Łańcuch z cierni. Cykl Ostatnie godziny. Księga 3 - Cassandra Clare

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (43,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Póź­niej James pamię­tał tylko świst wia­tru. Meta­liczny wrzask, jakby ktoś prze­cią­gał nożem po odłam­kach szkła, a daleko poni­żej tego wycie, despe­rac­kie i wygłod­niałe.

Szedł długą, gładką drogą - wyglą­dała, jakby nikt przed nim jej nie prze­mie­rzył, bo nie było żad­nych śla­dów na ziemi. Niebo w górze było rów­nie puste. James nie potra­fił powie­dzieć, czy trwa dzień, czy noc, zima czy lato. Tylko naga, brą­zowa zie­mia roz­cią­gała się przed nim, a nad nim niebo w kolo­rze chod­nika.

Wtedy wła­śnie go usły­szał - wiatr, który uno­sił i roz­rzu­cał mar­twe liście i luźny żwir wokół kostek. Przy­bie­rał na sile i jego wycie pra­wie zagłu­szyło odgłos zbli­ża­ją­cych się kro­ków.

James obró­cił się gwał­tow­nie. Małe wiry pyłu uno­siły się w róż­nych miej­scach. Oczy pie­kły go od pia­sku. Przez roz­ma­zaną plamę burzy pia­sko­wej pędziły dzie­siątki, nie, setki ciem­nych postaci. Wie­dział tylko, że to nie są ludzie. Cho­ciaż wła­ści­wie nie leciały w powie­trzu, to jakby sta­no­wiły część pory­wi­stego wia­tru; cie­nie roz­wi­jały się wokół nich jak skrzy­dła.

Wiatr zawył mu w uszach, kiedy stwory prze­le­ciały nad nim - stado splą­ta­nych ze sobą nie­wy­raź­nych istot, nio­są­cych nie tyle fizyczny chłód, ile wra­że­nie zim­nej groźby. A w dźwięk towa­rzy­szący ich przej­ściu wple­ciony był jak nić w tka­ni­nie na kro­snach szept Beliala:

- Budzą się. Sły­szysz to, wnuku? Budzą się.

James pode­rwał się, łapiąc gwał­tow­nie powie­trze. Nie mógł oddy­chać. Wygrze­bał się z pia­sku i z cieni i zna­lazł w nie­zna­jo­mym pokoju. Zamknął oczy i ponow­nie je otwo­rzył. Pokój nie był nie­zna­jomy. James już wie­dział, gdzie prze­bywa. W zajeź­dzie, w pokoju, który dzie­lił z ojcem. Will spał na dru­gim łóżku. Magnus zaj­mo­wał sypial­nię dalej w tym samym kory­ta­rzu.

James wstał z łóżka i skrzy­wił się, gdy dotknął bosymi sto­pami zim­nej pod­łogi. Bez­sze­lest­nie prze­szedł przez pokój, do okna, i wyj­rzał na ośnie­żone, oświe­tlone księ­ży­cem pola, które cią­gnęły się tak daleko, jak okiem się­gnąć.

Sny. Sny go prze­ra­żały. Belial przy­cho­dził do niego w snach, odkąd James się­gał pamię­cią. W snach widział posępne kró­le­stwo demo­nów, w snach widział Beliala, jak zabija. Nawet teraz nie wie­dział, kiedy sny były tylko snem, a kiedy uka­zy­wały strasz­liwą prawdę.

Czarno-biały świat na zewnątrz uka­zy­wał tylko pustkę zimy. Znaj­do­wali się gdzieś w pobliżu zamar­z­nię­tej Tamar; zatrzy­mali się zeszłej nocy, kiedy śnieg walił zbyt gęsty, żeby jechać dalej. I nie był to ładny, puszy­sty śnie­żek, ale nie­okieł­znana, pory­wi­sta nawał­nica. Ten śnieg miał cel, miał kie­ru­nek, tłukł pod ostrym kątem w nagą, sza­ro­brą­zową zie­mię jak nie­koń­cząca się salwa strzał.

Cho­ciaż przez cały dzień nic nie robił, tylko sie­dział w powo­zie, James był wyczer­pany. Led­wie zdo­łał wmu­sić w sie­bie odro­binę gorą­cej zupy, zanim poszedł na górę i padł na łóżko. Magnus i Will zostali w salo­nie, sie­dzieli w fote­lach przy ogniu i roz­ma­wiali cicho. James domy­ślał się, że roz­ma­wiają o nim. A niech sobie gadają. Miał to w nosie.

To była trze­cia noc, odkąd opu­ścili Lon­dyn z misją odna­le­zie­nia sio­stry Jamesa, Lucie, która wyje­chała z cza­row­ni­kiem Mal­col­mem Fade'em i zakon­ser­wo­wa­nym cia­łem Jes­sego Black­thorna. Przy­świe­cał jej cel na tyle mroczny i prze­ra­ża­jący, że żadne z nich nie chciało wypo­wie­dzieć słowa, któ­rego wszy­scy się oba­wiali.

Nekro­man­cja.

Naj­waż­niej­sze, jak pod­kre­ślał Magnus, to prze­chwy­cić Lucie naj­szyb­ciej, jak się da. A to oka­zało się trud­niej­sze, niż się zapo­wia­dało. Magnus wie­dział, że Mal­colm ma dom w Korn­wa­lii, ale nie znał dokład­nej loka­li­za­cji, a Fade zablo­ko­wał wszel­kie próby magicz­nego tro­pie­nia jego i Lucie. Musieli zdać się na bar­dziej sta­ro­świec­kie metody - po dro­dze czę­sto zatrzy­my­wali się w róż­nych loka­lach Pod­ziem­nych. Magnus gawę­dził z miej­sco­wymi, a James i Will musieli cze­kać w powo­zie, żeby nie ujaw­niać się jako Nocni Łowcy.

- Żaden z nich nic mi nie powie, jeśli będą myśleć, że podró­żuję z Nefi­lim - powie­dział im wcze­śniej Magnus. - Wasz czas nadej­dzie, kiedy dotrzemy do domu Mal­colma i trzeba będzie zająć się nim i Lucie.

Tego wie­czoru powie­dział Jame­sowi i Wil­lowi, że wydaje mu się, że zna­lazł dom i że z łatwo­ścią dotrą tam w kilka godzin następ­nego ranka. Jeśli okaże się, że to nie jest wła­ściwe miej­sce, to pojadą dalej.

James roz­pacz­li­wie pra­gnął zna­leźć Lucie. Nie tylko dla­tego, że się o nią mar­twił - a oczy­wi­ście mar­twił się - ale z powodu wszyst­kiego innego, co wyda­rzyło się w jego życiu. Wszyst­kiego, co odło­żył na bok i o czym nie chciał myśleć, dopóki nie znaj­dzie sio­stry i nie będzie wie­dział, że jest bez­pieczna.

- James? - prze­rwał jego myśli zaspany głos. James odwró­cił się od okna i zoba­czył, że ojciec sie­dzi na łóżku. - Jamie, bach, co cię trapi?

James popa­trzył na ojca. Will wyglą­dał na zmę­czo­nego, miał potar­ganą czarną grzywę wło­sów. Ludzie czę­sto mówili Jame­sowi, że przy­po­mina Willa, i wie­dział, że to kom­ple­ment. Przez całe życie ojciec robił wra­że­nie naj­sil­niej­szego zna­nego mu czło­wieka, naj­bar­dziej pryn­cy­pial­nego, naj­za­cie­klej­szego w miło­ści. Will nie kwe­stio­no­wał swo­ich decy­zji. Nie, James pod żad­nym wzglę­dem nie przy­po­minał Willa Heron­dale'a.

Oparł się ple­cami o zimne okno i powie­dział:

- To tylko zły sen.

- Mm. - Will się zadu­mał. - Zeszłej nocy też mia­łeś kosz­mar. I poprzed­niej. Czy jest coś, o czym chciał­byś poroz­ma­wiać, Jamie?

Przez chwilę James wyobra­żał sobie, że mógłby zrzu­cić cię­żar trosk przed ojcem. Powie­dzieć o Belialu, Grace, bran­so­letce, Cor­de­lii, Lilith. O wszyst­kim.

Ten obraz jed­nak nie prze­trwał w jego myślach. Nie potra­fił sobie wyobra­zić reak­cji ojca. Nie potra­fił wyobra­zić sobie, jak wypo­wiada potrzebne słowa. Cho­wał to w sobie od tak dawna, że nie potra­fił zro­bić niczego poza tym, że moc­niej zdusi to w sobie i będzie dalej chro­nił sie­bie w jedyny spo­sób, jaki zna.

- Po pro­stu mar­twię się o Lucie - powie­dział James. - Mar­twię się, w co mogła się wplą­tać.

Wyraz twa­rzy Willa się zmie­nił. James pomy­ślał, że może spo­strzegł iskierkę roz­cza­ro­wa­nia na twa­rzy ojca, cho­ciaż w tym pół­mroku trudno było to orzec.

- W takim razie wra­caj do łóżka - powie­dział. - Magnus mówi, że naj­pew­niej jutro ją znaj­dziemy, a wtedy lepiej, żebyś był wypo­częty. Może nie ucie­szyć się na nasz widok.

1. Dni konające

1

Dni kona­jące

"Mój Paryż to miej­sce, gdzie dni kona­jące

Prze­cho­dzą w burz­liwe noce zło­to­czarne;

Zda­rzą się cza­sem świty chłodne, marne,

Lecz - ach! - te złote noce! Wie­czory te pach­nące!".

Arthur Symons Paris

Złote kafelki pod­łogi błysz­czały w bla­sku wspa­nia­łego żyran­dola, z któ­rego kro­ple świa­tła spa­dały jak płatki śniegu strzą­śnięte z gałęzi drzewa. Muzyka - cicha i słodka - wzmo­gła się, gdy James wyszedł z tłumu tan­ce­rzy i wycią­gnął rękę do Cor­de­lii.

- Zatańcz ze mną - powie­dział.

Wyglą­dał pięk­nie w czar­nym sur­du­cie, ciemny mate­riał pod­kre­ślał zło­ci­stość jego oczu i ostre kości policz­kowe. Czarne włosy opa­dały mu na czoło.

- Wyglą­dasz pięk­nie, Daisy.

Cor­de­lia wzięła jego dłoń. Odwró­ciła głowę, gdy pocią­gnął ją na par­kiet, prze­lot­nie dostrze­ga­jąc ich dwoje w lustrze na dru­gim końcu sali balo­wej: James w czerni, a obok niego ona w wyzy­wa­ją­cej sukni z czer­wo­nego jak rubiny aksa­mitu. James patrzył na nią... Nie, spo­glą­dał przez salę na bladą dziew­czynę w sukni o bar­wie kości sło­nio­wej i wło­sach jak płatki kre­mo­wo­bia­łej róży, która patrzyła na niego.

Grace.

- Cor­de­lio! - Głos Mat­thew spra­wił, że gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy.

Zakrę­ciło jej się w gło­wie. Oparła się dło­nią o ścianę w prze­bie­ralni, żeby odzy­skać rów­no­wagę. Sny na jawie? Czy raczej kosz­mary na jawie? Marze­nie wcale nie oka­zało się przy­jemne, za to było potwor­nie reali­styczne.

- Madame Beau­so­leil pyta, czy potrze­bu­jesz pomocy. Oczy­wi­ście sam chęt­nie bym ci pomógł, ale to wywo­ła­łoby skan­dal - dodał szel­mow­sko.

Cor­de­lia się uśmiech­nęła. Męż­czyźni zwy­kle nie towa­rzy­szyli żonom czy sio­strom pod­czas wizyt u kraw­co­wych. Kiedy przy­szli tu pierw­szy raz dwa dni temu, Mat­thew wyko­rzy­stał Uśmiech i ocza­ro­wał madame Beau­so­leil tak, że pozwo­liła mu zostać z Cor­de­lią.

- Nie mówi po fran­cu­sku, więc przyda się pani moja pomoc - skła­mał wtedy.

Jed­nakże pozwo­lić mu, żeby został w pra­cowni, to jedno, a wpu­ścić go do prze­bie­ralni, gdzie Cor­de­lia skoń­czyła wła­śnie wkła­dać onie­śmie­la­jąco modną suk­nię z czer­wo­nego aksa­mitu - to byłby rze­czy­wi­ście affront et un scan­dale!, zwłasz­cza w pra­cowni rów­nie eks­klu­zyw­nej jak ta nale­żąca do madame Beau­so­leil.

Cor­de­lia odkrzyk­nęła, że nie potrze­buje pomocy, ale chwilę potem ktoś zapu­kał do drzwi i poja­wiła się jedna z mody­stek z haczy­kiem do zapi­na­nia guzi­ków. Zaata­ko­wała zapię­cia na ple­cach sukni Cor­de­lii bez żad­nych instruk­cji. Naci­skała i cią­gnęła, jakby Cor­de­lia była wypcha­nym mane­ki­nem. Chwilę potem, gdy suk­nia już była zapięta, biust został pod­nie­siony, a rąbek popra­wiony, Cor­de­lię prze­kwa­te­ro­wano do głów­nego pomiesz­cze­nia w salo­nie kraw­co­wej.

Był to wymyśl­nie urzą­dzony lokal, cały w bla­dych błę­ki­tach i zło­cie jak wiel­ka­nocne jajko Przy­ziem­nych. Pod­czas pierw­szej wizyty Cor­de­lia była zasko­czona i prze­dziw­nie ocza­ro­wana spo­so­bem, w jaki poka­zy­wano tutej­sze towary: modelki - wyso­kie, smu­kłe, tle­nione na blond - prze­cha­dzały się w tę i z powro­tem po pokoju, z czar­nymi wstąż­kami z numer­kami na gar­dle, żeby było wia­domo, że pre­zen­tują kon­kretną kre­ację. Za prze­sło­nię­tymi koronką drzwiami prze­cho­wy­wano zatrzę­sie­nie tka­nin, z któ­rych można było wybie­rać: jedwa­bie i aksa­mity, satynę i organzę. Widząc to bogac­two, Cor­de­lia podzię­ko­wała w duchu Annie za jej poucze­nia w kwe­stii mody - zbyła jed­nym gestem koronki i pastele i szybko prze­szła do wybie­ra­nia z tego, co powinno jej paso­wać. W rap­tem dwa dni kraw­cowa przy­go­to­wała zamó­wie­nie i teraz Cor­de­lia wró­ciła, żeby przy­mie­rzyć gotowe suk­nie.

I jeśli można było to oce­niać po minie Mat­thew, dobrze wybrała. Usa­do­wił się na zło­co­nym krze­śle z obi­ciem w czarno-białe prążki z otwartą na kola­nach książką - skan­da­liczną i wyzy­wa­jącą powie­ścią Clau­dine a Paris. Kiedy Cor­de­lia wyszła i pode­szła do potrój­nego lustra, żeby spraw­dzić, jak suk­nia leży, pod­niósł wzrok i jego zie­lone oczy pociem­niały.

- Wyglą­dasz pięk­nie.

Omal nie zamknęła oczu. "Wyglą­dasz pięk­nie, Daisy". Nie będzie jed­nak myślała o Jame­sie. Nie teraz. Nie, kiedy Mat­thew był tak uprzejmy, że poży­czył jej pie­nią­dze na zakup ubrań (ucie­kła z Lon­dynu z jedną sukienką i despe­racko potrze­bo­wała cze­goś czy­stego do nosze­nia). W końcu oboje zło­żyli obiet­nice: Mat­thew, że nie będzie prze­sa­dzał z piciem pod­czas ich pobytu w Paryżu, a ona, że nie będzie karała się posęp­nymi myślami o swo­ich poraż­kach, swoim ojcu, swoim mał­żeń­stwie i o Lucie. I odkąd przy­je­chali, Mat­thew prak­tycz­nie nie tknął kie­liszka ani butelki.

Odsu­wa­jąc na bok melan­cho­lię, uśmiech­nęła się do Mat­thew i sku­piła na swoim odbi­ciu w lustrze. Pra­wie sie­bie nie pozna­wała. Suk­nia została uszyta na miarę, dekolt był wyzy­wa­jąco głę­boki, a dół opi­nał się na bio­drach i dopiero poni­żej roz­sze­rzał się jak łodyga i kwiat lilii. Rękawy, krót­kie i wykoń­czone riuszką, odsła­niały ręce. Czerń Zna­ków kon­tra­sto­wała z jej jasno­brą­zową skórą, cho­ciaż czar ochronny nie pozwa­lał, by oczy Przy­ziem­nych je spo­strze­gły.

Madame Beau­so­leil, która pro­wa­dziła swój salon przy Rue de la Paix, gdzie mie­ściła się naj­słyn­niej­sza pra­cow­nia kra­wiecka na świe­cie - Maison Worth Jeanne Paquin - dobrze znała Świat Cieni, jak twier­dził Mat­thew.

- Hypa­tia Vex nie robi zaku­pów ni­gdzie indziej - powie­dział Cor­de­lii przy śnia­da­niu.

Prze­szłość samej madame spo­wi­jały mroki tajem­nicy, co zda­niem Cor­de­lii było nie­zwy­kle fran­cu­skie.

Pod suk­nią nosiła bar­dzo nie­wiele. Naj­wy­raź­niej we Fran­cji było modne, by suk­nie odda­wały kształt ciała. Ta miała wszyty gor­set. Biust zdo­biła rozeta z jedwab­nych kwia­tów, rąbek roz­sze­rza­ją­cego się dołu obszyto złotą koronką. Tył był głę­boko wycięty, odsła­nia­jąc zarys krę­go­słupa Cor­de­lii. To było dzieło sztuki, co Cor­de­lia powie­działa madame (po angiel­sku, Mat­thew tłu­ma­czył), kiedy ta uwi­jała się przy niej z podu­szeczką ze szpil­kami w ręku i spraw­dzała efekty swo­jej pracy.

Madame się zaśmiała.

- Moja praca jest bar­dzo pro­sta - powie­działa. - Muszę tylko spo­tę­go­wać urodę, któ­rej już nie bra­kuje pań­skiej żonie.

- Och, to nie jest moja żona - powie­dział Mat­thew z bły­skiem w zie­lo­nych oczach.

Mat­thew niczego tak nie lubił jak pozo­rów skan­dalu. Cor­de­lia skrzy­wiła się, zer­ka­jąc na niego.

Trzeba było przy­znać, że madame nawet nie mru­gnęła powieką. Może to dla­tego, że byli we Fran­cji.

- Alors, rzadko zda­rza się, że ubie­ram tak natu­ralną i nie­zwy­kłą pięk­ność - powie­działa. - Tutej­sza moda jest prze­zna­czona dla blon­dy­nek, dla samych blon­dy­nek, a blon­dynki nie mogą nosić takich kolo­rów. To krew i ogień, zbyt inten­sywne dla bla­dej skóry i jasnych wło­sów. Im pasują koronki i pastele, zaś panna...

- Car­sta­irs - pod­po­wie­działa jej Cor­de­lia.

- Panna Car­sta­irs bez­błęd­nie wybrała wła­ściwe dla sie­bie kolory. Kiedy wej­dzie pani do pokoju, made­mo­iselle, będzie pani wyglą­dała jak pło­mień świecy, przy­cią­gnie pani wzrok wszyst­kich, jakby to były ćmy.

"Panna Car­sta­irs". Cor­de­lia nie­zbyt długo była panią Cor­de­lią Heron­dale. Wie­działa, że nie powinna przy­wią­zy­wać się do tego nazwi­ska. Jego utrata bolała, ale powie­działa sobie sta­now­czo, że takie myśli to uża­la­nie się nad sobą. Była z Car­sta­irsów, była z rodu Jahan­shah. W jej żyłach pły­nęła krew Rustama. Będzie ubie­rała się w ogień, jeśli zechce.

- Taka suk­nia zasłu­guje na ozdobę - powie­działa w zadu­mie madame. - Naszyj­nik ze złota i rubi­nów. To ładna bły­skotka, ale za drobna. - Mach­nęła ręką, wska­zu­jąc złoty wisio­rek na szyi Cor­de­lii, malutki glo­bus na zło­tym łań­cuszku.

To był pre­zent od Jamesa. Cor­de­lia wie­działa, że powinna go zdjąć, ale nie była jesz­cze na to gotowa. Z jakie­goś powodu taki gest byłby jesz­cze bar­dziej osta­teczny niż prze­cię­cie runu mał­żeń­stwa.

- Z rado­ścią kupił­bym jej rubiny, gdyby tylko mi pozwo­liła - ode­zwał się Mat­thew. - Nie­stety odma­wia.

Madame zdzi­wiła się. Jeśli Cor­de­lia była kochanką Mat­thew, jak ewi­dent­nie uznała, to dla­czego odma­wiała przy­ję­cia naszyj­nika? Pokle­pała Cor­de­lię po ramie­niu, współ­czu­jąc jej tego, że nie ma za grosz nosa do inte­re­sów.

- Przy Rue de la Paix jest paru cudow­nych jubi­le­rów - powie­działa. - Może gdy zer­k­nie pani na ich wystawy, zmieni pani zda­nie.

- Być może - odpo­wie­działa Cor­de­lia, powstrzy­mu­jąc chęć poka­za­nia Mat­thew języka. - W tej chwili muszę sku­pić się na gar­de­ro­bie. Jak już wyja­śnił mój przy­ja­ciel, moja walizka zagi­nęła pod­czas podróży. Czy będzie mogła pani dostar­czyć stroje do hotelu Le Meu­rice przed wie­czo­rem?

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. - Madame poki­wała głową i wyco­fała się za ladę na dru­gim końcu pokoju, gdzie zaczęła sumo­wać liczby, wypi­su­jąc ołów­kiem rachu­nek.

- Teraz myśli, że jestem twoją kochanką - powie­działa do Mat­thew Cor­de­lia, łapiąc się pod boki.

Wzru­szył ramio­nami.

- To jest Paryż. Kochanki są tu bar­dziej powszechne niż cro­is­santy czy prze­sad­nie małe fili­ża­neczki na kawę.

Cor­de­lia prych­nęła i znik­nęła w prze­bie­ralni. Sta­rała się nie myśleć o cenie rze­czy, które zamó­wiła - czer­wo­nego aksa­mitu na chłodne wie­czory oraz czte­rech innych sukien: spa­ce­ro­wej w czarno-białe prążki, z żakie­tem do kom­pletu, sukni ze szma­rag­do­wej satyny wykoń­czo­nej sele­dy­nem, wyzy­wa­ją­cej wie­czo­ro­wej kre­acji z czar­nej satyny i sukni z jedwa­biu w odcie­niu kawy, wykoń­czo­nej złotą wstążką. Anna będzie zado­wo­lona, ale Cor­de­lia wyda całe oszczęd­no­ści, żeby spła­cić dług u Mat­thew. Zapro­po­no­wał, że weź­mie koszty na sie­bie, tłu­ma­cząc, że to dla niego żaden pro­blem - naj­wy­raź­niej rodzice zosta­wili Henry'emu dużo pie­nię­dzy - ale Cor­de­lia nie mogła sobie na to pozwo­lić. I tak wzięła dosta­tecz­nie dużo od Mat­thew.

Wło­żyła z powro­tem starą sukienkę i wró­ciła do salonu. On już zapła­cił, a madame potwier­dziła, że dostar­czy suk­nie przed wie­czo­rem. Jedna z mode­lek mru­gnęła do Mat­thew, kiedy wypro­wa­dzał Cor­de­lię z salonu na zatło­czone ulice Paryża.

To był pogodny dzień, niebo było błę­kitne. W prze­ci­wień­stwie do Lon­dynu tej zimy w Paryżu jesz­cze nie padał śnieg, ulice były chłodne, ale jasne. Cor­de­lia z rado­ścią zgo­dziła się, żeby wró­cili z Mat­thew do hotelu pie­chotą, zamiast zatrzy­my­wać fia­cre, pary­ski odpo­wied­nik dorożki. Mat­thew z książką w kie­szeni płasz­cza na­dal mówił o czer­wo­nej sukni.

- Będziesz po pro­stu błysz­czała w kaba­re­tach. - Mat­thew ewi­dent­nie uwa­żał, że odniósł zwy­cię­stwo. - Nikt nie będzie patrzył na arty­stów. Cho­ciaż, mówiąc szcze­rze, arty­ści będą poma­lo­wani na czer­wono i będą nosili sztuczne dia­ble rogi, więc na­dal mogą ścią­gać nieco uwagi.

Uśmiech­nął się do niej. To był Uśmiech - ten, który spra­wiał, że naj­tward­sze zrzędy mię­kły jak masło, a silni męż­czyźni i kobiety pła­kali. Cor­de­lia sama nie była odporna na jego dzia­ła­nie. Odpo­wie­działa sze­ro­kim uśmie­chem.

- Widzisz? - Mat­thew sze­ro­kim gestem wska­zał widoki przed nimi: oka­zały pary­ski bul­war, barwne mar­kizy nad skle­pami, kawia­renki, gdzie kobiety w pysz­nych kape­lu­szach i męż­czyźni w nad­zwy­czaj­nych spodniach w prążki roz­grze­wali się kubecz­kami gorą­cej cze­ko­lady. - Obie­ca­łem ci, że będziesz dobrze się bawić.

Czy rze­czy­wi­ście dobrze się bawiła? - zasta­na­wiała się Cor­de­lia. Może tak. Na razie przez więk­szość czasu uda­wało jej się nie myśleć o tym, jak potwor­nie zawio­dła wszyst­kich, na któ­rych jej zale­żało. A to zasad­ni­czo był cel tej podróży. Tłu­ma­czyła sobie, że kiedy już czło­wiek wszystko straci, nie ma powodu, żeby nie cie­szył się każ­dym dro­bia­zgiem, któ­rym się da. Czy nie taka wła­śnie była życiowa filo­zo­fia Mat­thew? Czy nie dla­tego wła­śnie tu z nim przy­je­chała?

Sie­dząca w pobli­skiej kawia­rence kobieta w kape­lu­szu obła­do­wa­nym stru­simi pió­rami i jedwab­nymi różami zer­k­nęła na Mat­thew, a potem na Cor­de­lię, i uśmiech­nęła się. Z apro­batą. Wzięła ich za parę zako­cha­nych, uznała Cor­de­lia. Kilka mie­sięcy temu Cor­de­lia zaru­mie­ni­łaby się, a teraz po pro­stu się uśmiech­nęła. Jakie to ma zna­cze­nie, jeśli ludzie będą źle o niej myśleć? Każda dziew­czyna byłaby szczę­śliwa, gdyby zale­cał się do niej Mat­thew, więc niech prze­chod­nie myślą sobie, co zechcą. W taki wła­śnie spo­sób Mat­thew radził sobie w życiu - nie przej­mu­jąc się tym, co inni myślą, i zwy­czaj­nie będąc sobą. To było zdu­mie­wa­jące, jak bar­dzo uła­twiało mu to poru­sza­nie się w świe­cie.

Wąt­piła, żeby zdo­łała bez niego dotrzeć do Paryża w takim sta­nie, w jakim była. Zabrał ich oboje - nie­wy­spa­nych, roz­zie­wa­nych - z pociągu pro­sto do hotelu Le Meu­rice, gdzie pro­mienny i cały w uśmie­chach żar­to­wał z boyem hote­lo­wym. Można by pomy­śleć, że prze­spał poprzed­nią noc w pier­na­tach.

Spali aż do popo­łu­dnia tam­tego pierw­szego dnia (w osob­nych sypial­niach nale­żą­cych do apar­ta­mentu Mat­thew i połą­czo­nych wspól­nym salo­nem). Śniło jej się, że wyja­wiła wszyst­kie swoje grze­chy recep­cjo­ni­ście hote­lo­wemu w Le Meu­rice. "Widzi pan, moja matka nie­długo uro­dzi, a mnie może przy niej wtedy nie być, bo jestem zbyt zajęta balo­wa­niem z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mojego męża. Nosi­łam kie­dyś mityczny miecz, Cor­tanę, może koja­rzy ją pan z Pie­śni o Rolan­dzie? Tak, cóż, oka­zało się, że nie jestem godna, żeby ją dzier­żyć, więc odda­łam ją bratu, co, nawia­sem mówiąc, być może spra­wiło, że zna­lazł się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie i grozi mu nie jeden, ale dwa bar­dzo potężne demony. Mia­łam zostać para­ba­tai mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, ale teraz ni­gdy do tego nie doj­dzie. I pozwo­li­łam sobie uwie­rzyć, że męż­czy­zna, któ­rego kocham, kocha mnie, a nie Grace Black­thorn, cho­ciaż uczci­wie i wprost powie­dział mi o swo­jej miło­ści do niej".

Kiedy skoń­czyła, pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła, że recep­cjo­ni­sta ma twarz Lilith, a jego oczy to plą­ta­nina wiją­cych się czar­nych węży.

- Przy­naj­mniej mnie nie zawio­dłaś, moja zło­ciutka - powie­działa Lilith i Cor­de­lia obu­dziła się z krzy­kiem, który powta­rzał się echem w jej gło­wie przez kilka następ­nych minut.

Kiedy obu­dziła się póź­niej po raz drugi, sły­sząc, że poko­jówka roz­suwa zasłony, wyj­rzała przez okno ze zdu­mie­niem, widząc jasny dzień i pary­skie dachy cią­gnące się po hory­zont jak sze­regi zdy­scy­pli­no­wa­nego woj­ska. W oddali wieża Eif­fla wzno­siła się wyzy­wa­jąco na tle burzo­wego nieba. W sąsied­nim pokoju Mat­thew cze­kał na nią, żeby razem wyru­szyli w poszu­ki­wa­niu przy­gód.

Przez następne dwa dni jadali razem - raz w cudow­nej restau­ra­cji Le Train Bleu w Gare de Lyon, która zdu­miała Cor­de­lię: takie śliczne miej­sce, jakby jadła w rżnię­tym sza­fi­rze! - spa­ce­ro­wali razem po par­kach, robili razem zakupy: koszule i mary­narki dla Mat­thew w Cha­rvet, gdzie zaopa­try­wali się w stroje Bau­de­la­ire i Ver­la­ine, sukienki, buty i płaszcz dla Cor­de­lii. Nie pozwo­liła mu jed­nak, żeby kupił jej kape­lu­sze. Powie­działa, że z pew­no­ścią gdzieś musi być gra­nica. Zasu­ge­ro­wał, żeby tą gra­nicą były para­solki, które są koniecz­nym dodat­kiem do stroju i mogą się przy­dać w cha­rak­te­rze broni. Zachi­cho­tała i zdu­miała się tym, jak miło jest się śmiać.

Chyba naj­bar­dziej zdu­mie­wa­jące było to, że Mat­thew wię­cej niż dotrzy­mał swo­jej obiet­nicy - nie wypił ani kro­pli alko­holu. Zno­sił nawet pełne dez­apro­baty gry­masy kel­ne­rów, gdy odma­wiał wina do posiłku. Mając doświad­cze­nie z piciem ojca, Cor­de­lia spo­dzie­wała się, że Mat­thew będzie cho­ro­wał po odsta­wie­niu alko­holu, a tu prze­ciw­nie - oczy mu błysz­czały, był ener­giczny. Cią­gał ją po całym Paryżu - do muzeów, zabyt­ków, ogro­dów. To wszystko wyda­wało się bar­dzo doj­rzałe i świa­towe, i chyba wła­śnie o to cho­dziło, uznała.

Wziął ją za rękę, żeby pomóc jej obejść obła­maną płytę chod­ni­kową. Cor­de­lia pomy­ślała o kobie­cie w kawiarni, jak się do nich uśmiech­nęła, bio­rąc ich za zako­chaną parę. Gdyby tylko wie­działa, że Mat­thew ani razu nie spró­bo­wał Cor­de­lii poca­ło­wać. Był uoso­bie­niem powścią­gli­wego dżen­tel­mena. Raz albo dwa, kiedy żegnali się na dobra­noc w hote­lo­wym apar­ta­men­cie, wyda­wało jej się, że dostrze­gła coś w wyra­zie jego oczu, ale może tylko to sobie wyobra­żała? Nie była do końca pewna, czego się spo­dzie­wała, i nie była pewna, co w związku z tym czuła.

- Rze­czy­wi­ście dobrze się bawię - powie­działa teraz i mówiła szcze­rze.

Wie­działa, że jest szczę­śliw­sza, niż byłaby w Lon­dy­nie, gdzie wró­ci­łaby do rodzin­nego domu przy Corn­wall Gar­dens. Ala­stair siliłby się na życz­li­wość, matka byłaby zaszo­ko­wana i zroz­pa­czona, a cię­żar tego wszyst­kiego spra­wiłby, że Cor­de­lia mia­łaby ochotę umrzeć.

Tak było lepiej. Wysłała krótki liścik do rodziny, korzy­sta­jąc z usług tele­gra­ficz­nych w hotelu. Dała im znać, że robi zakupy w Paryżu na wio­snę i towa­rzy­szy jej Mat­thew. Podej­rze­wała, że uznają to za dziwne, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia nie zaczną się nie­po­koić.

- Coś mnie zacie­ka­wiło - powie­działa, gdy zbli­żali się do hotelu o masyw­nej fasa­dzie, z bal­ko­nami z kutego żelaza i świa­tłami lśnią­cymi w oknach, rzu­ca­ją­cymi blask na wietrzne ulice. - Wspo­mnia­łeś, że będę błysz­czeć w kaba­re­cie. W jakim kaba­re­cie i kiedy się tam wybie­ramy?

- Skoro już o tym mowa, to dzi­siaj wie­czo­rem wybie­rzemy się razem w podróż do serca pie­kła - odpo­wie­dział Mat­thew, otwie­ra­jąc dla niej drzwi hotelu. - To cię nie­po­koi?

- Ani tro­chę. Cie­szę się tylko, że wybra­łam czer­woną sukienkę. Będzie paso­wała do motywu prze­wod­niego wie­czoru.

Mat­thew roze­śmiał się, ale Cor­de­lia wbrew sobie zasta­na­wiała się: Wspólna podróż do serca pie­kła? Co u licha miał na myśli?

***

Nie zna­leźli Lucie następ­nego dnia.

Śnieg prze­stał padać i przy­naj­mniej drogi były prze­jezdne. Balios i Xan­thos szli mozol­nie mię­dzy nagimi ścia­nami żywo­pło­tów, ich odde­chy malo­wały się bielą w powie­trzu. W środku dnia doje­chali do Lostwi­thiel, małej wio­ski w głębi lądu, gdzie Magnus poszedł do pubu "Pod Wil­czą Jagodą", żeby zasię­gnąć języka. Wyszedł, krę­cąc głową. Mimo to poje­chali pod wska­zany im wcze­śniej adres. Oka­zało się jed­nak, że to opusz­czona farma ze sta­rym dachem, który się zawa­lił.

- Jest jesz­cze jedna moż­li­wość - powie­dział Magnus, gra­mo­ląc się z powro­tem do powozu. Płatki śniegu, które pew­nie spa­dły z resz­tek dachu, osia­dły mu na czar­nych brwiach. - Jakiś czas temu w minio­nym wieku tajem­ni­czy dżen­tel­men z Lon­dynu kupił starą, znisz­czoną kaplicę na Peak Rock, w wio­sce rybac­kiej Polperro. Wyre­mon­to­wał ją, ale rzadko ją opusz­cza. Pod­ziemni plot­kują, że to cza­row­nik, podobno cza­sem nocą z komina buchają fio­le­towe pło­mie­nie.

- Myśla­łem, że cza­row­nik miał rze­komo miesz­kać tutaj - powie­dział Will, wska­zu­jąc spa­loną farmę.

- Nie wszyst­kie plotki są praw­dziwe, Heron­dale, ale wszyst­kie należy zba­dać - odpo­wie­dział pogod­nie Magnus. - Zresztą powin­ni­śmy dotrzeć do Polperro w kilka godzin.

James wes­tchnął w duchu. Kolejne godziny, znowu trzeba cze­kać. Kolejne zmar­twie­nia - z powodu Lucie, Mat­thew i Daisy. Z powodu jego snu.

"Budzą się".

- W takim razie zaba­wię was opo­wie­ścią - zapro­po­no­wał Will. - Opo­wie­ścią o mojej sza­leń­czej podróży na Balio­sie z Lon­dynu do Cadair Idris w Walii. Twoja matka, Jame­sie, zagi­nęła, została porwana przez łotra Mort­ma­ina. Wsko­czy­łem na Baliosa. "Jeśli kie­dy­kol­wiek mnie kocha­łeś, Balio­sie, to niech twoje kopyta mkną teraz szybko i ponieś mnie do uko­cha­nej Tessy, zanim sta­nie jej się krzywda", krzyk­ną­łem. To była burzowa noc, cho­ciaż burza, która sza­lała w mojej piersi, była jesz­cze strasz­liw­sza...

- Nie mogę uwie­rzyć, że nie sły­sza­łeś tej histo­rii, Jame­sie - powie­dział łagod­nie Magnus.

Obaj sie­dzieli po tej samej stro­nie powozu, bo już pierw­szego dnia podróży szybko stało się jasne, że Will potrze­buje całej dru­giej połowy, żeby swo­bod­nie gesty­ku­lo­wać.

To było bar­dzo dziwne dla Jamesa - przez całe życie słu­chał histo­rii na temat Magnusa, a teraz podró­żo­wał obok niego. Pod­czas jazdy prze­ko­nał się, że mimo wyra­fi­no­wa­nych stro­jów i pew­nej afek­ta­cji w spo­so­bie bycia, które zanie­po­ko­iły paru obe­rży­stów, Magnus jest zaska­ku­jąco spo­kojną i prag­ma­tyczną osobą.

- Nie sły­sza­łem - odparł James. - Od zeszłego czwartku.

Nie powie­dział, że ponowne słu­cha­nie tej histo­rii działa na niego kojąco. To była opo­wieść, jaką czę­sto powta­rzał sobie i Lucie, która ją uwiel­biała, gdy była mała - Will, idąc za gło­sem serca, pędzi na ratu­nek ich matce, o któ­rej wtedy jesz­cze nie wie­dział, że też go kocha.

James oparł głowę o okno powozu. Sce­ne­ria zmie­niła się dra­ma­tycz­nie, po lewej stro­nie cią­gnęły się klify, a z dołu niósł się ryk przy­boju, fale sta­lo­wo­sza­rego morza ude­rzały w skały, które wycią­gały się w głąb wody jak guzo­wate palu­chy. W oddali widział kościół na szczy­cie cypla, jego szara iglica z jakie­goś powodu wyda­wała się potwor­nie samotna, potwor­nie odda­lona od wszyst­kiego.

Głos ojca brzmiał śpiew­nie w jego uszach, słowa opo­wie­ści - zna­jomo jak koły­sanka. James wbrew sobie pomy­ślał o Cor­de­lii, gdy czy­tała mu Gan­dża­wiego. Jej ulu­biony poemat o nie­szczę­śli­wych kochan­kach, Lajli i Madż­nu­nie. Jej głos, miękki jak aksa­mit. "Gdy wze­szedł księ­życ, tysiąc serc pod­biła licem swym. Jej mocy nie spro­sta­łaby ni tar­cza, ni naj­więk­sza duma. Lajla: tak miała na imię".

Cor­de­lia uśmiech­nęła się do niego ponad sto­li­kiem w gabi­ne­cie. Sza­chy stały roz­sta­wione, ona trzy­mała bia­łego skoczka w zręcz­nej dłoni. Świa­tło ognia błysz­czało na jej wło­sach, aure­oli z pło­mie­nia i złota. "Sza­chy to per­ska gra", powie­działa mu. "Bia ba man bazi kon. Zagraj ze mną, Jame­sie".

- Che­ili cho­szgeli - odpo­wie­dział.

Z łatwo­ścią odna­lazł te słowa: to były pierw­sze słowa, jakich nauczył się po per­sku, cho­ciaż ni­gdy dotąd nie wypo­wie­dział ich do swo­jej żony. "Jesteś taka piękna".

Zaru­mie­niła się. Usta jej zadrżały, czer­wone i pełne. Oczy miała bar­dzo ciemne. Zami­go­tały. To były czarne węże poru­sza­jące się, ata­ku­jące, kła­piące na niego zębami...

- James! Obudź się! - Magnus poło­żył rękę na jego ramie­niu i potrzą­sał nim.

James się obu­dził z pię­ścią wci­śniętą w żołą­dek. Szarp­nął nim odruch wymiotny. Sie­dział w powo­zie, ale niebo na zewnątrz pociem­niało. Ile czasu upły­nęło? Znowu śnił. Tym razem Cor­de­lia została wcią­gnięta do jego kosz­ma­rów. Zgar­bił się na wyście­ła­nym sie­dze­niu, było mu nie­do­brze.

Zer­k­nął na ojca. Will patrzył na niego z nie­ty­po­wym dla niego suro­wym wyra­zem twa­rzy.

- Jame­sie, musisz nam powie­dzieć, co się stało.

- Nic. - James czuł gorycz w ustach. - Zasną­łem. Znowu mia­łem sen... Mówi­łem ci, że mar­twię się o Lucie.

- Woła­łeś Cor­de­lię - powie­dział Will. - Ni­gdy nie sły­sza­łem, żeby ktoś krzy­czał z takim bólem. Jamie, musisz z nami poroz­ma­wiać.

Magnus popa­trzył na nich. Na­dal trzy­mał rękę na ramie­niu Jamesa, ciężką od pier­ścion­ków na pal­cach.

- Wykrzyk­ną­łeś też inne imię - wtrą­cił. - I słowo. Na któ­rego dźwięk zaczy­nam się bar­dzo dener­wo­wać.

Nie, pomy­ślał James. Nie. Za oknem słońce zacho­dziło i pofa­lo­wane pola uprawne mię­dzy wzgó­rzami jarzyły się ciemną czer­wie­nią.

- Na pewno wykrzy­ki­wa­łem jakieś bzdury.

- Wykrzyk­ną­łeś imię Lilith - powie­dział Magnus. Przyj­rzał mu się. - W Pod­ziem­nym Świe­cie wiele się mówi o ostat­nich wyda­rze­niach w Lon­dy­nie. Histo­ryjka, którą mi opo­wie­dziano, ni­gdy mnie nie prze­ko­nała. Krążą też plotki na temat Matki Demo­nów. Jame­sie, nie musisz nam mówić, co wiesz, ale w końcu i tak poskła­damy to w całość. - Zer­k­nął na Willa. - W każ­dym razie ja poskła­dam, nie ręczę za two­jego ojca. Zawsze był tro­chę powolny.

- Za to ni­gdy nie nosi­łem rosyj­skiej uszanki z futra - odparł Will. - W prze­ci­wień­stwie do pew­nych obec­nych tu osób.

- Wszyst­kie strony popeł­niały błędy - odparł Magnus. - A zatem... Jame­sie?

- Nie mam uszanki - odpo­wie­dział James.

Obaj męż­czyźni spio­ru­no­wali go wzro­kiem.

- Nie mogę powie­dzieć teraz wszyst­kiego - odpo­wie­dział James i serce zabiło mu nie­równo. Po raz pierw­szy przy­znał, że ma coś do powie­dze­nia. - Nie, jeśli mamy zna­leźć Lucie...

Magnus pokrę­cił głową.

- Jest już ciemno i zaczyna padać deszcz, a droga z Cha­pel Cliff na Peak Rock jest podobno nie­bez­pieczna. Roz­sąd­niej będzie zatrzy­mać się na noc i ruszyć dalej jutro rano.

Will poki­wał głową. Ewi­dent­nie on i Magnus omó­wili plany, kiedy James spał.

- Dobrze więc - powie­dział Magnus. - Zatrzy­mamy się w pierw­szym przy­zwo­itym zajeź­dzie. Zare­zer­wuję nam salon, gdzie będziemy mogli poroz­ma­wiać na osob­no­ści. Jame­sie... cokol­wiek to jest, możemy to wszystko roz­wi­kłać.

James bar­dzo w to wąt­pił, ale uznał, że nie ma sensu tego mówić. Zamiast tego tylko patrzył, jak słońce znika za oknem. Się­gnął do kie­szeni. Ręka­wiczki Cor­de­lii, para, którą zabrał z ich domu, na­dal tam leżały, koźla skórka była miękka jak płatki kwiatu. Zaci­snął dłoń na jed­nej z nich.

***

W małym bia­łym pokoju Lucie Heron­dale to zasy­piała, to znowu się budziła.

Kiedy pierw­szy raz się obu­dziła w tym obcym łóżku, które pach­niało starą słomą, usły­szała głos - głos Jes­sego - i pró­bo­wała zawo­łać, dać mu znać, że jest przy­tomna, ale zanim jej się udało, wyczer­pa­nie zalało ją jak zimna, szara fala. Wyczer­pa­nie, jakiego ni­gdy dotąd nie czuła ani nawet sobie nie wyobra­żała, głę­bo­kie jak rana zadana nożem. Chwy­ciła się przy­tom­no­ści led­wie samymi koniusz­kami pal­ców, które zaraz stra­ciły opar­cie i spa­dła w ciem­ność wła­snego umy­słu, gdzie czas koły­sał się i szar­pał jak sta­tek pod­czas sztormu. Lucie led­wie była w sta­nie zorien­to­wać się, czy jest przy­tomna, czy znowu śni.

W chwi­lach przy­tom­no­ści poskła­dała w całość rap­tem kilka szcze­gó­łów. Pokój był mały, ściany poma­lo­wano przy­ga­szo­nym, cie­płym odcie­niem bieli. Było tam jedno okno, przez które widziała ocean i fale, ciemne, sta­lo­wo­szare i zwień­czone bia­łymi bał­wa­nami. Wyda­wało się jej, że sły­szy morze, ale odle­gły ryk czę­sto mie­szał jej się z mniej przy­jem­nymi hała­sami i nie wie­działa, co z tego sta­nowi rze­czy­wi­ste dźwięki.

Od czasu do czasu do pokoju zaglą­dały dwie osoby, żeby spraw­dzić jej stan. Jedną był Jesse. Drugą Mal­colm, bar­dziej onie­śmie­lony. Skądś wie­działa, że prze­by­wają w jego domu w Korn­wa­lii i że to korn­wa­lij­skie morze ude­rza o skały na zewnątrz.

Nie miała jesz­cze oka­zji poroz­ma­wiać z żad­nym z nich; kiedy pró­bo­wała, miała wra­że­nie, że jej umysł jest w sta­nie sfor­mu­ło­wać słowa, ale ciało nie chce wypeł­niać pole­ceń umy­słu. Nie była w sta­nie nawet poru­szyć pal­cem, żeby zwró­cić uwagę na to, że się obu­dziła, a wszel­kie jej wysiłki spra­wiały, że spa­dała z powro­tem w ciem­ność.

Ciem­ność nie była tylko wnę­trzem jej umy­słu. Począt­kowo tak myślała - że to zna­joma ciem­ność, która przy­cho­dzi przed nadej­ściem żywych barw marzeń sen­nych. Jed­nakże ta ciem­ność oka­zała się kon­kret­nym miej­scem.

I w tym miej­scu Lucie nie była sama. Cho­ciaż wyda­wało się, że to pustka, przez którą dry­fuje bez celu, to wyczu­wała tam obec­ność innych. Nie byli żywi, ale nie byli też mar­twi - bez­cie­le­sne istoty, któ­rych dusze uno­siły się w pustce, ale ni­gdy nie napo­ty­kały ani jej, ani sie­bie nawza­jem. Te dusze były nie­szczę­śliwe. Nie rozu­miały, co się z nimi dzieje. Cały czas zawo­dziły, ich pozba­wiony słów płacz wyra­ża­jący ból i smu­tek zagłę­biał się w jej ciało.

Poczuła, że coś muska jej poli­czek. To spra­wiło, że powró­ciła do swo­jego ciała. Znowu znaj­do­wała się w bia­łej sypialni. Dotyk na policzku to była dłoń Jes­sego. Wie­działa to, cho­ciaż nie mogła otwo­rzyć oczu ani poru­szyć się w odpo­wie­dzi na dotyk.

- Ona pła­cze - powie­dział.

Jego głos. Była w nim głę­bia, fak­tura, jakiej bra­ko­wało, gdy był duchem.

- Może śni jej się kosz­mar - roz­legł się głos Mal­colma. - Jesse, nic jej nie jest. Zużyła ogromne pokłady ener­gii, żeby spro­wa­dzić cię z powro­tem. Potrze­buje odpo­czynku.

- Nie rozu­miesz? To wła­śnie przez to, że mnie spro­wa­dziła. - Jes­semu głos się zała­mał. - Jeśli nie wyzdro­wieje... ni­gdy tego sobie nie wyba­czę.

- Jej dar. Ta zdol­ność się­gnię­cia poza zasłonę, która oddziela żywych od mar­twych. Miała to całe życie. To nie twoja wina. Jeśli już, to jest to wina Beliala. - Mal­colm wes­tchnął. - Tak nie­wiele wiemy o kró­le­stwach cieni, które leżą poza kre­sem wszyst­kiego. Zagłę­biła się w nie dość daleko, żeby cie­bie wycią­gnąć. Będzie potrze­bo­wała czasu, żeby wró­cić.

- A jeśli ugrzę­zła w jakimś potwor­nym miej­scu?

Deli­katny dotyk powró­cił, Jesse ujął jej twarz. Lucie tak bar­dzo chciała wtu­lić poli­czek w jego rękę, że to aż bolało.

- A jeżeli potrze­buje, żebym teraz ja w jakiś spo­sób ją wycią­gnął?

Kiedy Mal­com ode­zwał się ponow­nie, mówił łagod­niej.

- Minęły dwa dni. Jeśli do jutra się nie obu­dzi, spró­buję się­gnąć po nią magią. Zajmę się tym, o ile ty w tym cza­sie prze­sta­niesz nad nią stać i się zamar­twiać. Jeśli naprawdę chcesz się do cze­goś przy­dać, idź do wio­ski i przy­nieś parę rze­czy, któ­rych potrze­bu­jemy...

Jego głos zafa­lo­wał i roz­pły­nął się w ciszę. Lucie znowu była w ciem­nym miej­scu. Sły­szała Jes­sego, odle­gły, led­wie sły­szalny szept:

- Lucie, jeśli mnie sły­szysz... jestem tu. Opie­kuję się tobą.

"Jestem tu", chciała odpo­wie­dzieć. "Sły­szę cię". Ale tak jak poprzed­nim razem i jesz­cze wcze­śniej, cień połknął słowa i znowu wpa­dła w pustkę.

***

- Kto jest ślicz­nym ptasz­kiem? - powie­działa Ariadne Brid­ge­stock.

Papuga imie­niem Win­ston zmru­żyła oczy, zer­ka­jąc na nią. Nie wyra­ziła swo­jego zda­nia na temat tego, kto może być ślicz­nym ptasz­kiem. Ariadne była prze­ko­nana, że Win­ston cał­ko­wi­cie sku­pił się na gar­ści orze­chów bra­zy­lij­skich w jej dłoni.

- Pomy­śla­łam, że sobie poga­wę­dzimy - powie­działa do Win­stona, kusząc go orzesz­kiem. - Papugi mają podobno mówić. Dla­czego nie zapy­tasz mnie, jak upły­nął mi do tej pory dzień?

Win­ston spio­ru­no­wał ją wzro­kiem. Papuga była pre­zen­tem od jej rodzi­ców; Ariadne dostała ją dawno temu, kiedy przy­je­chała do Lon­dynu i tęsk­niła za czymś kolo­ro­wym, co zrów­no­wa­ży­łoby posępną sza­rość mia­sta. Win­ston miał zie­lony tułów, śliw­kową głowę i uspo­so­bie­nie raso­wego dra­nia.

Jego złe spoj­rze­nie jasno wyra­żało, że nie będzie żad­nych roz­mów, dopóki nie da mu orze­cha. Prze­chy­trzyła mnie papuga, pomy­ślała Ariadne i podała mu sma­ko­łyk przez pręty klatki. Mat­thew Fair­child miał cudow­nego zło­tego psa, a ona wylą­do­wała z kapry­śnym pta­sim lor­dem Byro­nem.

Win­ston prze­łknął orzech i zaci­snął szpony na prę­cie klatki.

- Śliczny pta­szek - zaskrze­czał. - Śliczny pta­szek.

Dobre i to, pomy­ślała Ariadne.

- Mia­łam paskudny dzień, miło, że pytasz - powie­działa, poda­jąc Win­sto­nowi następny orzech przez pręty. - Dom jest strasz­nie pusty i czuję się tu taka samotna. Matka cho­dzi z kąta w kąt ze zbo­lałą miną i zamar­twia się o ojca. Nie ma go już od pię­ciu dni. I... ni­gdy bym nie pomy­ślała, że zatę­sk­nię za Grace, ale przy­naj­mniej była jakimś towa­rzy­stwem.

Nie wspo­mniała o Annie. W pewne rze­czy Win­ston nie powi­nien wty­kać swo­jego dzioba.

- Grace - zaskrze­czał. Popu­kał w pręty klatki zna­cząco. - Ciche Mia­sto.

- Wła­śnie - mruk­nęła Ariadne.

Jej ojciec i Grace wyje­chali tej samej nocy i ich znik­nię­cie musiało być powią­zane, cho­ciaż Ariadne nie miała pew­no­ści w jaki spo­sób. Jej ojciec popę­dził do Ada­man­to­wej Cyta­deli, żeby prze­słu­chać Tatianę Black­thorn. Następ­nego ranka Ariadne i jej matka odkryły, że Grace też znik­nęła: spa­ko­wała swój skromny mają­tek i wyje­chała w środku nocy. Dopiero w porze lun­chu goniec przy­niósł wia­do­mość od Char­lotte, z któ­rej wyni­kało, że Grace prze­bywa u Cichych Braci i roz­ma­wia z nimi o prze­stęp­stwach swo­jej matki.

Matka Ariadne pra­wie zemdlała z powodu wstrząsu wywo­ła­nego tą wia­do­mo­ścią.

- Och, nie­świa­do­mie przy­ję­li­śmy pod swój dach prze­stęp­czy­nię!

Na te słowa Ariadne prze­wró­ciła oczami i zwró­ciła jej uwagę, że Grace udała się do Cichego Mia­sta z wła­snej woli, nie została wywle­czona z ich domu przez Cichych Braci. Dodała, że to Tatiana Black­thorn jest prze­stęp­czy­nią. Tatiana już przy­spo­rzyła ludziom dużo cier­pie­nia i kło­po­tów i jeśli Grace pra­gnęła udzie­lić Cichym Bra­ciom wię­cej infor­ma­cji na temat jej nie­zgod­nych z pra­wem poczy­nań, to zacho­wała się jak porządna oby­wa­telka.

Wie­działa, że to idio­tyczne tęsk­nić za Grace. Pra­wie ze sobą nie roz­ma­wiały. Jed­nakże uczu­cie samot­no­ści było tak doj­mu­jące, że zda­niem Ariadne już sama obec­ność kogoś w pobliżu łago­dziła pustkę. Oczy­wi­ście były osoby, z któ­rymi naprawdę pra­gnęła poroz­ma­wiać, ale sta­rała się ze wszyst­kich sił o nich nie myśleć. To nie byli tak naprawdę jej przy­ja­ciele, tylko przy­ja­ciele Anny, a Anna...

Jej myśli zakłó­cił prze­ni­kliwy dźwięk dzwonka u drzwi. Zoba­czyła, że Win­ston zasnął i zwie­sza się do góry nogami. Pośpiesz­nie wrzu­ciła resztkę orze­chów do jego miseczki na jedze­nie i wybie­gła z oran­że­rii do fron­to­wych drzwi domu, mając nadzieję, że nade­szły jakieś wia­do­mo­ści.

Matka pierw­sza zna­la­zła się przy drzwiach. Ariadne zatrzy­mała się u szczytu scho­dów, kiedy usły­szała jej głos:

- Kon­sul Fair­child, dzień dobry. I pan Ligh­twood. Jak miło, że nas odwie­dza­cie... A może przy­cho­dzi­cie, bo... macie jakieś wie­ści na temat Mau­rice'a?

Strach w gło­sie Flory Brid­ge­stock spra­wił, że Ariadne zamarła. Przy­naj­mniej stała za zakrę­tem scho­dów, więc nie widziano jej z progu. Jeśli Char­lotte przy­szła z wie­ściami, być może złymi, to prę­dzej prze­każe je jej matce, gdy Ariadne nie będzie w pobliżu.

Pocze­kała, ści­ska­jąc słu­pek porę­czy scho­dów na pode­ście, aż usły­szała łagodny głos Gide­ona Ligh­two­oda:

- Nie, Floro. Nie mie­li­śmy żad­nych wie­ści, odkąd wybrał się na Islan­dię. Mie­li­śmy raczej nadzieję, że... ty coś wiesz.

- Nic nie wiem - odpo­wie­działa matka Ariadne. Jej głos brzmiał słabo, jakby dobie­gał z daleka. Ariadne wie­działa, że matka stara się nie oka­zać stra­chu. - Zakła­da­łam, że jeśli ma z kimś kon­takt, to wła­śnie z biu­rem Kon­sul.

Zapa­dło nie­zręczne mil­cze­nie. Ariadne, któ­rej krę­ciło się w gło­wie, podej­rze­wała, że Gideon i Char­lotte żałują teraz, że w ogóle tu przy­szli.

- Nie macie żad­nych wia­do­mo­ści z Cyta­deli? - spy­tała wresz­cie jej matka. - Ani słowa od Żela­znych Sióstr?

- Nie - odparła Kon­sul. - Jed­nak Żela­zne Sio­stry są nawet w naj­lep­szym razie powścią­gliwe. A Tatiana to pew­nie trudna do prze­słu­cha­nia osoba. Moż­liwe, że uznali, że na razie nie mają żad­nych wie­ści do prze­ka­za­nia.

- Wysła­li­ście jed­nak do nich wia­do­mo­ści - powie­działa Flora. - I nie otrzy­ma­li­ście żad­nej odpo­wie­dzi. Może... Insty­tut w Rej­kia­wiku? - Ariadne wyda­wało się, że wychwy­ciła nutkę stra­chu, która prze­biła się przez mury uprzej­mo­ści jej matki. - Wiem, że nie możemy sko­rzy­stać z runu tro­pią­cego, bo dzieli nas od niego woda, ale oni mogliby to zro­bić. Mogła­bym dać wam coś, co można by wysłać do Insty­tutu. Chu­s­teczkę albo...

- Floro. - Kon­sul mówiła do niej łagod­nie. Ariadne domy­ślała się, że w tej chwili pew­nie ujęła deli­kat­nie dłoń jej matki. - Ta misja wymaga nad­zwy­czaj­nej dys­kre­cji. Mau­rice pierw­szy zażą­dałby, żeby nie alar­mo­wać całego Clave. Wyślemy kolejną wia­do­mość do Cyta­deli i jeśli nie otrzy­mamy odpo­wie­dzi, zaczniemy wła­sne śledz­two. Obie­cuję ci.

Matka mruk­nęła pota­ku­jąco, ale Ariadne się zmar­twiła. Kon­sul i jej naj­bliż­szy doradca nie odwie­dzają kogoś tylko dla­tego, że inte­re­sują ich nowiny. Coś ich zanie­po­ko­iło. Coś, o czym nie wspo­mnieli Flo­rze.

Char­lotte i Gideon poże­gnali się po jesz­cze kilku sło­wach zapew­nień. Kiedy Ariadne usły­szała, że drzwi się zamknęły, zeszła po scho­dach. Matka, która stała w bez­ru­chu w kory­ta­rzu, była zasko­czona jej wido­kiem. Ariadne sta­rała się spra­wiać wra­że­nie, jakby dopiero co przy­szła.

- Sły­sza­łam głosy - powie­działa. - To Kon­sul wła­śnie wyszła?

Matka ski­nęła głową z roz­tar­gnie­niem, głę­boko zamy­ślona.

- I Gideon Ligh­twood. Chcieli wie­dzieć, czy dosta­ły­śmy jakąś wia­do­mość od two­jego ojca. A ja mia­łam nadzieję, że przy­szli, bo sami się cze­goś dowie­dzieli.

- Nie martw się, mamo. - Ariadne ujęła jej dło­nie. - Wiesz, jaki jest ojciec. Będzie ostrożny i nie będzie się śpie­szył, chcąc dowie­dzieć się wszyst­kiego, czego się da.

- Och, wiem, ale... To był jego pomysł, żeby posłać Tatianę do Ada­man­to­wej Twier­dzy. Jeśli coś poszło nie tak...

- To był akt miło­sier­dzia - odparła sta­now­czo Ariadne. - Żeby nie zamy­kać jej w Cichym Mie­ście, gdzie bez wąt­pie­nia pogrą­ży­łaby się w jesz­cze więk­szym sza­leń­stwie niż dotąd.

- Nie wie­dzie­li­śmy jed­nak wtedy tego, co wiemy teraz - powie­działa matka. - Jeśli Tatiana Black­thorn miała coś wspól­nego z ata­kiem Lewia­tana na Insty­tut... To nie jest czyn wariatki zasłu­gu­ją­cej na litość. To wojna wypo­wie­dziana Nefi­lim. To nie­bez­pieczny, wrogi akt, sojusz z naj­więk­szym złem.

- Prze­by­wała w Ada­man­to­wej Cyta­deli, kiedy Lewia­tan zaata­ko­wał - przy­po­mniała jej Ariadne. - Jak mogłaby odpo­wia­dać za atak? Żela­zne Sio­stry na pewno coś by spo­strze­gły. Nie zamar­twiaj się, mamo - dodała. - Wszystko będzie dobrze.

Matka wes­tchnęła.

- Ari, wyro­słaś na taką śliczną dziew­czynę. Będzie mi cie­bie bar­dzo bra­ko­wać, kiedy wspa­niały męż­czy­zna wybie­rze sobie cie­bie i odej­dziesz z domu, żeby za niego wyjść.

Ariadne mruk­nęła nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

- Och, wiem, że histo­ria z Char­le­sem była okrop­nym doświad­cze­niem - dodała jej matka. - Następ­nym razem będzie lepiej.

Wzięła głę­boki wdech, wypro­sto­wała ramiona i Ariadne ponow­nie przy­po­mniała sobie, że matka jest Nocną Łow­czy­nią, tak samo jak inni, i sta­wia­nie czoła trud­no­ściom jest czę­ścią jej pracy.

- Na Anioła - powie­działa odmie­nio­nym, żywym gło­sem. - Życie toczy się dalej. Nie możemy wiecz­nie stać w wej­ściu i się zamar­twiać. Mam wiele spraw, któ­rymi powin­nam się zająć... Żona Inkwi­zy­tora musi dbać o dom, kiedy pan domu wyjeż­dża, i tak dalej...

Ariadne mruk­nęła pota­ku­jąco i poca­ło­wała matkę w poli­czek, zanim wró­ciła scho­dami na górę. W poło­wie kory­ta­rza minęła uchy­lone drzwi gabi­netu ojca. Pchnęła je lekko i zaj­rzała do środka.

Pomiesz­cze­nie pozo­sta­wiono w nie­po­ko­ją­cym nie­ła­dzie. Gdyby Ariadne miała nadzieję, że zaj­rze­nie do gabi­netu sprawi, że poczuje, że zna­la­zła się bli­żej ojca, roz­cza­ro­wa­łaby się, bo zamiast tego jesz­cze bar­dziej się zmar­twiła. Ojciec był pedan­tyczny i zor­ga­ni­zo­wany. I był z tego dumny. Nie zno­sił bała­ganu. Wie­działa, że wyje­chał w pośpie­chu, ale stan tego pokoju uświa­do­mił jej, jak bar­dzo musiał być spa­ni­ko­wany.

Zła­pała się na tym, że nie­mal bez­wied­nie zaczyna porząd­ko­wać rze­czy - przy­suwa krze­sło z powro­tem do biurka, uwal­nia zasłony, które zacze­piły się o aba­żur lampy, wysta­wia fili­żanki na kory­tarz, gdzie znaj­dzie je gospo­sia. Przed komin­kiem leżał roz­sy­pany popiół; wzięła małą szczotkę z mosięż­nym uchwy­tem, żeby go zmieść ...

Zamarła.

Coś bia­łego błysz­czało pośród popio­łów w kominku. Roz­po­znała schludne kali­gra­ficzne pismo ojca na sto­siku nad­pa­lo­nego papieru. Pochy­liła się moc­niej - jakież to notatki ojciec chciał znisz­czyć przed wyjaz­dem z Lon­dynu?

Wyjęła papiery z kominka. Strzep­nęła z nich popiół i zaczęła czy­tać. W trak­cie lek­tury poczuła prze­ni­kliwą suchość w gar­dle, jakby miała się zaraz zadła­wić.

Na pierw­szej stro­nie były zapi­sane słowa "Heron­dale/Ligh­twood".

Ewi­dent­nie nie powinna czy­tać dalej, ale nazwi­sko Ligh­twood pło­nęło w jej oczach powi­do­kiem. Nie mogła się od niego odwró­cić. Jeśli rodzina Anny miała jakieś kło­poty, to jak mogłaby nie chcieć się o nich dowie­dzieć?

Strony pod­pi­sano latami: 1896, 1892, 1900. Przej­rzała arku­sze i poczuła zimny palec prze­su­wa­jący się po jej karku.

Pismem ojca nie wypi­sano wydat­ków ani zarob­ków, ale wypunk­to­wano różne wyda­rze­nia. Zda­rze­nia zwią­zane z Heron­dale'ami i Ligh­two­odami.

Nie, nie wyda­rze­nia. Błędy. Potknię­cia. Grze­chy. To był zapis wszel­kich postęp­ków Heron­dale'ów i Ligh­two­odów, które przy­spo­rzyły jej ojcu zna­czą­cych pro­ble­mów. Odno­to­wano tu wszystko, co można by uznać za nie­od­po­wie­dzialne albo nie­prze­my­ślane.

03/12/01: G2.L nie­obecny na zebra­niu Rady bez wyja­śnia­nia. CF wście­kły.

09/06/98: WW z Water­loo twier­dzą, że WH/TH odma­wiają spo­tka­nia, co skut­kuje nie­po­ko­jami na Targu.

01/08/95: Sze­fowa Insty­tutu w Oslo odma­wia spo­tka­nia z TH z powodu jej Pocho­dze­nia.

Ariadne zro­biło się nie­do­brze. Więk­szość odno­to­wa­nych fak­tów była drobna, nie­istotna albo oparta na pogło­skach. Stwier­dze­nie, że sze­fowa Insty­tutu w Oslo, jedna z naj­życz­liw­szych kobiet, jakie Ariadne poznała, nie chciała się spo­tkać z Tessą Heron­dale, było odra­ża­jące. To ona powinna otrzy­mać repry­mendę, a odno­to­wano ten fakt, jakby to była wina Heron­dale'ów.

Co to było? Co sobie myślał jej ojciec?

Na spo­dzie stosu leżało coś jesz­cze. Arkusz z kre­mo­wo­bia­łej pape­te­rii. To nie były notatki, ale list. Ariadne wyjęła go ze sto­siku. Z nie­do­wie­rza­niem prze­bie­gła wzro­kiem po linij­kach pisma.

- Ariadne?

Ariadne szybko scho­wała list w dekol­cie sukni, zanim unio­sła głowę, żeby spoj­rzeć na matkę. Flora stała w progu, marsz­cząc brwi i mru­żąc oczy. Kiedy się ode­zwała, nie było w jej gło­sie śladu cie­pła z roz­mowy na par­te­rze.

- Ariadne... co tu robisz?

2. Szare morze

2

Szare morze

"Szare skały i bar­dziej szare od nich morze,

Przy brzegu huk przy­boju,

A w sercu moim imię,

Co wybrzmieć już nie może".

Char­les G.D. Roberts Grey Rocks, and Greyer Sea

Kiedy Lucie wresz­cie się obu­dziła, usły­szała szum fal i zoba­czyła jasne, zimowe słońce, ostre jak kra­wędź szkła. Usia­dła tak szybko, że zakrę­ciło jej się w gło­wie. Posta­no­wiła sobie, że za żadne skarby nie zaśnie znowu, nie straci przy­tom­no­ści, nie powróci do tego ciem­nego, pustego miej­sca peł­nego gło­sów i hała­sów.

Odrzu­ciła pasia­stą szy­deł­kową narzutę, pod którą spała i spu­ściła nogi z łóżka. Pierw­sza próba sta­nię­cia nie zakoń­czyła się suk­ce­sem - nogi ugięły się pod nią i padła z powro­tem na łóżko. Za dru­gim razem zła­pała się kolu­mienki przy łóżku i pod­nio­sła się, pod­cią­ga­jąc się na niej. Ta metoda tro­chę lepiej się spraw­dziła i przez kilka chwil Lucie koły­sała się w tę i z powro­tem jak stary wilk mor­ski nie­na­wy­kły do lądu.

Jeśli nie liczyć łóżka - o pro­stej ramie z kutego żelaza poma­lo­wa­nej zga­szoną bielą pod kolor ścian - w jej małym pokoju stało nie­wiele mebli. Był tam komi­nek, na któ­rym węgielki trza­skały i skrzyły się lekko fio­le­to­wym odcie­niem, oraz toa­letka z nie­wy­koń­czo­nego drewna, rzeź­biona w syreny i węże mor­skie. Jej wła­sny kufer podróżny stał w nogach łóżka, co podzia­łało na Lucie uspo­ka­ja­jąco.

W końcu mimo potwor­nego mro­wie­nia w nogach pode­szła do okna znaj­du­ją­cego się w zagłę­bie­niu ściany i wyj­rzała. Widok był sym­fo­nią bieli i ciem­nej zie­leni, czerni i bar­dzo bla­dego błę­kitu. Dom Mal­colma naj­wy­raź­niej stał w poło­wie ska­li­stego urwi­ska nad śliczną rybacką wio­seczką. Poni­żej domu cią­gnęła się wąska zatoczka, którą ocean wpa­dał do portu i deli­kat­nie koły­sał małymi rybac­kimi łodziami. Niebo było czy­ste, wyglą­dało jak nie­bie­ska por­ce­lana, cho­ciaż ewi­dent­nie nie­dawno padał śnieg, sądząc po pobie­lo­nych dwu­spa­do­wych dachach w wio­sce. Węglowy dym snuł się czar­nymi smu­gami ku niebu, fale ude­rzały o klif w dole, zie­lone jak sosny i białe od piany.

Widok był piękny, surowy, ale piękny, a roz­le­gła połać morza budziła w piersi Lucie dziwne uczu­cie pustki. Miała wra­że­nie, że Lon­dyn znaj­duje się miliony mil stąd, tak samo jak jego miesz­kańcy: Cor­de­lia i James, jej matka i ojciec. O czym teraz myśleli? Wyobra­żali sobie, że gdzie jest w Korn­wa­lii? Raczej nie tu, gdzie spo­glą­dała na ocean, cią­gnący się aż do wybrzeża Fran­cji.

Dla odwró­ce­nia uwagi poru­szyła na próbę pal­cami stóp. Przy­naj­mniej znik­nęło mro­wie­nie. Szorst­kie deski pod­ło­gowe po wielu latach uży­wa­nia wyda­wały się zupeł­nie gład­kie pod jej bosymi sto­pami, jakby dopiero co je wyszli­fo­wano. Prze­śli­zgnęła się po nich do toa­letki, gdzie cze­kały na nią miska i ręcz­nik. Pra­wie jęk­nęła na widok swo­jego odbi­cia w lustrze. Włosy miała matowe i roz­czo­chrane, jej podróżna suk­nia była pomięta, guzik od poduszki zosta­wił w policzku wgnie­ce­nie wiel­ko­ści pensa.

Pomy­ślała, że poprosi póź­niej Mal­colma o kąpiel. Był cza­row­ni­kiem, na pewno zdoła spro­ku­ro­wać tro­chę gorą­cej wody. Na razie wyko­rzy­stała naj­le­piej, jak się dało, wodę w misce i kostkę mydła "Pears", zanim zdjęła zruj­no­waną sukienkę i cisnęła w kąt. Otwo­rzyła z roz­ma­chem kufer. Przez chwilę sie­działa i wpa­try­wała się w jego zawar­tość. Naprawdę spa­ko­wała kostium kąpie­lowy?! Myśl o pły­wa­niu w lodowo-zie­lo­nych wodach zatoki Polperro była prze­ra­ża­jąca. Odsu­nęła na bok topo­rek i kurtkę od stroju bojo­wego i wyjęła ciem­no­nie­bie­ską weł­nianą sukienkę z haftami na man­kie­tach. Potem zaczęła upi­nać szpil­kami włosy, żeby wyglą­dać względ­nie przy­zwo­icie. Spa­ni­ko­wała na moment, kiedy zdała sobie sprawę, że nie ma zło­tego meda­lika na szyi, ale po minu­cie pośpiesz­nych poszu­ki­wań zna­la­zła go na noc­nym sto­liku obok łóżka.

Jesse go tam poło­żył, pomy­ślała. Nie miała poję­cia, skąd to wie, ale była tego pewna.

Nagle despe­racko zapra­gnęła go zoba­czyć. Wsu­nęła stopy w niskie buty i wymknęła się z pokoju na kory­tarz.

Dom Mal­colma był znacz­nie więk­szy, niż myślała. Oka­zało się, że jej sypial­nia jest jedną z sze­ściu na pię­trze, a schody na końcu kory­ta­rza - rzeź­bione w takim samym stylu jak jej toa­letka - pro­wa­dziły do otwar­tego salonu z wyso­kim sufi­tem sto­sow­nym dla rezy­den­cji ziem­skiej. Ewi­dent­nie nie było tam miej­sca na tak wysoki sufit i sypial­nie na pię­trze, co wywo­ły­wało w niej dez­orien­ta­cję. Mal­colm musiał zacza­ro­wać dom, żeby w środku był tak duży, jak mu to odpo­wia­dało.

Nic nie wska­zy­wało, żeby ktoś jesz­cze prze­by­wał w domu, ale gdzieś na zewnątrz niósł się stały, ryt­miczny łomot. Po chwili szu­ka­nia Lucie zna­la­zła fron­towe drzwi i wyszła na dwór.

Jasne słońce oka­zało się zwod­ni­cze. Było naprawdę zimno. Wiatr ciął ska­li­ste klify jak nóż, prze­ni­ka­jąc wełnę sukienki. Lucie objęła się rękami, drżąc, i obró­ciła się w miej­scu. Miała rację co do domu - z zewnątrz wyglą­dał na mały, ot, chatka, w któ­rej zmie­ści­łyby się ze trzy pokoje. Okna wyglą­dały na zabite deskami (wie­działa jed­nak, że wcale takie nie są), wapno, któ­rym pobie­lono dom, popę­kało na sło­nym powie­trzu.

Prze­mro­żona trawa mor­ska chrzę­ściła pod jej butami, gdy szła w kie­runku łup! łup! łup! nio­są­cego się z boku domu. Nagle zatrzy­mała się.

To był Jesse. Stał z sie­kierą w ręce obok stosu drewna opa­ło­wego, które rąbał. Lucie trzę­sły się ręce - i to by­naj­mniej nie tylko z zimna. On żył. Świa­do­mość tego ni­gdy do tej pory nie ude­rzyła jej z podobną siłą. Ni­gdy go takim nie widziała - ni­gdy nie widziała, żeby wiatr tar­gał mu czarne włosy ani ni­gdy nie widziała u niego rumień­ców spo­wo­do­wa­nych wysił­kiem. Ni­gdy nie widziała, żeby jego oddech zamie­niał się w białe chmurki, gdy wypusz­czał powie­trze. Ni­gdy jesz­cze nie widziała, żeby oddy­chał. Zawsze był w świe­cie, ale ni­gdy nie był jego czę­ścią; ani skwar, ani mróz go nie tykały. A tu oddy­chał, żył, jego cień cią­gnął się za nim na kamie­ni­stym grun­cie.

Nie mogła tego znieść ani chwili dłu­żej. Pod­bie­gła do niego. Zdą­żył tylko pod­nieść wzrok zasko­czony i wypu­ścić sie­kierę, zanim zarzu­ciła mu ręce na szyję.

Zła­pał ją i przy­ci­snął do sie­bie, tuląc mocno, wbi­ja­jąc palce w miękki mate­riał sukienki. Wtu­lił twarz w jej włosy, szep­cząc: "Lucie, Lucie". Jego ciało było cie­płe. Po raz pierw­szy czuła jego zapach - zapach wełny, potu, skóry, dymu drzew­nego i powie­trza przed burzą. Po raz pierw­szy czuła, jak jego serce bije tuż przy jej wła­snym.

W końcu odsu­nęli się od sie­bie. Na­dal ją obej­mo­wał, uśmie­cha­jąc się. Na jego twa­rzy malo­wało się drobne waha­nie, jakby nie był pewien, co ona pomy­śli o tym nowym, praw­dzi­wym, żywym Jes­sem. Nie­mą­dry chło­pak, uznała. Powi­nien być w sta­nie wyczy­tać wszystko z jej twa­rzy. A może to lepiej, że nie potra­fił?

- Naresz­cie się obu­dzi­łaś - powie­dział.

Jego głos... Cóż, to był jego głos, który prze­cież już znała. Mimo to wydał jej się o wiele bar­dziej kon­kretny niż to, co sły­szała do tej pory. Czuła wibra­cje w jego piersi, gdy mówił. Zasta­na­wiała się, czy kie­dy­kol­wiek przy­wyk­nie do tych wszyst­kich nowych szcze­gó­łów.

- Jak długo spa­łam?

- Kilka dni. Nie­wiele się w tym cza­sie wyda­rzyło; głów­nie cze­ka­li­śmy, aż się obu­dzisz. - Zmarsz­czył brwi. - Mal­colm powie­dział, że osta­tecz­nie nic ci nie będzie, a ja myśla­łem...

Wzdry­gnął się i uniósł prawą rękę. Skrzy­wiła się, widząc roz­dartą, zaczer­wie­nioną skórę. Jesse jed­nak był zachwy­cony.

- Pęche­rze - powie­dział rado­śnie. - Mam pęche­rze!

- Fatalna sprawa - powie­działa współ­czu­jąco Lucie.

- W żad­nym razie. Wiesz, ile czasu minęło, odkąd mia­łem jakiś pęcherz? Zadra­pane kolano? Zła­many ząb?

- Mam nadzieję, że nie powy­bi­jasz sobie wszyst­kich zębów zachwy­cony fak­tem, że żyjesz - powie­działa Lucie. - Chyba nie ko... lubi­ła­bym cię tak bar­dzo jak teraz, gdy­byś stał się bez­zębny.

