Lacrima - Anna Maria Pomianowska

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2016

? Copyright by Anna Maria Pomianowska, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Korekta: Klaudia Dróżdż

Skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-988-6

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

Zniszczyłeś wszystko wokół mnie,

Lecz mnie nie dostałeś.

Zatrułeś mnie od wewnątrz,

Lecz na zewnątrz nie zdołałeś.

Oparzyłeś moją skórę,

Nie spaliłeś siły.

Patrz, jak chcesz, na te łzy, które się zaszkliły.

Każdy płacze równo – kobieta i mężczyzna.

Pij moje łzy, jeśli chcesz.

Smakują jak trucizna...

PROLOG

Mówiono, że przybyła z piekła. Że sam diabeł wysłał ją na ziemię i uczynił swoją marionetką.

Wielu nie wiedziało lub – omamionych jej aktualnymi czynami – zapomniało, jaką gehennę musiała przejść szatańska wysłannica, nim zasłużyła na swoje miano.

Była krwiożerczym, bezlitosnym stworzeniem. Z zewnątrz – pięknym. Jednak tego piękna zabrakło w jej duszy. Tam nie było nic prócz ciemności.

Zasiano ją tam w noc poprzedzającą jej siedemnaste urodziny i zrobiono to wbrew jej woli. Już nigdy nie przekroczyła tego magicznego progu fizycznej dojrzałości. Została na zawsze uwięziona w ciele liczącym tylko szesnaście lat. Jednakże pod wiecznie jędrną skórą umysł i dusza ewoluowały w najlepsze. Z biegiem lat umysł produkował coraz dziwniejsze myśli, coraz bardziej przerażające pomysły, krok po kroku tworząc docelową ideologię, która owładnęła nie tylko nim samym, lecz także duszą, dodając jej coraz więcej mroku.

Przeklina dzień, w którym się nimi zafascynowała, w którym zaczęła czytać tamte książki. Dzień, w którym sama skazała się na zgubę.

Poniżoną, wystraszoną, pozbawioną bliskich zabrano ją w odległe, obce miejsce i zmieniono w kogoś, kim nigdy nie chciała zostać – bezduszną bestię, której możliwości nie były do końca znane nawet jej samej.

A to wszystko zaczęło się tego jednego wieczora. I choć była zbyt otumaniona, żeby do końca wiedzieć, co się z nią działo, to nigdy do końca nie zatarł się on w jej pamięci. Cały czas wspominała te okropne uczucia upokorzenia, bezradności i wstrętny zapach krwi na jej ciele.

Ten, który jej to zrobił, był pozbawiony wszelkich skrupułów. Kierowany niepohamowaną żądzą, zrobił z jej życia ziemski odpowiednik piekła, z którego rzekomo miała się wywodzić.

"Młoda, niewinna, wrażliwa... – taka wtedy była".

Taka zafascynowana jego gatunkiem! Bezbronna, ludzka dziewczyna stanowiła dla niego idealną kandydatkę... na żonę. I w ten sposób skromna, odosobniona nastolatka stała się bezlitosnym potworem, który wzbudzał strach zarówno u ludzi, jak i u swoich zwierzchników.

W świecie krąży pewna teoria. Ona była jej potwierdzeniem. W końcu każda ofiara może prędzej czy później zamienić się w kata.

ROK 2011

ANNA

Ponoć klęska to tylko puste pojęcie, nieszkodliwe słowo. To kłamstwo. Coś tak abstrakcyjnego nigdy nie powinno obarczać żadnego fizycznego bytu! I choć bywa zbyt ciężka do udźwignięcia, to jednak jakże łatwo ją ponieść... To lekka, mała morderczyni. Rozkoszny pasożyt zawładnął mną niedawno. Właściwie wyżarł mnie do tego stopnia, że wkrótce zatraciłam własny kształt. Nie jestem już człowiekiem, nie jestem też zwierzęciem, nie jestem nawet żyjącą istotą. Teraz jestem tylko klęską. I tylko pod tą postacią mogę dalej żyć, choć od dawna mnie już nie ma...

Kiedy zabrano mi człowieczeństwo, już właściwie czułam się na wpół martwa. Przygotowywałam się do własnej klęski, stając się tym jałowym pasożytem, lecz nadal skrywanym pod inną, tak przepięknie zdradziecką formą. Skąd biegnie mój głos, wie może tylko sam Bóg, jeżeli jeszcze nie obrzydłam do końca jego wszechwidzącym oczom. Jeżeli nawet miałby przepaść w próżni, nigdy nie docierając do celu, to nic. Opowiem to wszystko pierwszy i ostatni raz. Może komuś, może tylko sobie. Ale poślę moje słowa, by leciały w poszukiwaniu słuchacza, niech moje myśli podążają w ślad za nimi...

***

"Ślub jest z reguły radosną ceremonią..."

Czy aby na pewno? Co jeśli pociąga za sobą sznur przykrych zdarzeń i tragedii?

"...niestety, dla mnie oznacza utratę siebie".

I dalej będzie oznaczać. Straciłam prawo istnienia wśród ludzi, a wciąż nie miałam go w moim nowym życiu. Małżeństwo z jednym z tych, których już miałam się nie bać, a zacząć z nimi współegzystować, było sposobem na zapewnienie sobie tożsamości.

"A może wcale się nie zmienię?"

Zmiana była nieunikniona.

"Lepiej się nie oszukiwać. Bo w końcu czym teraz się zajmę, jeśli nie zabijaniem własnego ja?"

Od razu stałam się inną osobą, tylko nie potrafiłam tego dostrzec.

"To już niedługo, to za chwilę... Nie!"

Czekałam w ogromnej ciemnej sypialni, aż narzeczony weźmie mnie przed ołtarz. Miałam na sobie białą suknię, jak przystało na pannę młodą. Nie dano mi jednak welonu i bukietu kwiatów, nie podarowano mi też uśmiechu.

"Tak samo pewnie czuła się Maria Antonina, kładąc wypieszczoną główkę pod brudny topór kata" – myślałam, gniotąc delikatny materiał sukni na wielkim łożu pośrodku pokoju.

Głośny tupot stóp na korytarzu przeszkodził mi w tej bezcelowej czynności, a potem drzwi otworzyły się z krótkim, ale głośnym hukiem. Pojedynczy płomień świecy stojącej na szafce obok nie zdołał w pełni oświetlić postaci. Spuściłam nieco wzrok i wstrzymałam oddech. Zdało mi się, że ogromny wąż przebija swymi świecącymi od złości oczami gęstą ciemność pomieszczenia. Zamknęłam oczy w nadziei, że męczący sen dobiegnie wreszcie finału. Cały czas jeszcze naiwnie się na to nabierałam. Słyszałam, jak coś zbliża się powolnym krokiem w moją stronę. Podłoga skrzypiała boleśnie pod jego stopami, towarzyszyło temu sapanie i rozchodzący się duszący, niezidentyfikowany zapach – ani ładny, ani brzydki, po prostu kompletnie nieznany. W pewnym momencie stąpanie ucichło, a ja odważyłam się wreszcie otworzyć oczy. Postać stała teraz wystarczająco blisko świecy i mogłam ją zobaczyć w całej okazałości. Przerażające ślepia błyszczały na bladej, pociągłej, wychudłej twarzy. Ręce zwisały tuż przy tułowiu swobodnie, jakby ich właściciel nie miał nad nimi żadnej władzy. Zobaczyłam dłonie tak kościste, że trudno było dostrzec na nich skórę. Z palca wskazującego wystawał ostry szpon. Jeszcze raz spojrzałam w górę. Nienaganna fryzura ułożona z jasnych włosów, prosta postawa i elegancki strój stanowiły wręcz paradoksalny kontrast dla reszty ciała. Osobnik był płci męskiej i najpewniej bohaterem najgorszych koszmarów i jaw, jakie mogły nawiedzić człowieka. Takiego męża nie życzyłabym najgorszemu wrogowi. A jednak niedługo miał nim zostać. To z nim miałam kroczyć przez wieczne życie, które mi narzucono.

– Już czas – powiedział chrapliwym, beznamiętnym głosem.

Wstrzymałam oddech, tracąc resztki nadziei, która jeszcze minutę temu tliła się gdzieś bardzo głęboko. Mój narzeczony podał mi rękę.

– Załóż jeszcze to. – Sięgnął do kieszeni i rozłożył przede mną perłowy naszyjnik. Potulnie sięgnęłam po biżuterię, ale moja ręka została powstrzymana. – Pozwól, że ja to zrobię.

Pozwoliłam. Odgarnął moje włosy i po chwili jego oddech schłodził mi kark. Nieuniknione skojarzenie przywołało bolesne wspomnienia.

– Za pięć minut w ogrodzie, przy wielkiej jabłoni. – Usłyszałam jeszcze. Po raz pierwszy od długiego czasu odważyłam się na dłużej zatrzymać wzrok na jego twarzy.

Widząc to, uśmiechnął się chytrze, ukazując przy tym swoje przerażające uzębienie. Wzdrygnęłam się, zapominając, że teraz i ja mam bardzo podobne. Potem wampir wyszedł z sypialni. Na chwilę jakby straciłam czucie w całym ciele, które opadło z powrotem na łóżko z bezwładnością szmacianej lalki.

"Ostatnie chwile wolności. Jutro o tej porze będę już jego żoną..."

J e g o imię brzmiało Aleksander.

"...po wieczne czasy".

Odkąd oficjalnie stało się wiadome, że to ja będę żoną Aleksandra, zasypywano mnie upomnieniami. Wiele z nich umknęło mojej uwadze, ale jedno cały czas nie dawało mi spokoju.

"Nie mogę zakończyć tego małżeństwa. Pod żadnym pozorem..."

Dla wampirów słowa przysięgi: "Aż was śmierć nie rozłączy", nie są błahą formułką. Traktują je nazbyt dosłownie. Wyjście z inicjatywą zakończenia związku równa się wydaniu na siebie ostatecznego, nieodwracalnego wyroku. Na myśl o tym robiło mi się słabo. Przymknęłam oczy i zaczęłam nerwowo skrobać śliską pościel paznokciami.

Nagle poczułam nieodparty głód, moje gardło ścisnęło się, jakby niewidzialna ręka chciała mnie udusić. Choć być może krew zwierzęca by wystarczyła, nie można mi było robić im krzywdy. Wampirze zasady na to nie pozwalały. Zresztą i tak bym się na to nie zdobyła, ponieważ stworzenia te były moimi jedynymi przyjaciółmi i najwierniejszymi towarzyszami, od kiedy przybyłam do zamku. Na szczęście niespodziewanie przypomniało mi się, gdzie trzyma się zapasy krwi na takie okazje. Otworzyłam hebanową szafkę stojącą przy kominku, gdzie stały rzędem poustawiane szklane buteleczki przeplatane dziwnymi, skrzącymi się, niebieskimi kamykami, rzekomo zapobiegającymi krzepnięciu osocza. Chwyciłam jedną z nich. Odkorkowałam w mgnieniu oka i błyskawicznie wchłonęłam jej zawartość. Zazwyczaj nikt w zamku nie żywił się w ten sposób. Krew, którą wypiłam, trzymano w razie nieopanowanych napadów głodu, gdy nie ma czasu na polowanie. Ja nie miałam czasu. Panna młoda nie powinna spóźnić się na własny ślub, nawet jeżeli nie śpieszy jej się do małżeństwa.

***

Ogród otaczający zamek stanowił idealne odzwierciedlenie jego mieszkańców – był jakby zawieszony między życiem a śmiercią. Drzewa były nagie, o suchych, kościstych gałęziach, a na jedyną oprócz nich roślinność składały się dzikie puszyste łopuchy, gdzieniegdzie ponadgryzane przez łapczywe robactwo. Cały krajobraz przywodził na myśl jesienny park, tylko że kompletnie odarty z ciepłych, malowniczych kolorów. Jedynie na niewielkim skrawku ziemi, solidnie odgrodzonym od pozostałej brzydoty, rosły przepiękne czerwone róże o obfitych, soczystych pąkach, hodowane przez Aleksandra. Były jedynym, co ten wampir otaczał troską, jedynym, o co szczerze dbał. Ich piękno bolało mnie, gdy na nie patrzyłam, nie kojarzyły mi się bowiem z dobrymi wspomnieniami.

Wielka jabłoń nie znajdowała się w głębi ogrodu, od głównego wyjścia natrafiało się na nią praktycznie od razu. Określenie "wielka" zawdzięczała nie tylko swoim gabarytom, lecz także powadze funkcji, którą pełniła. Dla mieszkańców tego zamku zajmowała bowiem miejsce ślubnego ołtarza. Długa biała suknia, w którą byłam ubrana, ciągnęła się po ziemi, jej rąbek stopniowo zacierał się od brudu.

Pod umówionym drzewem ujrzałam Aleksandra, stojącego w dumnej postawie wyćwiczonego lokaja i kierującego wiecznie nieodgadniony wyraz swojej twarzy w niebo. Dłonie zadrżały wbrew mojej woli.

Dookoła nas zebrali się goście weselni – wszyscy lokatorzy zamku, a także wampiry, których wcześniej nie znałam. Wiele tych twarzy pamiętałam z zamkowych korytarzy, zawsze były wśród nich te bardziej i dużo mniej życzliwe. Pierwsi mieszkańcy mieli przynajmniej jakieś osiemset lat, pamiętali czasy baroku, renesansu, a nawet koniec średniowiecza. Rozglądając się w zdenerwowaniu wśród tłumu, przyuważyłam dwóch krwiopijców uśmiechających się pobłażliwie. Aleksander zdawał się zupełnie obojętny na wszystko.

"Obojętny na mnie, obojętny na moje cierpienie. Wtedy, teraz i zawsze".

Dopiero gdy stanęłam tuż przed nim, spojrzał mi prosto w oczy. Przenikał mnie chłodnym spojrzeniem swoich wężowych ślepi, aż parzące gorąco zaczęło zalewać mi klatkę piersiową. Starałam się odwracać wzrok, ale presja, jaką wywierali na mnie goście, nakazywała mi tego nie robić. Bałam się zobaczyć to, co w tych oczach było najgorsze. Bo one skrywały straszną tajemnicę, którą na szczęście nie każdemu dane było poznać.

Ślub przebiegał spokojnie, mniej więcej tak jak u ludzi, tyle że bez księdza i niektórych formuł. Dopiero gdy mężczyzna, który prowadził ceremonię, wypowiedział słowa: "Aż was śmierć nie rozłączy...", lekko drgnęłam, a Aleksander spojrzał na mnie wymownie. Starałam się za wszelką cenę zachować ten sam wyraz twarzy, by pokazać, że nie jest w stanie mnie zdominować, zastraszyć.

"Koniec..."

Ku mojemu zaskoczeniu, rozległy się brawa.

"Przyklaskujecie tylko mojemu nieszczęściu" – pomyślałam z goryczą.

Chciałam odejść, ale złapał mnie za rękę. Jego szpon zaczął wbijać mi się w skórę, powodując ból.

– A pocałunek? – wychrypiał i gwałtownym ruchem przyciągnął mnie do siebie.

Od kiedy skończyłam dwanaście lat, uważałam, że to chyba najprzyjemniejsza część ceremonii ślubnej, ale teraz niezbyt mi się do tego śpieszyło. Moje pierwsze doświadczenie z takim rodzajem pieszczoty nie miało nic wspólnego z jakąkolwiek przyjemnością. Przeważały w niej łapczywość i brutalność. Zbliżyłam się do mojego męża, oczekując dzikiego ataku na moje usta. Ku mojemu zdziwieniu on tylko delikatnie naparł na nie wargami. Jego wstrzemięźliwość, zamiast uspokoić, tylko bardziej mnie zaniepokoiła. Być może powstrzymywał się ze względu na gości. Chwilę potem jego ciężki oddech wlał mi się do gardła. Kiedy wreszcie oderwałam się od Aleksandra, na jego twarzy malowała się satysfakcja. W tym samym momencie moja suknia nagle przykleiła się do ciała, a na nogach poczułam spływającą wartkim strumieniem wilgoć, jakby przed chwilą coś na nie chlusnęło. Spojrzałam na Lione, młodą wampirzycę, która należała do osób mi życzliwych. Trzymała w rękach średniej wielkości niczym niezdobioną wazę. Zerknęłam w dół. Biały materiał zabarwiał się szkarłatem. Po charakterystycznym zapachu zorientowałam się, że to krew. Lione zamaszystym ruchem wylała resztę zawartości naczynia.

– Jak widzisz, nigdy nie rzucam słów na wiatr – szepnął mi do ucha Aleksander. – Od tego momentu jesteś już moją własnością i pozostaniesz nią, dopóki nie zniknę. A nie stanie się to nigdy.

Spojrzałam na sukienkę. Plamy krwi zniknęły.

"Czyżby materiał odżywiał się tym samym co ja?"

***

Jedzenie nie syci wampirów, ale też im nie szkodzi. Z uwielbieniem smakowałam wystawione na weselnym stole potrawy. W pewnym momencie zostałam od nich odciągnięta. Znów musiałam czekać, w tej samej cholernej sypialni. Stałam na samym środku, czując się jak pchła w tej ogromnej, monotonnej ciemności, zesztywniała jeszcze bardziej niż przed ceremonią zaślubin. Aleksander stał naprzeciw mnie, milcząc już dłuższą chwilę, jakby tą przygniatającą, gęstą ciszą chciał mnie torturować. Wreszcie przerwał milczenie, głosem zadając jeszcze gorszy cios:

– Zdejmij sukienkę.

Żołądek natychmiast podszedł mi do gardła, powróciło pieczenie w piersi. Po raz pierwszy miałam oddać mu się własnowolnie, jako jego żona. Sięgnęłam za plecy. Dźwięk rozpinanego suwaka zdawał się głośniejszy, niż powinien. Aleksander zbliżył się, a wtedy odskoczyłam jak oparzona.

– Chyba musisz zmienić przyzwyczajenia – powiedział, prawie rozbawiony. – Teraz jestem twoim mężem i mam prawo zrobić z tobą wszystko, jak zresztą wcześniej. Tyle że ty... nie masz już prawa się bronić. A teraz usiądź. – Skinął w stronę łóżka. Posłusznie wykonałam mężowskie polecenie.

Aleksander położył mi rękę na udzie i zaczął ją przesuwać w górę. Nie mogłam oderwać wzroku od odsłoniętej przez niego części mojego ciała.

"Wszystkie blizny zniknęły... całkowicie!"

Przeszedł mnie dreszcz. Paradoksalnie, jako wampir czułam się jeszcze bardziej bezbronna niż człowiek. Postanowiłam zamknąć oczy i otworzyć je, gdy już będzie po wszystkim.

"Tak jak wtedy".

ROK 2029

Już ponad siedemnaście lat spędziłam w skórze krwiopijcy. Były to lata nijakie, bezcelowe. Miałam poczucie, że obracam się w jakiejś innej, absurdalnej rzeczywistości.

