Łańcuch z cierni. Cykl Ostatnie godziny. Księga 3 - Cassandra Clare
53.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Później James pamiętał tylko świst wiatru. Metaliczny wrzask, jakby ktoś przeciągał nożem po odłamkach szkła, a daleko poniżej tego wycie, desperackie i wygłodniałe.
Szedł długą, gładką drogą - wyglądała, jakby nikt przed nim jej nie przemierzył, bo nie było żadnych śladów na ziemi. Niebo w górze było równie puste. James nie potrafił powiedzieć, czy trwa dzień, czy noc, zima czy lato. Tylko naga, brązowa ziemia rozciągała się przed nim, a nad nim niebo w kolorze chodnika.
Wtedy właśnie go usłyszał - wiatr, który unosił i rozrzucał martwe liście i luźny żwir wokół kostek. Przybierał na sile i jego wycie prawie zagłuszyło odgłos zbliżających się kroków.
James obrócił się gwałtownie. Małe wiry pyłu unosiły się w różnych miejscach. Oczy piekły go od piasku. Przez rozmazaną plamę burzy piaskowej pędziły dziesiątki, nie, setki ciemnych postaci. Wiedział tylko, że to nie są ludzie. Chociaż właściwie nie leciały w powietrzu, to jakby stanowiły część porywistego wiatru; cienie rozwijały się wokół nich jak skrzydła.
Wiatr zawył mu w uszach, kiedy stwory przeleciały nad nim - stado splątanych ze sobą niewyraźnych istot, niosących nie tyle fizyczny chłód, ile wrażenie zimnej groźby. A w dźwięk towarzyszący ich przejściu wpleciony był jak nić w tkaninie na krosnach szept Beliala:
- Budzą się. Słyszysz to, wnuku? Budzą się.
James poderwał się, łapiąc gwałtownie powietrze. Nie mógł oddychać. Wygrzebał się z piasku i z cieni i znalazł w nieznajomym pokoju. Zamknął oczy i ponownie je otworzył. Pokój nie był nieznajomy. James już wiedział, gdzie przebywa. W zajeździe, w pokoju, który dzielił z ojcem. Will spał na drugim łóżku. Magnus zajmował sypialnię dalej w tym samym korytarzu.
James wstał z łóżka i skrzywił się, gdy dotknął bosymi stopami zimnej podłogi. Bezszelestnie przeszedł przez pokój, do okna, i wyjrzał na ośnieżone, oświetlone księżycem pola, które ciągnęły się tak daleko, jak okiem sięgnąć.
Sny. Sny go przerażały. Belial przychodził do niego w snach, odkąd James sięgał pamięcią. W snach widział posępne królestwo demonów, w snach widział Beliala, jak zabija. Nawet teraz nie wiedział, kiedy sny były tylko snem, a kiedy ukazywały straszliwą prawdę.
Czarno-biały świat na zewnątrz ukazywał tylko pustkę zimy. Znajdowali się gdzieś w pobliżu zamarzniętej Tamar; zatrzymali się zeszłej nocy, kiedy śnieg walił zbyt gęsty, żeby jechać dalej. I nie był to ładny, puszysty śnieżek, ale nieokiełznana, porywista nawałnica. Ten śnieg miał cel, miał kierunek, tłukł pod ostrym kątem w nagą, szarobrązową ziemię jak niekończąca się salwa strzał.
Chociaż przez cały dzień nic nie robił, tylko siedział w powozie, James był wyczerpany. Ledwie zdołał wmusić w siebie odrobinę gorącej zupy, zanim poszedł na górę i padł na łóżko. Magnus i Will zostali w salonie, siedzieli w fotelach przy ogniu i rozmawiali cicho. James domyślał się, że rozmawiają o nim. A niech sobie gadają. Miał to w nosie.
To była trzecia noc, odkąd opuścili Londyn z misją odnalezienia siostry Jamesa, Lucie, która wyjechała z czarownikiem Malcolmem Fade'em i zakonserwowanym ciałem Jessego Blackthorna. Przyświecał jej cel na tyle mroczny i przerażający, że żadne z nich nie chciało wypowiedzieć słowa, którego wszyscy się obawiali.
Nekromancja.
Najważniejsze, jak podkreślał Magnus, to przechwycić Lucie najszybciej, jak się da. A to okazało się trudniejsze, niż się zapowiadało. Magnus wiedział, że Malcolm ma dom w Kornwalii, ale nie znał dokładnej lokalizacji, a Fade zablokował wszelkie próby magicznego tropienia jego i Lucie. Musieli zdać się na bardziej staroświeckie metody - po drodze często zatrzymywali się w różnych lokalach Podziemnych. Magnus gawędził z miejscowymi, a James i Will musieli czekać w powozie, żeby nie ujawniać się jako Nocni Łowcy.
- Żaden z nich nic mi nie powie, jeśli będą myśleć, że podróżuję z Nefilim - powiedział im wcześniej Magnus. - Wasz czas nadejdzie, kiedy dotrzemy do domu Malcolma i trzeba będzie zająć się nim i Lucie.
Tego wieczoru powiedział Jamesowi i Willowi, że wydaje mu się, że znalazł dom i że z łatwością dotrą tam w kilka godzin następnego ranka. Jeśli okaże się, że to nie jest właściwe miejsce, to pojadą dalej.
James rozpaczliwie pragnął znaleźć Lucie. Nie tylko dlatego, że się o nią martwił - a oczywiście martwił się - ale z powodu wszystkiego innego, co wydarzyło się w jego życiu. Wszystkiego, co odłożył na bok i o czym nie chciał myśleć, dopóki nie znajdzie siostry i nie będzie wiedział, że jest bezpieczna.
- James? - przerwał jego myśli zaspany głos. James odwrócił się od okna i zobaczył, że ojciec siedzi na łóżku. - Jamie, bach, co cię trapi?
James popatrzył na ojca. Will wyglądał na zmęczonego, miał potarganą czarną grzywę włosów. Ludzie często mówili Jamesowi, że przypomina Willa, i wiedział, że to komplement. Przez całe życie ojciec robił wrażenie najsilniejszego znanego mu człowieka, najbardziej pryncypialnego, najzacieklejszego w miłości. Will nie kwestionował swoich decyzji. Nie, James pod żadnym względem nie przypominał Willa Herondale'a.
Oparł się plecami o zimne okno i powiedział:
- To tylko zły sen.
- Mm. - Will się zadumał. - Zeszłej nocy też miałeś koszmar. I poprzedniej. Czy jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać, Jamie?
Przez chwilę James wyobrażał sobie, że mógłby zrzucić ciężar trosk przed ojcem. Powiedzieć o Belialu, Grace, bransoletce, Cordelii, Lilith. O wszystkim.
Ten obraz jednak nie przetrwał w jego myślach. Nie potrafił sobie wyobrazić reakcji ojca. Nie potrafił wyobrazić sobie, jak wypowiada potrzebne słowa. Chował to w sobie od tak dawna, że nie potrafił zrobić niczego poza tym, że mocniej zdusi to w sobie i będzie dalej chronił siebie w jedyny sposób, jaki zna.
- Po prostu martwię się o Lucie - powiedział James. - Martwię się, w co mogła się wplątać.
Wyraz twarzy Willa się zmienił. James pomyślał, że może spostrzegł iskierkę rozczarowania na twarzy ojca, chociaż w tym półmroku trudno było to orzec.
- W takim razie wracaj do łóżka - powiedział. - Magnus mówi, że najpewniej jutro ją znajdziemy, a wtedy lepiej, żebyś był wypoczęty. Może nie ucieszyć się na nasz widok.
1
Dni konające
"Mój Paryż to miejsce, gdzie dni konające
Przechodzą w burzliwe noce złotoczarne;
Zdarzą się czasem świty chłodne, marne,
Lecz - ach! - te złote noce! Wieczory te pachnące!".
Arthur Symons Paris
Złote kafelki podłogi błyszczały w blasku wspaniałego żyrandola, z którego krople światła spadały jak płatki śniegu strząśnięte z gałęzi drzewa. Muzyka - cicha i słodka - wzmogła się, gdy James wyszedł z tłumu tancerzy i wyciągnął rękę do Cordelii.
- Zatańcz ze mną - powiedział.
Wyglądał pięknie w czarnym surducie, ciemny materiał podkreślał złocistość jego oczu i ostre kości policzkowe. Czarne włosy opadały mu na czoło.
- Wyglądasz pięknie, Daisy.
Cordelia wzięła jego dłoń. Odwróciła głowę, gdy pociągnął ją na parkiet, przelotnie dostrzegając ich dwoje w lustrze na drugim końcu sali balowej: James w czerni, a obok niego ona w wyzywającej sukni z czerwonego jak rubiny aksamitu. James patrzył na nią... Nie, spoglądał przez salę na bladą dziewczynę w sukni o barwie kości słoniowej i włosach jak płatki kremowobiałej róży, która patrzyła na niego.
Grace.
- Cordelio! - Głos Matthew sprawił, że gwałtownie otworzyła oczy.
Zakręciło jej się w głowie. Oparła się dłonią o ścianę w przebieralni, żeby odzyskać równowagę. Sny na jawie? Czy raczej koszmary na jawie? Marzenie wcale nie okazało się przyjemne, za to było potwornie realistyczne.
- Madame Beausoleil pyta, czy potrzebujesz pomocy. Oczywiście sam chętnie bym ci pomógł, ale to wywołałoby skandal - dodał szelmowsko.
Cordelia się uśmiechnęła. Mężczyźni zwykle nie towarzyszyli żonom czy siostrom podczas wizyt u krawcowych. Kiedy przyszli tu pierwszy raz dwa dni temu, Matthew wykorzystał Uśmiech i oczarował madame Beausoleil tak, że pozwoliła mu zostać z Cordelią.
- Nie mówi po francusku, więc przyda się pani moja pomoc - skłamał wtedy.
Jednakże pozwolić mu, żeby został w pracowni, to jedno, a wpuścić go do przebieralni, gdzie Cordelia skończyła właśnie wkładać onieśmielająco modną suknię z czerwonego aksamitu - to byłby rzeczywiście affront et un scandale!, zwłaszcza w pracowni równie ekskluzywnej jak ta należąca do madame Beausoleil.
Cordelia odkrzyknęła, że nie potrzebuje pomocy, ale chwilę potem ktoś zapukał do drzwi i pojawiła się jedna z modystek z haczykiem do zapinania guzików. Zaatakowała zapięcia na plecach sukni Cordelii bez żadnych instrukcji. Naciskała i ciągnęła, jakby Cordelia była wypchanym manekinem. Chwilę potem, gdy suknia już była zapięta, biust został podniesiony, a rąbek poprawiony, Cordelię przekwaterowano do głównego pomieszczenia w salonie krawcowej.
Był to wymyślnie urządzony lokal, cały w bladych błękitach i złocie jak wielkanocne jajko Przyziemnych. Podczas pierwszej wizyty Cordelia była zaskoczona i przedziwnie oczarowana sposobem, w jaki pokazywano tutejsze towary: modelki - wysokie, smukłe, tlenione na blond - przechadzały się w tę i z powrotem po pokoju, z czarnymi wstążkami z numerkami na gardle, żeby było wiadomo, że prezentują konkretną kreację. Za przesłoniętymi koronką drzwiami przechowywano zatrzęsienie tkanin, z których można było wybierać: jedwabie i aksamity, satynę i organzę. Widząc to bogactwo, Cordelia podziękowała w duchu Annie za jej pouczenia w kwestii mody - zbyła jednym gestem koronki i pastele i szybko przeszła do wybierania z tego, co powinno jej pasować. W raptem dwa dni krawcowa przygotowała zamówienie i teraz Cordelia wróciła, żeby przymierzyć gotowe suknie.
I jeśli można było to oceniać po minie Matthew, dobrze wybrała. Usadowił się na złoconym krześle z obiciem w czarno-białe prążki z otwartą na kolanach książką - skandaliczną i wyzywającą powieścią Claudine a Paris. Kiedy Cordelia wyszła i podeszła do potrójnego lustra, żeby sprawdzić, jak suknia leży, podniósł wzrok i jego zielone oczy pociemniały.
- Wyglądasz pięknie.
Omal nie zamknęła oczu. "Wyglądasz pięknie, Daisy". Nie będzie jednak myślała o Jamesie. Nie teraz. Nie, kiedy Matthew był tak uprzejmy, że pożyczył jej pieniądze na zakup ubrań (uciekła z Londynu z jedną sukienką i desperacko potrzebowała czegoś czystego do noszenia). W końcu oboje złożyli obietnice: Matthew, że nie będzie przesadzał z piciem podczas ich pobytu w Paryżu, a ona, że nie będzie karała się posępnymi myślami o swoich porażkach, swoim ojcu, swoim małżeństwie i o Lucie. I odkąd przyjechali, Matthew praktycznie nie tknął kieliszka ani butelki.
Odsuwając na bok melancholię, uśmiechnęła się do Matthew i skupiła na swoim odbiciu w lustrze. Prawie siebie nie poznawała. Suknia została uszyta na miarę, dekolt był wyzywająco głęboki, a dół opinał się na biodrach i dopiero poniżej rozszerzał się jak łodyga i kwiat lilii. Rękawy, krótkie i wykończone riuszką, odsłaniały ręce. Czerń Znaków kontrastowała z jej jasnobrązową skórą, chociaż czar ochronny nie pozwalał, by oczy Przyziemnych je spostrzegły.
Madame Beausoleil, która prowadziła swój salon przy Rue de la Paix, gdzie mieściła się najsłynniejsza pracownia krawiecka na świecie - Maison Worth Jeanne Paquin - dobrze znała Świat Cieni, jak twierdził Matthew.
- Hypatia Vex nie robi zakupów nigdzie indziej - powiedział Cordelii przy śniadaniu.
Przeszłość samej madame spowijały mroki tajemnicy, co zdaniem Cordelii było niezwykle francuskie.
Pod suknią nosiła bardzo niewiele. Najwyraźniej we Francji było modne, by suknie oddawały kształt ciała. Ta miała wszyty gorset. Biust zdobiła rozeta z jedwabnych kwiatów, rąbek rozszerzającego się dołu obszyto złotą koronką. Tył był głęboko wycięty, odsłaniając zarys kręgosłupa Cordelii. To było dzieło sztuki, co Cordelia powiedziała madame (po angielsku, Matthew tłumaczył), kiedy ta uwijała się przy niej z poduszeczką ze szpilkami w ręku i sprawdzała efekty swojej pracy.
Madame się zaśmiała.
- Moja praca jest bardzo prosta - powiedziała. - Muszę tylko spotęgować urodę, której już nie brakuje pańskiej żonie.
- Och, to nie jest moja żona - powiedział Matthew z błyskiem w zielonych oczach.
Matthew niczego tak nie lubił jak pozorów skandalu. Cordelia skrzywiła się, zerkając na niego.
Trzeba było przyznać, że madame nawet nie mrugnęła powieką. Może to dlatego, że byli we Francji.
- Alors, rzadko zdarza się, że ubieram tak naturalną i niezwykłą piękność - powiedziała. - Tutejsza moda jest przeznaczona dla blondynek, dla samych blondynek, a blondynki nie mogą nosić takich kolorów. To krew i ogień, zbyt intensywne dla bladej skóry i jasnych włosów. Im pasują koronki i pastele, zaś panna...
- Carstairs - podpowiedziała jej Cordelia.
- Panna Carstairs bezbłędnie wybrała właściwe dla siebie kolory. Kiedy wejdzie pani do pokoju, mademoiselle, będzie pani wyglądała jak płomień świecy, przyciągnie pani wzrok wszystkich, jakby to były ćmy.
"Panna Carstairs". Cordelia niezbyt długo była panią Cordelią Herondale. Wiedziała, że nie powinna przywiązywać się do tego nazwiska. Jego utrata bolała, ale powiedziała sobie stanowczo, że takie myśli to użalanie się nad sobą. Była z Carstairsów, była z rodu Jahanshah. W jej żyłach płynęła krew Rustama. Będzie ubierała się w ogień, jeśli zechce.
- Taka suknia zasługuje na ozdobę - powiedziała w zadumie madame. - Naszyjnik ze złota i rubinów. To ładna błyskotka, ale za drobna. - Machnęła ręką, wskazując złoty wisiorek na szyi Cordelii, malutki globus na złotym łańcuszku.
To był prezent od Jamesa. Cordelia wiedziała, że powinna go zdjąć, ale nie była jeszcze na to gotowa. Z jakiegoś powodu taki gest byłby jeszcze bardziej ostateczny niż przecięcie runu małżeństwa.
- Z radością kupiłbym jej rubiny, gdyby tylko mi pozwoliła - odezwał się Matthew. - Niestety odmawia.
Madame zdziwiła się. Jeśli Cordelia była kochanką Matthew, jak ewidentnie uznała, to dlaczego odmawiała przyjęcia naszyjnika? Poklepała Cordelię po ramieniu, współczując jej tego, że nie ma za grosz nosa do interesów.
- Przy Rue de la Paix jest paru cudownych jubilerów - powiedziała. - Może gdy zerknie pani na ich wystawy, zmieni pani zdanie.
- Być może - odpowiedziała Cordelia, powstrzymując chęć pokazania Matthew języka. - W tej chwili muszę skupić się na garderobie. Jak już wyjaśnił mój przyjaciel, moja walizka zaginęła podczas podróży. Czy będzie mogła pani dostarczyć stroje do hotelu Le Meurice przed wieczorem?
- Oczywiście, oczywiście. - Madame pokiwała głową i wycofała się za ladę na drugim końcu pokoju, gdzie zaczęła sumować liczby, wypisując ołówkiem rachunek.
- Teraz myśli, że jestem twoją kochanką - powiedziała do Matthew Cordelia, łapiąc się pod boki.
Wzruszył ramionami.
- To jest Paryż. Kochanki są tu bardziej powszechne niż croissanty czy przesadnie małe filiżaneczki na kawę.
Cordelia prychnęła i zniknęła w przebieralni. Starała się nie myśleć o cenie rzeczy, które zamówiła - czerwonego aksamitu na chłodne wieczory oraz czterech innych sukien: spacerowej w czarno-białe prążki, z żakietem do kompletu, sukni ze szmaragdowej satyny wykończonej seledynem, wyzywającej wieczorowej kreacji z czarnej satyny i sukni z jedwabiu w odcieniu kawy, wykończonej złotą wstążką. Anna będzie zadowolona, ale Cordelia wyda całe oszczędności, żeby spłacić dług u Matthew. Zaproponował, że weźmie koszty na siebie, tłumacząc, że to dla niego żaden problem - najwyraźniej rodzice zostawili Henry'emu dużo pieniędzy - ale Cordelia nie mogła sobie na to pozwolić. I tak wzięła dostatecznie dużo od Matthew.
Włożyła z powrotem starą sukienkę i wróciła do salonu. On już zapłacił, a madame potwierdziła, że dostarczy suknie przed wieczorem. Jedna z modelek mrugnęła do Matthew, kiedy wyprowadzał Cordelię z salonu na zatłoczone ulice Paryża.
To był pogodny dzień, niebo było błękitne. W przeciwieństwie do Londynu tej zimy w Paryżu jeszcze nie padał śnieg, ulice były chłodne, ale jasne. Cordelia z radością zgodziła się, żeby wrócili z Matthew do hotelu piechotą, zamiast zatrzymywać fiacre, paryski odpowiednik dorożki. Matthew z książką w kieszeni płaszcza nadal mówił o czerwonej sukni.
- Będziesz po prostu błyszczała w kabaretach. - Matthew ewidentnie uważał, że odniósł zwycięstwo. - Nikt nie będzie patrzył na artystów. Chociaż, mówiąc szczerze, artyści będą pomalowani na czerwono i będą nosili sztuczne diable rogi, więc nadal mogą ściągać nieco uwagi.
Uśmiechnął się do niej. To był Uśmiech - ten, który sprawiał, że najtwardsze zrzędy miękły jak masło, a silni mężczyźni i kobiety płakali. Cordelia sama nie była odporna na jego działanie. Odpowiedziała szerokim uśmiechem.
- Widzisz? - Matthew szerokim gestem wskazał widoki przed nimi: okazały paryski bulwar, barwne markizy nad sklepami, kawiarenki, gdzie kobiety w pysznych kapeluszach i mężczyźni w nadzwyczajnych spodniach w prążki rozgrzewali się kubeczkami gorącej czekolady. - Obiecałem ci, że będziesz dobrze się bawić.
Czy rzeczywiście dobrze się bawiła? - zastanawiała się Cordelia. Może tak. Na razie przez większość czasu udawało jej się nie myśleć o tym, jak potwornie zawiodła wszystkich, na których jej zależało. A to zasadniczo był cel tej podróży. Tłumaczyła sobie, że kiedy już człowiek wszystko straci, nie ma powodu, żeby nie cieszył się każdym drobiazgiem, którym się da. Czy nie taka właśnie była życiowa filozofia Matthew? Czy nie dlatego właśnie tu z nim przyjechała?
Siedząca w pobliskiej kawiarence kobieta w kapeluszu obładowanym strusimi piórami i jedwabnymi różami zerknęła na Matthew, a potem na Cordelię, i uśmiechnęła się. Z aprobatą. Wzięła ich za parę zakochanych, uznała Cordelia. Kilka miesięcy temu Cordelia zarumieniłaby się, a teraz po prostu się uśmiechnęła. Jakie to ma znaczenie, jeśli ludzie będą źle o niej myśleć? Każda dziewczyna byłaby szczęśliwa, gdyby zalecał się do niej Matthew, więc niech przechodnie myślą sobie, co zechcą. W taki właśnie sposób Matthew radził sobie w życiu - nie przejmując się tym, co inni myślą, i zwyczajnie będąc sobą. To było zdumiewające, jak bardzo ułatwiało mu to poruszanie się w świecie.