O rety. Omal nie powie­działa "kocha­ła­bym". Jesse przy­naj­mniej spra­wiał wra­że­nie tak zachwy­co­nego swo­imi nowymi obra­że­niami, że niczego nie zauwa­żył.

- Jakie to płyt­kie - powie­dział Jesse, nawi­ja­jąc pasemko jej wło­sów na palec. - Ja lubił­bym cię, nawet gdy­byś była łysa i pomarsz­czona jak wyschnięty żołądź.

Lucie ogar­nęła potworna chęć, żeby zachi­cho­tać, ale zmu­siła się do zro­bie­nia groź­nej miny.

- Doprawdy, co, u licha, robisz tu, rąbiąc drewno? Mal­colm nie może sobie wycza­ro­wać opału? A wła­ści­wie to gdzie on się podziewa?

- Zszedł do wio­ski - odpo­wie­dział Jesse. - Rze­komo po to, żeby uzu­peł­nić zapasy. Myślę, że lubi spa­cery. W prze­ciw­nym wypadku po pro­stu wycza­ro­wałby jedze­nie, jak sama powie­dzia­łaś. Przez więk­szość dni znika na całe popo­łu­dnia.

- Przez więk­szość dni? - powtó­rzyła Lucie. - Powie­dzia­łeś, że spa­łam kilka dni. Ile wła­ści­wie?

- To piąty dzień, odkąd tu jeste­śmy. Mal­colm posłu­żył się magią, żeby się zorien­to­wać, czy jesteś bez­pieczna. Potrze­bu­jesz tylko natu­ral­nego odpo­czynku. W ogrom­nych ilo­ściach.

- Aha. - Lucie cof­nęła się zanie­po­ko­jona. - Moja rodzina z pew­no­ścią będzie nas szu­kać, oni chcą wszystko wie­dzieć i będą wście­kli na mnie... i na Mal­colma... musimy obmy­ślić jakiś plan...

Jesse znowu zmarsz­czył czoło.

- Nie znajdą nas łatwo. Ten dom został potęż­nie zabez­pie­czony przed cza­rem tro­pią­cym i chyba przed wszelką inną magią.

Lucie już miała mu wyja­śnić, że zna swo­ich rodzi­ców i wie, że nie pozwolą, by coś takiego jak nie­prze­nik­nione zabez­pie­cze­nia magiczne unie­moż­li­wiło im wywę­sze­nie, gdzie podziewa się ich córka, ale zanim zdą­żyła się ode­zwać, zza węgła wyszedł Mal­colm z laseczką w ręce. Jego buty chrzę­ściły na zamar­z­nię­tej ziemi. Miał na sobie biały podróżny płaszcz, w jakim Lucie widziała go ostat­nim razem w Sank­tu­arium Insty­tutu. Był wtedy roz­gnie­wany, prze­stra­szony tym, co zro­biła. Teraz spra­wiał wra­że­nie zmę­czo­nego, wyglą­dał bar­dziej nie­chluj­nie, niżby się spo­dzie­wała.

- Mówi­łem ci, że nic jej nie będzie - powie­dział do Jes­sego. Zer­k­nął na opał. - Dosko­nała robota - dodał. - Z każ­dym dniem będziesz się czuł sil­niej­szy, jeśli będziesz pra­co­wał tak dalej.

Zatem w rąba­niu przez Jes­sego drewna cho­dziło przede wszyst­kim o jego zdro­wie. To miało sens. Cho­ciaż jego ciało zostało magicz­nie zakon­ser­wo­wane, z pew­no­ścią osła­bło przez sie­dem lat śmierci. Oczy­wi­ście Belial opę­ty­wał jego ciało i posłu­gi­wał się nim jak mario­netką, zmu­sza­jąc je do prze­mie­rza­nia całych mil przez Lon­dyn, żeby...

Lucie nie chciała jed­nak o tym myśleć. To była prze­szłość, kiedy Jesse nie zamiesz­ki­wał tak naprawdę swo­jego ciała. Teraz to wszystko się zmie­niło.

Jesse przyj­rzał się sto­sowi nie­po­rą­ba­nych polan za sobą.

- Myślę, że zostało mi nie wię­cej niż pół godziny pracy.

Mal­colm ski­nął głową i odwró­cił się do Lucie. Jego twarz była dziw­nie pozba­wiona wyrazu, kiedy na nią spoj­rzał. Lucie ogar­nął nie­po­kój.

- Panno Heron­dale, czy możemy poroz­ma­wiać w domu? - zapy­tał.

***

- Dobrze więc, ten arkusz nasą­czy­łem roz­two­rem węglanu amo­no­wego - mówił Chri­sto­pher. - I kiedy potrak­tu­jemy go pło­mie­niem za pomocą stan­dar­do­wego runu zapa­la­ją­cego... Tho­ma­sie, czy ty mnie słu­chasz?

- Zamie­niam się w słuch - odpo­wie­dział Tho­mas. - I chłonę twoje słowa chci­wym uchem.

Znaj­do­wali się w piw­nicy domu Fair­chil­dów, w labo­ra­to­rium Henry'ego. Chri­sto­pher popro­sił Tho­masa o pomoc w nowym pro­jek­cie, a Tho­mas chęt­nie sko­rzy­stał z tej pro­po­zy­cji, bo potrze­bo­wał cze­goś, co zaj­mie jego myśli.

Chri­sto­pher popra­wił oku­lary na nosie.

- Widzę, że nie jesteś prze­ko­nany do tego, że zasto­so­wa­nie ognia jest potrzebne... - powie­dział - ...ale wiesz, bacz­nie obser­wuję roz­wój nauki Przy­ziem­nych. Pra­co­wali ostat­nio nad spo­so­bem prze­sy­ła­nia wia­do­mo­ści na wiel­kie odle­gło­ści, naj­pierw za pomocą meta­lo­wego drutu, a ostat­nio za pomocą samego powie­trza.

- A jak to się ma do pod­pa­la­nia cze­go­kol­wiek? - zapy­tał Tho­mas, w swoim mnie­ma­niu nie­zwy­kle uprzej­mie.

- Ujmu­jąc to pro­sto: Przy­ziemni posłu­gi­wali się cie­płem, opra­co­wu­jąc więk­szość naj­now­szych wyna­laz­ków takich jak elek­trycz­ność, czy tele­graf, a my, Nocni Łowcy, nie możemy pozo­stać za nimi w tyle. A z pew­no­ścią za nimi nie nadą­żymy, jeśli ich urzą­dze­nia dadzą im moż­li­wo­ści, któ­rym nie zdo­łamy dorów­nać. W tym wypadku są w sta­nie prze­sy­łać wia­do­mość na odle­głość, a my... Cóż, my tego nie potra­fimy. Jeśli jed­nak posłużę się runami... widzisz, przy­pa­lam brzeg per­ga­minu, skła­dam kartkę, umiesz­czam tu run Łącz­no­ści, a run Pre­cy­zji tu i tu...

Na górze roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Chri­sto­pher udał, że go nie sły­szy, i przez chwilę Tho­mas zasta­na­wiał się, czy sam nie powi­nien iść otwo­rzyć drzwi, ale po dru­gim i trze­cim dzwonku Chri­sto­pher wes­tchnął, odło­żył stelę i poszedł na górę.

Tho­mas usły­szał, jak drzwi na górze się otwie­rają. Nie zamie­rzał pod­słu­chi­wać, ale żołą­dek mu się szarp­nął jak ptak dający nura po rybę (żało­wał, że nie wpadł na lep­sze porów­na­nie, ale albo ktoś ma poetycki umysł jak James, albo go nie ma), kiedy z góry napły­nął głos Chri­sto­phera:

- Och, cześć, Ala­sta­irze, pew­nie przy­sze­dłeś zoba­czyć się Char­le­sem. Myślę, że jest na górze w swoim gabi­ne­cie.

Odpo­wiedź Ala­sta­ira była zbyt cicha, żeby Tho­mas ją usły­szał. Chri­sto­pher odchrząk­nął i powie­dział:

- Ehm, na dole w labo­ra­to­rium. Pra­cuję wła­śnie nad nowym eks­cy­tu­ją­cym pro­jek­tem...

Ala­stair wszedł mu w słowo. Tho­mas zasta­na­wiał się, czy Chri­sto­pher wspo­mni, że Tho­mas też tu jest. Nie powie­dział jed­nak, wyja­śnił tylko:

- Mat­thew na­dal jest w Paryżu, na ile się orien­tu­jemy. Tak, jestem pewien, że Char­les nie miałby nic prze­ciwko wizy­cie...

Ptak w żołądku Tho­masa padł mar­twy. Tho­mas oparł łok­cie na stole labo­ra­to­ryj­nym Chri­sto­phera, sta­ra­jąc się oddy­chać i jakoś to prze­trwać. Wie­dział, że nie powi­nien być zasko­czony. Ala­stair jasno dał mu do zro­zu­mie­nia, że nic mię­dzy nimi nie może zaist­nieć. A głów­nym tego powo­dem była wro­gość mię­dzy Ala­stairem i przy­ja­ciółmi Tho­masa, Weso­łymi Zło­dzie­jasz­kami, któ­rzy mieli bar­dzo dobry powód, żeby nie lubić Ala­staira.

Tho­mas obu­dził się następ­nego ranka ze spre­cy­zo­waną myślą: "Nad­szedł czas, i to już dawno temu, żebym powie­dział przy­ja­cio­łom o moich uczu­ciach do Ala­sta­ira. Może Ala­stair ma rację i nasze uczu­cie jest nie­moż­liwe, ale z pew­no­ścią takie pozo­sta­nie, jeśli niczego nie spró­buję".

Miał szczery zamiar to zro­bić. Wstał z łóżka zde­ter­mi­no­wany.

Potem jed­nak dowie­dział się, że Mat­thew i James nocą wyje­chali z Lon­dynu, więc odło­żył plan na póź­niej. Wła­ści­wie to nie tylko Mat­thew i James wyje­chali. Cor­de­lia i Mat­thew, jak się oka­zało, wyje­chali razem do Paryża, a James poje­chał z Wil­lem szu­kać Lucie, która naj­wy­raź­niej posta­no­wiła odwie­dzić Mal­colma Fade'a w jego cha­cie w Korn­wa­lii. Chri­sto­pher przy­jął te wyja­śnie­nia bez żad­nego pyta­nia; Tho­mas prze­ciw­nie i wie­dział, że Anna też ma wąt­pli­wo­ści, ale zde­cy­do­wa­nie nie zamie­rzała z nim o tym roz­ma­wiać. "Można plot­ko­wać na temat zna­jo­mych, ale nie na temat przy­ja­ciół" - to było wszystko, co powie­działa. Była blada i wyglą­dała na zmę­czoną, cho­ciaż wró­ciła do zwy­czaju spę­dza­nia każ­dej nocy z inną dziew­czyną. Tho­masowi wła­ści­wie bra­ko­wało Ariadne i podej­rze­wał, że Annie też jej bra­kuje, ale kiedy raz poru­szył ten temat, Anna pra­wie rzu­ciła w niego fili­żanką.

Cał­kiem serio roz­wa­żał w ciągu ostat­nich kilku dni, czy nie powie­dzieć Chri­sto­phe­rowi o swo­ich uczu­ciach, ale cho­ciaż Chri­sto­pher zare­ago­wałby życz­li­wie, to czułby się nie­zręcz­nie, wie­dząc coś, o czym Mat­thew i James nie mają poję­cia. W dodatku to wła­śnie James i Mat­thew naprawdę nie lubili, wręcz nie­na­wi­dzili, Ala­sta­ira.

I pozo­stała jesz­cze kwe­stia Char­lesa. Char­les był pierw­szą wielką miło­ścią Ala­sta­ira, cho­ciaż ta miłość zakoń­czyła się fatal­nie. Char­les został raniony pod­czas potyczki z Belia­lem i teraz docho­dził do sie­bie, a Ala­stair naj­wy­raź­niej uznał, że powi­nien go wspie­rać i trosz­czyć się o niego. Cho­ciaż Tho­mas rozu­miał to z czy­sto etycz­nego punktu widze­nia, to drę­czyła go myśl, że Ala­stair ociera pot z roz­go­rącz­ko­wa­nego czoła Char­lesa i karmi go wino­gro­nami. Aż zbyt łatwo potra­fił sobie wyobra­zić, jak Char­les kła­dzie dłoń na policzku Ala­sta­ira i mru­czy coś w podzięce, wpa­tru­jąc się w cudowne ciemne oczy oko­lone dłu­gimi, gęstymi rzę­sami...

Chri­sto­pher wró­cił do labo­ra­to­rium i Tho­mas omal nie wysko­czył z krze­sła. Chri­sto­pher na szczę­ście żył w bło­giej nie­świa­do­mo­ści wrzawy w gło­wie Tho­masa i natych­miast wró­cił do pracy przy stole.

- W porządku - powie­dział, odwra­ca­jąc się do Tho­masa ze stelą w ręce. - Wobec tego spró­bujmy, dobrze?

- Wysłać wia­do­mość? - zapy­tał Tho­mas.

On i Chri­sto­pher "wysłali" do tej pory już dzie­siątki wia­do­mo­ści i cho­ciaż część z nich roz­pły­nęła się w powie­trzu, a część śmi­gnęła komi­nem, to żadna nie tra­fiła do swo­jego miej­sca prze­zna­cze­nia.

- W rze­czy samej - potwier­dził Kit, poda­jąc mu kartkę i ołó­wek. - Potrze­buję, żebyś napi­sał wia­do­mość, a ja spraw­dzę ten odczyn­nik. To może być dowolna bzdura.

Tho­mas usiadł przy stole labo­ra­to­ryj­nym i zaga­pił się na pustą stronę. Po dłu­giej chwili napi­sał:

Drogi Ala­sta­irze!

Dla­czego jesteś taki głupi i fru­stru­jący i dla­czego cią­gle o Tobie myślę? Dla­czego muszę myśleć o Tobie, kiedy wstaję rano i kiedy kładę się wie­czo­rem, i kiedy myję zęby, i kiedy teraz tu sie­dzę? Dla­czego poca­ło­wa­łeś mnie w Sank­tu­arium, skoro nie chcesz ze mną być? To dla­tego nikomu o tym nie powiesz? To bar­dzo dener­wu­jące.

Tho­mas

- Gotowy? - spy­tał Chri­sto­pher.

Tho­mas pod­niósł gwał­tow­nie wzrok i szybko zło­żył kartkę na czworo, żeby ukryć jej zawar­tość. Ze ści­śnię­tym ser­cem podał list Chri­sto­phe­rowi. Żało­wał, że nie może poka­zać tych słów komuś, ale wie­dział, że to wyklu­czone. Mimo to pomy­ślał sobie, że lepiej się poczuł, kiedy je napi­sał. Chri­sto­pher zapa­lił zapałkę i przy­tknął ją do brzegu kartki. Lepiej się poczuł, nawet jeśli ten list, podob­nie jak zwią­zek Tho­masa z Ala­sta­irem, doni­kąd nie zmie­rzał.

***

Bio­rąc pod uwagę potworne opo­wie­ści matki, Grace Black­thorn spo­dzie­wała się, że Ciche Mia­sto będzie przy­po­mi­nać lochy, gdzie zosta­nie przy­kuta do ściany i zapewne pod­dana tor­tu­rom. Zanim dotarła do wej­ścia do Cichego Mia­sta na cmen­ta­rzu w High­gate, zaczęła się zasta­na­wiać, jakie to uczu­cie zostać pod­daną pró­bie Mie­cza Anioła. Jak to jest stać w Kom­na­cie Mówią­cych Gwiazd i pod­dać się osą­dowi Cichych Braci. Jakie to będzie uczu­cie, gdy zosta­nie zmu­szona do powie­dze­nia prawdy po tak wielu latach kła­ma­nia? Czy poczuje ulgę? Czy też będzie to potworna męka?

Uznała, że to nie ma zna­cze­nia. Zasłu­gi­wała na cier­pie­nie.

Nie została jed­nak zakuta w żelazo ani nic podob­nego. Dwóch Cichych Braci odpro­wa­dziło ją z domu Jamesa przy Cur­zon Street do Cichego Mia­sta. Kiedy tylko zna­la­zła się na miej­scu (i rze­czy­wi­ście było to mroczne, zło­wro­gie miej­sce wypeł­nione cie­niami), brat Zacha­riasz - o któ­rym wie­działa, że jest kuzy­nem Cor­de­lii i kie­dyś był Jame­sem Car­sta­ir­sem - wyszedł im naprze­ciw, jakby miał się nią zająć.

Musisz być wyczer­pana. - Jego głos w jej umy­śle był cichy, wręcz życz­liwy. - Zapro­wa­dzę cię do two­jej kom­naty. Wystar­czy, jeśli jutro poroz­ma­wiamy o tym, co się wyda­rzyło.

Onie­miała. Brat Zacha­riasz był posta­cią, do któ­rej jej matka nawią­zy­wała wię­cej niż raz, poda­jąc go jako przy­kład zepsu­cia, jakie Heron­dale'owie sze­rzyli wśród Nefi­lim. "Nawet nie ma zaszy­tych oczu", war­czała, nie patrząc na Grace. "Spe­cjalne względy dla tych, któ­rych Ligh­two­odo­wie albo Heron­dale'owie fawo­ry­zują. To wręcz nie­przy­zwo­ite".

Jed­nakże brat Zacha­riasz zwra­cał się do niej z łagodną życz­li­wo­ścią. Popro­wa­dził ją przez zimne, kamienne Mia­sto do małej celi. Wyobra­żała sobie, że trafi do swego rodzaju sali tor­tur, gdzie będzie spała na zim­nym kamie­niu, może nawet zakuta w łań­cu­chy. W rze­czy­wi­sto­ści, cho­ciaż pomiesz­cze­nie w żad­nym razie nie było kom­for­towe - kamienna cela bez okna, nie­za­pew­nia­jąca pry­wat­no­ści, ponie­waż wiel­kie drzwi do niej zro­biono z gęsto osa­dzo­nych ada­ma­so­wych prę­tów - to w porów­na­niu z domem Black­thor­nów wyda­wała się wręcz przy­tulna. Zna­la­zła tam względ­nie wygodne łóżko z kutego żelaza, pod­nisz­czone dębowe biurko, drew­nianą półkę z książ­kami (żadna z ksią­żek jej nie zain­te­re­so­wała, ale zawsze to coś). Runiczne kamie­nie roz­miesz­czono gdzie popa­dło, jakby po namy­śle. Grace przy­po­mniała sobie, że Cisi Bra­cia nie potrze­bują świa­tła, żeby widzieć.

Naj­bar­dziej upiorną rze­czą w tym miej­scu był fakt, że nie dało się powie­dzieć, czy trwa dzień, czy noc. Zacha­riasz przy­niósł jej zegar komin­kowy, co tro­chę poma­gało, ale nie była do końca prze­ko­nana, że na­dal orien­tuje się, czy dwu­na­sta godzina na zega­rze ozna­cza śro­dek dnia, czy pół­noc. Uznała jed­nak, że to nie ma zna­cze­nia. Czas w tym miej­scu to cią­gnął się, to skra­cał jak ści­śnięta sprę­żyna, gdy cze­kała na te chwile, kiedy Cisi Bra­cia będą chcieli z nią poroz­ma­wiać.

A gdy już z nią roz­ma­wiali, było źle. Nie mogła uda­wać, że jest ina­czej. Nie robili jej krzywdy, nie drę­czyli jej ani nawet nie posłu­żyli się Mie­czem Anioła. Zada­wali tylko pyta­nia, spo­koj­nie i nie­ustę­pli­wie. Jed­nakże to nie pyta­nia były naj­gor­sze, lecz mówie­nie prawdy.

Grace zaczęła zda­wać sobie sprawę, że potrafi roz­ma­wiać z innymi tylko na dwa spo­soby. Jeden wyma­gał nosze­nia maski, kła­ma­nia i gra­nia, tak jak wtedy, gdy odgry­wała posłu­szeń­stwo przed matką i miłość przed Jame­sem. Drugi to była szcze­rość, na jaką pozwa­lała sobie tylko w kon­tak­tach z Jes­sem. Tyle że nawet przed nim ukry­wała różne rze­czy, któ­rych się wsty­dziła. Nie­ta­je­nie niczego, jak się prze­ko­nała, było bole­sne.

Cier­piała, gdy sta­nęła przed Braćmi i przy­znała się do wszyst­kiego, co zro­biła. Tak, zmu­si­łam Jamesa Heron­dale'a, by uwie­rzył, że jest we mnie zako­chany. Tak, posłu­ży­łam się mocami od demona, żeby zwieść Char­lesa Fair­childa. Tak, spi­sko­wa­łam z matką, żeby znisz­czyć Heron­dale'ów i Car­sta­ir­sów, Ligh­two­odów i Fair­chil­dów. Wie­rzy­łam jej, kiedy mówiła, że to nasi wro­go­wie.

Te sesje ją wyczer­py­wały. Nocą, gdy sie­działa samot­nie w celi, widziała twarz Jamesa, kiedy ostatni raz na nią patrzył. Sły­szała nie­na­wiść w jego gło­sie. "Wyrzu­cił­bym cię na ulicę, ale ta twoja moc jest jak nała­do­wana broń w ręku ego­istycz­nego dziecka. Nie można pozwo­lić, żebyś dłu­żej się nią posłu­gi­wała".

Jeśli Cisi Bra­cia zamie­rzali ode­brać jej tę moc - a nie mia­łaby nic prze­ciwko temu - to na razie tego nie oka­zali. Czuła, że ją badają, badają jej zdol­ność w spo­sób, jakiego nie poj­mo­wała.

Pocie­szała ją tylko myśl o Jes­sem. Jes­sem, któ­rego Lucie z pew­no­ścią wskrze­siła z pomocą Mal­colma. Teraz powinni już być w Korn­wa­lii. Czy Jes­semu nic nie będzie? Czy powrót z kra­iny cieni, którą zamiesz­ki­wał od tak dawna, będzie dla niego okrop­nym wstrzą­sem? Żało­wała, że nie ma jej przy nim, że nie może trzy­mać go za rękę, tak jak on trzy­mał ją, poma­ga­jąc jej znieść wiele potwor­nych rze­czy.

Wie­działa, rzecz jasna, że cał­kiem praw­do­po­dobne jest, iż nie zdo­łali wskrze­sić Jes­sego. Nekro­man­cja była wręcz nie­moż­liwa. Jed­nak jego śmierć była potwor­nie nie­spra­wie­dliwa, to była strasz­liwa zbrod­nia oparta na jado­wi­tym kłam­stwie. Z pew­no­ścią, jeśli ktoś zasłu­gi­wał na drugą szansę, to wła­śnie on.

I kochał Grace jak sio­strę, kochał i trosz­czył się o nią jak nikt inny - być może jak nikt inny ni­gdy nie będzie jej kochał. Może Nefi­lim skażą ją na śmierć z powodu jej mocy. Może będzie gniła w Cichym Mie­ście przez resztę życia. A jeśli nie, to życie z Jes­sem było jedyną przy­szło­ścią, jaką wyobra­żała sobie dla sie­bie.

Był jesz­cze Chri­sto­pher Ligh­twood, rzecz jasna. Oczy­wi­ście nie kochał jej; pra­wie jej nie znał. Spra­wiał jed­nak wra­że­nie szcze­rze zain­te­re­so­wa­nego nią samą, jej myślami, jej zda­niem, jej uczu­ciami. W innej sytu­acji mógłby zostać jej przy­ja­cie­lem. Ni­gdy nie miała przy­ja­ciela. Tylko Jamesa, który teraz z pew­no­ścią jej nie­na­wi­dził, wie­dząc, co mu zro­biła, i Lucie, która wkrótce też ją znie­na­wi­dzi z tego samego powodu. I tak naprawdę to oszu­ki­wała samą sie­bie, myśląc, że Chri­sto­pher mógłby czuć coś innego. Był przy­ja­cie­lem Jamesa i kochał go. Jako jego lojalny przy­ja­ciel będzie nią pogar­dzał... i nie mogła mieć o to do niego pre­ten­sji.

Roz­legł się cha­rak­te­ry­styczny zgrzyt otwie­ra­ją­cych się drzwi. Usia­dła pośpiesz­nie na wąskim mate­racu, wygła­dziła włosy. Oczy­wi­ście Cichych Braci nie obcho­dził jej wygląd, ale taka była siła nawyku.

Ciemna postać przyj­rzała jej się z progu.

Grace... - powie­dział Zacha­riasz - ...oba­wiam się, że ostat­nia seria pytań była dla cie­bie zbyt trudna.

Rze­czy­wi­ście było jej ciężko. Pra­wie zemdlała, opi­su­jąc noc, kiedy matka zabrała ją do ciem­nego lasu, i wspo­mi­na­jąc dźwięk głosu Beliala w cie­niach. Jed­nak Grace nie podo­bało się to, że kto­kol­wiek mógł orien­to­wać się w jej odczu­ciach.

- Jak długo jesz­cze to potrwa? - zapy­tała. - Zanim zosta­nie ogło­szony wyrok?

Tak bar­dzo pra­gniesz kary?

- Nie, chcę tylko, żeby skoń­czyły się prze­słu­cha­nia. Jestem gotowa przy­jąć karę. Zasłu­guję na nią.

Tak, postą­pi­łaś źle. Ale ile mia­łaś lat, kiedy matka zabrała cię do lasu Bro­ce­lind, żebyś otrzy­mała tam swoją moc? Jede­na­ście? Dwa­na­ście?

- To nie ma zna­cze­nia.

Ma - odparł Zacha­riasz. - Uwa­żam, że Clave cię zawio­dło. Jesteś Nocną Łow­czy­nią, Grace, uro­dzi­łaś się w rodzi­nie Noc­nych Łow­ców, a porzu­cono cię w strasz­li­wych oko­licz­no­ściach. To nie­spra­wie­dliwe, że Clave zosta­wiło cię tam na tak długo, nie inter­we­niu­jąc, nawet nie bada­jąc sytu­acji.

Grace nie mogła znieść jego lito­ści. Odbie­rała ją jak igiełki wbi­ja­jące się w skórę.

- Nie powi­nie­neś oka­zy­wać mi życz­li­wo­ści ani pró­bo­wać mnie zro­zu­mieć - wark­nęła. - Posłu­ży­łam się demo­niczną mocą, żeby zacza­ro­wać Jamesa, spra­wi­łam, że uwie­rzył, że mnie kocha. Przy­spo­rzy­łam mu wiel­kiego bólu.

Zacha­riasz przy­glą­dał jej się bez słowa. Jego twarz była upior­nie nie­ru­choma. Grace chciała go ude­rzyć.

- Nie uwa­żasz, że zasłu­guję na karę? Czy nie należy wyrów­nać rachunku krzywd? Czy nie trzeba przy­wró­cić rów­no­wagi? Oko za oko?

Tak myśli o świe­cie twoja matka, nie ja.

- Ale pozo­stali Cisi Bra­cia. Enklawa. Wszy­scy w Lon­dy­nie... będą chcieli zoba­czyć, jak zosta­łam uka­rana.

O niczym nie wie­dzą - powie­dział brat Zacha­riasz. Po raz pierw­szy Grace spo­strze­gła u niego coś w rodzaju waha­nia. - Tylko my i James wiemy o tym, co zro­bi­łaś na żąda­nie matki.

- Ale... dla­czego? - To nie miało sensu. Z pew­no­ścią James powie przy­ja­cio­łom i wkrótce wszy­scy będą wie­dzieć. - Dla­czego mie­li­by­ście mnie chro­nić?

Chcemy prze­słu­chać twoją matkę. To będzie łatwiej­sze, jeśli uzna, że na­dal sto­isz po jej stro­nie, a my nie wiemy nic o two­ich mocach.

Grace odchy­liła się na opar­cie łóżka.

- Chce­cie uzy­skać wyja­śnie­nia od mojej matki, ponie­waż mnie uwa­ża­cie za mario­netkę, a ją za lal­ka­rza, który pociąga za sznurki. Jed­nak praw­dzi­wym lal­ka­rzem jest Belial. Ona jest mu posłuszna. Kiedy działa, robi to na jego życze­nie. To jego należy się bać.

Zapa­dła cisza. A potem łagodny głos roz­legł się w jej gło­wie:

Boisz się, Grace?

- Nie o sie­bie - odpo­wie­działa. - Ja już stra­ci­łam wszystko, co mogłam. Ale o innych, ow­szem. Bar­dzo się boję.

***

Lucie poszła za Mal­col­mem do domu i pocze­kała, aż cza­row­nik zdej­mie podróżny płaszcz i odstawi laskę przy wej­ściu. Zapro­wa­dził dziew­czynę do wyso­kiego salonu, który minęła wcze­śniej, i pstryk­nię­ciem pal­ców zapa­lił na kominku huczący ogień. Do Lucie dotarło, że Mal­colm nie tylko mógł zdo­być drewno na opał bez pomocy Jes­sego, ale mógł wręcz roz­pa­lić ogień w ogóle bez drewna.

Oczy­wi­ście nie miała nic prze­ciwko patrze­niu, jak Jesse rąbie drewno. A jemu naj­wy­raź­niej spra­wiało to przy­jem­ność, zatem oboje na tym korzy­stali.

Mal­colm wska­zał wyście­łaną kanapę. Lucie uznała, że zapad­nie się w niej tak głę­boko, że już nie zdoła wstać, więc tylko przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku.

Pokój był dość przy­tulny; nie tego spo­dzie­wa­łaby się po Mal­col­mie. Meble z żół­to­drzewa, pod­nisz­czone na tyle, żeby zyskały deli­katną patynę, obite tka­niną gobe­li­nową i aksa­mi­tem - nie pró­bo­wano ich dobrać do kom­pletu, ale wszyst­kie wyglą­dały na wygodne. Dywan hafto­wany w ana­nasy przy­kry­wał pod­łogę, na ścia­nach wisiały różne por­trety ludzi, któ­rych Lucie nie roz­po­zna­wała.

Mal­colm na­dal stał i Lucie spo­dzie­wała się, że zrobi jej teraz wykład na temat Jes­sego albo zacznie wypy­ty­wać, co z nim zro­biła. Zamiast tego powie­dział:

- Pew­nie zauwa­ży­łaś, że cho­ciaż to nie ja byłem nie­przy­tomny przez kilka dni po tym, jak nie­wpraw­nie para­łem się magią, to pre­zen­tuję się fatal­nie.

- Nie zauwa­ży­łam - skła­mała Lucie. - Wyglą­dasz... cał­kiem wytwor­nie.

Mal­colm mach­nął ręką.

- Nie doma­gam się kom­ple­men­tów. Zamie­rza­łem wyja­śnić, że w ostat­nich dniach, kiedy ty odsy­pia­łaś skutki magii, jaką się posłu­ży­łaś, ja korzy­sta­łem z tego, że wró­ci­łem do Korn­wa­lii, żeby pod­jąć bada­nie sprawy Anna­bel Black­thorn.

Lucie zaci­snął się żołą­dek. Anna­bel Black­thorn była kobietą, którą Mal­colm kochał sto lat temu. Myślał, że ode­szła od niego, by zostać Żela­zną Sio­strą, a tak naprawdę jej rodzina wolała ją zamor­do­wać niż pozwo­lić, żeby zwią­zała się z cza­row­ni­kiem. Lucie wzdry­gnęła się, przy­po­mi­na­jąc sobie wyraz twa­rzy Mal­colma, kiedy Grace wyja­wiła mu prawdę na temat losów Anna­bel.

Cza­row­nicy nie sta­rzeją się, a jed­nak Mal­colm spra­wiał wra­że­nie star­szego niż jesz­cze nie tak dawno temu. Głę­bo­kie linie żło­biły mu twarz przy ustach, oczy miał bar­dziej wyłu­pia­ste.

- Wiem, że uzgod­ni­li­śmy, że wezwiesz jej ducha - powie­dział. - Że pozwo­lisz mi poroz­ma­wiać z nią ponow­nie.

Lucie wyda­wało się to dziwne, że cza­row­nicy sami nie potra­fią wezwać zmar­łych, któ­rzy już nie nawie­dzają tego świata, ale prze­szli do miej­sca wiecz­nego spo­czynku. Ta potworna moc w jej krwi pozwa­lała jej doko­nać cze­goś, czego nie potra­fił nawet Magnus Bane czy Mal­colm Fade. Dała jed­nak słowo Mal­colmowi. Głód w jego oczach spra­wił, że zadrżała.

- Nie wie­dzia­łem, co się sta­nie, kiedy wskrze­sisz Jes­sego - mówił dalej. - To, że powró­cił taki jak daw­niej, żywy, oddy­cha­jący, w dosko­na­łym zdro­wiu, cał­ko­wi­cie świa­domy... to bar­dziej cud niż magia. - Zaczerp­nął z drże­niem tchu. - Śmierć Anna­bel była nie mniej nie­spra­wie­dliwa, nie mniej potworna od tego, co przy­da­rzyło się Jes­semu. Anna­bel zasłu­guje na ponowne życie, tak samo jak Jesse. Jestem tego pewien.

Lucie nie przy­po­mi­nała mu tego szcze­gółu, że w prze­ci­wień­stwie do ciała Anna­bel ciało Jes­sego zostało zakon­ser­wo­wane przez Beliala w dziw­nym sta­nie pół życia. Zamiast tego odparła z nie­po­ko­jem:

- Dałam ci słowo, że wezwę jej ducha. Pozwolę ci skon­tak­to­wać się z nią. Ale nic wię­cej. Nie można jej... przy­wró­cić do życia. Prze­cież sam wiesz.

Mal­colm spra­wiał wra­że­nie, jakby tego nie sły­szał. Usiadł na naj­bliż­szym krze­śle.

- Jeśli cuda rze­czy­wi­ście są moż­liwe... - powie­dział - ...cho­ciaż ni­gdy w nie nie wie­rzy­łem... wiem, że ist­nieją demony i anioły, ale pokła­da­łem wiarę jedy­nie w nauce i magii...

Urwał, ale za późno dla Lucie, którą już ogar­nął nie­po­kój i wibro­wał w niej jak szarp­nięta struna.

- Nie każdy duch pra­gnie powrotu - szep­nęła. - Nie­któ­rzy zmarli zna­leźli spo­kój.

- Anna­bel nie zna­la­zła spo­koju - Fio­le­towe oczy Mal­colma wyglą­dały jak sińce w bla­dej twa­rzy. - Nie, dopóki jest beze mnie.

- Panie Fade... - Lucie zadrżał głos.

Po raz pierw­szy Mal­colm dostrzegł jej nie­po­kój. Usiadł pro­sto, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

- Lucie. Rozu­miem, że led­wie prze­ży­łaś wskrze­sze­nie Jes­sego i że jesteś zna­cząco osła­biona. Nikomu nie wyj­dzie na dobre, jeśli po wezwa­niu Anna­bel znowu stra­cisz przy­tom­ność. Musimy pocze­kać, aż odzy­skasz siły. - Spoj­rzał na ogień, jakby wyczy­ty­wał coś z tań­czą­cych pło­mieni. - Cze­ka­łem sto lat. Czas pły­nie ina­czej dla mnie niż dla śmier­tel­ni­ków, zwłasz­cza tak mło­dych jak ty. Pocze­kam kolejne sto, jeśli będzie trzeba.

- Cóż, wąt­pię, żebym potrze­bo­wała aż tak dużo czasu - odparła Lucie, siląc się na bez­tro­ski ton.

- Pocze­kam - powie­dział Mal­colm bar­dziej do sie­bie niż do niej. - Pocze­kam tak długo, jak to konieczne.

3. Gdy czas wolniej płynie

3

Gdy czas wol­niej pły­nie

"Czy tam znaj­dzie się schro­nie­nie w noc ciemną?

Dach nad głową, gdy czas wol­niej zacznie pły­nąć.

Czy go ciem­ność nie ukryje przede mną?

Nie, nie możesz tej gospody omi­nąć"1.

Chri­stina Ros­setti Droga w górę

James miał wra­że­nie, że mówił cały mie­siąc.

Magnus, który naj­wy­raź­niej potra­fił z odle­gło­ści wykryć wygodny zajazd, zna­lazł im taki przy dro­dze do Polperro. Kiedy już Balios i Xan­thos zna­leźli się bez­piecz­nie w stajni, Will zare­zer­wo­wał dla ich trójki pry­watną jadal­nię na par­te­rze zajazdu, gdzie mogli na osob­no­ści zjeść i poroz­ma­wiać.

Cho­ciaż James nie­wiele zjadł. Pokój był względ­nie ładny - sta­ro­świecki, z ciemną tapetą, pod­nisz­czo­nymi dywa­nami i sze­ro­kim dębo­wym sto­łem pośrodku, a jedze­nie spra­wiało wra­że­nie przy­zwo­itego. Kiedy wresz­cie zaczął opo­wia­dać o wyda­rze­niach ostat­nich tygo­dni, nie potra­fił prze­stać mówić. Po ukry­wa­niu tak wielu sekre­tów i mówie­niu tak wielu kłamstw prawda wyle­wała się z niego jak woda z dzbana. Jed­nakże nawet wtedy musiał uwa­żać, żeby nie zdra­dzić sekre­tów, które nie nale­żały do niego. Nie powie­dział nic o przy­się­dze, którą Cor­de­lia nie­chcący zło­żyła Lilith, powie­dział tylko, że Lilith pod­szyła się pod Magnusa, żeby ich oszu­kać.

- Wiem, że powi­nie­nem bła­gać o wyba­cze­nie - powie­dział James, koń­cząc swoje zwie­rze­nia. - Powi­nie­nem był powie­dzieć wam o tym wszyst­kim, ale...

- Ale to doty­czyło nie tylko cie­bie - dokoń­czył Will. Wyglą­dał na spię­tego, zmarszczki przy oczach ryso­wały mu się nie­zwy­kle wyra­zi­ście. - Dla­tego mil­cza­łeś. Żeby chro­nić przy­ja­ciół i rodzinę. Nie jestem skoń­czo­nym idiotą, James. Rozu­miem, jak to działa.

Magnus otwo­rzył karafkę z porto i nalał po odro­bi­nie do kie­lisz­ków Willa i Jamesa.

- Mar­twię się. Belial nie powi­nien być w sta­nie wró­cić do naszego świata po cio­sie, jaki zadała mu Cor­taną Cor­de­lia. Wró­cił jed­nak dzięki pla­nowi, który musiał stwo­rzyć wiele lat temu, kiedy Jesse Black­thorn był zale­d­wie dziec­kiem...

Will był wście­kły.

- Oto dla­czego ni­gdy nie powin­ni­śmy byli tole­ro­wać dzi­wacz­nego zacho­wa­nia Tatiany Black­thorn w sto­sunku do wła­snych dzieci. "Co w tym złego, że nie dopusz­cza Cichych Braci, żeby rzu­cili czary ochronne na Jes­sego?". Rze­czy­wi­ście: co w tym złego! Dzięki niech będą Anio­łowi, że Marice poje­chał, żeby zabrać ją z Ada­man­to­wej Cyta­deli. Cisi Bra­cia muszą wycią­gnąć z niej całą histo­rię.

- Dla­czego nie powie­dzia­łeś nic Enkla­wie, skoro wie­dzia­łeś, że Belial za to odpo­wiada? - zapy­tał Jamesa Magnus.

- Nie powie­dział Enkla­wie, ponie­waż, gdyby Enklawa dowie­działa się, że Belial to jego dzia­dek, a ojciec Tessy... cóż, kon­se­kwen­cje tego mogłyby być bar­dzo poważne dla naszej rodziny - odpowie­dział za syna Will. - Dla Tessy. Ja także wie­dzia­łem i nic nie mówi­łem, z tego samego powodu. Nie można winić za to Jamesa.

- Czy ktoś jesz­cze wie? - zapy­tał Magnus.

- Tylko moi naj­bliżsi przy­ja­ciele - odpo­wie­dział James. - Cor­de­lia, rzecz jasna, i Mat­thew... a także Tho­mas i Chri­sto­pher. I Anna. Dotrzy­mają tajem­nicy. Powie­rzył­bym im wła­sne życie - dodał nieco obron­nym tonem.

Will i Magnus popa­trzyli po sobie w spo­sób, któ­rego James nie potra­fił odczy­tać. Will powie­dział powoli:

- Cie­szę się, że mogłeś zwie­rzyć się przy­naj­mniej przy­ja­cio­łom. Żałuję, że nie powie­dzia­łeś także mnie. - Przez chwilę był smutny. - Serce mi pęka na myśl, że drę­czą cię sny z Belia­lem i w dodatku trzy­masz je w sekre­cie. - Wziął kie­li­szek, jakby dopiero go zauwa­żył, i wypił łyk porto. - Sam widzia­łem śmierć - dodał cicho. - Wiem, jakie to straszne, być jej świad­kiem.

Na chwilę ojciec zapa­trzył się w dal, a James zasta­na­wiał się, co miał na myśli. I nagle przy­po­mniał sobie, że dawno temu Will trzy­mał w obję­ciach Jes­sa­mine, gdy ta umie­rała. Tak przy­zwy­czaił się do obec­no­ści jej ducha w Insty­tu­cie, że łatwo przy­szło mu zapo­mnieć, jak trau­ma­tyczna musiała być jej śmierć dla wszyst­kich. Ojciec zadbał, żeby łatwo o tym zapo­mnieli. Jego opty­mi­styczny spo­sób bycia sku­tecz­nie ukry­wał wszystko, przez co musiał przejść.

Magnus odchrząk­nął, a James pod­niósł wzrok i zoba­czył, że przy­gląda mu się błysz­czą­cymi kocimi oczami. Will zauwa­żył to i usiadł pro­sto, wyrwany z zadumy.

- O czym myślisz, Magnu­sie?

- Tylko o tym, że Belial był gotowy długo cze­kać, aż jego plany wzglę­dem Jamesa będą mogły się ziścić. Zasta­na­wiam się, jakie jesz­cze plany poczy­nił w tym cza­sie. Takie, o któ­rych nie mamy poję­cia. - Oczy Magnusa zabły­sły, gdy patrzył na Jamesa. - Muszę zapy­tać: o czym śni­łeś w powo­zie? Kiedy obu­dzi­łeś się z krzy­kiem?

W piersi Jamesa poczu­cie winy zaci­skało się jak supeł. Na­dal ukry­wał przed nimi sekret - sekret Cor­de­lii.

- Śniły mi się zbie­ra­jące się cie­nie - powie­dział. - Sta­łem w spa­lo­nym miej­scu i widzia­łem potwory pędzące przez powie­trze.

- To były demony? - zapy­tał Magnus.

- Nie wiem. Ich posta­cie były roz­myte, utkane z cie­nia. Pano­wał pół­mrok... Zupeł­nie, jak­bym nie był w sta­nie zmu­sić oczu do cał­ko­wi­tego otwar­cia się na te istoty. Są jed­nak czę­ścią jakie­goś planu Beliala wobec mnie. Prze­mó­wił do mnie.

- Co powie­dział? - zapy­tał cicho Magnus.

- "Budzą się".

Will ode­tchnął gło­śno przez nos.

- To nie było bar­dzo pomocne z jego strony. Co się budzi?

- Coś, co spało? - zasu­ge­ro­wał Magnus. - Naj­wy­raź­niej w prze­szło­ści Belial chciał, żebyś widział jego poczy­na­nia z całą wyra­zi­sto­ścią. Teraz chce cię utrzy­mać w nie­świa­do­mo­ści.

- Chce, żebym się bał - powie­dział James. - Oto czego chce.

- Nie bój się - odparł Will. - Kiedy tylko znaj­dziemy Lucie, wró­cimy do Lon­dynu. Teraz, kiedy wyja­śni­łeś nam sytu­ację, zgro­ma­dzimy wszel­kie zasoby, żeby sobie z nią pora­dzić.

James sta­rał się robić minę, jakby to dodało mu otu­chy. Wie­dział, że ojciec ma w sobie dużo wiary, jakiej jemu bra­ko­wało, prze­ko­na­nia, że nawet naj­bar­dziej skom­pli­ko­wany pro­blem można roz­wią­zać. James na­dal nie potra­fił sobie wyobra­zić życia, w któ­rym nie byłby zwią­zany z Belia­lem. Ten zwią­zek będzie ist­nieć, jak długo będzie żył Belial, a - jak wiele razy przy­po­mi­nano Jame­sowi - książę pie­kieł nie mógł umrzeć.

- Nie wypi­jesz porto? - zapy­tał Magnus. - Może cię tro­chę uspo­koić, pomoże ci odpo­cząć.

James pokrę­cił głową. Robiło mu się nie­do­brze na widok alko­holu i wie­dział, że nie tylko zde­ner­wo­wa­nie jest tego powo­dem. Cho­dziło o Mat­thew. Powra­cały do niego wspo­mnie­nia, odkąd pozbyli się bran­so­letki, wspo­mnie­nia nie tylko wyda­rzeń, ale wła­snych myśli i uczuć, rze­czy, o któ­rych zapo­mniał, rze­czy, które ode­pchnął w głąb umy­słu. Jego uczu­cia do Cor­de­lii... pra­gnie­nie, by zdjąć bran­so­letkę... ale także nie­po­kój spo­wo­do­wany piciem Mat­thew. Zupeł­nie jakby wpływ bran­so­letki kazał mu myśleć, że z Mat­thew jest wszystko w porządku, że nie musi mar­twić się niczym poza tym, czym bran­so­letka chciała, żeby się mar­twił. Coraz wyraź­niej widział, że coś było potwor­nie nie tak z Mat­thew i że jego stan się pogar­sza, ale bran­so­letka dbała o to, żeby nie mógł utrzy­mać tej myśli w gło­wie, nie mógł się na niej sku­pić. Przy­po­mniał sobie Nocny Targ w Lon­dy­nie, ośnie­żony zaułek i to, jak wark­nął na Mat­thew: "Powiedz mi, że jest ktoś, kogo kochasz bar­dziej niż butelkę w swo­jej ręce".

Wie­dział, ale nic nie zro­bił. Pozwo­lił, by bran­so­letka skie­ro­wała jego uwagę gdzie indziej. Zawiódł naj­lep­szego przy­ja­ciela. Zawiódł swo­jego para­ba­tai.

- Potrze­bu­jesz snu - orzekł Magnus. - Snu bez marzeń sen­nych, o ile to moż­liwe. Mia­łem nadzieję posłu­żyć się bar­dziej przy­ziemną metodą, ale...

James prze­łknął ślinę.

- Chyba nie jestem w sta­nie pić.

- To dam ci coś innego - powie­dział zde­cy­do­wa­nie Magnus. - Wodę z czymś bar­dziej magicz­nym niż alko­ho­li­zo­wane wino. Tobie też, Will?

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dział Will, a James uznał, że ojciec na­dal spra­wia wra­że­nie pogrą­żo­nego we wła­snych myślach. - Dawaj magiczne elik­siry.

Tej nocy James spał jak kamień, a jeśli jego ojciec wstał w nocy, żeby do niego zaj­rzeć, jakby James wciąż był małym chłop­cem, jeśli sie­dział obok niego na łóżku i śpie­wał mu po walij­sku, w języku, który już pra­wie zapo­mniał, to James niczego z tego nie pamię­tał po prze­bu­dze­niu.

***

- Jak widzisz... - zaczął Mat­thew, sze­ro­kim gestem wska­zu­jąc Boule­vard de Cli­chy - ...oto pie­kło.

Miał na sobie gruby płaszcz z kil­koma pele­ry­nami, przez co jego gest zyskał na dra­ma­tycz­no­ści.

- Jesteś bar­dzo szel­mow­ską osobą, Mat­thew Fair­child - powie­działa Cor­de­lia. - Bar­dzo.

Nie mogła jed­nak powstrzy­mać uśmie­chu, po czę­ści z powodu peł­nej wycze­ki­wa­nia miny Mat­thew, a po czę­ści ze względu na to, co poka­zy­wał jej na Mont­mar­trze.

Mont­mar­tre był jedną z bar­dziej skan­da­li­zu­ją­cych dziel­nic w tym skan­da­li­zu­ją­cym mie­ście. Tu znaj­do­wał się okryty złą sławą Moulin Rouge z czer­wo­nym wia­tra­kiem i pół­na­gimi tan­cer­kami. Cor­de­lia spo­dzie­wała się, że wła­śnie tam wylą­dują, ale Mat­thew, rzecz jasna, musiał się odróż­nić. Zamiast tego zabrał ją do Caba­ret de l'Enfer, czyli - cał­kiem dosłow­nie - Pie­kiel­nego Kaba­retu. Fron­towe wej­ście do tego przy­bytku wyglą­dało jak twarz demona z wyba­łu­szo­nymi czar­nymi śle­piami i rzę­dem kłów w gór­nej czę­ści otwar­tej pasz­czy, która peł­niła funk­cję drzwi.

- Nie musimy tam wcho­dzić, jeśli nie chcesz - powie­dział Mat­thew nieco poważ­niej niż zwy­kle.

Ujął w dłoń w ręka­wiczce pod­bró­dek Cor­de­lii i uniósł jej twarz, żeby spoj­rzała mu w oczy. Popa­trzyła na niego zasko­czona. Nie nosił kape­lu­sza, jego oczy były bar­dzo ciem­no­zie­lone w świe­tle wyle­wa­ją­cym się z L'Enfer.

- Pomy­śla­łem, że to cię roz­bawi, tak jak Hell Ruelle. A przy tym miej­scu Ruelle wygląda jak pokój zabaw dla dzieci.

Cor­de­lia się zawa­hała. Była świa­doma cie­pła jego ciała, gdy stał tak bli­sko, jego zapa­chu: wełny i wody koloń­skiej. Kiedy tak się ocią­gała, zamoż­nie ubrana para wysia­dła z fia­cre i weszła do L'Enfer, chi­cho­cząc.

Bogaci pary­ża­nie, pomy­ślała Cor­de­lia, bawiący się w dziel­ni­cach, które słyną z bied­nych arty­stów, przy­mie­ra­ją­cych gło­dem w swo­ich miesz­kan­kach na pod­da­szach. Świa­tło gazo­wych pochodni umo­co­wa­nych po obu stro­nach drzwi padło na ich twa­rze, gdy wcho­dzili do klubu. Cor­de­lia zauwa­żyła, że kobieta jest śmier­tel­nie blada i ma ciem­no­czer­wone usta.

Wam­pi­rzyca. Oczy­wi­ście, że Pod­ziemni ścią­gali do takiego miej­sca jak to. Cor­de­lia rozu­miała, co Mat­thew robi - stara się zapew­nić jej pod­nie­ce­nie podobne do Hell Ruelle, ale w nowym miej­scu, wol­nym od cię­żaru wspo­mnień. I czemu nie? Czego się oba­wiała, skoro już nie miała nic do stra­ce­nia?

Wypro­sto­wała się.

- Wejdźmy.

Wewnątrz schody pro­wa­dziły w dół do prze­pa­ści­stego salonu oświe­tlo­nego pochod­niami za aba­żu­rami z czer­wo­nego szkła, zabar­wia­ją­cymi wszystko szkar­ła­tem. W otyn­ko­wa­nych ścia­nach wyrzeź­biono krzy­czące twa­rze, a każda była inna; wyglą­dały jak maski zgrozy, bólu albo trwogi. Zło­cone wstęgi zwie­szały się z sufitu, a na każ­dej wid­niał cytat z Pie­kła Dan­tego, począw­szy od "W poło­wie drogi naszego żywota w pośród ciem­nego zna­la­złem się lasu", a skoń­czyw­szy na "Nie masz strasz­niej­szej bole­ści jak o dniach szczę­ścia wspo­mi­nać w nie­doli.2"

Na pod­ło­dze nama­lo­wano czer­wone i złote spi­rale, co, jak domy­ślała się Cor­de­lia, miało przy­wo­dzić na myśl wieczne ognie, w któ­rych płoną potę­pieńcy. Zna­leźli się na tyłach ogrom­nego pomiesz­cze­nia o wyso­kim skle­pie­niu, opa­da­ją­cego łagod­nie w kie­runku sceny na dru­gim końcu. Pomię­dzy wej­ściem i sceną stały nie­zli­czone kawiar­niane sto­liki, deli­kat­nie oświe­tlone i zapeł­nione głów­nie przez Pod­ziem­nych, cho­ciaż było tam też paru Przy­ziem­nych w wyra­fi­no­wa­nych stro­jach, z kie­lisz­kami absyntu w dło­niach. Bez wąt­pie­nia uwa­żali, że Pod­ziemni to zwy­kli ludzie, tak jak oni, tyle że w zabaw­nych kostiu­mach.

Przed­sta­wie­nie ewi­dent­nie jesz­cze się nie zaczęło i przy zatło­czo­nych sto­li­kach pano­wał gwar towa­rzy­szący roz­mo­wom. Na chwilę prze­rwano wiele z nich, kiedy ludzie odwra­cali się, żeby spoj­rzeć na Mat­thew i Cor­de­lię. Cor­de­lia zaczęła się zasta­na­wiać, jak czę­sto przy­cho­dzą tu Nocni Łowcy i czy są tu mile widziani.

A wtedy z odle­głego kąta poniósł się chór wyso­kich gło­si­ków:

- Mon­sieur Fair­child!

Z powodu dziw­nego, zabar­wio­nego świa­tła Cor­de­lia led­wie widziała, kto tło­czy się przy tym sto­liku. Skrzaty? Może piksy? W każ­dym razie miały skrzy­dła w róż­nych kolo­rach tęczy, nie wię­cej niż stopę wzro­stu i było ich ze dwa­dzie­ścioro. Ewi­dent­nie wszyst­kie znały Mat­thew i nie­wąt­pli­wie cie­szyły się na jego widok. Pośrodku ich sto­lika (przy­sto­so­wa­nego dla klien­tów ludz­kich roz­mia­rów) stała wielka misa na poncz wypeł­niona do połowy migo­czą­cym napo­jem, w któ­rym nie­które z nich pły­wały.

- Sta­rzy przy­ja­ciele? - zapy­tała z pew­nym roz­ba­wie­niem Cor­de­lia.

- Pomo­gli­śmy im raz z Anną, kiedy byli w nie­złych opa­łach - powie­dział Mat­thew. Poma­chał wesoło do faerie. - To nie­zwy­kła opo­wieść, w któ­rej nie zabrak­nie poje­dynku, wyścigu powo­zów i przy­stoj­nego księ­cia z Faerie. A przy­naj­mniej on sam twier­dził, że jest księ­ciem - dodał Mat­thew. - Zawsze mam wra­że­nie, że wszy­scy z Faerie są ksią­żę­tami albo księż­nicz­kami, zupeł­nie jak w książ­kach Lucie są same duchessy i diu­ko­wie.

- Nie zatrzy­muj przy­stoj­nego księ­cia tylko dla sie­bie - powie­działa Cor­de­lia, sztur­cha­jąc go w ramię. - Myślę, że chcia­ła­bym usły­szeć tę opo­wieść.

Mat­thew się roze­śmiał.

- W porządku, w porządku. Za chwilę. Muszę poroz­ma­wiać z wła­ści­cie­lem lokalu.

Odszedł, żeby poroz­ma­wiać z fau­nem, któ­rego rogi wyda­wały się zbyt roz­ło­ży­ste, żeby mógł przejść przez fron­towe drzwi. Obaj wiele razy uprzej­mie poki­wali gło­wami, zanim Mat­thew wró­cił i podał Cor­de­lii rękę. Pozwo­liła się zapro­wa­dzić do sto­lika bli­sko sceny. Kiedy usie­dli, zoba­czyła, że jarzące się świa­tła to nie są świece, jak zakła­dała, ale lśniące faerie, jesz­cze drob­niej­sze od tych, które przy­wi­tały Mat­thew.

Może to były błędne ogniki? Faerie umiesz­czony na ich sto­liku sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami pod szklaną kulą, ubrany w malutki brą­zowy gar­ni­tur. Spio­ru­no­wał ich wzro­kiem, gdy usie­dli. Mat­thew popu­kał w szkło.

- Nie jest to naj­bar­dziej eks­cy­tu­jąca praca, co? - zapy­tał współ­czu­jąco.

Faerie pod szkłem wzru­szył ramio­nami i poka­zał małą książkę, którą trzy­mał w rękach. Na nosie miał malut­kie oku­lary.

- Jakoś trzeba zara­biać - odpo­wie­dział z moc­nym nie­miec­kim akcen­tem i wró­cił do lek­tury.

Mat­thew zamó­wił dla obojga kawę, ścią­ga­jąc na sie­bie pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie kel­nera, które cał­ko­wi­cie zigno­ro­wał. Kaba­rety zara­biały naj­wię­cej na sprze­daży alko­holu, ale Cor­de­lia miała to w nosie. Była dumna z tego, że Mat­thew stara się zacho­wać trzeź­wość.

Mat­thew odchy­lił się na krze­śle.

- Zatem do rze­czy - powie­dział. - W zeszłym roku byli­śmy z Anną w Abbaye de Thél?me, noc­nym klu­bie nawią­zu­ją­cym sty­lem do klasz­toru, gdzie tan­ce­rze kan­kana ubie­rają się jak księża i zakon­nice. Rozu­miem, że to bar­dzo szo­ku­jące dla Przy­ziem­nych, pra­wie jak­bym otwo­rzył kaba­ret, gdzie Żela­zne Sio­stry i Cisi Bra­cia pozo­wa­liby nago.

Cor­de­lia roze­śmiała się, a faerie ze sto­lika spio­ru­no­wał ją wzro­kiem. Mat­thew opo­wia­dał dalej, tka­jąc ze słów i gestów zabawną opo­wieść, w któ­rej książę faerie ści­gany przez demo­nicz­nych zabój­ców scho­wał się za sto­li­kiem jego i Anny.

- Szybko się uzbro­ili­śmy - opo­wia­dał. - Nie wolno nam było wnieść broni do lokalu, więc musie­li­śmy impro­wi­zo­wać. Anna zabiła jed­nego demona nożem do chleba, a ja zmiaż­dży­łem dru­giemu czaszkę peklo­waną szynką. Anna cisnęła krąż­kiem sera jak dys­kiem. Kolejny zło­czyńca został zabity świeżo zapa­rzo­nym, paru­ją­cym espresso.

Cor­de­lia skrzy­żo­wała ręce na piersi.

- Niech zgadnę. Książę z Faerie roz­gnie­wał fran­cu­skich Pod­ziem­nych, zama­wia­jąc dobrze wysma­żony stek.

Mat­thew udał, że jej nie sły­szy.

- Na jed­nego demona rzu­ciło się mnó­stwo małych hała­śli­wych psów, wpro­wa­dzo­nych przez wła­ści­ciela do kaba­retu w nie­wy­ja­śniony spo­sób...

- Nie ma w tym słowa prawdy.

Mat­thew się roze­śmiał.

- Tak jak w przy­padku wszyst­kich naj­lep­szych histo­rii, część z tego to prawda.

- Das ist Blödsinn - mruk­nął faerie w lampce. - Moim zda­niem to stek bzdur.

Mat­thew prze­niósł lampkę na inny sto­lik. Zanim wró­cił, kel­ner podał kawę w maleń­kich cyno­wych fili­żan­kach. Kiedy Mat­thew usiadł, powie­dział cicho:

- Masz ze sobą stelę? Albo jakąś broń?

Cor­de­lia zamarła.

- Co się stało?

- Nic - odpo­wie­dział Mat­thew, bawiąc się uszkiem fili­żanki z kawą. - Zda­łem sobie sprawę, że wła­śnie skoń­czy­łem opo­wia­dać ci o impro­wi­zo­wa­nej broni, a ty...

- Nie mogę posłu­gi­wać się żadną bro­nią, bo wal­czy­ła­bym w jej imie­niu. - Cor­de­lia sta­rała się nie mówić tego z gory­czą, ale to się jej nie udało. Nie chciała wypo­wia­dać imie­nia Lilith na głos, ani też nie chciała dawać jej satys­fak­cji w postaci wła­snego gniewu, nawet jeśli nie był wyra­żony wprost. - Bra­kuje mi jed­nak Cor­tany. Czy to dziwne, że tęskni się za mie­czem?

- Nie, jeśli miecz ma praw­dziwą oso­bo­wość, a tak wła­śnie jest w przy­padku Cor­tany.

Cor­de­lia uśmiech­nęła się wdzięczna za oka­zane zro­zu­mie­nie. Wąt­piła, by Mat­thew apro­bo­wał fakt, że oddała miecz na prze­cho­wa­nie Ala­sta­irowi. Jej brat i Mat­thew na­dal się nie zno­sili. Dla­tego zacho­wała to dla sie­bie. Poza tym nie miała poję­cia, gdzie Ala­stair ukrył miecz. Zanim zdą­żyła powie­dzieć coś jesz­cze, świa­tła nad nimi zaczęły przy­ga­sać, poja­śniało nato­miast na sce­nie.

Roz­mowy uci­chły, cisza zale­gła w pomiesz­cze­niu i nagle zro­biło się upior­nie. W tej ciszy roz­le­gły się kroki i po paru chwi­lach na scenę wyszła kobieta. Cza­row­nica, domy­śliła się Cor­de­lia, bo kobietę ota­czała nie­uchwytna aura kon­tro­lo­wa­nej mocy. Jej włosy były szare jak żelazo, zwi­nięte w kok na tyle głowy, ale twarz miała cał­kiem młodą. Nosiła ciem­no­nie­bie­ską szatę hafto­waną w sym­bole pla­net i gwiazd.

Miała nie­bie­ską prze­pa­skę z jedwa­biu na oczach, co jed­nak nie prze­szko­dziło jej w zorien­to­wa­niu się, kiedy doszła na śro­dek sceny. Wycią­gnęła ręce w stronę widowni i otwo­rzyła dło­nie. Cor­de­lii wyrwał się zdu­szony okrzyk. Pośrodku obu dłoni cza­row­nica miała ludz­kie oko oko­lone dłu­gimi rzę­sami, zie­lone, bystre, patrzące zna­cząco.

- Impo­nu­jące zna­mię cza­row­nika, nie uwa­żasz? - szep­nął Mat­thew.

- Będzie prze­po­wia­dała przy­szłość? - zapy­tała Cor­de­lia.

- Madame Doro­thea jest medium - wyja­śnił Mat­thew. - Twier­dzi, że może roz­ma­wiać z umar­łymi, co mówi każdy spi­ry­ty­sta, ale ona jest cza­row­nicą. Moż­liwe, że coś w tym jest.

- Bon soir, mes amis - powie­działa cza­row­nica. Była drobną kobietą, a jed­nak jej głos, niski i mocny jak kawa, niósł się aż na kra­niec sali. - Jestem madame Doro­thea, ale uwa­żaj­cie mnie za Cha­rona, dziecko Nocy, który kur­suje na swoim pro­mie po rzece oddzie­la­ją­cej żywych od mar­twych. Podob­nie jak w przy­padku Cha­rona, moim domem w rów­nym stop­niu jest życie, jak i śmierć. Moc, jaką uzy­skuję poprzez tę... - unio­sła dło­nie - ...drugą parę oczu, pozwala mi spo­strzec światy pomię­dzy i poza świa­tami.

Pode­szła do brzegu sceny. Oczy na jej dło­niach zamru­gały, obró­ciły się w oczo­do­łach, przy­glą­da­jąc się widowni.

- Jest tu ktoś - powie­działa madame Doro­thea. - Ktoś, kto stra­cił brata. Uko­cha­nego brata, który błaga, żeby został wysłu­chany... przez swo­jego brata, Jean-Pierre'a. - Unio­sła głos. - Jean-Pierre, czy jesteś tu?

Zapa­dło mil­cze­nie i wil­ko­łak w śred­nim wieku powoli wstał od sto­lika w głębi sali.

- Tak? Ja jestem Jean-Pierre Arland. - Jego głos brzmiał słabo wśród ciszy.

- Czy stra­ci­łeś brata?! - zawo­łała madame Doro­thea.

- Zmarł dwa lata temu.

- Mam wia­do­mość od niego - powie­działa madame Doro­thea. - Od Claude'a. To jego imię, zga­dza się?

Cała sala mil­czała. Cor­de­lia czuła, że sama ma dło­nie mokre od napię­cia. Czy Doro­thea naprawdę komu­ni­ko­wała się z umar­łymi? Lucie to potra­fiła, Cor­de­lia widziała, że to jest moż­liwe, więc nie rozu­miała, dla­czego tak bar­dzo się dener­wuje.

- Tak - odpo­wie­dział ostroż­nie Arland. On chce wie­rzyć, pomy­ślała Cor­de­lia, ale nie jest prze­ko­nany. - Co... Co on mówi?

Madame Doro­thea zamknęła dło­nie. Kiedy otwo­rzyła je znowu, zie­lone oczy mru­gały gwał­tow­nie. Powie­działa niskim, chra­pli­wym gło­sem:

- Jean-Pierre. Musisz je oddać.

Wil­ko­łak był zbity z tropu.

- Co takiego?

- Kur­czaki! - odpo­wie­działa madame Doro­thea. - Musisz je oddać!

- D-dobrze - odpo­wie­dział zdu­miony Jean-Pierre. - Dobrze, Claude...

- Musisz oddać je wszyst­kie! - wykrzyk­nęła madame Doro­thea.

Spa­ni­ko­wany Jean-Pierre rozej­rzał się, a potem czmych­nął przez drzwi.

- Może je zjadł - szep­nął Mat­thew.

Cor­de­lia chciała się uśmiech­nąć, ale dziwne wra­że­nie nie­po­koju wciąż jej nie opusz­czało. Patrzyła, jak Doro­thea otrząsa się, pio­ru­nuje wzro­kiem widow­nię oczami na dło­niach.

- Myśla­łem, że będziemy mogli zada­wać pyta­nia! - krzyk­nął ktoś z kąta sali.

- Naj­pierw wia­do­mo­ści! - wark­nęła już wła­snym gło­sem madame Doro­thea. - Umarli wyczu­wają przej­ście. Pędzą, by prze­ka­zać swoje słowa. Trzeba pozwo­lić im mówić. - Oczy na dło­niach zamknęły się i ponow­nie otwo­rzyły. - Jest tu ktoś - powie­działa. - Ktoś, kto stra­cił ojca. - Zie­lone oczy obró­ciły się i ich spoj­rze­nie zatrzy­mało się na Cor­de­lii. - Une chas­seuse des ombres.

Nocna Łow­czyni.

Cor­de­lia zamarła, gdy w sali roz­le­gły się szepty - więk­szość gości nie wie­działa, że są wśród nich Nocni Łowcy. Zer­k­nęła szybko na Mat­thew - czy on o tym wie­dział? - ale robił wra­że­nie rów­nie zasko­czo­nego jak Cor­de­lia. Prze­su­nął do niej dłoń po bla­cie, ich palce się musnęły.

- Możemy wyjść...

- Nie - szep­nęła Cor­de­lia. - Nie, chcę zostać.

Pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła, że madame Doro­thea wbija w nią wzrok. Świa­tła przy brzegu sceny rzu­cały jej cień na ścianę; był wielki i czarny. Kiedy unio­sła ręce, rękawy jej szaty wyglą­dały jak ciemne skrzy­dła.

- Cor­de­lio, twój ojciec tu jest - powie­działa cał­kiem zwy­czaj­nie madame Doro­thea, a jej głos stał się teraz dziw­nie cichy, jakby chciała, żeby tylko Cor­de­lia ją sły­szała. - Posłu­chasz go?

Cor­de­lia chwy­ciła się brzegu sto­lika. Ski­nęła głową, świa­doma, że wpa­truje się w nią cały kaba­ret. Ujaw­niała sie­bie, wła­sną żałobę. Nie potra­fiła jed­nak się powstrzy­mać.

Kiedy madame Doro­thea ode­zwała się znowu, mówiła niż­szym gło­sem, nie szorstko, ale z modu­la­cją, po angiel­sku, bez śladu fran­cu­skiego akcentu.

- Lajlo - powie­działa, a Cor­de­lia cał­ko­wi­cie zamarła. To był on. To nie mógł być nikt inny; kto mógł znać jej rodzinne prze­zwi­sko? - Ogrom­nie mi przy­kro, Lajlo.

- Ojcze - szep­nęła.

Zer­k­nęła szybko na Mat­thew. Był wstrzą­śnięty.

- Tak wiele chciał­bym ci powie­dzieć, ale muszę cię przede wszyst­kim ostrzec - mówił Elias. - Nie będą cze­kać. A naj­ostrzej­sza broń leży tuż pod ręką.

W klu­bie roz­le­gły się szmery, osoby zna­jące angiel­ski tłu­ma­czyły słowa dla pozo­sta­łych.

- Nie rozu­miem - powie­działa Cor­de­lia z pewną trud­no­ścią. - Kto nie będzie cze­kał?

- Z cza­sem przyj­dzie smu­tek - cią­gnął Elias. - Ale nie żal. Będzie cisza, ale nie będzie pokoju.

- Ojcze...

- Budzą się - powie­dział Elias. - Jeśli nie mogę ci powie­dzieć nic wię­cej, to pozwól, że powiem ci to jedno: Budzą się. Nie można tego powstrzy­mać.

- Ale ja nie rozu­miem - zapro­te­sto­wała znowu Cor­de­lia. Zie­lone oczy Doro­thei wpa­try­wały się w nią puste jak kartka papieru, bez cie­nia współ­czu­cia. - Kto się budzi?

- Nie my - odpo­wie­dział Elias. - My, któ­rzy już nie żyjemy. My mamy szczę­ście.

I po tych sło­wach madame Doro­thea osu­nęła się na zie­mię.

4. Pobłogosławiony duch

4

Pobło­go­sła­wiony duch

"Gdy spró­bo­wa­łem się poru­szyć,

Cał­kiem nie czu­łem ciała swego,

Jak­bym zmarł we śnie i się zmie­nił

W ducha pobło­go­sła­wio­nego"3.

Samuel Tay­lor Cole­ridge Rymy o sta­rym mary­na­rzu

Mal­colm led­wie usie­dział przy stole te kilka minut potrzeb­nych do zje­dze­nia kola­cji. Wła­ści­wie to spra­wiał wra­że­nie znie­cier­pli­wio­nego, kiedy kilka godzin po zmierz­chu Lucie zauwa­żyła, że powinni coś zjeść. Podej­rze­wała, że minęło sporo czasu, odkąd Mal­colm gościł kogoś w swoim domu. I pew­nie rzadko zawra­cał sobie głowę sia­da­niem i jedze­niem praw­dzi­wego posiłku przy stole jadal­nia­nym. Zapewne gdy głod­niał, wycza­ro­wy­wał sobie coś do jedze­nia tam, gdzie aku­rat prze­by­wał.

Cho­ciaż zrzę­dził z tego powodu, w końcu wyjął tale­rze na danie, które, jak wyja­śnił, jest pro­ste, ale tra­dy­cyjne dla korn­wa­lij­skich wio­sek rybac­kich: sar­dynki gril­lo­wane nad ogniem, wiel­kie pajdy chleba, na któ­rych skórce można poła­mać zęby, okrą­gły kre­mowy ser i dzba­nek cydru. Lucie rzu­ciła się na jedze­nie, jakby nie jadła od wielu dni - co rze­czy­wi­ście miało miej­sce, zdała sobie sprawę.

Jesse przyj­rzał się sar­dyn­kom z nie­uf­no­ścią, a one odpo­wie­działy mu spoj­rze­niem szkli­stych ślepi, ale w końcu pogo­dził się z sytu­acją i zjadł kilka. Obser­wo­wa­nie Jes­sego przy jedze­niu tak pochło­nęło Lucie, że pra­wie zapo­mniała o wła­snym gło­dzie. Cho­ciaż musiał jeść w cza­sie, kiedy ona spała, to ewi­dent­nie na­dal była to dla niego nowinka. Przy każ­dym kęsie przy­my­kał oczy, zli­zał nawet roz­lany cydr z pal­ców z wyra­zem twa­rzy, od któ­rego wnętrz­no­ści Lucie się splą­tały.

Dopiero w poło­wie posiłku przy­szło jej do głowy, by zapy­tać Mal­colma, skąd wziął jedze­nie. Ona i Jesse popa­trzyli po sobie ze zgrozą, kiedy przy­znał, że zwę­dził je rodzi­nie, która wła­śnie miała usiąść do kola­cji.

- Będą obwi­niać piksy - odpo­wie­dział.

Podobno to były miej­scowe psotne faerie.

Lucie przez chwilę czuła się winna, a potem uznała, że odda­nie teraz resz­tek i tak nie ma sensu, więc spró­bo­wała prze­stać o tym myśleć.

Led­wie tale­rze zro­biły się puste, Mal­colm pode­rwał się i znowu wyszedł. Zaj­rzał jesz­cze do jadalni, żeby powie­dzieć im, że mogą wsta­wić wodę w czaj­niku, jeśli mają ochotę, i zosta­wił ich samych tak szybko, że fron­towe drzwi tylko zatrzę­sły się na zawia­sach, gdy zatrza­snął je za sobą.

- Cie­kawe, dokąd cho­dzi? - powie­dział Jesse. Odgryzł deli­kat­nie kawa­łek tarty z melasą. - Przez więk­szość czasu go nie ma, wiesz? Nawet kiedy byłaś nie­przy­tomna.

- Nie wiem, dokąd dokład­nie cho­dzi - odpo­wie­działa Lucie. - Ale wiem, że pró­buje dowie­dzieć się cze­goś wię­cej na temat tego, co się stało z Anna­bel Black­thorn.

- Och, z jego wielką utra­coną miło­ścią? - zapy­tał Jesse, a kiedy Lucie spoj­rzała zasko­czona, uśmiech­nął się. - Mal­colm opo­wie­dział mi tro­chę. Kochali się, kiedy byli dziećmi, ale jej rodzina tego nie pochwa­lała. Stra­cił ją w tra­gicz­nych oko­licz­no­ściach i teraz nawet nie wie, gdzie pocho­wano jej ciało.

Lucie poki­wała głową.

- Myślał, że została Żela­zną Sio­strą, ale oka­zało się, że ni­gdy do tego nie doszło. Tak mu po pro­stu powie­działa jej rodzina, żeby prze­stał jej szu­kać.

- O tym mi nie wspo­mniał. Powie­dział mi za to, żebym się nie mar­twił, ponie­waż Black­thor­no­wie, któ­rzy go oszu­kali, to tylko moi dalecy krewni.

- O rety. Co odpo­wie­dzia­łeś?

Spoj­rzał na nią kpiar­sko.

- Że gdy­bym miał być odpo­wie­dzialny za fatalne postępki moich bli­skich, to mam poważ­niej­sze pro­blemy wśród znacz­nie bliż­szych krew­nych.

Na wspo­mnie­nie o Tatia­nie Lucie zadrżała. Jesse natych­miast się zanie­po­koił.

- Powin­ni­śmy przejść do bawialni? Tam jest napa­lone.

Lucie uznała, że to dosko­nały pomysł. Wyjęła wcze­śniej notes i pióro z kufra w sypialni i myślała, że może tro­chę popi­sze po kola­cji.

Poszli do pokoju. Jesse poszu­kał szala dla Lucie, żeby miała się w co zawi­nąć, a potem pod­szedł do kominka, przy­klęk­nął i zaczął sztur­chać żarzące się węgielki pogrze­ba­czem. Lucie, która wyjąt­kowo nie miała chęci się­gać po pióro, zwi­nęła się na kana­pie i go obser­wo­wała. Zasta­na­wiała się, czy kie­dy­kol­wiek prze­sta­nie zdu­mie­wać się real­no­ścią tego nowego Jes­sego. Skóra zaru­mie­niła mu się od żaru ognia, pod­wi­nął rękawy do łokci i mię­śnie przed­ra­mion napi­nały się, gdy poru­szał rękami.

Wstał i odwró­cił się do niej. Lucie nabrała gwał­tow­nie powie­trza. Jego twarz była piękna - wie­działa to już wcze­śniej, rzecz jasna, miał tę samą twarz co zawsze - ale daw­niej była wyprana z kolo­rów, wybla­kła, odle­gła. Teraz jarzyła się bla­dym ogniem. Cały Jesse zyskał fak­turę i głę­bię, jakiej nie miał wcze­śniej, roz­ta­czał wra­że­nie cze­goś praw­dzi­wego, czego można dotknąć. Miał też led­wie widoczne cie­nie pod oczami - czyżby źle sypiał? Spa­nie musi wyda­wać mu się dziwne; od tak dawna tego nie robił.

- Jesse... - ode­zwała się cicho. - Coś się stało?

Uniósł lekko kącik ust.

- Znasz mnie tak dobrze.

- Nie aż tak - odpo­wie­działa. - Wiem, że coś cię gry­zie, ale nie wiem co.

Wahał się chwilę, a potem odpo­wie­dział z bra­wurą, jakby rzu­cał się głową naprzód w nie­znaną ciem­ność:

- Cho­dzi o moje Znaki.

- Twoje... Znaki?

Wycią­gnął przed nią nagie przed­ra­miona. Wstała, odrzu­ca­jąc szal; było jej cie­pło. Pode­szła do niego; nie zauwa­żyła wcze­śniej Zna­ków, bo nie­mal wszy­scy, któ­rych znała, je mieli. Na grzbie­cie pra­wej dłoni miał starą bli­znę po nie­uda­nym runie Wzroku, w zgię­ciu lewego łok­cia miał run Aniel­skiej Mocy. Wie­działa, że ma jesz­cze cztery inne: Siłę na piersi, Szyb­kość i Pre­cy­zję na lewej ręce i nowy run Wzroku na grzbie­cie lewej dłoni.

- Te nie należą do mnie - powie­dział, patrząc na runy Wzroku i enkeli. - Należą do zmar­łych ludzi, ludzi, któ­rych zamor­do­wał Belial, posłu­gu­jąc się moimi rękami. Od dziecka chcia­łem mieć runy, ale teraz czuję się, jak­bym nosił ślady ich śmieci na ciele.

- Jesse, to nie twoja wina. Nic z tego nie jest twoją winą. - Ujęła jego twarz i zmu­siła go, żeby spoj­rzał jej w oczy. - Posłu­chaj mnie. Mogę tylko wyobra­żać sobie, jakie to musi być potworne uczu­cie, ale nie mia­łeś nad tym żad­nej kon­troli. I kiedy... kiedy wró­cimy do Lon­dynu, jestem pewna, że będzie można usu­nąć runy, a ty będziesz mógł nało­żyć sobie nowe, które będą twoje wła­sne, jeśli tak zde­cy­du­jesz. - Pochy­liła głowę. Teraz ich twa­rze znaj­do­wały się kilka cali od sie­bie. - Wiem, jak to jest otrzy­mać od Beliala coś, o co nie pro­si­łeś, czego nie chcia­łeś.

- Lucie... to co innego...

- Nie­prawda - szep­nęła. - Ty i ja jeste­śmy pod tym wzglę­dem podobni. Mam tylko nadzieję, że zawsze będę rów­nie dzielna, jak ty byłeś, że będę zno­sić to rów­nie dobrze jak ty...

Poca­ło­wał ją. Nabrała gwał­tow­nie powie­trza tuż przy jego ustach, zsu­nęła dło­nie na jego ramiona i przy­warła do niego. Cało­wali się już wcze­śniej, na Noc­nym Targu. To jed­nak było coś zupeł­nie innego. To była taka sama róż­nica jak mię­dzy słu­cha­niem, jak ktoś opi­suje ci jakiś kolor, i ujrze­niem go wresz­cie na wła­sne oczy.

Wsu­nął dło­nie w jej włosy, plą­cząc pal­cami grube pasma. Czuła, jak jego ciało zmie­nia się, gdy ją obej­muje, jak napi­nają mu się mię­śnie, jak bucha mię­dzy nimi żar. Otwo­rzyła usta dla niego, nie­mal zaszo­ko­wana wła­snym bra­kiem opo­rów. Sma­ko­wał cydrem i mio­dem. Jego ręce zsu­nęły się, ujęły ją za łopatki, prze­su­nęły się po łuku ple­ców. Lucie czuła, jak szybko bije mu serce, gdy przy­ci­ska ją do sie­bie, sły­szała niski jęk nara­sta­jący w jego gar­dle. Drżał, szep­tał przy jej ustach, powta­rza­jąc jej imię: "Lucie, Lucie", a ona czuła się żywa jak ni­gdy dotąd.

Zakrę­ciło jej się w gło­wie, jakby miała upaść. Jakby miała spaść w ciem­ność. Tak samo jak w wizjach albo snach, jakie miała, gdy leżała na wpół przy­tomna w łóżku. Czuła się tak jak wtedy, gdy go wskrze­siła - jakby zatra­cała sie­bie, jakby tra­ciła wszystko, co łączy ją z real­nym świa­tem.

- Och... - Odsu­nęła się zdez­o­rien­to­wana. Zamru­gała. Spoj­rzała w jego pło­nące zie­lone oczy i zoba­czyła, że wzrok mu pociem­niał od pożą­da­nia. - Niech to licho...

Zaru­mie­niony i bar­dzo potar­gany Jesse zapy­tał:

- Nic ci nie jest?

- Na chwilę zakrę­ciło mi się w gło­wie... Pew­nie na­dal jestem zmę­czona i czuję się tro­chę roz­chwiana - odpo­wie­działa ze smut­kiem. - Co jest okropne, bo naprawdę podo­bał mi się ten poca­łu­nek.

Jes­semu zaparło dech w piersi. Wyglą­dał na oszo­ło­mio­nego, jakby wła­śnie ktoś go gwał­tow­nie obu­dził.

- Nie mów takich rze­czy, bo wtedy mam ochotę znowu cię poca­ło­wać. A pew­nie nie powi­nie­nem, jeśli czu­jesz się... roz­chwiana.

- Może poca­łuj mnie w szyję - zasu­ge­ro­wała, patrząc na niego spod rzęs.

- Lucie... - Nabrał z drże­niem powie­trza, poca­ło­wał ją w poli­czek i odsu­nął się o krok. - Zapew­niam cię, że miał­bym trud­ność, żeby się na tym zatrzy­mać. Co ozna­cza, że wezmę teraz pogrze­bacz i zajmę się ogniem, jak każe przy­zwo­itość.

- A jeśli spró­buję cię znowu poca­ło­wać, to przy­ło­żysz mi pogrze­ba­czem? - Uśmiech­nęła się.

- W żad­nym razie. Zro­bię to, co każdy dżen­tel­men zro­bić powi­nien, i zdzielę sie­bie pogrze­ba­czem, a ty sama możesz wyja­śnić tę jatkę Mal­col­mowi, kiedy już wróci.

- Wąt­pię, żeby Mal­colm zamie­rzał zostać tu dłu­żej. - Lucie wes­tchnęła, patrząc na iskry pod­ska­ku­jące na kominku, tań­czące złote i czer­wone dro­biny. - W pew­nym momen­cie będzie musiał wró­cić do Lon­dynu. Jest w końcu Naj­wyż­szym Cza­row­ni­kiem.

- Lucie - powie­dział cicho Jesse. Odwró­cił się, żeby przez chwilę popa­trzeć na ogień. Świa­tło tań­czyło w jego oczach. - A jakie my mamy plany na przy­szłość? Będziemy musieli wró­cić do świata.

Lucie prze­tra­wiła jego słowa.

- Pew­nie jeśli Mal­colm nas stąd wyrzuci, możemy zostać roz­bój­ni­kami napa­da­ją­cymi na podróż­nych. Będziemy okra­dać tylko okrut­nych i nie­spra­wie­dli­wych, rzecz jasna.

Jesse uśmiech­nął się nie­chęt­nie.

- Nie­stety sły­sza­łem, że moż­li­wość upra­wia­nia tego fachu dra­stycz­nie zma­lała z racji wzro­stu popu­lar­no­ści auto­mo­bi­lów.

- To zwią­żemy się z cyr­kiem.

- Nie­stety prze­ra­żają mnie klauni i sze­ro­kie pasy.

- To wsko­czymy na pokład parowca pły­ną­cego do Europy - powie­działa Lucie, któ­rej nagle spodo­bał się ten pomysł. - I zosta­niemy wędrow­nymi muzy­kami.

- Strasz­nie fał­szuję - odparł Jesse. - Lucie...

- A co twoim zda­niem powin­ni­śmy zro­bić?

Wziął głę­boki wdech.

- Myślę, że powin­naś wró­cić do Lon­dynu beze mnie.

Lucie cof­nęła się krok.

- Nie. Nie zro­bię tego. Ja...

- Masz rodzinę, która cię kocha. Ni­gdy mnie nie zaak­cep­tują... Byłoby sza­leń­stwem ocze­ki­wać cze­goś innego, a nawet gdyby... - Pokrę­cił głową sfru­stro­wany. - Nawet gdyby zaak­cep­to­wali mnie, to jak wyja­śni­liby Enkla­wie moje ist­nie­nie, nie ścią­ga­jąc na sie­bie maka­brycz­nych kło­po­tów? Nie chcę odbie­rać im cie­bie. Musisz do nich wró­cić. Powie­dzieć im to, co trzeba, wymy­ślić coś, mniej­sza o szcze­góły. Ja będę trzy­mał się z dala, żeby nie spa­dło na cie­bie żadne oskar­że­nie z powodu tego, co zro­bi­łaś.

- Co zro­bi­łam? - powtó­rzyła nie­mal szep­tem.

Oczy­wi­ście potwor­nie czę­sto myślała o zgro­zie, jaka ogar­nę­łaby jej przy­ja­ciół i rodzinę, gdyby poznali zasięg jej mocy. Gdyby się dowie­dzieli, że nie tylko widzi duchy, ale i panuje nad nimi. Że roz­ka­zała Jes­semu powró­cić z mrocz­nego świata pomię­dzy, gdzie uwię­ziła go Tatiana. Że zawle­kła go z powro­tem przez próg mię­dzy życiem a śmier­cią, cisnęła go znów do świata żywych. Bo taka była jej wola.

Oba­wiała się tego, co mogliby pomy­śleć; nie prze­wi­działa, że Jesse też się prze­razi jej mocą.

- To ja spro­wa­dzi­łam cię z powro­tem - oznaj­miła sztywno. - Mam wobec cie­bie zobo­wią­za­nia. Nie możesz zostać tutaj i... zostać ryba­kiem w Korn­wa­lii... i ni­gdy wię­cej nie zoba­czyć Grace! Nie ja jedna mam rodzinę.

- Pomy­śla­łem o tym i oczy­wi­ście, że zoba­czę się z Grace. Napi­szę do niej naj­pierw, gdy już to będzie bez­pieczne. Roz­ma­wia­łem z Mal­col­mem. Uważa, że naj­le­piej będzie, jeśli prze­niosę się Bramą do odle­głego Insty­tutu i przed­sta­wię się jako Nocny Łowca tam, gdzie nikt nie zna mojej twa­rzy ani mojej rodziny.

Lucie zamarła. Nie zda­wała sobie sprawy, że Mal­colm i Jesse oma­wiali plany, roz­ma­wiali o niej, kiedy była nie­przy­tomna. Nie podo­bała jej się ta myśl.

- Jesse, to idio­tyczne. Nie chcę, żebyś żył na takim... wygna­niu.

- Przy­naj­mniej będę żył - odpo­wie­dział. - Dzięki tobie.

Pokrę­ciła głową.

- Nie spro­wa­dzi­łam cię z powro­tem do żywych, żebyś... - "Żebyś mógł ode mnie odejść", pra­wie powie­działa, ale ugry­zła się w język.

Usły­szała hałas przy fron­to­wych drzwiach. Oboje spoj­rzeli po sobie skon­ster­no­wani.

- Co to mogło być? - szep­nęła Lucie.

- Pew­nie nic takiego. Może ktoś z wio­ski szuka Mal­colma. Pójdę, otwo­rzę.

Jesse wziął pogrze­bacz i wyszedł z pokoju. Lucie ruszyła za nim pośpiesz­nie, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego Black­thor­no­wie tak bar­dzo lubią wyko­rzy­sty­wać przy­rządy komin­kowe w cha­rak­te­rze broni.

Zanim Jesse dotarł do drzwi, Lucie sta­nęła przed nim - instynkt kazał jej chro­nić go nawet wtedy, kiedy tego nie potrze­bo­wał. Ode­pchnęła go na bok i otwo­rzyła drzwi z impe­tem. Wytrzesz­czyła oczy po czę­ści ze zgrozy, po czę­ści z ulgi, widząc trzy postaci w zimo­wych płasz­czach, zaru­mie­nione od zimna i dłu­giego spa­ceru pod górę.

Jej brat. Jej ojciec. I Magnus Bane.

***

Cor­de­lii śniło się, że stoi na wiel­kiej sza­chow­nicy cią­gną­cej się w nie­skoń­czo­ność pod rów­nie nie­skoń­czo­nym noc­nym nie­bem. Gwiazdy migo­tały w czerni jak roz­rzu­cone dia­menty. Gdy tak patrzyła, jej ojciec w roz­dar­tym, zakrwa­wio­nym płasz­czu wszedł chwiej­nym kro­kiem na sza­chow­nicę. Padł na kolana, a ona rzu­ciła się bie­giem w jego stronę, lecz cho­ciaż bie­gła naj­szyb­ciej, jak potra­fiła, nie mogła poko­nać dzie­lą­cej ich odle­gło­ści. Sza­chow­nica na­dal roz­cią­gała się mię­dzy nimi, krew roz­le­wała się wokół niego na czarno-bia­łych polach.

- Baba! Baba! - krzy­czała. - Tatu­siu, pro­szę!

Sza­chow­nica odsu­nęła się od niej i nagle Cor­de­lia stała w bawialni przy Cur­zon Street, a blask ognia roz­le­wał się po sza­chow­nicy, na któ­rej tak czę­sto grała z Jame­sem. James stał przy kominku z ręką opartą na półce. Odwró­cił się, żeby na nią spoj­rzeć, bole­śnie piękny w świe­tle pło­mieni. Jego oczy miały kolor sto­pio­nego złota.

Te oczy w ogóle jej nie pozna­wały.

- Kim jesteś? - zapy­tał. - Gdzie jest Grace?

Cor­de­lia obu­dziła się ze zdu­szo­nym krzy­kiem, zawi­nięta cia­sno w pościel. Wyplą­tała się szar­pana odru­chem wymiot­nym, wbi­ja­jąc palce w poduszkę. Tęsk­niła za matką, za Ala­sta­irem. Za Lucie. Ukryła twarz w rękach, cała się trzę­sła.

Drzwi do jej sypialni otwo­rzyły się rap­tow­nie, jasne świa­tło wpa­dło do pokoju. W progu stał obry­so­wany świa­tłem potar­gany Mat­thew, ubrany w szla­frok.

- Usły­sza­łem krzyk - wyja­śnił pośpiesz­nie. - Co się stało?

Cor­de­lia ode­tchnęła głę­boko i roz­luź­niła pię­ści.

- Nic. To tylko sen. Śni­łam... że ojciec mnie woła. Prosi, żebym go ura­to­wała.

Usiadł obok niej, mate­rac ugiął się pod jego cię­ża­rem. Pach­niał kojąco - mydłem i wodą koloń­ską. Wziął ją za rękę i trzy­mał, aż jej puls zwol­nił.

- Jeste­śmy tacy sami - powie­dział. - Cho­ru­jemy na duszach z powodu sta­rych ran. Wiem, że się obwi­niasz za Lilith, za Jamesa, ale musisz prze­stać, Daisy. Oboje wyzdro­wiejmy z naszych cho­rób duszy. Tu, w Paryżu, prze­zwy­cię­żymy ból.

Trzy­mał ją za rękę, aż zasnęła.

***

James nie był pewien, jakiej reak­cji spo­dzie­wał się po Lucie na ich widok, ale mimo wszystko zdę­biał, gdy strach roz­bły­snął na jej twa­rzy.

Cof­nęła się o krok, pra­wie prze­wra­ca­jąc chłopca, który stał obok niej - Jes­sego Black­thorna, to był Jesse Black­thorn! - i unio­sła ręce, jakby chciała ich ode­pchnąć. Jakby chciała ode­pchnąć Jamesa i wła­snego ojca.

- O rety - mruk­nął Magnus.

James uznał, że to duże nie­do­po­wie­dze­nie. Był wyczer­pany do szpiku kości - wycień­czyły go kosz­mary prze­ry­wa­jące nie­wy­godną podróż powo­zem, spo­wiedź przed Magnu­sem i ojcem oraz długa, mokra wędrówka po śli­skim kli­fie do domu Mal­colma Fade'a. Mimo to wyraz twa­rzy Lucie - nie­po­kój, strach - spra­wił, że natych­miast chciał sta­nąć w jej obro­nie.

- Luce - powie­dział, wcho­dząc do chaty. - Już wszystko w porządku...

Lucie spoj­rzała na niego z prze­lotną wdzięcz­no­ścią, a potem wzdry­gnęła się, kiedy Will wyjął ostrze zza pasa, wszedł do domu i zła­pał Jes­sego Black­thorna za przód koszuli. Ze szty­le­tem w pię­ści, z furią w oczach, pchnął chło­paka na ścianę.

- Prze­brzy­dły duchu - wark­nął. - Coś ty zro­bił mojej córce, żeby zmu­sić ją, by cię tu spro­wa­dziła? Gdzie jest Mal­colm Fade?

- Tato, nie... - Lucie rzu­ciła się do Willa, ale James zła­pał ją za rękę.

Rzadko widy­wał ojca roz­gnie­wa­nego, ale Will był skłonny do wybu­chów, gdy już go ponio­sło, a nic tak nie roz­nie­cało jego gniewu, jak nie­bez­pie­czeń­stwo gro­żące jego wła­snej rodzi­nie.

- Tad - rzu­cił nagląco James. Posłu­gi­wał się walij­skim sło­wem ozna­cza­ją­cym "ojca" tylko wtedy, kiedy naprawdę chciał zwró­cić uwagę Willa. - Pocze­kaj.

- Tak, pro­szę, pocze­kaj - wtrą­ciła się Lucie. - Prze­pra­szam, że wyje­cha­łam tak nagle, ale nie rozu­miesz...

- Rozu­miem, że to był trup, któ­rego opę­tał Belial - powie­dział Will, trzy­ma­jąc ostrze przy gar­dle Jes­sego.

Chło­pak ani drgnął. Nie poru­szył się, odkąd Will go zła­pał. Nie ode­zwał się też ani sło­wem. Był bar­dzo blady (cóż, tego nale­żało się spo­dzie­wać, pomy­ślał James), jego zie­lone oczy pło­nęły. Ręce trzy­mał opusz­czone przy bokach, jakby mówił "Widzi­cie? Nie sta­no­wię zagro­że­nia".

- Rozu­miem, że moja córka ma mięk­kie serce i myśli, że może ura­to­wać każ­dego padłego wró­bla - cią­gnął Will. - Rozu­miem, że mar­twi nie mogą ożyć, o ile żywi nie zapłacą strasz­li­wej ceny.

James, Lucie i Magnus zaczęli mówić wszy­scy naraz. Will powie­dział coś w zło­ści, czego James nie dosły­szał. Magnus, ewi­dent­nie sfru­stro­wany, pstryk­nął pal­cami. Nie­bie­skie iskry sko­czyły ku nim, świat nagle cał­ko­wi­cie ucichł. Nawet szum wia­tru znik­nął, połknięty przez czar Magnusa.

- Dość tego - orzekł cza­row­nik. Opie­rał się o fra­mugę drzwi z kape­lu­szem zsu­nię­tym na czoło, w pozie ema­nu­ją­cej wymu­szo­nym spo­ko­jem. - Jeśli mamy roz­ma­wiać o nekro­man­cji albo praw­do­po­dob­nej nekro­man­cji, to jest to moja dzie­dzina, a nie wasza. - Przyj­rzał się uważ­nie Jes­semu; w jego zie­lono-zło­tych oczach malo­wała się zaduma. - Czy on mówi?

Jesse uniósł brwi.

- Ach, racja - powie­dział Magnus i znowu pstryk­nął pal­cami. - Koniec z cza­rem ciszy. Mów więc.

- Mówię - oznaj­mił spo­koj­nie Jesse. - Kiedy mam coś do powie­dze­nia.

- Cie­kawe - mruk­nął Magnus. - A krwawi?

- O, nie - zapro­te­sto­wała Lucie. - Nie zachę­caj mojego ojca. Tato, nawet się nie waż...

- Lucie - powie­dział Jesse. - To nic takiego.

Uniósł rękę, tę ze skra­dzio­nym runem Wzroku na grzbie­cie. Prze­su­nął dłoń na czu­bek szty­letu Willa. Zebrała się kro­pla krwi, czer­wona i jasna, spły­nęła po dłoni, zabar­wia­jąc szkar­ła­tem man­kiet bia­łej koszuli.

Magnus zmru­żył oczy.

- A to jesz­cze cie­kaw­sze. W porządku, mam dość mar­z­nię­cia w progu. Mal­colm musi mieć jakiś salon. Ceni sobie wygodę. Lucie, zapro­wadź nas tam.

Kiedy już weszli do salonu - bar­dziej sta­ro­świec­kiego i ład­niej­szego, niż James by się spo­dzie­wał - Will i James opa­dli na długą sofę. Lucie stała i patrzyła, jak Magnus sta­wia Jes­sego przed huczą­cym komin­kiem i prze­pro­wa­dza pełne magiczne bada­nie.

- Czego szu­kasz? - spy­tał Jesse.

James uznał, że chło­pak się dener­wuje.

Magnus zer­k­nął na niego prze­lot­nie, jego palce skrzyły się na nie­bie­sko. Parę iskier zaplą­tało się we włosy Jes­sego: wyglą­dały jak ska­ra­be­usze.

- Śmierci.

Jesse stał nie­ru­chomo, z ponu­rym sto­icy­zmem. James przy­pusz­czał, że nauczył się zno­sić nie­przy­jemne sytu­acje, zwa­żyw­szy na to, jakie życie miał za sobą... O ile można to nazwać życiem. Początki ow­szem, ale jak nazwać to, czego doświad­czał potem? Swego rodzaju kosz­ma­rem życia w śmierci, jakby był potwo­rem z wier­sza Cole­ridge'a.

- On nie jest mar­twy - powie­działa Lucie. - Ni­gdy nie był. Daj­cie mi wyja­śnić.

Spra­wiała wra­że­nie zmę­czo­nej, tak jak James, kiedy wyja­wił wszyst­kie swoje sekrety w przy­droż­nym zajeź­dzie. Ilu kło­po­tów można by unik­nąć, gdyby tylko od początku ufali sobie wza­jem­nie? - pomy­ślał.

- Luce - ode­zwał się łagod­nie. Wyglą­dała na ogrom­nie zmę­czoną, młod­szą i star­szą zara­zem, niż ją zapa­mię­tał. - Powiedz nam.

Wielu fak­tów z histo­rii Lucie domy­ślał się wcze­śniej, przy­naj­mniej w ogól­nym zary­sie, jeśli nie w szcze­gó­łach. Naj­pierw była opo­wieść o Jes­sem: o Belialu, o jego wła­snej matce i o tym, co mu zro­biła. Wiele z tego James już wie­dział - że Belial posłu­żył się sko­rum­po­wa­nym cza­row­ni­kiem Emma­nu­elem Gastem, który umie­ścił w Jes­sem ziarno demo­nicz­nej esen­cji Beliala, kiedy ten był małym dziec­kiem; że ta esen­cja znisz­czyła Jes­sego, kiedy nad­szedł czas nało­że­nia mu pierw­szego Znaku. Wie­dział, że Tatiana zamie­niła umie­ra­ją­cego syna w żywą zjawę - nocami był duchem, za dnia tru­pem. Prze­cho­wała jego ostat­nie tchnie­nie w zło­tym meda­liku (który teraz Lucie nosiła na szyi), mając nadzieję, że pew­nego dnia z jego pomocą przy­wróci Jes­semu życie.

I wie­dział, że Jesse poświę­cił to ostat­nie tchnie­nie, żeby oca­lić wła­śnie jego, Jamesa.

- Naprawdę? - Will pochy­lił się, marsz­cząc czoło w spo­sób, który zdra­dzał raczej zadumę niż nie­za­do­wo­le­nie. - Ale... jak?

- To prawda - potwier­dził James. - Widzia­łem go.

Chło­piec pochy­lał się nad nim, chło­piec o czar­nych wło­sach jak jego wła­sne i zie­lo­nych oczach w kolo­rze wio­sen­nych liści, chło­piec, który już zaczy­nał roz­wie­wać się na brze­gach, jak postać widziana w chmu­rze, która znika, gdy zmie­nia się wiatr.

- Powie­dzia­łeś: "Kim jesteś?" - przy­po­mniał sobie Jesse. Magnus skoń­czył go badać i Jesse, oparty o półkę nad komin­kiem, patrzył na Lucie opo­wia­da­jącą swoją histo­rię, która była także jego wła­sną. Wyglą­dał, jakby ta opo­wieść wyczer­py­wała i jego. - Ale... nie mogłem ci odpo­wie­dzieć.

- Pamię­tam - powie­dział James. - Dzię­kuję. Za ura­to­wa­nie mi życia. Nie mia­łem oka­zji wcze­śniej tego zro­bić.

Magnus odchrząk­nął.

- Dość tych czu­ło­stek - powie­dział, ewi­dent­nie chcąc uprze­dzić Willa, który spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał pode­rwać się i porwać Jes­sego w ojcow­skie obję­cia. - Dobrze orien­tu­jemy się, co się przy­da­rzyło Jes­semu. Nie rozu­miemy jed­nak, droga Lucie, jak spro­wa­dzi­łaś go z powro­tem w obec­nym sta­nie. A nie­stety musimy o to zapy­tać.

- Teraz? - zapy­tał James. - Jest późno, musi być wycień­czona...

- W porządku, Jamie - powie­działa Lucie. - Chcę odpo­wie­dzieć.

I zro­biła to. Opo­wie­działa, jak odkryła swoją wła­dzę nad umar­łymi. Wyja­wiła, że nie tylko ich widzi, nawet kiedy chcą pozo­stać ukryci, tak jak potra­fią to James i Will, ale może im roz­ka­zy­wać, a umarli muszą jej słu­chać. Ta opo­wieść przy­po­mi­nała Jame­sowi odkry­cie wła­snej mocy, połą­czone poczu­cie siły i wstydu, jakie się z tym wią­zało.

Chciał wstać i wycią­gnąć ręce do sio­stry. Zwłasz­cza gdy opo­wia­dała dalej o tym, jak przy­wo­łała armię umar­łych, żeby wycią­gnęli Cor­de­lię z Tamizy. Chciał jej powie­dzieć, jak wiele dla niego zna­czy to, że ura­to­wała życie Cor­de­lii; chciał jej powie­dzieć, jak potworna zgroza go ogar­nęła na myśl, że mógłby stra­cić Cor­de­lię. Nie ode­zwał się jed­nak. Lucie nie miała powodu nie wie­rzyć, że James nie kocha Grace i wyszedłby tylko w jej oczach na hipo­krytę.

- Czuje się nieco ura­żony tym, że zwró­ci­łaś się o radę w spra­wie Jes­sego do Mal­colma Fade'a, a nie do mnie - ode­zwał się Magnus. - Zwy­kle to mnie w pierw­szej kolej­no­ści zadrę­cza­cie i uwa­żam to za piękną tra­dy­cję.

- Byłeś w Spi­ral­nym Labi­ryn­cie - przy­po­mniała mu Lucie. - I... ist­niały inne powody, żeby zapy­tać Mal­colma, ale teraz to nie ma zna­cze­nia. - James, który czuł, że wbrew sobie stał się mistrzem w mówie­niu tylko tego, czego wyma­gała sytu­acja w danym momen­cie, podej­rze­wał, że ow­szem, miało to zna­cze­nie i to cał­kiem spore, ale nie ode­zwał się ani sło­wem. - Mal­colm powie­dział nam, powie­dział mi, że Jesse ugrzęzł jakby na progu mię­dzy śmier­cią i życiem. Dla­tego nie mogli­ście go widzieć, tak jak potra­fi­cie widzieć zwy­kłe duchy. - Spoj­rzała na Willa. - Ponie­waż nie był tak naprawdę mar­twy. To, czym się posłu­ży­łam, żeby go przy­wró­cić od życia, to nie była nekro­man­cja. Po pro­stu... - Splo­tła dło­nie. - Roz­ka­za­łam mu żyć. To nie podzia­ła­łoby w przy­padku naprawdę mar­twej osoby, ale ponie­waż tylko łączy­łam żywą duszę z żywym cia­łem, które zostały w nie­wła­ściwy spo­sób roz­dzie­lone... udało się.

Will odsu­nął pasemko czar­nych szpa­ko­wa­tych wło­sów z czoła.

- Co o tym myślisz, Magnu­sie?

Magnus spoj­rzał na Jes­sego, który - sztywny z ner­wów - na­dal opie­rał się o komi­nek. Wes­tchnął.

- Wyczu­wam kilka plam ener­gii śmierci na Jes­sem. - Uniósł palec, zanim kto­kol­wiek zdą­żył się ode­zwać. - Ale tylko w miej­scach, gdzie Belial umie­ścił na nim runy.

Czyli James opo­wie­dział Wil­lowi i Magnu­sowi, co dokład­nie Belial zro­bił Jes­semu, pomy­ślała Lucie. Jesse miał zaś taką minę, jakby chciał zwy­mio­to­wać.

- Poza tym, na ile jestem w sta­nie to orzec, to zdrowy, żywy czło­wiek - dodał Magnus. - Widzia­łem, co się dzieje, gdy wskrzesi się zmar­łego. To... jest co innego.

- Byłem przy tym, kiedy Lucie kazała Jes­semu wyrzu­cić Beliala. I zro­bił to. Nie­ła­two jest wal­czyć z księ­ciem pie­kieł o wła­sną duszę. A wygrać w tej walce... - James spoj­rzał Jes­semu w oczy. - To wymaga odwagi i cze­goś wię­cej. To wymaga dobra. Lucie mu ufa, myślę, że my też powin­ni­śmy mu zaufać.

Odro­bina napię­cia uszła z Jes­sego, wyda­wało się, że opla­ta­jące go nie­wi­dzialne łań­cu­chy nieco się polu­zo­wały. Spoj­rzał na Willa. Wszy­scy spoj­rzeli na Willa, Lucie z despe­racką nadzieją w oczach.

Will wstał i prze­szedł przez pokój do Jes­sego, który nie wzdry­gnął się, ale widać było, że się dener­wuje. Stał nie­ru­chomo i patrzył, nie spusz­cza­jąc wzroku. Cze­kał na pierw­szy ruch Willa.

- Oca­li­łeś życie mojemu synowi - powie­dział Will. - A moja córka ci ufa. To mi wystar­czy. - Wycią­gnął dłoń do Jes­sego, żeby ją uści­snąć. - Wybacz, że wąt­pi­łem w cie­bie, synu.

Przy ostat­nim sło­wie Jesse roz­pro­mie­nił się jak słońce wycho­dzące zza chmury. James zdał sobie sprawę, że Jesse ni­gdy nie miał ojca. Jego jedy­nym rodzi­cem była Tatiana, jedyną poza tym doro­słą siłą w jego życiu był Belial.

Will musiał pomy­śleć o tym samym.

- Naprawdę wyglą­dasz jak skóra zdarta z ojca - powie­dział do Jes­sego. - Zupeł­nie jak Rupert. Szkoda, że go ni­gdy nie pozna­łeś. Na pewno byłby z cie­bie dumny.

Jesse wyglą­dał, jakby przy­było mu kilka cen­ty­me­trów wzro­stu. Lucie roz­pro­mie­niła się, patrząc na niego.

No tak, pomy­ślał James. To nie jest zwy­kła fascy­na­cja. Ona naprawdę jest zako­chana w Jes­sem Black­thor­nie. Dla­czego ni­gdy wcze­śniej się tego nie domy­śli­łem?

Z dru­giej strony - sam też strzegł wła­snych sekre­tów zwią­za­nych z miło­ścią. Pomy­ślał o Mat­thew, który wła­śnie był z Cor­de­lią w Paryżu. Sta­rał się oddy­chać mimo bólu, który poczuł na tę myśl.

- No dobrze - ode­zwał się Will zde­cy­do­wa­nym tonem, łapiąc Jes­sego za ramię. - Możemy tu stać i obwi­niać Tatianę, i uwierz mi, że winię ją, ale to nie zmie­nia obec­nej sytu­acji. Wygląda na to, że jesteś naszym zmar­twie­niem, młody Jesse. Co z tobą poczniemy?

Lucie zmarsz­czyła brwi.

- Dla­czego nie pój­dziemy pro­sto do Clave? I nie wyja­śnimy im, co się stało? Wie­dzą już, że Tatiana snuła mroczne intrygi. Nie będą obwi­niać Jes­sego za to, co mu zro­biono.

Magnus prze­wró­cił oczami i wzniósł wzrok.

- Nie. W żad­nym razie. To okropny pomysł.

Lucie spio­ru­no­wała go spoj­rze­niem.

Magnus wzru­szył ramio­nami.

- Lucie, masz dobre serce - dodał. Lucie poka­zała mu język, a on się uśmiech­nął. - Ale to byłoby dość nie­bez­pieczne wią­zać Clave z tą sprawą na więk­szą skalę. Są tacy, któ­rzy mają wszel­kie powody, żeby uwie­rzyć w tę histo­rię, ale rów­nie wielu, jeśli nie wię­cej, zde­cy­do­wa­nie wola­łoby w nią nie uwie­rzyć.

- Magnus ma rację - poparł go Will. - Nie­stety. W grę wcho­dzą różne niu­anse. Jesse nie został wskrze­szony, bo ni­gdy tak naprawdę nie umarł. Nie­mniej został opę­tany przez Beliala. I w tym cza­sie...

Świa­tło zga­sło na twa­rzy Jes­sego.

- Dopu­ści­łem się potwor­no­ści - dokoń­czył. - Powie­dzą: "Jeśli żył, to jest odpo­wie­dzialny za to, co zro­bił. Jeśli nie żył, to oży­wiła go nekro­man­cja". - Zer­k­nął na Lucie. - Mówi­łem ci, że nie mogę wró­cić do Lon­dynu. Moja histo­ria jest skom­pli­ko­wana, a ludzie nie chcą słu­chać skom­pli­ko­wa­nych histo­rii. Chcą pro­stych opo­wie­ści, w któ­rych ludzie są dobrzy albo źli, i dobrzy ni­gdy nie popeł­niają błę­dów, a źli ni­gdy nie poku­tują za swoje grze­chy.

- Nie musisz niczego odpo­ku­to­wy­wać - zapew­nił go James. - Jeśli ktoś wie, co to zna­czy słu­chać szeptu Beliala, to ja.

- Ach, ale ty ni­gdy nie zro­bi­łeś tego, co ci kazał, prawda? - powie­dział z gorz­kim uśmie­chem Jesse. - Myślę, że nie ma innego wyj­ścia: muszę odejść. Przy­brać nową toż­sa­mość...

- Jesse, nie. - Lucie ruszyła do niego, ale zaraz się cof­nęła. - Zasłu­gu­jesz na to, żeby mieć wła­sne, swoje życie. To, które Tatiana ci ukra­dła.

Jesse nie odpo­wie­dział. James, przy­po­mi­na­jąc sobie napo­mnie­nie sio­stry, żeby trak­to­wać go jak czło­wieka, zapy­tał:

- Jesse, a co ty chciał­byś zro­bić?

- Czego ja chcę? - powtó­rzył Jesse ze smut­nym uśmie­chem. - Pra­gnę czte­rech nie­moż­li­wych rze­czy. Chcę dołą­czyć do Enklawy w Lon­dy­nie. Chcę być Noc­nym Łowcą, na jakiego się uro­dzi­łem. Chcę zostać zaak­cep­to­wany jako nor­malna, żywa osoba. I pra­gnę odna­leźć sio­strę, jedyną praw­dziwą rodzinę, jaką kie­dy­kol­wiek mia­łem. Nie widzę jed­nak, jak cokol­wiek z tego mia­łoby być moż­liwe.

Gdy zasta­na­wiali się nad tym, w pokoju zapa­dła cisza. Prze­rwało ją nagłe gło­śne skrzy­pie­nie, na któ­rego dźwięk wszy­scy aż pod­sko­czyli. Dobie­gło od strony wej­ścia i po chwili Mal­colm Fade wszedł do pokoju, otrze­pu­jąc buty ze śniegu na kamien­nej pod­ło­dze. Nie miał kape­lu­sza, białe płatki plą­tały mu się w już bia­łych wło­sach. Wyglą­dał na szczu­plej­szego, niż kiedy James ostatni raz go widział. Miał roz­go­rącz­ko­wany i dziw­nie nie­obecny wzrok. Potrze­bo­wał dłu­giej chwili, żeby spo­strzec, że jego salon jest pełen gości. Kiedy wresz­cie to zauwa­żył, zamarł.

- Pomy­śle­li­śmy, że wpad­niemy, Mal­col­mie - rzu­cił swo­bod­nie Magnus.

Mal­colm miał taką minę, jakby niczego nie pra­gnął bar­dziej niż czmych­nąć w noc i ran­kiem wylą­do­wać być może w Rio de Jane­iro albo w jakimś innym odle­głym miej­scu. Zamiast tego wes­tchnął i uciekł za ostatni sza­niec Anglika w trud­nym poło­że­niu:

- Her­baty?

***

Było już późno i Annę Ligh­twood ogar­niało zmę­cze­nie. Nie­stety przy­ję­cie w jej miesz­ka­niu trwało w naj­lep­sze. Nie­mal wszy­scy jej przy­ja­ciele spo­śród Noc­nych Łow­ców wyje­chali z róż­nych nie­mą­drych powo­dów, więc sko­rzy­stała z oka­zji, żeby zapro­sić paru Pod­ziem­nych, któ­rych zawsze chciała lepiej poznać. Claude Kel­ling­ton, naczelny muzyk w Helle Ruelle, miał do przed­sta­wie­nia nową kom­po­zy­cję i pra­gnął to zro­bić dla nie­wiel­kiej publicz­no­ści. Miesz­ka­nie Anny jego zda­niem dosko­nale się do tego nada­wało.

Nowy utwór Kel­ling­tona wią­zał się z dużą ilo­ścią śpiewu, co ni­gdy nie było naj­moc­niej­szą stroną Claude'a. Anna nie zda­wała sobie też sprawy, że był to cykl pie­śni opar­tych na poema­cie epic­kim, który sam napi­sał. Kon­cert trwał wła­śnie czwartą godzinę i goście Anny, mimo przy­chyl­nego nasta­wie­nia do arty­sty, dawno temu znu­dzili się i upili. Kel­ling­ton, któ­rego publicz­ność w Hell Ruelle zwy­kle była znu­dzona i pijana, nawet tego nie zauwa­żył; nie znał też naj­wy­raź­niej - jak spo­strze­gła Anna - słowa "prze­rwa".

Teraz wam­pir i wil­ko­łak, któ­rych imion Anna nie pamię­tała, sple­tli się w namięt­nym uści­sku na jej sofie - był to przy­naj­mniej dobry krok w kie­runku poprawy sto­sun­ków wśród Pod­ziem­nych. Ktoś w kącie przy gablo­cie z por­ce­laną wcią­gał tabakę. Nawet wypchany wąż Percy wyglą­dał na wykoń­czo­nego. Od czasu do czasu Anna zer­kała dys­kret­nie na zega­rek, odno­to­wu­jąc mija­jące godziny, ale nie miała poję­cia, jak uprzej­mie prze­rwać Kel­ling­to­nowi. Za każ­dym razem, gdy milkł na chwilę, wsta­wała, żeby mu prze­rwać, a on prze­cho­dził wtedy do następ­nej czę­ści.

Hyacinth, bla­do­nie­bie­ska faerie pra­cu­jąca u Hypa­tii Vex, przez cały wie­czór rzu­cała Annie dwu­znaczne spoj­rze­nia. Łączyła je wspólna histo­ria, a Anna nie lubiła powta­rzać lek­ko­myśl­nych hula­nek z prze­szło­ści. Mimo wszystko kon­cert Kel­ling­tona nor­mal­nie dopro­wa­dziłby do tego, że wylą­do­wa­łaby w ramio­nach Hyacinth przed upły­wem pierw­szej godziny. Teraz jed­nak świa­do­mie uni­kała jej spoj­rzeń. Widok Hyacinth tylko przy­po­mi­nał jej ostat­nie słowa, jakie wypo­wie­działa do niej Ariadne: "To przeze mnie sta­łaś się taka, jaka jesteś. Twarda i błysz­cząca jak dia­ment. Nie­przy­stępna".

W ostat­nich dniach te same słowa powta­rzały się w jej umy­śle za każ­dym razem, gdy myślała o roman­sie. To, co kie­dyś ją inte­re­so­wało - sze­lest halek opa­da­ją­cych na zie­mię, szept roz­pusz­cza­nych wło­sów - prze­stało ją intry­go­wać, o ile nie były to włosy Ariadne. Halki Ariadne.

Wma­wiała sobie, że w końcu zapo­mni. Zmusi się do tego. Poszuka cze­goś, co roz­pro­szy jej uwagę. Cze­goś takiego, jak na przy­kład występ Kel­ling­tona. Pro­wa­dziła także lek­cje rysunku z Per­cym jako mode­lem, uczest­ni­czyła w kilku szo­ku­jąco nud­nych wam­pi­rzych bale­tach, grała w karty z Hypa­tią do świtu. Bra­ko­wało jej Mat­thew tak bar­dzo, że nie sądziła nawet, że to moż­liwe. Z pew­no­ścią on zdo­łałby zająć czymś jej uwagę.

Otrzą­snęła się z zadumy, kiedy nagle ktoś zapu­kał do drzwi. Zasko­czona wstała. Było dość późno jak na nie­spo­dzie­wa­nego gościa. Może, pomy­ślała z nadzieją, sąsiad przy­szedł poskar­żyć się na hałasy?

Prze­szła przez pokój i otwo­rzyła drzwi. W progu stała trzę­sąca się z zimna Ariadne Brid­ge­stock.

Oczy miała czer­wone, policzki pokryte pla­mami. Pła­kała. Annie zaci­snął się żołą­dek. Cokol­wiek wymy­ślała sobie, że powie Ariadne przy następ­nym spo­tka­niu, w oka­mgnie­niu wypa­ro­wało jej z głowy. Zamiast tego poczuła strach - co się stało?

- Prze­pra­szam, że ci prze­szka­dzam. - Ariadne unio­sła wysoko pod­bró­dek, oczy błysz­czały jej wyzy­wa­jąco. - Wiem, że nie powin­nam była przy­cho­dzić. Nie mam jed­nak dokąd pójść.

Anna bez słowa odsu­nęła się na bok i wpu­ściła ją do miesz­ka­nia. Ariadne weszła. Miała nie­wielką torbę pod­ręczną, a płaszcz, który wło­żyła, był zde­cy­do­wa­nie za cienki na tę pogodę. Nie nosiła ręka­wi­czek. Anna zanie­po­ko­iła się jesz­cze bar­dziej. Zde­cy­do­wa­nie stało się coś złego.

W tej samej chwili, cho­ciaż Ariadne nie ode­zwała się ani sło­wem, Anna pod­jęła decy­zję.

Pode­szła do pia­nina, na któ­rym Kel­ling­ton grał for­tis­simo i wyśpie­wy­wał coś o samot­nym wilku w bla­sku księ­życa, i zamknęła mu klapę na pal­cach. Muzyka urwała się gwał­tow­nie, Kel­ling­ton spoj­rzał na Annę z urazą. Udała, że tego nie widzi.

- Ogrom­nie dzię­kuję za to, że dziś przy­szli­ście, ale nie­stety poja­wiła się nagła sprawa doty­cząca Nefi­lim - powie­działa gło­śno. - Muszę więc pro­sić, żeby­ście wyszli.

- Jestem dopiero w poło­wie - zapro­te­sto­wał Kel­ling­ton.

- Wobec tego zbie­rzemy się ponow­nie za jakiś czas, żeby posłu­chać dru­giej połowy - skła­mała Anna.

W parę minut zdo­łała pozbyć się z miesz­ka­nia stadka kil­ku­na­stu gości. Parę osób narze­kało, ale więk­szość robiła wra­że­nie zdu­mio­nych. Kiedy za ostat­nią zamknęły się drzwi, zapa­dła cisza, upiorne znie­ru­cho­mie­nie, jakie nad­cho­dzi po zakoń­cze­niu przy­ję­cia. Została tylko Ariadne.

Parę minut póź­niej Ariadne nie­spo­koj­nie przy­sia­dła na kana­pie Anny i pod­ku­liła nogi. Jej płaszcz suszył się przy ogniu. Wresz­cie prze­stała się trząść, gdy Anna wlała w nią tro­chę her­baty, ale na­dal miała ponury, nie­obecny wzrok. Anna cze­kała, wycią­ga­jąc się z fał­szywą bez­tro­ską na opar­ciu kanapy.

Sącząc her­batę, Ariadne rozej­rzała się powoli po miesz­ka­niu. Anna to zdzi­wiło, aż wresz­cie zdała sobie sprawę, że Ariadne ni­gdy wcze­śniej u niej nie była. Anna zawsze pla­no­wała ich spo­tka­nia gdzie indziej.

- Pew­nie zasta­na­wiasz się, co tu robię - powie­działa Ariadne.

Och, Anio­łowi niech będą dzięki, sama zacznie ten temat, pomy­ślała Anna. Zawsze chęt­nie przyj­mo­wała w swoim miesz­ka­niu potrze­bu­ją­cych: Euge­nię pła­czącą z powodu Augu­stusa Poun­ceby'ego, Mat­thew wypeł­nio­nego smut­kiem, któ­rego nie potra­fił nazwać, Chri­sto­phera zamar­twia­ją­cego się, że jego naukowe bada­nia do niczego nie pro­wa­dzą, Cor­de­lię roz­pacz­li­wie zako­chaną w Jame­sie, ale zbyt dumną, żeby się do tego przy­znać. Wie­działa, jak roz­ma­wiać z tymi, któ­rzy mają zła­mane serca. Wie­działa, że lepiej nie dopy­ty­wać się i pocze­kać, aż sami zaczną mówić.

Jed­nak z Ariadne sprawy miały się ina­czej. Anna wie­działa, że może nie wytrzy­mać dłu­żej i sama zacznie się dopy­ty­wać, co się stało. Sprawa była zbyt ważna. Na tym pole­gał pro­blem. W przy­padku Ariadne sprawy zawsze były zbyt ważne.

Ariadne zaczęła mówić, naj­pierw powoli, a potem szyb­ciej. Wyja­śniła, że wcze­śniej tego dnia Kon­sul przy­szła zapy­tać, czy mają jakieś wie­ści od jej ojca, a ona poszła potem do jego gabi­netu i zna­la­zła zapi­ski na temat Heron­dale'ów i Ligh­two­odów, gdzie odno­to­wał każdą oka­zję, gdy któ­reś z nich choćby nagięło jakieś drobne prawo albo spo­wo­do­wało pro­blemy w Enkla­wie z racji swo­jej pomyłki. Żadna z tych kwe­stii, jak dodała, nie była dość poważna, żeby wyma­gała zain­te­re­so­wa­nia Inkwi­zy­tora.

Anna nie zapy­tała - cho­ciaż bar­dzo chciała zapy­tać - czy były tam zapi­ski bez­po­śred­nio na jej temat. Zamiast tego zmarsz­czyła czoło i powie­działa:

- Nie podoba mi się to. Co zamie­rzał w ten spo­sób osią­gnąć?

- Nie wiem, ale nie to było naj­gor­sze - odpo­wie­działa Ariadne. - Naj­gor­sze było to. Leżało w kominku, na wpół spa­lone.

Wyjęła z kie­szeni płasz­cza kawa­łek papieru, pognie­ciony i poczer­niały na brze­gach. Podała go Annie. To był ewi­dent­nie list z nie­chluj­nym pod­pi­sem Inkwi­zy­tora w poło­wie kartki, ale przy­pa­lony i z wypa­lo­nymi dziur­kami w róż­nych miej­scach; bra­ko­wało też pierw­szej strony.

...i zawsze uwa­ża­łem, że jesteś naj­ja­śniej­szą [kleks] na fir­ma­men­cie Noc­nych Łow­ców. Prze­ko­na­łem się, że podzie­lamy poglądy na temat zacho­wa­nia sto­sow­nego dla Noc­nych Łow­ców, wagi Prawa i jego skru­pu­lat­nego prze­strze­ga­nia. Dla­tego z rosną­cym nie­po­ko­jem obser­wo­wa­łem, jak oka­zu­jesz coraz wię­cej współ­czu­cia, wręcz fawo­ry­zu­jesz Heron­dale'ów i nie­któ­rych co bar­dzo skan­da­li­zu­ją­cych Ligh­two­odów, z któ­rymi tamci się zadają. Tłu­ma­czy­łem Ci i prze­ko­ny­wa­łem, ale naj­wy­raź­niej bez­sku­tecz­nie. Dla­tego zde­cy­do­wa­łem się na ujaw­nie­nie Ci, że znam sekrety, o któ­rych myślisz, że są dobrze ukryte. Jest jeden taki w Two­jej histo­rii, na który był­bym gotów przy­mknąć oko, ale zapew­niam Cię, że reszta Clave nie uczy­ni­łaby tego. Powi­nie­neś wie­dzieć, że zamie­rzam [kleks] Heron­dale'ów i usu­nąć ich z [kleks]. Wie­rzę, że z Twoją pomocą dowiódł­bym słusz­no­ści oskar­żeń także prze­ciwko pew­nym Ligh­two­odom. Spo­dzie­wam się opo­rów ze strony Enklawy, ponie­waż nie­któ­rzy ludzie są sen­ty­men­talni, ale wła­śnie w tym miej­scu Twoje popar­cie byłoby klu­czowe. Jeśli poprzesz moje dzia­ła­nia, mające na celu przy­cię­cie co bar­dziej zepsu­tych gałęzi drzewa Nefi­lim, to może przy­mknę oko na Twoje wła­sne uchy­bie­nia. Twoja rodzina sko­rzy­stała z łupów po [tu list stał się nie­czy­telny, zama­zany przez wielki kleks] ale to wszystko może prze­paść, jeśli nie zapro­wa­dzisz porządku we wła­snym domu.

Pozo­staję z sza­cun­kiem,

Inkwi­zy­tor Mau­rice Brid­ge­stock

Anna spoj­rzała na Ariadne.

- Szan­taż? - powie­działa. - Inkwi­zy­tor... twój ojciec... szan­ta­żuje kogoś?

- Na to wygląda - powie­działa ponuro Ariadne. - Jed­nak nie spo­sób powie­dzieć, kogo szan­ta­żuje, dla­czego i czym. Wiem tylko, że moja matka wście­kła się, kiedy zdała sobie sprawę, co zna­la­złam.

- Może jest ina­czej - pocie­szała ją Anna. - W końcu nie wysłał tego listu.

- Nie - odpo­wie­działa Ariadne. - Ale widzisz ten kleks? "Twoja rodzina sko­rzy­stała z łupów..." i dal­szego ciągu nie da się odczy­tać. Myślę, że to był brud­no­pis, który wyrzu­cił potem do ognia.

Anna zmarsz­czyła brwi.

- Bez pierw­szej strony trudno choćby zorien­to­wać się, kto może być celem. Naj­pew­niej nie jest to ani Heron­dale ani Ligh­twood, bo są wspo­mi­nani jako ktoś nie­za­leżny od adre­sata. - Anna zawa­hała się. - Czy matka naprawdę cię wyrzu­ciła tylko dla­tego, że zna­la­złaś te doku­menty?

- Nie... nie cał­kiem - przy­znała Ariadne. - Byłam ogrom­nie zde­ner­wo­wana, kiedy zna­la­złam te zapi­ski i list. Matka powie­działa, że to nie jest moja sprawa. Że moim zada­niem jest być tylko posłuszną i obo­wiąz­kową córką, dobrze wyjść za mąż. Kiedy to powie­działa... moż­liwe, że stra­ci­łam nad sobą pano­wa­nie.

- Tak?

- Powie­dzia­łam jej, że nie wyjdę dobrze za mąż, że w ogóle nie wyjdę za mąż, ponie­waż nie inte­re­sują mnie męż­czyźni.

Wyda­wało się, że całe powie­trze uszło z pokoju. Anna zapy­tała cicho:

- No i?

- Cał­kiem się zała­mała. Bła­gała mnie, żebym temu zaprze­czyła, a kiedy odmó­wi­łam, powie­działa, że nie powin­nam pozwo­lić, by takie impulsy zruj­no­wały mi życie. - Ariadne otarła nie­cier­pli­wie łzy grzbie­tem dłoni. - Widzia­łam w jej oczach, że już wcze­śniej wie­działa. A przy­naj­mniej coś podej­rze­wała. Powie­działa mi, żebym pomy­ślała o swo­jej przy­szło­ści, że zostanę sama i ni­gdy nie będę miała dzieci.

- Ach - wes­tchnęła Anna.

Czuła ból. Wie­działa, jak roz­pacz­li­wie Ariadne pra­gnęła mieć dzieci. To pra­gnie­nie było głów­nym powo­dem, dla któ­rego ich zwią­zek skoń­czył się dwa lata temu.

- Poszłam do swo­jego pokoju, wrzu­ci­łam kilka dro­bia­zgów do torby... i powie­dzia­łam jej, że nie będę miesz­kać pod jed­nym dachem z nią i ojcem, jeśli nie zaak­cep­tują mnie taką, jaką naprawdę jestem. A ona powie­działa... powie­działa, że obie­cuje, że zapo­mni wszystko, co jej wyzna­łam. Że możemy uda­wać, że nic nie mówi­łam. Że gdy­bym powie­działa ojcu to co jej, to wyrzu­ciłby mnie na ulicę.

Anna wstrzy­mała oddech.

- Więc ucie­kłam - dokoń­czyła Ariadne. - Opu­ści­łam dom i przy­szłam tutaj. Ponie­waż jesteś naj­bar­dziej nie­za­leżną osobą, jaką znam. Nie mogę wró­cić do tam­tego domu. Nie wrócę. Moja duma i... moje ja, moja toż­sa­mość zależą od tego. Muszę nauczyć się radzić sobie. Żyć nie­za­leż­nie, tak jak ty. - Twarz Ariadne wyra­żała deter­mi­na­cję, ale ręce jej się trzę­sły. - Pomy­śla­łam... że jeśli poka­żesz mi jak...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki