Lakefront Billionaires (#2). Miłość między wersami - Lauren Asher

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 3

Ra­fael

Nie­na­wi­dzę tego, że w na­szej pry­wat­nej prze­strzeni bez prze­rwy znaj­duje się nia­nia, która za­kłóca moje co­dzienne ży­cie, ale dla Nico je­stem w sta­nie zro­bić wszystko. Choć bez pro­blemu mógł­bym wy­cho­wać syna wy­łącz­nie z po­mocą ro­dziny, Nico po­trze­buje ko­bie­cej ręki.

Po­trze­buje El­lie, choć wo­lał­bym tego nie przy­zna­wać.

Sam so­bie o tym przy­po­mi­nam, kiedy opie­ram się o ścianę na­prze­ciw drzwi sy­pialni mo­jego syna i wpa­truję w ze­ga­rek od Ri­charda Mille. Moje zde­ner­wo­wa­nie ro­śnie z każdą se­kundą. Kłu­jące w oczy dia­menty mi­go­czą wo­kół tar­czy, a mała wska­zówka zbliża się do dzie­siątki.

Za­zwy­czaj nie trzy­mam się tak sztywno czasu spa­nia, ale ostat­nio Nico był bar­dziej ma­rudny, za co wi­nić mogę tylko jego ła­miącą-za­sady-blond-nia­nię.

Jej ła­godny śmiech nie­sie się przez drzwi i ko­ry­tarz, po chwili do­łą­cza do niego chi­chot Nico. Ten ra­do­sny dźwięk wy­do­by­wa­jący się z gar­dła mo­jego syna to je­dyny po­wód, dla któ­rego zde­cy­do­wa­łem się za­trud­nić osobę bez do­świad­cze­nia w opiece nad dziećmi, ale za to z nie­zwy­kłym ta­len­tem do do­pro­wa­dza­nia mnie do szału.

Dwa lata temu, po tym, jak zło­ży­łem po­zew o roz­wód, Hil­lary ode­szła, Nico za­czął się zmie­niać. Jego nie­ustan­nie wa­ha­jące się na­stroje i draż­li­wość - choć zro­zu­miałe - były nie do znie­sie­nia, tym bar­dziej, że czu­łem się za nie od­po­wie­dzialny.

To ja za­żą­da­łem roz­wodu i choć Nico ni­gdy nie ob­wi­niał mnie o to, że jego mama nas opu­ściła, nie po­tra­fię wy­zbyć się wra­że­nia, że tak na­prawdę ma mi to za złe.

Na­sza re­la­cja za­częła się psuć pół­tora roku temu, gdy otrzy­mał dia­gnozę. Stop­niowo co­raz trud­niej było igno­ro­wać jego stan. Jego wzrok stale się po­gar­szał i mały za­czął re­zy­gno­wać ze wszyst­kiego, co uwiel­biał: przy­ja­ciół, na­szej ro­dziny, mu­zyki i mnie.

Mu­zyka za­wsze była dla Nico spo­so­bem na od­re­ago­wa­nie, dla­tego w ra­mach ostat­niej de­ski ra­tunku, bli­sko rok temu, po­sła­łem go na lek­cje do Bra­ku­ją­cego Akordu. Na po­czątku nie był za­do­wo­lony. Nie an­ga­żo­wał się, nie od­zy­wał ani nie gar­nął się do in­stru­men­tów, ale z po­mocą El­lie wresz­cie po­woli otwo­rzył się na nowo.

Przez cztery mie­siące mia­łem po­czu­cie, że mię­dzy nami znów jest do­brze, jed­nak na po­czątku roku coś się znowu ze­psuło.

I nie po­tra­fię tego na­pra­wić, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się sta­ram. Py­ta­jąc go, co jest nie tak, nic nie wskó­ram, a speł­nia­nie jego za­chcia­nek jest tylko tym­cza­so­wym roz­wią­za­niem. Po­tem na­pięta at­mos­fera wraca.

Zmianą pla­nów wa­ka­cyj­nych z Eu­ropy na Ha­waje, tak jak chciał Nico, za­słu­ży­łem so­bie na nie­wielki uśmiech i wy­szep­tane do ucha "dzię­kuję", lecz jego do­bry na­strój nie trwał zbyt długo.

A w każ­dym ra­zie mnie nie było dane za długo się nim na­cie­szyć.

Z za­my­śle­nia wy­rywa mnie El­lie, która wy­cho­dzi z sy­pialni i de­li­kat­nie za­myka za sobą drzwi, po czym opiera się o nie, jak gdyby opa­dła z sił.

Wzdy­cha chra­pli­wie i za­myka piwne oczy. Dłu­gie blond włosy się­gają jej aż do pasa, a w są­czą­cym się przez okno świe­tle księ­życa ich ko­lor przy­po­mina ra­czej sre­bro niż złoto.

Rzadko kiedy mam oka­zję przyj­rzeć się jej tak, by się nie zo­rien­to­wała. Za­zwy­czaj od razu do­strzega każde moje zer­k­nię­cie, uśmiech i ko­men­tarz, a ten jej ostatni wy­mysł w po­staci ta­belki z uśmie­chami spra­wia, że czuję się jak obiekt ba­dań. Dla­tego za­miast na­tych­miast zdra­dzić się ze swoją obec­no­ścią, sam prze­pro­wa­dzam nie­spieszną ob­ser­wa­cję.

El­lie nie lu­buje się w ko­lo­ro­wych do­dat­kach czy fal­ba­nia­stych, de­si­gner­skich ubra­niach jak Dah­lia Mu­?oz - dziew­czyna, z którą mój ku­zyn zwią­zał się dzie­więć mie­sięcy temu. Nie śle­dzi też tren­dów do­ty­czą­cych ma­ki­jażu czy fry­zur jak Lily, druga z sióstr Mu­?oz. W za­sa­dzie do­brze jej idzie ukry­wa­nie swo­jej oso­bo­wo­ści i tłam­sze­nie jej ogra­ni­czoną pa­letą czerni, bieli oraz sza­ro­ści. Bio­rąc pod uwagę, ile ciem­nych ubrań nosi, dziwi mnie, że nie po­far­bo­wała na ciemno swo­jej blond czu­pryny po to, by pa­so­wała do sty­lówy Roc­ko­wej Bar­bie.

Gdyby nie drobne ta­tu­aże roz­siane po ciele, uznał­bym, że jest rów­nie in­te­re­su­jąca co białe płótno.

Kłamca.

No do­bra. Jest rów­nie in­te­re­su­jąca, co płótno po­ma­lo­wane jed­nym ko­lo­rem.

Czar­nym.

W głę­bo­kim, atra­men­to­wym od­cie­niu, pa­su­ją­cym do po­nu­rych me­lo­dii, które wy­grywa późno w nocy, kiedy my­śli, że wszy­scy już śpią. Nie wie, że cza­sem słu­cham skryty pod osłoną cie­nia. Trudno mi oprzeć się jej ma­gne­ty­zmowi. Jej mu­zyka prze­ma­wia do mnie w spo­sób, w jaki żadne słowa nie po­tra­fią, i wła­śnie dla­tego coś nie­ustan­nie mnie do niej cią­gnie.

Skoro cho­dzi wy­łącz­nie o mu­zykę, jak wy­ja­śnisz to, co dzieje się te­raz?

Ta myśl wy­rywa mnie z za­mro­cze­nia, a gdy ro­bię krok na­przód i wy­cho­dzę z ciem­nego kąta, klepka skrzypi pod moim bu­tem.

El­lie gwał­tow­nie otwiera oczy.

- Boże! Ile tam sta­łeś?

Mimo ga­lo­pu­ją­cego serca sta­ram się za­cho­wać bez­na­miętny wy­raz twa­rzy.

- Dość długo, by się zo­rien­to­wać, że Nico późno po­ło­żył się spać.

El­lie się pro­stuje. Choć jest wyż­sza od więk­szo­ści ko­biet, bez bu­tów i tak sięga mi za­le­d­wie do brody.

- Ćwi­czy­li­śmy brajla.

- Aż dziw, że co­kol­wiek z tego pa­mięta, tyle przy tym śmie­chu.

- Nie wąt­pię, że po­czu­cie hu­moru to obcy ci kon­cept - mruży oczy - ale lu­dzie, kiedy prze­czy­tają coś za­baw­nego, mają w zwy­czaju się śmiać.

- Nie ga­daj - od­po­wia­dam su­cho.

Co­kol­wiek za­mie­rzała po­wie­dzieć, prze­rywa jej wła­sne ziew­nię­cie.

- To sy­gnał, że mu­szę iść spać. - Pró­buje mnie wy­mi­nąć.

Nie my­śląc wiele, chwy­tam ją za ło­kieć, za­nim odej­dzie. Cie­pło jej skóry prze­są­cza się przez cienką ba­rierę, która mnie ota­cza, po­sy­ła­jąc fale żaru wzdłuż mo­jego ra­mie­nia.

Pra­gnę po­zbyć się tego uczu­cia, otrzą­snąć się, ale jed­no­cze­śnie mocno za­ci­skam dłoń i py­tam:

- Jak idzie?

- Co ta­kiego? - El­lie wpa­truje się w wy­kwi­ta­jącą na jej ręce gę­sią skórkę.

Pusz­czam ją i ro­bię długi krok w tył.

- Jak idzie mu z braj­lem?

- Ach. - Kręci głową. - Do­brze, choć nie­stety odzie­dzi­czył po to­bie brak cier­pli­wo­ści.

Rzu­cam jej wy­mowne spoj­rze­nie.

- Ma ja­kieś pro­blemy?

- Nie­wiel­kie, ale pra­cu­jemy nad tym. Wiesz, gdy­byś zna­lazł chwilę, nie za­szko­dzi­łoby, że­byś też z nim tro­chę po­ćwi­czył.

Strach za­lewa mi żo­łą­dek, aż cały tonę w ne­ga­tyw­nych wi­zjach i emo­cjach. Bar­dzo się sta­ra­łem ćwi­czyć z Nico, lecz w ostat­nich mie­sią­cach mój syn po­woli się ode mnie od­suwa, nie wiem dla­czego. Po świę­tach coś się zmie­niło, jed­nak usilne próby od­kry­cia tego, co się stało, nie po­mo­gły mi po­znać po­wodu jego za­cho­wa­nia.

Mógł­byś za­py­tać El­lie, co ona o tym są­dzi. Od­rzu­cam tę myśl. Nie zro­zu­mia­łaby, ona i Nico mają inną re­la­cję - a ja jed­no­cze­śnie to ubó­stwiam i tego nie zno­szę.

Za­zdrosz­czę jej tej bez­tro­skiej, bez­pro­ble­mo­wej więzi, którą na­wią­zała z moim dziec­kiem. Choć wiem, że to nie­spra­wie­dliwe, by zło­ścić się na nią z tego po­wodu, nie po­tra­fię się przed tym po­wstrzy­mać.

El­lie ma to, czego pra­gnę i o co za­bie­gam. Nico lubi spę­dzać z nią swój wolny czas, a mnie od­py­cha bez wa­ha­nia, przez co czuję się bez­u­ży­teczny i przy­bity, czego całe de­kady sta­ra­łem się uni­kać.

- Może do­łą­czysz do nas ju­tro wie­czo­rem? - pyta tym swoim ła­god­nym gło­sem, który po­trafi prze­smyk­nąć się za po­sta­wione przeze mnie mury.

- Nie. - Jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle brzmię jak skoń­czony du­pek.

- Dla­czego nie? - Jej spoj­rze­nie po­wo­duje, że czuję się nie­swojo - nie przez to, jak pa­trzy, ale przez to, co może zo­ba­czyć, je­śli od­po­wied­nio się przyj­rzy.

Tchó­rza, który woli ma­sko­wać wstyd kłam­stwem.

- Nie znam się na tym - od­po­wia­dam.

Wzrok El­lie ła­god­nieje.

- Ze mnie też żadna eks­pertka. Za każ­dym ra­zem, kiedy mam pro­blem z ja­kimś sło­wem albo zda­niem, mó­wię coś ab­sur­dal­nego i Nico za­wsze się śmieje.

- Miło. - Mnie le­dwo udaje się na­kło­nić syna do po­roz­ma­wia­nia dłu­żej niż kilka mi­nut cią­giem, a tu pro­szę, El­lie nie sta­ra­jąc się za­nadto, re­gu­lar­nie go roz­śmie­sza.

- Co to miało zna­czyć? - Lo­do­wate spoj­rze­nie po­wraca ze zdwo­joną siłą.

- Nic. Chęt­nie bym do was do­łą­czył, ale umó­wi­łem się na ju­trzej­szy wie­czór z Ju­lia­nem.

- Niby kiedy? - Marsz­czy nos, jak za­wsze, kiedy ją wku­rzam.

- Dziś. - Dzie­sięć se­kund temu.

- Dzięki za in­for­ma­cję.

- Masz coś lep­szego do ro­boty? - Za­brzmiało to go­rzej, niż za­mie­rza­łem.

- Jak to moż­liwe, że nie masz żad­nych przy­ja­ciół? Co za za­gadka.

- Nie­któ­rzy nie chcą mar­no­wać czasu na bez­sen­sowne zna­jo­mo­ści.

Za­miast zde­ner­wo­wać się jesz­cze bar­dziej, El­lie spo­gląda na mnie wzro­kiem, który wi­dzia­łem już zbyt wiele razy.

Peł­nym li­to­ści.

- Szkoda mi lu­dzi ta­kich jak ty - mówi, czym wpra­wia mnie w osłu­pie­nie. - Dwo­icie się i tro­icie, żeby wszyst­kich od sie­bie ode­pchnąć, bo ktoś kie­dyś was zra­nił.

Nie tylko je­den ktoś, ra­czej troje - z czego dwoje z nich spro­wa­dziło mnie na ten świat.

Nie mó­wię tego.

Nie mó­wię nic.

Ła­twiej mi dy­stan­so­wać się od wła­snych uczuć, kiedy wcale nie przyj­muję ich do wia­do­mo­ści. Można na­zwać to tchó­rzo­stwem lub wy­par­ciem, ale ja wolę okre­śle­nie tech­nika prze­trwa­nia. My­śleć ozna­cza czuć, a nie je­stem pe­wien, czy gdy­bym za­czął, był­bym w sta­nie się kon­tro­lo­wać.

Moją wadą, a wręcz przy­mio­tem tok­syka, nie jest fakt, że nie mam żad­nych uczuć, ale to, że czuję za wiele, wszystko na­raz, dla­tego też tłu­mię to, za­miast na­uczyć się, jak so­bie z tym ra­dzić. Za­wsze taki by­łem, na długo za­nim matka spa­ko­wała wa­lizki i zo­sta­wiła mnie i ojca.

El­lie kręci głową.

- Nie­ważne. Wy­bacz, ale po­win­nam tro­chę od­po­cząć. - Wy­mija mnie pę­dem, a za­pach jej owo­co­wego żelu pod prysz­nic wisi w po­wie­trzu jesz­cze długo po jej znik­nię­ciu.

ROZ­DZIAŁ 4

Ra­fael

Mam dziś mnó­stwo pracy, apli­ka­cja do wy­szu­ki­wa­nia nie­ru­cho­mo­ści, Dwel­ling, któ­rej je­stem wła­ści­cie­lem i ad­mi­ni­stra­to­rem, miała pewną usterkę. Do tego je­den z in­we­sto­rów robi pro­blemy. Dla­tego nie mia­łem oka­zji po­ga­dać z Nico. Gdy koń­czę wie­czo­rem i wy­cho­dzę z mo­jego do­mo­wego biura, on już leży w łóżku, ale El­lie nie ma w jego sy­pialni.

Krążę przed drzwiami po­koju syna, a w gło­wie ko­ła­czą mi jej wczo­raj­sze słowa.

Gdy­byś zna­lazł chwilę, nie za­szko­dzi­łoby, że­byś też z nim tro­chę po­ćwi­czył.

Za­nim mam szansę się wy­co­fać, pu­kam do drzwi sy­pialni Nico.

- El­lie?

Z gulą w gar­dle prze­krę­cam gałkę.

- Nie. Soy yo, to ja.

Uśmiech Nico ga­śnie.

- Hola, Papi, cześć, tato.

Jego roz­cza­ro­wa­nie jest jak cios w pierś, ale igno­ruję to i ro­bię nie­pewny krok do środka.

- Vine a de­cirte bu­enas no­ches, przy­sze­dłem ży­czyć ci do­brej nocy.

Sia­dam na kra­wę­dzi jego łóżka, w tej chwili czuję się bar­dziej jak nie­zna­jomy niż jego oj­ciec.

- Chcesz po­czy­tać coś ra­zem, za­nim po­jadę zo­ba­czyć się z wuj­kiem Ju­lia­nem?

- Nie - od­po­wiada po­spiesz­nie Nico.

Ostre ukłu­cie od­rzu­ce­nia nie po­wstrzy­muje mnie przed po­nowną próbą:

- El­lie po­wie­działa, że do­brze by było, że­bym po­ćwi­czył brajla.

- Czemu? - Na jego twa­rzy ma­luje się czy­sta pa­nika.

- Bo so­bie nie ra­dzę?

- Och. - Mały wy­pusz­cza po­wie­trze.

Tłu­ma­czę so­bie tę oso­bliwą re­ak­cję tym, że nie chce spę­dzać czasu w moim to­wa­rzy­stwie.

- To jak? - Się­gam po le­żącą na szafce przy łóżku książkę.

- Nie chcę z tobą ćwi­czyć. - Kręci głową.

Nico szep­cze, ale rów­nie do­brze mógłby krzy­czeć mi pro­sto w twarz.

- Ni­co­las... - Biorę głę­boki od­dech, od któ­rego aż bolą mnie płuca, i zdo­by­wam się na odro­binę od­wagi. - Czy zro­bi­łem coś nie tak?

- Nie. - Pa­trzy na książkę w mo­ich dło­niach ze smut­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- To dla­czego nie chcesz, że­bym ci czy­tał?

Za­ci­ska usta.

- Z El­lie nie masz pro­blemu.

Drży mu broda, a mnie coś kłuje w piersi.

Tylko po­gar­szasz sprawę.

Sztyw­nymi rę­kami od­kła­dam książkę na miej­sce i ca­łuję synka w czu­bek głowy.

- Nie martw się. Sam po­ćwi­czę, a po­tem za­sko­czę cię mo­imi umie­jęt­no­ściami.

- Ko­cham cię. - Wci­ska się w ma­te­rac.

- Te qu­iero, mijo. Ko­cham cię, synku. Con todo mi co­ra­zón, ca­łym ser­cem.

- Prze­pra­szam - mam­ro­cze, kiedy zbli­żam się do drzwi.

- Nie masz za co prze­pra­szać. Tylko pa­mię­taj, że gdy­byś chciał ra­zem po­czy­tać, je­stem tu. - Od­rzu­ce­nie za­wsze boli, ale nic nie do­rów­nuje by­ciu od­rzu­co­nym przez wła­snego syna.

Twoje wła­sne dziecko nie chce prze­by­wać w twoim to­wa­rzy­stwie, obrzy­dliwy głos sa­mo­zwąt­pie­nia po­wraca z pełną mocą.

Syn. Mąż. Oj­ciec. Li­sta mo­ich po­ra­żek się wy­dłuża, a wi­nić za to mogę wy­łącz­nie sie­bie. By­łem zbyt za­jęty roz­wi­ja­niem firmy, przez co za­nie­dba­łem żonę, więc zna­la­zła ko­goś na moje miej­sce. Nie spo­dzie­wa­łem się, że kiedy złożę pa­piery roz­wo­dowe, ona po­trak­tuje to jako zie­lone świa­tło, by uciec do Ore­gonu ze swoim no­wym fa­ce­tem i zo­sta­wić wszystko za sobą.

W tym ośmio­let­niego syna ko­cha­ją­cego su­per­bo­ha­te­rów i mu­zykę.

Spi­ralę ne­ga­tyw­nych my­śli prze­rywa Nico, py­ta­jąc:

- Za­nim wy­je­dziesz, mo­żesz po­pro­sić El­lie, żeby do mnie przy­szła?

Za­ci­skam dłoń na klamce.

- Oczy­wi­ście.

- Za­sko­czy­łeś mnie wczo­raj, gdy za­pro­po­no­wa­łeś to spo­tka­nie. - Ku­zyn pada na skó­rzane sie­dzi­sko na­prze­ciwko mnie. Po ca­łym dniu spę­dzo­nym na jed­nym ze swo­ich pla­ców bu­dowy wy­gląda na wy­mę­czo­nego. Czarną ko­szulkę ma po­krytą ku­rzem, a po­liczki czer­wone od pracy we wcze­sno­czerw­co­wym słońcu.

Nie je­ste­śmy braćmi, ale ze względu na po­dobne brą­zowe oczy, ciemne włosy i mocne szczęki, które odzie­dzi­czy­li­śmy po na­szych oj­cach, nie mie­li­by­śmy pro­blemu z tym, by na­brać ko­go­kol­wiek, że je­ste­śmy ro­dzeń­stwem.

Ju­lian, aby po­skro­mić swoje włosy, ob­cina je na krótko. Moje są dłuż­sze i obec­nie de­spe­racko po­trze­bują cię­cia - o czym zresztą ku­zyn przy­po­mina mi za każ­dym ra­zem, gdy się wi­dzimy.

- Czy ty w ogóle masz szczotkę do wło­sów? - pyta.

- Tak.

- Po­ka­zać ci, jak się jej używa?

- Ju­tro idę do two­jej mamy, żeby mnie ob­cięła. - Prze­cze­suję gę­ste włosy dłońmi.

- Do­brze, jesz­cze ja­kiś ty­dzień i był­byś ska­zany na koczki. - Ju­lian udaje, że się wzdryga.

- Prze­cież bym na to nie po­zwo­lił.

Rzuca mi wy­mowne spoj­rze­nie.

- Znowu - do­daję. Po tym, jak zło­ży­łem po­zew o roz­wód i do­wie­dzia­łem się o nisz­czą­cej wzrok Nico cho­ro­bie, tro­chę się za­pu­ści­łem. Mia­łem zbyt wiele na gło­wie, żeby my­śleć o czymś in­nym niż roz­pa­da­jące się mał­żeń­stwo i dziecko w po­trze­bie, więc pie­lę­gna­cja po­szła w od­stawkę.

- Gdy mama bę­dzie ob­ci­nać ci włosy, Dah­lia mo­głaby wpaść do cie­bie i spraw­dzić twoją szafę. Na pewno chęt­nie wy­bra­łaby ci też ja­kieś stroje na Ha­waje, gdy­byś jej po­zwo­lił. - Oczy Ju­liana się roz­świe­tlają. Za­wsze, kiedy mówi o swo­jej dziew­czy­nie, przy­ja­ciółce na­szej ro­dziny Dah­lii Mu­?oz, przy­biera ten sam głup­ko­waty wy­raz twa­rzy.

Kie­dyś ka­za­łem mu trzy­mać się od niej z da­leka, ale moje obawy były nie­uza­sad­nione. Ju­lian ni­gdy nie był szczę­śliw­szy niż przez ostat­nie dzie­więć mie­sięcy, od­kąd za­czął się spo­ty­kać z Dah­lią.

W prze­ci­wień­stwie do mnie on ni­gdy nie skoń­czył w łóżku z nie­od­po­wied­nią ko­bietą tylko po to, żeby za­peł­nić ja­kąś pustkę. Był za to od­po­wie­dzialny i cier­pliwy, ja zaś by­łem lek­ko­myślny i roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łem te­ra­pii. Kurde, tak po praw­dzie na­dal pew­nie by się przy­dała, ale odło­ży­łem tę oso­bi­stą po­dróż na póź­niej, bo nie je­stem go­towy sta­wić czoła prze­szło­ści. Samo od­kry­cie, dla­czego w ogóle ucze­pi­łem się ko­goś ta­kiego jak Hil­lary, było trudne, dla­tego po­trze­buję tro­chę czasu, żeby upo­rać się ze swo­imi pro­ble­mami, za­nim wzno­wię te­ra­pię.

Może na­wet kilku lat.

Nie zwa­żam na ścisk w gar­dle i py­tam:

- Co jest nie tak z mo­imi ciu­chami?

Oczy­wi­ście, kie­dyś przy­wią­zy­wa­łem więk­szą wagę do wy­glądu, ale wy­łącz­nie dla­tego, że za bar­dzo przej­mo­wa­łem się opi­niami in­nych. Chcia­łem być lu­biany. Po­żą­dany.

Te­raz chcę je­dy­nie, by wszy­scy dali mi święty spo­kój.

Ju­lian lu­struje mnie wzro­kiem.

- Szcze­rze?

Nie mam na to ochoty, ale w prze­szło­ści to nie po­wstrzy­mało go przed po­dzie­le­niem się swoją opi­nią. Nie wiem, dla­czego moja ro­dzina przej­muje się mo­imi ciu­chami i wy­glą­dem, ale ich obawy są bez­pod­stawne.

Po pro­stu nie ubie­ram się, żeby ko­mu­kol­wiek im­po­no­wać, ale nie ozna­cza to, że się sta­czam.

A przy­naj­mniej nie tym ra­zem.

Ju­lian wska­zuje na moją fla­ne­lową ko­szulę.

- Twoja szafa może wy­ma­gać prze­glądu, szcze­gól­nie przed wy­jaz­dem.

- Kto tak twier­dzi?

- Lu­dzie, któ­rzy cię ko­chają.

- Sku­pia­cie się na bzde­tach, bo nie ma­cie nic lep­szego do ro­boty. - Prze­wra­cam oczami.

- Nie. Sku­piamy się na to­bie, bo ko­chamy cię na tyle, żeby do­strzec, co ro­bisz.

- Niby co ta­kiego? - Spi­nam się.

- Skry­wasz swoje kom­pleksy pod płasz­czy­kiem brzyd­kich ła­chów, ogól­nego za­nie­dba­nia i szorst­ko­ści.

- Za­nim za­czniesz roz­trzą­sać moje pro­blemy psy­cho­lo­giczne, po­zwól mi cho­ciaż sko­ło­wać so­bie piwo.

- Wa­lić piwo. Żeby się z tym roz­pra­wić, bę­dziemy po­trze­bo­wać cze­goś moc­niej­szego.

- Pen­dejo, du­pek - mam­ro­czę.

- Ca­beza dura, upar­ciuch. - Ju­lian par­ska ci­chym śmie­chem i unosi dłoń, zwra­ca­jąc uwagę bar­mana. Za­nim wy­cią­gam port­fel, ku­zyn otwiera nam ra­chu­nek na swoją czarną kartę, po czym za­ma­wia dwa piwa z lo­kal­nego bro­waru.

Ju­lian krzy­żuje ręce na piersi, po­sy­ła­jąc w po­wie­trze dro­binki pyłu.

- To po co tak na­prawdę po mnie za­dzwo­ni­łeś?

- Mu­szę mieć ja­kiś spe­cjalny po­wód, żeby spo­tkać się z ku­zy­nem?

- Nie, ale ostat­nio szu­kasz naj­róż­niej­szych wy­mó­wek, żeby się ze mną nie wi­dy­wać. - Unosi po­dejrz­li­wie prawą brew.

- Wy­bacz. Ostat­nio było... ciężko. - Wy­rwa w mo­jej piersi się roz­sze­rza.

Ostat­nio ła­twiej mi było trzy­mać się z da­leka od ro­dziny, niż od­po­wia­dać na py­ta­nia o moją re­la­cję z Nico. Wiem, że mają do­bre in­ten­cje, do tego spę­dziw­szy pierw­szych dzie­sięć lat ży­cia, ży­cząc so­bie ro­dziny ta­kiej jak oni, wiem do­sko­nale, że po­wi­nie­nem być wdzięczny za ich mi­łość i uwagę, ale bywa ona przy­tła­cza­jąca.

Szcze­gól­nie że przez to mam po­czu­cie, że za­wo­dzę nie tylko syna, ale rów­nież ich.

- Co się dzieje? - pyta Ju­lian.

