ROZDZIAŁ 1
Ellie
Niemożliwe. - Uwielbiam sama siebie karać, więc przewijam dalej artykuł na ekranie komputera, ignorując żołądek zaciskający się z każdą kolejną linijką ujawniającą zdradę.
Ulubienica Ameryki i znana na całym świecie gwiazda folk-popu Ava Rhodes ma tego lata wydać swój drugi album z wytwórnią MIA Records. Piosenkarka została odkryta w Los Angeles przez Dariusa Larkina w jednym z barów, gdy śpiewała cover Lies and Stolen Lullabies. Jeszcze w tym samym roku Ava wydała doceniony przez krytyków debiut Looking Glass, dzięki któremu zdobyła Grammy, a jej kariera nabrała tempa.
Dalej dziennikarz rozwodzi się nad sukcesem pierwszego krążka Avy, który uczynił z niej gwiazdę i zdobył tytuł najlepszego albumu roku. Był to też album, który ja pomogłam napisać, o czym jednak nikt nie wie, bo moje nazwisko nigdzie się nie pojawia.
I tak za sprawą niewidzialnego ostrza, które Ava wbiła mi w plecy rok temu, tępy ból w piersi powraca.
- Wszystko w porządku?
Podnoszę głowę i widzę, że para oczu w kolorze głębokiego brązu wbija we mnie wzrok. Ich odcień może jest ciepły i zapraszający, ale te określenia w żadnym wypadku nie dotyczą mężczyzny, do którego te oczy należą.
Myślałam, że na tym etapie - po ośmiu miesiącach pracowania jako niania jego syna i mieszkania z nimi - onieśmielające spojrzenie Rafaela Lopeza mi spowszednieje, jednak ono niezmiennie wywołuje u mnie takie same uczucia jak wtedy, gdy go poznałam.
Obiektywnie mój szef jest przystojnym mężczyzną. Twarze takie jak jego widuje się na okładkach magazynów. Do tego ma wręcz ociekający autorytetem niski głos i jest tak wysoki i umięśniony, że ja - uznawana powszechnie za "tę wysoką" - czuję się przy nim malutka i kruchutka. Słowem: niczego mu nie brakuje.
Gorący samotny tatusiek z bagażem emocjonalnym większym niż ten, który londyńskie Heathrow przerzuca w czasie świąt? Proszę bardzo.
Genialny miliarder, który wraz z kuzynem stworzył Dwelling, najpopularniejszą apkę do wyszukiwania nieruchomości? Nieznośnie banalne, ale i tak imponujące, więc odfajkowujemy też to.
Filantrop, którego życiową misją jest ratowanie zaniedbanych zwierząt, by następnie dać im schronienie w swojej stodole za domem? Trzy razy tak, trzy razy większa siła rażenia.
W zasadzie mogłabym przez jakieś trzydzieści minut wymieniać pozytywne cechy Rafaela, ale nic, absolutnie nic, nie zrównoważy jego największej wady.
A mianowicie tego, że jest moim szefem.
Jakakolwiek iskra zainteresowania, którą wzniecił we mnie w czasach naszej młodości, straciła znaczenie w chwili, gdy zatrudnił mnie jako opiekunkę swojego syna. Początkowo było trudno, serce waliło mi jak dzikie za każdym razem, kiedy licealna miłość zerknęła w moją stronę, ale wystarczyło kilka spotkań, żeby fantazja, którą stworzyłam w swojej głowie na temat samotnego taty z Lake Wisteria, pękła jak bańka mydlana.
Moja zmiana nastawienia nie miała związku z tym, że po rozwodzie zaczął się ubierać inaczej - przeistaczając się przez te dwa lata w regularnego drwala. Wpłynęło na nią raczej jego szorstkie zachowanie, idące chyba w pakiecie z ciuchami. Zniosę nieludzkie ilości flaneli w kratę i ciągłe sprzątanie po zakurzonych kowbojkach, ale niekończące się grymasy i nieustanne dawanie mi do zrozumienia, że jestem "obca", choć pracuję dla niego blisko rok, to już za wiele.
To on stoi właśnie po drugiej stronie wyspy kuchennej i przestępuje z nogi na nogę, rzucając długi cień na marmurowy blat.
- Co jest nie tak?
- Czemu pytasz? - Aż się wzdrygam.
Drapie się po grubym, krótkim zaroście pokrywającym połowę jego twarzy i szyi.
- A czy to ważne?
No jakby, skoro wcześniej go to nie interesowało. Dlatego zamiast się otworzyć i odsłonić, wolę zachować status quo.
- Wszystko w porządku. - Zamykam laptopa z zaskakującym jak na mnie opanowaniem.
- Skoro chcesz kłamać mi prosto w twarz, przynajmniej patrz mi w oczy.
- Nie kłamię. - Odwracam spojrzenie.
- Nieźle. A teraz spróbuj raz jeszcze, tylko nie odwracaj wzroku. Może wtedy mnie przekonasz.
W głowie pojawia mi się wizja moich dłoni zaciskających się na jego gardle. Nie jestem agresywną osobą, ale Rafael ma w sobie pewien dar, który wyciąga ze mnie to, co najgorsze.
- Znowu mordujesz mnie w myślach? - Mruży oczy.
- Ze szczegółami.
- Trucizna?
- Asfiksja.
- Tak w ramach urozmaicenia? - W jego oczach jak rzadko migoczą iskierki.
- Za radą Nico.
- Mój syn zaczął ci doradzać w kwestii zabijania?
- Naprawdę jesteś zaskoczony? Bohaterem jego ulubionego komiksu jest złoczyńca.
Kąciki jego ust unoszą się o ułamek centymetra. Ten drobny, zwykły gest natychmiast poprawia mi zepsuty przez Avę nastrój, a nawet przemienia go w entuzjazm.
- Uśmiechnąłeś się!
- Nie. - Zaciska usta w cieniutką linię, ale już za późno.
- Wiem, co widziałam. - Powstrzymuję uśmiech i podchodzę do zawieszonej na lodówce tablicy suchościeralnej i aktualizuję wynik pod jego zdjęciem z kroniki licealnej.
Kiedy on kończył szkołę, ja byłam dopiero w pierwszej klasie, ale wszyscy znali Rafaela Lopeza. Wszyscy uczniowie z Wisteria High mają na jego punkcie obsesję - ze mną włącznie, choć zabiorę to ze sobą do grobu. Ale, mówiąc szczerze, trudno było mu się oprzeć. Gość był osłabiająco przystojnym, nieziemsko utalentowanym sportowcem, a do tego uroczym nerdem.
Odkąd zaczęliśmy liczyć z Nico uśmiechy Rafaela, nie widziałam u niego tak szerokiego uśmiechu jak ten z czasów liceum. To zdjęcie jest dowodem na to, że nawet najjaśniejsze gwiazdy przygasają, stając się w końcu cieniem samych siebie.
Niełatwo uwierzyć w to, że przez ostatnie trzy miesiące człowiek, który zgarnął kiedyś tytuł "najlepszy uśmiech", uśmiechnął się jedynie dwanaście - teraz już trzynaście - razy. Jednego dnia w żartach zaproponowałam, byśmy zapisywali takie wypadki, żeby nieco rozluźnić panującą w domu atmosferę.
Nico trzyma tatę na dystans, a Rafael za wszelką cenę unika jakichkolwiek nieprzyjemności w związku z synem, więc uznałam, że obu przyda się odrobina humoru.
Niech Bóg ma ich w opiece, skoro za element komediowy w ich życiu robię ja.
Zwykle jestem tą przyjaciółką, do której ludzie zgłaszają się, kiedy potrzebują wypić coś mocniejszego albo porządnie się wypłakać, a nie tą, do której uderza się, żeby się pośmiać, ale staram się, jak mogę.
- Któregoś dnia porwę to zdjęcie na kawałki - mówi do moich pleców Rafael.
- Wtedy zastąpię je którymś z czasów, gdy byłeś niemowlakiem.
Zamykam marker ścieralny i odkładam go z powrotem pod tablicę.
- O czym ty mówisz? - Mruży oczy.
- Twoja ciocia ma całą kolekcję albumów poświęconych wyłącznie tobie.
- Pokazywała ci je? - Mruga dwa razy.
- Tak. A zaraz potem odkopała stare domowe nagrania wideo. - Sunę wzrokiem po jego twarzy. - Jak na takiego antyspołecznego zgryźliwca w młodości miałeś zaskakująco dużą potrzebę bycia w centrum uwagi. Ale kto mógłby mieć ci to za złe, skoro miałeś tak wypasioną maszynę do karaoke.
- To był sprzęt Lily. - Opalenizna na jego policzkach powoli przybiera odcień różu.
- Serio? Nie zorientowałam się, do tego stopnia okupowałeś mikrofon.
- Zmusiły mnie z Dahlią.
Fakt, że obwinia obie przyjaciółki rodziny, sprawia, że mam ochotę zawstydzić go jeszcze bardziej, choć wiem, że nie kłamie i sprzęt faktycznie należał do sióstr Mu?oz.
- Wiem tylko, że nikt nie kazał ci tak wczuwać się w śpiewanie Spice Girls. Tego jestem pewna.
Rumieniec szybko rozlewa się na resztę twarzy.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Wyciągam telefon.
- Mam tu gdzieś filmik, który mógłby odświeżyć ci pamięć. Daj mi chwilkę...
- Nagrałaś to?
- Oczywiście. Kiedy Nico albo ja mamy gorszy dzień, nastrój poprawiasz nam ty przebrany za Sporty Spice.
- Uprawiałem sport, tylko tyle.
- I znałeś cały tekst Wannabe.
Rafael wzdycha, jakby nikt na świecie nie dobijał go bardziej niż ja.
- Przypomnij mi, dlaczego się z tobą męczę?
- Bo twoja miłość do syna jest silniejsza niż niechęć do mnie.
Na jego czole pojawia się długa zmarszczka.
- Nie czuję wobec ciebie niechęci.
- Ale nie jest też tak, że mnie lubisz, prawda?
- Jeszcze nie zdecydowałem. - Gładzi krótką brodę.
- Czy da się jakoś przyspieszyć ten długi proces decyzyjny?
- Możesz odejść?
Chichoczę pod nosem i jego wzrok pada na moje usta.
- Co? - Wycieram kącik palcem.
- Nic. - Kręci głową.
Wyciągam znów telefon i dla pewności sprawdzam, czy nie mam czegoś na zębach.
- Ellie!
Z drugiej strony domu dobiega nas głos Nico krzyczącego moje imię. Wypuszczam komórkę z ręki, a ta spada z łoskotem na podłogę. Schylam się po nią i syczę przekleństwa. Moje jasne włosy opadają mi na twarz i całkowicie przesłaniają wzrok, widzę więc jedynie rozświetlony ekran.
Czuję mrowienie na karku, zerkam przez ramię i dostrzegam spojrzenie Rafaela wbijające się w mój tyłek.
O mój Boże. Czemu on mnie obczaja?
Przesuwam ciężar ciała, a jego wzrok sunie wzdłuż moich legginsów, co tylko potwierdza moje obserwacje. Gdyby to był ktoś inny, potraktowałabym to jako komplement - wręcz mile widziany po latach czepiania się swojego wyglądu i narzekania na za małe cycki, tyłek i ledwie widoczne krągłości - ale Rafael to nie "ktoś".
Przynajmniej nie dla mnie.
Nie spodziewałam się, że przyłapię go na obcinaniu mnie wzrokiem, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że ani trochę mnie to nie kręci.
Żołądek podchodzi mi do gardła, kiedy się prostuję. Nagły ruch przywraca Rafaelowi rozum, przywołuje go do porządku.
Zanim mam szansę wymamrotać choćby słowo, jego wzrok w ułamku sekundy zmienia się z rozpalonego w znudzony. Gdyby jego zainteresowanie moją osobą tak mnie nie zaskoczyło, byłabym pod wrażeniem, jak sprawnie udało mu się przywołać własną twarz do porządku.
Przez te wszystkie miesiące, kiedy dla niego pracuję, Rafael nie wykazał zainteresowania ani mną, ani żadną inną kobietą w okolicy. Ptaszki ćwierkają, że nie miał nikogo, odkąd ponad dwa lata wcześniej rozwiódł się z Hillary.
Po przepracowaniu tu ośmiu miesięcy mogę potwierdzić, że choć Rafael jest jedną z najlepszych partii w mieście, nie szuka absolutnie żadnej relacji, nawet platonicznej.
Nico znów mnie woła, wychodzi zatem na to, że jego brak cierpliwości ratuje mnie z opresji.
- Już idę! - Biegnę w stronę wyjścia z kuchni.
- Eleanor? - Głęboki głos Rafy sprawia, że się obracam.
Gdy staję twarzą w twarz z ponurym olbrzymem, po moim kręgosłupie przebiega dreszcz.
- Dlaczego uparcie mnie tak nazywasz?
Przy tym, ile muszą ważyć te jego mięśnie, lekkość, z jaką wzrusza ramionami, jest dla mnie niemałą niespodzianką.
Przełykam ślinę i powstrzymuję chęć powiedzenia czegoś, za co mogłabym stracić robotę.
- Wszyscy mówią na mnie Ellie.
- Wiem - odpowiada po chwili.
- A mimo to ciągle, z jakiegoś irytującego powodu, zwracasz się do mnie pełnym imieniem. - Zazwyczaj jestem opanowana, ale on ma w sobie coś takiego, że cała się jeżę.
- Przeszkadza ci to? - Jego suchy ton drażni każdy z moich nerwów.
Walczę ze sobą: powiedzieć, co myślę, czy zignorować tę oczywistą próbę dania mi popalić.
- Ellie! - Tym razem Nico krzyczy głośniej, decydując za mnie.
- Już idę! - Postępuję kilka kroków w stronę korytarza, ale zatrzymuję się w połowie. - Tak w ogóle: chciałeś czegoś? - pytam Rafaela obrzydliwie słodkim głosem.
- Już nic. - Podchodzi do lodówki i otwiera drzwiczki szarpnięciem, aż dzwonią butelki. Nie biorę tego do siebie, przez tych kilka minut powiedział do mnie więcej słów niż przez cały tydzień.
Rafael zawsze miewał swoje humory, ale w ostatnim miesiącu rzadko udaje mi się wyciągnąć z niego więcej niż kilka słów jednocześnie. Większość takich prób kończy się tak, jak się zaczyna - ogarnia mnie zwątpienie, czy w ogóle warto próbować do niego dotrzeć.
Ludzie tacy jak on nie pasują do ludzi takich jak ja. Ja czuję zdecydowanie za wiele, a on nie czuje prawie nic. Przeciwieństwa wcale się nie przyciągają - bez względu na to, jaką propagandę wciskali nam na fizyce nauczyciele, odwracając uwagę magnesami.
Wybiegam z kuchni, nim zjawia się tu Nico. Puchate różowe skarpetki - kolorowy prezent gwiazdkowy od Nico, który uważa, że noszę za dużo czerni - tłumią dźwięki kroków, gdy ruszam korytarzem.
Choć Rafael ma dość kasy, by jego prapraprawnuki były miliarderami, i tak kupił działkę na obrzeżach Lake Wisteria, daleko od jeziora i widoków wartych milion dolarów. Początkowo myślałam, że wybrał tę nieruchomość, bo potrzebował przestrzeni dla zwierząt i stodoły, ale szybko poznałam prawdę.
Rafael ukrywa się przed światem.
Pomijając fakt, że Lopezowie nie mają sąsiadów, ich dom jest uosobieniem uroku, pełnym żywych kolorów, własnoręcznie wybranych przez Nico. Jest tu też sala kinowa z niesamowicie wygodnymi fotelami, w której możemy oglądać najnowsze hity, no i oczywiście apartament niani - trzy razy większy niż moje stare mieszkanie w Los Angeles. Mam tu wszystko, czego mogłabym chcieć, a nawet więcej. Prywatne wejście dla gości, salon, łazienkę wyposażoną niczym spa i łóżko z baldachimem, w którym czuję się jak księżniczka.
Znajduję Nico przy windzie, którą Rafael zainstalował, żeby małemu łatwiej było poruszać się po trzypiętrowym domu. Chłopiec stuka butem o drewnianą podłogę z poirytowaną miną. Jest wyższy od większości dzieciaków w tym wieku, oczywiście dzięki DNA swojego taty, przez co sprawia wrażenie starszego.
- Co tak długo? - Łapie mnie za rękę i ciągnie do windy.
- Coś odwróciło moją uwagę.
- Co?
- Twój tata się uśmiechnął.
- Naprawdę? - Nico patrzy na mnie rozbawiony.
Właśnie to spojrzenie jest powodem, dla którego w ogóle wpadłam na pomysł zapisywania uśmiechów, bo niezależnie od tego, czy Rafael zdaje sobie z tego sprawę, czy nie, syn uwielbia jego uśmiechy. Są symbolem nadziei i szczęścia - dwóch rzeczy, których ostatnio bardzo brakuje w tym domu, choć nadal nie rozgryzłam dlaczego.
Sięgam ponad jego ciemną czupryną i wciskam przycisk prowadzący do piwnicy.
- Niewielki, ale mi nie umknął.
- Wow. Dwa dni z rzędu - stwierdza z niedowierzaniem Nico.
- Wygląda na to, że może jednak wygram zakład - droczę się nie do końca na poważnie. Jeśli Rafael uśmiechnie się codziennie, trzydzieści dni z rzędu, Nico pożyczy mi swoją ulubioną zabawkę na miesiąc.
Dla dziecka to więcej niż dla mnie wygrana na loterii i przejście na finansową emeryturę, chociaż wciąż jestem przecież zaledwie dwudziestodziewięciolatką.
- O nie. - Udaje, że się martwi.
- Nic się nie stanie, jeśli przegrasz. Zgodzę się na opiekę łączoną.
Szturcha mnie w biodro, chichocząc, a ja mierzwię jego ciemną grzywę. Ale gdy podnosi na mnie wzrok zmrużonych oczu, jego uśmiech gaśnie.
- Co jest nie tak? - pytam.
- Nic. - Obronny ton zbija mnie z tropu. Choć w przypadku jego ojca jestem do niego przyzwyczajona, nigdy nie słyszałam, żeby chłopiec się tak odzywał.
Nico marszczy czoło, ściąga okulary i przeciera je krawędzią niebieskiej koszulki. Lubi sam wybierać sobie ubrania - na dzisiejszy strój składają się grube czerwone oprawki pasujące do bluzki i czerwone adidasy.
Drzwi windy się otwierają, ale malec jest zbyt pochłonięty wycieraniem okularów, żeby się ruszyć, więc blokuję drzwi i czekam. Nico męczy się ze szkłami i staje się coraz bardziej sfrustrowany, ale wbrew samej sobie powstrzymuję się z pomocą.
Nico, jak każdy ośmiolatek, pragnie być samodzielny, szczególnie że blisko półtora roku temu zdiagnozowano u niego retinopatię barwnikową. Zgodnie z moimi późnonocnymi poszukiwaniami w internecie wspieranie dzieci w rozwijaniu samodzielności jest ważne. W tym wypadku tym ważniejsze, że jego wzrok stale się pogarsza i młodego coraz bardziej denerwuje to, że musi polegać na innych.
Zakłada okulary z powrotem, usta ma zaciśnięte w cieniutką linię.
- Wszystko w porządku? - pytam.
- Yhm. - Mruży oczy, spoglądając na mnie, po czym je przeciera.
- Jesteś pewny?
- Tak. - Jego ostry ton wprawia mnie w osłupienie. Ociera się o mnie delikatnie, wychodząc z windy, w tej chwili niezmiernie przypomina ojca.
Otrząsam się, szybko potrząsając głową.
- Dobrze, w takim razie proszę nieco zmienić nastawienie, bo inaczej będzie pan dziś ćwiczyć na flecie.
Mój komentarz chyba wyrwał go z tego dziwnego nastroju, bo wzdycha ciężko.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało. Wszyscy mamy czasem muchy w nosie. - Wychodzę za nim z windy do piwnicy.
Niedługo po tym, jak z wpadającej popołudniami nauczycielki muzyki awansowałam na mieszkającą w rezydencji nianię na pełen etat, Rafael przerobił niewykończoną piwnicę na studio nagraniowe, głównie ze względu na zestaw perkusyjny, który jego syn dostał od babci. Ogromną otwartą przestrzeń wyłożono ze wszystkich stron dźwiękoszczelną izolacją, a także wyposażono w najnowszy sprzęt do nagrywania i tyle instrumentów, że gdybym chciała, mogłabym nagrać tu cały album.
Aż ściska mnie w żołądku na samą myśl, ale szybko biorę się w garść.
Przekręcam pierścionek zakrywający tatuaż na małym palcu.
- Co ci dziś w duszy gra?
Wzrok Nico błądzi między ścianą, na której mieści się kolekcja przeróżnych instrumentów smyczkowych i dętych blaszanych, a perkusją, by w końcu paść na czarny fortepian.
- Fortepian.
- Serio? - Gdyby nie to, że Rafael upiera się, żeby Nico ćwiczył grę na fortepianie i skrzypcach przynajmniej dwa razy w tygodniu, wątpię, by malec zawracał sobie głowę czymś innym niż bębny. Zazwyczaj muszę wyrywać mu pałeczki z dłoni.
- Chcę spróbować czegoś nowego. - Nico ze ściągniętą twarzą kieruje się w stronę siedziska. Na ten widok aż kłuje mnie w sercu.
Siadam obok niego i ignoruję chęć zapytania go, co jest nie tak.
- Pokaż, na co cię stać, mój rockmanie.