Prolog
Prolog
Później James pamiętał tylko świst wiatru. Metaliczny wrzask, jakby ktoś
przeciągał nożem po odłamkach szkła, a daleko poniżej tego wycie,
desperackie i wygłodniałe.
Szedł długą, gładką drogą - wyglądała, jakby nikt przed nim jej nie
przemierzył, bo nie było żadnych śladów na ziemi. Niebo w górze było
równie puste. James nie potrafił powiedzieć, czy trwa dzień, czy noc,
zima czy lato. Tylko naga, brązowa ziemia rozciągała się przed nim, a nad nim niebo w kolorze chodnika.
Wtedy właśnie go usłyszał - wiatr, który unosił i rozrzucał martwe
liście i luźny żwir wokół kostek. Przybierał na sile i jego wycie prawie
zagłuszyło odgłos zbliżających się kroków.
James obrócił się gwałtownie. Małe wiry pyłu unosiły się w różnych
miejscach. Oczy piekły go od piasku. Przez rozmazaną plamę burzy
piaskowej pędziły dziesiątki, nie, setki ciemnych postaci. Wiedział
tylko, że to nie są ludzie. Chociaż właściwie nie leciały w powietrzu,
to jakby stanowiły część porywistego wiatru; cienie rozwijały się wokół
nich jak skrzydła.
Wiatr zawył mu w uszach, kiedy stwory przeleciały nad nim - stado
splątanych ze sobą niewyraźnych istot, niosących nie tyle fizyczny
chłód, ile wrażenie zimnej groźby. A w dźwięk towarzyszący ich przejściu
wpleciony był jak nić w tkaninie na krosnach szept Beliala:
- Budzą się. Słyszysz to, wnuku? Budzą się.
James poderwał się, łapiąc gwałtownie powietrze. Nie mógł oddychać.
Wygrzebał się z piasku i z cieni i znalazł w nieznajomym pokoju. Zamknął
oczy i ponownie je otworzył. Pokój nie był nieznajomy. James już
wiedział, gdzie przebywa. W zajeździe, w pokoju, który dzielił z ojcem.
Will spał na drugim łóżku. Magnus zajmował sypialnię dalej w tym samym
korytarzu.
James wstał z łóżka i skrzywił się, gdy dotknął bosymi stopami zimnej
podłogi. Bezszelestnie przeszedł przez pokój, do okna, i wyjrzał na
ośnieżone, oświetlone księżycem pola, które ciągnęły się tak daleko, jak
okiem sięgnąć.
Sny. Sny go przerażały. Belial przychodził do niego w snach, odkąd James
sięgał pamięcią. W snach widział posępne królestwo demonów, w snach
widział Beliala, jak zabija. Nawet teraz nie wiedział, kiedy sny były
tylko snem, a kiedy ukazywały straszliwą prawdę.
Czarno-biały świat na zewnątrz ukazywał tylko pustkę zimy. Znajdowali
się gdzieś w pobliżu zamarzniętej Tamar; zatrzymali się zeszłej nocy,
kiedy śnieg walił zbyt gęsty, żeby jechać dalej. I nie był to ładny,
puszysty śnieżek, ale nieokiełznana, porywista nawałnica. Ten śnieg miał
cel, miał kierunek, tłukł pod ostrym kątem w nagą, szarobrązową ziemię
jak niekończąca się salwa strzał.
Chociaż przez cały dzień nic nie robił, tylko siedział w powozie, James
był wyczerpany. Ledwie zdołał wmusić w siebie odrobinę gorącej zupy,
zanim poszedł na górę i padł na łóżko. Magnus i Will zostali w salonie,
siedzieli w fotelach przy ogniu i rozmawiali cicho. James domyślał się,
że rozmawiają o nim. A niech sobie gadają. Miał to w nosie.
To była trzecia noc, odkąd opuścili Londyn z misją odnalezienia siostry
Jamesa, Lucie, która wyjechała z czarownikiem Malcolmem Fade'em i zakonserwowanym ciałem Jessego Blackthorna. Przyświecał jej cel na tyle
mroczny i przerażający, że żadne z nich nie chciało wypowiedzieć słowa,
którego wszyscy się obawiali.
Nekromancja.
Najważniejsze, jak podkreślał Magnus, to przechwycić Lucie najszybciej,
jak się da. A to okazało się trudniejsze, niż się zapowiadało. Magnus
wiedział, że Malcolm ma dom w Kornwalii, ale nie znał dokładnej
lokalizacji, a Fade zablokował wszelkie próby magicznego tropienia jego
i Lucie. Musieli zdać się na bardziej staroświeckie metody - po drodze
często zatrzymywali się w różnych lokalach Podziemnych. Magnus gawędził
z miejscowymi, a James i Will musieli czekać w powozie, żeby nie
ujawniać się jako Nocni Łowcy.
- Żaden z nich nic mi nie powie, jeśli będą myśleć, że podróżuję z Nefilim - powiedział im wcześniej Magnus. - Wasz czas nadejdzie, kiedy
dotrzemy do domu Malcolma i trzeba będzie zająć się nim i Lucie.
Tego wieczoru powiedział Jamesowi i Willowi, że wydaje mu się, że
znalazł dom i że z łatwością dotrą tam w kilka godzin następnego ranka.
Jeśli okaże się, że to nie jest właściwe miejsce, to pojadą dalej.
James rozpaczliwie pragnął znaleźć Lucie. Nie tylko dlatego, że się o nią martwił - a oczywiście martwił się - ale z powodu wszystkiego
innego, co wydarzyło się w jego życiu. Wszystkiego, co odłożył na bok i o czym nie chciał myśleć, dopóki nie znajdzie siostry i nie będzie
wiedział, że jest bezpieczna.
- James? - przerwał jego myśli zaspany głos. James odwrócił się od okna
i zobaczył, że ojciec siedzi na łóżku. - Jamie, bach, co cię trapi?
James popatrzył na ojca. Will wyglądał na zmęczonego, miał potarganą
czarną grzywę włosów. Ludzie często mówili Jamesowi, że przypomina
Willa, i wiedział, że to komplement. Przez całe życie ojciec robił
wrażenie najsilniejszego znanego mu człowieka, najbardziej
pryncypialnego, najzacieklejszego w miłości. Will nie kwestionował
swoich decyzji. Nie, James pod żadnym względem nie przypominał Willa
Herondale'a.
Oparł się plecami o zimne okno i powiedział:
- To tylko zły sen.
- Mm. - Will się zadumał. - Zeszłej nocy też miałeś koszmar. I poprzedniej. Czy jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać, Jamie?
Przez chwilę James wyobrażał sobie, że mógłby zrzucić ciężar trosk przed
ojcem. Powiedzieć o Belialu, Grace, bransoletce, Cordelii, Lilith. O wszystkim.
Ten obraz jednak nie przetrwał w jego myślach. Nie potrafił sobie
wyobrazić reakcji ojca. Nie potrafił wyobrazić sobie, jak wypowiada
potrzebne słowa. Chował to w sobie od tak dawna, że nie potrafił zrobić
niczego poza tym, że mocniej zdusi to w sobie i będzie dalej chronił
siebie w jedyny sposób, jaki zna.
- Po prostu martwię się o Lucie - powiedział James. - Martwię się, w co
mogła się wplątać.
Wyraz twarzy Willa się zmienił. James pomyślał, że może spostrzegł
iskierkę rozczarowania na twarzy ojca, chociaż w tym półmroku trudno
było to orzec.
- W takim razie wracaj do łóżka - powiedział. - Magnus mówi, że
najpewniej jutro ją znajdziemy, a wtedy lepiej, żebyś był wypoczęty.
Może nie ucieszyć się na nasz widok.
1. Dni konające
1
Dni konające
"Mój Paryż to miejsce, gdzie dni konające
Przechodzą w burzliwe noce złotoczarne;
Zdarzą się czasem świty chłodne, marne,
Lecz - ach! - te złote noce! Wieczory te pachnące!".
Arthur Symons Paris
Złote kafelki podłogi błyszczały w blasku wspaniałego żyrandola, z którego krople światła spadały jak płatki śniegu strząśnięte z gałęzi
drzewa. Muzyka - cicha i słodka - wzmogła się, gdy James wyszedł z tłumu
tancerzy i wyciągnął rękę do Cordelii.
- Zatańcz ze mną - powiedział.
Wyglądał pięknie w czarnym surducie, ciemny materiał podkreślał
złocistość jego oczu i ostre kości policzkowe. Czarne włosy opadały mu
na czoło.
- Wyglądasz pięknie, Daisy.
Cordelia wzięła jego dłoń. Odwróciła głowę, gdy pociągnął ją na parkiet,
przelotnie dostrzegając ich dwoje w lustrze na drugim końcu sali
balowej: James w czerni, a obok niego ona w wyzywającej sukni z czerwonego jak rubiny aksamitu. James patrzył na nią... Nie, spoglądał
przez salę na bladą dziewczynę w sukni o barwie kości słoniowej i włosach jak płatki kremowobiałej róży, która patrzyła na niego.
Grace.
- Cordelio! - Głos Matthew sprawił, że gwałtownie otworzyła oczy.
Zakręciło jej się w głowie. Oparła się dłonią o ścianę w przebieralni,
żeby odzyskać równowagę. Sny na jawie? Czy raczej koszmary na jawie?
Marzenie wcale nie okazało się przyjemne, za to było potwornie
realistyczne.
- Madame Beausoleil pyta, czy potrzebujesz pomocy. Oczywiście sam
chętnie bym ci pomógł, ale to wywołałoby skandal - dodał szelmowsko.
Cordelia się uśmiechnęła. Mężczyźni zwykle nie towarzyszyli żonom czy
siostrom podczas wizyt u krawcowych. Kiedy przyszli tu pierwszy raz dwa
dni temu, Matthew wykorzystał Uśmiech i oczarował madame Beausoleil
tak, że pozwoliła mu zostać z Cordelią.
- Nie mówi po francusku, więc przyda się pani moja pomoc - skłamał
wtedy.
Jednakże pozwolić mu, żeby został w pracowni, to jedno, a wpuścić go do
przebieralni, gdzie Cordelia skończyła właśnie wkładać onieśmielająco
modną suknię z czerwonego aksamitu - to byłby rzeczywiście affront et
un scandale!, zwłaszcza w pracowni równie ekskluzywnej jak ta należąca
do madame Beausoleil.
Cordelia odkrzyknęła, że nie potrzebuje pomocy, ale chwilę potem ktoś
zapukał do drzwi i pojawiła się jedna z modystek z haczykiem do
zapinania guzików. Zaatakowała zapięcia na plecach sukni Cordelii bez
żadnych instrukcji. Naciskała i ciągnęła, jakby Cordelia była wypchanym
manekinem. Chwilę potem, gdy suknia już była zapięta, biust został
podniesiony, a rąbek poprawiony, Cordelię przekwaterowano do głównego
pomieszczenia w salonie krawcowej.
Był to wymyślnie urządzony lokal, cały w bladych błękitach i złocie jak
wielkanocne jajko Przyziemnych. Podczas pierwszej wizyty Cordelia była
zaskoczona i przedziwnie oczarowana sposobem, w jaki pokazywano tutejsze
towary: modelki - wysokie, smukłe, tlenione na blond - przechadzały się
w tę i z powrotem po pokoju, z czarnymi wstążkami z numerkami na gardle,
żeby było wiadomo, że prezentują konkretną kreację. Za przesłoniętymi
koronką drzwiami przechowywano zatrzęsienie tkanin, z których można było
wybierać: jedwabie i aksamity, satynę i organzę. Widząc to bogactwo,
Cordelia podziękowała w duchu Annie za jej pouczenia w kwestii mody -
zbyła jednym gestem koronki i pastele i szybko przeszła do wybierania z tego, co powinno jej pasować. W raptem dwa dni krawcowa przygotowała
zamówienie i teraz Cordelia wróciła, żeby przymierzyć gotowe suknie.
I jeśli można było to oceniać po minie Matthew, dobrze wybrała. Usadowił
się na złoconym krześle z obiciem w czarno-białe prążki z otwartą na
kolanach książką - skandaliczną i wyzywającą powieścią Claudine a
Paris. Kiedy Cordelia wyszła i podeszła do potrójnego lustra, żeby
sprawdzić, jak suknia leży, podniósł wzrok i jego zielone oczy
pociemniały.
- Wyglądasz pięknie.
Omal nie zamknęła oczu. "Wyglądasz pięknie, Daisy". Nie będzie jednak
myślała o Jamesie. Nie teraz. Nie, kiedy Matthew był tak uprzejmy, że
pożyczył jej pieniądze na zakup ubrań (uciekła z Londynu z jedną
sukienką i desperacko potrzebowała czegoś czystego do noszenia). W końcu
oboje złożyli obietnice: Matthew, że nie będzie przesadzał z piciem
podczas ich pobytu w Paryżu, a ona, że nie będzie karała się posępnymi
myślami o swoich porażkach, swoim ojcu, swoim małżeństwie i o Lucie. I odkąd przyjechali, Matthew praktycznie nie tknął kieliszka ani butelki.
Odsuwając na bok melancholię, uśmiechnęła się do Matthew i skupiła na
swoim odbiciu w lustrze. Prawie siebie nie poznawała. Suknia została
uszyta na miarę, dekolt był wyzywająco głęboki, a dół opinał się na
biodrach i dopiero poniżej rozszerzał się jak łodyga i kwiat lilii.
Rękawy, krótkie i wykończone riuszką, odsłaniały ręce. Czerń Znaków
kontrastowała z jej jasnobrązową skórą, chociaż czar ochronny nie
pozwalał, by oczy Przyziemnych je spostrzegły.
Madame Beausoleil, która prowadziła swój salon przy Rue de la Paix,
gdzie mieściła się najsłynniejsza pracownia krawiecka na świecie -
Maison Worth Jeanne Paquin - dobrze znała Świat Cieni, jak twierdził
Matthew.
- Hypatia Vex nie robi zakupów nigdzie indziej - powiedział Cordelii
przy śniadaniu.
Przeszłość samej madame spowijały mroki tajemnicy, co zdaniem Cordelii
było niezwykle francuskie.
Pod suknią nosiła bardzo niewiele. Najwyraźniej we Francji było modne,
by suknie oddawały kształt ciała. Ta miała wszyty gorset. Biust zdobiła
rozeta z jedwabnych kwiatów, rąbek rozszerzającego się dołu obszyto
złotą koronką. Tył był głęboko wycięty, odsłaniając zarys kręgosłupa
Cordelii. To było dzieło sztuki, co Cordelia powiedziała madame (po
angielsku, Matthew tłumaczył), kiedy ta uwijała się przy niej z poduszeczką ze szpilkami w ręku i sprawdzała efekty swojej pracy.
Madame się zaśmiała.
- Moja praca jest bardzo prosta - powiedziała. - Muszę tylko spotęgować
urodę, której już nie brakuje pańskiej żonie.
- Och, to nie jest moja żona - powiedział Matthew z błyskiem w zielonych
oczach.
Matthew niczego tak nie lubił jak pozorów skandalu. Cordelia skrzywiła
się, zerkając na niego.
Trzeba było przyznać, że madame nawet nie mrugnęła powieką. Może to
dlatego, że byli we Francji.
- Alors, rzadko zdarza się, że ubieram tak naturalną i niezwykłą
piękność - powiedziała. - Tutejsza moda jest przeznaczona dla blondynek,
dla samych blondynek, a blondynki nie mogą nosić takich kolorów. To krew
i ogień, zbyt intensywne dla bladej skóry i jasnych włosów. Im pasują
koronki i pastele, zaś panna...
- Carstairs - podpowiedziała jej Cordelia.
- Panna Carstairs bezbłędnie wybrała właściwe dla siebie kolory. Kiedy
wejdzie pani do pokoju, mademoiselle, będzie pani wyglądała jak
płomień świecy, przyciągnie pani wzrok wszystkich, jakby to były ćmy.
"Panna Carstairs". Cordelia niezbyt długo była panią Cordelią Herondale.
Wiedziała, że nie powinna przywiązywać się do tego nazwiska. Jego utrata
bolała, ale powiedziała sobie stanowczo, że takie myśli to użalanie się
nad sobą. Była z Carstairsów, była z rodu Jahanshah. W jej żyłach
płynęła krew Rustama. Będzie ubierała się w ogień, jeśli zechce.
- Taka suknia zasługuje na ozdobę - powiedziała w zadumie madame. -
Naszyjnik ze złota i rubinów. To ładna błyskotka, ale za drobna. -
Machnęła ręką, wskazując złoty wisiorek na szyi Cordelii, malutki globus
na złotym łańcuszku.
To był prezent od Jamesa. Cordelia wiedziała, że powinna go zdjąć, ale
nie była jeszcze na to gotowa. Z jakiegoś powodu taki gest byłby jeszcze
bardziej ostateczny niż przecięcie runu małżeństwa.
- Z radością kupiłbym jej rubiny, gdyby tylko mi pozwoliła - odezwał się
Matthew. - Niestety odmawia.
Madame zdziwiła się. Jeśli Cordelia była kochanką Matthew, jak
ewidentnie uznała, to dlaczego odmawiała przyjęcia naszyjnika? Poklepała
Cordelię po ramieniu, współczując jej tego, że nie ma za grosz nosa do
interesów.
- Przy Rue de la Paix jest paru cudownych jubilerów - powiedziała. -
Może gdy zerknie pani na ich wystawy, zmieni pani zdanie.
- Być może - odpowiedziała Cordelia, powstrzymując chęć pokazania
Matthew języka. - W tej chwili muszę skupić się na garderobie. Jak już
wyjaśnił mój przyjaciel, moja walizka zaginęła podczas podróży. Czy
będzie mogła pani dostarczyć stroje do hotelu Le Meurice przed
wieczorem?
- Oczywiście, oczywiście. - Madame pokiwała głową i wycofała się za ladę
na drugim końcu pokoju, gdzie zaczęła sumować liczby, wypisując ołówkiem
rachunek.
- Teraz myśli, że jestem twoją kochanką - powiedziała do Matthew
Cordelia, łapiąc się pod boki.
Wzruszył ramionami.
- To jest Paryż. Kochanki są tu bardziej powszechne niż croissanty czy
przesadnie małe filiżaneczki na kawę.
Cordelia prychnęła i zniknęła w przebieralni. Starała się nie myśleć o cenie rzeczy, które zamówiła - czerwonego aksamitu na chłodne wieczory
oraz czterech innych sukien: spacerowej w czarno-białe prążki, z żakietem do kompletu, sukni ze szmaragdowej satyny wykończonej
seledynem, wyzywającej wieczorowej kreacji z czarnej satyny i sukni z jedwabiu w odcieniu kawy, wykończonej złotą wstążką. Anna będzie
zadowolona, ale Cordelia wyda całe oszczędności, żeby spłacić dług u Matthew. Zaproponował, że weźmie koszty na siebie, tłumacząc, że to dla
niego żaden problem - najwyraźniej rodzice zostawili Henry'emu dużo
pieniędzy - ale Cordelia nie mogła sobie na to pozwolić. I tak wzięła
dostatecznie dużo od Matthew.
Włożyła z powrotem starą sukienkę i wróciła do salonu. On już zapłacił,
a madame potwierdziła, że dostarczy suknie przed wieczorem. Jedna z modelek mrugnęła do Matthew, kiedy wyprowadzał Cordelię z salonu na
zatłoczone ulice Paryża.
To był pogodny dzień, niebo było błękitne. W przeciwieństwie do Londynu
tej zimy w Paryżu jeszcze nie padał śnieg, ulice były chłodne, ale
jasne. Cordelia z radością zgodziła się, żeby wrócili z Matthew do
hotelu piechotą, zamiast zatrzymywać fiacre, paryski odpowiednik
dorożki. Matthew z książką w kieszeni płaszcza nadal mówił o czerwonej
sukni.
- Będziesz po prostu błyszczała w kabaretach. - Matthew ewidentnie
uważał, że odniósł zwycięstwo. - Nikt nie będzie patrzył na artystów.
Chociaż, mówiąc szczerze, artyści będą pomalowani na czerwono i będą
nosili sztuczne diable rogi, więc nadal mogą ściągać nieco uwagi.
Uśmiechnął się do niej. To był Uśmiech - ten, który sprawiał, że
najtwardsze zrzędy miękły jak masło, a silni mężczyźni i kobiety
płakali. Cordelia sama nie była odporna na jego działanie. Odpowiedziała
szerokim uśmiechem.
- Widzisz? - Matthew szerokim gestem wskazał widoki przed nimi: okazały
paryski bulwar, barwne markizy nad sklepami, kawiarenki, gdzie kobiety w pysznych kapeluszach i mężczyźni w nadzwyczajnych spodniach w prążki
rozgrzewali się kubeczkami gorącej czekolady. - Obiecałem ci, że
będziesz dobrze się bawić.
Czy rzeczywiście dobrze się bawiła? - zastanawiała się Cordelia. Może
tak. Na razie przez większość czasu udawało jej się nie myśleć o tym,
jak potwornie zawiodła wszystkich, na których jej zależało. A to
zasadniczo był cel tej podróży. Tłumaczyła sobie, że kiedy już człowiek
wszystko straci, nie ma powodu, żeby nie cieszył się każdym drobiazgiem,
którym się da. Czy nie taka właśnie była życiowa filozofia Matthew? Czy
nie dlatego właśnie tu z nim przyjechała?
Siedząca w pobliskiej kawiarence kobieta w kapeluszu obładowanym
strusimi piórami i jedwabnymi różami zerknęła na Matthew, a potem na
Cordelię, i uśmiechnęła się. Z aprobatą. Wzięła ich za parę zakochanych,
uznała Cordelia. Kilka miesięcy temu Cordelia zarumieniłaby się, a teraz
po prostu się uśmiechnęła. Jakie to ma znaczenie, jeśli ludzie będą źle
o niej myśleć? Każda dziewczyna byłaby szczęśliwa, gdyby zalecał się do
niej Matthew, więc niech przechodnie myślą sobie, co zechcą. W taki
właśnie sposób Matthew radził sobie w życiu - nie przejmując się tym, co
inni myślą, i zwyczajnie będąc sobą. To było zdumiewające, jak bardzo
ułatwiało mu to poruszanie się w świecie.
