Życie Lukrecji
Każdego ranka Lukrecja wstawała do szkoły z dużym trudem. Uwielbiała śnić i kiedy seledynowy budzik zaczynał podskakiwać, wydając przy tym nieprzyjemny metaliczny dźwięk, dziewczynka była przekonana, że jest to najgorszy moment w ciągu dnia, nie licząc popołudniowych powrotów późną jesienią ze szkoły do domu.
Po nocy w mieszkaniu było zawsze zimno. Co rano Mama rozpalała ogień w piecu znajdującym się w kuchni, ale ciepło rozchodziło się nieśmiało po starych żeliwnych kaloryferach dopiero wtedy, gdy Lukrecja wychodziła już z domu. Po przebudzeniu dziewczynka siadała na łóżku i w pośpiechu szukała ciepłymi stopami swoich kapci, by nie uronić nic z tej ciepłotowatości. Miała wrażenie, że stopy same jej w tym pomagały, gdy tylko zaczynały dotykać zimnej drewnianej podłogi. Kiedy odnalazła już kapcie, szła do łazienki. O tej porze dnia była to najzimniejsza część mieszkania i Lukrecja wzdrygała się na myśl o wejściu tam. Sedes był zimny, a woda z kranu nagrzewała się dopiero po uruchomieniu piecyka.
Trzeba było zapalić zapałką gazowy piecyk i przesunąć pokrętło z czarną gałką w stronę rysunku z płomieniem. Zawsze robił to Pan January. Pudełko zapałek leżało na rurce pod piecykiem.
Kiedy Tata Lukrecji gasił zapałkę po zapaleniu płomienia w piecyku, jej zapach docierał po chwili do nosa Lukrecji, a wtedy dziewczynka zamykała oczy dosłownie na chwilę, by wyobrazić sobie, że jest pierwszy listopada i że znajduje się właśnie z Rodzicami na grobach Dziadków i Pradziadków. Kiedy Lukrecja rzeczywiście stała pierwszego listopada na cmentarzu wraz z Rodzicami i Pan January gasił zapałkę po zapaleniu zniczy, wtedy zamykała oczy - też na moment - by wyobrazić sobie, że jest w łazience przy piecyku i czeka na ciepłą wodę. Lukrecja nazywała to Podróżą w Zapachu. Dziewczynka miała bardzo wrażliwy nos - różne miejsca kojarzyły jej się z różnymi zapachami i na odwrót.
Wracając do porannego wstawania, kiedy woda z kranu robiła się przyjemnie ciepła, Lukrecja lubiła położyć obydwie ręce w umywalce i pozwolić, by ciepły strumień ogrzewał je przez jakiś czas. To był jeden z ulubionych momentów w całym dniu Lukrecji.
Niestety, nie mogło to trwać zbyt długo, bo w łazience także stał zegarek, który tykał nagląco i wskazywał oskarżycielsko rozciągniętymi wskazówkami, że jest już późno.
Lukrecja myła się i wracała do swojego pokoju, gdzie czekał na nią przygotowany przez Panią Łucję strój do szkoły. Dziewczynka ubierała się, brała tornister i szła z nim do kuchni. Tam czekała, aż Mama przyrządzi jej śniadanie. Pani Łucja rozcinała wielkimi nożycami papierową torebkę w błękitną kratkę, na której widniał napis KLEIK RYŻOWY, i wysypywała białą, sypką, podobną do śniegu zawartość na taflę podgrzanego mleka, wlanego chwilę wcześniej do talerza ze złotą obwódką.
Pani Łucja zaczynała wtedy szybko mieszać łyżką śnieżne płatki i po chwili miała już gotowy kleik ryżowy. Ale to nie był koniec.
