Labirynt na ciebie poluje - Rainer Wekwerth

Reflow text when sidebars are open.
León zrobił dwa kroki i uderzył w ścianę. Zaskoczony dotknął czoła, którym przyłożył w przeszkodę. Po głowie rozszedł mu się tępy, tętniący ból.
"Cholera, będzie z tego porządny guz" - pomyślał.
Gdy opuścił lodowe miasto, był przygotowany na wiele sytuacji, ale nie na zamknięte pomieszczenie. Powoli opuścił rękę i rozejrzał się dookoła. Był w pokoju wielkości mniej więcej cztery na cztery metry, bez okien i mebli. Otaczała go pustka - nic oprócz idealnie białych ścian, gładkich i bez żadnych szczelin.
Chociaż nie widać było źródła światła, nie panowała tu ciemność. Pomieszczenie było spowite miękkim białym światłem, które emitowały chyba podłoga i sufit.
León zamknął oczy i głęboko odetchnął.
Tu, w środku, panowała cisza. Całkowita. Przerywał ją tylko jego oddech, jakby nie z tego świata.
"Gdzie jestem?"- zastanawiał się.
Zdziwiony spoglądał na szeregi liczb, które biegły po nagich ścianach. Nie dostrzegał w ich ciągu żadnej logiki, dlatego przestał zwracać na nie uwagę. Położył dłonie na ścianie przed sobą i zaczął ją gładzić. Nie mógł wyczuć żadnych nierówności. Po kolei obmacywał ściany. Pukał zgiętymi palcami w nienaturalnie gładki mur. Odgłos był wszędzie taki sam, tępy i głuchy. Zdradzał mu, że nie ma za murem ukrytych drzwi ani pustych przestrzeni.
Bardziej palące niż pytanie, gdzie jest, stało się to, jak się stąd wydostać. I gdzie są inni. Jenna, Jeb, Mary i Misza.
León wołał ich po imieniu. Najpierw ostrożnie, potem coraz głośniej, w końcu wywrzaskiwał imiona. Robił przerwy i nasłuchiwał. Ale nic się nie działo.
Żadnej odpowiedzi. Tylko dźwięk własnego głosu odbijał się od nagich i pustych ścian.
W końcu się poddał.
Usiadł po turecku na środku pomieszczenia, na gołej podłodze, przycisnął dłonie do skroni i analizował ostatnie wydarzenia.
Kilka dni temu obudził się w obcym świecie. Najpierw był sam, ale potem znaleźli go młodzi ludzie, którzy byli w takiej samej sytuacji co on. Najgorszy był dla Leóna moment, gdy Tian przy pokonywaniu wąwozu spadł w przepaść. Tian nie żył, zamordowany przez Kathy, która chciała mieć pewność, że nie zabraknie dla niej bramy do kolejnego świata. Kathy, ta suka, później tak nagle i nieoczekiwanie poświęciła się dla Mary. Zupełnie nie rozumiał Kathy. W końcu została w lodowym świecie. Oszalała. Głośno zgrzytnął zębami. Cokolwiek jej się przytrafiło, ta puta nie zasłużyła na nic innego.
Zostali w piątkę. León nie wiedział, czy reszta również się tu pojawiła. En la nada, w tej nicości. I nie miał pojęcia, jak do nich dotrzeć, jeśli są w pobliżu.
"Cholera, co to znów za gówno?" - pomyślał.
Jeśli się tu nie pojawili, to dobrze. Głównie dla niego, bo nie będzie walki o bramy. Wówczas w każdym kolejnym świecie czekałaby na niego następna brama i wcześniej czy później wróciłby do domu. Przynajmniej taką miał nadzieję, bo pewnie gdzieś był jego dom, choć nie bardzo go pamiętał. Problem, przed którym León w tej chwili stanął, był prosty. Znajdował się w pomieszczeniu bez okien, z którego nie prowadziły żadne drzwi. Ani jakiekolwiek bramy, przez które mógłby uciec. W tym momencie nie mógł nic zrobić. Poczuł, że to pomieszczenie ma jakąś tajemnicę, a on musi ją odkryć. Nikt nie zamknie go jak zwierzęcia. Nikt.
León zdjął kurtkę i odłożył na bok. Panowała tu umiarkowana temperatura. Nie było ani ciepło, ani zimno, nie potrzebował kurtki. Siedząc, wpatrywał się w przeciwległą ścianę. Wiedział, że się coś zmieni. Był na to gotowy.
Patrzył na puste ściany i powoli ogarniało go zmęczenie. Oczy mu się zamknęły, a broda opadła na pierś. Zdecydowanie poderwał głowę. Nie mógł sobie pozwolić na sen. Musiał pozostać czujny.
Wkrótce jednak ciało odebrało swój haracz za wysiłek, dzięki któremu pozostał przy życiu.
Jenna wychodziła z siebie. Wściekle waliła pięściami w nagie białe ściany. Choć były gładkie i idealnie równe, wkrótce knykcie palców Jenny krwawiły i zostawiały czerwone smugi na nieskazitelnej dotąd powierzchni.
Była uwięziona i sama. Gdzie się podział Jeb? Ten chłopak tak szybko wkradł się do jej serca, że czuła, jakby go znała całe wieki. Jeb zaryzykował życie, żeby uratować ją w pierwszym świecie. Potrzebowała go, a bez jego krzywego uśmieszku nie wyobrażała już sobie życia.
- Dlaczego mi to robicie?! - wrzeszczała w białą pustkę pokoju. - Nie dość już wycierpiałam, pieprzone dupki? Bawi was przyglądanie się, jak cierpię jeszcze bardziej?
Jej twarz płonęła gniewem. Cofnęła się dwa kroki i rzuciła całym ciałem na ścianę. Jeszcze raz i jeszcze raz. Wykrzykiwała imię Jeba, ale odpowiadała jej cisza.
Wściekła, wyczerpana i bez tchu opadła na podłogę i płakała. Nagle zakrztusiła się własnymi łzami i zaczęła kaszleć. To zmusiło ją do opamiętania i próby oceny sytuacji.
Była w zamknięciu i musiała się wydostać, żeby poszukać Jeba.
Ktokolwiek zatroszczył się o to, żeby wylądowała w pustym pomieszczeniu, raczej nie chciał, żeby umarła z głodu i pragnienia. To nie miałoby sensu. Jej śmierć, a także śmierć ich wszystkich mógł spowodować już wcześniej. Albo sprawić, by nie było bram, a żadne z nich nie wylądowałoby w następnym świecie. Nie, nie, to wszystko nie służyło temu, by ich zabić. To było dla Jenny jasne.
"Spieprzaj" - rzuciła w duchu.
Ktokolwiek wymyślił ten piekielny żart, nie zastraszy jej.
"Wyjdę z tego pomieszczenia i znajdę Jeba, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię" - postanowiła.
Ślepa furia uleciała, ustąpiła miejsca wyrachowanemu gniewowi, który pomógł Jennie się skupić.
"Obszukam to pomieszczenie, gdzieś musi być ukryty mechanizm, który otwiera niewidzialne drzwi" - kalkulowała.
Uczepiła się myśli, że koniec nie może nadejść tu i teraz. Musiał być jakiś dalszy ciąg, musiała walczyć dalej. Teraz chodziło tylko o to, żeby się nie poddała. Może coś przeoczyła? Zakiełkowała w niej wiara i Jenna rozejrzała się jeszcze raz.
Potem nagle zapanowała całkowita ciemność.
Mary przykucnęła w najdalszym kącie pokoju, jak najdalej od drzwi, nieco uchylonych, przez które do ciemnego pomieszczenia wpadał promień światła.
Wszystkie wrażenia, wszystkie jej myśli uciekły, uniesione strachem, że będzie na jego łasce.
Był gdzieś tam na zewnątrz. Słyszała jego kroki.
Drzwi otworzą się nieco szerzej, nie całkiem, co to, to nie. Zaraz jego długi cień ułoży się na podłodze i stopi z ciemnością w pokoju.
Matka nic nie podejrzewała, a może nie chciała wiedzieć, co działo się nocą w tym pokoju?
- Jesteś rozpuszczoną podfruwajką, która nie wie, co jej wolno, a czego nie - beształa często córkę. - Trzeba za tobą wszystko nosić, bo jesteś leniwa.
A to nie była prawda, bo ojciec brał od Mary wszystko bez jej próśb. Zawsze był obok, nosił jej tornister, podnosił książki, kiedy upadły na podłogę, jakby chciał wynagrodzić córce to, co przeskrobał poprzedniej nocy.
Wszystkie te obrazy i wspomnienia, o których miała nadzieję zapomnieć lub je wyprzeć, nagle wróciły. Wszystko inne zniknęło. Nie mogła sobie przypomnieć niczego z poprzedniego życia, tylko to jedno.
Wtem kroki ustały. Ale on nie wchodził. Mary usłyszała coś innego. Cichy szloch. Słaby, jakby lęk, który się w nim krył, nie miał skrzydeł.
- Tato, proszę, nie. Proszę.
Mary nie mogła opanować drżenia. David. To był jego głos. Jej ciało się napięło, drgnęła, jakby przeszedł przez nią prąd. Poczuła, jak robi jej się niedobrze, i z odrazy, jaka ją ogarnęła, zwymiotowała na podłogę. Dyszała, z kącika ust ciekła jej gorzka ślina. Pod zamkniętymi powiekami tańczyły krwistoczerwone plamy i nagle zakręciło jej się w głowie.
- Proszę.
Tylko jedno słowo. Błaganie, w którym był sam lęk.
Mary wytarła usta rękawem kurtki. Powoli wstała. Nogi jej drżały, wahała się, czy podejść do światła, które wpadało z zewnątrz, ale zmusiła stopy, by zrobiły krok.
Potem jeszcze jeden.
Serce biło jak oszalałe, ale już nie zwlekała.
Najwyższy czas, żeby z tym wszystkim skończyć.
Misza wpatrywał się w ścianę przed sobą. Nic nie widział. Przed chwilą było jeszcze jasno, teraz przykucnął w całkowitej ciemności. Nie bał się. Nie groziło mu tu bezpośrednie niebezpieczeństwo. Nie panował piekielny upał ani siarczysty mróz, nic go nie bolało, nie był głodny i nie paliło go pragnienie. Wszystko było prostą geometryczną formą, której zagadkę miał rozwiązać.
Kiedy czekał, w pokoju znów zrobiło się jaśniej. Nieprzenikniona czerń zamieniła się w mętną szarość, a potem w bladą biel. Nie potrafił odkryć, skąd pochodzi światło, ale o wiele bardziej interesowało go to, że ściany już nie były tylko białe. Teraz wędrowały po nich w postaci bladego, szarego światła liczby w pozornie nieuporządkowanych ciągach. Od lewej do prawej i odwrotnie, od dołu do góry i w drugą stronę.
Małe i duże liczby.
Misza patrzył na ściany i wtedy coś sobie przypomniał. Liczby i kształty to była jego przeszłość. Jego życie przed labiryntem. Liczby odgrywały w nim ważną rolę. Uwielbiał liczby, matematykę. Jego serce podskoczyło. Czyżby wrócił do domu?
Nie. Z tym otoczeniem nie wiązały go żadne wspomnienia. Wszystko tu było obce. Zimne. Tylko liczby były czymś znajomym.
A potem pojął, o co chodzi. To wszystko było zagadką, a jej rozwiązanie kryło się w wędrujących liczbach. Jeśli wda się w tę grę i rozwiąże zagadkę, wyjdzie z tego pomieszczenia i znajdzie resztę grupy.
Gdzieś za tymi białymi ścianami były bramy, które zaprowadzą go dalej, przeniosą kawałek bliżej prawdziwego życia.
Liczby! Co w nich było szczególnego?
Misza obserwował, jak przesuwały się po ścianach, ale nie odczytywał ich tajemnicy. Były różnej długości, czasem dwunasto-, czasem tylko czterocyfrowe, albo była pomiędzy nimi jakaś grupa cyfr. Wszystkie miały ze sobą coś wspólnego, coś, czego nadal nie potrafił pojąć.
Spokojnie i rytmicznie jak na morzu, którego fale liżą brzeg, liczby poruszały się po ścianach.
Misza był skonsternowany.
Wiedział, że to w nich tkwi rozwiązanie zagadki. Musiał sobie tylko coś przypomnieć. Kim był przed labiryntem i kim prawdopodobnie jest nadal. Pojawiało się przed nim coraz więcej liczb i nagle przestały być znajome, a stały się groźne. Niespodziewanie pojawiła się nowa liczba, większa od pozostałych, czerwona. Widniała pośrodku każdej ściany. Liczba była nieruchoma, a inne ślizgały się wokół niej, jak gdyby jej ustępowały.
24:00
Liczba powoli migała jak wyzwanie, ale po co? Potem się zmieniła. Misza uparcie ją obserwował.
23:59
23:58
23:57
Po chwili zrozumiał. Trwało odliczanie. Ktoś mierzył czas. A czas mijał. Pomyślał, że gdy licznik dotrze do zera, coś się stanie i nie będzie to nic dobrego. Zgrzytnął zębami.
Dwadzieścia cztery?
Dwadzieścia cztery godziny.
Czas, który mu został, żeby coś zrobić?
Nie musiał się nad tym zastanawiać. Dwadzieścia cztery godziny, żeby wyjść z tego pomieszczenia i znaleźć bramy, które przeniosą go w kolejny świat.
"Cholera" - pomyślał.
Gdzie byli pozostali?
Jebowi brakowało tchu. Odkąd wylądował w tym pomieszczeniu, czuł ucisk w krtani. Przyciskał pięści na przemian do piersi i do ust, chwytał powietrze, pompował tlen do płuc, więcej i coraz więcej, a mimo to miał wrażenie, że się dusi.
Znalazł się w jasnej zamkniętej przestrzeni. Bez okien i drzwi. To zamknięcie zdusiło w nim wolę działania. Nie wiedział, skąd wziął się ten lęk, ale kiedy drżąc, przykucnął na podłodze, opanowały go obrazy z przeszłości. W błyskawicznym tempie przed oczami pojawiły się strzępy wspomnień.
Pijany ojciec wyzywa matkę. Ciasnota małego domu. Wolność jedynie w pobliskich lasach, w domu cicha rozpacz, która wydawała się wypełniać każdą cząstkę dzieciństwa.
Pojawił się przed jego oczami obraz matki. Niegdyś błyszczące czarne włosy teraz były siwe i bez blasku, podobnie jak jej spojrzenie. Widział w nich brak nadziei, kiedy po czternastu godzinach ciężkiej pracy wracała do domu i wynosiła do kosza butelki po wódce. Zgarbiona ciężarem życia płaciła cenę za to, że zakochała się w tym mężczyźnie.
"Dlaczego nie odejdziesz?! - bezgłośnie krzyczał na nią każdego dnia. - Dlaczego go nie zostawisz?".
Została ze względu na niego. Tyle lat. A teraz było za późno, by zacząć wszystko od nowa.
"Mam do ciebie tak wiele pytań, mamo, i teraz czuję się tak, jak ty musiałaś się czuć każdego dnia. Czy to, co się tu dzieje, to kara za to, że cię zostawiłem w potrzebie?".
Jeb oddychał z trudem. Czuł, jak jego płuca się kurczą, a klatka piersiowa się zaciska. Zacharczał. Chwycił się rękami za gardło, jakby chciał je zmusić, żeby się otworzyło.
Później nagle zapadła wokół niego ciemność. Jego krtań gwałtownie się zacisnęła. Dysząc w ciemności, próbował nabrać powietrza, ale gdy rozpaczliwie starał się unieść klatkę piersiową, by wpuścić do płuc zbawienny tlen... brakowało mu sił. Jakby ciało zbuntowało się przeciwko niemu, jakby Jeb sam chciał się udusić. Próbował krzyknąć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
Gdy chwilę później znów stało się trochę jaśniej, Jeb leżał bez ruchu na podłodze.
Nie widział liter i liczb, które przesuwały się po ścianach. Nie zauważył licznika, który się pojawił, gdy jego skurczone palce próbowały wczepić się w pustą podłogę. Nie ruszał się.
Nagle światło znów się zmieniło i ściany spowiła czerwona poświata. Rozległo się skamlenie. Jeb drgnął, podniósł głowę, jego wargi układały się w nieme słowa. Wzrok miał mętny, ale czuł, co się dzieje.
Powoli i bezgłośnie ściany wokół niego zapadały się w podłogę. W każdym kierunku rozciągała się z pozoru nieskończona przestrzeń, nad którą wydawało się unosić jasne światło. Jeb czuł, jak tlen wdziera się do jego płuc, miał pustkę w głowie i nie był w stanie myśleć. Ponad tym wszystkim słyszał szum krwi w swoich żyłach. Coś skłoniło go jednak do poruszenia się, do ucieczki z tego więzienia. Z trudem i stękaniem przesunął ciało kawałek naprzód. Jak ranne zwierzę czołgał się w stronę światła.