Działałam jak maszyna; nie czułam, nie zastanawiałam się nad swoim losem, polowałam codziennie, by przeżyć. Zduszone krzyki swoich ofiar i płacz ich bliskich puszczałam mimo uszu.

– Zamknąć się! Ja przecież też nie mam łatwo.

Pokornie, z pochyloną głową znosiłam upokorzenia, trudności i narzucane mi wyzwania. A było ich sporo. Aleksander promował swoją żonę niemal na każdym kroku; szkolił mnie, nauczał, a potem rozpowiadał innym o moich, zaobserwowanych przez siebie, zaletach. W końcu zarekomendował mnie innym krwiopijcom jako "najlepszego myśliwego w historii". Wydawało mi się paradoksalne, gdy mówił, z jaką szybkością, skutecznością i... gracją wykręcam ręce i zatapiam kły w krtaniach. Mimo wszystko jego komplementy pochlebiały mi. Czułam się wtedy ważniejsza i, co najistotniejsze, jakby bezpieczniejsza... Nie wiedziałam tylko, że pewnego dnia inne wampiry zechcą wykorzystać moją zwinność.

– Specjalne polowanie?! Na zlecenie?! – Zalał mnie taki potok informacji, że z trudem poskładałam wszystko w jedną sensowną całość.

Aleksander, widocznie zadowolony, wykrzywił w uśmiechu wychudłą twarz.

– To skomplikowana sprawa. Ostatnio jeden z tak zwanych łowców dał nam się zbytnio we znaki. Najwidoczniej ma z nami jakieś osobiste, niewyrównane rachunki. Ostatnio znaleziono kolejne dwie ucięte głowy naszych towarzyszy. W usta wetknięte były karteczki z tym samym napisem: "Ku pamięci Klausa i Natashy". Swoją drogą to żenujące.

– Mam go... zabić?

– Nie. Masz go przemienić. W jednego z nas.

– Ja... nie wiem, jak to zrobić...

Aleksander podszedł do mnie i mocno ścisnął palcami mój podbródek.

– Wiesz. Kieruj się instynktem...

– Instynkt mówi mi, jak mam zabijać. Nie – jak powoływać do życia – wycedziłam przez ściśnięte wargi, a podbródek drętwiał mi z bólu.

– Podpowiem ci: on przed przemianą musi się poczuć tak jak my...

– Ale... sama nie wiem, czy chcę iść na coś takiego.

Mój mąż przybrał srogi wyraz twarzy.

– Pójdziesz, czy ci się to podoba, czy nie. Moje słowo dane Zarządowi jest nie do cofnięcia – warknął. – I masz nie narobić mi wstydu przed innymi. Pamiętaj, ściągnąłem cię tu jako swoją wizytówkę. Gdyby nie moja łaska, gryzłabyś teraz zarobaczoną ziemię jak reszta twojej rodziny. Reprezentujesz mnie, więc się postaraj. Inaczej gorzko tego pożałujesz, zrozumiano?

Nie uważałam, żeby powoływanie mnie do tego rodzaju zadań było dobrym pomysłem, ale fala strachu, który wtedy przeszył moje ciało, desperacko wysyłała ostrzegawcze znaki. Nie chciałam się sprzeciwiać.

– Oczywiście – wymamrotałam. Wtedy wreszcie mnie puścił, ale zaakcentował swoją przewagę triumfalnym uśmiechem.

– K-kiedy ma być to polowanie? – zapytałam nieśmiało, obawiając się znów go zirytować.

– Za tydzień. Masz jeszcze czas.

– Wiem... dużo czasu... – szepnęłam pod nosem.

– Co?

– Nic.

Zmarszczył brwi, obrzucił mnie następnym ostrzegawczym spojrzeniem, a potem odwrócił się na pięcie i zamierzał oddalić. Chciałam nareszcie odetchnąć, ale wampir niczym posąg znieruchomiał w połowie kroku i zaczął powoli obracać głowę. Przypominał cyborga albo robota, więc omamiona tą iluzją wyczekiwałam strumienia lasera z jego płonących czerwienią oczu.

– Gdzie jest Selene? – Słysząc to pytanie, wzdrygnęłam się, otrząsając z fantazji.

Oddech natychmiast zwiększył tempo, a dłonie zacisnęły się w pięści. Stałam w gotowości do obrony jedynej ważnej dla mnie istoty.

– A od kiedy ona cię interesuje?

– Powiedz.

Moja nagła odwaga rozprysła się pod ciężarem jego głosu.

– Bawi się ze szczeniakami wilków w ogrodzie, koło fontanny. Przyszły z lasu.

– Nie zrobi im krzywdy?

– N-nie sądzę. Jest jeszcze za mała.

– To dobrze. To w końcu nasi najwierniejsi sprzymierzeńcy, nie powinniśmy ich do siebie pod żadnym pozorem zrażać. Na myśl o tym, że taki mały bękart może zrujnować to, na co nasz gatunek pracował od wieków...

– Ona nie jest bękartem – powiedziałam cicho, ale wyjątkowo stanowczo.

Aleksander zignorował tę uwagę.

– Wczoraj do pustostanu kilka mil stąd wprowadziła się grupa młodzieży. Chyba uciekli z domu. Idziesz?

– Nie, już byłam.

– W takim razie nie oddalaj się za bardzo.

– Czemu?

Mój mąż popatrzył na mnie z dziką wrogością, a potem bez słowa wyszedł z pomieszczenia. Zapłonął we mnie płomień nienawiści. Co takiego było w tym pytaniu, że wyprowadziło go z równowagi?

"Co jest we mnie, że tak się tym przejęłam?"

***

Stałam, podziwiając hipnotyzujący portret upiornej, bladej lalki o figurze klepsydry, porcelanowych policzkach, wokół których wiły się mocno z nimi kontrastujące kosmyki rudych włosów i prostej posturze, spoglądającej na mnie z pozłacanych ram z chłodną obojętnością i emanującej niepokojącą perfekcyjnością. Dużo czasu zajęło mi przyswojenie sobie myśli, że ta diaboliczna piękność wcale nie jest uwieczniona na obrazie, ale gra rolę mojego lustrzanego odbicia.

"Mojego? Czy tego, czym się stałam?"

Naciągnęłam na uda dół czarnej, lateksowej sukienki, nie spuszczając oczu z lustra. Nagle zaskrzypiały drzwi.

– Co to jest?! – Nieskrywane oburzenie ziało z głosu mojego męża.

Bez słowa obróciłam się w jego stronę.

– Przecież mieliśmy iść do...

– Do Sali Towarzyskiej, a nie do jakiegoś domu uciech! Przecież ty wyglądasz jak...

Wytrzeszczyłam oczy, czekając, aż wypowie to słowo, którego w całym życiu nie chciałam usłyszeć.

– Przebierz się i zejdź na dół. Samochód nie będzie czekał w nieskończoność. Aha, przed wyjściem zawiążą ci oczy.

– Dlaczego? – zdziwiłam się.

Jego źrenice zwęziły się niebezpiecznie.

– Bo ja tak nakazałem.

Zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Odetchnęłam, dopiero gdy tupanie na schodach całkiem ucichło.

Kiedy dowiedziałam się, że wychodzimy poza tereny zamkowe, cieszyłam się jak dziecko. Po wielu latach miałam w końcu okazję zobaczenia innych miejsc w tej mrocznej i górzystej okolicy, która dla mnie nadal nie miała żadnej konkretnej nazwy ani lokalizacji. Miałam nadzieję doświadczyć choćby namiastki normalności, którą pamiętałam z czasów człowieczeństwa.

"Wyjścia, podróże..."

Teraz mogłam o tym zapomnieć. Tak naprawdę domyślałam się, czemu planowali na jakiś czas pozbawić mnie wzroku. Chcieli nie dopuścić do mojej rzekomej, nie pierwszej zresztą ucieczki. Gdybym miała choćby małe pojęcie o tym, gdzie mieszkam, mogłabym z łatwością poruszać się po okolicy, poza obrębem błoni i pobliskiego lasu, i znaleźć łatwiejszą drogę przez góry. Nie, nie można było do tego dopuścić!

***

Z zewnątrz budynek przypominał niszczejący pustostan, w dodatku wyjątkowo stary i zaniedbany. Lecz gdy weszliśmy do środka, moim oczom ukazała się ogromna sala o bardzo gustownym wystroju. Na wykładanych materiałem kanapach, z nogą założoną na nogę siedziały elegancko ubrane wampirzyce. Niektóre rozprawiały o czymś między sobą, inne toczyły kuszącym spojrzeniem po reszcie gości. W fotelach natomiast zapadali się ich partnerzy, też bardzo różnie organizując sobie czas. Obok parkietu był bar, przy którym barman właśnie wycierał szklanki. Spojrzałam na menu. Większość drinków miała dodatek krwi lub wina. Aleksander odciągnął mnie jednak od spisu napojów i wziął pod rękę. Zmierzaliśmy w stronę obściskującej się pary. Mężczyzna, tak jak mój mąż i większość wampirów, był ubrany w czarny garnitur. Włosy miał kasztanowe, sięgające do ramion, elegancko splecione w warkoczyk zakończony staromodną kokardką. Jego partnerce imponującej długości pasma sięgały aż za pas. Zamrugałam z niedowierzaniem na jej widok, miała bowiem ciemną, czekoladową karnację, z czym u krwiopijców jeszcze się nie spotkałam. Ubrana była w elegancką powłóczystą kreację opinającą jej zgrabne ciało. Trochę zawstydziłam się na wspomnienie tego, co ostatecznie kazano mi włożyć, czyli zakrywającą nogi spódnicę w stonowanym kolorze oraz białą, odświętną koszulkę. Całość łączył ciemny gorset, mocno ściskający mnie w talii.

– Dobry wieczór, zarządco – powiedział Aleksander do kasztanowłosego mężczyzny.

Wampir odkleił się od swojej żony i z nieco zdziwioną miną spojrzał w naszą stronę.

– Aleksander? Jak miło cię widzieć! Nie spodziewałem się... Nigdy tu nie przychodzisz... O, a kogo my tu mamy? – Widząc mnie, rozpromienił się serdecznie. – Aleksandrze, kim jest ta intrygująca istota obok ciebie?

– Pan pozwoli, że przedstawię... Moja żona Anna.

Wampir nachylił się i ucałował moją rękę.

– Ach! Przecież to ta słynna Anna. Niezmiernie mi przykro, że nie mogłem być na twoim okazaniu, a przez niesłychaną złośliwość losu nie mieliśmy okazji później się spotkać. Nazywam się Juliusz Draculea...

– Draculea? Ten...

– Jestem jego wnukiem – oznajmił Juliusz z dumą.

– Jestem zaszczycona, że pana... poznałam – wymamrotałam, starając się dobrać odpowiednie słowa, żeby właściwie się zachować.

Ukłonił się jeszcze, po czym objął stojącą obok siebie wampirzycę.

– Witaj, Eufemro. – Usłyszałam, jak mówi do niej Aleksander.

Spojrzałam na nią i poraziło mnie to, co ujrzałam. Twarz miała niczym nimfa, oczy czerwone jak wszyscy, ale jej wzrok odznaczał się przenikliwością; czekoladowe policzki były delikatnie pokryte różem, a ponętne usta zachęcały do pocałunków. Uśmiechnęła się do mnie i podała mi rękę.

– Eufemra – powiedziała.

Potem otrzymałam od niej symbolicznego całusa w policzek.

– Anna, miło mi.

– A więc, Anno, to zapewne o tobie tyle słyszeliśmy. Najlepszy myśliwy, co? – Juliusz nieznacznie puścił do mnie oko.

– Cóż... Nie wiem, co mój mąż wam naopowiadał, ale nie uważam, by było to coś nadzwyczajnego.

– Jaka skromna! No, prawdziwy skarb! Aleksandrze, jesteś szczęściarzem.

– Juliuszu, ty również nie możesz narzekać. Eufemro, piękniejesz z każdym dniem.

Zobaczyłam, jak Czarna Nimfa przewraca oczami.

– Ale... nie stójmy tak w kącie, usiądźmy – zaproponował Juliusz.

Usiedliśmy więc przy jednym ze stolików. Zamówiłam w końcu coś do picia. Drink nazywał się "Krwawa rozkosz". Uśmiechnęłam się pobłażliwie, ale myślę, że smak był adekwatny do nazwy.

– Więc... wygląda na to, że jestem tutaj najmłodsza. Dobrze, że nie mają tu klasyfikacji wiekowej – zażartowałam.

– I tak masz trzydzieści trzy lata, a nie szesnaście.

– Naprawdę zostałaś przemieniona w wieku szesnastu lat? – zainteresowała się Eufemra.

– Właściwie to... siedemnaście. Dzień przed siedemnastymi urodzinami. – Szczególnie zaakcentowałam ostatnie słowo.

– Musiałaś być niezwykle... czarująca. – Jej źrenice poszerzyły się, a błyszczące wargi utworzyły małą szparkę. Przez chwilę poczułam się dziwnie. – Twój mąż bywa bardzo... wybredny.

Wzdrygnęłam się na wspomnienie jego nieoczekiwanych wizyt. Wolałabym na zawsze o tym zapomnieć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zostałam z tym zupełnie sama.

– Tak... biedna Sophia... nie sprawdziła się...

– Eufemro, nie musisz wypominać mi już tego chybionego eksperymentu – powiedział Aleksander, mierząc czarną wampirzycę lodowatym spojrzeniem.

– Chciałabym jednak trochę uświadomić twoją... wybrankę. Sophia... Pierwsza kandydatka Aleksandra na jego dumną żonę, studentka weterynarii mieszkająca w Ameryce Północnej. Z pochodzenia chyba była Europejką. Ach, do dziś mam w pamięci jej słodki, przenikliwy krzyk.

Przełknęłam ślinę. Do głowy mi nie przyszło, że mogłam skończyć jak ona.

– Eufemro, dość tego! – Aleksander podniósł głos, co robił wyłącznie w chwilach największej irytacji.

Nawet spod grubej zasłony fałszywych uprzejmości przebijało, że ta dwójka się nie znosi. Natomiast Juliusz cały czas zdawał się nieobecny. Zamyślenie w pewnym momencie jednak znikło z jego twarzy, ustępując miejsca surowemu zaniepokojeniu. Aleksander, którego mimika prawie zawsze pozostawała taka sama, znacząco wciągnął nosem powietrze.

– Co się stało? – spytałam.

– Człowiek... – syknął.

Skupiłam się na chwilę i poczułam smakowity zapach świeżej cieczy, płynącej niczym źródełko wartkim strumieniem w żyłach człowieka. Jednak ze względu na to, że przed chwilą wypiłam krwawy koktajl, nie zaczęłam szaleńczo domagać się zaspokojenia głodu. Mój mąż z kolei miał niezwykle silną wolę, której zazdrościły mu inne wampiry. On też się nie poruszył. Juliusz zerwał się z miejsca.

– Poczekajcie tu, proszę. Aleksandrze, chodź ze mną.

Gdy wyszli, spojrzałam pytająco na Eufemrę, której śliczną twarz skaziły ślady zdenerwowania. Po chwili obaj mężczyźni wrócili. Mój partner pociągnął mnie za rękę.

– Szybko, musimy wyjść – powiedział.

To samo zrobił Juliusz.

Odniosłam pustą szklankę barmanowi i wyszłam za resztą. W samochodzie zaczęłam dopytywać.

– Powiesz mi, o co chodzi?

– Znalazł nas.

– Ten pogromca? Ten, którego mam przemienić?

– Tak. Trzeba to jak najszybciej załatwić. Lepiej się postaraj.

– Dobrze, ale...

– Co?!

– Właściwie po co to wszystko? Nie można po prostu go zabić?

– Juliusz uważa, że on może nam się przydać. Chce też, by znalazł się w naszej skórze... Dosłownie.

– Och...

– Pojutrze polowanie. Dadzą ci jeszcze wskazówki. A teraz odwróć się, zawiążę ci opaskę.

***

Byłam niezwykle podekscytowana. Tak naprawdę bardzo chciałam się sprawdzić, zobaczyć, czy sobie poradzę, ale strach przed ewentualnymi konsekwencjami znacznie przeważał nad mobilizującą egzaltacją. W dodatku Aleksander nie dodawał mi otuchy, strofując mnie i powtarzając, jak bardzo jest to ważne zadanie.

***

W końcu nadeszła ta noc. Miałam się zjawić w lesie niedaleko naszego zamku o siódmej wieczorem – jak dla mnie, dosyć wcześnie. Na szczęście panowała zima i o tej porze było już ciemno. Aleksander wstał długo przede mną i kazał zamkowym posługaczom osiodłać mi konia. Posiadaliśmy piętnaście ogierów i jedyną klacz, która należała do mnie. Jej sierść, czarna jak węgiel, doskonale wtapiała się w noc.

Tym razem musiałam przywdziać coś wygodniejszego niż suknię czy spódnicę.

– Powodzenia – mruknął od niechcenia Aleksander, gdy już siedziałam na koniu.

Zaczęłam jechać stępa w stronę lasu, by później rozpocząć kłusowanie, które po chwili zmieniło się w galop.

Na miejscu czekały już na mnie inne wampiry. Większości z nich nie znałam. Tak jak ja, mieli na sobie czarne peleryny. Jeden z nich podjechał do mnie.

– Witaj, Anno. Miło cię widzieć – powiedział, a po głosie poznałam, że to Juliusz.

– I nawzajem, Juliuszu – odpowiedziałam, starając się ukryć drżenie głosu.

– Jesteś gotowa? Wszyscy bardzo chcą cię poznać, ale... najbardziej chcą zobaczyć, jak sobie poradzisz, moja droga.

– Postaram się spełnić wasze oczekiwania.

Wszyscy zgromadzeni ustawili się w idealny okrąg i zaczęło się planowanie. Do akcji miałam wkroczyć dopiero na końcu, gdy ofiara zostanie zwabiona w pułapkę. W pewnym momencie zapadła głucha cisza. Jakiś mężczyzna powiedział półgłosem: "Zbliża się", później wszyscy się rozproszyli. Zgodnie z planem na razie jedynie śledziłam poczynania innych wampirów. Zeszły z koni i rozbiegły się w różne strony. Gdy już miałam dosyć uganiania się za nimi, postanowiłam kierować się własnym instynktem. Wciągnęłam ze świstem powietrze i... znieruchomiałam. Przeszył mnie zapach tak smakowity jak jeszcze nigdy dotąd. To było uczucie niedostępne żadnemu człowiekowi, może nawet najbardziej złaknionemu krwi zwierzęciu. Coś takiego mogłam poczuć tylko ja – bestia zawieszona między ziemią a piekłem, z zanikającymi okruchami ostatnich człowieczych odruchów. Moje pożądanie wyszło poza kategorię zwyczajnego łaknienia! Mimowolnie oblizałam się z zachwytu, ale zaraz czekało mnie rozczarowanie, gdy przypomniałam sobie, że moja ofiara dzisiejszej nocy miała ujść z życiem. Ponieważ czułam, że źródło mojego paraliżującego pożądania zbliża się coraz bardziej, z wysiłkiem uruchomiłam swoje ciało i wspięłam się na pobliskie drzewo. Jako człowiek byłam bardzo nieelastyczna, od sportowych wyczynów trzymałam się z daleka. W ciele krwiopijcy wreszcie mogłam doznać tego, czego zawsze chciałam – byłam panią własnych kończyn, a wszystko wokół dostosowywało się do mojej zwinności. Zdobycie najwyższej gałęzi potężnego drzewa zajęło mi mniej niż dziesięć sekund, a przykucnąwszy na niej zgrabnie, niczym przyczajony kot, ze spokojnym skupieniem wypatrywałam zdobyczy. Teraz błyskawicznie analizowałam każdy bodziec i odseparowywałam od swoich zmysłów, gdy okazywał się niepotrzebnym rozpraszaczem. Nie było to jednak łatwe zadanie. Wyraźnie słyszałam zarówno trzask gałązki leżącej pod drzewem, na którym siedziałam, jak i ściszone głosy wampirów porozumiewających się ze sobą w oddali. Mój wzrok działał z podobnym natężeniem. Oczy, doskonale przystosowane do widzenia w nocy, przełożyły intensywność kolorów ukrytych pod ciężką płachtą ciemności na kształt obiektów widocznych za dnia. Świat przedstawiał mi się jako szkic, po którego konturach ktoś wielokrotnie przejeżdżał ołówkiem. W końcu w ciemnościach ujrzałam wysoką postać. Drażniący zmysły zapach stał się jeszcze bardziej aromatyczny. Dzięki temu mogłam stwierdzić, że mam do czynienia z mężczyzną. Zapachy krwi obu płci różniły się bowiem znacząco, co było tym bardziej odczuwalne u ludzi. Pojedyncze smugi zimnego księżycowego światła spadały na mały fragment ziemi. Chciałam, żeby w nich stanął, wtedy mogłabym jeszcze lepiej mu się przyjrzeć, choć moje zadanie zupełnie tego nie wymagało. Dziwiłam się własnemu szczęściu, gdy mężczyzna rzeczywiście wszedł dokładnie na oświetlany fragment, a jego rysy opryskało delikatne światło. Zdołałam zobaczyć typowo germańską twarz, bardzo męską i dosyć przystojną, oprószoną ostrym ciemnym zarostem, rozbudowaną klatkę piersiową, o którą ocierał się mały drewniany krzyżyk zwisający z szyi, muskularne, ale nie karykaturalnie barczyste ramiona. Mężczyzna miał ciemne włosy, do ramion, związane w niedbały kucyk; pasek zawieszony na ospale ruszających się podczas chodzenia biodrach obciążały wypełnione różnorodnym orężem skórzane pochewki. Kiedy podszedł bliżej, zdecydowałam się zeskoczyć. Moje ciało spadło na niego z dużą szybkością, nabraną podczas lotu, przez co moja lekka waga nie miała znaczenia. Z zaskakującą łatwością powaliłam go i przycisnęłam do ziemi. Dziwne... Napierałam na niego z takim natężeniem nie tylko z powodu misji. Zetknięcie się z jego skórą stanowiło dla mnie jakieś nowe, przyjemne (wtedy jeszcze bałam się to przyznać) przeżycie. Ciepło jego aromatycznej krwi zdawało się przebijać przez tkanki, parować smakowicie w powietrzu, którym oboje oddychaliśmy. Z transu wyrwał mnie ostry ból w okolicy brzucha. To łowca, z wyjątkową jak na człowieka silą, odepchnął mnie nogami od siebie. Syknęłam z wściekłością, opanowując swój popęd, i szybko wstałam.

– Gdybyś nie była pijawą, toby mi było szkoda zabijać takiego dzieciaka jak ty! – powiedział, jak mi się zdało, twardo akcentowaną angielszczyzną.

Uśmiechnęłam się drwiąco. Już dawno nie byłam dzieckiem, wiedziałam to dobrze. Jednak jego słowa z jakiegoś powodu poirytowały mnie. Przed polowaniem zabroniono mi wdawać się w dyskusje, a czułam, jak wrogość wzbiera we mnie niczym gęsta piana. Przystąpiłam do ponownego ataku. Tym razem mężczyzna był już przygotowany, obrócił mnie tyłem do siebie i wykręcił mi obie ręce. W tamtym momencie po raz pierwszy poczułam na gardle zimno stali. Nie wiedziałam, że chwilowe przerażenie, które wówczas czułam, zostanie kiedyś spotęgowane przez obezwładniającą zgrozę, wiele lat później. Teraz jednak mimo wszystko nie straciłam zdolności trzeźwego myślenia. Kątem oka rzuciłam na jedną z pochewek przy pasku łowcy i wyciągnęłam z niej inny nóż. Machnęłam nim na oślep, a gdy uwolniłam się z uścisku, zobaczyłam, że łowca trzyma się za klatkę piersiową, a spomiędzy jego palców wycieka szkarłat. Musiałam na sekundę zacisnąć powieki, żeby nie dać się skusić temu widokowi. Niestety, nęcąca woń wciąż drażniła mój nos. Postanowiłam walczyć z kaprysami mojego ciała i skupić się na przemienieniu rannego w wampira. Mimo iż jego pozycja była stracona, wciąż wydawał się pewny siebie, zapewne przekonany, że jego krucyfiks chroni go przede mną. Jednak tak filigranowy krzyżyk nie mógł zrobić mi krzywdy. Nie zrobiłby tego również żaden większy jego odpowiednik. Ten zawzięty łowca padł ofiarą taniego przesądu, a więc nie był doświadczonym pogromcą. Gwałtownie zerwałam krzyżyk z szyi mężczyzny i bezpardonowo zademonstrowałam, jak spokojnie chowam go do kieszeni. Jego właściciel był tak zbity z tropu, że wpatrywał się w miejsce, w którym stałam, nawet gdy już mnie tam nie było, bo znów zaatakowałam. Po chwili znów leżał pode mną. Żeby nie zdołał szybko się uwolnić, błyskawicznie zatopiłam kły w jego szyi. Czekało mnie teraz najtrudniejsze zadanie – oprzeć się jego krwi, która nęciła swoim wyglądem i zapachem. Nie wytrzymałam, musiałam trochę jej upić! Wtedy powstrzymanie się stało się jeszcze trudniejsze, piłam z taką łapczywością, że prawie się krztusiłam! Wyssałabym go całego, do ostatniej kropelki, gdybym nagle nie usłyszała okrążających mnie szeptów. Zdałam sobie sprawę, że jestem bacznie obserwowana. Strach przed kompromitacją i konsekwencjami związanymi z zawiedzeniem Aleksandra przezwyciężyły nawet moje patologiczne nienasycenie. Opamiętałam się i przypomniałam sobie słowa męża:

"Ma się poczuć tak jak my".

Złapałam więc znowu za nóż i nacięłam nim własną rękę, by potem przyłożyć ją do ust śmiertelnika. Jeszcze chwilę musiałam go przytrzymywać, ale gdy zachłysnął się głośno moją krwią, mogłam już cofnąć się o kilka kroków i obserwować. Widok ten mnie zafascynował, czułam się przyjemnie podekscytowana. Od dłuższego czasu bardzo pragnęłam zobaczyć czyjąś przemianę. Jedyne, co ostało się w mojej głowie z własnej transformacji, to nieporównywalny do niczego mi wówczas znanego ból, od którego nie był wolny nawet najmniejszy fragment mojego ciała, oraz zupełna niemożność zaczerpnięcia oddechu. Ogromnymi oczami obserwowałam, jak leżący mężczyzna mimowolnie podskakuje na mokrej trawie, a część krwi wydostaje się z kanałów żylnych przez pory skórne i gardło – jego karnacja z jasnoróżowej stawała się coraz bledsza. Tęczówki oczu na moment zupełnie straciły kolor, co wyglądało, jakby stracił wzrok. Tak też patrzył, nie celując wzrokiem w żaden konkretny punkt. Dosyć nieprzyjemny dźwięk przeszył mi uszy i zobaczyłam, że jego paznokcie i dwa przednie zęby się wydłużyły. Wkrótce oczy zapłonęły mu żywą czerwienią, a on zawył z bólu, krztusząc się jednocześnie własną krwią, nieustannie wypływającą z ust. Jednocześnie jego ciało oczyszczało się z wszelkich drobnych człowieczych niedoskonałości. W pewnym momencie tego przerażającego spektaklu łowca wydał ostatni agonalny dźwięk, a potem całkiem znieruchomiał. Miejsce natarczywych szeptów zajął głośny aplauz. Jakby rzeczywiście właśnie skończyło się przedstawienie ze mną jako protagonistką. Do jeszcze martwego ciała przyszłego nowo narodzonego podbiegło kilku krwiopijców i gdzieś je zaciągnęło. Poczułam, jak ktoś z dużą siłą, ale powoli i rytmicznie klepie mnie po plecach.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział Juliusz.

– Dziękuję. To było... ciekawe przeżycie – wymamrotałam, wciąż pod wrażeniem niedawnego widowiska.

– To dlatego, że jeszcze niewiele widziałaś – odpowiedział.

Kiedy wróciłam, Aleksander już czekał na mnie przy bramie. Zsiadłam z konia i wpatrzyłam się w niego z natężeniem, wyczekując upragnionej pochwały.

– Doskonale sobie poradziłaś – powiedział sucho, bez najmniejszego cienia emocji w głosie, ale byłam usatysfakcjonowana.

– Dobre wieści szybko do ciebie dochodzą.

– Postarałem się o ich szybkie uzyskanie. Wypytałem kilku towarzyszy, gdy przywozili twoją zdobycz.

Skóra między moimi brwiami zwinęła się w harmonijkę.

– Jak to? Tego łowcę? Tutaj? Po co?

– Gdybyś znała dobrze nasze prawo – zaczął swoim typowym wyniosłym tonem, którym zwracał się do mnie najczęściej – wiedziałabyś, że nowo narodzony wampir jest przygotowywany do nowego życia... przez tego, kto go przemienił.

– Żartujesz? – wyrwało mi się. Dopiero uporałam się z jednym wyzwaniem, a już rzucano mi pod nogi następne.

– Nie. – Aleksandra chyba zszokowało moje nagłe poruszenie. Widocznie uważał to za akt bezczelności, na który nie powinnam była sobie przy nim pozwolić ani jako jego żona, ani w ogóle jako komunikująca się z nim istota, wskutek pewnego niewybaczalnego przeoczenia zdolna oddychać tym samym powietrzem co on. Jego ruchy nigdy nie były zbyt gwałtownie, ale nagle jakby wszystko w nim zastygło. Przestraszyłam się tego mrocznego posągu, zdawałam sobie sprawę, że jest kruchy i w każdej chwili może się na mnie przewalić lawina ostrych kamiennych kawałków.

– Czyli... mam być jego niańką? – Starałam się brzmieć na jak najbardziej ulegle.

– Nie, nie do końca. Masz mu tylko pokazać, co i jak. Zamieszka tutaj na parę miesięcy.

"A jednak..."

– Za kilka minut się obudzi. Zostań na dole, nie powinien cię zobaczyć.

– Czemu?

– Mógłby doznać szoku. Byłaś ostatnią osobą, którą widział przed śmiercią. Ja do niego pójdę.

Potem Aleksander odszedł w stronę wejścia na dziedziniec, a ja zostałam, by rozsiodłać konia. Po czym także wróciłam do zamku, odświeżyłam się i przebrałam. Po drodze poinformowano mnie, że za jakiś czas mam się zjawić w salonie na parterze i oczekiwać przybycia podopiecznego. Moment oczekiwania nie należał do najspokojniejszych. Moje ciało, choć zmęczone, nie pozwalało mi spocząć ani na chwilę. Złapałam się na czymś w rodzaju tremy. Przyjemne podniecenie wciąż kłóciło się z jeszcze niezrozumiałym dla mnie strachem przed czymś zupełnie nieokreślonym, z powodu swojej enigmatycznej bezkształtności tym bardziej przerażającym. Słysząc znajome kroki Aleksandra i towarzyszące im całkiem nowe, obce tupanie, podskoczyłam nerwowo. W jasnym świetle padającym z żyrandoli moje wcześniejsze obserwacje na temat upolowanego przeze mnie mężczyzny się potwierdziły – miał wyraźne germańskie rysy, ciemnokasztanowe włosy i zimne, przenikliwe, choć teraz nieco przerażone spojrzenie. Szedł z założonymi rękami, wyglądając przy tym jak obrażone dziecko. Na lewym policzku między krwawymi plamami zauważyłam leniwie zrastającą się skórę. Szybko domyśliłam się, skąd mogła się wziąć ta rana.

– Nie zastraszycie mnie, nadal żądam przywrócenia mnie do dawnej postaci – marudził, choć dało się wyczuć lekkie drgania w jego głosie.

– Panie Gessner, jestem pewny, że nie chce pan znów zostać oszpecony. Mimo że wampirze ciało po każdym uszkodzeniu się regeneruje, znamy sposoby, które zahamują ten proces – odpowiedział mu cierpliwie Aleksander.

Mężczyzna się nie odezwał.

– To jest moja żona, Anna – przedstawił mnie, ale ja nie ruszyłam się z miejsca ani na milimetr.

– Żona? Gdybyście byli ludźmi, zamknęliby cię. Ona ma jakieś szesnaście lat.

– Dokładnie trzydzieści trzy... i pół – odpowiedziałam, ale po minie mojego męża stwierdziłam, że niepotrzebnie.

– Kalendarz nie ma znaczenia dla oczu, dzieciaku. Wyglądasz na szesnaście – odwarknął, rzucając mi pogardliwe spojrzenie.

– Aleksandrze, jesteś pewny, że jest mu potrzebny nauczyciel? Na razie wszystko pojmuje doskonale – odpowiedziałam złośliwie.

– Niezła cwaniara z ciebie – znowu zwrócił się do mnie.

Zamrugałam z oburzenia.

– To ty mnie napadłaś, prawda? Mała pijawo...

– Proszę się wyrażać i zostawić ją w spokoju, jeśli nie chce pan znów wrócić tam, skąd pan właśnie wyszedł! – upomniał go Aleksander. – Proszę siadać i słuchać.

Gość wykonał polecenie.

– Tłumaczyłem już panu, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Nie ma od tego odwrotu. Na wampiryzm nie ma lekarstwa... Chyba że śmierć.

– Szczerze? Wolę umrzeć, niż być jednym z was!

Aleksander się zaśmiał.

– Tak... My też byśmy woleli pana zabić, ale, niestety, jest nam pan potrzebny.

– Do czego niby?

– Tego na razie pan się nie dowie. Anna zajmie się panem. Będzie pana uczyć, jak być wampirem.

– Ona?! – Przestraszył się i spojrzał na mnie.

Puściłam do niego oko, co jeszcze bardziej go onieśmieliło.

– Przeszkadza panu towarzystwo mojej żony? – W głosie Aleksandra zabrzmiała groźba.

– Nie, skądże.

– Wspaniale. Proszę wypocząć, jutro czeka pana ciężka... noc.

– Trudno mi się będzie przestawić.

– Z czasem to minie – powiedziałam.

Mąż objął mnie ramieniem i oddaliliśmy się z salonu. Zanim to się stało, dziwne ciepło zapiekło mnie z tyłu głowy. Musiałam się odwrócić, spojrzeć jeszcze raz na moje dzieło – nowo narodzonego wampira. On także zerkał w moją stronę, jego spojrzenie z zimnego zmieniło się w lodowate.

***

Sen miał tego dnia do mnie bardzo długą drogę, tak samo jak szeleszczące szepty, kierowane przez Aleksandra wprost do mojego ucha, gdy nadszedł czas pobudki.

"Wstawaj, już czas".

– Coś się stało? – zapytałam całkiem przytomnym głosem.

– Musisz już wstać i zająć się naszym gościem. Już z nim rozmawiałem. Dziś nauczysz go polować.

– Jestem bardzo zmęczona... – jęknęłam zrezygnowana i zaraz zdałam sobie sprawę, że stawiam się w beznadziejnej roli ofiary. Znów błagam. – Nie dałoby się tego jakoś przesunąć?

Każde milczenie Aleksandra sprawiało, że powietrze zaklinowywało się w mojej klatce piersiowej, gęstniejąc w niej i przemieniając się w ciężki, uciskający balast. Przerażało mnie to, jaki sztorm może wywołać ta cisza. Wówczas każdą sekundę przeżywałam bardzo intensywnie, walcząc o przetrwanie w bezgłośnej, grożącej, złowrogiej próżni.

– Nie. Otrzymałaś niezwykle poważne zadanie i jesteś zobowiązana wykonać je perfekcyjnie. Masz natychmiast się wyszykować i zejść na dół, inaczej za chwilę sam ci w tym pomogę. – Jego głos tylko na moment przynosił ulgę, ale tak naprawdę był równie niebezpieczny jak milczenie, tylko w inny sposób. Ton, jednolity i chłodny jak sopel lodu, ranił mi uszy i odzierał ze złudzenia, że na cokolwiek mam jeszcze wpływ.

"A tego bym nie chciała".

Podniosłam się, przetarłam oczy, ale puchowa poduszka zdawała się działać jak magnez i po chwili z powrotem na nią opadłam.

– Przestań się wygłupiać, przypominam ci, że obowiązuje cię pewna etykieta! – Tym razem zimna ręka wplątała się w moje włosy i pociągnęła za nie jak konia za uzdę. Odruchowo chciałam uwolnić się od źródła bólu, ale waląc rękami na oślep, zadrapałam się o szpon wystający z jednego palca wampira. Taki właśnie był. Okrutny, zimny. Aleksander, wiekowy krwiopijca, mój mąż. Nagle odwrócił się w stronę drzwi. Stał w nich nasz wczoraj przybyły gość. Starałam się wyglądać na oburzoną, ale z karcącego spojrzenia, które mu rzuciłam, przezierała wdzięczność. Aleksander puścił mnie, gdy tylko ujrzał mężczyznę.

– Ja tylko... Przepraszam... Chciałem tylko zapytać, kiedy możemy wyjść – tłumaczył się zmieszany Gessner.

– Jak będę gotowa. Następnym razem pukaj!

– Spokojnie, moja droga. Pan Gessner się zgubił, prawda?

– T-tak. Prawda.

– Mam taką nadzieję – warknęłam z żałośnie udawaną wrogością.

***

– A więc? Czego mnie dzisiaj nauczysz, dziecinko? Nie przywykłem do tego, by pouczały mnie szczeniaki – powitał mnie już na dole mój podopieczny, kiedy zeszłam przygotowana nauczyć go życia, którego sama jeszcze do końca nie pojmowałam.

– Wbij sobie do głowy raz na zawsze, że nie jestem dzieckiem! Zamknij się i słuchaj.

Zapadła cisza, podczas której zbierałam myśli i układałam je w słowa.

– Ale...

– Cicho bądź! – uciszyłam go, poirytowana. Tym razem nakazałam nasłuchiwać. Nawet grube zamkowe mury nie zdołały w pełni zagłuszyć pociągłego, głośnego nawoływania głodnego zwierzęcia.

– Już czas. Chodź ze mną! – Pociągnęłam Gessnera na zewnątrz, a potem przez błonia. Nie tylko wilki miały się nasycić tej nocy.

***

Kiedy byliśmy już w lesie, dołączyło do nas pokaźne stado wilków. Niektóre warczały na mojego towarzysza, ale młode trącały jego rękę nosami, domagając się pieszczoty. On jednak odpychał je z odrazą.

– Dobrze, posłuchaj. Żebym mogła cię jakkolwiek wprowadzić w świat krwiopijców, muszę wiedzieć, jak się nazywasz, ile na razie masz lat i nieco o twojej przeszłości... Ze względów bezpieczeństwa.

– Uprzedzam, że nie mam przy sobie żadnych dokumentów.

– Postaram się zaufać twoim słowom.

– Niech będzie... Nazywam się Gary Gessner. Mam trzydzieści sześć lat i jestem pogromcą takich czarcich pomiotów, jak ty i twój mąż.

Zaśmiałam się pogardliwie.

– To wiem. W takim razie wyjaśnij mi, co do nas masz?

– Hm, to trochę skomplikowane, skarbie.

Zmrużyłam oczy.

– Jak bardzo?

– Cóż... Zaczyna się niewinnie. Trzy lata temu pojechałem z rodziną w góry.

– Z rodziną?

– Tak, rodzina. Wiesz, co to takiego?

Zignorowałam tę złośliwą uwagę.

– Mów dalej – syknęłam.

– Miałem żonę i rocznego synka. Tamten dom był położony dosyć wysoko i daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Znalazły go... pijawy.

– Rozumiem, wampiry.

– Tak. Urządziły nam prawdziwe piekło w miejscu, które miało być naszym małym rajem. Zaczęły od maleństwa, a potem dobrały się do mojej żony, przez ślepą matczyną naiwność starającą się raz jeszcze tchnąć życie w zimne już, bezwładne ciałko. Boże... właściwie ledwo co narzucone na duszę, prawie nienoszone... – Łowca zmienił się na twarzy. Głos załamywał mu się przy każdym słowie, w oczach pojawił się maniakalny upór, jakby za wszelką cenę starał się przetrwać najgorszy ból. Zaniepokoiłam się. Przemiana nie oczyściła go jeszcze ze wszystkich ludzkich wrażliwości.

– Potem zaczęły dobierać się do mnie. Wszystko działo się tak szybko, stałem kompletnie znieruchomiały, niezdolny do pomocy bliskim ani obrony siebie. Choć wtedy nie wierzyłem w Boga, zacząłem się modlić. Była to jedyna forma uzyskania pomocy, na jaką było mnie wtedy stać. Na nic by się jednak nie zdała, gdyby ktoś mnie nie uratował...

– Kto?

– Jeden z pogromców. To znaczy pogromczyni. Miała na imię Jirina. Po tym wszystkim postanowiłem się do niej przyłączyć. Zdałem sobie także sprawę, że jej pojawienie się nie było przypadkowe. To tamta modlitwa była moim bezpośrednim wybawcą. Wiedziałem, że już nigdy nie pozwolę, bym czuł się bezbronny wobec was, spragnionych krwi szkarad... Tyle na razie powinno ci wystarczyć.

– O, jak mi przykro, miałam nadzieję, że wyliczysz mi wszystkie wyrżnięte przez ciebie wampiry.

– Chętnie bym to zrobił, ale nie chcę się chwalić.

– Idiota. – Właściwie nie wiem, czemu czułam się urażona jego uwagami. Nienawidziłam tej społeczności, a jednocześnie, wbrew sobie, czułam się jej nieodłącznym elementem.

– Zawsze maszerujesz z taką eskortą? – Mężczyzna zmienił temat i skinął na otaczające nas stado.

– Wiesz, do czego myśliwi zabierają na polowania psy?

Otworzył usta, zbierając się do odpowiedzi, ale nie pozwoliłam mu się odezwać i dokończyłam myśl:

– Do brudnej roboty. – Uśmiechnęłam się chytrze. Czułam w sobie niepohamowaną, złośliwą chęć zaszokowania go wystarczająco mocno, by na jakiś czas zupełnie zamknąć mu usta.

W pewnym momencie jeden z wilków warknął, co poniosło się echem po pozostałym stadzie.

– Patrz – rozkazałam postawionemu na baczność Gessnerowi.

Potem kucnęłam przy zwierzętach i szepnęłam jednemu do ucha parę słów. Na ten dźwięk wszystkie zerwały się z przerażającym jazgotem i popędziły przed nas. Jakieś dziesięć sekund później stado ptaków zerwało się spłoszone do lotu. Krzyk ptaków zmieszał się z na wpół ludzkim, na wpół jakby już zwierzęcym wrzaskiem gdzieś w oddali.

Gary stanął jak wryty. Spojrzałam na niego z satysfakcją.

– Czy one... robią to, co myślę?

– Zależy, co myślisz... Ale raczej tak.

– To chore!

Wybuchnęłam ironicznym śmiechem. Wilki wróciły, oblizując sobie pyski.

– No, no. Zostawcie coś dla mnie.

Kątem oka ujrzałam, jak Gary patrzy na tę scenę z obrzydzeniem.

– Chodź! – przywołałam go.

Na miejscu znaleźliśmy dwa ciała zanurzone we wciąż powiększającej się kałuży krwi. Gdy podeszłam bliżej, okazało się, że było to dwoje młodych ludzi, rozebranych od pasa w dół.

– Boże... – wyrwało się mojemu towarzyszowi.

– Rzeczywiście, musisz być bardzo wierzący, skoro modlisz się przed jedzeniem...

– Co za koszmar!

– Rzeczywistość. Hm, można powiedzieć, że to był całkiem ostry numerek...

Zajęłam się spijaniem krwi – najpierw tej z ziemi, by wygrać z nią nierówną walkę o pożywienie, a zaraz potem przyssałam się do ciał. Gessner nadal nie ruszył się z miejsca. Wstałam, oblizałam się i wytarłam usta.

– Co jest, Gessner?! Boisz się poznać smak krwi?! Na co czekasz?!

– Chyba nie sądzisz, że zniżę się do... To straszne! Okropne! Ja...

– Wiesz, jak się zachowuje naprawdę głodny wampir? – Postanowiłam ponownie go nastraszyć.

– Nie obchodzi mnie to!

– Miota się i rzuca, jego ciało obumiera... W klatce piersiowej czuje palący ból, wypływa z niego cała krew, jaką kiedykolwiek wchłonął... A potem żyje jak kokon, dopóki ktoś nie skróci jego cierpień... Jest to najwyższa kara, jaką się stosuje wobec krwiopijców za ciężkie przewinienia... A ty gotujesz sobie taki los z własnej woli... Ciekawe...

Gary podszedł nieco bliżej.

– Więc? Co mam robić?

– Pij! Mam ci dać szklaneczkę?

Mężczyzna zmarszczył brwi, nachylił się nad swoją ofiarą i począł robić to samo co ja przed chwilą. Nieco nieudolnie, ale jak na pierwszy raz całkiem nieźle mu poszło.

– Jezu! Już nigdy więcej, nigdy więcej! – Gary ocierał zamaszystymi ruchami zniekształconą obrzydzeniem twarz.

– Przestań się drzeć! Myślałam, że przemówiło do ciebie to, co powiedziałam.

– Możecie ze mną zrobić, co chcecie! Nie będę bezwzględnym mordercą!

Jego słowa nagle kompletnie wyprowadziły mnie z równowagi. Będąc człowiekiem, mogłam uważać wampiry za stworzenia przypisane do zupełnie innej kategorii istot – nieczujące, niegodne życia ani eleganckiej śmierci – ale będąc jednym z nich, nie widziałam różnicy w zabijaniu ludzi i krwiopijców. Rozwścieczona, gwałtownie przyparłam Gary'ego do drzewa.

– Słuchaj! Nawet nie wiesz, jak bardzo na nerwy działają mi takie ciepłe kluchy jak ty! Dzisiaj robota była prosta, ale następnym razem sam upolujesz sobie obiad! I nie waż mi się tknąć żadnego okolicznego zwierzęcia, bo pożałujesz! Nie będziesz mi tu robił fochów, rozumiesz?! Tak cię wytresuję, że bez mrugnięcia okiem będziesz wysysał krew nawet z małych dzieci! A teraz rusz tyłek!

– Świetnie! Niech ci będzie...

Westchnęłam głośno. U mnie przemiana była już zdecydowanie dużo głębsza.

***

Prawie każdej nocy problem się powtarzał. Nie pomagały krzyki i groźby. Zawsze to ja musiałam polować i dawać mu krew. Zupełnie jak z małym dzieckiem. Zaczynałam mieć tego dość i postanowiłam skończyć z taryfą ulgową.

– Od dzisiaj będziesz sam sobie radził! Jak nie, to nie, mam to gdzieś. Nie licz na moją pomoc!

– W porządku – odpowiedział Gary wyjątkowo spokojnie.

– Słucham?

– Zgoda. Będę polował na ludzi sam.

– Ach tak? No to chodź, pokażesz, co potrafisz.

– Ale nie dzisiejszej nocy.

– Czemu?

– Nie jestem głodny.

– Nie jesteś... O nie, jednak to zrobiłeś! Zabiłeś któreś zwierzę, tak? Ostrzegałam cię!

– Nie tknąłem nawet jednego z tych pająków, które bez umiaru wiją sobie sieci w całej tej ruderze! Ale podczas gdy ty zajmowałaś się swoim nadętym małżonkiem, ja poszedłem do lasu i akurat urządzali tam sobie popijawę motocykliści.

– I tak sprawdzę.

– To sprawdź, nie kłamię.

– Zobaczymy.

***

Okazało się, że się myliłam. Faktycznie – ze zwierząt nie ubyło ani jedno, a w lesie znalazłam ciała motocyklistów.

Od tamtej pory Gary sam polował, ale wolałam go jeszcze nadzorować. Nie sprawiał już prawie problemów. Nie przechadzał się po zamku, tylko przesiadywał w swoim pokoju. Czasami tylko pojawiał się w złym miejscu o niewłaściwym czasie. Jako jego Beatrycze, przewodniczka po odartym z uczuć świecie, czułam coś w rodzaju dumy, kiedy zaczął samodzielnie zabijać. Intrygowała mnie tylko jego wyjątkowo nieuporządkowana hierarchia wartości. Z jakiego powodu motocykliści byli dla niego gorszym typem człowieka?

***

Dzień był niezwykle pochmurny i żaden promyk słońca nie mógł się przedrzeć przez czarne chmury, podświetlane co parę minut przez błyski chowającej się za ich zasłoną burzy. Było już dosyć późno. Selene przybiegła do mnie, prosząc, żebyśmy poszły nazbierać liści, które dopiero co rzadkimi gromadami opuściły wynędzniałe gałęzie drzew. Zgodziłam się, gdyż za bardzo nie mogłam zasnąć. Ubrałam się i wyszłyśmy razem do najdalszej części ogrodu, gdzie znajdowały się jeszcze pozostałości starego ludzkiego cmentarzyska.

Zmarli spoczywający w tym miejscu zostali już dawno zapomniani. Część zarośniętych mchem i inną dziką roślinnością nagrobków zapadała się, kamiennym aniołom sprawującym pieczę nad miejscem spoczynku umarłego połamały się skrzydła i zacierały rysy zatroskanych twarzy. Słyszałam od Carmen, że dawno temu kręcili się tu jeszcze jacyś ludzie, którzy zapalali świece i kładli kwiaty na grobach, ale wielu z nich nie wracało już do swoich domów. Wkrótce żadna ludzka istota nie odważyła się zawitać w to miejsce z obawy o swoje życie.

"Ludzie zaciekle bronią życia. Walczą o nie. Nie lubią się nim dzielić ani go oddawać. Jest zbyt cenne dla nich samych".

Liście były poszarpane i brakowało im pięknych, złotych odcieni, ale ich marność nie wystraszyła Selene, która nazbierała cały bukiet. W pewnym momencie zobaczyłam Gary'ego Gessnera, beztrosko opierającego się o drzewo. Ukucnęłam przy dziewczynce.

– Daj, potrzymam. Zbierzesz więcej?

– Postaram się – odpowiedziała, a w jej małych oczkach pojawił się szybki błysk determinacji, właściwy każdej sytuacji wyzwania. Pobiegła w dalszą część cmentarza.

– Małe dzieci też wciągacie w to bagno? Hm, zabawne, nawet podobna do ciebie... A może to twoja siostra? – zapytał Gary.

Trochę się zmieszałam.

– Nie...

– W takim razie dziwny zbieg okoliczności.

– To moja córka – powiedziałam szybko, na jednym wydechu, jakbym bardzo chciała się pozbyć tej informacji.

Mężczyzna przestał się uśmiechać i spojrzał na mnie zagadkowo.

– Twoja i... Aleksandra?

Kiwnęłam głową.

– Rodzona?

– Ależ skąd, znalazłam ją w lesie. Pewnie, że rodzona!

– Ale... jak? Umiem rozpoznać rasowego wampira! Gdyby była dhampirem... Nie. Jak to możliwe?

– Hm... to trochę skomplikowane, skarbie... – odpowiedziałam, ze złośliwą satysfakcją powtarzając jego własne słowa.

– Proszę, opowiedz mi. Ty o mnie wiesz już prawie wszystko. To nie fair.

– Życie nie jest fair. – Bawiło mnie droczenie się z tym pewnym siebie mężczyzną.

– Proszę.

– Dobrze. Przejdźmy się.

Ruszyliśmy wzdłuż ogromnego ogrodu. Wtedy zaczęłam opowiadać:

– Jak wiesz, wampiry zwykle nie mogą mieć dzieci. Tylko że ona... – Zacięłam się na moment i wzdrygnęłam, przez umysł zaczęły znów przewijać się mgliste wspomnienia z przeszłości. – ...poczęła się, gdy byłam człowiekiem i była... była we mnie przez cały ten czas. I musiała się urodzić, przetrwać. Nadal nie wiem do końca jak, ale sama się rozwijała i... jest. – Uderzyłam bezradnie rękami o uda.

– Chyba wciąż nie rozumiem. Sama się rozwijała? Żywiła? Czym różni się od was i dhampirów?

– Wampirze ciało nie dysymiluje...

– Tak, wiem.

– ...a jej tak. Z tym że u niej ten proces postępuje znacznie wolniej. Ona ma już szesnaście lat, a wygląda jak malutkie dziecko. Czasem wydaje mi się, że emocjonalnie również jest dużo młodsza.

– Rzeczywiście ciekawe. A jak ma na imię?

– Selene.

– Czemu tak?

Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Sam się przekonasz.

– Nie boisz się, że się zgubi? Trochę się oddaliliśmy...

– Nic jej nie będzie. Pamiętaj, że to nie jest zwykłe dziecko.

– Tylko wampirzątko?

– Właśnie.

Narastającą ciszę przeciął znowu głos Gary'ego:

– Anno, czy ty... jesteś szczęśliwa? Nie wolałabyś teraz prowadzić zwykłego życia nastolatki?

Zalała mnie nagle fala irytacji. Nie rozumiałam, jak mógł pomyśleć, że miałam jakikolwiek wybór.

– Powiedz, Gary, czy ty... czułbyś się szczęśliwy, gdyby ktoś zamordował ci całą rodzinę, spalił dom i zabrał z twojego kraju do obcego miejsca, gdzie byłbyś traktowany jak nowa zabawka, którą można się pochwalić? Aleksander uważa mnie za swoją wizytówkę. Moja reputacja jest jego reputacją. Cały czas... mam nóż na gardle.

"Dość! Powiedziałaś za dużo".

– Udajmy, że nie zadałem tego pytania. Ale chciałbym wiedzieć jeszcze jedną rzecz. Dlaczego on mówi do ciebie Lacrima?

– Wiesz, co się robi, kiedy się cierpi? Lacrima po łacinie znaczy "łza". Kiedy jeszcze byłam człowiekiem, wylałam ich tyle, że według Aleksandra sama zmieniłam się w jedną z nich.

Na chwilę zapadła cisza.

– Mamo, mamo! Patrz, ile nazbierałam! – Doszedł mnie słodki głosik Selene. Dziewczynka biegła w naszą stronę.

– Pokaż.

– Chcesz zobaczyć? – zwróciła się do Gary'ego.

– Pewnie – odpowiedział. Na chwilę jednak zastygł w miejscu: – Jaka ty jesteś śliczna, jak... – Zerknął na mnie ukradkiem. – ...księżyc.

Uśmiechnęłam się, gdy Selene odsłoniła białe, ostre ząbki. Mężczyźnie mina nieco zrzedła.

– Kiedyś ta uroda zwiedzie niejedną jej ofiarę.

– Spokojnie. Jeszcze nie poluje.

– Karmisz ją?

Wyjęłam z torby buteleczkę i mu ją podałam. Gary przechylił ją, przyglądając się zawartości.

– To zwierzęca krew?

– Nie, ludzka.

– W sumie mogłem się domyślić. Nie jest dla niej... za mocna?

– Nie skarżyła się. Uczymy ją szacunku wobec zwierząt. Traktujemy je jak równych sobie.

– Nie bez powodu.

– Coś ci powiem. Idziesz na polowanie z bronią, strzelasz do zwierząt, a potem zazwyczaj je jesz. One, tak jak my i ludzie, są tylko jednym z gatunków wielu żywych organizmów żyjących na ziemi. My też idziemy na polowanie, zabijamy i spożywamy. Z tą tylko różnicą, że robimy to zgodnie z prawami natury. Nie mamy strzelb, granatów. Nie sądzisz, że to bardziej humanitarne?

– Wy nie jesteście żadnymi organizmami ani nawet wybrykami natury. Jesteście upiorami, które powinny już dawno być po tamtej stronie! Szatańskimi wytworami!

– Mylisz się. Funkcjonujemy na ziemi tak samo jak inni.

– A ten nóż, który nosisz pod spódnicą?

Cofnęłam się z oburzeniem.

– Nie masz gdzie oczu podziać, zboczeńcu?! – wybuchłam.

Roześmiał się.

– Odpowiedz.

– To i tak nie ma znaczenia. Każdy może nosić przy sobie coś takiego.

Poczułam, jak jego ręka podwija materiał, odsłaniając świecące ostrze.

– Coś takiego? Nie każdy.

– Zabieraj łapy! Czasami noże są potrzebne... Na przykład w trakcie rozmaitych świąt. One rządzą się swoimi prawami...

Przerwałam, bo Selene właśnie przybiegła z kolejną porcją liści.