Polana zdawała się żyć. Mech falował powoli w rytm oddechu ziemi, unosząc się i opadając. Śpiew ptaków wypełniał przestrzeń, cichy i odległy. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, a promienie słońca przecinały cienką warstwę mgły. Korony drzew kołysały się równomiernie w rytmie delikatnych podmuchów wiatru, ich liście spotykały się i muskały, jakby przekazywały sobie tajemnicze wiadomości. Marzec wkradł się cicho, a ziemia zaczynała się budzić z zimowego snu.
W tym pozornym ładzie czyhało jednak coś niepokojącego. Za ścianą drzew, z mroku wyłaniały się wieżowce porośnięte dzikim bluszczem. Stały w ciszy, jak martwe posągi, świadkowie dawnych cywilizacji. Ich zrujnowane ściany zdobiły pnącza, które wpełzły w szczeliny, pokazując, że to natura przejęła kontrolę nad tym, co zostało po ludziach.
Floris, bo taką nazwę nadano temu miejscu, było kiedyś tętniącym miastem. Pulsowało energią, a każda noc była tu pełna światła i dźwięków. Ludzie przechadzali się ulicami, ciesząc się życiem, które wydawało się nie mieć końca.
Tak przynajmniej słyszała Silva od tych, którzy wciąż tam mieszkali. Z ich opowieści wyłaniał się obraz mieściny pełnej hałasu i chaosu, w której nie było miejsca na naturę. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Urodziła się już po pyle i jej wspomnienia stanowiły tylko odbicie tego, co zostało. To, co widziała teraz, było wszystkim, co znała. Obraz, który wciąż kształtował jej wyobrażenia, nie miał nic wspólnego z tym, co opowiadali jej starsi.
Otarła czoło, na którym osiadły krople porannej rosy i wstała powoli, czując chłód ziemi przenikający przez cienką odzież. Otrzepała ubrania z resztek mchu i liści, po czym chwyciła torbę zawieszoną na długim pasku na gałęzi drzewa stojącego nieopodal. Do drugiej ręki wzięła starą, drewnianą gitarę, którą znalazła wśród zgliszczy czegoś, co podobno kiedyś było sklepem muzycznym. Ruszyła w stronę miasta, gdzie według opowieści życie przed pyłem miało inny rytm. Teraz pozostały tam tylko echa przeszłości.
Patrząc na położenie słońca, oszacowała, że musiało być wpół do ósmej rano. Jak niemal każdego dnia wymknęła się z obozu, zanim nastał świt. Wiedziała, że matka na pewno zauważyła już jej nieobecność i że czeka ją kolejna rozmowa, której tak bardzo nie chciała.
Nie mogła usiedzieć w miejscu, gdzie wszystko było zbyt surowe, zbyt ciasne. Musiała poczuć naturę na skórze, oddychać świeżym powietrzem, czuć ziemię pod stopami. Dla niej las był właśnie tym miejscem, w którym mogła odetchnąć i choć przez chwilę być tym, kim naprawdę była.
Dotarła do miasta w idealnym momencie. Przy prowizorycznej bramie zbudowanej z kilku desek i zardzewiałej siatki, jakby miała powstrzymać nieokiełznaną moc matki natury, właśnie zmieniała się warta. Obywatele, strzegący jej nocą, opuścili swoje miejsce, a poranna zmiana jeszcze się nie pojawiła. Silva skutecznie wykorzystywała ich uśpioną uwagę, narodzoną z przeświadczenia, że od dawna nie mieli wizyt nieproszonych gości.
Dziewczyna naciągnęła szarą dresową bluzę na nadgarstki, sprawdzając, czy nie widać tatuaży, po czym wykorzystując brak ochrony przy bramie, zgrabnie wspięła się po ogrodzeniu. Zdecydowanym ruchem przeskoczyła na drugą stronę, znikając w cieniu zaniedbanych budynków.
Szybkim krokiem przemierzała wąskie uliczki, aż dotarła do tego, co mogła nazwać domem. Kiedy pył zaczął wyniszczać cywilizację i to, co zbudowali ludzie, garstka mieszkańców Floris postanowiła wydzielić niewielki fragment miasta, który stał się ich azylem. W skład obozu wchodziło kilka wysokich budynków, które mimo upływu czasu wciąż trzymały się w całości, choć każdy z nich wyglądał, jakby zaraz miał runąć. Struktury te pełniły funkcje kwater mieszkalnych. W centrum, wokół martwej już fontanny, znajdował się plac, który kiedyś był sercem miasta. Teraz ocalała społeczność zbierała się tu w kryzysowych chwilach. Przerobiony supermarket służył jako stołówka, a ratusz, choć wciąż pełnił swoją pierwotną funkcję, stał się również domem dla głowy Floris.
Początkowo mieszkańców było kilkunastu, ale z czasem, gdy zdezorientowani ludzie zaczęli wychodzić z lasu, szukając schronienia, liczba ocalałych rosła. Każdy, kto przeżył wędrówkę przez zrujnowany świat, mógł znaleźć tu skrawek nadziei.
Chcąc utrzymać pozory dawnej cywilizacji, miasteczko miało swojego prezydenta, człowieka, który podejmował wszystkie kluczowe decyzje. Wspierała go rada starszych, czyli tych, którzy jako pierwsi zbudowali fundamenty tego miejsca. Ale to do niego zawsze należało ostatnie słowo.
Każdy, kto tu trafił, musiał wnieść coś od siebie. Nie było miejsca dla darmozjadów, życie we Floris miało swoją cenę. Wszyscy powyżej szesnastego roku życia musieli pracować, a młodsi dorabiali żetony, pomagając sąsiadom przy drobnych obowiązkach. Miasto nie było duże, ale jego struktura przypominała echo dawnego świata. Mieszkali tu kucharze, piekarze, nauczyciele i konstruktorzy. Jednymi z najważniejszych członków społeczności byli lekarze. Jej matka należała do tego grona.
Silva pchnęła biodrem drzwi do kamienicy, w której mieściło się ich lokum. Zawiasy skrzypnęły złowieszczo, jakby ostrzegając, że długo już nie wytrzymają. Wkroczyła do środka i zaczęła wspinać się po schodach. Choć budynek był w kiepskim stanie, jej rodzicielka, jako jedna z najważniejszych osób, miała przydzielone jedno z lepszych mieszkań, które znajdowało się na trzecim piętrze.
W połowie drogi Silva natknęła się na sąsiadkę. Starsza, pomarszczona kobieta siedziała na półpiętrze, opierając się plecami o ścianę. Jej pierś unosiła się ciężko, jakby każdy oddech wymagał od niej walki. Mieszkała naprzeciwko nich i miała dobrze ponad osiemdziesiąt lat. Wspinaczka na piętro była dla niej codziennym wyzwaniem.
- Dori, potrzebujesz pomocy? - zapytała Silva. Matka od zawsze uczyła ją, że powinna pomagać słabszym. Przewiesiła gitarę przez plecy, by nie przeszkadzała jej w ruchu, i wyciągnęła dłoń do staruszki.
- Och, skarbeńku, będę ci wdzięczna - odpowiedziała kobieta, uśmiechając się blado. Z trudem podniosła się ze schodów, a na jej twarzy malował się cień bólu.
Dziewczyna delikatnie wsparła sąsiadkę, pomagając jej wstać. Wiedziała, że pewnego dnia Dori może już nie dać rady wspiąć się do swojego mieszkania, a we Floris nie było miejsca na słabość. Odprowadziła ją do samych drzwi i pomogła je otworzyć.
Oczywiście nie były zamknięte na klucz, nikt w mieście nie miał takiego luksusu. Wszystko należało do prezydenta i starszych, co oznaczało, że prywatność właściwie nie istniała. Zamki w drzwiach uznano za zbędne. Mieszkania musiały być zawsze dostępne dla strażników odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, by w razie potrzeby mogli wkroczyć bez ostrzeżenia, interweniować lub je przeszukać.
Zwłaszcza jeśli istniało podejrzenie, że ktoś ukrywa malucha.
Dzieci były problemem we Floris. Każda para mogła mieć maksymalnie jedno, a nawet ono musiało przejść obowiązkową kontrolę tuż po narodzinach. Lekarze sprawdzali noworodka pod kątem wszelkich nieprawidłowości, a przede wszystkim oznak hybrydy. Ludzie bali się ich bardziej niż głodu, bardziej niż zniszczeń, jakie przyniósł pył. Hybrydy były zagrożeniem, choć mało kto potrafił dokładnie wyjaśnić dlaczego. Silva nie wiedziała, ilu dzieciom pozwolono przeżyć, a ile po prostu znikało po badaniu. Widziała strach w oczach matek, które wracały ze szpitala z pustymi ramionami.
Staruszka w podzięce za pomoc posłała młodej kobiecie promienny uśmiech, pełen żółtych, wybrakowanych zębów, ale wciąż ciepły i szczery.
- Pamiętałaś może o mojej prośbie? - zapytała cicho, rozglądając się na boki z niepokojem.
Silva skinęła głową i sięgnęła do torby. Wyciągnęła zawiniątko i podała je starowince. Dori ostrożnie rozwinęła papier, a jej twarz rozjaśniła się smutnym uśmiechem, gdy ujrzała bulwy krokusów oblepione ziemią.
- Wiesz, przed pyłem mój stary i ja mieliśmy ogród pełen krokusów. Były wszędzie. Każdej wiosny nasz dom tonął w fioletach i żółciach... - Westchnęła, ściskając cebulki w pomarszczonych dłoniach. - Dziękuję, że je dla mnie zdobyłaś.
- Nie ma sprawy - odparła Silva, ale jej głos przepełniało napięcie. - Bądź ostrożna, jeśli strażnicy zobaczą, że masz kwiaty... To może się źle skończyć.
Dori prychnęła cicho i poklepała ją po dłoni.
- A co mi jeszcze z tego życia zostało, kochana? - mruknęła, wciskając jej w dłoń pojedynczy żeton. Nie czekając na protesty, przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi.
Silva stała przez chwilę i wpatrywała się w drewno, na którym łuszczyła się farba, a w palcach ściskała niewielki krążek metalu. We Floris kwiaty były niebezpieczne, dawały nadzieję, a nadzieja stanowiła walutę znacznie cenniejszą niż żetony.