Wątpiła, żeby zdołała bez niego dotrzeć do Paryża w takim stanie, w jakim była. Zabrał ich oboje - niewyspanych, rozziewanych - z pociągu
prosto do hotelu Le Meurice, gdzie promienny i cały w uśmiechach
żartował z boyem hotelowym. Można by pomyśleć, że przespał poprzednią
noc w piernatach.
Spali aż do popołudnia tamtego pierwszego dnia (w osobnych sypialniach
należących do apartamentu Matthew i połączonych wspólnym salonem). Śniło
jej się, że wyjawiła wszystkie swoje grzechy recepcjoniście hotelowemu w Le Meurice. "Widzi pan, moja matka niedługo urodzi, a mnie może przy
niej wtedy nie być, bo jestem zbyt zajęta balowaniem z najlepszym
przyjacielem mojego męża. Nosiłam kiedyś mityczny miecz, Cortanę, może
kojarzy ją pan z Pieśni o Rolandzie? Tak, cóż, okazało się, że nie
jestem godna, żeby ją dzierżyć, więc oddałam ją bratu, co, nawiasem
mówiąc, być może sprawiło, że znalazł się w śmiertelnym
niebezpieczeństwie i grozi mu nie jeden, ale dwa bardzo potężne demony.
Miałam zostać parabatai mojej najlepszej przyjaciółki, ale teraz nigdy
do tego nie dojdzie. I pozwoliłam sobie uwierzyć, że mężczyzna, którego
kocham, kocha mnie, a nie Grace Blackthorn, chociaż uczciwie i wprost
powiedział mi o swojej miłości do niej".
Kiedy skończyła, podniosła wzrok i zobaczyła, że recepcjonista ma twarz
Lilith, a jego oczy to plątanina wijących się czarnych węży.
- Przynajmniej mnie nie zawiodłaś, moja złociutka - powiedziała Lilith i Cordelia obudziła się z krzykiem, który powtarzał się echem w jej głowie
przez kilka następnych minut.
Kiedy obudziła się później po raz drugi, słysząc, że pokojówka rozsuwa
zasłony, wyjrzała przez okno ze zdumieniem, widząc jasny dzień i paryskie dachy ciągnące się po horyzont jak szeregi zdyscyplinowanego
wojska. W oddali wieża Eiffla wznosiła się wyzywająco na tle burzowego
nieba. W sąsiednim pokoju Matthew czekał na nią, żeby razem wyruszyli w poszukiwaniu przygód.
Przez następne dwa dni jadali razem - raz w cudownej restauracji Le
Train Bleu w Gare de Lyon, która zdumiała Cordelię: takie śliczne
miejsce, jakby jadła w rżniętym szafirze! - spacerowali razem po
parkach, robili razem zakupy: koszule i marynarki dla Matthew w Charvet,
gdzie zaopatrywali się w stroje Baudelaire i Verlaine, sukienki, buty i płaszcz dla Cordelii. Nie pozwoliła mu jednak, żeby kupił jej kapelusze.
Powiedziała, że z pewnością gdzieś musi być granica. Zasugerował, żeby
tą granicą były parasolki, które są koniecznym dodatkiem do stroju i mogą się przydać w charakterze broni. Zachichotała i zdumiała się tym,
jak miło jest się śmiać.
Chyba najbardziej zdumiewające było to, że Matthew więcej niż dotrzymał
swojej obietnicy - nie wypił ani kropli alkoholu. Znosił nawet pełne
dezaprobaty grymasy kelnerów, gdy odmawiał wina do posiłku. Mając
doświadczenie z piciem ojca, Cordelia spodziewała się, że Matthew będzie
chorował po odstawieniu alkoholu, a tu przeciwnie - oczy mu błyszczały,
był energiczny. Ciągał ją po całym Paryżu - do muzeów, zabytków,
ogrodów. To wszystko wydawało się bardzo dojrzałe i światowe, i chyba
właśnie o to chodziło, uznała.
Wziął ją za rękę, żeby pomóc jej obejść obłamaną płytę chodnikową.
Cordelia pomyślała o kobiecie w kawiarni, jak się do nich uśmiechnęła,
biorąc ich za zakochaną parę. Gdyby tylko wiedziała, że Matthew ani razu
nie spróbował Cordelii pocałować. Był uosobieniem powściągliwego
dżentelmena. Raz albo dwa, kiedy żegnali się na dobranoc w hotelowym
apartamencie, wydawało jej się, że dostrzegła coś w wyrazie jego oczu,
ale może tylko to sobie wyobrażała? Nie była do końca pewna, czego się
spodziewała, i nie była pewna, co w związku z tym czuła.
- Rzeczywiście dobrze się bawię - powiedziała teraz i mówiła szczerze.
Wiedziała, że jest szczęśliwsza, niż byłaby w Londynie, gdzie wróciłaby
do rodzinnego domu przy Cornwall Gardens. Alastair siliłby się na
życzliwość, matka byłaby zaszokowana i zrozpaczona, a ciężar tego
wszystkiego sprawiłby, że Cordelia miałaby ochotę umrzeć.
Tak było lepiej. Wysłała krótki liścik do rodziny, korzystając z usług
telegraficznych w hotelu. Dała im znać, że robi zakupy w Paryżu na
wiosnę i towarzyszy jej Matthew. Podejrzewała, że uznają to za dziwne,
ale przy odrobinie szczęścia nie zaczną się niepokoić.
- Coś mnie zaciekawiło - powiedziała, gdy zbliżali się do hotelu o masywnej fasadzie, z balkonami z kutego żelaza i światłami lśniącymi w oknach, rzucającymi blask na wietrzne ulice. - Wspomniałeś, że będę
błyszczeć w kabarecie. W jakim kabarecie i kiedy się tam wybieramy?
- Skoro już o tym mowa, to dzisiaj wieczorem wybierzemy się razem w podróż do serca piekła - odpowiedział Matthew, otwierając dla niej drzwi
hotelu. - To cię niepokoi?
- Ani trochę. Cieszę się tylko, że wybrałam czerwoną sukienkę. Będzie
pasowała do motywu przewodniego wieczoru.
Matthew roześmiał się, ale Cordelia wbrew sobie zastanawiała się:
Wspólna podróż do serca piekła? Co u licha miał na myśli?
***
Nie znaleźli Lucie następnego dnia.
Śnieg przestał padać i przynajmniej drogi były przejezdne. Balios i Xanthos szli mozolnie między nagimi ścianami żywopłotów, ich oddechy
malowały się bielą w powietrzu. W środku dnia dojechali do Lostwithiel,
małej wioski w głębi lądu, gdzie Magnus poszedł do pubu "Pod Wilczą
Jagodą", żeby zasięgnąć języka. Wyszedł, kręcąc głową. Mimo to pojechali
pod wskazany im wcześniej adres. Okazało się jednak, że to opuszczona
farma ze starym dachem, który się zawalił.
- Jest jeszcze jedna możliwość - powiedział Magnus, gramoląc się z powrotem do powozu. Płatki śniegu, które pewnie spadły z resztek dachu,
osiadły mu na czarnych brwiach. - Jakiś czas temu w minionym wieku
tajemniczy dżentelmen z Londynu kupił starą, zniszczoną kaplicę na Peak
Rock, w wiosce rybackiej Polperro. Wyremontował ją, ale rzadko ją
opuszcza. Podziemni plotkują, że to czarownik, podobno czasem nocą z komina buchają fioletowe płomienie.
- Myślałem, że czarownik miał rzekomo mieszkać tutaj - powiedział Will,
wskazując spaloną farmę.
- Nie wszystkie plotki są prawdziwe, Herondale, ale wszystkie należy
zbadać - odpowiedział pogodnie Magnus. - Zresztą powinniśmy dotrzeć do
Polperro w kilka godzin.
James westchnął w duchu. Kolejne godziny, znowu trzeba czekać. Kolejne
zmartwienia - z powodu Lucie, Matthew i Daisy. Z powodu jego snu.
"Budzą się".
- W takim razie zabawię was opowieścią - zaproponował Will. - Opowieścią
o mojej szaleńczej podróży na Baliosie z Londynu do Cadair Idris w Walii. Twoja matka, Jamesie, zaginęła, została porwana przez łotra
Mortmaina. Wskoczyłem na Baliosa. "Jeśli kiedykolwiek mnie kochałeś,
Baliosie, to niech twoje kopyta mkną teraz szybko i ponieś mnie do
ukochanej Tessy, zanim stanie jej się krzywda", krzyknąłem. To była
burzowa noc, chociaż burza, która szalała w mojej piersi, była jeszcze
straszliwsza...
- Nie mogę uwierzyć, że nie słyszałeś tej historii, Jamesie - powiedział
łagodnie Magnus.
Obaj siedzieli po tej samej stronie powozu, bo już pierwszego dnia
podróży szybko stało się jasne, że Will potrzebuje całej drugiej połowy,
żeby swobodnie gestykulować.
To było bardzo dziwne dla Jamesa - przez całe życie słuchał historii na
temat Magnusa, a teraz podróżował obok niego. Podczas jazdy przekonał
się, że mimo wyrafinowanych strojów i pewnej afektacji w sposobie bycia,
które zaniepokoiły paru oberżystów, Magnus jest zaskakująco spokojną i pragmatyczną osobą.
- Nie słyszałem - odparł James. - Od zeszłego czwartku.
Nie powiedział, że ponowne słuchanie tej historii działa na niego
kojąco. To była opowieść, jaką często powtarzał sobie i Lucie, która ją
uwielbiała, gdy była mała - Will, idąc za głosem serca, pędzi na ratunek
ich matce, o której wtedy jeszcze nie wiedział, że też go kocha.
James oparł głowę o okno powozu. Sceneria zmieniła się dramatycznie, po
lewej stronie ciągnęły się klify, a z dołu niósł się ryk przyboju, fale
stalowoszarego morza uderzały w skały, które wyciągały się w głąb wody
jak guzowate paluchy. W oddali widział kościół na szczycie cypla, jego
szara iglica z jakiegoś powodu wydawała się potwornie samotna, potwornie
oddalona od wszystkiego.
Głos ojca brzmiał śpiewnie w jego uszach, słowa opowieści - znajomo jak
kołysanka. James wbrew sobie pomyślał o Cordelii, gdy czytała mu
Gandżawiego. Jej ulubiony poemat o nieszczęśliwych kochankach, Lajli i Madżnunie. Jej głos, miękki jak aksamit. "Gdy wzeszedł księżyc, tysiąc
serc podbiła licem swym. Jej mocy nie sprostałaby ni tarcza, ni
największa duma. Lajla: tak miała na imię".
Cordelia uśmiechnęła się do niego ponad stolikiem w gabinecie. Szachy
stały rozstawione, ona trzymała białego skoczka w zręcznej dłoni.
Światło ognia błyszczało na jej włosach, aureoli z płomienia i złota.
"Szachy to perska gra", powiedziała mu. "Bia ba man bazi kon. Zagraj
ze mną, Jamesie".
- Cheili choszgeli - odpowiedział.
Z łatwością odnalazł te słowa: to były pierwsze słowa, jakich nauczył
się po persku, chociaż nigdy dotąd nie wypowiedział ich do swojej żony.
"Jesteś taka piękna".
Zarumieniła się. Usta jej zadrżały, czerwone i pełne. Oczy miała bardzo
ciemne. Zamigotały. To były czarne węże poruszające się, atakujące,
kłapiące na niego zębami...
- James! Obudź się! - Magnus położył rękę na jego ramieniu i potrząsał
nim.
James się obudził z pięścią wciśniętą w żołądek. Szarpnął nim odruch
wymiotny. Siedział w powozie, ale niebo na zewnątrz pociemniało. Ile
czasu upłynęło? Znowu śnił. Tym razem Cordelia została wciągnięta do
jego koszmarów. Zgarbił się na wyściełanym siedzeniu, było mu niedobrze.
Zerknął na ojca. Will patrzył na niego z nietypowym dla niego surowym
wyrazem twarzy.
- Jamesie, musisz nam powiedzieć, co się stało.
- Nic. - James czuł gorycz w ustach. - Zasnąłem. Znowu miałem sen...
Mówiłem ci, że martwię się o Lucie.
- Wołałeś Cordelię - powiedział Will. - Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś
krzyczał z takim bólem. Jamie, musisz z nami porozmawiać.
Magnus popatrzył na nich. Nadal trzymał rękę na ramieniu Jamesa, ciężką
od pierścionków na palcach.
- Wykrzyknąłeś też inne imię - wtrącił. - I słowo. Na którego dźwięk
zaczynam się bardzo denerwować.
Nie, pomyślał James. Nie. Za oknem słońce zachodziło i pofalowane pola
uprawne między wzgórzami jarzyły się ciemną czerwienią.
- Na pewno wykrzykiwałem jakieś bzdury.
- Wykrzyknąłeś imię Lilith - powiedział Magnus. Przyjrzał mu się. - W Podziemnym Świecie wiele się mówi o ostatnich wydarzeniach w Londynie.
Historyjka, którą mi opowiedziano, nigdy mnie nie przekonała. Krążą też
plotki na temat Matki Demonów. Jamesie, nie musisz nam mówić, co wiesz,
ale w końcu i tak poskładamy to w całość. - Zerknął na Willa. - W każdym
razie ja poskładam, nie ręczę za twojego ojca. Zawsze był trochę
powolny.
- Za to nigdy nie nosiłem rosyjskiej uszanki z futra - odparł Will. - W przeciwieństwie do pewnych obecnych tu osób.
- Wszystkie strony popełniały błędy - odparł Magnus. - A zatem... Jamesie?
- Nie mam uszanki - odpowiedział James.
Obaj mężczyźni spiorunowali go wzrokiem.
- Nie mogę powiedzieć teraz wszystkiego - odpowiedział James i serce
zabiło mu nierówno. Po raz pierwszy przyznał, że ma coś do powiedzenia.
- Nie, jeśli mamy znaleźć Lucie...
Magnus pokręcił głową.
- Jest już ciemno i zaczyna padać deszcz, a droga z Chapel Cliff na Peak
Rock jest podobno niebezpieczna. Rozsądniej będzie zatrzymać się na noc
i ruszyć dalej jutro rano.
Will pokiwał głową. Ewidentnie on i Magnus omówili plany, kiedy James
spał.
- Dobrze więc - powiedział Magnus. - Zatrzymamy się w pierwszym
przyzwoitym zajeździe. Zarezerwuję nam salon, gdzie będziemy mogli
porozmawiać na osobności. Jamesie... cokolwiek to jest, możemy to wszystko
rozwikłać.
James bardzo w to wątpił, ale uznał, że nie ma sensu tego mówić. Zamiast
tego tylko patrzył, jak słońce znika za oknem. Sięgnął do kieszeni.
Rękawiczki Cordelii, para, którą zabrał z ich domu, nadal tam leżały,
koźla skórka była miękka jak płatki kwiatu. Zacisnął dłoń na jednej z nich.
***
W małym białym pokoju Lucie Herondale to zasypiała, to znowu się
budziła.
Kiedy pierwszy raz się obudziła w tym obcym łóżku, które pachniało starą
słomą, usłyszała głos - głos Jessego - i próbowała zawołać, dać mu znać,
że jest przytomna, ale zanim jej się udało, wyczerpanie zalało ją jak
zimna, szara fala. Wyczerpanie, jakiego nigdy dotąd nie czuła ani nawet
sobie nie wyobrażała, głębokie jak rana zadana nożem. Chwyciła się
przytomności ledwie samymi koniuszkami palców, które zaraz straciły
oparcie i spadła w ciemność własnego umysłu, gdzie czas kołysał się i szarpał jak statek podczas sztormu. Lucie ledwie była w stanie
zorientować się, czy jest przytomna, czy znowu śni.
W chwilach przytomności poskładała w całość raptem kilka szczegółów.
Pokój był mały, ściany pomalowano przygaszonym, ciepłym odcieniem bieli.
Było tam jedno okno, przez które widziała ocean i fale, ciemne,
stalowoszare i zwieńczone białymi bałwanami. Wydawało się jej, że słyszy
morze, ale odległy ryk często mieszał jej się z mniej przyjemnymi
hałasami i nie wiedziała, co z tego stanowi rzeczywiste dźwięki.
Od czasu do czasu do pokoju zaglądały dwie osoby, żeby sprawdzić jej
stan. Jedną był Jesse. Drugą Malcolm, bardziej onieśmielony. Skądś
wiedziała, że przebywają w jego domu w Kornwalii i że to kornwalijskie
morze uderza o skały na zewnątrz.
Nie miała jeszcze okazji porozmawiać z żadnym z nich; kiedy próbowała,
miała wrażenie, że jej umysł jest w stanie sformułować słowa, ale ciało
nie chce wypełniać poleceń umysłu. Nie była w stanie nawet poruszyć
palcem, żeby zwrócić uwagę na to, że się obudziła, a wszelkie jej
wysiłki sprawiały, że spadała z powrotem w ciemność.
Ciemność nie była tylko wnętrzem jej umysłu. Początkowo tak myślała - że
to znajoma ciemność, która przychodzi przed nadejściem żywych barw
marzeń sennych. Jednakże ta ciemność okazała się konkretnym miejscem.
I w tym miejscu Lucie nie była sama. Chociaż wydawało się, że to pustka,
przez którą dryfuje bez celu, to wyczuwała tam obecność innych. Nie byli
żywi, ale nie byli też martwi - bezcielesne istoty, których dusze
unosiły się w pustce, ale nigdy nie napotykały ani jej, ani siebie
nawzajem. Te dusze były nieszczęśliwe. Nie rozumiały, co się z nimi
dzieje. Cały czas zawodziły, ich pozbawiony słów płacz wyrażający ból i smutek zagłębiał się w jej ciało.
Poczuła, że coś muska jej policzek. To sprawiło, że powróciła do swojego
ciała. Znowu znajdowała się w białej sypialni. Dotyk na policzku to była
dłoń Jessego. Wiedziała to, chociaż nie mogła otworzyć oczu ani poruszyć
się w odpowiedzi na dotyk.
- Ona płacze - powiedział.
Jego głos. Była w nim głębia, faktura, jakiej brakowało, gdy był duchem.
- Może śni jej się koszmar - rozległ się głos Malcolma. - Jesse, nic jej
nie jest. Zużyła ogromne pokłady energii, żeby sprowadzić cię z powrotem. Potrzebuje odpoczynku.
- Nie rozumiesz? To właśnie przez to, że mnie sprowadziła. - Jessemu
głos się załamał. - Jeśli nie wyzdrowieje... nigdy tego sobie nie wybaczę.
- Jej dar. Ta zdolność sięgnięcia poza zasłonę, która oddziela żywych od
martwych. Miała to całe życie. To nie twoja wina. Jeśli już, to jest to
wina Beliala. - Malcolm westchnął. - Tak niewiele wiemy o królestwach
cieni, które leżą poza kresem wszystkiego. Zagłębiła się w nie dość
daleko, żeby ciebie wyciągnąć. Będzie potrzebowała czasu, żeby wrócić.
- A jeśli ugrzęzła w jakimś potwornym miejscu?
Delikatny dotyk powrócił, Jesse ujął jej twarz. Lucie tak bardzo chciała
wtulić policzek w jego rękę, że to aż bolało.
- A jeżeli potrzebuje, żebym teraz ja w jakiś sposób ją wyciągnął?
Kiedy Malcom odezwał się ponownie, mówił łagodniej.
- Minęły dwa dni. Jeśli do jutra się nie obudzi, spróbuję sięgnąć po nią
magią. Zajmę się tym, o ile ty w tym czasie przestaniesz nad nią stać i się zamartwiać. Jeśli naprawdę chcesz się do czegoś przydać, idź do
wioski i przynieś parę rzeczy, których potrzebujemy...
Jego głos zafalował i rozpłynął się w ciszę. Lucie znowu była w ciemnym
miejscu. Słyszała Jessego, odległy, ledwie słyszalny szept:
- Lucie, jeśli mnie słyszysz... jestem tu. Opiekuję się tobą.
"Jestem tu", chciała odpowiedzieć. "Słyszę cię". Ale tak jak poprzednim
razem i jeszcze wcześniej, cień połknął słowa i znowu wpadła w pustkę.
***
- Kto jest ślicznym ptaszkiem? - powiedziała Ariadne Bridgestock.
Papuga imieniem Winston zmrużyła oczy, zerkając na nią. Nie wyraziła
swojego zdania na temat tego, kto może być ślicznym ptaszkiem. Ariadne
była przekonana, że Winston całkowicie skupił się na garści orzechów
brazylijskich w jej dłoni.
- Pomyślałam, że sobie pogawędzimy - powiedziała do Winstona, kusząc go
orzeszkiem. - Papugi mają podobno mówić. Dlaczego nie zapytasz mnie, jak
upłynął mi do tej pory dzień?
Winston spiorunował ją wzrokiem. Papuga była prezentem od jej rodziców;
Ariadne dostała ją dawno temu, kiedy przyjechała do Londynu i tęskniła
za czymś kolorowym, co zrównoważyłoby posępną szarość miasta. Winston
miał zielony tułów, śliwkową głowę i usposobienie rasowego drania.
Jego złe spojrzenie jasno wyrażało, że nie będzie żadnych rozmów, dopóki
nie da mu orzecha. Przechytrzyła mnie papuga, pomyślała Ariadne i podała
mu smakołyk przez pręty klatki. Matthew Fairchild miał cudownego złotego
psa, a ona wylądowała z kapryśnym ptasim lordem Byronem.
Winston przełknął orzech i zacisnął szpony na pręcie klatki.
- Śliczny ptaszek - zaskrzeczał. - Śliczny ptaszek.
Dobre i to, pomyślała Ariadne.
- Miałam paskudny dzień, miło, że pytasz - powiedziała, podając
Winstonowi następny orzech przez pręty. - Dom jest strasznie pusty i czuję się tu taka samotna. Matka chodzi z kąta w kąt ze zbolałą miną i zamartwia się o ojca. Nie ma go już od pięciu dni. I... nigdy bym nie
pomyślała, że zatęsknię za Grace, ale przynajmniej była jakimś
towarzystwem.
Nie wspomniała o Annie. W pewne rzeczy Winston nie powinien wtykać
swojego dzioba.
- Grace - zaskrzeczał. Popukał w pręty klatki znacząco. - Ciche Miasto.
- Właśnie - mruknęła Ariadne.
Jej ojciec i Grace wyjechali tej samej nocy i ich zniknięcie musiało być
powiązane, chociaż Ariadne nie miała pewności w jaki sposób. Jej ojciec
popędził do Adamantowej Cytadeli, żeby przesłuchać Tatianę Blackthorn.
Następnego ranka Ariadne i jej matka odkryły, że Grace też zniknęła:
spakowała swój skromny majątek i wyjechała w środku nocy. Dopiero w porze lunchu goniec przyniósł wiadomość od Charlotte, z której wynikało,
że Grace przebywa u Cichych Braci i rozmawia z nimi o przestępstwach
swojej matki.
Matka Ariadne prawie zemdlała z powodu wstrząsu wywołanego tą
wiadomością.
- Och, nieświadomie przyjęliśmy pod swój dach przestępczynię!
Na te słowa Ariadne przewróciła oczami i zwróciła jej uwagę, że Grace
udała się do Cichego Miasta z własnej woli, nie została wywleczona z ich
domu przez Cichych Braci. Dodała, że to Tatiana Blackthorn jest
przestępczynią. Tatiana już przysporzyła ludziom dużo cierpienia i kłopotów i jeśli Grace pragnęła udzielić Cichym Braciom więcej
informacji na temat jej niezgodnych z prawem poczynań, to zachowała się
jak porządna obywatelka.
Wiedziała, że to idiotyczne tęsknić za Grace. Prawie ze sobą nie
rozmawiały. Jednakże uczucie samotności było tak dojmujące, że zdaniem
Ariadne już sama obecność kogoś w pobliżu łagodziła pustkę. Oczywiście
były osoby, z którymi naprawdę pragnęła porozmawiać, ale starała się ze
wszystkich sił o nich nie myśleć. To nie byli tak naprawdę jej
przyjaciele, tylko przyjaciele Anny, a Anna...
Jej myśli zakłócił przenikliwy dźwięk dzwonka u drzwi. Zobaczyła, że
Winston zasnął i zwiesza się do góry nogami. Pośpiesznie wrzuciła
resztkę orzechów do jego miseczki na jedzenie i wybiegła z oranżerii do
frontowych drzwi domu, mając nadzieję, że nadeszły jakieś wiadomości.
Matka pierwsza znalazła się przy drzwiach. Ariadne zatrzymała się u szczytu schodów, kiedy usłyszała jej głos:
- Konsul Fairchild, dzień dobry. I pan Lightwood. Jak miło, że nas
odwiedzacie... A może przychodzicie, bo... macie jakieś wieści na temat
Maurice'a?
Strach w głosie Flory Bridgestock sprawił, że Ariadne zamarła.
Przynajmniej stała za zakrętem schodów, więc nie widziano jej z progu.
Jeśli Charlotte przyszła z wieściami, być może złymi, to prędzej
przekaże je jej matce, gdy Ariadne nie będzie w pobliżu.
Poczekała, ściskając słupek poręczy schodów na podeście, aż usłyszała
łagodny głos Gideona Lightwooda:
- Nie, Floro. Nie mieliśmy żadnych wieści, odkąd wybrał się na Islandię.
Mieliśmy raczej nadzieję, że... ty coś wiesz.
- Nic nie wiem - odpowiedziała matka Ariadne. Jej głos brzmiał słabo,
jakby dobiegał z daleka. Ariadne wiedziała, że matka stara się nie
okazać strachu. - Zakładałam, że jeśli ma z kimś kontakt, to właśnie z biurem Konsul.
Zapadło niezręczne milczenie. Ariadne, której kręciło się w głowie,
podejrzewała, że Gideon i Charlotte żałują teraz, że w ogóle tu
przyszli.
- Nie macie żadnych wiadomości z Cytadeli? - spytała wreszcie jej matka.
- Ani słowa od Żelaznych Sióstr?
- Nie - odparła Konsul. - Jednak Żelazne Siostry są nawet w najlepszym
razie powściągliwe. A Tatiana to pewnie trudna do przesłuchania osoba.
Możliwe, że uznali, że na razie nie mają żadnych wieści do przekazania.
- Wysłaliście jednak do nich wiadomości - powiedziała Flora. - I nie
otrzymaliście żadnej odpowiedzi. Może... Instytut w Rejkiawiku? - Ariadne
wydawało się, że wychwyciła nutkę strachu, która przebiła się przez mury
uprzejmości jej matki. - Wiem, że nie możemy skorzystać z runu
tropiącego, bo dzieli nas od niego woda, ale oni mogliby to zrobić.
Mogłabym dać wam coś, co można by wysłać do Instytutu. Chusteczkę albo...
- Floro. - Konsul mówiła do niej łagodnie. Ariadne domyślała się, że w tej chwili pewnie ujęła delikatnie dłoń jej matki. - Ta misja wymaga
nadzwyczajnej dyskrecji. Maurice pierwszy zażądałby, żeby nie alarmować
całego Clave. Wyślemy kolejną wiadomość do Cytadeli i jeśli nie
otrzymamy odpowiedzi, zaczniemy własne śledztwo. Obiecuję ci.
Matka mruknęła potakująco, ale Ariadne się zmartwiła. Konsul i jej
najbliższy doradca nie odwiedzają kogoś tylko dlatego, że interesują ich
nowiny. Coś ich zaniepokoiło. Coś, o czym nie wspomnieli Florze.
Charlotte i Gideon pożegnali się po jeszcze kilku słowach zapewnień.
Kiedy Ariadne usłyszała, że drzwi się zamknęły, zeszła po schodach.
Matka, która stała w bezruchu w korytarzu, była zaskoczona jej widokiem.
Ariadne starała się sprawiać wrażenie, jakby dopiero co przyszła.
- Słyszałam głosy - powiedziała. - To Konsul właśnie wyszła?
Matka skinęła głową z roztargnieniem, głęboko zamyślona.
- I Gideon Lightwood. Chcieli wiedzieć, czy dostałyśmy jakąś wiadomość
od twojego ojca. A ja miałam nadzieję, że przyszli, bo sami się czegoś
dowiedzieli.
- Nie martw się, mamo. - Ariadne ujęła jej dłonie. - Wiesz, jaki jest
ojciec. Będzie ostrożny i nie będzie się śpieszył, chcąc dowiedzieć się
wszystkiego, czego się da.
- Och, wiem, ale... To był jego pomysł, żeby posłać Tatianę do Adamantowej
Twierdzy. Jeśli coś poszło nie tak...
- To był akt miłosierdzia - odparła stanowczo Ariadne. - Żeby nie
zamykać jej w Cichym Mieście, gdzie bez wątpienia pogrążyłaby się w jeszcze większym szaleństwie niż dotąd.
- Nie wiedzieliśmy jednak wtedy tego, co wiemy teraz - powiedziała
matka. - Jeśli Tatiana Blackthorn miała coś wspólnego z atakiem
Lewiatana na Instytut... To nie jest czyn wariatki zasługującej na litość.
To wojna wypowiedziana Nefilim. To niebezpieczny, wrogi akt, sojusz z największym złem.
- Przebywała w Adamantowej Cytadeli, kiedy Lewiatan zaatakował -
przypomniała jej Ariadne. - Jak mogłaby odpowiadać za atak? Żelazne
Siostry na pewno coś by spostrzegły. Nie zamartwiaj się, mamo - dodała.
- Wszystko będzie dobrze.
Matka westchnęła.
- Ari, wyrosłaś na taką śliczną dziewczynę. Będzie mi ciebie bardzo
brakować, kiedy wspaniały mężczyzna wybierze sobie ciebie i odejdziesz z domu, żeby za niego wyjść.
Ariadne mruknęła niezobowiązująco.
- Och, wiem, że historia z Charlesem była okropnym doświadczeniem -
dodała jej matka. - Następnym razem będzie lepiej.
Wzięła głęboki wdech, wyprostowała ramiona i Ariadne ponownie
przypomniała sobie, że matka jest Nocną Łowczynią, tak samo jak inni, i stawianie czoła trudnościom jest częścią jej pracy.
- Na Anioła - powiedziała odmienionym, żywym głosem. - Życie toczy się
dalej. Nie możemy wiecznie stać w wejściu i się zamartwiać. Mam wiele
spraw, którymi powinnam się zająć... Żona Inkwizytora musi dbać o dom,
kiedy pan domu wyjeżdża, i tak dalej...
Ariadne mruknęła potakująco i pocałowała matkę w policzek, zanim wróciła
schodami na górę. W połowie korytarza minęła uchylone drzwi gabinetu
ojca. Pchnęła je lekko i zajrzała do środka.
Pomieszczenie pozostawiono w niepokojącym nieładzie. Gdyby Ariadne miała
nadzieję, że zajrzenie do gabinetu sprawi, że poczuje, że znalazła się
bliżej ojca, rozczarowałaby się, bo zamiast tego jeszcze bardziej się
zmartwiła. Ojciec był pedantyczny i zorganizowany. I był z tego dumny.
Nie znosił bałaganu. Wiedziała, że wyjechał w pośpiechu, ale stan tego
pokoju uświadomił jej, jak bardzo musiał być spanikowany.
Złapała się na tym, że niemal bezwiednie zaczyna porządkować rzeczy -
przysuwa krzesło z powrotem do biurka, uwalnia zasłony, które zaczepiły
się o abażur lampy, wystawia filiżanki na korytarz, gdzie znajdzie je
gosposia. Przed kominkiem leżał rozsypany popiół; wzięła małą szczotkę z mosiężnym uchwytem, żeby go zmieść ...
Zamarła.
Coś białego błyszczało pośród popiołów w kominku. Rozpoznała schludne
kaligraficzne pismo ojca na stosiku nadpalonego papieru. Pochyliła się
mocniej - jakież to notatki ojciec chciał zniszczyć przed wyjazdem z Londynu?
Wyjęła papiery z kominka. Strzepnęła z nich popiół i zaczęła czytać. W trakcie lektury poczuła przenikliwą suchość w gardle, jakby miała się
zaraz zadławić.
Na pierwszej stronie były zapisane słowa "Herondale/Lightwood".
Ewidentnie nie powinna czytać dalej, ale nazwisko Lightwood płonęło w jej oczach powidokiem. Nie mogła się od niego odwrócić. Jeśli rodzina
Anny miała jakieś kłopoty, to jak mogłaby nie chcieć się o nich
dowiedzieć?
Strony podpisano latami: 1896, 1892, 1900. Przejrzała arkusze i poczuła
zimny palec przesuwający się po jej karku.
Pismem ojca nie wypisano wydatków ani zarobków, ale wypunktowano różne
wydarzenia. Zdarzenia związane z Herondale'ami i Lightwoodami.
Nie, nie wydarzenia. Błędy. Potknięcia. Grzechy. To był zapis wszelkich
postępków Herondale'ów i Lightwoodów, które przysporzyły jej ojcu
znaczących problemów. Odnotowano tu wszystko, co można by uznać za
nieodpowiedzialne albo nieprzemyślane.
03/12/01: G2.L nieobecny na zebraniu Rady bez wyjaśniania. CF
wściekły.
09/06/98: WW z Waterloo twierdzą, że WH/TH odmawiają spotkania, co
skutkuje niepokojami na Targu.
01/08/95: Szefowa Instytutu w Oslo odmawia spotkania z TH z powodu jej
Pochodzenia.
Ariadne zrobiło się niedobrze. Większość odnotowanych faktów była
drobna, nieistotna albo oparta na pogłoskach. Stwierdzenie, że szefowa
Instytutu w Oslo, jedna z najżyczliwszych kobiet, jakie Ariadne poznała,
nie chciała się spotkać z Tessą Herondale, było odrażające. To ona
powinna otrzymać reprymendę, a odnotowano ten fakt, jakby to była wina
Herondale'ów.
Co to było? Co sobie myślał jej ojciec?
Na spodzie stosu leżało coś jeszcze. Arkusz z kremowobiałej papeterii.
To nie były notatki, ale list. Ariadne wyjęła go ze stosiku. Z niedowierzaniem przebiegła wzrokiem po linijkach pisma.
- Ariadne?
Ariadne szybko schowała list w dekolcie sukni, zanim uniosła głowę, żeby
spojrzeć na matkę. Flora stała w progu, marszcząc brwi i mrużąc oczy.
Kiedy się odezwała, nie było w jej głosie śladu ciepła z rozmowy na
parterze.
- Ariadne... co tu robisz?
2. Szare morze
2
Szare morze
"Szare skały i bardziej szare od nich morze,
Przy brzegu huk przyboju,
A w sercu moim imię,
Co wybrzmieć już nie może".
Charles G.D. Roberts
Grey Rocks, and Greyer Sea
Kiedy Lucie wreszcie się obudziła, usłyszała szum fal i zobaczyła jasne,
zimowe słońce, ostre jak krawędź szkła. Usiadła tak szybko, że zakręciło
jej się w głowie. Postanowiła sobie, że za żadne skarby nie zaśnie
znowu, nie straci przytomności, nie powróci do tego ciemnego, pustego
miejsca pełnego głosów i hałasów.
Odrzuciła pasiastą szydełkową narzutę, pod którą spała i spuściła nogi z łóżka. Pierwsza próba stanięcia nie zakończyła się sukcesem - nogi
ugięły się pod nią i padła z powrotem na łóżko. Za drugim razem złapała
się kolumienki przy łóżku i podniosła się, podciągając się na niej. Ta
metoda trochę lepiej się sprawdziła i przez kilka chwil Lucie kołysała
się w tę i z powrotem jak stary wilk morski nienawykły do lądu.
Jeśli nie liczyć łóżka - o prostej ramie z kutego żelaza pomalowanej
zgaszoną bielą pod kolor ścian - w jej małym pokoju stało niewiele
mebli. Był tam kominek, na którym węgielki trzaskały i skrzyły się lekko
fioletowym odcieniem, oraz toaletka z niewykończonego drewna, rzeźbiona
w syreny i węże morskie. Jej własny kufer podróżny stał w nogach łóżka,
co podziałało na Lucie uspokajająco.
W końcu mimo potwornego mrowienia w nogach podeszła do okna znajdującego
się w zagłębieniu ściany i wyjrzała. Widok był symfonią bieli i ciemnej
zieleni, czerni i bardzo bladego błękitu. Dom Malcolma najwyraźniej stał
w połowie skalistego urwiska nad śliczną rybacką wioseczką. Poniżej domu
ciągnęła się wąska zatoczka, którą ocean wpadał do portu i delikatnie
kołysał małymi rybackimi łodziami. Niebo było czyste, wyglądało jak
niebieska porcelana, chociaż ewidentnie niedawno padał śnieg, sądząc po
pobielonych dwuspadowych dachach w wiosce. Węglowy dym snuł się czarnymi
smugami ku niebu, fale uderzały o klif w dole, zielone jak sosny i białe
od piany.
Widok był piękny, surowy, ale piękny, a rozległa połać morza budziła w piersi Lucie dziwne uczucie pustki. Miała wrażenie, że Londyn znajduje
się miliony mil stąd, tak samo jak jego mieszkańcy: Cordelia i James,
jej matka i ojciec. O czym teraz myśleli? Wyobrażali sobie, że gdzie
jest w Kornwalii? Raczej nie tu, gdzie spoglądała na ocean, ciągnący się
aż do wybrzeża Francji.
Dla odwrócenia uwagi poruszyła na próbę palcami stóp. Przynajmniej
zniknęło mrowienie. Szorstkie deski podłogowe po wielu latach używania
wydawały się zupełnie gładkie pod jej bosymi stopami, jakby dopiero co
je wyszlifowano. Prześlizgnęła się po nich do toaletki, gdzie czekały na
nią miska i ręcznik. Prawie jęknęła na widok swojego odbicia w lustrze.
Włosy miała matowe i rozczochrane, jej podróżna suknia była pomięta,
guzik od poduszki zostawił w policzku wgniecenie wielkości pensa.
Pomyślała, że poprosi później Malcolma o kąpiel. Był czarownikiem, na
pewno zdoła sprokurować trochę gorącej wody. Na razie wykorzystała
najlepiej, jak się dało, wodę w misce i kostkę mydła "Pears", zanim
zdjęła zrujnowaną sukienkę i cisnęła w kąt. Otworzyła z rozmachem kufer.
Przez chwilę siedziała i wpatrywała się w jego zawartość. Naprawdę
spakowała kostium kąpielowy?! Myśl o pływaniu w lodowo-zielonych wodach
zatoki Polperro była przerażająca. Odsunęła na bok toporek i kurtkę od
stroju bojowego i wyjęła ciemnoniebieską wełnianą sukienkę z haftami na
mankietach. Potem zaczęła upinać szpilkami włosy, żeby wyglądać
względnie przyzwoicie. Spanikowała na moment, kiedy zdała sobie sprawę,
że nie ma złotego medalika na szyi, ale po minucie pośpiesznych
poszukiwań znalazła go na nocnym stoliku obok łóżka.
Jesse go tam położył, pomyślała. Nie miała pojęcia, skąd to wie, ale
była tego pewna.
Nagle desperacko zapragnęła go zobaczyć. Wsunęła stopy w niskie buty i wymknęła się z pokoju na korytarz.
Dom Malcolma był znacznie większy, niż myślała. Okazało się, że jej
sypialnia jest jedną z sześciu na piętrze, a schody na końcu korytarza -
rzeźbione w takim samym stylu jak jej toaletka - prowadziły do otwartego
salonu z wysokim sufitem stosownym dla rezydencji ziemskiej. Ewidentnie
nie było tam miejsca na tak wysoki sufit i sypialnie na piętrze, co
wywoływało w niej dezorientację. Malcolm musiał zaczarować dom, żeby w środku był tak duży, jak mu to odpowiadało.
Nic nie wskazywało, żeby ktoś jeszcze przebywał w domu, ale gdzieś na
zewnątrz niósł się stały, rytmiczny łomot. Po chwili szukania Lucie
znalazła frontowe drzwi i wyszła na dwór.
Jasne słońce okazało się zwodnicze. Było naprawdę zimno. Wiatr ciął
skaliste klify jak nóż, przenikając wełnę sukienki. Lucie objęła się
rękami, drżąc, i obróciła się w miejscu. Miała rację co do domu - z zewnątrz wyglądał na mały, ot, chatka, w której zmieściłyby się ze trzy
pokoje. Okna wyglądały na zabite deskami (wiedziała jednak, że wcale
takie nie są), wapno, którym pobielono dom, popękało na słonym
powietrzu.
Przemrożona trawa morska chrzęściła pod jej butami, gdy szła w kierunku
łup! łup! łup! niosącego się z boku domu. Nagle zatrzymała się.
To był Jesse. Stał z siekierą w ręce obok stosu drewna opałowego, które
rąbał. Lucie trzęsły się ręce - i to bynajmniej nie tylko z zimna. On
żył. Świadomość tego nigdy do tej pory nie uderzyła jej z podobną siłą.
Nigdy go takim nie widziała - nigdy nie widziała, żeby wiatr targał mu
czarne włosy ani nigdy nie widziała u niego rumieńców spowodowanych
wysiłkiem. Nigdy nie widziała, żeby jego oddech zamieniał się w białe
chmurki, gdy wypuszczał powietrze. Nigdy jeszcze nie widziała, żeby
oddychał. Zawsze był w świecie, ale nigdy nie był jego częścią; ani
skwar, ani mróz go nie tykały. A tu oddychał, żył, jego cień ciągnął się
za nim na kamienistym gruncie.
Nie mogła tego znieść ani chwili dłużej. Podbiegła do niego. Zdążył
tylko podnieść wzrok zaskoczony i wypuścić siekierę, zanim zarzuciła mu
ręce na szyję.
Złapał ją i przycisnął do siebie, tuląc mocno, wbijając palce w miękki
materiał sukienki. Wtulił twarz w jej włosy, szepcząc: "Lucie, Lucie".
Jego ciało było ciepłe. Po raz pierwszy czuła jego zapach - zapach
wełny, potu, skóry, dymu drzewnego i powietrza przed burzą. Po raz
pierwszy czuła, jak jego serce bije tuż przy jej własnym.
W końcu odsunęli się od siebie. Nadal ją obejmował, uśmiechając się. Na
jego twarzy malowało się drobne wahanie, jakby nie był pewien, co ona
pomyśli o tym nowym, prawdziwym, żywym Jessem. Niemądry chłopak, uznała.
Powinien być w stanie wyczytać wszystko z jej twarzy. A może to lepiej,
że nie potrafił?
- Nareszcie się obudziłaś - powiedział.
Jego głos... Cóż, to był jego głos, który przecież już znała. Mimo to
wydał jej się o wiele bardziej konkretny niż to, co słyszała do tej
pory. Czuła wibracje w jego piersi, gdy mówił. Zastanawiała się, czy
kiedykolwiek przywyknie do tych wszystkich nowych szczegółów.
- Jak długo spałam?
- Kilka dni. Niewiele się w tym czasie wydarzyło; głównie czekaliśmy, aż
się obudzisz. - Zmarszczył brwi. - Malcolm powiedział, że ostatecznie
nic ci nie będzie, a ja myślałem...
Wzdrygnął się i uniósł prawą rękę. Skrzywiła się, widząc rozdartą,
zaczerwienioną skórę. Jesse jednak był zachwycony.
- Pęcherze - powiedział radośnie. - Mam pęcherze!
- Fatalna sprawa - powiedziała współczująco Lucie.
- W żadnym razie. Wiesz, ile czasu minęło, odkąd miałem jakiś pęcherz?
Zadrapane kolano? Złamany ząb?
- Mam nadzieję, że nie powybijasz sobie wszystkich zębów zachwycony
faktem, że żyjesz - powiedziała Lucie. - Chyba nie ko... lubiłabym cię tak
bardzo jak teraz, gdybyś stał się bezzębny.
O rety. Omal nie powiedziała "kochałabym". Jesse przynajmniej sprawiał
wrażenie tak zachwyconego swoimi nowymi obrażeniami, że niczego nie
zauważył.
- Jakie to płytkie - powiedział Jesse, nawijając pasemko jej włosów na
palec. - Ja lubiłbym cię, nawet gdybyś była łysa i pomarszczona jak
wyschnięty żołądź.
Lucie ogarnęła potworna chęć, żeby zachichotać, ale zmusiła się do
zrobienia groźnej miny.
- Doprawdy, co, u licha, robisz tu, rąbiąc drewno? Malcolm nie może
sobie wyczarować opału? A właściwie to gdzie on się podziewa?
- Zszedł do wioski - odpowiedział Jesse. - Rzekomo po to, żeby uzupełnić
zapasy. Myślę, że lubi spacery. W przeciwnym wypadku po prostu
wyczarowałby jedzenie, jak sama powiedziałaś. Przez większość dni znika
na całe popołudnia.
- Przez większość dni? - powtórzyła Lucie. - Powiedziałeś, że spałam
kilka dni. Ile właściwie?
- To piąty dzień, odkąd tu jesteśmy. Malcolm posłużył się magią, żeby
się zorientować, czy jesteś bezpieczna. Potrzebujesz tylko naturalnego
odpoczynku. W ogromnych ilościach.
- Aha. - Lucie cofnęła się zaniepokojona. - Moja rodzina z pewnością
będzie nas szukać, oni chcą wszystko wiedzieć i będą wściekli na mnie... i na Malcolma... musimy obmyślić jakiś plan...
Jesse znowu zmarszczył czoło.
- Nie znajdą nas łatwo. Ten dom został potężnie zabezpieczony przed
czarem tropiącym i chyba przed wszelką inną magią.
Lucie już miała mu wyjaśnić, że zna swoich rodziców i wie, że nie
pozwolą, by coś takiego jak nieprzeniknione zabezpieczenia magiczne
uniemożliwiło im wywęszenie, gdzie podziewa się ich córka, ale zanim
zdążyła się odezwać, zza węgła wyszedł Malcolm z laseczką w ręce. Jego
buty chrzęściły na zamarzniętej ziemi. Miał na sobie biały podróżny
płaszcz, w jakim Lucie widziała go ostatnim razem w Sanktuarium
Instytutu. Był wtedy rozgniewany, przestraszony tym, co zrobiła. Teraz
sprawiał wrażenie zmęczonego, wyglądał bardziej niechlujnie, niżby się
spodziewała.
- Mówiłem ci, że nic jej nie będzie - powiedział do Jessego. Zerknął na
opał. - Doskonała robota - dodał. - Z każdym dniem będziesz się czuł
silniejszy, jeśli będziesz pracował tak dalej.
Zatem w rąbaniu przez Jessego drewna chodziło przede wszystkim o jego
zdrowie. To miało sens. Chociaż jego ciało zostało magicznie
zakonserwowane, z pewnością osłabło przez siedem lat śmierci. Oczywiście
Belial opętywał jego ciało i posługiwał się nim jak marionetką,
zmuszając je do przemierzania całych mil przez Londyn, żeby...
Lucie nie chciała jednak o tym myśleć. To była przeszłość, kiedy Jesse
nie zamieszkiwał tak naprawdę swojego ciała. Teraz to wszystko się
zmieniło.
Jesse przyjrzał się stosowi nieporąbanych polan za sobą.
- Myślę, że zostało mi nie więcej niż pół godziny pracy.
Malcolm skinął głową i odwrócił się do Lucie. Jego twarz była dziwnie
pozbawiona wyrazu, kiedy na nią spojrzał. Lucie ogarnął niepokój.
- Panno Herondale, czy możemy porozmawiać w domu? - zapytał.
***
- Dobrze więc, ten arkusz nasączyłem roztworem węglanu amonowego - mówił
Christopher. - I kiedy potraktujemy go płomieniem za pomocą
standardowego runu zapalającego... Thomasie, czy ty mnie słuchasz?
- Zamieniam się w słuch - odpowiedział Thomas. - I chłonę twoje słowa
chciwym uchem.
Znajdowali się w piwnicy domu Fairchildów, w laboratorium Henry'ego.
Christopher poprosił Thomasa o pomoc w nowym projekcie, a Thomas chętnie
skorzystał z tej propozycji, bo potrzebował czegoś, co zajmie jego
myśli.
Christopher poprawił okulary na nosie.
- Widzę, że nie jesteś przekonany do tego, że zastosowanie ognia jest
potrzebne... - powiedział - ...ale wiesz, bacznie obserwuję rozwój nauki
Przyziemnych. Pracowali ostatnio nad sposobem przesyłania wiadomości na
wielkie odległości, najpierw za pomocą metalowego drutu, a ostatnio za
pomocą samego powietrza.
- A jak to się ma do podpalania czegokolwiek? - zapytał Thomas, w swoim
mniemaniu niezwykle uprzejmie.
- Ujmując to prosto: Przyziemni posługiwali się ciepłem, opracowując
większość najnowszych wynalazków takich jak elektryczność, czy telegraf,
a my, Nocni Łowcy, nie możemy pozostać za nimi w tyle. A z pewnością za
nimi nie nadążymy, jeśli ich urządzenia dadzą im możliwości, którym nie
zdołamy dorównać. W tym wypadku są w stanie przesyłać wiadomość na
odległość, a my... Cóż, my tego nie potrafimy. Jeśli jednak posłużę się
runami... widzisz, przypalam brzeg pergaminu, składam kartkę, umieszczam
tu run Łączności, a run Precyzji tu i tu...
Na górze rozległ się dzwonek do drzwi. Christopher udał, że go nie
słyszy, i przez chwilę Thomas zastanawiał się, czy sam nie powinien iść
otworzyć drzwi, ale po drugim i trzecim dzwonku Christopher westchnął,
odłożył stelę i poszedł na górę.
Thomas usłyszał, jak drzwi na górze się otwierają. Nie zamierzał
podsłuchiwać, ale żołądek mu się szarpnął jak ptak dający nura po rybę
(żałował, że nie wpadł na lepsze porównanie, ale albo ktoś ma poetycki
umysł jak James, albo go nie ma), kiedy z góry napłynął głos
Christophera:
- Och, cześć, Alastairze, pewnie przyszedłeś zobaczyć się Charlesem.
Myślę, że jest na górze w swoim gabinecie.
Odpowiedź Alastaira była zbyt cicha, żeby Thomas ją usłyszał.
Christopher odchrząknął i powiedział:
- Ehm, na dole w laboratorium. Pracuję właśnie nad nowym ekscytującym
projektem...
Alastair wszedł mu w słowo. Thomas zastanawiał się, czy Christopher
wspomni, że Thomas też tu jest. Nie powiedział jednak, wyjaśnił tylko:
- Matthew nadal jest w Paryżu, na ile się orientujemy. Tak, jestem
pewien, że Charles nie miałby nic przeciwko wizycie...
Ptak w żołądku Thomasa padł martwy. Thomas oparł łokcie na stole
laboratoryjnym Christophera, starając się oddychać i jakoś to przetrwać.
Wiedział, że nie powinien być zaskoczony. Alastair jasno dał mu do
zrozumienia, że nic między nimi nie może zaistnieć. A głównym tego
powodem była wrogość między Alastairem i przyjaciółmi Thomasa, Wesołymi
Złodziejaszkami, którzy mieli bardzo dobry powód, żeby nie lubić
Alastaira.
Thomas obudził się następnego ranka ze sprecyzowaną myślą: "Nadszedł
czas, i to już dawno temu, żebym powiedział przyjaciołom o moich
uczuciach do Alastaira. Może Alastair ma rację i nasze uczucie jest
niemożliwe, ale z pewnością takie pozostanie, jeśli niczego nie
spróbuję".
Miał szczery zamiar to zrobić. Wstał z łóżka zdeterminowany.
Potem jednak dowiedział się, że Matthew i James nocą wyjechali z Londynu, więc odłożył plan na później. Właściwie to nie tylko Matthew i James wyjechali. Cordelia i Matthew, jak się okazało, wyjechali razem do
Paryża, a James pojechał z Willem szukać Lucie, która najwyraźniej
postanowiła odwiedzić Malcolma Fade'a w jego chacie w Kornwalii.
Christopher przyjął te wyjaśnienia bez żadnego pytania; Thomas
przeciwnie i wiedział, że Anna też ma wątpliwości, ale zdecydowanie nie
zamierzała z nim o tym rozmawiać. "Można plotkować na temat znajomych,
ale nie na temat przyjaciół" - to było wszystko, co powiedziała. Była
blada i wyglądała na zmęczoną, chociaż wróciła do zwyczaju spędzania
każdej nocy z inną dziewczyną. Thomasowi właściwie brakowało Ariadne i podejrzewał, że Annie też jej brakuje, ale kiedy raz poruszył ten temat,
Anna prawie rzuciła w niego filiżanką.
Całkiem serio rozważał w ciągu ostatnich kilku dni, czy nie powiedzieć
Christopherowi o swoich uczuciach, ale chociaż Christopher zareagowałby
życzliwie, to czułby się niezręcznie, wiedząc coś, o czym Matthew i James nie mają pojęcia. W dodatku to właśnie James i Matthew naprawdę
nie lubili, wręcz nienawidzili, Alastaira.
I pozostała jeszcze kwestia Charlesa. Charles był pierwszą wielką
miłością Alastaira, chociaż ta miłość zakończyła się fatalnie. Charles
został raniony podczas potyczki z Belialem i teraz dochodził do siebie,
a Alastair najwyraźniej uznał, że powinien go wspierać i troszczyć się o niego. Chociaż Thomas rozumiał to z czysto etycznego punktu widzenia, to
dręczyła go myśl, że Alastair ociera pot z rozgorączkowanego czoła
Charlesa i karmi go winogronami. Aż zbyt łatwo potrafił sobie wyobrazić,
jak Charles kładzie dłoń na policzku Alastaira i mruczy coś w podzięce,
wpatrując się w cudowne ciemne oczy okolone długimi, gęstymi rzęsami...
Christopher wrócił do laboratorium i Thomas omal nie wyskoczył z krzesła. Christopher na szczęście żył w błogiej nieświadomości wrzawy w głowie Thomasa i natychmiast wrócił do pracy przy stole.
- W porządku - powiedział, odwracając się do Thomasa ze stelą w ręce. -
Wobec tego spróbujmy, dobrze?
- Wysłać wiadomość? - zapytał Thomas.
On i Christopher "wysłali" do tej pory już dziesiątki wiadomości i chociaż część z nich rozpłynęła się w powietrzu, a część śmignęła
kominem, to żadna nie trafiła do swojego miejsca przeznaczenia.
- W rzeczy samej - potwierdził Kit, podając mu kartkę i ołówek. -
Potrzebuję, żebyś napisał wiadomość, a ja sprawdzę ten odczynnik. To
może być dowolna bzdura.
Thomas usiadł przy stole laboratoryjnym i zagapił się na pustą stronę.
Po długiej chwili napisał:
Drogi Alastairze!
Dlaczego jesteś taki głupi i frustrujący i dlaczego ciągle o Tobie
myślę? Dlaczego muszę myśleć o Tobie, kiedy wstaję rano i kiedy kładę
się wieczorem, i kiedy myję zęby, i kiedy teraz tu siedzę? Dlaczego
pocałowałeś mnie w Sanktuarium, skoro nie chcesz ze mną być? To dlatego
nikomu o tym nie powiesz? To bardzo denerwujące.
Thomas
- Gotowy? - spytał Christopher.
Thomas podniósł gwałtownie wzrok i szybko złożył kartkę na czworo, żeby
ukryć jej zawartość. Ze ściśniętym sercem podał list Christopherowi.
Żałował, że nie może pokazać tych słów komuś, ale wiedział, że to
wykluczone. Mimo to pomyślał sobie, że lepiej się poczuł, kiedy je
napisał. Christopher zapalił zapałkę i przytknął ją do brzegu kartki.
Lepiej się poczuł, nawet jeśli ten list, podobnie jak związek Thomasa z Alastairem, donikąd nie zmierzał.
***
Biorąc pod uwagę potworne opowieści matki, Grace Blackthorn spodziewała
się, że Ciche Miasto będzie przypominać lochy, gdzie zostanie przykuta
do ściany i zapewne poddana torturom. Zanim dotarła do wejścia do
Cichego Miasta na cmentarzu w Highgate, zaczęła się zastanawiać, jakie
to uczucie zostać poddaną próbie Miecza Anioła. Jak to jest stać w Komnacie Mówiących Gwiazd i poddać się osądowi Cichych Braci. Jakie to
będzie uczucie, gdy zostanie zmuszona do powiedzenia prawdy po tak wielu
latach kłamania? Czy poczuje ulgę? Czy też będzie to potworna męka?
Uznała, że to nie ma znaczenia. Zasługiwała na cierpienie.
Nie została jednak zakuta w żelazo ani nic podobnego. Dwóch Cichych
Braci odprowadziło ją z domu Jamesa przy Curzon Street do Cichego
Miasta. Kiedy tylko znalazła się na miejscu (i rzeczywiście było to
mroczne, złowrogie miejsce wypełnione cieniami), brat Zachariasz - o którym wiedziała, że jest kuzynem Cordelii i kiedyś był Jamesem
Carstairsem - wyszedł im naprzeciw, jakby miał się nią zająć.
Musisz być wyczerpana. - Jego głos w jej umyśle był cichy, wręcz
życzliwy. - Zaprowadzę cię do twojej komnaty. Wystarczy, jeśli jutro
porozmawiamy o tym, co się wydarzyło.
Oniemiała. Brat Zachariasz był postacią, do której jej matka nawiązywała
więcej niż raz, podając go jako przykład zepsucia, jakie Herondale'owie
szerzyli wśród Nefilim. "Nawet nie ma zaszytych oczu", warczała, nie
patrząc na Grace. "Specjalne względy dla tych, których Lightwoodowie
albo Herondale'owie faworyzują. To wręcz nieprzyzwoite".
Jednakże brat Zachariasz zwracał się do niej z łagodną życzliwością.
Poprowadził ją przez zimne, kamienne Miasto do małej celi. Wyobrażała
sobie, że trafi do swego rodzaju sali tortur, gdzie będzie spała na
zimnym kamieniu, może nawet zakuta w łańcuchy. W rzeczywistości, chociaż
pomieszczenie w żadnym razie nie było komfortowe - kamienna cela bez
okna, niezapewniająca prywatności, ponieważ wielkie drzwi do niej
zrobiono z gęsto osadzonych adamasowych prętów - to w porównaniu z domem
Blackthornów wydawała się wręcz przytulna. Znalazła tam względnie
wygodne łóżko z kutego żelaza, podniszczone dębowe biurko, drewnianą
półkę z książkami (żadna z książek jej nie zainteresowała, ale zawsze to
coś). Runiczne kamienie rozmieszczono gdzie popadło, jakby po namyśle.
Grace przypomniała sobie, że Cisi Bracia nie potrzebują światła, żeby
widzieć.
Najbardziej upiorną rzeczą w tym miejscu był fakt, że nie dało się
powiedzieć, czy trwa dzień, czy noc. Zachariasz przyniósł jej zegar
kominkowy, co trochę pomagało, ale nie była do końca przekonana, że
nadal orientuje się, czy dwunasta godzina na zegarze oznacza środek
dnia, czy północ. Uznała jednak, że to nie ma znaczenia. Czas w tym
miejscu to ciągnął się, to skracał jak ściśnięta sprężyna, gdy czekała
na te chwile, kiedy Cisi Bracia będą chcieli z nią porozmawiać.
A gdy już z nią rozmawiali, było źle. Nie mogła udawać, że jest inaczej.
Nie robili jej krzywdy, nie dręczyli jej ani nawet nie posłużyli się
Mieczem Anioła. Zadawali tylko pytania, spokojnie i nieustępliwie.
Jednakże to nie pytania były najgorsze, lecz mówienie prawdy.
Grace zaczęła zdawać sobie sprawę, że potrafi rozmawiać z innymi tylko
na dwa sposoby. Jeden wymagał noszenia maski, kłamania i grania, tak jak
wtedy, gdy odgrywała posłuszeństwo przed matką i miłość przed Jamesem.
Drugi to była szczerość, na jaką pozwalała sobie tylko w kontaktach z Jessem. Tyle że nawet przed nim ukrywała różne rzeczy, których się
wstydziła. Nietajenie niczego, jak się przekonała, było bolesne.
Cierpiała, gdy stanęła przed Braćmi i przyznała się do wszystkiego, co
zrobiła. Tak, zmusiłam Jamesa Herondale'a, by uwierzył, że jest we mnie
zakochany. Tak, posłużyłam się mocami od demona, żeby zwieść Charlesa
Fairchilda. Tak, spiskowałam z matką, żeby zniszczyć Herondale'ów i Carstairsów, Lightwoodów i Fairchildów. Wierzyłam jej, kiedy mówiła, że
to nasi wrogowie.
Te sesje ją wyczerpywały. Nocą, gdy siedziała samotnie w celi, widziała
twarz Jamesa, kiedy ostatni raz na nią patrzył. Słyszała nienawiść w jego głosie. "Wyrzuciłbym cię na ulicę, ale ta twoja moc jest jak
naładowana broń w ręku egoistycznego dziecka. Nie można pozwolić, żebyś
dłużej się nią posługiwała".
Jeśli Cisi Bracia zamierzali odebrać jej tę moc - a nie miałaby nic
przeciwko temu - to na razie tego nie okazali. Czuła, że ją badają,
badają jej zdolność w sposób, jakiego nie pojmowała.
Pocieszała ją tylko myśl o Jessem. Jessem, którego Lucie z pewnością
wskrzesiła z pomocą Malcolma. Teraz powinni już być w Kornwalii. Czy
Jessemu nic nie będzie? Czy powrót z krainy cieni, którą zamieszkiwał od
tak dawna, będzie dla niego okropnym wstrząsem? Żałowała, że nie ma jej
przy nim, że nie może trzymać go za rękę, tak jak on trzymał ją,
pomagając jej znieść wiele potwornych rzeczy.
Wiedziała, rzecz jasna, że całkiem prawdopodobne jest, iż nie zdołali
wskrzesić Jessego. Nekromancja była wręcz niemożliwa. Jednak jego śmierć
była potwornie niesprawiedliwa, to była straszliwa zbrodnia oparta na
jadowitym kłamstwie. Z pewnością, jeśli ktoś zasługiwał na drugą szansę,
to właśnie on.
I kochał Grace jak siostrę, kochał i troszczył się o nią jak nikt inny -
być może jak nikt inny nigdy nie będzie jej kochał. Może Nefilim skażą
ją na śmierć z powodu jej mocy. Może będzie gniła w Cichym Mieście przez
resztę życia. A jeśli nie, to życie z Jessem było jedyną przyszłością,
jaką wyobrażała sobie dla siebie.
Był jeszcze Christopher Lightwood, rzecz jasna. Oczywiście nie kochał
jej; prawie jej nie znał. Sprawiał jednak wrażenie szczerze
zainteresowanego nią samą, jej myślami, jej zdaniem, jej uczuciami. W innej sytuacji mógłby zostać jej przyjacielem. Nigdy nie miała
przyjaciela. Tylko Jamesa, który teraz z pewnością jej nienawidził,
wiedząc, co mu zrobiła, i Lucie, która wkrótce też ją znienawidzi z tego
samego powodu. I tak naprawdę to oszukiwała samą siebie, myśląc, że
Christopher mógłby czuć coś innego. Był przyjacielem Jamesa i kochał go.
Jako jego lojalny przyjaciel będzie nią pogardzał... i nie mogła mieć o to
do niego pretensji.
Rozległ się charakterystyczny zgrzyt otwierających się drzwi. Usiadła
pośpiesznie na wąskim materacu, wygładziła włosy. Oczywiście Cichych
Braci nie obchodził jej wygląd, ale taka była siła nawyku.
Ciemna postać przyjrzała jej się z progu.
Grace... - powiedział Zachariasz - ...obawiam się, że ostatnia seria
pytań była dla ciebie zbyt trudna.
Rzeczywiście było jej ciężko. Prawie zemdlała, opisując noc, kiedy matka
zabrała ją do ciemnego lasu, i wspominając dźwięk głosu Beliala w cieniach. Jednak Grace nie podobało się to, że ktokolwiek mógł
orientować się w jej odczuciach.
- Jak długo jeszcze to potrwa? - zapytała. - Zanim zostanie ogłoszony
wyrok?
Tak bardzo pragniesz kary?
- Nie, chcę tylko, żeby skończyły się przesłuchania. Jestem gotowa
przyjąć karę. Zasługuję na nią.
Tak, postąpiłaś źle. Ale ile miałaś lat, kiedy matka zabrała cię do
lasu Brocelind, żebyś otrzymała tam swoją moc? Jedenaście? Dwanaście?
- To nie ma znaczenia.
Ma - odparł Zachariasz. - Uważam, że Clave cię zawiodło. Jesteś Nocną
Łowczynią, Grace, urodziłaś się w rodzinie Nocnych Łowców, a porzucono
cię w straszliwych okolicznościach. To niesprawiedliwe, że Clave
zostawiło cię tam na tak długo, nie interweniując, nawet nie badając
sytuacji.
Grace nie mogła znieść jego litości. Odbierała ją jak igiełki wbijające
się w skórę.
- Nie powinieneś okazywać mi życzliwości ani próbować mnie zrozumieć -
warknęła. - Posłużyłam się demoniczną mocą, żeby zaczarować Jamesa,
sprawiłam, że uwierzył, że mnie kocha. Przysporzyłam mu wielkiego bólu.
Zachariasz przyglądał jej się bez słowa. Jego twarz była upiornie
nieruchoma. Grace chciała go uderzyć.
- Nie uważasz, że zasługuję na karę? Czy nie należy wyrównać rachunku
krzywd? Czy nie trzeba przywrócić równowagi? Oko za oko?
Tak myśli o świecie twoja matka, nie ja.
- Ale pozostali Cisi Bracia. Enklawa. Wszyscy w Londynie... będą chcieli
zobaczyć, jak zostałam ukarana.
O niczym nie wiedzą - powiedział brat Zachariasz. Po raz pierwszy
Grace spostrzegła u niego coś w rodzaju wahania. - Tylko my i James
wiemy o tym, co zrobiłaś na żądanie matki.
- Ale... dlaczego? - To nie miało sensu. Z pewnością James powie
przyjaciołom i wkrótce wszyscy będą wiedzieć. - Dlaczego mielibyście
mnie chronić?
Chcemy przesłuchać twoją matkę. To będzie łatwiejsze, jeśli uzna, że
nadal stoisz po jej stronie, a my nie wiemy nic o twoich mocach.
Grace odchyliła się na oparcie łóżka.
- Chcecie uzyskać wyjaśnienia od mojej matki, ponieważ mnie uważacie za
marionetkę, a ją za lalkarza, który pociąga za sznurki. Jednak
prawdziwym lalkarzem jest Belial. Ona jest mu posłuszna. Kiedy działa,
robi to na jego życzenie. To jego należy się bać.
Zapadła cisza. A potem łagodny głos rozległ się w jej głowie:
Boisz się, Grace?
- Nie o siebie - odpowiedziała. - Ja już straciłam wszystko, co mogłam.
Ale o innych, owszem. Bardzo się boję.
***
Lucie poszła za Malcolmem do domu i poczekała, aż czarownik zdejmie
podróżny płaszcz i odstawi laskę przy wejściu. Zaprowadził dziewczynę do
wysokiego salonu, który minęła wcześniej, i pstryknięciem palców zapalił
na kominku huczący ogień. Do Lucie dotarło, że Malcolm nie tylko mógł
zdobyć drewno na opał bez pomocy Jessego, ale mógł wręcz rozpalić ogień
w ogóle bez drewna.
Oczywiście nie miała nic przeciwko patrzeniu, jak Jesse rąbie drewno. A jemu najwyraźniej sprawiało to przyjemność, zatem oboje na tym
korzystali.
Malcolm wskazał wyściełaną kanapę. Lucie uznała, że zapadnie się w niej
tak głęboko, że już nie zdoła wstać, więc tylko przysiadła na
podłokietniku.
Pokój był dość przytulny; nie tego spodziewałaby się po Malcolmie. Meble
z żółtodrzewa, podniszczone na tyle, żeby zyskały delikatną patynę,
obite tkaniną gobelinową i aksamitem - nie próbowano ich dobrać do
kompletu, ale wszystkie wyglądały na wygodne. Dywan haftowany w ananasy
przykrywał podłogę, na ścianach wisiały różne portrety ludzi, których
Lucie nie rozpoznawała.
Malcolm nadal stał i Lucie spodziewała się, że zrobi jej teraz wykład na
temat Jessego albo zacznie wypytywać, co z nim zrobiła. Zamiast tego
powiedział:
- Pewnie zauważyłaś, że chociaż to nie ja byłem nieprzytomny przez kilka
dni po tym, jak niewprawnie parałem się magią, to prezentuję się
fatalnie.
- Nie zauważyłam - skłamała Lucie. - Wyglądasz... całkiem wytwornie.
Malcolm machnął ręką.
- Nie domagam się komplementów. Zamierzałem wyjaśnić, że w ostatnich
dniach, kiedy ty odsypiałaś skutki magii, jaką się posłużyłaś, ja
korzystałem z tego, że wróciłem do Kornwalii, żeby podjąć badanie sprawy
Annabel Blackthorn.
Lucie zacisnął się żołądek. Annabel Blackthorn była kobietą, którą
Malcolm kochał sto lat temu. Myślał, że odeszła od niego, by zostać
Żelazną Siostrą, a tak naprawdę jej rodzina wolała ją zamordować niż
pozwolić, żeby związała się z czarownikiem. Lucie wzdrygnęła się,
przypominając sobie wyraz twarzy Malcolma, kiedy Grace wyjawiła mu
prawdę na temat losów Annabel.
Czarownicy nie starzeją się, a jednak Malcolm sprawiał wrażenie
starszego niż jeszcze nie tak dawno temu. Głębokie linie żłobiły mu
twarz przy ustach, oczy miał bardziej wyłupiaste.
- Wiem, że uzgodniliśmy, że wezwiesz jej ducha - powiedział. - Że
pozwolisz mi porozmawiać z nią ponownie.
Lucie wydawało się to dziwne, że czarownicy sami nie potrafią wezwać
zmarłych, którzy już nie nawiedzają tego świata, ale przeszli do miejsca
wiecznego spoczynku. Ta potworna moc w jej krwi pozwalała jej dokonać
czegoś, czego nie potrafił nawet Magnus Bane czy Malcolm Fade. Dała
jednak słowo Malcolmowi. Głód w jego oczach sprawił, że zadrżała.
- Nie wiedziałem, co się stanie, kiedy wskrzesisz Jessego - mówił dalej.
- To, że powrócił taki jak dawniej, żywy, oddychający, w doskonałym
zdrowiu, całkowicie świadomy... to bardziej cud niż magia. - Zaczerpnął z drżeniem tchu. - Śmierć Annabel była nie mniej niesprawiedliwa, nie
mniej potworna od tego, co przydarzyło się Jessemu. Annabel zasługuje na
ponowne życie, tak samo jak Jesse. Jestem tego pewien.
Lucie nie przypominała mu tego szczegółu, że w przeciwieństwie do ciała
Annabel ciało Jessego zostało zakonserwowane przez Beliala w dziwnym
stanie pół życia. Zamiast tego odparła z niepokojem:
- Dałam ci słowo, że wezwę jej ducha. Pozwolę ci skontaktować się z nią.
Ale nic więcej. Nie można jej... przywrócić do życia. Przecież sam wiesz.
Malcolm sprawiał wrażenie, jakby tego nie słyszał. Usiadł na najbliższym
krześle.
- Jeśli cuda rzeczywiście są możliwe... - powiedział - ...chociaż nigdy w nie nie wierzyłem... wiem, że istnieją demony i anioły, ale pokładałem
wiarę jedynie w nauce i magii...
Urwał, ale za późno dla Lucie, którą już ogarnął niepokój i wibrował w niej jak szarpnięta struna.
- Nie każdy duch pragnie powrotu - szepnęła. - Niektórzy zmarli znaleźli
spokój.
- Annabel nie znalazła spokoju - Fioletowe oczy Malcolma wyglądały jak
sińce w bladej twarzy. - Nie, dopóki jest beze mnie.
- Panie Fade... - Lucie zadrżał głos.
Po raz pierwszy Malcolm dostrzegł jej niepokój. Usiadł prosto, zmuszając
się do uśmiechu.
- Lucie. Rozumiem, że ledwie przeżyłaś wskrzeszenie Jessego i że jesteś
znacząco osłabiona. Nikomu nie wyjdzie na dobre, jeśli po wezwaniu
Annabel znowu stracisz przytomność. Musimy poczekać, aż odzyskasz siły.
- Spojrzał na ogień, jakby wyczytywał coś z tańczących płomieni. -
Czekałem sto lat. Czas płynie inaczej dla mnie niż dla śmiertelników,
zwłaszcza tak młodych jak ty. Poczekam kolejne sto, jeśli będzie trzeba.
- Cóż, wątpię, żebym potrzebowała aż tak dużo czasu - odparła Lucie,
siląc się na beztroski ton.
- Poczekam - powiedział Malcolm bardziej do siebie niż do niej. -
Poczekam tak długo, jak to konieczne.
3. Gdy czas wolniej płynie
3
Gdy czas wolniej płynie
"Czy tam znajdzie się schronienie w noc ciemną?
Dach nad głową, gdy czas wolniej zacznie płynąć.
Czy go ciemność nie ukryje przede mną?
Nie, nie możesz tej gospody ominąć"1.
Christina Rossetti
Droga w górę
James miał wrażenie, że mówił cały miesiąc.
Magnus, który najwyraźniej potrafił z odległości wykryć wygodny zajazd,
znalazł im taki przy drodze do Polperro. Kiedy już Balios i Xanthos
znaleźli się bezpiecznie w stajni, Will zarezerwował dla ich trójki
prywatną jadalnię na parterze zajazdu, gdzie mogli na osobności zjeść i porozmawiać.
Chociaż James niewiele zjadł. Pokój był względnie ładny - staroświecki,
z ciemną tapetą, podniszczonymi dywanami i szerokim dębowym stołem
pośrodku, a jedzenie sprawiało wrażenie przyzwoitego. Kiedy wreszcie
zaczął opowiadać o wydarzeniach ostatnich tygodni, nie potrafił przestać
mówić. Po ukrywaniu tak wielu sekretów i mówieniu tak wielu kłamstw
prawda wylewała się z niego jak woda z dzbana. Jednakże nawet wtedy
musiał uważać, żeby nie zdradzić sekretów, które nie należały do niego.
Nie powiedział nic o przysiędze, którą Cordelia niechcący złożyła
Lilith, powiedział tylko, że Lilith podszyła się pod Magnusa, żeby ich
oszukać.
- Wiem, że powinienem błagać o wybaczenie - powiedział James, kończąc
swoje zwierzenia. - Powinienem był powiedzieć wam o tym wszystkim, ale...
- Ale to dotyczyło nie tylko ciebie - dokończył Will. Wyglądał na
spiętego, zmarszczki przy oczach rysowały mu się niezwykle wyraziście. -
Dlatego milczałeś. Żeby chronić przyjaciół i rodzinę. Nie jestem
skończonym idiotą, James. Rozumiem, jak to działa.
Magnus otworzył karafkę z porto i nalał po odrobinie do kieliszków Willa
i Jamesa.
- Martwię się. Belial nie powinien być w stanie wrócić do naszego świata
po ciosie, jaki zadała mu Cortaną Cordelia. Wrócił jednak dzięki
planowi, który musiał stworzyć wiele lat temu, kiedy Jesse Blackthorn
był zaledwie dzieckiem...
Will był wściekły.
- Oto dlaczego nigdy nie powinniśmy byli tolerować dziwacznego
zachowania Tatiany Blackthorn w stosunku do własnych dzieci. "Co w tym
złego, że nie dopuszcza Cichych Braci, żeby rzucili czary ochronne na
Jessego?". Rzeczywiście: co w tym złego! Dzięki niech będą Aniołowi, że
Marice pojechał, żeby zabrać ją z Adamantowej Cytadeli. Cisi Bracia
muszą wyciągnąć z niej całą historię.
- Dlaczego nie powiedziałeś nic Enklawie, skoro wiedziałeś, że Belial za
to odpowiada? - zapytał Jamesa Magnus.
- Nie powiedział Enklawie, ponieważ, gdyby Enklawa dowiedziała się, że
Belial to jego dziadek, a ojciec Tessy... cóż, konsekwencje tego mogłyby
być bardzo poważne dla naszej rodziny - odpowiedział za syna Will. - Dla
Tessy. Ja także wiedziałem i nic nie mówiłem, z tego samego powodu. Nie
można winić za to Jamesa.
- Czy ktoś jeszcze wie? - zapytał Magnus.
- Tylko moi najbliżsi przyjaciele - odpowiedział James. - Cordelia,
rzecz jasna, i Matthew... a także Thomas i Christopher. I Anna. Dotrzymają
tajemnicy. Powierzyłbym im własne życie - dodał nieco obronnym tonem.
Will i Magnus popatrzyli po sobie w sposób, którego James nie potrafił
odczytać. Will powiedział powoli:
- Cieszę się, że mogłeś zwierzyć się przynajmniej przyjaciołom. Żałuję,
że nie powiedziałeś także mnie. - Przez chwilę był smutny. - Serce mi
pęka na myśl, że dręczą cię sny z Belialem i w dodatku trzymasz je w sekrecie. - Wziął kieliszek, jakby dopiero go zauważył, i wypił łyk
porto. - Sam widziałem śmierć - dodał cicho. - Wiem, jakie to straszne,
być jej świadkiem.
Na chwilę ojciec zapatrzył się w dal, a James zastanawiał się, co miał
na myśli. I nagle przypomniał sobie, że dawno temu Will trzymał w objęciach Jessamine, gdy ta umierała. Tak przyzwyczaił się do obecności
jej ducha w Instytucie, że łatwo przyszło mu zapomnieć, jak traumatyczna
musiała być jej śmierć dla wszystkich. Ojciec zadbał, żeby łatwo o tym
zapomnieli. Jego optymistyczny sposób bycia skutecznie ukrywał wszystko,
przez co musiał przejść.
Magnus odchrząknął, a James podniósł wzrok i zobaczył, że przygląda mu
się błyszczącymi kocimi oczami. Will zauważył to i usiadł prosto,
wyrwany z zadumy.
- O czym myślisz, Magnusie?
- Tylko o tym, że Belial był gotowy długo czekać, aż jego plany względem
Jamesa będą mogły się ziścić. Zastanawiam się, jakie jeszcze plany
poczynił w tym czasie. Takie, o których nie mamy pojęcia. - Oczy Magnusa
zabłysły, gdy patrzył na Jamesa. - Muszę zapytać: o czym śniłeś w powozie? Kiedy obudziłeś się z krzykiem?
W piersi Jamesa poczucie winy zaciskało się jak supeł. Nadal ukrywał
przed nimi sekret - sekret Cordelii.
- Śniły mi się zbierające się cienie - powiedział. - Stałem w spalonym
miejscu i widziałem potwory pędzące przez powietrze.
- To były demony? - zapytał Magnus.
- Nie wiem. Ich postacie były rozmyte, utkane z cienia. Panował półmrok...
Zupełnie, jakbym nie był w stanie zmusić oczu do całkowitego otwarcia
się na te istoty. Są jednak częścią jakiegoś planu Beliala wobec mnie.
Przemówił do mnie.
- Co powiedział? - zapytał cicho Magnus.
- "Budzą się".
Will odetchnął głośno przez nos.
- To nie było bardzo pomocne z jego strony. Co się budzi?
- Coś, co spało? - zasugerował Magnus. - Najwyraźniej w przeszłości
Belial chciał, żebyś widział jego poczynania z całą wyrazistością. Teraz
chce cię utrzymać w nieświadomości.
- Chce, żebym się bał - powiedział James. - Oto czego chce.
- Nie bój się - odparł Will. - Kiedy tylko znajdziemy Lucie, wrócimy do
Londynu. Teraz, kiedy wyjaśniłeś nam sytuację, zgromadzimy wszelkie
zasoby, żeby sobie z nią poradzić.
James starał się robić minę, jakby to dodało mu otuchy. Wiedział, że
ojciec ma w sobie dużo wiary, jakiej jemu brakowało, przekonania, że
nawet najbardziej skomplikowany problem można rozwiązać. James nadal nie
potrafił sobie wyobrazić życia, w którym nie byłby związany z Belialem.
Ten związek będzie istnieć, jak długo będzie żył Belial, a - jak wiele
razy przypominano Jamesowi - książę piekieł nie mógł umrzeć.
- Nie wypijesz porto? - zapytał Magnus. - Może cię trochę uspokoić,
pomoże ci odpocząć.
James pokręcił głową. Robiło mu się niedobrze na widok alkoholu i wiedział, że nie tylko zdenerwowanie jest tego powodem. Chodziło o Matthew. Powracały do niego wspomnienia, odkąd pozbyli się bransoletki,
wspomnienia nie tylko wydarzeń, ale własnych myśli i uczuć, rzeczy, o których zapomniał, rzeczy, które odepchnął w głąb umysłu. Jego uczucia
do Cordelii... pragnienie, by zdjąć bransoletkę... ale także niepokój
spowodowany piciem Matthew. Zupełnie jakby wpływ bransoletki kazał mu
myśleć, że z Matthew jest wszystko w porządku, że nie musi martwić się
niczym poza tym, czym bransoletka chciała, żeby się martwił. Coraz
wyraźniej widział, że coś było potwornie nie tak z Matthew i że jego
stan się pogarsza, ale bransoletka dbała o to, żeby nie mógł utrzymać
tej myśli w głowie, nie mógł się na niej skupić. Przypomniał sobie Nocny
Targ w Londynie, ośnieżony zaułek i to, jak warknął na Matthew: "Powiedz
mi, że jest ktoś, kogo kochasz bardziej niż butelkę w swojej ręce".
Wiedział, ale nic nie zrobił. Pozwolił, by bransoletka skierowała jego
uwagę gdzie indziej. Zawiódł najlepszego przyjaciela. Zawiódł swojego
parabatai.
- Potrzebujesz snu - orzekł Magnus. - Snu bez marzeń sennych, o ile to
możliwe. Miałem nadzieję posłużyć się bardziej przyziemną metodą, ale...
James przełknął ślinę.
- Chyba nie jestem w stanie pić.
- To dam ci coś innego - powiedział zdecydowanie Magnus. - Wodę z czymś
bardziej magicznym niż alkoholizowane wino. Tobie też, Will?
- Oczywiście - odpowiedział Will, a James uznał, że ojciec nadal sprawia
wrażenie pogrążonego we własnych myślach. - Dawaj magiczne eliksiry.
Tej nocy James spał jak kamień, a jeśli jego ojciec wstał w nocy, żeby
do niego zajrzeć, jakby James wciąż był małym chłopcem, jeśli siedział
obok niego na łóżku i śpiewał mu po walijsku, w języku, który już prawie
zapomniał, to James niczego z tego nie pamiętał po przebudzeniu.
***
- Jak widzisz... - zaczął Matthew, szerokim gestem wskazując Boulevard de
Clichy - ...oto piekło.
Miał na sobie gruby płaszcz z kilkoma pelerynami, przez co jego gest
zyskał na dramatyczności.
- Jesteś bardzo szelmowską osobą, Matthew Fairchild - powiedziała
Cordelia. - Bardzo.
Nie mogła jednak powstrzymać uśmiechu, po części z powodu pełnej
wyczekiwania miny Matthew, a po części ze względu na to, co pokazywał
jej na Montmartrze.
Montmartre był jedną z bardziej skandalizujących dzielnic w tym
skandalizującym mieście. Tu znajdował się okryty złą sławą Moulin Rouge
z czerwonym wiatrakiem i półnagimi tancerkami. Cordelia spodziewała się,
że właśnie tam wylądują, ale Matthew, rzecz jasna, musiał się odróżnić.
Zamiast tego zabrał ją do Cabaret de l'Enfer, czyli - całkiem dosłownie
- Piekielnego Kabaretu. Frontowe wejście do tego przybytku wyglądało jak
twarz demona z wybałuszonymi czarnymi ślepiami i rzędem kłów w górnej
części otwartej paszczy, która pełniła funkcję drzwi.
- Nie musimy tam wchodzić, jeśli nie chcesz - powiedział Matthew nieco
poważniej niż zwykle.
Ujął w dłoń w rękawiczce podbródek Cordelii i uniósł jej twarz, żeby
spojrzała mu w oczy. Popatrzyła na niego zaskoczona. Nie nosił
kapelusza, jego oczy były bardzo ciemnozielone w świetle wylewającym się
z L'Enfer.
- Pomyślałem, że to cię rozbawi, tak jak Hell Ruelle. A przy tym miejscu
Ruelle wygląda jak pokój zabaw dla dzieci.
Cordelia się zawahała. Była świadoma ciepła jego ciała, gdy stał tak
blisko, jego zapachu: wełny i wody kolońskiej. Kiedy tak się ociągała,
zamożnie ubrana para wysiadła z fiacre i weszła do L'Enfer,
chichocząc.
Bogaci paryżanie, pomyślała Cordelia, bawiący się w dzielnicach, które
słyną z biednych artystów, przymierających głodem w swoich mieszkankach
na poddaszach. Światło gazowych pochodni umocowanych po obu stronach
drzwi padło na ich twarze, gdy wchodzili do klubu. Cordelia zauważyła,
że kobieta jest śmiertelnie blada i ma ciemnoczerwone usta.
Wampirzyca. Oczywiście, że Podziemni ściągali do takiego miejsca jak to.
Cordelia rozumiała, co Matthew robi - stara się zapewnić jej podniecenie
podobne do Hell Ruelle, ale w nowym miejscu, wolnym od ciężaru
wspomnień. I czemu nie? Czego się obawiała, skoro już nie miała nic do
stracenia?
Wyprostowała się.
- Wejdźmy.
Wewnątrz schody prowadziły w dół do przepaścistego salonu oświetlonego
pochodniami za abażurami z czerwonego szkła, zabarwiającymi wszystko
szkarłatem. W otynkowanych ścianach wyrzeźbiono krzyczące twarze, a każda była inna; wyglądały jak maski zgrozy, bólu albo trwogi. Złocone
wstęgi zwieszały się z sufitu, a na każdej widniał cytat z Piekła
Dantego, począwszy od "W połowie drogi naszego żywota w pośród ciemnego znalazłem się lasu", a skończywszy na
"Nie masz straszniejszej boleści jak o dniach szczęścia wspominać w niedoli.2"
Na podłodze namalowano czerwone i złote spirale, co, jak domyślała się
Cordelia, miało przywodzić na myśl wieczne ognie, w których płoną
potępieńcy. Znaleźli się na tyłach ogromnego pomieszczenia o wysokim
sklepieniu, opadającego łagodnie w kierunku sceny na drugim końcu.
Pomiędzy wejściem i sceną stały niezliczone kawiarniane stoliki,
delikatnie oświetlone i zapełnione głównie przez Podziemnych, chociaż
było tam też paru Przyziemnych w wyrafinowanych strojach, z kieliszkami
absyntu w dłoniach. Bez wątpienia uważali, że Podziemni to zwykli
ludzie, tak jak oni, tyle że w zabawnych kostiumach.
Przedstawienie ewidentnie jeszcze się nie zaczęło i przy zatłoczonych
stolikach panował gwar towarzyszący rozmowom. Na chwilę przerwano wiele
z nich, kiedy ludzie odwracali się, żeby spojrzeć na Matthew i Cordelię.
Cordelia zaczęła się zastanawiać, jak często przychodzą tu Nocni Łowcy i czy są tu mile widziani.
A wtedy z odległego kąta poniósł się chór wysokich głosików:
- Monsieur Fairchild!
Z powodu dziwnego, zabarwionego światła Cordelia ledwie widziała, kto
tłoczy się przy tym stoliku. Skrzaty? Może piksy? W każdym razie miały
skrzydła w różnych kolorach tęczy, nie więcej niż stopę wzrostu i było
ich ze dwadzieścioro. Ewidentnie wszystkie znały Matthew i niewątpliwie
cieszyły się na jego widok. Pośrodku ich stolika (przystosowanego dla
klientów ludzkich rozmiarów) stała wielka misa na poncz wypełniona do
połowy migoczącym napojem, w którym niektóre z nich pływały.
- Starzy przyjaciele? - zapytała z pewnym rozbawieniem Cordelia.
- Pomogliśmy im raz z Anną, kiedy byli w niezłych opałach - powiedział
Matthew. Pomachał wesoło do faerie. - To niezwykła opowieść, w której
nie zabraknie pojedynku, wyścigu powozów i przystojnego księcia z Faerie. A przynajmniej on sam twierdził, że jest księciem - dodał
Matthew. - Zawsze mam wrażenie, że wszyscy z Faerie są książętami albo
księżniczkami, zupełnie jak w książkach Lucie są same duchessy i diukowie.
- Nie zatrzymuj przystojnego księcia tylko dla siebie - powiedziała
Cordelia, szturchając go w ramię. - Myślę, że chciałabym usłyszeć tę
opowieść.
Matthew się roześmiał.
- W porządku, w porządku. Za chwilę. Muszę porozmawiać z właścicielem
lokalu.
Odszedł, żeby porozmawiać z faunem, którego rogi wydawały się zbyt
rozłożyste, żeby mógł przejść przez frontowe drzwi. Obaj wiele razy
uprzejmie pokiwali głowami, zanim Matthew wrócił i podał Cordelii rękę.
Pozwoliła się zaprowadzić do stolika blisko sceny. Kiedy usiedli,
zobaczyła, że jarzące się światła to nie są świece, jak zakładała, ale
lśniące faerie, jeszcze drobniejsze od tych, które przywitały Matthew.
Może to były błędne ogniki? Faerie umieszczony na ich stoliku siedział
ze skrzyżowanymi nogami pod szklaną kulą, ubrany w malutki brązowy
garnitur. Spiorunował ich wzrokiem, gdy usiedli. Matthew popukał w szkło.
- Nie jest to najbardziej ekscytująca praca, co? - zapytał współczująco.
Faerie pod szkłem wzruszył ramionami i pokazał małą książkę, którą
trzymał w rękach. Na nosie miał malutkie okulary.
- Jakoś trzeba zarabiać - odpowiedział z mocnym niemieckim akcentem i wrócił do lektury.
Matthew zamówił dla obojga kawę, ściągając na siebie pełne dezaprobaty
spojrzenie kelnera, które całkowicie zignorował. Kabarety zarabiały
najwięcej na sprzedaży alkoholu, ale Cordelia miała to w nosie. Była
dumna z tego, że Matthew stara się zachować trzeźwość.
Matthew odchylił się na krześle.
- Zatem do rzeczy - powiedział. - W zeszłym roku byliśmy z Anną w Abbaye
de Thél?me, nocnym klubie nawiązującym stylem do klasztoru, gdzie
tancerze kankana ubierają się jak księża i zakonnice. Rozumiem, że to
bardzo szokujące dla Przyziemnych, prawie jakbym otworzył kabaret, gdzie
Żelazne Siostry i Cisi Bracia pozowaliby nago.
Cordelia roześmiała się, a faerie ze stolika spiorunował ją wzrokiem.
Matthew opowiadał dalej, tkając ze słów i gestów zabawną opowieść, w której książę faerie ścigany przez demonicznych zabójców schował się za
stolikiem jego i Anny.
- Szybko się uzbroiliśmy - opowiadał. - Nie wolno nam było wnieść broni
do lokalu, więc musieliśmy improwizować. Anna zabiła jednego demona
nożem do chleba, a ja zmiażdżyłem drugiemu czaszkę peklowaną szynką.
Anna cisnęła krążkiem sera jak dyskiem. Kolejny złoczyńca został zabity
świeżo zaparzonym, parującym espresso.
Cordelia skrzyżowała ręce na piersi.
- Niech zgadnę. Książę z Faerie rozgniewał francuskich Podziemnych,
zamawiając dobrze wysmażony stek.
Matthew udał, że jej nie słyszy.
- Na jednego demona rzuciło się mnóstwo małych hałaśliwych psów,
wprowadzonych przez właściciela do kabaretu w niewyjaśniony sposób...
- Nie ma w tym słowa prawdy.
Matthew się roześmiał.
- Tak jak w przypadku wszystkich najlepszych historii, część z tego to
prawda.
- Das ist Blödsinn - mruknął faerie w lampce. - Moim zdaniem to stek
bzdur.
Matthew przeniósł lampkę na inny stolik. Zanim wrócił, kelner podał kawę
w maleńkich cynowych filiżankach. Kiedy Matthew usiadł, powiedział
cicho:
- Masz ze sobą stelę? Albo jakąś broń?
Cordelia zamarła.
- Co się stało?
- Nic - odpowiedział Matthew, bawiąc się uszkiem filiżanki z kawą. -
Zdałem sobie sprawę, że właśnie skończyłem opowiadać ci o improwizowanej
broni, a ty...
- Nie mogę posługiwać się żadną bronią, bo walczyłabym w jej imieniu. -
Cordelia starała się nie mówić tego z goryczą, ale to się jej nie udało.
Nie chciała wypowiadać imienia Lilith na głos, ani też nie chciała dawać
jej satysfakcji w postaci własnego gniewu, nawet jeśli nie był wyrażony
wprost. - Brakuje mi jednak Cortany. Czy to dziwne, że tęskni się za
mieczem?
- Nie, jeśli miecz ma prawdziwą osobowość, a tak właśnie jest w przypadku Cortany.
Cordelia uśmiechnęła się wdzięczna za okazane zrozumienie. Wątpiła, by
Matthew aprobował fakt, że oddała miecz na przechowanie Alastairowi. Jej
brat i Matthew nadal się nie znosili. Dlatego zachowała to dla siebie.
Poza tym nie miała pojęcia, gdzie Alastair ukrył miecz. Zanim zdążyła
powiedzieć coś jeszcze, światła nad nimi zaczęły przygasać, pojaśniało
natomiast na scenie.
Rozmowy ucichły, cisza zaległa w pomieszczeniu i nagle zrobiło się
upiornie. W tej ciszy rozległy się kroki i po paru chwilach na scenę
wyszła kobieta. Czarownica, domyśliła się Cordelia, bo kobietę otaczała
nieuchwytna aura kontrolowanej mocy. Jej włosy były szare jak żelazo,
zwinięte w kok na tyle głowy, ale twarz miała całkiem młodą. Nosiła
ciemnoniebieską szatę haftowaną w symbole planet i gwiazd.
Miała niebieską przepaskę z jedwabiu na oczach, co jednak nie
przeszkodziło jej w zorientowaniu się, kiedy doszła na środek sceny.
Wyciągnęła ręce w stronę widowni i otworzyła dłonie. Cordelii wyrwał się
zduszony okrzyk. Pośrodku obu dłoni czarownica miała ludzkie oko okolone
długimi rzęsami, zielone, bystre, patrzące znacząco.
- Imponujące znamię czarownika, nie uważasz? - szepnął Matthew.
- Będzie przepowiadała przyszłość? - zapytała Cordelia.
- Madame Dorothea jest medium - wyjaśnił Matthew. - Twierdzi, że może
rozmawiać z umarłymi, co mówi każdy spirytysta, ale ona jest czarownicą.
Możliwe, że coś w tym jest.
- Bon soir, mes amis - powiedziała czarownica. Była drobną kobietą, a jednak jej głos, niski i mocny jak kawa, niósł się aż na kraniec sali. -
Jestem madame Dorothea, ale uważajcie mnie za Charona, dziecko Nocy,
który kursuje na swoim promie po rzece oddzielającej żywych od martwych.
Podobnie jak w przypadku Charona, moim domem w równym stopniu jest
życie, jak i śmierć. Moc, jaką uzyskuję poprzez tę... - uniosła dłonie -
...drugą parę oczu, pozwala mi spostrzec światy pomiędzy i poza światami.
Podeszła do brzegu sceny. Oczy na jej dłoniach zamrugały, obróciły się w oczodołach, przyglądając się widowni.
- Jest tu ktoś - powiedziała madame Dorothea. - Ktoś, kto stracił
brata. Ukochanego brata, który błaga, żeby został wysłuchany... przez
swojego brata, Jean-Pierre'a. - Uniosła głos. - Jean-Pierre, czy jesteś
tu?
Zapadło milczenie i wilkołak w średnim wieku powoli wstał od stolika w głębi sali.
- Tak? Ja jestem Jean-Pierre Arland. - Jego głos brzmiał słabo wśród
ciszy.
- Czy straciłeś brata?! - zawołała madame Dorothea.
- Zmarł dwa lata temu.
- Mam wiadomość od niego - powiedziała madame Dorothea. - Od Claude'a.
To jego imię, zgadza się?
Cała sala milczała. Cordelia czuła, że sama ma dłonie mokre od napięcia.
Czy Dorothea naprawdę komunikowała się z umarłymi? Lucie to potrafiła,
Cordelia widziała, że to jest możliwe, więc nie rozumiała, dlaczego tak
bardzo się denerwuje.
- Tak - odpowiedział ostrożnie Arland. On chce wierzyć, pomyślała
Cordelia, ale nie jest przekonany. - Co... Co on mówi?
Madame Dorothea zamknęła dłonie. Kiedy otworzyła je znowu, zielone oczy
mrugały gwałtownie. Powiedziała niskim, chrapliwym głosem:
- Jean-Pierre. Musisz je oddać.
Wilkołak był zbity z tropu.
- Co takiego?
- Kurczaki! - odpowiedziała madame Dorothea. - Musisz je oddać!
- D-dobrze - odpowiedział zdumiony Jean-Pierre. - Dobrze, Claude...
- Musisz oddać je wszystkie! - wykrzyknęła madame Dorothea.
Spanikowany Jean-Pierre rozejrzał się, a potem czmychnął przez drzwi.
- Może je zjadł - szepnął Matthew.
Cordelia chciała się uśmiechnąć, ale dziwne wrażenie niepokoju wciąż jej
nie opuszczało. Patrzyła, jak Dorothea otrząsa się, piorunuje wzrokiem
widownię oczami na dłoniach.
- Myślałem, że będziemy mogli zadawać pytania! - krzyknął ktoś z kąta
sali.
- Najpierw wiadomości! - warknęła już własnym głosem madame Dorothea.
- Umarli wyczuwają przejście. Pędzą, by przekazać swoje słowa. Trzeba
pozwolić im mówić. - Oczy na dłoniach zamknęły się i ponownie otworzyły.
- Jest tu ktoś - powiedziała. - Ktoś, kto stracił ojca. - Zielone oczy
obróciły się i ich spojrzenie zatrzymało się na Cordelii. - Une
chasseuse des ombres.
Nocna Łowczyni.
Cordelia zamarła, gdy w sali rozległy się szepty - większość gości nie
wiedziała, że są wśród nich Nocni Łowcy. Zerknęła szybko na Matthew -
czy on o tym wiedział? - ale robił wrażenie równie zaskoczonego jak
Cordelia. Przesunął do niej dłoń po blacie, ich palce się musnęły.
- Możemy wyjść...
- Nie - szepnęła Cordelia. - Nie, chcę zostać.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że madame Dorothea wbija w nią wzrok.
Światła przy brzegu sceny rzucały jej cień na ścianę; był wielki i czarny. Kiedy uniosła ręce, rękawy jej szaty wyglądały jak ciemne
skrzydła.
- Cordelio, twój ojciec tu jest - powiedziała całkiem zwyczajnie
madame Dorothea, a jej głos stał się teraz dziwnie cichy, jakby
chciała, żeby tylko Cordelia ją słyszała. - Posłuchasz go?
Cordelia chwyciła się brzegu stolika. Skinęła głową, świadoma, że
wpatruje się w nią cały kabaret. Ujawniała siebie, własną żałobę. Nie
potrafiła jednak się powstrzymać.
Kiedy madame Dorothea odezwała się znowu, mówiła niższym głosem, nie
szorstko, ale z modulacją, po angielsku, bez śladu francuskiego akcentu.
- Lajlo - powiedziała, a Cordelia całkowicie zamarła. To był on. To nie
mógł być nikt inny; kto mógł znać jej rodzinne przezwisko? - Ogromnie mi
przykro, Lajlo.
- Ojcze - szepnęła.
Zerknęła szybko na Matthew. Był wstrząśnięty.
- Tak wiele chciałbym ci powiedzieć, ale muszę cię przede wszystkim
ostrzec - mówił Elias. - Nie będą czekać. A najostrzejsza broń leży tuż
pod ręką.
W klubie rozległy się szmery, osoby znające angielski tłumaczyły słowa
dla pozostałych.
- Nie rozumiem - powiedziała Cordelia z pewną trudnością. - Kto nie
będzie czekał?
- Z czasem przyjdzie smutek - ciągnął Elias. - Ale nie żal. Będzie
cisza, ale nie będzie pokoju.
- Ojcze...
- Budzą się - powiedział Elias. - Jeśli nie mogę ci powiedzieć nic
więcej, to pozwól, że powiem ci to jedno: Budzą się. Nie można tego
powstrzymać.
- Ale ja nie rozumiem - zaprotestowała znowu Cordelia. Zielone oczy
Dorothei wpatrywały się w nią puste jak kartka papieru, bez cienia
współczucia. - Kto się budzi?
- Nie my - odpowiedział Elias. - My, którzy już nie żyjemy. My mamy
szczęście.
I po tych słowach madame Dorothea osunęła się na ziemię.
4. Pobłogosławiony duch
4
Pobłogosławiony duch
"Gdy spróbowałem się poruszyć,
Całkiem nie czułem ciała swego,
Jakbym zmarł we śnie i się zmienił
W ducha pobłogosławionego"3.
Samuel Taylor Coleridge
Rymy o starym marynarzu
Malcolm ledwie usiedział przy stole te kilka minut potrzebnych do
zjedzenia kolacji. Właściwie to sprawiał wrażenie zniecierpliwionego,
kiedy kilka godzin po zmierzchu Lucie zauważyła, że powinni coś zjeść.
Podejrzewała, że minęło sporo czasu, odkąd Malcolm gościł kogoś w swoim
domu. I pewnie rzadko zawracał sobie głowę siadaniem i jedzeniem
prawdziwego posiłku przy stole jadalnianym. Zapewne gdy głodniał,
wyczarowywał sobie coś do jedzenia tam, gdzie akurat przebywał.
Chociaż zrzędził z tego powodu, w końcu wyjął talerze na danie, które,
jak wyjaśnił, jest proste, ale tradycyjne dla kornwalijskich wiosek
rybackich: sardynki grillowane nad ogniem, wielkie pajdy chleba, na
których skórce można połamać zęby, okrągły kremowy ser i dzbanek cydru.
Lucie rzuciła się na jedzenie, jakby nie jadła od wielu dni - co
rzeczywiście miało miejsce, zdała sobie sprawę.
Jesse przyjrzał się sardynkom z nieufnością, a one odpowiedziały mu
spojrzeniem szklistych ślepi, ale w końcu pogodził się z sytuacją i zjadł kilka. Obserwowanie Jessego przy jedzeniu tak pochłonęło Lucie, że
prawie zapomniała o własnym głodzie. Chociaż musiał jeść w czasie, kiedy
ona spała, to ewidentnie nadal była to dla niego nowinka. Przy każdym
kęsie przymykał oczy, zlizał nawet rozlany cydr z palców z wyrazem
twarzy, od którego wnętrzności Lucie się splątały.
Dopiero w połowie posiłku przyszło jej do głowy, by zapytać Malcolma,
skąd wziął jedzenie. Ona i Jesse popatrzyli po sobie ze zgrozą, kiedy
przyznał, że zwędził je rodzinie, która właśnie miała usiąść do kolacji.
- Będą obwiniać piksy - odpowiedział.
Podobno to były miejscowe psotne faerie.
Lucie przez chwilę czuła się winna, a potem uznała, że oddanie teraz
resztek i tak nie ma sensu, więc spróbowała przestać o tym myśleć.
Ledwie talerze zrobiły się puste, Malcolm poderwał się i znowu wyszedł.
Zajrzał jeszcze do jadalni, żeby powiedzieć im, że mogą wstawić wodę w czajniku, jeśli mają ochotę, i zostawił ich samych tak szybko, że
frontowe drzwi tylko zatrzęsły się na zawiasach, gdy zatrzasnął je za
sobą.
- Ciekawe, dokąd chodzi? - powiedział Jesse. Odgryzł delikatnie kawałek
tarty z melasą. - Przez większość czasu go nie ma, wiesz? Nawet kiedy
byłaś nieprzytomna.
- Nie wiem, dokąd dokładnie chodzi - odpowiedziała Lucie. - Ale wiem, że
próbuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego, co się stało z Annabel Blackthorn.
- Och, z jego wielką utraconą miłością? - zapytał Jesse, a kiedy Lucie
spojrzała zaskoczona, uśmiechnął się. - Malcolm opowiedział mi trochę.
Kochali się, kiedy byli dziećmi, ale jej rodzina tego nie pochwalała.
Stracił ją w tragicznych okolicznościach i teraz nawet nie wie, gdzie
pochowano jej ciało.
Lucie pokiwała głową.
- Myślał, że została Żelazną Siostrą, ale okazało się, że nigdy do tego
nie doszło. Tak mu po prostu powiedziała jej rodzina, żeby przestał jej
szukać.
- O tym mi nie wspomniał. Powiedział mi za to, żebym się nie martwił,
ponieważ Blackthornowie, którzy go oszukali, to tylko moi dalecy krewni.
- O rety. Co odpowiedziałeś?
Spojrzał na nią kpiarsko.
- Że gdybym miał być odpowiedzialny za fatalne postępki moich bliskich,
to mam poważniejsze problemy wśród znacznie bliższych krewnych.
Na wspomnienie o Tatianie Lucie zadrżała. Jesse natychmiast się
zaniepokoił.
- Powinniśmy przejść do bawialni? Tam jest napalone.
Lucie uznała, że to doskonały pomysł. Wyjęła wcześniej notes i pióro z kufra w sypialni i myślała, że może trochę popisze po kolacji.
Poszli do pokoju. Jesse poszukał szala dla Lucie, żeby miała się w co
zawinąć, a potem podszedł do kominka, przyklęknął i zaczął szturchać
żarzące się węgielki pogrzebaczem. Lucie, która wyjątkowo nie miała
chęci sięgać po pióro, zwinęła się na kanapie i go obserwowała.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek przestanie zdumiewać się realnością
tego nowego Jessego. Skóra zarumieniła mu się od żaru ognia, podwinął
rękawy do łokci i mięśnie przedramion napinały się, gdy poruszał rękami.
Wstał i odwrócił się do niej. Lucie nabrała gwałtownie powietrza. Jego
twarz była piękna - wiedziała to już wcześniej, rzecz jasna, miał tę
samą twarz co zawsze - ale dawniej była wyprana z kolorów, wyblakła,
odległa. Teraz jarzyła się bladym ogniem. Cały Jesse zyskał fakturę i głębię, jakiej nie miał wcześniej, roztaczał wrażenie czegoś
prawdziwego, czego można dotknąć. Miał też ledwie widoczne cienie pod
oczami - czyżby źle sypiał? Spanie musi wydawać mu się dziwne; od tak
dawna tego nie robił.
- Jesse... - odezwała się cicho. - Coś się stało?
Uniósł lekko kącik ust.
- Znasz mnie tak dobrze.
- Nie aż tak - odpowiedziała. - Wiem, że coś cię gryzie, ale nie wiem
co.
Wahał się chwilę, a potem odpowiedział z brawurą, jakby rzucał się głową
naprzód w nieznaną ciemność:
- Chodzi o moje Znaki.
- Twoje... Znaki?
Wyciągnął przed nią nagie przedramiona. Wstała, odrzucając szal; było
jej ciepło. Podeszła do niego; nie zauważyła wcześniej Znaków, bo niemal
wszyscy, których znała, je mieli. Na grzbiecie prawej dłoni miał starą
bliznę po nieudanym runie Wzroku, w zgięciu lewego łokcia miał run
Anielskiej Mocy. Wiedziała, że ma jeszcze cztery inne: Siłę na piersi,
Szybkość i Precyzję na lewej ręce i nowy run Wzroku na grzbiecie lewej
dłoni.
- Te nie należą do mnie - powiedział, patrząc na runy Wzroku i enkeli.
- Należą do zmarłych ludzi, ludzi, których zamordował Belial, posługując
się moimi rękami. Od dziecka chciałem mieć runy, ale teraz czuję się,
jakbym nosił ślady ich śmieci na ciele.
- Jesse, to nie twoja wina. Nic z tego nie jest twoją winą. - Ujęła jego
twarz i zmusiła go, żeby spojrzał jej w oczy. - Posłuchaj mnie. Mogę
tylko wyobrażać sobie, jakie to musi być potworne uczucie, ale nie
miałeś nad tym żadnej kontroli. I kiedy... kiedy wrócimy do Londynu,
jestem pewna, że będzie można usunąć runy, a ty będziesz mógł nałożyć
sobie nowe, które będą twoje własne, jeśli tak zdecydujesz. - Pochyliła
głowę. Teraz ich twarze znajdowały się kilka cali od siebie. - Wiem, jak
to jest otrzymać od Beliala coś, o co nie prosiłeś, czego nie chciałeś.
- Lucie... to co innego...
- Nieprawda - szepnęła. - Ty i ja jesteśmy pod tym względem podobni. Mam
tylko nadzieję, że zawsze będę równie dzielna, jak ty byłeś, że będę
znosić to równie dobrze jak ty...
Pocałował ją. Nabrała gwałtownie powietrza tuż przy jego ustach, zsunęła
dłonie na jego ramiona i przywarła do niego. Całowali się już wcześniej,
na Nocnym Targu. To jednak było coś zupełnie innego. To była taka sama
różnica jak między słuchaniem, jak ktoś opisuje ci jakiś kolor, i ujrzeniem go wreszcie na własne oczy.
Wsunął dłonie w jej włosy, plącząc palcami grube pasma. Czuła, jak jego
ciało zmienia się, gdy ją obejmuje, jak napinają mu się mięśnie, jak
bucha między nimi żar. Otworzyła usta dla niego, niemal zaszokowana
własnym brakiem oporów. Smakował cydrem i miodem. Jego ręce zsunęły się,
ujęły ją za łopatki, przesunęły się po łuku pleców. Lucie czuła, jak
szybko bije mu serce, gdy przyciska ją do siebie, słyszała niski jęk
narastający w jego gardle. Drżał, szeptał przy jej ustach, powtarzając
jej imię: "Lucie, Lucie", a ona czuła się żywa jak nigdy dotąd.
Zakręciło jej się w głowie, jakby miała upaść. Jakby miała spaść w ciemność. Tak samo jak w wizjach albo snach, jakie miała, gdy leżała na
wpół przytomna w łóżku. Czuła się tak jak wtedy, gdy go wskrzesiła -
jakby zatracała siebie, jakby traciła wszystko, co łączy ją z realnym
światem.
- Och... - Odsunęła się zdezorientowana. Zamrugała. Spojrzała w jego
płonące zielone oczy i zobaczyła, że wzrok mu pociemniał od pożądania. -
Niech to licho...
Zarumieniony i bardzo potargany Jesse zapytał:
- Nic ci nie jest?
- Na chwilę zakręciło mi się w głowie... Pewnie nadal jestem zmęczona i czuję się trochę rozchwiana - odpowiedziała ze smutkiem. - Co jest
okropne, bo naprawdę podobał mi się ten pocałunek.
Jessemu zaparło dech w piersi. Wyglądał na oszołomionego, jakby właśnie
ktoś go gwałtownie obudził.
- Nie mów takich rzeczy, bo wtedy mam ochotę znowu cię pocałować. A pewnie nie powinienem, jeśli czujesz się... rozchwiana.
- Może pocałuj mnie w szyję - zasugerowała, patrząc na niego spod rzęs.
- Lucie... - Nabrał z drżeniem powietrza, pocałował ją w policzek i odsunął się o krok. - Zapewniam cię, że miałbym trudność, żeby się na
tym zatrzymać. Co oznacza, że wezmę teraz pogrzebacz i zajmę się ogniem,
jak każe przyzwoitość.
- A jeśli spróbuję cię znowu pocałować, to przyłożysz mi pogrzebaczem? -
Uśmiechnęła się.
- W żadnym razie. Zrobię to, co każdy dżentelmen zrobić powinien, i zdzielę siebie pogrzebaczem, a ty sama możesz wyjaśnić tę jatkę
Malcolmowi, kiedy już wróci.
- Wątpię, żeby Malcolm zamierzał zostać tu dłużej. - Lucie westchnęła,
patrząc na iskry podskakujące na kominku, tańczące złote i czerwone
drobiny. - W pewnym momencie będzie musiał wrócić do Londynu. Jest w końcu Najwyższym Czarownikiem.
- Lucie - powiedział cicho Jesse. Odwrócił się, żeby przez chwilę
popatrzeć na ogień. Światło tańczyło w jego oczach. - A jakie my mamy
plany na przyszłość? Będziemy musieli wrócić do świata.
Lucie przetrawiła jego słowa.
- Pewnie jeśli Malcolm nas stąd wyrzuci, możemy zostać rozbójnikami
napadającymi na podróżnych. Będziemy okradać tylko okrutnych i niesprawiedliwych, rzecz jasna.
Jesse uśmiechnął się niechętnie.
- Niestety słyszałem, że możliwość uprawiania tego fachu drastycznie
zmalała z racji wzrostu popularności automobilów.
- To zwiążemy się z cyrkiem.
- Niestety przerażają mnie klauni i szerokie pasy.
- To wskoczymy na pokład parowca płynącego do Europy - powiedziała
Lucie, której nagle spodobał się ten pomysł. - I zostaniemy wędrownymi
muzykami.
- Strasznie fałszuję - odparł Jesse. - Lucie...
- A co twoim zdaniem powinniśmy zrobić?
Wziął głęboki wdech.
- Myślę, że powinnaś wrócić do Londynu beze mnie.
Lucie cofnęła się krok.
- Nie. Nie zrobię tego. Ja...
- Masz rodzinę, która cię kocha. Nigdy mnie nie zaakceptują... Byłoby
szaleństwem oczekiwać czegoś innego, a nawet gdyby... - Pokręcił głową
sfrustrowany. - Nawet gdyby zaakceptowali mnie, to jak wyjaśniliby
Enklawie moje istnienie, nie ściągając na siebie makabrycznych kłopotów?
Nie chcę odbierać im ciebie. Musisz do nich wrócić. Powiedzieć im to, co
trzeba, wymyślić coś, mniejsza o szczegóły. Ja będę trzymał się z dala,
żeby nie spadło na ciebie żadne oskarżenie z powodu tego, co zrobiłaś.
- Co zrobiłam? - powtórzyła niemal szeptem.
Oczywiście potwornie często myślała o zgrozie, jaka ogarnęłaby jej
przyjaciół i rodzinę, gdyby poznali zasięg jej mocy. Gdyby się
dowiedzieli, że nie tylko widzi duchy, ale i panuje nad nimi. Że
rozkazała Jessemu powrócić z mrocznego świata pomiędzy, gdzie uwięziła
go Tatiana. Że zawlekła go z powrotem przez próg między życiem a śmiercią, cisnęła go znów do świata żywych. Bo taka była jej wola.
Obawiała się tego, co mogliby pomyśleć; nie przewidziała, że Jesse też
się przerazi jej mocą.
- To ja sprowadziłam cię z powrotem - oznajmiła sztywno. - Mam wobec
ciebie zobowiązania. Nie możesz zostać tutaj i... zostać rybakiem w Kornwalii... i nigdy więcej nie zobaczyć Grace! Nie ja jedna mam rodzinę.
- Pomyślałem o tym i oczywiście, że zobaczę się z Grace. Napiszę do niej
najpierw, gdy już to będzie bezpieczne. Rozmawiałem z Malcolmem. Uważa,
że najlepiej będzie, jeśli przeniosę się Bramą do odległego Instytutu i przedstawię się jako Nocny Łowca tam, gdzie nikt nie zna mojej twarzy
ani mojej rodziny.
Lucie zamarła. Nie zdawała sobie sprawy, że Malcolm i Jesse omawiali
plany, rozmawiali o niej, kiedy była nieprzytomna. Nie podobała jej się
ta myśl.
- Jesse, to idiotyczne. Nie chcę, żebyś żył na takim... wygnaniu.
- Przynajmniej będę żył - odpowiedział. - Dzięki tobie.
Pokręciła głową.
- Nie sprowadziłam cię z powrotem do żywych, żebyś... - "Żebyś mógł ode
mnie odejść", prawie powiedziała, ale ugryzła się w język.
Usłyszała hałas przy frontowych drzwiach. Oboje spojrzeli po sobie
skonsternowani.
- Co to mogło być? - szepnęła Lucie.
- Pewnie nic takiego. Może ktoś z wioski szuka Malcolma. Pójdę, otworzę.
Jesse wziął pogrzebacz i wyszedł z pokoju. Lucie ruszyła za nim
pośpiesznie, zastanawiając się, dlaczego Blackthornowie tak bardzo lubią
wykorzystywać przyrządy kominkowe w charakterze broni.
Zanim Jesse dotarł do drzwi, Lucie stanęła przed nim - instynkt kazał
jej chronić go nawet wtedy, kiedy tego nie potrzebował. Odepchnęła go na
bok i otworzyła drzwi z impetem. Wytrzeszczyła oczy po części ze zgrozy,
po części z ulgi, widząc trzy postaci w zimowych płaszczach,
zarumienione od zimna i długiego spaceru pod górę.
Jej brat. Jej ojciec. I Magnus Bane.
***
Cordelii śniło się, że stoi na wielkiej szachownicy ciągnącej się w nieskończoność pod równie nieskończonym nocnym niebem. Gwiazdy migotały
w czerni jak rozrzucone diamenty. Gdy tak patrzyła, jej ojciec w rozdartym, zakrwawionym płaszczu wszedł chwiejnym krokiem na
szachownicę. Padł na kolana, a ona rzuciła się biegiem w jego stronę,
lecz chociaż biegła najszybciej, jak potrafiła, nie mogła pokonać
dzielącej ich odległości. Szachownica nadal rozciągała się między nimi,
krew rozlewała się wokół niego na czarno-białych polach.
- Baba! Baba! - krzyczała. - Tatusiu, proszę!
Szachownica odsunęła się od niej i nagle Cordelia stała w bawialni przy
Curzon Street, a blask ognia rozlewał się po szachownicy, na której tak
często grała z Jamesem. James stał przy kominku z ręką opartą na półce.
Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć, boleśnie piękny w świetle płomieni.
Jego oczy miały kolor stopionego złota.
Te oczy w ogóle jej nie poznawały.
- Kim jesteś? - zapytał. - Gdzie jest Grace?
Cordelia obudziła się ze zduszonym krzykiem, zawinięta ciasno w pościel.
Wyplątała się szarpana odruchem wymiotnym, wbijając palce w poduszkę.
Tęskniła za matką, za Alastairem. Za Lucie. Ukryła twarz w rękach, cała
się trzęsła.
Drzwi do jej sypialni otworzyły się raptownie, jasne światło wpadło do
pokoju. W progu stał obrysowany światłem potargany Matthew, ubrany w szlafrok.
- Usłyszałem krzyk - wyjaśnił pośpiesznie. - Co się stało?
Cordelia odetchnęła głęboko i rozluźniła pięści.
- Nic. To tylko sen. Śniłam... że ojciec mnie woła. Prosi, żebym go
uratowała.
Usiadł obok niej, materac ugiął się pod jego ciężarem. Pachniał kojąco -
mydłem i wodą kolońską. Wziął ją za rękę i trzymał, aż jej puls zwolnił.
- Jesteśmy tacy sami - powiedział. - Chorujemy na duszach z powodu
starych ran. Wiem, że się obwiniasz za Lilith, za Jamesa, ale musisz
przestać, Daisy. Oboje wyzdrowiejmy z naszych chorób duszy. Tu, w Paryżu, przezwyciężymy ból.
Trzymał ją za rękę, aż zasnęła.
***
James nie był pewien, jakiej reakcji spodziewał się po Lucie na ich
widok, ale mimo wszystko zdębiał, gdy strach rozbłysnął na jej twarzy.
Cofnęła się o krok, prawie przewracając chłopca, który stał obok niej -
Jessego Blackthorna, to był Jesse Blackthorn! - i uniosła ręce, jakby
chciała ich odepchnąć. Jakby chciała odepchnąć Jamesa i własnego ojca.
- O rety - mruknął Magnus.
James uznał, że to duże niedopowiedzenie. Był wyczerpany do szpiku kości
- wycieńczyły go koszmary przerywające niewygodną podróż powozem,
spowiedź przed Magnusem i ojcem oraz długa, mokra wędrówka po śliskim
klifie do domu Malcolma Fade'a. Mimo to wyraz twarzy Lucie - niepokój,
strach - sprawił, że natychmiast chciał stanąć w jej obronie.
- Luce - powiedział, wchodząc do chaty. - Już wszystko w porządku...
Lucie spojrzała na niego z przelotną wdzięcznością, a potem wzdrygnęła
się, kiedy Will wyjął ostrze zza pasa, wszedł do domu i złapał Jessego
Blackthorna za przód koszuli. Ze sztyletem w pięści, z furią w oczach,
pchnął chłopaka na ścianę.
- Przebrzydły duchu - warknął. - Coś ty zrobił mojej córce, żeby zmusić
ją, by cię tu sprowadziła? Gdzie jest Malcolm Fade?
- Tato, nie... - Lucie rzuciła się do Willa, ale James złapał ją za rękę.
Rzadko widywał ojca rozgniewanego, ale Will był skłonny do wybuchów, gdy
już go poniosło, a nic tak nie rozniecało jego gniewu, jak
niebezpieczeństwo grożące jego własnej rodzinie.
- Tad - rzucił nagląco James. Posługiwał się walijskim słowem
oznaczającym "ojca" tylko wtedy, kiedy naprawdę chciał zwrócić uwagę
Willa. - Poczekaj.
- Tak, proszę, poczekaj - wtrąciła się Lucie. - Przepraszam, że
wyjechałam tak nagle, ale nie rozumiesz...
- Rozumiem, że to był trup, którego opętał Belial - powiedział Will,
trzymając ostrze przy gardle Jessego.
Chłopak ani drgnął. Nie poruszył się, odkąd Will go złapał. Nie odezwał
się też ani słowem. Był bardzo blady (cóż, tego należało się spodziewać,
pomyślał James), jego zielone oczy płonęły. Ręce trzymał opuszczone przy
bokach, jakby mówił "Widzicie? Nie stanowię zagrożenia".
- Rozumiem, że moja córka ma miękkie serce i myśli, że może uratować
każdego padłego wróbla - ciągnął Will. - Rozumiem, że martwi nie mogą
ożyć, o ile żywi nie zapłacą straszliwej ceny.
James, Lucie i Magnus zaczęli mówić wszyscy naraz. Will powiedział coś w złości, czego James nie dosłyszał. Magnus, ewidentnie sfrustrowany,
pstryknął palcami. Niebieskie iskry skoczyły ku nim, świat nagle
całkowicie ucichł. Nawet szum wiatru zniknął, połknięty przez czar
Magnusa.
- Dość tego - orzekł czarownik. Opierał się o framugę drzwi z kapeluszem
zsuniętym na czoło, w pozie emanującej wymuszonym spokojem. - Jeśli mamy
rozmawiać o nekromancji albo prawdopodobnej nekromancji, to jest to moja
dziedzina, a nie wasza. - Przyjrzał się uważnie Jessemu; w jego
zielono-złotych oczach malowała się zaduma. - Czy on mówi?
Jesse uniósł brwi.
- Ach, racja - powiedział Magnus i znowu pstryknął palcami. - Koniec z czarem ciszy. Mów więc.
- Mówię - oznajmił spokojnie Jesse. - Kiedy mam coś do powiedzenia.
- Ciekawe - mruknął Magnus. - A krwawi?
- O, nie - zaprotestowała Lucie. - Nie zachęcaj mojego ojca. Tato, nawet
się nie waż...
- Lucie - powiedział Jesse. - To nic takiego.
Uniósł rękę, tę ze skradzionym runem Wzroku na grzbiecie. Przesunął dłoń
na czubek sztyletu Willa. Zebrała się kropla krwi, czerwona i jasna,
spłynęła po dłoni, zabarwiając szkarłatem mankiet białej koszuli.
Magnus zmrużył oczy.
- A to jeszcze ciekawsze. W porządku, mam dość marznięcia w progu.
Malcolm musi mieć jakiś salon. Ceni sobie wygodę. Lucie, zaprowadź nas
tam.
Kiedy już weszli do salonu - bardziej staroświeckiego i ładniejszego,
niż James by się spodziewał - Will i James opadli na długą sofę. Lucie
stała i patrzyła, jak Magnus stawia Jessego przed huczącym kominkiem i przeprowadza pełne magiczne badanie.
- Czego szukasz? - spytał Jesse.
James uznał, że chłopak się denerwuje.
Magnus zerknął na niego przelotnie, jego palce skrzyły się na niebiesko.
Parę iskier zaplątało się we włosy Jessego: wyglądały jak skarabeusze.
- Śmierci.
Jesse stał nieruchomo, z ponurym stoicyzmem. James przypuszczał, że
nauczył się znosić nieprzyjemne sytuacje, zważywszy na to, jakie życie
miał za sobą... O ile można to nazwać życiem. Początki owszem, ale jak
nazwać to, czego doświadczał potem? Swego rodzaju koszmarem życia w śmierci, jakby był potworem z wiersza Coleridge'a.
- On nie jest martwy - powiedziała Lucie. - Nigdy nie był. Dajcie mi
wyjaśnić.
Sprawiała wrażenie zmęczonej, tak jak James, kiedy wyjawił wszystkie
swoje sekrety w przydrożnym zajeździe. Ilu kłopotów można by uniknąć,
gdyby tylko od początku ufali sobie wzajemnie? - pomyślał.
- Luce - odezwał się łagodnie. Wyglądała na ogromnie zmęczoną, młodszą i starszą zarazem, niż ją zapamiętał. - Powiedz nam.
Wielu faktów z historii Lucie domyślał się wcześniej, przynajmniej w ogólnym zarysie, jeśli nie w szczegółach. Najpierw była opowieść o Jessem: o Belialu, o jego własnej matce i o tym, co mu zrobiła. Wiele z tego James już wiedział - że Belial posłużył się skorumpowanym
czarownikiem Emmanuelem Gastem, który umieścił w Jessem ziarno
demonicznej esencji Beliala, kiedy ten był małym dzieckiem; że ta
esencja zniszczyła Jessego, kiedy nadszedł czas nałożenia mu pierwszego
Znaku. Wiedział, że Tatiana zamieniła umierającego syna w żywą zjawę -
nocami był duchem, za dnia trupem. Przechowała jego ostatnie tchnienie w złotym medaliku (który teraz Lucie nosiła na szyi), mając nadzieję, że
pewnego dnia z jego pomocą przywróci Jessemu życie.
I wiedział, że Jesse poświęcił to ostatnie tchnienie, żeby ocalić
właśnie jego, Jamesa.
- Naprawdę? - Will pochylił się, marszcząc czoło w sposób, który
zdradzał raczej zadumę niż niezadowolenie. - Ale... jak?
- To prawda - potwierdził James. - Widziałem go.
Chłopiec pochylał się nad nim, chłopiec o czarnych włosach jak jego
własne i zielonych oczach w kolorze wiosennych liści, chłopiec, który
już zaczynał rozwiewać się na brzegach, jak postać widziana w chmurze,
która znika, gdy zmienia się wiatr.
- Powiedziałeś: "Kim jesteś?" - przypomniał sobie Jesse. Magnus skończył
go badać i Jesse, oparty o półkę nad kominkiem, patrzył na Lucie
opowiadającą swoją historię, która była także jego własną. Wyglądał,
jakby ta opowieść wyczerpywała i jego. - Ale... nie mogłem ci
odpowiedzieć.
- Pamiętam - powiedział James. - Dziękuję. Za uratowanie mi życia. Nie
miałem okazji wcześniej tego zrobić.
Magnus odchrząknął.
- Dość tych czułostek - powiedział, ewidentnie chcąc uprzedzić Willa,
który sprawiał wrażenie, jakby chciał poderwać się i porwać Jessego w ojcowskie objęcia. - Dobrze orientujemy się, co się przydarzyło Jessemu.
Nie rozumiemy jednak, droga Lucie, jak sprowadziłaś go z powrotem w obecnym stanie. A niestety musimy o to zapytać.
- Teraz? - zapytał James. - Jest późno, musi być wycieńczona...
- W porządku, Jamie - powiedziała Lucie. - Chcę odpowiedzieć.
I zrobiła to. Opowiedziała, jak odkryła swoją władzę nad umarłymi.
Wyjawiła, że nie tylko ich widzi, nawet kiedy chcą pozostać ukryci, tak
jak potrafią to James i Will, ale może im rozkazywać, a umarli muszą jej
słuchać. Ta opowieść przypominała Jamesowi odkrycie własnej mocy,
połączone poczucie siły i wstydu, jakie się z tym wiązało.
Chciał wstać i wyciągnąć ręce do siostry. Zwłaszcza gdy opowiadała dalej
o tym, jak przywołała armię umarłych, żeby wyciągnęli Cordelię z Tamizy.
Chciał jej powiedzieć, jak wiele dla niego znaczy to, że uratowała życie
Cordelii; chciał jej powiedzieć, jak potworna zgroza go ogarnęła na
myśl, że mógłby stracić Cordelię. Nie odezwał się jednak. Lucie nie
miała powodu nie wierzyć, że James nie kocha Grace i wyszedłby tylko w jej oczach na hipokrytę.
- Czuje się nieco urażony tym, że zwróciłaś się o radę w sprawie Jessego
do Malcolma Fade'a, a nie do mnie - odezwał się Magnus. - Zwykle to mnie
w pierwszej kolejności zadręczacie i uważam to za piękną tradycję.
- Byłeś w Spiralnym Labiryncie - przypomniała mu Lucie. - I... istniały
inne powody, żeby zapytać Malcolma, ale teraz to nie ma znaczenia. -
James, który czuł, że wbrew sobie stał się mistrzem w mówieniu tylko
tego, czego wymagała sytuacja w danym momencie, podejrzewał, że owszem,
miało to znaczenie i to całkiem spore, ale nie odezwał się ani słowem. -
Malcolm powiedział nam, powiedział mi, że Jesse ugrzęzł jakby na progu
między śmiercią i życiem. Dlatego nie mogliście go widzieć, tak jak
potraficie widzieć zwykłe duchy. - Spojrzała na Willa. - Ponieważ nie
był tak naprawdę martwy. To, czym się posłużyłam, żeby go przywrócić od
życia, to nie była nekromancja. Po prostu... - Splotła dłonie. -
Rozkazałam mu żyć. To nie podziałałoby w przypadku naprawdę martwej
osoby, ale ponieważ tylko łączyłam żywą duszę z żywym ciałem, które
zostały w niewłaściwy sposób rozdzielone... udało się.
Will odsunął pasemko czarnych szpakowatych włosów z czoła.
- Co o tym myślisz, Magnusie?
Magnus spojrzał na Jessego, który - sztywny z nerwów - nadal opierał się
o kominek. Westchnął.
- Wyczuwam kilka plam energii śmierci na Jessem. - Uniósł palec, zanim
ktokolwiek zdążył się odezwać. - Ale tylko w miejscach, gdzie Belial
umieścił na nim runy.
Czyli James opowiedział Willowi i Magnusowi, co dokładnie Belial zrobił
Jessemu, pomyślała Lucie. Jesse miał zaś taką minę, jakby chciał
zwymiotować.
- Poza tym, na ile jestem w stanie to orzec, to zdrowy, żywy człowiek -
dodał Magnus. - Widziałem, co się dzieje, gdy wskrzesi się zmarłego. To...
jest co innego.
- Byłem przy tym, kiedy Lucie kazała Jessemu wyrzucić Beliala. I zrobił
to. Niełatwo jest walczyć z księciem piekieł o własną duszę. A wygrać w tej walce... - James spojrzał Jessemu w oczy. - To wymaga odwagi i czegoś
więcej. To wymaga dobra. Lucie mu ufa, myślę, że my też powinniśmy mu
zaufać.
Odrobina napięcia uszła z Jessego, wydawało się, że oplatające go
niewidzialne łańcuchy nieco się poluzowały. Spojrzał na Willa. Wszyscy
spojrzeli na Willa, Lucie z desperacką nadzieją w oczach.
Will wstał i przeszedł przez pokój do Jessego, który nie wzdrygnął się,
ale widać było, że się denerwuje. Stał nieruchomo i patrzył, nie
spuszczając wzroku. Czekał na pierwszy ruch Willa.
- Ocaliłeś życie mojemu synowi - powiedział Will. - A moja córka ci ufa.
To mi wystarczy. - Wyciągnął dłoń do Jessego, żeby ją uścisnąć. -
Wybacz, że wątpiłem w ciebie, synu.
Przy ostatnim słowie Jesse rozpromienił się jak słońce wychodzące zza
chmury. James zdał sobie sprawę, że Jesse nigdy nie miał ojca. Jego
jedynym rodzicem była Tatiana, jedyną poza tym dorosłą siłą w jego życiu
był Belial.
Will musiał pomyśleć o tym samym.
- Naprawdę wyglądasz jak skóra zdarta z ojca - powiedział do Jessego. -
Zupełnie jak Rupert. Szkoda, że go nigdy nie poznałeś. Na pewno byłby z ciebie dumny.
Jesse wyglądał, jakby przybyło mu kilka centymetrów wzrostu. Lucie
rozpromieniła się, patrząc na niego.
No tak, pomyślał James. To nie jest zwykła fascynacja. Ona naprawdę jest
zakochana w Jessem Blackthornie. Dlaczego nigdy wcześniej się tego nie
domyśliłem?
Z drugiej strony - sam też strzegł własnych sekretów związanych z miłością. Pomyślał o Matthew, który właśnie był z Cordelią w Paryżu.
Starał się oddychać mimo bólu, który poczuł na tę myśl.
- No dobrze - odezwał się Will zdecydowanym tonem, łapiąc Jessego za
ramię. - Możemy tu stać i obwiniać Tatianę, i uwierz mi, że winię ją,
ale to nie zmienia obecnej sytuacji. Wygląda na to, że jesteś naszym
zmartwieniem, młody Jesse. Co z tobą poczniemy?
Lucie zmarszczyła brwi.
- Dlaczego nie pójdziemy prosto do Clave? I nie wyjaśnimy im, co się
stało? Wiedzą już, że Tatiana snuła mroczne intrygi. Nie będą obwiniać
Jessego za to, co mu zrobiono.
Magnus przewrócił oczami i wzniósł wzrok.
- Nie. W żadnym razie. To okropny pomysł.
Lucie spiorunowała go spojrzeniem.
Magnus wzruszył ramionami.
- Lucie, masz dobre serce - dodał. Lucie pokazała mu język, a on się
uśmiechnął. - Ale to byłoby dość niebezpieczne wiązać Clave z tą sprawą
na większą skalę. Są tacy, którzy mają wszelkie powody, żeby uwierzyć w tę historię, ale równie wielu, jeśli nie więcej, zdecydowanie wolałoby w nią nie uwierzyć.
- Magnus ma rację - poparł go Will. - Niestety. W grę wchodzą różne
niuanse. Jesse nie został wskrzeszony, bo nigdy tak naprawdę nie umarł.
Niemniej został opętany przez Beliala. I w tym czasie...
Światło zgasło na twarzy Jessego.
- Dopuściłem się potworności - dokończył. - Powiedzą: "Jeśli żył, to
jest odpowiedzialny za to, co zrobił. Jeśli nie żył, to ożywiła go
nekromancja". - Zerknął na Lucie. - Mówiłem ci, że nie mogę wrócić do
Londynu. Moja historia jest skomplikowana, a ludzie nie chcą słuchać
skomplikowanych historii. Chcą prostych opowieści, w których ludzie są
dobrzy albo źli, i dobrzy nigdy nie popełniają błędów, a źli nigdy nie
pokutują za swoje grzechy.
- Nie musisz niczego odpokutowywać - zapewnił go James. - Jeśli ktoś
wie, co to znaczy słuchać szeptu Beliala, to ja.
- Ach, ale ty nigdy nie zrobiłeś tego, co ci kazał, prawda? - powiedział
z gorzkim uśmiechem Jesse. - Myślę, że nie ma innego wyjścia: muszę
odejść. Przybrać nową tożsamość...
- Jesse, nie. - Lucie ruszyła do niego, ale zaraz się cofnęła. -
Zasługujesz na to, żeby mieć własne, swoje życie. To, które Tatiana ci
ukradła.
Jesse nie odpowiedział. James, przypominając sobie napomnienie siostry,
żeby traktować go jak człowieka, zapytał:
- Jesse, a co ty chciałbyś zrobić?
- Czego ja chcę? - powtórzył Jesse ze smutnym uśmiechem. - Pragnę
czterech niemożliwych rzeczy. Chcę dołączyć do Enklawy w Londynie. Chcę
być Nocnym Łowcą, na jakiego się urodziłem. Chcę zostać zaakceptowany
jako normalna, żywa osoba. I pragnę odnaleźć siostrę, jedyną prawdziwą
rodzinę, jaką kiedykolwiek miałem. Nie widzę jednak, jak cokolwiek z tego miałoby być możliwe.
Gdy zastanawiali się nad tym, w pokoju zapadła cisza. Przerwało ją nagłe
głośne skrzypienie, na którego dźwięk wszyscy aż podskoczyli. Dobiegło
od strony wejścia i po chwili Malcolm Fade wszedł do pokoju, otrzepując
buty ze śniegu na kamiennej podłodze. Nie miał kapelusza, białe płatki
plątały mu się w już białych włosach. Wyglądał na szczuplejszego, niż
kiedy James ostatni raz go widział. Miał rozgorączkowany i dziwnie
nieobecny wzrok. Potrzebował długiej chwili, żeby spostrzec, że jego
salon jest pełen gości. Kiedy wreszcie to zauważył, zamarł.
- Pomyśleliśmy, że wpadniemy, Malcolmie - rzucił swobodnie Magnus.
Malcolm miał taką minę, jakby niczego nie pragnął bardziej niż czmychnąć
w noc i rankiem wylądować być może w Rio de Janeiro albo w jakimś innym
odległym miejscu. Zamiast tego westchnął i uciekł za ostatni szaniec
Anglika w trudnym położeniu:
- Herbaty?
***
Było już późno i Annę Lightwood ogarniało zmęczenie. Niestety przyjęcie
w jej mieszkaniu trwało w najlepsze. Niemal wszyscy jej przyjaciele
spośród Nocnych Łowców wyjechali z różnych niemądrych powodów, więc
skorzystała z okazji, żeby zaprosić paru Podziemnych, których zawsze
chciała lepiej poznać. Claude Kellington, naczelny muzyk w Helle Ruelle,
miał do przedstawienia nową kompozycję i pragnął to zrobić dla
niewielkiej publiczności. Mieszkanie Anny jego zdaniem doskonale się do
tego nadawało.
Nowy utwór Kellingtona wiązał się z dużą ilością śpiewu, co nigdy nie
było najmocniejszą stroną Claude'a. Anna nie zdawała sobie też sprawy,
że był to cykl pieśni opartych na poemacie epickim, który sam napisał.
Koncert trwał właśnie czwartą godzinę i goście Anny, mimo przychylnego
nastawienia do artysty, dawno temu znudzili się i upili. Kellington,
którego publiczność w Hell Ruelle zwykle była znudzona i pijana, nawet
tego nie zauważył; nie znał też najwyraźniej - jak spostrzegła Anna -
słowa "przerwa".
Teraz wampir i wilkołak, których imion Anna nie pamiętała, spletli się w namiętnym uścisku na jej sofie - był to przynajmniej dobry krok w kierunku poprawy stosunków wśród Podziemnych. Ktoś w kącie przy gablocie
z porcelaną wciągał tabakę. Nawet wypchany wąż Percy wyglądał na
wykończonego. Od czasu do czasu Anna zerkała dyskretnie na zegarek,
odnotowując mijające godziny, ale nie miała pojęcia, jak uprzejmie
przerwać Kellingtonowi. Za każdym razem, gdy milkł na chwilę, wstawała,
żeby mu przerwać, a on przechodził wtedy do następnej części.
Hyacinth, bladoniebieska faerie pracująca u Hypatii Vex, przez cały
wieczór rzucała Annie dwuznaczne spojrzenia. Łączyła je wspólna
historia, a Anna nie lubiła powtarzać lekkomyślnych hulanek z przeszłości. Mimo wszystko koncert Kellingtona normalnie doprowadziłby
do tego, że wylądowałaby w ramionach Hyacinth przed upływem pierwszej
godziny. Teraz jednak świadomie unikała jej spojrzeń. Widok Hyacinth
tylko przypominał jej ostatnie słowa, jakie wypowiedziała do niej
Ariadne: "To przeze mnie stałaś się taka, jaka jesteś. Twarda i błyszcząca jak diament. Nieprzystępna".
W ostatnich dniach te same słowa powtarzały się w jej umyśle za każdym
razem, gdy myślała o romansie. To, co kiedyś ją interesowało - szelest
halek opadających na ziemię, szept rozpuszczanych włosów - przestało ją
intrygować, o ile nie były to włosy Ariadne. Halki Ariadne.
Wmawiała sobie, że w końcu zapomni. Zmusi się do tego. Poszuka czegoś,
co rozproszy jej uwagę. Czegoś takiego, jak na przykład występ
Kellingtona. Prowadziła także lekcje rysunku z Percym jako modelem,
uczestniczyła w kilku szokująco nudnych wampirzych baletach, grała w karty z Hypatią do świtu. Brakowało jej Matthew tak bardzo, że nie
sądziła nawet, że to możliwe. Z pewnością on zdołałby zająć czymś jej
uwagę.
Otrząsnęła się z zadumy, kiedy nagle ktoś zapukał do drzwi. Zaskoczona
wstała. Było dość późno jak na niespodziewanego gościa. Może, pomyślała
z nadzieją, sąsiad przyszedł poskarżyć się na hałasy?
Przeszła przez pokój i otworzyła drzwi. W progu stała trzęsąca się z zimna Ariadne Bridgestock.
Oczy miała czerwone, policzki pokryte plamami. Płakała. Annie zacisnął
się żołądek. Cokolwiek wymyślała sobie, że powie Ariadne przy następnym
spotkaniu, w okamgnieniu wyparowało jej z głowy. Zamiast tego poczuła
strach - co się stało?
- Przepraszam, że ci przeszkadzam. - Ariadne uniosła wysoko podbródek,
oczy błyszczały jej wyzywająco. - Wiem, że nie powinnam była
przychodzić. Nie mam jednak dokąd pójść.
Anna bez słowa odsunęła się na bok i wpuściła ją do mieszkania. Ariadne
weszła. Miała niewielką torbę podręczną, a płaszcz, który włożyła, był
zdecydowanie za cienki na tę pogodę. Nie nosiła rękawiczek. Anna
zaniepokoiła się jeszcze bardziej. Zdecydowanie stało się coś złego.
W tej samej chwili, chociaż Ariadne nie odezwała się ani słowem, Anna
podjęła decyzję.
Podeszła do pianina, na którym Kellington grał fortissimo i wyśpiewywał
coś o samotnym wilku w blasku księżyca, i zamknęła mu klapę na palcach.
Muzyka urwała się gwałtownie, Kellington spojrzał na Annę z urazą.
Udała, że tego nie widzi.
- Ogromnie dziękuję za to, że dziś przyszliście, ale niestety pojawiła
się nagła sprawa dotycząca Nefilim - powiedziała głośno. - Muszę więc
prosić, żebyście wyszli.
- Jestem dopiero w połowie - zaprotestował Kellington.
- Wobec tego zbierzemy się ponownie za jakiś czas, żeby posłuchać
drugiej połowy - skłamała Anna.
W parę minut zdołała pozbyć się z mieszkania stadka kilkunastu gości.
Parę osób narzekało, ale większość robiła wrażenie zdumionych. Kiedy za
ostatnią zamknęły się drzwi, zapadła cisza, upiorne znieruchomienie,
jakie nadchodzi po zakończeniu przyjęcia. Została tylko Ariadne.
Parę minut później Ariadne niespokojnie przysiadła na kanapie Anny i podkuliła nogi. Jej płaszcz suszył się przy ogniu. Wreszcie przestała
się trząść, gdy Anna wlała w nią trochę herbaty, ale nadal miała ponury,
nieobecny wzrok. Anna czekała, wyciągając się z fałszywą beztroską na
oparciu kanapy.
Sącząc herbatę, Ariadne rozejrzała się powoli po mieszkaniu. Anna to
zdziwiło, aż wreszcie zdała sobie sprawę, że Ariadne nigdy wcześniej u niej nie była. Anna zawsze planowała ich spotkania gdzie indziej.
- Pewnie zastanawiasz się, co tu robię - powiedziała Ariadne.
Och, Aniołowi niech będą dzięki, sama zacznie ten temat, pomyślała Anna.
Zawsze chętnie przyjmowała w swoim mieszkaniu potrzebujących: Eugenię
płaczącą z powodu Augustusa Pounceby'ego, Matthew wypełnionego smutkiem,
którego nie potrafił nazwać, Christophera zamartwiającego się, że jego
naukowe badania do niczego nie prowadzą, Cordelię rozpaczliwie zakochaną
w Jamesie, ale zbyt dumną, żeby się do tego przyznać. Wiedziała, jak
rozmawiać z tymi, którzy mają złamane serca. Wiedziała, że lepiej nie
dopytywać się i poczekać, aż sami zaczną mówić.
Jednak z Ariadne sprawy miały się inaczej. Anna wiedziała, że może nie
wytrzymać dłużej i sama zacznie się dopytywać, co się stało. Sprawa była
zbyt ważna. Na tym polegał problem. W przypadku Ariadne sprawy zawsze
były zbyt ważne.
Ariadne zaczęła mówić, najpierw powoli, a potem szybciej. Wyjaśniła, że
wcześniej tego dnia Konsul przyszła zapytać, czy mają jakieś wieści od
jej ojca, a ona poszła potem do jego gabinetu i znalazła zapiski na
temat Herondale'ów i Lightwoodów, gdzie odnotował każdą okazję, gdy
któreś z nich choćby nagięło jakieś drobne prawo albo spowodowało
problemy w Enklawie z racji swojej pomyłki. Żadna z tych kwestii, jak
dodała, nie była dość poważna, żeby wymagała zainteresowania
Inkwizytora.
Anna nie zapytała - chociaż bardzo chciała zapytać - czy były tam
zapiski bezpośrednio na jej temat. Zamiast tego zmarszczyła czoło i powiedziała:
- Nie podoba mi się to. Co zamierzał w ten sposób osiągnąć?
- Nie wiem, ale nie to było najgorsze - odpowiedziała Ariadne. -
Najgorsze było to. Leżało w kominku, na wpół spalone.
Wyjęła z kieszeni płaszcza kawałek papieru, pognieciony i poczerniały na
brzegach. Podała go Annie. To był ewidentnie list z niechlujnym podpisem
Inkwizytora w połowie kartki, ale przypalony i z wypalonymi dziurkami w różnych miejscach; brakowało też pierwszej strony.
...i zawsze uważałem, że jesteś najjaśniejszą [kleks] na firmamencie
Nocnych Łowców. Przekonałem się, że podzielamy poglądy na temat
zachowania stosownego dla Nocnych Łowców, wagi Prawa i jego
skrupulatnego przestrzegania. Dlatego z rosnącym niepokojem
obserwowałem, jak okazujesz coraz więcej współczucia, wręcz faworyzujesz
Herondale'ów i niektórych co bardzo skandalizujących Lightwoodów, z którymi tamci się zadają. Tłumaczyłem Ci i przekonywałem, ale
najwyraźniej bezskutecznie. Dlatego zdecydowałem się na ujawnienie Ci,
że znam sekrety, o których myślisz, że są dobrze ukryte. Jest jeden taki
w Twojej historii, na który byłbym gotów przymknąć oko, ale zapewniam
Cię, że reszta Clave nie uczyniłaby tego. Powinieneś wiedzieć, że
zamierzam [kleks] Herondale'ów i usunąć ich z [kleks]. Wierzę,
że z Twoją pomocą dowiódłbym słuszności oskarżeń także przeciwko pewnym
Lightwoodom. Spodziewam się oporów ze strony Enklawy, ponieważ niektórzy
ludzie są sentymentalni, ale właśnie w tym miejscu Twoje poparcie byłoby
kluczowe. Jeśli poprzesz moje działania, mające na celu przycięcie co
bardziej zepsutych gałęzi drzewa Nefilim, to może przymknę oko na Twoje
własne uchybienia. Twoja rodzina skorzystała z łupów po [tu list stał
się nieczytelny, zamazany przez wielki kleks] ale to wszystko może
przepaść, jeśli nie zaprowadzisz porządku we własnym domu.
Pozostaję z szacunkiem,
Inkwizytor Maurice Bridgestock
Anna spojrzała na Ariadne.
- Szantaż? - powiedziała. - Inkwizytor... twój ojciec... szantażuje kogoś?
- Na to wygląda - powiedziała ponuro Ariadne. - Jednak nie sposób
powiedzieć, kogo szantażuje, dlaczego i czym. Wiem tylko, że moja matka
wściekła się, kiedy zdała sobie sprawę, co znalazłam.
- Może jest inaczej - pocieszała ją Anna. - W końcu nie wysłał tego
listu.
- Nie - odpowiedziała Ariadne. - Ale widzisz ten kleks? "Twoja rodzina
skorzystała z łupów..." i dalszego ciągu nie da się odczytać. Myślę, że to
był brudnopis, który wyrzucił potem do ognia.
Anna zmarszczyła brwi.
- Bez pierwszej strony trudno choćby zorientować się, kto może być
celem. Najpewniej nie jest to ani Herondale ani Lightwood, bo są
wspominani jako ktoś niezależny od adresata. - Anna zawahała się. - Czy
matka naprawdę cię wyrzuciła tylko dlatego, że znalazłaś te dokumenty?
- Nie... nie całkiem - przyznała Ariadne. - Byłam ogromnie zdenerwowana,
kiedy znalazłam te zapiski i list. Matka powiedziała, że to nie jest
moja sprawa. Że moim zadaniem jest być tylko posłuszną i obowiązkową
córką, dobrze wyjść za mąż. Kiedy to powiedziała... możliwe, że straciłam
nad sobą panowanie.
- Tak?
- Powiedziałam jej, że nie wyjdę dobrze za mąż, że w ogóle nie wyjdę za
mąż, ponieważ nie interesują mnie mężczyźni.
Wydawało się, że całe powietrze uszło z pokoju. Anna zapytała cicho:
- No i?
- Całkiem się załamała. Błagała mnie, żebym temu zaprzeczyła, a kiedy
odmówiłam, powiedziała, że nie powinnam pozwolić, by takie impulsy
zrujnowały mi życie. - Ariadne otarła niecierpliwie łzy grzbietem dłoni.
- Widziałam w jej oczach, że już wcześniej wiedziała. A przynajmniej coś
podejrzewała. Powiedziała mi, żebym pomyślała o swojej przyszłości, że
zostanę sama i nigdy nie będę miała dzieci.
- Ach - westchnęła Anna.
Czuła ból. Wiedziała, jak rozpaczliwie Ariadne pragnęła mieć dzieci. To
pragnienie było głównym powodem, dla którego ich związek skończył się
dwa lata temu.
- Poszłam do swojego pokoju, wrzuciłam kilka drobiazgów do torby... i powiedziałam jej, że nie będę mieszkać pod jednym dachem z nią i ojcem,
jeśli nie zaakceptują mnie taką, jaką naprawdę jestem. A ona
powiedziała... powiedziała, że obiecuje, że zapomni wszystko, co jej
wyznałam. Że możemy udawać, że nic nie mówiłam. Że gdybym powiedziała
ojcu to co jej, to wyrzuciłby mnie na ulicę.
Anna wstrzymała oddech.
- Więc uciekłam - dokończyła Ariadne. - Opuściłam dom i przyszłam tutaj.
Ponieważ jesteś najbardziej niezależną osobą, jaką znam. Nie mogę wrócić
do tamtego domu. Nie wrócę. Moja duma i... moje ja, moja tożsamość zależą
od tego. Muszę nauczyć się radzić sobie. Żyć niezależnie, tak jak ty.
- Twarz Ariadne wyrażała determinację, ale ręce jej się trzęsły. -
Pomyślałam... że jeśli pokażesz mi jak...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki