Kwiecień plecień - Mette Vedso 

-
Proszę czekać
?

Mamy angielski. Sala jest kwadratowa, jakieś sześć metrów na sześć. Lekcja zaczęła się dwadzieścia minut temu. Odliczam z palcem przyłożonym do tętnicy szyjnej. Mam puls sto trzydzieści.

Kiedy nauczyciel, którego nazywamy Puchatkiem, mówi: "Zapraszamy, Pi. Oddaję ci głos", ściany nagle są pochylone jak drzewa, które wyrastały na wrzosowisku, smagane ostrym wiatrem z zachodu. Swoją prezentację umiem na pamięć, ale myślę tylko o tym, jak mam wstać, jak postawić jedną stopę przed drugą, czy jestem w stanie podnieść nogę. A może już za późno? Co z tętnicą, tą grubą, która biegnie od serca do mózgu, czy na pewno jest szczelna? Mózg plus krew równa się wylew krwi do mózgu. Moje ciało powoli wstaje, w żółwim tempie sunę między oparciami krzeseł, mijam Almę i Kat, i chmurę ostrego dezodorantu.

Stłumione odgłosy klasy i mój własny, dominujący, gdy uderzam o podłogę. Znikam tylko na kilka sekund, ale takie kilka sekund może ogromnie dużo zmienić.

.

To wtedy, w dwudziestej pierwszej minucie angielskiego, przestaję być Pi Marią Simonsen i staję się tą z pierwszej B, która osunęła się na linoleum.

.

Tego Puchatka wymyśliły Alma i Kat. Wzięło się to stąd, że nasz nauczyciel ma na imię Jakub i wygląda trochę jak słodki żółty miś. Kiedy dochodzę do siebie, pochyla się nade mną, a ja pomiędzy guzikami koszuli widzę słaby zarost na jego torsie. Zaskoczeniem jest czarny wzór - on i tatuaż?!

.

W karetce mam ochotę powiedzieć wszystkim: "Hej, ja tylko żartowałam. Wysadźcie mnie, trzeba skręcić w lewo, potem w prawo i potem znów w lewo".

Jakiś mężczyzna rozpina mi bluzkę. Przykleja mi powyżej stanika nalepki z niebieskimi elektrodami. Takie same umieszcza jeszcze na nadgarstkach i kostkach.

- Sprawdzimy twój rytm serca, czyli zrobimy ci ekg - mówi i podłącza przewody do małego urządzenia.

Przypominam sobie, że nie ogoliłam nóg, i mam ochotę powiedzieć: "Przepraszam".

- Nabrałaś kolorów na policzkach - stwierdza mężczyzna i klepie mnie w ramach pocieszenia po głowie.

Gryzę się w knykieć, żeby powstrzymać łzy.

.

Siedzę na ostrym dyżurze, na pomarańczowym krześle z drewnianymi podłokietnikami.

Pielęgniarka obwiązuje mi ciasno ramię i pobiera krew.

- Zostawimy cię na kilka godzin na obserwację - mówi i wskazuje głową na monitor. Dodaje, że moje crp jest w normie.

- To dobrze - odpowiadam szeptem i znów przypomina mi się angielski. Bo z angielskim nie jest ani trochę dobrze. Problemy zaczęły się już na początku liceum. Każdy miał przeczytać na głos dłuższy fragment z książki, tak tylko, żeby nauczyciel mógł się zorientować, na jakim jesteśmy poziomie. Tylko że od tamtej pory zaczęłam mieć obsesję na punkcie swojej wymowy. Żeby nie było: lubię ten język, uważam, że jest piękny, i kiedy w swoim pokoju mówię po angielsku na głos, wydaje mi się, że brzmi to całkiem w porządku, ale na lekcji jest zupełnie inaczej. Mamy w klasie sporo osób dwujęzycznych. Oliver i Sandra mają tatę Anglika, Sille mieszkała w Stanach, a ten Villads, który do nas dołączył po przerwie jesiennej, był na wymianie.

W podstawówce nauczycielka zawsze mnie chwaliła. Mówiła, że mam ucho do języków, ale w pierwszej B jakoś tego nie widać. A już zwłaszcza po moim pierwszym wystąpieniu na żywo. Czułam, jak wszyscy się gapią, zwłaszcza Oliver i Sille co chwila przewracali oczami - na bank chodziło o mój akcent. Próbowałam oczywiście mówić brytyjskim angielskim, starałam się, żeby to brzmiało naturalnie, ale pewnie tylko im udowodniłam, że jestem tryhardem.

To było wprawdzie dawno, jednak od tamtego czasu prawie przestałam się odzywać na angielskim. Robię to tylko wtedy, kiedy absolutnie muszę, jak na przykład dzisiaj.

Prezentacja. Cały tydzień ćwiczyłam, nawet się nagrałam, żeby móc siebie obejrzeć. Musiałam, nie było rady. W miarę jak zbliżał się ten moment, narastał we mnie strach. To już nie była szkolna prezentacja, to był skok z dziesięciometrowej trampoliny, nurkowanie w Rowie Mariańskim oraz lot na Marsa i z powrotem.

.

Wiozą mnie na oddział, który się zaczyna na "p" (ale nie chodzi ani o polipy, ani o półpasiec).

- Połóż się wygodnie i... udanej przejażdżki - mówi ten, który mnie pcha. Na kitlu ma napisane "Niels" oraz "salowy".

Jadąc, czuję się, jakby ktoś przejął stery mojego życia. Mogłabym się cofnąć do wieku niemowlęcego, jechać w wózku, oglądać gałęzie i mijanych po drodze ludzi, którym wiatr rozwiewa włosy, patrzeć na neony i niebo, ale białe plastikowe kratki w suficie z jaskrawo oświetlonymi kwadratami mimo wszystko rozwiewają to złudzenie. Zamykam oczy, na wypadek gdyby pojawił się tu ktoś, kogo znam, na przykład brat dziadka - on ma cukrzycę i często chodzi na różne kontrole.

Telewizor w sali jest włączony. Leci program o kradzieży w sklepie. Na nagraniu z monitoringu widać kobietę, która kradnie puszkę kawy. Słyszę jakieś dźwięki przy drzwiach i pojawia się w nich twarz mamy.

- Normalnie nigdy się nie gubię - mówi z oczami wielkimi jak spodki i czarnymi jak lukrecje. - Najpierw trafiłam na kardiologię, a potem na choroby zakaźne.

- Jestem tu już kilka godzin - mówię. Dotyk jej ciepłego policzka sprawia, że płyną mi łzy.

- Och, skarbie - szepcze. - Byłam na tym spotkaniu w Roskilde. Mamy wdrażać nowy system zarządzania.

Po raz pierwszy, patrząc na nią, myślę sobie: "zagubiona".

Szybko jednak dochodzi do siebie: czuje się pewnie, kiedy widzi różne urządzenia. Lubi się otaczać ludźmi potrafiącymi wszystko zmierzyć, zważyć, a potem ułożyć plan. Pielęgniarka, która przedstawiła się jako Nana, zapewnia ją, że to nic poważnego. Że wszystkie badania wyszły w porządku.

To brzmi jak obelga: "nic poważnego". Upadłam na podłogę w obecności dwudziestu sześciu osób z klasy i na pewno gada o tym cała szkoła.

Sama prawie się nie odzywam, za to mama i Nana oraz jakaś nowa wysoka kobieta cały czas rozmawiają ściszonymi głosami.

- To wygląda na silny atak paniki - mówi ta wysoka i macha pudełkiem z tabletkami, demonstrując je pozostałym. Wyjaśnia, że można się nad nimi zastanowić, ale najpierw oczywiście muszę przejść dokładniejsze badania i porozmawiać z psychiatrą.

Słyszę, że to lekarstwo łagodzi napięcie. Mama cały czas potakuje.

Niebo za oknem jest różowe jak te tabletki, które czekają cierpliwie w podłużnym plastikowym futerale i szepczą: "Słyszałaś, co powiedziała, łagodzimy napięcie".

.

Dziwnie się czuję. Wyobrażam sobie, że mam w brzuchu splątaną włóczkę i czyjeś palce próbują ją rozplątać. Wiją, szarpią, luzują, skręcają.

- Jak się teraz czujesz? - pyta pielęgniarka.

Nie mówię jej o włóczce, za to często słyszałam zwrot "wewnętrzny niepokój", więc to właśnie odpowiadam.

- To dobre określenie - stwierdza.

- Naprawdę? - pytam zaskoczona.

- Zawsze łatwiej jest wyjaśnić coś, co już zostało nazwane - mówi. - Na przykład ból głowy albo brzucha.

Kiwam głową.

- Wiele młodych osób, które do nas trafiają z objawami stresu lub paniki, nie potrafi nawet nazwać tego, co czują.

.

Mama dostaje słowotoku:

- To ma jakiś związek ze szkołą?

- Znajomi z pracy bardzo sobie chwalą trening uważności.

- Zawsze byłaś taka silna.

- Niedługo wrócisz do formy.

- Ważny jest regularny tryb życia.

- Czegoś ci brakuje?

- Miałaś ostatnio jakieś problemy w szkole?

- Może powinnaś na noc wynosić z pokoju telefon.

- A Alma i Kat?

- Moja śliczna córeczka. Jesteś przecież taka dobra we wszystkim.

- Spotykają się czasem bez ciebie czy nadal zazwyczaj spotykacie się we trzy?

- I jeszcze te media społecznościowe.

- Czy coś się w twoim życiu pogorszyło?

- Mogłabyś też oczywiście porozmawiać z kimś innym niż Alma i Kat. Może niedobrze się ograniczać tylko do waszej trójki?

.

Mama nie rozumie, jak to wygląda między nami - z Almą i Kat. Ona myśli: "przyjaźń wykuta w skale, nie do ruszenia". Jej się wydaje, że właśnie takimi przyjaciółkami jesteśmy, i może nawet porównuje nas do Gitte i Lotte z czasów własnej młodości, z którymi do dziś tworzy nierozłączne trio.

Przyjaciółki, które śpią na łyżeczkę.

Przyjaciółki, które nie mają przed sobą tajemnic.

Przyjaciółki, które przyrzekają sobie wierność i zawierają siostrzeństwo krwi.

Alma i Kat były ode mnie klasę wyżej w podstawówce, ale potem każda z nich pojechała na rok do szkoły profilowej z internatem. Kiedy się spotkałyśmy w liceum, wydawało się naturalne, że będziemy się trzymać razem. Mieszkamy niedaleko siebie, mamy podobnych rodziców i lubimy podobne rzeczy.

Sięgam po telefon leżący na szafce na kółkach obok gumowych rękawiczek i ciśnieniomierza. Przewijam historię naszego grupowego czatu, który nazwałyśmy "Uramaki". W sumie dość nudna lektura:

Matematykę mamy w A7?

Jestem w stołówce.

Właśnie wsiadam w autobus do N?rreport.

Jakiego używacie wzoru w zadaniu 9?

Możecie się zalogować do Lectio?

Nie zapomnijcie przelać po 25 koron na pizzę.

.

Tato jest inżynierem i nadzoruje w tej chwili duży projekt budowlany w Polsce. Mama mówi mu, żeby nie wracał wcześniej do domu, że spokojnie może zaczekać do weekendu.

Myślę sobie, że dzięki temu nie musi nikomu nic tłumaczyć. Wystarczy, że powie: "Jadę na weekend do rodziny". Albo: "I'm going back home to the family for the weekend".

Wyobrażam go sobie na polskim placu budowy, z rusztowaniami i ludźmi w kombinezonach w tle. Ciekawe, co by powiedział, gdyby naprawdę musiał tu przyjechać natychmiast?

"Sorry, but I need to leave".

"Has something happened?"

"It's just my daughter".

"What's wrong?"

"She is... she is just a bit scared".

"Scared?"

.

Gdy to gugluję, okazuje się, że "scared" to nie jest właściwe słowo. To się nazywa "anxiety".

Jedno z tych słów, których naprawdę bym się bała na angielskim. Nie bardzo wiadomo, jak to wymówić. Wchodzę w Google Translate i klikam ikonkę dźwięku. Kobiecy głos, który mówi chyba z brytyjskim akcentem z wyższych sfer, wymawia to słowo całkiem beznamiętnie.

Ciekawe, wymawia się jak "society". Gdy dostrzegam to podobieństwo, nagle wydaje mi się to proste.

Panika to słowo ostre, gwałtowne. "Anxiety" jest jak cicha melodia na ksylofonie.

.

- Symptomy, które wystąpiły na lekcji i które opisałaś, pasują idealnie do ataku paniki.

W necie nazywa się to również klasycznym atakiem lęku. Myślę o muzyce klasycznej i Vivaldim. Jestem w tej chwili lata świetlne od czterech cudownych pór roku.

.

Personel mówi "Pi" w co drugim zdaniu.

Pi, nie potrzeba ci czegoś? Pi, na korytarzu jest dzbanek z sokiem. Jedna z pielęgniarek, która ma na imię Mie, opowiada, że jej siostra też ma na imię Pi.

- Zawsze jej zazdrościłam tego imienia. Pi ma więcej poweru niż Mie.

Pewnie mówi to w dobrej wierze. Żeby dodać mi sił i otuchy. Uśmiecham się i oszczędzam jej historii o tym, jak to się w ogóle stało, że zostałam Pi, gdy miałam zaledwie godzinę i leżałam z mamą na porodówce.

Ta historia stanowi obowiązkowy punkt wszystkich rodzinnych spotkań. Mam w związku z nią mieszane uczucia, chociaż jest w niej coś magicznego. To jedna z tych historii, przy których ludzie zasłaniają ręką usta i mówią: "No coś ty?! Niemożliwe!".

Faktem jest, że tata miał przed sobą zielony formularz ze wszystkimi danymi z moich narodzin. Położna zapisała w nim obwód głowy, wzrost, wagę, miesiąc urodzin: 03, datę urodzin: 14, godzinę urodzin: 16.00. Cyfry stały obok siebie: 3 i 14, i 16. A tatę zamurowało. 3,1416. "Przecież to Pi". Zaczął ciężko sapać, jakby sam dopiero co wydał dziecko na świat.

Liczby, logika i racjonalne myślenie odgrywają dużą rolę w codziennym życiu zarówno mamy, jak i taty. Mama, leżąc w łóżku, zaczęła się śmiać i stwierdziła tylko, że nie jestem ani polem, ani obwodem koła. Możliwe, że wciąż była pod wpływem gazu rozweselającego.

W czasie chrzcin obok imienia Pi doszła jeszcze Maria. Rodzice uznali, że to ważne, abym mogła funkcjonować również za granicą, bo tak przecież działa ten świat, na który przyszłam.

.

- Pi, dzisiaj wyjdziesz do domu - mówi psychiatra podczas obchodu. Ma dużo włosów na palcach i martwy obszar między brwiami.

Odkąd Kat powiedziała, jaki szalony procent ludzi wstrzykuje sobie botoks dokładnie tam, między brwiami, żeby pozbyć się zmarszczek ze zmartwienia i pośrednio podnieść okolice oczu, wszędzie ich wypatruję - tych zbotoksowanych. Widzę, że lekarz próbuje nadać swojej twarzy empatyczny wyraz; taki, w którym należy ze współczuciem zmarszczyć brwi, ale się nie da. Porażony botoksem kotlet między brwiami uniemożliwia mimikę.

Pozostali pracownicy otaczają go jak świta. Z ich gestów można odczytać jego miejsce w hierarchii.

- Atak przyszedł nagle?

- Właściwie to nie wiem.

- Czułaś już kiedyś coś takiego?

.

Pakuję tych parę drobiazgów, które tu miałam, a pościel zostawiam tak, jak jest. Moje łóżko, moja pościel, moje resztki nabłonka, moje odciski palców. Za kilka godzin łóżko zajmie kolejna osoba, wcześniej zajmowało je wiele innych.

Dziadek umarł w tym szpitalu, teoretycznie mogłam leżeć na jego duszy, mimo że miałam tylko osiem lat, kiedy to się stało.

Za każdym razem, kiedy go odwiedzaliśmy, zasłaniałam usta ręką.

- Daj już z tym spokój - upominała mnie mama.

- Przecież on nie zaraża - przypominał szeptem tata.

A mnie chodziło nie tylko o chorobę dziadka, ale również o kitle, o nosze na kółkach z zamontowanymi metalowymi przedmiotami, o białe drewniaki, żel do dezynfekcji rąk, wszystkie tablice ostrzegawcze i chodzącą po korytarzu panią ze statywem, z którego jakaś ciecz skapywała wprost do jej ciała.

.

Skoro mam rozmawiać ze zbotoksowanym psychiatrą, to chyba lepiej od razu powiedzieć, że to nie wszystko. Powinnam nieco rozwinąć, o co chodzi z tym lękiem.

.

Wiem dokładnie, kiedy lęk zaczął się na poważnie. Była w listopadzie, ponad trzy miesiące temu, jedna szczególna noc.

Przed jej nadejściem czułam, że coś jest nie tak. Coś mnie uwierało w środku i nie umiałam tego określić ani nad tym zapanować. Pojawiło się wtedy naraz całe mnóstwo symptomów. Ból głowy, bóle karku, mrowienie w palcach. W nocy często raptownie się budziłam, przerażona i skołowana. Zdarzały się dni, gdy byłam wulkanem energii i nie było rzeczy niemożliwych, w inne dni dobrze było sobie popłakać, a potem znów przychodziły takie, gdy czułam się niespokojna, nie mogłam usiedzieć w miejscu, stale musiałam być zajęta, robić porządek w szufladzie ze skarpetkami albo gorączkowo udzielać się na czacie z dziewczynami.

I pewnie dlatego poszłam na casting do sztuki teatralnej: nagle pomyślałam, że rozwiązaniem będzie twórcze zaangażowanie, zresztą zawsze chciałam być kimś takim. Miałam w głowie obraz siebie stojącej na scenie przed wzruszoną do łez widownią. Mama i tata, i wszyscy znajomi w pierwszym rzędzie.

- A ty jak się nazywasz? - spytała kobieta przy pianinie.

- Pi Simonsen.

- Yes - powiedziała.

- Yes? - spytałam.

- Po prostu zacznij. - Lekko zniecierpliwiona pokiwała głową.

Więc zaśpiewałam. Nie fałszowałam, ale też nie śpiewałam przesadnie czysto. Najbardziej jednak przeszkadzało mi to, że głos, który wypełnił salę, był jakby nie mój. Miałam wrażenie, że płynął z głośników. Kobieta przy pianinie nalała sobie wody do szklanki, upiła kilka łyków, a jej mina mówiła: "kolejna, która marnuje mój czas".

- Dobrze, Pi, odezwiemy się do ciebie. - Uśmiechnęła się, a ja nie wiem, jak stamtąd wyszłam, bo nie czułam nóg.

Tamtej nocy moje mierzące dwa metry kwadratowe łóżko stało się satelitą w stu czterdziestu dziewięciu metrach kwadratowych wszechświata mieszkania własnościowego. Obudziłam się i byłam przerażona. Miałam poczucie, że zostałam od wszystkiego odcięta, że jestem całkiem sama i nie wiem, czy będę w stanie wziąć kolejny wdech. Serce mi waliło, jego uderzenia odbijały się echem w uszach i wewnątrz czaszki. Mijały minuty, myślałam: "Czy jest tu ktoś jeszcze? Czy znalazłam się w jakimś innym świecie?". Wydawało mi się, że to ostatnie chwile mojego życia, a ja z mozołem się przez nie przedzieram.

Nagle wszystko minęło, a ja pomyślałam: "aha!". Mogłam uznać, że to był tylko zły sen, ale miałam pełną świadomość, że to nieprawda: moje ciało na tych kilka minut stało się ciałem, na którym nie mogłam już polegać.

Po tamtej nocy zaczęłam się bać i stale myślałam o tym, jak się czuję. W kółko się zastanawiałam, czy nie przeoczyłam czegoś, co w rzeczywistości było poważne. Kiedy leżałam w łóżku, wsłuchiwałam się w swoje serce. Jak biło w tej konkretnej chwili? Sprawdzałam puls i wydawało mi się, że jest nieprawidłowy, bardzo nieprawidłowy, czy nie przeskakiwał o jedno uderzenie? Wyguglowałam: "serce przeskakuje o jedno uderzenie" i przeczytałam: "arytmia". I dalej: "zaburzenia w systemie elektrycznym serca". Czytałam medyczne terminy: "incydent mózgowo-naczyniowy", "migotanie przedsionków", "niewydolność serca". Szukałam na oślep i trafiałam na różne dziwne strony. Nabierałam coraz większej pewności, że dzieje się ze mną coś bardzo złego. I tak właśnie powiedziałam rodzicom. Nie mówiłam o panice, o tamtej nocy w listopadzie ani o łóżku-satelicie, czułam, że to już nie jest najważniejsze. Łatwiej było po prostu wymienić wszystkie objawy, które pochłonęły mnie bez reszty i przeraziły.

Poszłam do lekarza, a on powiedział, że wszystko wygląda prawidłowo. Moje serce wydaje się zdrowe i silne. Może po prostu się przemęczam. Przestałam więc się przemęczać, odwoływałam spotkania i wymyślałam wymówki. Jeszcze uważniej obserwowałam swoje ciało. Nagle przestałam czuć stopy. Nagle podłoga zrobiła się miękka. Dawno już zarzuciłam myśli o teatrze. Wróciłam do lekarza i powiedziałam o mrowieniu w palcach i o stopach, w których nie miałam czucia. Mama uważała, że trzeba sprawdzić, czy to nie stwardnienie rozsiane. Sprawdzono, czy to nie stwardnienie rozsiane. Wydawało mi się, że widzę podwójnie. Że nie mogę przełykać. Że dzwoni mi w uszach. Zapominałam różnych rzeczy. Wyobrażałam sobie złośliwego guza mózgu.

- Czy odczuwasz stres? - spytał lekarz.

Ale ja właściwie nie odczuwałam stresu. Odwołałam przecież wszystko. Powiedziałam: "niespecjalnie" i szukałam dalej. Choroby z Google'a przejęły kontrolę nad moim życiem, a bieżąca kondycja fizyczna Pi stała się dominującym tematem rozmów przy kolacji.

.

Dygresja: moje imię w formie dzierżawczej to tak naprawdę nie Pi's, jak piszę, ale Pis. Irytujący fakt gramatyczny, że posiadając coś, zmieniam się w żółty mocz. W duńskim apostrof przed przyrostkiem "-s" jest dozwolony tylko wtedy, gdy słowo bez przyrostka kończy się na "s".

.

Kiedy wracamy ze szpitala, na ulicach jest duży ruch. Jedziemy trasą, na której zawsze są roboty drogowe. Człowiek w żółtej kamizelce kieruje nas naokoło odgrodzonej dziury w jezdni.

Mama cały czas odwraca się do mnie i uśmiecha, klepie mnie po udzie, kiedy stajemy na czerwonym świetle. Po wyjściu z samochodu staje przede mną i otula dłońmi moją twarz.

- Niedługo wrócisz do formy - mówi.

- Wyglądasz jak mucha - stwierdzam.

- W jakim sensie? - pyta.

- Przez te wielkie okulary. Nie jestem w stanie brać cię na poważnie.

- Aha. W ten sposób. - Przegląda się w oknie samochodu. Uśmiecha się trochę mechanicznie. Zdejmuje okulary i wymachując nimi, pyta: - Lepiej?

- Tak - mówię i ogarnia mnie poczucie nierealności, kiedy wyciągam rękę, żeby zamknąć drzwi samochodu. Jakby powietrze stało się zawiesiste.

.

Wchodzę do mieszkania, zabieram kluczyk do skrzynki i schodzę na dół sprawdzić, czy przyszła jakaś poczta. Tę z trzeciego piętra, tę, na którą mama mówi "upośledzona", zauważam dopiero, kiedy stoję przy skrzynkach na listy. Jest zgięta wpół i mocuje się z jakąś paczką, która stoi przed nią na podłodze.

- Muszę to wnieść na górę - mówi, prostując się, i mocno kopie paczkę.

- Co to jest? - pytam.

- Głupia, głupia paczka - mówi. Wysuwa do przodu wilgotną dolną wargę, robiąc minę obrażonego dziecka. - Zabrakło mi tlenu przy porodzie.

- No tak - mówię i chcę wracać na górę, ale ona rzuca:

- Ty musisz wnieść.

- A sama nie możesz?

- Moja mama złamała nogę. Ma siedem szwów.

Podnoszę paczkę. Rzeczywiście ciężka.

- Lubisz kotlety z soczewicy? - pyta, gdy docieramy na pierwsze półpiętro, minąwszy drzwi do mojego mieszkania na parterze.

Nie zatrzymuję się, idę dalej, dwa kroki przed nią.

- Użyłyśmy do nich czerwonych buraków. Jedna pani mnie waży.

- Jesteś na diecie? - Ręce zaczynają mnie boleć przez tę paczkę. Przystaję na następnym półpiętrze, jest tam mała ławeczka z wąskim marmurowym siedziskiem, na które ją odstawiam.

- Znasz kogoś, kto stracił dziewictwo?

- Tak naprawdę to właśnie wyszłam ze szpitala - mówię.

- Jedna dziewczyna z mojej klasy robi sobie selfie bez ubrania.

- Twoja mama jest w domu?

- Noga.

- A, no tak. Jak to się stało?

- Jest zagipsowana.

Parskam śmiechem, chociaż sama nie wiem, czy to z powodu wyobrażenia sobie jej zagipsowanej mamy, tych selfie bez ubrania czy braku tlenu. Po prostu bez większego powodu zaczynam się śmiać. Teraz ona też się śmieje. I stoimy tak. W sumie wiem, że ma na imię Vicky i że jest ode mnie dwa lata młodsza. Nasz śmiech na korytarzu dudni jeszcze głośniej, chichramy się jak dzieci w tunelu pod stacją kolejki miejskiej. Słyszę, jak z naszego mieszkania dwa piętra niżej wychodzi mama.

- Pi? - brzmi jej głos na schodach.

- Pomagam wnieść pakunek - mówię.

- Jaki pakunek?

- Online - krzyczy Vicky. - To dlatego, że jestem gruba.

- To coś, co one zamówiły online - odpowiadam mamie.

- Co? - pyta mama.

- Będziemy robić smoothies! - wykrzykuje Vicky.

- Mam do was przyjść? - pyta mama.

- Nie, nie - odpowiadam.

.

Mama Vicky ma gips tylko do kolana, chodzi o kulach. Wylewnie mi dziękuje i tłumaczy, że chcą wypróbować nowy jadłospis, dlatego zamówiły w internecie cały potrzebny asortyment.

- Tak, Vicky mi mówiła. - Kiwam głową.

- Zabawne, że właściwie się nie znamy - odpowiada. - A przecież widuję cię czasem na dole na podwórku albo na ulicy przed domem.

- Pewnie dlatego, że mieszkamy tu stosunkowo niedługo - mówię, chociaż minęły dwa lata, odkąd się wprowadziliśmy. Mama i tata wymarzyli sobie balkon, na którym można siedzieć w wieczornym słońcu, i wtedy pojawiło się nasze mieszkanie z prywatnym tarasem i wyjściem bezpośrednio z kuchni, nie od ulicy. Mamie przeszkadzało tylko, że to parter, ale na szczęście wysoki.

Mama dziewczyny wyciąga rękę i prosi, żeby zwracać się do niej Bianca.

- Nie chodzisz do szkoły? - pyta Vicky.

- Byłam w szpitalu - odpowiadam.

- O piątej przychodzi Morten.

- Mój brat - wyjaśnia Bianca.

- Z łysiną - mówi Vicky i kreśli palcem kółko na czubku głowy. - Lubisz pudle?

Wzruszam ramionami, a Vicky mówi, że chce jej się siku.

Biegnie w głąb korytarza.

- Zawsze tak ma, kiedy się trochę stresuje, papla wtedy bez ładu i składu - tłumaczy Bianca.

- Mama czeka na mnie na dole. - Uśmiecham się.

- No tak, oczywiście. Wracaj do zdrowia. I dzięki raz jeszcze.

.

Kiedy wchodzę do kuchni, odnoszę wrażenie, że mama wygląda na spiętą. Zbiera moje włosy w koński ogon i mówi:

- Niedługo wrócisz do formy, skarbie, wiem o tym. - Powtarza jeszcze coś w stylu, że jestem silna, chociaż jej brwi są przy tym mało przekonujące. Jestem niezła w odczytywaniu mowy brwi. Rzeczywiście, całkiem trafnie można się tym sposobem zorientować, co ktoś myśli (oczywiście pod warunkiem, że ta osoba nie jest zbotoksowanym psychiatrą). Mama odkręca wodę i podstawia pod kran czajnik elektryczny, ale strumień jest za silny. Woda pryska na jej jasnozieloną jedwabną bluzkę.

- O nie - jęczy. - Na jedwabiu nawet woda zostawia plamy.

- Matka ma na imię Bianca - mówię. - Właśnie zaczęły jakąś dietę.

- Trochę u nich zabawiłaś - stwierdza mama.

- Mają lekki bałagan, ale przytulnie.

- One jedyne w tej klatce wynajmują od miasta. Pomyśl, takie wielkie mieszkanie za półdarmo.

- Powiedziała, że jej mama jest zagipsowana - mówię. - To było słodkie.

- Biedna kobieta. Musi być jej ciężko wychowywać takie dziecko. - Woda się zagotowała i mama przelewa ją do dzbanka z herbatą. - Kontaktowałaś się z którąś ze swoich koleżanek? - pyta i patrzy na mnie przelotnie.

- Nie bardzo - odpowiadam, chociaż dostałam całą lawinę życzeń powrotu do zdrowia. Kat dodała, żebym wreszcie się odezwała. Nawet Puchatek przysłał mi wiadomość. Dopiero teraz zauważyłam, że na jego profilowym widać ten tatuaż.

- Dobrze jest rozmawiać z ludźmi - mówi dalej mama. - Chociażby po to, żeby uniknąć niezręczności.

Nagle robi mi się niedobrze. Pojawia się takie dziwne wrażenie jak wtedy, kiedy zamykałam drzwi samochodu, a powietrze stawało się zawiesiste, albo kiedy miałam włóczkę w brzuchu. Mama mówi, żebyśmy porozmawiały, i podnosi czajnik z herbatą. Udaje mi się wydusić z siebie, że wolałabym chwilę zostać sama.

- Ale, Pi, dobrze jest rozmawiać. - Mama nie daje za wygraną. - Wyrzucić to z siebie.

Wstaję i wychodzę na korytarz. Wszystko się lekko buja, jakbym była na statku. Czuję ulgę, kiedy przekręcam klucz w łazience. Dla pewności szarpię klamkę, żeby sprawdzić, czy na pewno zamknięte. Zwijam się w kłębek na ciepłych kafelkach podłogi. Udaje mi się zsunąć skarpetki, nie zmieniając pozycji. Ciepło na podeszwach stóp sprawia, że powoli się uspokajam. A dopiero co przez całe pół godziny byłam zupełnie normalna.

.

- A tak w ogóle: co u was słychać?

W rodzinie Simonsen zawsze odpowiadamy tak samo.

Mówimy: "Wszystko dobrze".

.

Mama uważnie ogląda pudełko z apteki. Żółto-pomarańczowy pasek biegnie po przekątnej i wygląda jak rozciągnięte "s". Wyjmuje podłużny blister ze sreberkiem od spodu. Małe tabletki grzechoczą w okrągłych plastikowych okienkach.

- Łagodzą napięcie - mówi i rozwija ulotkę.

Sięga po leżące na stole okulary do czytania. Najpierw się uśmiecha, ale zaraz przestaje.

- Co się dzieje? - pytam. - Co tam jest napisane?

- Trochę o tym, jak działa substancja aktywna.

Dobrze znam te ulotki. Podobna jest dołączona do mojego kremu na egzemę.

- Tak, tak - mówi i podchodzi do okna. Stoi chwilę tyłem do mnie, po czym gwałtownie się odwraca. - Możemy też póki co wstrzymać się z nimi i zobaczyć, czy na pewno będą konieczne - mówi i próbuje złożyć ulotkę z powrotem tak, jak była.

- Tak myślisz?

- Każdy lek ma działanie uboczne. To nie są witaminy.

- Czyli poczekamy?

- Tak, dokładnie tak zrobimy. Najpierw zobaczmy, czy nie ma innego sposobu.

.

Widziałam w filmach i serialach postaci kobiet, które miały skurcze porodowe, i pytałam mamę, jak było ze mną.

- Uszczypnij mnie w rękę - prosiłam, kiedy byłam mała. - Jak bardzo bolało?

- Przestań, nie mogę - śmiała się mama.

- No uszczypnij - błagałam. - Nie bój się.

Skurcze porodowe brzmią jak ból, który przychodzi i odchodzi. Kiedy nadciąga, atakuje z pełną mocą. Kiedy odpływa, znika całkowicie. W jakimś sensie właśnie tak się czuję, bo lęk obezwładnia mnie co jakiś czas. Mówię: "lęk", ale to nie oddaje wszystkiego, co wtedy czuję. Można to nazwać na wszelkie możliwe sposoby.

Coś się dzieje z uszami: jakby wszystkie dźwięki zostały wzmocnione. Do tego język, który jakby puchnie. Czasem nagle pojawia się myśl: "Zaraz, a może mnie sparaliżowało! Czy mogę ruszać nogami?". I jeszcze niewyobrażalny ból w karku. To jak z elektrycznością, która się włącza i wyłącza: kiedy pomyślę: "To było to", następuje klik i prąd znowu płynie normalnie.

.

Kiedy po powrocie ze szpitala powiedziałam mamie, że wygląda jak mucha, naprawdę wyglądała na przestraszoną. Oczywiście bała się, że do reszty ześwirowałam. Psychoza, borderline, schizofrenia - każdy wie, że lepiej się od tego trzymać z daleka.

.

Lepiej ci już?, pisze Kat.

Próbuję ułożyć jakąś wiadomość, ale w każdym zdaniu, jakie pojawia się na wyświetlaczu, coś mi nie pasuje.

Są lepsze i gorsze momenty, odpisuję wreszcie i myślę sobie: "Przecież zawsze jest raz lepiej, raz gorzej". Coś takiego można powiedzieć o absolutnie wszystkim, co istnieje - o pogodzie, szkole, nastroju, apetycie.

Powiedz, jeśli mogę coś zrobić.

Dobrze. Dzięki.

W szkole nic nowego. Raczej spokojnie.

Tutaj też raczej spokojnie :-)

Chwyta się tego ostatniego zdania i pisze:

Więc wracaj. Wracaj. Wracaj. Wracaj!

Kat jest kochana. Mimo to obie poruszamy się na peryferiach tego, co się dzieje. Nie rozmawiamy o zderzeniu z linoleum w klasie ani o karetce, która mnie zabrała. Zdecydowanie trzymam dystans. Ani słowa o EKG i zbotoksowanym psychiatrze, o różowych tabletkach za małymi plastikowymi szybkami i o tym, że czekamy, czy będą konieczne. Nie mówię nic o oczach mojej mamy ani o swoim sercu, które nie może się uspokoić, tylko łopocze jak łopatki miksera.

.

Zaświadczenie lekarskie. Żaden problem.

- Zasady dotyczące usprawiedliwiania nieobecności w szkole w takich wypadkach przeważnie się zawiesza - powiedział psychiatra, zanim mnie wypisali. - Opracowuje się po prostu indywidualny plan działania.

"Jestem indywidualnym planem działania", myślę, a mama dzwoni do mojego wychowawcy. Wychodzi na taras. Przyjemnie tak sobie siedzieć na kanapie z tatą, który jednak przyjechał na weekend trochę wcześniej.

Mama wraca i odkłada telefon na półkę.

- I? - pytam.

- Był miły i wyrozumiały - mówi mama. - Powiedział, że możesz sobie spokojnie zrobić trzy tygodnie przerwy od szkoły i dojść do siebie.

- Trzy tygodnie - uśmiecham się, bo w tej chwili mam wrażenie, jakby w rzeczywistości chodziło o trzy lata. Jakbym dostała ogromny prezent.

- Po takim czasie zwykle ludziom zaczyna się poprawiać - dodaje mama.

Spinam mięśnie. Trzy tygodnie to było bardzo długo przez jakieś trzy sekundy.

- Może jednak dałoby się to powiedzieć trochę inaczej - zauważa tata, kiedy wstaję i wychodzę.

- A może ty też mógłbyś wziąć na siebie część odpowiedzialności? - odcina się mama.

Słyszę, jak warczą na siebie ściszonymi głosami. Później tata przychodzi do mnie i siada na brzegu łóżka.

- Trzy tygodnie, skarbie, a potem zobaczymy. Wiesz, że musisz myśleć przede wszystkim o tym, żeby wyzdrowieć, prawda? Wychowawca sam powiedział, że przy twoich ocenach i skoro jesteś dopiero w pierwszej klasie, nieobecność nie będzie żadnym problemem. - Rysuje mi litery na plecach. Jak wtedy, kiedy się ich uczyłam. - Trzy tygodnie mogą zdziałać cuda, Pi - podkreśla.

.

"Kat i Alma", powtarza mama jak uzdrawiającą mantrę. Jakby one dwie były drogą ku przyszłości, rozwiązaniem, zespołem naprawczym w zastępstwie antydepresantów.

- Najgorsze, co można zrobić, to odizolować się od ludzi - przytakuje jej tata.

- Właśnie. - Mama kiwa głową. Patrzą po sobie. Porozumiewają się bezgłośnie za pomocą małych drgnięć, skinięć i przechyleń głowy.

- Pi, dlaczego ich do nas nie zaprosisz? Zobaczysz, że dobrze ci to zrobi - mówi mama. - Możemy zamówić sushi.

Kat i Alma uwielbiają sushi. Ja uwielbiam sushi. Po dwóch tygodniach w liceum wszyscy znali nas już jako sushi-girls. Kat w pewnym momencie zaproponowała, że powinnyśmy się zapisać na jakiś kurs. Nauczyć się tego od podstaw. Obie z Almą uznałyśmy, że to super pomysł, ale na tym się skończyło.

Oglądam w internecie menu na wynos, a potem piszę:

W sumie to możecie do mnie wpaść na sushi, jeśli macie ochotę.

Długo zwlekam z wysłaniem wiadomości, za to one odpisują od razu. Dwa razy: tak.

Dwie godziny przed naszym spotkaniem zaczynam się czuć naprawdę źle. Czuję przeszywający ból w karku, głowa mi pęka i cała drżę, drżę, drżę.

Hejka, przepraszam, piszę. Zapomniałam, że kuzynka ma urodziny. Strasznie was przepraszam, dziewczyny.

Jest mi wstyd, że skłamałam, i wstyd, że jestem taka beznadziejna i słaba.

Dupa, dupa, dupa, dupa - piszę na kartce z taką siłą, że łamię czubek ołówka.

.

Mama i tata na zmianę biorą wolne w pracy. Nie mówią wprost, że boją się zostawiać mnie samą, ale ponieważ oboje są bardzo zajętymi ludźmi, tak chyba muszę to sobie tłumaczyć. Ich projekt to: Dokładamy wszelkich starań, aby Pi jak najszybciej z tego wyszła. Mama w kółko o coś pyta i gugluje różne terapie, sporządza listy i wyszukuje numery telefonów. Jednocześnie, nie wstając od stołu w naszej jadalni, nadzoruje pracę swojego wydziału w urzędzie miasta.

- Gitte może się tym zająć - mówi do telefonu. - Przekaż to IT albo sprawdź, może jest coś w naszym intranecie.

Tata mówi:

- Show it to Tomasz. He has the specifications.

Od zderzenia z linoleum w klasie minęło jedenaście dni.

Mama pyta:

- Jak się czujesz?

- Potrafisz to jakoś opisać?

- Jak ci się podoba psycholożka?

- Pomaga coś?

- O co cię pyta?

Wzruszam ramionami i mama zaraz przeprasza za swój grad pytań.

- To po prostu takie frustrujące - mówi. - Moja śliczna córeczka nie zasłużyła, aby spotkało ją coś takiego.

.

Psycholożka, teen coach, akupunktura, medytacje, hipnoza, uzdrawianie, terapia kranio-sakralna, dieta uwalniająca od lęku, trening uważności, terapia pola myślowego, kinezjologia, terapia kwiatowa i terapia kolorami.

Mama, która jeśli już, to chodzi wyłącznie do lekarzy albo co najwyżej do wykwalifikowanego masażysty, obiera w tym wypadku zupełnie inną taktykę. Codziennie dopisuje do listy możliwych terapii nową pozycję.

- Dobrze mieć szerokie pole wyboru - mówi.

Psycholożka pyta:

- Jakie uczucie to w tobie dziś wywołuje?

- Jakie uczucie wypełnia cię w tej chwili?

Brzmi jak mama.

Rzecz w tym, że ja tak naprawdę nie mam pojęcia, co czuję.

.

Lubię po prostu siedzieć w oknie w wykuszu i gapić się na ulicę. Liczę czarne samochody. Srebrne. Żółte trafiają się rzadko. Niebo to całe studium, a ścieżka rowerowa jest zakorkowana między ósmą a dziewiątą.

Naprawdę w niczym to nie przeszkadza, że oboje wrócili do pracy.

.

Odrabiam pracę domową z lęku. Tak to nazywa psycholożka.

Znajdź swoją hierarchię wartości, zachęca napis na ulotce, którą mi wręczyła.

- Wiem, że to brzmi dość enigmatycznie - powiedziała podczas naszej pierwszej rozmowy. - Ale nie powinnaś robić nic, co by się kłóciło z twoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami, ponieważ to może hamować radość życia, wywoływać lęki i stres.

Robię z ulotki samolot, który puszczam przez całą długość salonu. Ląduje przy kaloryferze.

"Hierarchia wartości", mówię na głos i piszę: Przyjaciele. Pewnie o coś takiego jej chodzi.

Stukam ołówkiem w stół. Przypominam sobie klasową wigilię, kiedy czułam się naprawdę źle, wypiłam więcej niż normalnie, a i tak byłam najtrzeźwiejsza ze wszystkich.

- Zawsze jesteś taka cholernie silna - bełkotała Alma. - Power Pi.

Kat dodała:

- Nic nie jest w stanie wytrącić cię z równowagi.

Może dlatego, że byłam pijana, odparłam:

- To nieprawda.

- Daj spokój, Pi, my cię znamy - stwierdziła Alma i dopiła drinka. - Nie musisz być taka skromna.

Skreślam przyjaciół, wstaję i rozkładam na podłodze matę do jogi. Wciągam powietrze nosem i wypuszczam ustami, ustawiając się w pozycji psa z głową w dół. Instruktorka jogi mówi, że dla psa jest to całkowicie naturalna pozycja, w której to opiera ciężar ciała na przednich łapach i wystawia do góry tylną część ciała. Mówi, że to zaproszenie do zabawy. Często pies macha przy tym ogonem.

Ja z wiadomych powodów nie macham ogonem. Mnie od pozycji psa tylko boli szyja.

.

Ta staruszka, która mówi z angielskim akcentem, codziennie wychodzi na spacer. Przystaje przed wykuszem, w którym siedzę, i macha drobną ręką. Ma taką samą chustkę, jaką zażyczyłam sobie na gwiazdkę.

- Fancy old woman - mówię i próbuję sobie przypomnieć, jak ma na imię. Mieszka na drugim piętrze. Kiedy się spotykamy na klatce schodowej, zatrzymuje się i dotyka mojego ramienia. Zawsze powtarza:

- Jak dobrze, że są jacyś young people w kamienicy.

.

Jest wtorkowy wieczór, piętnaście dni od zderzenia z linoleum w klasie. Od tamtej pory nie widziałam się z Kat i Almą, ale w końcu przyszła ta chwila, stoją przed domem, widzę je z okna. Przyniosły kwiatki i wypisują kartkę na ścianie zaraz obok drzwi. Nigdy jeszcze nie dostałam takiego bukietu, jest sztywny, jakbym trzymała w ręce rakietę tenisową.

Mówią to samo, co powiedział mój brat, który studiuje ekonomię w Stanach, kiedy do niego zadzwoniłam i opowiedziałam o swoim upadku: "Ale czego się boisz? - spytał. - Przecież nic się nie dzieje".

One dodają jeszcze:

- Ale, Pi, wyglądasz całkiem normalnie, na pewno możesz już wrócić.

Wyobrażam sobie, jak w podskokach wbiegam do klasy, zasiadam przy stole w podkowę i mamy gramatykę niemiecką, a mnie nagle bardzo się chce. Idę do kuchni po orzeszki i winogrona i wstawiam kwiaty do wody. Dziewczyny w międzyczasie zapomniały, że są z wizytą u osoby chorej. Wyrzucają z siebie zwyczajne słowa, które dla mnie najwyraźniej stały się nadzwyczajne: oddanie pracy, festiwal, on, ona, ta idiotka, damy radę, ale się z niej zrobiła sztywniara, zespoły, lubić, nie lubić - coś zaczyna mi się zaciskać wewnątrz gardła, pojawiają się bóle karku. Nagle ich głosy dobiegają z bardzo daleka.

- Jesteś dokładnie taka jak zawsze - stwierdza Alma. - Może to hormony?

Kat przekrzywia głowę na bok. Może coś zauważyła?

- Hormony potrafią kompletnie człowieka rozpieprzyć - oznajmia.

Moje wargi drętwieją, ich głosy stają się rozdzierające, mam sucho w ustach i gardle.

- Zupełnie taka jak zawsze - powtarza Alma i wącha zawilec w rakiecie tenisowej. Czuję ogromną ulgę, kiedy za nimi zamykam. Słyszę, jak schodzą dwanaście stopni w dół i szarpią drzwi na ulicę. Padam na łóżko. Wykończona, spocona, wypompowana.

.

Myślę, że to puka listonosz, ale w drzwiach stoi Vicky.

- Mama mówi, że jestem leń śmierdzący.

- Oj.

- Zabrakło mi tlenu przy porodzie.

- Tak, mówiłaś ostatnio - przypominam jej. Akurat to wyguglowałam i coś takiego może wywołać szkody w mózgu, a czasem może się skończyć nawet porażeniem mózgowym.

- Mama mówi, że umiem piec. Sto siedemdziesiąt pięć stopni jest tam, gdzie zaznaczyła.

- Super. Ale czego chcesz?

- Musisz spróbować. To ciasto nie ma żadnych kalorii.

- Mam spróbować?

Nie odpowiada, tylko stoi. Patrzy na mnie, a ja dostrzegam, że nawet jej oczy mają nadwagę: nad nimi i pod nimi leży jakby parówka tłuszczu.

- No, idziesz? - pyta. - Włożyłyśmy do środka borówki. - Pokazuje mi dziesięć granatowo-czerwonych palców.

Nie wiem, czy mi się chce, ale otwieram drzwi szerzej i idę z nią na górę w samych skarpetkach.

- Taka jedna Linea ma miseczkę F - mówi, kiedy jesteśmy w połowie drogi. - I Markus je maca.

- What?! - oburzam się. - A co na to wasi nauczyciele? Nikt nie ma prawa robić czegoś takiego.

- On idzie do pokoju, takiego ze szklanymi ścianami - odpowiada. - Ale ja bym chciała pracować ze starymi ludźmi, jak będę duża.

- Dlaczego?

- W czasie wojny mieli czarne zasłony, żeby się chować. Ty też lubisz oglądać pogodę?

Przytakuję skinieniem.

- Ja oglądam pogodę na stu kanałach i Przyjaciół.

- Przyjaciele są fajni.

- Wolałabyś być aktorką czy pracować ze starymi ludźmi?

- Pracować ze starymi ludźmi - odpowiadam.

- Jesteśmy takie same - mówi i nie jest w stanie pohamować radości, jej ciało aż kipi, klaszcze w ręce i podskakuje w miejscu.

Kat i Almie pewnie powiedziałabym, że aktorką, rodzicom tak samo.

- O czym myślisz? - pyta.

- Że czasem kłamię - odpowiadam, a Vicky wygląda na kompletnie zaskoczoną.

.

- Hej - mówi jej mama, stojąc przy piekarniku.

- Cześć - odpowiadam.

Śledzę jej ruchy, kiedy nakłada pomarańczowe rękawice, otwiera klapę piekarnika i ostrożnie wysuwa kratkę, na której stoi forma z ciastem. Jej złamana noga sterczy na bok.

- Może pomogę? - proponuję.

Wsuwa do bezkalorycznego ciasta drut od włóczki.

- Widziałam cię ostatnio, Pi. Wczoraj zresztą też. Chyba nie chodzisz do szkoły, co?

Zawsze mam problem ze znalezieniem właściwych słów, więc wzruszam lekko ramionami, co też jest jakąś odpowiedzią.

- Cóż, my też nie jesteśmy w szczytowej formie - mówi Bianca, jakby rozumiała. Przed oczami staje mi wizytówka na ich drzwiach, musiała ją wykonać Vicky. Ich imiona są napisane nieporadnym pismem i wypalone kropkami w drewnie. Vicky i Bianca. Powinnam w sumie zacząć zwracać się do jej mamy po imieniu.

- Dziś rano na nic nie miałam siły - mówi dalej. - A Vicky ma zacząć chodzić do świetlicy po szkole. Chciałabym, przynajmniej na początku, być tam z nią, pomóc jej się zaaklimatyzować, to dla niej jednak spora zmiana, ale teraz jakby nie mogę. Rano zadzwoniłam i powiedziałam, że jest chora. - Wskazała na swoją nogę. - Zadzwoniłam, żeby nie przyjeżdżali po nią ze szkoły. W dodatku ostatnio trudno ją rano dobudzić.

Kiwam głową.

- A ty?

- Też trochę nie mam siły.

- No co poradzić. Zawsze możesz przyjść do nas.

- Dziękuję.

- Jesteśmy specjalistkami od bezsilności, zagipsowanych kończyn i wszystkiego, co się tam jeszcze może przyplątać.

To w sumie bardzo proste stwierdzenie, ale robi mi się od tego ciepło na sercu. Wydaje mi się to najmilszą rzeczą, jaką ktokolwiek mi powiedział od czasu zderzenia z linoleum w klasie, aż chce mi się płakać. Bianca patrzy na mnie, potem głaszcze mnie po policzku.

- Ale ja chcę chodzić na świetlicę - oznajmia Vicky i włącza telewizor. - Ja CHCĘ.

.

Vicky skacze po kanałach - duńskich i zagranicznych - i ogląda prognozę pogody.

- Potrafi rozmawiać o pogodzie po niemiecku i francusku - szepcze Bianca. - A najbardziej lubi prognozy długoterminowe albo kiedy zapowiadają śnieg.

Prycham.

- To jak hipnoza, zobacz, całkiem odpłynęła - szepcze dalej i zwierza się ze swoich obaw: - Mimo że nie jest normalna, to przecież ma hormony. - Rozkłada ręce, pokazując coś bardzo dużego. Górę hormonów!

Mama nigdy by tak ze mną nie rozmawiała.

- Chodzi mi o to, że wiesz, ona ma piersi, okres i popęd, ale tutaj ma góra dziesięć lat - ciągnie Bianca i stuka się po głowie. - A ta świetlica, sama rozumiesz. Myślę, że oni tam nie mają żadnych zahamowań, mogą zrobić cokolwiek, gdziekolwiek.

Przesuwam palcem nad swoją herbatą, przecinając słup pary, i przypominam sobie o chłopaku, którego zamykają w szklanej klatce.

- Zastanawiałam się już i nad spiralą, i nad pigułkami, ale nie wiem, czy to nie przesada.

Vicky przerzuciła się na Przyjaciół.

- Mówi, że chciałaby pracować ze staruszkami - mówię.

- Tak - potwierdza Bianca. - Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o przyszłość, czuję się kompletnie zagubiona. - Bębni palcami o swoje uda. - Sorry - mówi i kuśtyka w stronę drzwi. - Zrobisz coś dla mnie?

- Jasne.

- To jest obiad dla Gillian Brown z drugiego. - Bianca dalej krząta się, skacząc na jednej nodze. Słyszę, jak otwiera lodówkę.

No tak, teraz sobie przypominam. Gillian Brown, tak się nazywa starsza pani w chustce. Wiem, że pochodzi z Anglii. Może mieć z osiemdziesiąt albo dziewięćdziesiąt lat, trudno to ocenić, ale to jedyna osoba w naszej klatce, z którą zawsze trzeba zamienić kilka słów. Mama uważa, że Gillian Brown pewnie stoi i czeka pod drzwiami albo na dole przy skrzynkach, i dlatego ona sama zawsze używa tylnego wejścia.

Bianca wraca z plastikowym kubełkiem.

- Resztki z naszego obiadu - wyjaśnia. - Gillian mówi, że nie lubi tego, co dostaje z opieki.

- Aha.

- Wystarczy, że zadzwonisz do drzwi.

- Jasne.

- Wysłałabym Vicky, ale ona zawsze siedzi tam pół dnia i opycha się ciastkami. - Bianca nadyma policzki. - A przecież właśnie próbujemy coś z tym zrobić.

- Nie ma sprawy, zadzwonię do drzwi - mówię.

.

W sumie wyszło na to, że byłam tego dnia strasznie zabiegana.

Najpierw Vicky i Bianca, a potem Gillian Brown, która powiedziała:

- Nie lubię jeść sama, wejdź.

Po godzinie musiałam ją zostawić, bo miałam wizytę u coacha, który zapytał: "Pi, o czym myślisz, kiedy mówię: perfekcjonizm?".

.

W telewizji leci program, w którym pokazują stare fragmenty wiadomości z konkretnego roku. Mama najwyraźniej doznaje déja vu, bo mówi:

- Przesiadywałyśmy zawsze u mnie w domu, a potem wszystkie spałyśmy w moim pokoju, czasem w siódemkę, a czasem nawet więcej: w mojej klasie było sporo dzieci ze wsi. Zamiast różu rozcierałyśmy na policzkach szminkę, nosiłyśmy poduszki na ramionach, a zanim poznałam twojego tatę, nie nosiłam stanika, i nie goliłyśmy pach. To był najlepszy okres w duńskiej muzyce i wszyscy palili, nikt na to nie zwracał uwagi i...

- Brzmi super - przyznaję.

Nagle jakby się orientuje że popełniła strategiczny błąd, więc szybko dodaje:

- To znaczy było też bardzo ciężko - zaznacza. - Dojrzewanie to zdecydowanie stan wyjątkowy, tak, to było ciężkie...

Wstaję i idę do swojego pokoju.

.

Znam już rytm życia w naszej klatce.

Vicky jest odwożona do szkoły i przywożona stamtąd taksówką, która podjeżdża chwilę po ósmej i wraca o trzynastej. Gillian Brown wychodzi chwilę po dziewiątej, kiedy kończą się wiadomości w radiu, i idzie do parku. Twierdzi, że w jej wieku dobrze jest mieć ustalony porządek dnia.

- Nie tak jak u ludzi w twoim wieku. - Uśmiecha się. - Wy możecie działać na pełnych obrotach przez całą dobę, twenty four seven.

Mimo że mówi to po angielsku, czuję ucisk w brzuchu wcale nie z powodu języka, ale z powodu tych liczb. Gdyby tylko wiedziała, ile wytrzymuję obecnie, four, może five.

Częstuje mnie pysznym ciastem, takim z mnóstwem masła.

- Pie - mówi. - Just like you.

Na Gillian Brown masło się nie odkłada: jej ubranie jest o wiele za duże, spodnie wiszą, szew na ramieniu nie leży na ramieniu, tylko gdzieś w powietrzu.

Klepie mnie po włosach i bierze kęs.

- A pie a day keeps the doctor away - śmieje się.

.

Gillian Brown przyjechała do Danii dwadzieścia pięć lat temu z powodu bogatego duńskiego lekarza. Ma w Londynie córkę z pierwszego małżeństwa, z Anglikiem, i wnuczkę. Niedługo przylecą na jej urodziny. Pyta, czy chciałabym się do nich przyłączyć i uczcić jej święto.

- Ale ty mnie przecież tak naprawdę nie znasz - mówię. - Co powie twoja rodzina?

- So what? - śmieje się. - Bianca i Vicky też będą, a zresztą teraz przecież cię znam.

Kiwam głową.

- Vicky is fun - mówi i przechodzi na duński: - Urodziny należy świętować. W końcu nigdy nic nie wiadomo, prawda?

Wiem, co chce przez to powiedzieć. Zdaniem Bianki Gillian zaczyna się sypać.

Opowiada mi o swoim zmarłym mężu i o tym, jak to się stało, że odziedziczyła mieszkanie, a nawet małą fortunę. Mężczyzna przez jakiś czas pracował w szpitalu pod Londynem, w którym była zatrudniona też Gillian.

- Nazywaliśmy go The Big Viking. To, co się stało w magazynie z materiałami opatrunkowymi i lekami, to czysty przypadek.

Strącili tackę z termometrami rtęciowymi, wtedy tylko takich używano - wyjaśnia. Ale się narobiło, cała podłoga była w płynnym metalu, a oni we dwójkę musieli to posprzątać, więc na czworakach próbowali wszystko zamieść.

- Have you ever seen liquid mercury?

Potrząsam głową. Mercury. Musiałam chyba słyszeć wcześniej to słowo, ale całkiem prawdopodobne, że na angielskim nieźle się wygłupiłam - quick silver - klasowa elita musiała mieć niezły ubaw. Gilian mówi, że wieki trwało, zanim się z tym uporali, i z pewnością nawdychali się przy okazji mnóstwa szkodliwych oparów, no ale właśnie wtedy, na tamtej podłodze, zaczął się ich romans.

Świetnie mówi po duńsku, angielskiego używa bardziej po to, żeby coś zaakcentować. Opowiada też, że ich romans był krótki i burzliwy, że się pobrali, ona się przeprowadziła do Danii, ale namiętność wyparowała, a on ostatecznie okazał się strasznym dupkiem.

- A potem umarł - szepcze. - A ja odziedziczyłam wszystko.

Czasem ma z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia, ale on nie miał dzieci, a ona nie tęskni za Londynem, poza tym ona i córka najlepiej się dogadują, kiedy dawkują sobie kontakty.

- But I have a lovely grandchild. Absolutely adorable.

.

Mama robiła porządki w swoim biurze. Przyniosła do domu brzydki kwiatek w doniczce, typowy kwiatek urzędowy. Mówi, że żal jej wyrzucać coś żywego. Widzę też, że na komodzie stoi siatka z lampkami rowerowymi i opaską na głowę oraz nierozpakowana torebka w mikołaje. Mam nadzieję, że nie ma w niej nic do jedzenia, mam fobię na punkcie zapomnianego jedzenia, które gnije w torebce.

Kiedy biorę ją do ręki, stwierdzam, że torebka w mikołaje jednak została kiedyś otwarta. Papier jest pomięty, a taśma klejąca trzyma się słabo. Oglądam pakunek z każdej strony. Gdy nim poruszam, słuchać cichy szelest, nie brzmi to jak coś jadalnego. Zdejmuję papier. W środku jest mały zeszyt, coś w rodzaju instrukcji, a to, co szeleściło, to pudełka z małymi koralikami, w sumie osiem kolorów. W małych przezroczystych futerałach znajdują się różne rodzaje nitek, małe szczypczyki i inne drobne przyrządy. Kładę to wszystko na swoim biurku i siadam. "Całkiem dobry pomysł na prezent - myślę. - Tylko szkoda, że mamy akurat takie rzeczy w ogóle nie interesują".

Czytam instrukcję:

Materiały i tutorial do beadingu. Wprowadzimy Cię w tajniki wdzięcznego hobby - hobby koralikowego. Zapoznasz się z materiałami i narzędziami, które będą Ci potrzebne, oraz dowiesz się, jak tworzyć naszyjniki i kolczyki z koralików. Powiemy Ci, co działa, a co nie. Masz przed sobą podręcznik dla wtajemniczonych.

.

Psycholożka prosi, żebym między wizytami do niej pisała. Napisałam do niej raz, ale głównie po to, żeby sprawić jej przyjemność. Niemal się upierała, żebym to zrobiła.

- Odezwij się, Pi, i do zobaczenia za tydzień.

- Dobrze - obiecałam.

Za to do zbotoksowanego psychiatry się nie pisze. On jest ponad to. I jego się nie odwołuje. Konsultacje z nim są w kalendarzu podkreślone markerem i odbywają się tylko raz w miesiącu.

.

Wchodzę po schodach. Czy to jest normalne, żeby dostać zadyszki po osiemdziesięciu czterech stopniach? Zdaniem psycholożki to świetny sposób na przekierowanie uwagi w razie ataku paniki. Można na przykład liczyć co siedem, można literować słowa wspak albo w myślach wymieniać miasta na kolejne litery alfabetu.

Pukam do drzwi Vicky i Bianki, chcę im coś powiedzieć, coś, o czym myślałam.

- Pójdę z nią do tej świetlicy - oznajmiam Biance.

- Och, Pi, jesteś taka kochana - cieszy się. - Ale jesteś pewna, że masz na to siłę?

Robię coś z rękami - trochę nieskoordynowany ruch, który tak naprawdę nic konkretnego nie oznacza.

- Zrobię kawy - proponuje.

To moja pierwsza kawa w życiu. Mama pewnie by powiedziała, że kofeina może pogorszyć mój stan, ale Bianca twierdzi, że kawa rozpuściła już niejeden problem.

- Jej ojciec się zawinął, kiedy się dowiedział, że jest niepełnosprawna - mówi Bianca.

- Co za podłość - stwierdzam.

- I tak żyliśmy jak pies z kotem. Ale oczywiście ona ogranicza mnie we wszystkim. Muszę myśleć przede wszystkim o niej. Zawsze.

Kiwam głową.

- Na pewno masz ochotę iść z nią do tej świetlicy?

- Nie należy się izolować od ludzi - odpowiadam sformułowaniem taty.

- Jesteś taka miła. Twoi rodzice muszą być z ciebie bardzo dumni.

W sumie dość dziwna uwaga. Zresztą tak naprawdę nie wiem, czy są. Na pewno są dumni z Madsa. Dostał pieniądze z jednej fundacji, żeby studiować w Stanach. O mnie za to mówią na przykład: "Pi to nasza artystyczna dusza" albo: "Pi jest bardzo wrażliwa".

Zanim wychodzę, Bianca znowu daje mi kubełek z jedzeniem dla Gillian Brown.

- Mogę jeszcze skorzystać z toalety? - pytam.

- Jasne - odpowiada.

Włączam światło. Vicky zostawiła ubranie obok kabiny prysznica. Wysoki stos, a na samej górze majtki w kwiatki z zakrwawioną podpaską.

.

Gillian Brown podnosi plastikowe wieczko i wącha.

- Dobrze by było, gdybyś im napomknęła tak mimochodem, że nie jestem wielką fanką tej kuchni wegetariańskiej, którą obecnie praktykują.

Wzdycha głęboko i macha ręką, żebym weszła.

- Tartaletki z gotowanym kurczakiem. Nie ma nic lepszego.

- Vicky jest na diecie - mówię.

- Tartaletki - powtarza. - Naprawdę niełatwo to wymówić, kiedy się nie jest native'em.

Kiwam głową.

- Wejdź - zaprasza.

.

Znajduję tutorial na YouTubie, jak zrobić kolczyki z koralików.

Nić tapicerska, kulki zaciskowe i szczypce płaskie. Po czterech godzinach rezultat jest bardziej niż zadowalający. Często przerywałam pracę, w wyciągniętej ręce oglądałam swoje dzieło w różnych fazach tworzenia i fotografowałam je pod różnymi kątami.

Kiedy słyszę mamę w przedpokoju, chowam wszystko do szuflady. Zaczęła pukać do mojego pokoju i czekać, aż powiem: "proszę".

- Robię herbatę - mówi.

- Dzięki - odpowiadam i ssę kciuk. Ukłułam się igłą i lekko krwawię.

Mama nakryła kuchenny stół kubkami od kompletu i serwetkami. To źle wróży.

- Jak było na chromoterapii? - pyta.

O nie, całkiem zapomniałam, to przecież było dzisiaj! Terapia kolorami, na której się dowiedziałam, że długość fal elektromagnetycznych zieleni ma uzdrawiające właściwości i doskonale działa na umysł.

- Super - kłamię.

- To fantastycznie - mówi. - Nawet policzki ci się zaczerwieniły.

- To dzięki tym falom elektromagnetycznym - wyjaśniam i wskazuję na swoją białą bluzkę.

- Hm. A ja myślałam, że najlepszy jest zielony - śmieje się.

- Cały dzień chodziłam w zielonym - przytakuję. - Tylko zrobiło mi się trochę zimno.

- W takim razie należało raczej włożyć ten zielony sweter, a nie go zdejmować - zauważa mama.

- Fakt, to było głupie - przyznaję. Po czym dalej rozmawiamy, mniej więcej w tym stylu. Doszło do tego, że mama jest gotowa rozmawiać w języku zupełnie dla niej obcym, dziwnie się z tym czuję i wyczuwam nawet lekki fałsz w jej nagłym zainteresowaniu chromoterapią, po chwili jednak zmienia temat:

- Dzwoniłam dziś do dyrektorki szkoły.

- Okej.

- Chciałam jej powiedzieć, na czym stoimy. Dotąd rozmawialiśmy przecież tylko z wychowawcą.

- Ale dyrektorka mnie w ogóle nie zna.

- Jej zdaniem najlepiej będzie, jeśli wrócisz po tych trzech tygodniach. Pi, oni wiedzą, jak sobie z tym radzić, mają w tym doświadczenie.

- Aha.

- Czyli w poniedziałek.

- No tak.

- Trzeba zaufać ich doświadczeniu.

Kiwam głową.

- Skarbie, tak całkiem szczerze, to ja też nie jestem do końca przekonana, czy to dobrze, że siedzisz sama w domu całymi dniami, mając aż nadto czasu, żeby się pogrążać w złych myślach, prawda? Wiem, że to duże wyzwanie, ale siedzenie tutaj bezczynnie w niczym nie pomoże, naprawdę tak uważam. I co z twoim życiem towarzyskim, z koleżankami?

"Wcale nie siedzę bezczynnie", tak powinnam jej odpowiedzieć, ale trudno to wyjaśnić, bardzo trudno, zwłaszcza że czuję całe spektrum objawów: kark, stopy, głowa, uszy i jeszcze to wrażenie, że nie mogę przełknąć śliny.

- Co w tej chwili czujesz? - pyta mama, która też zaczęła chodzić do psychologa.

Udaję, że dzwoni mój telefon, i wymykam się do łazienki. Chciałabym powiedzieć dokładnie, jak jest. Ale jak właściwie jest? Gdy tylko próbuję to wyjaśnić, wszystko się rozmywa, bo zdania, które wypowiadają rodzice, wydają się takie przekonujące i wyważone. Najdziwniejsze, że to właśnie przy nich najbardziej się czuję jak chodząca porażka.

.

Rybkami interesuje się tata i mój starszy brat. Dziadek wyhodował szczególną rasę ryb akwariowych i tak to przeszło z ojca na syna, a teraz na następne pokolenie. Kiedyś mieliśmy w domu trzy akwaria, teraz na szczęście zostało jedno. Tata czyści je i karmi rybki, kiedy akurat nie jest w Polsce. Mama natomiast do nich mówi. Ja ich unikam, z jakiegoś powodu ich wyłupiaste oczy i gwałtowne ruchy przyprawiają mnie o ciarki.

- Cała nadzieja w tym, że niedługo wróci do szkoły, nie sądzisz, Finn?

Słyszę, jak w drugim pokoju mama rozmawia z najstarszym gupikiem.

- To chyba lepsze niż cały dzień siedzieć samej, prawda? - Wsypuje ohydny pokarm dla rybek.

- No tak, masz rację, mogłaby też na początek chodzić co drugi dzień. To w sumie dobry pomysł.

.

Po tym, jak wybuchnęłam płaczem i odczułam wszystkie symptomy naraz, ustaliliśmy, że zostanę w domu jeszcze dwa tygodnie.

- Pi, może jednak powinniśmy rozważyć te tabletki - stwierdza mama.

.

Zakładam gotowe kolczyki i przeglądam się w lustrze. Nie są zielone. Są różowo-burgundowe. Moim zdaniem te długości fal elektromagnetycznych są całkiem sexy. Grzechoczą, gdy kręcę głową. Jestem naprawdę dumna z efektu. Mnóstwo długich sznurków koralików zebranych w chwost.

.

Wysyłam Kat zdjęcie kolczyków. Podpisuję: DIY-Pi.

Wow, szacun, odpowiada i dołącza emotki z roześmianą buźką i napiętym bicepsem. Pyta również, jak leci.

Potem przychodzi mi do głowy, że to była moja pierwsza spontaniczna wiadomość do niej od czasu zderzenia z linoleum w klasie. Just did it without thinking.

.

Dwa słowa w oknie wyszukiwarki:

"tartaletki" i "kurczak".

Nie wygląda na zbyt skomplikowane.

Powinno się udać.

.

Tak naprawdę szukałam kapci, kiedy na dnie szafy znalazłam buty do biegania. Ja i sport to bardzo stare dzieje, ale myślę sobie, że zawsze przecież mogę kawałek podejść, jeśli się zmęczę. Wyjmuję z szafy spodnie do biegania i bluzę.

Wychodzę razem z mamą i żegnamy się na chodniku.

Mama mówi:

- Ach, jak się cieszę, skarbie. Bieganie wyzwala endorfiny.

Wygłupiam się, że niby biegnę w miejscu.

- Mała wariatka - stwierdza mama.

- Mała urzędaska - odpowiadam.

- Może jednak powoli się przejaśnia... - mówi i wygląda na bardzo szczęśliwą.

Biegnę chodnikiem w kierunku głównego wejścia do parku, mijam warzywniak i sklepik w piwnicy. W głowie powtarzam rymowankę:

W piwnicy u pani Helgi

można kupić serdelki,

a jak chcesz margarynę,

musisz zrobić endorfinę.

.

Dobrze, że w parku stoi food truck z kawą. Instynktownie się za niego chowam, kiedy na horyzoncie pojawia się cała pierwsza B. Mają wuef w parku i tak samo jak ja rozproszyli się po wąskich alejkach.

Widzę Almę, która rzuca frisbee na trawniku. Villads i Vera wyglądają, jakby się obejmowali.

Pomyśleć, że niby jestem jedną z nich, a tymczasem całe moje ciało każe mi trzymać się od nich z daleka.

Pierwszy raz od bardzo dawna kompulsywnie myślę o rytmie serca, dodatkowych uderzeniach i wylewie krwi do mózgu. Cofam się i wpadam na krzak cały w wiosennych kwiatkach i małych kolcach. Jeden z nich wbija mi się w udo, próbuję go wyjąć, ale tylko wbijam go jeszcze głębiej.

.

Im bardziej się oddalam od swojej klasy, tym bardziej uspokaja się moje serce. Po drugiej stronie ulicy spotykam Gillian Brown. Mówi, że mam ładny green running top.

Miło to usłyszeć. Natrętne myśli się rozpraszają i czuję nawet pewną dumę, że moje ciało tak szybko uporało się z szokiem wywołanym widokiem pierwszej B. Opowiadam jej, że chodzę na terapię kolorami i że zdaniem mojej terapeutki zieleń jest dobra. Że to dobra długość fal.

- Such rubbish - kwituje i macha ręką, żebym weszła razem z nią, najpierw do kamienicy, a potem schodami na górę. Na koniec siedzimy w jej mieszkaniu.

- People, they use someone like you. To o to chodzi w tej całej terapii kolorami. Taking advantage of your condition. To po prostu horrible.

Jestem skłonna się z nią zgodzić.

Pokazuję jej cierń w swoim udzie, a Gillian wygląda, jakby w jednej chwili ubyło jej pięćdziesiąt lat. Zmienia się w dawną pielęgniarkę, w której domu podręczna apteczka z wodą utlenioną i bandażami, the first aid kit, wciąż zajmuje honorowe miejsce. Trzyma cierń pęsetą i macha mi nim przed nosem.

- That little bastard - mówi.

Przyznaję jej się również do tego, że okłamałam mamę i nie poszłam na chromoterapię.

- Mam wyrzuty sumienia - mówię.

- Ależ to wonderful - stwierdza Gillian i energicznie kiwa głową. - Trust yourself. Your mum can't feel what you feel inside.

W spojrzeniu Gillian Brown jest coś bardzo szczerego.

- Teenage years are hard, it's always been like that. - Głaszcze mnie leciutko po policzku. - To ten czas, kiedy musisz się oderwać od tego, co znane, i zacząć uczyć się od samego życia, darling.

Opowiada mi o swoich czasach szkolnych i młodości. W pewnym momencie trochę się wyłączam, ale kiedy mówi, że miała nielegalną aborcję i że potem niemal przez rok patrzyła w okno, ożywiam się.

- Really! - mówię.

- You might get an A in your maths. But life is bloody different. You can't expect life to be an A all the time.

- Dwanaście - prostuję.

- Dwanaście? - Gillian nie rozumie.

- Duńska skala ocen - wyjaśniam.

.

Vicky kończy lekcje już przed trzynastą. Prosto ze szkoły mamy iść na świetlicę, która mieści się niedaleko. Czekam na nią w głębi korytarza, tak będzie lepiej, zobaczy mnie i będzie miała czas na reakcję.

Kiedy mnie dostrzega, robi wiatraki rękami. Z wieszaka zrywa swoją kurtkę i biegnie do mnie, wrzeszcząc wniebogłosy.

- Wow!!!

Wzruszam ramionami.

- Kolczyki, Pi, jakie ty masz kolczyki!

Chwyta je z taką siłą, że prawie urywa mi uszy.

- Wow - powtarza i woła jedną z nauczycielek o imieniu Britta.

- Britta, zobacz, kolczyki z koralików. Są różowe.

Kobieta podchodzi do nas.

- Naprawdę śliczne - potwierdza i wita mnie skinieniem. - To twoja kuzynka, Vicky?

- Nie, Britta. To moja koleżanka. Była w szpitalu.

- Ojej. Ale już ci lepiej? - uśmiecha się Britta.

- Jestem na dobrej drodze - odpowiadam i w sumie mam wrażenie, że to prawidłowa odpowiedź.

- I możesz odprowadzić Vicky do świetlicy?

- Tak. Tak się umówiłam z Biancą - odpowiadam.

- Bianca to moja mama! - krzyczy Vicky.

Britta kładzie rękę na jej ramieniu.

- Vicky, policz do dwudziestu, dobrze? Jesteś mocno pobudzona, raz, dwa, trzy, cztery...

.

Kiedy zostajemy same, Vicky się zasępia. Staje przy oknie odwrócona plecami do mnie i chowa twarz w dłoniach. Pociąga nosem. Brzmi to sztucznie.

- Hej, przecież idziemy na świetlicę - mówię. - Tak się na to cieszyłaś.

Potrząsa głową.

- To już sama nie wiem, co z tobą począć - stwierdzam.

- Jesteś o wiele ładniejsza. - Pociąga nosem i odwraca głowę, patrząc z wyrzutem na moje kolczyki.

- Wcale nie jestem - odpowiadam.

- Właśnie że jesteś i basta, a ja bym była o wiele ładniejsza z tymi dzyndzelkami - mówi i pokazuje na moje kolczyki. - Sto tysięcy milionów razy ładniejsza.

Odruchowo sięgam do ucha, chwilę bawiąc się kolczykiem.

- Ależ proszę. Możesz je wziąć.

- MOGĘ?! - krzyczy i raz-dwa kolczyki przeskakują z moich uszu na jej. Przegląda się w oknie i wygląda na dumną z siebie.

- Jest taki jeden Ludvig - szepcze.

- Kto?

- Chcę się z nim lizać.

- To nie brzmi dobrze - zauważam. - Jeśli nie chcesz zaprzepaścić swoich szans u niego, musisz mówić: "całować".

Vicky puszcza buziaka w powietrze.

- Może on też chce pracować ze starymi ludźmi - mówi.

- I może też zabrakło mu tlenu przy porodzie - podsuwam.

.

Vicky pokazuje mi się od całkiem nowej strony. Jest chorobliwie nieśmiała. Chowa głowę za moimi plecami jak małe dziecko i przywiera do mnie.

Z Ludvigiem nie zamieniają ani słowa, nawet na siebie nie patrzą. Vicky siada dokładnie na wprost niego i nie odzywa się do nikogo.

Pod koniec zajęć cała grupa ma śpiewać i grać. Dwóch chłopaków dostaje do rąk marakasy, jeden gra całkiem nie do rytmu, za to inny nieźle sobie radzi na gitarze. Nikt za bardzo nie zna melodii, więc opiekunka pyta, czy mogę zaśpiewać za nią, bo ona ma świeżo usunięte migdałki i musi się oszczędzać.

- Oczywiście tylko jeśli chcesz - dodaje.

Przypominam sobie casting i panią przy pianinie, która powiedziała: "Odezwiemy się".

Ale się nie odezwali.

Vicky znów stoi za mną, trąca mnie lekko w plecy, a gdy nie reaguję, trąca mnie bardziej natarczywie. Wręcz wypycha mnie do przodu.

Podchodzę do opiekunki, która podaje mi mikrofon, i odchrząkuję.

- Najpierw przygrywka - mówi i odlicza, wyznaczając rytm, raz, dwa, trzy, cztery...

Daje mi znak, kiedy mam wejść, i rękami wykonuje gesty w stronę pozostałych, żeby się włączyli.

- Jest tak słonecznie, dzień jak ze snu, wiosno kochana, znów jesteś tu - śpiewam wspólnie z grupą piętnastu upośledzonych ludzi, którzy siedzą naprzeciw mnie po turecku w półkolu (z wyjątkiem dwójki na wózkach stanowiących flanki). Wszyscy biorą się pod ramię i kołyszą na boki. Mikrofon ma zapach mokrego metalu.

Vicky wciąż tkwi zgarbiona ze wzrokiem wbitym w podłogę, ale co jakiś czas zerka na mnie, z brodą przy mostku, przez co wygląda, jakby miała zeza. Kiedy kończę śpiewać, prostuje się i klaszcze jak mały automat. Możliwe, że to Ludvig gwizdnął tak, że przeszyło mi mózg.

- Bardzo ładnie - chwali mnie nauczycielka, a wszyscy patrzą na mnie i krzyczą: "X-factor, X-factor, X-factor, X-factor".

Kiedy z powrotem siadam obok Vicky, łapie mnie za rękę. Ściska mnie tak mocno, że dłoń mi drętwieje. Cały czas zakłada sobie włosy za uszy, żeby wszyscy widzieli kolczyki.

.

- Mieszkam na Dagmars Allé 28 - mówi Ludvigowi Vicky. Jej policzki płoną.

- Ja mieszkam w Husum - odpowiada chłopak.

Machamy sobie na do widzenia i wychodzimy. Przy stojakach na rowery Vicky bierze mnie za rękę.

- Jednak się odważyłam do niego zagadać - mówi.

Przez całą drogę do domu opowiada wyłącznie o całowaniu. Mówię jej, że to trudno zaplanować, że to się po prostu dzieje, jeśli się dzieje, ale że dość ważne jest, aby najpierw trochę się poznać.

- Jesteś dziewicą? - pyta.

- Tak - odpowiadam.

- Jak myślisz, kiedy przestaniesz być? - pyta.

Nie wiem, co odpowiedzieć. W sumie nawet się jeszcze tak naprawdę nie całowałam. Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek to zrobię - i jedno, i drugie.

.

Vicky przystaje przed kioskiem i patrzy w szybę.

- Jesteś głodna? - pytam. - Zaraz będziemy w domu.

- Mają zdrapki, możemy je zdrapać tam. - Wskazuje na ławkę.

- Próbowałaś już?

- Z Mogensem. Z łysiną - odpowiada. - On mieszka w T?strup i patrz, patrz, patrz, mają automat - mówi Vicky. - Automat, automat. - Wbiega do środka i siada na krzesełku przed urządzeniem.

- Niestety zepsuty - mówi mężczyzna zza lady. - Jutro ma przyjść ktoś z serwisu.

- O nie. - Vicky się naburmusza.

- Chcecie ciastko z malinami na pociechę? - proponuje.

- Jestem na diecie - mówi Vicky. Dodaje, że zabrakło jej tlenu przy porodzie.

- To tak jak mojemu młodszemu bratu - mówi mężczyzna.

- Twój brat to Ludvig? - dziwi się Vicky.

- Nie, on ma na imię Bilal.

- A ty jak masz na imię?

- Erdal - odpowiada mężczyzna.

- Do rymu - cieszy się Vicky. - Jak krowa i głowa.

- Co jest do rymu? - pytam, nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Jest bystrzejsza od ciebie - stwierdza Erdal. - Erdal i Bilal. Jesteśmy braćmi, więc rodzice najwyraźniej uznali, że tak będzie zabawnie.

- Ile lat ma Bilal? - pyta Vicky.

- Mniej więcej tyle co ty - odpowiada. - To nasz beniaminek.

.

Kurier GLS przywiózł paczkę dla taty. Podpisuję się na tym beznadziejnym ekraniku, kiedy podchodzi do mnie Gillian Brown. Akurat w tym momencie dostaje napadu kaszlu, przez co ledwie rozpoznaję jej głos, gdy mówi, że jest coś dla mnie w skrzynce. W tej samej chwili klaszcze w ręce zachwycona moimi kolczykami. Po tym, jak Vicky zgarnęła czerwone, zrobiłam sobie nową parę, tym razem w odcieniach zieleni, żeby sprawić przyjemność mamie.

Mama rzeczywiście je skomplementowała, ale odparłam tylko: "Daj spokój, mamo, to z kolorami to przecież bullshit".

Mama najpierw zamilkła, a potem przez chwilę głaskała mnie po policzku. W końcu powiedziała: "Chyba masz rację". Następnie na bardzo długo zamknęła się w łazience, co chwila zakręcała i odkręcała wodę.

Gillian Brown mówi, że chciałaby zamówić parę dla siebie i że koniecznie muszą być czerwone. "Age requires colour", mówi i zamawia jeszcze dwie pary, dla córki i wnuczki. Kolory dyktuje chaotycznie, mieszając duński z angielskim.

- Moja córka zawsze jest trochę blue - mówi i odchrząkuje. - A my grandchild jest po prostu niesamowicie colourful.

- W porządku, zatem umowa stoi - przytakuję.

Gillian znów zaczyna kaszleć.

- Nie zapomnij zajrzeć do skrzynki - przypomina.

.

W skrzynce leży zaproszenie napisane po angielsku. Na kopercie ozdobnymi złotymi literami napisano: Pi Maria Simonsen, a w środku jest otwierana kartka, którą musiał wykonać grafik.

"Istnieje wiele sposobów, aby wydawać pieniądze", stwierdzam w myślach i czytam.

"Turning 85". Liczba jest na środku, a słowo "turning" wije się złotą czcionką z lewego górnego rogu jak złote pnącze z małymi gałązkami.

My dear and beautiful Pi!

Celebrate the happy times,

raise a glass with cheer.

Come celebrate with Gillian

in honour of her 85th year!

.

To moja pierwsza rozmowa ze zbotoksowanym psychiatrą, odkąd wyszłam ze szpitala. Gabinet ma dość niekonwencjonalny wystrój. U pozostałych terapeutów oglądałam dzieła sztuki utrzymane w stonowanych, ciepłych barwach, jego miejsce pracy jest zupełnie inne. Wisi tu ogromne zdjęcie, powiększenie, na którym widać tylko usta, uśmiech, zęby i wargi. Wszystko idealne, poza tym, że między jedynkami tkwi mała kreseczka zieleniny.

- Podoba ci się? - pyta.

- Owszem - odpowiadam i przekrzywiam lekko głowę.

- Miałaś ataki paniki od tamtego razu w szkole?

- Tak, ale nie ostatnio.

- Wiesz, co mam na myśli, gdy mówię "atak paniki", prawda?

- Wiem - potwierdzam.

A tak w ogóle to było ich pięć. Oczywiście tamten pierwszy, w listopadową noc, to był absolutnie pierwszy raz. Potem, jakiś czas później, nastąpił mój wielki upadek w szkole. Od tamtej pory miałam trzy, z których każdy spokojnie mógł się równać ze zderzeniem z linoleum w klasie. To są te poważne ataki. Ale jest jeszcze cała masa innych sytuacji, które trudno mi zaklasyfikować.

- Ostatnio nie zwracam na to aż takiej uwagi - przyznaję.

- To świetnie - mówi.

- To znaczy, też nie jest tak, że nie mam symptomów.

- Obawiasz się kolejnego?

- Kolejnego czego?

- Ataku.

- Nie, właściwie to nie.

- Czyli nie boisz się wychodzić z domu?

Przypominam sobie bieganie, przypominam sobie świetlicę z Vicky, nasze podróże autobusem w godzinach szczytu, przypominam sobie o Gillian Brown.

- Nie - odpowiadam.

- To bardzo dobrze.

Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, on wypytuje mnie o dzieciństwo; chce wiedzieć, czy byłam nerwowym dzieckiem.

Przypominam sobie o dziadku i o tym, jak leżał w szpitalu. O ryzyku zakażenia, o strachu przed śmiercią i chorobą, była też biegunka przed oddaniem prac w szkole i drganie powieki przez jakiś czas.

- Pewnie czymś się zatrułaś - skomentował biegunkę tata.

- Pewnie masz alergię na pyłki - skomentowała drgającą powiekę mama.

Myśleli w kategoriach symptomu i możliwej przyczyny. Biegunka bierze się ze zjedzenia czegoś, co zaszkodziło, a drgania powieki wynikają z alergii.

Mówię:

- Nie jestem taka jak reszta mojej rodziny.

- I co jeszcze? - pyta doktor.

- Cały czas mam coś gdzieś w tyle głowy.

Ostatecznie opisuję mu swoje życie jako przestrzeń, taką, która w zasadzie jest całkiem w porządku. Z zamkniętymi na samym środku drzwiami, za którymi siedzi kot. I ten kot drapie w drzwi, żeby zwrócić na siebie uwagę.

- To lęk - mówię.

- Tak, zrozumiałem - potwierdza.

- Problem w tym...

- Tak.

- Że jeśli mam wrócić do tego, co było, do szkoły i do tamtej codzienności, i do całej reszty, to muszę wyjść właśnie tymi drzwiami.

Na szczęście się uśmiecha.

- Szkoła - mówi.

- Tak - kiwam głową.

- Twoje dawne życie.

- Zastanawiam się, czy to wszystko po prostu nie zacznie się od nowa - mówię i przed oczami staje mi nasza sala do angielskiego. - Znów, od nowa - wzdycham.

.

- Ależ to było szczęście, że wniosłaś wtedy tę paczkę - stwierdza Bianca. - Stałaś się dla Vicky kimś ważnym. Jest teraz znacznie weselsza.

Opowiada o ludziach, którzy pytają ją o Vicky tym grobowym głosem, odpowiednim ich zdaniem do takich pytań; o tym, jakie to okropne, a zdarza się nader często. Mówią: "A co słychać u naszej Vicky?". Bianca robi strapioną minę i naśladuje żałobny ton, jest w tym niezła.

- A przecież ona jest po prostu człowiekiem - mówi Bianca. - Fakt, życie niespecjalnie nas rozpieszcza, ale przecież nie będziemy załamywać rąk nad najmniejszą przeszkodą.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie mówi tego wszystkiego celowo. Zastanawiam się nad sobą, Madsem i rodzicami.

Pyta, czy znalazłabym czas na jeszcze jedną parę kolczyków. Kupiła nawet koraliki - srebrne i złote. Pokazuję jej czubek kciuka, jest porządnie obolały.

- Właśnie skończyłam czerwone dla Gillian Brown - wyjaśniam.

- Srebrno-złote na jej przyjęcie urodzinowe - mówi Bianca.

Kiwam głową, że w porządku.

.

Kiedy dzwonię do drzwi Gillian Brown, trzymam talerz z tartaletkami w jednej i zaproszenie w drugiej ręce.

- I could smell it from in here - mówi Gillian, kiedy mi otwiera. - Tartelettes have definitely glued me to Denmark. Niczym super glue. - Je powoli, ale z gracją. Pośpiech jest jej zupełnie obcy. Unosi kciuk, gdy mówię, że cieszę się na jej przyjęcie.

- Świetnie, że możesz przyjść, wonderful. - Wbija widelec w ostatni kawałek. - Lately prawie całkiem straciłam apetyt, ale to tutaj, that's the cure!

Wstaje i starannie myje talerze wodą z płynem, a potem stawia je na suszarce obok zlewu. Zaprasza mnie gestem, żebym poszła za nią.

- Come with me, love.

Wstaję i idę za nią na korytarz. Gillian wchodzi do długiego wąskiego pokoju po lewej, w którym po obu stronach stoją szafy, a na końcu znajduje się długie lustro obrotowe.

- Garderoba - mówi, a jej język plącze się od natłoku "r". - Duński to bloody tongue twister.

- Garderoba - mówię bez cienia trudności.

- Dressing room - śmieje się. - Easy, prawda?

Zapiera mi dech, kiedy Gillian otwiera jedne z wielu drzwi.

- Vintage Dior, vintage Gucci, vintage Yves Saint Laurent - wymienia, jakby przedstawiała mi znakomitych gości. - Z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jest nawet a few pieces z lat sześćdziesiątych. Wtedy ludzie znali się na swoim rzemiośle, don't you think?

Przesuwa ręką po materiałach.

- Zawsze lubiłam nasycone barwy.

Prawie się nie odzywam, ale Gillian i tak widzi, że mnie zamurowało.

- Pomyślałam, że you would look like a dream in this one.

Sięga po wieszak i prezentuje mi sukienkę.

- Jest szałowa - mówię.

- Pi w Diorze. - Kiwa głową.

- Może powinnaś ją podarować swojej córce?

- Ona wouldn't appreciate it. Poza tym ty i ja mamy podobne szczupłe sylwetki. She is a bit... - Nadyma policzki, a ja prycham.

Gillian śmieje się i szczypie mnie w policzek.

- Mogę przymierzyć?

- Of course - śmieje się. - Jestem ogromnie ciekawa. Oh my, ależ jestem excited.

Oddala się w stronę drzwi, ale nagle przystaje.

- When someone knocks on your door with tartelettes, to mówi wszystko, you know. Everything.

.

- Wiedziałam - mówi. - Let me see you from behind.

Odwracam się.

- Perfect.

- Aż mi szkoda ją zdejmować - przyznaję.

- To nie zdejmuj, you know, Dior is for Tuesdays.

- Brzmi jak hasło reklamowe - zauważam.

Gilian się śmieje i razem przechodzimy do salonu.

- I bought it after my sister died - mówi. - Zawsze miałam słabość do drogich ubrań.

- Jest bardzo radosna - przyznaję.

- Dokładnie. I wanted to celebrate life. That dress made me a tiny bit happier. Just a tiny bit. - Poprawia mi pasek, żeby leżał dokładnie w talii. - It is the unhappy times that shape you - mówi po chwili.

- Jak to shape?

- To wtedy dowiadujemy się, co jest ważne. To devastating żegnać siostrę, która ma trzydzieści pięć lat.

Kiwam głową, a Gillian pyta, czy pomogę jej uporządkować stare zdjęcia. Wyjmuje z komody dwa pudełka, na niektórych zdjęciach jest data, na innych nie, ale są inne wskazówki pozwalające oszacować ich wiek. Im dłużej nad nimi siedzimy, tym lepiej nam idzie.

- Londyn - mówi. - Hedgefield Road. James Ormond Hospital.

- Patrz - pokazuję jej zdjęcie na wierzchu pliku, który trzymam w ręce. - Ale miałaś crazy fryzurę.

Jest też gruby plik z wakacji w Danii.

- That was just after I met The Big Viking - mówi. - Chciał mi pokazać całą Danię. Skagen, R?bjerg Mile, wyspy i różne urocze wiejskie majątki.

Trafiam na duże kolorowe zdjęcie przedstawiające ich dwoje na tle jakiegoś gospodarstwa.

- Południowa Fionia - śmieje się. - On był a bit of a snob. I already had second thoughts at that point.

Przekrzywia głowę i się uśmiecha.

- Pi i tartaletki - mówi. - You could also start a little café. Mogłabyś stać za ladą w swojej sukience od Diora. To by było coś, nie sądzisz?

.

W sobotę wieczorem do rodziców wpadli Lars i Lone. O pierwszej w nocy idę do łazienki i słyszę fragment ich rozmowy w salonie.

- Czytałam o ludziach, którzy za bardzo się trzęsą nad swoimi dziećmi - mówi mama. - Wiem, że sami nie jesteśmy od tego wolni.

Tata stwierdza, że nie ma nic złego w tym, że człowiek się przejmuje własnymi dziećmi.

- Tak się martwię o Pi - przyznaje mama. - Boję się, co będzie dalej.

- Wydaje się wręcz, że te ataki paniki to jakaś moda - zauważa Lone.

- Człowiek chce, żeby były szczęśliwe - ciągnie mama.

Na to Lone opowiada długą historię jakiejś rodziny, w której ojca nagle znaleziono wiszącego na drzewie w lesie.

- Zdrówko - mówi Lars.

.

Właśnie skończyliśmy kolację, kiedy ktoś puka do drzwi. Mama idzie otworzyć i słyszę, że to Vicky. Mama mówi coś, czego nie dosłyszałam. Za to Vicky słyszę głośno i wyraźnie.

- Bo chodzi o to, że zaczęłam chodzić na świetlicę. Muszę coś powiedzieć Pi.

Pośpiesznie podchodzę do drzwi. Nie powiedziałam mamie o swojej popołudniowej pracy. Już nie jestem Vicky potrzebna na świetlicy, ale dalej po nią przychodzę po zajęciach, zresztą Biance niedługo zdejmą gips.

Vicky piszczy, gdy mnie widzi.

- Cześć - mówię. - Wejdź.

Mama patrzy na zegarek.

- Coś się stało? - pytam, a mama wygląda na zagubioną, trochę jak wtedy w szpitalu, kiedy weszła na oddział "p".

Ciągnę Vicky za sobą do swojego pokoju, ona od razu bierze do ręki mój krem, który stoi na komodzie, i kładzie się na łóżku. Odkręca wieczko.

- To lekarstwo - tłumaczę.

- Na pryszcze?

- Na egzemę - odpowiadam i przeglądam się w lustrze. - Uważasz, że mam pryszcze?

Nie odpowiada, mówi o Ludvigu. Usiadła w świetlicy obok niego, wyciągnęła rękę, a on nie zareagował. Vicky pokazuje rękami, jak daleko były od siebie ich dłonie.

- Ale potem mieliśmy taką zabawę, że się tańczy, i wtedy trzymaliśmy się za ręce. - Dodaje jeszcze, że Ludvig ma suche dłonie.

- Zawsze możesz mu podsunąć krem do rąk - proponuję.

- Po co?

- No żeby mógł sobie posmarować dłonie. Czasem ludzie dają sobie prezenty z podtekstem - tłumaczę i widzę, że Vicky nie rozumie, ale mówi, że dalej go trzymała za rękę, kiedy piosenka się skończyła.

- Czyli tak naprawdę trzymaliście się za ręce - stwierdzam.

- Tak uważasz? - cieszy się.

Kiwam głową.

- Mogłabym zrobić o tak. - Pochyla się. Zamyka oczy i robi dzióbek. - Nie mówię już "lizać się" - zapewnia. - Ale jemu nie zabrakło tlenu przy porodzie.

- To co mu jest?

- Psychiczny. Chce być kucharzem.

- Może mógłby gotować dla staruszków, którymi ty się będziesz opiekować - proponuję.

- Nie chcesz się też położyć na łóżku? - pyta.

Padam obok niej jak kłoda.

- Ale musisz go też lubić - przypominam jej. - Lubisz go?

- A skąd to wiadomo?

- Dobre pytanie - przyznaję.

Vicky robi rowerek nogami i śpiewa: "Koła autobusu kręcą się, kręcą się, kręcą się". Zna wszystkie zwrotki.

- Gdybym nie miała ciebie, nie chodziłabym na świetlicę - mówi.

- Oj tam.

- I miałabym smutne życie.

Uśmiecham się i wtedy rozlega się dzwonek do drzwi. O takiej godzinie to się prawie nie zdarza. Słyszę kroki mamy, otwiera.

- Yyy... cześć - mówi. - Dobrze, że mogłyście przyjść.

Słyszę głosy Almy i Kat, dźwięk toreb odkładanych na podłogę i kurtek wieszanych na haczyku. Wchodzą do mojego pokoju.

- Surprise - mówią chórem.

Vicky chowa się za moimi plecami tak samo jak na świetlicy. Łapie mnie za rękę.

- Jesteś zajęta? - pytają.

- Nie - mówię i głową wskazuję na Vicky. - To jest Vicky. Mieszka na trzecim.

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że w tej chwili wsunie głowę w szparę między moim ramieniem, tułowiem a pachą i powie, że zabrakło jej tlenu przy porodzie, ale tego nie robi. Dyszy mi ciężko prosto w plecy i przykleja się do mojego ciała.

Kat mruga pośpiesznie i stwierdza:

- Jak miło!

.

Na początek Kat pyta, czy zagramy w Piotrusia, i to pomaga Vicky wyjść z ataku nieśmiałości. Wpada w swoją drugą skrajność: mówi bez ustanku i tylko gdy wyciąga Czarnego Piotrusia, milknie i kurczy się jak rodzynek.

Alma i Kat mówią o rzeczach, o których normalnie nie rozmawiamy. Nigdy nie słyszałam, że mama Kat wpada w histerię ani że wujek Almy siedzi w więzieniu.

Potem wręczają mi zaproszenie na bal. Wypada tego samego dnia co urodziny Gillian.

- Jedna sąsiadka z klatki kończy osiemdziesiąt pięć lat - mówię.

- Gillian Brown - dodaje Vicky. - A brown znaczy brązowy.

Kat i Alma śmieją się z komentarza Vicky, a potem mówią, że mam zatem niezły dylemat.

W miarę jak tak siedzimy, dociera do mnie, że to mama zamówiła ich wizytę, a one trącają nasze kolczyki i obie zamawiają po parze. Vicky opowiada im o Linei, co ma miseczkę F, i pyta dziewczyn, czy są dziewicami, ale nie uzyskuje jednoznacznej odpowiedzi.

Kiedy zostaję sama, myślę: "Inaczej, ale o wiele, wiele lepiej". To pewnie wpływ Vicky.

.

- O co chodzi z Gillian Brown? - pyta mama. - Słyszałam, jak o niej wspominałyście, kiedy Alma i Kat tu były.

Stoi w drzwiach tarasu i wystawia twarz na wiosenne słońce. Para z herbaty zamazuje jej rysy.

- Kysz, potworze! - Macha rękami, żeby odgonić mewę, która przysiadła na płocie.

Do kuchni wchodzi tata. Właśnie był pod prysznicem, mówię, żeby nie wycierał włosów ręcznikiem wprost nad moją kanapką z pesto, bo odbiera mi to apetyt.

- Wszędzie widzę te kolczyki - mówi i trąca palcami moje koraliki.

- Rzeczywiście, teraz, jak o tym wspomniałeś, też to zauważyłam.

- Kończy osiemdziesiąt pięć lat - odpowiadam.

- Co ty powiesz. - Mama przygryza wargę. - Ale też wygląda już na dość kruchą, jakby była ze skorupki jajka.

- Ugh, poetka z ciebie - kwituje tata.

- A nie było też czegoś o jakiejś imprezie? - dopytuje się mama.

Już wiem dokładnie, jak było. Mama podsłuchiwała pod drzwiami, kiedy odwiedziły mnie Alma, Kat i Vicky. Pewnie stała cicho w przedpokoju, udawała, że robi porządek w torebce, i słyszała większość rozmowy.

- Mhm - potwierdzam.

- Wydajesz się weselsza - mówi.

Pomyśleć, że można znać kogoś tak dobrze: już wiem, co jej chodzi po głowie.

- Jest naprawdę znacznie lepiej - dodaję.

Jeszcze nie ma odwagi tego powiedzieć, ale wkrótce padnie to słowo: "szkoła". Teraz naprawdę będę musiała wrócić. Czuję to. Poza tym uważam, że trochę głupio, że tata w ogóle się nie odzywa. Że wszystkie trudne rozmowy zrzuca na mamę.

Znów trąca moje kolczyki.

- Tobie też zrobić? - pytam.

- Co? To ty je robisz? - Mamie zapiera dech. - Naprawdę?! Ależ Pi!

.

Dostaję wiadomość od Vicky: On hce hodzić.

.

- W piątek zdejmują mi gips - mówi Bianca, wymachując nogą. - Aż się budzę w nocy od tego smrodu.

- Myślisz, że możesz mieć pod spodem pleśń? - pytam.

- Pleśń i grzyby - stwierdza i wskazuje na nogę. - Pewnie wygląda jak stara bagietka, która wpadła za lodówkę.

Lekarze są w swojej pracy narażeni na różne różności. Dziewczyny, które mdleją na linoleum w klasie, ludzi z zaburzonym rytmem serca oraz spleśniałe i zagrzybione kostki pod gipsem.

Sama niedługo znów mam iść do zbotoksowanego psychiatry. Przypominam sobie długą listę terapeutów, którą sporządziła mama. Paru wypróbowałyśmy, ale z większością dałyśmy sobie spokój. Po cichu zniknęli z mojego grafiku. Zostali tylko psycholożka i psychiatra.

Niedługo minie sześć tygodni od zderzenia z linoleum w klasie. Mama wpisała do kalendarza nową pozycję: SPOTKANIE W SZKOLE PI.

.

- Trzymaj. - Bianca podaje mi plastikowy kubełek.

- Ach - zachwycam się, kiedy otwieram wieczko. W środku są mielone z przysmażoną cebulką, drugie miejsce na liście ulubionych dań Gillian Brown. Ucieszy się.

- Tak. Postanowiłyśmy jednak wrócić do dawnego jadłospisu. Vicky jest mocnej budowy ciała, co poradzę. W pierwsze urodziny ważyła czternaście kilo, więc wagi piórkowej raczej nie osiągnie.

- Słyszałaś o Ludvigu?

Bianca wzdycha.

- Na pewno jest miły - mówię.

- Moja mała dziewczynka. - Bianca znów wzdycha.

- No taka mała to znowu nie jest - przypominam jej.

.

Dzwonię jak zwykle. Potem pukam, znów wciskam dzwonek. "Gillian Brown!", wołam przez mały mosiężny otwór na listy.

Raczej nie powinno się zostawiać kubełków z mięsem i sosem na wycieraczce, prawda? Zwłaszcza że zrobiło się wyjątkowo ciepło. Nie, na pewno nie, takie rzeczy należy trzymać w lodówce, było kiedyś coś o salmonelli. Wciskam dzwonek i przytrzymuję. Wysokie tony brzmią nieskończenie samotnie w dużym mieszkaniu, więc wracam do Bianki. Jej gips stuka o podłogę: stuk, skrzypnięcie, stuk, skrzypnięcie, w miarę jak się zbliża do drzwi.

- Gillian nie otwiera - mówię.

- Zwykle w środku dnia ucina sobie drzemkę.

- Albo poszła do piekarni - rzucam.

- Może być i tak - mówi Bianca i wskazuje na małą szafkę. - Jej klucz to ten z czerwoną plakietką, z napisem GB. Wstaw jej to do lodówki.

Klucz jest zimny, cienki i stary. Słyszę syreny w oddali i mewę na podwórku.

- Utrapienie z tymi mewami. - Bianca kręci głową. - Najwyraźniej znudziły im się śledzie i słona woda.

- Może pójdziesz ze mną? - pytam.

Wskazuje na nogę.

- Pomogę ci.

.

Po chromoterapii i innych egzotycznych kuracjach powinnam być odporna na wszelką wiarę w siły nadprzyrodzone, ale coś dziwnego wisi w powietrzu. Światło jest mleczne, panuje niezwykły spokój.

Kiedy Bianca przekręca klucz w zamku i uderza mnie właśnie to światło, mam wrażenie, jakby przeszył mnie prąd.

- Co się dzieje, kochana? - pyta Bianca, gdy stajemy w przedpokoju z plastikowym kubełkiem z mielonymi. Bianca odkłada kubełek i rusza w głąb długiego korytarza, ja zostaję w skarpetkach na dywanie, który biegnie jak czerwona żyła aż po horyzont bez końca. Wyobrażam sobie arterię, tę, która łączy lewą komorę serca z mózgiem, a ja sunę nią w górę, niczym mały zakrzep.

Bianca skręca w lewo i znika w sypialni.

- Bianca! - wołam od drzwi, ale nie odpowiada.

- Bianca? - krzyczę ponownie.

Siedzi w tapicerowanym fotelu w kwiatki i przyciska dłonie do ust. Przenoszę wzrok na łóżko i na ciało, które leży na wznak. Gillian Brown jest przykryta kocem, wygląda jak ołówek w futerale. Za oknem świeci ostre wiosenne słońce, szprosy rzucają na koc kratkowany cień, a delikatne, starannie ułożone włosy błyszczą jak srebro. Skóra nabrała nowego koloru, wargi są niebieskie, a moje czerwone kolczyki wyglądają jak dwie małe róże w płatkach uszu.

- Pi, ona nie żyje - szepcze Bianca. - Gillian Brown odeszła cicho we śnie.

.

Jedyną martwą istotą, jaką widziałam z bliska, była rybka w akwarium. Unosiła się na powierzchni wody z brzuchem do góry i miała matową błonę na oczach. Trafiło się też kilka ptaków w parku albo w lesie i jeden lis na autostradzie, wtedy po prostu odwróciłam wzrok. Jest śmierć i jest "śmierć". Nie mogę odwrócić wzroku od Gillian.

.

Dzwonię do mamy i mówię, że Gillian Brown umarła.

- Umarła?! - mówi. - Jestem na spotkaniu.

- Umarła - powtarzam i zaczynam płakać. Słyszę, jak mama wstaje z miejsca i coś do kogoś mówi. Słyszę, jak otwiera drzwi i jak je zamyka.

- Pi - mówi.

- Znalazłyśmy ją - szlocham.

- Ale jak mogłaś ją znaleźć? - dziwi się. Mówi jeszcze, że już ma w ręce kluczyki i kurtkę i już do mnie jedzie.

Gillian powiedziałaby: "rescue mum". Mama pewnie myśli: "Pi i nawrót choroby". Ale to nie tak, to mnie nie uderza w ten sposób. Gillian Brown to coś zupełnie innego. To nieskończenie smutny i całkowicie naturalny ból.

.

Trochę później Bianca dzwoni na moją komórkę. Mówi, że Vicky jeszcze nie wie. Chce jej powiedzieć dopiero po gipsie, który mają jej zdjąć jutro przed południem; tłumaczy, że Vicky zdarza się całkiem wyłączać. Kiedy zmarł jej dziadek, przez tydzień nie powiedziała słowa.

- Najpierw muszę załatwić szpital.

- Jasne - przytakuję.

- Myślisz, że źle robię?

- Nie, myślę, że dobrze.

- A ty jak? - pyta. - Ja prawie skończyłam rękaw swetra.

- Robię kolczyki - mówię i słyszę, że Bianca płacze. Ja też nie potrafię wyrzucić z głowy tego obrazka. Czerwonych kolczyków.

- Pi, ona nie miała przekłutych uszu. Kolczyki przykleiła taśmą...

- Naprawdę?

- Och, Gillian - wzdycha Bianca. - Taśmą.

Potrząsam kolczykami dla córki i wnuczki. To córka była blue, a wnuczka była colourful.

.

Następnego ranka dzwoni dyrektorka.

- Twój tato powiedział, że chciałaś ze mną porozmawiać - mówi łagodnym głosem.

Czyli tata wkroczył do akcji aż z samej Polski. Robią to, co robią od zawsze: nie tracą celu z oczu. Spotkanie z wychowawcą w przyszłym tygodniu to za mało, trzeba zaangażować również dyrektorkę. Chociaż pewnie sama jestem sobie winna, bo dotąd nie byłam zbyt wylewna. To fakt. Powinnam się trochę otworzyć, powinnam się zwierzać, powinnam opowiadać, powinnam, powinnam, powinnam, ale za każdym razem, kiedy próbowałam, wyskakiwały ze mnie słowa zużyte, niewłaściwe, stare, nieaktualne. Myślę sobie, że prawda zresztą pewnie i tak by ich rozczarowała. Jestem obecnie kimś w rodzaju pomocy domowej, a taka praca w naszej rodzinie nie cieszy się wielkim poważaniem.

W głowie słyszę głos Gillian: "You keep saying, when I'm going back to my class, maybe you're not going back to that class at all".

- A co na to twoi rodzice? - pyta dyrektorka.

- O to musi ich pani sama zapytać - odpowiadam.

- Wiesz, że wykształcenie jest ważne - mówi. - To istotne, żebyś pozwoliła im w tym uczestniczyć.

- Mam tego świadomość - przyznaję i wyglądam przez okno na podwórko.

Mewa patrzy na mnie z zadziornym błyskiem w oku.

- Oczywiście, że chcę się uczyć - mówię. - Ale przecież to nie musi być jutro.

.

Ktoś puka. Kiedy otwieram, na wycieraczce stoi Bianca.

- Boże. - Dotąd znałam ją jako jednonogą kobietę z mieszkania na trzecim piętrze. Dziwnie nagle widzieć ją w płaszczu i butach.

- Vicky zniknęła - z trudem łapie oddech i opowiada, jak zabrała ją ze sobą do szpitala, bo nie miała siły wymyślać, co z nią zrobić. Lekarz dał jej nawet gips z nogi i Vicky była w świetnym humorze. Kiedy wyszły ze szpitala, poszły do parku z gipsową nogą pod pachą, żeby to uczcić, ale Bianca oczywiście musiała jej opowiedzieć o Gillian, więc pomyślała: "Vicky tak się podobają skaczące wiewiórki, huśtawki z opon i duży trawnik. Pewnie to wszystko podziała na nią kojąco, na pewno nie zareaguje zbyt gwałtownie".

- Ale ona się wściekła. - Bianca pociąga nosem. - Pobiegła przed siebie tym swoim człapiącym krokiem, razem z tą durną nogą z gipsu.

- Nie pobiegłaś za nią?

- Przecież nie mogę! Muszę ją rozćwiczyć. - Pokazuje na swój but.

- Dzwoniłaś do kogoś? - pytam.

- Tak, do Mogensa i opiekunów ze szkoły i świetlicy.

- A Ludvig?

- Britta mówi, że jest w szkole.

Dzwoni mój telefon.

- Nie zapomniałaś o wizycie, prawda? - mama mówi tak głośno, że Bianca ją słyszy. Przypominam sobie o psychiatrze z samego szczytu hierarchii.

- Leć do Pana Botoksa - mówi Bianca. - Zobaczymy się za dwie godziny. Ja w tym czasie jeszcze podzwonię.

.

Kiedy wchodzę do gabinetu, Botoks siedzi bezpośrednio pod ustami i zębami z zieleniną w szparze. Mówi:

- Opowiadaj! Jak leci?

Mówię tylko o Gillian, że leżała w łóżku z moimi czerwonymi kolczykami w uszach, że wyglądały jak róże w słońcu. A potem mówię: "Vicky". Wyjaśniam mu, że jej reakcje bywają nieprzewidywalne. Nawet dla Bianki, która zna ją na wylot. Opowiadam, że gdy jest zdenerwowana albo podekscytowana, zaczyna mówić chaotycznie, nieskładnie, potrafi na przykład na dzień dobry powiedzieć o tym tlenie i zaraz przejść do prognozy pogody.

- Ale nigdy jeszcze mi nie uciekła - mówię. - Bianca jest mega zestresowana.

Pan Botoks kiwa głową.

- Jak pan myśli, dokąd ona mogła pobiec? - pytam. - Do domu Ludviga?

- Nie, nie sądzę, aby ich relacja była tego rodzaju - mówi stanowczym tonem. - Raczej w jakieś miejsce, gdzie znajdzie pociechę i spokój.

- U wujka Mogensa?

- Możliwe, ale T?strup... zbyt skomplikowane.

- Prognozy pogody? - strzelam. - Telewizja?

Śmieje się i kręci głową.

- Wątpię, aby potrafiła połączyć te dwie rzeczy.

- Może jakiś cmentarz?

- Vicky lubi cmentarze?

- Ani trochę.

- Może jakiś sklep dla hobbystów? - rzucam po chwili. - Koraliki? Kolczyki?

- Szukaj dalej - mówi. - Pomyśl o niej, o jej psychice. Przy czym się odpręża, dokąd chodzi sama z siebie?

I nagle już wiem. Wiem to na sto dziesięć procent. Zrywam się z krzesła.

- Przepraszam - mówię.

- Czekaj, jeszcze nie skończyliśmy - protestuje.

- Tak, ale muszę lecieć. - Zrywam kurtkę z wieszaka, który spada na stojak na gazety.

- Robisz duże postępy.

- Dziękuję.

- Wyszłaś poza własne boisko.

- Tak pan uważa?

- Jesteś częścią wspólnoty.

Patrzę na telefon.

- Ale musisz jeszcze poćwiczyć.

- Co? - pytam, stojąc w drzwiach.

- Stawianie granic. Odmawianie.

- Tak, tak.

- Ale twój wewnętrzny radar jest skierowany na zewnątrz - dodaje. - I to dobrze, Pi.

- Muszę już lecieć! - wołam z korytarza.

.

Biegnę, biegnę, biegnę, biegnę.

- Margaryna, endorfina, margaryna, endorfina.

- Dobrze jest się przekonać, na czym polega różnica między dobrym a złym samopoczuciem - podsumował Botoks. - To daje odpowiednie przygotowanie do życia.

- Chce mi pan powiedzieć, że dobrze jest paść jak kłoda na linoleum w klasie? - nie dowierzałam.

- Nieprawdą jest wmawiać komuś, że życie nigdy nie bywa trudne - odparł.

Przechodzę przez ulicę i widzę ławkę oraz żółty szyld ze zdrapkami przed kioskiem, szarpię drzwi i od razu ją widzę, grubą i lekko zgarbioną przy automacie do gier.

- Tak, przepraszam, nie moja sprawa - mówi sklepikarz. - Ale coś musiało ją mocno zasmucić. Znam to, mój brat też tak ma. Kiedy jemu się tak robi, przez kilka godzin musi posiedzieć i pozbyć się tego z ciała.

- Dziękuję, ogromnie dziękuję - mówię i siadam obok Vicky, która bardzo długo milczy.

Sklepikarz podaje mi kakao w papierowym kubku i lukrecjowy kabel.

- Wygrałam pięćdziesiąt koron - szepce Vicky, nie patrząc na mnie i nie poruszając wargami. - Pięćdziesiąt - powtarza.

- Wow - odpowiadam cicho.

Otwierają się drzwi i do sklepu wchodzi chłopak z dużymi słuchawkami na szyi i w czapce moro z daszkiem.

- Siema, Bilal - wita go sklepikarz.

Nagle sobie przypominam, że on sam ma na imię Erdal i że ich imiona się rymują.

Obok mnie ciało Vicky sztywnieje. Chowa się za mną w ten swój dziecinny sposób. Skinieniem głowy witam Bilala. On przystaje dwa metry od nas, obok stojaka z żelkami Haribo. Obserwuje bacznie mój każdy ruch, kiedy raz po raz wciskam guzik automatu.

- Powiedz mu, że Gillian Brown nie żyje - szepcze Vicky.

Odchrząkuję.

- Zrób to!

Mówię:

- Siedzimy tutaj, bo umarł ktoś, kogo bardzo dobrze znałyśmy.

Bilal nic nie odpowiada.

- Dlatego gramy - mówię. - Może w ten sposób uda nam się o tym trochę zapomnieć.

- Masz rację - przytakuje stojący przy kasie Erdal, a jakaś kobieta kładzie przed nim trzy paczki pianek w czekoladzie.

Bilal wciąż się nie odzywa.

- Powiedz, jak się nazywa - mówi Vicky. - Powiedz to, Pi!

Znów odchrząkuję.

- Ona... ona nazywa się... nazywała się Gillian Brown - przemawiam drżącym głosem. Wszystko wydaje się tak niewiarygodnie smutne. Mam wrażenie, jakby ona unosiła się tu gdzieś w przestrzeni pomiędzy kolorowymi magazynami i torebkami słodyczy a ostrym światłem w suficie.

- Muszę iść do domu - mówię do Vicky, a ona widzi moje mokre policzki i patrzy na mnie przerażona.

- Pi płacze! - krzyczy Vicky, rozglądając się wokół. - Musimy iść. Pi płacze.

Kiwam Erdalowi głową, kiedy przechodzę obok niego.

- Przyjdźcie jeszcze - rzuca nam na do widzenia.

- Dobrze już, dobrze - mówi Vicky, gdy wychodzimy na ulicę. - Już, już, mała Pi, Vicky ci pomoże.

Dzwonię do Bianki, niepojęte, że o tym zapomniałam. Nie wiem, czy da się kogoś przytulić przez telefon, ale to właśnie robi jej głos.

.

- No to imprezy nie będzie - mówi Vicky, kiedy wchodzimy do naszej kamienicy.

- Kto wie, zobaczymy - odpowiadam.

- Zobacz, tutaj cię poznałam. - Vicky wskazuje skrzynki na listy.

- Zawsze to powtarzasz.

.

Tego wieczora dostaję dużo wiadomości od Vicky.

W jednej pisze: Zrobimy stupe. Tak muwi mama.

Chwilę trwa, nim udaje mi się rozszyfrować, o co chodzi z tą "stupą". W sumie nie jest wcale tak daleko od stypy, ale kiedy człowiek w pierwszej chwili coś sobie zakoduje, to potem mózg ma problem, żeby spojrzeć na to inaczej.

W następnej wiadomości czytam: Zerwałam z Ludvigiem. Się nie pszejoł. Też lubie Bilala. Tego z kiosku.

W trzeciej wiadomości: Mama muwi że curka i wnuczka pszyjadą.

.

Dostaję również od Bianki wiadomość z załączonym zdjęciem. Pisze, że wysłała je do Londynu, córce Gillian Brown. Wahałam się, pisze. W końcu nigdy nie wiadomo, jak ktoś zareaguje na zdjęcie martwej osoby. Myślę po prostu, że to było takie rozczulające, zwłaszcza przez tę taśmę. Poza tym widać tylko ucho i kolczyk, a ucho nie jest sine ani nic, więc pomyślałam, że może być. Właśnie dostałam odpowiedź od Jude. Nie mówię jakoś super po angielsku, ale wydaje mi się, że ona to doceniła.

Od: Jude Smith

Wysłano: 24. maja

Do: biancaivicky123@gmail.com

Temat: RE: Gillian Brown

Dear Bianca (and Pi)

I don't know what to say. It just hit me a very special place. You know, it's not always easy to capture someone's personality in a picture. It's really hard actually, I've never really had much success with that. Anyway, that picture of the beautiful red earring and my mum's very special way of attaching it just shows exactly who she really was. Sometimes you forget. There are these annoying small fights, things you disagree about, but looking at the picture just made me remember her and why she was such a brilliant person to be close to, both for you and for me and for everyone else. I just don't know what to say, apart from that I can't wait to meet you and I'm so happy that you will take part and help to arrange a special memorial where we all celebrate and remember her. Tell Pi that those earrings are amazing and that she is a very special girl. Lots of thoughts from London and see you very soon. Jude.

.

Pakuję dwie pary kolczyków.

Blue dla córki.

Colourful dla wnuczki.

.

Mama mówi, że razem z tatą przyjdą na stypę.

Mówi też, że przeprasza.

- Za co? - pytam.

- Sama nie wiem - przyznaje.

- Dobrze się czujesz?

Ociera łzę.

- Człowiek całe życie się uczy - stwierdza.

.

Mewa siedzi teraz na naszym tarasie i gapi się nam do kuchni.

Mruga.

.

- Mogę zadzwonić? - piszę do Kat.

- Jasne - odpowiada.

Nigdy nie lubiłam dzwonić, ale teraz byłam po rozmowie z dyrektorką i w miarę udało mi się wyjść z tej rozmowy z twarzą. I jeszcze doszło to z Gillian. Nagle telefon do Kat wydaje mi się czymś nieskończenie łatwym. Kompletnie nieznaczącym wobec całej reszty.

- Chodzi o bal w szkole - mówię.

- Daj spokój, nikt się nie gniewa, że idziesz na te urodziny - zapewnia mnie od razu. - Po prostu bardzo chcieliśmy, żebyś z nami była.

- Tylko że teraz te urodziny zostały jakby odwołane.

- Wyobrażam sobie, że to może być trochę przytłaczające.

- Co?

- No, bal.

- Nie, to nie to. Chodzi o to, że ona umarła.

- Kto umarł?

- Gillian Brown, ta kobieta, do której miałam iść na urodziny.

- O rety, Pi, jakie to smutne.

- Więc zamiast urodzin będzie stypa, tego samego dnia.

- A, rozumiem.

- Ona mi bardzo pomogła od tamtego czasu, wiesz, odkąd to się zaczęło.

- Musi być ci ciężko. Masz za sobą naprawdę niełatwy okres.

- To fakt.

- W jaki sposób ci pomogła?

.

Niespodzianka. Albo surprise.

Kiedy wyglądam przez wizjer, widzę kobietę i chłopaka. Kobieta niewątpliwie jest córką.

Chłopak może być tylko wnukiem.

Teraz, kiedy o tym myślę, Gillian zawsze mówiła: "my grandchild". I bardzo jej zależało na kolczykach, także dla wnuczka.

Pomyślałam: "colourful".

.

Z początku jest trochę sztywno, zwłaszcza że Bianca naprawdę słabo zna angielski, a Vicky chowa się w szafie. Dziś najwyraźniej plecy i nogawka spodni to za mało.

Bianca tłumaczy im na tyle, na ile jest w stanie, że Vicky bywa bardzo nieśmiała. "Niezbyt dobrze mówi po angielsku", opowiada Bianca. "Ale jest dobra w prognozach pogody: she talks not English but she is good to weather".

Mam wrażenie, że nie do końca rozumieją, o czym ona mówi, więc precyzuję, że Vicky bardzo się pasjonuje niektórymi rzeczami, a jedną z nich są prognozy pogody. Naoglądała się ich tyle na stu kanałach Bianki, że potrafi rozmawiać o pogodzie w kilku językach.

- That's brilliant - śmieje się Charlie, bo tak ma na imię wnuk. - That's one of the funniest things I've ever heard.

.

Teraz Kat i Alma też chcą przyjść na stypę.

Napisały, czy mogą przyjść, żeby mnie wesprzeć, a ja odpisałam, że byłoby mi bardzo miło. O balu żadna z nas nie wspomniała.

Piszę do Bianki, że przyjdą we dwie.

Cudownie, odpisuje. Vicky też się ucieszy.

Pisze również, że zaprosiła także Erdala i Bilala.

Super, odpowiadam.

Pewnie, bo niby czemu nie?, pisze Bianca.

.

- She knows me so well - wzrusza się Charlie. - Those rainbow earrings. She's just a darling, isn't she.

- She was - potwierdzam.

- It's sad - mówi Charlie.

Bianca dała nam listę, według której kupujemy czipsy, truskawki i pianki w czekoladzie. Jest ciepło. Kwiecień jest cieplejszy niż zwykle. Myślę o lecie i o wakacjach.

- We're staying here - mówi Charlie. - Maybe forever. - Przez chwilę patrzy mi w oczy. - My mum is between jobs. It's been tough for her lately so why not. Let's try out Denmark for a while. We have a beautiful flat here now.

- That's wonderful - mówię.

- Your English is so perfect. You could be a member of the Royal Family.

Wiem, że to komplement, nie tak jak wtedy na angielskim, kiedy wszyscy przewracali oczami.

- Is that a bad thing to say? You look intimidated! - Robi zmartwioną minę.

- It just reminds me of something - tłumaczę.

- I'm thinking about a little road trip during the summer. I would love to see some of all that countryside and those cute little islands.

Kiwam głową.

- My gran has an old car. I guess that's ours now as well.

Znów kiwam głową.

- Are you comfortable with the driving? We drive in the right side, remember.

- I better remember that!

Wykładamy wszystko na taśmę.

- I get so confused about those kroners. I try to convert, but I've never really been much of a maths genius.

- It's expensive in Denmark - odpowiadam, bo właśnie zapłaciliśmy kilka tysięcy koron za cztery torby zakupów.

Przechodzimy przez ulicę, a Charlie proponuje:

- You could come with me. My personal assistant. My road trip advisor. My staying-on-the-right-side-of-the-road-trainer.

Uśmiecham się, po czym mówię:

- That would be excellent.

.

Wiszące kolczyki z koralików robią furorę na stypie Gillian.

- We call them tassels - wyjaśnia Charlie.

Są czerwone, niebieskie, złote, srebrne, turkusowe, z masy perłowej, różowe, w paski, moje własne zielone i oczywiście tęczowe Charliego.

- By the way - mówi szeptem. - Your dress is adorable.

- It's Dior - odpowiadam również szeptem i prostuję plecy.

Pokój jest kwadratowy, mniej więcej sześć metrów na sześć. Uroczystość zaczęła się dwadzieścia minut temu. Odliczam z palcem na tętnicy szyjnej, ale zaraz przerywam. Moje tętno jest wysokie, moje serce jest kardiomikserem, oczywiście, ale kto by się nie denerwował w takiej sytuacji.

Kiedy Jude, przez Vicky nazywana Juice, mówi: "Here you go, Pi, the stage is yours", ściany zachowują się w sumie całkiem normalnie, siedem tygodni temu na angielskim były pochylone jak drzewa smagane silnym zachodnim wiatrem. Nie dlatego, że ta chwila jest magiczna, ale dlatego, że jak powiedział zbotoksowany psychiatra, mój radar jest skierowany na zewnątrz, a nie na mnie, i to rzeczywiście bardzo dobrze. Poza tym trochę się dowiedziałam o tym, kim jestem i kim są inni. Mój układ nerwowy najwyraźniej działa inaczej niż u pozostałych członków mojej rodziny: ani gorzej, ani lepiej, po prostu inaczej, a ja muszę się jedynie nauczyć, jak z nim żyć. Wtedy nie miałam pojęcia, co się ze mną działo. Lęk budziło we mnie wszystko i wszyscy. A to niełatwy ciężar do udźwignięcia i zrozumienia, bo, hello, jaką mądrość życiową można mieć, kiedy dopiero co skończyło się siedemnaście lat?

Nie nauczyłam się swojej mowy na pamięć i nie myślę też o tętnicy, tej grubej, która idzie z serca do mózgu, i u ludzi starszych i kruchych, jak na przykład Gillian Brown, może się przyczynić do udaru mózgu. Nie, mój mózg wytrzyma jeszcze bardzo długo, lekarz powiedział, że jestem silna i zdrowa.

Dlatego nie mdleję, tylko głos mi lekko drży przez brytyjski akcent, kiedy dziękuję Gillian. I Biance. I Vicky. I rodzicom. Ostatecznie okazuje się, że gdy potrzebowałam pomocy, miałam wokół siebie całkiem sporo ludzi. Takich rzeczy nie wolno brać za pewnik.

Mama ociera łzę.

Tata skończył budowę w Polsce.

Brat dalej jest w Stanach i właściwie ominęło go to wszystko.

A jeśli chodzi o Kat i Almę: wygląda na to, że zaczynamy od nowa, w zupełnie innym miejscu.

Niedługo pojadę na objazdówkę z Charliem. Najpierw na wyspę Langeland, razem z Vicky. Zawsze o tym marzyła, choć niewykluczone, że się rozczaruje. Jest przekonana, że to najdłuższa kraina na świecie. Obiecałam jej też przejażdżkę samochodzikami w Tivoli z watą cukrową. Pewnie będzie okazja, żeby porobić zdjęcia.

A po wakacjach - kto wie? Są inne licea. Inne możliwości.

- There are just a few things I would like to say about Gillian Brown - mówię i brzmię pewnie jak Camilla Parker Bowles. Charlie w każdym razie podnosi kciuk, a Vicky podskakuje w miejscu. Muszę pamiętać, żeby wspomnieć o pogodzie i prognozie na jutro i pojutrze. Należy jej się to.