Wątpiła, żeby zdołała bez niego dotrzeć do Paryża w takim stanie, w jakim była. Zabrał ich oboje - niewyspanych, rozziewanych - z pociągu prosto do hotelu Le Meurice, gdzie promienny i cały w uśmiechach żartował z boyem hotelowym. Można by pomyśleć, że przespał poprzednią noc w piernatach.
Spali aż do popołudnia tamtego pierwszego dnia (w osobnych sypialniach należących do apartamentu Matthew i połączonych wspólnym salonem). Śniło jej się, że wyjawiła wszystkie swoje grzechy recepcjoniście hotelowemu w Le Meurice. "Widzi pan, moja matka niedługo urodzi, a mnie może przy niej wtedy nie być, bo jestem zbyt zajęta balowaniem z najlepszym przyjacielem mojego męża. Nosiłam kiedyś mityczny miecz, Cortanę, może kojarzy ją pan z Pieśni o Rolandzie? Tak, cóż, okazało się, że nie jestem godna, żeby ją dzierżyć, więc oddałam ją bratu, co, nawiasem mówiąc, być może sprawiło, że znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i grozi mu nie jeden, ale dwa bardzo potężne demony. Miałam zostać parabatai mojej najlepszej przyjaciółki, ale teraz nigdy do tego nie dojdzie. I pozwoliłam sobie uwierzyć, że mężczyzna, którego kocham, kocha mnie, a nie Grace Blackthorn, chociaż uczciwie i wprost powiedział mi o swojej miłości do niej".
Kiedy skończyła, podniosła wzrok i zobaczyła, że recepcjonista ma twarz Lilith, a jego oczy to plątanina wijących się czarnych węży.
- Przynajmniej mnie nie zawiodłaś, moja złociutka - powiedziała Lilith i Cordelia obudziła się z krzykiem, który powtarzał się echem w jej głowie przez kilka następnych minut.
Kiedy obudziła się później po raz drugi, słysząc, że pokojówka rozsuwa zasłony, wyjrzała przez okno ze zdumieniem, widząc jasny dzień i paryskie dachy ciągnące się po horyzont jak szeregi zdyscyplinowanego wojska. W oddali wieża Eiffla wznosiła się wyzywająco na tle burzowego nieba. W sąsiednim pokoju Matthew czekał na nią, żeby razem wyruszyli w poszukiwaniu przygód.
Przez następne dwa dni jadali razem - raz w cudownej restauracji Le Train Bleu w Gare de Lyon, która zdumiała Cordelię: takie śliczne miejsce, jakby jadła w rżniętym szafirze! - spacerowali razem po parkach, robili razem zakupy: koszule i marynarki dla Matthew w Charvet, gdzie zaopatrywali się w stroje Baudelaire i Verlaine, sukienki, buty i płaszcz dla Cordelii. Nie pozwoliła mu jednak, żeby kupił jej kapelusze. Powiedziała, że z pewnością gdzieś musi być granica. Zasugerował, żeby tą granicą były parasolki, które są koniecznym dodatkiem do stroju i mogą się przydać w charakterze broni. Zachichotała i zdumiała się tym, jak miło jest się śmiać.
Chyba najbardziej zdumiewające było to, że Matthew więcej niż dotrzymał swojej obietnicy - nie wypił ani kropli alkoholu. Znosił nawet pełne dezaprobaty grymasy kelnerów, gdy odmawiał wina do posiłku. Mając doświadczenie z piciem ojca, Cordelia spodziewała się, że Matthew będzie chorował po odstawieniu alkoholu, a tu przeciwnie - oczy mu błyszczały, był energiczny. Ciągał ją po całym Paryżu - do muzeów, zabytków, ogrodów. To wszystko wydawało się bardzo dojrzałe i światowe, i chyba właśnie o to chodziło, uznała.
Wziął ją za rękę, żeby pomóc jej obejść obłamaną płytę chodnikową. Cordelia pomyślała o kobiecie w kawiarni, jak się do nich uśmiechnęła, biorąc ich za zakochaną parę. Gdyby tylko wiedziała, że Matthew ani razu nie spróbował Cordelii pocałować. Był uosobieniem powściągliwego dżentelmena. Raz albo dwa, kiedy żegnali się na dobranoc w hotelowym apartamencie, wydawało jej się, że dostrzegła coś w wyrazie jego oczu, ale może tylko to sobie wyobrażała? Nie była do końca pewna, czego się spodziewała, i nie była pewna, co w związku z tym czuła.
- Rzeczywiście dobrze się bawię - powiedziała teraz i mówiła szczerze.
Wiedziała, że jest szczęśliwsza, niż byłaby w Londynie, gdzie wróciłaby do rodzinnego domu przy Cornwall Gardens. Alastair siliłby się na życzliwość, matka byłaby zaszokowana i zrozpaczona, a ciężar tego wszystkiego sprawiłby, że Cordelia miałaby ochotę umrzeć.
Tak było lepiej. Wysłała krótki liścik do rodziny, korzystając z usług telegraficznych w hotelu. Dała im znać, że robi zakupy w Paryżu na wiosnę i towarzyszy jej Matthew. Podejrzewała, że uznają to za dziwne, ale przy odrobinie szczęścia nie zaczną się niepokoić.
- Coś mnie zaciekawiło - powiedziała, gdy zbliżali się do hotelu o masywnej fasadzie, z balkonami z kutego żelaza i światłami lśniącymi w oknach, rzucającymi blask na wietrzne ulice. - Wspomniałeś, że będę błyszczeć w kabarecie. W jakim kabarecie i kiedy się tam wybieramy?
- Skoro już o tym mowa, to dzisiaj wieczorem wybierzemy się razem w podróż do serca piekła - odpowiedział Matthew, otwierając dla niej drzwi hotelu. - To cię niepokoi?
- Ani trochę. Cieszę się tylko, że wybrałam czerwoną sukienkę. Będzie pasowała do motywu przewodniego wieczoru.
Matthew roześmiał się, ale Cordelia wbrew sobie zastanawiała się: Wspólna podróż do serca piekła? Co u licha miał na myśli?
***
Nie znaleźli Lucie następnego dnia.
Śnieg przestał padać i przynajmniej drogi były przejezdne. Balios i Xanthos szli mozolnie między nagimi ścianami żywopłotów, ich oddechy malowały się bielą w powietrzu. W środku dnia dojechali do Lostwithiel, małej wioski w głębi lądu, gdzie Magnus poszedł do pubu "Pod Wilczą Jagodą", żeby zasięgnąć języka. Wyszedł, kręcąc głową. Mimo to pojechali pod wskazany im wcześniej adres. Okazało się jednak, że to opuszczona farma ze starym dachem, który się zawalił.
- Jest jeszcze jedna możliwość - powiedział Magnus, gramoląc się z powrotem do powozu. Płatki śniegu, które pewnie spadły z resztek dachu, osiadły mu na czarnych brwiach. - Jakiś czas temu w minionym wieku tajemniczy dżentelmen z Londynu kupił starą, zniszczoną kaplicę na Peak Rock, w wiosce rybackiej Polperro. Wyremontował ją, ale rzadko ją opuszcza. Podziemni plotkują, że to czarownik, podobno czasem nocą z komina buchają fioletowe płomienie.
- Myślałem, że czarownik miał rzekomo mieszkać tutaj - powiedział Will, wskazując spaloną farmę.
- Nie wszystkie plotki są prawdziwe, Herondale, ale wszystkie należy zbadać - odpowiedział pogodnie Magnus. - Zresztą powinniśmy dotrzeć do Polperro w kilka godzin.
James westchnął w duchu. Kolejne godziny, znowu trzeba czekać. Kolejne zmartwienia - z powodu Lucie, Matthew i Daisy. Z powodu jego snu.
"Budzą się".
- W takim razie zabawię was opowieścią - zaproponował Will. - Opowieścią o mojej szaleńczej podróży na Baliosie z Londynu do Cadair Idris w Walii. Twoja matka, Jamesie, zaginęła, została porwana przez łotra Mortmaina. Wskoczyłem na Baliosa. "Jeśli kiedykolwiek mnie kochałeś, Baliosie, to niech twoje kopyta mkną teraz szybko i ponieś mnie do ukochanej Tessy, zanim stanie jej się krzywda", krzyknąłem. To była burzowa noc, chociaż burza, która szalała w mojej piersi, była jeszcze straszliwsza...
- Nie mogę uwierzyć, że nie słyszałeś tej historii, Jamesie - powiedział łagodnie Magnus.
Obaj siedzieli po tej samej stronie powozu, bo już pierwszego dnia podróży szybko stało się jasne, że Will potrzebuje całej drugiej połowy, żeby swobodnie gestykulować.
To było bardzo dziwne dla Jamesa - przez całe życie słuchał historii na temat Magnusa, a teraz podróżował obok niego. Podczas jazdy przekonał się, że mimo wyrafinowanych strojów i pewnej afektacji w sposobie bycia, które zaniepokoiły paru oberżystów, Magnus jest zaskakująco spokojną i pragmatyczną osobą.
- Nie słyszałem - odparł James. - Od zeszłego czwartku.
Nie powiedział, że ponowne słuchanie tej historii działa na niego kojąco. To była opowieść, jaką często powtarzał sobie i Lucie, która ją uwielbiała, gdy była mała - Will, idąc za głosem serca, pędzi na ratunek ich matce, o której wtedy jeszcze nie wiedział, że też go kocha.
James oparł głowę o okno powozu. Sceneria zmieniła się dramatycznie, po lewej stronie ciągnęły się klify, a z dołu niósł się ryk przyboju, fale stalowoszarego morza uderzały w skały, które wyciągały się w głąb wody jak guzowate paluchy. W oddali widział kościół na szczycie cypla, jego szara iglica z jakiegoś powodu wydawała się potwornie samotna, potwornie oddalona od wszystkiego.
Głos ojca brzmiał śpiewnie w jego uszach, słowa opowieści - znajomo jak kołysanka. James wbrew sobie pomyślał o Cordelii, gdy czytała mu Gandżawiego. Jej ulubiony poemat o nieszczęśliwych kochankach, Lajli i Madżnunie. Jej głos, miękki jak aksamit. "Gdy wzeszedł księżyc, tysiąc serc podbiła licem swym. Jej mocy nie sprostałaby ni tarcza, ni największa duma. Lajla: tak miała na imię".
Cordelia uśmiechnęła się do niego ponad stolikiem w gabinecie. Szachy stały rozstawione, ona trzymała białego skoczka w zręcznej dłoni. Światło ognia błyszczało na jej włosach, aureoli z płomienia i złota. "Szachy to perska gra", powiedziała mu. "Bia ba man bazi kon. Zagraj ze mną, Jamesie".
- Cheili choszgeli - odpowiedział.
Z łatwością odnalazł te słowa: to były pierwsze słowa, jakich nauczył się po persku, chociaż nigdy dotąd nie wypowiedział ich do swojej żony. "Jesteś taka piękna".
Zarumieniła się. Usta jej zadrżały, czerwone i pełne. Oczy miała bardzo ciemne. Zamigotały. To były czarne węże poruszające się, atakujące, kłapiące na niego zębami...
- James! Obudź się! - Magnus położył rękę na jego ramieniu i potrząsał nim.
James się obudził z pięścią wciśniętą w żołądek. Szarpnął nim odruch wymiotny. Siedział w powozie, ale niebo na zewnątrz pociemniało. Ile czasu upłynęło? Znowu śnił. Tym razem Cordelia została wciągnięta do jego koszmarów. Zgarbił się na wyściełanym siedzeniu, było mu niedobrze.
Zerknął na ojca. Will patrzył na niego z nietypowym dla niego surowym wyrazem twarzy.
- Jamesie, musisz nam powiedzieć, co się stało.
- Nic. - James czuł gorycz w ustach. - Zasnąłem. Znowu miałem sen... Mówiłem ci, że martwię się o Lucie.
- Wołałeś Cordelię - powiedział Will. - Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś krzyczał z takim bólem. Jamie, musisz z nami porozmawiać.
Magnus popatrzył na nich. Nadal trzymał rękę na ramieniu Jamesa, ciężką od pierścionków na palcach.
- Wykrzyknąłeś też inne imię - wtrącił. - I słowo. Na którego dźwięk zaczynam się bardzo denerwować.
Nie, pomyślał James. Nie. Za oknem słońce zachodziło i pofalowane pola uprawne między wzgórzami jarzyły się ciemną czerwienią.
- Na pewno wykrzykiwałem jakieś bzdury.
- Wykrzyknąłeś imię Lilith - powiedział Magnus. Przyjrzał mu się. - W Podziemnym Świecie wiele się mówi o ostatnich wydarzeniach w Londynie. Historyjka, którą mi opowiedziano, nigdy mnie nie przekonała. Krążą też plotki na temat Matki Demonów. Jamesie, nie musisz nam mówić, co wiesz, ale w końcu i tak poskładamy to w całość. - Zerknął na Willa. - W każdym razie ja poskładam, nie ręczę za twojego ojca. Zawsze był trochę powolny.
- Za to nigdy nie nosiłem rosyjskiej uszanki z futra - odparł Will. - W przeciwieństwie do pewnych obecnych tu osób.
- Wszystkie strony popełniały błędy - odparł Magnus. - A zatem... Jamesie?
- Nie mam uszanki - odpowiedział James.
Obaj mężczyźni spiorunowali go wzrokiem.
- Nie mogę powiedzieć teraz wszystkiego - odpowiedział James i serce zabiło mu nierówno. Po raz pierwszy przyznał, że ma coś do powiedzenia. - Nie, jeśli mamy znaleźć Lucie...
Magnus pokręcił głową.
- Jest już ciemno i zaczyna padać deszcz, a droga z Chapel Cliff na Peak Rock jest podobno niebezpieczna. Rozsądniej będzie zatrzymać się na noc i ruszyć dalej jutro rano.
Will pokiwał głową. Ewidentnie on i Magnus omówili plany, kiedy James spał.
- Dobrze więc - powiedział Magnus. - Zatrzymamy się w pierwszym przyzwoitym zajeździe. Zarezerwuję nam salon, gdzie będziemy mogli porozmawiać na osobności. Jamesie... cokolwiek to jest, możemy to wszystko rozwikłać.
James bardzo w to wątpił, ale uznał, że nie ma sensu tego mówić. Zamiast tego tylko patrzył, jak słońce znika za oknem. Sięgnął do kieszeni. Rękawiczki Cordelii, para, którą zabrał z ich domu, nadal tam leżały, koźla skórka była miękka jak płatki kwiatu. Zacisnął dłoń na jednej z nich.
***
W małym białym pokoju Lucie Herondale to zasypiała, to znowu się budziła.
Kiedy pierwszy raz się obudziła w tym obcym łóżku, które pachniało starą słomą, usłyszała głos - głos Jessego - i próbowała zawołać, dać mu znać, że jest przytomna, ale zanim jej się udało, wyczerpanie zalało ją jak zimna, szara fala. Wyczerpanie, jakiego nigdy dotąd nie czuła ani nawet sobie nie wyobrażała, głębokie jak rana zadana nożem. Chwyciła się przytomności ledwie samymi koniuszkami palców, które zaraz straciły oparcie i spadła w ciemność własnego umysłu, gdzie czas kołysał się i szarpał jak statek podczas sztormu. Lucie ledwie była w stanie zorientować się, czy jest przytomna, czy znowu śni.
W chwilach przytomności poskładała w całość raptem kilka szczegółów. Pokój był mały, ściany pomalowano przygaszonym, ciepłym odcieniem bieli. Było tam jedno okno, przez które widziała ocean i fale, ciemne, stalowoszare i zwieńczone białymi bałwanami. Wydawało się jej, że słyszy morze, ale odległy ryk często mieszał jej się z mniej przyjemnymi hałasami i nie wiedziała, co z tego stanowi rzeczywiste dźwięki.
Od czasu do czasu do pokoju zaglądały dwie osoby, żeby sprawdzić jej stan. Jedną był Jesse. Drugą Malcolm, bardziej onieśmielony. Skądś wiedziała, że przebywają w jego domu w Kornwalii i że to kornwalijskie morze uderza o skały na zewnątrz.
Nie miała jeszcze okazji porozmawiać z żadnym z nich; kiedy próbowała, miała wrażenie, że jej umysł jest w stanie sformułować słowa, ale ciało nie chce wypełniać poleceń umysłu. Nie była w stanie nawet poruszyć palcem, żeby zwrócić uwagę na to, że się obudziła, a wszelkie jej wysiłki sprawiały, że spadała z powrotem w ciemność.
Ciemność nie była tylko wnętrzem jej umysłu. Początkowo tak myślała - że to znajoma ciemność, która przychodzi przed nadejściem żywych barw marzeń sennych. Jednakże ta ciemność okazała się konkretnym miejscem.
I w tym miejscu Lucie nie była sama. Chociaż wydawało się, że to pustka, przez którą dryfuje bez celu, to wyczuwała tam obecność innych. Nie byli żywi, ale nie byli też martwi - bezcielesne istoty, których dusze unosiły się w pustce, ale nigdy nie napotykały ani jej, ani siebie nawzajem. Te dusze były nieszczęśliwe. Nie rozumiały, co się z nimi dzieje. Cały czas zawodziły, ich pozbawiony słów płacz wyrażający ból i smutek zagłębiał się w jej ciało.
Poczuła, że coś muska jej policzek. To sprawiło, że powróciła do swojego ciała. Znowu znajdowała się w białej sypialni. Dotyk na policzku to była dłoń Jessego. Wiedziała to, chociaż nie mogła otworzyć oczu ani poruszyć się w odpowiedzi na dotyk.
- Ona płacze - powiedział.
Jego głos. Była w nim głębia, faktura, jakiej brakowało, gdy był duchem.
- Może śni jej się koszmar - rozległ się głos Malcolma. - Jesse, nic jej nie jest. Zużyła ogromne pokłady energii, żeby sprowadzić cię z powrotem. Potrzebuje odpoczynku.
- Nie rozumiesz? To właśnie przez to, że mnie sprowadziła. - Jessemu głos się załamał. - Jeśli nie wyzdrowieje... nigdy tego sobie nie wybaczę.
- Jej dar. Ta zdolność sięgnięcia poza zasłonę, która oddziela żywych od martwych. Miała to całe życie. To nie twoja wina. Jeśli już, to jest to wina Beliala. - Malcolm westchnął. - Tak niewiele wiemy o królestwach cieni, które leżą poza kresem wszystkiego. Zagłębiła się w nie dość daleko, żeby ciebie wyciągnąć. Będzie potrzebowała czasu, żeby wrócić.
- A jeśli ugrzęzła w jakimś potwornym miejscu?
Delikatny dotyk powrócił, Jesse ujął jej twarz. Lucie tak bardzo chciała wtulić policzek w jego rękę, że to aż bolało.
- A jeżeli potrzebuje, żebym teraz ja w jakiś sposób ją wyciągnął?
Kiedy Malcom odezwał się ponownie, mówił łagodniej.
- Minęły dwa dni. Jeśli do jutra się nie obudzi, spróbuję sięgnąć po nią magią. Zajmę się tym, o ile ty w tym czasie przestaniesz nad nią stać i się zamartwiać. Jeśli naprawdę chcesz się do czegoś przydać, idź do wioski i przynieś parę rzeczy, których potrzebujemy...
Jego głos zafalował i rozpłynął się w ciszę. Lucie znowu była w ciemnym miejscu. Słyszała Jessego, odległy, ledwie słyszalny szept:
- Lucie, jeśli mnie słyszysz... jestem tu. Opiekuję się tobą.
"Jestem tu", chciała odpowiedzieć. "Słyszę cię". Ale tak jak poprzednim razem i jeszcze wcześniej, cień połknął słowa i znowu wpadła w pustkę.
***
- Kto jest ślicznym ptaszkiem? - powiedziała Ariadne Bridgestock.
Papuga imieniem Winston zmrużyła oczy, zerkając na nią. Nie wyraziła swojego zdania na temat tego, kto może być ślicznym ptaszkiem. Ariadne była przekonana, że Winston całkowicie skupił się na garści orzechów brazylijskich w jej dłoni.
- Pomyślałam, że sobie pogawędzimy - powiedziała do Winstona, kusząc go orzeszkiem. - Papugi mają podobno mówić. Dlaczego nie zapytasz mnie, jak upłynął mi do tej pory dzień?
Winston spiorunował ją wzrokiem. Papuga była prezentem od jej rodziców; Ariadne dostała ją dawno temu, kiedy przyjechała do Londynu i tęskniła za czymś kolorowym, co zrównoważyłoby posępną szarość miasta. Winston miał zielony tułów, śliwkową głowę i usposobienie rasowego drania.
Jego złe spojrzenie jasno wyrażało, że nie będzie żadnych rozmów, dopóki nie da mu orzecha. Przechytrzyła mnie papuga, pomyślała Ariadne i podała mu smakołyk przez pręty klatki. Matthew Fairchild miał cudownego złotego psa, a ona wylądowała z kapryśnym ptasim lordem Byronem.
Winston przełknął orzech i zacisnął szpony na pręcie klatki.
- Śliczny ptaszek - zaskrzeczał. - Śliczny ptaszek.
Dobre i to, pomyślała Ariadne.
- Miałam paskudny dzień, miło, że pytasz - powiedziała, podając Winstonowi następny orzech przez pręty. - Dom jest strasznie pusty i czuję się tu taka samotna. Matka chodzi z kąta w kąt ze zbolałą miną i zamartwia się o ojca. Nie ma go już od pięciu dni. I... nigdy bym nie pomyślała, że zatęsknię za Grace, ale przynajmniej była jakimś towarzystwem.
Nie wspomniała o Annie. W pewne rzeczy Winston nie powinien wtykać swojego dzioba.
- Grace - zaskrzeczał. Popukał w pręty klatki znacząco. - Ciche Miasto.
- Właśnie - mruknęła Ariadne.
Jej ojciec i Grace wyjechali tej samej nocy i ich zniknięcie musiało być powiązane, chociaż Ariadne nie miała pewności w jaki sposób. Jej ojciec popędził do Adamantowej Cytadeli, żeby przesłuchać Tatianę Blackthorn. Następnego ranka Ariadne i jej matka odkryły, że Grace też zniknęła: spakowała swój skromny majątek i wyjechała w środku nocy. Dopiero w porze lunchu goniec przyniósł wiadomość od Charlotte, z której wynikało, że Grace przebywa u Cichych Braci i rozmawia z nimi o przestępstwach swojej matki.
Matka Ariadne prawie zemdlała z powodu wstrząsu wywołanego tą wiadomością.
- Och, nieświadomie przyjęliśmy pod swój dach przestępczynię!
Na te słowa Ariadne przewróciła oczami i zwróciła jej uwagę, że Grace udała się do Cichego Miasta z własnej woli, nie została wywleczona z ich domu przez Cichych Braci. Dodała, że to Tatiana Blackthorn jest przestępczynią. Tatiana już przysporzyła ludziom dużo cierpienia i kłopotów i jeśli Grace pragnęła udzielić Cichym Braciom więcej informacji na temat jej niezgodnych z prawem poczynań, to zachowała się jak porządna obywatelka.
Wiedziała, że to idiotyczne tęsknić za Grace. Prawie ze sobą nie rozmawiały. Jednakże uczucie samotności było tak dojmujące, że zdaniem Ariadne już sama obecność kogoś w pobliżu łagodziła pustkę. Oczywiście były osoby, z którymi naprawdę pragnęła porozmawiać, ale starała się ze wszystkich sił o nich nie myśleć. To nie byli tak naprawdę jej przyjaciele, tylko przyjaciele Anny, a Anna...
Jej myśli zakłócił przenikliwy dźwięk dzwonka u drzwi. Zobaczyła, że Winston zasnął i zwiesza się do góry nogami. Pośpiesznie wrzuciła resztkę orzechów do jego miseczki na jedzenie i wybiegła z oranżerii do frontowych drzwi domu, mając nadzieję, że nadeszły jakieś wiadomości.
Matka pierwsza znalazła się przy drzwiach. Ariadne zatrzymała się u szczytu schodów, kiedy usłyszała jej głos:
- Konsul Fairchild, dzień dobry. I pan Lightwood. Jak miło, że nas odwiedzacie... A może przychodzicie, bo... macie jakieś wieści na temat Maurice'a?
Strach w głosie Flory Bridgestock sprawił, że Ariadne zamarła. Przynajmniej stała za zakrętem schodów, więc nie widziano jej z progu. Jeśli Charlotte przyszła z wieściami, być może złymi, to prędzej przekaże je jej matce, gdy Ariadne nie będzie w pobliżu.
Poczekała, ściskając słupek poręczy schodów na podeście, aż usłyszała łagodny głos Gideona Lightwooda:
- Nie, Floro. Nie mieliśmy żadnych wieści, odkąd wybrał się na Islandię. Mieliśmy raczej nadzieję, że... ty coś wiesz.
- Nic nie wiem - odpowiedziała matka Ariadne. Jej głos brzmiał słabo, jakby dobiegał z daleka. Ariadne wiedziała, że matka stara się nie okazać strachu. - Zakładałam, że jeśli ma z kimś kontakt, to właśnie z biurem Konsul.
Zapadło niezręczne milczenie. Ariadne, której kręciło się w głowie, podejrzewała, że Gideon i Charlotte żałują teraz, że w ogóle tu przyszli.
- Nie macie żadnych wiadomości z Cytadeli? - spytała wreszcie jej matka. - Ani słowa od Żelaznych Sióstr?
- Nie - odparła Konsul. - Jednak Żelazne Siostry są nawet w najlepszym razie powściągliwe. A Tatiana to pewnie trudna do przesłuchania osoba. Możliwe, że uznali, że na razie nie mają żadnych wieści do przekazania.
- Wysłaliście jednak do nich wiadomości - powiedziała Flora. - I nie otrzymaliście żadnej odpowiedzi. Może... Instytut w Rejkiawiku? - Ariadne wydawało się, że wychwyciła nutkę strachu, która przebiła się przez mury uprzejmości jej matki. - Wiem, że nie możemy skorzystać z runu tropiącego, bo dzieli nas od niego woda, ale oni mogliby to zrobić. Mogłabym dać wam coś, co można by wysłać do Instytutu. Chusteczkę albo...
- Floro. - Konsul mówiła do niej łagodnie. Ariadne domyślała się, że w tej chwili pewnie ujęła delikatnie dłoń jej matki. - Ta misja wymaga nadzwyczajnej dyskrecji. Maurice pierwszy zażądałby, żeby nie alarmować całego Clave. Wyślemy kolejną wiadomość do Cytadeli i jeśli nie otrzymamy odpowiedzi, zaczniemy własne śledztwo. Obiecuję ci.
Matka mruknęła potakująco, ale Ariadne się zmartwiła. Konsul i jej najbliższy doradca nie odwiedzają kogoś tylko dlatego, że interesują ich nowiny. Coś ich zaniepokoiło. Coś, o czym nie wspomnieli Florze.
Charlotte i Gideon pożegnali się po jeszcze kilku słowach zapewnień. Kiedy Ariadne usłyszała, że drzwi się zamknęły, zeszła po schodach. Matka, która stała w bezruchu w korytarzu, była zaskoczona jej widokiem. Ariadne starała się sprawiać wrażenie, jakby dopiero co przyszła.
- Słyszałam głosy - powiedziała. - To Konsul właśnie wyszła?
Matka skinęła głową z roztargnieniem, głęboko zamyślona.
- I Gideon Lightwood. Chcieli wiedzieć, czy dostałyśmy jakąś wiadomość od twojego ojca. A ja miałam nadzieję, że przyszli, bo sami się czegoś dowiedzieli.
- Nie martw się, mamo. - Ariadne ujęła jej dłonie. - Wiesz, jaki jest ojciec. Będzie ostrożny i nie będzie się śpieszył, chcąc dowiedzieć się wszystkiego, czego się da.
- Och, wiem, ale... To był jego pomysł, żeby posłać Tatianę do Adamantowej Twierdzy. Jeśli coś poszło nie tak...
- To był akt miłosierdzia - odparła stanowczo Ariadne. - Żeby nie zamykać jej w Cichym Mieście, gdzie bez wątpienia pogrążyłaby się w jeszcze większym szaleństwie niż dotąd.
- Nie wiedzieliśmy jednak wtedy tego, co wiemy teraz - powiedziała matka. - Jeśli Tatiana Blackthorn miała coś wspólnego z atakiem Lewiatana na Instytut... To nie jest czyn wariatki zasługującej na litość. To wojna wypowiedziana Nefilim. To niebezpieczny, wrogi akt, sojusz z największym złem.
- Przebywała w Adamantowej Cytadeli, kiedy Lewiatan zaatakował - przypomniała jej Ariadne. - Jak mogłaby odpowiadać za atak? Żelazne Siostry na pewno coś by spostrzegły. Nie zamartwiaj się, mamo - dodała. - Wszystko będzie dobrze.
Matka westchnęła.
- Ari, wyrosłaś na taką śliczną dziewczynę. Będzie mi ciebie bardzo brakować, kiedy wspaniały mężczyzna wybierze sobie ciebie i odejdziesz z domu, żeby za niego wyjść.
Ariadne mruknęła niezobowiązująco.
- Och, wiem, że historia z Charlesem była okropnym doświadczeniem - dodała jej matka. - Następnym razem będzie lepiej.
Wzięła głęboki wdech, wyprostowała ramiona i Ariadne ponownie przypomniała sobie, że matka jest Nocną Łowczynią, tak samo jak inni, i stawianie czoła trudnościom jest częścią jej pracy.
- Na Anioła - powiedziała odmienionym, żywym głosem. - Życie toczy się dalej. Nie możemy wiecznie stać w wejściu i się zamartwiać. Mam wiele spraw, którymi powinnam się zająć... Żona Inkwizytora musi dbać o dom, kiedy pan domu wyjeżdża, i tak dalej...
Ariadne mruknęła potakująco i pocałowała matkę w policzek, zanim wróciła schodami na górę. W połowie korytarza minęła uchylone drzwi gabinetu ojca. Pchnęła je lekko i zajrzała do środka.
Pomieszczenie pozostawiono w niepokojącym nieładzie. Gdyby Ariadne miała nadzieję, że zajrzenie do gabinetu sprawi, że poczuje, że znalazła się bliżej ojca, rozczarowałaby się, bo zamiast tego jeszcze bardziej się zmartwiła. Ojciec był pedantyczny i zorganizowany. I był z tego dumny. Nie znosił bałaganu. Wiedziała, że wyjechał w pośpiechu, ale stan tego pokoju uświadomił jej, jak bardzo musiał być spanikowany.
Złapała się na tym, że niemal bezwiednie zaczyna porządkować rzeczy - przysuwa krzesło z powrotem do biurka, uwalnia zasłony, które zaczepiły się o abażur lampy, wystawia filiżanki na korytarz, gdzie znajdzie je gosposia. Przed kominkiem leżał rozsypany popiół; wzięła małą szczotkę z mosiężnym uchwytem, żeby go zmieść ...
Zamarła.
Coś białego błyszczało pośród popiołów w kominku. Rozpoznała schludne kaligraficzne pismo ojca na stosiku nadpalonego papieru. Pochyliła się mocniej - jakież to notatki ojciec chciał zniszczyć przed wyjazdem z Londynu?
Wyjęła papiery z kominka. Strzepnęła z nich popiół i zaczęła czytać. W trakcie lektury poczuła przenikliwą suchość w gardle, jakby miała się zaraz zadławić.
Na pierwszej stronie były zapisane słowa "Herondale/Lightwood".
Ewidentnie nie powinna czytać dalej, ale nazwisko Lightwood płonęło w jej oczach powidokiem. Nie mogła się od niego odwrócić. Jeśli rodzina Anny miała jakieś kłopoty, to jak mogłaby nie chcieć się o nich dowiedzieć?
Strony podpisano latami: 1896, 1892, 1900. Przejrzała arkusze i poczuła zimny palec przesuwający się po jej karku.
Pismem ojca nie wypisano wydatków ani zarobków, ale wypunktowano różne wydarzenia. Zdarzenia związane z Herondale'ami i Lightwoodami.
Nie, nie wydarzenia. Błędy. Potknięcia. Grzechy. To był zapis wszelkich postępków Herondale'ów i Lightwoodów, które przysporzyły jej ojcu znaczących problemów. Odnotowano tu wszystko, co można by uznać za nieodpowiedzialne albo nieprzemyślane.
03/12/01: G2.L nieobecny na zebraniu Rady bez wyjaśniania. CF wściekły.
09/06/98: WW z Waterloo twierdzą, że WH/TH odmawiają spotkania, co skutkuje niepokojami na Targu.
01/08/95: Szefowa Instytutu w Oslo odmawia spotkania z TH z powodu jej Pochodzenia.
Ariadne zrobiło się niedobrze. Większość odnotowanych faktów była drobna, nieistotna albo oparta na pogłoskach. Stwierdzenie, że szefowa Instytutu w Oslo, jedna z najżyczliwszych kobiet, jakie Ariadne poznała, nie chciała się spotkać z Tessą Herondale, było odrażające. To ona powinna otrzymać reprymendę, a odnotowano ten fakt, jakby to była wina Herondale'ów.
Co to było? Co sobie myślał jej ojciec?
Na spodzie stosu leżało coś jeszcze. Arkusz z kremowobiałej papeterii. To nie były notatki, ale list. Ariadne wyjęła go ze stosiku. Z niedowierzaniem przebiegła wzrokiem po linijkach pisma.
- Ariadne?
Ariadne szybko schowała list w dekolcie sukni, zanim uniosła głowę, żeby spojrzeć na matkę. Flora stała w progu, marszcząc brwi i mrużąc oczy. Kiedy się odezwała, nie było w jej głosie śladu ciepła z rozmowy na parterze.
- Ariadne... co tu robisz?
2
Szare morze
"Szare skały i bardziej szare od nich morze,
Przy brzegu huk przyboju,
A w sercu moim imię,
Co wybrzmieć już nie może".
Charles G.D. Roberts Grey Rocks, and Greyer Sea
Kiedy Lucie wreszcie się obudziła, usłyszała szum fal i zobaczyła jasne, zimowe słońce, ostre jak krawędź szkła. Usiadła tak szybko, że zakręciło jej się w głowie. Postanowiła sobie, że za żadne skarby nie zaśnie znowu, nie straci przytomności, nie powróci do tego ciemnego, pustego miejsca pełnego głosów i hałasów.
Odrzuciła pasiastą szydełkową narzutę, pod którą spała i spuściła nogi z łóżka. Pierwsza próba stanięcia nie zakończyła się sukcesem - nogi ugięły się pod nią i padła z powrotem na łóżko. Za drugim razem złapała się kolumienki przy łóżku i podniosła się, podciągając się na niej. Ta metoda trochę lepiej się sprawdziła i przez kilka chwil Lucie kołysała się w tę i z powrotem jak stary wilk morski nienawykły do lądu.
Jeśli nie liczyć łóżka - o prostej ramie z kutego żelaza pomalowanej zgaszoną bielą pod kolor ścian - w jej małym pokoju stało niewiele mebli. Był tam kominek, na którym węgielki trzaskały i skrzyły się lekko fioletowym odcieniem, oraz toaletka z niewykończonego drewna, rzeźbiona w syreny i węże morskie. Jej własny kufer podróżny stał w nogach łóżka, co podziałało na Lucie uspokajająco.
W końcu mimo potwornego mrowienia w nogach podeszła do okna znajdującego się w zagłębieniu ściany i wyjrzała. Widok był symfonią bieli i ciemnej zieleni, czerni i bardzo bladego błękitu. Dom Malcolma najwyraźniej stał w połowie skalistego urwiska nad śliczną rybacką wioseczką. Poniżej domu ciągnęła się wąska zatoczka, którą ocean wpadał do portu i delikatnie kołysał małymi rybackimi łodziami. Niebo było czyste, wyglądało jak niebieska porcelana, chociaż ewidentnie niedawno padał śnieg, sądząc po pobielonych dwuspadowych dachach w wiosce. Węglowy dym snuł się czarnymi smugami ku niebu, fale uderzały o klif w dole, zielone jak sosny i białe od piany.
Widok był piękny, surowy, ale piękny, a rozległa połać morza budziła w piersi Lucie dziwne uczucie pustki. Miała wrażenie, że Londyn znajduje się miliony mil stąd, tak samo jak jego mieszkańcy: Cordelia i James, jej matka i ojciec. O czym teraz myśleli? Wyobrażali sobie, że gdzie jest w Kornwalii? Raczej nie tu, gdzie spoglądała na ocean, ciągnący się aż do wybrzeża Francji.
Dla odwrócenia uwagi poruszyła na próbę palcami stóp. Przynajmniej zniknęło mrowienie. Szorstkie deski podłogowe po wielu latach używania wydawały się zupełnie gładkie pod jej bosymi stopami, jakby dopiero co je wyszlifowano. Prześlizgnęła się po nich do toaletki, gdzie czekały na nią miska i ręcznik. Prawie jęknęła na widok swojego odbicia w lustrze. Włosy miała matowe i rozczochrane, jej podróżna suknia była pomięta, guzik od poduszki zostawił w policzku wgniecenie wielkości pensa.
Pomyślała, że poprosi później Malcolma o kąpiel. Był czarownikiem, na pewno zdoła sprokurować trochę gorącej wody. Na razie wykorzystała najlepiej, jak się dało, wodę w misce i kostkę mydła "Pears", zanim zdjęła zrujnowaną sukienkę i cisnęła w kąt. Otworzyła z rozmachem kufer. Przez chwilę siedziała i wpatrywała się w jego zawartość. Naprawdę spakowała kostium kąpielowy?! Myśl o pływaniu w lodowo-zielonych wodach zatoki Polperro była przerażająca. Odsunęła na bok toporek i kurtkę od stroju bojowego i wyjęła ciemnoniebieską wełnianą sukienkę z haftami na mankietach. Potem zaczęła upinać szpilkami włosy, żeby wyglądać względnie przyzwoicie. Spanikowała na moment, kiedy zdała sobie sprawę, że nie ma złotego medalika na szyi, ale po minucie pośpiesznych poszukiwań znalazła go na nocnym stoliku obok łóżka.
Jesse go tam położył, pomyślała. Nie miała pojęcia, skąd to wie, ale była tego pewna.
Nagle desperacko zapragnęła go zobaczyć. Wsunęła stopy w niskie buty i wymknęła się z pokoju na korytarz.
Dom Malcolma był znacznie większy, niż myślała. Okazało się, że jej sypialnia jest jedną z sześciu na piętrze, a schody na końcu korytarza - rzeźbione w takim samym stylu jak jej toaletka - prowadziły do otwartego salonu z wysokim sufitem stosownym dla rezydencji ziemskiej. Ewidentnie nie było tam miejsca na tak wysoki sufit i sypialnie na piętrze, co wywoływało w niej dezorientację. Malcolm musiał zaczarować dom, żeby w środku był tak duży, jak mu to odpowiadało.
Nic nie wskazywało, żeby ktoś jeszcze przebywał w domu, ale gdzieś na zewnątrz niósł się stały, rytmiczny łomot. Po chwili szukania Lucie znalazła frontowe drzwi i wyszła na dwór.
Jasne słońce okazało się zwodnicze. Było naprawdę zimno. Wiatr ciął skaliste klify jak nóż, przenikając wełnę sukienki. Lucie objęła się rękami, drżąc, i obróciła się w miejscu. Miała rację co do domu - z zewnątrz wyglądał na mały, ot, chatka, w której zmieściłyby się ze trzy pokoje. Okna wyglądały na zabite deskami (wiedziała jednak, że wcale takie nie są), wapno, którym pobielono dom, popękało na słonym powietrzu.
Przemrożona trawa morska chrzęściła pod jej butami, gdy szła w kierunku łup! łup! łup! niosącego się z boku domu. Nagle zatrzymała się.
To był Jesse. Stał z siekierą w ręce obok stosu drewna opałowego, które rąbał. Lucie trzęsły się ręce - i to bynajmniej nie tylko z zimna. On żył. Świadomość tego nigdy do tej pory nie uderzyła jej z podobną siłą. Nigdy go takim nie widziała - nigdy nie widziała, żeby wiatr targał mu czarne włosy ani nigdy nie widziała u niego rumieńców spowodowanych wysiłkiem. Nigdy nie widziała, żeby jego oddech zamieniał się w białe chmurki, gdy wypuszczał powietrze. Nigdy jeszcze nie widziała, żeby oddychał. Zawsze był w świecie, ale nigdy nie był jego częścią; ani skwar, ani mróz go nie tykały. A tu oddychał, żył, jego cień ciągnął się za nim na kamienistym gruncie.
Nie mogła tego znieść ani chwili dłużej. Podbiegła do niego. Zdążył tylko podnieść wzrok zaskoczony i wypuścić siekierę, zanim zarzuciła mu ręce na szyję.
Złapał ją i przycisnął do siebie, tuląc mocno, wbijając palce w miękki materiał sukienki. Wtulił twarz w jej włosy, szepcząc: "Lucie, Lucie". Jego ciało było ciepłe. Po raz pierwszy czuła jego zapach - zapach wełny, potu, skóry, dymu drzewnego i powietrza przed burzą. Po raz pierwszy czuła, jak jego serce bije tuż przy jej własnym.
W końcu odsunęli się od siebie. Nadal ją obejmował, uśmiechając się. Na jego twarzy malowało się drobne wahanie, jakby nie był pewien, co ona pomyśli o tym nowym, prawdziwym, żywym Jessem. Niemądry chłopak, uznała. Powinien być w stanie wyczytać wszystko z jej twarzy. A może to lepiej, że nie potrafił?
- Nareszcie się obudziłaś - powiedział.
Jego głos... Cóż, to był jego głos, który przecież już znała. Mimo to wydał jej się o wiele bardziej konkretny niż to, co słyszała do tej pory. Czuła wibracje w jego piersi, gdy mówił. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek przywyknie do tych wszystkich nowych szczegółów.
- Jak długo spałam?
- Kilka dni. Niewiele się w tym czasie wydarzyło; głównie czekaliśmy, aż się obudzisz. - Zmarszczył brwi. - Malcolm powiedział, że ostatecznie nic ci nie będzie, a ja myślałem...
Wzdrygnął się i uniósł prawą rękę. Skrzywiła się, widząc rozdartą, zaczerwienioną skórę. Jesse jednak był zachwycony.
- Pęcherze - powiedział radośnie. - Mam pęcherze!
- Fatalna sprawa - powiedziała współczująco Lucie.
- W żadnym razie. Wiesz, ile czasu minęło, odkąd miałem jakiś pęcherz? Zadrapane kolano? Złamany ząb?
- Mam nadzieję, że nie powybijasz sobie wszystkich zębów zachwycony faktem, że żyjesz - powiedziała Lucie. - Chyba nie ko... lubiłabym cię tak bardzo jak teraz, gdybyś stał się bezzębny.
O rety. Omal nie powiedziała "kochałabym". Jesse przynajmniej sprawiał wrażenie tak zachwyconego swoimi nowymi obrażeniami, że niczego nie zauważył.
- Jakie to płytkie - powiedział Jesse, nawijając pasemko jej włosów na palec. - Ja lubiłbym cię, nawet gdybyś była łysa i pomarszczona jak wyschnięty żołądź.
Lucie ogarnęła potworna chęć, żeby zachichotać, ale zmusiła się do zrobienia groźnej miny.
- Doprawdy, co, u licha, robisz tu, rąbiąc drewno? Malcolm nie może sobie wyczarować opału? A właściwie to gdzie on się podziewa?
- Zszedł do wioski - odpowiedział Jesse. - Rzekomo po to, żeby uzupełnić zapasy. Myślę, że lubi spacery. W przeciwnym wypadku po prostu wyczarowałby jedzenie, jak sama powiedziałaś. Przez większość dni znika na całe popołudnia.
- Przez większość dni? - powtórzyła Lucie. - Powiedziałeś, że spałam kilka dni. Ile właściwie?
- To piąty dzień, odkąd tu jesteśmy. Malcolm posłużył się magią, żeby się zorientować, czy jesteś bezpieczna. Potrzebujesz tylko naturalnego odpoczynku. W ogromnych ilościach.
- Aha. - Lucie cofnęła się zaniepokojona. - Moja rodzina z pewnością będzie nas szukać, oni chcą wszystko wiedzieć i będą wściekli na mnie... i na Malcolma... musimy obmyślić jakiś plan...
Jesse znowu zmarszczył czoło.
- Nie znajdą nas łatwo. Ten dom został potężnie zabezpieczony przed czarem tropiącym i chyba przed wszelką inną magią.
Lucie już miała mu wyjaśnić, że zna swoich rodziców i wie, że nie pozwolą, by coś takiego jak nieprzeniknione zabezpieczenia magiczne uniemożliwiło im wywęszenie, gdzie podziewa się ich córka, ale zanim zdążyła się odezwać, zza węgła wyszedł Malcolm z laseczką w ręce. Jego buty chrzęściły na zamarzniętej ziemi. Miał na sobie biały podróżny płaszcz, w jakim Lucie widziała go ostatnim razem w Sanktuarium Instytutu. Był wtedy rozgniewany, przestraszony tym, co zrobiła. Teraz sprawiał wrażenie zmęczonego, wyglądał bardziej niechlujnie, niżby się spodziewała.
- Mówiłem ci, że nic jej nie będzie - powiedział do Jessego. Zerknął na opał. - Doskonała robota - dodał. - Z każdym dniem będziesz się czuł silniejszy, jeśli będziesz pracował tak dalej.
Zatem w rąbaniu przez Jessego drewna chodziło przede wszystkim o jego zdrowie. To miało sens. Chociaż jego ciało zostało magicznie zakonserwowane, z pewnością osłabło przez siedem lat śmierci. Oczywiście Belial opętywał jego ciało i posługiwał się nim jak marionetką, zmuszając je do przemierzania całych mil przez Londyn, żeby...
Lucie nie chciała jednak o tym myśleć. To była przeszłość, kiedy Jesse nie zamieszkiwał tak naprawdę swojego ciała. Teraz to wszystko się zmieniło.
Jesse przyjrzał się stosowi nieporąbanych polan za sobą.
- Myślę, że zostało mi nie więcej niż pół godziny pracy.
Malcolm skinął głową i odwrócił się do Lucie. Jego twarz była dziwnie pozbawiona wyrazu, kiedy na nią spojrzał. Lucie ogarnął niepokój.
- Panno Herondale, czy możemy porozmawiać w domu? - zapytał.
***
- Dobrze więc, ten arkusz nasączyłem roztworem węglanu amonowego - mówił Christopher. - I kiedy potraktujemy go płomieniem za pomocą standardowego runu zapalającego... Thomasie, czy ty mnie słuchasz?
- Zamieniam się w słuch - odpowiedział Thomas. - I chłonę twoje słowa chciwym uchem.
Znajdowali się w piwnicy domu Fairchildów, w laboratorium Henry'ego. Christopher poprosił Thomasa o pomoc w nowym projekcie, a Thomas chętnie skorzystał z tej propozycji, bo potrzebował czegoś, co zajmie jego myśli.
Christopher poprawił okulary na nosie.
- Widzę, że nie jesteś przekonany do tego, że zastosowanie ognia jest potrzebne... - powiedział - ...ale wiesz, bacznie obserwuję rozwój nauki Przyziemnych. Pracowali ostatnio nad sposobem przesyłania wiadomości na wielkie odległości, najpierw za pomocą metalowego drutu, a ostatnio za pomocą samego powietrza.
- A jak to się ma do podpalania czegokolwiek? - zapytał Thomas, w swoim mniemaniu niezwykle uprzejmie.
- Ujmując to prosto: Przyziemni posługiwali się ciepłem, opracowując większość najnowszych wynalazków takich jak elektryczność, czy telegraf, a my, Nocni Łowcy, nie możemy pozostać za nimi w tyle. A z pewnością za nimi nie nadążymy, jeśli ich urządzenia dadzą im możliwości, którym nie zdołamy dorównać. W tym wypadku są w stanie przesyłać wiadomość na odległość, a my... Cóż, my tego nie potrafimy. Jeśli jednak posłużę się runami... widzisz, przypalam brzeg pergaminu, składam kartkę, umieszczam tu run Łączności, a run Precyzji tu i tu...
Na górze rozległ się dzwonek do drzwi. Christopher udał, że go nie słyszy, i przez chwilę Thomas zastanawiał się, czy sam nie powinien iść otworzyć drzwi, ale po drugim i trzecim dzwonku Christopher westchnął, odłożył stelę i poszedł na górę.
Thomas usłyszał, jak drzwi na górze się otwierają. Nie zamierzał podsłuchiwać, ale żołądek mu się szarpnął jak ptak dający nura po rybę (żałował, że nie wpadł na lepsze porównanie, ale albo ktoś ma poetycki umysł jak James, albo go nie ma), kiedy z góry napłynął głos Christophera:
- Och, cześć, Alastairze, pewnie przyszedłeś zobaczyć się Charlesem. Myślę, że jest na górze w swoim gabinecie.
Odpowiedź Alastaira była zbyt cicha, żeby Thomas ją usłyszał. Christopher odchrząknął i powiedział:
- Ehm, na dole w laboratorium. Pracuję właśnie nad nowym ekscytującym projektem...
Alastair wszedł mu w słowo. Thomas zastanawiał się, czy Christopher wspomni, że Thomas też tu jest. Nie powiedział jednak, wyjaśnił tylko:
- Matthew nadal jest w Paryżu, na ile się orientujemy. Tak, jestem pewien, że Charles nie miałby nic przeciwko wizycie...
Ptak w żołądku Thomasa padł martwy. Thomas oparł łokcie na stole laboratoryjnym Christophera, starając się oddychać i jakoś to przetrwać. Wiedział, że nie powinien być zaskoczony. Alastair jasno dał mu do zrozumienia, że nic między nimi nie może zaistnieć. A głównym tego powodem była wrogość między Alastairem i przyjaciółmi Thomasa, Wesołymi Złodziejaszkami, którzy mieli bardzo dobry powód, żeby nie lubić Alastaira.
Thomas obudził się następnego ranka ze sprecyzowaną myślą: "Nadszedł czas, i to już dawno temu, żebym powiedział przyjaciołom o moich uczuciach do Alastaira. Może Alastair ma rację i nasze uczucie jest niemożliwe, ale z pewnością takie pozostanie, jeśli niczego nie spróbuję".
Miał szczery zamiar to zrobić. Wstał z łóżka zdeterminowany.
Potem jednak dowiedział się, że Matthew i James nocą wyjechali z Londynu, więc odłożył plan na później. Właściwie to nie tylko Matthew i James wyjechali. Cordelia i Matthew, jak się okazało, wyjechali razem do Paryża, a James pojechał z Willem szukać Lucie, która najwyraźniej postanowiła odwiedzić Malcolma Fade'a w jego chacie w Kornwalii. Christopher przyjął te wyjaśnienia bez żadnego pytania; Thomas przeciwnie i wiedział, że Anna też ma wątpliwości, ale zdecydowanie nie zamierzała z nim o tym rozmawiać. "Można plotkować na temat znajomych, ale nie na temat przyjaciół" - to było wszystko, co powiedziała. Była blada i wyglądała na zmęczoną, chociaż wróciła do zwyczaju spędzania każdej nocy z inną dziewczyną. Thomasowi właściwie brakowało Ariadne i podejrzewał, że Annie też jej brakuje, ale kiedy raz poruszył ten temat, Anna prawie rzuciła w niego filiżanką.
Całkiem serio rozważał w ciągu ostatnich kilku dni, czy nie powiedzieć Christopherowi o swoich uczuciach, ale chociaż Christopher zareagowałby życzliwie, to czułby się niezręcznie, wiedząc coś, o czym Matthew i James nie mają pojęcia. W dodatku to właśnie James i Matthew naprawdę nie lubili, wręcz nienawidzili, Alastaira.
I pozostała jeszcze kwestia Charlesa. Charles był pierwszą wielką miłością Alastaira, chociaż ta miłość zakończyła się fatalnie. Charles został raniony podczas potyczki z Belialem i teraz dochodził do siebie, a Alastair najwyraźniej uznał, że powinien go wspierać i troszczyć się o niego. Chociaż Thomas rozumiał to z czysto etycznego punktu widzenia, to dręczyła go myśl, że Alastair ociera pot z rozgorączkowanego czoła Charlesa i karmi go winogronami. Aż zbyt łatwo potrafił sobie wyobrazić, jak Charles kładzie dłoń na policzku Alastaira i mruczy coś w podzięce, wpatrując się w cudowne ciemne oczy okolone długimi, gęstymi rzęsami...
Christopher wrócił do laboratorium i Thomas omal nie wyskoczył z krzesła. Christopher na szczęście żył w błogiej nieświadomości wrzawy w głowie Thomasa i natychmiast wrócił do pracy przy stole.
- W porządku - powiedział, odwracając się do Thomasa ze stelą w ręce. - Wobec tego spróbujmy, dobrze?
- Wysłać wiadomość? - zapytał Thomas.
On i Christopher "wysłali" do tej pory już dziesiątki wiadomości i chociaż część z nich rozpłynęła się w powietrzu, a część śmignęła kominem, to żadna nie trafiła do swojego miejsca przeznaczenia.
- W rzeczy samej - potwierdził Kit, podając mu kartkę i ołówek. - Potrzebuję, żebyś napisał wiadomość, a ja sprawdzę ten odczynnik. To może być dowolna bzdura.
Thomas usiadł przy stole laboratoryjnym i zagapił się na pustą stronę. Po długiej chwili napisał:
Drogi Alastairze!
Dlaczego jesteś taki głupi i frustrujący i dlaczego ciągle o Tobie myślę? Dlaczego muszę myśleć o Tobie, kiedy wstaję rano i kiedy kładę się wieczorem, i kiedy myję zęby, i kiedy teraz tu siedzę? Dlaczego pocałowałeś mnie w Sanktuarium, skoro nie chcesz ze mną być? To dlatego nikomu o tym nie powiesz? To bardzo denerwujące.
Thomas
- Gotowy? - spytał Christopher.
Thomas podniósł gwałtownie wzrok i szybko złożył kartkę na czworo, żeby ukryć jej zawartość. Ze ściśniętym sercem podał list Christopherowi. Żałował, że nie może pokazać tych słów komuś, ale wiedział, że to wykluczone. Mimo to pomyślał sobie, że lepiej się poczuł, kiedy je napisał. Christopher zapalił zapałkę i przytknął ją do brzegu kartki. Lepiej się poczuł, nawet jeśli ten list, podobnie jak związek Thomasa z Alastairem, donikąd nie zmierzał.
***
Biorąc pod uwagę potworne opowieści matki, Grace Blackthorn spodziewała się, że Ciche Miasto będzie przypominać lochy, gdzie zostanie przykuta do ściany i zapewne poddana torturom. Zanim dotarła do wejścia do Cichego Miasta na cmentarzu w Highgate, zaczęła się zastanawiać, jakie to uczucie zostać poddaną próbie Miecza Anioła. Jak to jest stać w Komnacie Mówiących Gwiazd i poddać się osądowi Cichych Braci. Jakie to będzie uczucie, gdy zostanie zmuszona do powiedzenia prawdy po tak wielu latach kłamania? Czy poczuje ulgę? Czy też będzie to potworna męka?
Uznała, że to nie ma znaczenia. Zasługiwała na cierpienie.
Nie została jednak zakuta w żelazo ani nic podobnego. Dwóch Cichych Braci odprowadziło ją z domu Jamesa przy Curzon Street do Cichego Miasta. Kiedy tylko znalazła się na miejscu (i rzeczywiście było to mroczne, złowrogie miejsce wypełnione cieniami), brat Zachariasz - o którym wiedziała, że jest kuzynem Cordelii i kiedyś był Jamesem Carstairsem - wyszedł im naprzeciw, jakby miał się nią zająć.
Musisz być wyczerpana. - Jego głos w jej umyśle był cichy, wręcz życzliwy. - Zaprowadzę cię do twojej komnaty. Wystarczy, jeśli jutro porozmawiamy o tym, co się wydarzyło.
Oniemiała. Brat Zachariasz był postacią, do której jej matka nawiązywała więcej niż raz, podając go jako przykład zepsucia, jakie Herondale'owie szerzyli wśród Nefilim. "Nawet nie ma zaszytych oczu", warczała, nie patrząc na Grace. "Specjalne względy dla tych, których Lightwoodowie albo Herondale'owie faworyzują. To wręcz nieprzyzwoite".
Jednakże brat Zachariasz zwracał się do niej z łagodną życzliwością. Poprowadził ją przez zimne, kamienne Miasto do małej celi. Wyobrażała sobie, że trafi do swego rodzaju sali tortur, gdzie będzie spała na zimnym kamieniu, może nawet zakuta w łańcuchy. W rzeczywistości, chociaż pomieszczenie w żadnym razie nie było komfortowe - kamienna cela bez okna, niezapewniająca prywatności, ponieważ wielkie drzwi do niej zrobiono z gęsto osadzonych adamasowych prętów - to w porównaniu z domem Blackthornów wydawała się wręcz przytulna. Znalazła tam względnie wygodne łóżko z kutego żelaza, podniszczone dębowe biurko, drewnianą półkę z książkami (żadna z książek jej nie zainteresowała, ale zawsze to coś). Runiczne kamienie rozmieszczono gdzie popadło, jakby po namyśle. Grace przypomniała sobie, że Cisi Bracia nie potrzebują światła, żeby widzieć.
Najbardziej upiorną rzeczą w tym miejscu był fakt, że nie dało się powiedzieć, czy trwa dzień, czy noc. Zachariasz przyniósł jej zegar kominkowy, co trochę pomagało, ale nie była do końca przekonana, że nadal orientuje się, czy dwunasta godzina na zegarze oznacza środek dnia, czy północ. Uznała jednak, że to nie ma znaczenia. Czas w tym miejscu to ciągnął się, to skracał jak ściśnięta sprężyna, gdy czekała na te chwile, kiedy Cisi Bracia będą chcieli z nią porozmawiać.
A gdy już z nią rozmawiali, było źle. Nie mogła udawać, że jest inaczej. Nie robili jej krzywdy, nie dręczyli jej ani nawet nie posłużyli się Mieczem Anioła. Zadawali tylko pytania, spokojnie i nieustępliwie. Jednakże to nie pytania były najgorsze, lecz mówienie prawdy.
Grace zaczęła zdawać sobie sprawę, że potrafi rozmawiać z innymi tylko na dwa sposoby. Jeden wymagał noszenia maski, kłamania i grania, tak jak wtedy, gdy odgrywała posłuszeństwo przed matką i miłość przed Jamesem. Drugi to była szczerość, na jaką pozwalała sobie tylko w kontaktach z Jessem. Tyle że nawet przed nim ukrywała różne rzeczy, których się wstydziła. Nietajenie niczego, jak się przekonała, było bolesne.
Cierpiała, gdy stanęła przed Braćmi i przyznała się do wszystkiego, co zrobiła. Tak, zmusiłam Jamesa Herondale'a, by uwierzył, że jest we mnie zakochany. Tak, posłużyłam się mocami od demona, żeby zwieść Charlesa Fairchilda. Tak, spiskowałam z matką, żeby zniszczyć Herondale'ów i Carstairsów, Lightwoodów i Fairchildów. Wierzyłam jej, kiedy mówiła, że to nasi wrogowie.
Te sesje ją wyczerpywały. Nocą, gdy siedziała samotnie w celi, widziała twarz Jamesa, kiedy ostatni raz na nią patrzył. Słyszała nienawiść w jego głosie. "Wyrzuciłbym cię na ulicę, ale ta twoja moc jest jak naładowana broń w ręku egoistycznego dziecka. Nie można pozwolić, żebyś dłużej się nią posługiwała".
Jeśli Cisi Bracia zamierzali odebrać jej tę moc - a nie miałaby nic przeciwko temu - to na razie tego nie okazali. Czuła, że ją badają, badają jej zdolność w sposób, jakiego nie pojmowała.
Pocieszała ją tylko myśl o Jessem. Jessem, którego Lucie z pewnością wskrzesiła z pomocą Malcolma. Teraz powinni już być w Kornwalii. Czy Jessemu nic nie będzie? Czy powrót z krainy cieni, którą zamieszkiwał od tak dawna, będzie dla niego okropnym wstrząsem? Żałowała, że nie ma jej przy nim, że nie może trzymać go za rękę, tak jak on trzymał ją, pomagając jej znieść wiele potwornych rzeczy.
Wiedziała, rzecz jasna, że całkiem prawdopodobne jest, iż nie zdołali wskrzesić Jessego. Nekromancja była wręcz niemożliwa. Jednak jego śmierć była potwornie niesprawiedliwa, to była straszliwa zbrodnia oparta na jadowitym kłamstwie. Z pewnością, jeśli ktoś zasługiwał na drugą szansę, to właśnie on.
I kochał Grace jak siostrę, kochał i troszczył się o nią jak nikt inny - być może jak nikt inny nigdy nie będzie jej kochał. Może Nefilim skażą ją na śmierć z powodu jej mocy. Może będzie gniła w Cichym Mieście przez resztę życia. A jeśli nie, to życie z Jessem było jedyną przyszłością, jaką wyobrażała sobie dla siebie.
Był jeszcze Christopher Lightwood, rzecz jasna. Oczywiście nie kochał jej; prawie jej nie znał. Sprawiał jednak wrażenie szczerze zainteresowanego nią samą, jej myślami, jej zdaniem, jej uczuciami. W innej sytuacji mógłby zostać jej przyjacielem. Nigdy nie miała przyjaciela. Tylko Jamesa, który teraz z pewnością jej nienawidził, wiedząc, co mu zrobiła, i Lucie, która wkrótce też ją znienawidzi z tego samego powodu. I tak naprawdę to oszukiwała samą siebie, myśląc, że Christopher mógłby czuć coś innego. Był przyjacielem Jamesa i kochał go. Jako jego lojalny przyjaciel będzie nią pogardzał... i nie mogła mieć o to do niego pretensji.
Rozległ się charakterystyczny zgrzyt otwierających się drzwi. Usiadła pośpiesznie na wąskim materacu, wygładziła włosy. Oczywiście Cichych Braci nie obchodził jej wygląd, ale taka była siła nawyku.
Ciemna postać przyjrzała jej się z progu.
Grace... - powiedział Zachariasz - ...obawiam się, że ostatnia seria pytań była dla ciebie zbyt trudna.
Rzeczywiście było jej ciężko. Prawie zemdlała, opisując noc, kiedy matka zabrała ją do ciemnego lasu, i wspominając dźwięk głosu Beliala w cieniach. Jednak Grace nie podobało się to, że ktokolwiek mógł orientować się w jej odczuciach.
- Jak długo jeszcze to potrwa? - zapytała. - Zanim zostanie ogłoszony wyrok?
Tak bardzo pragniesz kary?
- Nie, chcę tylko, żeby skończyły się przesłuchania. Jestem gotowa przyjąć karę. Zasługuję na nią.
Tak, postąpiłaś źle. Ale ile miałaś lat, kiedy matka zabrała cię do lasu Brocelind, żebyś otrzymała tam swoją moc? Jedenaście? Dwanaście?
- To nie ma znaczenia.
Ma - odparł Zachariasz. - Uważam, że Clave cię zawiodło. Jesteś Nocną Łowczynią, Grace, urodziłaś się w rodzinie Nocnych Łowców, a porzucono cię w straszliwych okolicznościach. To niesprawiedliwe, że Clave zostawiło cię tam na tak długo, nie interweniując, nawet nie badając sytuacji.
Grace nie mogła znieść jego litości. Odbierała ją jak igiełki wbijające się w skórę.
- Nie powinieneś okazywać mi życzliwości ani próbować mnie zrozumieć - warknęła. - Posłużyłam się demoniczną mocą, żeby zaczarować Jamesa, sprawiłam, że uwierzył, że mnie kocha. Przysporzyłam mu wielkiego bólu.
