Lambro - Juliusz Słowacki
3.49 zł
2.86 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
......Should we again provoke Our stronger, some worse way his wrath may find To our destruction; if there be in hell Fear to be worse destroy'd ...... MILTON.
Falo błękitna kołysz łódkę Greka, Niech mu po morzu ściele xiężyc złoty Ścieżki obłędne, niech przed nim ucieka Gdy po téj drodze puści żaglów loty; Kołysz go falo, i łódkę Majnoty W samotną morza obłąkaj krainę, I tam mu powiédz: ja nosiłam floty Na moich skrzydłach, aż pod Salaminę; Płynęłam taką, jaką dzisiaj płynę. W Archipelagu zanieś go ostrowy. Tam góry chmurą owiane błękitną, Na górach kolumn potrzaskane głowy: Nad nimi wiecznie kwitnie laur różowy, Pomarańczowe drzewa wiecznie kwitną, I śniegiem kwiatów zasypują gruzy. A ludzie - cierpią, że umrzéć nie śmieli; Twarz ich boleści rysem naznaczona. Gdyby tu błysnął dawny wzrok Meduzy, Gdyby ci ludzie jak są skamienieli, Ileż by nowych posągów przybyło Łamanych wiecznym bolem Laokona. Tu nad pomników i ludzi mogiłą, Xiężyc posępny płynie co wieczora. Gdy góry światłem błękitném przeniknął, Mgły zasłonami doliny ośnieżył, Szuka posągów, które widział wczora, Do których twarzy wiekami przywyknął;
Blady - jak starzec co na ziemi przeżył Zagasłe, mrące co dnia dzieci koło; Gdy wszyscy padną, gdy ostatni padnie. Tak ma wiekami wyniszczone czoło, Że się nie chmurzy żalem, ani bladnie, I nikt cierpienia z twarzy nie odgadnie.
Archipelagu wysp wieniec różowy, Lekkich kaików przerżynają wiosła. Jak dawne Nimfy tak dziś te ostrowy, Przed Tureckiémi uciekając gwałty, Odmienne piérwszym biorą na się kształty. Jak niegdyś Dafne w liść lauru porosła, Tak dzisiaj Hydra zielona laurami. Ipsara skalnym błyszczy stroma brzegiem, Podobna córce głazowej Tantala; Gdy pod nią śnieżna rozbija się fala, Wiecznie od czoła wieńczonego śniegiem Kryształowémi upłakana łzami. Ipsarskie miasto, jak dłutem snycerza Ze skał ciemnego łona wydobyte, Barwy ma szare od tła nie odbite, I lasem masztów na poły schowane. Gdzieniegdzie lekka minaretów wieża, Niesie pod niebo szczyty ołowiane. Tam rzędy okien, od łuny zachodu Jak mnogie lampy rospalone, drzące, Co chwila bladsze, co chwila gasnące, Już zaszły mrokiem - ale szczyty grodu Długo złociste miały słońcem dachy. Ostatnie światło z ciemnością się starło... Chociaż to miasto napół obumarło, Gwar słychać w mieście - bo bezludne gmachy Głośniejszym odgłos odbijają echem; Gwar smutny - rzadko pomięszany śmiéchem, I tajemniczy, jako te odgłosy,
Które wiatr z martwéj muszli wydobywa. W głębiach haremów lśniące perłą rosy Palą się róże - smutno słowik spiéwa; Przez szczyty murów na ciche ulice Wonnych akacyj zwieszają się kwiaty; Czasem pochodnia błyśnie spoza kraty; Xiężyc turbanu olśni bawełnicę. To Turek dąży w znajomą gospodę, Co inne gmachy przenosi wytworem, Gdzie wielkie kotły wrącą źródeł wodę Leją w kanały złotym dziwotworem; Ta z kłębem pary wytryska w fontanny, I wieczną walkę z zimną siostrą toczy, Opryska warem, parą ją omroczy, Wprzód nim zezwoli iść do wspólnéj wanny. Tam woń arabskich napojony duchem Przechodzi Turek w marmurowe sale, Jedna za drugą wiążą się łańcuchem, Kłamane daléj w zwierciadeł krysztale. Tam Grek usłużny obbiega wokoło, Dla muzułmanów nie szczędzi ukłonu: Do ziemi chyląc osiwiałe czoło, Naléwa mokkę w łono róż z Japonu; Potem przed Grekiem stawia czarę z gliny Chowając aspra, do czary naléwa Napój z makowéj tłoczony rośliny, Co śmierć sprowadza - jak cień tego drzewa Które usypia snem głębokim zgonu. Mrok spada w dymu stambulskiego chmurze, Gdzieniegdzie tylko z Etrusków wazonu Widać w półowie wychyloną różę; Gdzieniegdzie błyszczą sztyletów głowice; Tam nieruchome wyznańców turbany, Porosły kołem jak łąk tulipany; Nad turbanami palą się xiężyce.
Wchodzi do sali młody Ipsarjota, Jak u śpiewaka twarz blada i smutna;
I na ramieniu miał kapotę z płótna Niegęsto nićmi przetykaną złota. Widać z gitary - znać po blasku oka, Że z pieśnią sioła i grody przebiega..... Wnet go tłum Greków dokoła oblega, Wypuścił bursztyn wierny syn proroka. Greki i Turki zarówno ciekawi Jaki głos śpiewak, jaki lutnia wyda? Czy ich upiorów powieścią zabawi? Czy brylantową bajką Alraszyda? Śpiewak po sali wiódł wzrok obłąkany, Jak gdyby liczył tureckie turbany; A potem spojrzał w mnogie Greków twarze I gdy w nie patrzał - znalazł dźwięk w gitarze.
Małe tu znajdę dla pieśni pokupy, Miłość ją kraju i rozpacz uprzędły. Tu zżółkłe twarze - może serca zwiędły? Miałem tu znaleść ludzi - widzę trupy. Nie zdolni z życia wybić się skonaniem, Wyście odważni - lecz na pół otrucia, Wyście przywykli zabijać pół czucia, I zmartwychwstawać lecz półzmartwychwstaniem, Wiecznie okuci w żelazne ogniwa. Pieśń często z kajdan iskry wydobywa; Więc będę śpiewał i dążył do kresu; Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce. Tak Egipcjanin, w liście z Aloesu, Obwija zwiędłe umarłego serce; Na liściu pisze zmartwychwstania słowa; Chociaż w tym liściu serce nie ożyje, Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa, W proch nie rozsypie... Godzina wybije Kiedy myśl słowa tajemną odgadnie, Wtenczas odpowiedź będzie w sercu - na dnie. Myśl syna pieśni ciemna, niezgłębiona, Jest jako fala umarłego morza; Co jéj powierzysz, wnet wyrzuca z łona, Lecz barwą ciemnych głębi przyodzieje,
Da nieśmiertelność kamiennego łoża, Kwiat w niéj nie tracąc barwy kamienieje. Lecz jeśli wieszczek nie znajdzie wyrazów, W głąb jego serca słuchacz nie dosięga; Często podobny sam do zimnych głazów, Choć pieśń ognista w myśli się wylęga, Często go słuchacz odbiegnie wesoły... A pieśń, co ledwo dopłynie półowy, Jak mórz zamarłych owoc rubinowy, Bezpłodne w sobie zamyka popioły.
Niegdyś nam północ miecz podała w dłonie A potém chytra bezsilnych odbiegła . Widziałem walkę - widziałem to błonie Gdzie siła naszych rycerzy poległa. Ja byłem dzieckiem i patrzałem z chaty... Powietrze chmura proporców krajała, W Tureckich szykach lśnił xiężyc bogaty, Nad nim dym śrebrny wyrzucały działa, Stamtąd huk leciał, stamtąd ziemia grzmiała, I grad pocisków wyrzucały spiże; A stąd, zachodnim złocone promieniem W ten dym ognisty szły błękitne krzyże, Z uporném, z głuchém rospaczy milczeniem. Potém je dymy spiżowe pożarły, Mignęły w ogniu złote - i pobladły. Przed nocą wszystkie szeregi wymarły, I wszystkie krzyże w szeregach upadły.
Tak się zwycięstwa przeważyły szale... Lambra Tureckie ominęły gromy, Wdarł się na skałę - całą noc na skale, Patrzał na groby, na groby bez końca! I tak nazajutrz jeszcze nieruchomy Błyszczał w promieniach wschodzącego słońca... A stamtąd poszedł błąkać się po świecie. Lecz nie samotny - znalazł się ktoś drugi,
Co przy nim giermka podjął się usługi; Kto to był taki? - może odgadniecie. Po długich latach, z krainy wygnania, Ujrzał jak Grecy, z wiatrem na wyścigi, Nieśli po górach hasło zmartwychwstania; Pieśń grzmiała w dzwonach - była to pieśń Rygi. Ale niedługo Grek o szczęściu marzy, Kolejno w siołach milkła pieśń i dzwony, Gdzieniegdzie snuł się Kleft - lecz zakrwawiony, I z krwią miał rospacz przysechłą do twarzy. Płacz, narzekanie wstrząsa Greków chaty, Echami skał się rospłakały łona. Jutro wołają na maszcie fregaty, Haniebną śmiercią młody Ryga skona.
Na dzikich brzegach skalistej Ipsary Wznosi się klasztor wysoko nad morze; Krzyż jego pierwszy wita ranne zorze, Ostatnie słońcem złocą się filary. Koło klasztoru bez czoła kolumny, Stoją jak palmy pozbawione liści. Tam mnich pracuje koło własnéj trumny, Tam od Tureckiéj uciekł nienawiści... Ów dzwon, co dzisiaj ogłasza pacierze, Nieraz do broni powoła majnotę; Nieraz od Turków okrążone wieże, Czoła dział srebrnym uwieńczają dymem. Z tych okien błyszczą spiżu paszcze złote, I mnich pokorny staje się olbrzymem. Nieraz rospaczy naglony potrzebą Rozwala miną poświęcone ściany; Rzekłbyś że mnich ten chce zdobywać niebo Skał odłamami jak dawne Tytany. Na niższych skałach cmentarz Muzułmanów, Czarowny, cichy; pełny drzew i kwiatów,
I dłutowanych w marmurze turbanów, Jak odłam z rajskich oderwany światów I przesadzony na skalne urwiska. Tam byłem wczora... Słońce zachodziło... Za marmurowe skryty grobowiska, Widziałem dwoje ludzi nad mogiłą; Widziałem klefta i Greczynkę młodą. Ona - do Peri podobna urodą, Jak była piękną, wyraz nie okryśli! Gdy długo, długo patrzałem w jéj lica, Kiedy się potém obudziłem z myśli, Tak byłem tęskny - rozmarzony - smutny, Jak gdybym długo patrzał w twarz xiężyca. Snadź że jéj życie był to czas pokutny, Za całą przeszłość szczęścia pogrzebaną; Miała na twarzy smutek - lecz nie żałość, Barwę koralu łzą nie opłukaną; Rumieniec tonął w bezpromienną białość, I w białych szatach stała między drzewa W pół przeświecona blaskami zachodu, Podobna śrebrnéj fontannie ogrodu, Z któréj wiatr mgliste warkocze odwiewa. Kleft znać z ubioru był kiedyś rycerzem, I wierne rysom członków nosił szaty, Piersi jedwabnym zamknięte pancerzem, Co się od słońca w różne barwy łamie, Wypukło w złote wyszywany kwiaty. I miał kapotę rzuconą na ramię, Białą jak śniegi - i pas złotolity, Nogę złoconym wiązaną rzemieniem, Małą misiurkę któréj axamity Pod kruczych włosów tonęły pierścieniem, Na niéj z misternie ułożoéej zwici, Węzeł w złociste rozpadał się nici. Choć stłumionémi przemawiali słowy,
Mogłem dosłyszéć ułamków rozmowy.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.