Łakome - Małgorzata Lebda

Kup ebooka

43.99 zł
39.59 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trześniowy

Dunaj wyje. A one już tu są, takie, jakie je pamiętam - głodne, ruchliwe. Błyszczą, jakby ich skrzydła polano benzyną, mieni się na nich fiolet, błękit, czerwień, żółć.

Stado krąży nad wsią.

Czerwiec wpuścił w siebie wiele słońca, już u jego początków owoce trześniowych drzew są słodkie.

Dziadek, który unika choroby babki, dla którego ceremonie wokół choroby są obce, on, który nie chce nic o chorobie wiedzieć, niczego w chorobie dotykać, obserwuje z werandy, w jaki sposób szpaki zniżają lot nad sadem.

Uderza metalowym prętem w aluminiową kankę na mleko. Rozdudnia się od tego w dolinie.

Przyglądam mu się. I w nim musi dudnić, ciało mu drży, ma skórę podobną do skóry mężczyzn zamieszkujących Łuk Karpat, myślę. Spiż. Heban.

Szpaki zrywają się do lotu, jest ich nawał. Przefruwając nad domem, rzucają cień na podłogę zachodniego pokoju, tego, który w chłodne miesiące grzeje żeliwny piecyk.

Po chwili wracają nad sad.

Są uparte.

Kolejne uderzenia w metal wprawiają je w nerwowe podrygi. Dudnienie utrzymuje je w locie.

Dziadek robi przerwę na papierosa. One wykorzystują ciszę i lądują na rozłożystym drzewie. Napychają niewielkie ciała owocami.

Nauczyły się już rozpoznawać ciszę, mówię do Ann.

Tak, przytakuje.

Ann jest tu jasnością. Interesuje się światłem i sama nim jest. Rankiem dotarła tutaj, prosto w ciepły Maj, z dalekiego kraju. Jest w niej jeszcze podróż. Jest w niej jeszcze zapach nie stąd - frezja, paczula. Stoi ze mną na werandzie i przyzwyczaja wzrok do wczesnego lata.

Jej oczy podążają za światłem.

Ann zna się na świetle.

Bada światło.

Poluje na światło.

Wróży ze światła.

Dotykam palcami jej dekoltu, tam, gdzie ros­ną gwiazdozbiory pieprzyków.

Ann mówi: Trzeba je zliczyć.

Dobrze, odpowiadam.

W dzieciństwie liczyłam babce znamiona. Niewiele ukrywała przede mną. Pozwalała mi liczyć punkciki, które pokrywały jej plecy, a także te w okolicach piersi. Wpuszczała mój wzrok w zakamarki takie jak małżowina uszna czy zgięcia łokci.

Jesteś też z mojego ciała, mówiła.

Przechodzimy z werandy do zachodniego pokoju. Słychać melodię wygrywaną przez dziadka. Babka obserwuje cień ptasiego stada. Podnosi wychudłą dłoń, jakby zgłaszała się do odpowiedzi.

Tam, mówi i wskazuje szafę.

Prosi o wyjęcie z niej letnich sukienek. Dziwi mnie to. Na co dzień ubiera się w piżamy, które kupuję jej na rynku pobliskiego miasteczka, Starego Sadu. Lubi te w kolorze pudrowej mięty.

Sukienki rozkładam na wersalce.

Ta, szepce babka.

Wybrała tę w kolorze krwi. Biorę ją w dłonie. To aksamit.

Zanieś mu, prosi.

Robię to bez słowa sprzeciwu.

Dziadek kończy na werandzie dopalać kolejnego klubowego, tak - z sentymentu dla minionego - nazywa każde papierosy, przejęłam to po nim. Bierze sukienkę w dłonie. Jego naskórek haczy o materiał. Wącha tkaninę.

Róża, mówi.

Patrzę na niego. Ostatnie lata wysuszyły jego ciało. Coraz częściej ucieka wzrokiem, chowa wzrok, robi nim uniki. Nie potrafi utrzymywać i odwzajemniać patrzenia. Chciałabym go widzieć silniejszym, myślę.

Odwraca się i mówi: Chodź ze mną.

Idę.

Kieruje się w stronę warsztatu.

Na miejscu zbija z leszczyny coś na kształt krzyża i ten krzyż ubiera w krwistoczerwoną sukienkę babki. Przygląda się swemu dziełu. Poprawia poduszeczki z gąbki, które nadają obiektowi wyraz zdziwienia, tak jakby coś żywego podnosiło swe ramiona.

Nada się?, pyta.

Nada się, odpowiadam.

Wiem, że potrzebne jest mu moje przytakiwanie. Tu, w tej chorobie, nie ma miejsca na sprzeciw.

Dziadek przytakuje na moje przytakiwanie. Bierze w dłonie kukłę i idzie z obleczonym w suknię szkieletem w sad. Za nim procesja: pies Dunaj i kocur Klakier.

Babka obserwuje nas z okna zachodniego poko­ju. Paznokciami rozdrapuje sobie skórę na policzku. Znam ten odruch. Rodzi się w niej, kiedy się czemuś przygląda. Potrafi podrapać się cała i nic o tym drapaniu nie wiedzieć.

Dziadek przystawia drabinę do pnia trześni. Asystuję. Ostrożnie stawia stopy na szczeblach. Dociera do szczytu. Drutem przytwierdza do gałęzi straszak.

Strach na głód, mówię pod nosem.

Czerwona sukienka babki zaczyna się poruszać na wietrze. Podmuch wchodzi w nią i wypełnia miejsce, gdzie kiedyś było ciepłe ciało. Mam wrażenie, że sukienka ożyła.

Duch sadu, mówię do Ann, która do nas dołącza.

Nic nie działa jak czerwona sukienka, nuci.

Szpaki kołują nad drzewem.

Już w zachodnim pokoju pytam babkę, czy pamięta, że miała na sobie ten ciuch zeszłej wiosny. Są na to fotografie.

Przytakuje.

Czerwień podkreślała jej siwe włosy.

Wiesz, mówi, już wtedy choroba musiała we mnie być. Wyobrażasz to sobie?

Przytakuję.

Opuszkami palców badam ranę, którą wydrapała w policzku.

Przez resztę dnia na zmianę podchodzimy do okna zachodniego pokoju i patrzymy w sad. Krwista czerwień sukienki zlewa się z dojrzewającymi w pełnym słońcu trześniami. Wyratowane od dziobów szpaków owoce będziemy zbierać dla babki. Dziadek przygotuje z nich słodkie dżemy.

Dil

Zaczynamy odświeżać pokój. Tak jakby choroba wymagała od nas specjalnych środków i działań.

Współpracujemy z nią, dilujemy, myślę.

Nas też już ma, mówię do Ann, podając jej ogrodniczki, które nosiłam tu w wieku nastu lat.

Pracujemy we dwie. Choroba łączy nas w fizycznej robocie. Potrzebujemy się zmęczyć.

Oczy babki są czujne.

Oczy babki chodzą za nami i patrzą, patrzą.

Zajedźmy się na śmierć, mówię.

Babka co chwilę zagląda do pokoju, kiwa głową i patrzy, patrzy. Podoba się jej, że na tle białych ścian będzie wyraźnie widać rośliny i święte obrazy.

Zróbcie tu biało, prosi ponownie.

Wytyczne są proste - biel.

Starych warstw farby pozbywamy się za pomocą szpachli. Oddajemy sobie narzędzie w momentach, kiedy ramiona i przedramiona pracującej dotyka ból. W ustach czuję pył, zgrzyta pomiędzy zębami.

Trzymam drabinę, na której stoi Ann. Mocuje się ze ścianą. Jej ramiona są gołe, osiada na nich miał. Widać dobrze, jak pracują jej mięśnie. Jest piękna, kiedy wykonuje ruchy szpachlą. Usuwa warstwy farby, które nakładano tu przez ostatnie trzydzieści lat. Można z nich odczytać wiele. Są w nich zapisane wielkie uroczystości, które nakazywały odświeżać pokój: chrzest, komunia, bierzmowanie, a teraz choroba. Rozpoznaję każdy ze ściąganych kolorów.

Może gdyby zacząć je badać, dałoby się odczytać więcej, tak jak odczytuje się zmiany w środowisku z profilu gleby.

Historia tego domu opada na podłogę.

Robimy miejsce na nowe.

Ann jest piękna, kiedy napręża ciało, uruchamia myśli, mówi przy tym, kiedy w ruch idzie wszystko, co nią jest.

Potrzebujemy tego, co jasne, mówię do Ann, mieszając farbę.

Tak, przytakuje.

Babrzemy się w bieli.

Nocą, kiedy pokój schnie, wchodzę do niego, żeby się przyjrzeć wnętrzu.

Huuuuhuuu, huuuhuuu, pohukuję.

Za sobą słyszę Ann.

Huuuuhuuu, huuuhuuu, powtarza za mną.

Dźwięki drgają w tych kilkunastu metrach kwadratowych.

Charczymy od pyłu. Mamy go w przełykach. Plujemy białym.

Rankiem pokazujemy babce pokój.

Biało, mówi.

Przystawia chłodne dłonie do naszych twarzy i głaszcze, tak jak głaszcze Dunaja, kiedy ten wraca do domu po dniach baciarki.

Babka zaczyna znosić do zachodniego pokoju rośliny.

Życie, życie, mówi.

Po dwóch doniczkach z kalateą słabnie. Siada na podłodze, opiera się o ścianę. Bez słowa przejmujemy jej pracę, stajemy się jej dłońmi. Nosimy z sieni do zachodniego pokoju wstawione tam na czas remontu rośliny: aloes, asparagus, paproć, geranium, bluszcz syberyjski, grudniki, filodendron, kroton, dracenę, begonię, kaladium.

Oczy babki są czujne.

Oczy babki chodzą za nami.

Oczy babki patrzą, patrzą.

Gardło

W pokoju słychać oddechy babki i Ann. Noc zatrzymała nasze rozbiegane dniem źrenice. Odkąd choroba zamieszkała z nami, zasypiam ostatnia.

Jedynie moja straż jest mocna, myślę. Nikt inny nie utrzyma warty tak długo.

W rogu pokoju uwalnia ciepło żeliwny piecyk. Ostatnie czerwcowe dni przyniosły tu, w dolinę, chłód.

Zaraz się zacznie.

Światło.

Światło tnie nasze buzie. Patrzę na Ann, której twarz oświetlają reflektory samochodu wiozącego bydło do ubojni. Otwiera oczy. A ma je głębokie, bez dna. Przyglądają się jawie i kiedy zauważają moje patrzenie, zatrzymują się.

Ann przez chwilę czuwa wraz ze mną.

Nie potrafi jednak trzymać straży tak jak ja.

Wchodzi w sen.

A tu, oho, zaczyna się. Kilkadziesiąt metrów od zachodniego pokoju duże samochody wchodzą w zakręt, ich reflektory wypełniają światłem wnętrze.

Jasno i ciemno.

Jasno i ciemno.

Jasno.

Ciemno.

Jasno.

Potrwa to milion lat.

Mam czas, myślę.

Samochody przywożą do ubojni zwierzęta. Wyobrażam sobie ciała krów - ciepłe, wilgotne.

W dzieciństwie nie zawsze udawało mi się doczekać do tego momentu nocy. Niekiedy zasypiałam i budził mnie trwający już spektakl. Towarzyszyły temu dźwięki jak te dzisiejsze: gardłowe, przeciągłe, które zamiast rozpływać się w przestrzeni, potrafią długo wisieć nad wsią.

Ryczenie krów.

Skomlenie psów.

Pohukiwania nocy.

I jeszcze to - zapach: gnoju, uryny, potu.

Ciała moich kobiet widać dobrze, kiedy naświetlają je powolnymi ruchami reflektory jelczów. Ich rysy są - w zależności od padającego światła, a także cieni - raz martwe, raz żywe.

Babka leży na boku, dłoń ma podłożoną pod lewy policzek. Wygląda jak dziecko. Dziecko, takie, które chciano by ze mnie mieć.

Ale teraz nie pora na życie. Śmierć - to zaprząta mi głowę. Temu służę. Babka jest moim dzieckiem. Jestem matką swojej babki. To dobrze, myślę.

Ciało Ann jest obok. Nie przestaje mnie dziwić porcelana jej skóry, biel włosów, rzęs i brwi. Jest w nas coś bliźniaczego i jest w nas też - i wiemy o tym - coś, co nas spaja: wiele marnotrawnego.

Ciała bliskich mi kobiet reagują na światło, w ruch idą gałki oczne pod powiekami.

Jeszcze chwila.

Otwierają oczy.

Jedna po drugiej.

Babka patrzy i szepce w światło: Zajmie się tym woda albo ogień.

Ann, wybudzona ponownie, stawia bose stopy na deskach podłogi, paznokcie ma pociągnięte ciemnym burgundem. Podobnie jak ja. Malujemy je dla siebie, już nie dla naszych ludzi, którzy są teraz daleko. Muszą być daleko, nie pozwalam im się zbliżyć do choroby. Należę do choroby, a nie do nich. Mieści się tu tylko Ann. Ona potrafi zanurzyć tak pomalowane paznokcie w gnoju lub kompoście, taplać się w tym.

Siostry w tym, co w rozkładzie, myślę o nas.

Ann wyciąga z kieszeni dziadkowego płaszcza, który założyła na siebie, paczkę klubowych.

Chodź, mówi do mnie.

Narzucam na siebie koc i idę. Babka ogląda światła biegające po suficie.

Możliwe, myślę, że ponownie zasnęła, ale patrzenie zostawiła na jawie. Najstraszniejsza jest wtedy, kiedy patrzy tak, że nie wiadomo, do kogo należą jej oczy.

Wychodzimy na werandę. Czuję chłód.

Koncert, mówię do Ann.

Podaje mi odpalonego papierosa.

Zaczyna się, mówię.

Tak, przytakuje ona.

Oho, już.

Nasłuchujemy.

Kopyta nie znają żadnego rytmu, mówię.

Po chwili zwierzęta zaczynają śpiewać.

Śpiewają, mówię.

Ann przykłada palec do moich ust i zatrzymuje tym gestem papierosowy dym we mnie.

Zwierzęta śpiewają. Ich pieśń pochodzi z wnętrza, z ciepłych brzuchów, myślę.

Po chwili odzywają się psy. Najpierw szpic wilczy u Rybowicza pod skarpą po drugiej stronie wsi, ruszają gardła psów z ubojni, po chwili dołącza Dunaj, po nim samojedy Sołtysowej i psy uwiązane przy budach plebanii, potomkowie tych ruchliwych kundli, które od pokoleń krzyżują się po paryjach wsi. Noszą imiona apostołów: Marek, Jan, Łukasz. Jest tam i jeden czarny, którego wieś ochrzciła Murzyn.

Przedziwne, myślę, potrafię rozróżniać te wycia, melodię każdego z psów. Jeszcze chwila tu i będę odgadywać, na co te wycia są, czemu służą.

Ann odejmuje palec od moich ust.

Mówię: Wiesz, zawsze chciałam być suką tej wsi, mieć cały Maj na własność. Nie znać granic. Kusiło mnie, żeby być daleko od tego, co ludzkie. Mieć psie ciało i zgodnie z nim postępować, ulegać głodowi, niczego sobie nie odmawiać. Łasić się tylko do wybranych, podgryzać i oszczekiwać wszystko inne. Być wybredną suką. Kochać jednego człowieka, wobec niego mieć obowiązki, jego słuchać. I jeszcze: znikać na wiele dni. Mieć do tego prawo, korzystać.

Korzystać, powtarza Ann.

Szczekania niosą się i budzą kolejne dźwięki.

Wyje cała wieś.

Tej nocy to miejsce jest głębokim gardłem głodnego zwierzęcia, myślę.

Wilgoć

Stoję przed lustrem. Jest tu od lat. Drewniane ramy nie nadają się do wilgotnej łazienki. Lakier łuszczy się, drewno matowieje, pęka, rozwarstwia się. Przed momentem dotykałam tu ciała babki, które jest coraz odporniejsze na szorstkie ruchy szczotki z końskiego włosia. Babka jest jak zwierzę, które potrzebuje, aby drapać je po ciele, szczególnie po plecach. Babka chce, żeby robić to mocniej, dłużej.

Wygina w takich chwilach kręgosłup i mówi: Grab.

Moja babka jest jak zwierzę, myślę.

Od drapania bolą mnie dłonie i nadgarstki. Opuszki palców są zmarszczone od ciepłej wody. Długo nie pozwolę im wrócić do normalnego stanu. Zanim jednak zanurzę ciało w wodzie, do której dosypuję bocheńską sól barwioną na zielono, pachnącą jak sosnowy las, dotykam się.

Piersi. Gładzę je jak znawczyni, wiem, w jaki sposób powinnam je czuć pod palcami. Wyobrażam sobie, że Ann robi to samo, że moja matka robiła to samo, że wszystkie kobiety tej doliny i wszystkie kobiety spoza tej wsi stawały, stają i będą stawać wieczorami przed lustrem, kiedy już uśpią rozgrzane domy. Badanie ciał.

Patrzę na lewą pierś, która od zawsze jest wyraźnie większa. Na niej kilkanaście lat temu znalazłam wczepionego kleszcza. Jego ciemnego odwłoka nie dało się chwycić w paznokcie, był miękki, śliski. Serce zaczęło wtedy pracować w moim brzuchu, uderzenia były mocne i szybkie. To obce w moim ciele zmusiło mnie do wymiotów. Drżały mi palce, ale nie na tyle, żeby nie użyć cążków do paznokci. Z pajęczakiem wycięłam kawałek ciała. Pozostało wgłębienie, zasklepione teraz w bliznę. Zalałam je kitem na spirytusie. Paliło.

Dziadek nazywa to kwestią krwi, tę naszą skłonność do bycia karmicielami kleszczy. Babkę kleszcze i komary zostawiają w spokoju.

Jeszcze tylko brodawka i okolice pach.

Czysto.

Wchodzę do wanny, zanurzam ciało w wodzie.

Klamka przechyla się ku podłodze. Drzwi otwiera Ann. Nie puka. Odkąd zachorowała babka, w tym domu się nie puka. Choroba pootwierała wszystkie drzwi.

Wszędzie można wejść, nie ma tu miejsca na intymność, nie możemy sobie tutaj na nią pozwalać.

Wszystko jest wystawione na widok.

Wszystko przygląda się wszystkiemu.

Wszystko patrzy na wszystko.

Wszystko stało się wspólne.

Pachnie lasem, mówi Ann.

Tak, przytakuję.

Podpalmy go, mówi i wyjmuje papierosa.

Siada na podłodze, opiera plecy o wannę, jej głowę mam na wyciągnięcie dłoni. Odchyla ją do tyłu. Zamyka oczy. Jest piękna. Papierosa nosiła ze sobą cały dzień w przedniej kieszeni koszuli. Podpala go, zaciąga się i podaje mi z celebracją, jakby podawała hostię.

Palenie choroby, mówię, zaciągam się i zanurzam ciało w wodzie.

Wystaje z niej już tylko dłoń z papierosem. Po chwili czuję, że odbiera mi go Ann. Zaciskam powieki, w głowie czuję rosnące ciśnienie, zaczyna brakować mi tlenu, w płucach rozchodzi się papierosowy dym.

Wynurzam się.

Ann oddaje mi klubowego.

Boisz się?, pyta.

Nie, odpowiadam. Zaciągam się, w tym mam alibi.

Zanurzam się w wodzie i tam, pod taflą, myślę, że chciałabym, żeby jej ręce trzymały moją głowę pod wodą. I nie puszczały.

Pomarańcze

Noc podchodzi do okien.

Ciało nocy jest wilgotne. Noc jest oczami. Przygląda się nam.

Noc dyszy jak pies, mówi babka.

Noc dyszy jak pies, powtarza Ann.

Tydzień temu babka położyła się w łóżku i od tamtego czasu znowu nie podnosi ciała.

Wstań, mówię do niej.

Nie ma we mnie mięśni, odpowiada. Odkąd nie potrafię przełknąć mięsa dużych zwierząt, kurczę się.

Zgaście światło, prosi.

Gaszę i wychodzę do sieni. Zabieram ze sobą flamaster i żółty notes. Zapisuję to, co może nada się na wiersz: Za kilka godzin księżyc wejdzie w ciało nocy.

Wracam i układam się obok Ann.

Zasypiam.

Nocą słyszę głos babki.

Pokażcie mi, jak stawiać stopy, szepcze.

Tydzień wystarczył, myślę, żeby jej ciało zapomniało podstawowych ruchów, żeby się coś w mięśniach obluzowało.

Babka podnosi głowę z poduszki.

Nauczcie mnie chodzić, mówi.

Światło księżyca oświetla deski podłogi. Bluszcz kanaryjski wijący się nad świętymi obrazami przygląda się, w jaki sposób prowadzimy babkę.

Ona nic nie waży.

Prowadzimy przez pokój kruche kości.

Zapominam przy tym oddychać. Prowadzenie kości babki przez skrzypiące deski podłogi wysusza mi gardło.

Noc, która jest oczami, przygląda się scenie we wnętrzu domu, domu, który za jakiś czas dziadek obłoży białym sidingiem i uzbroi w żebra kaloryferów.

Po pokonaniu jednej długości pokoju babka mówi: Dość.

Odprowadzamy ją do łóżka, układamy na nim i przykrywamy pierzyną.

Zasypia.

Nad ranem budzi się i kaszlem budzi nas.

Czasem śni mi się, mówi, że wstaję z łóżka i idę w las. I nie myślę o tym, jak stawiać stopy, żeby się nie przewrócić. Idę. Myślę o ziołach, czy dalej znajdę je w tych samych miejscach. I kiedy we śnie dotykam kwiatów kuklika, budzi mnie ból.

Od leżenia jej skóra zaczyna przypominać skórkę pomarańczy. Ale jej ciało nie pachnie owocami. Czuć je sudokremem, talkiem, moczem, gównem. Nasze ręce czuć sudokremem, talkiem, moczem i gównem, ale czuć je też pomarańczami, które obieramy jej każdego ranka. Pomarańcze stają jej w gardle. Ale prosi o nie.

Co to za babka, którą trzeba karmić jak dziecko. Taka nie nadaje się na babkę. Nie może już zastępować matki, mówi.

Jej źrenice rozszerzają się.