Rozdział 1
Zbrodnia i zemsta niemal zawsze idą w parze. Pragnienie odwetu jest jak trucizna, która wsiąka w krew i wędruje w najgłębsze zakamarki naszego ciała i duszy, a później popycha do potwornych czynów. Czułam, jak sączy się w każdej myśli, jak zmienia mnie od środka - wypełnia ogniem, palącą potrzebą działania.
Żyłam dla zemsty. Każdy oddech przypominał mi, co odebrano mojej rodzinie, a mijające dni przybliżały mnie do chwili, w której stanę się przyczyną upadku wrogów mojego klanu. Pragnęłam patrzeć, jak ich świat kruszy się na moich oczach. Czekałam na ten dzień od wielu lat. Każda chwila dłużyła się w nieskończoność, jakby czas specjalnie wystawiał moją cierpliwość na próbę. Przygotowywałam się do tego momentu w myślach, wciąż i wciąż przewijając w głowie wszystkie możliwe scenariusze.
Ale ktoś, kto jest uparty, w końcu dotrwa do wyczekiwanej chwili.
- Ślubuję miłować cię i szanować, dzielić z tobą radość i smutek, szczęście i nieszczęście, być wierną i uległą. Przysięgam, że nie opuszczę cię aż do śmierci, a Boga Wszechmogącego proszę o pomoc i błogosławieństwo.
Wypowiadane słowa zdawały się puste, pozbawione znaczenia, a jednak wiązały mnie z największym z wrogów mojego klanu. Upór w końcu doprowadził do dnia, do którego przygotowywałam się od wielu długich lat. Pragnęłam zemsty. Z rozkoszą zabiłabym tego parszywego wieprza, który przyglądał się mi spod kruczoczarnych pukli. Lord Trossachs, to on stał się kluczem, który mi to umożliwi. Trzymał moją dłoń w żelaznym uścisku, który zdawał mi się jak wnyki. Mężczyzna się uśmiechał, a mnie zbierało na mdłości, bo zapewne wyobrażał sobie moje nagie ciało, które lada chwila posiądzie. Starzec otrzymał młódkę i mógł z nią zrobić, co tylko zechce. Nie wiedziałam, ile ma lat, ale liczył sobie niewiele mniej wiosen niż mój ojciec. Mdliło mnie na samą tę myśl.
Nienawidziłam tego człowieka, choć dzisiaj widziałam go po raz pierwszy. Ustalenia aliansu, zrękowiny i wszystkie sprawy dookoła odbyły się bez mojego udziału. Z pokorą znosiłam jednak cały ten spektakl, bo wychodząc za tego starca, wiedziałam, co robię. Czekałam na niego od lat, ponieważ to on miał stać się kluczem do zniszczenia tych, którzy zagrażali mojej rodzinie.
Pragnęłam zobaczyć przegraną Campbellów.
Miałam nadzieję, że będą cierpieć tak samo jak moi rodacy, którym podobni do tego, któremu przysięgłam, zgotowali piekło. Tę nienawiść wpajano mi od najmłodszych lat. Wszyscy Lamontowie mieli zapisaną ją we krwi, ponieważ wiele jej przelano w obronie naszych rodowych ziem. Teraz to ja stałam się jednym z naszych wrogów. Przyjęłam znienawidzone nazwisko Campbell, by zakraść się w szeregi tych, których pragnęliśmy zniszczyć.
Przypieczętował to pocałunek, wywołujący poczucie obrzydzenia. Ciemny zarost mężczyzny tysiącem małych igiełek wbił mi się w skórę, sprawiając, że walczyłam z pokusą, by odgryźć mu wargę. Wiedziałam jednak, że pokora i cierpliwość są moją bronią. Musiałam tłumić gniew i niechęć, robiąc z mego ciała atut, który otworzy mi drzwi do wiedzy. To tego tak bardzo pragnęłam. Hamish zawierzył, że sobie poradzę. Nie mogłam zawieść ukochanego brata.
Aplauz rozniósł się po kaplicy. Otaczali mnie ludzie, których nie znałam. Żaden z członków mojej rodziny nie ważył się przybyć do Inveraray, ponieważ ten sojusz szyty był cienką i sparciałą nicią. Nikt tu nikomu nie ufał - i miał powody.
Gdy tylko opuściliśmy kaplicę i ruszyliśmy w stronę głównego gmachu, do którego trzeba było przejść przez zamkowy dziedziniec, niepostrzeżenie zza naszych pleców wyłonił się nieznany mi mężczyzna - brodaty, o głęboko osadzonych, ciemnych oczach. Zwrócił się do ślubnego z szorstkim uśmiechem.
- No, stary kruku, coś cię widzieć nie mogłem przez długie miesiące. Zdaje mi się, że teraz zapuścisz tu korzenie, co? Choć liczę, że o Kilmun to nie zapomnisz!
- Na pewno nie - odparł.
- To dobrze! Może młoda lady doda ci wigoru, boś zdziadział ostatnio, wiesz?
Mój ślubny uśmiechnął się kącikiem ust, bez cienia humoru.
- Przestań paplać, Rechardzie, bo ci jeszcze język zadrży na ślubnej uczcie - odpowiedział półgłosem, po czym zerknął w moją stronę.
Tamten zaśmiał się gardłowo. Skłonił się i odsunął, pozwalając, byśmy kontynuowali naszą wędrówkę do zamczyska. Przyglądałam mu się z zainteresowaniem. Fortyfikacja wzniesiona pomiędzy dwoma wysokimi wieżami wydawała się nie do zdobycia. Próba jej oblężenia byłaby misją samobójczą, ale uważnie wypatrywałam jej słabych punktów - bez skutku.
Rozbrzmiały dudy wygrywające pieśń wrogiego mi klanu, kiedy tylko przekroczyliśmy próg sali. Wraz ze ślubnym zasiedliśmy po prawicy wodza Campbellów - potwora, którego klęski pragnęłam najbardziej. Był bratem torca1, którego poślubiłam. To Archibald Campbell, pierwszy markiz Argyll, ósmy hrabia i przywódca prezbiterian, winny wszystkich nieszczęść, które dotknęły moją rodzinę. Chyba za długo zawiesiłam na nim spojrzenie, ponieważ zdało mi się, że ściągnęłam jego diabelski wzrok. Jasne, szaro-niebieskie oczy przestrzeliły mnie niemal na wylot. Tego parszywca nienawidziłam najbardziej. Tyle słów, które nie pasowały do damy, cisnęło mi się na usta, ale musiałam zachować pozory. Spojrzałam na zebrany tłum, by nie musieć spoglądać w twarz tego zbrodniarza.
- Interesująca rzecz - rzucił markiz chrapliwym głosem. - Nie spodziewałem się, że James odda swoją córkę. Czyżby wiarołomca poszedł po rozum do głowy? Czy zwyczajnie próbuje zetrzeć winy, których tak ochoczo się dopuszczał?
Przełknęłam jadowitą odpowiedź. Te wszystkie obelgi pod adresem ojca paliły niczym żywa rana i rozbudzały chęć zemsty, która przywiodła mnie pod mury naszych wrogów.
- Nie dzisiaj, Archibaldzie - odpowiedział mój ślubny, wyraźnie siląc się na spokojny ton. - Wysłano ją tu zgodnie z umową, na którą przystałeś, więc odpuść złośliwości i uszanuj powierzone słowo.
- Moje słowo jest nie do podważenia, jednak z przykrością stwierdzam, że nie możemy tego samego powiedzieć o sir Jamesie Lamoncie, czyż nie?
- Więc dlaczego się na to zgodziłeś?
Markiz Campbellów prychnął pogardliwie pod nosem i rzucił na mnie spojrzenie. Widziałam to jedynie kątem oka, ponieważ wpatrywałam się uporczywie w stojący przede mną pusty talerz. Ta rozmowa godziła w honor mojej rodziny. Drżałam ze złości, ale wiedziałam, że nie powinnam się odzywać. To kolejna lekcja, której nauczył mnie Hamish - milczenie. Zbyt łatwo mogłam dać się zdemaskować.
- Bo go sprawdzałem - wyjaśnił Archibald. - Nie ufam mu, ale jestem ciekawy, czy zaryzykuje życiem swojej córki, nie dotrzymując warunków umowy. Poza tym myślisz, że jedno małżeństwo wystarczy, aby zmazać wszystkie jego przewinienia? Naiwność, Brannie, jest przywarą, która, o ironio, często kończy się śmiercią.
- Wszyscy mamy swoje przewiny, Archibaldzie - odpowiedział mój ślubny. - Jednak, jak sądzę, nie ma takiego grzechu, którego nienawiść nie byłaby w stanie pogłębić. Może i żywisz do sir Jamesa urazę, może nawet zasłużenie, ale sądzę, że wybaczając, uwalniamy się od ciężaru przeszłości. Dość już spraw frasuje ci teraz głowę.
Przez chwilę wydawało mi się, że coś błysnęło w oczach Archibalda, by po chwili przysłonił tę iskrę chłodny osąd jego słów.
- Nikt nie jest ponad konsekwencjami. Ale to prawda. Czasy są niespokojne. Poparcie dla rojalistów nie jest nam teraz potrzebne. Obyś miał rację, Brannie, bo jak to mówią, kto pierwszy do boju, ten ostatni do trumny.
- Czas pokaże.
Ten, któremu mnie oddano, przez resztę biesiady głównie milczał. Czasem obrzucał mnie spojrzeniem, którego nie odwzajemniałam. Przyglądałam się biesiadnikom ucztującym tu za odebrane majątki innym, mniejszym rodom, niepotrafiącym się obronić przed Campbellami. Kto wie czy wielka pieczeń, która stała przede mną nie pochodziła od jakiegoś prosięcia odebranego z mojego grodu. Dunoon nigdy nie było bogatym miastem, a ja sama nie opływałam w dostatek. Podczas trwającej wojny trzech królestw poznałam, czym są bieda i głód, dlatego irytował mnie przepych, którym otaczali się moi wrogowie. To było niesprawiedliwe.
Hamish miał rację, twierdząc, że ten plugawy klan powinien zgnić w ziemi za wszystko, czego się dopuszczał. Karmiłam się jego słowami. Nadzieją na lepsze czasy dla naszej rodziny. Chwilą, kiedy wrócę do niego, ciesząc się zwycięstwem, które nastanie dzięki mojemu poświęceniu. Teraz jednak byłam tutaj. Otoczona wrogami, których twarze wyglądały jak maski nie do odróżnienia. Każdy z nich był jednakowo winny i każdy zasługiwał na najgorszy los.
Sama ceremonia i huczna biesiada były jedynie początkiem nałożonej na moje barki powinności. Kiedy zapadła późna noc, zaprowadzono mnie do izby znajdującej się na półpiętrze ogromnego holu, na którym odbywało się wesele. Cały czas dochodziły mnie śpiewy i krzyki biesiadników - teraz tak bardzo przypominające mi ryki zwierząt, które obwieszczały pochwycenie swojej ofiary. Jeszcze nie wiedziały, że przyjdzie po nich gorszy i bardziej śmiercionośny drapieżca.
Stanęłam tuż za progiem i omiotłam wzrokiem nieduży pokój. Alkowa z łożem - to tam zatrzymał się mój wzrok. Wysoka, drewniana rama okryta była lekkim materiałem, który drgał pod naporem wiatru wdzierającego się tu przez otwarte okno. Księżyc wisiał wysoko na niebie, a izbę, w której się znajdowałam, oświetlało mrowie świec. Ich cienie tańczyły na kamiennych ścianach, przywodząc na myśl bitwę mroku z jasnością. Mimo że późne lato niosło ze sobą podmuchy jesieni, nie czułam chłodu. Rześkie powietrze gładziło policzki i wydało się miłą odmianą po zatęchłym smrodzie wypełniającym salę biesiadną.
- Nie bój się. Nie rzucę się na ciebie. - Usłyszałam niski, nieco chrapliwy głos poślubionego mężczyzny.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Domyśliłam się, że odebrał moje milczenie jako strach przed pokładzinami. Nie bałam się jednak zbliżenia, tylko walczyłam z obrzydzeniem, iż muszę wypełnić małżeński obowiązek i zaspokoić jego żądze. Nie byłam cnotliwa, ale w moim życiu istniał tylko jeden mężczyzna, którego szczerze kochałam. Teraz musiałam oddać swe ciało innemu, więc wmawiałam sobie, iż to jedynie nic nieznaczący akt cielesny. Na moje szczęście, ten tutaj nie wydawał się odrażający. Był stary, owszem, ale zadbany i schludny. Po szerokich barkach wnioskowałam, że praca fizyczna nie jest mu obca, choć początkowo spodziewałam się, że trafię do zapijaczonego starca.
Okryłam dłońmi ramiona, by myślał, że rzeczywiście się boję. Nie chciałam wzbudzać podejrzeń, tym bardziej że nie byłam pewna, czy dzięki ziołom mającym wywołać krwawienie zdołam go oszukać. To mój najgorszy lęk - klęska, nim zdążę przysłużyć się mojemu bratu.
Obserwowałam w milczeniu, jak mężczyzna podchodzi do stołu, na którym stały srebrne kielichy i karafka z winem. Nalał do pucharów bordowego trunku, a ja wsłuchiwałam się w uporczywy dźwięk płynącej cieczy, zagłuszającej nieznośną ciszę. Po chwili mężczyzna podał mi jeden z pucharów. Początkowo nie byłam pewna, czy chcę przyjąć poczęstunek, ale uznałam, że to pozwoli mi lepiej odegrać swoją rolę. Ujęłam kielich.
- Przypomnij mi swoje imię.
Spojrzałam na niego, nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział. Zapomniał? Tak nisko cenił nasze małżeństwo, że nie wysilił się, by zapamiętać moje miano? Uraził mnie, ale stłumiłam w sobie chęć wypowiedzenia kąśliwej uwagi.
- Malva, lordzie - odpowiedziałam z przekąsem, po czym opróżniłam kielich niemal duszkiem.
- Malva... Malva - powtórzył moje imię kilkukrotnie, jakby próbował je zapamiętać. - Nie słyszałem nigdy takiego imienia.
- Cóż, Brann to dość pospolite imię w Szkocji - wymsknęło mi się, jednak szybko się zreflektowałam. - Wybacz, nie chciałam ci uchybić, lordzie.
- Nie uchybiłaś. I nie musisz mnie tytułować.
Sięgnął do mojej twarzy i dotknął policzka. Jego palce zdawały się palić skórę, kiedy powolnie przesunął opuszkami dłoni wzdłuż żuchwy.
Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz, który tysiącem lodowatych szpilek przebiegł po karku.
Po chwili chwycił kosmyk moich włosów, których pukle leżały swobodnie na ramionach.
- Pierwszy raz widzę tak jasne włosy u młódki. Są jak popiół w kominku.
Oplótł pasmo wokół palców, jakby sprawdzał, czy popielaty kolor zejdzie pod wpływem dotyku. Uderzył mnie jego zapach, ciężki, lekko duszący, który sprawił, że poczułam się osaczona i przytłoczona nim.
Stłumiłam jednak pokusę, by zachować dystans. Zamiast tego przygryzłam niewinnie wargę, bym wyglądała na zawstydzoną.
- To po matce - bąknęłam.
- Z tego, co pamiętam, Laother nie ma tak jasnych włosów.
Chyba umarłabym ze wstydu, gdyby ta wywłoka mnie urodziła.
- Nie jest moją matką. To druga żona mojego ojca.
Mężczyzna uniósł czarne, krzaczaste brwi.
- Nie wiedziałem, że sir James owdowiał.
- Wiele lat temu. Moja matka zmarła w połogu, kiedy się urodziłam.
Mężczyzna przytaknął niepewnie. Puścił moje włosy i raz jeszcze podszedł do karafki, by dolać wina do naszych kielichów. Widziałam, że jest nieco zakłopotany - jakby niepewny tego, co powinien zrobić. Nie wiedziałam, czy onieśmielam go swoją młodością i niewinnością, czy zwyczajnie nie wzbudzam w nim pożądania. To pierwsze byłoby dobrą wróżbą, drugie stanowiło pewną komplikację i wymagałoby większej finezji z mojej strony.
Postanowiłam podejść bliżej i nieco rozładować wiszące w powietrzu napięcie.
- Dlaczego tamten mężczyzna nazwał cię krukiem? To jakiś przydomek?
Zaśmiał się pod nosem i na mnie spojrzał. Opróżnił kielich i obejrzał naczynie, jakby zmieszany pytaniem.
- To złośliwe określenie, które przykleiło się do mnie przed laty - odpowiedział.
- Kruk? Dlaczego?
- Widzisz, ziemie Kilmun, gdzie znajdują się moje włości, wyjątkowo upodobały sobie właśnie kruki. Jak wiesz, zwiastują nieszczęście, więc początkowo staraliśmy się je przegonić. Z czasem jednak, kiedy różne sposoby nie przynosiły skutków, nauczyliśmy się żyć obok nich. Ha, co więcej, nawiązaliśmy z nimi pewien sojusz! Widzisz, okazało się, że to naprawdę mądre stworzenia. Przylatują do nas po poczęstunek, a przy okazji swoją obecnością przepłaszają ptactwo z okolicznych pól.
Przyjrzałam się mu z powątpieniem. Kruki zwiastowały śmierć i nieszczęście. Wydawało mi się wielce nierozważne pozwalać im panoszyć się przy posiadłości - a tym bardziej zapraszać do osiedlenia, częstując jedzeniem.
- Dziwna opowieść - bąknęłam pod nosem.
- Sama to niedługo zobaczysz. Kiedy opanujemy sytuację na granicy, zabiorę cię tam. Jestem pewny, że polubisz życie na wsi.
Uśmiechnęłam się niewinnie, choć wewnątrz poczułam bunt na to stwierdzenie. To nigdy nie będzie mój dom. Należałam do Lamontów i za nic miałam złożoną dzisiaj przysięgę. By jednak nie zagłębiać się w sztuczne zapewnienia, postanowiłam zapytać o coś innego, co zwróciło moją uwagę.
- A cóż takiego dzieje się na granicy?
- Nastroje robią się coraz bardziej niespokojne. Anglia wciąż pogrążona jest w wojnie i coś czuję, że i my tutaj zaczniemy to coraz bardziej odczuwać. Przecież w Szkocji też nie ma zgodności.
- Ano nie... - przyznałam dość niedbale.
- Ta nienawiść to paskudna sprawa - kontynuował. - Gdyby ludzie mogli poznać tych, których nienawidzą, i skupić się na tym, co ich łączy, a nie dzieli, być może mogliby przełamać tę wrogość.
Przełamać wrogość?
Poczułam gorycz tych słów. Nienawiść Lamontów do każdego żyjącego Campbella nie wzięła się znikąd. Przez stulecia napadali oni na nasze ziemie, grabili je i zabijali niewinnych w imię pozyskania rodowych ziem mojej rodziny. Jak on mógł mówić o podobieństwach i pojednaniu, kiedy jego ród dopuszczał się takich strasznych zbrodni.
- Nienawiść nie bierze się znikąd - powiedziałam po chwili. - To często odpowiedź na krzywdy, których zaznaliśmy przed laty.
Spojrzał na mnie, a ja nie potrafiłam z jego niebieskich oczu wyczytać, czy gardzi tym, co powiedziałam, czy raczej współczuje.
- Tak mówisz? - Raz jeszcze sięgnął po karafkę.
Nie odpowiedziałam. Wstrzymałam oddech i starałam się zapanować nad ogarniającą mnie złością, która zaczynała mną miotać jak dziecko szmacianą lalką. Campbellowie od lat łupili nasze ziemie, odbierając dziedzictwo mojej rodziny. W tej chwili większość półwyspu Cowal, który niegdyś w całości należał do Lamontów, pozostawała cieniem dawnej świetności, a nam przypadły jedynie tereny wokół Dunoon i część wyspy Bute, jako spadek po wcześniejszych aliansach. Nie godziłam się z tym. Choć dziś przybrałam nazwisko Campbell, gardziłam tym klanem. Wiedziałam, że choćby nie wiem co, nigdy nie wyrzeknę się swojej rodziny.
- Polityka to trudna do zrozumienia rzecz - dodał. - Nie powinnaś zaprzątać sobie nią głowy.
- Nie jestem na tyle głupia, żeby tego nie zrozumieć - odpowiedziałam kąśliwie.
- Niczego takiego nie powiedziałem. Wydajesz się bystrą niewiastą, jednak uważam, że nie jest to coś, o czym powinniśmy rozprawiać w noc po naszym ślubie.
Odstawił kielich, po czym odwrócił się do mnie. Znowu dotknął mojego policzka. Przejechał po nim opuszką kciuka, sprawiając, że lekko rozchyliłam usta. Chyba sprawdzał, jak zareaguję na dotyk. Badał, czy dopuszczę go do siebie tej nocy, bo zdawało się, że rzeczywiście nie zamierza wziąć mnie siłą. Musiałam go jakoś ośmielić, bo choć czułam mdłości na myśl o dzieleniu z nim łoża, wiedziałam, że bez tego nasze małżeństwo nie będzie ważne. Potrzebowałam wkraść się w jego łaski, rozkochać i sprawić, by śpiewał mi sekrety swojego klanu.
Zrobiłam niepewny krok naprzód i położyłam dłoń, na jego ręce, którą trzymał na moim policzku. Przycisnęłam ją lekko do skóry i ostrożnie poruszyłam głową jak łaszący się kot. Przymknęłam powieki, kiedy i on podjął grę. Przyciągnął mnie bliżej i uniósł dłonią twarz, bym na niego spojrzała. Zrobiłam to.
- Wybacz Archibaldowi - szepnął łagodnie. - Przykro mi, ale Lamontowie nie są tu darzeni zaufaniem.
Co ty powiesz?
Darowałam sobie jednak kąśliwy komentarz, jedynie nieśmiało skinęłam głową. Patrzyłam mu w oczy, które przywodziły na myśl kolor nieba w ciepły letni poranek. Jasne, z mnóstwem drobnych ciemniejszych nitek okalających źrenice. Czarne rzęsy sprawiały, że ich barwa wydawała się doprawdy niezwykła.
Chyba udało mi się go zachęcić do większej śmiałości, bo pochylił się nade mną i złożył na moich ustach pocałunek. Jego ciemny zarost połaskotał skórę, przez co z trudem powstrzymałam się, by nie odsunąć głowy. Choć walczyłam ze wszystkich sił, ciało odmawiało posłuszeństwa, spinając się mimowolnie, bo dotyk tego mężczyzny nie był mi miły. Brzydziłam się nim i gardziłam do żywego. Zganiłam się w myślach za tę słabość i zmusiłam, by zapleść dłonie na jego karku, gdy niespodziewanie ktoś pchnął z impetem drzwi izby. Wrota rozwarły się na oścież, a do środka wpadła nieduża grupa mężczyzn.
- Jeszcze w łachach?! - zawołał jeden z nich bełkotliwie. - A jakże to?! Czyżby kuśka nie stawała już na widok takiej powabnej młódki?!
- Dobra, dobra! - Brann mnie puścił. - Wynocha stąd.
- A cóż że?! Bierz ty się, stary kruku, do roboty - wymamrotał pijacko drugi.
Znałam go. To on zagadnął nas w drodze do zamczyska po uroczystościach w kaplicy.
- Bo jak nie, to chętnie cię w tym jakże przykrym obowiązku wyręczymy!
- Jurny z ciebie chłop, Rechardzie, ale miej świadomość, że to nigdy nie kończyło się dobrze - odparł wyjątkowo spokojnie Brann.
- To nie ja nie wypełniam swoich obowiązków!
- Czyżby? Myślę, że Mery będzie zachwycona. Jeśli nie chcesz skończyć dziś w chlewie ze świniami, wytrzeźwiej i okaż nieco szacunku żonie.
Tamten wymamrotał coś niezrozumiale pod nosem. Zorientowałam się, że Brann musiał trafić w jakiś czuły punkt, bo pijaczyna szybko odpuścił. Wymienili między sobą jeszcze kilka kąśliwych uwag, by ostatecznie doszedł mnie trzask drzwi, które zamknęły się za nieproszonymi gośćmi. Mężczyzna, którego poślubiłam, oparł się ramieniem o skrzydło i westchnął bezsilnie. Po chwili na mnie spojrzał.
- Wybacz, przez ostatnie konflikty nie mieliśmy tu zaślubin od lat. Popili i szukają zabawy. - Zbliżył się i dość niepewnie przejechał dłonią po moim policzku. - Nie dadzą nam spokoju, jeśli nie dopełnimy formalności. Zapytam więc wprost: przyjmiesz mnie tej nocy?
Zaskoczyła mnie jego nieporadność. Byłam drobna, bez wysiłku mógłby zmusić mnie do wszystkiego, czego by tylko zapragnął. Miał takie prawo, a jednak zachowywał się tak, jakby nie wiedział, w jaki sposób powinien posiąść kobietę.
Objął mnie, kiedy przytaknęłam na jego pytanie. Ucałował w czoło, po czym przejechawszy wargami po nosie, odnalazł usta. Zmusiłam się, by położyć dłoń na jego czarnych jak noc włosach. Początkowo był nieco niepewny, nim odkrył, że nie zamierzam się opierać. Stał się bardziej łapczywy, a ja starałam się udawać pożądanie do kogoś, kim gardziłam nade wszystko.
Chwyciłam za tartan, spięty na jego ramieniu, i ostrożnie wypięłam z niego broszę z herbem Campbellów przedstawiającą łeb dzika. Jakże rozkosznie do niego pasował. Obrzydliwy wieprz, z którym musiałam dzielić łoże, rozwiązał sznurki mojego gorsetu.
Odłożyłam broszę na stół i odrzuciłam połę tartanu, która opadła na plecy mężczyzny. Choć wiedziałam, co robię i co mnie czeka, czułam, jak mój oddech zaczyna drżeć. Działałam na polecenie brata, ale czułam się jak zdrajczyni bezczeszcząca swe ciało i zdradzająca własną rodzinę. To budziło we mnie jeszcze większą odrazę, dlatego starałam się przywołać miłe wspomnienia i nie myśleć o tym, co działo się w tej komnacie.
Kiedy stałam jedynie w samej koszuli, ten, któremu zmuszona byłam przysiąc, poprowadził mnie do łoża. Przez cały czas bacznie mi się przyglądał, jakby sprawdzał moją reakcję i doszukiwał się potwierdzenia swoich działań. Byłam posłuszna niczym jagnię. Udawałam niewinną, pokorną i pozwalałam, by to on nadawał pęd temu, co działo się między nami. W jego oczach byłam przecież cnotliwa i nie powinnam była wiedzieć, co mnie właściwie czeka. A wiedziałam - i to było najgorsze.
Utonęłam w wykrochmalonej pościeli i uciekłam myślami do domu i chwil, które spędzałam z bratem. To pomogło, bo nie musiałam myśleć o tym, co się teraz działo. Brann starał się być delikatny, kiedy jego szorstkie dłonie jeździły po skórze. Uniósł moje biodra i połączył nas w miłosnym akcie.
Jęknęłam, ale bynajmniej nie z rozkoszy. Nie czerpałam przyjemności, ponieważ zioła, które znajdowały się w moim wnętrzu, zadziałały tak, jak powiedział mi Hamish. Krwawnik sprawiał, że zbliżenie raniło me łono, a mnie pozostało tylko dotrwać do końca i mieć nadzieję, że mężczyzna się nie zorientuje, że nie jestem dziewicą. Gdyby tak się stało, czekałoby mnie o wiele trudniejsze życie, nie wspominając o hańbie, która okryłaby cieniem całą moją rodzinę.
Próbowałam to przetrwać, przypominając sobie, dlaczego tu jestem i jaką mam misję do wypełnienia. Każda informacja, najdrobniejszy, zasłyszany niuans mogły się okazać kluczowe dla mojego klanu. Dzięki ofierze, którą złożyłam ze swojego życia i ciała, Lamontowie mogli przewidzieć ruchy naszych wrogów. Zapobiec im, być może uprzedzić. Rozumiałam, że to nasza szansa, dlatego starałam się odegrać swoją rolę tak dobrze, jak tylko mogłam.
1 Torc (ze szk.) - Dzik (przyp. aut.).