Biały, wsparty oburącz o dach małego domku na
rufie łodzi, odezwał się do sternika:
- Przenocujemy na polance Arsata. Późno już. Malajczyk mruknął coś w odpowiedzi i sterował z oczami utkwionemi
w rzekę. Biały oparł brodę na skrzyżowanych ramionach i wpatrzył
się w szlak wodny, ciągnący się za łodzią. U krańca prostej drogi,
wyciętej wśród lasów jaskrawym blaskiem rzeki, bezchmurne,
olśniewające słońce ważyło się nisko nad wodą, gładką i połyskliwą
jak metalowa wstęga. Ciemny, posępny las stał w ciszy i spokoju z
obu stron szerokiej rzeki. U stóp wielkich, wyniosłych drzew
bezpienne palmy nipa wyrastały z nadbrzeżnego mułu w pękach
ogromnych, ciężkich liści, zwisających nieruchomo nad brunatnemi
kręgami wirów. W cichem powietrzu każde drzewo, każdy liść, każda
gałązka, najcieńsze pędy ljan i płatki najdrobniejszego kwiecia
zdawały się zaklęte w spokój kamienny i ostateczny. Nic się nie
poruszało na rzece prócz ośmiu wioseł, które błyskały, wznosząc się
i opadając miarowo z pojedynczym pluskiem i sternik zagarniał wodę
to na prawo, to na lewo, a pióro steru kreśliło nagłym i rytmicznym
ruchem błyszczące półkole nad jego głową. Rozbełtana woda pieniła
się naokoło z głuchym szumem. Łódź sunęła wgórę rzeki wśród
przelotnego zamętu, wznieconego przez nią samą i wstępowała, zda
się, w granice kraju, skąd nawet samo wspomnienie ruchu uleciało na
zawsze. Biały, odwróciwszy się od zachodzącego słońca, objął spojrzeniem
pusty i rozległy obszar morza. Rzeka - wahająca się i niepewna w
ciągu długiej wędrówki - przez ostatnie trzy mile swojego biegu
płynie wprost ku morzu, jakby znęcona swobodą szerokiego horyzontu,
płynie prosto na wschód - na wschód, który mieści w sobie i światło
i ciemność. Wtyle za łodzią rozległ się kilkakrotnie zew jakiegoś
ptaka - zgrzytliwy i słaby - prześlizgnął się po gładkiej wodzie i
zatracił w głuchej ciszy świata, nie sięgnąwszy przeciwległego
brzegu. Sternik wbił wiosło w toń i przytrzymał je mocno w wyprężonych
ramionach, pochylając się naprzód. Woda głośno zabulgotała; wydało
się naraz, że długi, prosty obszar rzeki obraca się naokoło swej
osi, lasy zatoczyły półkole, a ukośne promienie zachodu padły
ognistym żarem na bok łodzi, rzucając wydłużone, potworne cienie
wioślarzy na pręgowany blask rzeki. Biały odwrócił się, aby
spojrzeć naprzód. Czółno płynęło teraz pod kątem prostym do prądu i
rzeźbiona głowa smoka, umieszczona na dziobie, skierowała się w
stronę szczeliny dzielącej nadbrzeżne zarośla. Prześlizgnęła się
przez nie, otarłszy się o zwisające gałęzie i zniknęła z rzeki niby
jakieś smukłe, ziemnowodne stworzenie, opuszczające wodę dla
leśnego legowiska. Wąska zatoka wyglądała jak kręty, przepaścisty rów, pełen mroku
pod skrawkiem czystego, jaskrawego błękitu nieba. Olbrzymie drzewa,
niewidzialne za strzępiastemi draperjami ljan, wznosiły się wysoko.
Gdzie niegdzie - tuż nad połyskliwą czernią wody - skręcony korzeń
jakiegoś wielkiego drzewa sterczał z pośród koronek drobnych
paproci, czarny i ponury, skłębiony i nieruchomy, jak zastygły wąż.
Krótkie słowa wioślarzy odbijały się głośno od zwartych ścian
roślinnych. Mrok sączył się z pomiędzy drzew, przesiewał się przez
pogmatwany labirynt pnączy, wypełzał z pod fantastycznie wielkich,
nieruchomych liści - tajemniczy i nieodparty, wonny i jadowity mrok
nieprzebytych lasów. Ludzie popychali łódź żerdziami w płytkiej wodzie. Przesmyk
rozbiegł się w rozległy obszar stojących wód. Lasy cofnęły się od
bagnistego brzegu, zostawiając gładki pas jasnozielonej,
trzciniastej trawy, niby ramę dla odbicia błękitnego nieba.
Wełnista, różowa chmurka płynęła wysoko wgórze, wlokąc delikatny,
barwisty swój wizerunek wśród pływających liści i srebrzystych
kwiatów lotosu. Woddali zaczerniał domek, osadzony na wysokich
palach. Tuż przy nim dwie smukłe palmy nibong, zbiegłe, zda się, z
okolnych lasów, kłoniły się lekko nad postrzępionym dachem z
wyrazem tkliwego smutku i pieszczoty w pochyleniu głów liściastych
i wyniosłych. Sternik rzekł, wskazując wiosłem: - Arsat jest w domu. Widzę jego czółno, uwiązane między palami. Wioślarze przebiegali wzdłuż brzegów łodzi, spoglądając przez
ramię ku celowi całodziennej podróży. Byliby woleli spędzić noc
gdziekolwiek, byle nie na tej dziwacznej lagunie, kędy straszyło po
nocach. A przytem nie lubili Arsata, jako obcego przybysza i
osobnika mocno podejrzanego; bowiem człowiek, który naprawia walący
się dom i w nim zamieszkuje, stwierdza jawnie, że nie boi się żyć
wśród duchów, nawiedzających miejsca opuszczone przez ludzi. Taki
człowiek mocen jest spaczyć bieg przeznaczenia spojrzeniem lub
słowem, a przygodnym wędrowcom trudno jest pozyskać domowe duchy
samotnika, które czyhają na podróżnych, chcąc wywrzeć na nich
zemstę za złośliwość swego ludzkiego władcy. Białych te sprawy nic
nie obchodzą, ponieważ są niewierzący i pozostają w zmowie z Ojcem
Zła, który osłania ich od szwanku i wiedzie przez ukryte
niebezpieczeństwa tej ziemi. Na przestrogi prawowiernych biali
odpowiadają z lekceważeniem i niedowiarstwem. Cóż na to poradzić? Tak rozmyślali wioślarze, kładąc się całym ciężarem na końce
długich żerdzi. Wielka łódź sunęła prędko, gładko i bezszelestnie
ku polance Arsata. Wreszcie rozległ się łoskot tyk rzuconych na dno
łodzi, zabrzmiał głośny pomruk: "Chwała Allahowi!" i łódź uderzyła
lekko o pokręcone pale przed domkiem. Wioślarze zadarli głowy i krzyknęli zgrzytliwym chórem: "Arsat!
hej, Arsat!" Nikt się nie pokazał. Wówczas biały jął wspinać się po
niezdarnie skleconej drabinie, prowadzącej na bambusową platformę.
Juragan łodzi rzekł kwaśno: - Wieczerzę ugotujemy w sampanie i przenocujemy na wodzie. - Podajcie mi derki i kosz - rozkazał krótko biały. Klęknął na brzegu platformy aby odebrać zawiniątko. Potem łódź
odpłynęła, a biały powstał i znalazł się naprzeciw Arsata, który
wyszedł właśnie z niskich drzwi szałasu. Był to człowiek młody,
potężnie zbudowany, o szerokiej piersi i ramionach muskularnych.
Odziany był tylko w sarong; na głowie nic nie miał. Wielkie,
łagodne jego oczy potrzały żarliwie w białego, ale głos i obejście
były spokojne, gdy spytał bez słowa przywitania: - Czy masz lekarstwo, tuanie? - Nie - odrzekł gość z niepokojem. - Nie. Dlaczego? Czy jest kto
chory w domu? - Wejdź i zobacz - odparł Arsat tym samym spokojnym tonem i,
odwróciwszy się nagle, znikł w niskiem przejściu. Biały zostawił
swoje pakunki i poszedł za nim. W przyćmionem świetle wnętrza rozróżnił na bambusowym tapczanie
kobietę wyciągniętą nawznak pod szerokiem przykryciem z czerwonego
perkalu. Leżała bez ruchu, jak martwa, tylko jej wielkie, szeroko
rozwarte oczy, utkwione w smukłych krokwiach, połyskiwały w mroku,
nieruchome i niewidzące. Miała wielką gorączkę i widać było, że
jest nieprzytomna. Policzki jej były zlekka zapadnięte, usta
rozchylone, a młoda twarz przybrała wyraz nieruchomy i złowróżbny,
zapatrzony i nieobecny wyraz ludzi nieprzytomnych, stojących w
obliczu śmierci. Obaj mężczyźni patrzyli na nią w milczeniu. - Dawno już choruje? - zapytał podróżny. - Nie spałem przez pięć nocy - odrzekł spokojnie Malajczyk. - Z
początku słyszała głosy nawołujące ją z wody i mocowała się ze mną,
gdy nie chciałem jej puścić. Ale od chwili, gdy wstało dzisiejsze
słońce, nic już nie słyszy - nawet mnie nie słyszy. Nic już nie
widzi. Nawet mnie nie widzi - nawet mnie! Zamilkł na chwilę, poczem zapytał cicho: - Tuanie, czy ona umrze? - Lękam się tego - rzekł smutno biały. Znał Arsata przed laty w
dalekim kraju, w czasach niespokojnych i groźnych, gdy żadną
przyjaźnią gardzić nie należy. A odkąd malajski jego przyjaciel
osiadł niespodzianie z obcą kobietą w szałasie na lagunie, biały
spędził tu wiele nocy, podróżując wgórę i wdół rzeki. Lubił tego
człowieka, który umiał być wiernym doradcą i walczyć nieustraszenie
u boku białego przyjaciela. Lubił go - może nie do tego stopnia,
jak się lubi wiernego psa - jednak lubił go dostatecznie, aby
służyć mu pomocą o nic nie pytając, aby w nawale zajęć wspomnieć
niekiedy przelotnie i mglisto samotnego mężczyznę i długowłosą
kobietę o śmiałej twarzy i oczach jaśniejących triumfem - dwoje
ludzi, żyjących razem w leśnej kryjówce - samotnych i trwożnie
unikanych. Biały wyszedł z szałasu w chwili, gdy olbrzymia łuna zachodu
gasła, zdmuchnięta przez szybkie, skradające się cienie, które
wypełzły jak czarna, nieuchwytna mgła z pomiędzy szczytów drzew i
rozsnuły się po niebie, chłonąc szkarłatny żar obłoków i wspaniałą
purpurę uchodzącego dnia. Po chwili wszystkie gwiazdy zabłysły nad
głęboką czernią ziemi i wielka laguna zajaśniała nagle odbitemi
światełkami, niby owalny szmat gwiaździstego nieba, ciśnięty w
beznadziejną, przepastną noc dzikiej głuszy. Biały posilił się
zapasami, wyjętemi z koszyka, poczem zebrał kilka patyków leżących
na platformie i rozpalił małe ognisko - ale nie dla ciepła;
chodziło mu o dym, chroniący przed moskitami. Otulił się w koce i
siedział, wsparty o trzcinową ścianę domku, paląc w zamyśleniu
papierosa. Arsat wyszedł z chaty bez szelestu i przykucnął przy ogniu. Biały
poruszył zlekka wyciągniętemi nogami. - Oddycha - rzekł cicho Arsat, uprzedzając pytanie, którego się
spodziewał. - Oddycha i goreje wielkim ogniem. Nie mówi nic; nie
słyszy nic; i goreje! Urwał i zapytał po chwili spokojnym, obojętnym głosem: - Tuanie... czy ona umrze? Biały poruszył się niespokojnie i mruknął niepewnym tonem: - Jeśli tak chce jej przeznaczenie. - Nie, tuanie - odpowiedział spokojnie Arsat. - Jeśli tak chce
moje przeznaczenie. Słucham, patrzę, czekam. I wspominam... Tuanie,
czy pamiętasz dawne dni? Czy pamiętasz mego brata? - Tak - odrzekł biały. Malaj powstał nagle i wszedł do chaty.
Podróżny, siedząc nieruchomo na platformie, posłyszał jego głos.
Arsat mówił: - Usłysz mnie! Przemów! - Po tych słowach nastała
głucha cisza. - O Diamelen! - krzyknął nagle, poczem głębokie
westchnienie doszło do uszu białego. Arsat ukazał się we drzwiach i
przysiadł znów na dawnem miejscu.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI