La petite mort - Waldemar Bawołek

Kup ebooka

20.00 zł
16.60 zł (17,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

La petite mort

(...)

Boi się cierpienia, bólu. Ale najbardziej przekracza granice kondycji, gdy myśli o martwym ciele, że będzie musiał go dotknąć, a ono nie zmartwychwstanie.

Nie wiem, chyba najlepiej uczynię, jak rzucę to wszystko i stanę w szeregu z biednymi, nędzarzami i włóczęgami. Wykluczyć się i stanąć poza ogrodzeniem, poza murem. Zdezerterować z tej najlepszej armii uzbrojonej w noże i banki, w giełdę i siekiery. Wszystko uczynię, a zanim padnie pierwszy strzał, mnie już nie będzie. Dlatego kufer z czystym ubraniem schowałem tak, żeby nikt nie znalazł - w każdej chwili może się przydać, gdy oni tak mnie okrążyli ciasno, że nawet oddychać nie mogę. Ciągle myślę o kuferku. Kiedyś wreszcie to się skończy, to musi się skończyć, a ja zrzucę z siebie cały brud i założę czystą koszulę. Myśl ta była niezastąpiona, gdy oni tak pochyleni nade mną zaciskali pierścień wściekłości, wystawiając języki jak te psy spienione. Krzyczeli, przeklinali, przekrzykiwali się - który głośniej, który groźniejszy, ważniejszy. Każdy chciał być pierwszy, każdy pragnął, bym akurat jemu właśnie uległ. Padnij! Powstań! O, nic z tego! Oczy ich odbijały całą złość nagromadzoną w kręgu nienawiści. Masz, trzymaj łopatę i jazda, kopiesz grób dla siebie! "Weź motyczkę i pospiesz się, lada moment zacznie padać".

Gdy usiadł na ławeczce, by odpocząć, jego umysł był ciągle zagrożony pokusą przywidzeń i przysłyszeń. Lecz on ani na chwilę nie spuścił z oczu, uszu prawdy. Dopiero gdy pies zaszczekał u sąsiadów, zaczął powoli oddalać się w stronę blasku. Jabłoń, w której cieniu usiadł, zaczęła tracić twarz. Mnogość, wielość nieruchomych liści w wyczekiwaniu na jakiś znak zapowiadała nieoczekiwaną przyszłość pełną smutku, rozpaczy i obrzydzenia.

Ten nadmierny spokój wśród gałęzi starały się zburzyć owady i ptaki, których głosy rodziły się i umierały wokół niego. Obrzynanie desek, koszenie trawy, przybijanie blachy na zamkowej wieży - ten szereg dźwięków chłonął całym ciałem. Słyszał, jak Olek obrzyna deski - to pierwszy głos, dalej kosa, dach, i jeszcze raz, tylko inaczej: kosa dach deski, a do tego wszystkiego kontrapunkt: ptaki owady. Gdy zahaczył wzrokiem o wiszące na sznurku pieluchy, a bliżej o wyłażące z rozsypanego na stole groszku robaki, wprowadził do gry zapach, domagał się zapachu, więc wciągnął w siebie woń dopiero co skoszonej trawy. Z przeciągiem nadleciał zapach akacji. Jabłoń gwałtownie wysoko rozbrzmiała. Jeszcze koper wmieszał się do melodii. Później następowały tylko liczne powtórzenia zaistniałych głosów i zapachów.

Powinien jeszcze widzieć wojska odstępujące od murów zamku. Gdyby zechciał podnieść wzrok ku górze, zobaczyłby pędy grochu ledwo uchwycone tyk, a wyżej siano w kopkach, sznurem do góry, na której zamek. Robotnicy naprawiają dach. Zobaczyłby sto okien, pomimo których wnętrze zamku i tak jest ciemne i ponure. Gdyby udało mu się tam dostać, mógłby codziennie spać do południa. Pod murami zamku stoją wojska, szeregi wojowników, ze wszystkich stron: Faściszanie, Kipsznianie i Siekierczycy, i ci z krainy Stawów, i spod Stelmachówek, z Wydymaja i wreszcie, najodważniejsi, z Baraniej Górki. A gdy zaszczekał pies u sąsiadów, wojska ruszyły i zaczęły znikać w ciemnościach lasu, by jeszcze raz się pojawić daleko na horyzoncie i wsunąć w rozgrzane niebo. Z zamku było słychać ciągły pomruk i bełkot. Na murze ktoś kredą obwiódł kontur ciała. Długie włosy przylepione były krwią. Zatrąbiono w róg i podniesiono żagle. Fale podcinały burtę. Powinien był to przewidzieć i bijąc gwałtownie wiosłem, przyspieszyć.

No, niechże ktoś wreszcie poda mu wiosło!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki