Lady Pank. Biografia nieautoryzowana - Michał Grzesiek

Reflow text when sidebars are open.
Biografia tak wyjątkowego zespołu, jakim jest Lady Pank, nie mogłaby powstać tylko w wyniku pracy i zaangażowania jednej osoby, nawet jeśli jest nią jej autor. W tym miejscu pragnę złożyć gorące podziękowania wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że zyskała treść i formę, jakie - mam taką nadzieję - przypadną do gustu czytelnikom.
Pierwsze podziękowania należą się moim najbliższym - rodzicom, Natalii, Maćkowi, Ani oraz Oli, zapewne krytycznym, acz sprawiedliwym okiem spoglądającej z góry na poczynania swojego wujka. Dziękuję Wam za nieograniczone pokłady miłości i cierpliwości, jakich czasem wymaga moja skromna osoba.
Kłaniam się nisko moim wspaniałym rozmówcom, których barwne wspomnienia z czasów ich pracy z zespołem nadały sens mojej pracy, często stawiając ogólnie znane fakty z historii Lady Pank w zupełnie nowym świetle. Nasze liczne spotkania i rozmowy chyba już zawsze będą wywoływać uśmiech na mojej twarzy i poczucie dumy, że miałem okazję Was poznać. Przejdźmy zatem do konkretów.
Wszystko zaczęło się od spotkań z Wojciechem Kwapiszem, pierwszym, legendarnym menedżerem Lady, który był świadkiem jej początków, wydatnie przyczyniając się do wielkiego sukcesu grupy. Pan Wojtek nie tylko mocno zaangażował się w mój projekt, poświęcając mi mnóstwo czasu, ale także skierował do kolejnych ważnych w biografii grupy osób. Podobnie jak pozostali rozmówcy, okazał się przy tym wspaniałym człowiekiem, co potwierdzali wieloletni fani zespołu, mający z nim kontakt jeszcze w latach 80.
Znakomity fotograf Andrzej Tyszko z miejsca ujął mnie swoją osobowością i serdecznością, chętnie dzieląc się zarówno wspomnieniami, jak i zdjęciami dokumentującymi pracę z grupą, co stanowiło dla mnie źródło wyjątkowej satysfakcji, zwłaszcza na wspomnienie czasów dzieciństwa, kiedy niemal cały mój pokój wyklejony był plakatami ze zdjęciami jego autorstwa.
Grzegorz Kuczyński, opiekun kapeli w czasie próby podboju USA, chętnie udzielał mi błyskawicznych odpowiedzi na najbardziej dociekliwe i szczegółowe pytania, dotyczące pamiętnego amerykańskiego epizodu, precyzyjnie i wyczerpująco opisując jego kulisy, za co jestem mu bardzo zobowiązany.
Braciom Szczypiorskim - Andrzejowi i Marcinowi - pięknie dziękuję za masę ciekawostek dotyczących współpracy zespołu ze znakomitą Orkiestrą Symfoników Gdańskich, a Waldkowi "Egonowi" Duddkowi za umożliwienie rozmowy z nimi i materiały, które mocno podniosły dokumentalną wartość książki.
Jarkowi Szlagowskiemu, niezapomnianemu perkusiście "złotego składu", dziś - historia bywa przewrotna - wydawcy swych dawnych kolegów, wdzięczny jestem za poświęcony czas, który spędziliśmy na przemiłych wspomnieniach w siedzibie wytwórni Universal, tudzież wsparcie podczas pracy nad książką.
Paweł Mścisławski, za co kłaniam mu się szczególnie nisko, zainteresował się moim projektem do tego stopnia, że sam zaproponował mi współpracę, co zaowocowało wielogodzinnymi rozmowami telefonicznymi, których tematyka znacznie wykraczała poza ramy biografii rockowej legendy. Okazał się wybornym kompanem i, przynajmniej na razie, szczerze żałuję, że z racji dzielącej nas odległości nie możemy się spotkać osobiście, choć sam Paweł zaznaczył, że wszystko przed nami... Nie trzeba chyba dodawać, że Kapiszon, świetnie pamiętający tamte czasy, przekazał mi mnóstwo anegdot i historii, które nie tylko wywoływały u nas obu salwy śmiechu, ale też przekonały mnie do słuszności słów Jana Borysewicza, uważającego Pawła za najbardziej rockandrollowego basistę w historii polskiego rocka.
Pod tym względem do dziś nic się nie zmieniło.
Kulisy powrotu grupy w latach 90. przedstawił mi w równie rockandrollowy sposób Andrzej Łabędzki, fantastyczny gawędziarz i bardzo przyjaźnie nastawiony do świata partner w rozmowie, z którym wielogodzinne "sesje wspomnieniowe" w warszawskich pubach były olbrzymią przyjemnością.
Podziękowania należą się także aktualnym muzykom zespołu - Kielichowi, Kubie, Sitarowi i - oczywiście, Janowi Borysewiczowi i Januszowi Panasewiczowi, za to, że od trzydziestu lat nie szczędzą swoim wielbicielom wzruszeń i emocji, często serwując je z wyjątkową intensywnością. Liczę po cichu, że przyjmiecie moją książkę pozytywnie, pomimo niechęci, jaką dotychczas manifestowaliście w stosunku do podobnych inicjatyw.
Być może zabrzmi to jak truizm, ale cóż zrobić, gdy nie da się zaprzeczyć faktom - żaden zespół nie ma racji bytu bez fanów. Bez Waszej wydatnej pomocy - i piszę to z pełną odpowiedzialnością - niniejsza książka po prostu nie mogłaby powstać. Wasze oddanie dla zespołu jest dla mnie czymś niesamowitym, a entuzjazm, jaki towarzyszył mojej pracy nad biografią, okazał się prawdziwą bombą energetyczną, dopingującą mnie do wysiłku.
Z tego miejsca podziękowania należą się - za liczne wspomnienia i udostępnione, często bardzo cenne, materiały - Gabrysi, Hasanowi i Kasi, Ewie z Wałbrzycha, Ani z Lublina, Joshy, Pati, Mućce i Andrzejowi, Witkolowi, Młodemu, Davidosowi, Ewie-Aniołeczkowi, "kapiszonowej" Monice i Basi Olszewskiej.
Szczególne ukłony posyłam w kierunku Bgooda, niestrudzonego towarzysza rozmów, którego rozległa wiedza na temat zespołu pomogła mi lepiej przygotować się do spotkań, w których sam często aktywnie - i twórczo - uczestniczył. Busia i Darek, równie oddani sprawie, ujęli mnie swoją serdecznością, nie szczędząc wysiłków, bym jak najszybciej uzyskał potrzebne mi informacje i materiały.
Dzięki wam wszystkim czułem się podczas pisania jak - nawiązując do pewnego okołopankowego projektu - prawdziwe dziecko szczęścia.
Wydawnictwo Bukowy Las, które podjęło się publikacji książki (już drugiej w moim dorobku), również nie szczędziło wysiłków, aby stała się ona możliwie jak najlepsza. Ukłony przesyłam zatem prezesowi Januszowi Arsłanowowi, paniom Małgorzacie Wróblewskiej i Elżbiecie Kaczorowskiej, za profesjonalne podejście do swoich obowiązków, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest regułą.
Nie mogę także zapomnieć o wspaniałej pracy, jaką wykonała pani Daria Demidowicz-Domanasiewicz przy redakcji całości. Jej celne i fachowe uwagi, połączone z mrówczą pracowitością i komputerową precyzją wygładziły niejeden kant w napisanym przeze mnie tekście.
Na koniec słówko do szanownych czytelników. Mam za sobą wielokrotną lekturę niniejszej książki, dlatego uważam, że najwyższy czas, bym przekazał ją w Wasze ręce (co czynię z ogromną przyjemnością), a sam podładował baterie przed kolejnymi życiowymi wyzwaniami.
Mam nadzieję, że dzięki niej przekonacie się - już po raz kolejny - że rock and rolla nigdy nie za wiele.
Sam w pełni identyfikuję się z tymi słowami.
Któregoś dnia przyśniła mi się duża sala koncertowa, pełno ludzi słuchających muzyki i w tym wszystkim - ja na estradzie.
Dziecięce marzenia Jana Borysewicza, lapidarnie opisane w powyższych słowach, spełniły się z nawiązką w stopniu, jakiego chyba nawet on sam się nie spodziewał. Któż mógłby bowiem pomyśleć, że zakochany w muzyce Jimiego Hendrixa, Milesa Davisa czy grupy Breakout nastolatek okaże się w przyszłości wielką artystyczną indywidualnością, twórcą hitów i - co cieszy szczególnie - gitarzystą światowej klasy? Gdy do tego dodamy nieposkromiony temperament i nie mniejszą niż u Jima Morrisona skłonność do wywoływania skandali, otrzymujemy portret pełnokrwistego rockandrollowca, nieco narcystycznego, ale w swoim narcyzmie szczerego i autentycznego, będącego żywą legendą rodzimej sceny rockowej, o statusie tak oczywistym, że nic nie jest w stanie go podważyć. Nawet sam zainteresowany, choć ostatnimi laty czyni w tę stronę coraz śmielsze kroki, zbyt często balansując na krawędzi - nie bójmy się tych słów - życia i śmierci.
Jan Borysewicz - fundament i najważniejsza postać w ponadtrzydziestoletniej historii zespołu Lady Pank - posiada wszelkie cechy zarówno charyzmatycznego lidera rasowej rockowej kapeli, jak i wybitnego muzyka. Jego charakterystyczna gitara jest rozpoznawalna po kilku dźwiękach, co stanowi przywilej dany tylko nielicznym - i to w skali co najmniej międzynarodowej. To stawia go w jednym rzędzie obok Jimiego Hendrixa, Jimmy'ego Page'a czy Eddiego Van Halena, jego gitarowych mistrzów, do których często i chętnie się odwołuje. Miarą artystycznej dojrzałości Borysewicza jest też umiejętność okiełznania warsztatowej maestrii, świadomość, że gra zespołowa powinna być stawiana ponad wszelkie popisy indywidualne.
Jan wolny jest od grzechu wielu wybitnych instrumentalistów, którzy bombardują słuchacza milionami dźwięków, tuszując tym sposobem kompozytorską niemoc. Również pod tym względem natura obdarzyła go z niezwykłą hojnością. Rejestr przebojowych melodii, które wyszły spod jego palców, jest tak imponujący, że prawie niemożliwy do kompletnej prezentacji. Już pierwsza kompozycja mistrza, Nie wierz nigdy kobiecie, nagrana kilka lat przed powstaniem Lady Pank, zwiastowała wyjątkowy talent, umiejętnie, ale nie niewolniczo inspirujący się dokonaniami gwiazd z Zachodu, takich jak Dire Straits, The Rolling Stones czy The Police.
To głównie dzięki jego muzykalności i konsekwencji zespół wychodził cało z opresji, odradzając się nieustannie - i to w sytuacjach, gdy większość spisywała go na straty, odsądzając od czci i wiary. Niesławny wrocławski incydent z 1986 roku, rozpad podczas zarobkowego wyjazdu do USA 2 lata później, wreszcie niepewność co do sensu reaktywacji na początku lat 90. nie były muzykom Lady straszne głównie dzięki osobowości ich szefa, który niemal bezboleśnie wprowadzał grupę w kolejne nowe epoki. O roku 1985, kiedy cała Ameryka o mały włos nie padła na kolana przed jego talentem, będzie okazja szczegółowo wspomnieć później. Trzeba jednak pokazać pełny obraz twórcy - Borysewicz, główny autor sukcesów grupy, jest jednocześnie przyczyną jej największych kłopotów, wielkim artystą, lecz także nieprzewidywalnym, konfliktowym człowiekiem, do czego zresztą sam się bez oporów przyznaje.
To doktor Jekyll i pan Hyde polskiego rocka!
Borysewicz od początku hołdował tradycyjnej formule piosenki, unikając awangardowych zakrętasów, obcych jego muzycznej naturze. Niemal wszystkie numery Lady Pank łączy przebojowość, a także przejrzysta i zwarta struktura, pozbawiona nadmiaru dźwięków, skłaniająca się w stronę konkretu. Warto też podkreślić wszechstronność muzyka, który świetnie czuje się w klimatach akustycznej ballady (Zawsze tam, gdzie ty), agresywnego riffowania (Na na), w pełnych swingu rytmach ska (Mniej niż zero) czy przeniesionych na polski grunt dźwiękowych amerykanizmach (Tacy sami, Zostawcie Titanica), przekonująco kłaniając się nawet staremu dobremu bluesowi (Czy czujesz jak) i psychodelii (Freedom Time). Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia ze stylistycznym miszmaszem, ale twórczość Lady Pank, zamieszczoną na kilkunastu albumach, cechuje różnorodność połączona ze spójnością. Czynnik ten stanowi jedną z głównych przyczyn długowieczności grupy, która jeszcze w 1982 roku, przed znalezieniem odpowiedniego wokalisty, zdawała się tymczasowym projektem byłego muzyka Budki Suflera.
Skoro wspomniano o odpowiednim wokaliście... Na paradoks może zakrawać fakt, że pewien nieśmiały młodzieniec z Mazur znalazł się w zespole ku początkowemu sprzeciwowi jego założyciela. Janusz Panasewicz - bo o nim mowa - stał się pod tym względem wyborem najtrafniejszym z możliwych. Jego mocny, na przemian szorstki lub liryczny głos świetnie przekazuje emocje i ukryte konteksty zawarte w tekstach śpiewanych przez niego z nieprzyzwoicie wręcz dobrą dykcją. Panasewicz jako wielki fan Led Zeppelin i The Rolling Stones z pewnością podpatrzył to i owo w scenicznych manierach wokalistów tych grup. Dzięki temu stał się nie tylko wybornym śpiewakiem, lecz także rasowym frontmanem, gotowym rozgrzać każdą publiczność. Dawniej Panas znajdował się w cieniu Borysewicza, ale w ostatnich latach te proporcje się zmieniły i możemy śmiało powiedzieć, że obaj Panowie stanowią kapitalnie dobraną - i to wcale nie na zasadzie przeciwieństw - artystyczną parę. Na dodatek przebijającą stażem niejedno małżeństwo.
To dwie osobowości na miarę Micka Jaggera i Keitha Richardsa. I nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty przesady.
Nie mniej ważną postacią w biografii grupy stał się absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, autor jej najsłynniejszych tekstów, Andrzej Mogielnicki, którego rola znacząco wyszła poza zwykłe ramy tekściarza. W dużym stopniu to on określił artystyczną filozofię zespołu. Mając świadomość panującej w stanie wojennym szarzyzny, zaproponował ówczesnym nastolatkom idealne panaceum na cywilizacyjne bolączki początku lat 80. Ubrał młodych muzyków w pstrokate ciuchy, zafundował im agresywny makijaż i bogatą oprawę wizualną koncertów. Jego pełne ironii, silnie osadzone w PRL-owskich realiach teksty z upływem lat okazały się ponadczasowe. Spójrzmy choćby na Mniej niż zero - czy opisany w 1982 roku brak perspektyw dla młodego pokolenia wkraczającego w dorosłe życie nie jest dziś, ponad 20 lat po upadku komuny, jeszcze bardziej widoczny, bolesny, aktualny?
Duet liderów opierał się na solidnych, a jednocześnie pełnych polotu muzykach. Przez zespół przewinęło się mnóstwo znakomitych instrumentalistów, których rola nie ograniczała się do biernego akompaniamentu. Spójrzmy na pierwszy płytowy skład Panków. Pozornie nieśmiały Edmund Stasiak pod okiem Borysewicza stał się gitarzystą naprawdę dużej klasy, który jeszcze w czasach gry w Lady Pank wykazywał niemałe predyspozycje showmańskie. Basista Paweł Mścisławski, obiekt westchnień nastolatek, wniósł do grupy powiew młodości, łobuzerską bezpretensjonalność i typowo rockandrollowy luz, natomiast finezyjny bębniarz Jarosław Szlagowski wzbogacił brzmienie kapeli o niecodzienne rozwiązania rytmiczne, częściowo inspirowane dokonaniami The Police. Sam miał też niemały udział w tworzeniu wizerunku grupy znanego z wczesnych plakatów i okładek płyt. Efektem tej wybuchowej mieszanki była masowa histeria ze strony rzeszy fanów, reagujących na widok piątki młodych pistoletów w sposób, w jaki 20 lat wstecz odbierano pewien kwartet z Liverpoolu...
Następcy Szlagowskiego, Andrzej Dylewski i Wiesław Gola, znacznie przyczynili się do transformacji stylistyki zespołu w stronę amerykańskiego rocka, czemu pomogło też wprowadzenie do kompozycji instrumentów klawiszowych. Albumy z przełomu lat 80. i 90. - Tacy sami i Zawsze tam, gdzie ty - zawierały przy tym mnóstwo znakomitej muzyki, stanowiąc świadectwo twórczych i owocnych poszukiwań lidera. W 1994 roku po kilku personalnych roszadach zespół na dobre wrócił na scenę, świetnie odnajdując się w nowej rzeczywistości. W odmłodzonym składzie (gitarzysta Andrzej Łabędzki, który rozstał się z grupą w 2001 roku, sekcja Krzysztof Kieliszkiewicz-Kuba Jabłoński - wszyscy młodsi od liderów co najmniej o kilkanaście lat) regularnie wydaje kolejne płyty, ciesząc się wciąż wielką atencją ze strony fanów i krytyków. Świętując trzy dekady istnienia, nadal budzi emocje, ma liczne grono zaprzysięgłych fanów gotowych jeździć za nim po całej Polsce - i nie tylko. Jest przy tym często (kolejny znak czasów) bohaterem prasy plotkarskiej, głównie za sprawą nieokiełznanej natury Borysewicza, który zamiłowanie do wywoływania skandali ma zakodowane w genach niemal tak jak swój olśniewający muzyczny talent. I - co tu dużo mówić - w dobie tabloidyzacji życia publicznego jest idolem skutecznie podtrzymującym zainteresowanie kapelą, idolem, podkreślmy to raz jeszcze, pozbawionym jakiejkolwiek sztuczności.
Niniejsza książka, powstała bez zgody, a nawet wiedzy ludzi związanych obecnie z zespołem, z pewnością nie wyczerpuje tematu, jakim jest przebogata biografia jednej z największych legend w historii polskiego rocka, ale stara się przybliżyć fenomen grupy, która pod wodzą Jana Borysewicza święci triumfy niemal nieprzerwanie od czasu stanu wojennego.
Zapraszam do lektury w pełni świadomy ograniczeń, jakie niesie ze sobą to opracowanie. Udajmy się w podróż wehikułem czasu, rozpoczynając ją we wrocławskiej dzielnicy Sępolno, gdzie pewien mały chłopiec z wypiekami na twarzy wsłuchuje się w jazgotliwe dźwięki gitary Jimiego Hendrixa...
Gdy 17 kwietnia 1955 roku we Wrocławiu na świat przychodził Jan Borysewicz, kończył się w Polsce czas błędów i wypaczeń. Muzyka rockandrollowa była zjawiskiem masowo krytykowanym także w ojczyźnie wolności - Stanach Zjednoczonych - nie wspominając o obozie komunistycznym, gdzie nawet zespoły jazzowe traktowano na takich samych zasadach jak wichrzycieli, gotowych atakować ustrój idealny - socjalizm. Karą za wywrotową działalność bywało zazwyczaj więzienie lub, w najlepszym wypadku, wilczy bilet na dalszą artystyczną działalność. Przekonali się o tym muzycy pierwszej polskiej kapeli rockowej, Rhythm And Blues, których mentor, Franciszek Walicki, otrzymał w 1959 roku od późniejszego I sekretarza PZPR Edwarda Gierka informację, że na mocy rozporządzenia administracyjnego jego zespół właśnie zakończył działalność.
Młody Borysewicz grzecznie ukończył jedną z wrocławskich podstawówek, pod koniec której zapałał miłością do muzyki. Czasy nie były już tak restrykcyjne, końcówka lat 60. przyniosła zauważalne rozluźnienie gorsetu obyczajowego. Popularność Czerwonych Gitar, wywołujących histeryczne reakcje młodzieży, była przez władze traktowana raczej jako wentyl bezpieczeństwa niż prowokacja przeciw legalnie wybranym włodarzom. W wypadku nastoletniego Borysewicza u podstaw zainteresowania sztuką leżały jednak inne czynniki, niemające wiele wspólnego z polityczną kontestacją. Nic tak bowiem nie kształtuje osobowości młodego człowieka jak jego najbliższe otoczenie. Przyszły lider Lady Pank w młodości uległ pokusom życia na podwórku, niebezpiecznie blisko ocierając się o margines społeczny: "Myśmy się wtedy bili dzielnicami. W jednej bójce waliło się do trzystu osób. Byłem z Sępolna, czyli z dzielnicy, gdzie chłopaki nie pękają. Kiedyś podczas bójki przy moście Grunwaldzkim zabrakło policjantów do opanowania sytuacji i przysłano wojsko. Niedawno [...] pytano mnie, skąd bierze się ta agresja. Moim zdaniem wszystko wynika z układów rodzinnych. Wiem to po sobie. Miałem bardzo ciężką sytuację w domu i gdyby nie muzyka, nie wiem jak bym skończył".
Sytuacja w domu Borysewicza rzeczywiście nie należała do najweselszych. Ojciec, skądinąd mający za sobą muzyczną przeszłość (grał na perkusji w zespole jazzowym), zajmował w swoim czasie wysokie dyrektorskie stanowisko, co wiązało się z częstymi wyjazdami w delegację. Jego nieobecność musiała odbić się na psychice syna, tym bardziej że chłopak zostawał w domu z leżącą, chorą na stwardnienie rozsiane matką. W tym wypadku świat dźwięków stanowił odskocznię od trosk dnia codziennego: "Zdarzały się momenty, że nie mogłem wytrzymać w domu, moja mama była sparaliżowana - była w domu, ale w sumie tak, jakby jej nie było. [...] Gdy ojciec wyjeżdżał, wstawałem o czwartej rano, trzeba było mamę wziąć na ręce, zanieść do łazienki, wykąpać i przynieść ją z powrotem. Jak na 13-, 14-letniego chłopaka było to jednak jakieś napięcie".
Z ratunkiem pospieszyła muzyka, a ściślej mówiąc starszy brat Jana, któremu w pewnym momencie ojciec sprawił w prezencie gitarę. Ale to nie gitara była pierwszą miłością Janka, lecz perkusja, w którą zapatrzony był podczas wszystkich szkolnych akademii. Jako 14-latek wziął nawet udział w perkusyjnych warsztatach w Chodzieży, prowadzonych przez Janusza Stefańskiego, którego grę można podziwiać na albumach takich tuzów, jak Zbigniew Seifert, Tomasz Stańko, Marek Grechuta, Czesław Niemen czy Tadeusz Woźniak.
Początkiem przełomu było wspólne popołudnie, podczas którego brat pokazał Jankowi akordy do Domu wschodzącego słońca, ale rolę katalizatora odegrał Jimi Hendrix i jego adaptacja kowbojskiej pieśni Hey Joe. Samodzielna nauka gry wymagała w tamtych czasach naprawdę ogromnego samozaparcia: "[...] miałem taką gitarę, która miała struny jakieś 10 centymetrów nad progiem. Palce mi krwawiły i tak bolały, że budziłem się w nocy. Jedynym ukojeniem było wziąć gitarę do łóżka i przyciskać struny z całej siły - tak zasypiałem...". Ojciec początkowo z rezerwą podchodził do pasji syna, ale docenił jego zaangażowanie, widząc, jak bez jakiegokolwiek przymusu spędza z instrumentem wiele godzin dziennie. Zarządził wówczas w rodzinie zbiórkę pieniędzy. Pierwszy wzmacniacz wyprodukował Borysewiczowi Adam Laboga, który z czasem stał się bliskim przyjacielem muzyka i prawdziwą instytucją na rynku sprzętu muzycznego. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko porządnej kolumny głośnikowej - i tu właśnie zadziałała rodzina. Wkrótce Janek mógł spróbować sił jako gitarzysta na forum publicznym. Pierwsze występy dawał na korytarzu szkoły muzycznej, do której zdecydował się pójść po zakończeniu podstawówki: "Po roku okazało się, że nauczyciel, który chciał mnie uczyć grać na gitarze, nie potrafił. Rzucał w ludzi kredą, gąbką namoczoną w wodzie. Wściekał się. Mówił, że nic nie umiem. Potem kończyła się lekcja i na korytarzu cała szkoła słuchała, jak gram. Więc po co miałem chodzić do tej szkoły? Potem chodziłem do wieczorówki. Najbardziej lubiłem polski i chemię. Polski dlatego, że bardzo fajne rzeczy czytałem w tym czasie... [...] A chemię lubiłem dlatego, że uczyła mnie niezwykle piękna kobieta". Na tym skończyła się edukacja nastoletniego Borysewicza.
Największą tragedię przeżył jako nastolatek, kiedy jego starszy brat popełnił samobójstwo pod wpływem zawodu miłosnego. Miał zaledwie 21 lat. Do tego doszła ciężka sytuacja w domu, która zmusiła Janka do szybkiego podjęcia pracy: "Mając 16 lat, musiałem już zarabiać. W takiej sytuacji rodzą się marzenia, choć nie myślałem wtedy o mercedesach. Pracowałem jako malarz pokojowy, a składałem na lekarstwa dla mojej sparaliżowanej mamy. Zarobiłem 30 tysięcy złotych. Za 2 tysiące kupiłem gitarę niejakich braci Dżingsów, a resztę dałem na lekarstwa dla mojej mamy". Janek rekompensował sobie trudną sytuację nie tylko muzyką. Pewnego dnia w domu państwa Borysewiczów pojawiły się banany - podówczas towar bardzo luksusowy: "Zbojkotowałem obiad, bo moją świadomość trawiła żądza egzotycznych owoców. Ojciec strasznie mnie wtedy opieprzył. Pamiętam, jak popłakałem się, potem zacisnąłem zęby i za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem dwa kilo bananów, które następnie zjadłem sam".
Do grona idoli nastolatka dołączyli wówczas Miles Davis, Led Zeppelin i Breakout. Oglądając w telewizji występ tych ostatnich, Borysewicz przysiągł ojcu, że kiedyś stanie na jednej scenie obok Tadeusza Nalepy. Dziś można sobie tylko wyobrazić ironiczny uśmieszek na twarzy ojca, gdy jego syn zacisnął pięści, obiecując sobie i wszystkim, że w przyszłości pokaże, na co go stać: "Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy zobaczyłem i usłyszałem po raz pierwszy, jeszcze w czarno-białej telewizji, Gdybyś kochał mnie choć trochę, hej!. Pamiętam, że byłem odciągany za włosy od telewizora, żebym nie oglądał teledysku". Zresztą już jako dobrze zapowiadający się artysta Borysewicz miał okazję poznać mistrza osobiście: "Kiedy Tadeusz Nalepa przyjechał do Wrocławia, [...] zostałem mu przedstawiony jako młody, zdolny gitarzysta. Przyjął mnie bardzo sympatycznie w garderobie, którą miał w autobusie. Dał mi pograć na gitarze przed koncertem". Już wtedy młodziutki adept gitary musiał wywrzeć na sławnym bluesmanie duże wrażenie.
Po kilku latach mozolnych ćwiczeń i doskonalenia warsztatu Jan Borysewicz uznał, że najwyższy czas zacząć grać w jakimś zespole. Jednym z jego ówczesnych idoli był Aleksander Mrożek, gitarzysta popularnej wrocławskiej kapeli Nurt, którą Janek wielokrotnie miał okazję widzieć na żywo. Jako 17-latek otrzymał propozycję gry w tym zespole, zarekomendowany przez wokalistę Jacka Barana, którego zachwyciła gra młodzieńca na scenie domu kultury na Sępolnie.
W Nurcie Borysewicz spędził zaledwie kilka miesięcy, nie załapując się już na sesję nagraniową debiutanckiego longplaya zespołu, której honorowym gościem był Tomasz Stańko, a śpiewał Roman Runowicz. Ten ostatni pojawi się jeszcze na artystycznej drodze Borysewicza. Warto dodać, że w Nurcie muzyczne ostrogi zdobywać będą tacy muzycy, jak Piotr Iskrowicz, w przyszłości gitarzysta zespołu Bank, czy też najbardziej znany dziś ze współpracy z Budką Suflera Mieczysław Jurecki. W tym okresie istotny wpływ na muzyczny rozwój naszego bohatera miał kolejny wrocławski muzyk, pianista Jerzy Kaczmarek. Borysewicz do dziś nie kryje wręcz uwielbienia dla jego osoby: "Znakomity pianista i piękny nauczyciel, po prostu. Uczył mnie takich podstawowych spraw, dzięki czemu nie mam w tej chwili problemów - techniki, harmonii, ułożenia ręki, grania lewą ręką, prawą ręką, a był tylko pianistą". Warto nadmienić, że w przyszłości Kaczmarek będzie także uczestniczyć w nagraniach najsłynniejszego zespołu Borysewicza.
Po krótkim epizodzie w grupie Super Pakt (u boku m.in. Jacka Krzaklewskiego - późniejszego gitarzysty Bandy i Wandy oraz Perfectu) Borysewicz otrzymał od Romana Runowicza propozycję gry w tworzącej się właśnie kapeli Romuald i Roman, wkrótce przemianowanej na Katia und Roman, z którą odbył pierwszą zagraniczną podróż artystyczną. Wyjazd do naszych zachodnich sąsiadów - NRD był dla niespełna 20-latka dużym przeżyciem, w dodatku bardzo się opłacił: "Zarabialiśmy straszną kasę. Cztery i pół tysiąca marek wschodnich miesięcznie plus wynajęte supermieszkanie i skrzynie szampanów. Żyliśmy jak królowie". Obok pierwszych poważnych pieniędzy pojawiły się także wyrazy uznania ze strony pewnego międzynarodowego autorytetu. Borysewicz: "Na którymś z telewizyjnych koncertów występował pianista Alexisa Kornera, przyszedł do garderoby i zapytał Romka, czy mógłby mnie wynająć na dziesięć koncertów - pięć w Londynie i pięć w RFN!". Tak, tak, chodziło dokładnie o tego samego Alexisa Kornera, słynnego "ojca brytyjskiego bluesa", który przed laty odkrył grupkę rhythm'n'bluesowych zapaleńców nazywających się The Rolling Stones. Niestety, na przeszkodzie stanął brak pewności siebie: "Szczerze mówiąc, trochę pękłem - miałem 17 lat i nie uważałem, że jestem na tyle dobry, by grać z kimś takim. Trochę mnie zjadła trema i nie pojechałem".
Tak czy inaczej, historia ta stanowiła jeden z pierwszych dowodów na to, że skala talentu Borysewicza już wówczas zdecydowanie wykraczała poza rodzime opłotki.
Pomijając epizod z Kornerem, w historii polskiego rocka zespół Runowicza zapisał się jako bodaj pierwszy wykonawca stosujący na koncertach świece dymne, przez co dorobił się etykietki... pioniera rocka psychodelicznego w PRL.
Ostatnim etapem terminowania okazał się eksperymentujący projekt Ireneusza Dudka, Apokalipsa. Jego jazzrockowe szaleństwa bardzo przypadły do gustu Borysewiczowi, kojarząc mu się z dokonaniami tria SBB, którego w tym czasie był zagorzałym fanem, dołączając Apostolisa "Lakisa" Anthimosa do grona swych gitarowych guru: "Jeździłem za SBB na wszystkie koncerty. Stałem pod sceną i dostawałem pierdolca. Uważam SBB za najlepsze trio na świecie. [...] Lakis jest gitarzystą, jakich teraz nie ma. Nikt nie gra tak jak on. Miał kilka charakterystycznych zagrywek, które tylko on potrafił zagrać".
Przybycie do grupy śląskich muzyków młodego gitarzysty skierowało jej muzykę w stronę rocka, a 2-letnia współpraca zaowocowała wieloma koncertami u boku liczących się gwiazd, jak choćby Budka Suflera czy nawet sam Rory Gallagher (katowicki Spodek, 1976 rok). Muzycy zespołu Romualda Lipki często przyglądali się gitarowym popisom Borysewicza, co w niedalekiej przyszłości miało przynieść konkretne efekty. Na razie jednak Janek zrezygnował ze współpracy z Dudkiem: "Nie miało dla mnie znaczenia, kto jest liderem, chciałem się czegoś uczyć, cały czas... Tam była świetna sekcja (Krystian Wilczek, Marek Surzyn), z którą mi się znakomicie grało. Doszedł Rafał Rękosiewicz na hammondzie i... uważam, że to się trochę zepsuło przez Dudka, dlatego że on, oprócz muzyki, zajmował się całkiem innymi sprawami... Odszedłem, po prostu, już nie mogłem tam nerwowo wytrzymać... Śląsk w ogóle jest takim dziwnym terenem, tam jest taka dziwna atmosfera. Po prostu trzeba być ze Śląska, żeby tam grać z tymi ludźmi". Na domiar złego przez 2 lata wspólnego grania "domem" Borysewicza była... piwnica w jednej z kamienic w Chorzowie.
Tymczasem około 1977 roku w Budce Suflera szykowały się poważne zmiany personalne. Po odejściu Krzysztofa Cugowskiego Romuald Lipko rozglądał się za nowym wokalistą, a także kompetentnym gitarzystą. Wtedy też przypomniał sobie o pewnym obiecującym 22-latku...
Borysewicz, zmęczony grą w Apokalipsie, przyjął zaproszenie natychmiast, wsiadając do pociągu do Lublina, gdzie czekali już na niego w studiu muzycy Budki. Praca w znanym zespole wiązała się z lepszymi zarobkami, co nie było bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że Borysewicz od niedawna był głową rodziny, przygotowując się przy tym do roli ojca. Pierwsze spotkanie z Romualdem Lipką i jego kolegami było dla niego prawdziwą próbą nerwów: "Jadąc do Lublina, byłem przekonany, że będę grał na drugiej gitarze. Gdy się dowiedziałem, że dotychczasowy gitarzysta Andrzej Ziółkowski przechodzi na bas, ugięły się pode mną nogi. To była już wtedy grupa z klasą i nie wiedziałem, czy sobie poradzę, ponieważ Romek Lipko komponuje numery, w których rola gitary jest bardzo istotna. Pamiętam, że przez tydzień nie spałem". Umiejętności gitarzysty zrobiły jednak na Lipce spore wrażenie, bo od razu zaproponował mu angaż. Pewnym odciążeniem dla Borysewicza był fakt, że Budka Suflera zmieniała także wokalistę, którym - po Krzysztofie Cugowskim - został niemal równie ekspresyjny Stanisław Wenglorz. To z nim w składzie Borysewicz dokonał pierwszych nagrań z grupą.
Jakie owoce przyniosła współpraca z bandem Lipki? Zarejestrowano cztery kompozycje. Ślady na piasku to niemal w całości utwór instrumentalny, z Jankiem w pierwszoplanowej roli, bawiącym się gitarowymi dwugłosami przy funkowym akompaniamencie sekcji i smyczkach przywodzących na myśl dokonania Electric Light Orchestra.
Kula nocnego światła to już bardziej tradycyjna piosenka dryfująca w stronę muzyki pop, z umiejętnie naśladującym Czesława Niemena Wenglorzem i wyciągniętym na pierwszy plan fortepianem. Warto zauważyć, że nowy gitarzysta prawie kompletnie zrezygnował z gry akordami na rzecz pojedynczych, inteligentnie zaaranżowanych dźwięków.
Rozmowa - trzeci z czterech utworów zarejestrowanych w czasie sesji - za sprawą wokalisty, licznych gitarowych nakładek i pełnych przepychu orkiestracji przypomina wczesne nagrania Uriah Heep i późne... Skaldów (z okresu albumów Szanujmy wspomnienia i Rezerwat miłości), natomiast Życiowy numer to mariaż rockowej ekspresji z orkiestrowym rozmachem (chórki, smyczki), w którym po raz kolejny Lipko po dżentelmeńsku pozwala nowemu podopiecznemu na liczne gitarowe harce.
Po udanym debiucie studyjnym (choć na publikację tych nagrań fani czekali całe dekady) pojawiły się przeszkody mogące zagrozić dalszej egzystencji Budki - muzyka rockowa gwałtownie traciła w Polsce na popularności na rzecz disco, co boleśnie odbiło się na finansach grupy. W tym czasie pozycja Borysewicza w gitarowej hierarchii rosła jednak coraz szybciej, czego efektem było zaproszenie od Tadeusza Nalepy na wspólne występy z Breakoutem w ZSRR. Lipko, widząc, jak Nalepa pali się do współpracy z jego gitarzystą, zastrzegł, by lider Breakoutu zwrócił mu Janka najpóźniej po miesiącu. Wspólne koncerty z legendą polskiego blues rocka były dla Borysewicza niezwykłym doświadczeniem: "Rzeczywiście było wspaniale. Oglądało nas kilkanaście tysięcy fanów. [...] czułem się wtedy jak król rock and rolla, bo podczas każdego koncertu przychodził moment, kiedy Tadeusz zostawiał mnie na scenie solo. Mogłem się wtedy wygrać i wybiegać do woli. Przyjemnie było patrzeć, jak marynary szły w górę. Po powrocie do Polski na kilka tygodni zamieszkałem w domu Tadka, w Józefowie pod Warszawą. Trochę graliśmy, trochę balangowaliśmy. Spędziłem z nim niezapomniane dni, które dały mi wiele jako muzykowi i przyszłemu liderowi Lady Pank".
Podczas wspólnej trasy z ojcem polskiego bluesa muzyk postanowił sprzedać swoją używaną od kilku lat gitarę - Gibsona Les Paula - by po powrocie kupić od Dariusza Kozakiewicza, byłego gitarzysty Breakoutu i grupy Test (a w przyszłości Perfectu), Fendera Stratocastera, który stanie się jego scenicznym towarzyszem na wiele lat. Być może wtedy w głowie Janka zakiełkował pomysł, by jego rola w zespole nie ograniczała się do odgrywania cudzych kompozycji: "W Budce nie miałem ambicji kompozytorskich. Kiedyś jednak Mira Kubasińska powiedziała mi, że skoro Nalepa może komponować, to każdy może". Przemyślenie tych słów zajęło muzykowi trochę czasu, ale cierpliwość miała po stokroć się opłacić.
Gdy gitarzysta wrócił z zagranicznych wojaży, zastał w swoim zespole istotną zmianę - za mikrofonem Budki stał już Romuald Czystaw, wokalista o znacznie łagodniejszym obliczu niż jego poprzednicy.
Na powitanie nowego frontmana zespół zarejestrował kilka przeróbek rockowych klasyków. Baker Street Gerry'ego Rafferty'ego charakteryzuje głównie rezygnacja z pięknej partii saksofonu, która rozsławiła utwór na cały świat. Słynną melodię gra tu właśnie Borysewicz, który, nawiasem mówiąc, wypada niezbyt olśniewająco, dopiero w partii solowej pokazując odrobinę lwiego pazura. Roll Over Beethoven Chucka Berry'ego stracił niemal kompletnie żywiołowy klimat oryginału na rzecz rozkołysanego swingu. W pewnym momencie Janek przejmuje inicjatywę, grając solo mocno osadzone w stylistyce klasycznego rock and rolla. I Want You (She's So Heavy) zagrane zostało nieco szybciej niż beatlesowski oryginał. Borysewicz brzmi niczym rasowy hardrockowiec (w solówce kłania się Eric Clapton), a Czystaw ze swoim wokalem momentami przypomina... Ozzy'ego Osbourne'a. The Way It Is grupy Chicken Shack otwiera zwięzłe solo, w którym po raz drugi pojawia się wyraźny wpływ Claptona - już chyba nigdy później Borysewicz nie zagra tak bluesowo. W przeróbce Give A Little Bit Supertramp gitarzysta pozwala sobie już na pewne zabawy z brzmieniem, stosując we wstępie efekt phasera, powodujący wrażenie "pływającego" dźwięku.
Jakie wnioski można wysnuć, słuchając po latach tych nagrań? Z pewnością mamy do czynienia z gitarowym talentem pierwszej wody, choć zdradzającym jeszcze pewne braki warsztatowe i zbyt mocno wzorującym się na innych. Pamiętać jednak należy, że w tym czasie Borysewicz miał 23 lata i jego muzyczny styl dopiero się kształtował. Sam pierwsze wspólne sesje ocenia dziś bardzo pozytywnie, przyznając, że właśnie wtedy zaczął dynamicznie rozwijać się jako instrumentalista: "Miałem niesamowicie dobre warunki do kształcenia się... Mieszkałem wtedy w Lublinie, zostawałem na noc w tamtejszym studiu [...] Wchodziłem tam, kiedy chciałem, i nagrywałem różne wersje solówek, ćwiczyłem... To był dla mnie taki świetny okres pracy studyjnej, bardzo dużo to mi dało".
Jednak najpoważniejsze zmiany w artystycznym rozwoju Janka wniósł wyjazd z Budką Suflera do RFN. Mając świadomość, że koncertów zespołu będą słuchać przede wszystkim nieobeznani z autorskim repertuarem Lipki Niemcy, postanowiono wprowadzić, ku uciesze młodego gitarzysty, pewne modyfikacje. Borysewicz: "[...] graliśmy tylko kilka utworów Budki i zrobiliśmy taki Hendriksowski program: Angel, Red House, All Along The Watchtower... Romek Czystaw śpiewał, a ja starałem się grać wiernie takie podstawowe rzeczy. A jak dochodziłem do improwizacji, to włączałem "kaczkę" [gitarowy efekt cry-baby spopularyzowany przez Jimiego Hendrixa, wykorzystany np. we wstępie do utworu Voodoo Child (Slight Return) - przyp. aut.], zamykałem oczy i "po lewych", jak to się mówi...".
Przełom w muzycznym życiu gitarzysty nastąpił jednak z zupełnie innego powodu. Któregoś wieczoru zasiadł przed telewizorem i ujrzał na ekranie nieznane mu wcześniej żywiołowe trio - The Police. Wysoki wokal Stinga, nowatorskie aranże gitarowe Andy'ego Summersa i pokręcone partie perkusji Stewarta Copelanda okazały się prawdziwą supernową na rynku muzycznym, niosącą ze sobą masę mniej lub bardziej kompetentnych naśladowców. Inspiracją dla muzyka była wtedy także grupa Dire Straits, głównie ze względu na gitarową wirtuozerię Marka Knopflera, bardziej tradycyjnego niż Summers, ale też sprawniejszego warsztatowo: "Było coś świeżego w tym graniu Knopflera, samymi palcami i czystą barwą, na Stratocasterze. Grał melodyjnie i grał tak, że było to dla mnie coś zupełnie nowego. [...] W Sultans Of Swing Knopfler zagrał długie solo, co w tamtych czasach było raczej nietypowe. I całe to solo dawało się przełknąć, bo było fantastycznie ułożone, rosło z każdą frazą". Na efekt fascynacji Knopflerem nie trzeba będzie długo czekać - Borysewicz da jej upust na samym starcie swojej kompozytorskiej kariery.
Pierwszą płytą długogrającą Budki z udziałem gitarzysty był wydany w 1980 roku longplay Na brzegu światła, część tak zwanego Tryptyku Olimpijskiego - projektu poświęconego mającym się wkrótce odbyć igrzyskom olimpijskim w Moskwie. Obok grupy Lipki w projekcie wzięli udział Skaldowie (Droga ludzi) i Breakout (Żagiel ziemi). Muzykom narzucono dziwaczny system pracy - wszystkie zespoły otrzymały najpierw gotowe teksty autorstwa niejakiego Piotra Trojki. Pod tym pseudonimem kryli się Bogdan Loebl - na płytach Budki i Breakoutu, i Stanisław Cejrowski (pomysłodawca całego projektu), piszący dla Skaldów. Ten ostatni odegra zresztą niepoślednią rolę przy narodzinach Lady Pank... Projekt, aczkolwiek niezbyt udany artystycznie, przyniósł kilka ciekawych fragmentów, jak choćby melodyjne partie gitar w Na czas igrzysk, w których Borysewicz po raz kolejny popisuje się soczystymi solówkami zarejestrowanymi w wielogłosach.
W tym okresie do grona współpracowników Romualda Lipki dołączył Andrzej Mogielnicki, błyskotliwy autor tekstów, z wykształcenia prawnik, mający już za sobą pewne sukcesy w muzycznym światku. Tworzył najczęściej dla wykonawców popowych, jak Dwa Plus Jeden, choć nie unikał tematów kontrowersyjnych, jak choćby w piosence Perfectu Co się stało z Magdą K., traktującej o zbiorowym gwałcie. Jeszcze większego zamieszania miała narobić wkrótce współpraca z Izabelą Trojanowską, której przebój Wszystko, czego dziś chcę łamał kolejne tabu. Sam Mogiel uważał utwór za jedno z najbardziej obrazoburczych dzieł, jakie stworzył: "Iza śpiewa przecież do faceta, że może jej dać tylko małego fiata i mieszkanie w bloku za 30 lat, więc niech jej lepiej da jeden dobry orgazm, bo nic lepszego nie jest w stanie dać". Tak na marginesie - w utworze słychać gitarę Borysewicza, którego pełne orientalizmów zagrywki robią nie mniejsze wrażenie niż zmysłowa i drapieżna interpretacja Trojanowskiej.
Droga do Budki wiodła przez Zbigniewa Hołdysa, tworzącego właśnie kolejną gwiazdę epoki - zespół Perfect, w którym śpiewały dwie dziewczyny - Basia Trzetrzelewska i Ewa Konarzewska: "Potrzebowali jakiegoś nagranego materiału, żeby go puścić menedżerowi trasy po Stanach. Przez Jurka Janiszewskiego, radiowca z Lublina, Zbyszek załatwił tamtejsze studio. W dwa rozklekotane samochody pojechaliśmy do Lublina. Ponieważ nie było jeszcze wtedy Bajmu, to Budka, jako jedyna grupa rockowa w mieście, ciągle okupowała lokalne radio. Poznaliśmy się, do domu nas zabrali, wypiliśmy. Zaczęły się gadki, plotki kto, gdzie, z kim. Muzycy mogą tak bez końca. Po trzech butelkach Lipko mówi do mnie: "A może byś coś dla nas napisał?". "No, nie wiem, się zobaczy". Potem kontakt urwał się na pół roku".
Wpływ Mogielnickiego na twórczość Budki Suflera był niebagatelny - to on zaczął namawiać muzyków, by zamiast rozbudowanych symfonicznych suit zaproponowali fanom zwięzłe piosenkowe formy. Wkrótce okazało się, że świetnie rozumie się także z Borysewiczem, który sprytnie wykorzystał wolny czas w studiu, gdy grupa nagrywała album Ona przyszła prosto z chmur. Siedząc w kuchni swego mieszkania, stworzył pierwsze autorskie dzieło - wielowątkową kompozycję, którą wkrótce zaprezentował reszcie zespołu i Mogielnickiemu: "Romek Lipko popełnił wtedy jeden z większych błędów życiowych - robiliśmy płytę, zostało nam trochę wolnego czasu w studiu, więc dał Jankowi nagrać dwie piosenki. Druga była w stylu Dire Straits, Janek był zafascynowany takim gitarowym graniem, a grał już świetnie. Lipko powiedział, że kompozycja jest "amatorska", tak się nie zgadzała z jego poczuciem harmonii. Bo była dziwna. Janek, jak to świeży kompozytor, zrobił w niej z dziesięć części, chciał pokazać, że wszystko umie. A ja musiałem się w tym zmieścić z tekstem. Zrozumiałem, że muszę napisać historyjkę, która to połączy. O spotkaniu z seryjnym mordercą kobiet. Równie dobrze mógłbym napisać o tym opowiadanie. Facet idzie z pracy. Spotyka gościa, który prosi go o ogień i mówi: "Nie wierz nigdy kobiecie". Potem w telewizji jest obwieszczenie, że ten gość jest poszukiwany. To tekst trochę jak komiks. Z mrocznym klimatem". Kompozycja z miejsca stała się jednym z największych przebojów w historii zespołu.
Co wyróżniało piosenkę Nie wierz nigdy kobiecie na tle repertuaru Budki? Przede wszystkim wyraziste gitarowe brzmienie i zepchnięcie na drugi plan klawiszy Lipki. Utwór otwierała łagodna, "landrynkowa" gitara, później przychodził czas na stonesowski riff (choć podany bez dźwiękowego brudu, z jakiego słynie Keith Richards), płynnie przechodzący w spokojniejszą zwrotkę i mocniejsze refreny, by osiągnąć kulminację podczas solówki inspirowanej Sułtanami swingu. Sama kompozycja miała jednak oryginalną strukturę, a brzmienie gitary świadczyło o tym, że Borysewicz po kilku latach żmudnych poszukiwań wreszcie odnalazł swój odrębny styl muzyczny. Sukces piosenki dał mu do myślenia, tak że coraz częściej zastanawiał się nad stworzeniem własnego muzycznego projektu.
Tak naprawdę wraz z Nie wierz nigdy kobiecie narodziło się "brzmienie Lady Pank". Choć nikt wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy. Nawet sam Borysewicz.
Druga z piosenek, o których wspominał Mogiel, Nie ma końca tej podróży, słusznie znajduje się w cieniu Nie wierz... Stanowi przy tym wyraźny ukłon w stronę The Rolling Stones, przede wszystkim za sprawą gitarowych riffów.
Trzeci utwór spółki Borysewicz-Mogielnicki, powstały później Bez satysfakcji, nawiązywał tytułem do stonesowskiego Satisfaction i zarejestrowany został w dwóch wersjach wokalnych - z Czystawem i Borysewiczem. Gitarzysta nagrał swój wokal już po rozstaniu z Budką, gdy niejako w spadku otrzymał taśmę z podkładem do piosenki. I - pomimo słabego głosu - przekonująco zaśpiewał błyskotliwy tekst o młodzieńcu marzącym o karierze rockmana, który jednak z czasem godzi się z szarą rzeczywistością i ląduje na etacie za biurkiem. Od muzycznej strony to kolejne potwierdzenie kompozytorskiego potencjału Janka, który z elementów zapożyczonych od Stonesów, Dire Straits i The Police stworzył klarowną, spójną i - o dziwo - oryginalną całość.
Repertuar dwóch albumów Budki z Borysewiczem (Na brzegu światła muzycy nigdy nie uznali za oficjalną pozycję swojej dyskografii) różni się diametralnie. Ona przyszła prosto z chmur oparty jest w dużej mierze na brzmieniach symfonicznych. Zamykająca całość 10-minutowa kompozycja Planeta smoka umiejscowiona na tym samym krążku co zwarty hardrockowy numer Słońca jakby mniej (dedykowany Annie Jantar, z którą zespół miał okazję współpracować) świadczą o tym, że Budka stanęła w stylistycznym rozkroku, nie bardzo wiedząc, jaką artystyczną drogę obrać. Wydany krótko po odejściu Borysewicza album Za ostatni grosz stanowił już wyraźny zwrot w stronę zgrabnych piosenek, z których największe wrażenie robiła tytułowa, wsparta znakomitym solo byłego już gitarzysty zespołu, który ostatnie koncerty z grupą dał latem 1981 roku.
Po nagraniu albumów Ona przyszła prosto z chmur i Za ostatni grosz Borysewicz, obrażony na resztę grupy, która pomijała na płytach jego utwory, podjął decyzję o opuszczeniu Budki Suflera. Razem z nim odszedł Mogielnicki. Obu zaświtała idea stworzenia zupełnie nowego zespołu, na którego punkcie wkrótce oszaleje cała Polska. Mogiel wspominał po latach, że rozstanie odbyło się w niezbyt miłej atmosferze: "To był dla mnie naturalny następny krok: stworzyć coś od zera. Janka wyrzucili z Budki, między innymi przeze mnie, bo powiedział o naszych planach. Na rogatkach Lublina wisiało obwieszczenie: "Poszukiwany Mogiel, żywy lub martwy". Oni już tacy są, kochają albo nienawidzą". Inaczej sprawę widział gitarzysta, utrzymując w prasie bardziej oficjalny ton i podkreślając, że z Budką pozostaje w jak najlepszych stosunkach.
Marzenia o wspólnym projekcie nabrały realnych kształtów, gdy Borysewicz znalazł się w zespole akompaniującym Izabeli Trojanowskiej podczas sesji nagraniowych albumu Układy, na której błysnął nie tylko jako gitarzysta, ale także kompozytor (Obejdzie się bez łez, stworzone oczywiście do spółki z Mogielnickim). Ekipa zameldowała się w krakowskim studiu Teatru STU, które w historii Lady Pank odegra rolę niebagatelną. Wśród instrumentalistów znaleźli się między innymi perkusista Andrzej Dylewski i basista Wojciech "Jajco" Bruślik (ze względu na niski głos określany mianem "Jana Himilsbacha polskiego rocka"). Gdy muzykom zostało trochę nadprogramowego czasu w studiu, Janek zaproponował obu, by spróbowali zarejestrować jedną z jego piosenek.
Oto otwierał się jeden z najważniejszych rozdziałów w dziejach polskiej muzyki popularnej.
Podczas przygotowań do sesji nagraniowej Układów do ekipy towarzyszącej Izabeli Trojanowskiej dotarła informacja o wybuchu stanu wojennego. Muzycy stacjonowali wówczas w hotelu Cracovia. Gdy powstawał tekst piosenki, która miała stać się pierwszą wizytówką nowej grupy Borysewicza, takowa w rzeczywistości jeszcze nie istniała. Mało kto wiedział, że Janek zaprosił wcześniej do wspólnego grania Mieczysława Jureckiego i perkusistę Marka Surzyna. Ci jednak nie wyrazili zainteresowania jego propozycją. Zresztą towarzyszący Borysewiczowi w trakcie nagrania Dylewski i Bruślik też mieli prawo sądzić, że to krótki epizod, chwilowy kaprys młodego gitarzysty, który chce tym sposobem odreagować rozstanie z Budką Suflera.
Nic bardziej mylnego...
Trzyosobowy skład rejestrujący piosenkę Mała Lady Punk stanowił wyraz fascynacji Borysewicza triem The Police. Gitarzysta postanowił przejąć tu także obowiązki wokalisty, chcąc zapewne odgrywać w bandzie tę samą rolę co Sting. Kompozycja nosiła już jednak wszelkie znamiona ladypankowego stylu. Otwierała ją melodyjna gitarowa introdukcja, skomponowana przez Borysewicza podczas oglądania filmowej adaptacji powieści Emila Zoli Nana. W zwrotkach dostrzec można zauważalne ślady reggae, choć na pierwszy plan wysuwają się wyraziste, punktujące całość partie basu i perkusji. W solówce Borysewicz bardziej skupił się na eksperymentach brzmieniowych niż wirtuozerskim popisie - mamy tu krótką zabawę potencjometrem, delayem (efekt echa) - by całość zakończyć prostą melodią na lekko przesterowanym brzmieniu. W finale pojawia się kolejny melodyjny wątek mogący stanowić fundament odrębnej piosenki. Powstała perełka zwiastująca narodziny czegoś wyjątkowego. Jedynym wykonawczym mankamentem wydaje się słaby głos wokalisty, który ginie na tle rozbudowanej instrumentacji.
Tekst Małej Lady Punk stanowi wynik obserwacji Mogielnickiego jeszcze z czasów pracy z Budką Suflera, kiedy tekściarz bacznie przyglądał się fankom zespołu, czyhającym na swoich idoli pod hotelem. Autor nie po raz pierwszy wsadził kij w mrowisko, opisując popularne wśród zachodnich gwiazd zjawisko groupies, dziewcząt, które ścigały się między sobą w erotycznych podbojach rockowych gwiazd.
O tym, że historia Lady Pank, a zwłaszcza jej początek, ma paradoksalny przebieg, niech świadczy fakt, że zespół najpierw nagrał pierwszą piosenkę, potem wymyślił nazwę, a dopiero w następnej kolejności tak naprawdę... powstał. Idąc tym tropem, cofnijmy się do 1982 roku, kiedy Borysewicz i Mogielnicki zaczęli głowić się nad wymyśleniem sensownej nazwy, łatwej do zapamiętania, a przy tym niebanalnej. W pokoju hotelu Cracovia obaj długo męczyli się z tym problemem. Mogielnicki: "Wtedy akurat w Krakowie były rozruchy - "Solidarność" biła się z ZOMO. Janek rzucał flaszkami z okna. Milicja wpadła, ale nas ominęli. W nocy zaczęliśmy się zastanawiać nad nazwą zespołu, co, jak wiadomo, jest najgorszą rzeczą na świecie. Do rana najlepszy z tego, co wymyśliliśmy, był Żużel". W pewnej chwili przypomnieli sobie o tytule właśnie nagranej piosenki, choć Borysewicz żachnął się na słowo "punk", niechętny jakimkolwiek skojarzeniom z muzycznym nurtem reprezentowanym przez Sex Pistols. Mogielnicki: "Powiedziałem: Weźmy tylko dwa słowa: Lady Pank. Drugie jest krótkie, więc to będzie dobre do skandowania. Lady brzmi trochę perwersyjne, a ponieważ nie jesteśmy grupą punkową, damy Pank, z "a". Zadzwoniłem do kumpla do Warszawy, żeby sprawdził w słowniku oksfordzkim, czy jest słowo "pank". Nie ma takiego słowa. To jesteśmy w domu. Janek kręcił nosem, ale nazwa długo się ubija, a potem się okazuje, że inna w ogóle nie wchodzi w grę". Panowie uczcili ten fakt, opróżniając butelkę wódki, po czym zeszli do hotelowej restauracji, gdzie obok handlarzy walutą i przedstawicielek najstarszego zawodu świata dostrzegli Marka Jackowskiego. Liderowi Maanamu oznajmili, że właśnie założyli zespół. Gdy ten usłyszał nazwę, zareagował sceptycznie: "Lady Pank... To się nie przyjmie".
W czasach pierwszych triumfów zespołu Mogielnicki jednak mocno bagatelizował sprawę nazwy, upierając się - i słusznie - że najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka: "Nazwa ta nie znaczy nic. A czy nazwa "Beatles" coś oznaczała? Niby to żuczek, ale też niedokładnie. Nie jest to też spolszczenie słowa "punk". Nie przykładamy do nazwy tak dużej roli, jak niektóre zespoły, u których widać, że najpierw pół roku siedziały i wymyślały nazwę. Najważniejsze jest to, co zespół gra, a nie, jak się nazywa. W nazwie "Lady Pank" widzę głównie dźwięki. Podoba mi się, że pierwszy wyraz ma dwie sylaby, a drugi jedną. Lady Pank to brzmi prawie jak Rolling Stones. Przy wymyślaniu nazwy kierowałem się także tym, że chciałem, aby ten zespół był taką "lady", a z drugiej strony trochę "punkiem". Zależało mi na tym, aby grupa była trochę ładna, ale i nieco agresywna". Oba przymioty przylgną do zespołu natychmiast po rozkręceniu koncertowej karuzeli - już w najbliższych miesiącach.
Nagranie pierwszej piosenki i świeżo powstała nazwa nie zmieniły jednak statusu Borysewicza w rockowej hierarchii - wciąż był muzykiem do wynajęcia, akompaniując (z Bruślikiem i Dylewskim) zarówno Trojanowskiej, jak i Tadeuszowi Nalepie. Wiadomo już jednak było, że towarzyszący Janowi w studiu akompaniatorzy wkrótce zrezygnują ze współpracy i trzeba będzie znaleźć ich następców. Z "ojcem polskiego bluesa" trio miało okazję zaprezentować się między innymi pod koniec kwietnia 1982 roku na Rawa Blues Festival w hali katowickiej Huty Baildon. Natomiast podczas koncertu pani Izy we wrocławskiej Hali Ludowej (ob. Hali Stulecia) gitarzysta spostrzegł wśród widzów znajomych wrocławskich muzyków - perkusistę Andrzeja Polaka i basistę Pawła Mielczarka. Zaprosił ich po występie do garderoby i zaproponował wspólne granie. Spora różnica wieku (obaj byli starsi od Borysewicza o 10 lat) nie stanowiła - do czasu - żadnej przeszkody.
Pierwsze próby tria odbyły się w marcu 1982 roku we wrocławskim klubie Rura. Co ciekawe, częstym gościem kapeli był Krzysztof Cugowski, próbujący swoich sił jako solista, choć wkrótce - po kilkuletnim rozstaniu - miał, już tym razem na dobre, stanąć przy mikrofonie w Budce Suflera. Innym muzykiem towarzyszącym Borysewiczowi był kolejny wrocławianin, Edmund Stasiak (urodzony 6 sierpnia 1960 roku we Wrocławiu), który miał ambicję zostać dobrym gitarzystą i chętnie podpatrywał Borysewicza, pragnąc jak najwięcej się od niego nauczyć. W przeciwieństwie do niego wyglądał na spokojnego, refleksyjnego młodzieńca, niespecjalnie zainteresowanego rozgłosem wokół swojej osoby. Jego muzyczna aktywność ograniczała się wówczas do amatorskich występów na różnego rodzaju jam sessions odbywających się w Rurze, gdzie kilkakrotnie miał okazję wystąpić u boku Borysewicza. Jako że nie było go jeszcze stać na profesjonalny instrument, zarabiał na życie, pracując jako techniczny lokalnych kapel. Gdy Janek zaproponował mu dołączenie do powstającego zespołu, propozycję przyjął, choć po latach dopatrywał się w tym pewnej kalkulacji: "Nie wiem, dlaczego padło na mnie... Mogiel mnie lubił, towarzysko mu odpowiadałem. A Janek przecież wiedział, jak gram. Może tylko chciał mieć statystę?". W tym czasie kupno gitary było dla niego zbyt dużym wydatkiem i pierwsze próby kwartetu Lady Pank miały groteskowy charakter - gdy Borysewicz grał na gitarze, Stasiak symulował grę, machając palcami w powietrzu, po czym po jakimś czasie następowała zamiana ról.
Po kilku miesiącach intensywnych prób (muzycy spotykali się co najmniej trzy razy w tygodniu) wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że są już gotowi, by zarejestrować owoce swojej pracy w studiu. Udało się pożyczyć drugą gitarę i tym sposobem zespół Lady Pank dysponował kompletnym sprzętem. Wybór studia należał do Borysewicza, który pamiętając sesje Układów, zdecydował się ponownie odwiedzić stolicę Małopolski i zarezerwować studio przy Teatrze STU. Powstałe tam kompozycje wkrótce miały przejść do klasyki polskiego rocka.
Pojawił się jednak - rzecz oczywista - problem finansowy. Na kosztowną sesję nagraniową zespołu nie było najzwyczajniej w świecie stać. Borysewicz i Mogielnicki postanowili coś z tym fantem zrobić. Borysewicz: "Siedzimy razem w mieszkaniu Andrzeja na Nowolipkach i głowimy się, skąd wziąć szmal. Są dwie agencje w stolicy: PSJ [Polskie Stowarzyszenie Jazzowe - przyp. aut.] i Stołeczna Estrada. Najpierw idziemy do PSJ, gdzie szefem agencji koncertowej był dyrektor Brize. Wchodzimy do jego gabinetu, pełen uśmiech jak w starych amerykańskich komediach. Andrzej przedstawia nas, a następnie zagaja: "Potrzeba nam za trzy dni pół miliona złotych. Zakładamy zespół, który za rok będzie pierwszy w Polsce". Brize spojrzał na nas jak na wariatów. Andrzej powtarza: "Proszę pana, pierwsi w Polsce to oznacza także, że za pół miliona złotych pańska agencja zarobi być może sto milionów". On jednak rozkłada ręce: "No dobrze, ale księgowa przecież nie wyda mi tyle z kasy". Miny nam zrzedły, bo czasu mieliśmy naprawdę zaledwie trzy dni". Ówczesny dyrektor PSJ, wspomniany już wcześniej Stanisław Cejrowski (na marginesie - ojciec Wojciecha, znanego dziś podróżnika i dziennikarza), wykazał się większą elastycznością. Po krótkiej rozmowie zdecydował się wesprzeć finansowo obu muzyków. Autorska spółka Borysewicz-Mogielnicki uczciła pierwszy sukces w dość osobliwy sposób: "Mamy z Andrzejem taką swoją piosenkę, którą zawsze śpiewamy, gdy coś nam się udaje. To utwór She Is My Little Rock'n'Roll Rolling Stonesów z płyty Tattoo You. Zaśpiewaliśmy ją wtedy na placu Unii z całych sił". Tu zdarzył się Borysewiczowi mały lapsus - rzeczona piosenka nosi tytuł Little T&A - skrót oznacza "tits and ass"...
W tym samym czasie, krótko po zbawiennej decyzji Cejrowskiego, na horyzoncie zespołu pojawił się Wojciech Kwapisz, utalentowany i zahartowany w boju menedżer, miłośnik jazzu, mający rozległe kontakty i spore doświadczenie także w pracy na Zachodzie (tudzież w strukturach PSJ), który wkrótce stanął na straży interesów zespołu. Tuż przed nawiązaniem współpracy z Lady Pank zakończył pracę w Rock Estradzie, instytucji zajmującej się promocją i organizacją koncertów. Po latach wspominał: "To był okres, kiedy polski rock był bardzo popularny, na listach przebojów rodzime piosenki potrafiły w całości wypełniać pierwsze dziesiątki zestawień. Zagraniczni artyści niekoniecznie cieszyli się takim wzięciem - pamiętam choćby, że ze względu na brak zainteresowania nie doszło do koncertu zespołu Boomtown Rats! Mój dobry kumpel, nieżyjący już Antek Kołak, miał wyrzuty sumienia związane z moim zwolnieniem z Rock Estrady i w ramach rekompensaty skontaktował mnie wtedy z Borysewiczem i Mogielnickim, którzy w tym czasie przyszli prosić dyrektora Cejrowskiego o pomoc finansową". Pod względem organizacyjnym wszystko zatem mogło wydawać się już dopięte na ostatni guzik - teraz trzeba było tylko dokonać pierwszych nagrań, by wreszcie grupa dorobiła się jakiejkolwiek artystycznej wizytówki.
Wiosną 1982 roku zespół w składzie: Jan Borysewicz, Edmund Stasiak, Paweł Mielczarek i Andrzej Polak wyruszył do Krakowa. Wyprawie towarzyszyły ograniczenia logistyczne - wszyscy załadowali się do łady Mielczarka, zabierając ze sobą jedynie gitary i werbel do perkusji. W drodze czekała ich jeszcze kontrola milicyjnego patrolu (był to sam środek stanu wojennego), ale stróże prawa, zobaczywszy samochód wypełniony sprzętem, puścili pasażerów wolno. Po przybyciu do studia pojawił się oczywisty problem - trzeba było załatwić na sesję resztę perkusji - samym werblem zbyt wiele się nie zdziała. Realizator nagrań Jacek Mastykarz wysłał Polaka taksówką do pałkera Skaldów, Jana Budziaszka, który pożyczył debiutantom jeden ze swoich zestawów.
Na pierwszą sesję zespołu złożyły się cztery kompozycje Borysewicza, do których początkowo zarejestrowano jedynie podkłady instrumentalne: Minus 10 w Rio, Tańcz, głupia, tańcz, Vademecum skauta i Mniej niż zero. Ostatnie dwa utwory będą jeszcze stylistycznie ewoluować, by osiągnąć doskonały kształt rok później. Podczas sesji, kiedy nagrania ciągnęły się do późnej nocy, jej bohaterom przytrafiały się oryginalne przygody z wojskowymi patrolami. Mogielnicki: "Z realizatorem Jackiem Mastykarzem wyskakiwaliśmy z Teatru STU do jego malucha zaparkowanego obok, bo musiał posłuchać nagrania w swoim odtwarzaczu. Jak tam szło dobrze, to było OK. Tyle że był stan wojenny, o 23 godzina milicyjna. Raz patrol dorwał nas w tym maluchu. Wtedy przydały mi się studia prawnicze. Zapukali w szybę: "Co wy tu robicie? Proszę wyjść". "Nie wyjdziemy - ja na to. - Nie jesteśmy w miejscu publicznym, możemy tu siedzieć". "To będziecie siedzieć do rana". "To będziemy. Wy będziecie stali na zimnie, a my sobie włączymy ogrzewanko". W końcu puścili nas".
Problemem, który spędzał sen z powiek Mogielnickiemu, był jednak brak odpowiedniego wokalisty. Borysewicz wciąż tkwił w przekonaniu, że tylko on może stać przy mikrofonie, co rusz próbując śpiewać do nagranych wcześniej podkładów. Trzeba mu było to jednak subtelnie wybić z głowy. Narzeczona Mogiela, Urszula, wspominała mu w tym czasie o pewnym chudzielcu, Janie Panasewiczu, wokaliście wojskowego zespołu Desant. Przyszła pani Mogielnicka, która też śpiewała w tej grupie (zresztą później użyczyła swego głosu także w kilku nagraniach Lady Pank), wiedziała o artystycznych rozterkach narzeczonego. W wypadku Panasewicza uwagę zwróciły jego fantastyczna sceniczna prezencja, silny, wysoki głos i znakomita dykcja - nawet przy miernym sprzęcie można było zrozumieć każde wyśpiewywane przez niego słowo. Mogielnicki: "Byłem w desperacji. Powiedziałem: "Przyślij mi kasetę z jego nagraniem". Przysłała mi jakąś pieśń o matce. Nagranie było tragiczne, ale usłyszałem, że facet ma dobrą dykcję, ciekawą barwę i że dobrze bierze wysokie nuty. Jeszcze go wtedy nie widziałem. Ula mi go opisywała - że szczupły, wysoki. U nas wokaliści to tacy krępawi Słowianie. A do rocka trzeba chudych". Tym sposobem Mogielnicki wraz z Kwapiszem udali się na koncert grupy Desant, z miejsca proponując jej wokaliście posadę w rodzącym się zespole. Panasewicz dość dobrze pamięta ten dzień: "Występowałem w mundurze komandosa, w czerwonym berecie. Graliśmy historię lotnika, który ląduje na wsi i poznaje piękną dziewczynę. Śpiewałem w szóstym rzędzie męskiego chóru, a potem schodziłem za kulisy. Wtedy Mogiel wyciągnął chivasa i powiedział: "Młody człowieku, napij się". Na scenę tego wieczoru już nie wróciłem". Jak widać, rockandrollowe maniery próbowano wszczepić wokaliście już na samym początku współpracy. Pozostało tylko poinformowanie o wszystkim gitarzysty. Mogielnicki: "Mówię Borysewiczowi: "Przyjedzie taki chłopak". "Jaki chłopak?". Trudno jest komuś powiedzieć, że się nie nadaje do śpiewania. To w końcu była jego kapela, jego kompozycje. Jak Borysewicz zobaczył Panasa, powiedział: "Kurwa, spierdalam" i poszedł się upić". Warto dodać, że zainteresowany pokazał się gitarzyście w wojskowym mundurze, na dodatek krótko ostrzyżony - trudno o mniej rockandrollowy wygląd...
Jan Panasewicz urodził się 18 stycznia 1956 roku w miejscowości Lipsk, nieopodal Augustowa. Miejscem najbliższym jego sercu okazało się jednak malutkie miasteczko Olecko, gdzie skończył zarówno szkołę podstawową, jak i liceum ogólnokształcące: "Kiedy mama była w ciąży ze mną, rodzice mieli się przeprowadzić do Olecka, gdzie ojciec został naczelnikiem poczty. Ale zatrzymałem mamę w Lipsku. Urodziła mnie w domu dziadków. Później jeździłem tam na wakacje. Babcia hodowała machorkę. Nizałem ją na druty, żeby lepiej i wyżej rosła". Od najmłodszych lat wykazywał zainteresowania muzyczne, już jako kilkuletni chłopak pokazując, że publiczne popisy nie są mu straszne, a trema w jego przypadku jest pojęciem czysto abstrakcyjnym. Chętnie prezentował swoje umiejętności wokalne przed świętym mikołajem, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że to... jego ojciec w przebraniu: "Bywa, że dzieci się wstydzą, a ja wchodziłem na krzesło i śpiewałem. Odkręcałem tylną płytę lampowego radia, zawieszałem ją na piersi, na gumce, i udawałem, że gram na akordeonie".
Kolejną wielką młodzieńczą miłością Panasewicza były żagle. Jeszcze w szkole średniej zrobił patent sternika. Dla dorastającego chłopaka była to prawdziwa szkoła życia, zwłaszcza gdy stawało się twarzą w twarz z wodnym żywiołem. Pewnego dnia zdarzyła mu się dość osobliwa przygoda: "Płynęliśmy na drugi brzeg jeziora - tam był jakiś barek, nasz nauczyciel, chłopak z liceum, chciał kupić coca-colę, papierosy czy coś. Ale jakoś nam mocniej przywiało i łódź się przewróciła. Zawsze mnie uczono, że najważniejsza to jest łódź, więc wskakuję na miecz i próbuję ją zbalastować. A on mówi: "Co ty kombinujesz?! Tam pływa moje pięć złotych i zegarek! Nurkuj!". Było tylko ze trzy metry głębokości, ładna pogoda - do tej pory pamiętam, jak ten zegarek i moneta powoli opadały. W jedną łapę jedno, w drugą drugie i już, jestem na powierzchni, zadanie wykonane".
Jako nastolatek zaczął zarabiać, chałturząc na weselach w charakterze perkusisty. Wtedy też dostrzeżono jego talent wokalny i tym sposobem młody Panasewicz wylądował w białostockiej szkole muzycznej, ucząc się śpiewu pod okiem profesora Karola Olszewskiego. Edukacji wprawdzie nie ukończył, ale przez wiele lat z łezką w oku wspominał rzewne cygańskie romanse, jakich uczono go na lekcjach. Prawdopodobnie właśnie wtedy zaszczepiono mu też dbałość o dykcję. W 1973 roku olecki dom kultury wydelegował go na Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. Siedemnastoletni artysta wykonał tam pieśń Bradiaga, czyli oryginalną wersję Włóczęgi, zaadaptowanej na soul przez Czesława Niemena, wyśpiewując szóstą nagrodę w konkursie: "Pokazali mnie w telewizji! W tamtych czasach nie było innej możliwości zaistnienia w muzyce - trzeba było zaśpiewać pieśń radziecką albo partyzancką w Kołobrzegu". Wokalista poczuł pierwszy smak gwiazdorstwa. Tam też miał okazję poznać inne młode talenty - Grażynę Łobaszewską i Michała Bajora.
Na co dzień, nawet grając w restauracyjnych kapelach, Janek prezentował znacznie ambitniejszą muzykę: "Mieliśmy taki chałturniczy zespół - na Mazurach graliśmy w małej kawiarni. Śpiewałem, miałem gitarę i znałem trzy, cztery chwyty, ale pozostali muzycy byli dobrzy (i o wiele starsi ode mnie). Ludzie przychodzili tam tańczyć i pić wino, to były takie "fajfy". Nie graliśmy żadnych pieśni disco. Wykonywaliśmy Epitaph King Crimson - tego rodzaju numery... Ja nie mówiłem wtedy po angielsku. Wyuczyłem się z płyty słów i wiernie to odtwarzałem". W tym czasie Panasewicz stał się także wielkim fanem grupy Led Zeppelin, próbował nawet wyobrazić sobie, że w przyszłym zespole będzie kimś na wzór Roberta Planta, tylko że z gitarą. Pytany o płytę, która zmieniła jego życie, nawet po wielu latach nie zastanawiał się ani przez chwilę nad odpowiedzią: "Led Zeppelin II, która do dzisiaj pozostaje dla mnie najważniejszą płytą i nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć... Powiem tylko, że pokazała, gdzie jest miejsce na gitarę, bas i bębny". Nie oznacza to jednak, że przyszły gwiazdor był pewien co do słuszności obranej ścieżki - wiadomo, że na polskim gruncie decyzja o związaniu się z muzycznym show-biznesem jest cokolwiek ryzykowna. Toteż nic dziwnego, że raz po raz muzykiem wstrząsały różnego rodzaju wątpliwości: "Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co z tego będzie - miałem ochotę zostać nauczycielem muzyki. Uczyć rytmiki w muzycznej podstawówce - praca z dzieciakami, fajna sprawa". Istotnym momentem w życiu Jana był występ z zespołem na przeglądzie muzycznym w Spiszu, gdzie poznał Jacka Olejnika, klawiszowca grupy Ogród Wyobraźni. Ten zaproponował mu przystąpienie do kapeli - niestety ze współpracy nic nie wyszło. Kilka miesięcy później formacja Olejnika wygrała I Festiwal Muzyki Młodej Generacji w Jarocinie (siedmiokrotnie bisując podczas koncertu laureatów!), dziś jednak bardziej kojarzący się z innymi debiutantami - grupą Dżem.
W wieku 24 lat wokalista musiał przewartościować priorytety. Został szczęśliwym mężem i ojcem, w związku z czym trzeba było dojrzeć i zastanowić się nad tym, jak utrzymać rodzinę. Państwo polskie jednak niezbyt interesowało się tym problemem - wkrótce na adres Panasewicza dotarł bilet do wojska. W przeciwieństwie do większości wziętych w kamasze młodzieńców Panas wspomina ten okres całkiem nieźle: "W wojsku [...] od początku było mi bardzo dobrze. Wziąłem udział w jakimś przeglądzie, zauważono mnie i odesłano do Desantu, w którym miałem śpiewać. Zespół miał siedzibę w Lublinie, ale graliśmy normalne trasy...". Wtedy też poznał dziewczynę Andrzeja Mogielnickiego. Gdy jej narzeczony po raz pierwszy zobaczył ich razem, w dobrej komitywie, poczuł lekką nutkę zazdrości. Panasewicz: "Mogiel tylko się uśmiechał, później powiedział, że myślał, iż jestem jej dolatywaczem. To była akurat bzdura, ale niespecjalnie się kwapił do prób ze mną. W końcu jednak postanowił dać mi szansę...".
Odziany w wojskowy mundur wokalista zameldował się w krakowskim studiu kompletnie nieświadomy tego, co go miało czekać. Na początek dostał do odsłuchu podkład utworu Minus 10 w Rio. Jego zadaniem było zaśpiewanie refrenów, wymagających silnego, wysokiego głosu. Nagranie poszło szybko i sprawnie. Następny w kolejce był wokal do piosenki Tańcz, głupia, tańcz. Niestety, nie obyło się bez komplikacji, w pewnym momencie wydawało się nawet, że współpraca Panasa z zespołem zakończy się, zanim tak naprawdę się rozpoczęła. Problem leżał w jego akcencie. Mogielnicki: "Robimy Tańcz, głupia, tańcz. Panas śpiewa: "U Maxima w Gdini znjów cje widzjał ktoś, sipał zjelonymi...". Mastykarz, który jest góralem, mówi: "Fajnie". A ja mówię: "Kurwa, przecież nie zakładamy kapeli folklorystycznej". I do Janusza: "Świetnie ci idzie, ale zaciągasz". "Jja zacjągam?". Myślę sobie - jak nie urok, to przemarsz wojsk. Facet wygląda, facet śpiewa, to musi zaciągać. To może zmienić tekst - nie "u Maxima w Gdyni", tylko w Ustrzykach Górnych, ale tam przecież nie ma Maxima. Przez całą noc to heblowaliśmy, linijka po linijce. Teraz śpiewał już jak trzeba. Rano mówi: "Ty wiesz, ja chyba zaciągałem"".
Panasewicz bez ogródek przyznawał później, że rzeczywiście miał spore problemy z zapanowaniem nad głosem, nie tylko w kwestii akcentu, ale także interpretacji treści piosenki: "Janek był kompletnie załamany, ja już chyba też, ale bardzo pomógł mi wtedy Mogiel. Nagrałem pięćdziesiąt wersji, wszystkie fatalne. A on nic, odprowadził mnie ze studia do hotelu i mówi: "Prześpij się trzy godziny i wróć - dasz sobie radę. Tylko ty nie śpiewaj o tej dziewczynie tak, jakbyś przeżywał jej historię, ty masz ją zwyczajnie olać - rozumiesz, beznamiętnie opowiedzieć o niej". Przeleżałem ten czas w hotelu, a Janek został w studiu i zawzięty - nagrał sam tę piosenkę. Nawet nieźle, ale Mogiel się uparł, że to ja mam zaśpiewać. I nie wiem, co się stało, może podziałała na mnie jego wiara i zachęta, bo stałem się raptem zupełnie innym człowiekiem". Rzeczywiście - ostateczna wersja piosenki pokazuje Panasewicza już jako dojrzałego interpretatora przewrotnego tekstu Mogielnickiego. Aż dziw bierze, że cała operacja zajęła wszystkim raptem kilka godzin. Nowy wokalista - oprócz pracy nad akcentem - musiał zweryfikować nieco swój muzyczny gust. Jak sam przyznawał, trafiając do Lady Pank, wciąż zapatrzony był w swoich idoli z wczesnej młodości: "Musiałem dopiero przekonać się do nowszej muzyki, jak np. The Police, i po obcowaniu z nią na co dzień stwierdziłem, że jest naprawdę świeża i bardzo dobra. Musiałem też zmienić sposób śpiewania: to bardziej krzyczeć, to bardziej melorecytować".
Ostatnim utworem wykonanym przez świeży nabytek grupy było utrzymane w stylistyce reggae Vademecum skauta (nagrywane jeszcze pod roboczym tytułem Dobre rady), w którym wprawdzie wszystko poszło bez problemów, ale wypolerowana brzmieniowo aranżacja nie do końca odzwierciedlała istotę prowokacyjnego tekstu Mogiela, piętnującego wychowawcze metody stosowane wobec młodych ludzi. Borysewicz z pewnością myślał podobnie, biorąc ponownie kompozycję na warsztat kilka miesięcy później.
Trzeba pamiętać, że Panasewicz znalazł się w studiu nielegalnie. W tym czasie jego zespół występował w Katowicach, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Krakowa, i przyszły wokalista Lady Pank opuścił miejsce pobytu bez wiedzy dowódców. Kiedy wrócił z sesji, jego wojskowi przełożeni postawili mu ultimatum - albo zespół wojskowy, albo kariera muzyka rockowego. W tym czasie bowiem Desant otrzymał propozycję występu na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Panasewicz zaryzykował, kładąc wszystko na szali bardzo wtedy niepewnej przyszłości rockmana. Gdy po sesji wrócił do macierzystej jednostki, czekał go 3-miesięczny pobyt w kompanii karnej w Sanoku. Tam też poczuł kolejny nacisk ze strony swoich "szefów": "Przed 22 lipca dostałem od Włodzimierza Gawrońskiego [znanego reżysera telewizyjnego, twórcy wielu popularnych programów - przyp. aut.] propozycję, bym w telewizji, w programie rozrywkowym, zaśpiewał dwie piosenki, jedną sam, a drugą bodaj z Ireną Jarocką. Ja uważam, że jeśli ma się ochotę, to trzeba śpiewać - i tyle. Nie chciałem jednak zgodzić się "w ciemno". "Co to są za piosenki?" - pytałem. Tłumaczyłem: "Słuchajcie, za dwa miesiące będę śpiewać w grupie rockowej, nie mogę robić czegoś zupełnie innego". [...] W efekcie z Desantu trafiłem na drugi koniec Polski. Tam dosłużyłem do końca, co jakiś czas słuchając w radiu swoich piosenek - już z Lady Pank, bo te numery zaczęły wtedy chodzić na antenie".
Co do radiowych emisji, swoje znajomości zaczął wykorzystywać Mogielnicki, który z nagraniem Małej Lady Punk udał się do radiowej Trójki, prosząc o spotkanie Piotra Kaczkowskiego. Ten nie bez oporów przyjął piosenkę, przekazując ją młodemu prezenterowi, Markowi Niedźwieckiemu, który właśnie inaugurował działalność pewnej 2-godzinnej audycji umilającej młodzieży sobotnie wieczory. Audycja ta szybko stała się najważniejszym probierzem popularności krajowych wykonawców. Nazwano ją mało oryginalnie - Lista Przebojów Programu Trzeciego - ale już wkrótce zaczęła przyciągać przed radiowe odbiorniki olbrzymie rzesze słuchaczy (w najlepszym okresie było ich pięć milionów!). Właśnie tam 10 lipca 1982 roku w notowaniu nr 12 zadebiutowała Mała Lady Punk, osiągając po kilku tygodniach dziesiątą lokatę - świetny wynik jak na debiut i zapowiedź szaleństwa, które wkrótce miało ogarnąć całą Polskę. Należy jednak dodać, że na konkurencyjnej liście przebojów radiowej Jedynki pierwsze piosenki Lady Pank - obok Małej Lady Punk także Minus 10 w Rio - radziły sobie jeszcze lepiej, osiągając tam - w obu wypadkach - lokatę numer 1! Ponadto wkrótce obie kompozycje ukazały się na debiutanckim singlu grupy, otwierając tym samym dyskografię Lady Pank.
Wróćmy jednak do rezultatów sesji nagraniowej w krakowskim studiu i nieco bliżej przyjrzyjmy się zarejestrowanym tam piosenkom. Najbardziej mrocznym nagraniem jest z pewnością Minus 10 w Rio - poprzedzona mrukliwym wejściem syntezatora posępna partia basu wraz z beznamiętną grą perkusji stanowią ciekawy kontrapunkt dla gęstej gitarowej faktury. Borysewicz śpiewa tu niskim głosem, całkiem nieźle dopasowując go do klimatu kompozycji. Prawdziwa eksplozja następuje jednak dopiero w refrenie, gdzie dominuje Panasewicz - jego krystalicznie czysty głos świetnie kontrastuje z resztą i - co tu dużo mówić - przyćmiewa piosenkarskie próby gitarzysty. Słabą stroną nagrania jest sztywna gra sekcji rytmicznej, a sam numer nabierze rumieńców dopiero w koncertowych warunkach. Warto podkreślić, że obok oficjalnej powstała też druga wersja, dłuższa o kilkanaście sekund od singlowej, zawierająca dodatkowe ścieżki gitary, wspierające unisono Panasewicza i krótką solówkę w drugiej części kompozycji. Trudno natomiast jednoznacznie zinterpretować tekst Mogielnickiego, który opisuje człowieka zamkniętego w zakładzie dla psychicznie chorych, leżącego bezwładnie w łóżku i przyglądającego się sufitowi wyklejonemu starymi gazetami. Refren to nic innego jak odczytywanie ich nagłówków, z których jeden dał tytuł całej piosence. Sam Borysewicz określił utwór krótko: "To taki trochę narkotyczny numer z riffem basowym". Minus 10 w Rio - podobnie jak pozostałe piosenki z tej sesji - stało się wieloletnim scenicznym faworytem grupy, wykonywanym na koncertach do dziś.
Pierwszym prawdziwie wielkim przebojem - i chyba najważniejszym nagraniem całej sesji - okazała się jednak Tańcz, głupia, tańcz, znacznie bardziej melodyjna aniżeli Rio. Oparta na prostej sekwencji akordów z kapitalnymi gitarowymi melodiami szybko stała się ogólnopolskim hitem. Jednym z jej znaków rozpoznawczych był znakomity motyw call and response, w którym po wyśpiewanych przez Panasewicza wersach następowała śpiewna zagrywka gitary, chwytliwa do tego stopnia, że tłumy fanów szybko zaczęły ją nucić na koncertach. Po trwającej 3 minuty zasadniczej części następowała rozpędzona koda z ekspresyjnym solo Borysewicza. Poprzedzający ją warkot odjeżdżającego samochodu został ponoć zarejestrowany przypadkowo, tuż przy budynku studia.
Sporego zamieszania narobił tu - co zaczynało się stawać regułą - tekst, napisany przez Mogielnickiego w pokoju hotelu Cracovia do jednego z wielu zaproponowanych przez Borysewicza pomysłów. Mogielnicki: "Przynosił mi na kasecie dziesiątki motywów muzycznych. Jeszcze nie gotowych piosenek, ale jakichś motywów, mniej lub bardziej udanych solówek, które po prostu "wyczarowywał". Miał tak, że brał gitarę do ręki i spod palców płynęła chwytliwa melodyjka". W pewnym momencie uwagę tekściarza zwróciły proste akordy, z których miała powstać właśnie Tańcz, głupia... Inspirację do tekstu podsunęło samo życie, a konkretnie wyjazd z narzeczoną do Trójmiasta, jeszcze latem 1981 roku: podczas pobytu przyszli państwo Mogielniccy spotkali znajomych, którzy zaproponowali wspólny wieczór w gdyńskim lokalu nocnym Maxim: "I tak znalazłem się w miejscu dziwnym i intrygującym. Oczywiście znałem tego rodzaju warszawskie lokale. Dewizowi goście, panienki, waluciarze, peweksowe papierosy, ale tu nagle zobaczyłem to w jakimś nadwymiarze. Prawie irracjonalnym zagęszczeniu. Na początku było uroczo. Lokal nad morzem, chyba nawet miał jakieś molo czy pomost, ale kiedy zaczął się zapełniać... Marynarze, Szwedzi, Arabowie, miejscowe cwaniaczki, głośna muzyka i dziewczyny. Nie tylko prostytutki, także nastolatki szukające przygód albo - jak to się dziś mówi - sponsora. Popijałem, chłonąłem całe to panoptikum i nagle w tym jesiennym Krakowie, otworzyła mi się jakaś szufladka i zacząłem opisywać tamten wieczór w Maximie". Sam lokal nie był miejscem anonimowym - przynajmniej dla fanów serialu 07 zgłoś się. W odcinku Dlaczego pan zabił moją mamę z 1978 roku w rolę restauracji Kaskada wcielił się właśnie gdyński Maxim.
Spod pióra Mogiela wyszła zgrabna historyjka panienki sprzedającej ciało za "kolorowy slajd", dającej się omamić za garść dolarów otrzymanych od "mahoniowego gościa" przy akompaniamencie puszczanych przez dyskdżokeja nagrań Boney M. Paradoksalny w tym wszystkim jest fakt, że w pierwszej połowie lat 80. była to ponoć jedna z najczęściej zamawianych piosenek w nocnych lokalach przez... prostytutki.
Pozostałe dwa utwory powstałe w Krakowie również wylądowały w rejestrze pankowej klasyki, choć nie od razu. Piosenka Mniej niż zero najbardziej odstawała stylistycznie od oblicza grupy, jakie wkrótce miała poznać cała Polska. Gitarowe riffy, podane w tradycji rocka z przełomu lat 60. i 70., połączone z nieśmiałym wokalem Borysewicza przyniosły groteskowy efekt i stanowiły kolejne potwierdzenie słuszności planu Mogielnickiego dotyczącego szukania wokalisty. Mocną stroną tej wersji są - jak zwykle - melodyjne zagrywki gitarowe i przestrzenne solo wsparte ekspresyjną grą sekcji rytmicznej.
Najistotniejszy jest tu jednak tekst (napisany ponoć naprędce, krótko przed nagraniem piosenki) portretujący młodego człowieka znajdującego się u progu dorosłości, przykładającego się do swojej edukacji i żyjącego w przekonaniu, że oto cały świat stoi przed nim otworem. Szybko następuje jednak bolesne zderzenie z rzeczywistością, kiedy młodzieniec przekonuje się, że jest nic nieznaczącym trybikiem w potężnej machinie. Już sam tekst sygnalizował, że wkrótce będziemy mieć do czynienia z prawdziwym pokoleniowym hymnem, czymś w rodzaju rodzimego no future, manifestem wszystkich pozbawionych perspektyw na godne życie, co w jakimś stopniu przybliżyło Lady Pank do - a jednak! - ideologii ruchu punkowego. Bo o czym innym śpiewali zbuntowani przeciwko całemu światu Sex Pistols?
Na razie mamy jednak do czynienia z ciszą przed burzą - hardrockowe Mniej niż zero jako jedyne z czterech nagrań z Teatru STU nie ujrzało wtedy światła dziennego i miało swoją oficjalną premierę ćwierć wieku później (Tańcz, głupia... i Vademecum... w tej postaci pojawiły się na wydanej przez polonijną firmę Savitor płytowej składance Na luzie, obok nagrań Maanamu, Urszuli RSC i Lombardu). Jej publikację storpedował Mogiel, twierdząc, że nagranie brzmi staroświecko i za bardzo odstaje od pozostałych piosenek. Autorzy zatem nie musieli się na razie martwić o odbiór piosenki przez cenzurę, choć już w niedalekiej przyszłości kompozycja stała się nie tylko wizytówką grupy, ale też przyczyną agresywnych interwencji ze strony władz.
Wspomniane wcześniej przez Panasewicza Vademecum... to kolejny popis Borysewicza, który precyzyjnie zaaranżował piosenkę, nadając jej wybitnie "policyjny" charakter. Chyba właśnie tu Panki najbardziej zbliżyły się do stylistyki słynnego tercetu, głównie za sprawą oryginalnego aranżu instrumentów perkusyjnych. Wokalista śpiewa z dość zachowawczą manierą, zahaczając czasami nawet o wokalny styl... Czesława Niemena. Całość zamyka łagodna solówka, wyciszająca się jednak po kilkunastu sekundach, pozostawiając uczucie pewnego niedosytu.
Podobnie jak w wypadku Mniej niż zero, muzycy wkrótce wrócą do nagrania, prezentując jego bardziej wyrazistą wersję wiosną 1983 roku, choć nie będzie ona wymagała aż tak radykalnych zmian.
Tekst Vademecum... to paszkwil na panujące systemy wychowawcze, sugerujące, że człowiek więcej w życiu zawdzięcza szczęśliwemu przypadkowi aniżeli własnej wytężonej pracy. Bohaterowi marzy się jednak wyrwanie z pełnego zakazów i ograniczeń kieratu, który pod płaszczykiem skautowskiej szlachetności zabija w człowieku indywidualność i pasję.
Wróćmy jednak do Tańcz, głupia... Jest jeszcze jeden istotny aspekt związany z tą piosenką. Właśnie podczas jej nagrania doszło do ważnej rozmowy Mogielnickiego z Borysewiczem w kwestii przyszłości zespołu. Do gitarzysty zaczęło docierać, że rola wokalisty nie jest mu pisana i powinien odstąpić ją komuś z lepszymi warunkami głosowymi. Mogielnicki: "Zacząłem mu perswadować: "Stary, kapela to jest cała organizacja. Jak będziesz stał z przodu, przy mikrofonie, do tego niepewny swego głosu, to nie ogarniesz całości. A tak masz wokalistę i luz, sam dyrygujesz kapelą z boku. Narzucasz tempo, rytm, kontrolujesz"".
Sprawa wokalisty została zatem załatwiona, choć pragnący być w centrum uwagi Borysewicz długo jeszcze miał opory, czy nie zaszkodzi to jego pierwszoplanowej roli w zespole - przynajmniej z perspektywy publiczności, zawsze zapatrzonej przede wszystkim we frontmanów. Choć historia zna przypadki, gdy indywidualność gitarzysty była tak wielka, że nawet znakomici wokaliści nie byli w stanie jej przyćmić - weźmy pod uwagę Angusa Younga z AC/DC, Pete'a Townshenda z The Who czy Ritchie'ego Blackmore'a z Deep Purple. Z pewnością mogło to być dla Borysewicza jakieś pocieszenie... Sam zainteresowany, mając już kilkunastoletni staż w roli lidera Lady Pank, obiektywnie musiał przyznać, że na frontmana po prostu się nie nadaje, a ślepe zapatrzenie w The Police mogło przynieść więcej szkody niż pożytku: "Patrząc z perspektywy czasu, przyznaję Mogielnickiemu rację, bo grając z Lady Pank, miałem czas na ukształtowanie się i jako kompozytor, i jako gitarzysta. A poza tym ogromna ilość koncertów oraz praca w studio też dały mi dużo potrzebnego doświadczenia. Umocniły też wiarę w to, że trio z moich marzeń wcześniej czy później i tak założę. I tak się przecież stało. Myślę, że sprawy potoczyły się właściwie - wszystko w swoim czasie". Owo zrozumienie dla posunięć Mogiela nie nastąpiło jednak od razu...
Pierwsze nagrania z nowym wokalistą sukcesywnie zaczęły się pojawiać w radiu, ciesząc się coraz większą popularnością. Spójrzmy choćby na trójkową listę przebojów - Minus 10 w Rio i Tańcz, głupia... przebiły sukces Małej Lady Punk, osiągając - w obu wypadkach - siódmą pozycję w zestawieniach. Nic zatem dziwnego, że gwałtownie zaczęło rosnąć zapotrzebowanie na koncerty zespołu, wciąż borykającego się z personalnymi kłopotami. Jak wiadomo, po krakowskich sesjach Panasewicz musiał jeszcze przez 3 miesiące służyć w wojsku, w karnej kompanii w Sanoku, i o przepustce na koncerty w tym okresie nie było mowy. Cóż zatem zostało... Dzięki kontaktom Mogielnickiego postanowiono wpisać zespół na listę wykonawców poznańskiego festiwalu Rock Arena obok takich kapel, jak Mech, Lombard czy Turbo, mających już pewną markę na rynku. Lady Pank stanowiła w tym czasie wielką niewiadomą dla publiczności. Nikt nie miał pojęcia, jak zespół się prezentuje, choć miał już swoich pierwszych fanów znających z radia jego nagrania. Czekający w garderobie na swoją kolejkę muzycy przechodzili prawdziwą próbę nerwów, jak na scenicznych debiutantów przystało. Jeszcze przed wyjściem na scenę czekała ich jednak pierwsza miła niespodzianka - kilkutysięczna publiczność zaczęła bowiem skandować nazwę grupy, na przemian ze słowami Tańcz, głupia, tańcz! Pierwsze lody zostały zatem przełamane. Na repertuar występów kapeli w czteroosobowym składzie złożyło się pięć nagrań z dotychczasowych sesji, dwie "budkowe" kompozycje Borysewicza, Bez satysfakcji i Nie wierz nigdy kobiecie, kilka wybranych piosenek The Police i robocza, śpiewana po "norwesku" kompozycja, która w niedalekiej przyszłości przeobrazi się w Kryzysową narzeczoną.
Skład Borysewicz-Stasiak-Mielczarek-Polak dokonał koncertowego żywota po pięciu występach - na wspomnianej poznańskiej Rock Arenie, w Świnoujściu, na dwóch warszawskich koncertach (kluby Akcent i Park) i w Jaśle. Z historycznego punktu widzenia najistotniejsze okazały się koncerty w stolicy. W klubie Akcent, gdzie Lady Pank zapowiadał młody dziennikarz Marek Sierocki, doszło do pierwszego spotkania grupy z Wojciechem Kwapiszem, menedżerem, który przez najbliższe lata miał się zajmować interesami zespołu: "Wszedłem do garderoby, przedstawiłem się, po czym wstawiony Mogiel podszedł do mnie i z całej siły klepnął w plecy z pytaniem "Co, nie oburzasz się, że cię walnąłem? Czemu mi nie oddasz? Przecież rockandrollowcy się napierdalają!". Chwilę później zaczął się koncert. Jankowi towarzyszyli wprawdzie muzycy restauracyjni, ale grali bardzo poprawnie". Na tyle poprawnie, że zespół z miejsca zyskał kompetentnego menedżera.
W klubie Park - uznawanym za miejsce pierwszego oficjalnego występu Lady Pank - grupa zaprezentowała się u boku między innymi zespołów Republika i Mech. Legenda głosi, że przed wyjściem na scenę Borysewicz poprosił Mogielnickiego, by wreszcie napisał tekst do melodii, do której do tej pory śpiewał improwizowane wokalizy. Mogiel wziął kawałek kartki i na masce swojego samochodu napisał tekst rozpoczynający się od słów "Mogłaś moją być kryzysową narzeczoną". Reszta tekstu przyszła mu do głowy podczas powrotu z koncertu do domu w środku nocy, w stanie mocno wskazującym.
Po występach w sali klubu odbyła się huczna impreza z udziałem wszystkich muzyków, suto zakrapiana alkoholem, który pochłonął honoraria zespołów. Stojący z boku Mogiel bacznie obserwował, co się dzieje, i tym sposobem narodził się pomysł na zabawny tekst o imprezie i jej porannych konsekwencjach, zatytułowany Moje Kilimandżaro. Wkrótce też na terenie klubu założono pierwszy oficjalny fanklub grupy. Inspiracją dla jego nazwy - Kilimandżaro - stał się tamten pamiętny wieczór. Borysewicz prowadził już wtedy rozmowy na temat zmiany składu, proponując miejsce w sekcji rytmicznej dwóm młodym muzykom formacji Oddział Zamknięty.
Pożegnalny występ składu odbył się w Jaśle - Polak i Mielczarek lojalnie powiadomili Borysewicza, że nie wiążą swych planów z jego zespołem - i świadczył o szybko rosnącej popularności Panków. Dowodem, poza entuzjastycznym przyjęciem, była długa kolejka fanów po pierwszy gadżet związany z Pankami - znaczek w kształcie żyletki, który przez długi czas stanowił główny element graficzny kojarzony z grupą.
Krótko po rozstaniu Polak i Mielczarek zaczęli zarabiać na życie, wyjeżdżając na kontrakt do Lipska, do NRD, gdzie prezentowali przeróbki aktualnych przebojów ze światowych list.
Odejście starszych muzyków wydawać się mogło kolejną przeszkodą na drodze do sławy. W tym wypadku były to jednak pozory. Mogielnicki od początku nie miał większych zastrzeżeń co do umiejętności obu muzyków, przeszkadzał mu natomiast ich wygląd. Wraz z Borysewiczem i Kwapiszem doszedł do wniosku, że trzeba dokooptować muzyków kompetentnych, ale też młodych, dynamicznych i mogących się pochwalić dobrą prezencją, która sprawi, że przyciągną więcej fanów i fanek.
Wybór padł na sekcję Oddziału Zamkniętego, co wiązało się z pewnym ryzykiem - pochodzący z Warszawy kwartet miał wówczas na rynku znacznie mocniejszą pozycję, na dodatek niedawno skończył nagrywanie debiutanckiego albumu, który wkrótce miał odnieść wielki sukces. Niestety, w samym zespole nie układało się wówczas najlepiej, głównie z powodu skłonności do alkoholu wokalisty formacji, Krzysztofa Jaryczewskiego. Nic więc dziwnego, że basista Paweł Mścisławski i perkusista Jarosław Szlagowski coraz poważniej zastanawiali się nad zmianami. Szlagowski: "Z Oddziałem chciałem się rozstać już od jakiegoś czasu - zaczęło się tam dziać zbyt dużo alkoholowych akcji i byłem już tym trochę zmęczony. A gigantyczny sukces pierwszej płyty nie pojawił się nagle, to był wynik 3 lat ciężkiej pracy". Na domiar złego na okładce albumu nie znalazła się nawet wzmianka o udziale Mścisławskiego i Szlagowskiego w sesjach. Mścisławski: "To się nie powinno w ogóle zdarzyć - dziś taka sprawa znalazłaby finał w sądzie. Pierwsze wydanie płyty zawierało zdjęcie aktualnego składu Oddziału, a myśmy wtedy grali już z Lady Pank. Oddział miał dylemat, bo w tym czasie ukazywał się też pierwszy longplay Lady Pank ze mną i Szlagą na okładce, a były to, na swój sposób, zespoły konkurujące ze sobą. W tamtych czasach nie było to dla mnie i Jarka zbyt miłe". Po współpracy pozostało zatem dziesięć piosenek z albumu (gdzie Szlagowski miał swój udział jako aranżer m.in. hitu Andzia i ja) i występ w teledysku Ten wasz świat, nakręconym w okolicach blokowisk na warszawskim Ursynowie.
Borysewicz z zainteresowaniem przyglądał się grze Szlagowskiego podczas wspólnego koncertu Lady i Oddziału. Wkrótce obaj odbyli długą rozmowę na temat wspólnej przyszłości i gitarzysta zaproponował Szlagowskiemu przystąpienie do jego projektu. Ten nie zastanawiał się zbyt długo: "Wiedziałem, co Janek gra - obaj mieliśmy wtedy zakrętkę na punkcie The Police, więc muzycznie dobraliśmy się idealnie. Po krótkim namyśle zgodziłem się i zaproponowałem też Pawłowi, by ze mną przeszedł do Lady Pank, bo świetnie mi się z nim grało i uważam, że byliśmy naprawdę dobrą sekcją. Janek zaakceptował Pawła i tak powstało Lady Pank, które wszyscy znamy".
Dwudziestotrzyletni Szlagowski wniósł także istotne elementy związane z poprawą medialnego wizerunku zespołu, podobnie jak o 2 lata młodszy Mścisławski, który zachwycał swoją prezencją przede wszystkim damską część publiczności. Kwapisz: "Faktycznie chodziło tutaj o wizerunek i charakter zespołu, dlatego też do Janka Borysewicza i Mundka Stasiaka mieli być dobrani ludzie pasujący wizualnie. Padło na sekcję Oddziału Zamkniętego. Nie bardzo wierzyłem, czy uda się tak zabrać ludzi do czegoś, co się dopiero tworzy. Ale, jak widać, siła perswazji Janka była bardzo duża. Obaj nowi wyglądali fantastycznie, zwłaszcza Mścisławski. Gdy tylko dochodziło do jakichś konfliktów, w których stroną był Paweł, Mogiel od razu mu wygarniał: "Pamiętaj, że twoim największym atutem są włosy"".
Sam Mścisławski nie od razu podjął decyzję o transferze. Basista wspomina, że jego wątpliwości miały podłoże nieco sentymentalne, choć występ grupy Borysewicza przypadł mu do gustu: "Podobno parę dni później Mogiel powiedział Jankowi, że "jedziemy na Ursynów, bo dziś gra tam taki lokalny zespół, Oddział Zamknięty, którego muzycy dobrze grają i wyglądają. Może nam się uda zaangażować ich sekcję rytmiczną. Wtedy my byśmy się wzmocnili, a im, naszej konkurencji, narobimy kłopotu". Najpierw spotkali się z Jarkiem, przekonując go, że mogą się pochwalić lepszymi układami niż Oddział. Mimo że ich projekt jeszcze na dobrą sprawę nie istniał, mieli już za sobą solidnego menedżera, Estradę Warszawską i pokaźny budżet na nagranie pierwszej płyty. Jarek dał się przekonać i po paru dniach zadzwonił do mnie. "Chodź ze mną na spotkanie, jest szansa dołączyć do fajnej kapeli"". Szlagowski i Mścisławski udali się do warszawskiego Novotelu, położonego nieopodal stadionu Legii, gdzie czekali już na nich Jan Borysewicz, Andrzej Mogielnicki i Wojciech Kwapisz. Basista wspominał: "Uprzedziłem, że tak łatwo z Oddziału nie odejdę, bo byłem bardzo związany emocjonalnie z tymi chłopakami. Ale jak zobaczyłem, że Jarek jest zdecydowany przejść do Lady Pank, zrozumiałem, że może to spowodować zastój w kapeli, a skoro Oddział na jakiś czas będzie musiał zawiesić granie, to i ja zmienię zespół, a jakby co, to po jakimś czasie mogę przecież wrócić".
Najsłynniejszy skład grupy stał się faktem.
Zarówno Szlagowski, jak i Mścisławski byli rodowitymi warszawiakami. Pierwszy z nich, urodzony 27 grudnia 1959 roku, miłość do muzyki odkrył w sobie już w podstawówce: "W ósmej klasie zapisałem się do harcerstwa, poszedłem na pierwszą zbiórkę i w harcówce dorwałem dwa werble. Pożyczyłem je do domu i odtąd wszystkie inne zainteresowania przestały istnieć". Jeszcze jako nastolatek poznał podobnego do siebie zapaleńca, Krzysztofa Jaryczewskiego, zakładając z nim zespół Tani Hotel. Krótko później, w 1979 roku, narodził się Oddział Zamknięty, do którego wkrótce dołączyli gitarzysta Wojciech Łuczaj-Pogorzelski i Paweł Mścisławski. Skład utrzymał się przez 3 lata, kiedy z propozycją współpracy wyszedł do basisty i pałkera lider Lady Pank.
Mścisławski, urodzony 28 września 1961 roku, miał podobną przeszłość, z tą różnicą, że bakcyla rock and rolla połknął nieco wcześniej, ku utrapieniu rodziców, którym marzyło się, by ich pociecha obrała zupełnie inny kurs: "Tata chciał, bym został architektem, ale o zawodzie muzyka rockowego marzyłem gdzieś od dwunastego roku życia. Kupowało się wtedy "Bravo", gdzie były zdjęcia Sweetów, Slade'ów, Rolling Stonesów, Franka Zappy itd. Słuchaliśmy sporo zachodniej muzyki, choć był to wtedy rarytas, do którego tylko niektórzy mieli dostęp. Stąd wzięła się chęć bycia innym. Fajnie było mieć wąskie spodnie, buty na wysokim obcasie, długie włosy i koszulę w kwiaty". To zamiłowanie basisty do kolorowych strojów nie zmalało wraz z wejściem w dorosłość ani trochę.
Najważniejszy skład zespołu wymagał jeszcze drobnej, acz istotnej korekty. Z przodu sceny stało dwóch Janów - lider i frontman. Aby uniknąć pomyłek i nieporozumień, Panasewicz od tej pory będzie podpisywał się jako Janusz - na okładkach płyt i w mediach w ogóle. O tym, że w dowodzie osobistym widnieje jako Jan, do dzisiejszego dnia wiedzą tylko nieliczni.
Panasewicz przybył do Warszawy na pierwsze spotkanie z nowymi muzykami, gdy tylko dowiedział się o pozyskaniu do Lady Pank sekcji rytmicznej Oddziału Zamkniętego. Wszyscy zrobili na sobie jak najlepsze wrażenie. Paweł Mścisławski był już w tym momencie przekonany, że podjął właściwą decyzję, zasiadając z wokalistą przy barze klubu Park: "Janusz przyszedł na spotkanie w beżowej skórzanej kurtce. Piliśmy sobie drinki, rozmawiając o kapeli. Panas był zachwycony, że w zespole będą tak dobrze wyglądający muzycy jak ja ze Szlagą. Sam też był wtedy wysokim, szczupłym chłopakiem, choć jak na wokalistę rockowego miał, moim zdaniem, za krótkie włosy. Ale po latach okazało się, że tylko takie do niego pasują. Niemniej szybko się dogadaliśmy i polubiliśmy".
Paradoksalnie sposób, w jaki angażowano muzyków do grupy, przypominał narodziny... boysbandu. Po latach sam Borysewicz nie miał co do tego wątpliwości, twierdząc, że ową taktykę przyjęto z pełną premedytacją. Lady Pank nie nastawiała się na niewdzięczną harówkę na przeglądach i festiwalach, z których nic nie wynikało, a które mogły doprowadzić do szybkiego wypalenia się muzyków. Podobnie jak w boysbandach, piątka muzyków zorientowana była na natychmiastowy sukces. I, jak się wkrótce miało okazać, szybko dopięła swego.
"Filozoficzne" podstawy zespołu określił w największym stopniu Mogielnicki, choć wspierali go w tym dzielnie Borysewicz, Kwapisz i Szlagowski. Do tej pory na krajowych scenach królował Maanam z drapieżną Korą przy mikrofonie - zespół bez wątpienia wybitny, ale zdecydowanie odstający od tradycyjnej pop-rockowej stylistyki. Kierowany przez Zbigniewa Hołdysa Perfect proponował świetną hybrydę tradycyjnego hard rocka i współczesnego popu. Kolejnym muzycznym dominatorem stała się pełna zamierzonego chłodu Republika. Jej lider, Grzegorz Ciechowski, natychmiast udowodnił, że zasługuje na miano rockowego poety, któremu jednak niespecjalnie zależy na uwielbieniu tłumów. Polskiej scenie brakowało jednak grupy grającej muzykę środka - posiadającą niewątpliwy walor artystyczny, ale jednocześnie dostępną dla ogółu, chwytliwą, ale nie banalną. Tę lukę od początku starał się wypełnić Mogielnicki: "Tworząc Lady Pank, zakładaliśmy sobie, że będzie to muzyka dla każdego. Nie chodzi w niej o żadną wielką ideologię. Nie znoszę zbytniego zadęcia. Chciałbym, aby grupa była [...] na luzie, bawiła się tym, co robi, miała dystans do samej siebie. Brak pewnej autoironii to jest to, czego ludziom w tej branży często brakuje". Także Borysewicz nie miał wątpliwości, że twórczość zespołu ma przynosić przede wszystkim najwyższej jakości rozrywkę, zresztą pod tym poglądem podpisywał się też w latach 90.: "Lady Pank powstała, żeby grać dla ludzi, żeby się ludzie bawili. Mnie nie interesują koncerty typu Jarocin, które ludzi dołują...".
Nie oznacza to jednak, że w zespole już na początku nie dochodziło do konfliktów na tle artystycznym. Rozkochany w gitarowych szaleństwach Borysewicz nie od razu potrafił pogodzić się z piosenkową formułą, jaką zaproponował Mogiel, gdzie miejsce na jego solówki zredukowano do minimum: "Mogielnicki mnie przekonywał, że powinny być same konkretne kompozycje: z refrenami, zaaranżowane. Natomiast taką muzykę, jaką chciałem grać, grałem z chłopakami na próbach. I faktycznie było coś w tym, co mówił Mogiel, bo jak czasami próbowaliśmy zagrać na koncercie utwór, w którym były dłuższe solówki, to ludzie nie bardzo na to reagowali". Z czasem jednak okazało się, że to właśnie te "konkretne" piosenki zapewniły gitarzyście artystyczną nieśmiertelność.
Wróćmy jednak do kwestii wizerunkowych. Na początek postanowiono muzyków odpowiednio ubrać, by fani mieli przekonanie, że obcują z grupą przygotowaną profesjonalnie pod każdym względem, świadomą swojej tożsamości. Spora część ciuchów - przyznajmy, dość ekstrawaganckich jak na PRL początku lat 80. - pochodziła z bazaru w Rembertowie. Przebywająca w tym czasie w USA matka Janusza Panasewicza kupiła mu materiał w charakterystyczną wielobarwną szachownicę. Uszyte z niego spodnie na wiele lat stały się jedną z wizytówek wokalisty (to w nich pojawił się na okładce drugiego albumu grupy). Niestety, w czasach największej popularności gwiazdorzy zmuszeni byli prosić o zakup ubrań swoich przyjaciół. Borysewicz: "Kurtka skórzana, która kosztowała cztery tysiące złotych, dla mnie po 15 minutach kosztowała osiem. Podbijałem cenę swoją osobą". Efektem prac nad wizualną stylizacją był bodaj najbarwniejszy image w historii polskiego rocka.
Pierwsza wspólna sesja fotograficzna nowego składu odbyła się na tyłach warszawskiego hotelu Victoria wczesną jesienią 1982 roku. Muzycy pokazali się tu od prowokacyjnej strony, prezentując umalowane posępne twarze spoglądające z agresją w obiektyw Tomasza Sikory. Mścisławski: "Dopiero po jakimś czasie zrezygnowaliśmy z tego wizerunku, bo prawie wszystkie inne zespoły zaczęły go naśladować. Jeśli przyjrzeć się zdjęciom z tego okresu Urszuli czy Budki Suflera - wszyscy wyglądali identycznie, a my nie chcieliśmy być do nikogo podobni. Dlatego po kilku latach zaczęliśmy szukać wyglądu bardziej rockowego, a nie słodkiego, jak jakieś Bay City Rollers".
Wkrótce nadszedł czas na kolejne posunięcia związane z tworzeniem wizerunku kwintetu i pasującą do niego filozofią "złych chłopców". Na początek powstał przewrotny teledysk (pierwszy w historii grupy) do piosenki Vademecum skauta (wersji nagranej jeszcze z Polakiem i Mielczarkiem w składzie), do którego piątkę muzyków ubrano w harcerskie mundury zakupione w warszawskiej Składnicy Harcerskiej. Mogielnicki: "Pomyślałem: "Pójdę na całość, przebiorę ich za skautów". Zespół: "My, rockowcy, w krótkich gaciach?". Czasem dochodziło prawie do bitki. Ponieważ miałem dobry trening z Muranowa, to nie pękałem". Pomysłowi Mogiela najbardziej przeciwstawiał się najmłodszy w zespole Mścisławski: "Zacząłem się buntować, czułem niechęć do zakładania krótkich spodenek. Bardzo mi to nie pasowało, choć przecież Angus Young do dziś tak się ubiera na scenie. Jak się jednak okazało już po wyprodukowaniu teledysku, wszystko miało ręce i nogi - i tu muszę Mogielowi zwrócić honor. Zresztą w teledysku pojawia się też kadr, w którym Janusz śpiewa z wieży, a my na dole gramy, mając na sobie długie spodnie, kolorowe koszulki i makijaż, jaki wtedy nosiliśmy. Te ujęcia fajnie kontrastowały z tymi skautowskimi". W efekcie powstał zabawny filmik z piątką "skautów" w roli głównej, przechadzających się po korytarzach budynku Telewizji Polskiej na Woronicza, tych samych, gdzie kilka lat wstecz powstały pierwsze sceny Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy. A ciekawym postscriptum do wideoklipu były późniejsze koncerty zespołu, na które, ku prawdziwemu zaskoczeniu muzyków, część fanów przychodziła ubrana w identyczne mundurki.
Drugi krok był już bardziej kontrowersyjny. Agresywny makijaż (przez co czasami posądzano muzyków o... homoseksualizm) nie wystarczał, by wzbudzić emocje, które mogły wstrząsnąć publicznością. W tym czasie Lady Pank nawiązała współpracę z utalentowanym fotografem Andrzejem Tyszką, który w przyszłości miał się stać autorem wielu okładek płyt zespołu, jego dziełem były także liczne plakaty promujące rozbrykaną piątkę. Wspólna praca rozpoczęła się od mocnego akcentu. Na jedną z pierwszych sesji postanowiono zaangażować zawodową striptizerkę. Kwapisz: "Był ogólny stres, bo Andrzej Tyszko prosił, by na tę sesję muzycy przyszli bez swoich dziewczyn z racji obecności striptizerki. Ale te, jak się tylko dowiedziały, co się święci, gremialnie stawiły się w studiu. No i striptizerka zaczęła się krępować, podobnie jak zespół. Tyszko prosił, by któryś objął do zdjęcia tę modelkę, ale wszyscy się bali, bo zza kadru spoglądały narzeczone. Jeden z chłopaków w ostatnim momencie uchylił się od pochwycenia dziewczyny i ta o mały włos runęłaby na ziemię". Z publikowanego później plakatu jasno wynika, że na tym polu największą odwagą wykazał się Stasiak. Z równym rozbawieniem wspomina ten dzień Andrzej Tyszko: "To był akt, jak na tamte czasy, dużej odwagi. Nagość na plakacie muzycznym... Sama sesja wypadła jednak bardzo zabawnie. Nie chciałem, by wyszła zbyt serio, i przez to niesmacznie. A na wielu powstałych wtedy zdjęciach modelka celowo stała tyłem do kamery, tak by tylko chłopcy mogli widzieć jej nagość". Trudno się dziwić, że owoce pamiętnej sesji stanowiły przez lata łakomy kąsek dla fanów - nie doczekały się bowiem zbyt wielu oficjalnych publikacji na łamach gazet.
Na tle takich grup, jak Maanam, Republika czy TSA, zespół Lady Pank z pewnością robił wrażenie sztucznej, dobrze zaprogramowanej machiny. Dopiero czas pokazał, że za tym niby wykalkulowanym wizerunkiem kryła się grupa zbuntowanych "prawdziwków", dzięki czemu młodzi muzycy szybko dorobili się chwalebnej w rockandrollowym światku etykietki najniebezpieczniejszego zespołu w Polsce.
Wkrótce nadszedł czas na pierwsze koncerty i nagrania w studiu. Przyszłość zespołu zaczęła prezentować się naprawdę obiecująco. Trzeba było tylko ruszyć z koncertami i - co najważniejsze - stworzyć spójny repertuar na pierwszą płytę długogrającą.