Wyjmowała jeszcze z szafki konfitury, nakładała jedną łyżkę na środek talerza i stawiała go przed Lukrecją. Wtedy dziewczynka zaczynała mieszać swój kleik, który zmieniał kolor z białego na brązowy. Można już było go zjeść. Po śniadaniu Lukrecja myła zęby, zakładała kurtkę i wychodziła z domu, żegnając się głośno z Rodzicami. Miała przed sobą bardzo długą podróż do szkoły, czego nie lubiła. Najpierw czekała na przystanku autobusowym naprzeciwko domu. Potem autobusem podjeżdżała pod zaniedbany i ponury dworzec, by wsiąść do pociągu i jechać nim około trzydziestu minut, zawsze stojąc przy drzwiach. Następnie musiała przejść brudnym i ciemnym tunelem na przystanek tramwajowy i dojechać tramwajem pod samą szkołę.
Szkoła mieściła się w bardzo starym, strzelistym ceglanym budynku. Lukrecja zawsze głęboko wzdychała, wchodząc do środka.
Ciężkie drzwi skrzypiały za każdym razem tak samo nieprzyjemnie, a gdy zamykały się za Lukrecją, dziewczynka była już bardzo smutna i ze zwieszoną głową szła najpierw do szatni przypominającej klatkę dla dzikich zwierząt, a potem bardzo powoli, stromymi schodami na samą górę. Lukrecja czuła się w klasie bardzo obco.
Lukrecja miała oczywiście koleżanki i kolegów. Bardzo lubiła Ewelinę Niską i Stasia Kłosowskiego. Ewelina interesowała się historią i była dumna z tego, że jej najlepsza koleżanka ma takie piękne historyczne imię. Staś lubił piłkę nożną i rośliny ogrodowe, bo jego tata miał sklep z cebulkami i nasionami kwiatów. Lukrecja lubiła przerwy między zajęciami, ale same lekcje nie bardzo.
Gdy Lukrecja wychodziła ze szkoły, miała do wyboru albo wsiąść do tramwaju i wysiąść przy dworcu, by wrócić do domu, albo pojechać tym samym tramwajem trochę dalej i odwiedzić Babcię, która mieszkała w bloku i miała kanarka o imieniu Piotruś, znoszącego niebieskie jajeczka. Babcia dużo z Lukrecją rozmawiała, bardzo dobrze gotowała, więc dziewczynka z chęcią wybierała dłuższą jazdę tramwajem i odwiedziny u Babci Róży, bo tak nazywała się Babcia Lukrecji.
Gdy jednak z jakichś względów dziewczynka musiała szybciej wracać do domu, wsiadała po lekcjach do tramwaju, potem do pociągu, potem do autobusu i w końcu wysiadała przed Pałacykiem.
Latem wolała przejść się z dworca do samego domu, jesienią jednak czekała na autobus, choć oczywiście piesza wędrówka w ciemne i dżdżyste listopadowe popołudnie bywała zdecydowanie bardziej ekscytująca. Od dworca szło się cały czas w dół alejką. Rosły przy niej wysokie stare drzewa, które rzucały złowrogi cień nawet w słoneczne i upalne dni. Najtrudniejszy i najstraszniejszy był odcinek przy samym domu. Lukrecja zawsze drżała, gdy schodziła stromą i ciemną, nieoświetloną ulicą, widząc jednocześnie po swojej prawej stronie zapalone światła w kuchni i wyraźny ciemny kontur Pałacyku z posępnym blaszanym kogutem na dachu.
Kiedy docierała do domu, Pani Łucja czekała już na nią z obiadem, a Pan January zjawiał się chwilę później, by zamknąć się w gabinecie i stukać do późna na starej maszynie do pisania. Po obiedzie, w zależności od godziny i pory roku, Lukrecja szła do swojego pokoju, by bawić się lalkami, albo spędzała czas na podwórku. Oprócz Lukrecji i jej Rodziców w domu mieszkały tylko samotne Panie Sąsiadki. W bardzo zaniedbanym mieszkaniu na parterze Lukrecja była zaledwie raz i później często śniły się jej zielonkawe ściany i straszny obraz przedstawiający jakiegoś srogiego pana, który miał bardzo surowy wyraz twarzy i trzymał w rękach klepsydrę, czyli starodawny przyrząd do odmierzania czasu. Pani Sąsiadka z parteru snuła się godzinami po pobliskim parku. Nie rozmawiała z nikim z sąsiadów. Była już trochę starsza i miała śmieszne imię: Dąbrówka. Kiedy ktoś, kto znał Panią Dąbrówkę, mijał ją na ulicy lub w parku, witał ją niezmiennie słowami:
- Dzień dobry, Pani Dąbrówko! Jak tam zdrowie?
Pani Dąbrówka odpowiadała, że kiepsko, a potem dalej szła przed siebie, zawsze bardzo wolno i zawsze z założonymi z tyłu rękami. Ktoś mówił, że Pani Dąbrówka ma dzieci, ale chyba mieszkają bardzo daleko i nie mogą do niej dotrzeć. Lukrecja pomyślała kiedyś, że Pani Dąbrówka wychodzi codziennie na spotkanie dzieciom, żeby widziały, gdzie ona mieszka, i na pewno do niej trafiły
.
Na pierwszym piętrze mieściły się trzy malutkie mieszkanka. Jedno należało do bardzo siwej i pomarszczonej Pani Zyty Bukszpan-Paprockiej. Była to niemiła i nigdy nieuśmiechająca się pani profesor od czegoś kiedyś bardzo ważnego. Pani Zyta używała słowa "kiedyś" najczęściej ze wszystkich znanych Lukrecji osób. Kiedyś były inne liście, kiedyś były inne dzieci, kiedyś szanowało się starszych, kiedyś było wspaniałe powietrze, kiedyś były inne marchewki, kiedyś byli inni ludzie tak w ogóle. Pani Zyta nie pozwalała bawić się na podwórku, tak jak chciała Lukrecja, czyli radośnie i głośno. Natychmiast pojawiała się w szerokim oknie i w milczeniu patrzyła zimnym wzrokiem na bawiącą się dziewczynkę, a gdy ta, zajęta zabawą, nie zauważała jej, Pani Zyta dostojnie, ale głośno cedziła przez zęby:
- Proszszszszszę przrzrzrzesssssstać!
Lukrecja nieraz skarżyła się Mamie, że Pani Zyta niesprawiedliwie przerywa jej zabawę na podwórku - spokojną i przecież zdecydowanie samotną, nie licząc ożywionych rozmów z koleżanką z wyobraźni, Hortensją. Pani Łucja chodziła więc po kilka razy do Pani Zyty i tłumaczyła jej, że córka musi trochę się przewietrzyć, tym bardziej że ma astmę, ale wtedy Pani Zyta łapała się za serce i zaczynała szukać krzesła, chwiejąc się na nogach. Gdy Pani Łucji udawało się usadowić starszą sąsiadkę na krześle i podać jej szklankę wody, Pani Zyta zaczynała znowu mówić o tym, że kiedyś były inne dziewczynki, inna astma i inne podwórka. Niewiele można było w tej sprawie zrobić. Obok Pani Zyty mieszkała śliczna, ale wiecznie blada i zapłakana Pani Liliana Słowik, znana wszystkim sąsiadom jako Pani Lilka. Miała trzydzieści kilka lat i szukała męża. Odkąd Lukrecja pamięta, Pani Lilka co chwila wychodziła za mąż i co chwila się rozwodziła. Lukrecji było przykro, bo kiedy Pani Lilka była zakochana i szczęśliwa, natychmiast stawała się rumiana i uśmiechnięta, gdy zaś kolejny wybranek jej serca odchodził, zawsze w deszczu i zawsze w listopadzie, Pani Lilka bladła i zaczynała płakać. Płakała całą zimę i w ogóle nie wychodziła z domu. Dopiero pod koniec marca otrzepywała się z poprzedniej miłości jak pies po wyjściu z mulistego stawu i zaczynała wychodzić na spacery i do miasta. Z każdym dniem robiła się coraz bardziej jasna i kolorowa, a gdy kończył się maj, wracała do domu z nowym narzeczonym. Narzeczeni Pani Lilki byli dziwnie do siebie podobni. Lubili hałasować, krzyczeć i robić awantury na cały dom. Nikt jednak nie ośmielał się dzwonić na policję, bo wszyscy wiedzieli, że każde lato się kiedyś skończy i kolejny narzeczony Pani Lilki odejdzie któregoś listopadowego ranka, by znowu nastał spokój i cisza. Co dziwne, nawet Pani Zyta nie robiła z tego powodu wyrzutów Pani Lilce. Lukrecja usłyszała kiedyś, jak Pani Zyta mówiła Tacie, że dla niej Pani Lilka to kobieta renesansu i że kiedyś sama także nie mogła opędzić się od narzeczonych.
W ostatnim malutkim mieszkanku żyła Pani Ludwika Gzyms. Rzadko, bo rzadko, ale odwiedzała ją córka, która wyszła za mąż za śniadego pana z zagranicy i miała z nim troje małych dzieci. Kiedy córka Pani Ludwiki przyjeżdżała, strasznie się z nią kłóciła. Z jednej strony Pani Ludwika, która była już na emeryturze, bardzo lubiła, gdy córka ją odwiedzała, z drugiej była potem niezwykle zmęczona i smutna. Wnuczki zawsze coś niszczyły, hałasowały i nie słuchały Pani Ludwiki, a córka ciągle powtarzała, że jej mama coś robi nie tak. Przykro było tego słuchać sąsiadom, którzy widzieli, jak bardzo Pani Ludwika czeka na swoją córkę, jak się przygotowuje do każdej wizyty. Pan January, poproszony przez Panią Ludwikę jako jedyny mężczyzna w Pałacyku, trzepał wszystkie dywany, Pani Łucja pomagała w zrobieniu zakupów i wyczyszczeniu wyjątkowo starej i brzydkiej łazienki z niezwykłą wanną.
Wanna miała dziwne nogi, jakby smocze łapy trzymające żelazną kulkę. Wyglądało to groźnie i wcale nie zachęcało, przynajmniej Lukrecji, do kąpieli.
Kiedy przychodziła już pora snu, Lukrecja szła pożegnać się z Rodzicami, a potem z ogromną radością i ulgą kładła się spać. Wieczory okazywały się znacznie przyjemniejsze od chłodnych poranków. Kaloryfery zawsze były już mocno gorące i w domu było naprawdę ciepło. Dziewczynka wchodziła do łazienki, napuszczała wodę do dużej wanny, która zawsze miała zimne boki. Za pomocą nakrętki wlewała trochę ziołowego szamponu do włosów, barwiącego wodę na kojący zielonkawy kolor, i pozwalała, by mocny strumień z kranu zamienił go w przyjemnie pachnącą pianę. Lukrecja lubiła zanurzać się w tej pianie i wyobrażać sobie, że jest na biegunie południowym i wszędzie widzi lodowce i śnieg.
Po kąpieli zakładała koszulę nocną i szła do swojego pokoju. Przygotowania do snu były dla Lukrecji najważniejszym i najprzyjemniejszym zajęciem, na które czekała cały dzień. Lukrecja bowiem uwielbiała śnić i podróżować we śnie. Układała się do snu, zwijając się w kłębek i tuląc w poduszkę. Nie umiała spać na brzuchu ani na wznak. Przeczytała gdzieś, że leżąc w taki sposób podczas snu, człowiek mimowolnie otwiera usta, a wtedy może do nich wejść pająk. W starym Pałacyku nie brakowało tych stworzeń. Zawsze gdy zaczynała się jesień, a pogoda robiła się wietrzna i nieprzyjemna, pająki postanawiały znaleźć sobie w mieszkaniu państwa sopelskich ciepły kącik, aby przeczekać zimę. Lukrecja nie lubiła pająków. Dlatego spała na boku, pilnując, by buzia była zawsze skierowana w stronę poduszki. Najważniejsze jednak dla dziewczynki było to, że miała przed sobą całą noc i mogła śnić do woli, a to było jej ulubione zajęcie.