Łamacz kości - Barbara Baraldi

Kup ebooka

49.41 zł
43.48 zł (40,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

- To byłeś ty, prawda? - powiedziała Aurora, zwracając się do Provery po tym, jak Orlandi opuściła biuro.

- Ja co?

- To ty naciskałeś na panią prokurator, żebym wzięła udział w śledztwie.

- To twój ojciec złapał Potwora. Nie znam nikogo, kto nadawałby się bardziej niż ty do znalezienia powiązań.

- Daj spokój, nie wiem praktycznie nic o pracy mojego ojca. Nie mam wglądu w jego akta. A w czasach Potwora jeszcze nie było mnie na świecie.

- Nie pasuje ci, że masz się tym zająć?

- Jasne, że nie. Również dlatego, że mam niejasne przeczucie, że prokuratura przyjęła złą perspektywę w tym śledztwie.

- Co masz na myśli? Nie wydaje ci się dziwne, że jedyny, który przeżył ataki, został zamordowany?

- Zgoda, ale czemu akurat teraz? Jeśli Ferretti naprawdę coś wiedział, dlaczego zabójca czekał tyle czasu, by uderzyć? Po co zabił pozostałe dwie osoby, które nie miały nic wspólnego z tą historią?

- Spokojnie... Tego jeszcze nie wiemy. Musimy pójść tym tropem, przynajmniej dopóki nie będziemy mieć w garści wystarczających argumentów, żeby go wykluczyć.

- Jessica Montanari była młodsza ode mnie. Ona również urodziła się już po czasie, w którym działał Potwór.

Provera spróbował się uśmiechnąć.

- Cóż, właśnie dzięki takiemu podejściu chciałem ciebie w tym śledztwie. Kosztem... powiedzmy, wywarcia małego nacisku na prokurator Orlandi.

- W jakim sensie?

- Nie znała cię. Ale wystarczyło wymienić twoje zasługi dla służby, żeby ją przekonać.

- Będę potrzebowała pełnej dokumentacji dotyczącej wszystkich przypadków - ucięła Aurora.

- Żaden problem - odpowiedział Provera.

- I będę musiała poszukać informacji w aktach mojego ojca.

- Wszystko dostaniesz na swoją pocztę mailową. Całość dokumentów z archiwum, począwszy od lat osiemdziesiątych do teraz, została zdigitalizowana. Oczywiście przydzieliłem ci stanowisko tutaj, w naszym biurze. Nie udało się załatwić, żebyś miała swoje stare biurko, ale zawsze to lepiej niż nic, prawda?

Aurora przytaknęła.

- Aha, i jeszcze coś. Chciałabym zobaczyć zwłoki Ferrettiego i rozejrzeć się po jego mieszkaniu.

Provera wydał się nieco zaskoczony.

- Dokumentacja fotograficzna powinna wystarczyć, żebyś mogła wyrobić sobie opinię na temat okoliczności ataku, czy nie tak?

- To tak nie działa. Przynajmniej nie dla mnie.

- Jak uważasz. Zaraz poinformuję lekarza sądowego. Na jutro rano będzie w porządku?

Aurora ograniczyła się do skinienia głową.

- Jeśli chodzi o mieszkanie Ferrettiego, zobaczę, czy uda mi się zorganizować ci wizytę z którymś z moich ludzi.

- To nie będzie konieczne, wystarczy mi adres. A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym odpocząć. Jestem wykończona, muszę zrzucić z siebie zmęczenie po podróży.

- Może cię podwieźć? Kończę służbę za dziesięć minut.

- Spacer dobrze mi zrobi. Muszę odświeżyć umysł.

Aurora wyszła z komisariatu, zastanawiając się, co tak naprawdę robi w Turynie. Czy chodziło wyłącznie o pomoc dla dawnego współpracownika. A może to, jak bezzwłocznie pospieszyła do swojego rodzinnego miasta, ujawniło jej potrzebę zrozumienia, dlaczego nie obejrzała się za siebie po tym, jak je opuściła?

Powietrze było przejrzyste, zachód słońca zabarwiał na intensywnie żółty kolor niebo ponad dachami kamienic. Idąc w cieniu platanów, Aurora miała wrażenie, że podąża śladami osoby, którą wcześniej była, że przeszła tę trasę nieskończoną ilość razy w drodze do pracy.

Aurora otwarła bramę i szybkim krokiem przeszła przez przedsionek. Winda miała postać zabytkowej klatki z pierwszej połowy ubiegłego wieku, kiedy to budynek musiał być elegancką, miejską rezydencją, po której pozostał teraz jedynie urok dekadencji. Po wejściu na podest czwartego piętra zaczęła szukać odpowiedniego klucza. Otworzyła zamek i weszła, pozwalając, by otulił ją panujący we wnętrzu półcień.

Znieruchomiała, zanim włączyła światło. Może to tylko wrażenie, ale wydawało jej się, że słyszy jakiś stłumiony hałas dochodzący ze środka.

Zamknęła drzwi ruchem pięty i zastygła w oczekiwaniu, z wyostrzonymi zmysłami, gotowa do ucieczki na wypadek zbliżającego się niebezpieczeństwa.

Żadnego odgłosu oprócz szumu dobiegającego z ulicy.

Może za bardzo zasugerowała się śledztwem w sprawie seryjnego zabójcy, który włamywał się ukradkiem do mieszkań swoich ofiar, by atakować je ostrym narzędziem rodem z muzeum.

Hałas mógł pochodzić ze zbyt głośno nastawionego telewizora albo od sąsiada, który włączył pralkę. Odzwyczaiła się już od odgłosów miasta i nie był to jej własny dom, gdzie umiała rozpoznać każde drgnienie, każdy oddech.

Trrrach.

Nagłe skrzypnięcie odbiło się echem wśród ścian, jakby ktoś zmieniał pozycję na krześle.

Nie była sama.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przekład książki był możliwy dzięki pomocy finansowej Włoskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Współpracy Międzynarodowej.

La traduzione del libro ? stata possibile grazie al contributo del Ministero degli Affari Esteri e della Cooperazione Internazionale Italiano.

Tytuł oryginału: Cambiare le ossa

Copyright ? 2022 by Giunti Editore SpA, Firenze-Milano www.giunti.it

Copyright for this edition ? Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania ani przechowywania w informatycznej bazie danych, bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie książki w sieci.

Tłumaczenie: Joanna Płuska

Redakcja: Jowita Kostrzewa

Korekta: Monika Matczak-Nalborska

Projekt okładki: Natalia Krzeszczakowska / krzeszczakowska@wp.pl

Skład i łamanie: Krystyna Szych

ISBN: 978-83-213-5360-9

Wydanie I, 2025. Symbol 5382/R

CIP Biblioteka Narodowa Barbara Baraldi Łamacz kości / Barbara Baraldi ; przełożyła Joanna Płuska. Wydanie I. - Warszawa : LeTra, 2025

Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: info@arkady.eu, www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady Facebook: @Wydawnictwo.Letra, Instagram: @wydawnictwo_letra księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56 www.arkady.info

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

2

- Bazując na rekonstrukcji tego, co wydarzyło się w nocy 26 sierpnia 1988 roku, możemy uznać, że Tito Ferretti znajdował się w tym samym samochodzie, w którym jego matka i jej kochanek zostali zabici przez Potwora - powiedziała Orlandi. - Kilka godzin po tym podwójnym zabójstwie chłopiec pojawił się w domu niejakiego Renato Bergesio, aby prosić o pomoc. Nie miał na sobie butów, ale jego skarpetki były czyste, pomimo że musiałby przejść przez lasek Pian del Lot, aby do niego dotrzeć.

- Ktoś musiał go tam zanieść - skomentowała Aurora.

- Ktoś, kto z całą pewnością nie został zidentyfikowany pomimo wysiłków zespołu śledczego. Był jeden podejrzany, prawdopodobnie wspólnik, ale został znaleziony martwy, zanim zdążono go przesłuchać. Mogłoby się wydawać, że było to samobójstwo, ale jego ojciec uważał, że zabił go morderca, żeby go uciszyć.

- Czy myślicie, że zabójstwo Ferrettiego ma jakiś związek z Potworem?

- Nie możemy tego potwierdzić z całą pewnością - odrzekła Orlandi. - Ale nie możemy również wykluczyć. Jego ojciec uważał, że należy przesłuchać Tita, pomimo że był tylko dzieckiem. W końcu był jedynym świadkiem całej serii zabójstw, która miała miejsce w ciągu dwóch lat, przy braku jakiegokolwiek konkretnego tropu, który mógłby ukierunkować śledztwo. Zeznania, które złożył, były dość ogólnikowe, ale pozwoliły na otwarcie wątku w śledztwie odnośnie do sieci wspólników związanej z aktywnością Potwora.

Aurora miała wrażenie, że właśnie przywołano fragment z przeszłości jej ojca, którego nie mogła jednak pamiętać. To było jak dostać prezent w postaci elementów dużej mozaiki i nie mieć pomysłu na to, jak je ułożyć.

- Myśli pani, że jakiś wspólnik Potwora mógł zabić Tita Ferrettiego...? Po tak długim czasie?

Orlandi skinęła ruchem głowy.

- Jest jeszcze coś - powiedziała. - Kilka lat temu Ferretti udzielił wywiadu do podkastu, który zajmuje się przypadkami true crime, gdzie utrzymywał, że nie powiedział jeszcze wszystkiego, co wie na temat tego zdarzenia.

Aurora urodziła się w tę samą noc, w którą jej ojciec musiał zmierzyć się z Potworem. I ten cień miał ją prześladować przez całe dzieciństwo.

Wraz z upływem lat przestano o nim mówić w mediach, ale pozostał w umyśle Aurory niczym odległa, lecz niejasna obecność. Tragiczna śmierć jej ojca wymiotła ostatnie wspomnienia tego sezonu śmierci, pozostawiając jedynie blizny po ich wzajemnym związku. Potwór, jak wszystkie inne widma, stał się częścią wypartego wspomnienia, z którym trudno było się pogodzić.

- Czy komuś przyszło na myśl, by wezwać Ferrettiego w celu wyjaśnień?

- Niestety nie. Wobec braku konkretnej przesłanki przestępstwa nikt nie uznał za stosowne go przesłuchać. Jednak w świetle ostatnich ustaleń w śledztwie nie możemy wykluczyć, że mógł przyjść mu do głowy jakiś szczegół, kompromitujący kogoś, komu udało się uniknąć sprawiedliwości.

- Wydaje mi się to mało prawdopodobne - zaprotestowała Aurora. - Po pierwsze zabójstwo Ferrettiego ujawniło pewną sprawność fizyczną ze strony agresora. Rany zostały zadane z siłą znacznie przewyższającą przeciętną. W większości przypadków, gdyby chodziło o kogoś, kto w czasie popełniania przestępstw przez Potwora miał około dwudziestu-dwudziestu pięciu lat, teraz byłby u progu sześćdziesiątki i mocno by ryzykował w konfrontacji z chłopakiem w tym wieku. Poza tym z tego, co rozumiem, zabójstwo Ferrettiego jest częścią serii.

- Zgadza się - potwierdziła Orlandi. - Tito Ferretti jest trzecią ofiarą od początku roku, ta sama broń, ten sam modus operandi. Również w pozostałych dwóch przypadkach zabójca wtargnął do domów ofiar i brutalnie je zamordował.

- Ślady włamania?

- Żadnych.

- Zna swoje cele osobiście lub planuje ataki tak starannie, że za każdym razem znajduje sposób, by wtargnąć do domu - dodał Provera.

- Domyślam się, że nie muszę pytać, czy znaleźliście jakieś odciski palców lub ślady DNA?

- Widzę, że pojmuje pani, z czym mamy do czynienia.

Aurora zastanawiała się przez chwilę.

- Powiązania między ofiarami?

- Z przeprowadzonego dochodzenia wynika, że nie pojawiła się żadna okoliczność wskazująca na to, że ofiary się znały. Co więcej, pochodziły z kompletnie różnych środowisk społecznych i demograficznych. - Orlandi wyciągnęła z teczki zdjęcia wykonane przez techników w innych miejscach zbrodni. Mężczyzna koło pięćdziesiątki leżący na podłodze w kuchni ze śladami pobicia i licznymi ranami ciętymi na ciele i rękach, młoda kobieta ugodzona w szyję z taką siłą, że niemal została pozbawiona głowy. - Emilio Santucci, zaatakowany w swoim domu na via Sapri w nocy piątego lutego. Jessica Montanari, zaatakowana w swoim mieszkaniu w Moncalieri osiemnastego kwietnia.

- Nie można powiedzieć, że nasz SN ma jakaś konkretne preferencje co do ofiar - skomentowała Aurora.

SN: Sprawca Nieznany. Tak w żargonie określało się seryjnego zabójcę o nieustalonej tożsamości.

- Jedynym tropem, za którym możemy pójść, jest na tę chwilę związek między zabójstwami a tym, co wydarzyło się w mieście trzydzieści cztery lata temu - powiedziała Orlandi.

Aurora milczała. Jej umysł już zaczął pracować nad powiązaniami w poszukiwaniu elementów, które miałyby jakieś znaczenie w tych atakach.

Ponieważ nie ulegało wątpliwości, że było to dzieło seryjnego zabójcy. A te fotografie mówiły o zabójcy więcej, niż tylko to, że powodowała nim chęć pozbycia się świadka morderstwa, które wydarzyło się kilka dekad wcześniej.

Nie, tym, co uzbroiło jego dłoń, był nieposkromiony popęd, impuls, który zrodził się w zakamarkach chorego umysłu i którego językiem naturalnym było morderstwo.

Mimo to w jednym zgadzała się z prokurator Orlandi: Tito Ferretti nie został wzięty na cel przez przypadek. Istniał jakiś związek między ofiarami i być może właśnie w jego przeszłości ukryty był klucz do rozszyfrowania zagadki.

Prolog

Skulona przy ścianie obok biurka, nasłuchiwała, trzymając córkę mocno przytuloną do piersi. Wpatrywała się w drzwi, przerażona, że nagle klamka się poruszy i nieznajomy, który wtargnął do domu, postanowi je stąd wykurzyć.

Oczywiście była na tyle przytomna, aby zamknąć je na klucz, ale ile czasu trzeba, by wyważyć zwykłe drewniane drzwi? Jak słaba była ta ostatnia linia obrony, teraz gdy nie chroniły ich mury własnego domu?

Trwała tak bez ruchu, prawie nie oddychając, przytrzymując przy sobie córkę wszystkimi siłami, palcami wczepiając się w jej kręcone włosy, jakby wystarczyło wznieść niewidoczną barierę, by ją ochronić.

Złodziej nie miał żadnego powodu, żeby zakradać się do jej mieszkania. Najbardziej wartościowymi rzeczami były książki. Z gotówki miała tylko drobne na codzienne zakupy. I na pewno nie chodziło intruzowi o chińską porcelanę, którą kupiła na targu antykwarycznym tuż przed lockdownem.

A jednak odgłosy, które dochodziły zza drzwi, świadczyły o tym, że czegoś szukał. Słychać było jego kroki, które to się przybliżały, to oddalały, jego ciężki chód, gdy przemierzał pokoje, podeszwy z gumy, które piszczały na drewnianej podłodze, szelest wysuwanej szuflady, skrzypienie szeroko otwieranych drzwi szafy, dźwięk przestawianego krzesła.

Komórka gdzieś się zapodziała. Może w kuchni, może na stole w jadalni. Telefon na numer 112 nie wchodził w grę.

Chciała wychylić się przez okno i zawołać po pomoc. Ale ulice były puste, nie było szansy, żeby jakiś przechodzień zadzwonił po policję. A krzyki mogły zaalarmować intruza, który na razie trzymał się z dala od pokoju, w którym się schroniły.

Czuła na brzuchu ruchy klatki piersiowej córki, opadającej i rozszerzającej się w rytm przyspieszonego oddechu, czuła szybkie bicie swojego serca i zaczęła szeptać modlitwę.

Powtarzalną, niemal hipnotyczną litanię.

Ten dzień rozpoczął się normalnie, jak każdy inny. Pięć tygodni izolacji, a jej udało się zachować prawie bez zmian swoje zwyczaje, a tym samym zdrowie psychiczne.

Pobudka o siódmej, marsz do łazienki, by opróżnić pęcherz, odświeżyć twarz i oklepać okolice oczu lodowatą wodą dla pobudzenia skóry, a następnie nalot na pokój córki, lat dziewięć, z tendencją do zwijania się w nocy w kłębek w pościeli, jakby chciała wydrążyć jamę.

Otworzyła na oścież okiennice. Ignorując jęczenie córki, przeszła do kuchni. Wiedziała, że ta dołączy do niej za kilka minut. Również wspólne przygotowywanie śniadania należało do ich zwyczajów - jak dwóch koleżanek z tej samej, domowej brygady. A oto i ona, jeszcze w piżamie, z rozczochranymi włosami.

Podczas gdy córka zajęła się formowaniem ciasteczek przy pomocy metalowych foremek, ona wyszła na taras. Nagle znieruchomiała. Coś dziwnego działo się w kamienicy naprzeciwko.

Kogoś zobaczyła w oknie na drugim piętrze. Kogoś, kto dopiero co odsunął zasłony i obserwował ją z dystansu.

Widywała go już od paru dni, zawsze o innej porze. Na początku nie przywiązywała do tego wagi. Teraz widok obserwatora wydał jej się czymś dokuczliwym. Niepokojącym.

Wzruszyła ramionami. Może ten facet był tak znudzony, że wolał raczej szpiegować otoczenie, niż wpatrywać się godzinami w ściany.

Po śniadaniu przygotowała córce stanowisko do nauki zdalnej. Potem przeniosła się do gabinetu, aby rzucić okiem na wiadomości dnia na laptopie. Po sprawdzeniu maili od swoich studentów przygotowała notatki do wykorzystania w trakcie lekcji online na platformie uniwersyteckiej.

Gdy zbliżał się wieczór, stanęła przy kuchence, by przygotować kolację.

Seria uderzeń dochodzących od strony wejścia spowodowała, że podskoczyła. Czyżby ktoś pukał?

Córka pospieszyła pierwsza, zanim zdążyła ją zatrzymać.

Chwilę później usłyszała jej krzyk.

Wybiegła na korytarz. Zobaczyła ją na podłodze, jak z przerażeniem na buzi czołgała się do tyłu.

Na progu stał mężczyzna, jego sylwetka odcinała się w półcieniu, miał zakrytą twarz.

Zabrakło jej tchu. Instynktownie rzuciła się do przodu, mocując się z drzwiami, ale miała wrażenie, że odbija się od muru z gumy. Chwyciła dziewczynkę w ramiona i wybiegła.

Kroki za nią.

Przylgnęła do regału, który przewróciła, by spowolnić prześladowcę.

Przebiegła ile sił przez korytarz. Wpadła do pokoju córki, najbardziej oddalonego pomieszczenia w mieszkaniu.

I miała nadzieję, bezgłośnie odmawiając swoją modlitwę, że teraz intruz sobie pójdzie, tak jak przyszedł.

Gdzieś rozległ się głuchy odgłos, jakby upadło coś ciężkiego. Potem nastąpiła nierealna cisza. Powietrze zastygło jak chwilę przed rozpętaniem się burzy.

Kroki w korytarzu. Coraz bliżej.

Szarpnięcie za klamkę. Raz, dwa i jeszcze raz. Drzwi poruszyły się w zawiasach.

Dziewczynka wydała z siebie zduszony krzyk. Spojrzała na nią i dała jej znak skinieniem głowy.

Cicho.

Potem położyła się na podłodze i wciągnęła ją ze sobą pod łóżko.

Cios. Następny. Gwałtowne uderzenia w drzwi, by pokonać opór zamka, który ostatecznie poddał się z trzaskiem rozrywanego metalu.