Biorę głę­boki od­dech i sta­wiam czoła mo­jemu lę­kowi.

- Mamy z Nico pewne pro­blemy.

- Nie ga­daj. - Otwiera sze­rzej oczy.

- Ta­aaa. - Wzdy­cham.

- To dla­tego uni­kasz nie­dziel u Mu­?o­zów?

- Yhm. - Ro­dziny Mu­?oz i Lo­pez spę­dzają ra­zem wszyst­kie nie­dziele, od­kąd by­li­śmy dziećmi, ale ostat­nio ro­bię, co mogę, żeby wy­mi­gać się od tego ro­dzin­nego ry­tu­ału: pla­nuję na ten czas różne ak­tyw­no­ści i uma­wiam Nico na spo­tka­nia z jego przy­ja­ciółmi.

- Co jest nie tak? - pyta Ju­lian.

- Nico się ode mnie od­suwa i dziw­nie za­cho­wuje, a ja nie wiem dla­czego.

- Kiedy to się za­częło? - Ju­lian gła­dzi się po bro­dzie.

- Za­raz po No­wym Roku.

- Czyli mniej wię­cej wtedy, gdy jego mama od­wo­łała swoją wi­zytę?

Przy­ta­kuję.

- Tak, choć wy­da­rzyło się też wtedy kilka in­nych rze­czy. - Na przy­kład Nico na­le­gał, żeby El­lie do­łą­czyła do nas pod­czas wa­ka­cyj­nego wy­jazdu, choć ja­sno wy­ra­zi­łem swoje zda­nie na ten te­mat.

- Py­ta­łeś go, co jest nie tak?

- Oczy­wi­ście.

- I?

- Mo­men­tal­nie za­myka się w so­bie i nie chce o tym ga­dać.

- Zu­peł­nie jak jego oj­ciec.

Po­sy­łam mu gniewne spoj­rze­nie.

Ju­lian pa­trzy gdzieś w prze­strzeń i są­czy piwo.

- My­śla­łeś o tym, żeby za­py­tać o to El­lie?

- Nie - rzu­cam ostrzej, niż za­mie­rza­łem.

- Nie w sen­sie: nie my­śla­łeś o tym, czy nie, bo nie chcesz, wo­lisz być upar­tym dur­niem i za wszelką cenę nie pro­sić o po­moc?

Za­ci­skam z chrzę­stem zęby.

- Czyli to dru­gie - Ju­lian prze­chyla głowę - tak po­dej­rze­wa­łem.

Nie­na­wi­dzę tego, z jaką ła­two­ścią Ju­lian po­trafi mnie przej­rzeć. Znam go nie­mal od za­wsze, więc do tego przy­wy­kłem, ale to nie spra­wia, że jest to mniej iry­tu­jące.

- Wąt­pię, żeby była w sta­nie po­móc. - Je­śli już, roz­ma­wia­jąc z nią o tym, po­czuł­bym się jak jesz­cze więk­szy fra­jer.

- Nie mów mi, że po­wstrzy­muje cię duma. - Opiera się na łok­ciach i po­chyla.

- To nie ma nic wspól­nego z dumą.

- Na pewno?

- Ow­szem. - Żeby dbać o wła­sną dumę, mu­siał­bym ja­kąś mieć, a tę stra­ci­łem już dawno, ra­zem z po­czu­ciem wła­snej war­to­ści.

- Jak na ko­goś, kto jest tak cho­ler­nie by­stry, cza­sem za­cho­wu­jesz się jak praw­dziwy głąb. - Chi­cho­cze pod no­sem.

- Na szczę­ście za­wsze mogę li­czyć na twoje wspar­cie. - Uno­szę ku­fel w prze­śmiew­czym to­a­ście.

- W swoim to­wa­rzy­stwie ni­gdy nie owi­ja­li­śmy w ba­wełnę, nie za­cznę ba­wić się te­raz w ja­kieś kłam­stewka, żeby oszczę­dzić twoje uczu­cia.

- Ja­sne, ale to nie zna­czy, że mu­sisz od razu wa­lić mię­dzy oczy.

- Ci­snę cię, bo mi na to­bie za­leży.

- Wiem. - Na jego miej­scu zro­bił­bym to samo, na­wet gdyby miał się na mnie wku­rzać przez dzień albo dwa.

Ju­lian bie­rze głę­boki wdech.

- W głębi serca się ze mną zga­dzasz. Wiesz, że po­wi­nie­neś po­roz­ma­wiać z El­lie, na­wet je­śli nie masz ochoty.

- Taaa. - Od­chy­lam głowę i wzdy­cham z re­zy­gna­cją.

ROZ­DZIAŁ 2

El­lie

Kiedy kładę Nico do spa­nia, wręcz pa­dam na twarz po wy­jąt­kowo dłu­giej se­sji ćwi­czeń. Nico ma przy­go­to­wy­wać się do swo­jego wy­stępu pod­czas Fe­sti­walu Tru­ska­wek w lipcu, ale był dziś ja­kiś nie­spo­kojny i dziw­nie mar­kotny. Wy­daje mi się, że po­trze­bo­wał tro­chę czasu, żeby prze­pra­co­wać tar­ga­jące nim uczu­cia, więc do­trzy­ma­łam mu to­wa­rzy­stwa, gdy on wy­ła­do­wy­wał emo­cje na kre­mo­wych kla­wi­szach for­te­pianu.

Je­śli ból Nico ma ja­kieś brzmie­nie, od­po­wia­da­łoby ono peł­nej uczuć pro­gre­sji - bo­le­sne, szczere i tak cho­ler­nie pod­szyte na­dzieją; coś jak roz­ry­wa­jąca tę­sk­nota.

Na­wet mu­zyka, któ­rej słu­chał pod­czas prysz­nica, była me­lan­cho­lijna. Uda­wa­łam jed­nak, że tego nie za­uwa­żam, gdy skła­da­łam pra­nie w jego po­koju obok.

- Po­czy­tamy ra­zem? - Nico wy­suwa dolną wargę.

Zer­kam na bu­dzik z su­per­bo­ha­te­rami na jego szafce noc­nej.

- Chęt­nie, ale jest późno, a ty ju­tro idziesz do szkoły.

- Pro­szę. - Składa dło­nie. - Tym ra­zem tylko jedna hi­sto­ria. Obie­cuję.

Za­wsze mia­łam pro­blem z od­ma­wia­niem. To jedna z mo­ich naj­więk­szych wad, szcze­gól­nie kiedy mowa o uro­czych dzie­cia­kach, które wy­ko­rzy­stują swoje szcze­nięce spoj­rze­nia i do­bre ma­niery ni­czym su­per­moce. Gdyby Ra­fael tu był, prze­wró­ciłby oczami i wal­nął mi ka­za­nie, ale sie­dzi te­raz w swoim biu­rze.

Przez ostat­nich kilka mie­sięcy kła­dze­nie Nico do snu prze­ro­dziło się w wy­łącz­nie mój obo­wią­zek. Wiem, że Ra­fael prze­stał pró­bo­wać ze względu na dziwne na­pię­cie, ja­kie na­ro­dziło się mię­dzy nim a sy­nem. Sta­ra­łam się prze­ko­nać szefa, żeby spró­bo­wał po­now­nie, ale on twier­dzi, że Nico chce czy­tać tylko ze mną.

Nie za­wsze by­li­śmy z ma­łym tak bli­sko - jest bar­dzo nie­ufny wo­bec ob­cych, ale krok po kroku więź, jaką na­wią­za­li­śmy przy mu­zyce, prze­szła na po­zo­stałe ele­menty ży­cia. Oboje mamy roz­wie­dzio­nych ro­dzi­ców i ko­chamy wy­ścigi For­muły 1, pew­nie dla­tego udało nam się zbu­do­wać silną re­la­cję, którą nie­zwy­kle so­bie ce­nię.

- El­lie? - Nico stuka mnie w ra­mię.

Wzdy­cham ciężko.

- Do­bra, po­suń się.

Ostroż­nie zdej­muje fi­gurki z le­wej strony łóżka i usta­wia je na szafce. W prze­ci­wień­stwie do in­nych za­ba­wek po­roz­rzu­ca­nych po domu i cze­ka­ją­cych na ko­lejną za­bawę Nico wy­jąt­kowo trosz­czy się o fi­gurki, które Ra­fael wy­dru­ko­wał dla niego w 3D. Mój szef sam je za­pro­jek­to­wał i po­ma­lo­wał, co sta­ram się wy­rzu­cić z pa­mięci, bo myśl, że mie­sią­cami pra­co­wał nad każdą z nich spe­cjal­nie dla swo­jego synka, roz­lewa po moim ciele nie­bez­pieczne fale cie­pła.

Nico z uśmie­chem kle­pie pu­ste miej­sce obok sie­bie.

Się­gam po dwa naj­now­sze na­bytki z jego re­gału i uno­szę, żeby sam wy­brał. Jako że ry­wa­li­za­cja roz­grywa się mię­dzy naj­now­szym ko­mik­sem o jego ulu­bio­nym su­per­bo­ha­te­rze a krótką ksią­żeczką pi­saną braj­lem, wiem, jaka bę­dzie de­cy­zja Nico, choć daję mu wy­bór.

- Na co masz dziś ochotę?

Mruży oczy i chyba całą wiecz­ność wpa­truje się w okładki. Jak na dzie­ciaka, który okrą­gły mie­siąc opo­wia­dał, że nie może się do­cze­kać tego ko­miksu, bar­dzo długo się de­cy­duje.

- Masz trzy se­kundy. Raz... dwa...

Moje brwi wę­drują aż do li­nii wło­sów, kiedy omija naj­now­sze wy­da­nie swo­jego ulu­bio­nego ko­miksu i za­miast niego chwyta za na­pi­saną braj­lem książkę.

Spraw­dzam mu tem­pe­ra­turę wierz­chem dłoni.

- Je­steś chory?

- Nie. - Od­py­cha mnie i otwiera książkę z taką siłą, że na pewno po­ła­mał jej grzbiet.

Za­nim ma szansę prze­czy­tać choć zda­nie, zgar­niam ksią­żeczkę z jego ko­lan i sia­dam na skraju łóżka.

- Hej.

Pró­buje od­zy­skać książkę, ale od­kła­dam ją poza za­się­giem jego dłoni.

- Co się dzieje?

- Nic. - Wpa­truje się w prze­strzeń przed sobą.

- Nie lu­bię na­ci­skać...

- To nie na­ci­skaj.

- Ale mar­twię się o cie­bie.

Mil­czy, pra­wie du­sząc mnie na­pię­ciem, ja­kie mię­dzy nami wy­ro­sło. Je­śli to tak czuje się Ra­fael, kiedy Nico go od­trąca, tro­chę le­piej ro­zu­miem jego kiep­ski na­strój, bo to ab­so­lut­nie nie do znie­sie­nia.

Nie je­stem jesz­cze go­towa się pod­dać, więc pró­buję po­now­nie.

- Za­wsze mo­żesz o wszyst­kim ze mną po­roz­ma­wiać. Bez względu na to, jak jest ci źle.

Jego spoj­rze­nie pada na za­ci­śnięte na koł­drze pię­ści.

- Nie mogę. Nie o tym.

Uno­szę pal­cami jego pod­bró­dek i zmu­szam do spoj­rze­nia mi w oczy.

- Czemu?

- Bo się boję. - Przy pra­cu­ją­cej kli­ma­ty­za­cji le­dwo sły­szę jego na­pięty głos.

- Czego?

Bie­rze głę­boki od­dech, a ja cze­kam cier­pli­wie - na roz­cza­ro­wa­nie, bo nie od­zywa się ani sło­wem.

- Czy cho­dzi o twoją mamę? - py­tam ła­god­nym to­nem.

Kręci głową tak mocno, że po­syła spły­wa­jące z wło­sów kro­pelki wody w po­wie­trze.

- Tatę?

Dolna warga mu drży, a oczy wy­peł­niają się łzami.

O cho­lera. Co na­ro­bił Ra­fael? Przy­gry­zam wargę, żeby po­wstrzy­mać się przed za­da­niem tego i dzie­się­ciu in­nych py­tań.

Ci­chut­kim gło­sem pyta:

- Obie­cu­jesz, że nie wy­ga­dasz?

Skręca mnie w żo­łądku z nie­pew­no­ści. Nie po­win­nam obie­cy­wać ta­kich rze­czy, ale je­śli dzięki temu Nico po­dzieli się ze mną tym, co go trapi, niech bę­dzie.

Igno­ruję swoje obawy i przy­ta­kuję.

- Ja­sne.

Za­nim znowu się od­zywa, mija trzy­dzie­ści dłu­gich se­kund, pod­czas któ­rych moje serce pę­dzi jak osza­lałe.

Po­je­dyn­cza łza spływa mu po po­liczku.

- Wzrok mi się po­gar­sza. Co­raz go­rzej wi­dzę w ciem­no­ści. Pole wi­dze­nia się za­węża.

Czuję się, jak­bym wła­śnie do­stała z pię­ści w brzuch.

- Och, Nico.

Ko­lejna łza su­nie po mo­krym szlaku w kie­runku drżą­cego pod­bródka.

- Mar­twię się.

- Oczy­wi­ście, to zro­zu­miałe. - Biorę głę­boki od­dech. - Dla­czego nie po­wie­dzia­łeś ta­cie?

- Bo nie chcę, żeby znów się smu­cił.

Ści­ska mnie w piersi, przej­muję ból ma­lu­jący się na jego buzi, jakby był mój.

Bra­kuje mi słów, przy­cią­gam go do sie­bie. Ża­łuję, że nie mogę zro­bić nic wię­cej, tylko sie­dzieć i cze­kać, aż czas po­zbawi go resz­tek wzroku.

Pew­nego dnia Nico nie bę­dzie w sta­nie wi­dzieć za wiele, być może wcale. To nie­spra­wie­dliwe, jest tak młody. Dzie­ciaki ta­kie jak on za­słu­gują na to, by czer­pać z ży­cia gar­ściami i bez prze­szkód, bez dia­gnoz wi­szą­cych im nad gło­wami i przy­po­mi­na­ją­cych, jak bar­dzo róż­nią się od ró­wie­śni­ków.

Od­gar­niam mu włosy z oczu.

- Je­śli masz z czymś pro­blem, twój tata na pewno chciałby o tym wie­dzieć.

- Nie, nie­prawda.

- Za­pew­niam cię. Dla­czego uwa­żasz ina­czej?

Nico tak długo nie od­po­wiada. Może już za­snął.

- Pła­kał u dok­tora - mówi w końcu drżą­cym gło­sem.

Za­mie­ram.

- Kiedy?

- W stycz­niu. - Broda też mu drży. - Sły­sza­łem go... w ła­zience.

- Je­steś pe­wien?

Kiwa głową.

Ból obu Lo­pe­zów ła­mie mi serce. Cier­pią w mil­cze­niu, a mo­gliby wza­jem­nie się wspie­rać. Jed­nak nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo sta­ram się ich do sie­bie przy­cią­gnąć, obaj wciąż się temu opie­rają.

- On nie wie, że ja wiem. - Po­ciąga no­sem, co po­wo­duje, że moja dziura w piersi jest jesz­cze więk­sza.

Ści­skam go de­li­kat­nie.

- Lu­dzie cza­sem pła­czą, to nic złego. To nor­malne, a na­wet zdrowe.

- Tak, ale nie­faj­nie, kiedy jest się po­wo­dem tego pła­czu. - Spusz­cza wzrok.

- Ale tata nie pła­kał przez cie­bie. Pła­kał, bo było mu przy­kro. - Nie wiem, co boli mnie bar­dziej: Ra­fael i jego za­ła­ma­nie sta­nem wzroku syna czy Nico bę­dący świad­kiem roz­sypki ojca.

Trudny wy­bór, tym bar­dziej kiedy wy­obrażę so­bie mo­jego chłod­nego, za­mknię­tego szefa to­ną­cego we łzach.

To nie byłby pierw­szy raz. Przy­po­mina mi się wspo­mnie­nie: na­sto­letni Ra­fael roz­kle­ja­jący się na par­kingu w wi­gi­lię, cał­ko­wi­cie nie­świa­domy, że sie­dzia­łam w sa­mo­cho­dzie obok.

Wtedy nie wie­dzia­łam, dla­czego pła­kał, ale do­my­śli­łam się, kiedy Jo­se­fina po­wie­działa, że rocz­nica śmierci jego matki przy­pada na dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia.

Wi­zja roz­mywa się, gdy Nico znów się od­zywa:

- To wcale nie brzmi le­piej.

Wzmac­niam ob­ję­cia.

- Przy­kro mi.

Ma­lec wtula się we mnie.

- To nie twoja wina.

- Nie, ale i tak mi przy­kro. Tyle czasu du­si­łeś to w so­bie...

Po­win­nam bar­dziej go przy­ci­snąć. Za­da­wać wię­cej py­tań. Zro­bić coś wię­cej, a nie stwo­rzyć tylko ja­kiś głupi licz­nik uśmie­chów w na­dziei, że to zbliży Nico i jego tatę do sie­bie.

Biorę głę­boki od­dech i mó­wię coś, co nie spodoba się mo­jemu pod­opiecz­nemu:

- Bę­dziesz mu­siał mu o tym po­wie­dzieć.

- Po­wiem. - Przy­tula mnie moc­niej.

- Kiedy?

- Po wy­cieczce? - Wzdryga się.

- Nie. - Od­su­wam się, żeby na niego spoj­rzeć. - Nie mo­żesz cze­kać trzy ty­go­dnie z czymś ta­kim.

- Czemu nie?

- Bo to twój tata. Po­wi­nien wie­dzieć, przez co prze­cho­dzisz, żeby mógł ci po­móc.

- Nic to nie zmieni, je­śli po­wiem mu już te­raz. - Zwie­sza ra­miona, jakby do tej pory sam niósł na bar­kach cię­żar ca­łego świata. - Moje oczy się nie na­pra­wią.

Choć bar­dzo chcia­ła­bym za­prze­czyć, Nico ma ra­cję. Nie mo­żemy zmie­nić jego dia­gnozy, ale to nie zna­czy, że musi cier­pieć w sa­mot­no­ści. Może li­czyć na na­sze wspar­cie.

- Je­śli się bo­isz, mogę po­roz­ma­wiać z nim w twoim imie­niu.

Przez jego twa­rzyczkę prze­myka czy­sta de­spe­ra­cja, wbija palce głę­biej w moje ra­mię, za­raz nad ta­tu­ażem ze stad­kiem ma­leń­kich mo­tyli.

- Nie! Pro­szę, pro­szę, pro­szę, El­lie. Jesz­cze nic nie mów. Przy­naj­mniej do­póki nie wró­cimy z wy­cieczki.

- Dla­czego chcesz cze­kać?

- Dziś się uśmiech­nął, a wczo­raj za­śmiał!

Na wspo­mnie­nie tego dźwięku, który tak mnie za­sko­czył, szcze­lina w mo­jej piersi je­dy­nie się po­głę­bia. Nie był to gło­śny ani ży­wio­łowy śmiech, ra­czej de­li­katny, lecz na tyle zna­czący, że do końca dnia z buzi Nico nie scho­dził uśmiech.

- On ostat­nio ni­gdy się nie śmieje. - Za­mglone oczy Nico spra­wiają, że w mo­ich też zbie­rają się łzy. - Nie chcę ze­psuć tego przed wa­ka­cjami.

Głę­bo­kie od­de­chy może nie uspo­koją mo­jego serca, ale dają mi chwilę, by oczy­ścić umysł.

- Mu­sisz być ze mną szczery i po­wie­dzieć, jak bar­dzo ci się po­gor­szyło od ostat­niego stycz­nio­wego ba­da­nia.

Prosi mnie, bym dała mu swój te­le­fon, i po­ka­zuje mi przy­kłady tego, jak obec­nie wi­dzi. Na kra­wę­dziach jego pola wi­dze­nia po­ja­wiły się cie­nie, jakby oglą­dał świat przez lor­netkę - przed tym wła­śnie ostrze­gał Ra­fa­ela le­karz. Nie jest tak źle, jak się oba­wia­łam, ale i tak bu­dzi to nie­po­kój, zwłasz­cza gdy weź­mie się pod uwagę jego młody wiek.

Choć nie chcę ry­zy­ko­wać utraty pracy z po­wodu ja­kiejś ta­jem­nicy, nie wiem, czy mam wy­bór, o ile nie chcę stra­cić za­ufa­nia Nico. Gdyby jego bez­pie­czeń­stwo na­prawdę było za­gro­żone, na­wet bym się nie za­sta­na­wiała, ale tym ra­zem mu za­ufam.

Wy­pusz­czam po­wie­trze.

- Dam ci czas do two­ich uro­dzin.

- Ale to za ty­dzień! - Jego bu­zia przy­biera od­cień zie­leni.

- Albo to, albo po­wiemy mu dziś.

Aż mnie skręca, szcze­gól­nie kiedy Nico wy­dyma usta, lecz mu­szę po­sta­wić na swoim.

- Nie chcę, żeby smu­cił się przed wa­ka­cjami - mówi.

- Ro­zu­miem to, ale wiesz, że trzeba mu po­wie­dzieć.

Od­po­wiada mi je­dy­nie głę­bo­kie zre­zy­gno­wane wes­tchnie­nie.

Uno­szę jego brodę, bo chcę, by spoj­rzał mi w oczy.

- Może te­raz jest mu smutno, ale wy­cieczka po­prawi mu na­strój.

- Tak my­ślisz?

- Wiem to. - Okej, może nie mam pew­no­ści, ale ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby ktoś na­rze­kał, że źle się ba­wił na Ha­wa­jach.

Przy ca­łym wy­siłku, jaki Ra­fael wło­żył w pla­no­wa­nie tego wy­jazdu, włącz­nie z od­wo­ła­niem pier­wot­nego po­my­słu wy­prawy do Eu­ropy tylko dla­tego, że Nico do­stał ob­se­sji na punk­cie Ha­wa­jów, po tym, jak obej­rzał sto go­dzin fil­mi­ków na ich te­mat, wiem, że bę­dzie mu się po­do­bać.

A przy­naj­mniej taką mam na­dzieję.

- Do­bra. Po­wiem mu po na­stęp­nym week­en­dzie.

Ten mini-Lo­pez mnie wy­koń­czy. Ra­fael jest szorstki i trzyma swoje ser­du­cho za mu­rem z lodu, a Nico nosi je dum­nie na dłoni.

Zro­bi­ła­bym wszystko, co w mo­jej mocy, żeby je chro­nić, tak samo jak jego, na­wet je­śli ozna­cza to zło­że­nie obiet­nicy, że do­cho­wam se­kretu.

ROZ­DZIAŁ 1

El­lie

Nie­moż­liwe. - Uwiel­biam sama sie­bie ka­rać, więc prze­wi­jam da­lej ar­ty­kuł na ekra­nie kom­pu­tera, igno­ru­jąc żo­łą­dek za­ci­ska­jący się z każdą ko­lejną li­nijką ujaw­nia­jącą zdradę.

Ulu­bie­nica Ame­ryki i znana na ca­łym świe­cie gwiazda folk-popu Ava Rho­des ma tego lata wy­dać swój drugi al­bum z wy­twór­nią MIA Re­cords. Pio­sen­karka zo­stała od­kryta w Los An­ge­les przez Da­riusa Lar­kina w jed­nym z ba­rów, gdy śpie­wała co­ver Lies and Sto­len Lul­la­bies. Jesz­cze w tym sa­mym roku Ava wy­dała do­ce­niony przez kry­ty­ków de­biut Lo­oking Glass, dzięki któ­remu zdo­była Grammy, a jej ka­riera na­brała tempa.

Da­lej dzien­ni­karz roz­wo­dzi się nad suk­ce­sem pierw­szego krążka Avy, który uczy­nił z niej gwiazdę i zdo­był ty­tuł naj­lep­szego al­bumu roku. Był to też al­bum, który ja po­mo­głam na­pi­sać, o czym jed­nak nikt nie wie, bo moje na­zwi­sko ni­g­dzie się nie po­ja­wia.

I tak za sprawą nie­wi­dzial­nego ostrza, które Ava wbiła mi w plecy rok temu, tępy ból w piersi po­wraca.

- Wszystko w po­rządku?

Pod­no­szę głowę i wi­dzę, że para oczu w ko­lo­rze głę­bo­kiego brązu wbija we mnie wzrok. Ich od­cień może jest cie­pły i za­pra­sza­jący, ale te okre­śle­nia w żad­nym wy­padku nie do­ty­czą męż­czy­zny, do któ­rego te oczy na­leżą.

My­śla­łam, że na tym eta­pie - po ośmiu mie­sią­cach pra­co­wa­nia jako nia­nia jego syna i miesz­ka­nia z nimi - onie­śmie­la­jące spoj­rze­nie Ra­fa­ela Lo­peza mi spo­wsze­dnieje, jed­nak ono nie­zmien­nie wy­wo­łuje u mnie ta­kie same uczu­cia jak wtedy, gdy go po­zna­łam.

Obiek­tyw­nie mój szef jest przy­stoj­nym męż­czy­zną. Twa­rze ta­kie jak jego wi­duje się na okład­kach ma­ga­zy­nów. Do tego ma wręcz ocie­ka­jący au­to­ry­te­tem ni­ski głos i jest tak wy­soki i umię­śniony, że ja - uzna­wana po­wszech­nie za "tę wy­soką" - czuję się przy nim ma­lutka i kru­chutka. Sło­wem: ni­czego mu nie bra­kuje.

Go­rący sa­motny ta­tu­siek z ba­ga­żem emo­cjo­nal­nym więk­szym niż ten, który lon­dyń­skie He­ath­row prze­rzuca w cza­sie świąt? Pro­szę bar­dzo.

Ge­nialny mi­liar­der, który wraz z ku­zy­nem stwo­rzył Dwel­ling, naj­po­pu­lar­niej­szą apkę do wy­szu­ki­wa­nia nie­ru­cho­mo­ści? Nie­zno­śnie ba­nalne, ale i tak im­po­nu­jące, więc od­faj­ko­wu­jemy też to.

Fi­lan­trop, któ­rego ży­ciową mi­sją jest ra­to­wa­nie za­nie­dba­nych zwie­rząt, by na­stęp­nie dać im schro­nie­nie w swo­jej sto­dole za do­mem? Trzy razy tak, trzy razy więk­sza siła ra­że­nia.

W za­sa­dzie mo­gła­bym przez ja­kieś trzy­dzie­ści mi­nut wy­mie­niać po­zy­tywne ce­chy Ra­fa­ela, ale nic, ab­so­lut­nie nic, nie zrów­no­waży jego naj­więk­szej wady.

A mia­no­wi­cie tego, że jest moim sze­fem.

Ja­ka­kol­wiek iskra za­in­te­re­so­wa­nia, którą wznie­cił we mnie w cza­sach na­szej mło­do­ści, stra­ciła zna­cze­nie w chwili, gdy za­trud­nił mnie jako opie­kunkę swo­jego syna. Po­cząt­kowo było trudno, serce wa­liło mi jak dzi­kie za każ­dym ra­zem, kiedy li­ce­alna mi­łość zer­k­nęła w moją stronę, ale wy­star­czyło kilka spo­tkań, żeby fan­ta­zja, którą stwo­rzy­łam w swo­jej gło­wie na te­mat sa­mot­nego taty z Lake Wi­ste­ria, pę­kła jak bańka my­dlana.

Moja zmiana na­sta­wie­nia nie miała związku z tym, że po roz­wo­dzie za­czął się ubie­rać ina­czej - prze­ista­cza­jąc się przez te dwa lata w re­gu­lar­nego drwala. Wpły­nęło na nią ra­czej jego szorst­kie za­cho­wa­nie, idące chyba w pa­kie­cie z ciu­chami. Zniosę nie­ludz­kie ilo­ści fla­neli w kratę i cią­głe sprzą­ta­nie po za­ku­rzo­nych kow­boj­kach, ale nie­koń­czące się gry­masy i nie­ustanne da­wa­nie mi do zro­zu­mie­nia, że je­stem "obca", choć pra­cuję dla niego bli­sko rok, to już za wiele.

To on stoi wła­śnie po dru­giej stro­nie wy­spy ku­chen­nej i prze­stę­puje z nogi na nogę, rzu­ca­jąc długi cień na mar­mu­rowy blat.

- Co jest nie tak?

- Czemu py­tasz? - Aż się wzdry­gam.

Dra­pie się po gru­bym, krót­kim za­ro­ście po­kry­wa­ją­cym po­łowę jego twa­rzy i szyi.

- A czy to ważne?

No jakby, skoro wcze­śniej go to nie in­te­re­so­wało. Dla­tego za­miast się otwo­rzyć i od­sło­nić, wolę za­cho­wać sta­tus quo.

- Wszystko w po­rządku. - Za­my­kam lap­topa z za­ska­ku­ją­cym jak na mnie opa­no­wa­niem.

- Skoro chcesz kła­mać mi pro­sto w twarz, przy­naj­mniej patrz mi w oczy.

- Nie kła­mię. - Od­wra­cam spoj­rze­nie.

- Nie­źle. A te­raz spró­buj raz jesz­cze, tylko nie od­wra­caj wzroku. Może wtedy mnie prze­ko­nasz.

W gło­wie po­ja­wia mi się wi­zja mo­ich dłoni za­ci­ska­ją­cych się na jego gar­dle. Nie je­stem agre­sywną osobą, ale Ra­fael ma w so­bie pe­wien dar, który wy­ciąga ze mnie to, co naj­gor­sze.

- Znowu mor­du­jesz mnie w my­ślach? - Mruży oczy.

- Ze szcze­gó­łami.

- Tru­ci­zna?

- As­fik­sja.

- Tak w ra­mach uroz­ma­ice­nia? - W jego oczach jak rzadko mi­go­czą iskierki.

- Za radą Nico.

- Mój syn za­czął ci do­ra­dzać w kwe­stii za­bi­ja­nia?

- Na­prawdę je­steś za­sko­czony? Bo­ha­te­rem jego ulu­bio­nego ko­miksu jest zło­czyńca.

Ką­ciki jego ust uno­szą się o uła­mek cen­ty­me­tra. Ten drobny, zwy­kły gest na­tych­miast po­pra­wia mi ze­psuty przez Avę na­strój, a na­wet prze­mie­nia go w en­tu­zjazm.

- Uśmiech­ną­łeś się!

- Nie. - Za­ci­ska usta w cie­niutką li­nię, ale już za późno.

- Wiem, co wi­dzia­łam. - Po­wstrzy­muję uśmiech i pod­cho­dzę do za­wie­szo­nej na lo­dówce ta­blicy su­cho­ście­ral­nej i ak­tu­ali­zuję wy­nik pod jego zdję­ciem z kro­niki li­ce­al­nej.

Kiedy on koń­czył szkołę, ja by­łam do­piero w pierw­szej kla­sie, ale wszy­scy znali Ra­fa­ela Lo­peza. Wszy­scy ucznio­wie z Wi­ste­ria High mają na jego punk­cie ob­se­sję - ze mną włącz­nie, choć za­biorę to ze sobą do grobu. Ale, mó­wiąc szcze­rze, trudno było mu się oprzeć. Gość był osła­bia­jąco przy­stoj­nym, nie­ziem­sko uta­len­to­wa­nym spor­tow­cem, a do tego uro­czym ner­dem.

Od­kąd za­czę­li­śmy li­czyć z Nico uśmie­chy Ra­fa­ela, nie wi­dzia­łam u niego tak sze­ro­kiego uśmie­chu jak ten z cza­sów li­ceum. To zdję­cie jest do­wo­dem na to, że na­wet naj­ja­śniej­sze gwiazdy przy­ga­sają, sta­jąc się w końcu cie­niem sa­mych sie­bie.

Nie­ła­two uwie­rzyć w to, że przez ostat­nie trzy mie­siące czło­wiek, który zgar­nął kie­dyś ty­tuł "naj­lep­szy uśmiech", uśmiech­nął się je­dy­nie dwa­na­ście - te­raz już trzy­na­ście - razy. Jed­nego dnia w żar­tach za­pro­po­no­wa­łam, by­śmy za­pi­sy­wali ta­kie wy­padki, żeby nieco roz­luź­nić pa­nu­jącą w domu at­mos­ferę.

Nico trzyma tatę na dy­stans, a Ra­fael za wszelką cenę unika ja­kich­kol­wiek nie­przy­jem­no­ści w związku z sy­nem, więc uzna­łam, że obu przyda się odro­bina hu­moru.

Niech Bóg ma ich w opiece, skoro za ele­ment ko­me­diowy w ich ży­ciu ro­bię ja.

Zwy­kle je­stem tą przy­ja­ciółką, do któ­rej lu­dzie zgła­szają się, kiedy po­trze­bują wy­pić coś moc­niej­szego albo po­rząd­nie się wy­pła­kać, a nie tą, do któ­rej ude­rza się, żeby się po­śmiać, ale sta­ram się, jak mogę.

- Któ­re­goś dnia po­rwę to zdję­cie na ka­wałki - mówi do mo­ich ple­ców Ra­fael.

- Wtedy za­stą­pię je któ­rymś z cza­sów, gdy by­łeś nie­mow­la­kiem.

Za­my­kam mar­ker ście­ralny i od­kła­dam go z po­wro­tem pod ta­blicę.

- O czym ty mó­wisz? - Mruży oczy.

- Twoja cio­cia ma całą ko­lek­cję al­bu­mów po­świę­co­nych wy­łącz­nie to­bie.

- Po­ka­zy­wała ci je? - Mruga dwa razy.

- Tak. A za­raz po­tem od­ko­pała stare do­mowe na­gra­nia wi­deo. - Sunę wzro­kiem po jego twa­rzy. - Jak na ta­kiego an­ty­spo­łecz­nego zgryź­liwca w mło­do­ści mia­łeś za­ska­ku­jąco dużą po­trzebę by­cia w cen­trum uwagi. Ale kto mógłby mieć ci to za złe, skoro mia­łeś tak wy­pa­sioną ma­szynę do ka­ra­oke.

- To był sprzęt Lily. - Opa­le­ni­zna na jego po­licz­kach po­woli przy­biera od­cień różu.

- Se­rio? Nie zo­rien­to­wa­łam się, do tego stop­nia oku­po­wa­łeś mi­kro­fon.

- Zmu­siły mnie z Dah­lią.

Fakt, że ob­wi­nia obie przy­ja­ciółki ro­dziny, spra­wia, że mam ochotę za­wsty­dzić go jesz­cze bar­dziej, choć wiem, że nie kła­mie i sprzęt fak­tycz­nie na­le­żał do sióstr Mu­?oz.

- Wiem tylko, że nikt nie ka­zał ci tak wczu­wać się w śpie­wa­nie Spice Girls. Tego je­stem pewna.

Ru­mie­niec szybko roz­lewa się na resztę twa­rzy.

- Nie mam po­ję­cia, o czym mó­wisz.

Wy­cią­gam te­le­fon.

- Mam tu gdzieś fil­mik, który mógłby od­świe­żyć ci pa­mięć. Daj mi chwilkę...

- Na­gra­łaś to?

- Oczy­wi­ście. Kiedy Nico albo ja mamy gor­szy dzień, na­strój po­pra­wiasz nam ty prze­brany za Sporty Spice.

- Upra­wia­łem sport, tylko tyle.

- I zna­łeś cały tekst Wan­nabe.

Ra­fael wzdy­cha, jakby nikt na świe­cie nie do­bi­jał go bar­dziej niż ja.

- Przy­po­mnij mi, dla­czego się z tobą mę­czę?

- Bo twoja mi­łość do syna jest sil­niej­sza niż nie­chęć do mnie.

Na jego czole po­ja­wia się długa zmarszczka.

- Nie czuję wo­bec cie­bie nie­chęci.

- Ale nie jest też tak, że mnie lu­bisz, prawda?

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem. - Gła­dzi krótką brodę.

- Czy da się ja­koś przy­spie­szyć ten długi pro­ces de­cy­zyjny?

- Mo­żesz odejść?

Chi­cho­czę pod no­sem i jego wzrok pada na moje usta.

- Co? - Wy­cie­ram ką­cik pal­cem.

- Nic. - Kręci głową.

Wy­cią­gam znów te­le­fon i dla pew­no­ści spraw­dzam, czy nie mam cze­goś na zę­bach.

- El­lie!

Z dru­giej strony domu do­biega nas głos Nico krzy­czą­cego moje imię. Wy­pusz­czam ko­mórkę z ręki, a ta spada z ło­sko­tem na pod­łogę. Schy­lam się po nią i sy­czę prze­kleń­stwa. Moje ja­sne włosy opa­dają mi na twarz i cał­ko­wi­cie prze­sła­niają wzrok, wi­dzę więc je­dy­nie roz­świe­tlony ekran.

Czuję mro­wie­nie na karku, zer­kam przez ra­mię i do­strze­gam spoj­rze­nie Ra­fa­ela wbi­ja­jące się w mój ty­łek.

O mój Boże. Czemu on mnie ob­czaja?

Prze­su­wam cię­żar ciała, a jego wzrok su­nie wzdłuż mo­ich leg­gin­sów, co tylko po­twier­dza moje ob­ser­wa­cje. Gdyby to był ktoś inny, po­trak­to­wa­ła­bym to jako kom­ple­ment - wręcz mile wi­dziany po la­tach cze­pia­nia się swo­jego wy­glądu i na­rze­ka­nia na za małe cycki, ty­łek i le­d­wie wi­doczne krą­gło­ści - ale Ra­fael to nie "ktoś".

Przy­naj­mniej nie dla mnie.

Nie spo­dzie­wa­łam się, że przy­ła­pię go na ob­ci­na­niu mnie wzro­kiem, ale skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­działa, że ani tro­chę mnie to nie kręci.

Żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła, kiedy się pro­stuję. Na­gły ruch przy­wraca Ra­fa­elowi ro­zum, przy­wo­łuje go do po­rządku.

Za­nim mam szansę wy­mam­ro­tać choćby słowo, jego wzrok w ułamku se­kundy zmie­nia się z roz­pa­lo­nego w znu­dzony. Gdyby jego za­in­te­re­so­wa­nie moją osobą tak mnie nie za­sko­czyło, by­ła­bym pod wra­że­niem, jak spraw­nie udało mu się przy­wo­łać wła­sną twarz do po­rządku.

Przez te wszyst­kie mie­siące, kiedy dla niego pra­cuję, Ra­fael nie wy­ka­zał za­in­te­re­so­wa­nia ani mną, ani żadną inną ko­bietą w oko­licy. Ptaszki ćwier­kają, że nie miał ni­kogo, od­kąd po­nad dwa lata wcze­śniej roz­wiódł się z Hil­lary.

Po prze­pra­co­wa­niu tu ośmiu mie­sięcy mogę po­twier­dzić, że choć Ra­fael jest jedną z naj­lep­szych par­tii w mie­ście, nie szuka ab­so­lut­nie żad­nej re­la­cji, na­wet pla­to­nicz­nej.

Nico znów mnie woła, wy­cho­dzi za­tem na to, że jego brak cier­pli­wo­ści ra­tuje mnie z opre­sji.

- Już idę! - Bie­gnę w stronę wyj­ścia z kuchni.

- Ele­anor? - Głę­boki głos Rafy spra­wia, że się ob­ra­cam.

Gdy staję twa­rzą w twarz z po­nu­rym ol­brzy­mem, po moim krę­go­słu­pie prze­biega dreszcz.

- Dla­czego upar­cie mnie tak na­zy­wasz?

Przy tym, ile mu­szą wa­żyć te jego mię­śnie, lek­kość, z jaką wzru­sza ra­mio­nami, jest dla mnie nie­małą nie­spo­dzianką.

Prze­ły­kam ślinę i po­wstrzy­muję chęć po­wie­dze­nia cze­goś, za co mo­gła­bym stra­cić ro­botę.

- Wszy­scy mó­wią na mnie El­lie.

- Wiem - od­po­wiada po chwili.

- A mimo to cią­gle, z ja­kie­goś iry­tu­ją­cego po­wodu, zwra­casz się do mnie peł­nym imie­niem. - Za­zwy­czaj je­stem opa­no­wana, ale on ma w so­bie coś ta­kiego, że cała się jeżę.

- Prze­szka­dza ci to? - Jego su­chy ton drażni każdy z mo­ich ner­wów.

Wal­czę ze sobą: po­wie­dzieć, co my­ślę, czy zi­gno­ro­wać tę oczy­wi­stą próbę da­nia mi po­pa­lić.

- El­lie! - Tym ra­zem Nico krzy­czy gło­śniej, de­cy­du­jąc za mnie.

- Już idę! - Po­stę­puję kilka kro­ków w stronę ko­ry­ta­rza, ale za­trzy­muję się w po­ło­wie. - Tak w ogóle: chcia­łeś cze­goś? - py­tam Ra­fa­ela obrzy­dli­wie słod­kim gło­sem.

- Już nic. - Pod­cho­dzi do lo­dówki i otwiera drzwiczki szarp­nię­ciem, aż dzwo­nią bu­telki. Nie biorę tego do sie­bie, przez tych kilka mi­nut po­wie­dział do mnie wię­cej słów niż przez cały ty­dzień.

Ra­fael za­wsze mie­wał swoje hu­mory, ale w ostat­nim mie­siącu rzadko udaje mi się wy­cią­gnąć z niego wię­cej niż kilka słów jed­no­cze­śnie. Więk­szość ta­kich prób koń­czy się tak, jak się za­czyna - ogar­nia mnie zwąt­pie­nie, czy w ogóle warto pró­bo­wać do niego do­trzeć.

Lu­dzie tacy jak on nie pa­sują do lu­dzi ta­kich jak ja. Ja czuję zde­cy­do­wa­nie za wiele, a on nie czuje pra­wie nic. Prze­ci­wień­stwa wcale się nie przy­cią­gają - bez względu na to, jaką pro­pa­gandę wci­skali nam na fi­zyce na­uczy­ciele, od­wra­ca­jąc uwagę ma­gne­sami.

Wy­bie­gam z kuchni, nim zja­wia się tu Nico. Pu­chate ró­żowe skar­petki - ko­lo­rowy pre­zent gwiazd­kowy od Nico, który uważa, że no­szę za dużo czerni - tłu­mią dźwięki kro­ków, gdy ru­szam ko­ry­ta­rzem.

Choć Ra­fael ma dość kasy, by jego pra­pra­praw­nuki były mi­liar­de­rami, i tak ku­pił działkę na obrze­żach Lake Wi­ste­ria, da­leko od je­ziora i wi­do­ków war­tych mi­lion do­la­rów. Po­cząt­kowo my­śla­łam, że wy­brał tę nie­ru­cho­mość, bo po­trze­bo­wał prze­strzeni dla zwie­rząt i sto­doły, ale szybko po­zna­łam prawdę.

Ra­fael ukrywa się przed świa­tem.

Po­mi­ja­jąc fakt, że Lo­pe­zo­wie nie mają są­sia­dów, ich dom jest uoso­bie­niem uroku, peł­nym ży­wych ko­lo­rów, wła­sno­ręcz­nie wy­bra­nych przez Nico. Jest tu też sala ki­nowa z nie­sa­mo­wi­cie wy­god­nymi fo­te­lami, w któ­rej mo­żemy oglą­dać naj­now­sze hity, no i oczy­wi­ście apar­ta­ment niani - trzy razy więk­szy niż moje stare miesz­ka­nie w Los An­ge­les. Mam tu wszystko, czego mo­gła­bym chcieć, a na­wet wię­cej. Pry­watne wej­ście dla go­ści, sa­lon, ła­zienkę wy­po­sa­żoną ni­czym spa i łóżko z bal­da­chi­mem, w któ­rym czuję się jak księż­niczka.

Znaj­duję Nico przy win­dzie, którą Ra­fael za­in­sta­lo­wał, żeby ma­łemu ła­twiej było po­ru­szać się po trzy­pię­tro­wym domu. Chło­piec stuka bu­tem o drew­nianą pod­łogę z po­iry­to­waną miną. Jest wyż­szy od więk­szo­ści dzie­cia­ków w tym wieku, oczy­wi­ście dzięki DNA swo­jego taty, przez co spra­wia wra­że­nie star­szego.

- Co tak długo? - Ła­pie mnie za rękę i cią­gnie do windy.

- Coś od­wró­ciło moją uwagę.

- Co?

- Twój tata się uśmiech­nął.

- Na­prawdę? - Nico pa­trzy na mnie roz­ba­wiony.

Wła­śnie to spoj­rze­nie jest po­wo­dem, dla któ­rego w ogóle wpa­dłam na po­mysł za­pi­sy­wa­nia uśmie­chów, bo nie­za­leż­nie od tego, czy Ra­fael zdaje so­bie z tego sprawę, czy nie, syn uwiel­bia jego uśmie­chy. Są sym­bo­lem na­dziei i szczę­ścia - dwóch rze­czy, któ­rych ostat­nio bar­dzo bra­kuje w tym domu, choć na­dal nie roz­gry­złam dla­czego.

Się­gam po­nad jego ciemną czu­pryną i wci­skam przy­cisk pro­wa­dzący do piw­nicy.

- Nie­wielki, ale mi nie umknął.

- Wow. Dwa dni z rzędu - stwier­dza z nie­do­wie­rza­niem Nico.

- Wy­gląda na to, że może jed­nak wy­gram za­kład - dro­czę się nie do końca na po­waż­nie. Je­śli Ra­fael uśmiech­nie się co­dzien­nie, trzy­dzie­ści dni z rzędu, Nico po­ży­czy mi swoją ulu­bioną za­bawkę na mie­siąc.

Dla dziecka to wię­cej niż dla mnie wy­grana na lo­te­rii i przej­ście na fi­nan­sową eme­ry­turę, cho­ciaż wciąż je­stem prze­cież za­le­d­wie dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­latką.

- O nie. - Udaje, że się mar­twi.

- Nic się nie sta­nie, je­śli prze­grasz. Zgo­dzę się na opiekę łą­czoną.

Sztur­cha mnie w bio­dro, chi­cho­cząc, a ja mierz­wię jego ciemną grzywę. Ale gdy pod­nosi na mnie wzrok zmru­żo­nych oczu, jego uśmiech ga­śnie.

- Co jest nie tak? - py­tam.

- Nic. - Obronny ton zbija mnie z tropu. Choć w przy­padku jego ojca je­stem do niego przy­zwy­cza­jona, ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby chło­piec się tak od­zy­wał.

Nico marsz­czy czoło, ściąga oku­lary i prze­ciera je kra­wę­dzią nie­bie­skiej ko­szulki. Lubi sam wy­bie­rać so­bie ubra­nia - na dzi­siej­szy strój skła­dają się grube czer­wone oprawki pa­su­jące do bluzki i czer­wone adi­dasy.

Drzwi windy się otwie­rają, ale ma­lec jest zbyt po­chło­nięty wy­cie­ra­niem oku­la­rów, żeby się ru­szyć, więc blo­kuję drzwi i cze­kam. Nico mę­czy się ze szkłami i staje się co­raz bar­dziej sfru­stro­wany, ale wbrew sa­mej so­bie po­wstrzy­muję się z po­mocą.

Nico, jak każdy ośmio­la­tek, pra­gnie być sa­mo­dzielny, szcze­gól­nie że bli­sko pół­tora roku temu zdia­gno­zo­wano u niego re­ti­no­pa­tię barw­ni­kową. Zgod­nie z mo­imi póź­no­noc­nymi po­szu­ki­wa­niami w in­ter­ne­cie wspie­ra­nie dzieci w roz­wi­ja­niu sa­mo­dziel­no­ści jest ważne. W tym wy­padku tym waż­niej­sze, że jego wzrok stale się po­gar­sza i mło­dego co­raz bar­dziej de­ner­wuje to, że musi po­le­gać na in­nych.

Za­kłada oku­lary z po­wro­tem, usta ma za­ci­śnięte w cie­niutką li­nię.

- Wszystko w po­rządku? - py­tam.

- Yhm. - Mruży oczy, spo­glą­da­jąc na mnie, po czym je prze­ciera.

- Je­steś pewny?

- Tak. - Jego ostry ton wpra­wia mnie w osłu­pie­nie. Ociera się o mnie de­li­kat­nie, wy­cho­dząc z windy, w tej chwili nie­zmier­nie przy­po­mina ojca.

Otrzą­sam się, szybko po­trzą­sa­jąc głową.

- Do­brze, w ta­kim ra­zie pro­szę nieco zmie­nić na­sta­wie­nie, bo ina­czej bę­dzie pan dziś ćwi­czyć na fle­cie.

Mój ko­men­tarz chyba wy­rwał go z tego dziw­nego na­stroju, bo wzdy­cha ciężko.

- Prze­pra­szam.

- Nic się nie stało. Wszy­scy mamy cza­sem mu­chy w no­sie. - Wy­cho­dzę za nim z windy do piw­nicy.

Nie­długo po tym, jak z wpa­da­ją­cej po­po­łu­dniami na­uczy­cielki mu­zyki awan­so­wa­łam na miesz­ka­jącą w re­zy­den­cji nia­nię na pe­łen etat, Ra­fael prze­ro­bił nie­wy­koń­czoną piw­nicę na stu­dio na­gra­niowe, głów­nie ze względu na ze­staw per­ku­syjny, który jego syn do­stał od babci. Ogromną otwartą prze­strzeń wy­ło­żono ze wszyst­kich stron dźwię­kosz­czelną izo­la­cją, a także wy­po­sa­żono w naj­now­szy sprzęt do na­gry­wa­nia i tyle in­stru­men­tów, że gdy­bym chciała, mo­gła­bym na­grać tu cały al­bum.

Aż ści­ska mnie w żo­łądku na samą myśl, ale szybko biorę się w garść.

Prze­krę­cam pier­ścio­nek za­kry­wa­jący ta­tuaż na ma­łym palcu.

- Co ci dziś w du­szy gra?

Wzrok Nico błą­dzi mię­dzy ścianą, na któ­rej mie­ści się ko­lek­cja prze­róż­nych in­stru­men­tów smycz­ko­wych i dę­tych bla­sza­nych, a per­ku­sją, by w końcu paść na czarny for­te­pian.

- For­te­pian.

- Se­rio? - Gdyby nie to, że Ra­fael upiera się, żeby Nico ćwi­czył grę na for­te­pia­nie i skrzyp­cach przy­naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu, wąt­pię, by ma­lec za­wra­cał so­bie głowę czymś in­nym niż bębny. Za­zwy­czaj mu­szę wy­ry­wać mu pa­łeczki z dłoni.

- Chcę spró­bo­wać cze­goś no­wego. - Nico ze ścią­gniętą twa­rzą kie­ruje się w stronę sie­dzi­ska. Na ten wi­dok aż kłuje mnie w sercu.

Sia­dam obok niego i igno­ruję chęć za­py­ta­nia go, co jest nie tak.

- Po­każ, na co cię stać, mój rock­ma­nie.

ROZ­DZIAŁ 5

Ra­fael

Mia­łem małą na­dzieję, że kiedy wrócę do domu, El­lie bę­dzie już spać. Czy to czyni ze mnie tchó­rza? Oczy­wi­ście, ale w ten spo­sób przy­naj­mniej zy­skał­bym tro­chę wię­cej czasu przed cze­ka­jącą nas roz­mową.

Za­wsze świet­nie so­bie ra­dzi­łem z ne­go­wa­niem wszel­kich nie­wy­god­nych emo­cji. Na po­czątku był to wy­łącz­nie prze­jaw in­stynktu prze­trwa­nia. Nie chcia­łem dać ciotce i wu­jowi pre­tek­stu do po­zby­cia się mnie. W efek­cie na­uczy­łem się od­gra­dzać uczu­cia i my­śli do­ty­czące bio­lo­gicz­nych ro­dzi­ców za po­mocą prze­róż­nych tok­sycz­nych me­cha­ni­zmów, w tym nie­po­wstrzy­maną chę­cią usłu­gi­wa­nia wszyst­kim.

Z na­ci­skiem na tok­sycz­ność.

Za­dba­łem o to, by wszy­scy wo­kół mnie po­trze­bo­wali - tak by nikt na­wet nie po­my­ślał o tym, żeby się mnie po­zbyć. Ka­pi­tan dru­żyny pił­kar­skiej. Prze­wod­ni­czący klasy ma­tu­ral­nej i król balu. Uko­chany sio­strze­niec, od­dany oj­ciec i wierny mąż.

Dzięki temu czu­łem się nie­po­ko­nany i speł­niony... do czasu, kiedy moje ży­cie roz­pa­dło się na ka­wałki. Przez kilka mie­sięcy do­wie­dzia­łem się wię­cej na swój te­mat niż przez trzy­dzie­ści je­den wcze­śniej­szych lat.

Gdy wcho­dzę do domu, wita mnie ci­che brzdą­ka­nie na gi­ta­rze. Kie­ruję się w stronę źró­dła dźwięku, by za­trzy­mać się przy wej­ściu do sa­lonu. El­lie jesz­cze mnie nie za­uwa­żyła, ale to nic no­wego. Za­wsze tak ma, kiedy jest w swoim świe­cie.

Czuję się, jak­bym pod­glą­dał ją w bar­dzo in­tym­nej chwili, ale nie chcę tego za­kłó­cić i ode­zwać się, do­póki nie skoń­czy pio­senki. Znam ten utwór, to po­pu­larna me­lo­dia, od razu ją roz­po­znaję.

Jed­nak na­wet dla mnie ta wy­mówka, by ukry­wać się w cie­niu, brzmi słabo - zwłasz­cza gdy jedna pio­senka płyn­nie prze­cho­dzi w na­stępną, a ja na­gle orien­tuję się, że cho­wam się już od do­brych trzy­dzie­stu mi­nut.

El­lie tego nie wie, ale lu­bię słu­chać, jak gra. Jej mu­zyka po­trafi prze­do­stać się za moje mury obronne i spra­wić, że za­czy­nam coś czuć. Nie chcę jej wy­stra­szyć, by nie prze­stała grać w domu z obawy, że mogę jej słu­chać. Sama myśl, że mo­głaby prze­stać, wy­trąca mnie z rów­no­wagi nie­mal tak bar­dzo jak ten drugi po­wód, dla któ­rego wciąż krążę tu­taj, ob­ser­wu­jąc ni­czego nie­świa­domą dziew­czynę.

Ona ma w so­bie coś, co mnie przy­ciąga, choć nie ma to żad­nego związku z mu­zyką. Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, czy moje za­in­te­re­so­wa­nie wy­nika z jej piękna, czy też z ta­jem­nic, które skrywa za nie­śmia­łymi uśmie­chami, a także w pio­sen­kach, przez które czuję kłu­cie w piersi.

Po czę­ści dla­tego, że nie chcę wie­dzieć.

Wiem je­dy­nie, że jak na osóbkę o pro­mien­nym uśmie­chu i ze złotą czu­pryną oraz skórą po­ca­ło­waną słoń­cem, która do­słow­nie wy­gląda jak uoso­bie­nie lata, za­dzi­wia­jąco do­brze ukrywa to wszystko w po­ru­sza­ją­cych pro­gre­sjach i udrę­czo­nych me­lo­diach, które zo­stają we mnie jesz­cze długo po tym, jak prze­staje grać.

Jej mu­zyka jest przej­mu­jąca i me­lan­cho­lijna, brzmi zu­peł­nie ina­czej niż ra­do­sne pio­senki, które wy­biera Nico. Za­wsze się za­sta­na­wiam, kto in­spi­ruje te prze­peł­nione bó­lem tony.

Tu­pię nogą kilka razy, a gdy wcho­dzę do po­miesz­cze­nia, mu­zyka ustaje.

- Wró­ci­łem - mó­wię do jej ple­ców.

El­lie od­wraca się i spo­gląda na mnie znad ka­napy.

- My­śla­łam, że bę­dziesz ba­lo­wał do późna.

- Zmie­ni­łem zda­nie. - Sia­dam na­prze­ciwko niej.

- W ta­kim ra­zie po­win­nam się kłaść. Nico pro­sił, że­bym rano przed szkołą ku­piła ba­beczki na uro­dziny jego przy­ja­ciółki. - Wstaje i sięga po nuty.

- Po­cze­kaj. Masz chwilkę?

- Ja­sne.

- Po­trze­buję two­jej rady.

- Mo­jej? - Wska­zuje na swoją pierś.

- Tak - od­po­wia­dam przez za­ci­śnięte zęby.

Dziew­czyna pa­trzy na mnie przez chwilę, po czym kiwa głową.

- Yyy... do­bra. - Siada z po­wro­tem na ka­na­pie i kła­dzie gi­tarę na sto­liku ka­wo­wym. - Chcesz się cze­goś na­pić?

- Ja­sne, i to jak - rzu­cam bez wa­ha­nia.

El­lie pod­cho­dzi do wózka ba­ro­wego i na­lewa mój ulu­biony bo­ur­bon do szklanki. Na­wet nie mu­sia­łem jej mó­wić, który lu­bię naj­bar­dziej. Kiedy po­daje mi szklankę, mu­skamy się czub­kami pal­ców, a po mo­jej skó­rze prze­myka iskra.

El­lie gwał­tow­nie od­suwa rękę.

- Dzięki. - Biorę łyk whi­skey.

- Le­piej? - Znów siada.

- Nie.

- W skali od jed­nego do dzie­się­ciu jak trudno było to przy­znać?

- Przy­naj­mniej osiem.

- Wciąż le­piej niż dzie­sięć. - W jej oku znów mi­go­cze ło­bu­zer­ski błysk.

- Daj mi chwilę. Na pewno doj­dziemy do dzie­siątki. - Moje usta drgają, ale opa­no­wuję się, za­nim El­lie do­pi­suje co­kol­wiek do tego ab­sur­dal­nego licz­nika.

- No to w ja­kiej spra­wie po­trze­bu­jesz po­rady?

Wy­pusz­czam ciężko po­wie­trze.

- Na pewno za­uwa­ży­łaś, że mam pro­blem z do­tar­ciem do Nico.

Jej roz­ba­wie­nie znika, po­dob­nie jak pro­myk z jej spoj­rze­nia.

- No tak.

My­śla­łem, że bę­dzie miała w cho­lerę wię­cej do po­wie­dze­nia niż "no tak".

Do­brze wie­dzia­łeś, że pro­sze­nie jej o po­moc to kiep­ski po­mysł.

Ju­lian się my­lił. El­lie nie wie, jak mi po­móc, jej re­la­cja z Nico jest cał­ko­wi­cie inna.

- Przy­kro mi to sły­szeć. - Na kilka se­kund od­wraca wzrok, ale za­raz wraca do mnie.

- Roz­ma­wiał z tobą o tym?

- Nie bar­dzo.

- Ale coś wspo­mniał?

Od­po­wiada do­piero po chwili, co tylko po­tę­guje mój nie­po­kój.

Może jest go­rzej, niż my­śla­łeś.

Za­nim znów się od­zywa, trzy razy ob­wią­zuje pa­lec wska­zu­jący sznur­kiem bluzy.

- Py­ta­łeś go, co jest nie tak?

- Tak, ale to nic nie dało.

- Może po­wi­nie­neś spró­bo­wać raz jesz­cze.

- Po co? Za­wsze mnie od­py­cha.

W końcu to do niej do­ciera.

- Och, Rafa, tak mi przy­kro.

Od wy­brzmie­wa­ją­cej w jej gło­sie li­to­ści aż prze­wraca mi się w żo­łądku, prze­peł­nia mnie wstyd.

- Za­po­mnij, że co­kol­wiek mó­wi­łem.

Cała bled­nie.

- Ża­łuję, że nie mogę po­wie­dzieć ci nic wię­cej. Na­prawdę.

- Nico... mó­wił ci coś?

- Nie do końca.

- To nie zna­czy nie.

- Nie, ale też nic kon­kret­nego. Nie roz­ma­wiamy za wiele o to­bie.

Jej próba po­pra­wie­nia mo­jego sa­mo­po­czu­cia osiąga od­wrotny sku­tek, co tylko po­głę­bia moją fru­stra­cję.

- I tyle z two­jej po­mocy.

- Hej, ro­zu­miem, że je­steś zły, ale...

- Zły? My­ślisz, że tak wy­glą­dam, kiedy się złosz­czę? - Za­po­mi­nam o ja­kiej­kol­wiek wraż­li­wo­ści, a wraz z nią o in­stynk­cie sa­mo­za­cho­waw­czym. - Mój syn wła­ści­wie nie chce spę­dzać ze mną czasu. Za każ­dym ra­zem, gdy pró­buję na­wią­zać z nim kon­takt, nie­za­leż­nie od tego, czy chcę po­czy­tać mu książkę, obej­rzeć z nim film, czy po­grać w gry wi­deo, on za­myka się w so­bie i mnie od­py­cha. Wiesz, o kogo wtedy pyta?

- O mnie? - Nie pa­trzy mi w oczy.

- Tak - sy­czę. - Jak my­ślisz, jak się przez to czuję? - Nie za­wra­cam so­bie głowy ukry­wa­niem nie­na­wi­ści. Nie wiem, kto mnie bar­dziej de­ner­wuje, ona czy ja, ale opa­no­wuje mnie wście­kłość i bez­sil­ność, które kie­ruję prze­ciwko niej. - Nie­na­wi­dzę cię za to. - Wy­po­wia­da­nie ta­kich słów zdaje się nie­wła­ściwe. Cio­cia na­uczyła mnie nie nie­na­wi­dzić ni­kogo, włącz­nie z mo­imi ro­dzi­cami, ale nie po­tra­fię zna­leźć in­nego słowa, by opi­sać pa­lące ukłu­cie w piersi, które do­pada mnie na jej wi­dok. Za­zdrość, gniew i wstyd ob­ja­wiają się ja­kąś dzi­waczną zgagą, któ­rej nie zła­go­dzi ża­den spe­cy­fik.

- To wła­śnie czu­jesz? - Jej bez­na­miętny ton drażni moje nerwy.

- Ow­szem - mó­wię już nieco mniej pew­nie.

Za­nim od­po­wiada, mija tyle czasu, że my­ślę, że się już nie ode­zwie.

- Nie są­dzę, żeby to była prawda, bo gdyby tak było, już byś mnie zwol­nił.

Za­ci­skam zęby i mrużę oczy, ma­sku­jąc to, jak za­im­po­no­wała mi swoją szcze­ro­ścią.

Od­zywa się znów po dłuż­szej prze­rwie.

- Po­mi­ja­jąc twój nie­słuszny gniew wo­bec mnie, za­leży mi na tym, żeby po­móc ci na­pra­wić re­la­cję z Nico.

- Dla­czego?

- Po­nie­waż w głębi serca wiem, że je­steś do­brym go­ściem, na­wet je­śli ro­bisz, co mo­żesz, by udo­wod­nić mi, że jest do­kład­nie od­wrot­nie.

Czuję się, jakby El­lie uło­żyła mnie na stole ope­ra­cyj­nym i otwo­rzyła, od­sła­nia­jąc wszyst­kie ze­psute czę­ści, które na co dzień ukry­wam. Prawda jest taka, że by­łem do­brym go­ściem, co stało się moją sła­bo­ścią i cię­ża­rem, a nie po­wo­dem do chwa­le­nia się. Nie bez po­wodu ci naj­milsi mają naj­go­rzej. Cała reszta za­zwy­czaj zwy­czaj­nie wcho­dzi im na głowę.

Spusz­czam wzrok, za­czyna pod­gry­zać mnie wstyd, po­zba­wia­jąc mnie resz­tek pew­no­ści sie­bie.

El­lie wstaje z wes­tchnie­niem, a ja przy­go­to­wuję się na jej odej­ście, w pełni za­słu­ży­łem na to, by mnie zo­sta­wiła, dla­tego kiedy ob­cho­dzi sto­lik i siada koło mnie, wpra­wia mnie w osłu­pie­nie. Na­sze uda ocie­rają się o sie­bie, a w górę mo­jej nogi pły­nie fala cie­pła.

Ni­gdy wcze­śniej nie by­li­śmy tak bli­sko. Skru­pu­lat­nie uni­ka­łem ja­kich­kol­wiek sy­tu­acji, które mo­głyby wią­zać się z bli­sko­ścią. Po­spieszny wdech szybko przy­po­mina mi dla­czego. El­lie pach­nie jak świeżo ze­brane tru­skawki z nutą ulu­bio­nej kuli do ką­pieli Nico i gdy biorę ko­lejny od­dech, mie­sza mi to nie tylko w gło­wie, ale też w sercu.

Za­wsze... zwra­cała moją uwagę. Za każ­dym ra­zem, gdy pod­rzu­ca­łem Nico na lek­cje mu­zyki w Bra­ku­ją­cym Akor­dzie, spoj­rze­nie El­lie roz­pro­mie­niało się, do­rów­nu­jąc jej uśmie­chowi, co wpra­wiało mnie w oszo­ło­mie­nie. Je­stem prze­ko­nany, że brała moje mil­cze­nie i ogólną po­sęp­ność za ele­menty mo­jego cha­rak­teru. I choć to nie błąd, sama była za nie czę­ściowo od­po­wie­dzialna.

Z bie­giem czasu, gdy moja re­la­cja z sy­nem sta­wała się co­raz bar­dziej na­pięta, moje uczu­cia wzglę­dem niej prze­ro­dziły się w coś, o czym wo­lał­bym nie mó­wić.

Za­zdrość.

Chcę ją prze­go­nić, ale wtedy ona kła­dzie dłoń na mo­ich ple­cach i gła­dzi je po­wol­nymi ru­chami, czym cał­ko­wi­cie mnie za­ska­kuje. Ruch jest po­cie­sza­jący, nie de­ner­wuje mnie, co tylko wzmaga mój nie­po­kój.

Bli­skość to jedno, ale do­tyk? Cał­ko­wi­cie nie­sto­sowne i nie­pro­fe­sjo­nalne, ale nie po­tra­fię się ze­brać i wstać.

Więc tylko tak sie­dzę, nie­ru­chomo jak po­sąg, a El­lie usi­łuje mnie - męż­czy­znę nie­za­słu­gu­ją­cego choćby na kapkę jej współ­czu­cia - uspo­koić. A prze­cież w naj­lep­szym wy­padku można by po­wie­dzieć, że by­łem mi­ni­mal­nie uprzejmy, a w naj­gor­szym, że je­stem ma­rud­nym, nie­pew­nym sie­bie dup­kiem, który wy­ła­do­wał na niej swoją za­zdrość.

Wszyst­kie moje wcze­śniej­sze prze­winy od­cho­dzą jed­nak w nie­pa­mięć, gdy dziew­czyna mnie po­cie­sza, a moje ciało, po­cząt­kowo sztywne, po­woli roz­luź­nia się z każ­dym po­cią­gnię­ciem jej dłoni po mo­ich sze­ro­kich ple­cach.

Tylko se­kundka i się ru­szysz, obie­cuję sam so­bie, pod­da­jąc się jej do­ty­kowi.

- Mam do­świad­cze­nie w ra­dze­niu so­bie z kiep­skimi oj­cami. Ty do nich nie na­le­żysz, bez względu na to, jak usil­nie to so­bie wma­wiasz. - Jej słowa prze­my­kają za moje mury i od­bu­do­wują ja­kąś znisz­czoną część mnie.

Nie od­zy­wam się przez całą mi­nutę, a gdy w końcu otwie­ram usta, ża­łuję, że to w ogóle zro­bi­łem.

- Cza­sem czuję się bez­radny.

- Na­wet so­bie nie wy­obra­żam, jak mu­sisz się czuć. - Ści­ska moje ra­mię. To z jej strony wy­łącz­nie pla­to­niczny gest, ale serce aż pod­ska­kuje mi w piersi.

Ob­ra­cam się w jej stronę i na­tych­miast pluję so­bie w brodę, po­nie­waż jej oczy rzu­cają na mnie ja­kiś urok. Słabe oświe­tle­nie wy­do­bywa tego wie­czoru z nich ciem­niej­sze od­cie­nie zie­leni i brązu i te­raz nie mogę się od nich ode­rwać.

Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem ta­kich oczu i może tak było le­piej, po­nie­waż wy­star­czyło pod­pa­trzone ukrad­kiem spoj­rze­nie, a skóra mnie mrowi.

Chcę zrzu­cić to na al­ko­hol, ale to ta­nia wy­mówka. To we mnie tkwi pro­blem, a nie w kilku pi­wach czy ły­kach bo­ur­bonu.

Za­nim mam szansę za­re­ago­wać, gło­śny ło­mot po dru­giej stro­nie domu od­wraca na­szą uwagę. El­lie wciąga gwał­tow­nie po­wie­trze, a mnie żo­łą­dek pod­cho­dzi do gar­dła, gdy ci­szę roz­rywa ostry krzyk:

- ?Papi! Tato!

- Ni­co­las! - Wpa­dam na sto­lik i w pa­nice po­ty­kam się o wła­sne nogi. - Już bie­gnę!

Z ser­cem w prze­łyku i z El­lie dep­czącą mi po pię­tach pę­dzę przez dom. Gdy tak po­dą­żam za krzy­kiem syna, po­kój Nico wy­daje mi się prze­ra­ża­jąco od­le­gły.

Wpa­dam do jego sy­pialni, cał­ko­wi­cie lek­ce­wa­żąc to, że gałka drzwi już na do­bre zo­stała w ścia­nie. Moje nogi drżą i le­dwo mnie utrzy­mują, kiedy wi­dzę Nico zwi­nię­tego w kulkę na pod­ło­dze. Wo­kół jego roz­cię­tej brody ze­brała się krew, mo­cząc pi­żamę w di­no­zaury. Pulch­niut­kie po­liczki są zaś mo­kre od łez.

Kiedy pa­trzę na za­krwa­wioną kra­wędź łóżka i le­żący pod dziw­nym ką­tem dy­wan, wnio­skuję, że za­nim Nico wy­lą­do­wał na ziemi, mu­siał się po­tknąć i za­ryć brodą w drew­niany słu­pek.

- O Boże. - Głos El­lie wy­rywa mnie z osłu­pie­nia.

Pa­dam na ko­lana przed sy­nem. Nie mam na­wet czasu go ostrzec, by się nie ru­szał, bo na­tych­miast rzuca mi się w ra­miona z pła­czem. Serce roz­dziera mi ból, a kiedy mu­szę go od sie­bie ode­rwać, by le­piej mu się przyj­rzeć, cier­pię jesz­cze bar­dziej.

- Boli cię coś jesz­cze?

- Nie - od­po­wiada chra­pli­wym od pła­czu gło­sem.

El­lie klęka na pod­ło­dze obok niego i za­kłada mu z po­wro­tem oku­lary. Drżą­cymi dłońmi upew­niam się, że nie zro­bił so­bie nic wię­cej. Przez cały ten czas Nico pła­cze z bólu. Każda spły­wa­jąca po jego twa­rzy łza jest jak strzał w pierś.

Za­mie­ram na se­kundę, wi­dząc krew są­czącą się z jego rany, i aż prze­wraca mi się w żo­łądku.

Czy to kość...

El­lie wbija pa­znok­cie w moje ra­mię i wy­rywa mnie z po­toku ne­ga­tyw­nych my­śli.

- Mu­simy je­chać do szpi­tala.

Nico pro­te­stuje.

- Ja... On... - Dła­wię się, bo w gar­dle mam gulę.

- Naj­pierw mu­simy zna­leźć coś, co po­może za­ta­mo­wać krwa­wie­nie. Pójdę po­szu­kać, zo­sta­niesz tu z nim?

Nico wspina się z po­wro­tem na moje ko­lana i obej­muje mnie ra­mio­nami za szyję, od­po­wia­da­jąc za mnie. El­lie prze­szu­kuje ła­zienkę, a ja po­pra­wiam ucze­pio­nego mo­jej piersi Nico, tak bym mógł go nieść, nie draż­niąc rany na bro­dzie.

Sy­nek pod­nosi na mnie wzrok wy­mę­czo­nych łka­niem oczu.

- Prze­pra­szam. Bar­dzo prze­pra­szam.

- Nie masz za co prze­pra­szać - mó­wię, ale wy­raz jego twa­rzy i nie­ustanne prze­pro­siny spra­wiają, że za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy to na pewno prawda.

ROZ­DZIAŁ 6

El­lie

Poczu­cie winy nie po­zwala mi spoj­rzeć Ra­fa­elowi w twarz. Od­kąd prze­kro­czy­li­śmy próg szpi­tala, bez prze­rwy czuję mdło­ści, ale nie ma to żad­nego związku z za­krwa­wioną brodą Nico ani wi­do­kiem le­karki zszy­wa­ją­cej jego roz­ciętą skórę.

Na szczę­ście Nico wy­gląda le­piej, niż kiedy zna­leź­li­śmy go krwa­wią­cego na pod­ło­dze sy­pialni, ale w jego oczach bra­kuje zwy­cza­jo­wego bla­sku, choć le­karka robi, co może, by od­wró­cić jego uwagę aneg­dot­kami o swo­ich dzie­cia­kach.

- I po wszyst­kim. - Pani dok­tor wy­rzuca zu­żyte ma­te­riały do ku­bła na od­padki me­dyczne i in­for­muje nas, że wróci za chwilę.

Nico zaj­muje się te­le­fo­nem Ra­fa­ela, a my, do­ro­śli, sie­dzimy w nie­zręcz­nej ci­szy, cze­ka­jąc na po­wrót le­karki.

Mój nie­po­kój na­ra­sta, a na piersi po­ja­wia się zdra­dliwa wy­sypka. Dra­pa­nie nie przy­nosi ulgi, więc wy­daję z sie­bie po­iry­to­wany po­mruk.

- Wszystko w po­rządku? - Ra­fael zerka na moją czarną bluzę z kap­tu­rem.

Nico prze­suwa na mnie spoj­rze­nie swo­ich wiel­kich oczu, więc wci­skam dło­nie do kie­szeni na prze­dzie.

- Tak, w naj­lep­szym.

- Je­śli mu­sisz wyjść na ze­wnątrz...

- Po­wie­dzia­łam, że nic mi nie jest.

Ra­fael za­ci­ska usta, po­wstrzy­mu­jąc się od dal­szych py­tań.

Kilka mi­nut póź­niej wraca pani dok­tor i pyta o wy­pa­dek Nico oraz na­tę­że­nie bólu. Z każdą od­po­wie­dzią ma­lu­cha mój żo­łą­dek skręca się co­raz cia­śniej, aż w końcu mam je­dy­nie ochotę się sku­lić. Ra­fael cią­gle zerka na mnie ką­tem oka, co tylko za­ostrza ból brzu­cha.

Le­karka prosi Nico, by po­dą­żał wzro­kiem za jej mi­ni­la­tarką i pyta:

- Jak tam twój wzrok?

Nico się wzdryga. Ra­fael zerka na mnie ukrad­kiem, ale ja pa­trzę pro­sto przed sie­bie, nie dba­jąc o swę­dzącą skórę.

- Kiedy ostatni raz by­łeś na ba­da­niu?

- W stycz­niu - od­po­wiada za syna Ra­fael.

- Czy od tam­tej pory za­uwa­ży­łeś ja­kieś zmiany? - Le­karka prze­gląda kar­to­tekę me­dyczną Nico.

Ra­fael nie­ru­cho­mieje, a w moim ciele na­pi­nają się wszyst­kie mię­śnie.

Nico olewa la­tarkę i spusz­cza wzrok na ko­lana.

- Tak.

- Nic nie mó­wi­łeś - za­uważa Ra­fael.

- Prze­pra­szam. - Nico, słodki, nie­winny Nico, spo­gląda na mnie, szu­ka­jąc wspar­cia, czym na­tych­mia­stowo mnie zdra­dza.

Ro­bię, co mogę, by za­cho­wać bez­na­miętny wy­raz twa­rzy, choć dło­nie drżą mi w kie­szeni, gdy Ra­fael pa­trzy na mnie jak na śmier­tel­nego wroga.

- Wie­dzia­łaś o tym?

Tracę umie­jęt­ność mó­wie­nia.

- Wie­dzia­łaś? - do­py­tuje ostrym to­nem.

Spusz­czam wzrok, ża­łu­jąc, że nie mogę zma­zać z jego twa­rzy braku za­ufa­nia i obrzy­dze­nia.

- Tak.

Po nieco po­nad go­dzi­nie w końcu wra­camy do domu. Ra­fael gasi sil­nik i de­li­kat­nym ge­stem od­pina pas bez­pie­czeń­stwa. Ro­bię to samo i wy­sia­dam z sa­mo­chodu, po czym biorę głę­boki od­dech świe­żego po­wie­trza, wol­nego od gniewu Ra­fa­ela i jego upa­ja­jąco uza­leż­nia­ją­cego za­pa­chu.

Ra­fael zgar­nia Nico z tyl­nego sie­dze­nia i ostroż­nie, aby nie obu­dzić syna, przy­tula go do piersi. Idę za nimi do domu, a moje sztywne ru­chy przy­po­mi­nają me­cha­niczne ge­sty ro­bota.

Nim po­ko­nuję przed­po­kój, od­zywa się Ra­fael:

- Zo­stań tu­taj - mam­ro­cze ni­skim gło­sem. Zszo­ko­wana, wy­ko­nuję po­kor­nie jego po­le­ce­nie i staję w wej­ściu. Wy­krę­cam dło­nie w kie­sze­niach, cze­ka­jąc na to, co nie­unik­nione.

Ra­fael nie spie­szy się, ukła­da­jąc Nico do snu, a w tym cza­sie moje serce szy­kuje się, by się wy­rwać z piersi. Choć przy­da­łyby mi się te­raz żelki z ma­ri­hu­aną, żeby nieco się roz­luź­nić, za­kra­da­nie się do po­koju po tym, jak Ra­fael po­pro­sił mnie, bym się nie ru­szała, zde­cy­do­wa­nie po­gor­szy­łoby moją sy­tu­ację.

Czy to w ogóle moż­liwe?

Prze­kli­nam pod no­sem, gdy sły­szę, jak drzwi za­my­kają się w od­dali. Sły­szę echo kro­ków Ra­fa­ela od­bi­ja­jące się od skle­pio­nych su­fi­tów i na ra­miona wy­stę­puje mi gę­sia skórka. Mój szef wy­cho­dzi z ciem­nego ko­ry­ta­rza i po­ka­zuje mi, bym po­szła za nim do sa­lonu.

Idąc za nim, czuję się, jak­bym brnęła przez ru­chome pia­ski.

- Sia­daj.

Wy­ko­nuję po­le­ce­nie i pa­dam na ka­napę na­prze­ciwko jego ulu­bio­nego skó­rza­nego fo­tela. Ra­fael pod­cho­dzi do wózka z al­ko­ho­lem w rogu po­koju i na­lewa so­bie drinka, po czym siada po prze­kąt­nej ode mnie. Pod­nosi szklankę do ust i upija łyk. Żadne z nas się nie od­zywa.

Wpa­truje się we mnie, a jabłko Adama ska­cze na jego krtani, gdy prze­łyka. Czer­wie­nię się i od­wra­cam wzrok, w uszach szumi mi krew.

- Mogę to wy­ja­śnić.

- Nie kło­pocz się.

- Ale...

Ra­fael sta­wia szklankę na umię­śnio­nym udzie.

- Chcia­łem za­dać ci jedno py­ta­nie.

- Do­bra.

- Wie­dzia­łaś.

- To nie jest py­ta­nie.

Za­ci­ska szczękę tak mocno, że mar­twię się o jego trzo­nowce.

- Kiedy wczo­raj roz­ma­wia­li­śmy, wie­dzia­łaś? - Każde słowo pod­kre­śla po­gar­dli­wym uśmiesz­kiem.

- Tak, ale...

- Wy­star­czy. - Znów zbliża szkło do ust i roz­lega się brzęk lodu.

- Tak bar­dzo mi przy­kro. Chcia­ła­bym móc to wszystko cof­nąć. Nie wie­dzia­łam, że może zda­rzyć się coś ta­kiego...

Prze­rywa mi zim­nym spoj­rze­niem.

- Ale nie mo­żesz, prawda?

- Nico bła­gał, że­bym nic nie mó­wiła.

- Gdy­bym po­trze­bo­wał wy­ja­śnień, po­pro­sił­bym o nie.

- Za­słu­guję na to, by...

- Nie za­słu­gu­jesz na nic - sy­czy.

Gdy­bym nie po­słu­chała prośby Nico i po­wie­działa o wszyst­kim, jak chcia­łam, ta roz­mowa nie mia­łaby miej­sca.

Ale ma.

Biorę głę­boki od­dech i się uspo­ka­jam.

- Tak czy ina­czej, jest mi przy­kro. To, co stało się Nico, to był wy­pa­dek.

- Po­dob­nie jak za­trud­nie­nie cie­bie.

Mój gwał­towny wdech zdaje się tylko bar­dziej go de­ner­wo­wać.

Na­wet nie pa­trzy w moją stronę, mó­wiąc:

- Po­wi­nie­nem wie­dzieć, że nie mogę za­ufać ko­muś ta­kiemu jak ty.

- Co ta­kiego? - Cały świat za­miera, gdy ana­li­zuję te słowa.

- Nie masz żad­nego do­świad­cze­nia z dziećmi, co wi­dać.

Od­dy­chaj, El­lie. Ma prawo się de­ner­wo­wać, nie mu­sisz od­po­wia­dać tym sa­mym.

Za­ci­skam pię­ści.

- Przez cały czas pracy tu­taj po­peł­ni­łam je­den błąd...

- Błąd, przez który mój syn wy­lą­do­wał w szpi­talu!

Ro­bię, co w mo­jej mocy, by zdu­sić gniew, do­kład­nie tak, jak uczyła mnie mama.

- Prze­pra­szam.

- Masz szczę­ście, że nie za­mie­rzam cię po­zwać.

- Słu­cham? - Głos mi drży, le­żące po bo­kach dło­nie rów­nież. Nie­na­wi­dzę sie­bie za to, że tak otwar­cie oka­zuję sła­bość, ale nie po­tra­fię po­wstrzy­mać tej fali emo­cji, która mnie za­lewa.

Ra­fael wy­daje się ab­so­lut­nie nie­po­ru­szony i opa­no­wany. Zdej­muje z ubra­nia ja­kąś nie­wi­dzialną nitkę.

- Je­śli to wszystko...

Jego chłód przy­wo­łuje wspo­mnie­nie Avy, która po­czę­sto­wała mnie taką samą re­ak­cją. Zwol­niła mnie, jak­bym wcale się nie li­czyła. Jak­by­śmy nie przy­jaź­niły się przez pięt­na­ście lat, za­nim po­zwo­liła ja­kie­muś męż­czyź­nie i jego kłam­stwom nas po­róż­nić... Boże, ni­gdy nie za­po­mnę tego bólu.

Ra­fael po­zba­wia mnie szansy na od­po­wiedź:

- Ju­tro za­biorę Nico do ciotki na no­co­wa­nie. Po­win­naś zdą­żyć opu­ścić swój po­kój.

- Prze­pra­szam? - Mu­sia­łam się prze­sły­szeć.

- Wy­szy­kuję Nico do szkoły i sam go za­wiozę. Naj­le­piej, że­byś w tym cza­sie była u sie­bie.

- Mogę się cho­ciaż z nim po­że­gnać?

- Nie. - Ra­fael gasi mnie po­je­dyn­czym sło­wem.

Mru­gam szybko, aż opa­no­wuję łzy.

- Czyli to tyle? Tak po pro­stu mnie od­pra­wiasz?

- Nie, Ele­anor. Zwal­niam cię.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki