1
1
Czarów splot
"I swych czarów splotem,
Chytrze wpatrzona w siebie, mężczyzn pieści,
Aże w swej sieci ich ciało pomieści,
Serce i życie, młoda, choć nawrotem
Lat coraz starszą jest ziemia... Twe zioła
To mak i róża: bo któż całunkowi
I snu przemocy oprzeć się wydoła?"1
Dante Gabriel Rossetti, Lilith, czyli piękność ciała
Zimowa mgła przemieszana z dymem opadła na Londyn, sięgając bladymi
mackami w głąb ulic, owijając budynki zmatowiałą lametą. Nadawała szary
odcień zapuszczonym drzewom, gdy Lucie Herondale jechała powozem wzdłuż
długiego, zaniedbanego podjazdu do Chiswick House, którego dach wynurzał
się z mgły jak himalajski szczyt sterczący ponad chmurami.
Pocałowała swojego konia Baliosa w chrapy i zarzuciła mu derkę na
grzbiet, po czym zostawiła go u podnóża frontowych schodów i ruszyła
przez pozostałości tarasowego ogrodu. Minęła popękane i zniszczone
posągi Wergiliusza i Sofoklesa, teraz zarośnięte długimi pnączami,
których poutrącane kończyny leżały wśród chwastów. Inne posągi znikały
częściowo pod pochylającymi się drzewami i za nieprzycinanymi
żywopłotami, jakby były pożerane przez gęste listowie.
Minęła przewróconą różaną altankę i w końcu dotarła do starej ceglanej
szopy w ogrodzie. Budynek od dawna nie miał dachu. Lucie czuła się
trochę tak, jakby natknęła się na porzuconą chatę owczarza na
wrzosowiskach. Cieniutki palec szarego dymu wylatywał ze środka. Gdyby
to działo się w Pięknej Cordelii, szalony, ale przystojny książę
nadszedłby teraz chwiejnym krokiem z wrzosowisk. Życie jednak w niczym
nie przypominało historii z książek.
Wszędzie wokół szopy widziała małe kopczyki ziemi, w miejscach, gdzie
podczas ostatnich czterech miesięcy razem z Grace zakopały efekty swoich
nieudanych eksperymentów - ciała nieszczęsne ptaków albo złapanych przez
koty szczurów i myszy, którym próbowały przywrócić życie.
Na razie nic nie podziałało. A Grace nawet nie wiedziała o wszystkim.
Wciąż nie miała pojęcia o zdolności Lucie do rozkazywania umarłym. Nie
wiedziała, że Lucie próbowała rozkazywać małym ciałom, żeby ożyły,
próbowała sięgnąć w ich głąb, żeby złapać coś, co mogłaby zawlec z powrotem do świata żywych. To jednak nigdy nie podziałało. Ta cząstka,
której Lucie mogłaby rozkazywać, umykała w chwili ich śmierci.
Nie wspomniała ani słowem na ten temat Grace.
Wzruszyła filozoficznie ramionami i podeszła do masywnych drewnianych
drzwi. Zastanawiała się czasem, jaki sens mają drzwi w budynku bez
dachu. Zapukała w umówiony sposób: raz, dwa razy i znowu raz-dwa.
Natychmiast usłyszała, że ktoś podchodzi i przesuwa rygiel. Drzwi się
otworzyły. Grace Blackthorn stała w progu z poważną, zaciętą miną. Mimo
mglistej pogody jej rozpuszczone, sięgające ramion włosy lśniły
srebrzyście.
- Przyszłaś - powiedziała, robiąc wrażenie raczej zaskoczonej niż
ucieszonej.
- Powiedziałam, że przyjdę. - Lucie przepchnęła się do środka, mijając
Grace.
Szopa sprowadzała się do jednego pomieszczenia z klepiskiem zamiast
podłogi, teraz częściowo zamarzniętym.
Pod ścianą z rodowym mieczem Blackthornów, zawieszonym na zwykłych
żelaznych hakach, ustawiono stół, na którym rozstawiono prowizoryczne
laboratorium. Stały tam rzędy alembików i szklanych butli, moździerz z tłuczkiem, dziesiątki próbówek. Najróżniejsze paczuszki i puszki
zajmowały resztę blatu, niektóre otwarte, inne puste i zebrane w stos.
Obok stołu płonął bezpośrednio na klepisku ogień, źródło dymu
uciekającego górą. Ogień płonął nienaturalnie cicho, emanował nie z polan, ale ze sterty kamieni. Zielonkawe płomienie unosiły się i lizały
żelazny kociołek zawieszony na haku. W kociołku gotował się na wolnym
ogniu czarny wywar, który pachniał ziemią i chemią.
Lucie podeszła powoli do drugiego, większego stołu. Na nim stała trumna.
Przez szklane wieko widziała Jessego - wyglądał dokładnie tak, jak przy
ich ostatnim spotkaniu - nosił białą koszulę, delikatne czarne włosy
sięgały mu karku. Jego powieki przypominały blade półksiężyce.
Lucie nie ograniczała się do ptaków, nietoperzy i myszy. Próbowała także
Jessemu narzucić powrót do życia, chociaż mogła tego próbować tylko w krótkich chwilach, kiedy Grace odchodziła po coś i zostawiała ją samą z jego ciałem. Z nim szło jej jeszcze gorzej niż ze zwierzętami. Jesse nie
był tak pusty jak one - Lucie coś w nim wyczuwała: życie, siłę życiową,
duszę. Cokolwiek to było, tkwiło zakotwiczone w przestrzeni między
życiem i śmiercią - nie mogła tego przemieścić. Już same próby
sprawiały, że robiło jej się niedobrze i słabo, jakby próbowała czegoś
niewłaściwego.
- Nie byłam pewna, czy przyjdziesz - powiedziała z rozdrażnieniem Grace.
- Czekałam tu całą wieczność. Zdobyłaś owoc bielunia?
Lucie wyjęła z kieszeni malutki pakiecik.
- Trudno było to zdobyć. I nie mogę zostać dłużej. Spotykam się dziś
wieczorem z Cordelią.
Grace wzięła pakiecik i rozerwała.
- Z powodu jutrzejszego ślubu? Ale co to ma wspólnego z tobą?
Lucie spojrzała ostro na Grace, ale ona sprawiała wrażenie, jakby
naprawdę nie rozumiała. Grace często nie pojmowała, dlaczego ludzie coś
robią, jeśli odpowiedź brzmiała "bo tak się zachowują przyjaciele" albo
"bo takie rzeczy robisz, gdy kogoś lubisz".
- Jestem suggenes Cordelii - odpowiedziała. - Poprowadzę ją do
ołtarza, ale także powinnam jej pomagać i wspierać ją przed ceremonią. A dziś wieczorem wychodzę z nią, żeby...
Buch! Grace wrzuciła zawartość torebki do kociołka. Płomień rozbłysnął i strzelił w górę, a potem wzbił się dym. Zapachniało octem.
- Nie musisz mi mówić. Jestem pewna, że Cordelia mnie nie lubi.
- Nie będę rozmawiać z tobą na temat Cordelii - odparła Lucie i zakaszlała.
- Cóż, sama nie lubiłabym siebie na jej miejscu - orzekła Grace. - Ale
nie musimy niczego omawiać. Nie zapraszałam cię tu na pogawędki.
Zajrzała do kociołka. Mgła i dym zderzały się w niewielkim
pomieszczeniu, otaczając Grace rozmytą aureolą. Lucie zatarła dłonie w rękawiczkach i serce zaczęło jej bić szybciej, gdy Grace zarecytowała:
- Hic mortus vivunt. Igni ferroque, ex silentio, ex animo. Ex silentio,
ex animo! Resurget!
W tym czasie mikstura zaczęła się gotować, płomienie syczały, podnosiły
się coraz wyżej, sięgając kociołka. Odrobina wykipiała i rozbryzgła się
na ziemi. Lucie odruchowo odskoczyła, gdy zielone źdźbła buchnęły z ziemi, zaczęły wyrastać łodygi, liście i pączki, sięgając jej prawie do
kolan.
- To działa! - wykrzyknęła Lucie. - To naprawdę działa!
Przez zwykle pozbawioną wyrazu twarz Grace przebiegł spazm radości.
Ruszyła w stronę trumny, a Jesse...
Równie szybko, jak wyrosły, rośliny zwiędły i pąki opadły z łodyg.
Przypominało to oglądanie wydarzeń w przyśpieszonym tempie. Lucie
patrzyła bezradnie na opadające liście, usychające łodygi, pękające i rozpadające się pod własnym ciężarem.
Grace stanęła jak zmrożona, patrząc na martwe kwiaty na ziemi. Zerknęła
na trumnę... ale Jesse się nie poruszył.
Oczywiście, że się nie poruszył.
Ramiona Grace były sztywne z rozczarowania.
- Poproszę Christophera o świeższe próbki następnym razem - powiedziała
Lucie. - Albo o silniejsze odczynniki. Z pewnością coś robimy nie tak,
jak należy.
Grace stanęła nad trumną brata. Położyła dłoń na szkle. Poruszała
ustami, jakby szeptała, ale Lucie nie miała pojęcia co takiego.
- Kłopot nie polega na jakości składników - odezwała się cichym, zimnym
głosem. - Kłopot w tym, że za bardzo polegamy na nauce. Aktywatory,
odczynniki... Nauka jest żałośnie ograniczona, kiedy w grę wchodzi coś
tak wielkiego, jak to, czego się podjęłyśmy.
- Skąd wiesz?
Grace spojrzała na nią zimno.
- Wiem, że uważasz mnie za głupią, bo nigdy nie pobierałam żadnych nauk,
ale zdołałam przeczytać parę książek, kiedy przebywałam w Idrisie.
Właściwie to przeczytałam większość pozycji w bibliotece.
Lucie musiała przyznać, że Grace przynajmniej częściowo miała rację -
nie wiedziała, że Grace lubiła czytać ani że interesowała się
czymkolwiek innym poza dręczeniem mężczyzn i wskrzeszaniem Jessego.
- Jeśli nie na nauce, to na czym powinnyśmy polegać? Co proponujesz?
- To oczywiste. Magię. - Grace powiedziała to takim tonem, jakby
pouczała dziecko. - Ale nie taką. Nie te dziecinne zabawy z zaklęciami
znalezionymi w książce, której ukryciem matka nawet nie zawracała sobie
głowy. - Mówiła z tak wielką pogardą, że niemal splunęła tymi słowami. -
Musimy zaczerpnąć mocy z jedynego miejsca, w jakim można ją znaleźć.
Lucie z trudem przełknęła ślinę.
- Masz na myśli nekromancję. Chcesz zaczerpnąć mocy śmierci, żeby
wykorzystać ją do zaklęć.
- Niektórzy uznaliby ten rodzaj magii za coś złego. Ja jednak nazywam to
koniecznością.
- Cóż, ja sama nazwałabym to złem - odparła Lucie, nie potrafiąc ukryć
frustracji w głosie. Grace najwyraźniej podjęła decyzję bez jej udziału,
a przecież współpraca polegała na czymś zupełnie innym. - A ja nie chcę
robić czegoś złego.
Grace z lekceważeniem pokręciła głową, jakby Lucie robiła z igły widły.
- Musimy porozmawiać na ten temat z nekromantą.
Lucie objęła się wpół.
- Z nekromantą? W żadnym razie. Clave zabroniłoby tego, nawet gdybyśmy
jakiegoś znalazły.
- I nie bez powodu - odparła ostro Grace, podkasując spódnice.
Najwyraźniej szykowała się do wyjścia z szopy. - To, co trzeba zrobić,
nie jest takie do końca dobre. W każdym razie nie... w taki sposób, w jaki większość ludzi pojmuje dobro. Ale wiedziałaś o tym już wcześniej,
Lucie, więc możesz przestać udawać, że jesteś lepsza ode mnie.
- Grace, nie. - Lucie zastąpiła jej drogę do drzwi. - Nie chcę tego i wątpię, żeby Jesse sobie tego życzył. Nie możemy porozmawiać z czarownikiem? Z kimś, komu Clave ufa?
- Clave może im ufa, ale ja nie. - Oczy Grace płonęły. - Uznałam, że
powinnyśmy współpracować, bo Jesse najwyraźniej cię lubi. Ty jednak
znasz go bardzo krótko i nigdy nie spotkałaś go za życia. Nie jesteś
znawczynią jego charakteru. Ja jestem jego siostrą i przywrócę go do
życia. Bez względu na to, co trzeba będzie zrobić, wszelkimi możliwymi
sposobami. Rozumiesz? - Grace wzięła głęboki wdech. - Czas zdecydować,
czy bardziej zależy ci na bezcennej świętości własnego życia, czy na
tym, żeby zwrócić życie mojemu bratu.
***
Cordelia Carstairs skrzywiła się, gdy Risa mocniej wbiła szylkretowy
grzebień w ciężki pukiel jej ciemnorudych włosów. Pokojówka upięła je w wyrafinowany sposób, niezwykle teraz modny, jak zapewniała Cordelię.
- Niepotrzebnie zadajesz sobie tyle trudu dzisiejszego wieczoru -
zaprotestowała Cordelia. - To tylko zabawa na sankach. Pod koniec i tak
będę potargana bez względu na liczbę szpilek i grzebieni w moich
włosach.
Risa jednak pokonała ją pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Cordelia
podejrzewała, że zdaniem Risy powinna postarać się ładnie wyglądać dla
swojego narzeczonego. W końcu Cordelia miała wyjść za Jamesa
Herondale'a, świetną partię według wszelkich towarzyskich standardów,
zarówno tych obowiązujących wśród Przyziemnych, jak i Nocnych Łowców -
był przystojny, bogaty, ustosunkowany i uprzejmy.
Cordelia nie widziała sensu w tłumaczeniu, że James nie zwróciłby
najmniejszej uwagi na to, jak ona wygląda, nawet gdyby pojawiła się w wieczorowej sukni albo całkiem nago. Niczego by nie zyskała, próbując
wyjaśnić to Risie. Właściwie to wyjaśnianie tego komukolwiek byłoby
raczej ryzykowne.
- Dochtare zibaje man, tou ajeneh, chodet ra negah kon - powiedziała
Risa, przytrzymując przed Cordelią srebrne lusterko. "Spójrz w lustro,
moja piękna córko".
- Prześlicznie - musiała przyznać Cordelia. Perłowe grzebienie wyglądały
pięknie na tle jej ciemnych włosów. - Ale jak zdołam to przebić jutro?
Risa tylko mrugnęła porozumiewawczo. Przynajmniej jest ktoś, kto nie
może doczekać się jutra, pomyślała Cordelia. Za każdym razem, gdy
myślała o swoim ślubie, miała ochotę wyskoczyć przez okno.
Jutro po raz ostatni zasiądzie w tym pokoju, podczas gdy matka i Risa
będą wplatać w jej włosy jedwabne kwiaty. Jutro będzie musiała nie tylko
pięknie wyglądać, ale i sprawiać wrażenie szczęśliwej panny młodej.
Jutro, jeśli Cordelii będzie sprzyjać szczęście, jej strój odciągnie
uwagę większości gości od niej samej. Miała taką nadzieję.
Risa uderzyła ją lekko w ramię. Cordelia posłusznie wstała i wzięła
ostatni głęboki wdech, zanim Risa zasznurowała mocniej gorset, który
wypchnął jej piersi w górę i wyprostował kręgosłup. Cordelia pomyślała z irytacją, że zadaniem gorsetu było nieustanne przypominanie kobiecie,
jak bardzo jej kształty odbiegają od niemożliwego do spełnienia ideału,
któremu hołdowało towarzystwo.
- Dość! - zaprotestowała, kiedy fiszbiny wbiły jej się w ciało. - Miałam
nadzieję zjeść coś na przyjęciu, wiesz?
Risa przewróciła oczami. Uniosła zieloną aksamitną suknię, a Cordelia w nią weszła. Risa pomogła jej wsunąć na ręce długie rękawy, poprawiła
zwiewną białą koronkę przy mankietach i dekolcie. Potem nastąpiło żmudne
zapinanie maleńkich guziczków na plecach sukni. Strój był bardzo
dopasowany, bez gorsetu Cordelia w życiu nie zdołałaby zmieścić się w sukni. Pierścień Herondale'ów, widoczny symbol zaręczyn, zabłysnął na
jej lewej ręce, gdy podniosła ją, żeby Risa założyła jej na plecy
Cortanę.
- Powinnam już zejść - powiedziała Cordelia, odbierając z rąk Risy
maleńką jedwabną torebkę i mufkę do ogrzania rąk. - James prawie nigdy
się nie spóźnia.
Risa skinęła głową, co było u niej odpowiednikiem ciepłych objęć na
pożegnanie.
To prawda, pomyślała Cordelia, schodząc po schodach w akompaniamencie
szelestu sukni. James rzeczywiście prawie nigdy się nie spóźniał. Jako
narzeczony miał obowiązek towarzyszyć swojej damie na przyjęciach i kolacjach, przynosić jej lemoniadę i wachlarz, usługiwać na każdym
kroku. James odgrywał tę rolę idealnie. Przez cały sezon był jej wiernym
partnerem na śmiertelnie nudnych spotkaniach towarzyskich Enklawy, ale
poza tymi okazjami prawie go nie widywała. Czasem towarzyszył jej i ich
przyjaciołom podczas wypadów, które naprawdę były przyjemne - w czasie
popołudni w Diabelskiej Tawernie, na herbatkach u Anny - ale nawet wtedy
sprawiał wrażenie nieobecnego duchem i czymś pochłoniętego. Mieli
niewiele okazji, by porozmawiać o przyszłości, ale Cordelia nie
wiedziała do końca, co by powiedziała, gdy taka okazja się nadarzyła.
- Lajla?
Cordelia zeszła do holu, którego podłogę wyłożono kafelkami we wzór z mieczy i słońc, i w pierwszej chwili nikogo nie zauważyła. Zaraz jednak
zdała sobie sprawę, że jej matka, Sona, stoi przy frontowym oknie.
Kobieta odciągnęła wąską dłonią zasłonę, a drugą rękę oparła na brzuchu.
- Ach, to ty - powiedziała Sona. Cordelia zauważyła, że sińce pod oczami
matki jeszcze bardziej pociemniały. - Dokąd to się znowu wybierasz?
- Na przyjęcie z sankami u Pouncebych na Parlament Hill - odpowiedziała
Cordelia. - To naprawdę okropni ludzie, ale Alastair się wybiera, więc
pomyślałam, że równie dobrze mogę coś zrobić, żeby oderwać się od myśli
o jutrze.
Sona się uśmiechnęła.
- To całkiem normalne, że denerwujesz się przed ślubem, Lajlo, dżun.
Ja byłam przerażona w noc przed ślubem z twoim ojcem. Prawie uciekłam
pierwszym porannym pociągiem do Konstantynopola.
Cordelia nabrała gwałtownie powietrza i uśmiech matki zrzedł. O rety,
pomyślała Cordelia. Minął tydzień, odkąd jej ojca, Eliasa Carstairsa
zwolniono z Basilias, szpitala Nocnych Łowców w Idrisie. Spędził tam
długi miesiące, o wiele dłużej, niż się początkowo spodziewali, żeby
wyleczyć się z kłopotów z alkoholem. Cordelia, jej brat i matka unikali
tego tematu.
Spodziewali się go w domu pięć dni temu, ale nie otrzymali żadnych
wieści oprócz lapidarnego listu wysłanego z Francji. Nie obiecywał, że
wróci na ślub Cordelii. Sytuacja była okropna, a fakt, że ani jej matka,
ani Alastair nie chcieli o tym rozmawiać, tylko ją pogarszał.
Cordelia wzięła głęboki wdech.
- Mâmân, wiem, że wciąż masz nadzieję, że ojciec zdąży wrócić na mój
ślub...
- To nie jest nadzieja, ja to wiem - przerwała jej Sona. - Bez względu
na to, co go zatrzymało, za nic w świecie nie przegapiłby ślubu córki.
Niewiele brakowało, a Cordelia pokręciłaby ze zdumieniem głową. Skąd jej
matka miała tyle wiary? Z powodu swojej "choroby" ojciec tyle razy
przegapił jej urodziny, a nawet nakładanie pierwszego runu. To przez tę
chorobę został w końcu aresztowany i wysłany do Basilias w Idrisie.
Powinien już wyzdrowieć, ale jego nieobecność nie wróżyła niczego
dobrego.
Rozległy się kroki na schodach i do holu zszedł Alastair. Dobrze się
prezentował w nowym tweedowym płaszczu zimowym, chociaż miał skwaszoną
minę.
- Alastair, ty też wybierasz się na przyjęcie? - zapytała go Sona.
- Nie zaproszono mnie.
- Nieprawda - powiedziała Cordelia. - Alastair, wybierałam się tam tylko
ze względu na ciebie!
- Uznałem, że niestety moje zaproszenie zapodziało się na poczcie -
odparł Alastair i machnął lekceważąco ręką. - Sam znajdę sobie rozrywkę,
mamo. Niektórzy z nas mają coś do roboty i nie mogą dokazywać o każdej
porze dnia i nocy.
- Doprawy, wy dwoje! - zbeształa ich Sona, kręcąc głową.
Cordelia uznała to za nadzwyczaj niesprawiedliwe. Ona tylko poprawiła
brata, gdy skłamał.
Sona oparła rękę na krzyżu i westchnęła.
- Powinnam porozmawiać z Risą o jutrzejszym dniu. Nadal jest tyle do
zrobienia.
- Powinnaś odpoczywać! - zawołał Alastair, gdy matka ruszyła korytarzem
do kuchni. Kiedy tylko zniknęła im z oczu, Alastair odwrócił się do
Cordelii z gradową miną. - Czekała na ojca? - zapytał szeptem. - Wciąż
na niego czeka? Dlaczego musi się tak zadręczać?
Cordelia wzruszyła bezradnie ramionami.
- Kocha go.
Alastair się żachnął.
- Czi! Chodah margam bedeh! - powiedział, co Cordelia uznała za
nadzwyczaj niegrzeczne.
- Miłość nie zawsze jest rozsądna - odparła, a wtedy Alastair szybko
odwrócił wzrok.
Nie wspominał przy Cordelii o Charlesie od paru miesięcy i chociaż
otrzymywał listy skreślone starannym charakterem pisma Charlesa, to
Cordelia widziała więcej niż jeden w koszu, nieotwarty.
- Mimo wszystko wolałabym, żeby chociaż przysłał wiadomość, że ma się
dobrze - dodała po chwili. - Przez wzgląd na matkę.
- Wróci w swoim czasie. W najgorszej możliwej chwili, jak go znam.
Cordelia pogłaskała palcem mięciutką jagnięcą wełnę mufki.
- Nie chcesz, żeby wrócił?
Twarz Alastaira niczego nie wyrażała. Przez wiele lat chronił Cordelię
przed prawdą, tłumacząc "napady złego samopoczucia" ojca i jego częstą
nieobecność. Parę miesięcy temu Cordelia odkryła, ile Alastaira to
kosztowało, niewidzialne blizny, które tak skrupulatnie ukrywał.
Już miał odpowiedzieć, kiedy za oknem rozległo się echo końskich kopyt
na bruku, nieco stłumione z powodu wciąż padającego śniegu. Ciemny
kształt powozu zatrzymał się przy latarni ulicznej przed domem. Alastair
odsunął zasłonę w oknie i zmarszczył czoło.
- To powóz Fairchildów - zdziwił się. - Jamesowi nie chciało się po
ciebie przyjechać, więc przysłał swojego parabatai?
- To nie w porządku - zaprotestowała ostro Cordelia. - Sam dobrze to
wiesz.
Alastair się zawahał.
- Chyba tak. Herondale wykazał się obowiązkowością.
Cordelia patrzyła, jak Matthew Fairchild wyskakuje lekko z powozu. Nie
mogła powstrzymać nagłego lęku - a może James spanikował i przysłał
Matthew, żeby zerwał z nią w jego imieniu w wieczór przed ślubem?
Nie wygłupiaj się, zbeształa się w myślach. Matthew pogwizdywał,
wchodząc po schodach. Ziemia była bielutka od śniegu, poznaczona tu i ówdzie śladami butów. Płatki już osiadły na ramionach płaszcza z futrzanym kołnierzem, który miał na sobie Matthew. Kryształki błyszczały
w jego jasnych włosach, na wyrazistych kościach policzkowych malowały
się rumieńce. Wyglądał jak anioł namalowany przez Caravaggia i oprószony
śniegiem. Nie pogwizdywałby, gdyby przychodził ze złymi wiadomościami,
prawda?
Cordelia otworzyła drzwi i zobaczyła Matthew na frontowych schodach,
gdzie przytupywał, żeby otrząsnąć śnieg z trzewików.
- Witaj, moja droga - powiedział do Cordelii. - Przyszedłem, żeby zabrać
cię na szczyt wzgórza, skąd oboje stoczymy się na rozchwierutanym
kawałku drewna, nad którym nie da się zapanować.
Cordelia się uśmiechnęła.
- Brzmi cudownie. A co zrobimy potem?
- Z niewyjaśnionych przyczyn wespniemy się z powrotem na wzgórze, żeby
to powtórzyć. Podobno to jakaś mania związana z obecnością śniegu.
- Gdzie jest James? - przerwał im Alastair. - No wiesz, ten z was, który
rzeczywiście powinien się tu zjawić.
Matthew spojrzał na Alastaira z niechęcią. Cordelii jak zwykle zacisnęło
się serce. Tak to teraz zawsze wyglądało, gdy Alastair miał do czynienia
z którymś z Wesołych Złodziejaszków. Nagle, parę miesięcy temu, wszyscy
zaczęli odnosić się do Alastaira ze znacznie większą niechęcią niż
dotąd, a ona nie miała pojęcia, co się stało. Nie potrafiła się zmusić,
żeby zapytać.
- James został wezwany w ważnej sprawie.
- W jakiej?
- Nie twojej - odparł Matthew, nie kryjąc zadowolenia z siebie. - Sam
się prosiłeś o taką odpowiedź, co?
Czarne oczy Alastaira zabłysły.
- Lepiej nie ściągnij kłopotów na moją siostrę, Fairchild. Wiem, w jakim
towarzystwie się obracasz.
- Alastair, przestań - odezwała się Cordelia. - Naprawdę zamierzasz
odpuścić sobie przyjęcie u Pouncebych czy tylko dokuczałeś matce? Jeśli
to drugie, to czy masz ochotę towarzyszyć mnie i Matthew w powozie?
Alastair zerknął na Matthew.
- Dlaczego nie nosisz kapelusza?
- Żeby zasłonić takie włosy? - Matthew teatralnym gestem wskazał złote
loki. - A przysłaniałbyś słońce?
Mina Alastaira świadczyła, że nawet demonstracyjne wywracanie oczami nie
wystarczyłoby w tej sytuacji.
- Wybieram się na spacer - oznajmił i wyszedł.
***
Cordelia westchnęła i ruszyła do powozu z Matthew. South Kensington
wyglądało jak z bajki, z białymi domami powleczonymi skrzącym się lodem
i latarniami otoczonymi aureolami światła rozproszonego w zmiękczonej
śniegiem mgle.
- Mam wrażenie, że ciągle przepraszam za Alastaira. W zeszłym tygodniu
mleczarz się przez niego popłakał.
Matthew podał jej rękę, pomagając wsiąść do powozu.
- Nigdy nie przepraszaj mnie za Alastaira. Jest adwersarzem, dzięki
któremu mogę ostrzyć swój dowcip.
Usiadł obok niej i zamknął ciężkie drzwi. Obite jedwabiem wnętrze było
przytulne dzięki miękkim poduszkom i aksamitnym zasłonkom w oknach.
Cordelia rozsiadła się wygodnie. Dotyk rękawa płaszcza Matthew na jej
dłoni działał uspokajająco.
- Mam wrażenie, że nie widziałam cię całe wieki - powiedziała do
Matthew, z radością zmieniając temat. - Słyszałam, że twoja matka
wróciła z Idrisu? A Charles z Paryża?
Jako konsul matka Matthew, Charlotte, często opuszczała Londyn. Jej syn,
Charles, brat Matthew, pracował w Instytucie Paryskim i uczył się
polityki - wszyscy wiedzieli, że Charles ma nadzieję zostać pewnego dnia
następnym konsulem.
Matthew przeczesał włosy palcami, zrzucając kryształki lodu.
- Znasz matkę: gdy tylko wysiądzie z powozu, zaraz znowu dokądś pędzi.
Oczywiście Charles nie tracił czasu i natychmiast odwiedził ją w domu,
żeby przypomnieć Instytutowi Paryskiemu, jak blisko jest konsul, jak
bardzo polega ona na jego radach. Perorował w najlepsze, zadręczając
ojca i Martina Wentwortha, kiedy wychodziłem. Przerwał im partię szachów
i próbował wciągnąć w dyskusję na temat polityki Podziemnych we Francji.
Wentworth właściwie sprawiał wrażenie zdesperowanego, pewnie miał
nadzieję, że Christopher spowoduje kolejny wybuch w laboratorium i da mu
okazję do ucieczki.
- Kolejny wybuch?
Matthew uśmiechnął się szeroko.
- Kit prawie spalił Thomasowi brwi przy ostatnim eksperymencie.
Twierdzi, że jest bliski sprawienia, że proch będzie się zapalał nawet w obecności runów, ale Thomas nie ma już brwi, które mógłby złożyć w ofierze na ołtarzu nauki.
Cordelia próbowała wymyślić coś, co mogłaby powiedzieć na temat brwi
Thomasa, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- W porządku - powiedziała, obejmując się rękami. - Poddaję się. Gdzie
jest James? Przestraszył się i czmychnął do Francji? Ślub jest odwołany?
Matthew wyjął srebrną piersiówkę z kieszeni płaszcza i wypił łyczek,
zanim odpowiedział. Chciał zyskać na czasie? Rzeczywiście sprawia
wrażenie nieco zmartwionego, uznała Cordelia.
- Niestety to moja wina - przyznał. - Moja i pozostałych Wesołych
Złodziejaszków, jeśli mam być uczciwy. W ostatniej chwili wyprawiliśmy
dla niego przyjęcie, bo nie mogliśmy pozwolić, żeby poszedł do ołtarza
bez tego. Moim zadaniem jest dopilnować, żebyś nic nie wiedziała o tych
skandalicznych obchodach.
Cordelii ulżyło. James jej nie porzucił. Oczywiście, że jej nie
porzucił, nigdy by tego nie zrobił. W końcu to James.
Wyprostowała się.
- Skoro właśnie mi powiedziałeś, że zabawa będzie skandaliczna, czy to
nie znaczy, że zawaliłeś sprawę?
- W żadnym razie! - Matthew napił się znowu z piersiówki, zanim schował
ją z powrotem do kieszeni. - Powiedziałem ci tylko, że James spędza
wigilię ślubu z przyjaciółmi. Na ile się orientujesz, popijają herbatkę
i studiują historię bawarskich faerie. Mam dopilnować, żebyś niczego
innego nie pomyślała.
Cordelia nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- A jak zamierzasz tego dokonać?
- Odwożąc cię na twoją własną skandaliczną zabawę, rzecz jasna. Chyba
nie myślałaś, że naprawdę wybieramy się do Pouncebych?
Cordelia odsunęła zasłonę powozu i wyjrzała. Zamiast zobaczyć otulone
zimowym śniegiem ulice ze szpalerami drzew w Kensington, odkryła, że
dojechali do obrzeży West Endu. Tutejsze ulice były wąskie i zamglone,
wszędzie kręciły się tłumy ludzi rozmawiających w tuzinie różnych
języków, grzejących ręce przy ogniach płonących w beczkach z olejem.
- Soho? - zaciekawiła się. - Co... Hell Ruelle?
Matthew uniósł brew.
- A gdzieżby indziej?
Hell Ruelle to był nocny klub i salon Podziemnych, działający kilka
wieczorów w tygodniu w na pozór zupełnie nijakim budynku przy Berwick
Street. Cordelia była tam już dwa razy, parę miesięcy temu. To były
pamiętne wizyty.
Opuściła zasłonę i odwróciła się do Matthew, który przyglądał jej się
uważnie. Udała, że powstrzymuje ziewnięcie.
- Ruelle, naprawdę? Znowu? Bywam tam tak często, że równie dobrze to
mógłby być klub brydżowy dla pań. Na pewno znasz jakieś bardziej
skandaliczne miejsce, co?
Matthew uśmiechnął się szeroko.
- Czy ty prosisz, żebym zabrał cię do Zajazdu pod Ogolonym Wilkołakiem?
Cordelia zdzieliła go mufką.
- Takie miejsce nawet nie istnieje. Nie zamierzam w to uwierzyć.
- Uwierz mi, że istnieje niewiele miejsc bardziej skandalicznych od
Ruelle, jednak James nigdy by mi nie wybaczył, gdybym cię do któregoś z nich zabrał. Deprawowanie oblubienicy swojego parabatai to niesportowe
zachowanie.
Cordelia przestało być do śmiechu. Nagle ogarnęło ją ogromne zmęczenie.
- Och, Matthew, przecież wiesz, że to małżeństwo na niby. Nie ma
znaczenia, co ja robię. Jamesa w ogóle to nie obchodzi.
Matthew zawahał się. Cordelia przerwała grę pozorów i to go zaskoczyło.
Jednakże jemu nigdy nie odejmowało mowy na zbyt długo.
- Oczywiście, że James się przejmuje - odparł, kiedy powóz skręcił w Berwick Street. - Może nie w taki sposób, w jaki wszyscy sobie
wyobrażają, ale wątpię, żeby małżeństwo z Jamesem okazało się ciężką
próbą. Poza tym to tylko rok, prawda?
Cordelia zamknęła oczy. Taką umowę zawarła z Jamesem - jeden rok
małżeństwa, żeby ocalić reputację ich obojga. Potem ona powinna złożyć
pozew o rozwód. Rozstaną się polubownie i pozostaną przyjaciółmi.
- Tak - odpowiedziała. - Tylko rok.
Powóz zatrzymał się tuż pod latarnią, której żółte światło oświetliło
twarz Matthew. Cordelia poczuła ukłucie w sercu. Matthew wiedział to
samo, co wszyscy inni, nawet James. Zobaczyła jednak w jego oczach coś,
co sprawiło, że przestraszyła się, że Matthew domyśla się, jak wygląda
ostatni kawałek układanki, który ukrywała przed wszystkimi poza sobą.
Nie zniosłaby litości. Nie zniosłaby, gdyby ktoś wiedział, jak
rozpaczliwie kocha Jamesa i jak bardzo żałuje, że ich małżeństwo nie
będzie prawdziwe.
Matthew otworzył drzwi powozu, za którymi ukazał się chodnik przy
Berwick Street, lśniący od stopionego śniegu. Wyskoczył nań i po
krótkiej rozmowie z dorożkarzem podał rękę Cordelii, by pomóc jej
wysiąść.
Do Hell Ruelle szło się wąskim zaułkiem zwanym Tyler's Court. Matthew
wziął Cordelię pod ramię i razem ruszyli przez cienie.
- Przyszło mi na myśl, że my znamy prawdę, lecz reszta Enklawy nie -
odezwał się. - Pamiętasz, jakim utrapieniem byli, kiedy przyjechałaś do
Londynu? A teraz z punktu widzenia tej pyszałkowatej grupki wychodzisz
za mąż za jedną z najlepszych partii w tym kraju. Popatrz na Rosamund
Wentworth. Zaręczyła się z Thobym Baybrookiem tylko po to, żeby dowieść,
że nie ty jedna wychodzisz za mąż.
- Naprawdę? - Cordelia była ubawiona. Nigdy nie przyszło jej do głowy,
że miała coś wspólnego z zapowiedzią ślubu Rosamund. - Zakładam jednak,
że to małżeństwo z miłości.
- Ja tylko zwracam uwagę na budzący wątpliwości dobór chwili. - Matthew
machnął nonszalancko ręką. - Rzecz w tym, że równie dobrze możesz
cieszyć się z tego, że zazdrości ci cały Londyn. Wszyscy, którzy drwili
z ciebie, kiedy przyjechałaś, wszyscy, którzy patrzyli na ciebie z góry
z powodu twojego ojca albo powtarzali plotki, teraz zzielenieją z zazdrości, żałując, że nie są na twoim miejscu. Ciesz się tym.
Cordelia się zaśmiała.
- Zawsze znajdziesz najbardziej dekadenckie rozwiązanie problemu.
- Uważam, że dekadencja to cenna perspektywa, którą zawsze należy wziąć
pod uwagę.
Dotarli do wejścia do Hell Ruelle i weszli prywatnymi drzwiami do
wąskiego korytarza obwieszonego ciężkimi gobelinami. Korytarz wyglądał
na przybrany z myślą o Bożym Narodzeniu (chociaż do świąt zostało
jeszcze wiele tygodni); gobeliny przybrano zielonymi gałązkami
splecionymi z białymi różami i czerwonymi makami.
Pokonali labirynt małych salonów i znaleźli się w głównym ośmiokątnym
pomieszczeniu Ruelle. Pokój przeszedł przemianę - migoczące drzewa o nagich konarach i pniach pomalowanych na biało stały w regularnych
odstępach przybrane ciemnozielonymi wieńcami i szklanymi czerwonymi
kulami. Skrzący się fresk przedstawiał zimową scenerię: lodowiec okolony
zagajnikiem ośnieżonych sosen, sowy wyglądające z cieni między drzewami.
Czarnowłosa kobieta o wężowym ciele owijała się wokół trafionego przez
błyskawicę drzewa; jej łuski lśniły złotą farbą. Na przedzie pokoju
Malcom Fade, fioletowooki Najwyższy Czarownik Londynu, przewodził grupie
faerie w niezwykle skomplikowanym tańcu.
Na podłodze walały się stosy czegoś, co wyglądało jak śnieg, ale przy
bliższym zbadaniu okazało się delikatnym pociętym papierem, który unosił
się i tworzył zaspy, wzbijany przez tańczących Podziemnych. Oczywiście
nie wszyscy tańczyli - wielu gości salonu tłoczyło się przy małych
okrągłych stolikach, trzymając w dłoniach miedziane kubki z grzanym
winem. Nieopodal wilkołak i faerie siedzieli razem, sprzeczając się o autonomię Irlandii. Cordelię zawsze zdumiewało to, jak różni Podziemni
bywali w Hell Ruelle. Jakby zapominano tu o zwykłej wrogości między
wampirami i wilkołakami albo między różnymi dworami faerie przez wzgląd
na sztukę i poezję. Mogła zrozumieć, dlaczego Matthew tak bardzo lubił
to miejsce.
- No proszę, proszę, mój ulubiony Nocny Łowca - rozległ się znajomy
głos.
Cordelia odwróciła się i rozpoznała Claude'a Kellingtona, młodego
wilkołaka i muzyka, który zajmował się rozrywką w Ruelle. Siedział przy
stoliku z faerie, która miała długie niebiesko-zielone włosy. Zerknęła z zaciekawieniem na Cordelię.
- Widzę, że przyprowadziłaś Fairchilda - dodał Kellington. - Przekonaj
go, żeby stał się bardziej zabawny. Nigdy nie tańczy.
- Claude, jestem kluczową postacią dla organizowanych przez ciebie
rozrywek - odparł Matthew. - Jestem niezastąpiony. Jestem żywo reagującą
publicznością.
- To przyprowadzaj mi więcej takich wykonawców jak ona - powiedział
Kellington, wskazując Cordelię. - O ile spotkasz kogoś takiego.
Cordelia przypomniała sobie swój występ, który zrobił ogromne wrażenie
na Kellingtonie. Zatańczyła na scenie w Ruelle tak skandalicznie, że
sama siebie zaszokowała. Starała się teraz nie czerwienić, ale sprawiać
wrażenie wyrafinowanej dziewczyny, która jest gotowa zatańczyć jak
Salome na każde zawołanie.
Skinęła głową, spoglądając na wieńce.
- Czyli w Hell Ruelle też obchodzi się Boże Narodzenie?
- Nie do końca.
Cordelia odwróciła się i zobaczyła Hypatię Vex, patronkę Hell Ruelle.
Chociaż budynek należał do Malcolma Fade'a, to Hypatia zapraszała gości.
Bez jej aprobaty nikt nie przestąpiłby progu salonu. Nosiła mieniącą się
czerwoną suknię, w chmurę ciemnych włosów miała wpiętą pozłacaną peonię.
- W Ruelle nie świętujemy Bożego Narodzenia. Tutejsi bywalcy mogą robić
w domach, co zechcą, rzecz jasna, ale w grudniu w Ruelle składa się hołd
swojej patronce podczas święta Festum Lamia.
- Swojej patronce? Czyli... tobie? - zdumiała się Cordelia.
W charakterystycznych - z racji źrenic w kształcie gwiazd - oczach
Hypatii pojawił się błysk rozbawienia.
- Jego kosmicznej patronce. Naszej protoplastce, zwanej przez niektórych
matką czarowników, przez innych matką demonów.
- Ach, Lilith - zrozumiał Matthew. - Teraz, kiedy już zwróciłaś na to
uwagę, to rzeczywiście wśród dekoracji jest więcej sów niż zwykle.
- Sowa to jeden z jej symboli - powiedziała Hypatia, przesuwając dłonią
po oparciu krzesła Kellingtona. - Podczas pierwszych dni istnienia Ziemi
Bóg stworzył żonę dla Adama. Nazywała się Lilith i nie chciała spełniać
życzeń Adama, więc została wyrzucona z ogrodu Edenu. Spółkowała z demonem Samaelem i miała z nim wiele demonicznych dzieci, których
potomstwo było pierwszymi czarownikami. To rozgniewało Niebo i trzech
mściwych aniołów - Sanvi, Sansanvi i Semangelaf zesłano, żeby ukarali
Lilith. Anioły uczyniły ją bezpłodną i wygnały do Edomu, na pustkowie,
gdzie żyły stworzenia nocy i sowy. Przebywa tam do tej pory. Wyciąga
jednak czasem dłoń, żeby pomóc czarownikom, którzy są wierni jej
sprawie.
Cordelia znała większą część tej historii, chociaż według legend Nocnych
Łowców trójka aniołów była bohaterami i obrońcami. Ósmego dnia po
narodzinach dziecka Nocni Łowcy przeprowadzali rytuał - imiona Sanvi,
Sansanvi i Semangelaf były recytowane jako zaklęcie przez Cichych Braci
i Żelazne Siostry. W ten sposób zamykano duszę dziecka, jak wyjaśniła to
kiedyś Cordelii Sona, przed wszelkimi demonicznymi wpływami i próbami
opętania.
Cordelia uznała, że pewnie lepiej o tym teraz nie wspominać.
- Matthew obiecał mi coś skandalicznego, ale podejrzewam, że Clave
krzywo patrzy na Nocnych Łowców, którzy uczestniczą w przyjęciach
urodzinowych znanych demonów - powiedziała.
- To nie są jej urodziny - odpowiedziała Hypatia. - To tylko święto.
Wierzymy, że w tym czasie opuściła Eden.
- Czerwone bańki na drzewach - zrozumiała wreszcie Cordelia. - To
jabłka. Zakazany owoc.
- Hell Ruelle rozkoszuje się spożywaniem tego, co zakazane - powiedziała
z uśmiechem Hypatia. - Wierzymy, że tabu czyni zakazany owoc słodszym.
Matthew wzruszył ramionami.
- Nie widzę powodu, dla którego Clave miałoby mieć coś przeciwko temu.
Wątpię, żebyśmy musieli uczcić Lilith czy cokolwiek w tym stylu. To
tylko dekoracje.
Hypatia była rozbawiona.
- Oczywiście, że to tylko dekoracje. A skoro o tym mowa...
Zerknęła znacząco na towarzyszkę Kellingtona, która wstała i zaoferowała
jej swoje miejsce. Hypatia usiadła, nawet na nią nie patrząc, i rozłożyła wokół siebie suknię. Faerie zniknęła w tłumie, a Hypatia
kontynuowała:
- Moje pudełko Pyxis zniknęło tego wieczoru, kiedy była tu pani ostatnim
razem, panno Carstairs. Matthew też tu był, pamiętam. Zastanawiam się,
czy nieumyślnie podarowałam wam to pudełko?
O, nie. Cordelia pomyślała o pudełku Pyxis, które ukradli parę miesięcy
temu. Wybuchło podczas walki z demonem Mandikhorem. Spojrzała na
Matthew. On wzruszył ramionami i zgarnął kubek grzańca z tacy, z którą
przechodził kelner-faerie. Cordelia odchrząknęła.
- Wydaje mi się, że tak właśnie było. Mam wrażenie, że życzyłaś mi przy
tym szczęścia w przyszłości.
- Nie dość, że był to podarek, który świadczył o niezwykłej życzliwości,
to jeszcze bardzo się przydał w ratowaniu Londynu przed zniszczeniem -
dodał Matthew.
- Tak - zgodziła się z nim Cordelia. - Okazał się kluczowy, absolutnie
niezbędny w zapobieżeniu katastrofie.
- Panie Fairchild, ma pan fatalny wpływ na pannę Carstairs. Zaczyna się
robić niepokojąco bezczelna. - Hypatia spojrzała na Cordelię, ale z jej
oczu nie dało się niczego wyczytać. - Muszę przyznać, że trochę się
dziwię, widząc cię tu dzisiejszego wieczoru. Spodziewałabym się, że
Nocna Łowczyni w wieczór przed ślubem siedzi i ostrzy broń albo ścina
głowy manekinom.
Cordelia zaczęła się zastanawiać, dlaczego Matthew przyprowadził ją do
Ruelle. Nikt nie chce spędzać wieczoru panieńskiego, słuchając drwin
wyniosłej czarownicy, nawet wziąwszy pod uwagę ciekawe dekoracje.
- Nie jestem zwykłą panną młodą - odparła.
Hypatia się uśmiechnęła.
- Skoro tak mówisz. Chyba jest tu paru gości, którzy cię oczekują.
Cordelia spojrzała przez pokój i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła dwie
znajome postaci siedzące przy stoliku. Anna Lightwood, która jak zawsze
wyglądała olśniewająco w dopasowanym surducie i niebieskich getrach,
oraz Lucie Herondale, która wyglądała schludnie i ładnie w sukni w odcieniu kości słoniowej z niebieskimi koralikami. Lucie machała do niej
energicznie.
- Zaprosiłeś je? - zapytała Matthew, który znowu wyjął piersiówkę,
przysunął do ust i skrzywił się, gdy okazała się pusta. Schował ją z powrotem do kieszeni. Oczy mu błyszczały.
- Owszem - odpowiedział. - Nie mogę zostać, muszę jechać na przyjęcie
Jamesa, ale chciałem dopilnować, żebyś miała dobre towarzystwo. Zostały
pouczone, że mają tańczyć z tobą i pić przez cały wieczór. Miłej zabawy.
- Dziękuję. - Cordelia pochyliła się, żeby pocałować Matthew w policzek,
który pachniał goździkami i brandy, ale on w tej samej chwili obrócił
twarz, więc musnęła go w usta. Odsunęła się szybko, widząc, że
Kellington i Hypatia przyglądają się im czujnie.
- Zanim wyjdziesz, Fairchild... widzę, że twoja piersiówka jest pusta -
odezwał się Kellington. - Chodź ze mną do baru, napełnię ją, czymkolwiek
zechcesz.
Przyglądał się Matthew z zaciekawieniem, trochę tak, jak patrzył na
Cordelię po jej tańcu. Z głodem.
- Nigdy nie odmówiłbym ofercie, która brzmi "co tylko zechcesz" - odparł
Matthew i odszedł z Kellingtonem.
Cordelia zastanawiała się, czy nie zawołać za nim, ale zrezygnowała.
Poza tym Anna przywoływała ją do stolika.
Ruszyła przez salę, kiedy coś przyciągnęło jej wzrok: dwóch mężczyzn w cieniu stojących blisko siebie. Zdała sobie nagle sprawę, że to Matthew
i Kellington. Matthew opierał się o ścianę, a nad nim pochylał się
wyższy od niego Kellington.
Kellington oparł dłoń na karku Matthew i wsunął palce w jego włosy.
Cordelia zobaczyła jeszcze, że Matthew pokręcił głową, ale wtedy kolejni
tancerze dołączyli do tłumu na parkiecie i przesłonili jej widok. Kiedy
się przesunęli, Matthew już nie było, a Kellington, który miał minę jak
gradowa chmura, szedł przez salon do Hypatii. Cordelia zastanawiała się,
dlaczego ten widok tak ją zaszokował - wiedziała przecież, że Matthew
lubi zarówno mężczyzn, jak i kobiety, a poza tym z nikim nie był
związany, mógł robić, co chciał. Mimo wszytko sposób bycia Kellingtona,
ogólnie rzecz biorąc, ją konsternował. Miała nadzieję, że Matthew będzie
ostrożny...
Ktoś położył rękę na jej ramieniu.
Obróciła się gwałtownie i zobaczyła kobietę, faerie, która siedziała
wcześniej z Kellingtonem. Nosiła aksamitną suknię w kolorze szmaragdów i naszyjnik z błyszczących niebieskich kamieni.
- Wybacz, że się wtrącam - wyrzuciła bez tchu, jakby się denerwowała. -
Czy to ty... Czy to ty tańczyłaś dla nas parę miesięcy temu?
- Tak - odpowiedziała ostrożnie Cordelia.
- Tak mi się wydawało - powiedziała faerie. Była blada i patrzyła na
Cordelię w skupieniu. - Podziwiam twoje umiejętności. I miecz, rzecz
jasna. Czy mam rację, że ostrze, które nosisz, to sama Cortana? -
Ostatnie słowa wyszeptała, jakby samo ich wymówienie wymagało odwagi.
- Nie, skąd - odpowiedziała Cordelia. - To tylko podróbka. Ładnie
zrobiona replika.
Faerie wpatrywała się w nią przez chwilę, a potem wybuchnęła śmiechem.
- Och, świetne! Zapominam czasem, że śmiertelnicy żartują. To taki
rodzaj kłamstwa, który ma być zabawny, prawda? Jednak każdy prawdziwy
faerie rozpoznałby dzieło Waylanda Kowala. - Popatrzyła na miecz z podziwem. - Pozwolę sobie powiedzieć, że Wayland to największy żyjący
kowal na Wyspach Brytyjskich.
Cordelię zatkało.
- Żyjący?! - powtórzyła. - Chcesz powiedzieć, że Wayland Kowal nadal
żyje?
- Ależ oczywiście! - odpowiedziała faerie, klaszcząc w dłonie, a Cordelia zastanawiała się, czy zaraz jej powie, że Wayland Kowal to
pijany goblin, który siedzi w kącie z abażurem na głowie. - Od stuleci
żadne jego dzieło nie trafiło do ludzkich rąk, ale podobno nadal ma
swoją kuźnię pod kurhanem w Berkshire Downs.
- Doprawdy - powiedziała Cordelia, próbując pochwycić spojrzenie Anny.
Liczyła na ratunek. - Jakie to ciekawe.
- Gdybyś chciała spotkać twórcę Cortany, to mogę cię tam zabrać. Trzeba
minąć wielkiego białego konia i wejść pod wzgórze. Wystarczą moneta i obietnica...
- Nie - odpowiedziała stanowczo Cordelia. Może i była tak naiwna, jak
bywalcy Ruelle uważali, ale nawet ona wiedziała, jak należy odpowiedzieć
faerie, gdy próbuje zawrzeć z tobą umowę. - Miłej zabawy, muszę już iść.
Kiedy się odwróciła, kobieta odezwała się cichym głosem:
- Nie musisz wychodzić za mężczyznę, który cię nie kocha, wiesz?
Cordelia zamarła. Obejrzała się przez ramię. Faerie patrzyła na nią, ale
całe rozmarzenie zniknęło z jej twarzy. Teraz jej rysy się wyostrzyły.
- Istnieją inne ścieżki - powiedziała. - Mogę pomóc.
Cordelia przybrała beznamiętną minę.
- Przyjaciółki na mnie czekają - oznajmiła i odeszła z mocno bijącym
sercem.
Opadła na krzesło naprzeciwko Anny i Lucie. Powitały ją entuzjastycznie,
ale ona myślami była gdzie indziej.
"Mężczyzna, który cię nie kocha". Skąd faerie to wiedziała?
- Daisy! - wykrzyknęła Anna. - Uważaj trochę. Cackamy się z tobą...
Piła bladego szampana z wąskiego kieliszka i gdy machnęła palcami,
pojawił się drugi, który podała Cordelii.
- Hura! - zawołała zachwycona Lucie, a potem, całkowicie ignorując swój
cydr oraz przyjaciółki, powróciła do bazgrania w notatniku na przemian z gapieniem się w pustą przestrzeń.
- Dopadła cię inspiracja, skarbie? - zagadnęła ją Cordelia.
Serce powoli jej się uspokajało. Wmówiła sobie stanowczo, że faerie
gadała od rzeczy. Pewnie usłyszała, jak Hypatia rozmawiała z Cordelią o ślubie, i uznała, że spróbuje wykorzystać wątpliwości panny młodej. Jaka
dziewczyna nie martwiłaby się, że mężczyzna, za którego wychodzi, może
jej nie kochać? W przypadku Cordelii to była prawda, ale każdy mógł się
tego obawiać, a faerie żerowały na lękach śmiertelników. To nic nie
znaczyło, po prostu chciała wyrwać od Cordelii to, o co prosiła
wcześniej - monetę i obietnicę.
Lucie pomachała ubrudzoną atramentem ręką, by przyciągnąć jej uwagę.
- Tu jest tak dużo materiału. Widziałaś Malcolma Fade'a? Uwielbiam jego
surdut. Och, uznałam, że lord Kincaid, zamiast być szykownym oficerem
marynarki, powinien być artystą, którego prace zostały zakazane w Londynie, więc musiał uciec do Paryża, gdzie piękna Cordelia zostaje
jego muzą, a on trafia do najlepszych salonów...
- A co się stało z diukiem Blankshire? - zapytała Cordelia. - Myślałam,
że fikcyjna Cordelia zostanie duchessą.
- Umarł - odpowiedziała Lucie, zlizując atrament z palca.
Na jej szyi zabłysnął złoty łańcuszek. Od miesięcy nosiła ten sam prosty
złoty medalion. Kiedy Cordelia zapytała o niego, Lucie powiedziała, że
to stara pamiątka rodzinna, która ma przynosić szczęście. Cordelia nadal
pamiętała jego obecność, złoty rozbłysk w ciemności podczas nocy, kiedy
James prawie umarł z powodu trucizny demona na cmentarzu w Highgate. Nie
przypominała sobie, żeby Lucie nosiła go wcześniej. Mogłaby ją
przycisnąć, ale wiedziała, że sama ukrywała pewne rzeczy przed swoją
przyszłą parabatai, więc nie mogła oczekiwać, że Lucie będzie jej
mówiła wszystko, zwłaszcza gdy w grę wchodził taki drobiazg jak
medalion.
- To mi wygląda na tragiczną powieść - odezwała się Anna, podziwiając
sposób, w jaki światło odbija się w szampanie.
- Skądże - odpowiedziała Lucie. - Nie chciałam, żeby fikcyjna Cordelia
związała się z jednym mężczyzną. Chciałam, żeby przeżywała przygody.
- Nie do końca coś takiego chce się usłyszeć w przeddzień ślubu -
powiedziała Anna. - Ale mimo to przyklaskuję ci. Mam jednak nadzieję, że
nawet po ślubie będziesz przeżywała przygody, Daisy. - Jej niebieskie
oczy zabłysły, gdy uniosła kieliszek w toaście.
Lucie podniosła kubek.
- Za koniec wolności! Za początek radosnej niewoli!
- Bzdura - powiedziała Anna. - Ślub dla kobiety jest początkiem
wyzwolenia.
- Jak to? - spytała Cordelia.
- Niezamężna kobieta jest postrzegana przez towarzystwo jako ktoś, kto
czeka na zamążpójście - wyjaśniła Anna. - Panieństwo to stan chwilowy
wypełniony nadzieją na rychłe małżeństwo. Mężatka zaś może flirtować, z kim zechce, nie rujnując sobie reputacji. Może swobodnie podróżować. Na
przykład do i z mojego mieszkania.
Lucie wytrzeszczyła oczy.
- Chcesz powiedzieć, że romansowałaś także z mężatkami?
- Mówię tylko, że często tak bywa. Rzecz po prostu w tym, że mężatka ma
więcej swobody, żeby robić to, co zechce. Panna praktycznie nie może
wyjść z domu bez opieki. Zamężna kobieta może chodzić na zakupy, na
wykłady, spotykać przyjaciół... Ma mnóstwo powodów, żeby wyjść z domu w szykownym kapeluszu.
Cordelia zachichotała. Anna i Lucie potrafiły ją pocieszyć.
- A ty lubisz damy w szykownych kapeluszach.
Anna uniosła w zamyśleniu palec.
- Dama, która potrafi wybrać naprawdę twarzowy kapelusz, najpewniej
zwraca uwagę na każdą warstwę swojego stroju.
- Wnikliwe spostrzeżenie - powiedziała Lucie. - Masz coś przeciwko temu,
bym wykorzystała je w powieści? Lord Kincaid mógłby coś takiego
powiedzieć.
- Rób, co chcesz, męczybuło, ukradłaś już połowę moich najlepszych
powiedzonek. - Anna rozejrzała się po salonie. - Widziałaś Matthew i Kellingtona? Mam nadzieję, że nie zaczną znowu.
- O co chodzi z Kellingtonem? - zaciekawiła się Lucie.
- Złamał serce Matthew jakiś rok temu - odpowiedziała Anna. - Matthew
weszło w nałóg pozwalanie, by inni łamali mu serce. Najwyraźniej
preferuje beznadziejną miłość.
- Tak? - Lucie znowu coś nagryzmoliła w notesie. - O rety.
- Pozdrawiam, piękne panie - powiedział wysoki młody mężczyzna o śmiertelnie bladej skórze i kręconych ciemnych włosach, który pojawił
się przy ich stoliku jak za sprawą czarów. - Która z was, oszałamiające
piękności, pragnie pierwsza ze mną zatańczyć?
Lucie się poderwała.
- Ja z tobą zatańczę. Jesteś wampirem, prawda?
- Ehm, tak...
- Wyśmienicie. Zatańczymy, a ty mi opowiesz wszystko o wampiryzmie. Czy
tropisz piękne damy na ulicach miasta w nadziei na odrobinę ich
wytwornej krwi? Opłakujesz swoją potępioną duszę?
Młodzieniec zerkał na boki, wyraźnie zaniepokojony.
- Ja naprawdę chciałem tylko zatańczyć walca - odparł, ale Lucie już go
złapała i zaciągnęła na parkiet.
Przy pierwszych taktach muzyki Cordelia i Anna stuknęły się kieliszkami
i obie się roześmiały.
- Biedny Edwin - powiedziała Anna, zerkając na tancerzy. - Nawet w najlepszych chwilach jest nerwowy. No dobrze, Cordelio, przedstaw mi ze
wszystkimi szczegółami plany ślubne, a ja załatwię nam trochę świeżego
szampana.
2
2
Wszystko, co krąży
"A jeśli kiedyś, ocknąwszy się na stopniach jakiegoś pałacu, na zielonej
trawie skarpy, w ponurej samotni waszego pokoju poczujecie, że upojenie
osłabło lub przeszło, spytajcie wiatru, fali, gwiazdy, ptaka, zegara,
wszystkiego co pędzi, wszystkiego co wzdycha, wszystkiego co krąży,
wszystkiego co śpiewa, wszystkiego co mówi, spytajcie, która godzina; a wiatr, fala, gwiazda, ptak, zegar odpowiedzą: "Jest godzina pijaństwa!
Żeby nie być znękanymi niewolnikami Czasu, upijajcie się; upijajcie się
bez przerwy! Winem, poezją albo cnotą, wedle upodobania""2.
Charles Baudelaire, XXXIII. Upijajcie się
- Za tobą! - krzyknął ostrzegawczo Christopher.
James pośpiesznie uskoczył w bok. Dwa uczepione siebie wilkołaki
przeleciały obok nich, walcząc ze sobą po pijanemu, i z hukiem
grzmotnęły o podłogę. Thomas uniósł kieliszek nad głowę, żeby uchronić
zawartość przed rozpychającym się tłumem.
James nie był pewien, czy Diabelska Tawerna to odpowiednie miejsce na
wieczór kawalerski, zwłaszcza że i tak bywał tu kilka razy w tygodniu,
ale Matthew uparł się, sugerując, że zaaranżował coś specjalnego.
James rozejrzał się po chaosie i westchnął w duchu.
- Wyobrażałem sobie nieco spokojniejszy wieczór.
Sytuacja nie wyglądała aż tak hałaśliwie, kiedy przyjechali. W Diabelskiej Tawernie jak zwykle zaczął się żywy, przyjazny wieczór, a James z radością przemknąłby na górę do ich prywatnych pokojów, jak
robił to wcześniej wiele razy, żeby zwyczajnie zrelaksować się w towarzystwie najbliższych przyjaciół.
Matthew jednakże natychmiast wszedł na krzesło, ściągając uwagę
wszystkich stukaniem stelą o metalowy żyrandol, po czym wykrzyknął:
- Przyjaciele! Tego wieczoru mój parabatai, James Jeremiah Jehoshaphat
Herondale świętuje swój ostatni wieczór wolności!
W całej gospodzie poniosły się wiwaty i okrzyki.
James pomachał ręką w ramach podziękowania, żeby zbyć wszystkich
życzliwych, ale najwyraźniej to nie był jeszcze koniec. Podziemni
wszelkiej maści zeszli się, żeby uścisnąć mu dłoń i poklepać go po
plecach, życząc szczęścia. Ku swojemu zdumieniu James zdał sobie sprawę,
że zna wielu z obecnych, co więcej wielu nich zna od dzieciństwa - na
ich oczach dorastał.
Była tam Nisha "najstarsza wampirzyca z najstarszej części starego
miasta", jak lubiła o sobie mawiać. Byli Sid i Sid, dwa wilkołaki, które
sprzeczały się, który z nich powinien być Sidem, a który w związku z tym
musi być Sidneyem. Pojawiła się dziwna grupka goblinów, które zawsze
gawędziły tylko ze sobą, nigdy nie odzywały się do nikogo innego, ale od
czasu do czasu posyłały darmowego drinka różnym klientom, na oko
zupełnie przypadkowo wybranym. Otoczyły Jamesa i zażądały, żeby dopił
swoją whisky, bo wtedy będzie mógł wypić tę, którą one mu postawią.
James był szczerze wzruszony tym zalewem serdeczności, ale to tylko
sprawiło, że jeszcze gorzej poczuł się na myśl o prawdziwej naturze
swojego małżeństwa. Za rok będzie po wszystkim, pomyślał. Gdybyście o tym wiedzieli, nie świętowalibyście ze mną.
Matthew zniknął na górze po swojej przemowie i zostawił ich otoczonych
przez hałaśliwych hulaków, którzy coraz bardziej się upijali na cześć
Jamesa, aż w końcu doszło do rzeczy nieuniknionej, kiedy jeden Sid
przyłożył drugiemu Sidowi i nad tłumem poniósł się ryk, wyrażający
zarówno aprobatę, jak i kpinę.
Thomas wykorzystał swoją potężną sylwetkę i silne mięśnie, żeby pomóc
ich trójce przenieść się do mniej zatłoczonego kąta.
- Zdrowie, Thomasie - powiedział Christopher. Ciemne włosy miał
zmierzwione, okulary przesunięte na głowę. - Zaraz powinna zacząć się
specjalna część rozrywkowa zorganizowana przez Matthew... - Zerknął z nadzieją na schody. - Dosłownie za chwileczkę.
- Kiedy Matthew coś zaplanuje, to zwykle jest to albo potwornie
rozkoszne, albo rozkosznie potworne - powiedział James. - Ktoś z was
chce się założyć, która ewentualność przypadnie nam w udziale?
Christopher uśmiechnął się leciutko.
- Według Matthew to będzie rzecz niedoścignienie piękna.
- Co może oznaczać wszystko - uznał James, patrząc, jak barmanka Polly
maszeruje ku przepychance, żeby rozdzielić Sidów, a kelpie zwany Pickles
przyjmuje zakłady, który z nich wygra.
Thomas opuścił ręce, które krzyżował na piersi, i powiedział:
- To syrena.
- Co takiego? - zapytał James.
- Syrena - powtórzył Thomas. - Która zaprezentuje jakiś... zmysłowy
syreni... występ.
- To jakaś jego przyjaciółka z demi-monde, rozumiesz - wtrącił
Christopher, który najwyraźniej był zadowolony z siebie, bo znał słówko
demi-monde. Trzeba przyznać, że często spotkania Matthew z poetami i kurtyzanami w niczym nie przypominały tynktur i próbówek Christophera
ani rozleglej biblioteki Thomasa i jego rygorystycznych treningów.
- Co ona zamierza zrobić? - zachodził w głowę James. - I... gdzie
zamierza to zrobić?
- W dużym zbiorniku z wodą, należy mieć nadzieję - odparł Christopher.
- A jeśli idzie o to, co zamierza, to na pewno coś w stylu cyganerii, z użyciem dzwonków, kastanietów i woali - wtrącił się Thomas. - Jak
podejrzewam.
Christopher się zaniepokoił.
- Woale się nie zamoczą?
- To będzie coś, czego nigdy nie zapomnimy - mówił Thomas. - Tak
twierdzi Matthew. Piękno niedoścignione i tak dalej.
James złapał się na tym, że bez zastanowienia sięga do srebrnej
bransoletki na ręce, przesuwa z roztargnieniem palcami po jej
powierzchni. Po tak długim czasie prawie nie zauważał jej obecności.
Grace Blackthorn powierzyła mu ją, kiedy miał raptem czternaście lat.
James jednak usilnie starał się nie myśleć o Grace, gdy zbliżał się jego
ślub.
Tylko rok, pomyślał. Jeszcze przez jeden rok nie wolno mu myśleć o Grace. To sobie obiecali. I obiecał też Cordelii, że nie będzie widywał
się z Grace samotnie ani za jej plecami - gdyby ktoś się dowiedział,
przeżyłaby upokorzenie. Świat musi uwierzyć, że ich małżeństwo jest
prawdziwe.
Myśl, że ma ożenić się z Cordelią, wciąż nosząc bransoletkę, wywoływała
u niego zakłopotanie. Napominał się w myślach, żeby ją zdjąć, gdy już
wróci do domu. To może być policzkiem dla Grace, ale gdyby nosił ją
dalej, obraziłby Cordelię. Postanowił sobie, kiedy podjął decyzję o ślubie, że nie złamie przysięgi małżeńskiej ani słowem, ani uczynkiem.
Może nie jest w stanie kontrolować swojego serca i myśli, ale może zdjąć
bransoletkę. Przynajmniej tyle był w stanie zrobić.
Na drugim końcu sali Polly kierowała małą grupką skrzatów. Ustawiali
scenę, na której rzeczywiście znalazł się wielki zbiornik z wodą. Dwa
skrzaty przeniosły kandelabry do oświetlenia sceny, a pozostałe
rozbiegły się, sprzątając podłogę, żeby przygotować miejsce dla
publiczności.
Schody zatrzeszczały. Zbiegał po nich Matthew, jego jasne włosy
przybrały w gospodzie kolor światła świec. Zdjął surdut i był w samej
koszuli i kamizelce w zielono-niebieskie prążki. Przeskoczył nad poręczą
schodów i wylądował na scenie. Stanął za zbiornikiem i uniósł ręce, żeby
uciszyć zgromadzonych.
Jednakże harmider nie ucichł, dopóki pierwszy Sid nie uniósł potężnych
pięści nad głowę i nie wrzasnął:
- Ej! Cicho, bo porozbijam wam te parchate łby!
- Właśnie! - przytaknął mu drugi Sid; najwyraźniej panowie się
pogodzili.
Tłum pomrukiwał, a siedzący nieopodal wilkołak powiedział:
- Parchate! Też coś!
W końcu jednak publika ucichła.
- Chwileczkę - szepnął James. - Jak syrena ma zejść po schodach?
Przez chwilę milczeli, a Christopher, który zdjął okulary, by je
wyczyścić, zapytał:
- A jak syrena weszła po nich na górę?
Thomas wzruszył ramionami.
- Dobry wieczór, przyjaciele! - zawołał Matthew i odpowiedziały mu skąpe
uprzejme oklaski. - Dzisiaj wieczór zaprezentujemy wam coś naprawdę
nadzwyczajnego na cześć starego przyjaciela Diabelskiej Tawerny.
Byliście na tyle uprzejmi, że tolerujecie obecność Wesołych
Złodziejaszków już od kilku lat...
- My po prostu myśleliśmy, że wy, jak to Nocni Łowcy, napadliście tu na
nas, tylko załatwiacie to wyjątkowo nieśpiesznie - odparła z kpiącym
uśmieszkiem Polly.
- Jutro jeden z nas, pierwszy z nas, pomaszeruje ku swojemu
przeznaczeniu i dołączy do szeregów nieszczęsnych żonatych łajdaków -
kontynuował Matthew. - Ale dzisiejszego wieczoru pożegnamy go w wielkim
stylu!
Gwizdy i wiwaty towarzyszyły wykrzykiwanym żartom i waleniu pięściami w stoły. Siedzący na przedzie satyr i przysadziste rogate stworzenie
wstali i zaczęli odgrywać lubieżne uściski, dopóki ktoś nie rzucił w nich kiełbasą. Jeden z goblinów przy pianinie zagrał wesołą melodyjkę.
Muzyka wypełniła salę, a Matthew uniósł magiczne światełko. Blask
oświetlił postać schodzącą po schodach.
James zastanawiał się przez chwilę, czy to pierwszy przypadek, gdy ktoś
posłużył się magicznym światłem z runicznego kamienia, żeby oświetlić
scenę. Nagle zdał sobie sprawę, co widzi, i wszelkie myśli uciekły mu z głowy. Christopherowi wyrwał się cichy pisk, a Thomas wytrzeszczył oczy.
Syrena miała ludzkie nogi. Były długie i całkiem kształtne, musiał
przyznać James, spowite w luźne, przeświecające spódnice utkane z egzotycznych wodorostów.
Niestety od pasa w górę wyglądała jak ryba o wytrzeszczonych ślepiach i rozwartym pyszczku. Jej łuski lśniły metalicznie i srebrzyście,
odbijając światło w sposób, który niemalże - ale niestety nie do końca -
odwracał uwagę od jej wielgachnych jak talerze nieruchomych żółtych
ślepi.
Publika oszalała, wiwatując i pogwizdując dwa razy głośniej niż
dotychczas. Jeden z wilkołaków zawył "Claribella!" żałosnym, tęsknym
głosem.
- Pozwolę sobie zaprezentować Syrenę Claribellę! - powiedział Matthew z szerokim uśmiechem.
Tłum gwizdał i walił z aprobatą pięściami w stoły. James, Christopher i Thomas nie mogli wykrztusić słowa.
- Syrena na odwrót - powiedział w końcu James, gdy odzyskał zdolność
mówienia. Chociaż może nie odzyskał jej do końca.
- Matthew wynajął odwróconą syrenę - przytaknął mu Thomas. - Ale
dlaczego?
- Ciekawe, co to za ryba - zastanawiał się Christopher. - Czy syreny to
konkretny gatunek ryb? Rekiny, śledzie albo coś takiego?
- Jadłem dzisiaj śledzie na śniadanie - przyznał ze smutkiem Thomas.
Syrena na odwrót zaczęła kołysać biodrami na boki z wprawą zawodowej
tancerki kabaretowej. Poruszała ustami w rytm muzyki. Machała małymi
płetewkami z boków ciała.
Trzeba przyznać Matthew, że reszta bywalców Diabelskiej Tawerny była
najszczerszymi wielbicielami Claribelli i zachwycała się jej występem.
Kiedy syrena skończyła taniec i wycofała się za zbiornik, uczyniła to
przede wszystkim po to, żeby schować się przed najbardziej żarliwymi
wielbicielami.
- Rzeczywiście ma styl - przyznał Christopher. Spojrzał z nadzieją na
Jamesa. - Prawda?
- Trzeba było pójść na sanki u Pouncebych - odparł James.
- Co powiesz na cichy wieczór na górze? - zaproponował ze współczuciem
Thomas. - Wywalczę nam ścieżkę przez tłum.
Kiedy szli za Thomasem przez ciżbę Podziemnych, Matthew, który
sprzedawał bilety na prywatne sesje z Claribellą, spostrzegł ich i zeskoczył ze sceny.
- Szukasz pięknej pociechy w postaci odosobnienia? - zapytał, biorąc
Jamesa pod ramię. Pachniał tak jak zawsze: wodą kolońską i brandy z odrobiną dymu i nutką trocin.
- Idę na górę z waszą trójką - odparł James. - Nie nazwałbym tego
"odosobnieniem".
- W takim razie "spokoju" - poprawił się Matthew. - "O, spokoju wybranko
czysta, która muska łagodność ciszy, wolno płynącego czasu"3.
Kiedy doszli do schodów, Ernie, właściciel gospody, wskoczył na scenę i spróbował zatańczyć z Claribellą, ale ta, mając tylko dwie krótkie
płetewki, z łatwością wymknęła mu się i skoczyła głową naprzód do wanny
dżinu zajmowanej przez kelpie zwanego Pickles. Wynurzyła się sekundę
później, wypuszczając fontannę dżinu, podczas gdy Pickles rżał z zachwytu.
Gdy dotarli do swoich prywatnych pokojów na górze, Thomas solidnie
zaryglował za nimi drzwi. Było tam zimno, woda ciurkała z sufitu na
poprzecierane dywany, ale James i tak ucieszył się na ten widok. To była
kwatera główna Wesołych Złodziejaszków, ich kryjówka, ich miejsce na
świecie - jedyne, w jakim James chciał być w tej chwili. Śnieg rozpadał
się mocniej i uderzał niesiony podmuchami wiatru w łączone ołowiem
gomółki w oknie.
Kiedy Thomas podstawił pusty garnek pod ciurkającą wodę, Christopher
przyklęknął przed kominkiem i przyjrzał się leżącemu tam drewnu -
zamokło od śniegu. Wyjął coś z kieszeni - metalową rurkę połączoną z małą szklaną buteleczką - zapalnik chemiczny jego własnego pomysłu, nad
którym pracował w ostatnich tygodniach. Przesunął przełącznik i buteleczka wypełniła się różowawym gazem. Rozległ się cichy strzał i nastąpił krótki rozbłysk płomienia, który wystrzelił z rurki, ale zaraz
zgasł i pokój wypełnił się czarnym dymem.
- Nie tego się spodziewałem - powiedział Christopher, próbując zatkać
rurkę chusteczką.
James i Matthew spojrzeli po sobie zdesperowani i pobiegli otworzyć
okna, kaszląc i krztusząc się. Thomas porwał podniszczoną książkę z półki i zaczął nią wachlować, żeby dym szybciej leciał do okna. Otwarli
pozostałe okna i drzwi, aż w końcu udało im się przewietrzyć
pomieszczenia, ale dym zostawił po sobie kwaśny odór i warstwę sadzy na
każdej powierzchni.
Zatrzasnęli okna. Thomas poszedł do przyległego pokoju i wrócił z suchym drewnem. Tym razem, gdy Christopher spróbował rozpalić ogień -
zwykłymi zapałkami - udało się. We czwórkę stłoczyli się przy okrągłym
stoliku pośrodku pokoju. Wszyscy się trzęśli. Matthew złapał Jamesa za
ręce i zaczął je rozcierać.
- To dopiero wspaniały sposób spędzenia wigilii ślubu - powiedział
przepraszająco.
- To jedyne miejsce, w którym chciałbym teraz być - odpowiedział James,
szczekając zębami. - Choćby dla tego, że znacie prawdę na temat ślubu.
- Co tym samym uwalnia nas od typowych oczekiwań, że wieczór kawalerski
okaże się przyjemny - dodał Matthew.
Wypuścił ręce Jamesa i rozstawił cztery kubki. Sięgnął po butelkę brandy
i wlał do każdego miarkę.
Mówił beztroskim tonem, ale w jego głosie pojawiła się nerwowa nuta i James zastanawiał się, ile Matthew musiał wypić, zanim przyjechał
dzisiaj do Diabelskiej Tawerny.
- Bywalcy świetnie się bawili przy występie Claribelli - odezwał się
Thomas.
- Wiedziałeś, że to odwrotna syrena? - zapytał Christopher, a jego oczy
w kolorze bzu wyrażały niewinną ciekawość.
- Ehm - mruknął Matthew, nalewając sobie znowu brandy do kubka. - Nie
całkiem. To znaczy jej agent powiedział, że jest "anty", ale ja
pomyślałem, że chodzi o jej poglądy polityczne, a nie chciałem wyjść na
snoba.
Thomas parsknął śmiechem.
- Mogłeś powiedzieć, że chcesz ją zobaczyć, nim zamówisz jej usługi -
zasugerował James. Wypił łyczek z kubka. Brandy rozgrzewała mu
wnętrzności, podczas gdy ogień, który już trzaskał na kominku, ogrzewał
go od zewnątrz.
To miał być żart, ale Matthew wyglądał na zranionego.
- Postarałem się - zaprotestował, a do Christophera i Thomasa dodał: -
Nie słyszałem, żebyście mieli jakieś wspaniałe pomysły na dzisiejszy
wieczór.
- Bo powiedziałeś, że sam się tym zajmiesz - odparł Thomas.
- Najważniejsze jest to, że jesteśmy tu razem - wtrącił Christopher,
który zaniepokoił się tym, że zaraz może dojść do kłótni. - I żebyśmy
jutro punktualnie dostarczyli Jamesa na ceremonię, rzecz jasna.
- Jasne, zwłaszcza że pan młody aż się rwie do żeniaczki - rzucił
przeciągle Matthew.
Wszyscy popatrzyli po sobie, równie zaniepokojeni jak wcześniej
Christopher. Ich czwórka bardzo rzadko się kłóciła, a Matthew i James
praktycznie nigdy.
Nawet Matthew zdał sobie sprawę, że jego komentarz był zbyt brutalny w swojej szczerości, szkielet prawdy przeświecał białą kością spod ziemi.
Wyjął piersiówkę z płaszcza i obrócił do góry nogami, ale okazała się
pusta. Rzucił ją na sofę obok i spojrzał na Jamesa błyszczącymi oczami.
- Jamie, serce moje. Przyjacielu mój. Nie musisz tego robić. Nie musisz
przez to przechodzić. Wiesz chyba o tym, prawda?
Christopher i Thomas zamarli przy stole.
- Cordelia... - zaczął James.
- Cordelia też może tego nie chcieć - przerwał mu Matthew. - Lipne
małżeństwo to z pewnością ostatnia rzecz, o jakiej marzyłaby młoda
dziewczyna...
James wstał od stołu. Serce wybijało mu przedziwny rytm w piersi.
- Żeby uchronić mnie przed uwięzieniem przez Clave z powodu podpalenia,
zniszczenia mienia i Anioł jeden wie, z powodu czego jeszcze, Cordelia
skłamała dla mnie. Powiedziała, że razem spędziliśmy noc - mówił
szorstko, każde słowo wypowiadał wyraźnie i precyzyjnie. - Wiesz, co to
znaczy dla kobiety. Naraziła dla mnie na szwank swoją reputację.
- Ale jej reputacja została uratowana, bo ty... - zaczął Christopher.
- Zaproponowałem jej małżeństwo - skończył James. - Nie, skreśl to.
Powiedziałem jej, że bierzemy ślub. Bo Cordelia rzeczywiście pierwsza
odrzuciłaby propozycję takiego związku. Nigdy nie zgodziłaby się, żebym
zrobił coś, do czego czuję się zmuszony, nigdy nie chciałaby, żebym się
unieszczęśliwił przez wzgląd na nią.
- A unieszczęśliwiasz się? - zapytał Thomas, patrząc spokojnie i uważnie. - Przez wzgląd na nią?
- Byłbym bardziej nieszczęśliwy, gdyby skończyła zrujnowana, a ja
ponosiłbym za to odpowiedzialność - odpowiedział James. - Rok małżeństwa
z Daisy to niska cena za to, że oboje zostaniemy uratowani. - Odetchnął.
- Zapomnieliście? Wszyscy orzekliśmy, że będziemy się świetnie bawić. Że
to będzie niezła heca.
- Pewnie im bardziej ten dzień się zbliża, tym poważniej to wygląda -
odparł Christopher.
- To nie jest coś, co można lekceważyć - powiedział Thomas. - Runy
małżeńskie, przysięgi...
- Wiem - odpowiedział James, odwracając się w stronę okien.
Wydawało się, że śnieg pochłonął cały Londyn. Siedzieli pochwyceni w punkciku światła i ciepła pośród świata lodu.
- I Grace Blackthorn - powiedział Matthew.
Zapadło milczenie. Żaden z nich nie wypowiadał imienia Grace przy
Jamesie od jego przyjęcia zaręczynowego z Cordelią, które odbyło się
cztery miesiące temu.
- Właściwie to nie wiem, co myśli o tym Grace - przyznał James. -
Zachowywała się bardzo dziwnie po zaręczynach...
Matthew wykrzywił usta.
- Chociaż sama już była zaręczona i nie miała najmniejszego powodu...
- Matthew - przerwał mu cicho Thomas.
- Nie rozmawiałem z nią od miesięcy - powiedział James. - Nie odezwałem
się słowem.
- Nie zapomniałeś, że spaliłeś dla niej tamten dom, co? - rzucił
Matthew, nalewając sobie brandy.
- Nie - odparł cierpko James. - Ale to nie ma znaczenia. Złożyłem Daisy
obietnicę i dotrzymam jej. Jeśli chciałeś powstrzymać mnie przed
zrobieniem tego, co należy, to trzeba było zacząć swoją kampanię nieco
wcześniej, a nie w wieczór przed moim ślubem.
Na chwilę zapadła cisza. Wszyscy czterej siedzieli nieruchomo, prawie
nie oddychali. Śnieg uderzał o szyby w delikatnych eksplozjach bieli.
James widział w szkle swoje odbicie - ciemne włosy, blada twarz.
- Masz rację, oczywiście - odezwał się w końcu Matthew. - Może martwimy
się tylko, że jesteś zbyt uczciwy, za dobry, a dobroć bywa ostrą klingą,
która rani równie mocno jak złe intencje.
- Nie jestem aż tak dobry - powiedział James, odwracając się od okna...
...i nagle pokój i jego przyjaciele zniknęli, a jego ogarnęło wrażenie,
że spada, obraca się i koziołkuje przez rozległą pustkę, chociaż czuł
też, że stoi nieruchomo.
Wylądował na twardym kawałku ziemi.
Nie, nie teraz, to niemożliwe. Jednakże kiedy się podniósł, znajdował
się na jałowej ziemi pod niebem pokrytym popiołem. Pomyślał, że to
niemożliwe, przecież widział, jak królestwo cieni się rozpadło, a Belial
ryczał z wściekłości.
Kiedy ostatnim razem był w tym miejscu, widział, jak Cordelia wbija
miecz w pierś Beliala. Jej obraz powrócił nieproszony do jego umysłu:
zadawała cios - wyciągnięty miecz, rozwiane włosy - wyglądała jak bogini
uchwycona na obrazie, jak Zwycięstwo albo Wolność wiodąca lud na
barykady.
A potem świat rozwarł się, niebo pękło i czerwono-czarne światło zalało
rozpadającą się ziemię. James widział, jak twarz Beliala się zapada, a jego ciało roztrzaskuje się na tysiąc kawałeczków.
Belial nie umarł, ale został tak osłabiony przez Cortanę, że zdaniem
Jema nie będzie w stanie wrócić przez co najmniej sto lat. I rzeczywiście od tamtego czasu nastał spokój. James nie widział dziadka
ani nawet sugestii królestwa cieni, które należało do Beliala. Jednakże
kto inny jeśli nie Belial mógł ponownie ściągnąć Jamesa do tego miejsca?
James obrócił się gwałtownie, mrużąc oczy. Coś w tym miejscu, które
widział tak wiele razy w snach i wizjach, się zmieniło. Gdzie się
podziały stosy wybielonych kości, wydmy i poskręcane, sękate drzewa? W oddali ponad rozległym wymarłym rumowiskiem porośniętym chwastami
spostrzegł potężną kamienną budowlę, wysoką fortecę unoszącą się nad
równiną.
Tylko ludzkie ręce, a w każdym razie ręce inteligentnych istot, mogły
wybudować coś takiego. James nigdy nie widział nawet sugestii istnienia
czegoś takiego na pustkowiu królestwa Beliala.
Zrobił ostrożny krok i poczuł, że powietrze uderza w niego jak fala.
Oślepł, padł na kolana, krztusząc się, i nagle coś pociągnęło go w bezdenną czerń. Znowu leciał przez pustkę, koziołkując i wymachując
rękami, aż wylądował ciężko na twardej drewnianej podłodze.
Uniósł się na łokciach, wciągając zapach przypalonych chemikaliów i wilgotnej wełny. Usłyszał głosy, zanim przejrzał na oczy - okrzyki
Matthew głośniejsze niż pozostałych:
- James? Jamie!
James zakaszlał słabo. Poczuł sól w ustach. Dotknął ich i na palcach
zobaczył czerń i czerwień. Ktoś go złapał za nadgarstki, pociągnięto go
do góry, objęto. Poczuł zapach brandy i wody kolońskiej.
- Matthew - zdołał wychrypieć.
- Wody - powiedział Christopher. - Mamy jakąś wodę?
- Nigdy tego nie tykam - odparł Matthew, sadzając Jamesa na długiej
sofie.
Sam usiadł obok niego i wpatrywał się w jego twarz z taką uwagą, że
wbrew wszystkiemu James prawie parsknął śmiechem.
- Nic mi nie jest - zapewnił przyjaciela. - Poza tym nie wiem, co
spodziewasz się odkryć, wpatrując się w moją gałkę oczną.
- Mam wodę - powiedział Thomas, mijając Christophera, żeby podać
Jamesowi kubek.
Jamesowi tak się trzęsły ręce, że przy pierwszym łyku jedną połowę wlał
sobie do tchawicy, a drugą wylał na koszulę. Christopher walił go w plecy, aż James zdołał nabrać powietrza i zaczął normalnie oddychać, a wtedy wreszcie napił się, jak należy.
Odstawił pusty kubek na podłokietnik sofy.
- Dzięki, Thomasie...
I nagle Matthew porwał go w objęcia. Zacisnął mocno ręce na jego plecach
i przycisnął chłodny policzek do jego twarzy.
- Stałeś się cieniem - powiedział cicho Matthew. - Jakbyś miał zniknąć.
Jakbym zapragnął, żebyś zniknął, i ty zacząłeś znikać...
James odsunął się na tyle, żeby odgarnąć Matthew włosy z czoła.
- A życzyłeś sobie, żebym zniknął? - droczył się z nim.
- Nie. Czasem tylko sam chciałbym zniknąć - odpowiedział szeptem Matthew
i była to jedna z najrzadszych rzeczy: mówił o sobie i wypowiedział
całkowicie prawdziwe zdanie bez kpiny, ironii czy żartów.
- Nigdy tak nie myśl - powiedział James i odsunął się na tyle, żeby
widzieć pozostałych dwóch Wesołych Złodziejaszków i ich zatroskane miny.
- Zamieniłem się w cień?
Thomas skinął głową. Matthew odpadł na oparcie sofy, trzymając tylko
prawą ręką Jamesa za nadgarstek, jakby chciał się upewnić, że
parabatai wciąż tam jest.
- Naprawdę myślałem, że te bzdury już się skończyły - przyznał James.
- Minęły miesiące - powiedział Christopher.
- Myślałem, że to już nie może ci się przydarzać - dodał Thomas. -
Myślałem, że królestwo Beliala zostało zniszczone.
James spojrzał na przyjaciół i chciał ich uspokoić, powiedzieć: "To nic
nie znaczy, to się mogło wydarzyć z wielu różnych powodów i na pewno to
nic ważnego", ale słowa zamarły mu na ustach. Wciąż zbyt wyraźnie
odczuwał ponurość tamtego miejsca, kwaśny posmak powietrza, zbyt dobrze
pamiętał odległą fortecę spowitą dymem. Pomyślał, że ktoś chciał, żeby
on to ujrzał. I wątpił, żeby ten ktoś dobrze mu życzył.
- Wiem - powiedział w końcu. - Ja też tak myślałem.
***
Powietrze na zewnątrz było tak zimne, że wydawało się, iż migocze, gdy
podchmielona i rozchichotana Cordelia wygramoliła się z powozu i machała
energicznie na pożegnanie Lucie. Za nią domy przy Cornwall Gardens były
ciemne, miały pozamykane okiennice.
- Dziękuję za przyjęcie-niespodziankę! - zawołała, zamykając drzwi do
powozu. - W życiu nie spodziewałam się, że spędzę wieczór przed ślubem
na grze w pchełki z wilkołakami.
- Uważasz, że oszukiwali? Moim zdaniem oszukiwali. Ale i tak to było
potwornie zabawne. - Lucie wychyliła się przez otwarte okno i teatralnym
gestem posłała Cordelii całusa. - Dobranoc, moja droga! Jutro będę twoją
suggenes! Zostaniemy siostrami!
Cordelia się zaniepokoiła.
- Tylko na rok.
- Nie - odparła stanowczo Lucie. - Cokolwiek się wydarzy, zawsze
będziemy siostrami.
Cordelia uśmiechnęła się i odwróciła w stronę domu. Frontowe drzwi
otworzyły się i Lucie zobaczyła Alastaira, który trzymał uniesioną lampę
jak Diogenes szukający uczciwego człowieka. Skinął do niej głową, nim
zamknął drzwi za siostrą. Lucie zapukała w ścianę powozu i Balios
ruszył. Stukot jego kopyt był stłumiony na ośnieżonym bruku.
Opadła z westchnieniem na oparcie obitej niebieskim jedwabiem ławki.
Nagle poczuła się zmęczona. To była długa noc. Anna wymknęła się jakąś
godzinę po północy razem z Lily, wampirzycą z Pekinu. Lucie twardo
obstawała, że zostanie w Ruelle, dopóki Cordelia dobrze się bawi.
Wiedziała, że przyjaciółka jest na wpół przerażona nadchodzącym dniem.
Nie dziwiła jej się. Oczywiście ludzie często pobierali się z różnych
praktycznych powodów, niemających nic wspólnego z miłością, ale nawet
jeśli był to doraźny układ, to nie przestał być złożony. Cordelia będzie
musiała nieźle się postarać, żeby odegrać swoją rolę, tak samo jak
James.
- Grosik za twoje myśli - usłyszała nagle cichy głos.
Podniosła wzrok i się uśmiechnęła.
Jesse. Siedział naprzeciwko niej z twarzą oświetloną różanym blaskiem
powozowej lampki wpadającym przez okno. Nauczyła się nie podskakiwać za
każdym razem, kiedy nagle się pojawiał; w ciągu czterech miesięcy, odkąd
się poznali, widywała go niemal każdej nocy.
Zawsze wyglądał tak samo. Nie przybył mu ani jeden cal wzrostu, jego
włosy ani trochę nie urosły. Zawsze miał na sobie te same czarne spodnie
i białą koszulę. Jego oczy zawsze były głębokie i zielone jak patyna na
starej monecie.
W obecności Jessego zawsze miała wrażenie, że po jej kręgosłupie
przesuwają się delikatne palce. Miała dreszcze i zarazem robiło jej się
ciepło.
- Grosik to naprawdę niedużo - odparła, siląc się na nonszalancję. -
Moje myśli są znacznie bardziej interesujące i powinny być warte większą
sumę.
- Niestety jestem kompletnie spłukany - odparł, wskazując na puste
kieszenie. - Dobrze bawiłaś się w Ruelle? Stroje Anny są niezwykle
spektakularne. Chciałbym, żeby doradziła mi coś w kwestii kamizelek i getrów, ale sama wiesz... - Uniósł ręce, wskazując strój, który nigdy
się nie zmieniał.
Lucie uśmiechnęła się do niego.
- Czaiłeś się tam? Nie widziałam cię.
Rzadko zdarzało jej się nie widzieć Jessego, jeśli był obecny w pomieszczeniu. Cztery miesiące temu oddał jej swoje ostatnie tchnienie
zamknięte w złotym medalionie, który teraz nosiła na szyi, żeby uratować
Jamesowi życie. Lucie martwiła się potem, że Jesse zacznie się rozwiewać
albo zniknie. On jednak, chociaż stał się niepokojąco niematerialny,
wciąż był widzialny, tyle że tylko dla niej.
Oparł ciemną głowę o niebiesko-złotą tapicerkę.
- Możliwe, że zajrzałem, żeby się upewnić, że bezpiecznie dotarłaś do
Ruelle. Mnóstwo podejrzanych typów kręci się nocą w okolicy Berwick
Street: złodzieje, kieszonkowcy, huncwoty...
- Huncwoty? - Lucie była zachwycona. - To brzmi jak coś z Pięknej
Cordelii.
- A skoro o tym mowa. - Wskazał ją oskarżycielsko palcem. - Kiedy
pozwolisz mi ją przeczytać?
Lucie się zawahała. Pozwoliła mu przeczytać parę swoich wcześniejszych
powieści, takich jak Sekretna Księżniczka Lucie zostaje uratowana od
swojej strasznej rodziny, która bardzo mu się spodobała, zwłaszcza
postać Okrutnego Księcia Jamesa. Jednak Piękna Cordelia to było coś
innego.
- Wymaga szlifowania. Wszystkie powieści wymagają szlifowania jak
diamenty. Polerowania.
- Jak buty - dodał oschle Jesse. - Sam myślałem o napisaniu powieści.
Może o duchu, który jest bardzo, ale to bardzo znudzony.
- Może powinieneś napisać o duchu, który ma bardzo oddaną siostrę i bardzo oddaną... przyjaciółkę, i obie poświęcają mnóstwo czasu na
wymyślenie, jak sprawić, żeby nie był dłużej duchem.
Jesse nie odpowiedział. Lucie chciała być dowcipna, ale on bardzo
spoważniał. Jakie to dziwne, że nawet kiedy był duchem, oczy wciąż były
oknami jego duszy. Wiedziała, że Jesse ma duszę. Była równie żywa jak
wszystko inne, co żyje, desperacko pragnęła odzyskać wolność na tym
świecie, a nie być skazaną na niby-życie, kiedy odzyskiwała świadomość
tylko nocą.
Jesse wyjrzał przez okno.
Mijali Piccadilly Circus, niemal całkiem opustoszały o tej porze. Posąg
Erosa pośrodku był przyprószony śniegiem. Samotny kloszard spał na
stopniach pod nim.
- Nie rób sobie zbyt wielkich nadziei, Lucie. Czasem nadzieja jest
niebezpieczna.
- Powiedziałeś to Grace?
- Ona mnie nie posłucha. Nie wysłucha ani słowa. Nie... Nie chcę, żebyś
się rozczarowała.
Lucie wyciągnęła rękę, na której wciąż miała niebieską rękawiczkę z koźlej skórki. Jesse sprawiał wrażenie, jakby przyglądał się jej odbiciu
w oknie powozu, chociaż siebie - rzecz jasna - nie mógł tam widzieć.
Może wolał, żeby tak było.
Obrócił dłoń wnętrzem do góry. Lucie zdjęła rękawiczkę i położyła palce
delikatnie na jego dłoni. Och, to wrażenie - jego dłoń był chłodna i nie
do końca materialna, jak wspomnienie dotyku. A mimo to muśnięcie
krzesało iskry w jej żyłach, prawie je widziała jak świetliki w ciemności.
Odchrząknęła.
- Nie martw się moim rozczarowaniem - powiedziała. - Jestem okropnie
zajęta ważnymi sprawami, mam jutro ślub do zorganizowania.
Zerknął na nią i uśmiechnął się niemal niechętnie.
- Sama jedna planujesz ten ślub?
Potrząsnęła głową, aż zatrzęsły się kwiaty na jej kapeluszu.
- Jestem jedyną kompetentną osobą.
- Och, rzeczywiście. Przypominam sobie scenę z Sekretnej Księżniczki
Lucie, w której księżniczka Lucie okazuje się lepsza w układaniu
kwiatów od Okrutnego Księcia Jamesa.
- James był bardzo rozdrażniony tym rozdziałem - orzekła z satysfakcją
Lucie. Światło wpadało do powozu, gdy mijali latarnie uliczne. Na
zewnątrz samotny policjant obchodził swój rewir przed koryncką fasadą
Haymarket Theatre.
Nie czuła już dłoni Jessego pod swoją. Zerknęła w dół i zobaczyła, że
wygląda to tak, jakby opierała ręce na pustce - najwyraźniej z nie do
końca namacalnego Jessego zmienił się w całkowicie niematerialnego.
Zmarszczyła brwi, ale on zabrał już rękę i teraz Lucie zastanawiała się,
czy tylko to sobie wyobraziła.
- Pewnie zobaczysz jutro Grace - powiedział Jesse. - Nie robi wrażenia
przejętej ślubem i chyba dobrze życzy twojemu bratu.
Lucie zastanawiała się. Grace była tematem, który poruszali z Jessem
tylko pobieżnie. Nigdy nie widziała ich jednocześnie, ponieważ za dnia
Jesse leżał pozbawiony świadomości, a Grace nie bardzo mogła wyrwać się
od Bridgestocków i Charlesa nocą. Jesse często ją odwiedzał, ale nigdy
nie mówił Lucie o swoich rozmowach z siostrą. Chociaż Grace i Lucie
razem próbowały uratować Jessego, to jego osoba pozostała dla nich
niezręcznym tematem.
Jesse sprawiał wrażenie, że rozumie, że Grace zaręczyła się z Charlesem,
by chronić się przed wpływami Tatiany, a James i Cordelia pobierali się,
żeby ratować reputację Cordelii. Najwyraźniej uważał to za słuszne.
Jednakże ogromnie kochał siostrę i był wobec niej niezwykle opiekuńczy,
a Lucie nie miała ochoty rozmawiać z nim o swoich obawach, że Grace
złamała Jamesowi serce.
Zwłaszcza że nadal potrzebował pomocy Grace.
- Cieszę się, że to słyszę - odparła żywo. Powóz skręcił w Shoe Lane,
przejechał przez żelazną bramę Instytutu i wjechał na dziedziniec. Nad
nimi wznosiła się katedra, ciemna i imponująca na tle nieba. - Kiedy...
Kiedy znowu cię zobaczę?
Natychmiast pożałowała, że zapytała. Zawsze się pojawiał, rzadko znikał
na dłużej niż jedną noc. Nie powinna go tak naciskać.
Jesse uśmiechnął się nieco smutno.
- Szkoda, że nie mogę się pojawić na ślubie. Wielka szkoda. Chciałbym
cię zobaczyć w twojej sukni suggenes. Wyglądała jak skrzydła motyla.
Pokazała mu wcześniej materiał na suknię - opalizujący
brzoskwiniowo-lawendowy jedwab - ale zdziwiła się, że Jesse go pamięta.
W Instytucie paliły się światła. Lucie wiedziała, że rodzice wkrótce
wyjdą, żeby ją powitać. Odsunęła się od Jessego, sięgnęła po porzucone
rękawiczki, a wtedy otworzyły się frontowe drzwi Instytutu i ciepłe
żółte światło rozlało się na kamiennych płytach.
- Może jutro wieczorem... - zaczęła, ale Jesse już zniknął.
Grace
Grace
1893-1896
Dawno, dawno temu Grace była kimś innym - tyle przynajmniej pamiętała.
Była inną dziewczyną, chociaż miała takie same chude nadgarstki i platynowe blond włosy. Kiedy była mała, rodzice posadzili ją i wyjaśnili, że oni, ona sama i wszyscy, których znają, nie są zwykłymi
ludźmi, ale potomkami aniołów. Nefilim, którzy przysięgli chronić świat
przed potworami, które mu zagrażały. Ta dziewczynka miała rysunek oka na
grzbiecie dłoni z czasów, których nie pamiętała. To jej rodzice
umieścili tam ten rysunek; oznaczał, że jest Nocną Łowczynią i dzięki
niemu mogła widzieć potwory niewidzialne dla innych.
Bez dwóch zdań powinna szczegółowo pamiętać twarze rodziców, dom, w którym mieszkali. Miała siedem lat - powinna być w stanie przypomnieć
sobie, jak się czuła w kamiennej sali w Alicante, kiedy tłum całkiem jej
obcych dorosłych, przyszedł powiedzieć jej, że rodzice nie żyją.
Zamiast tego od tamtej chwili przestała cokolwiek czuć. Dziewczyna,
która istniała, zanim weszła do tej kamiennej sali... ta dziewczyna
przepadła.
Początkowo myślała, że zostanie odesłana do innych członków swojej
rodziny, chociaż rodzice nie utrzymywali z nimi specjalnie kontaktów i krewni byli jej całkiem obcy. Zamiast tego trafiła do zupełnie innej
obcej osoby. Nagle została jedną z Blackthornów. Przyjechał po nią
hebanowy powóz, czarny i błyszczący jak fortepian. Poniósł ją przez
letnie pola Idrisu do skraju lasu Brocelind i za ozdobną żelazną bramę.
Do rezydencji Blackthornów, jej nowego domu.
To musiał być szok dla dziewczyny - przeprowadzka z domu w skromniejszej
części Alicante do rodowej posiadłości jednej z najstarszych rodzin
Nocnych Łowców. Jednakże ten szok i większość wspomnień z domu w Alicante przepadły tak jak wiele innych rzeczy.
Jej nowa matka była dziwna. Początkowo była życzliwa, niemal zbyt
życzliwa. Potrafiła złapać nagle dziewczynę w talii i przycisnąć mocno.
- Nigdy nie myślałam, że będę miała córkę - mruczała ze zdumieniem,
jakby mówiła do kogoś obecnego w pokoju, kogo dziewczyna nie widziała. -
I to jeszcze z takim ślicznym imieniem. Grace.
Grace.
Tatiana Blackthorn była też dziwna pod innymi, znacznie bardziej
przerażającymi względami. Nie robiła nic, żeby zadbać o dom w Idrisie, i pozwalała mu popadać w ruinę. Jej jedyną służącą była milcząca pokojówka
o skwaszonej minie, którą Grace rzadko widywała. Tatiana potrafiła być
miła, lecz bywały chwile, gdy cedziła przez zęby litanię pretensji do
swoich braci, rodów Nocnych Łowców, do Nocnych Łowców w ogóle. To oni
byli odpowiedzialni za śmierć jej męża i z tego, co Grace rozumiała,
mogli wszyscy iść do diabła.
Grace była wdzięczna za to, że ją przygarnięto, i cieszyła się, że ma
rodzinę i swoje miejsce w świecie. Tyle że to było dziwne miejsce. Nie
potrafiła zrozumieć matki, która wiecznie była zajęta dziwną magią, jaką
uprawiała w ciemnych kątach rezydencji. Grace wiodłaby bardzo samotne
życie, gdyby nie Jesse.
Był siedem lat od niej starszy i cieszył się, że ma siostrę. Był cichy,
życzliwy, czytał jej i pomagał robić wianki z kwiatów w ogrodzie.
Zauważyła, że ma obojętną minę za każdym razem, gdy matka rozwodziła się
na temat swoich wrogów i zemsty, o jakiej marzyła.
Jeśli Tatiana Blackthorn cokolwiek kochała na tym świecie, to właśnie
Jessego. Wobec Grace potrafiła być krytyczna, nie szczędziła jej
policzków i szczypania, ale nigdy nie podniosłaby ręki na niego. Grace
zastanawiała się, czy dlatego, że był chłopcem, czy też dlatego, że był
jej prawdziwym synem, krew z jej krwi, podczas gdy Grace była tylko
wychowanicą.
Odpowiedź miała małe znaczenie. Grace nie potrzebowała uczuć matki,
dopóki miała Jessego. To on jej towarzyszył, gdy najbardziej kogoś
potrzebowała, i był wystarczająco starszy, by wydawał się jej prawie
dorosły.
Dobrze, że mieli siebie za towarzystwo, bo rzadko opuszczali rezydencję,
z wyjątkiem krótkich wypadów z matką do Chiswick House, rozległej
kamiennej rezydencji w Anglii, którą Tatiana wyszarpała braciom
dwadzieścia pięć lat wcześniej i teraz zazdrośnie jej strzegła. Chociaż
Chiswick House znajdował się blisko Londynu i w związku z tym był cenną
nieruchomością, Tatiana najwyraźniej zamierzała doprowadzić i tę
siedzibę do upadku.
Grace zawsze odczuwała ulgę po powrocie do Idrisu. Bliskość Londynu nie
tyle przypominała jej o dawnym życiu - które zamieniło się w cienie i sny - ile przypominała, że miała jakąś przeszłość, czas, zanim należała
do Jessego, Tatiany i rezydencji Blackthornów. A jaki miało sens
przypominanie sobie tego?
***
Pewnego dnia Grace usłyszała podejrzany łomot dochodzący z pokoju piętro
wyżej. Poszła to sprawdzić, bardziej zaciekawiona niż zaniepokojona i zaszokowana odkryła, że przyczyną hałasu jest Jesse. Przygotował sobie
prowizoryczną salę do ćwiczenia rzutów nożem - ustawił bele słomy i powiesił jutowe płótno w jednym z wysokich, przestronnych pomieszczeń na
ostatnim piętrze rezydencji. Poprzedni mieszkańcy musieli wykorzystywać
te sale do treningów, ale matka nazywała je po prostu "salami balowymi".
- Co ty wyprawiasz? - zapytała zgorszona Grace. - Wiesz, że nie
powinniśmy udawać, że jesteśmy Nocnymi Łowcami.
Jesse podszedł po nóż, który wbił się w belę słomy. Grace wbrew sobie
zauważyła, że trafił precyzyjnie w cel.
- To nie jest udawanie. My jesteśmy Nocnymi Łowcami.
- Z racji narodzin, jak tłumaczy mama - odparła ostrożnie Grace. - A nie
z wyboru. Nocni Łowcy to brutale i zabójcy, tak mówi mama. Nie wolno nam
trenować.
Brat przygotował się do kolejnego rzutu nożem.
- A mimo to mieszkamy w Idrisie, w sekretnym kraju stworzonym przez i dla Nocnych Łowców. Nosisz Znak. A ja... też powinienem mieć Znaki.
- Jesse... - zaczęła Grace. - Naprawdę tak ci zależy na byciu Nocnym
Łowcą? Żeby okładać kijami demony i tak dalej?
- Po to się urodziłem - odpowiedział z chmurną miną. - Sam się uczyłem,
odkąd skończyłem osiem lat. Na strychu w tym domu wala się mnóstwo
starej broni i podręczników do trenowania. Ty też po to się urodziłaś.
Grace zawahała się i rzadkie dla niej wspomnienie pojawiło się w jej
umyśle: rodzice rzucający nożami w tablicę zawieszoną w ich małym domu w Alicante. Walczyli z demonami. W taki sposób żyli i w taki sposób
zginęli. Z pewnością nie były to same głupoty, jak twierdziła Tatiana. Z pewnością to nie było życie pozbawione sensu.
Jesse zauważył jej dziwny wyraz twarzy, ale nie naciskał i nie dopytywał
się, o czym myśli. Zamiast tego tłumaczył dalej:
- A jeśli pewnego dnia zostaniemy zaatakowani przez demony? Ktoś będzie
musiał bronić naszej rodziny.
- Mnie też wytrenujesz? - zapytała nagle Grace, a jej brat uśmiechnął
się szeroko, co sprawiło, że wybuchła płaczem, przytłoczona naglącym
uczuciem, że komuś na niej zależy, że ktoś się nią opiekuje. Że stanowi
część czegoś większego od niej samej.
***
Zaczęli od noży. Nie ważyli się trenować za dnia, ale kiedy matka szła
spać, znajdowała się dostatecznie daleko, żeby nie słyszała głuchego
łoskotu noży wbijających się w cel. Grace ku własnemu zdziwieniu dobrze
sobie radziła podczas treningu, szybko się uczyła. Po paru tygodniach
Jesse dał jej łuk myśliwski i kołczan z pięknej, wyprawionej czerwonej
skóry. Przeprosił, że rzeczy nie są nowe, ale ona wiedziała, że znalazł
je na strychu i tygodniami czyścił i naprawiał dla niej. To znaczyło
więcej, niż gdyby były po prostu drogim prezentem.
Zaczęli lekcje łucznictwa. To było znacznie bardziej niebezpieczne,
wymagało wymykania się z domu w środku nocy, żeby ćwiczyć na starej
strzelnicy za domem, prawie przy samych murach. Grace kładła się do
łóżka w ubraniu, czekała, aż w jej oknie pojawi się księżyc, a wtedy
schodziła po nieoświetlonych schodach, żeby spotkać się bratem. Jesse
był cierpliwym nauczycielem, delikatnym i wspierającym. Nigdy wcześniej
nie marzyła o tym, żeby mieć brata, a teraz każdego dnia była wdzięczna
za jego istnienie. I nie była to tylko posłuszna wdzięczność, jaką
żywiła dla matki.
Dopóki nie zamieszkała z Tatianą, Grace nie pojmowała, jak straszliwą
trucizną może być samotność. W miarę jak mijały miesiące, zdała sobie
sprawę, że samotność doprowadziła jej przybraną matkę do szaleństwa.
Grace chciała ją kochać, ale Tatiana nie pozwalała na to, żeby takie
uczucie się rozwinęło. Jej samotność stała się tak wypaczona, że Tatiana
nauczyła się bać miłości, odrzucała czułość każdego poza Jessem. Powoli
Grace zrozumiała, że Tatiana nie chce jej miłości. Chciała tylko jej
lojalności.
Jednakże miłość musiała znaleźć gdzieś ujście, żeby Grace nie wybuchła
jak rzeka napierająca na tamę. Przelała całą miłość na Jessego, który
uczył ją wspinać się na drzewa, mówić i czytać po francusku, który co
wieczór siadał przy jej łóżku i czytał jej z najróżniejszych książek -
od Eneidy Wergiliusza po Wyspę skarbów.
Kiedy ich matka była zajęta innymi sprawami, spotykali się w nieużywanym
gabinecie na końcu korytarza, gdzie ze wszystkich stron otaczały ich
sięgające sufitu regały z książkami i gdzie stało kilka wielgachnych
rozpadających się foteli. To także była część ich treningu, jak
powiedział Jesse. Tam razem czytali. Grace nigdy nie dowiedziała się,
dlaczego Jesse był dla niej taki dobry. Myślała, że może od początku
rozumiał, że on i Grace są swoimi jedynymi prawdziwymi sojusznikami, że
ich przetrwanie zależy od tego sojuszu. Nie mając w sobie oparcia,
wpadliby do tej samej jamy, która pochłonęła ich matkę. Razem mogli się
rozwijać.
Kiedy Grace miała dziesięć lat, Jesse przekonał matkę, żeby wreszcie
pozwoliła mu na pierwszy run. To niesprawiedliwe, powiedział, że mieszka
w Idrisie i nie ma nawet runu Wzroku, który zapewnia Widzenie.
Zakładano, że każdy, kto mieszka w Idrisie, posiada Widzenie i brak tej
zdolności mógłby okazać się dla niego wręcz niebezpieczny. Matka
krzywiła się, ale w końcu ustąpiła. Przybyło dwóch Cichych Braci. Grace
ledwie pamiętała ceremonię nadawania runu i pobliźnionych, dryfujących
postaci w ciemnych korytarzach rezydencji Blackthornów, na których widok
dostawała gęsiej skórki. Zebrała się jednak na odwagę i towarzyszyła
Jessemu, kiedy Cichy Brat narysował run Wzroku na grzbiecie jego prawej
dłoni. Patrzyła, jak Jesse unosi rękę, jak przygląda jej się zdumiony i wylewnie dziękuje Braciom.
A potem tej samej nocy siedziała przy nim, gdy umierał.
3
3
Gorzki i słodki
"Cóż, może i dałbym się jej nabrać,
może mnie Maud na pokuszenie wodzi.
Lecz jeśli taką jest, za jaką chce uchodzić,
naprawdę taką, jaką ją wszyscy znają,
jeśli jej uśmiech jest wyśnionym moim rajem,
to świat bynajmniej nie jest taki gorzki,
by jeden uśmiech nie zdołał go osłodzić".
Alfred Tennyson, Maud
"Nie musisz wychodzić za mężczyznę, który cię nie kocha".
Głos faerie powtarzał się echem w głowie Cordelii, kiedy odwróciła się
do lustra w sypialni. Miała wrażenie, że jest duchem mimo jaskrawo
złotej sukni ślubnej - unoszącym się w powietrzu widmem, przywiązanym do
rzeczywistości cieniutką wstążką. Wcale nie miała za chwilę poślubić
mężczyzny, który jej nie kocha. Ten dzień nie mógł być ostatnim dniem,
kiedy stanie w tej sypialni po przebudzeniu się pod tym samym dachem, co
jej matka i brat, kiedy wyjrzy przez okno na rząd domów w South
Kensington, bladych pod zimowym słońcem. Jej życie nie miało się właśnie
całkiem zmienić, chociaż miała dopiero siedemnaście lat.
- Dochtare zibaje man. Moja piękna córka - powiedziała jej matka,
obejmując ją od tyłu niezręcznie z powodu ciąży i dużego brzucha.
Cordelia popatrzyła na nie obie w lustrze - podobne dłonie, podobne
usta. Nosiła złoty naszyjnik, który stanowił część posagu matki. Skórę
miała kilka odcieni jaśniejszą od cery matki, ale ich oczy były tak samo
czarne. I kiedy przerosła Sonę?
Sona zaśmiała się. Pasmo włosów wymknęło się spod złotej opaski
zdobionej klejnotami, którą Cordelia miała na głowie. Zaraz przygładziła
je z powrotem.
- Lajlo, azizam. Wyglądasz na zmartwioną.
Cordelia powoli odetchnęła. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić reakcji
matki, gdyby powiedziała jej prawdę.
- To naprawdę wielka zmiana, mâmân. Wyprowadzka z domu... i to nie z powrotem do Cirenworth, ale do całkiem obcego domu...
- Lajlo, nie zamartwiaj się - powiedziała matka. - Zmiany zawsze są
trudne. Kiedy wychodziłam za twojego ojca, potwornie się denerwowałam.
Ale wszyscy tylko mówili, jakie mam szczęście, bo był szykownym
bohaterem, który zabił demona Yanluo. Matka wzięła mnie jednak na bok i powiedziała "On naprawdę jest olśniewający, ale nie zapominaj o własnym
heroizmie". Wszystko będzie dobrze. Tylko nie zapomnij o własnym
heroizmie.
Te słowa zaskoczyły Cordelię. Sona rzadko wspominała o swojej rodzinie,
poza tym, że stanowiła ucieleśnienie heroizmu - ród sięgał korzeniami
daleko do dawnych Nocnych Łowców w Persji. Cordelia wiedziała, że jej
dziadkowie już nie żyją, ale miała ciotki, wujów i kuzynów w Teheranie.
Sona rzadko o nich wspominała i nie zaprosiła nikogo na ślub Jamesa i Cordelii, mówiąc, że byłoby to niegrzeczne, oczekiwać, że przejadą taki
kawał drogi, a nie ufali Bramom.
Zupełnie jakby wychodząc za Eliasa, całkowicie odseparowała się od
dawnego życia i teraz Risa była jej najbliższym odpowiednikiem perskiej
rodziny. Izolacja Sony nie była jedyną rzeczą, która martwiła Cordelię.
Elias już dawna nie był szykownym bohaterem. Co Sona myślała na ten
temat? Czy myślała o własnym heroizmie, który odłożyła na bok, żeby
wychowywać dzieci i wiecznie podróżować - nigdzie nie zapuściła korzeni
z powodu "słabego zdrowia" jej męża?
- Sona, chanum! - Risa pojawiła się nagle drzwiach. - Przyjechał -
mówiła, oglądając się nagląco przez ramię. - Przed chwilą. Bez słowa
ostrzeżenia...
- Alastair! Cordelio! - dobiegł z dołu znajomy głos. - Sona, moja
kochana!
Sona pobladła i oparła się o ścianę, żeby nie upaść.
- Elias?
- To bâbâ? - Cordelia podkasała ciężką suknię i wybiegła na korytarz.
Risa już schodziła z miną jak gradowa chmura. Elias minął ją, nawet na
nią nie zerkając. Wbiegł po schodach z uśmiechem na twarzy, z ręką na
balustradzie.
Cordelia stanęła jak wryta. Radość, jaką poczuła na dźwięk głosu ojca,
zniknęła i teraz nie mogła się ruszyć, gdy matka wyminęła ją i podeszła
objąć Eliasa. Cordelia czuła się dziwnie oderwana, gdy ojciec objął i ucałował matkę, a potem odsunął się, żeby położyć rękę na jej
zaokrąglonym brzuchu.
Sona pochyliła głowę, mówiła coś cicho i pośpiesznie do męża. Chociaż
się uśmiechał, wyglądał na wyczerpanego, głębokie linie żłobiły mu
twarz, szary zarost pokrywał kępkami szczękę. Garnitur miał
poprzecierany, jakby nosił go cały czas od dnia, kiedy go zabrano.
Wyciągnął ręce.
- Cordelio.
Wyrwała się z paraliżu. Chwilę potem stała już w objęciach ojca, poczuła
znajome drapanie jego zarostu, gdy ucałował ją w czoło, i mimo wszystko
poczuła ukojenie.
- Bâbâ - powiedziała, odchylając głowę, żeby spojrzeć mu w twarz.
Wyglądał bardzo staro. - Gdzie byłeś? Martwiliśmy się.
Zapach jego ubrań i włosów - dymny, jak od tytoniu - też był znajomy.
Czy wyczuwała pod tym słodycz zgnilizny? Pachniał alkoholem czy tylko
jej się wydawało?
Elias odsunął ją na wyciągnięcie rąk.
- Doceniam powitanie, moja droga. - Obrzucił ją spojrzeniem od stóp do
głów i z błyskiem w oku dodał: - Chociaż nie musiałaś aż tak się dla
mnie stroić.
Cordelia zaśmiała się i pomyślała: mój ojciec wrócił. Będzie na moim
ślubie. Tylko to się liczy.
- To moja suknia ślubna... - zaczęła mówić, ale Elias przerwał jej z uśmiechem.
- Wiem, dziecko. Dlatego dzisiaj wróciłem. W życiu nie przegapiłbym
twojego ślubu.
- To dlaczego nie wróciłeś, kiedy wypuszczono cię z Basilias?
Wszyscy odwrócili się do Alastaira, który właśnie wyszedł ze swojego
pokoju. Ewidentnie przygotowywał się przed ceremonią - miał rozpięte
mankiety i nie włożył jeszcze marynarki. Był ubrany w czarną kamizelkę
ze złotymi runami Miłości, Radości i Jedności, ale nie miał radosnej
miny. - Wiemy, że wypuścili cię tydzień temu. Gdybyś wrócił wcześniej,
matka byłaby spokojniejsza. Lajla też.
Elias spojrzał na syna. Nie wyciągnął do niego rąk jak do Cordelii, ale
głos miał nabrzmiały emocjami, gdy powiedział:
- Chodź przywitać się, Esfandiy?rze.
To było drugie imię Alastaira. Esfandiy?r był wielkim bohaterem z Szahname, perskiej księgi o mitycznych królach, którzy potrafili zakuć
każdego demona w zaczarowane łańcuchy. Alastair uwielbiał słuchać
historii z Szahname, kiedy był mały. On i Cordelia siadali przy ogniu,
a Elias im czytał.
To jednak było dawno temu. Teraz Alastair nawet nie drgnął, a Elias
zmarszczył czoło.
- Tak, wypuścili mnie kilka dni temu - przyznał. - Ale przed powrotem
wybrałem się w dzikie ostępy Francji na zachód od Idrisu.
- Żeby odpokutować? - zapytał ostro Alastair.
- Po prezent ślubny dla Cordelii. Riso! - zawołał.
- Och nie, później się wymienimy prezentami - zaprotestowała Cordelia.
Wyczuwała narastające napięcie, matka zerkała niespokojnie to na syna,
to na męża. - Kiedy będziemy mogli otworzyć je z Jamesem.
- Riso! - zawołał znowu ojciec - Możesz przynieść podłużne drewniane
pudełko z moich bagaży? Bzdura - dodał na użytek Cordelii. - To nie
prezent do waszego nowego domu, tylko dla ciebie.
Wkrótce przyszła Risa z pudełkiem opartym na ramieniu i wściekłym
wyrazem twarzy. Nie zważając na jej grymas, Elias wziął pudełko i obrócił się, żeby oddać je córce.
Cordelia popatrzała na Alastaira, który opierał się o ścianę. Uniosła
brwi, jakby chciała go zapytać, co jego zdaniem powinna zrobić. On tylko
wzruszył ramionami. Miała ochotę nim potrząsnąć. "Tak by cię zabolało,
gdybyś chociaż udawał, że się cieszysz?!".
Odwróciła się do ojca, który przytrzymał pudełko, kiedy odsunęła
mosiężne zasuwki i odchyliła wieko.
Aż jej zaparło dech.
Na niebieskim aksamicie leżała pochwa, jedna z najpiękniejszych, jakie
Cordelia widziała w swoim życiu, godna wystawienia w muzeum. Została
wykuta z doskonałej stali, błyszczącej jak srebro, jej powierzchnię
zdobił skomplikowany złoty damaskinaż, układający się w delikatny wzór z ptaków, liści i winorośli. Kiedy przyjrzała się dokładniej, dostrzegła
błysk runów podobnych do motyli wśród liści.
- Jedyny dar godny mojej córki to dar godny miecza, który ją wybrał -
powiedział Elias.
- Skąd to masz? - zapytała Cordelia.
Nie potrafiła powstrzymać wzruszenia. Opowieść Alastaira o tym, jak
wiele razy musiał ratować ich ojca, a także samego siebie, Cordelię i ich matkę przed konsekwencjami jego picia... ta powieść wzbudziła jej
gniew. Jak ojciec mógł być tak egoistyczny, tak obojętny na potrzeby
rodziny?
Z drugiej strony często był przy niej i ją wspierał, pomagał wspinać się
na drzewa, trenować, uczył znaczenia Cortany i odpowiedzialności, jaka
spadała na osobę, która dzierży ten miecz. I przyszedł dzisiaj, w dniu
jej ślubu, przyniósł nawet prezent. Czy to byłoby takie złe uznać, że ma
dobre intencje?
- Faerie z północnej Francji słyną ze swoich nadzwyczajnych dzieł -
odpowiedział Elias. - Podobno tę pochwę wykonała sama Meluzyna.
Wiedziałem, że musi trafić do ciebie. Mam nadzieję, że przyjmiesz ją
jako symbol mojej miłości i... obietnicy poprawy.
Sona uśmiechnęła się z drżeniem. Elias odłożył pudełko ostrożnie na
stolik w korytarzu.
- Dziękuję, ojcze - powiedziała Cordelia, obejmując go.
Kiedy Elias przytulił ją mocno, zauważyła ruch kątem oka. Zerknęła i zobaczyła, że Alastair wrócił do swojego pokoju.
***
Przeklęta bransoletka wciąż jest na moim nadgarstku, pomyślał James,
krążąc po dywanie w sypialni. Od wielu dni zamierzał ją zdjąć. Właściwie
to był pewien, że próbował ją zdjąć, ale zapięcie się zacięło.
Właśnie szedł do biurka, żeby poszukać nożyka do listów, którym
podważyłby zapięcie, kiedy spostrzegł swoje odbicie w lustrze.
Przystanął, by się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu. Przez
wzgląd na Cordelię musiał wyglądać jak najlepiej.
Wygładził włosy - beznadziejna sprawa, bo natychmiast uniosły się i znowu sterczały - i dopiął ostatni guzik złotego, brokatowego surduta,
który uszył krawiec jego ojca, staruszek o imieniu Lemuel. Lemuel Sykes.
Pomyślał o ekscytacji ojca, kiedy przedstawiał Lemuelowi Jamesa:
- Mój syn się żeni!
Sykes ze złością wymruczał powinszowania. Widząc ilość włosów na jego
uszach, James założyłby się, że to wilkołak, ale uznał, że nie wypada
pytać. Tak czy inaczej, okazało się, że Will miał rację, nie zwracając
uwagi na odpychające maniery Sykesa i nie przejmując się tym, że w każdej chwili może paść przy nich martwy ze starości. James miał
wrażenie, że nie jest najlepszym sędzią, jeśli idzie o własny wygląd,
ale nawet on był pod wrażeniem tego, jak jego strój, złoty surdut i reszta dodawały mu powagi. Wyglądał jak młody człowiek z poważnymi
zamiarami, który wie, co robi. Zważywszy na okoliczności, przyda mu się
wszystko, co sprawi, że będzie wyglądał na pewnego siebie.
Już szedł do biurka, kiedy ktoś zapukał do drzwi. James otworzył je i zobaczył rodziców w eleganckich wieczorowych strojach. Tak jak James
Will miał na sobie surdut, ale jego był skrojony z hebanowej wełny, a do
tego nosił czarne spodnie. Tessa włożyła prostą suknię z różanego
aksamitu ozdobioną maleńkimi perełkami. Oboje mieli poważne miny.
Jamesowi zacisnął się żołądek.
- Coś się stało?
Dowiedzieli się, pomyślał. O tym, że spaliłem rezydencję Blackthornów,
że Cordelia stanęła w mojej obronie, że małżeństwo to kłamstwo, które ma
nas uratować.
- Nie denerwuj się - uspokoił go Will. - Mamy tylko pewne wiadomości.
Tessa westchnęła.
- Will, przeraziłeś biednego chłopaka. Pewnie pomyślał, że Cordelia
zerwała zaręczyny. Nie zerwała - dodała pośpiesznie. - Nic z tych
rzeczy. Tylko... jej ojciec wrócił.
- Elias jest w domu?
James odsunął się, wpuszczając rodziców do pokoju. Na korytarzach
kręciło się mnóstwo pokojówek i lokajów, którzy przygotowywali Instytut,
i lepiej było porozmawiać na taki temat na osobności.
- Kiedy wrócił?
- Podobno dopiero dzisiaj rano - powiedział Will.
Przy oknie stały trzy krzesła. James usiadł tam z rodzicami. Za szybą
oszronione gałęzie drżały na zimowym wietrze. Blade słońce zalewało
dywan.
- Jak wiesz, wypuszczono go z Basilias jakiś czas temu, ale pojechał po
prezent dla Cordelii. Stąd zwłoka.
- Mam wrażenie, że mu nie wierzycie - powiedział James. - Gdzie waszym
zdaniem był?
Will i Tessa popatrzyli po sobie. Los Eliasa Carstairsa stał się
przedmiotem ożywionych plotek w Enklawie raptem tydzień, może dwa
tygodnie po tym, jak wysłano go do Basilias na "leczenie". Większość
wiedziała lub podejrzewała, że swoją chorobę znalazł na dnie butelki.
Cordelia była boleśnie szczera na ten temat w rozmowie z Jamesem. Nie
miała pojęcia, dorastając, że ojciec ma problem z alkoholem, miała
nadzieję, że w Basilias zdołają go wyleczyć i zarazem obawiała się, że
to się nie uda.
Kiedy Tessa się odezwała, ostrożnie dobierała słowa.
- To ojciec Cordelii - powiedziała. - Musimy wierzyć, że mówi szczerze.
Sona jest zachwycona jego powrotem, a Cordelii niewątpliwie ulżyło, że
będzie na jej ślubie.
- Więc są tutaj? - zaniepokoił się James. - Cordelia i jej rodzina? Z Cordelią wszystko w porządku?
- Została przeszmuglowana na górę, żeby nikt jej nie zobaczył -
powiedział Will. - Była... złota i puchata, z tego co widziałem.
- Mówisz, jakby była złotą bezą - mruknął ponuro James. - Powinienem do
niej iść? Zapytać, czy mnie potrzebuje?
- Nie sądzę - odparła Tessa. - Cordelia jest sprytna, dzielna i zaradna,
ale tu chodzi o jej ojca. Wyobrażam sobie, że to dość trudna kwestia,
zwłaszcza że tak wielu ludzi z Clave wie o wszystkim. Najlepiej będzie,
jeśli staniesz przy niej i po stronie Eliasa. Niech będzie jasne, że
cieszymy się z jego obecności i że to okazja do radości.
- Na tym między innymi polega bycie mężem - dodał Will. - Jesteście
teraz z Cordelią jednym. Macie dzielić się celami i marzeniami, tak samo
jak obowiązkami. Rozumiem, że Elias ukrywał swój stan przez wiele lat, w przeciwnym razie sytuacja mogłaby się przedstawiać całkiem inaczej. Mogę
ci udzielić małżeńskiej rady?
- Pewnie za żadne skarby nie dasz się powstrzymać, co? - żachnął się
James.
Błagam, nie, pomyślał. Ostatnie, czego chcę, to żebyś uznał, że moje
małżeństwo rozpadło się z powodu twoich złych rad.
- To zależy, jakimi skarbami obecnie dysponujesz - odpowiedział Will.
James musiał się uśmiechnąć.
- Niczym specjalnym w tej chwili.
- W takim razie nie masz szansy. Zatem oto moja rada: zawsze mów
Cordelii, co czujesz. - Popatrzył synowi w oczy. - Możesz bać się tego,
co się stanie, kiedy będziesz mówił prosto z serca. Możesz chcieć
ukrywać różne rzeczy, bojąc się kogoś zranić. Jednak sekrety niszczą
związek, Jamie. W miłości, w przyjaźni podkopują i niszczą, aż
ostatecznie zostajesz zgorzkniały i sam na sam ze swoimi sekretami.
Tessa dotknęła dłoni Willa. James tylko skinął głową. Było mu niedobrze.
Sekrety, kłamstwa. Okłamywał właśnie rodziców. Okłamywał wszystkich w kwestii swoich uczuć. Co powiedzą, kiedy za rok rozwiodą się z Cordelią?
Jak im to wyjaśni? Zobaczył w wyobraźni ojca uderzającego w małżeńskie
runy Jamesa ze zdruzgotanym wyrazem twarzy.
Will miał minę, jakby zamierzał powiedzieć coś więcej, kiedy z zewnątrz
dobiegły turkot i skrzypienie - koła na śniegu i bruku. Ktoś głośno się
przywitał. Przybywali pierwsi goście.
Wszyscy wstali. Will przeczesał delikatnie ręką włosy Jamesa.
- Potrzebujesz chwili? Jesteś blady jak ściana. To naturalne, że
człowiek denerwuje się przed ślubem.
Cordelia zasługuje na lepsze przedstawienie z mojej strony, pomyślał
James. Co dziwne, myśl o niej dodała mu sił. Zapominał czasem, że to z nią się żenił - z Daisy z jej pogodnym śmiechem, delikatnym znajomym
dotykiem, zaskakującą siłą. To nie był nikt obcy. Gdyby nie myśl o tym,
jak rozczaruje rodziców, kiedy to wszystko się rozleci, mógłby być nawet
zadowolony.
- Nie ma potrzeby - odpowiedział. - Jestem tylko podekscytowany, nic
więcej.
Rodzice uśmiechnęli się z ulgą. We trójkę zeszli na dół, przemierzając
udekorowany Instytut. Will otworzył drzwi i wpuścił tuman błyszczących
kryształków lodu wraz z pierwszymi gośćmi, a James przyszykował się do
powitań, kiedy zdał sobie sprawę, że wciąż nosi bransoletkę od Grace.
Cóż, teraz już nie było czasu na jej zdjęcie. Cordelia to zrozumie.
***
James właśnie witał w swoim odczuciu wszystkich Nocnych Łowców
mieszkających w Londynie (i wielu przybyłych skądinąd), kiedy pojawiła
się Lucie.
Wymówił się na chwilę i podszedł do niej pośpiesznie. Przeszli do sali,
którą Tessa nazywała Długa Salą - prostokątnego pomieszczenia
oddzielającego wejście od kaplicy. Przez szerokie dwuskrzydłowe drzwi
James widział, że kaplica przeszła przemianę. Belki sufitowe przybrano
girlandami chryzantem splecionych z ozimą pszenicą i obwiązanych złotymi
wstążkami, przejście między ławkami wysypano złotymi płatkami. Końce
ławek ozdobiono bukietami żółtych lilii, walijskich narcyzów i nagietków, złote aksamitne chorągwie zwieszały się z sufitu wyszywane w zamki i ptaki - symbole połączonych rodzin Herondale'ów i Carstairsów.
Po obu stronach ołtarza - "ołtarza, przed którym wkrótce staniesz",
rozległ się głos w jego głowie - stały ogromne kryształowe wazony,
również wypełnione kwiatami. W każdej niszy i na każdej powierzchni
ustawiono palące się świece.
Wiedział, że jego matka i Sona to zaplanowały. Naprawdę przeszły same
siebie.
- Gdzie byłaś? - szepnął James, podchodząc do siostry.
Miała na sobie brzoskwiniową jedwabną suknię ozdobioną szyfonem i złotymi kokardami przy rękawach. Złoty medalion, który tak lubiła,
błyszczał na jej szyi. Pytał o niego już wcześniej - skąd go ma - ale
Lucie powiedziała mu, żeby się nie wygłupiał, że ma go od dawna.
Rzeczywiście, pamiętał, że przyciskała go do jego ust, kiedy prawie
umarł na cmentarzu w Highgate. Powiedziała mu potem, że zrobiła to, żeby
medalion przyniósł mu szczęście.
- Matthew jeszcze nie ma i musiałem całkiem sam przywitać tysiąc
nieznajomych. W tym Pangbornów z Instytutu w Kornwalii.
Lucie się wykrzywiła.
- Nawet Lepkorękiego?
James uśmiechnął się szeroko, słysząc przezwisko Alberta Pangborna,
który przejął kierownictwo Instytutu w Kornwalii w roku 1850 po Felixie
Blackthornie.
- Wydaje mi się, że ojciec kazał mi się do niego zwracać "proszę pana".
I na dodatek uścisnąć jego lepką dłoń.
- Niestety ja... - Lucie popatrzyła na niego z wyższością. - Muszę być
dzisiaj u boku Cordelii, a nie twoim. Jestem jej suggenes. Cordelia
właśnie przygotowuje się w moim pokoju.
- Dlaczego ja też nie mogę przygotowywać się teraz w spokoju? - zapytał
James, całkiem rozsądnie, jak uważał.
- Bo nie jesteś panną młodą - odpowiedziała Lucie. - Jesteś panem
młodym. I kiedy zobaczysz ją pierwszy raz w kaplicy w stroju ślubnym, to
powinna być magiczna chwila.
Przez chwilę milczeli. Lucie doskonale znała prawdę, ale zaciskała usta
i James uznał, że nie jest to najlepszy moment, żeby przypominać jej, że
to nie jest tego rodzaju ślub.
- Kto zapalił świece? - zapytał James. - To musiało zająć z godzinę.
Lucie przemknęła chyłkiem do kaplicy i się rozejrzała.
- James, doprawdy, nie o tym powinieneś teraz myśleć. Pewnie Magnus. Był
bardzo pomocny. - Wyszła z kaplicy z garścią żółtych róż. - No dobrze.
Powodzenia, James. Muszę wracać do Daisy. - Zerknęła za niego i rozpromieniła się. - Och, patrz, Thomas i Christopher przyjechali.
Matthew na pewno zaraz się zjawi.
James ruszył na spotkanie przyjaciołom, ale zaraz porwał go wir ciotek i wujów - ciotka Cecily z mężem, Gabrielem Lightwoodem, brat Gabriela:
Gideon z żoną Sophie, a razem z nimi kobieta, której nie znał.
Gideon poklepał Jamesa w ramię.
- James! Świetnie wyglądasz.
- Doskonały surdut - powiedział Gabriel. - Moja córka pomogła ci go
znaleźć?
- Niestety to nie jest robota Anny - odpowiedział James, poprawiając
mankiety. - Ojciec zabrał mnie do swojego starego krawca, który
absolutnie nie rozumiał, dlaczego chcę złoty surdut zamiast czegoś w kolorze, który bardziej przystoi dżentelmenowi, jak szary albo czarny.
- Nocni Łowcy nie żenią się w szarości - powiedziała Cecily z błyskiem w oku. - A Will korzysta z usług tego krawca od taka dawna, że zaczynam
się zastanawiać, czy nie przegrał z nim zakładu w karty. Poznałeś już
Filomenę?
James zerknął na kobietę stojącą obok wujów. Była mniej więcej w wieku
Anny, gładkie ciemne włosy nosiła upięte na karku. Usta miała bardzo
czerwone, oczy ciemne, o ciężkich powiekach. Zerknęła na niego i się
uśmiechnęła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki