Labirynt - Jacek Piekara

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Labirynt

Kiedy znalazł się w kabinie penetratora, odetchnął z ulgą. Stanął przed nim wysoki mężczyzna w szarozielonym mundurze i wyciągnął rękę.

- Zwiadowca Rowland.

- Inspektor Lansdale. - Uścisnął kościstą dłoń kierowcy i opadł na fotel. - Nie myślałem, że jest tak źle - powiedział.

Rowland usiadł przed ekranami i szarpnął dźwignią rozruchu. Pojazd ruszył z miejsca. Potężne podmuchy wichury uderzyły w pancerz, ale kolos, nie zważając na nie, sunął poprzez zwały wulkanicznego piachu. Gąsienice wyrzucały tumany pyłu, tak że inspektor na ekranach widział tylko brunatny, wirujący kłąb. Rowland włączył kamery podczerwienne i szereg ciemnych dotąd ekranów rozjaśnił się.

- Nigdy nie dalibyśmy sobie rady bez podczerwieni - powiedział. - Widoczność ograniczona jest do kilku metrów.

- Daleko jeszcze do bazy?

Kierowca wzruszył ramionami.

- To zależy. Nigdy nic nie wiadomo.

- Jak to? Ile kilometrów jest do bazy?

- Prawie sześćdziesiąt, ale jak ugrzęźniemy gdzieś albo trafimy na dziurę, to... - nie dokończył i machnął ręką.

Inspektor spojrzał na ekran.

- Dziura? Droga prosta jak stół.

Rowland roześmiał się.

- Toteż nie chodzi mi o żaden wykrot. Dziura to po prostu dziura. Wszystko wytłumaczą panu na miejscu.

- W porządku.

Milczeli przez chwilę.

- A jak idą prace?

- Jak mają iść? Spróbowałby pan coś robić na tej cholernej planecie. Ciągle jakieś niespodzianki. Klimat podły. Wie pan, że gdyby nie ochraniacze pod pancerzem, obaj ogłuchlibyśmy już od huku?

- Jak daleko doszliście?

Kierowca machnął ręką.

- Ja tam nic nie wiem. Jeżdżę z bazy do bazy, bo paręnaście kilometrów od nas są geolodzy. Przewożą sprzęt, ludzi, żywność. Co mnie to wszystko obchodzi? Dopóki penetratory są dobre, paliwo jest, to ja nie mam do nikogo pretensji.

- A inni mają?

Pojazd stanął nagle w miejscu.

- Cholera jasna! Mówiłem: dziura to dziura. No i masz pan jak na życzenie. Jeszcze trochę, a wpasowalibyśmy się w sam środeczek.

Inspektor zbliżył się do ekranów.

- Gdzie?

- Tutaj to pan nic nie zobaczy. Lepiej tutaj.

Wskazał dłonią na mały boczny ekran, przez który, jak inspektor wcześniej zauważył, przebiegała cały czas linia prosta. Teraz jednak pośrodku ekranu linia rosła w spiczasty, pulsujący wierzchołek. Kierowca dotknął palcem dużego ekranu.

- To jest mniej więcej tu. Musimy się cofnąć.

- Co to właściwie jest? Co za dziura? Nic tu nie widzę. Droga cały czas równa.

- Co ma z tym wspólnego droga? Ja tam nic nie wiem, ale profesor Gray panu to wytłumaczy. Wiem jedno, że nie wolno mi w to wjechać. Pięć miesięcy temu Bennet wjechał w to świństwo i znaleźli go potem prawie tysiąc kilometrów dalej. Szkoda chłopaka. To był dobry kierowca.

- Zginął?

- Paliwa starcza na trzysta kilometrów. Penetrator stanął i koniec. Wyjść nie można.

Inspektor zaczął bębnić palcami po poręczy fotela.

Pojazd ruszył, tym razem do tyłu, potem zrobił ogromny łuk i znów pojechał prosto.

Lansdale zauważył, że przez ekran znów biegnie prosta pozioma linia.

- Nic pan o tym nie słyszał, inspektorze?

- Nie.

- Myślałem, że meldowali coś na Ziemię.

- Wysłano mnie, bo od kilku miesięcy nie ma żadnych meldunków.

Kierowca wzruszył ramionami.

- Dom wariatów. Oni wszyscy są trochę tego. - Zakręcił palcem przy czole.

- Dlaczego?

- A ja wiem? Ale niech pan nie mówi, że coś takiego ode mnie słyszał. Tak między nami, to chciałbym się stąd jak najprędzej wyrwać.

- Nikt pana przecież siłą nie trzyma.

- Służba. Jeszcze trzy lata. Nie mam nic do gadania. Gdzie poślą, tam muszę siedzieć. Zresztą co tam. Trudno. A pan na długo przyjechał?

- Nie wiem. Dopóki nie sprawdzę, co się tu dzieje.

- Daj Bóg, żeby nas z powrotem wysłali na Ziemię. Dość mam tego siedzenia. Zakazana planeta.

Inspektor ułożył się wygodnie w fotelu. Przymrużył oczy i nie wiedząc kiedy, zasnął.

Obudziło go lekkie klepnięcie. Podniósł powieki i zobaczył stojącego nad sobą człowieka.

Uniósł się i uścisnął wyciągniętą dłoń.

Mężczyzna stojący przed nim sprawiał nieprzyjemne wrażenie. Miał końską, nieogoloną twarz, pozlepiane w strąki, długie żółte włosy. Bluza munduru rozpięta do połowy ukazywała ciemną od brudu szyję. Był albo pijany, albo przepity. Patrzył na inspektora spod sinych, nabrzmiałych powiek. Miał przekrwione oczy, a poza tym oddech przesiąknięty kwaśnym odorem alkoholu.

- Kapitan Garrick - przedstawił się.

- Lansdale - odparł inspektor, z ulgą puszczając jego ciepłą, mokrą dłoń.

- Proszę za mną.

Wysiadł z penetratora za chwiejącym się na nogach kapitanem. Znaleźli się w wielkiej hali, w której stały jeszcze cztery penetratory. Podeszli do śluz, które rozwarły się, przepuszczając ich do mieszkalnej części bazy.

Wąski, długi, jasno oświetlony korytarz zaprowadził ich pod odsunięte do połowy drzwi. Kapitan wszedł do środka, a inspektor wsunął się za nim.

Przy stoliku siedziało czterech mężczyzn z kartami w rękach. Nie zauważyli nawet ich wejścia.

- Gówno! - ryknął nagle siedzący tyłem do drzwi. - Oszukałeś, Cadogan. Czego, kurwa, chowasz łapy za siebie?

- Aubrey! - rzekł głośno kapitan.

Mężczyzna odwrócił się.

- I czego chcesz, ty w dupę... - urwał nagle. - A to kto? - spytał.

- Inspektor Lansdale - rzekł przybysz, przesuwając się do przodu i stając tuż przy stole.

Mężczyźni wstali z krzeseł.

- Kapitan Aubrey - przedstawił się stojący najbliżej. - A to porucznicy Cadogan i Winslow i profesor Olney.

Lansdale uścisnął ich dłonie. Zauważył stojącą na stole butelkę i pięć plastikowych kubków. Przy jednym z łóżek pod ścianą stał cały rząd pustych już butelek i puszek po piwie.

Garrick pochwycił jego spojrzenie.

- Siadajmy - rzekł, szybko podsuwając inspektorowi krzesło.

Usiedli dookoła stołu.

Cadogan bawił się, tasując w nieprawdopodobnie szybki sposób karty.

- Polej coś - powiedział Aubrey do Garricka.

Winslow wyjął z szafki kubek. Nalał do niego trochę alkoholu. Przepłukał, wylał resztę w kąt i postawił naczynko przed inspektorem.

Garrick nalał każdemu po pół kubka.

- Pana zdrowie, inspektorze - rzekł.

Wszyscy podnieśli kubki.

- No, do dna, panowie.

Łyknęli jak na komendę. Lansdale umoczył tylko wargi, Winslow wyjął paczkę cameli i poczęstował wszystkich. Błysnęła zapalniczka. Zaciągnęli się głęboko. Profesor rozkaszlał się i Aubrey klepnął go mocno w plecy.

- Co tam słychać na starej, dobrej Ziemi? - spytał Aubrey - Daje sobie radę bez nas? Co?

- Nie najgorzej - odparł Lansdale - ale będę musiał poważnie z panami porozmawiać. Zwłaszcza z panem, Aubrey. Jest pan, zdaje się, szefem ochrony wojskowej?

- Tak.

Cadogan przestał tasować karty.

- I z panem również, profesorze. Poza tym na dzisiaj wieczór chciałbym mieć panów raporty. O wszystkim, co się tu dzieje. Dokładnie.

Aubrey splunął pod stół.

- Na wuja panu raporty. Wszystko w porządku. Pracuje się.

- Chciałbym również zobaczyć, jak wygląda ta cała ochrona wojskowa. Wątpię, czy wszystko idzie zgodnie z instrukcją.

Kapitan roześmiał się.