Skulona przy ścianie obok biurka, nasłuchiwała, trzymając córkę mocno przytuloną do piersi. Wpatrywała się w drzwi, przerażona, że nagle klamka się poruszy i nieznajomy, który wtargnął do domu, postanowi je stąd wykurzyć.
Oczywiście była na tyle przytomna, aby zamknąć je na klucz, ale ile czasu trzeba, by wyważyć zwykłe drewniane drzwi? Jak słaba była ta ostatnia linia obrony, teraz gdy nie chroniły ich mury własnego domu?
Trwała tak bez ruchu, prawie nie oddychając, przytrzymując przy sobie córkę wszystkimi siłami, palcami wczepiając się w jej kręcone włosy, jakby wystarczyło wznieść niewidoczną barierę, by ją ochronić.
Złodziej nie miał żadnego powodu, żeby zakradać się do jej mieszkania. Najbardziej wartościowymi rzeczami były książki. Z gotówki miała tylko drobne na codzienne zakupy. I na pewno nie chodziło intruzowi o chińską porcelanę, którą kupiła na targu antykwarycznym tuż przed lockdownem.
A jednak odgłosy, które dochodziły zza drzwi, świadczyły o tym, że czegoś szukał. Słychać było jego kroki, które to się przybliżały, to oddalały, jego ciężki chód, gdy przemierzał pokoje, podeszwy z gumy, które piszczały na drewnianej podłodze, szelest wysuwanej szuflady, skrzypienie szeroko otwieranych drzwi szafy, dźwięk przestawianego krzesła.
Komórka gdzieś się zapodziała. Może w kuchni, może na stole w jadalni. Telefon na numer 112 nie wchodził w grę.
Chciała wychylić się przez okno i zawołać po pomoc. Ale ulice były puste, nie było szansy, żeby jakiś przechodzień zadzwonił po policję. A krzyki mogły zaalarmować intruza, który na razie trzymał się z dala od pokoju, w którym się schroniły.
Czuła na brzuchu ruchy klatki piersiowej córki, opadającej i rozszerzającej się w rytm przyspieszonego oddechu, czuła szybkie bicie swojego serca i zaczęła szeptać modlitwę.
Powtarzalną, niemal hipnotyczną litanię.
Ten dzień rozpoczął się normalnie, jak każdy inny. Pięć tygodni izolacji, a jej udało się zachować prawie bez zmian swoje zwyczaje, a tym samym zdrowie psychiczne.
Pobudka o siódmej, marsz do łazienki, by opróżnić pęcherz, odświeżyć twarz i oklepać okolice oczu lodowatą wodą dla pobudzenia skóry, a następnie nalot na pokój córki, lat dziewięć, z tendencją do zwijania się w nocy w kłębek w pościeli, jakby chciała wydrążyć jamę.
Otworzyła na oścież okiennice. Ignorując jęczenie córki, przeszła do kuchni. Wiedziała, że ta dołączy do niej za kilka minut. Również wspólne przygotowywanie śniadania należało do ich zwyczajów - jak dwóch koleżanek z tej samej, domowej brygady. A oto i ona, jeszcze w piżamie, z rozczochranymi włosami.
Podczas gdy córka zajęła się formowaniem ciasteczek przy pomocy metalowych foremek, ona wyszła na taras. Nagle znieruchomiała. Coś dziwnego działo się w kamienicy naprzeciwko.
Kogoś zobaczyła w oknie na drugim piętrze. Kogoś, kto dopiero co odsunął zasłony i obserwował ją z dystansu.
Widywała go już od paru dni, zawsze o innej porze. Na początku nie przywiązywała do tego wagi. Teraz widok obserwatora wydał jej się czymś dokuczliwym. Niepokojącym.
Wzruszyła ramionami. Może ten facet był tak znudzony, że wolał raczej szpiegować otoczenie, niż wpatrywać się godzinami w ściany.
Po śniadaniu przygotowała córce stanowisko do nauki zdalnej. Potem przeniosła się do gabinetu, aby rzucić okiem na wiadomości dnia na laptopie. Po sprawdzeniu maili od swoich studentów przygotowała notatki do wykorzystania w trakcie lekcji online na platformie uniwersyteckiej.
Gdy zbliżał się wieczór, stanęła przy kuchence, by przygotować kolację.
Seria uderzeń dochodzących od strony wejścia spowodowała, że podskoczyła. Czyżby ktoś pukał?
Córka pospieszyła pierwsza, zanim zdążyła ją zatrzymać.
Chwilę później usłyszała jej krzyk.
Wybiegła na korytarz. Zobaczyła ją na podłodze, jak z przerażeniem na buzi czołgała się do tyłu.
Na progu stał mężczyzna, jego sylwetka odcinała się w półcieniu, miał zakrytą twarz.
Zabrakło jej tchu. Instynktownie rzuciła się do przodu, mocując się z drzwiami, ale miała wrażenie, że odbija się od muru z gumy. Chwyciła dziewczynkę w ramiona i wybiegła.
Kroki za nią.
Przylgnęła do regału, który przewróciła, by spowolnić prześladowcę.
Przebiegła ile sił przez korytarz. Wpadła do pokoju córki, najbardziej oddalonego pomieszczenia w mieszkaniu.
I miała nadzieję, bezgłośnie odmawiając swoją modlitwę, że teraz intruz sobie pójdzie, tak jak przyszedł.
Gdzieś rozległ się głuchy odgłos, jakby upadło coś ciężkiego. Potem nastąpiła nierealna cisza. Powietrze zastygło jak chwilę przed rozpętaniem się burzy.
Kroki w korytarzu. Coraz bliżej.
Szarpnięcie za klamkę. Raz, dwa i jeszcze raz. Drzwi poruszyły się w zawiasach.
Dziewczynka wydała z siebie zduszony krzyk. Spojrzała na nią i dała jej znak skinieniem głowy.
Cicho.
Potem położyła się na podłodze i wciągnęła ją ze sobą pod łóżko.
Cios. Następny. Gwałtowne uderzenia w drzwi, by pokonać opór zamka, który ostatecznie poddał się z trzaskiem rozrywanego metalu.