Łabędzi śpiew. Tom 3 - Simon R. Green

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (31,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JedenPIĘKNA CÓRKA WISIELCA

W Nightside wszelkie Moce chodzą, jak i gdzie chcą, ale źródła mocy muszą być stabilne, pewne i całkowicie niepodatne na jakiekolwiek próby ingerencji. Ktoś musi pompować prąd, żeby te wszystkie neony świeciły jasno. Nightside to miasto w mieście, napędzane energią z najróżniejszych źródeł - czasem nielegalnych albo nienaturalnych. Moc płynie z krwawych ofiar, od uwięzionych bożków, z maleńkich czarnych dziur utrzymywanych w polu hipostazy. Są też i inne źródła, tak odrażające i ohydne, tak niewypowiedzianie obce, że choćby zerknięcie na nie może pozbawić człowieka zdrowych zmysłów. Nie żeby kogoś tutaj to obchodziło, a przynajmniej nie, póki światła płoną, a pociągi wciąż kursują. Ale najbardziej stabilnym źródłem elektryczności jest elektrownia Prometeusz Inc. Magia byłaby bardziej widowiskowa, jednak w Nightside zawsze było tyle samo magii, co techniki na najwyższym poziomie.

Firma Prometeusz Inc. osiągnęła sukces niedawno, niespełna sześć lat temu, i szybko zyskała opinię niezawodnej i wyjątkowo taniej. Obecnie dwanaście procent energii elektrycznej wykorzystywanej w Nightside pochodzi właśnie z tej elektrowni. Dlatego należało natychmiast położyć kres aktom sabotażu, które miały miejsce w ściśle strzeżonej placówce. Walker wyraził się w tej kwestii niezwykle jasno. A Walker reprezentuje Władze - pozostających w wiecznym cieniu tych, którzy rządzą Nightside. O ile Nightside ulega jakimkolwiek rządom. Od czasu do czasu Walker podrzuca mi jakieś zlecenie, ponieważ jestem dyskretny, niezawodny i można mnie poświęcić.

Stałem w cieniu, przy końcu ulicy, w milczeniu przyglądając się zwalistemu gmachowi Prometeusz Inc. Nie było na co popatrzeć, ot, kolejna wieża ze szkła i stali. Na szczycie mieściły się biura administracji i tym podobne. Piętra środkowe zajmowały laboratoria badawcze, a parter - specjaliści od wizerunku publicznego. Sama elektrownia, ten nowoczesny cud skuteczności i wydajności, znajdowała się najprawdopodobniej gdzieś pod ziemią. Najprawdopodobniej, bo z tego co wiedziałem, jedynie garstka ludzi miała kiedykolwiek okazję zobaczyć z bliska samą stację energetyczną. Wszystko było tu zautomatyzowane i zarządzane z jednego centrum kontroli i, mimo że minęło sześć lat, nikt nie miał pojęcia, jak to właściwie działa. A w Nightside nie jest łatwo zachować tajemnicę.

Swój oszołamiający sukces Prometeusz odniósł w czasie mojej nieobecności, kiedy to bezskutecznie próbowałem wieść normalne życie w normalnym świecie. Teraz, kiedy wróciłem do Nightside już na dobre, byłem bardzo ciekawy, co też właściwie kryje się za stalowo-szklaną fasadą. Lubię wiedzieć rzeczy, których inni nie wiedzą. To pomogło mi zachować życie przez te wszystkie lata.

Opuściłem cień i ruszyłem w stronę budynku. Miejsca strzegła niewielka armia strażników i ochroniarzy, ci, którzy stali najbliżej bramy, podnieśli głowy i nie spuszczali ze mnie wzroku. Zobaczyłem wymierzoną w siebie niezliczoną ilość luf, a odgłos zwalnianych bezpieczników niemal mnie ogłuszył. Gdybym był kimś innym, to może i bym się przejął.

Zatrzymałem się przy głównej bramie i uśmiechnąłem do ochroniarzy, stojących przede mną w tych ślicznych mundurkach, granatowych ze srebrnymi lampasami. Skinąłem głową dowodzącemu - wysokiemu oficerowi o niejakiej nadwadze i zimnym, uważnym spojrzeniu. Stał nieruchomo i nawet nie mrugnął, choć słyszał, jak ludzie za jego plecami szeptem powtarzają moje imię. Kilku z nich się przeżegnało, kilku innych wykonało starożytny gest ochronny. Pozwoliłem więc sobie na nieco szerszy uśmiech, bo widziałem, że wyprowadza ich to z równowagi. Od czasu historii z Nieświętym Graalem, kiedy to zmuszony byłem stawić czoła dwóm armiom aniołów, moja renoma nie miała sobie równej i byłem na wszystkich chyba językach. Oczywiście większość historyjek była wyssana z palca, ale nie robiłem niczego, by powstrzymać plotki, szczególnie te paskudne. Nie ma nic lepszego od dobrej - czy też dokładniej mówiąc, złej - reputacji, żeby powstrzymać padlinożerców.

- Mam obowiązek żądać identyfikacji od osób, które chcą wejść - odezwał się dowódca. - I zastrzelić każdego nieproszonego gościa, który nie znajduje się na zatwierdzonej liście.

- Wiesz, kim jestem - odpowiedziałem spokojnie. - I jestem tu oczekiwany.

Oficer rozluźnił się nieco.

- Pierwsza dobra wiadomość tej nocy. Witaj, Taylor. Naprawdę cieszę się, że cię widzę. Ta cała sprawa nieźle wystraszyła moich ludzi.

- Ktoś zginął? - zapytałem, marszcząc brwi. - Wydawało mi się, że chodzi tylko o sabotaż.

- Żadnych ofiar śmiertelnych, ale od cholery rannych - wykrzywił się. - Ktokolwiek rozwala to miejsce na kawałki, ma w dupie ewentualne przypadkowe ofiary. W ciągu ostatnich trzech nocy straciłem czterdziestu ludzi i nie mam najbledszego nawet pojęcia, kto może za tym stać. Nikt nigdy niczego nie widzi, póki nie jest zbyt późno. Zamknąłem to miejsce na siedem spustów, a ten skurwysyn i tak włazi do środka.

- Sprawka kogoś z wewnątrz? - zapytałem, żeby pokazać, że słucham z uwagą.

- Na początku też tak myślałem, ale od tygodnia nikogo tu nie ma. Szef wysłał wszystkich do domu, jak tylko zaczęły się kłopoty. I tak sprawdziłem personel w ramach kolejnej rutynowej kontroli, ale bez rezultatów. Większość z nich nawet nie pracuje tu na tyle długo, żeby mieć jakąś ciężką urazę.

- To co tak przeraża twoich ludzi? - zapytałem cicho. - Są tak zdenerwowani, że niewiele brakuje, by wystrzelali się nawzajem.

- Powiedziałem już - prychnął szef ochrony. - Nikt nigdy NICZEGO nie widzi. Każdy centymetr gruntu wokół budynku mam pod obserwacją, wewnątrz monitoring, czujniki ruchu i podczerwieni. I ktokolwiek wchodzi i wychodzi, robi to bez uruchomienia któregoś z nich.

- Jest wiele rzeczy w Nightside, które pojawiają się, kiedy chcą i jak chcą - przypomniałem.

- Wiem doskonale. Ale to powinien być obszar o wysokim zaawansowaniu techniki i bardzo niskim potencjale magicznym. Gdyby jakikolwiek ciężki mag się tu pojawił, uruchomiłby przynajmniej kilka alarmów. Ktokolwiek czy cokolwiek rozpieprza to miejsce, nieważne, czy jest magiczne, czy techniczne, to nigdy nie miałem z czymś takim do czynienia.

Skinąłem głową od niechcenia, starając się promieniować pewnością siebie.

- Dlatego przysłali mnie. Ponieważ potrafię znaleźć odpowiedzi, których nie umieją znaleźć inni. Do zobaczenia później.

Minąłem szefa ochrony i ruszyłem ku wejściu do budynku. Zdążyłem zrobić ledwie kilka kroków, gdy jeden z ochroniarzy zastąpił mi gwałtownie drogę. Był to ogromny facet, mięsień na mięśniu, a łapska miał tak wielkie, że półautomat wyglądał w nich jak zabaweczka. Wykrzywił gębę w grymasie, który zapewne miał mnie onieśmielić.

- Każdego rewidujemy, czy nie wnosi broni - szczeknął. - Takie są zasady. Żadnych wyjątków. Nawet dla takich specjalistów od wsadzania nosa, co to niby mają supermoce, jak ty, Taylor.

Dowódca zaczął coś mówić, ale uciszyłem go szybkim gestem. W dniu, w którym nie będę mógł sobie poradzić z jednym ochroniarzem, przejdę na emeryturę. Posłałem mu najlepszy ze swych paskudnych uśmiechów.

- Nie używam pistoletu. Nigdy nie używałem. Mają zbyt wiele ograniczeń.

Podniosłem wolno ręce, a oczy ochroniarza rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy z moich dłoni z grzechotem posypały się kule.

- Twój magazynek jest pusty - oznajmiłem. - A teraz zejdź mi z drogi, zanim zdecyduję się zrobić coś nieprzyjemnie podobnego z twoimi bebechami.

I tak pociągnął za spust i sekundę później z jego gardła wyrwał się cichutki jęk. Facet przełknął z trudem ślinę i zrobił krok wstecz. Minąłem go, jak gdyby nie istniał. Słyszałem, jak mu się dostaje od przełożonego, póki nie zamknęły się za mną ciężkie drzwi głównego wejścia.

Szedłem przez luksusową recepcję, jakbym był właścicielem tego interesu, ale mój wysiłek poszedł na marne, bo nie było na kim zrobić wrażenia. Ktoś jednak wiedział, że przekroczyłem próg budynku; nie mogłem nie zwrócić uwagi na dźwięk ryglujących się zamków elektronicznych. Rozejrzałem się i bez trudu dostrzegłem kamery monitoringu w rogach pomieszczenia. Czerwone diody świeciły raźno, stanąłem więc nieruchomo, pozwalając, by kamery dobrze mi się przyjrzały. Uznałem, że wyglądam nie najgorzej. Mój biały prochowiec był nawet nieco czyściejszy niż zazwyczaj i niemal miałem pewność, że nie zapomniałem się ogolić. Wygląd może mieć ogromne znaczenie.

Ukryty głośnik zatrzeszczał krótko.

- John, tak się cieszę, że przyszedłeś! - Usłyszałem znajomy głos. - Dołącz do mnie w biurze dyrektora. Błękitne drzwi na końcu holu, a potem idź za strzałkami. Tylko nigdzie się nie kręć, wszędzie pozakładałem miny pułapki. I pilnuj się. Nigdy nie wiemy, gdzie sabotażysta zdecyduje się uderzyć.

Minąłem niebieskie drzwi i poszedłem za strzałkami wymalowanymi na ścianie. Poza holem recepcji, aż kapiącym od luksusu, wnętrza Prometeusz Inc. okazały się przede wszystkim funkcjonalne. Wąskie korytarze, nagie ściany, ponumerowane drzwi i wytarte wykładziny. Wszędzie panowała niezwykła cisza, jakby cały budynek w napięciu oczekiwał, aż stanie się coś złego. Strzałki zaprowadziły mnie do drzwi z wymalowanym logo korporacji, za którymi czekał dyrektor i właściciel w jednej osobie, Vincent Kraemer.

Skinął mi głową na powitanie i uścisnął dłoń, ale widać było, że myślami jest gdzie indziej. Wciągnął mnie do gabinetu, obrzucił spojrzeniem korytarz, po czym zamknął i zaryglował drzwi. Dopiero wtedy wskazał mi krzesło dla gości, a sam zajął miejsce za ogromnym mahoniowym biurkiem. Gabinet sprawiał wcale przyjemne wrażenie, komfortowe. Ładne obrazy, superpuszysty dywan, w rogu superskomplikowany barek - ostatni krzyk techniki. Typowe oznaki sukcesu. Z tym, że biurko pokryte było papierami, które niemal pogrzebały tacki dokumentów wychodzących i przychodzących, a monitory na ścianie pokazywały mozaikę obrazów z wnętrza elektrowni. Studiowałem je przez chwilę, ale tylko po to, by pokazać moje zaangażowanie w sprawę. Jak dla mnie na każdym ujęciu widać było urządzenie. Nie odróżniłbym turbiny od czajniczka, o ile ten drugi nie byłby okryty jakimś uroczym ocieplaczem. Wydawało mi się, że każda z pokazanych na monitorach maszyn pracuje bez zarzutu. Odwróciłem się więc do dyrektora, który posłał mi nieprzytomny uśmiech.

Znałem Vincenta Kraemera, spotkaliśmy się przed laty. Był jedną z tych osób, które biegają jak szalone, starając się wcielić w życie jakieś nieprawdopodobne i mocno wątpliwe pomysły. Zawsze o krok od ubicia Interesu Życia, który przyniesie im niesamowite zyski. Udało mu się dopiero z Prometeusz Inc. Był wysokim mężczyzną, o ziemistej cerze, twarzy poznaczonej przedwczesnymi zmarszczkami i taką ilością włosów, o której nie warto wspominać. Ubrany jak zawsze nienagannie. Jego garnitur kosztował prawdopodobnie więcej, niż ja zarabiam w ciągu roku.

- Dobrze cię znów widzieć, John. - Ton jego głosu był wystudiowany i nienaturalnie spokojny. - Doszły mnie interesujące słuchy o twoich poczynaniach od powrotu.

- A tobie się powiodło - odpowiedziałem uprzejmie. - I co? Sukces i bogactwo okazały się takie, jak myślałeś?

Roześmiał się krótko.

- W znacznej mierze. Co sądzisz o mojej największej dumie i radości?

- Imponująca, ale niestety nie umiem jej właściwie ocenić. Technologia zawsze była dla mnie tajemnicą. Potrzebuję sekretarki, żeby obsługiwać wyłącznik czasowy w nagrywarce.

Znowu się zaśmiał, tym razem wymuszenie.

- Ale masz spore doświadczenie w innych dziedzinach, które może mi być niezwykle przydatne. Potrzebuję, żebyś znalazł tego, kto próbuje doprowadzić mnie do bankructwa.

Zamilkł, bo zauważył, że przyglądam się jedynemu zdjęciu, jakie stało na biurku. Fotografii ze ślubu ujętej w proste srebrne ramki. Panna młoda, pan młody, drużba i ja. Zrobione sześć lat temu, choć mnie zdawało się, że wszystko miało miejsce zaledwie wczoraj. To powinno być najszczęśliwsze wydarzenie w życiu dwojga młodych, ale zmieniło się w tragedię, o której wciąż mówiono. Głównie dlatego, że nie było komu przypisać winy.

Panną młodą była Wieczorna Melinda, znana również jako Piękna Córka Wisielca. Panem młodym zaś Quinn, znany również jako Słońcostrzałowiec. Ona miała na sobie śnieżnobiałą suknię ślubną z długim kremowym trenem. On ubrany był w swój najlepszy strój kowbojski z czarnej skóry zdobnej błyskami stali i srebra. A obok młodych, w wynajętych smokingach, starając się wyglądać jak najlepiej, staliśmy my: Vincent Kraemer - drużba i ja - najlepszy przyjaciel oblubienicy. Melinda i Quinn - potomkowie dwóch najstarszych i najpotężniejszych rodów w Nightside. Poślubieni i zamordowani tego samego dnia.

W Nightside niewiele historii ma szczęśliwe zakończenie. Nawet najwięksi z celebrytów i najpotężniejsi z tutejszych mieszkańców nie są odporni na tragedie. Melinda należała do ciemnej strony, jej moc pochodziła z cienia i magii. Quinn reprezentował światło, zabójczą siłę pochodzącą wprost ze słońca. Ich przodkowie: prawdziwy Wisielec i pierwszy Słońcostrzałowiec byli śmiertelnymi wrogami i kolejne pokolenia kontynuowały ich zajadłą wojnę, doprowadzając wzajemną nienawiść do prawdziwej perfekcji. Melinda i Quinn, dwa ostatnie awatary w tym konflikcie, wychowani, by nienawidzić się i zwalczać nawzajem, spotkali się przypadkowo podczas któregoś z nielicznych rozejmów. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Miesiącami spotykali się w tajemnicy i wreszcie postanowili ujawnić się ze swoim uczuciem. Ich rodziny dostały kompletnego szału, co omal nie skończyło się wojną totalną. Ale Melinda i Quinn się nie złamali, zbrojni w niezwykłe moce, zagrozili, że wyrzekną się swoich korzeni i uciekną, jeśli nie otrzymają pozwolenia, żeby się pobrać.

Ach, co to był za ślub! Pojawili się na nim absolutnie wszyscy członkowie obu rodzin, po części był to pokaz siły, a po części każda ze stron uznała, że musi się zabezpieczyć przed zagrywkami tej drugiej. Znane twarze można było zobaczyć dosłownie na każdym kroku. Sam Walker zapewniał ochronę. To powinno być najbezpieczniejsze miejsce w całym Nightside.

Vincent i ja odgrywaliśmy również role odźwiernych, wskazywaliśmy gościom ich miejsca, rewidowaliśmy w poszukiwaniu broni, pilnowaliśmy porządku, gotowi naskoczyć na każdego, kto choć trochę sprawiał wrażenie, że myśli o wykręceniu jakiegoś dowcipu. Obaj byliśmy jeszcze młodzi i wciąż budowaliśmy swoje reputacje.

Na Vincenta mówiliśmy Mechanik, bo umiał zbudować i naprawić dosłownie wszystko. "Magia jest dla tych, którzy lubią chodzić na skróty - zwykł mawiać - a koniec końców zawsze lepiej polegać na technologii". Zbudował specjalnie na tę okazję automatyczną wyrzutnię konfetti i gdy tylko nie był potrzebny, znikał, by przy niej majstrować. Z Quinnem przyjaźnili się od dziecka. Vincent nie raz ryzykował życie, odgrywając rolę posłańca kochanków. Melinda należała do moich przyjaciół z dzieciństwa, wyjątkowo nielicznych, i była potężna na tyle, żeby moi wrogowie nie ośmielali się z nią zadzierać.

Ceremonia przebiegła idealnie. Krewni zachowywali się wzorowo, nikt nie upuścił pierścionka ani nie pomylił słów przysięgi. Na zakończenie wszyscy uśmiechali się szeroko i klaskali, a kilku z nas ośmieliło się pomyśleć, że może oto nadszedł kres długiej wojny. Młodzi wyszli razem z kościoła, oboje wyglądali promiennie, jak gdyby należeli do siebie nawzajem na wieczność. A automatyczna wyrzutnia konfetti obsypała nas wszystkich kolorowym deszczem.

Wszyscy zapozowali do fotografii, kelnerzy roznosili drinki i tace z przekąskami, a starzy wrogowie wymieniali zdawkowe ukłony z daleka, a czasem nawet kilka uprzejmych słów. Młodzi spełnili toast najlepszym szampanem, ze ślubnego pucharu wypili za zdrowie swych rodzin i za świetlaną przyszłość, która otwierała się przed nimi. Dziesięć minut później oboje byli martwi. Trucizna w ślubnym pucharze. Zadziałała tak szybko, że ani magia, ani nauka nie mogły ich uratować. Ktokolwiek wybrał jad, znał się na rzeczy. Nie było żadnych objawów, nic, póki Quinn nie padł martwy na ziemię. Melinda żyła o tyle dłużej, że zdołała jeszcze utulić ciało męża w ramionach i zrosić jego twarz łzami. A potem osunęła się nań i oddała ducha.

Gdyby nie obecność Walkera i jego ludzi, impreza zamieniłaby się w masakrę. Rodziny dostały szału, obarczając się wzajemnie winą. Jakimś cudem Walker zdołał utrzymać ich z dala od siebie, póki wszyscy nie wyszli, przysięgając sobie nawzajem srogą zemstę. A potem przeprowadził drobiazgowe śledztwo, wykorzystując wszystkie dostępne mu środki. Niczego nie znalazł. Oczywiście podejrzanych miał w bród, w obu klanach nie brakło osób, które głośno opowiadały się przeciwko ślubowi i rozejmowi, ale nie było żadnego dowodu, żadnego śladu. W tym czasie krewni młodej pary rozpętali na ulicach prawdziwą wojnę, radośnie zarzynając każdego, kto był na tyle głupi, by dać się złapać w pojedynkę. W końcu wkroczyły Władze - obu rodzinom zagrożono wieczną banicją z Nightside i sprawy nieco się uspokoiły. Powoli nastał zbrojny rozejm. Ale tylko tyle.

Minęło sześć lat. Melinda i Quinn spoczywali zimni, każde w swoim rodzinnym grobowcu, i nadal nikt nie miał pojęcia, jak i dlaczego do tego doszło. Oczywiście pojawiło się mnóstwo teorii spiskowych, ale zawsze pojawiają się jakieś teorie spiskowe.

Zrobiłbym wszystko, by odnaleźć zabójcę, niestety, krótko po ślubie całe moje życie diabli wzięli. I niewiele czasu upłynęło, a uciekałem z Nightside z kulą od Wystrzałowej Suzie w plecach, zaklinając się, że nigdy, ale to nigdy tu nie wrócę.

- Straszliwa tragedia - odezwał się Vincent. Podniósł zdjęcie i przyglądał mu się przez chwilę. - Wciąż za nimi tęsknię. Jakby jakaś część mnie umarła razem z nimi. Czasem wydaje mi się, że trzymam to zdjęcie tutaj, żeby pamiętać, kiedy ostatnio byłem szczęśliwy. - Odłożył zdjęcie i posłał mi smutny uśmiech. - Szkoda, że nie mogą zobaczyć tego miejsca. Moje wielkie osiągnięcie. A ktoś albo coś próbuje je zniszczyć. Dlatego poprosiłem Walkera, by skontaktował mnie z tobą, John. Możesz mi pomóc?

- Może - odpowiedziałem. - Ciągle próbuję wyczuć, co tu się właściwie dzieje. Opowiedz mi wszystko. Od początku.

Vincent odchylił się na swoim dyrektorskim fotelu i oparł złączone czubkami palców dłonie na swojej drogiej kamizelce. Jego głos był spokojny i równy, jednak spojrzenie wciąż uciekało w bok, ku ekranom monitoringu.

- Wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu. To był dzień jak co dzień. Póki nie stanęła nagle jedna z turbin. Moi ludzie zbadali problem i odkryli sabotaż. To nie była robota profesjonalisty, całe wnętrze turbiny zostało zwyczajnie... rozszarpane. Moi ludzie naprawili uszkodzenie i ponownie uruchomili linię w przeciągu godziny, ale od tego czasu co chwilę coś się psuło. I tak to wygląda. Jak tylko naprawimy jedno, natychmiast psuje się drugie. Same części zamienne kosztują nas fortunę. Działania dywersanta są wyjątkowo prostackie, to po prostu brutalna, bezmyślna destrukcja. Nikt tego sabotażysty nie widział. Widziałeś, jaką zatrudniłem ochronę. I nic. Nie zrobiło mu to najmniejszej różnicy. Kamery mam wszędzie, tylko że i one nic nie widzą. Nagrania zostały sprawdzone przez najlepszych ekspertów, ale nie ma na nich nawet cienia. Nie wiemy nawet, którędy ten drań dostaje się do środka. A zniszczenia są coraz gorsze. Już nie dajemy rady naprawiać i odbudowywać. To tylko kwestia czasu, kiedy nasza wydajność zacznie spadać, a naprawdę mnóstwo ludzi jest zależnych od elektryczności, jaką tu produkujemy.

"No i koniec Prometeusza będzie też i twoim końcem", pomyślałem, ale z grzeczności zatrzymałem tę myśl dla siebie.

- A jak konkurencja? - zapytałem. - Może ktoś z branży chce się wzbogacić twoim kosztem.

- Zawsze jest jakaś konkurencja. - Vincent zmarszczył się lekko. - Ale nikt z moich konkurentów nie jest na tyle potężny, by przejąć moich klientów. Prometeusz realizuje 12,4 procent zapotrzebowania Nightside na elektryczność. Jeśli upadniemy, zacznie brakować prądu, będą zaciemnienia, spadki napięcia w całym Nightside. Inni dostawcy wykończyliby się, próbując sprostać zapotrzebowaniu.

- Rozumiem, a co z ludźmi, którzy zwyczajnie cię nie lubią? Zrobiłeś sobie ostatnio jakiegoś nowego wroga?

Uśmiechnął się przelotnie.

- Miesiąc temu powiedziałbym, że nie mam wrogów. Ale teraz... - Powędrował spojrzeniem ku ślubnej fotografii. - Miewam sny... o Melindzie i Quinnie, o dniu, w którym odeszli. Zastanawiałem się... może ten drań, który ich zamordował, teraz przyszedł po mnie?

O, takiego zwrotu w rozmowie nie przewidziałem.

- A dlaczego po ciebie? I to dopiero po sześciu latach?

- Może morderca myśli, że coś wiem, choć niech mnie diabli porwą, jeśli wiem. I jest taka możliwość, choć to tylko możliwość, że wszystko znów się zaczęło, bo wróciłeś, John. Niesamowita ilość starych uraz i pretensji wypłynęła na powierzchnię od chwili twego powrotu do Nightside.

Coś było w tej koncepcji, postanowiłem szybko zmienić temat.

- Powiedziałeś, że działania są... prostackie?

- Mało powiedziane! Od razu widać, że sabotażysta nie ma absolutnie żadnej wiedzy technicznej. Jest przynajmniej tuzin takich miejsc, które mógł sobie wybrać, by przy minimalnym albo nawet żadnym wysiłku wyłączyć cały zakład. Ale laik nie umiałby ich rozpoznać. No i oczywiście w samym sercu elektrowni trwa tajny proces, który w ogóle umożliwia nam pracę. Sam go wynalazłem. Ale wszystko odbywa się w stalowym skarbcu, zabezpieczonym wyjątkowo skomplikowanym, najwyższej klasy, doskonałym systemem zabezpieczeń. Nawet Władze miałyby problem, żeby się tam dostać bez hasła. - Vincent przechylił się przez biurko i spojrzał mi w oczy błagalnie. - Musisz mi pomóc, John. I nie rozmawiamy tu o moim życiu czy jego poziomie. Jeśli Prometeusz przestanie pracować, w Nightside zabraknie elektryczności. Ludzie zaczną umierać. Setki tysięcy ludzi znajdą się w niebezpieczeństwie.

Ten zwrot w rozmowie akurat powinienem był przewidzieć. Ale zawsze miałem słabość do ckliwych historyjek.

?

Vincent oprowadził mnie po elektrowni, po tej części ukrytej pod ziemią, której nie odwiedza nikt niepowołany. Wszystko tu było wyjątkowo czyściutkie i ciche. Generatory okazały się o wiele mniejsze, niż myślałem, i pracowały niemal bezgłośnie. Były tam też konsole, panele, wskaźniki i jakaś ogromna ilość skomplikowanych na oko urządzeń. Żadne nie kojarzyło mi się z niczym, ale pamiętałem, by regularnie dawać wyraz swojemu podziwowi. Wszystko to dzieła Kraemera, z czasów, gdy był jeszcze Mechanikiem, a nie dyrektorem. Vincent nie szczędził mi objaśnień i komentarzy, z czego większość wpadała mi jednym uchem, a wypadała drugim, starannie omijając mózg. Uśmiechałem się uprzejmie, potakiwałem i rozglądałem się, czy gdzieś nie zobaczę sabotażysty. Wreszcie Vincentowi skończyły się rzeczy do objaśniania i komentowania i zatrzymaliśmy się na końcu ogromnej sali, przed wielkimi stalowymi drzwiami. Vincent popatrzył na mnie wyczekująco.

- Wszystko tu jest... bardzo czyste - stwierdziłem pod presją tego spojrzenia. - I bardzo imponujące. Tylko trudno wierzyć, że stąd ta ogromna ilość elektryczności... tylko z tego. Spodziewałem się czegoś dziesięć razy tak wielkiego.

Vincent uśmiechnął się szeroko.

- Stąd nie pochodzi ani trochę elektryczności, widziałeś urządzenia, które przetwarzają energię na prąd. Tajemnica tkwi w moim unikalnym procesie, który ma miejsce za tymi drzwiami. Naukowy cud, gdyby mnie ktoś pytał.

Spojrzałem na drzwi.

- Jeśli chcesz mi powiedzieć, że masz tam stos atomowy...

- Nie, nie...

- Albo osobliwość...

- Nic tak ordynarnego, John. Mój proces jest doskonale bezpieczny i nie powstają w jego wyniku żadne toksyczne odpady. Obawiam się jednak, że nie mogę ci go pokazać. Niektóre rzeczy muszą pozostać tajemnicą... - Zamilkł nagle i obaj zaczęliśmy się rozglądać, bo niewątpliwie coś usłyszeliśmy. Jedno z urządzeń na końcu ogromnej hali zadygotało gwałtownie, kłęby czarnego dymu popłynęły ku otworom wentylacyjnym, chwilę później rozdzwonił się alarm, a maszyna się wyłączyła.

Vincent przywarł plecami do stalowych drzwi.

- On tu jest! Sabotażysta... tak daleko nigdy jeszcze nie dotarł! Pewnie tym razem szedł za nami. John, masz broń?

- Nie używam jakoś - odpowiedziałem. - Nie czułem dotąd takiej potrzeby.

- Ja też nie, przynajmniej zanim całe to gówno się zaczęło. Teraz czuję się o wiele lepiej, wiedząc, że mam coś, co pozwoli mi nieco wyrównać szanse. - Wydobył zza pazuchy srebrzysty pistolet. Lśniący, na oko bardzo niebezpieczny, o futurystycznym kształcie. - To laser. - Machnął nim z dumą. - Zwielokrotniona moc światła, by walczyć z siłami zła. Mój własny wynalazek. Zawsze chciałem go rozwijać, ale elektrownia stała się całym moim życiem. Nikogo nie widzę. A ty, John? Widzisz kogoś?

Drugie urządzenie eksplodowało nagle. Pomruk pozostałych przybrał znacznie na sile, jakby teraz musiały pracować ciężej. Trzecie wybuchło niczym granat, siejąc ostrymi odłamkami stali na niesamowitą odległość. Niektóre z lamp nad naszymi głowami zamigotały i zgasły. W hali zaległy cienie, czarne i głębokie. Kolejne urządzenia zaczęły wydawać dźwięki zwiastujące katastrofę. I wciąż nikogo nie mogliśmy dostrzec.

Blada twarz Vincenta była mokra od potu, a ręka trzymająca laser dygotała nerwowo, gdy wymachiwał bronią w poszukiwaniu celu.

- No chodź tu, chodź - wychrypiał. - Teraz jesteś na moim terytorium. Jestem gotów stawić ci czoła.

Kątem oka zauważyłem jakiś blady błysk, odwróciłem się, ale owo coś zdążyło już zniknąć. A potem pojawiło się znowu. Niewyraźny przebłysk bieli wśród cieni między dwoma urządzeniami. To się zbliżał, to oddalał, znikając i pojawiając się w mgnieniu oka, pędząc po hali. Przebłyski lśniącej bieli, równie nieuchwytne co promienie księżyca, ale miałem wrażenie, że dostrzegam wśród nich bladą, nawiedzoną twarz. Cokolwiek to było, pozostawało w cieniu, unikając światła, ale zbliżało się nieustannie, kierując się ku nam lub też zmierzając do ukrytego za stalowymi drzwiami serca Prometeusz Inc.

Natychmiast pomyślałem, że to jakiś duch. Może poltergeist? To wyjaśniałoby, dlaczego kamery monitoringu niczego nie zarejestrowały. Duchy mogły pojawiać się zarówno na obszarach o wysokim potencjale magicznym, jak i tych zdominowanych przez technikę, jeśli tylko miały wystarczającą motywację. W takim przypadku Vincent bardziej potrzebowałby księdza albo egzorcysty niż mnie. Ale w odpowiedzi na moją sugestię Kraemer tylko wzruszył ramionami ze złością.

- Moi ludzie dokładnie sprawdzili to miejsce, zanim rozpoczęliśmy budowę. I nie wykryli żadnego ducha. Cały ten teren powinien być wolny od jakichkolwiek magicznych czy paranormalnych wpływów. Dlatego właśnie tu wybudowałem moją elektrownię. Jestem Mechanikiem! Buduję rzeczy, to mój talent, dokładnie taki, jaki ty masz do znajdowania wszystkiego. Nic nie wiem o duchach, John, to już bardziej twoja domena. Co robimy?

- To zależy, czego chce ten duch - stwierdziłem.

- Chce mnie zniszczyć! Myślałem, że to oczywiste. CO TO BYŁO?!

Biała postać pojawiała się to z jednej, to z drugiej strony hali, za każdym razem bliżej nas. Lśniąca bielą, o rozmytych konturach, długich ramionach i wrogich oczach widocznych w niewyraźnej twarzy. Wykonała kilka gwałtownych gestów i nagle stalowe szrapnele porozrzucane na podłodze uniosły się i poleciały w naszą stronę niczym metalowy grad. Osłoniłem głowę ramionami, a Vincenta ciałem, jak mogłem najlepiej. Deszcz metalowych odłamków skończył się równie nagle, jak się zaczął. Podnieśliśmy głowy i zobaczyliśmy, że blada istota, przycupnąwszy na jednym z urządzeń, rozdziera je na strzępy z nienaturalną siłą. Vincent zawył z wściekłości i wystrzelił ze swojej nowoczesnej broni, ale postać zniknęła, zanim promień światła zdołał jej dosięgnąć. Rozejrzałem się, za plecami miałem stalowe drzwi, nie było żadnej innej drogi ucieczki. Zrobiłem więc jedyną rzecz, jaką zrobić mogłem. Użyłem swego daru.

Nie robię tego zbyt często ani zbyt długo, bo pomaga moim wrogom mnie namierzyć.

Skoncentrowałem się i sięgnąłem w głąb siebie, ku mojemu trzeciemu oku. Otworzyłem je powoli. I nagle widziałem ją wyraźnie, jak gdyby mój dar usunął wszystkie zakłócenia obrazu. Wyszła z cienia i stanęła przed nami w świetle. Skinęła mi głową i wbiła w Vincenta spojrzenie czarnych oczu. Natychmiast ją rozpoznałem, choć wyglądała inaczej niż na ślubnej fotografii. Wieczorna Melinda, martwa od sześciu lat, wciąż w tej swojej oszołamiającej sukni ślubnej, która teraz zwisała w smętnych strzępach z bladego ciała nieboszczki. Kruczoczarne włosy ciężkimi lokami opadały na białe ramiona, usta były sinoblade, a oczy... oczy były całkowicie czarne, jakby w białej twarzy ziały dwie smoliste dziury. Wyglądała na wściekłą, nawiedzoną i zawziętą. Pani mrocznych sił, wciąż piękna w nienaturalnie zimny sposób. Córka Wisielca. Podniosła dłoń i oskarżycielsko wskazała na Vincenta, nie mogłem nie zauważyć, że w grobie znacznie urosły jej paznokcie. Zerknąłem na Kraemera. Dyszał ciężko, trząsł się cały, ale nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego.

Zamknąłem wewnętrzne oko, ale ona cały czas tam była. Postąpiłem krok naprzód, a duch skierował na mnie to straszne, nieruchome spojrzenie. Uniosłem ręce, żeby pokazać, że są puste.

- Melindo, to ja, John.

Odwróciła głowę. Nie byłem istotny. Cała jej uwaga, jej gniew skupione były na Vincencie.

- Mów, Vincent - odezwałem się cicho. - Co tu się dzieje? Wiedziałeś cały czas, kto niszczył twoje maszyny, prawda? Prawda! Dlaczego ona jest taka wściekła na ciebie? Na tyle wkurzona, żeby wyleźć z grobu po sześciu latach?

- Nie wiedziałem - jęknął. - Przysięgam, że nie wiedziałem.

- Wiedział - powiedziała Melinda. Jej głos był czysty, ale cichy niczym szept, jakby musiał przebyć jakieś niesamowite odległości, by do mnie dotrzeć. - Dobrze wybrałeś to miejsce, Vincencie. Tak daleko od mojej rodziny, jak tylko mogłeś, a jednak wciąż w Nightside. I ofiary, które tu złożyłeś w tajemnicy, zanim rozpocząłeś budowę, niewinnie rozlana krew, obietnice, które składałeś... to mogło powstrzymać każdego z wyjątkiem mnie. Jestem awatarem mroku i każdy cień jest dla mnie drzwiami. Sześć lat zajęło mi odnalezienie ciebie. Ale nigdy nie powinieneś był myśleć, że choć na chwilę przestanę cię szukać, nie, kiedy jedyna rzecz, która ma dla mnie znaczenie, jest tutaj. Przyszłam się zemścić, Vincencie. Kochany, wierny przyjacielu. Za to, co zrobiłeś mnie i Quinnowi.

I wtedy wreszcie zrozumiałem. Spojrzałem na Vincenta zbyt zdumiony, zbyt zaszokowany, by czuć gniew.

- Zabiłeś ich - stwierdziłem. - Zamordowałeś Melindę i Quinna. Byłeś ich przyjacielem...

- Najlepszym - dodał Vincent. Przestał się trząść, a głos miał spokojny. - Zrobiłbym wszystko dla was dwojga, Melindo, ale kiedy was potrzebowałem, zawiedliście mnie. Więc zatrułem wasz ślubny puchar. To było konieczne. I zaskakująco proste. Kto by podejrzewał drużbę? Nikt, nawet Walker. - Nagle jego spojrzenie powędrowało ku mnie. Uśmiechnął się. - Byłem niemal pewien, że mój maleńki problem to Melinda we własnej osobie, ale potrzebowałem ciebie, żeby zyskać pewność. Dlatego poprosiłem Walkera, żeby się z tobą skontaktował w moim imieniu. Twój talent do znajdowania rzeczy trzyma ją w jednym miejscu i w jednym kształcie. Musisz ją tylko zatrzymać tutaj, a światło mojego lasera ją zniszczy, rozniesie na strzępki tak niewielkie, że już nigdy nie zdoła się poskładać. Zrób to dla mnie, John, a uczynię cię moim wspólnikiem. Będziesz miał więcej władzy i forsy, niż możesz sobie wyobrazić.

- To byli też moi przyjaciele - dopowiedziałem. - A w całym Nightside nie ma takiej forsy, która obróciłaby mnie przeciwko przyjacielowi.

- Bądź moim przyjacielem, John - poprosiła Melinda. Podpłynęła ku mnie blisko i czułem teraz bijący od niej chłód grobu. - Bądź przyjacielem moim i Quinna, ten ostatni raz. Znajdź źródło mocy Vincenta. Jego tajemne źródło.

Vincent wypalił ze swojego lasera. Promień światła przeszył postać Melindy, ale jeśli sprawiło jej to ból, nie dała tego po sobie poznać.

Ponownie przywołałem swój talent, otworzyłem wewnętrzne oko, przed którym nikt i nic nie mogło się ukryć, i natychmiast wiedziałem, gdzie Vincent ukrył swoją tajemnicę i jak się do niej dostać. Odwróciłem się w stronę stalowych drzwi i wbiłem właściwe kody. Ogromne skrzydło uchyliło się powoli. Vincent coś krzyczał, ale go nie słuchałem. Przeszedłem przez próg, Melinda popłynęła za mną, a tam, w podziemnej komorze, skonstruowanej przez Kraemera specjalnie w tym celu, kryła się tajemnica, dzięki której produkował energię z taką łatwością. Quinn Słońcostrzałowiec.

Wciąż w znacznej mierze wyglądał tak, jak na ślubnej fotografii, ale podobnie jak Melinda nieco się zmienił. Ubrany był nadal w ten sam strój z czarnej skóry, lecz stal i srebro pociemniały lub zardzewiały. Ciało zamknięto w szklanej komorze, przez ściany której przeprowadzono kable, ich końce umocowano w oczodołach Quinna, jego otwartych ustach i dziurach wyciętych w torsie. Słońcostrzałowiec, którego moc pochodziła z samego słońca, został zamieniony w baterię. Powiększona magiczna butelka uwięziła jego duszę w martwym ciele i sprawiła, że można go było kontrolować. Kable wysysały z niego moc, a urządzenia Vincenta zmieniały ją w elektryczność, by nasycić Nightside.

Genialne. Ale Vincent nie bał się myśleć w wielkich kategoriach.

Melinda unosiła się nad komorą, patrząc na to, co stało się z jej ukochanym, przepełnionymi tęsknotą oczyma. Mimo całej swej mocy nie mogła się do niego zbliżyć. Przesunąłem palcami po szkle komory.

- Odsuń się od tego, John - powiedział Vincent.

Odwróciłem się, by zobaczyć, że celuje do mnie ze swego lasera. Śmiał się, nieco drżąco.

- Wiem, że zwykły pistolet na nic się zda w twoim przypadku. I doskonale znam tę twoją sztuczkę z kulami. Ale to jest laser i to cię zabije. To takie sprytne urządzonko, pobiera moc bezpośrednio od Quinna. Więc zrobisz dokładnie to, co ci każę. Użyjesz swego talentu, by utrzymać Melindę w jednym miejscu, w jednej postaci, a ja ją zabiję. Albo zabiję ciebie. Wolno i boleśnie.

- Jak powstrzymasz Melindę beze mnie?

- Och, z pewnością coś wymyślę, szczególnie teraz, gdy już mam pewność, że to ona. Może zbuduję drugą butelkę. Specjalnie dla niej.

- Co się stało? - zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał normalnie, a ręce nie drgnęły. - Byliście przyjaciółmi przez lata! Byliście sobie bliżsi niż rodzina. Co się stało, Vincent? Co zmieniło cię w mordercę?

- Zawiedli mnie - powiedział twardo. - Kiedy potrzebowałem ich najbardziej, odwrócili się do mnie plecami. Wymarzyłem sobie tę elektrownię, rozumiesz. Nareszcie pewny sposób na dostarczenie Nightside elektryczności. Normalnie pomysł na własną manufakturę pieniędzy. Wreszcie mógłbym odnieść sukces. I wszystko, czego potrzebowałem, to Quinn. Byłem pewien, że gdybym zbadał jego moce w warunkach laboratoryjnych, to zdołałbym zbudować źródło mocy mojej elektrowni. Ale kiedy mu o tym powiedziałem, odmówił. Powiedział, że jego sekrety to sekrety rodzinne i nie może się nimi dzielić. Po tym wszystkim, co dla niego zrobiłem! Poszedłem więc do Melindy, chciałem ją skłonić, by go jakoś namówiła, ale ona też powiedziała mi "nie". Razem z Quinnem planowali nowe, szczęśliwe życie i nie było w nim dla mnie miejsca. A ja zdążyłem już utopić w tym projekcie wszystkie oszczędności. I jeszcze więcej pieniędzy, które pożyczyłem od naprawdę niemiłych ludzi. Nie przyszło mi do głowy nawet, że Quinn mógłby mi odmówić. Realizacja projektu już się rozpoczęła. Nie mogłem tego przerwać. Więc ich zabiłem. To była ich wina, bo postawili swoje samolubne szczęście ponad moim sukcesem. Zrobiłbym z nich wspólników. Po ich śmierci moi sponsorzy wydobyli ciało Quinna, zastąpili atrapą i przynieśli tutaj. I skończył, pracując dla mnie. Mój... cichy wspólnik.

Melinda spojrzała na mnie w niemym błaganiu. Komora wypełniona była światłem, nie było w niej żadnego cienia, który mogłaby wykorzystać. Spojrzałem na butelkę z namysłem. A Vincent natychmiast wycelował laser w mój żołądek.

- Nawet o tym nie myśl, John. Jeśli rozbijesz butelkę, to zerwiesz połączenie pomiędzy Quinnem i moimi urządzeniami, a to wyłączy całą elektrownię. Skończy się prąd dla Nightside. Tysiące ludzi mogą umrzeć.

- No cóż - westchnąłem. - A oni kiedykolwiek zrobili coś dla mnie?

To była najłatwiejsza rzecz na świecie: znaleźć słaby punkt w szklanej tafli i tylko lekko go trącić, by powstała rysa. I tylko tyle Quinn potrzebował. Martwe ciało skręciło się w konwulsji i rozbłysło niesamowitym światłem. Jasnym słonecznym blaskiem, zbyt intensywnym, by mogły go znieść oczy zwyczajnych śmiertelników. I Vincent, i ja odwróciliśmy się, osłaniając oczy ramionami. Komora eksplodowała odłamkami; nie była już w stanie utrzymać uwolnionej mocy Słońcostrzałowca. Obejrzałem się, gdy ustał szklany deszcz, i zobaczyłem Quinna wychodzącego z więzienia, wyrywającego przy tym kable z twarzy i ciała. Upadły na podłogę, podrygując jak odrąbane kończyny.

Zmarły spojrzał na ducha i uśmiechnęli się do siebie, znów razem, po raz pierwszy od dnia ślubu. I wtedy Vincent zatoczył się ku nim, wymachując swoim pistoletem. Chyba jeszcze nie widział zbyt dobrze i nie byłem właściwie pewien, w kogo celuje, ale nie miałem ochoty ryzykować. Schyliłem się więc i złapałem jeden z wijących się kabli, a potem wcisnąłem końcówkę wprost do oczodołu Vincenta. Kabel wgryzł się weń głęboko, a Vincent zawył straszliwie, podczas gdy jego własne maszyny wyssały z niego życiową energię. Był martwy, zanim jeszcze upadł na podłogę.

Melinda i Quinn - Piękna Córka Wisielca i Słońcostrzałowiec - martwi, ale zjednoczeni, zniknęli już, zbyt pochłonięci sobą nawzajem, by interesowały ich rzeczy tak przyziemne jak zemsta. Ciało Quinna, ciche i nieruchome, leżało tuż przy zwłokach jego najlepszego przyjaciela Vincenta. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zabrać szczątków Quinna do jego rodziny, żeby mogli pochować go właściwie, ale uznałem, że to zły pomysł. Nie miałem żadnych dowodów na to, co tutaj się stało. A póki zbrojny rozejm między rodzinami trwał, lepiej było nie wsadzać kija w mrowisko. Poza tym do kogo Vincent mógł pójść po pożyczkę? Do kogo mógł skierować prośby o sponsoring po wszystkich swoich porażkach? Do kogo, jeśli nie do pewnych frakcji w obu rodzinach?

Wyszedłem z tajnego skarbca, zostawiając zmarłych za sobą, i po raz ostatni użyłem swego daru, by odnaleźć mechanizm autozniszczenia. Wiedziałem, że jakiś musi być. Vincent wyjątkowo zazdrośnie strzegł swoich tajemnic.

Ogarnąłem się nieco i uruchomiłem zegar. Ochroniarzom na zewnątrz kazałem natychmiast uciekać i było coś takiego w moim głosie i spojrzeniu, że żaden nie zaprotestował. Minąłem może trzy przecznice, gdy Prometeusz Inc. wyleciał w powietrze. Nie obejrzałem się.

Nie była to sprawa, której zakończenie uznałbym za sukces. Mój klient był martwy, więc nie mogłem liczyć na zapłatę. Walker się wścieknie, gdy zorientuje się, że elektrowni już nie ma, i Bóg jeden wie, ile szkód narobi w Nightside niedobór prądu. Ale nic z tego nie miało znaczenia. Melinda i Quinn byli moimi przyjaciółmi. A nikt nie będzie zabijał moich przyjaciół bezkarnie.