Sztorm
Nazajutrz, oczywiście, nadciąga sztorm. Groźny.
Przez cały dzień jest bezwietrznie, ale teraz mewy nerwowo krzyczą, a psy nieprzerwanie wyją. "Wyczuwają niebezpieczeństwo" - mówią ich właściciele, z niepokojem spoglądając na niebo.
Późnym popołudniem nad horyzontem zbierają się chmury. Niebo ponad morzem wygląda jak z ołowiu, a słońce się chowa. "Dzisiaj nie będzie zmierzchu - szepcze. - Uciekam".
Na dworze zapadają nieprzeniknione ciemności.
W domu, przed pustą szufladką, stoi pobladła ze strachu dziewczynka. Spędziła cały dzień pośród śliskich skał na poszukiwaniu małży, bo są smaczne i nic nie kosztują. Oprócz tego szukała też robaków piaskowych dla kur i wyrzuconego przez morze drewna, które odkładała do wyschnięcia w ogródku, żeby było na podpałkę. Rozglądała się też za wyjątkowymi muszlami albo butelką z liścikiem w środku, ale nic takiego nie znalazła. Kiedy w końcu podniosła wzrok, zauważyła, że zrobiło się ciemno i trzeba iść zapalić latarnię. A wtedy nagle przypomniało jej się to, o czym przez cały dzień nie pamiętała.
Na dworze w ciszy zapada mrok. Mieszkańcy mają jeszcze tylko chwilę, nim zrobi się zupełnie ciemno.
Chwilę, by zabrać do środka pranie i zawrzeć okiennice. Pozamykać sklepy i warsztaty i zawołać do domu dzieci.
- Jeszcze trochę, możemy jeszcze trochę?
- Żadne tam trochę, nie ma mowy. Do domu, i to już!
Jeszcze chwilę, by starzy rybacy zdążyli pokiwać głowami i z błyszczącymi oczami wymamrotać: "Tak, tak... Znowu zbiera się na burzę z piorunami. Tak jak za tamtym i za innym razem. Jak wtedy, gdy przyszedł sztorm wielkanocny albo gdy w lutym nadciągnął inny, z Przylądka Północnego, kiedy owce latały w powietrzu, a statki roztrzaskiwały się na plażach... Przecież tak okropnie jak wtedy to już na pewno nie będzie, prawda? A może jednak?". Popijają mleko małymi łyczkami. Dawniej wszystko było o wiele straszniejsze, ale kto wie, może teraz będzie jeszcze gorzej? "Może tego, co najgorsze, jeszcze nie widzieliśmy...?"
Zrywa się wiatr.
- Lampko? Lampkogdziejesteś? - W wołaniu ojca wszystkie słowa zlewają się w jedno. - Lampkoczyświatłojużzapalone?
- Tak, tak - mruczy Lampka. - Tylko polecę po zapałki.
Zarzuca szalik na szyję, bierze koszyczek i wybiega z domu. Wiatr wyrywa jej drzwi z rąk i zatrzaskuje za jej plecami.
- Dziękuję, wietrze - mówi Lampka. Lepiej być grzecznym dla wiatru. A potem pędzi, ślizgając się, przez ogródek i kamienną ścieżką biegnie do miasta.
Morze rozbija się o skały coraz wyższymi falami.
Z półwyspu na wybrzeże biegnie wąska ścieżka ułożona z głazów, nierównych niczym kiepskie uzębienie. Nawet w czasie przypływu wystają ponad powierzchnię wody. Lampka przeskakuje z kamienia na kamień. Wiatr dmucha jej w twarz i szarpie koszyczkiem, w którym niesie irchową szmatkę. Owinie w nią zapałki, żeby pozostały suche, gdy będzie wracać. Czeka ją przecież jeszcze długa droga do domu. Na razie próbuje o tym nie myśleć. Nie jest to takie trudne, bo wiatr wywiewa jej myśli z głowy.
- Dziękuję, wietrze, jeszcze raz dziękuję. - Ma nadzieję, że wicher tak naprawdę jest trochę jej przyjacielem.
Ale po chwili ten przyjaciel usiłuje zepchnąć ją ze skał do morza. Buty już jej przemokły i dziewczynka ślizga się na kamieniach. Tu i ówdzie są drewniane paliki, których może się chwycić, by przez moment odsapnąć.
"Już niedaleko" - myśli, ale nie za dobrze widzi drogę przed sobą. Wiatr ciska jej w twarz piasek i inne rzeczy, które porywa z plaży. Mokre wodorosty, gałęzie, kawałki sznurka.
"Prezenty, Lampko. Patrz!"
Odgarnia je ręką.
"Kochany wietrze, kąśliwy wietrze. Nie potrzebuję ich, nic mi nie potrzeba. Tylko zapałek".
To z pewnością rozdrażnia wiatr, bo zaczyna miotać w nią deszczem. W parę chwil dziewczynka jest przemoczona do suchej nitki, a wicher jeszcze przenika ją przejmującym chłodem. Z trudem mu się odcina.
- Przestań, no - dyszy. - Uspokój się, wietrze. Leżeć!
Wiatr to nie pies, w ogóle się nią nie przejmuje. Jeszcze się rozpędza i juhuuu!
Ale oto i bazaltowe schodki. Lampka wspina się na nie, ślizgając się, upada, uderza się w kolano, lecz chwyta się balustrady i podciąga w górę. Wreszcie jest na nabrzeżu.
W porcie wszystkie liny uderzają o wszystkie maszty. To jak orkiestra: bicie werbli, świsty i pierwsze grzmoty jak dudnienie kotłów. Kiedy Lampka biegnie nabrzeżem, nie słyszy własnych kroków. Wichura próbuje wepchnąć ją w niewłaściwą uliczkę, ale dziewczynka zna drogę, również po ciemku.
Na ulicy nie ma nikogo. Domy spokojnie stawiają opór burzy. Nie obawiają się, że je zdmuchnie. Drzewa mocno trzymają się podłoża, ale tracą listki i gałęzie. Obok Lampki przetacza się z grzechotem metalowe wiadro. Wszystkie okiennice są zamknięte, wszystkie drzwi zaryglowane.
Z uliczki w zaułek, pędem. Kiedy już prawie dociera na miejsce, deszcz zmienia się w grad, a wicher ciska jej w twarz garścią lodu. Aua, aua! Dziewczynka osłania się ramionami i biegnie dalej. Oto ulica ze sklepem spożywczym pana Rozenbauma. Wiatr po raz ostatni szarpie jej koszyk.
"No, puszczaj, dawaj to! Taki fajny koszyczek do podrzucania, chętnie zdmuchnąłbym go bardzo daleko stąd, aż do innego kraju albo..."
- Zostaw mnie! - krzyczy Lampka, ściskając koszyk.
"No to więcej gradu, a masz!"
Ale dziewczynka jest już na miejscu, oto i sklep. Skrzynki z warzywami wniesiono do środka, okiennice są zamknięte, światło zgaszone. Drzwi zaryglowano. Oczywiście, kto by jeszcze przychodził po zakupy?
- Ja! - woła Lampka. - To ja! Panie Rozenbaum! Proszę otworzyć!
Wiatr rozwiewa nawet jej głos, sama ledwie go słyszy. Wali pięściami w drzwi.
- Panie Rozenbaum!
"Ty głupi pisklaku! Nie myśl sobie, że ktoś cię usłyszy. Porwę twoje słowa, porwę i ciebie, rozerwę cię na pół jednym podmuchem. I zdmuchnę każdą zapałkę, którą zapalisz, ha, ha, to dla mnie pestka!"
Jej przyjaciel, który wcale nie jest jej przyjacielem, pokłada się ze śmiechu.
"Ma rację - myśli Lampka. - Na co ja się porywam". Jest jej zimno i trzęsą się jej kolana. Ma teraz wracać taki szmat drogi? Bez zapałek?
Jeszcze raz, z całej siły, woła:
- Panie Rozenbaum!!!
W głębi sklepu zapala się jakieś światełko. Ktoś zbliża się do drzwi, niosąc świecę. To sklepikarz, pan Rozenbaum, w szlafroku i szaliku. Na widok Lampki odsuwa rygiel i otwiera drzwi. Potężny podmuch wiatru wciska Lampkę do środka. Dzwoneczek przy wejściu brzęczy jak oszalały.
- Dzień dobry. - Lampka dygocze. - Są jeszcze zapałki?
- Zamykaj drzwi, zamykaj drzwi! - woła pan Rozenbaum i razem mocują się z wichrem, aż udaje im się je zamknąć. Od razu robi się cicho. Grad grzechocze o szyby, ale to na zewnątrz. Lampka dyszy. Ocieka wodą.
- Co mówiłaś, dziecko? Przyszłaś aż z samej latarni morskiej, w taką burzę?
- Zapałki się skończyły. A trzeba zapalić światło.
Pan Rozenbaum się wzdryga.
- To latarnia jeszcze się nie pali? Tak, oczywiście, że trzeba ją zapalić! Zwłaszcza w taki sztorm! Ale ty już nie wyjdziesz w tę niepogodę.
- Ależ oczywiście, że wyjdę - mówi Lampka. - Muszę.
Stara się, żeby zabrzmiało to pewnie, ale zamiast głosu wydobywa się z niej dziwny pisk. Ukradkiem wyżyma sobie szalik i widzi, że wokół jej stóp tworzy się wielka kałuża.
- Wejdź na chwilę na górę. - Sklepikarz kładzie rękę na jej mokrym ramieniu. - Suche ubranie, ciepłe mleko... Dziecko, przemarzłaś na kość. Nie możesz w takim stanie...
Lampka strząsa jego dłoń.
- Muszę wracać! Dwa pudełeczka poproszę. I jeśli można, na zeszyt.
- Szaleństwo! - Pan Rozenbaum kręci głową. - Igrasz ze śmiercią! - Ale nade wszystko jest sklepikarzem i szpera już w szafce z zapasem towaru. - Chodzi ci o te z jaskółką, prawda? Ekstra jakość? Ale najpierw naprawdę musisz się trochę ogrzać. Kto też posyła dziecko w taką...
- Frederik? Kto tam przyszedł? - Ze schodów słychać głos pani Rozenbaum.
- To Lampka, po zapałki.
- Lampka z latarni morskiej?
- A ile Lampek znasz, kobieto?
- Przyślij no ją tutaj, na górę!
- Właśnie o tym pomyślałem.
Pan Rozenbaum niezręcznie zdejmuje Lampce przemoczony szalik, przewiesza go przez beczkę z olejem i oddaje jej swój. Wełna łaskocze mokry policzek dziewczynki.
- Zzuj tutaj buty, a jak na górze zdejmiesz resztę mokrych ubrań, to...
- Nie, dziękuję panu - rzuca Lampka. - Muszę wracać do domu. - Szalik zsuwa jej się z ramion i spada na podłogę, ale ona go nie podnosi. Owija zapałki w szmatkę i wkłada do koszyczka.
Po czym wybiega na zewnątrz.