- Ni­gdy tego nie tykam - odparł Mat­thew, sadza­jąc Jamesa na dłu­giej sofie.

Sam usiadł obok niego i wpa­try­wał się w jego twarz z taką uwagą, że wbrew wszyst­kiemu James pra­wie par­sk­nął śmie­chem.

- Nic mi nie jest - zapew­nił przy­ja­ciela. - Poza tym nie wiem, co spo­dzie­wasz się odkryć, wpa­tru­jąc się w moją gałkę oczną.

- Mam wodę - powie­dział Tho­mas, mija­jąc Chri­sto­phera, żeby podać Jame­sowi kubek.

Jame­sowi tak się trzę­sły ręce, że przy pierw­szym łyku jedną połowę wlał sobie do tcha­wicy, a drugą wylał na koszulę. Chri­sto­pher walił go w plecy, aż James zdo­łał nabrać powie­trza i zaczął nor­mal­nie oddy­chać, a wtedy wresz­cie napił się, jak należy.

Odsta­wił pusty kubek na pod­ło­kiet­nik sofy.

- Dzięki, Tho­ma­sie...

I nagle Mat­thew porwał go w obję­cia. Zaci­snął mocno ręce na jego ple­cach i przy­ci­snął chłodny poli­czek do jego twa­rzy.

- Sta­łeś się cie­niem - powie­dział cicho Mat­thew. - Jak­byś miał znik­nąć. Jak­bym zapra­gnął, żebyś znik­nął, i ty zaczą­łeś zni­kać...

James odsu­nął się na tyle, żeby odgar­nąć Mat­thew włosy z czoła.

- A życzy­łeś sobie, żebym znik­nął? - dro­czył się z nim.

- Nie. Cza­sem tylko sam chciał­bym znik­nąć - odpo­wie­dział szep­tem Mat­thew i była to jedna z naj­rzad­szych rze­czy: mówił o sobie i wypo­wie­dział cał­ko­wi­cie praw­dziwe zda­nie bez kpiny, iro­nii czy żar­tów.

- Ni­gdy tak nie myśl - powie­dział James i odsu­nął się na tyle, żeby widzieć pozo­sta­łych dwóch Weso­łych Zło­dzie­jasz­ków i ich zatro­skane miny. - Zamie­ni­łem się w cień?

Tho­mas ski­nął głową. Mat­thew odpadł na opar­cie sofy, trzy­ma­jąc tylko prawą ręką Jamesa za nad­gar­stek, jakby chciał się upew­nić, że para­ba­tai wciąż tam jest.

- Naprawdę myśla­łem, że te bzdury już się skoń­czyły - przy­znał James.

- Minęły mie­siące - powie­dział Chri­sto­pher.

- Myśla­łem, że to już nie może ci się przy­da­rzać - dodał Tho­mas. - Myśla­łem, że kró­le­stwo Beliala zostało znisz­czone.

James spoj­rzał na przy­ja­ciół i chciał ich uspo­koić, powie­dzieć: "To nic nie zna­czy, to się mogło wyda­rzyć z wielu róż­nych powo­dów i na pewno to nic waż­nego", ale słowa zamarły mu na ustach. Wciąż zbyt wyraź­nie odczu­wał ponu­rość tam­tego miej­sca, kwa­śny posmak powie­trza, zbyt dobrze pamię­tał odle­głą for­tecę spo­witą dymem. Pomy­ślał, że ktoś chciał, żeby on to ujrzał. I wąt­pił, żeby ten ktoś dobrze mu życzył.

- Wiem - powie­dział w końcu. - Ja też tak myśla­łem.

***

Powie­trze na zewnątrz było tak zimne, że wyda­wało się, iż migo­cze, gdy pod­chmie­lona i roz­chi­cho­tana Cor­de­lia wygra­mo­liła się z powozu i machała ener­gicz­nie na poże­gna­nie Lucie. Za nią domy przy Corn­wall Gar­dens były ciemne, miały poza­my­kane okien­nice.

- Dzię­kuję za przy­ję­cie-nie­spo­dziankę! - zawo­łała, zamy­ka­jąc drzwi do powozu. - W życiu nie spo­dzie­wa­łam się, że spę­dzę wie­czór przed ślu­bem na grze w pchełki z wil­ko­ła­kami.

- Uwa­żasz, że oszu­ki­wali? Moim zda­niem oszu­ki­wali. Ale i tak to było potwor­nie zabawne. - Lucie wychy­liła się przez otwarte okno i teatral­nym gestem posłała Cor­de­lii całusa. - Dobra­noc, moja droga! Jutro będę twoją sug­ge­nes! Zosta­niemy sio­strami!

Cor­de­lia się zanie­po­ko­iła.

- Tylko na rok.

- Nie - odparła sta­now­czo Lucie. - Cokol­wiek się wyda­rzy, zawsze będziemy sio­strami.

Cor­de­lia uśmiech­nęła się i odwró­ciła w stronę domu. Fron­towe drzwi otwo­rzyły się i Lucie zoba­czyła Ala­sta­ira, który trzy­mał unie­sioną lampę jak Dio­ge­nes szu­ka­jący uczci­wego czło­wieka. Ski­nął do niej głową, nim zamknął drzwi za sio­strą. Lucie zapu­kała w ścianę powozu i Balios ruszył. Stu­kot jego kopyt był stłu­miony na ośnie­żo­nym bruku.

Opa­dła z wes­tchnie­niem na opar­cie obi­tej nie­bie­skim jedwa­biem ławki. Nagle poczuła się zmę­czona. To była długa noc. Anna wymknęła się jakąś godzinę po pół­nocy razem z Lily, wam­pi­rzycą z Pekinu. Lucie twardo obsta­wała, że zosta­nie w Ruelle, dopóki Cor­de­lia dobrze się bawi. Wie­działa, że przy­ja­ciółka jest na wpół prze­ra­żona nad­cho­dzą­cym dniem. Nie dzi­wiła jej się. Oczy­wi­ście ludzie czę­sto pobie­rali się z róż­nych prak­tycz­nych powo­dów, nie­ma­ją­cych nic wspól­nego z miło­ścią, ale nawet jeśli był to doraźny układ, to nie prze­stał być zło­żony. Cor­de­lia będzie musiała nie­źle się posta­rać, żeby ode­grać swoją rolę, tak samo jak James.

- Gro­sik za twoje myśli - usły­szała nagle cichy głos.

Pod­nio­sła wzrok i się uśmiech­nęła.

Jesse. Sie­dział naprze­ciwko niej z twa­rzą oświe­tloną róża­nym bla­skiem powo­zo­wej lampki wpa­da­ją­cym przez okno. Nauczyła się nie pod­ska­ki­wać za każ­dym razem, kiedy nagle się poja­wiał; w ciągu czte­rech mie­sięcy, odkąd się poznali, widy­wała go nie­mal każ­dej nocy.

Zawsze wyglą­dał tak samo. Nie przy­był mu ani jeden cal wzro­stu, jego włosy ani tro­chę nie uro­sły. Zawsze miał na sobie te same czarne spodnie i białą koszulę. Jego oczy zawsze były głę­bo­kie i zie­lone jak patyna na sta­rej mone­cie.

W obec­no­ści Jes­sego zawsze miała wra­że­nie, że po jej krę­go­słu­pie prze­su­wają się deli­katne palce. Miała dresz­cze i zara­zem robiło jej się cie­pło.

- Gro­sik to naprawdę nie­dużo - odparła, siląc się na non­sza­lan­cję. - Moje myśli są znacz­nie bar­dziej inte­re­su­jące i powinny być warte więk­szą sumę.

- Nie­stety jestem kom­plet­nie spłu­kany - odparł, wska­zu­jąc na puste kie­sze­nie. - Dobrze bawi­łaś się w Ruelle? Stroje Anny są nie­zwy­kle spek­ta­ku­larne. Chciał­bym, żeby dora­dziła mi coś w kwe­stii kami­ze­lek i getrów, ale sama wiesz... - Uniósł ręce, wska­zu­jąc strój, który ni­gdy się nie zmie­niał.

Lucie uśmiech­nęła się do niego.

- Cza­iłeś się tam? Nie widzia­łam cię.

Rzadko zda­rzało jej się nie widzieć Jes­sego, jeśli był obecny w pomiesz­cze­niu. Cztery mie­siące temu oddał jej swoje ostat­nie tchnie­nie zamknięte w zło­tym meda­lio­nie, który teraz nosiła na szyi, żeby ura­to­wać Jame­sowi życie. Lucie mar­twiła się potem, że Jesse zacznie się roz­wie­wać albo znik­nie. On jed­nak, cho­ciaż stał się nie­po­ko­jąco nie­ma­te­rialny, wciąż był widzialny, tyle że tylko dla niej.

Oparł ciemną głowę o nie­bie­sko-złotą tapi­cerkę.

- Moż­liwe, że zaj­rza­łem, żeby się upew­nić, że bez­piecz­nie dotar­łaś do Ruelle. Mnó­stwo podej­rza­nych typów kręci się nocą w oko­licy Ber­wick Street: zło­dzieje, kie­szon­kowcy, hun­cwoty...

- Hun­cwoty? - Lucie była zachwy­cona. - To brzmi jak coś z Pięk­nej Cor­de­lii.

- A skoro o tym mowa. - Wska­zał ją oskar­ży­ciel­sko pal­cem. - Kiedy pozwo­lisz mi ją prze­czy­tać?

Lucie się zawa­hała. Pozwo­liła mu prze­czy­tać parę swo­ich wcze­śniej­szych powie­ści, takich jak Sekretna Księż­niczka Lucie zostaje ura­to­wana od swo­jej strasz­nej rodziny, która bar­dzo mu się spodo­bała, zwłasz­cza postać Okrut­nego Księ­cia Jamesa. Jed­nak Piękna Cor­de­lia to było coś innego.

- Wymaga szli­fo­wa­nia. Wszyst­kie powie­ści wyma­gają szli­fo­wa­nia jak dia­menty. Pole­ro­wa­nia.

- Jak buty - dodał oschle Jesse. - Sam myśla­łem o napi­sa­niu powie­ści. Może o duchu, który jest bar­dzo, ale to bar­dzo znu­dzony.

- Może powi­nie­neś napi­sać o duchu, który ma bar­dzo oddaną sio­strę i bar­dzo oddaną... przy­ja­ciółkę, i obie poświę­cają mnó­stwo czasu na wymy­śle­nie, jak spra­wić, żeby nie był dłu­żej duchem.

Jesse nie odpo­wie­dział. Lucie chciała być dow­cipna, ale on bar­dzo spo­waż­niał. Jakie to dziwne, że nawet kiedy był duchem, oczy wciąż były oknami jego duszy. Wie­działa, że Jesse ma duszę. Była rów­nie żywa jak wszystko inne, co żyje, despe­racko pra­gnęła odzy­skać wol­ność na tym świe­cie, a nie być ska­zaną na niby-życie, kiedy odzy­ski­wała świa­do­mość tylko nocą.

Jesse wyj­rzał przez okno.

Mijali Pic­ca­dilly Cir­cus, nie­mal cał­kiem opu­sto­szały o tej porze. Posąg Erosa pośrodku był przy­pró­szony śnie­giem. Samotny klo­szard spał na stop­niach pod nim.

- Nie rób sobie zbyt wiel­kich nadziei, Lucie. Cza­sem nadzieja jest nie­bez­pieczna.

- Powie­dzia­łeś to Grace?

- Ona mnie nie posłu­cha. Nie wysłu­cha ani słowa. Nie... Nie chcę, żebyś się roz­cza­ro­wała.

Lucie wycią­gnęła rękę, na któ­rej wciąż miała nie­bie­ską ręka­wiczkę z koź­lej skórki. Jesse spra­wiał wra­że­nie, jakby przy­glą­dał się jej odbi­ciu w oknie powozu, cho­ciaż sie­bie - rzecz jasna - nie mógł tam widzieć. Może wolał, żeby tak było.

Obró­cił dłoń wnę­trzem do góry. Lucie zdjęła ręka­wiczkę i poło­żyła palce deli­kat­nie na jego dłoni. Och, to wra­że­nie - jego dłoń był chłodna i nie do końca mate­rialna, jak wspo­mnie­nie dotyku. A mimo to muśnię­cie krze­sało iskry w jej żyłach, pra­wie je widziała jak świe­tliki w ciem­no­ści.

Odchrząk­nęła.

- Nie martw się moim roz­cza­ro­wa­niem - powie­działa. - Jestem okrop­nie zajęta waż­nymi spra­wami, mam jutro ślub do zor­ga­ni­zo­wa­nia.

Zer­k­nął na nią i uśmiech­nął się nie­mal nie­chęt­nie.

- Sama jedna pla­nu­jesz ten ślub?

Potrzą­snęła głową, aż zatrzę­sły się kwiaty na jej kape­lu­szu.

- Jestem jedyną kom­pe­tentną osobą.

- Och, rze­czy­wi­ście. Przy­po­mi­nam sobie scenę z Sekret­nej Księż­niczki Lucie, w któ­rej księż­niczka Lucie oka­zuje się lep­sza w ukła­da­niu kwia­tów od Okrut­nego Księ­cia Jamesa.

- James był bar­dzo roz­draż­niony tym roz­dzia­łem - orze­kła z satys­fak­cją Lucie. Świa­tło wpa­dało do powozu, gdy mijali latar­nie uliczne. Na zewnątrz samotny poli­cjant obcho­dził swój rewir przed koryncką fasadą Hay­mar­ket The­atre.

Nie czuła już dłoni Jes­sego pod swoją. Zer­k­nęła w dół i zoba­czyła, że wygląda to tak, jakby opie­rała ręce na pustce - naj­wy­raź­niej z nie do końca nama­cal­nego Jes­sego zmie­nił się w cał­ko­wi­cie nie­ma­te­rial­nego. Zmarsz­czyła brwi, ale on zabrał już rękę i teraz Lucie zasta­na­wiała się, czy tylko to sobie wyobra­ziła.

- Pew­nie zoba­czysz jutro Grace - powie­dział Jesse. - Nie robi wra­że­nia prze­ję­tej ślu­bem i chyba dobrze życzy two­jemu bratu.

Lucie zasta­na­wiała się. Grace była tema­tem, który poru­szali z Jes­sem tylko pobież­nie. Ni­gdy nie widziała ich jed­no­cze­śnie, ponie­waż za dnia Jesse leżał pozba­wiony świa­do­mo­ści, a Grace nie bar­dzo mogła wyrwać się od Brid­ge­stoc­ków i Char­lesa nocą. Jesse czę­sto ją odwie­dzał, ale ni­gdy nie mówił Lucie o swo­ich roz­mo­wach z sio­strą. Cho­ciaż Grace i Lucie razem pró­bo­wały ura­to­wać Jes­sego, to jego osoba pozo­stała dla nich nie­zręcz­nym tema­tem.

Jesse spra­wiał wra­że­nie, że rozu­mie, że Grace zarę­czyła się z Char­le­sem, by chro­nić się przed wpły­wami Tatiany, a James i Cor­de­lia pobie­rali się, żeby rato­wać repu­ta­cję Cor­de­lii. Naj­wy­raź­niej uwa­żał to za słuszne. Jed­nakże ogrom­nie kochał sio­strę i był wobec niej nie­zwy­kle opie­kuń­czy, a Lucie nie miała ochoty roz­ma­wiać z nim o swo­ich oba­wach, że Grace zła­mała Jame­sowi serce.

Zwłasz­cza że na­dal potrze­bo­wał pomocy Grace.

- Cie­szę się, że to sły­szę - odparła żywo. Powóz skrę­cił w Shoe Lane, prze­je­chał przez żela­zną bramę Insty­tutu i wje­chał na dzie­dzi­niec. Nad nimi wzno­siła się kate­dra, ciemna i impo­nu­jąca na tle nieba. - Kiedy... Kiedy znowu cię zoba­czę?

Natych­miast poża­ło­wała, że zapy­tała. Zawsze się poja­wiał, rzadko zni­kał na dłu­żej niż jedną noc. Nie powinna go tak naci­skać.

Jesse uśmiech­nął się nieco smutno.

- Szkoda, że nie mogę się poja­wić na ślu­bie. Wielka szkoda. Chciał­bym cię zoba­czyć w two­jej sukni sug­ge­nes. Wyglą­dała jak skrzy­dła motyla.

Poka­zała mu wcze­śniej mate­riał na suk­nię - opa­li­zu­jący brzo­skwi­niowo-lawen­dowy jedwab - ale zdzi­wiła się, że Jesse go pamięta. W Insty­tu­cie paliły się świa­tła. Lucie wie­działa, że rodzice wkrótce wyjdą, żeby ją powi­tać. Odsu­nęła się od Jes­sego, się­gnęła po porzu­cone ręka­wiczki, a wtedy otwo­rzyły się fron­towe drzwi Insty­tutu i cie­płe żółte świa­tło roz­lało się na kamien­nych pły­tach.

- Może jutro wie­czo­rem... - zaczęła, ale Jesse już znik­nął.

Grace

Grace

1893-1896

Dawno, dawno temu Grace była kimś innym - tyle przy­naj­mniej pamię­tała. Była inną dziew­czyną, cho­ciaż miała takie same chude nad­garstki i pla­ty­nowe blond włosy. Kiedy była mała, rodzice posa­dzili ją i wyja­śnili, że oni, ona sama i wszy­scy, któ­rych znają, nie są zwy­kłymi ludźmi, ale potom­kami anio­łów. Nefi­lim, któ­rzy przy­się­gli chro­nić świat przed potwo­rami, które mu zagra­żały. Ta dziew­czynka miała rysu­nek oka na grzbie­cie dłoni z cza­sów, któ­rych nie pamię­tała. To jej rodzice umie­ścili tam ten rysu­nek; ozna­czał, że jest Nocną Łow­czy­nią i dzięki niemu mogła widzieć potwory nie­wi­dzialne dla innych.

Bez dwóch zdań powinna szcze­gó­łowo pamię­tać twa­rze rodzi­ców, dom, w któ­rym miesz­kali. Miała sie­dem lat - powinna być w sta­nie przy­po­mnieć sobie, jak się czuła w kamien­nej sali w Ali­cante, kiedy tłum cał­kiem jej obcych doro­słych, przy­szedł powie­dzieć jej, że rodzice nie żyją.

Zamiast tego od tam­tej chwili prze­stała cokol­wiek czuć. Dziew­czyna, która ist­niała, zanim weszła do tej kamien­nej sali... ta dziew­czyna prze­pa­dła.

Począt­kowo myślała, że zosta­nie ode­słana do innych człon­ków swo­jej rodziny, cho­ciaż rodzice nie utrzy­my­wali z nimi spe­cjal­nie kon­tak­tów i krewni byli jej cał­kiem obcy. Zamiast tego tra­fiła do zupeł­nie innej obcej osoby. Nagle została jedną z Black­thor­nów. Przy­je­chał po nią heba­nowy powóz, czarny i błysz­czący jak for­te­pian. Poniósł ją przez let­nie pola Idrisu do skraju lasu Bro­ce­lind i za ozdobną żela­zną bramę. Do rezy­den­cji Black­thor­nów, jej nowego domu.

To musiał być szok dla dziew­czyny - prze­pro­wadzka z domu w skrom­niej­szej czę­ści Ali­cante do rodo­wej posia­dło­ści jed­nej z naj­star­szych rodzin Noc­nych Łow­ców. Jed­nakże ten szok i więk­szość wspo­mnień z domu w Ali­cante prze­pa­dły tak jak wiele innych rze­czy.

Jej nowa matka była dziwna. Począt­kowo była życz­liwa, nie­mal zbyt życz­liwa. Potra­fiła zła­pać nagle dziew­czynę w talii i przy­ci­snąć mocno.

- Ni­gdy nie myśla­łam, że będę miała córkę - mru­czała ze zdu­mie­niem, jakby mówiła do kogoś obec­nego w pokoju, kogo dziew­czyna nie widziała. - I to jesz­cze z takim ślicz­nym imie­niem. Grace.

Grace.

Tatiana Black­thorn była też dziwna pod innymi, znacz­nie bar­dziej prze­ra­ża­ją­cymi wzglę­dami. Nie robiła nic, żeby zadbać o dom w Idri­sie, i pozwa­lała mu popa­dać w ruinę. Jej jedyną słu­żącą była mil­cząca poko­jówka o skwa­szo­nej minie, którą Grace rzadko widy­wała. Tatiana potra­fiła być miła, lecz bywały chwile, gdy cedziła przez zęby lita­nię pre­ten­sji do swo­ich braci, rodów Noc­nych Łow­ców, do Noc­nych Łow­ców w ogóle. To oni byli odpo­wie­dzialni za śmierć jej męża i z tego, co Grace rozu­miała, mogli wszy­scy iść do dia­bła.

Grace była wdzięczna za to, że ją przy­gar­nięto, i cie­szyła się, że ma rodzinę i swoje miej­sce w świe­cie. Tyle że to było dziwne miej­sce. Nie potra­fiła zro­zu­mieć matki, która wiecz­nie była zajęta dziwną magią, jaką upra­wiała w ciem­nych kątach rezy­den­cji. Grace wio­dłaby bar­dzo samotne życie, gdyby nie Jesse.

Był sie­dem lat od niej star­szy i cie­szył się, że ma sio­strę. Był cichy, życz­liwy, czy­tał jej i poma­gał robić wianki z kwia­tów w ogro­dzie. Zauwa­żyła, że ma obo­jętną minę za każ­dym razem, gdy matka roz­wo­dziła się na temat swo­ich wro­gów i zemsty, o jakiej marzyła.

Jeśli Tatiana Black­thorn cokol­wiek kochała na tym świe­cie, to wła­śnie Jes­sego. Wobec Grace potra­fiła być kry­tyczna, nie szczę­dziła jej policz­ków i szczy­pa­nia, ale ni­gdy nie pod­nio­słaby ręki na niego. Grace zasta­na­wiała się, czy dla­tego, że był chłop­cem, czy też dla­tego, że był jej praw­dzi­wym synem, krew z jej krwi, pod­czas gdy Grace była tylko wycho­wa­nicą.

Odpo­wiedź miała małe zna­cze­nie. Grace nie potrze­bo­wała uczuć matki, dopóki miała Jes­sego. To on jej towa­rzy­szył, gdy naj­bar­dziej kogoś potrze­bo­wała, i był wystar­cza­jąco star­szy, by wyda­wał się jej pra­wie doro­sły.

Dobrze, że mieli sie­bie za towa­rzy­stwo, bo rzadko opusz­czali rezy­den­cję, z wyjąt­kiem krót­kich wypa­dów z matką do Chi­swick House, roz­le­głej kamien­nej rezy­den­cji w Anglii, którą Tatiana wyszar­pała bra­ciom dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej i teraz zazdro­śnie jej strze­gła. Cho­ciaż Chi­swick House znaj­do­wał się bli­sko Lon­dynu i w związku z tym był cenną nie­ru­cho­mo­ścią, Tatiana naj­wy­raź­niej zamie­rzała dopro­wa­dzić i tę sie­dzibę do upadku.

Grace zawsze odczu­wała ulgę po powro­cie do Idrisu. Bli­skość Lon­dynu nie tyle przy­po­mi­nała jej o daw­nym życiu - które zamie­niło się w cie­nie i sny - ile przy­po­mi­nała, że miała jakąś prze­szłość, czas, zanim nale­żała do Jes­sego, Tatiany i rezy­den­cji Black­thor­nów. A jaki miało sens przy­po­mi­na­nie sobie tego?

***

Pew­nego dnia Grace usły­szała podej­rzany łomot docho­dzący z pokoju pię­tro wyżej. Poszła to spraw­dzić, bar­dziej zacie­ka­wiona niż zanie­po­ko­jona i zaszo­ko­wana odkryła, że przy­czyną hałasu jest Jesse. Przy­go­to­wał sobie pro­wi­zo­ryczną salę do ćwi­cze­nia rzu­tów nożem - usta­wił bele słomy i powie­sił jutowe płótno w jed­nym z wyso­kich, prze­stron­nych pomiesz­czeń na ostat­nim pię­trze rezy­den­cji. Poprzedni miesz­kańcy musieli wyko­rzy­sty­wać te sale do tre­nin­gów, ale matka nazy­wała je po pro­stu "salami balo­wymi".

- Co ty wypra­wiasz? - zapy­tała zgor­szona Grace. - Wiesz, że nie powin­ni­śmy uda­wać, że jeste­śmy Noc­nymi Łow­cami.

Jesse pod­szedł po nóż, który wbił się w belę słomy. Grace wbrew sobie zauwa­żyła, że tra­fił pre­cy­zyj­nie w cel.

- To nie jest uda­wa­nie. My jeste­śmy Noc­nymi Łow­cami.

- Z racji naro­dzin, jak tłu­ma­czy mama - odparła ostroż­nie Grace. - A nie z wyboru. Nocni Łowcy to bru­tale i zabójcy, tak mówi mama. Nie wolno nam tre­no­wać.

Brat przy­go­to­wał się do kolej­nego rzutu nożem.

- A mimo to miesz­kamy w Idri­sie, w sekret­nym kraju stwo­rzo­nym przez i dla Noc­nych Łow­ców. Nosisz Znak. A ja... też powi­nie­nem mieć Znaki.

- Jesse... - zaczęła Grace. - Naprawdę tak ci zależy na byciu Noc­nym Łowcą? Żeby okła­dać kijami demony i tak dalej?

- Po to się uro­dzi­łem - odpo­wie­dział z chmurną miną. - Sam się uczy­łem, odkąd skoń­czy­łem osiem lat. Na stry­chu w tym domu wala się mnó­stwo sta­rej broni i pod­ręcz­ni­ków do tre­no­wa­nia. Ty też po to się uro­dzi­łaś.

Grace zawa­hała się i rzad­kie dla niej wspo­mnie­nie poja­wiło się w jej umy­śle: rodzice rzu­ca­jący nożami w tablicę zawie­szoną w ich małym domu w Ali­cante. Wal­czyli z demo­nami. W taki spo­sób żyli i w taki spo­sób zgi­nęli. Z pew­no­ścią nie były to same głu­poty, jak twier­dziła Tatiana. Z pew­no­ścią to nie było życie pozba­wione sensu.

Jesse zauwa­żył jej dziwny wyraz twa­rzy, ale nie naci­skał i nie dopy­ty­wał się, o czym myśli. Zamiast tego tłu­ma­czył dalej:

- A jeśli pew­nego dnia zosta­niemy zaata­ko­wani przez demony? Ktoś będzie musiał bro­nić naszej rodziny.

- Mnie też wytre­nu­jesz? - zapy­tała nagle Grace, a jej brat uśmiech­nął się sze­roko, co spra­wiło, że wybu­chła pła­czem, przy­tło­czona naglą­cym uczu­ciem, że komuś na niej zależy, że ktoś się nią opie­kuje. Że sta­nowi część cze­goś więk­szego od niej samej.

***

Zaczęli od noży. Nie ważyli się tre­no­wać za dnia, ale kiedy matka szła spać, znaj­do­wała się dosta­tecz­nie daleko, żeby nie sły­szała głu­chego łoskotu noży wbi­ja­ją­cych się w cel. Grace ku wła­snemu zdzi­wie­niu dobrze sobie radziła pod­czas tre­ningu, szybko się uczyła. Po paru tygo­dniach Jesse dał jej łuk myśliw­ski i koł­czan z pięk­nej, wypra­wio­nej czer­wo­nej skóry. Prze­pro­sił, że rze­czy nie są nowe, ale ona wie­działa, że zna­lazł je na stry­chu i tygo­dniami czy­ścił i napra­wiał dla niej. To zna­czyło wię­cej, niż gdyby były po pro­stu dro­gim pre­zen­tem.

Zaczęli lek­cje łucz­nic­twa. To było znacz­nie bar­dziej nie­bez­pieczne, wyma­gało wymy­ka­nia się z domu w środku nocy, żeby ćwi­czyć na sta­rej strzel­nicy za domem, pra­wie przy samych murach. Grace kła­dła się do łóżka w ubra­niu, cze­kała, aż w jej oknie pojawi się księ­życ, a wtedy scho­dziła po nie­oświe­tlo­nych scho­dach, żeby spo­tkać się bra­tem. Jesse był cier­pli­wym nauczy­cie­lem, deli­kat­nym i wspie­ra­ją­cym. Ni­gdy wcze­śniej nie marzyła o tym, żeby mieć brata, a teraz każ­dego dnia była wdzięczna za jego ist­nie­nie. I nie była to tylko posłuszna wdzięcz­ność, jaką żywiła dla matki.

Dopóki nie zamiesz­kała z Tatianą, Grace nie poj­mo­wała, jak strasz­liwą tru­ci­zną może być samot­ność. W miarę jak mijały mie­siące, zdała sobie sprawę, że samot­ność dopro­wa­dziła jej przy­braną matkę do sza­leń­stwa. Grace chciała ją kochać, ale Tatiana nie pozwa­lała na to, żeby takie uczu­cie się roz­wi­nęło. Jej samot­ność stała się tak wypa­czona, że Tatiana nauczyła się bać miło­ści, odrzu­cała czu­łość każ­dego poza Jes­sem. Powoli Grace zro­zu­miała, że Tatiana nie chce jej miło­ści. Chciała tylko jej lojal­no­ści.

Jed­nakże miłość musiała zna­leźć gdzieś ujście, żeby Grace nie wybu­chła jak rzeka napie­ra­jąca na tamę. Prze­lała całą miłość na Jes­sego, który uczył ją wspi­nać się na drzewa, mówić i czy­tać po fran­cu­sku, który co wie­czór sia­dał przy jej łóżku i czy­tał jej z naj­róż­niej­szych ksią­żek - od Ene­idy Wergi­liu­sza po Wyspę skar­bów.

Kiedy ich matka była zajęta innymi spra­wami, spo­ty­kali się w nie­uży­wa­nym gabi­ne­cie na końcu kory­ta­rza, gdzie ze wszyst­kich stron ota­czały ich się­ga­jące sufitu regały z książ­kami i gdzie stało kilka wiel­gach­nych roz­pa­da­ją­cych się foteli. To także była część ich tre­ningu, jak powie­dział Jesse. Tam razem czy­tali. Grace ni­gdy nie dowie­działa się, dla­czego Jesse był dla niej taki dobry. Myślała, że może od początku rozu­miał, że on i Grace są swo­imi jedy­nymi praw­dzi­wymi sojusz­ni­kami, że ich prze­trwa­nie zależy od tego soju­szu. Nie mając w sobie opar­cia, wpa­dliby do tej samej jamy, która pochło­nęła ich matkę. Razem mogli się roz­wi­jać.

Kiedy Grace miała dzie­sięć lat, Jesse prze­ko­nał matkę, żeby wresz­cie pozwo­liła mu na pierw­szy run. To nie­spra­wie­dliwe, powie­dział, że mieszka w Idri­sie i nie ma nawet runu Wzroku, który zapew­nia Widze­nie. Zakła­dano, że każdy, kto mieszka w Idri­sie, posiada Widze­nie i brak tej zdol­no­ści mógłby oka­zać się dla niego wręcz nie­bez­pieczny. Matka krzy­wiła się, ale w końcu ustą­piła. Przy­było dwóch Cichych Braci. Grace led­wie pamię­tała cere­mo­nię nada­wa­nia runu i pobliź­nio­nych, dry­fu­ją­cych postaci w ciem­nych kory­ta­rzach rezy­den­cji Black­thor­nów, na któ­rych widok dosta­wała gęsiej skórki. Zebrała się jed­nak na odwagę i towa­rzy­szyła Jes­semu, kiedy Cichy Brat nary­so­wał run Wzroku na grzbie­cie jego pra­wej dłoni. Patrzyła, jak Jesse unosi rękę, jak przy­gląda jej się zdu­miony i wylew­nie dzię­kuje Bra­ciom.

A potem tej samej nocy sie­działa przy nim, gdy umie­rał.

3

3

Gorzki i słodki

"Cóż, może i dał­bym się jej nabrać,

może mnie Maud na poku­sze­nie wodzi.

Lecz jeśli taką jest, za jaką chce ucho­dzić,

naprawdę taką, jaką ją wszy­scy znają,

jeśli jej uśmiech jest wyśnio­nym moim rajem,

to świat by­naj­mniej nie jest taki gorzki,

by jeden uśmiech nie zdo­łał go osło­dzić".

Alfred Ten­ny­son, Maud

"Nie musisz wycho­dzić za męż­czy­znę, który cię nie kocha".

Głos faerie powta­rzał się echem w gło­wie Cor­de­lii, kiedy odwró­ciła się do lustra w sypialni. Miała wra­że­nie, że jest duchem mimo jaskrawo zło­tej sukni ślub­nej - uno­szą­cym się w powie­trzu wid­mem, przy­wią­za­nym do rze­czy­wi­sto­ści cie­niutką wstążką. Wcale nie miała za chwilę poślu­bić męż­czy­zny, który jej nie kocha. Ten dzień nie mógł być ostat­nim dniem, kiedy sta­nie w tej sypialni po prze­bu­dze­niu się pod tym samym dachem, co jej matka i brat, kiedy wyj­rzy przez okno na rząd domów w South Ken­sing­ton, bla­dych pod zimo­wym słoń­cem. Jej życie nie miało się wła­śnie cał­kiem zmie­nić, cho­ciaż miała dopiero sie­dem­na­ście lat.

- Dochtare zibaje man. Moja piękna córka - powie­działa jej matka, obej­mu­jąc ją od tyłu nie­zręcz­nie z powodu ciąży i dużego brzu­cha.

Cor­de­lia popa­trzyła na nie obie w lustrze - podobne dło­nie, podobne usta. Nosiła złoty naszyj­nik, który sta­no­wił część posagu matki. Skórę miała kilka odcieni jaśniej­szą od cery matki, ale ich oczy były tak samo czarne. I kiedy prze­ro­sła Sonę?

Sona zaśmiała się. Pasmo wło­sów wymknęło się spod zło­tej opa­ski zdo­bio­nej klej­no­tami, którą Cor­de­lia miała na gło­wie. Zaraz przy­gła­dziła je z powro­tem.

- Lajlo, azi­zam. Wyglą­dasz na zmar­twioną.

Cor­de­lia powoli ode­tchnęła. Nie potra­fiła sobie nawet wyobra­zić reak­cji matki, gdyby powie­działa jej prawdę.

- To naprawdę wielka zmiana, mâmân. Wypro­wadzka z domu... i to nie z powro­tem do Ciren­worth, ale do cał­kiem obcego domu...

- Lajlo, nie zamar­twiaj się - powie­działa matka. - Zmiany zawsze są trudne. Kiedy wycho­dzi­łam za two­jego ojca, potwor­nie się dener­wo­wa­łam. Ale wszy­scy tylko mówili, jakie mam szczę­ście, bo był szy­kow­nym boha­te­rem, który zabił demona Yan­luo. Matka wzięła mnie jed­nak na bok i powie­działa "On naprawdę jest olśnie­wa­jący, ale nie zapo­mi­naj o wła­snym hero­izmie". Wszystko będzie dobrze. Tylko nie zapo­mnij o wła­snym hero­izmie.

Te słowa zasko­czyły Cor­de­lię. Sona rzadko wspo­mi­nała o swo­jej rodzi­nie, poza tym, że sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie hero­izmu - ród się­gał korze­niami daleko do daw­nych Noc­nych Łow­ców w Per­sji. Cor­de­lia wie­działa, że jej dziad­ko­wie już nie żyją, ale miała ciotki, wujów i kuzy­nów w Tehe­ra­nie. Sona rzadko o nich wspo­mi­nała i nie zapro­siła nikogo na ślub Jamesa i Cor­de­lii, mówiąc, że byłoby to nie­grzeczne, ocze­ki­wać, że prze­jadą taki kawał drogi, a nie ufali Bra­mom.

Zupeł­nie jakby wycho­dząc za Eliasa, cał­ko­wi­cie odse­pa­ro­wała się od daw­nego życia i teraz Risa była jej naj­bliż­szym odpo­wied­ni­kiem per­skiej rodziny. Izo­la­cja Sony nie była jedyną rze­czą, która mar­twiła Cor­de­lię. Elias już dawna nie był szy­kow­nym boha­te­rem. Co Sona myślała na ten temat? Czy myślała o wła­snym hero­izmie, który odło­żyła na bok, żeby wycho­wy­wać dzieci i wiecz­nie podró­żo­wać - ni­gdzie nie zapu­ściła korzeni z powodu "sła­bego zdro­wia" jej męża?

- Sona, cha­num! - Risa poja­wiła się nagle drzwiach. - Przy­je­chał - mówiła, oglą­da­jąc się nagląco przez ramię. - Przed chwilą. Bez słowa ostrze­że­nia...

- Ala­stair! Cor­de­lio! - dobiegł z dołu zna­jomy głos. - Sona, moja kochana!

Sona pobla­dła i oparła się o ścianę, żeby nie upaść.

- Elias?

- To bâbâ? - Cor­de­lia pod­ka­sała ciężką suk­nię i wybie­gła na kory­tarz.

Risa już scho­dziła z miną jak gra­dowa chmura. Elias minął ją, nawet na nią nie zer­ka­jąc. Wbiegł po scho­dach z uśmie­chem na twa­rzy, z ręką na balu­stra­dzie.

Cor­de­lia sta­nęła jak wryta. Radość, jaką poczuła na dźwięk głosu ojca, znik­nęła i teraz nie mogła się ruszyć, gdy matka wymi­nęła ją i pode­szła objąć Eliasa. Cor­de­lia czuła się dziw­nie ode­rwana, gdy ojciec objął i uca­ło­wał matkę, a potem odsu­nął się, żeby poło­żyć rękę na jej zaokrą­glo­nym brzu­chu.

Sona pochy­liła głowę, mówiła coś cicho i pośpiesz­nie do męża. Cho­ciaż się uśmie­chał, wyglą­dał na wyczer­pa­nego, głę­bo­kie linie żło­biły mu twarz, szary zarost pokry­wał kęp­kami szczękę. Gar­ni­tur miał poprze­cie­rany, jakby nosił go cały czas od dnia, kiedy go zabrano. Wycią­gnął ręce.

- Cor­de­lio.

Wyrwała się z para­liżu. Chwilę potem stała już w obję­ciach ojca, poczuła zna­jome dra­pa­nie jego zaro­stu, gdy uca­ło­wał ją w czoło, i mimo wszystko poczuła uko­je­nie.

- Bâbâ - powie­działa, odchy­la­jąc głowę, żeby spoj­rzeć mu w twarz. Wyglą­dał bar­dzo staro. - Gdzie byłeś? Mar­twi­li­śmy się.

Zapach jego ubrań i wło­sów - dymny, jak od tyto­niu - też był zna­jomy. Czy wyczu­wała pod tym sło­dycz zgni­li­zny? Pach­niał alko­ho­lem czy tylko jej się wyda­wało?

Elias odsu­nął ją na wycią­gnię­cie rąk.

- Doce­niam powi­ta­nie, moja droga. - Obrzu­cił ją spoj­rze­niem od stóp do głów i z bły­skiem w oku dodał: - Cho­ciaż nie musia­łaś aż tak się dla mnie stroić.

Cor­de­lia zaśmiała się i pomy­ślała: mój ojciec wró­cił. Będzie na moim ślu­bie. Tylko to się liczy.

- To moja suk­nia ślubna... - zaczęła mówić, ale Elias prze­rwał jej z uśmie­chem.

- Wiem, dziecko. Dla­tego dzi­siaj wró­ci­łem. W życiu nie prze­ga­pił­bym two­jego ślubu.

- To dla­czego nie wró­ci­łeś, kiedy wypusz­czono cię z Basi­lias?

Wszy­scy odwró­cili się do Ala­sta­ira, który wła­śnie wyszedł ze swo­jego pokoju. Ewi­dent­nie przy­go­to­wy­wał się przed cere­mo­nią - miał roz­pięte man­kiety i nie wło­żył jesz­cze mary­narki. Był ubrany w czarną kami­zelkę ze zło­tymi runami Miło­ści, Rado­ści i Jed­no­ści, ale nie miał rado­snej miny. - Wiemy, że wypu­ścili cię tydzień temu. Gdy­byś wró­cił wcze­śniej, matka byłaby spo­koj­niej­sza. Lajla też.

Elias spoj­rzał na syna. Nie wycią­gnął do niego rąk jak do Cor­de­lii, ale głos miał nabrzmiały emo­cjami, gdy powie­dział:

- Chodź przy­wi­tać się, Esfandiy?rze.

To było dru­gie imię Ala­sta­ira. Esfandiy?r był wiel­kim boha­te­rem z Szah­name, per­skiej księgi o mitycz­nych kró­lach, któ­rzy potra­fili zakuć każ­dego demona w zacza­ro­wane łań­cu­chy. Ala­stair uwiel­biał słu­chać histo­rii z Szah­name, kiedy był mały. On i Cor­de­lia sia­dali przy ogniu, a Elias im czy­tał.

To jed­nak było dawno temu. Teraz Ala­stair nawet nie drgnął, a Elias zmarsz­czył czoło.

- Tak, wypu­ścili mnie kilka dni temu - przy­znał. - Ale przed powro­tem wybra­łem się w dzi­kie ostępy Fran­cji na zachód od Idrisu.

- Żeby odpo­ku­to­wać? - zapy­tał ostro Ala­stair.

- Po pre­zent ślubny dla Cor­de­lii. Riso! - zawo­łał.

- Och nie, póź­niej się wymie­nimy pre­zen­tami - zapro­te­sto­wała Cor­de­lia. Wyczu­wała nara­sta­jące napię­cie, matka zer­kała nie­spo­koj­nie to na syna, to na męża. - Kiedy będziemy mogli otwo­rzyć je z Jame­sem.

- Riso! - zawo­łał znowu ojciec - Możesz przy­nieść podłużne drew­niane pudełko z moich bagaży? Bzdura - dodał na uży­tek Cor­de­lii. - To nie pre­zent do waszego nowego domu, tylko dla cie­bie.

Wkrótce przy­szła Risa z pudeł­kiem opar­tym na ramie­niu i wście­kłym wyra­zem twa­rzy. Nie zwa­ża­jąc na jej gry­mas, Elias wziął pudełko i obró­cił się, żeby oddać je córce.

Cor­de­lia popa­trzała na Ala­sta­ira, który opie­rał się o ścianę. Unio­sła brwi, jakby chciała go zapy­tać, co jego zda­niem powinna zro­bić. On tylko wzru­szył ramio­nami. Miała ochotę nim potrzą­snąć. "Tak by cię zabo­lało, gdy­byś cho­ciaż uda­wał, że się cie­szysz?!".

Odwró­ciła się do ojca, który przy­trzy­mał pudełko, kiedy odsu­nęła mosiężne zasuwki i odchy­liła wieko.

Aż jej zaparło dech.

Na nie­bie­skim aksa­mi­cie leżała pochwa, jedna z naj­pięk­niej­szych, jakie Cor­de­lia widziała w swoim życiu, godna wysta­wie­nia w muzeum. Została wykuta z dosko­na­łej stali, błysz­czą­cej jak sre­bro, jej powierzch­nię zdo­bił skom­pli­ko­wany złoty dama­ski­naż, ukła­da­jący się w deli­katny wzór z pta­ków, liści i wino­ro­śli. Kiedy przyj­rzała się dokład­niej, dostrze­gła błysk runów podob­nych do motyli wśród liści.

- Jedyny dar godny mojej córki to dar godny mie­cza, który ją wybrał - powie­dział Elias.

- Skąd to masz? - zapy­tała Cor­de­lia.

Nie potra­fiła powstrzy­mać wzru­sze­nia. Opo­wieść Ala­sta­ira o tym, jak wiele razy musiał rato­wać ich ojca, a także samego sie­bie, Cor­de­lię i ich matkę przed kon­se­kwen­cjami jego picia... ta powieść wzbu­dziła jej gniew. Jak ojciec mógł być tak ego­istyczny, tak obo­jętny na potrzeby rodziny?

Z dru­giej strony czę­sto był przy niej i ją wspie­rał, poma­gał wspi­nać się na drzewa, tre­no­wać, uczył zna­cze­nia Cor­tany i odpo­wie­dzial­no­ści, jaka spa­dała na osobę, która dzierży ten miecz. I przy­szedł dzi­siaj, w dniu jej ślubu, przy­niósł nawet pre­zent. Czy to byłoby takie złe uznać, że ma dobre inten­cje?

- Faerie z pół­noc­nej Fran­cji słyną ze swo­ich nad­zwy­czaj­nych dzieł - odpo­wie­dział Elias. - Podobno tę pochwę wyko­nała sama Melu­zyna. Wie­dzia­łem, że musi tra­fić do cie­bie. Mam nadzieję, że przyj­miesz ją jako sym­bol mojej miło­ści i... obiet­nicy poprawy.

Sona uśmiech­nęła się z drże­niem. Elias odło­żył pudełko ostroż­nie na sto­lik w kory­ta­rzu.

- Dzię­kuję, ojcze - powie­działa Cor­de­lia, obej­mu­jąc go.

Kiedy Elias przy­tu­lił ją mocno, zauwa­żyła ruch kątem oka. Zer­k­nęła i zoba­czyła, że Ala­stair wró­cił do swo­jego pokoju.

***

Prze­klęta bran­so­letka wciąż jest na moim nad­garstku, pomy­ślał James, krą­żąc po dywa­nie w sypialni. Od wielu dni zamie­rzał ją zdjąć. Wła­ści­wie to był pewien, że pró­bo­wał ją zdjąć, ale zapię­cie się zacięło.

Wła­śnie szedł do biurka, żeby poszu­kać nożyka do listów, któ­rym pod­wa­żyłby zapię­cie, kiedy spo­strzegł swoje odbi­cie w lustrze. Przy­sta­nął, by się upew­nić, że wszystko jest na swoim miej­scu. Przez wzgląd na Cor­de­lię musiał wyglą­dać jak naj­le­piej.

Wygła­dził włosy - bez­na­dziejna sprawa, bo natych­miast unio­sły się i znowu ster­czały - i dopiął ostatni guzik zło­tego, bro­ka­to­wego sur­duta, który uszył kra­wiec jego ojca, sta­ru­szek o imie­niu Lemuel. Lemuel Sykes.

Pomy­ślał o eks­cy­ta­cji ojca, kiedy przed­sta­wiał Lemu­elowi Jamesa:

- Mój syn się żeni!

Sykes ze zło­ścią wymru­czał powin­szo­wa­nia. Widząc ilość wło­sów na jego uszach, James zało­żyłby się, że to wil­ko­łak, ale uznał, że nie wypada pytać. Tak czy ina­czej, oka­zało się, że Will miał rację, nie zwra­ca­jąc uwagi na odpy­cha­jące maniery Sykesa i nie przej­mu­jąc się tym, że w każ­dej chwili może paść przy nich mar­twy ze sta­ro­ści. James miał wra­że­nie, że nie jest naj­lep­szym sędzią, jeśli idzie o wła­sny wygląd, ale nawet on był pod wra­że­niem tego, jak jego strój, złoty sur­dut i reszta doda­wały mu powagi. Wyglą­dał jak młody czło­wiek z poważ­nymi zamia­rami, który wie, co robi. Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, przyda mu się wszystko, co sprawi, że będzie wyglą­dał na pew­nego sie­bie.

Już szedł do biurka, kiedy ktoś zapu­kał do drzwi. James otwo­rzył je i zoba­czył rodzi­ców w ele­ganc­kich wie­czo­ro­wych stro­jach. Tak jak James Will miał na sobie sur­dut, ale jego był skro­jony z heba­no­wej wełny, a do tego nosił czarne spodnie. Tessa wło­żyła pro­stą suk­nię z róża­nego aksa­mitu ozdo­bioną maleń­kimi pereł­kami. Oboje mieli poważne miny.

Jame­sowi zaci­snął się żołą­dek.

- Coś się stało?

Dowie­dzieli się, pomy­ślał. O tym, że spa­li­łem rezy­den­cję Black­thor­nów, że Cor­de­lia sta­nęła w mojej obro­nie, że mał­żeń­stwo to kłam­stwo, które ma nas ura­to­wać.

- Nie dener­wuj się - uspo­koił go Will. - Mamy tylko pewne wia­do­mo­ści.

Tessa wes­tchnęła.

- Will, prze­ra­zi­łeś bied­nego chło­paka. Pew­nie pomy­ślał, że Cor­de­lia zerwała zarę­czyny. Nie zerwała - dodała pośpiesz­nie. - Nic z tych rze­czy. Tylko... jej ojciec wró­cił.

- Elias jest w domu?

James odsu­nął się, wpusz­cza­jąc rodzi­ców do pokoju. Na kory­ta­rzach krę­ciło się mnó­stwo poko­jó­wek i loka­jów, któ­rzy przy­go­to­wy­wali Insty­tut, i lepiej było poroz­ma­wiać na taki temat na osob­no­ści.

- Kiedy wró­cił?

- Podobno dopiero dzi­siaj rano - powie­dział Will.

Przy oknie stały trzy krze­sła. James usiadł tam z rodzi­cami. Za szybą oszro­nione gałę­zie drżały na zimo­wym wie­trze. Blade słońce zale­wało dywan.

- Jak wiesz, wypusz­czono go z Basi­lias jakiś czas temu, ale poje­chał po pre­zent dla Cor­de­lii. Stąd zwłoka.

- Mam wra­że­nie, że mu nie wie­rzy­cie - powie­dział James. - Gdzie waszym zda­niem był?

Will i Tessa popa­trzyli po sobie. Los Eliasa Car­sta­irsa stał się przed­mio­tem oży­wio­nych plo­tek w Enkla­wie rap­tem tydzień, może dwa tygo­dnie po tym, jak wysłano go do Basi­lias na "lecze­nie". Więk­szość wie­działa lub podej­rze­wała, że swoją cho­robę zna­lazł na dnie butelki. Cor­de­lia była bole­śnie szczera na ten temat w roz­mo­wie z Jame­sem. Nie miała poję­cia, dora­sta­jąc, że ojciec ma pro­blem z alko­ho­lem, miała nadzieję, że w Basi­lias zdo­łają go wyle­czyć i zara­zem oba­wiała się, że to się nie uda.

Kiedy Tessa się ode­zwała, ostroż­nie dobie­rała słowa.

- To ojciec Cor­de­lii - powie­działa. - Musimy wie­rzyć, że mówi szcze­rze. Sona jest zachwy­cona jego powro­tem, a Cor­de­lii nie­wąt­pli­wie ulżyło, że będzie na jej ślu­bie.

- Więc są tutaj? - zanie­po­koił się James. - Cor­de­lia i jej rodzina? Z Cor­de­lią wszystko w porządku?

- Została prze­szmu­glo­wana na górę, żeby nikt jej nie zoba­czył - powie­dział Will. - Była... złota i puchata, z tego co widzia­łem.

- Mówisz, jakby była złotą bezą - mruk­nął ponuro James. - Powi­nie­nem do niej iść? Zapy­tać, czy mnie potrze­buje?

- Nie sądzę - odparła Tessa. - Cor­de­lia jest sprytna, dzielna i zaradna, ale tu cho­dzi o jej ojca. Wyobra­żam sobie, że to dość trudna kwe­stia, zwłasz­cza że tak wielu ludzi z Clave wie o wszyst­kim. Naj­le­piej będzie, jeśli sta­niesz przy niej i po stro­nie Eliasa. Niech będzie jasne, że cie­szymy się z jego obec­no­ści i że to oka­zja do rado­ści.

- Na tym mię­dzy innymi polega bycie mężem - dodał Will. - Jeste­ście teraz z Cor­de­lią jed­nym. Macie dzie­lić się celami i marze­niami, tak samo jak obo­wiąz­kami. Rozu­miem, że Elias ukry­wał swój stan przez wiele lat, w prze­ciw­nym razie sytu­acja mogłaby się przed­sta­wiać cał­kiem ina­czej. Mogę ci udzie­lić mał­żeń­skiej rady?

- Pew­nie za żadne skarby nie dasz się powstrzy­mać, co? - żach­nął się James.

Bła­gam, nie, pomy­ślał. Ostat­nie, czego chcę, to żebyś uznał, że moje mał­żeń­stwo roz­pa­dło się z powodu two­ich złych rad.

- To zależy, jakimi skar­bami obec­nie dys­po­nu­jesz - odpo­wie­dział Will.

James musiał się uśmiech­nąć.

- Niczym spe­cjal­nym w tej chwili.

- W takim razie nie masz szansy. Zatem oto moja rada: zawsze mów Cor­de­lii, co czu­jesz. - Popa­trzył synowi w oczy. - Możesz bać się tego, co się sta­nie, kiedy będziesz mówił pro­sto z serca. Możesz chcieć ukry­wać różne rze­czy, bojąc się kogoś zra­nić. Jed­nak sekrety nisz­czą zwią­zek, Jamie. W miło­ści, w przy­jaźni pod­ko­pują i nisz­czą, aż osta­tecz­nie zosta­jesz zgorzk­niały i sam na sam ze swo­imi sekre­tami.

Tessa dotknęła dłoni Willa. James tylko ski­nął głową. Było mu nie­do­brze. Sekrety, kłam­stwa. Okła­my­wał wła­śnie rodzi­ców. Okła­my­wał wszyst­kich w kwe­stii swo­ich uczuć. Co powie­dzą, kiedy za rok roz­wiodą się z Cor­de­lią? Jak im to wyja­śni? Zoba­czył w wyobraźni ojca ude­rza­ją­cego w mał­żeń­skie runy Jamesa ze zdru­zgo­ta­nym wyra­zem twa­rzy.

Will miał minę, jakby zamie­rzał powie­dzieć coś wię­cej, kiedy z zewnątrz dobie­gły tur­kot i skrzy­pie­nie - koła na śniegu i bruku. Ktoś gło­śno się przy­wi­tał. Przy­by­wali pierwsi goście.

Wszy­scy wstali. Will prze­cze­sał deli­kat­nie ręką włosy Jamesa.

- Potrze­bu­jesz chwili? Jesteś blady jak ściana. To natu­ralne, że czło­wiek dener­wuje się przed ślu­bem.

Cor­de­lia zasłu­guje na lep­sze przed­sta­wie­nie z mojej strony, pomy­ślał James. Co dziwne, myśl o niej dodała mu sił. Zapo­mi­nał cza­sem, że to z nią się żenił - z Daisy z jej pogod­nym śmie­chem, deli­kat­nym zna­jo­mym doty­kiem, zaska­ku­jącą siłą. To nie był nikt obcy. Gdyby nie myśl o tym, jak roz­cza­ruje rodzi­ców, kiedy to wszystko się roz­leci, mógłby być nawet zado­wo­lony.

- Nie ma potrzeby - odpo­wie­dział. - Jestem tylko pod­eks­cy­to­wany, nic wię­cej.

Rodzice uśmiech­nęli się z ulgą. We trójkę zeszli na dół, prze­mie­rza­jąc ude­ko­ro­wany Insty­tut. Will otwo­rzył drzwi i wpu­ścił tuman błysz­czą­cych krysz­tał­ków lodu wraz z pierw­szymi gośćmi, a James przy­szy­ko­wał się do powi­tań, kiedy zdał sobie sprawę, że wciąż nosi bran­so­letkę od Grace. Cóż, teraz już nie było czasu na jej zdję­cie. Cor­de­lia to zro­zu­mie.

***

James wła­śnie witał w swoim odczu­ciu wszyst­kich Noc­nych Łow­ców miesz­ka­ją­cych w Lon­dy­nie (i wielu przy­by­łych skąd­inąd), kiedy poja­wiła się Lucie.

Wymó­wił się na chwilę i pod­szedł do niej pośpiesz­nie. Prze­szli do sali, którą Tessa nazy­wała Długa Salą - pro­sto­kąt­nego pomiesz­cze­nia oddzie­la­ją­cego wej­ście od kaplicy. Przez sze­ro­kie dwu­skrzy­dłowe drzwi James widział, że kaplica prze­szła prze­mianę. Belki sufi­towe przy­brano gir­lan­dami chry­zan­tem sple­cio­nych z ozimą psze­nicą i obwią­za­nych zło­tymi wstąż­kami, przej­ście mię­dzy ław­kami wysy­pano zło­tymi płat­kami. Końce ławek ozdo­biono bukie­tami żół­tych lilii, walij­skich nar­cy­zów i nagiet­ków, złote aksa­mitne cho­rą­gwie zwie­szały się z sufitu wyszy­wane w zamki i ptaki - sym­bole połą­czo­nych rodzin Heron­dale'ów i Car­sta­ir­sów. Po obu stro­nach ołta­rza - "ołta­rza, przed któ­rym wkrótce sta­niesz", roz­legł się głos w jego gło­wie - stały ogromne krysz­ta­łowe wazony, rów­nież wypeł­nione kwia­tami. W każ­dej niszy i na każ­dej powierzchni usta­wiono palące się świece.

Wie­dział, że jego matka i Sona to zapla­no­wały. Naprawdę prze­szły same sie­bie.

- Gdzie byłaś? - szep­nął James, pod­cho­dząc do sio­stry.

Miała na sobie brzo­skwi­niową jedwabną suk­nię ozdo­bioną szy­fo­nem i zło­tymi kokar­dami przy ręka­wach. Złoty meda­lion, który tak lubiła, błysz­czał na jej szyi. Pytał o niego już wcze­śniej - skąd go ma - ale Lucie powie­działa mu, żeby się nie wygłu­piał, że ma go od dawna. Rze­czy­wi­ście, pamię­tał, że przy­ci­skała go do jego ust, kiedy pra­wie umarł na cmen­ta­rzu w High­gate. Powie­działa mu potem, że zro­biła to, żeby meda­lion przy­niósł mu szczę­ście.

- Mat­thew jesz­cze nie ma i musia­łem cał­kiem sam przy­wi­tać tysiąc nie­zna­jo­mych. W tym Pang­bor­nów z Insty­tutu w Korn­wa­lii.

Lucie się wykrzy­wiła.

- Nawet Lep­ko­rę­kiego?

James uśmiech­nął się sze­roko, sły­sząc prze­zwi­sko Alberta Pang­borna, który prze­jął kie­row­nic­two Insty­tutu w Korn­wa­lii w roku 1850 po Feli­xie Black­thor­nie.

- Wydaje mi się, że ojciec kazał mi się do niego zwra­cać "pro­szę pana". I na doda­tek uści­snąć jego lepką dłoń.

- Nie­stety ja... - Lucie popa­trzyła na niego z wyż­szo­ścią. - Muszę być dzi­siaj u boku Cor­de­lii, a nie twoim. Jestem jej sug­ge­nes. Cor­de­lia wła­śnie przy­go­to­wuje się w moim pokoju.

- Dla­czego ja też nie mogę przy­go­to­wy­wać się teraz w spo­koju? - zapy­tał James, cał­kiem roz­sąd­nie, jak uwa­żał.

- Bo nie jesteś panną młodą - odpo­wie­działa Lucie. - Jesteś panem mło­dym. I kiedy zoba­czysz ją pierw­szy raz w kaplicy w stroju ślub­nym, to powinna być magiczna chwila.

Przez chwilę mil­czeli. Lucie dosko­nale znała prawdę, ale zaci­skała usta i James uznał, że nie jest to naj­lep­szy moment, żeby przy­po­mi­nać jej, że to nie jest tego rodzaju ślub.

- Kto zapa­lił świece? - zapy­tał James. - To musiało zająć z godzinę.

Lucie prze­mknęła chył­kiem do kaplicy i się rozej­rzała.

- James, doprawdy, nie o tym powi­nie­neś teraz myśleć. Pew­nie Magnus. Był bar­dzo pomocny. - Wyszła z kaplicy z gar­ścią żół­tych róż. - No dobrze. Powo­dze­nia, James. Muszę wra­cać do Daisy. - Zer­k­nęła za niego i roz­pro­mie­niła się. - Och, patrz, Tho­mas i Chri­sto­pher przy­je­chali. Mat­thew na pewno zaraz się zjawi.

James ruszył na spo­tka­nie przy­ja­cio­łom, ale zaraz porwał go wir cio­tek i wujów - ciotka Cecily z mężem, Gabrie­lem Ligh­two­odem, brat Gabriela: Gideon z żoną Sophie, a razem z nimi kobieta, któ­rej nie znał.

Gideon pokle­pał Jamesa w ramię.

- James! Świet­nie wyglą­dasz.

- Dosko­nały sur­dut - powie­dział Gabriel. - Moja córka pomo­gła ci go zna­leźć?

- Nie­stety to nie jest robota Anny - odpo­wie­dział James, popra­wia­jąc man­kiety. - Ojciec zabrał mnie do swo­jego sta­rego krawca, który abso­lut­nie nie rozu­miał, dla­czego chcę złoty sur­dut zamiast cze­goś w kolo­rze, który bar­dziej przy­stoi dżen­tel­me­nowi, jak szary albo czarny.

- Nocni Łowcy nie żenią się w sza­ro­ści - powie­działa Cecily z bły­skiem w oku. - A Will korzy­sta z usług tego krawca od taka dawna, że zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy nie prze­grał z nim zakładu w karty. Pozna­łeś już Filo­menę?

James zer­k­nął na kobietę sto­jącą obok wujów. Była mniej wię­cej w wieku Anny, gład­kie ciemne włosy nosiła upięte na karku. Usta miała bar­dzo czer­wone, oczy ciemne, o cięż­kich powie­kach. Zer­k­nęła na niego i się uśmiech­nęła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki