Lament współczesny - Wilk

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Matko

Matko, wołasz by twarz człowieczą zachować,

By moralności i etyki przestrzegać.

Lecz jak mam to czynić? Jak w świecie,

Gdzie moralność, etyka i wolność

Umarły lat temu wiele?

Matko, wołasz by ze złem walczyć.

Lecz jak! Jak walczyć, gdy zło

Przenika wszystko, nawet dusze młode?

Matko, ono już mą duszę posiadło.

Mówię je "Tak nie wolno", lecz ona

Już w Ich rękach.

Nie ma nadziei, odeszła.

Nienawidzę, nienawidzę jak mi kazali.

Uczyłaś Matko, że i wrogom trzeba wybaczyć,

A nienawiści się wyzbyć.

Zawiodłem więc, nie Ty, ja jako uczeń twój.

Nienawidzę nie Ich, a ludzi zwykłych,

Bo od Nich uciekłem, a poddałem się tym,

Co wolność mieli mi wrócić.

Nie ma nadziei dla tego świata teatralnego.

Świata lalek, co myślą, że wolne i rozumne.

Dziś, gdy spektakl ten odgrywam,

Słyszę Ich śmiech kłótniami przerwany,

I choć w rękach nożyce trzymam,

To ostatniego sznurka przeciąć nie chcę.

Gdzie prawda Matko leży?

Którzy przez Mesjasza, a którzy przez diabła zesłani?

Czy może Matko, chcesz mi powiedzieć,

Że Mesjasz śpi jeszcze?

Przetrwam Matko w tym świecie bez nadziei,

W tym świecie bez wartości.

W świecie upadłym, który na ogień Nerona czeka.

Mesjasza Matko obudź, niech płomień ześle.

Spłonie matko "Wolność, prawość, demokracja",

Ja spłonę razem z nim i stosem lalek rzuconych,

A przez płomień będę widział Ich dech ostatni.

Z popiołów powstanę i nowy teatr zbuduję,

A w nim tylko jeden sznur będzie,

Dla mnie, gdy zawiodę.

Przepaść

Stoisz człowieku nad przepaścią.

Nicość przed tobą, nicość za tobą.

Nicość tą światłość rozrywa,

Lecz światłość ta cię odraża.

Za tobą, wśród nicości, bracia.

"Skacz!" krzyczą "Skacz!"

Czy skoczysz człowieku?

W końcu żywot ciężki miałeś,

Lecz sam taki chciałeś.

Stoisz wesoły, choć to twój koniec.

Skoczysz, czy wzrok swój

Na światłość zwrócisz?

W tej nicości przeszłość widzisz.

Przed wielu laty krew przelałeś,

Bo żądza wolności cię ogarnęła.

Raniony wyszedłeś zadowolony,

Bo wolny.

Zaporę zbudowałeś

Czerwoną powódź odparłeś.

Przysiągłeś, że krwi przelewać już nie będziesz,

Lecz zawiodłeś.

Wielu znów straciłeś, wyjechałeś.

U boku braci nowych kule znosiłeś.

Wolny, wolny znów jesteś.

Malowniczy zachód widzisz,

Lecz brat twój wrogiem ci,

Nóż w twe plecy wbija

I w morzu czerwonym topi.

Walczysz o oddech dekad wiele,

Aż zachód słońca raz jeszcze widzisz.

I stoi tam on, zdrajca,

Lecz ty człowieku amnestię wielbisz

I biegniesz ku niemu, w końcu wolny.

Splamiony krwią wschodu brat cię przytula,

Lecz on kajdany ci zakłada.

Kajdan tych nie widzisz, boś ślepy.

Kajdanami skuty karabin przyjmujesz.

Idziesz, jak szli na ciebie lat temu wiele,

Lecz ty w dobrej sprawie idziesz.

Skąd to wiesz? Bo brat twój,

Brat lojalny i sprawiedliwy,

Rzekł ci, iż to sprawa słuszna.

Oczy zasłaniasz, uszy odcinasz,

Ze wschodu się śmiejesz,

Bo ty żeś wolny.

Przez brata wyzwolony.

Wracasz do domu człowieku,

Plam swych krwistych nie widzisz,

Lilię u piersi nosisz.

Dzieci twe już duże,

Brat je wychował.

Nie mają nic,

Ni religii, ni tradycji,

Ale się cieszysz,

Bo brat twój się cieszy.

Drugi twój brat,

Wśród słoneczników wychowany,

O pomoc cię prosi.

Amnezję wielbisz, więc nie pamiętasz,

Jak słoneczniki te podlewałeś.

Dom twój pusty i zimny.

Ty człowieku nagi i głodny,

Lecz szczęśliwy,

Bo brat drugi rad.

Spacer, na spacer idziesz,

I nad przepaść docierasz.

Stoisz człowieku nad przepaścią.

Nagi głodny i radosny.

Czy skoczysz człowieku?