Zachariasz przyglądał jej się bez słowa. Jego twarz była upiornie nieruchoma. Grace chciała go uderzyć.
- Nie uważasz, że zasługuję na karę? Czy nie należy wyrównać rachunku krzywd? Czy nie trzeba przywrócić równowagi? Oko za oko?
Tak myśli o świecie twoja matka, nie ja.
- Ale pozostali Cisi Bracia. Enklawa. Wszyscy w Londynie... będą chcieli zobaczyć, jak zostałam ukarana.
O niczym nie wiedzą - powiedział brat Zachariasz. Po raz pierwszy Grace spostrzegła u niego coś w rodzaju wahania. - Tylko my i James wiemy o tym, co zrobiłaś na żądanie matki.
- Ale... dlaczego? - To nie miało sensu. Z pewnością James powie przyjaciołom i wkrótce wszyscy będą wiedzieć. - Dlaczego mielibyście mnie chronić?
Chcemy przesłuchać twoją matkę. To będzie łatwiejsze, jeśli uzna, że nadal stoisz po jej stronie, a my nie wiemy nic o twoich mocach.
Grace odchyliła się na oparcie łóżka.
- Chcecie uzyskać wyjaśnienia od mojej matki, ponieważ mnie uważacie za marionetkę, a ją za lalkarza, który pociąga za sznurki. Jednak prawdziwym lalkarzem jest Belial. Ona jest mu posłuszna. Kiedy działa, robi to na jego życzenie. To jego należy się bać.
Zapadła cisza. A potem łagodny głos rozległ się w jej głowie:
Boisz się, Grace?
- Nie o siebie - odpowiedziała. - Ja już straciłam wszystko, co mogłam. Ale o innych, owszem. Bardzo się boję.
***
Lucie poszła za Malcolmem do domu i poczekała, aż czarownik zdejmie podróżny płaszcz i odstawi laskę przy wejściu. Zaprowadził dziewczynę do wysokiego salonu, który minęła wcześniej, i pstryknięciem palców zapalił na kominku huczący ogień. Do Lucie dotarło, że Malcolm nie tylko mógł zdobyć drewno na opał bez pomocy Jessego, ale mógł wręcz rozpalić ogień w ogóle bez drewna.
Oczywiście nie miała nic przeciwko patrzeniu, jak Jesse rąbie drewno. A jemu najwyraźniej sprawiało to przyjemność, zatem oboje na tym korzystali.
Malcolm wskazał wyściełaną kanapę. Lucie uznała, że zapadnie się w niej tak głęboko, że już nie zdoła wstać, więc tylko przysiadła na podłokietniku.
Pokój był dość przytulny; nie tego spodziewałaby się po Malcolmie. Meble z żółtodrzewa, podniszczone na tyle, żeby zyskały delikatną patynę, obite tkaniną gobelinową i aksamitem - nie próbowano ich dobrać do kompletu, ale wszystkie wyglądały na wygodne. Dywan haftowany w ananasy przykrywał podłogę, na ścianach wisiały różne portrety ludzi, których Lucie nie rozpoznawała.
Malcolm nadal stał i Lucie spodziewała się, że zrobi jej teraz wykład na temat Jessego albo zacznie wypytywać, co z nim zrobiła. Zamiast tego powiedział:
- Pewnie zauważyłaś, że chociaż to nie ja byłem nieprzytomny przez kilka dni po tym, jak niewprawnie parałem się magią, to prezentuję się fatalnie.
- Nie zauważyłam - skłamała Lucie. - Wyglądasz... całkiem wytwornie.
Malcolm machnął ręką.
- Nie domagam się komplementów. Zamierzałem wyjaśnić, że w ostatnich dniach, kiedy ty odsypiałaś skutki magii, jaką się posłużyłaś, ja korzystałem z tego, że wróciłem do Kornwalii, żeby podjąć badanie sprawy Annabel Blackthorn.
Lucie zacisnął się żołądek. Annabel Blackthorn była kobietą, którą Malcolm kochał sto lat temu. Myślał, że odeszła od niego, by zostać Żelazną Siostrą, a tak naprawdę jej rodzina wolała ją zamordować niż pozwolić, żeby związała się z czarownikiem. Lucie wzdrygnęła się, przypominając sobie wyraz twarzy Malcolma, kiedy Grace wyjawiła mu prawdę na temat losów Annabel.
Czarownicy nie starzeją się, a jednak Malcolm sprawiał wrażenie starszego niż jeszcze nie tak dawno temu. Głębokie linie żłobiły mu twarz przy ustach, oczy miał bardziej wyłupiaste.
- Wiem, że uzgodniliśmy, że wezwiesz jej ducha - powiedział. - Że pozwolisz mi porozmawiać z nią ponownie.
Lucie wydawało się to dziwne, że czarownicy sami nie potrafią wezwać zmarłych, którzy już nie nawiedzają tego świata, ale przeszli do miejsca wiecznego spoczynku. Ta potworna moc w jej krwi pozwalała jej dokonać czegoś, czego nie potrafił nawet Magnus Bane czy Malcolm Fade. Dała jednak słowo Malcolmowi. Głód w jego oczach sprawił, że zadrżała.
- Nie wiedziałem, co się stanie, kiedy wskrzesisz Jessego - mówił dalej. - To, że powrócił taki jak dawniej, żywy, oddychający, w doskonałym zdrowiu, całkowicie świadomy... to bardziej cud niż magia. - Zaczerpnął z drżeniem tchu. - Śmierć Annabel była nie mniej niesprawiedliwa, nie mniej potworna od tego, co przydarzyło się Jessemu. Annabel zasługuje na ponowne życie, tak samo jak Jesse. Jestem tego pewien.
Lucie nie przypominała mu tego szczegółu, że w przeciwieństwie do ciała Annabel ciało Jessego zostało zakonserwowane przez Beliala w dziwnym stanie pół życia. Zamiast tego odparła z niepokojem:
- Dałam ci słowo, że wezwę jej ducha. Pozwolę ci skontaktować się z nią. Ale nic więcej. Nie można jej... przywrócić do życia. Przecież sam wiesz.
Malcolm sprawiał wrażenie, jakby tego nie słyszał. Usiadł na najbliższym krześle.
- Jeśli cuda rzeczywiście są możliwe... - powiedział - ...chociaż nigdy w nie nie wierzyłem... wiem, że istnieją demony i anioły, ale pokładałem wiarę jedynie w nauce i magii...
Urwał, ale za późno dla Lucie, którą już ogarnął niepokój i wibrował w niej jak szarpnięta struna.
- Nie każdy duch pragnie powrotu - szepnęła. - Niektórzy zmarli znaleźli spokój.
- Annabel nie znalazła spokoju - Fioletowe oczy Malcolma wyglądały jak sińce w bladej twarzy. - Nie, dopóki jest beze mnie.
- Panie Fade... - Lucie zadrżał głos.
Po raz pierwszy Malcolm dostrzegł jej niepokój. Usiadł prosto, zmuszając się do uśmiechu.
- Lucie. Rozumiem, że ledwie przeżyłaś wskrzeszenie Jessego i że jesteś znacząco osłabiona. Nikomu nie wyjdzie na dobre, jeśli po wezwaniu Annabel znowu stracisz przytomność. Musimy poczekać, aż odzyskasz siły. - Spojrzał na ogień, jakby wyczytywał coś z tańczących płomieni. - Czekałem sto lat. Czas płynie inaczej dla mnie niż dla śmiertelników, zwłaszcza tak młodych jak ty. Poczekam kolejne sto, jeśli będzie trzeba.
- Cóż, wątpię, żebym potrzebowała aż tak dużo czasu - odparła Lucie, siląc się na beztroski ton.
- Poczekam - powiedział Malcolm bardziej do siebie niż do niej. - Poczekam tak długo, jak to konieczne.
3
Gdy czas wolniej płynie
"Czy tam znajdzie się schronienie w noc ciemną?
Dach nad głową, gdy czas wolniej zacznie płynąć.
Czy go ciemność nie ukryje przede mną?
Nie, nie możesz tej gospody ominąć"1.
Christina Rossetti Droga w górę
James miał wrażenie, że mówił cały miesiąc.
Magnus, który najwyraźniej potrafił z odległości wykryć wygodny zajazd, znalazł im taki przy drodze do Polperro. Kiedy już Balios i Xanthos znaleźli się bezpiecznie w stajni, Will zarezerwował dla ich trójki prywatną jadalnię na parterze zajazdu, gdzie mogli na osobności zjeść i porozmawiać.
Chociaż James niewiele zjadł. Pokój był względnie ładny - staroświecki, z ciemną tapetą, podniszczonymi dywanami i szerokim dębowym stołem pośrodku, a jedzenie sprawiało wrażenie przyzwoitego. Kiedy wreszcie zaczął opowiadać o wydarzeniach ostatnich tygodni, nie potrafił przestać mówić. Po ukrywaniu tak wielu sekretów i mówieniu tak wielu kłamstw prawda wylewała się z niego jak woda z dzbana. Jednakże nawet wtedy musiał uważać, żeby nie zdradzić sekretów, które nie należały do niego. Nie powiedział nic o przysiędze, którą Cordelia niechcący złożyła Lilith, powiedział tylko, że Lilith podszyła się pod Magnusa, żeby ich oszukać.
- Wiem, że powinienem błagać o wybaczenie - powiedział James, kończąc swoje zwierzenia. - Powinienem był powiedzieć wam o tym wszystkim, ale...
- Ale to dotyczyło nie tylko ciebie - dokończył Will. Wyglądał na spiętego, zmarszczki przy oczach rysowały mu się niezwykle wyraziście. - Dlatego milczałeś. Żeby chronić przyjaciół i rodzinę. Nie jestem skończonym idiotą, James. Rozumiem, jak to działa.
Magnus otworzył karafkę z porto i nalał po odrobinie do kieliszków Willa i Jamesa.
- Martwię się. Belial nie powinien być w stanie wrócić do naszego świata po ciosie, jaki zadała mu Cortaną Cordelia. Wrócił jednak dzięki planowi, który musiał stworzyć wiele lat temu, kiedy Jesse Blackthorn był zaledwie dzieckiem...
Will był wściekły.
- Oto dlaczego nigdy nie powinniśmy byli tolerować dziwacznego zachowania Tatiany Blackthorn w stosunku do własnych dzieci. "Co w tym złego, że nie dopuszcza Cichych Braci, żeby rzucili czary ochronne na Jessego?". Rzeczywiście: co w tym złego! Dzięki niech będą Aniołowi, że Marice pojechał, żeby zabrać ją z Adamantowej Cytadeli. Cisi Bracia muszą wyciągnąć z niej całą historię.
- Dlaczego nie powiedziałeś nic Enklawie, skoro wiedziałeś, że Belial za to odpowiada? - zapytał Jamesa Magnus.
- Nie powiedział Enklawie, ponieważ, gdyby Enklawa dowiedziała się, że Belial to jego dziadek, a ojciec Tessy... cóż, konsekwencje tego mogłyby być bardzo poważne dla naszej rodziny - odpowiedział za syna Will. - Dla Tessy. Ja także wiedziałem i nic nie mówiłem, z tego samego powodu. Nie można winić za to Jamesa.
- Czy ktoś jeszcze wie? - zapytał Magnus.
- Tylko moi najbliżsi przyjaciele - odpowiedział James. - Cordelia, rzecz jasna, i Matthew... a także Thomas i Christopher. I Anna. Dotrzymają tajemnicy. Powierzyłbym im własne życie - dodał nieco obronnym tonem.
Will i Magnus popatrzyli po sobie w sposób, którego James nie potrafił odczytać. Will powiedział powoli:
- Cieszę się, że mogłeś zwierzyć się przynajmniej przyjaciołom. Żałuję, że nie powiedziałeś także mnie. - Przez chwilę był smutny. - Serce mi pęka na myśl, że dręczą cię sny z Belialem i w dodatku trzymasz je w sekrecie. - Wziął kieliszek, jakby dopiero go zauważył, i wypił łyk porto. - Sam widziałem śmierć - dodał cicho. - Wiem, jakie to straszne, być jej świadkiem.
Na chwilę ojciec zapatrzył się w dal, a James zastanawiał się, co miał na myśli. I nagle przypomniał sobie, że dawno temu Will trzymał w objęciach Jessamine, gdy ta umierała. Tak przyzwyczaił się do obecności jej ducha w Instytucie, że łatwo przyszło mu zapomnieć, jak traumatyczna musiała być jej śmierć dla wszystkich. Ojciec zadbał, żeby łatwo o tym zapomnieli. Jego optymistyczny sposób bycia skutecznie ukrywał wszystko, przez co musiał przejść.
Magnus odchrząknął, a James podniósł wzrok i zobaczył, że przygląda mu się błyszczącymi kocimi oczami. Will zauważył to i usiadł prosto, wyrwany z zadumy.
- O czym myślisz, Magnusie?
- Tylko o tym, że Belial był gotowy długo czekać, aż jego plany względem Jamesa będą mogły się ziścić. Zastanawiam się, jakie jeszcze plany poczynił w tym czasie. Takie, o których nie mamy pojęcia. - Oczy Magnusa zabłysły, gdy patrzył na Jamesa. - Muszę zapytać: o czym śniłeś w powozie? Kiedy obudziłeś się z krzykiem?
W piersi Jamesa poczucie winy zaciskało się jak supeł. Nadal ukrywał przed nimi sekret - sekret Cordelii.
- Śniły mi się zbierające się cienie - powiedział. - Stałem w spalonym miejscu i widziałem potwory pędzące przez powietrze.
- To były demony? - zapytał Magnus.
- Nie wiem. Ich postacie były rozmyte, utkane z cienia. Panował półmrok... Zupełnie, jakbym nie był w stanie zmusić oczu do całkowitego otwarcia się na te istoty. Są jednak częścią jakiegoś planu Beliala wobec mnie. Przemówił do mnie.
- Co powiedział? - zapytał cicho Magnus.
- "Budzą się".
Will odetchnął głośno przez nos.
- To nie było bardzo pomocne z jego strony. Co się budzi?
- Coś, co spało? - zasugerował Magnus. - Najwyraźniej w przeszłości Belial chciał, żebyś widział jego poczynania z całą wyrazistością. Teraz chce cię utrzymać w nieświadomości.
- Chce, żebym się bał - powiedział James. - Oto czego chce.
- Nie bój się - odparł Will. - Kiedy tylko znajdziemy Lucie, wrócimy do Londynu. Teraz, kiedy wyjaśniłeś nam sytuację, zgromadzimy wszelkie zasoby, żeby sobie z nią poradzić.
James starał się robić minę, jakby to dodało mu otuchy. Wiedział, że ojciec ma w sobie dużo wiary, jakiej jemu brakowało, przekonania, że nawet najbardziej skomplikowany problem można rozwiązać. James nadal nie potrafił sobie wyobrazić życia, w którym nie byłby związany z Belialem. Ten związek będzie istnieć, jak długo będzie żył Belial, a - jak wiele razy przypominano Jamesowi - książę piekieł nie mógł umrzeć.
- Nie wypijesz porto? - zapytał Magnus. - Może cię trochę uspokoić, pomoże ci odpocząć.
James pokręcił głową. Robiło mu się niedobrze na widok alkoholu i wiedział, że nie tylko zdenerwowanie jest tego powodem. Chodziło o Matthew. Powracały do niego wspomnienia, odkąd pozbyli się bransoletki, wspomnienia nie tylko wydarzeń, ale własnych myśli i uczuć, rzeczy, o których zapomniał, rzeczy, które odepchnął w głąb umysłu. Jego uczucia do Cordelii... pragnienie, by zdjąć bransoletkę... ale także niepokój spowodowany piciem Matthew. Zupełnie jakby wpływ bransoletki kazał mu myśleć, że z Matthew jest wszystko w porządku, że nie musi martwić się niczym poza tym, czym bransoletka chciała, żeby się martwił. Coraz wyraźniej widział, że coś było potwornie nie tak z Matthew i że jego stan się pogarsza, ale bransoletka dbała o to, żeby nie mógł utrzymać tej myśli w głowie, nie mógł się na niej skupić. Przypomniał sobie Nocny Targ w Londynie, ośnieżony zaułek i to, jak warknął na Matthew: "Powiedz mi, że jest ktoś, kogo kochasz bardziej niż butelkę w swojej ręce".
Wiedział, ale nic nie zrobił. Pozwolił, by bransoletka skierowała jego uwagę gdzie indziej. Zawiódł najlepszego przyjaciela. Zawiódł swojego parabatai.
- Potrzebujesz snu - orzekł Magnus. - Snu bez marzeń sennych, o ile to możliwe. Miałem nadzieję posłużyć się bardziej przyziemną metodą, ale...
James przełknął ślinę.
- Chyba nie jestem w stanie pić.
- To dam ci coś innego - powiedział zdecydowanie Magnus. - Wodę z czymś bardziej magicznym niż alkoholizowane wino. Tobie też, Will?
- Oczywiście - odpowiedział Will, a James uznał, że ojciec nadal sprawia wrażenie pogrążonego we własnych myślach. - Dawaj magiczne eliksiry.
Tej nocy James spał jak kamień, a jeśli jego ojciec wstał w nocy, żeby do niego zajrzeć, jakby James wciąż był małym chłopcem, jeśli siedział obok niego na łóżku i śpiewał mu po walijsku, w języku, który już prawie zapomniał, to James niczego z tego nie pamiętał po przebudzeniu.
***
- Jak widzisz... - zaczął Matthew, szerokim gestem wskazując Boulevard de Clichy - ...oto piekło.
Miał na sobie gruby płaszcz z kilkoma pelerynami, przez co jego gest zyskał na dramatyczności.
- Jesteś bardzo szelmowską osobą, Matthew Fairchild - powiedziała Cordelia. - Bardzo.
Nie mogła jednak powstrzymać uśmiechu, po części z powodu pełnej wyczekiwania miny Matthew, a po części ze względu na to, co pokazywał jej na Montmartrze.
Montmartre był jedną z bardziej skandalizujących dzielnic w tym skandalizującym mieście. Tu znajdował się okryty złą sławą Moulin Rouge z czerwonym wiatrakiem i półnagimi tancerkami. Cordelia spodziewała się, że właśnie tam wylądują, ale Matthew, rzecz jasna, musiał się odróżnić. Zamiast tego zabrał ją do Cabaret de l'Enfer, czyli - całkiem dosłownie - Piekielnego Kabaretu. Frontowe wejście do tego przybytku wyglądało jak twarz demona z wybałuszonymi czarnymi ślepiami i rzędem kłów w górnej części otwartej paszczy, która pełniła funkcję drzwi.
- Nie musimy tam wchodzić, jeśli nie chcesz - powiedział Matthew nieco poważniej niż zwykle.
Ujął w dłoń w rękawiczce podbródek Cordelii i uniósł jej twarz, żeby spojrzała mu w oczy. Popatrzyła na niego zaskoczona. Nie nosił kapelusza, jego oczy były bardzo ciemnozielone w świetle wylewającym się z L'Enfer.
- Pomyślałem, że to cię rozbawi, tak jak Hell Ruelle. A przy tym miejscu Ruelle wygląda jak pokój zabaw dla dzieci.
Cordelia się zawahała. Była świadoma ciepła jego ciała, gdy stał tak blisko, jego zapachu: wełny i wody kolońskiej. Kiedy tak się ociągała, zamożnie ubrana para wysiadła z fiacre i weszła do L'Enfer, chichocząc.
Bogaci paryżanie, pomyślała Cordelia, bawiący się w dzielnicach, które słyną z biednych artystów, przymierających głodem w swoich mieszkankach na poddaszach. Światło gazowych pochodni umocowanych po obu stronach drzwi padło na ich twarze, gdy wchodzili do klubu. Cordelia zauważyła, że kobieta jest śmiertelnie blada i ma ciemnoczerwone usta.
Wampirzyca. Oczywiście, że Podziemni ściągali do takiego miejsca jak to. Cordelia rozumiała, co Matthew robi - stara się zapewnić jej podniecenie podobne do Hell Ruelle, ale w nowym miejscu, wolnym od ciężaru wspomnień. I czemu nie? Czego się obawiała, skoro już nie miała nic do stracenia?
Wyprostowała się.
- Wejdźmy.
Wewnątrz schody prowadziły w dół do przepaścistego salonu oświetlonego pochodniami za abażurami z czerwonego szkła, zabarwiającymi wszystko szkarłatem. W otynkowanych ścianach wyrzeźbiono krzyczące twarze, a każda była inna; wyglądały jak maski zgrozy, bólu albo trwogi. Złocone wstęgi zwieszały się z sufitu, a na każdej widniał cytat z Piekła Dantego, począwszy od "W połowie drogi naszego żywota w pośród ciemnego znalazłem się lasu", a skończywszy na "Nie masz straszniejszej boleści jak o dniach szczęścia wspominać w niedoli.2"
Na podłodze namalowano czerwone i złote spirale, co, jak domyślała się Cordelia, miało przywodzić na myśl wieczne ognie, w których płoną potępieńcy. Znaleźli się na tyłach ogromnego pomieszczenia o wysokim sklepieniu, opadającego łagodnie w kierunku sceny na drugim końcu. Pomiędzy wejściem i sceną stały niezliczone kawiarniane stoliki, delikatnie oświetlone i zapełnione głównie przez Podziemnych, chociaż było tam też paru Przyziemnych w wyrafinowanych strojach, z kieliszkami absyntu w dłoniach. Bez wątpienia uważali, że Podziemni to zwykli ludzie, tak jak oni, tyle że w zabawnych kostiumach.
Przedstawienie ewidentnie jeszcze się nie zaczęło i przy zatłoczonych stolikach panował gwar towarzyszący rozmowom. Na chwilę przerwano wiele z nich, kiedy ludzie odwracali się, żeby spojrzeć na Matthew i Cordelię. Cordelia zaczęła się zastanawiać, jak często przychodzą tu Nocni Łowcy i czy są tu mile widziani.
A wtedy z odległego kąta poniósł się chór wysokich głosików:
- Monsieur Fairchild!
Z powodu dziwnego, zabarwionego światła Cordelia ledwie widziała, kto tłoczy się przy tym stoliku. Skrzaty? Może piksy? W każdym razie miały skrzydła w różnych kolorach tęczy, nie więcej niż stopę wzrostu i było ich ze dwadzieścioro. Ewidentnie wszystkie znały Matthew i niewątpliwie cieszyły się na jego widok. Pośrodku ich stolika (przystosowanego dla klientów ludzkich rozmiarów) stała wielka misa na poncz wypełniona do połowy migoczącym napojem, w którym niektóre z nich pływały.
- Starzy przyjaciele? - zapytała z pewnym rozbawieniem Cordelia.
- Pomogliśmy im raz z Anną, kiedy byli w niezłych opałach - powiedział Matthew. Pomachał wesoło do faerie. - To niezwykła opowieść, w której nie zabraknie pojedynku, wyścigu powozów i przystojnego księcia z Faerie. A przynajmniej on sam twierdził, że jest księciem - dodał Matthew. - Zawsze mam wrażenie, że wszyscy z Faerie są książętami albo księżniczkami, zupełnie jak w książkach Lucie są same duchessy i diukowie.
- Nie zatrzymuj przystojnego księcia tylko dla siebie - powiedziała Cordelia, szturchając go w ramię. - Myślę, że chciałabym usłyszeć tę opowieść.
Matthew się roześmiał.
- W porządku, w porządku. Za chwilę. Muszę porozmawiać z właścicielem lokalu.
Odszedł, żeby porozmawiać z faunem, którego rogi wydawały się zbyt rozłożyste, żeby mógł przejść przez frontowe drzwi. Obaj wiele razy uprzejmie pokiwali głowami, zanim Matthew wrócił i podał Cordelii rękę. Pozwoliła się zaprowadzić do stolika blisko sceny. Kiedy usiedli, zobaczyła, że jarzące się światła to nie są świece, jak zakładała, ale lśniące faerie, jeszcze drobniejsze od tych, które przywitały Matthew.
Może to były błędne ogniki? Faerie umieszczony na ich stoliku siedział ze skrzyżowanymi nogami pod szklaną kulą, ubrany w malutki brązowy garnitur. Spiorunował ich wzrokiem, gdy usiedli. Matthew popukał w szkło.
- Nie jest to najbardziej ekscytująca praca, co? - zapytał współczująco.
Faerie pod szkłem wzruszył ramionami i pokazał małą książkę, którą trzymał w rękach. Na nosie miał malutkie okulary.
- Jakoś trzeba zarabiać - odpowiedział z mocnym niemieckim akcentem i wrócił do lektury.
Matthew zamówił dla obojga kawę, ściągając na siebie pełne dezaprobaty spojrzenie kelnera, które całkowicie zignorował. Kabarety zarabiały najwięcej na sprzedaży alkoholu, ale Cordelia miała to w nosie. Była dumna z tego, że Matthew stara się zachować trzeźwość.
Matthew odchylił się na krześle.
- Zatem do rzeczy - powiedział. - W zeszłym roku byliśmy z Anną w Abbaye de Thél?me, nocnym klubie nawiązującym stylem do klasztoru, gdzie tancerze kankana ubierają się jak księża i zakonnice. Rozumiem, że to bardzo szokujące dla Przyziemnych, prawie jakbym otworzył kabaret, gdzie Żelazne Siostry i Cisi Bracia pozowaliby nago.
Cordelia roześmiała się, a faerie ze stolika spiorunował ją wzrokiem. Matthew opowiadał dalej, tkając ze słów i gestów zabawną opowieść, w której książę faerie ścigany przez demonicznych zabójców schował się za stolikiem jego i Anny.
- Szybko się uzbroiliśmy - opowiadał. - Nie wolno nam było wnieść broni do lokalu, więc musieliśmy improwizować. Anna zabiła jednego demona nożem do chleba, a ja zmiażdżyłem drugiemu czaszkę peklowaną szynką. Anna cisnęła krążkiem sera jak dyskiem. Kolejny złoczyńca został zabity świeżo zaparzonym, parującym espresso.
Cordelia skrzyżowała ręce na piersi.
- Niech zgadnę. Książę z Faerie rozgniewał francuskich Podziemnych, zamawiając dobrze wysmażony stek.
Matthew udał, że jej nie słyszy.
- Na jednego demona rzuciło się mnóstwo małych hałaśliwych psów, wprowadzonych przez właściciela do kabaretu w niewyjaśniony sposób...
- Nie ma w tym słowa prawdy.
Matthew się roześmiał.
- Tak jak w przypadku wszystkich najlepszych historii, część z tego to prawda.
- Das ist Blödsinn - mruknął faerie w lampce. - Moim zdaniem to stek bzdur.
Matthew przeniósł lampkę na inny stolik. Zanim wrócił, kelner podał kawę w maleńkich cynowych filiżankach. Kiedy Matthew usiadł, powiedział cicho:
- Masz ze sobą stelę? Albo jakąś broń?
Cordelia zamarła.
- Co się stało?
- Nic - odpowiedział Matthew, bawiąc się uszkiem filiżanki z kawą. - Zdałem sobie sprawę, że właśnie skończyłem opowiadać ci o improwizowanej broni, a ty...
- Nie mogę posługiwać się żadną bronią, bo walczyłabym w jej imieniu. - Cordelia starała się nie mówić tego z goryczą, ale to się jej nie udało. Nie chciała wypowiadać imienia Lilith na głos, ani też nie chciała dawać jej satysfakcji w postaci własnego gniewu, nawet jeśli nie był wyrażony wprost. - Brakuje mi jednak Cortany. Czy to dziwne, że tęskni się za mieczem?
- Nie, jeśli miecz ma prawdziwą osobowość, a tak właśnie jest w przypadku Cortany.
Cordelia uśmiechnęła się wdzięczna za okazane zrozumienie. Wątpiła, by Matthew aprobował fakt, że oddała miecz na przechowanie Alastairowi. Jej brat i Matthew nadal się nie znosili. Dlatego zachowała to dla siebie. Poza tym nie miała pojęcia, gdzie Alastair ukrył miecz. Zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, światła nad nimi zaczęły przygasać, pojaśniało natomiast na scenie.
Rozmowy ucichły, cisza zaległa w pomieszczeniu i nagle zrobiło się upiornie. W tej ciszy rozległy się kroki i po paru chwilach na scenę wyszła kobieta. Czarownica, domyśliła się Cordelia, bo kobietę otaczała nieuchwytna aura kontrolowanej mocy. Jej włosy były szare jak żelazo, zwinięte w kok na tyle głowy, ale twarz miała całkiem młodą. Nosiła ciemnoniebieską szatę haftowaną w symbole planet i gwiazd.
Miała niebieską przepaskę z jedwabiu na oczach, co jednak nie przeszkodziło jej w zorientowaniu się, kiedy doszła na środek sceny. Wyciągnęła ręce w stronę widowni i otworzyła dłonie. Cordelii wyrwał się zduszony okrzyk. Pośrodku obu dłoni czarownica miała ludzkie oko okolone długimi rzęsami, zielone, bystre, patrzące znacząco.
- Imponujące znamię czarownika, nie uważasz? - szepnął Matthew.
- Będzie przepowiadała przyszłość? - zapytała Cordelia.
- Madame Dorothea jest medium - wyjaśnił Matthew. - Twierdzi, że może rozmawiać z umarłymi, co mówi każdy spirytysta, ale ona jest czarownicą. Możliwe, że coś w tym jest.
- Bon soir, mes amis - powiedziała czarownica. Była drobną kobietą, a jednak jej głos, niski i mocny jak kawa, niósł się aż na kraniec sali. - Jestem madame Dorothea, ale uważajcie mnie za Charona, dziecko Nocy, który kursuje na swoim promie po rzece oddzielającej żywych od martwych. Podobnie jak w przypadku Charona, moim domem w równym stopniu jest życie, jak i śmierć. Moc, jaką uzyskuję poprzez tę... - uniosła dłonie - ...drugą parę oczu, pozwala mi spostrzec światy pomiędzy i poza światami.
Podeszła do brzegu sceny. Oczy na jej dłoniach zamrugały, obróciły się w oczodołach, przyglądając się widowni.
- Jest tu ktoś - powiedziała madame Dorothea. - Ktoś, kto stracił brata. Ukochanego brata, który błaga, żeby został wysłuchany... przez swojego brata, Jean-Pierre'a. - Uniosła głos. - Jean-Pierre, czy jesteś tu?
Zapadło milczenie i wilkołak w średnim wieku powoli wstał od stolika w głębi sali.
- Tak? Ja jestem Jean-Pierre Arland. - Jego głos brzmiał słabo wśród ciszy.
- Czy straciłeś brata?! - zawołała madame Dorothea.
- Zmarł dwa lata temu.
- Mam wiadomość od niego - powiedziała madame Dorothea. - Od Claude'a. To jego imię, zgadza się?
Cała sala milczała. Cordelia czuła, że sama ma dłonie mokre od napięcia. Czy Dorothea naprawdę komunikowała się z umarłymi? Lucie to potrafiła, Cordelia widziała, że to jest możliwe, więc nie rozumiała, dlaczego tak bardzo się denerwuje.
- Tak - odpowiedział ostrożnie Arland. On chce wierzyć, pomyślała Cordelia, ale nie jest przekonany. - Co... Co on mówi?
Madame Dorothea zamknęła dłonie. Kiedy otworzyła je znowu, zielone oczy mrugały gwałtownie. Powiedziała niskim, chrapliwym głosem:
- Jean-Pierre. Musisz je oddać.
Wilkołak był zbity z tropu.
- Co takiego?
- Kurczaki! - odpowiedziała madame Dorothea. - Musisz je oddać!
- D-dobrze - odpowiedział zdumiony Jean-Pierre. - Dobrze, Claude...
- Musisz oddać je wszystkie! - wykrzyknęła madame Dorothea.
Spanikowany Jean-Pierre rozejrzał się, a potem czmychnął przez drzwi.
- Może je zjadł - szepnął Matthew.
Cordelia chciała się uśmiechnąć, ale dziwne wrażenie niepokoju wciąż jej nie opuszczało. Patrzyła, jak Dorothea otrząsa się, piorunuje wzrokiem widownię oczami na dłoniach.
- Myślałem, że będziemy mogli zadawać pytania! - krzyknął ktoś z kąta sali.
- Najpierw wiadomości! - warknęła już własnym głosem madame Dorothea. - Umarli wyczuwają przejście. Pędzą, by przekazać swoje słowa. Trzeba pozwolić im mówić. - Oczy na dłoniach zamknęły się i ponownie otworzyły. - Jest tu ktoś - powiedziała. - Ktoś, kto stracił ojca. - Zielone oczy obróciły się i ich spojrzenie zatrzymało się na Cordelii. - Une chasseuse des ombres.
Nocna Łowczyni.
Cordelia zamarła, gdy w sali rozległy się szepty - większość gości nie wiedziała, że są wśród nich Nocni Łowcy. Zerknęła szybko na Matthew - czy on o tym wiedział? - ale robił wrażenie równie zaskoczonego jak Cordelia. Przesunął do niej dłoń po blacie, ich palce się musnęły.
- Możemy wyjść...
- Nie - szepnęła Cordelia. - Nie, chcę zostać.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że madame Dorothea wbija w nią wzrok. Światła przy brzegu sceny rzucały jej cień na ścianę; był wielki i czarny. Kiedy uniosła ręce, rękawy jej szaty wyglądały jak ciemne skrzydła.
- Cordelio, twój ojciec tu jest - powiedziała całkiem zwyczajnie madame Dorothea, a jej głos stał się teraz dziwnie cichy, jakby chciała, żeby tylko Cordelia ją słyszała. - Posłuchasz go?
Cordelia chwyciła się brzegu stolika. Skinęła głową, świadoma, że wpatruje się w nią cały kabaret. Ujawniała siebie, własną żałobę. Nie potrafiła jednak się powstrzymać.
Kiedy madame Dorothea odezwała się znowu, mówiła niższym głosem, nie szorstko, ale z modulacją, po angielsku, bez śladu francuskiego akcentu.
- Lajlo - powiedziała, a Cordelia całkowicie zamarła. To był on. To nie mógł być nikt inny; kto mógł znać jej rodzinne przezwisko? - Ogromnie mi przykro, Lajlo.
- Ojcze - szepnęła.
Zerknęła szybko na Matthew. Był wstrząśnięty.
- Tak wiele chciałbym ci powiedzieć, ale muszę cię przede wszystkim ostrzec - mówił Elias. - Nie będą czekać. A najostrzejsza broń leży tuż pod ręką.
W klubie rozległy się szmery, osoby znające angielski tłumaczyły słowa dla pozostałych.
- Nie rozumiem - powiedziała Cordelia z pewną trudnością. - Kto nie będzie czekał?
- Z czasem przyjdzie smutek - ciągnął Elias. - Ale nie żal. Będzie cisza, ale nie będzie pokoju.
- Ojcze...
- Budzą się - powiedział Elias. - Jeśli nie mogę ci powiedzieć nic więcej, to pozwól, że powiem ci to jedno: Budzą się. Nie można tego powstrzymać.
- Ale ja nie rozumiem - zaprotestowała znowu Cordelia. Zielone oczy Dorothei wpatrywały się w nią puste jak kartka papieru, bez cienia współczucia. - Kto się budzi?
- Nie my - odpowiedział Elias. - My, którzy już nie żyjemy. My mamy szczęście.
I po tych słowach madame Dorothea osunęła się na ziemię.
4
Pobłogosławiony duch
"Gdy spróbowałem się poruszyć,
Całkiem nie czułem ciała swego,
Jakbym zmarł we śnie i się zmienił
W ducha pobłogosławionego"3.
Samuel Taylor Coleridge Rymy o starym marynarzu
Malcolm ledwie usiedział przy stole te kilka minut potrzebnych do zjedzenia kolacji. Właściwie to sprawiał wrażenie zniecierpliwionego, kiedy kilka godzin po zmierzchu Lucie zauważyła, że powinni coś zjeść. Podejrzewała, że minęło sporo czasu, odkąd Malcolm gościł kogoś w swoim domu. I pewnie rzadko zawracał sobie głowę siadaniem i jedzeniem prawdziwego posiłku przy stole jadalnianym. Zapewne gdy głodniał, wyczarowywał sobie coś do jedzenia tam, gdzie akurat przebywał.
Chociaż zrzędził z tego powodu, w końcu wyjął talerze na danie, które, jak wyjaśnił, jest proste, ale tradycyjne dla kornwalijskich wiosek rybackich: sardynki grillowane nad ogniem, wielkie pajdy chleba, na których skórce można połamać zęby, okrągły kremowy ser i dzbanek cydru. Lucie rzuciła się na jedzenie, jakby nie jadła od wielu dni - co rzeczywiście miało miejsce, zdała sobie sprawę.
Jesse przyjrzał się sardynkom z nieufnością, a one odpowiedziały mu spojrzeniem szklistych ślepi, ale w końcu pogodził się z sytuacją i zjadł kilka. Obserwowanie Jessego przy jedzeniu tak pochłonęło Lucie, że prawie zapomniała o własnym głodzie. Chociaż musiał jeść w czasie, kiedy ona spała, to ewidentnie nadal była to dla niego nowinka. Przy każdym kęsie przymykał oczy, zlizał nawet rozlany cydr z palców z wyrazem twarzy, od którego wnętrzności Lucie się splątały.
Dopiero w połowie posiłku przyszło jej do głowy, by zapytać Malcolma, skąd wziął jedzenie. Ona i Jesse popatrzyli po sobie ze zgrozą, kiedy przyznał, że zwędził je rodzinie, która właśnie miała usiąść do kolacji.
- Będą obwiniać piksy - odpowiedział.
Podobno to były miejscowe psotne faerie.
Lucie przez chwilę czuła się winna, a potem uznała, że oddanie teraz resztek i tak nie ma sensu, więc spróbowała przestać o tym myśleć.
Ledwie talerze zrobiły się puste, Malcolm poderwał się i znowu wyszedł. Zajrzał jeszcze do jadalni, żeby powiedzieć im, że mogą wstawić wodę w czajniku, jeśli mają ochotę, i zostawił ich samych tak szybko, że frontowe drzwi tylko zatrzęsły się na zawiasach, gdy zatrzasnął je za sobą.
- Ciekawe, dokąd chodzi? - powiedział Jesse. Odgryzł delikatnie kawałek tarty z melasą. - Przez większość czasu go nie ma, wiesz? Nawet kiedy byłaś nieprzytomna.
- Nie wiem, dokąd dokładnie chodzi - odpowiedziała Lucie. - Ale wiem, że próbuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego, co się stało z Annabel Blackthorn.
- Och, z jego wielką utraconą miłością? - zapytał Jesse, a kiedy Lucie spojrzała zaskoczona, uśmiechnął się. - Malcolm opowiedział mi trochę. Kochali się, kiedy byli dziećmi, ale jej rodzina tego nie pochwalała. Stracił ją w tragicznych okolicznościach i teraz nawet nie wie, gdzie pochowano jej ciało.
Lucie pokiwała głową.
- Myślał, że została Żelazną Siostrą, ale okazało się, że nigdy do tego nie doszło. Tak mu po prostu powiedziała jej rodzina, żeby przestał jej szukać.
- O tym mi nie wspomniał. Powiedział mi za to, żebym się nie martwił, ponieważ Blackthornowie, którzy go oszukali, to tylko moi dalecy krewni.
- O rety. Co odpowiedziałeś?
Spojrzał na nią kpiarsko.
- Że gdybym miał być odpowiedzialny za fatalne postępki moich bliskich, to mam poważniejsze problemy wśród znacznie bliższych krewnych.
Na wspomnienie o Tatianie Lucie zadrżała. Jesse natychmiast się zaniepokoił.
- Powinniśmy przejść do bawialni? Tam jest napalone.
Lucie uznała, że to doskonały pomysł. Wyjęła wcześniej notes i pióro z kufra w sypialni i myślała, że może trochę popisze po kolacji.
Poszli do pokoju. Jesse poszukał szala dla Lucie, żeby miała się w co zawinąć, a potem podszedł do kominka, przyklęknął i zaczął szturchać żarzące się węgielki pogrzebaczem. Lucie, która wyjątkowo nie miała chęci sięgać po pióro, zwinęła się na kanapie i go obserwowała. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek przestanie zdumiewać się realnością tego nowego Jessego. Skóra zarumieniła mu się od żaru ognia, podwinął rękawy do łokci i mięśnie przedramion napinały się, gdy poruszał rękami.
Wstał i odwrócił się do niej. Lucie nabrała gwałtownie powietrza. Jego twarz była piękna - wiedziała to już wcześniej, rzecz jasna, miał tę samą twarz co zawsze - ale dawniej była wyprana z kolorów, wyblakła, odległa. Teraz jarzyła się bladym ogniem. Cały Jesse zyskał fakturę i głębię, jakiej nie miał wcześniej, roztaczał wrażenie czegoś prawdziwego, czego można dotknąć. Miał też ledwie widoczne cienie pod oczami - czyżby źle sypiał? Spanie musi wydawać mu się dziwne; od tak dawna tego nie robił.
- Jesse... - odezwała się cicho. - Coś się stało?
Uniósł lekko kącik ust.
- Znasz mnie tak dobrze.
- Nie aż tak - odpowiedziała. - Wiem, że coś cię gryzie, ale nie wiem co.
Wahał się chwilę, a potem odpowiedział z brawurą, jakby rzucał się głową naprzód w nieznaną ciemność:
- Chodzi o moje Znaki.
- Twoje... Znaki?
Wyciągnął przed nią nagie przedramiona. Wstała, odrzucając szal; było jej ciepło. Podeszła do niego; nie zauważyła wcześniej Znaków, bo niemal wszyscy, których znała, je mieli. Na grzbiecie prawej dłoni miał starą bliznę po nieudanym runie Wzroku, w zgięciu lewego łokcia miał run Anielskiej Mocy. Wiedziała, że ma jeszcze cztery inne: Siłę na piersi, Szybkość i Precyzję na lewej ręce i nowy run Wzroku na grzbiecie lewej dłoni.
- Te nie należą do mnie - powiedział, patrząc na runy Wzroku i enkeli. - Należą do zmarłych ludzi, ludzi, których zamordował Belial, posługując się moimi rękami. Od dziecka chciałem mieć runy, ale teraz czuję się, jakbym nosił ślady ich śmieci na ciele.
- Jesse, to nie twoja wina. Nic z tego nie jest twoją winą. - Ujęła jego twarz i zmusiła go, żeby spojrzał jej w oczy. - Posłuchaj mnie. Mogę tylko wyobrażać sobie, jakie to musi być potworne uczucie, ale nie miałeś nad tym żadnej kontroli. I kiedy... kiedy wrócimy do Londynu, jestem pewna, że będzie można usunąć runy, a ty będziesz mógł nałożyć sobie nowe, które będą twoje własne, jeśli tak zdecydujesz. - Pochyliła głowę. Teraz ich twarze znajdowały się kilka cali od siebie. - Wiem, jak to jest otrzymać od Beliala coś, o co nie prosiłeś, czego nie chciałeś.
- Lucie... to co innego...
- Nieprawda - szepnęła. - Ty i ja jesteśmy pod tym względem podobni. Mam tylko nadzieję, że zawsze będę równie dzielna, jak ty byłeś, że będę znosić to równie dobrze jak ty...
Pocałował ją. Nabrała gwałtownie powietrza tuż przy jego ustach, zsunęła dłonie na jego ramiona i przywarła do niego. Całowali się już wcześniej, na Nocnym Targu. To jednak było coś zupełnie innego. To była taka sama różnica jak między słuchaniem, jak ktoś opisuje ci jakiś kolor, i ujrzeniem go wreszcie na własne oczy.
Wsunął dłonie w jej włosy, plącząc palcami grube pasma. Czuła, jak jego ciało zmienia się, gdy ją obejmuje, jak napinają mu się mięśnie, jak bucha między nimi żar. Otworzyła usta dla niego, niemal zaszokowana własnym brakiem oporów. Smakował cydrem i miodem. Jego ręce zsunęły się, ujęły ją za łopatki, przesunęły się po łuku pleców. Lucie czuła, jak szybko bije mu serce, gdy przyciska ją do siebie, słyszała niski jęk narastający w jego gardle. Drżał, szeptał przy jej ustach, powtarzając jej imię: "Lucie, Lucie", a ona czuła się żywa jak nigdy dotąd.
Zakręciło jej się w głowie, jakby miała upaść. Jakby miała spaść w ciemność. Tak samo jak w wizjach albo snach, jakie miała, gdy leżała na wpół przytomna w łóżku. Czuła się tak jak wtedy, gdy go wskrzesiła - jakby zatracała siebie, jakby traciła wszystko, co łączy ją z realnym światem.
- Och... - Odsunęła się zdezorientowana. Zamrugała. Spojrzała w jego płonące zielone oczy i zobaczyła, że wzrok mu pociemniał od pożądania. - Niech to licho...
Zarumieniony i bardzo potargany Jesse zapytał:
- Nic ci nie jest?
- Na chwilę zakręciło mi się w głowie... Pewnie nadal jestem zmęczona i czuję się trochę rozchwiana - odpowiedziała ze smutkiem. - Co jest okropne, bo naprawdę podobał mi się ten pocałunek.
Jessemu zaparło dech w piersi. Wyglądał na oszołomionego, jakby właśnie ktoś go gwałtownie obudził.
- Nie mów takich rzeczy, bo wtedy mam ochotę znowu cię pocałować. A pewnie nie powinienem, jeśli czujesz się... rozchwiana.
- Może pocałuj mnie w szyję - zasugerowała, patrząc na niego spod rzęs.
- Lucie... - Nabrał z drżeniem powietrza, pocałował ją w policzek i odsunął się o krok. - Zapewniam cię, że miałbym trudność, żeby się na tym zatrzymać. Co oznacza, że wezmę teraz pogrzebacz i zajmę się ogniem, jak każe przyzwoitość.
- A jeśli spróbuję cię znowu pocałować, to przyłożysz mi pogrzebaczem? - Uśmiechnęła się.
- W żadnym razie. Zrobię to, co każdy dżentelmen zrobić powinien, i zdzielę siebie pogrzebaczem, a ty sama możesz wyjaśnić tę jatkę Malcolmowi, kiedy już wróci.
- Wątpię, żeby Malcolm zamierzał zostać tu dłużej. - Lucie westchnęła, patrząc na iskry podskakujące na kominku, tańczące złote i czerwone drobiny. - W pewnym momencie będzie musiał wrócić do Londynu. Jest w końcu Najwyższym Czarownikiem.
- Lucie - powiedział cicho Jesse. Odwrócił się, żeby przez chwilę popatrzeć na ogień. Światło tańczyło w jego oczach. - A jakie my mamy plany na przyszłość? Będziemy musieli wrócić do świata.
Lucie przetrawiła jego słowa.
- Pewnie jeśli Malcolm nas stąd wyrzuci, możemy zostać rozbójnikami napadającymi na podróżnych. Będziemy okradać tylko okrutnych i niesprawiedliwych, rzecz jasna.
Jesse uśmiechnął się niechętnie.
- Niestety słyszałem, że możliwość uprawiania tego fachu drastycznie zmalała z racji wzrostu popularności automobilów.
- To zwiążemy się z cyrkiem.
- Niestety przerażają mnie klauni i szerokie pasy.
- To wskoczymy na pokład parowca płynącego do Europy - powiedziała Lucie, której nagle spodobał się ten pomysł. - I zostaniemy wędrownymi muzykami.
- Strasznie fałszuję - odparł Jesse. - Lucie...
- A co twoim zdaniem powinniśmy zrobić?
Wziął głęboki wdech.
- Myślę, że powinnaś wrócić do Londynu beze mnie.
Lucie cofnęła się krok.
- Nie. Nie zrobię tego. Ja...
- Masz rodzinę, która cię kocha. Nigdy mnie nie zaakceptują... Byłoby szaleństwem oczekiwać czegoś innego, a nawet gdyby... - Pokręcił głową sfrustrowany. - Nawet gdyby zaakceptowali mnie, to jak wyjaśniliby Enklawie moje istnienie, nie ściągając na siebie makabrycznych kłopotów? Nie chcę odbierać im ciebie. Musisz do nich wrócić. Powiedzieć im to, co trzeba, wymyślić coś, mniejsza o szczegóły. Ja będę trzymał się z dala, żeby nie spadło na ciebie żadne oskarżenie z powodu tego, co zrobiłaś.
- Co zrobiłam? - powtórzyła niemal szeptem.
Oczywiście potwornie często myślała o zgrozie, jaka ogarnęłaby jej przyjaciół i rodzinę, gdyby poznali zasięg jej mocy. Gdyby się dowiedzieli, że nie tylko widzi duchy, ale i panuje nad nimi. Że rozkazała Jessemu powrócić z mrocznego świata pomiędzy, gdzie uwięziła go Tatiana. Że zawlekła go z powrotem przez próg między życiem a śmiercią, cisnęła go znów do świata żywych. Bo taka była jej wola.
Obawiała się tego, co mogliby pomyśleć; nie przewidziała, że Jesse też się przerazi jej mocą.
- To ja sprowadziłam cię z powrotem - oznajmiła sztywno. - Mam wobec ciebie zobowiązania. Nie możesz zostać tutaj i... zostać rybakiem w Kornwalii... i nigdy więcej nie zobaczyć Grace! Nie ja jedna mam rodzinę.
- Pomyślałem o tym i oczywiście, że zobaczę się z Grace. Napiszę do niej najpierw, gdy już to będzie bezpieczne. Rozmawiałem z Malcolmem. Uważa, że najlepiej będzie, jeśli przeniosę się Bramą do odległego Instytutu i przedstawię się jako Nocny Łowca tam, gdzie nikt nie zna mojej twarzy ani mojej rodziny.
Lucie zamarła. Nie zdawała sobie sprawy, że Malcolm i Jesse omawiali plany, rozmawiali o niej, kiedy była nieprzytomna. Nie podobała jej się ta myśl.
- Jesse, to idiotyczne. Nie chcę, żebyś żył na takim... wygnaniu.
- Przynajmniej będę żył - odpowiedział. - Dzięki tobie.
Pokręciła głową.
- Nie sprowadziłam cię z powrotem do żywych, żebyś... - "Żebyś mógł ode mnie odejść", prawie powiedziała, ale ugryzła się w język.
Usłyszała hałas przy frontowych drzwiach. Oboje spojrzeli po sobie skonsternowani.
- Co to mogło być? - szepnęła Lucie.
- Pewnie nic takiego. Może ktoś z wioski szuka Malcolma. Pójdę, otworzę.
Jesse wziął pogrzebacz i wyszedł z pokoju. Lucie ruszyła za nim pośpiesznie, zastanawiając się, dlaczego Blackthornowie tak bardzo lubią wykorzystywać przyrządy kominkowe w charakterze broni.
Zanim Jesse dotarł do drzwi, Lucie stanęła przed nim - instynkt kazał jej chronić go nawet wtedy, kiedy tego nie potrzebował. Odepchnęła go na bok i otworzyła drzwi z impetem. Wytrzeszczyła oczy po części ze zgrozy, po części z ulgi, widząc trzy postaci w zimowych płaszczach, zarumienione od zimna i długiego spaceru pod górę.
Jej brat. Jej ojciec. I Magnus Bane.
***
Cordelii śniło się, że stoi na wielkiej szachownicy ciągnącej się w nieskończoność pod równie nieskończonym nocnym niebem. Gwiazdy migotały w czerni jak rozrzucone diamenty. Gdy tak patrzyła, jej ojciec w rozdartym, zakrwawionym płaszczu wszedł chwiejnym krokiem na szachownicę. Padł na kolana, a ona rzuciła się biegiem w jego stronę, lecz chociaż biegła najszybciej, jak potrafiła, nie mogła pokonać dzielącej ich odległości. Szachownica nadal rozciągała się między nimi, krew rozlewała się wokół niego na czarno-białych polach.
- Baba! Baba! - krzyczała. - Tatusiu, proszę!
Szachownica odsunęła się od niej i nagle Cordelia stała w bawialni przy Curzon Street, a blask ognia rozlewał się po szachownicy, na której tak często grała z Jamesem. James stał przy kominku z ręką opartą na półce. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć, boleśnie piękny w świetle płomieni. Jego oczy miały kolor stopionego złota.
Te oczy w ogóle jej nie poznawały.
- Kim jesteś? - zapytał. - Gdzie jest Grace?
Cordelia obudziła się ze zduszonym krzykiem, zawinięta ciasno w pościel. Wyplątała się szarpana odruchem wymiotnym, wbijając palce w poduszkę. Tęskniła za matką, za Alastairem. Za Lucie. Ukryła twarz w rękach, cała się trzęsła.
Drzwi do jej sypialni otworzyły się raptownie, jasne światło wpadło do pokoju. W progu stał obrysowany światłem potargany Matthew, ubrany w szlafrok.
- Usłyszałem krzyk - wyjaśnił pośpiesznie. - Co się stało?
Cordelia odetchnęła głęboko i rozluźniła pięści.
- Nic. To tylko sen. Śniłam... że ojciec mnie woła. Prosi, żebym go uratowała.
Usiadł obok niej, materac ugiął się pod jego ciężarem. Pachniał kojąco - mydłem i wodą kolońską. Wziął ją za rękę i trzymał, aż jej puls zwolnił.
- Jesteśmy tacy sami - powiedział. - Chorujemy na duszach z powodu starych ran. Wiem, że się obwiniasz za Lilith, za Jamesa, ale musisz przestać, Daisy. Oboje wyzdrowiejmy z naszych chorób duszy. Tu, w Paryżu, przezwyciężymy ból.
Trzymał ją za rękę, aż zasnęła.
***
James nie był pewien, jakiej reakcji spodziewał się po Lucie na ich widok, ale mimo wszystko zdębiał, gdy strach rozbłysnął na jej twarzy.
Cofnęła się o krok, prawie przewracając chłopca, który stał obok niej - Jessego Blackthorna, to był Jesse Blackthorn! - i uniosła ręce, jakby chciała ich odepchnąć. Jakby chciała odepchnąć Jamesa i własnego ojca.
- O rety - mruknął Magnus.
James uznał, że to duże niedopowiedzenie. Był wyczerpany do szpiku kości - wycieńczyły go koszmary przerywające niewygodną podróż powozem, spowiedź przed Magnusem i ojcem oraz długa, mokra wędrówka po śliskim klifie do domu Malcolma Fade'a. Mimo to wyraz twarzy Lucie - niepokój, strach - sprawił, że natychmiast chciał stanąć w jej obronie.
- Luce - powiedział, wchodząc do chaty. - Już wszystko w porządku...
Lucie spojrzała na niego z przelotną wdzięcznością, a potem wzdrygnęła się, kiedy Will wyjął ostrze zza pasa, wszedł do domu i złapał Jessego Blackthorna za przód koszuli. Ze sztyletem w pięści, z furią w oczach, pchnął chłopaka na ścianę.
- Przebrzydły duchu - warknął. - Coś ty zrobił mojej córce, żeby zmusić ją, by cię tu sprowadziła? Gdzie jest Malcolm Fade?
- Tato, nie... - Lucie rzuciła się do Willa, ale James złapał ją za rękę.
Rzadko widywał ojca rozgniewanego, ale Will był skłonny do wybuchów, gdy już go poniosło, a nic tak nie rozniecało jego gniewu, jak niebezpieczeństwo grożące jego własnej rodzinie.
- Tad - rzucił nagląco James. Posługiwał się walijskim słowem oznaczającym "ojca" tylko wtedy, kiedy naprawdę chciał zwrócić uwagę Willa. - Poczekaj.
- Tak, proszę, poczekaj - wtrąciła się Lucie. - Przepraszam, że wyjechałam tak nagle, ale nie rozumiesz...
- Rozumiem, że to był trup, którego opętał Belial - powiedział Will, trzymając ostrze przy gardle Jessego.
Chłopak ani drgnął. Nie poruszył się, odkąd Will go złapał. Nie odezwał się też ani słowem. Był bardzo blady (cóż, tego należało się spodziewać, pomyślał James), jego zielone oczy płonęły. Ręce trzymał opuszczone przy bokach, jakby mówił "Widzicie? Nie stanowię zagrożenia".
- Rozumiem, że moja córka ma miękkie serce i myśli, że może uratować każdego padłego wróbla - ciągnął Will. - Rozumiem, że martwi nie mogą ożyć, o ile żywi nie zapłacą straszliwej ceny.
James, Lucie i Magnus zaczęli mówić wszyscy naraz. Will powiedział coś w złości, czego James nie dosłyszał. Magnus, ewidentnie sfrustrowany, pstryknął palcami. Niebieskie iskry skoczyły ku nim, świat nagle całkowicie ucichł. Nawet szum wiatru zniknął, połknięty przez czar Magnusa.
- Dość tego - orzekł czarownik. Opierał się o framugę drzwi z kapeluszem zsuniętym na czoło, w pozie emanującej wymuszonym spokojem. - Jeśli mamy rozmawiać o nekromancji albo prawdopodobnej nekromancji, to jest to moja dziedzina, a nie wasza. - Przyjrzał się uważnie Jessemu; w jego zielono-złotych oczach malowała się zaduma. - Czy on mówi?
Jesse uniósł brwi.
- Ach, racja - powiedział Magnus i znowu pstryknął palcami. - Koniec z czarem ciszy. Mów więc.
- Mówię - oznajmił spokojnie Jesse. - Kiedy mam coś do powiedzenia.
- Ciekawe - mruknął Magnus. - A krwawi?
- O, nie - zaprotestowała Lucie. - Nie zachęcaj mojego ojca. Tato, nawet się nie waż...
- Lucie - powiedział Jesse. - To nic takiego.
Uniósł rękę, tę ze skradzionym runem Wzroku na grzbiecie. Przesunął dłoń na czubek sztyletu Willa. Zebrała się kropla krwi, czerwona i jasna, spłynęła po dłoni, zabarwiając szkarłatem mankiet białej koszuli.
Magnus zmrużył oczy.
- A to jeszcze ciekawsze. W porządku, mam dość marznięcia w progu. Malcolm musi mieć jakiś salon. Ceni sobie wygodę. Lucie, zaprowadź nas tam.
Kiedy już weszli do salonu - bardziej staroświeckiego i ładniejszego, niż James by się spodziewał - Will i James opadli na długą sofę. Lucie stała i patrzyła, jak Magnus stawia Jessego przed huczącym kominkiem i przeprowadza pełne magiczne badanie.
- Czego szukasz? - spytał Jesse.
James uznał, że chłopak się denerwuje.
Magnus zerknął na niego przelotnie, jego palce skrzyły się na niebiesko. Parę iskier zaplątało się we włosy Jessego: wyglądały jak skarabeusze.
- Śmierci.
Jesse stał nieruchomo, z ponurym stoicyzmem. James przypuszczał, że nauczył się znosić nieprzyjemne sytuacje, zważywszy na to, jakie życie miał za sobą... O ile można to nazwać życiem. Początki owszem, ale jak nazwać to, czego doświadczał potem? Swego rodzaju koszmarem życia w śmierci, jakby był potworem z wiersza Coleridge'a.
- On nie jest martwy - powiedziała Lucie. - Nigdy nie był. Dajcie mi wyjaśnić.
Sprawiała wrażenie zmęczonej, tak jak James, kiedy wyjawił wszystkie swoje sekrety w przydrożnym zajeździe. Ilu kłopotów można by uniknąć, gdyby tylko od początku ufali sobie wzajemnie? - pomyślał.
- Luce - odezwał się łagodnie. Wyglądała na ogromnie zmęczoną, młodszą i starszą zarazem, niż ją zapamiętał. - Powiedz nam.
Wielu faktów z historii Lucie domyślał się wcześniej, przynajmniej w ogólnym zarysie, jeśli nie w szczegółach. Najpierw była opowieść o Jessem: o Belialu, o jego własnej matce i o tym, co mu zrobiła. Wiele z tego James już wiedział - że Belial posłużył się skorumpowanym czarownikiem Emmanuelem Gastem, który umieścił w Jessem ziarno demonicznej esencji Beliala, kiedy ten był małym dzieckiem; że ta esencja zniszczyła Jessego, kiedy nadszedł czas nałożenia mu pierwszego Znaku. Wiedział, że Tatiana zamieniła umierającego syna w żywą zjawę - nocami był duchem, za dnia trupem. Przechowała jego ostatnie tchnienie w złotym medaliku (który teraz Lucie nosiła na szyi), mając nadzieję, że pewnego dnia z jego pomocą przywróci Jessemu życie.
I wiedział, że Jesse poświęcił to ostatnie tchnienie, żeby ocalić właśnie jego, Jamesa.
- Naprawdę? - Will pochylił się, marszcząc czoło w sposób, który zdradzał raczej zadumę niż niezadowolenie. - Ale... jak?
- To prawda - potwierdził James. - Widziałem go.
Chłopiec pochylał się nad nim, chłopiec o czarnych włosach jak jego własne i zielonych oczach w kolorze wiosennych liści, chłopiec, który już zaczynał rozwiewać się na brzegach, jak postać widziana w chmurze, która znika, gdy zmienia się wiatr.
- Powiedziałeś: "Kim jesteś?" - przypomniał sobie Jesse. Magnus skończył go badać i Jesse, oparty o półkę nad kominkiem, patrzył na Lucie opowiadającą swoją historię, która była także jego własną. Wyglądał, jakby ta opowieść wyczerpywała i jego. - Ale... nie mogłem ci odpowiedzieć.
- Pamiętam - powiedział James. - Dziękuję. Za uratowanie mi życia. Nie miałem okazji wcześniej tego zrobić.
Magnus odchrząknął.
- Dość tych czułostek - powiedział, ewidentnie chcąc uprzedzić Willa, który sprawiał wrażenie, jakby chciał poderwać się i porwać Jessego w ojcowskie objęcia. - Dobrze orientujemy się, co się przydarzyło Jessemu. Nie rozumiemy jednak, droga Lucie, jak sprowadziłaś go z powrotem w obecnym stanie. A niestety musimy o to zapytać.
- Teraz? - zapytał James. - Jest późno, musi być wycieńczona...
- W porządku, Jamie - powiedziała Lucie. - Chcę odpowiedzieć.
I zrobiła to. Opowiedziała, jak odkryła swoją władzę nad umarłymi. Wyjawiła, że nie tylko ich widzi, nawet kiedy chcą pozostać ukryci, tak jak potrafią to James i Will, ale może im rozkazywać, a umarli muszą jej słuchać. Ta opowieść przypominała Jamesowi odkrycie własnej mocy, połączone poczucie siły i wstydu, jakie się z tym wiązało.
Chciał wstać i wyciągnąć ręce do siostry. Zwłaszcza gdy opowiadała dalej o tym, jak przywołała armię umarłych, żeby wyciągnęli Cordelię z Tamizy. Chciał jej powiedzieć, jak wiele dla niego znaczy to, że uratowała życie Cordelii; chciał jej powiedzieć, jak potworna zgroza go ogarnęła na myśl, że mógłby stracić Cordelię. Nie odezwał się jednak. Lucie nie miała powodu nie wierzyć, że James nie kocha Grace i wyszedłby tylko w jej oczach na hipokrytę.
- Czuje się nieco urażony tym, że zwróciłaś się o radę w sprawie Jessego do Malcolma Fade'a, a nie do mnie - odezwał się Magnus. - Zwykle to mnie w pierwszej kolejności zadręczacie i uważam to za piękną tradycję.
- Byłeś w Spiralnym Labiryncie - przypomniała mu Lucie. - I... istniały inne powody, żeby zapytać Malcolma, ale teraz to nie ma znaczenia. - James, który czuł, że wbrew sobie stał się mistrzem w mówieniu tylko tego, czego wymagała sytuacja w danym momencie, podejrzewał, że owszem, miało to znaczenie i to całkiem spore, ale nie odezwał się ani słowem. - Malcolm powiedział nam, powiedział mi, że Jesse ugrzęzł jakby na progu między śmiercią i życiem. Dlatego nie mogliście go widzieć, tak jak potraficie widzieć zwykłe duchy. - Spojrzała na Willa. - Ponieważ nie był tak naprawdę martwy. To, czym się posłużyłam, żeby go przywrócić od życia, to nie była nekromancja. Po prostu... - Splotła dłonie. - Rozkazałam mu żyć. To nie podziałałoby w przypadku naprawdę martwej osoby, ale ponieważ tylko łączyłam żywą duszę z żywym ciałem, które zostały w niewłaściwy sposób rozdzielone... udało się.
Will odsunął pasemko czarnych szpakowatych włosów z czoła.
- Co o tym myślisz, Magnusie?
Magnus spojrzał na Jessego, który - sztywny z nerwów - nadal opierał się o kominek. Westchnął.
- Wyczuwam kilka plam energii śmierci na Jessem. - Uniósł palec, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać. - Ale tylko w miejscach, gdzie Belial umieścił na nim runy.
Czyli James opowiedział Willowi i Magnusowi, co dokładnie Belial zrobił Jessemu, pomyślała Lucie. Jesse miał zaś taką minę, jakby chciał zwymiotować.
- Poza tym, na ile jestem w stanie to orzec, to zdrowy, żywy człowiek - dodał Magnus. - Widziałem, co się dzieje, gdy wskrzesi się zmarłego. To... jest co innego.
- Byłem przy tym, kiedy Lucie kazała Jessemu wyrzucić Beliala. I zrobił to. Niełatwo jest walczyć z księciem piekieł o własną duszę. A wygrać w tej walce... - James spojrzał Jessemu w oczy. - To wymaga odwagi i czegoś więcej. To wymaga dobra. Lucie mu ufa, myślę, że my też powinniśmy mu zaufać.
Odrobina napięcia uszła z Jessego, wydawało się, że oplatające go niewidzialne łańcuchy nieco się poluzowały. Spojrzał na Willa. Wszyscy spojrzeli na Willa, Lucie z desperacką nadzieją w oczach.
Will wstał i przeszedł przez pokój do Jessego, który nie wzdrygnął się, ale widać było, że się denerwuje. Stał nieruchomo i patrzył, nie spuszczając wzroku. Czekał na pierwszy ruch Willa.
- Ocaliłeś życie mojemu synowi - powiedział Will. - A moja córka ci ufa. To mi wystarczy. - Wyciągnął dłoń do Jessego, żeby ją uścisnąć. - Wybacz, że wątpiłem w ciebie, synu.
Przy ostatnim słowie Jesse rozpromienił się jak słońce wychodzące zza chmury. James zdał sobie sprawę, że Jesse nigdy nie miał ojca. Jego jedynym rodzicem była Tatiana, jedyną poza tym dorosłą siłą w jego życiu był Belial.
Will musiał pomyśleć o tym samym.
- Naprawdę wyglądasz jak skóra zdarta z ojca - powiedział do Jessego. - Zupełnie jak Rupert. Szkoda, że go nigdy nie poznałeś. Na pewno byłby z ciebie dumny.
Jesse wyglądał, jakby przybyło mu kilka centymetrów wzrostu. Lucie rozpromieniła się, patrząc na niego.
No tak, pomyślał James. To nie jest zwykła fascynacja. Ona naprawdę jest zakochana w Jessem Blackthornie. Dlaczego nigdy wcześniej się tego nie domyśliłem?
Z drugiej strony - sam też strzegł własnych sekretów związanych z miłością. Pomyślał o Matthew, który właśnie był z Cordelią w Paryżu. Starał się oddychać mimo bólu, który poczuł na tę myśl.
- No dobrze - odezwał się Will zdecydowanym tonem, łapiąc Jessego za ramię. - Możemy tu stać i obwiniać Tatianę, i uwierz mi, że winię ją, ale to nie zmienia obecnej sytuacji. Wygląda na to, że jesteś naszym zmartwieniem, młody Jesse. Co z tobą poczniemy?
Lucie zmarszczyła brwi.
- Dlaczego nie pójdziemy prosto do Clave? I nie wyjaśnimy im, co się stało? Wiedzą już, że Tatiana snuła mroczne intrygi. Nie będą obwiniać Jessego za to, co mu zrobiono.
Magnus przewrócił oczami i wzniósł wzrok.
- Nie. W żadnym razie. To okropny pomysł.
Lucie spiorunowała go spojrzeniem.
Magnus wzruszył ramionami.
- Lucie, masz dobre serce - dodał. Lucie pokazała mu język, a on się uśmiechnął. - Ale to byłoby dość niebezpieczne wiązać Clave z tą sprawą na większą skalę. Są tacy, którzy mają wszelkie powody, żeby uwierzyć w tę historię, ale równie wielu, jeśli nie więcej, zdecydowanie wolałoby w nią nie uwierzyć.
- Magnus ma rację - poparł go Will. - Niestety. W grę wchodzą różne niuanse. Jesse nie został wskrzeszony, bo nigdy tak naprawdę nie umarł. Niemniej został opętany przez Beliala. I w tym czasie...
Światło zgasło na twarzy Jessego.
- Dopuściłem się potworności - dokończył. - Powiedzą: "Jeśli żył, to jest odpowiedzialny za to, co zrobił. Jeśli nie żył, to ożywiła go nekromancja". - Zerknął na Lucie. - Mówiłem ci, że nie mogę wrócić do Londynu. Moja historia jest skomplikowana, a ludzie nie chcą słuchać skomplikowanych historii. Chcą prostych opowieści, w których ludzie są dobrzy albo źli, i dobrzy nigdy nie popełniają błędów, a źli nigdy nie pokutują za swoje grzechy.
- Nie musisz niczego odpokutowywać - zapewnił go James. - Jeśli ktoś wie, co to znaczy słuchać szeptu Beliala, to ja.
- Ach, ale ty nigdy nie zrobiłeś tego, co ci kazał, prawda? - powiedział z gorzkim uśmiechem Jesse. - Myślę, że nie ma innego wyjścia: muszę odejść. Przybrać nową tożsamość...
- Jesse, nie. - Lucie ruszyła do niego, ale zaraz się cofnęła. - Zasługujesz na to, żeby mieć własne, swoje życie. To, które Tatiana ci ukradła.
Jesse nie odpowiedział. James, przypominając sobie napomnienie siostry, żeby traktować go jak człowieka, zapytał:
- Jesse, a co ty chciałbyś zrobić?
- Czego ja chcę? - powtórzył Jesse ze smutnym uśmiechem. - Pragnę czterech niemożliwych rzeczy. Chcę dołączyć do Enklawy w Londynie. Chcę być Nocnym Łowcą, na jakiego się urodziłem. Chcę zostać zaakceptowany jako normalna, żywa osoba. I pragnę odnaleźć siostrę, jedyną prawdziwą rodzinę, jaką kiedykolwiek miałem. Nie widzę jednak, jak cokolwiek z tego miałoby być możliwe.
Gdy zastanawiali się nad tym, w pokoju zapadła cisza. Przerwało ją nagłe głośne skrzypienie, na którego dźwięk wszyscy aż podskoczyli. Dobiegło od strony wejścia i po chwili Malcolm Fade wszedł do pokoju, otrzepując buty ze śniegu na kamiennej podłodze. Nie miał kapelusza, białe płatki plątały mu się w już białych włosach. Wyglądał na szczuplejszego, niż kiedy James ostatni raz go widział. Miał rozgorączkowany i dziwnie nieobecny wzrok. Potrzebował długiej chwili, żeby spostrzec, że jego salon jest pełen gości. Kiedy wreszcie to zauważył, zamarł.
- Pomyśleliśmy, że wpadniemy, Malcolmie - rzucił swobodnie Magnus.
Malcolm miał taką minę, jakby niczego nie pragnął bardziej niż czmychnąć w noc i rankiem wylądować być może w Rio de Janeiro albo w jakimś innym odległym miejscu. Zamiast tego westchnął i uciekł za ostatni szaniec Anglika w trudnym położeniu:
- Herbaty?
***
Było już późno i Annę Lightwood ogarniało zmęczenie. Niestety przyjęcie w jej mieszkaniu trwało w najlepsze. Niemal wszyscy jej przyjaciele spośród Nocnych Łowców wyjechali z różnych niemądrych powodów, więc skorzystała z okazji, żeby zaprosić paru Podziemnych, których zawsze chciała lepiej poznać. Claude Kellington, naczelny muzyk w Helle Ruelle, miał do przedstawienia nową kompozycję i pragnął to zrobić dla niewielkiej publiczności. Mieszkanie Anny jego zdaniem doskonale się do tego nadawało.
Nowy utwór Kellingtona wiązał się z dużą ilością śpiewu, co nigdy nie było najmocniejszą stroną Claude'a. Anna nie zdawała sobie też sprawy, że był to cykl pieśni opartych na poemacie epickim, który sam napisał. Koncert trwał właśnie czwartą godzinę i goście Anny, mimo przychylnego nastawienia do artysty, dawno temu znudzili się i upili. Kellington, którego publiczność w Hell Ruelle zwykle była znudzona i pijana, nawet tego nie zauważył; nie znał też najwyraźniej - jak spostrzegła Anna - słowa "przerwa".
Teraz wampir i wilkołak, których imion Anna nie pamiętała, spletli się w namiętnym uścisku na jej sofie - był to przynajmniej dobry krok w kierunku poprawy stosunków wśród Podziemnych. Ktoś w kącie przy gablocie z porcelaną wciągał tabakę. Nawet wypchany wąż Percy wyglądał na wykończonego. Od czasu do czasu Anna zerkała dyskretnie na zegarek, odnotowując mijające godziny, ale nie miała pojęcia, jak uprzejmie przerwać Kellingtonowi. Za każdym razem, gdy milkł na chwilę, wstawała, żeby mu przerwać, a on przechodził wtedy do następnej części.
Hyacinth, bladoniebieska faerie pracująca u Hypatii Vex, przez cały wieczór rzucała Annie dwuznaczne spojrzenia. Łączyła je wspólna historia, a Anna nie lubiła powtarzać lekkomyślnych hulanek z przeszłości. Mimo wszystko koncert Kellingtona normalnie doprowadziłby do tego, że wylądowałaby w ramionach Hyacinth przed upływem pierwszej godziny. Teraz jednak świadomie unikała jej spojrzeń. Widok Hyacinth tylko przypominał jej ostatnie słowa, jakie wypowiedziała do niej Ariadne: "To przeze mnie stałaś się taka, jaka jesteś. Twarda i błyszcząca jak diament. Nieprzystępna".
W ostatnich dniach te same słowa powtarzały się w jej umyśle za każdym razem, gdy myślała o romansie. To, co kiedyś ją interesowało - szelest halek opadających na ziemię, szept rozpuszczanych włosów - przestało ją intrygować, o ile nie były to włosy Ariadne. Halki Ariadne.
Wmawiała sobie, że w końcu zapomni. Zmusi się do tego. Poszuka czegoś, co rozproszy jej uwagę. Czegoś takiego, jak na przykład występ Kellingtona. Prowadziła także lekcje rysunku z Percym jako modelem, uczestniczyła w kilku szokująco nudnych wampirzych baletach, grała w karty z Hypatią do świtu. Brakowało jej Matthew tak bardzo, że nie sądziła nawet, że to możliwe. Z pewnością on zdołałby zająć czymś jej uwagę.
Otrząsnęła się z zadumy, kiedy nagle ktoś zapukał do drzwi. Zaskoczona wstała. Było dość późno jak na niespodziewanego gościa. Może, pomyślała z nadzieją, sąsiad przyszedł poskarżyć się na hałasy?
Przeszła przez pokój i otworzyła drzwi. W progu stała trzęsąca się z zimna Ariadne Bridgestock.
Oczy miała czerwone, policzki pokryte plamami. Płakała. Annie zacisnął się żołądek. Cokolwiek wymyślała sobie, że powie Ariadne przy następnym spotkaniu, w okamgnieniu wyparowało jej z głowy. Zamiast tego poczuła strach - co się stało?
- Przepraszam, że ci przeszkadzam. - Ariadne uniosła wysoko podbródek, oczy błyszczały jej wyzywająco. - Wiem, że nie powinnam była przychodzić. Nie mam jednak dokąd pójść.
Anna bez słowa odsunęła się na bok i wpuściła ją do mieszkania. Ariadne weszła. Miała niewielką torbę podręczną, a płaszcz, który włożyła, był zdecydowanie za cienki na tę pogodę. Nie nosiła rękawiczek. Anna zaniepokoiła się jeszcze bardziej. Zdecydowanie stało się coś złego.
W tej samej chwili, chociaż Ariadne nie odezwała się ani słowem, Anna podjęła decyzję.
Podeszła do pianina, na którym Kellington grał fortissimo i wyśpiewywał coś o samotnym wilku w blasku księżyca, i zamknęła mu klapę na palcach. Muzyka urwała się gwałtownie, Kellington spojrzał na Annę z urazą. Udała, że tego nie widzi.
- Ogromnie dziękuję za to, że dziś przyszliście, ale niestety pojawiła się nagła sprawa dotycząca Nefilim - powiedziała głośno. - Muszę więc prosić, żebyście wyszli.
- Jestem dopiero w połowie - zaprotestował Kellington.
- Wobec tego zbierzemy się ponownie za jakiś czas, żeby posłuchać drugiej połowy - skłamała Anna.
W parę minut zdołała pozbyć się z mieszkania stadka kilkunastu gości. Parę osób narzekało, ale większość robiła wrażenie zdumionych. Kiedy za ostatnią zamknęły się drzwi, zapadła cisza, upiorne znieruchomienie, jakie nadchodzi po zakończeniu przyjęcia. Została tylko Ariadne.
Parę minut później Ariadne niespokojnie przysiadła na kanapie Anny i podkuliła nogi. Jej płaszcz suszył się przy ogniu. Wreszcie przestała się trząść, gdy Anna wlała w nią trochę herbaty, ale nadal miała ponury, nieobecny wzrok. Anna czekała, wyciągając się z fałszywą beztroską na oparciu kanapy.
Sącząc herbatę, Ariadne rozejrzała się powoli po mieszkaniu. Anna to zdziwiło, aż wreszcie zdała sobie sprawę, że Ariadne nigdy wcześniej u niej nie była. Anna zawsze planowała ich spotkania gdzie indziej.
- Pewnie zastanawiasz się, co tu robię - powiedziała Ariadne.
Och, Aniołowi niech będą dzięki, sama zacznie ten temat, pomyślała Anna. Zawsze chętnie przyjmowała w swoim mieszkaniu potrzebujących: Eugenię płaczącą z powodu Augustusa Pounceby'ego, Matthew wypełnionego smutkiem, którego nie potrafił nazwać, Christophera zamartwiającego się, że jego naukowe badania do niczego nie prowadzą, Cordelię rozpaczliwie zakochaną w Jamesie, ale zbyt dumną, żeby się do tego przyznać. Wiedziała, jak rozmawiać z tymi, którzy mają złamane serca. Wiedziała, że lepiej nie dopytywać się i poczekać, aż sami zaczną mówić.
Jednak z Ariadne sprawy miały się inaczej. Anna wiedziała, że może nie wytrzymać dłużej i sama zacznie się dopytywać, co się stało. Sprawa była zbyt ważna. Na tym polegał problem. W przypadku Ariadne sprawy zawsze były zbyt ważne.
Ariadne zaczęła mówić, najpierw powoli, a potem szybciej. Wyjaśniła, że wcześniej tego dnia Konsul przyszła zapytać, czy mają jakieś wieści od jej ojca, a ona poszła potem do jego gabinetu i znalazła zapiski na temat Herondale'ów i Lightwoodów, gdzie odnotował każdą okazję, gdy któreś z nich choćby nagięło jakieś drobne prawo albo spowodowało problemy w Enklawie z racji swojej pomyłki. Żadna z tych kwestii, jak dodała, nie była dość poważna, żeby wymagała zainteresowania Inkwizytora.
Anna nie zapytała - chociaż bardzo chciała zapytać - czy były tam zapiski bezpośrednio na jej temat. Zamiast tego zmarszczyła czoło i powiedziała:
- Nie podoba mi się to. Co zamierzał w ten sposób osiągnąć?
- Nie wiem, ale nie to było najgorsze - odpowiedziała Ariadne. - Najgorsze było to. Leżało w kominku, na wpół spalone.
Wyjęła z kieszeni płaszcza kawałek papieru, pognieciony i poczerniały na brzegach. Podała go Annie. To był ewidentnie list z niechlujnym podpisem Inkwizytora w połowie kartki, ale przypalony i z wypalonymi dziurkami w różnych miejscach; brakowało też pierwszej strony.
...i zawsze uważałem, że jesteś najjaśniejszą [kleks] na firmamencie Nocnych Łowców. Przekonałem się, że podzielamy poglądy na temat zachowania stosownego dla Nocnych Łowców, wagi Prawa i jego skrupulatnego przestrzegania. Dlatego z rosnącym niepokojem obserwowałem, jak okazujesz coraz więcej współczucia, wręcz faworyzujesz Herondale'ów i niektórych co bardzo skandalizujących Lightwoodów, z którymi tamci się zadają. Tłumaczyłem Ci i przekonywałem, ale najwyraźniej bezskutecznie. Dlatego zdecydowałem się na ujawnienie Ci, że znam sekrety, o których myślisz, że są dobrze ukryte. Jest jeden taki w Twojej historii, na który byłbym gotów przymknąć oko, ale zapewniam Cię, że reszta Clave nie uczyniłaby tego. Powinieneś wiedzieć, że zamierzam [kleks] Herondale'ów i usunąć ich z [kleks]. Wierzę, że z Twoją pomocą dowiódłbym słuszności oskarżeń także przeciwko pewnym Lightwoodom. Spodziewam się oporów ze strony Enklawy, ponieważ niektórzy ludzie są sentymentalni, ale właśnie w tym miejscu Twoje poparcie byłoby kluczowe. Jeśli poprzesz moje działania, mające na celu przycięcie co bardziej zepsutych gałęzi drzewa Nefilim, to może przymknę oko na Twoje własne uchybienia. Twoja rodzina skorzystała z łupów po [tu list stał się nieczytelny, zamazany przez wielki kleks] ale to wszystko może przepaść, jeśli nie zaprowadzisz porządku we własnym domu.
Pozostaję z szacunkiem,
Inkwizytor Maurice Bridgestock
Anna spojrzała na Ariadne.
- Szantaż? - powiedziała. - Inkwizytor... twój ojciec... szantażuje kogoś?
- Na to wygląda - powiedziała ponuro Ariadne. - Jednak nie sposób powiedzieć, kogo szantażuje, dlaczego i czym. Wiem tylko, że moja matka wściekła się, kiedy zdała sobie sprawę, co znalazłam.
- Może jest inaczej - pocieszała ją Anna. - W końcu nie wysłał tego listu.
- Nie - odpowiedziała Ariadne. - Ale widzisz ten kleks? "Twoja rodzina skorzystała z łupów..." i dalszego ciągu nie da się odczytać. Myślę, że to był brudnopis, który wyrzucił potem do ognia.
Anna zmarszczyła brwi.
- Bez pierwszej strony trudno choćby zorientować się, kto może być celem. Najpewniej nie jest to ani Herondale ani Lightwood, bo są wspominani jako ktoś niezależny od adresata. - Anna zawahała się. - Czy matka naprawdę cię wyrzuciła tylko dlatego, że znalazłaś te dokumenty?
- Nie... nie całkiem - przyznała Ariadne. - Byłam ogromnie zdenerwowana, kiedy znalazłam te zapiski i list. Matka powiedziała, że to nie jest moja sprawa. Że moim zadaniem jest być tylko posłuszną i obowiązkową córką, dobrze wyjść za mąż. Kiedy to powiedziała... możliwe, że straciłam nad sobą panowanie.
- Tak?
- Powiedziałam jej, że nie wyjdę dobrze za mąż, że w ogóle nie wyjdę za mąż, ponieważ nie interesują mnie mężczyźni.
Wydawało się, że całe powietrze uszło z pokoju. Anna zapytała cicho:
- No i?
- Całkiem się załamała. Błagała mnie, żebym temu zaprzeczyła, a kiedy odmówiłam, powiedziała, że nie powinnam pozwolić, by takie impulsy zrujnowały mi życie. - Ariadne otarła niecierpliwie łzy grzbietem dłoni. - Widziałam w jej oczach, że już wcześniej wiedziała. A przynajmniej coś podejrzewała. Powiedziała mi, żebym pomyślała o swojej przyszłości, że zostanę sama i nigdy nie będę miała dzieci.
- Ach - westchnęła Anna.
Czuła ból. Wiedziała, jak rozpaczliwie Ariadne pragnęła mieć dzieci. To pragnienie było głównym powodem, dla którego ich związek skończył się dwa lata temu.
- Poszłam do swojego pokoju, wrzuciłam kilka drobiazgów do torby... i powiedziałam jej, że nie będę mieszkać pod jednym dachem z nią i ojcem, jeśli nie zaakceptują mnie taką, jaką naprawdę jestem. A ona powiedziała... powiedziała, że obiecuje, że zapomni wszystko, co jej wyznałam. Że możemy udawać, że nic nie mówiłam. Że gdybym powiedziała ojcu to co jej, to wyrzuciłby mnie na ulicę.
Anna wstrzymała oddech.
- Więc uciekłam - dokończyła Ariadne. - Opuściłam dom i przyszłam tutaj. Ponieważ jesteś najbardziej niezależną osobą, jaką znam. Nie mogę wrócić do tamtego domu. Nie wrócę. Moja duma i... moje ja, moja tożsamość zależą od tego. Muszę nauczyć się radzić sobie. Żyć niezależnie, tak jak ty. - Twarz Ariadne wyrażała determinację, ale ręce jej się trzęsły. - Pomyślałam... że jeśli pokażesz mi jak...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki