Ładna historia - Marcin Gliner

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II. Woń zdechłej ryby

Brzydkiego obudziło ostre, styczniowe słońce. Leżał ze śliwkowym limem pod prawym okiem i pomidorową, zakrzepłą krwią pod nosem. Dawno nic nie jadł, ale ostatnie wydarzenia i ból głowy odebrały mu apetyt. Zanim uruchomił szare komórki, przypomniał sobie dziwny sen, przerwany przez migrenę. Albo kaca.

Śniło mu się, że, w niewyjaśnionych okolicznościach, zaginęła jego ukochana, przecudowna, schłodzona specjalnie na wieczór, substancja alkoholowa. To był bardzo świadomy i dobrze zapamiętany sen. W domu kręciło się kilka osób. Co chwila ktoś wchodził i wychodził, więc krąg potencjalnych podejrzanych nie był zamknięty. Było to dla śniącego bardzo irytujące. Tak samo, jak intensywność i powtarzalność poszukiwań. Brzydki poświęcił na nie niemal cały sen. Sprawdzał po kilka razy w lodówce i w tych samych szafkach oraz przepytywał tych samych ludzi. Nawet senny przerywnik, jakby sen w śnie, w którym majaczyły słońce, plaża i morze, nie osłabiły jego determinacji. Bo na plaży znalazł barek. Stwierdził, że to jego domowy, osobisty, wspaniały barek. Niestety, penetracja wnętrza nie przyniosła oczekiwanego efektu. Znowu tylko puste butelki i, zapewne złośliwie pozostawione, opróżnione szklanki.

Wakacyjny przerywnik się skończył. Powrót do mieszkania. Tam już bez gości. Porwała ich inna senna rzeczywistość - pomyślał Brzydki. - Poszli wkurwiać innego śniącego lub, po prostu, ich nędzna, złodziejska i alkoholowa egzystencja zakończyła swój oniryczny byt definitywnie. Bo kto przywłaszcza cudzą, specjalnie na wieczór spreparowaną substancję alkoholową, nie ma duszy - i na taki los zasługuje. Przynajmniej znowu będę sam. Czyli - w doborowym towarzystwie.

Następny obraz, wykreowany przez śpiący umysł, doprowadził w końcu Brzydkiego do rozwiązania zagadki. Na podłodze, w przedpokoju zauważył dziwny, niepasujący do otoczenia przedmiot. Patrząc na tajemniczy obiekt, zrozumiał, dlaczego nie mógł znaleźć swojej ukochanej substancji. Bo szukał pełnych szklanek i nienapoczętych butelek. Wyłączając zupełnie możliwość potraktowania, jako naczynia przeznaczonego do spożywania alkoholu, również innych przedmiotów. Na przykład, obserwowanego właśnie, zlokalizowanego w przedpokoju, flakonu po kwiatach, w którego wnętrzu pozostało tylko trochę wody i śladowe już ilości na wpół roztopionych kostek lodu. Poza tym, nic. Ten smutny widok sprawił, że Brzydkiego rozbolała głowa. I ostatecznie się wybudził.

Leżał na podłodze w przedpokoju. W mieszkaniu Ładnej. Tym razem w asyście ciszy absolutnej, już bez muzyki włoskiego mistrza w tle.

Ponowna, jeszcze bardziej powierzchowna, penetracja kolejnych pomieszczeń nie wniosła nic do, spaczonej kacem i obrażeniami twarzoczaszki, świadomości Brzydkiego. Cudowne oświecenie nastąpiło dopiero przy wyjściu. Bo jedynym absolutem w jego nędznym życiu - oprócz bezgranicznej, niespełnionej miłości do Ładnej - był nieznośny zwyczaj niezamykania za sobą drzwi. A te... były zamknięte! Od środka. Przy użyciu wkładki, której od zewnątrz zamknąć się nie da...

Z postępującego poczucia niepokoju i bezsilności Brzydkiego wyrwała natrętna myśl. Najbardziej błyskotliwa, jaka ostatnio go naszła. Oto nastąpił koniec! Tak właśnie wygląda kres życia we względnej świadomości. Wieloletnia i codzienna walka Brzydkiego z trzeźwością właśnie finiszuje. Wóda zniszczyła mi mózg - dokonał wstępnej diagnozy Brzydki. Bo przecież Odrażający Typ nie wyszedł z mieszkania przez okno. To jest drugie piętro. Drugie piętro przedwojennej kamienicy. Czyli, właściwie, trzecie piętro. Zdecydowanie za wysoko na skok. Albo za nisko - tutaj znowu odezwało się częściowe upośledzenie mózgu Brzydkiego - na skok ze spadochronu. W zasięgu wzroku nie widać też żadnych, budzących podejrzenia, osób chodzących na szczudłach. A na wysokości okien nie ma balkonów, drabin, podnośników czy innych szatańskich przedmiotów, za pomocą których Odrażający Typ mógłby z Brzydkiego tak strasznie zakpić. Czyli albo on nadal jest w domu, albo godzę się z zaistniałą rzeczywistością i idę się zamknąć do psychiatryka - Brzydki rozważał intensywnie obie opcje.

Efekt kolejnego przeszukania mieszkania, tym razem bardzo skrupulatnego, był taki sam, jak poprzednio. Pusto.

A może on jest tylko wytworem wyobraźni? Teoretycznie - Brzydki jeszcze raz dokonał przed lustrem obdukcji brzydkiej twarzy - obrażenia prawego oczodołu i nosa mogły powstać bez udziału osób trzecich. W wyniku upadku, na przykład? Albo niefortunnego wyliczenia odległości od zbliżającej się framugi?

Fascynujący żywot Brzydkiego bogaty był w podobne przypadki. Przy każdej kolejnej, czy to chałupniczo-amatorskiej, czy szpitalno-profesjonalnej obdukcji Brzydki rozważał zakup kasku. Specjalnego, kaskaderskiego. Bardzo praktycznego w wolne wieczory. Gdzie taki kupić? W sklepie dla kaskaderów? Czy w monopolowym? I czy są w ogóle sklepy dla kaskaderów? I - ile wczoraj wypiłem? Czy na tyle dużo, żeby wykreować alternatywną rzeczywistość, w której nie ma Ładnej, a pojawił się Odrażający Typ? I dlaczego drzwi są zamknięte od środka? Drzwi, których, za pomocą tej konkretnej, cholernej wkładki, nie da się zamknąć od zewnątrz. Może rozdwojenie jaźni? - pomyślał. Ten prawdziwy, ten stary Ja na pewno ich nie zamknął. Ale ten nieprawdziwy, ten nowy Ja, mógł. Nie znam go. Nie wiem, jakie licho mu w głowie siedzi. Co myśli, jakie ma zamiary, czub pierdolony. Na razie jest wstydliwy i siedzi gdzieś w kącie, skulony, przestraszony, nie gotowy jeszcze na psychopatyczny coming out. Ale konfrontacja w końcu nastąpi. Bo tak w milczeniu za długo ze mną wytrzymać nie można. Jestem zbyt wkurwiający.

Na razie dał spokój tym myślom i zaczął gorączkowo wydzwaniać. Do Ładnej, Siostry Ładnej, Brata Ładnej, Matki Ładnej. Nieodebrane lub brak sygnału. Coś mu mówiło, że telefon na policję będzie złym rozwiązaniem. Intuicji na razie posłuchał. Wyszedł z mieszkania. Zapukał do drzwi naprzeciwko. Tych z numerem 6.

Całkiem to w sumie logiczne - pomyślał - żeby umiejscowić obok siebie mieszkanie z numerem 13 i numerem 6. Typowa numeracja przedwojennych kamienic. Koszmar dla nowego w rejonie listonosza czy dzielnicowego.

W oczekiwaniu na reakcję mieszkańca lokalu nr 6, Brzydki oddychał ustami. Chwilowo zatkał obolały nos, żeby chociaż trochę ograniczyć wszechobecną woń zdechłej ryby. Zapach ten zamieniał się w odór, w miarę powolnego, niepewnego otwierania drzwi lokalu nr 6. Za nimi ukazała się równie niepewna postać. Szczupły, blady, lekko przygarbiony młody mężczyzna. Aparycja studencika piątego roku filozofii lub seryjnego mordercy. Trudno ocenić, bo od rybiego smrodu Brzydkiemu zaczęły łzawić oczy. Odruchowo zaczął się rozglądać po mieszkaniu w poszukiwaniu rybich głów, ogonów lub ości.

- Szukam sąsiadki z trzynastki - Brzydki przerwał w końcu wstępne, bezowocne oględziny mieszkania.

- Tej ładnej? - zapytał Studencik nieśmiało.

- Tak.

- Nie - odpowiedział Studencik. W ocenie Brzydkiego, odpowiedział zbyt szybko i zbyt treściwie. I nie do końca była to odpowiedź na zadane pytanie.

- Mieszkasz tu w ogóle? Byłeś tu wczoraj? Coś słyszałeś? Jakieś krzyki, awantury, akty przemocy? I... co tu tak jebie?! - Brzydki, nie czekając na odpowiedzi i nie napotykając oporu ze strony Studencika, wszedł do środka. Czuł, że rozmowa nie będzie się kleiła, więc dalsze stanie w progu nie miało sensu. Podszedł do najbliższego otwartego okna, walcząc po drodze ze skurczami przełyku.

Mimo wstępnych trudności, nawiązała się między nimi jakaś dziwna nić porozumienia. Brzydki miał bowiem niezwykły talent zjednywania sobie outsiderów, dziwaków, społecznie wykluczonych indywidualistów. Właśnie trafił na kolejnego przedstawiciela takiej niszy.

To chyba początek wielkiej przyjaźni - pomyślał.

- Tak. Pewnie, że tu mieszkam - odpowiedział Studencik, uśmiechając się nieznacznie. Jakby w opozycji do swojej poprzedniej odpowiedzi, chciał tym razem zadowolić pytającego.

Brzydkiego nie wyprowadziło to z równowagi. Zrozumiał, że ma do czynienia z jakimś rodzajem autyzmu lub nieodpowiedniej diety, niedoboru glutenu, nadmiaru kwasów omega 3. A to mogło przysłużyć się jego sprawie. Bo prawdziwy dziwak dostrzega lub może dostrzec rzeczy, które zwykłemu śmiertelnikowi umykają. Ma też mniejsze skłonności do konfabulacji czy ukrywania istotnych faktów.

Brzydki dobrze ocenił nowego przyjaciela. W długiej i niełatwej rozmowie ustalił parę faktów. Tak - faktów. Bo, co do wiarygodności przekazu Studencika, nie miał raczej wątpliwości.

Studencik zamieszkuje cuchnący rybą lokal od sześciu lat i czterdziestu ośmiu dni. Mieszkanie dostał po zmarłej Babci. Na imię miała Leokadia i zmarła w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat i dwustu osiemdziesięciu sześciu dni. Zmarła w domu podczas snu. Była dobrym człowiekiem i robiła przepyszny rosół. Z domowym makaronem. Na wiejskich jajkach. Dziadka nie pamiętał. Zaginął, gdy Studencik miał cztery lata. Do dzisiaj nie został odnaleziony. Dziadków ze strony ojca nie poznał wcale. Ojca też nie, bo, według relacji Mamy, był on tchórzem i wiecznym uciekinierem. Najpierw uciekł z seminarium, a potem od ciężarnej Mamy. Ta już nie związała się potem z żadnym mężczyzną. Poświęciła się wyłącznie wychowaniu syna i życiu zawodowemu, pracując jako pielęgniarka. Studencik nie miał zatem męskich wzorców.

Mieszkanie po babci Leokadii ma cztery pokoje. Łączny metraż: 63,35 m. Wyposażone w instalację wodociągową oraz elektryczną. Gazu brak. Dlatego Studencik nie lubi pory jesienno-zimowej. Zawsze jesienią jedzie do Mamy na wieś i dostaje od niej więcej pieniędzy na rachunki za prąd. A nie lubi tego, bo czuje, że traci wtedy na dorosłości. Faktycznie, był kiedyś studentem, ale naukę przerwał na czwartym roku. Studiował "Przyrodoznawstwo i Filozofię Przyrody" na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Aura odmieńca towarzyszyła mu już od wczesnych lat. Środowisko rówieśnicze nie było dla niego obojętne. Było bardzo niedobre. Na czwartym roku znalazł pracę. Zatrudnił się jako ochroniarz na parkingu. Zajęcie w sam raz dla urodzonego samotnika. Kilka razy bezskutecznie próbował zostać policjantem, ale nigdy nie udało mu się przejść etapu testów psychologicznych. Aktualnie jest właśnie w trakcie kolejnej procedury rekrutacyjnej. Z domu wychodzi bardzo rzadko. Prawie wcale. Ma dwadzieścia sześć lat i sto dwa dni. Mieszka sam. Nigdy nie był na rybach, nie pracował w sklepie rybnym, nie ma akwarium, a przed niespodziewaną wizytą Brzydkiego zabierał się do marynowania mięsa na kotlety schabowe, a nie patroszenia pstrąga. Nie jest też seryjnym mordercą, ani nie przechowuje ciał ofiar dla jakichkolwiek seryjnych morderców. Studencik cierpi na, niezwykle rzadko spotykaną, chorobę o nazwie Trimetyloaminura. Stwierdzonych dotychczas na świecie jest nie więcej niż tysiąc przypadków. Są to genetyczne zaburzenia metaboliczne, wywołujące ten rybi fetor. Sprawa jest przegrana. Żaden prysznic, żadne najdroższe perfumy nie pomogą.

Studencik kojarzy Ładną. Bo jest ładna, ma fajną pupę, duże cycki, piękny uśmiech, ładnie pachnie i, jako jedna z nielicznych w kamienicy, odpowiada Studencikowi na Dzień dobry. Ostatni raz widział ją wczoraj, o godzinie 09:34. Wychodziła z mieszkania. Sama. Włosy uczesane w kok, czerwona szminka i czerwone szpilki. Szary płaszcz. Pod płaszczem coś czarnego, ale nie wiadomo czy sukienka, czy spódnica. Bo Studencik nie wie, jaka jest między nimi różnica. Ten szczegół pozostał dla obu niewyjaśniony, bo Brzydki też nie wiedział. Ładna miała ze sobą czerwoną torebkę. Taką zwykłą, "kobiecą". Nie taką "na lotnisko lub peron". Z mieszkania Ładnej od momentu, kiedy tu mieszka, czyli od sześćdziesięciu czterech dni, raczej nie dobiegały niepokojące odgłosy. Przeważnie cisza i spokój. Sporadycznie kobiece krzyki. Chyba jej. I zawsze wtedy, kiedy do jej mieszkania przychodził Brzydki. Tak. Studencik kojarzył też Brzydkiego. Bo jest brzydki, często odwiedza Ładną, śmiesznie chodzi i czasami jeszcze śmieszniej się przewraca. Co do sporadycznych krzyków Ładnej, Studencik, jak stwierdził, nie interweniował, bo przeważnie były one bardzo krótkie...

- No, dobra - uciął Studencikową tyradę Brzydki. - Interesuje mnie dzień wczorajszy. Czy?...

- Wczoraj mnie nie było - przerwał błyskotliwie Studencik. - Byłem u Mamy. Wyszedłem zaraz za Panią Ładną, gdzieś po 09:48. Wróciłem dzisiaj. Właściwie, to przed chwilą.

Studencik nie był zbyt inteligentny emocjonalnie, ale z grymasu na twarzy Brzydkiego domyślił się, że informacja ta nie należała do najlepszych.

- Dobra. Ubieraj się. Wychodzimy. Coś czuję, że jeszcze będzie z ciebie pożytek - zarządził nieoczekiwanie Brzydki.

Po czym chwilę się zastanowił. Trudno będzie tego cudaka wyciągnąć z mieszkania. Za bardzo wrósł. Daleko posunięta fobia społeczna. Nie ma się co dziwić. Ciekawe, co zaraz wykombinuje, żeby tylko zostać. Że zimno, że kotlety niedokończone, że musi posprzątać. No faktycznie - w mieszkaniu niezły pierdolnik. Jakby urządzono tu turniej sumo, wcześniej zmuszając zawodników do obejrzenia jakiegoś gównianego polskiego serialu ze słowem "miłość" w tytule.

- Ale po co? Dlaczego ja? - zaoponował Studencik. I, nie czekając na odpowiedź, dodał: - Jest zimno. I kotlety muszę...

- Bo Ładna ma kłopoty, a ja Ładną bardzo lubię.

- Ale...

- Bo... - Brzydki urwał błyskawicznie. I, mówiąc spokojnie, prawie czule, dodał: - Lubię na nią patrzeć, lubię jej słuchać, lubię ją dotykać, lubię ją wąchać i lubię ją... I potrzebuję twojej pomocy w jej odnalezieniu. Bo jesteś mądry. Bo dużo widzisz i masz dobrą pamięć - uzasadnił zupełnie szczerze.

Redaktor Władysław Zwoleń

Projektant okładki Tomasz Maltański

Korektor Władysław Zwoleń

Korektor Ewa Zet (konsultacje techniczno-kryminalistyczne)

? Marcin Gliner, 2021

? Tomasz Maltański, projekt okładki, 2021

Ona znika. On rozpoczyna prywatne śledztwo. Towarzyszą mu dziwne zdarzenia, zbiegi okoliczności i osobliwe charaktery. Nierzadko stanowiąc tylko pretekst do refleksji nad ludzką głupotą i społecznymi patologiami. W tle krew i odcięte części ciała, a także liczne literackie, filmowe, muzyczne i historyczne odniesienia.

Pełen groteski i ironii antykryminał nie tylko dla sympatyków damskiego fryzjera Eduardo Mendozy czy humoru Monty Pythona.

ISBN 978-83-8245-149-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero